Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 154: Nowy sposób myślenia. Człowiekoń Josef.

Celem Laboratorium stało się stworzenie nowej wersji Josefa. Tym razem był nim nie konioczłowiek, ale człowiekoń, istota, w której dominować miały cechy ludzkie. Pod względem anatomii i osobowości miał to być człowiek, osobnik płci męskiej, tylko fizjologicznie odpowiadający koniowi, pozbawiony typowo ludzkich cech i właściwości decydujących o nadmiernej konsumpcji energii, żywności, powietrza, wody i przestrzeni.

– Jego potrzeby będą naturalne, bardziej biologiczne niż cywilizacyjne, ograniczone podobnie jak u koni. – Wyjaśniła Nina.

W miarę opowiadania przewodnicząca ożywiała się coraz bardziej. Wstała, jej oczy błyszczały. W wyobraźni widziała, jaki piękny i postawny będzie człowiekoń, ile zmieni w historii cywilizacji i stosunku ludzi do zwierząt i przyrody. W pewnym momencie zaczęła marzyć na głos mówiąc o różnorodności biologicznej, wielkich stadach koni, zielonych niekończących się preriach.

Pod koniec wystąpienia otrząsnęła się, coś sobie chyba przypomniała, gdyż uspokoiła się, spuściła z tonu, w końcu zmarkotniała.

– Brzmi to wszystko prosto, ale jest bardzo skomplikowane. Musimy jeszcze nad tym wiele popracować. – Jej głos nie brzmiał już tak pewnie.

Kiedy przerwała, sala patrzyła na nią wyczekująco, jakby miała jeszcze coś ukrytego do wyjaśnienia. Nina poczuła się niezręcznie. Przeprosiła, że nie może więcej powiedzieć. Właściwie to prawie nic. Prosiła, aby jej zaufać. O szczegółach projektu pracownicy mieli dowiadywać się stopniowo, zarząd miał przekazywać informacje bezpośrednio kierownikom zespołów, a ci ujawniać swoim podwładnym na miarę potrzeb. Jej milczenie bardziej niż słowa definiowały tajemnicę współpracy z organizacją, o której oprócz nazwy bardzo niewiele wiedzieli.

– Jeśli ktoś ma pytania, proszę kontaktować się ze mną indywidualnie. Nie mam możliwości dyskutowania czegokolwiek w otwartym gronie. – Brzmiało to jak wyrok, od którego nie można uciec. Widać było po niej, że mówi szczerze, nigdy zresztą nie wprowadziła nikogo w błąd, ani nie ukrywała czegokolwiek, do czego pracownicy mieli prawo lub mogli wiedzieć bez uszczerbku dla Laboratorium. Ufali jej.

Firma zawiesiła wszystkie kontakty zewnętrzne, początkowo na pół roku. Tylko Nina i jej zastępca mieli prawo kontaktować się i wyjeżdżać na zewnątrz.

*****

W obliczu nowej sytuacji w Laboratorium zrodził się nowy sposób myślenia. Było to nieuniknione, gdyż poprzedni system okazał się niewydolny, jego pozytywne efekty znikły wraz z Josefem Półkoniem. Od Niny wiedzieli, że zarząd Largo Tech dużo pytał o konioczłowieka, jaki był jego stan zdrowia, jakiej był kondycji i dlaczego tak nagle stracił życie. Interesowało ich wszystko, co go dotyczyło, a najbardziej zdrowie, sprawność i zdolność wykonywania zadań. W negocjacjach używali słów takich jak zagrożenia, powinność, obowiązek, ojczyzna. Brzmiało to bardzo patriotycznie. Zmiana sytuacji zdecydowanie wymagała od Laboratorium bardziej racjonalnego postępowania.

Wraz z nowym myśleniem zarządu pojawiły się słowa-klucze i słowa-wytrychy: motywacja, satysfakcja pracownika, współpraca. Odmieniano je na wszystkie sposoby. Była to odpowiedź na niedoskonałość poprzedniego systemu pracy, w którym doszło do śmierci Josefa, równocześnie widziano w nich panaceum na przyszłość.

Pracownicy nie pozostali w tyle za firmą. W odpowiedzi na poprawę warunków pracy i większą dbałość o motywację, przedstawili własne propozycje. Pojawił się nurt poświęcenia nawiązujący do wartości patriotycznych. Zespoły robocze przeorganizowały się, wprowadzono świadomą dyscyplinę pracy, stworzono hasła przypomnień i motywacji. Najbardziej upowszechniło się hasło „Lepiej, szybciej, inteligentniej”. Pomysłów i wzorów poszukiwano w dyskusjach, literaturze i Internecie.

Kiedy pojawił się przykład kobiety, inżyniera górnictwa, pracującej czterdzieści dwie godziny tygodniowo w kopalni węgla kamiennego i dodatkowo, ile tylko mogła, w czynie społecznym, wyglądało to jak nawrót do komunizmu. Przykład stracił atrakcyjność, jak tylko okazało się, że kobieta zmarła z wyczerpania w wieku czterdziestu pięciu lat.

