Iwan Iwanowicz i depresja. Część 2, ostatnia.

Kilka dni później, jak na ironię tuż przy budynku, gdzie wyrzuca się śmieci, los znowu mnie zetknął z Iwanem Iwanowiczem, osobnikiem twardym w dyskusji jak skala gibraltarska  hartowana wiatrami rządzącymi cieśniną między morzem a oceanem.

– Jak to jest możliwe? – Pyta pan, Michaelu Tequilowiczu. – Niech pan lepiej zapyta, jak to czynią? Już panu mówię. Tatuś pije, bije dzieci i żonę, krzyczy straszne słowa, przynosi wstyd sąsiadom i zakładowi pracy, nie wspominając ludzkości, zarzyga raz i drugi poczekalnię u lekarza jego samego nazywając konowałem od siedmiu boleści. Tak to się zaczyna. – Iwan Iwanowicz rześko podjął wątek urwany okolicznościami poprzedniego spotkania. – Albo, równe możliwe i tragiczne, mamusia chwali nieprzerwanie dziecko, kiedy wykazuje ono perfekcjonizm na przykład spędzając długie godziny nad kajetami, rysując precyzyjne obrazki, ucząc się, aby być pierwszym w klasie, żeby tylko oni, rodzice, byli szczęśliwi. I są szczęśliwi, że mają przykładne dziecko, które nie zrobi nic złego, nie rozbije nikomu okna, nie przeklnie brzydkim słowem, nie naruszy czyichś dóbr osobistych, nie bije się z rówieśnikami, aby pokazać, że jest samcem. Jest wyłącznie przykładnym uczniem żywiącym się pochwałami i radością rodziców, że jest takich udany.

– Co w tym złego, Iwanie Iwanowiczu? – Zapytałem z czystej ciekawości, ponieważ nie wierzyłem w przesadę spraw oczywistych.

– To, że owo pacholę wchodząc w życie, jest do niego kompletnie nieprzygotowane. Nie wie, co płeć przeciwna ma pod spódniczką, gdyż jest zbyt nieśmiały, aby to sprawdzić z czystej ciekawości lub z pierwszego miłosnego uniesienia, kieruje się oczekiwaniami innych a nie swoimi pragnieniami, przywiązuje chorobliwą wagę do wykonywania wszystkiego w sposób doskonały zamiast odwalać robotę, aby mieć ją z głowy, a nie wykonać w sposób zasługujący na pochwalę Najwyższego. To nie wszystko, drogi Michaelu Tequilowiczu! – Wykrzyknął samozwańczy ekspert medyczny widząc moje usta otwarte do następnego pytania.

– Czasy i ludzie sączą w dziecko filmy o okrucieństwach wojny, ociekających posoką potworach zgniatając w ten sposób jego wyobraźnię jak orzeszek laskowy, zamiast rzucić ją na otwarte przestrzenie piękna i słońca.

Zbliżaliśmy się do końca ulicy. Mój towarzysz zapewnił mnie szybko.

– Zmierzam do zakończenia opowiadania, ponieważ widzę już stragan z warzywami, gdzie muszę kupić sześć marchewek i trzy pietruszki, jeśli są mniejsze, lub dwie pietruszki, jeśli są większe. Takie otrzymałem polecenie. – Otóż taki młody człowiek staje się zaproszeniem in blanco do depresji czyhającej za rogiem z podniesioną pałką, jak policjant w komedii Charlesa Chaplina, aby wystąpić nagle jeden krok do przodu i uderzyć z cała mocą.

– Kończę już, rzekł Iwan Iwanowicz, zatrzymując się na krawędzi ulicy. – Jeśli ma pan dziecko i zauważy pan, że jest ono wyjątkowo spokojne, ulegle, nie ma oczekiwań, jest ideałem, to wiedz pan, że jest ono na najlepszej drodze do depresji. Życie dołoży mu jedno lub dwa cięższe przeżycia i depresja przyjdzie sama, nieproszona. Przeraź się więc pan jak najwcześniej i przeciwdziałaj! Mówi to panu obserwator życia, zdrowia i chorób, naturalnych i nienaturalnych, somatycznych, psychosomatycznych i psychicznych.

– Który wie, co mówi! – Dodałem od siebie, absolutnie szczerze.

Dokładnie tak. – Odparł Iwan Iwanowicz, po czym uścisnęliśmy sobie ręce serdecznie jak zrośnięci ze sobą bracia.

Tego dnia nie kupiłem nic na obiad, aby dokładnie przetrawić i przyswoić sobie wszystko, co powiedział mi Iwan Iwanowicz Iwanczyn.

Iwan Iwanowicz i depresja. Część 1.

Odkryłem Iwana Iwanowicza zanim on odkrył siebie. Nie odkryłem go w sensie dosłownym na przykład ściągając z niego kołdrę, co byłoby absurdem do kwadratu, lecz jako badacza, naukowca z powołania, pasjonata obserwacji i samoobserwacji.

– Widzisz pan. – Zaczął Iwan Iwanowicz, przyłączywszy się do mnie w drodze do sklepu, miejsca regularnych pielgrzymek wszystkich osób wierzących w konieczność jedzenia. – Depresja, ta straszna dolegliwość, która niszczy człowieka psychicznie zachowując go w stanie fizycznej nienaruszalności niczym mumię Ramzesa Któregoś z Kolei, jest wytworem jej właściciela. Rozumie pan? Nie istnieje ona obiektywnie, gdzieś w przestworzach, ale pojawia się na własne pańskie zaproszenie, kiedy uzna pan za stosowne je wysyłać.

– Zaprotestuję, szanowny Iwanie Iwanowiczu – odparłem z przekonaniem – zachowując głęboki szacunek dla pańskiego wieku i fantazji. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie zaprasza depresji, aby w nim zamieszkała! – Okazałem stanowczość, która mnie samego zdumiała, w obronie medycyny i psychiatrii.

– Dobrze pan to ujął, drogi myślicielu, wytwórco fikcji literackiej! – Pochwalił mnie rozmówca, co przyjąłem ostrożnie jako zapowiedź burzy argumentów, jaką zamierzał zwalić na mnie za chwilę. – O zdrowych zmysłach! Otóż to! Kiedy osobnik jest niedojrzały, aby rozumieć i poprawnie reagować na bodźce zewnętrzne – czasem w sposób kulturalny, czasem prymitywny, jak dyktuje mu jego ograniczony umysł – daje wówczas sygnał depresji, aby do niego przyszła. Zilustruję to tak: kiedy trzeba negocjować, negocjujesz, a kiedy trzeba dać w pysk, to nie ociągasz się jak kunktator, tylko dajesz w pysk oponentowi, chorobie lub samemu sobie, w zależności od potrzeby.

W czym, szanowny Iwanie Iwanowiczu, wyraża się owo niezrównoważenie, które pan tak śmiało diagnozujesz, jeśli wolno zapytać? – Rzuciłem w kierunku rozmówcy mając świadomość, że uprzejme słowa w rodzaju „szanowny panie”, „jeśli wolno zapytać” są ukrytą formą agresji, której przeciwnikiem jesteśmy wszyscy od dziecka. Jedynym zwolennikiem otwartej agresji, o jakim ostatnio słyszałem, był tylko dowódca konwoju z armatami przenikającego chyłkiem na Ukrainę w pomocą, której mieszkańcy sobie nie życzyli. Nie wyjaśniałem tego niuansu towarzyszącemu mi początkującemu, żywotnemu jak żeńszeń, starcowi.

– Dobry przykład! Dobry jak cholera! – Zakrzyknął w zachwycie Iwan Iwanowicz wzywając niebo na świadka oczami wzniesionymi w górę.

– Niezrównoważenie wyraża się w nadmiernej wrażliwości na innych ludzi, chęci spełnienia wszystkich życzeń mamusi i tatusia, a potem ukochanej dziewczyny, żony lub partnerki, staromodnie zwanej konkubiną, a także w pedantyzmie i nadmiernej układności. Jak pan się domyśla, nie jest to dorobek dziecka, które za moich czasów zwano pacholęciem, tylko jego rodziców. Nie wyrabiają oni w nich cech, które przeciwdziałają depresji, wręcz przeciwnie umacniają, pielęgnując i hołubiąc w nim słabości, pobłażając mu i chwaląc go nadmiernie, zamiast dać mu w kość trzeźwą oceną jego postępowania i osiągnięć, aby go uodpornić na wyzwania życia. Dopiero, kiedy depresja wybuchnie w nim jak świąteczna petarda powalając nieszczęśnika na matę nieskończonego smutku, wtedy dopiero dostrzegają, po niewczasie, że wyrządzili mu niedźwiedzią przysługę.