*****

Człowiekoń Josef nie od razu pojawił się przed załogą Laboratorium. Któregoś dnia na wieczornym zebraniu załogi Nina poinformowała, że prace nad nim zostały już wcześniej zakończone, zarząd jednak nie podał tego faktu do powszechnej wiadomości. O wszystkim wiedział jedynie Zespół Inżynierii Genetycznej, który powołał Josefa do życia i czuwał nad tym, aby jego organizm całkowicie się ustabilizował.

– Woleliśmy dmuchać na zimne, niż sparzyć się jak poprzednio – oświadczyła Nina.

Dyskusja zeszła na temat wyzwań i trudności związanych ze stworzeniem nowego Josefa. Po kilku minutach zadzwonił alarm smartfonu Niny sygnalizując odbiór jakiegoś komunikatu. Po zapoznaniu się z jego treścią Nina nachyliła się do swojego zastępcy i coś szepnęła mu do ucha. Ten wstał, wyszedł do bocznego pomieszczenia i po chwili wprowadził do sali nieznanego mężczyznę.

Z dala nie odróżniał się on od pracowników siedzących na sali. Podobnie jak oni, miał nawet na sobie roboczy uniform Laboratorium. Rysy i różnice uwidoczniły się dopiero z bliższa. Przybysz miał bardziej wydłużoną twarz, nieznacznie łysiejącą czaszkę, szersze nozdrza i usta. Skóra twarzy miała lekko matowy, aksamitny połysk i była nieco ciemniejsza. Wyraźnie zawierała więcej pigmentu, jak skóra osób przebywających dużo na otwartym powietrzu. Była też bardziej sucha, wyglądała, jakby naciągnięto na nią przezroczystą maskę.

Był to nowy Josef, człowiekoń. Prezentował się okazale: wysokiego wzrostu, solidnej, bardziej atletycznej niż masywnej budowy ciała. Przedstawił się podając tylko imię: Josef.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 144: Rozmowy z laborantami i przemówienie Josefa

Po zakończeniu uroczystości Josef udał się na spoczynek do swojego pokoju. Było to coś pośredniego między boksem dla konia a pokojem gościnnym dla człowieka. Josef stanął w oknie i patrzył na zapadającą ciemność. Słońce gasło, drzewa otulały się cieniami. Poczuł się trochę smutny i senny. Nie myślał o łóżku, nawet go nie potrzebował, bo potrafił spać na stojąco. Ćwiczył to już kilka razy. Właściwie to nie wiedział, czy zapadł już w sen, czy nie, zagubiony w myślach o spotkaniu następnego dnia z laborantami, jakie zorganizowała mu Nina Aleman, przewodnicząca zarządu. Miało to być spotkanie poznawcze. Przypomniał sobie rozmowę z nią. Była bardzo udana.

Nina mówiła bardzo wyraźnie. Odpowiadało mu to, ponieważ nie wszystkie ludzkie słowa i pojęcia dobrze rozumiał i od razu przyswajał. Wciąż czuł szum w uszach i bolała go głowa. Wiedział, że to przejdzie za kilka lub kilkanaście dni.

– Musisz być cierpliwy – tłumaczyli mu chirurdzy i pielęgniarki z Inż-Genu.

Miał dobrą opiekę, wiele się od nich uczył. Przestał myśleć o rehabilitacji, kiedy do pokoju wszedł profesor Kary, szef Inż.-Genu. Josef pomyślał, że profesor robi obchód jak zwykle, bo miał na sobie biały fartuch. Nie przepadał za tą częścią ubioru profesorskiego, wręcz jej nie znosił, gdyż wydzielała mocną i ostrą woń drażniącą jego czułe nozdrza. Ucieszył się jednak, bo cenił profesora, jego powagę, wygląd, grzywę włosów przypominających barwą maść konia. Kiedy dowiedział się, że właśnie profesor Kary razem z grupą specjalistów powołał go do życia, uznał go za ojca chrzestnego.

Patrzył na profesora, który obrócił się w kierunku wnętrza pokoju, nagle urastającego do rozmiarów sali konferencyjnej. Czekał tam niemały tłum ludzi. Josef domyślił się, że są to laboranci przybyli na spotkanie zapoznawcze; kilku poznał już wcześniej.

– Bardzo sympatyczni – mruknął do siebie. Był o tym przekonany, bo wszyscy bez wyjątku okazywali mu życzliwość. Wrócił do profesora Karego. Nie dziwił go już swoim pseudonimem. Miał końską twarz. Jego podwładni robili sobie żarty, że jest krzyżówką człowieka i konia, ale tylko w obrębie głowy. Miało to niewielkie znaczenie, ponieważ podobieństwo było bardzo powierzchowne.