– No dobrze, Iwanie Iwanowiczu. – Poczułem, że tracę grunt pod nogami, że zręcznym fechtunkiem bojowniczy starzec wybija mi z rąk argumenty, będące mi tarczą i włócznią. – Ale jak to jest możliwe? – Zakrzyknąłem prawie w rozpaczy.

Nie skończyliśmy dyskusji, gdyż nasze drogi rozeszły się nagle jak szyny wysadzone w powietrze przez rewolucjonistę; ja poszedłem za głosem powonienia w kierunku skupu z kiełbasą bez dodatków chemicznych, Iwan Iwanowicz popędził w kierunku piekarni naglony wyciem żołądka spragnionego bułeczki z białej mąki. Zdołaliśmy tylko ustalić, że dokończymy temat, śmieszny dla mojego rozmówcy, lecz jakżeż bolesny dla milionów osób depresyjnie ciemiężonych.

Dom, gdzie straszy. Epizod 1. Zaktualizowany dnia 27 03 2015 godz. 7.37.

Tę historię opowiedział mi Iwan Iwanowicz Iwanczyn, człowiek trójkątnego pochodzenia, zdaje się cygańsko-polsko-rosyjskiego, co oznacza jednostkę z doświadczeniem wielonarodowym i potencjałem zarówno spokoju jak i wybuchowości. W rękach partii walczącej o władzę taki człowiek mógłby dać się obciążyć ładunkiem wybuchowym i zdetonować. Partie walczące o władzę umieją eksplodować ludzi na odległość, nawet trzy metry od telewizora.

Cytuję Iwana Iwanowicza:

Pierwszy raz zobaczyłem ten dom na spacerze; był wrośnięty fundamentem we wzgórze. Wkrótce poznałem jego mieszkańców, stojących mocno na podłodze. Okazało się, że jest to miejsce nawiedzone, gdzie czasem straszy, najczęściej jest jednak wesoło. Toczy się tu nieprzerwana walka żywiołów: męskiego i żeńskiego.Tak jest prawdopodobnie w każdym domu, chyba że ktoś jest bezdomny jak poglądy kandydatki Ogórek.

Dom stał samotnie zagubiony gdzieś między Polską a Indiami. – Kontynuował Iwan Iwanowicz. Poznałem to po stosach śmieci w lesie, równie wielkich i szpetnych jak w Indiach, co świadczy wyraźnie o istnieniu wspólnej kultury euroazjatyckiej. Kultury brudu.

Wewnątrz dom był podzielony na strefy wpływów. Jedną zamieszkał (raczej niż opanował) żywioł męski, dosyć wysokiego wzrostu, drugą opanował żywioł żeński, określony bardziej charakterem niż wzrostem. Były to żywioły domowe, bynajmniej jednak nieudomowione.

Żywioły toczyły nieprzerwaną walkę o prymat. Analizowałem ją systematycznie i powoli, jak bóbr rozgryzający temat, która partia i w jakim wymiarze stoi murem za „Skokiem”, instytucją specjalizującą się w skokach po cudze pieniądze na koszt państwa. – Iwan Iwanowicz skończył zdanie, po czym poprosił mnie o przysuniecie mu stołeczka, aby kontynuować relację. Siedząc już, kontynuował.

Żywioł żeński był w domu siłą dominującą, twórczą, kochającą porządek w stylu świętego Jarosława, nafaszerowanego patriotyzmem, historią i tradycją. – W tym momencie coś mocno zadźwięczało, lub tak mi się wydawało. Złotousty prelegent przerwał, wyciągnął z kieszeni komórkę i zaczął do niej szeptać. Kiedy rozłączył się, przeprosił mnie słowami: „Sorry, skończę opowiadanie następnym razem”.

Post Scriptum:

Gwarancja Satysfakcji: Wysoka jakość powieści „Sędzia od Świętego Jerzego” jest gwarantowana przez autora.

Czytelnikom, którzy z niezrozumiałych względów mogliby być niezadowoleni z lektury, oferuję kolejną formułę Gwarancji Przeprosin.

Przepraszam serdecznie za zawód, jaki sprawiłem Pani/Panu powieścią „Sędzia od Świętego Jerzego”. Rozumiem Pani/Pana rozczarowanie moim zdjęciem na okładce. Dzięki Pani/Panu wiem, że z taką facjatą nic sensownego nie można napisać. Proszę wejść na mój blog autorski i wpisać tam komentarz ostrzegający odwiedzających przed czytaniem czegokolwiek mojego autorstwa. Z wyrazami szacunku, Michael Tequila.

P.S. Powieść jest już nie tylko w księgarni internetowej Matras, lecz również w 178 księgarniach stacjonarnych i 28 księgarniach kafejkach Matras.

Link do najnowszej recenzji: http://chcecosznaczyc.blogspot.com/2015/03/co-wyjdzie-gdy-przyjedzie-australijski.html

Gorąco zachęcam do umieszczania w sklepach internetowych i na portalach czytelniczych opinii o książce, informacji ważnej dla innych czytelników.

 

Paszkwil na kobiety

Zamiast wstępu: Jest piątek wieczór. Poczułem się tak smutno, że musiałem napisać coś podniosłego.

Wybiegłem z domu wzburzony tym, co usłyszałem o sobie i popędziłem jak szalony w kierunku pól jeszcze nie złocistych i łąk jeszcze nie zielonych, aby zanurzyć się w wolność, która jeszcze nie zakwitła. Na zakręcie (nie pamiętam, jakiej ulicy) zderzyłem się z Iwanem Iwanowiczem, a za chwilę obydwaj zderzyliśmy się z Wiktorem.

– Dlaczego zderzenia są takie bolesne? – Zaczęliśmy wołać jeden przez drugiego. Kto jest temu winien?

– Kobiety! – Zawołaliśmy zgodnie jak jeden mąż. To był cud.

– Dlaczego mówi się „jak jeden mąż”, a nie mówi „jak jedna niewiasta”? – Zapytałem.

– Ponieważ mężczyźni są zgodni, a kobiety nie. – Iwan Iwanowicz w tym momencie zapłakał. Głupio mi się zrobiło, bo to starszy facet, a płakał jak bóbr. – Dobrze, że ziemia jest miękka, to nie będzie kałuży. – Pomyślałem ze współczuciem.

– Kiedy Iwan Iwanowicz doszedł już do siebie, wyznał: Dzisiaj trzynastego, w dzień nieszczęścia, wywalę całą prawdę o kobietach! Napiszę o nich paszkwil!

– Co masz na myśli? – Zapytał Wiktor, logiczny i dociekający prawdy z determinacją równą jamnikowi szukającemu borsuka w norze.

– Mam na myśli prawdę.

– To nie mów „paszkwil”, tylko „prawda”. Prawda o kobietach. Do tego to i ja rękę przyłożę. – Zdecydował Wiktor.

– I ja. – Dodałem z determinacją. – Prawda zawsze mi była bliska.

– Co mamy im do zarzucenia? – Rozpoczął dochodzenie Wiktor siadając pomnikowo na kamieniu podobnie jak Jarosław Kaczyński albo inna wielka postać historyczno-polityczna.

– Żyją dłużej! To jawna krzywda gatunkowa. – Prawie krzyknął Iwan Iwanowicz. Nastrój mu się zmienił, ogień płonął mu w oczach. Pomyślałem, że w starym piecu diabeł pali, lecz dla równowagi dodałem: – Iwanie Iwanowiczu, zgadzam się z panem co do joty, a nawet co do bukwy. Użyłem ostatniego wyrazu chcąc nawiązać do rosyjskich korzeni tego miłego mężczyzny.

– Żyją dłużej, ponieważ żyją kosztem nas, mężczyzn! Tak mówią najnowsze teorie naukowe.

– Co jeszcze? Mówcie szczerze. – Wiktor był aktywny jak zbrojny patriotyzmem separatysta na froncie ukraińskim. Na jego wezwanie wylała się rzeka prawdy, pomieszanej ze złorzeczeniami.

– Gdybym nie był żonaty, to byłbym bogaty jak … jak….Iwan Iwanowicz nie wyjaśnił do końca zasady bogactwa wynikającego z bezżenności.

– Wiemy, drogi Iwanie Iwanowiczu, co ma pan na myśli. – Podniosłem w górę sztandar męskiej krzywdy.

– Kobieta wydaje pieniądze szybciej, niż mężczyzna jest w stanie je zarobić. – To był głos Wiktora. Powiedzenie tak mi się podobało, że zacząłem szukać po kieszeniach dłuta, aby je uwiecznić w kamieniu. Narzędzia nie znalazłem, ale przypomniałem sobie własną krzywdę.