Profesor udzielił mu głosu. Josef zawahał się. Pamiętał, że będzie musiał przedstawić się, ale nie spodziewał się, że nastąpi to tak nagle. Już wcześniej myślał o tym wystąpieniu i powtarzał je w myśli. Przygotował się bardzo dobrze, zdania sprawnie układały mu się w głowie. Profesor patrzył na niego zachęcając ręką i uśmiechem na twarzy, aby przemówił do ludzi na sali. Josef przypomniał sobie, że powinien przedstawić im się. Zaczął niepewnie, ale szybko się rozkręcił, przypominając sobie zdania, których się uczył i powtarzał co najmniej kilka razy.

– Nazywam się Josef. Jestem pierwszym przedstawicielem nowego gatunku, który został nazwany konioczłowiekiem, ponieważ łączy w sobie cechy człowieka i konia. Konioczłowiek rokuje lepszą przyszłość dla ludzi, zwierząt i środowiska naturalnego. Mówcie do mnie Josef. Jeśli nie macie nic przeciw, to i ja będę zwracać się do was po imieniu. To bardzo demokratyczne.

Kiedy przemówił, zdał sobie sprawę, że zaskoczył słuchaczy. Widać to było po ich twarzach, znieruchomiałych i zdumionych. Niektórzy coś szeptali do swoich sąsiadów, jakby coś im wyjaśniając lub pytając o szczegóły. Josef pomyślał, że chodzi o brzmienie jego głosu. Jedna z pracowniczek Laboratorium powiedziała mu wcześniej, że nie zdziwiła jej jego postać, bo z dziesiątek dyskusji miała już wyobrażenie, jak będzie wyglądać.

– Zaskoczył mnie twój głos, jego ton i ogólnie twoje zachowanie, przede wszystkim właśnie brzmienie głosu. Mówisz trochę chrapliwie.

Na jego prośbę laborantka, miała na imię Sofia i była filozofką, wyjaśniła, co znaczy chrapliwy. Ucieszył się, kiedy się dowiedział się, że mówi chrapliwie prawdopodobnie ze zmęczenia. Podobało mu się też, że mówi starannym językiem, prawie technicznym, oszczędnym w słowach, bardzo treściwym.

– To dlatego, że dawca twojego ciała, jego górnej części, był człowiekiem wykształconym. Był inżynierem. Sofia nie umiała nic więcej o nim powiedzieć, bo nie wiedziała. Niektóre dane dawców są utajnione. – Wyjaśniła.

Przemówienie Josefa przełamało pierwsze lody. Laboranci podnosili ręce, aby zadawać mu pytania; bardzo mu to odpowiadało. Poczuł, że nogi mu drętwieją, przestąpił więc z nogi na nogę. Miał wrażenie, że śni, ale czuł się świeżo.

Ktoś odezwał się.

– Powiedz coś o sobie, Josefie. Chcielibyśmy wiedzieć, co ty sam o sobie myślisz.

Zaczął śmiało.

– Intelektualnie jestem podobny bardziej do człowieka, ale fizjologicznie bardziej przypominam konia. Nie potrzebuję tak dużo jak ludzie: dużego domu, telewizji, podróży, samochodu, nowoczesnego telefonu czy komputera. Potrzebuję mniej, bo żyję prosto, zgodnie z naturą. Odżywiam się pokarmami roślinnymi, wstaję razem ze słońcem i idę spać, kiedy robi się ciemno. Profesor Kary i Nina mówili mi, że jestem ideałem, bo nie będę niszczyć środowiska.

Wypowiedź Josefa wywołała falę dalszych pytań. Starał się zapamiętać, o co go pytają, aby móc wszystkim udzielić odpowiedzi.  Kilka osób chciało wiedzieć, jak widzi swoje pochodzenie.

– Jestem tworem inżynierii genetycznej, stworzono mnie laboratoryjnie. Tylko końska i ludzka część mojego organizmu powstała w sposób naturalny. Pochodzi z odzysku. – Wiedział, że to zostanie dobrze przyjęte, bo profesor Kary i Nina wytłumaczyli mu, o co chodzi w tym sformułowaniu. – To mi w niczym nie przeszkadza – kontynuował Josef. – Czuję się szczęśliwy, że jestem połączeniem dwóch gatunków.

Chciał jeszcze coś dodać, ale poczuł się niedobrze. Ból głowy wzmógł się, głośniej też szumiało mu w głowie. Postanowił zakończyć wystąpienie. – Mam nadzieję, że wkrótce poznamy się lepiej. Nie czuję się dzisiaj dostatecznie dobrze, aby kontynuować spotkanie. Profesor ostrzegł mnie, że mogę potrzebować jeszcze kilka dni, aby dojść do siebie. Może on powie wam coś więcej o mnie? To mój ojciec chrzestny.

Josefowi wyrwał się z gardła ni to śmiech, ni to rżenie. Niepewnie popatrzył na słuchających go ludzi; śmieli się serdecznie, bardzo życzliwie. Dobrze odebrali jego zachowanie. Wcześniej profesor i Nina mówili, że ma poczucie humoru i że to z pewnością ich ucieszy. Wyjaśnili mu, że ludzie i zwierzęta tak samo się cieszą, tylko inaczej to wyrażają. Po reakcji audytorium Josef był całkowicie przekonany, że Laboratorium to najlepsze miejsce na świecie.