– Żona mi wypomina, że stale myślę o niebieskich migdałach. To mnie boli. A wiecie dlaczego? Dlatego, że ja to wiem, a ona mi to powtarza.

– Zamyśliliśmy się głęboko nad losem mężczyzny. W nastroju powagi staliśmy wyprostowani przez minutę.

– Słuchajcie! Kończmy już dzisiaj, jest zbyt wiele prawdy do powiedzenia o kobietach. Rozejdźmy się, dokończymy innego dnia. – Zaproponował Wiktor. Na dowód zgody rozdaliśmy sobie po kieliszeczku Absolutu.

– Hej, góralu, czy ci nie żal? –Wyrwało nam się z piersi. Było to okrzyk spontaniczny i rozszedł się takim echem, że psy zaczęły wyć w oddali.

– Pieski los mężczyzny! – To była oczywista konkluzja. Dobił nas Iwan Iwanowicz wiadomością odczytaną ze smartfonu, że prezydent Putin zgubił się w lesie i nie chce z niego wyjść. Nikt nie widział go od tygodnia.

A kuku!

„A kuku!” – To zjawisko, które istnieje, a zarazem go nie ma. – Tajemniczo zaczął starszy pan podający się za Iwana Iwanowicza. Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia z Wiktorem, które jednakże nie doprowadziły nas do zgody, czy ów tajemniczy osobnik to Iwan Iwanowicz czy nie. ”

W momencie niepewności podszedł do nas chłopiec z gazetami. Dzisiaj nikt już nie prowadzi domokrążnego handlu gazetami, ale ten jeden konkretny, drobny, nierozwinięty jeszcze młodzieniec, zaoferował nam gazetę. Skorzystaliśmy z okazji i kupiliśmy

– Kto by nie skorzystał? – Wymieniliśmy z Wiktorem spojrzenie, tym razem osiągając porozumienie. – Każdy by skorzystał!.

Gazeta nosiła tytuł „A Kuku!” Na pierwszej stronie była wiadomość, że waluta ukraińska, hrywna, jest wymienna. Chcesz wyjechać na wakacje zagraniczne, nazbierałeś trochę waluty, idziesz do banku, do bankowego kantora wymiany, aby mieć pewność, że nie zostaniesz oszukany (co bank to bank, aby tylko nie we frankach szachrajskich), wykładasz jak lord swoje dziesięć tysięcy hrywien przed kasjerem, a on ci mówi: – Niestety, nie mogę wymienić panu hrywien na euro.

– Jak to „nie mogę”? – Pytasz ustami i oczami. Czy hrywna nie jest wymienna?

– Jest, oczywiście, że jest. – Urzędnik uśmiecha się przyjaźnie. – Ale my nie mamy żadnej waluty obcej do wymiany. Ani dolarów, ani euro, ani marek niemieckich, ani żadnej innej twardej waluty. Nazwy walut urzędnik określał ekstrawagancko, choć nie wiadomo dlaczego, jako dołłary, ojro i dojcze marken.

– A kiedy będziecie mieli?

– Nie mieliśmy i nie będziemy. Nie wymieniamy hrywien na inne waluty. Bo nie mamy walut obcych w ogóle.

– Czyli hrywna będąc wymienną walut, nie jest wymienna.

– I tak, i nie. – Po czym uprzejmie wysmarkał się do chusteczki w dużą kratę.

– To jest właśnie „A Kuku!”- Wtrącił objaśniająco Iwan Iwanowicz. Nie za bardzo jeszcze rozumieliśmy jego tłumaczenie.

Chimera_Apulia_Louvre_K362

Na stronie drugiej gazety znaleźliśmy informacje o innym fenomenie, mianowicie o obojnaku.

– Z obojnakiem, proszę pana – z łam gazety spoglądały na nas dobroduszne oczy dziennikarza śledczego Iwana Iwanowicza – to jest tak. Patrzysz nań z jednej strony – a musi on być nagi, aby to dojrzeć – i cóż widzisz? – Dramatycznie zawiesił głos. – Widzisz mężczyznę w pełnej krasie. Patrzysz z drugiej strony, i cóż widzisz?

– Dramatyzm pytań i odpowiedzi Iwana Iwanowicza rozpalił naszą ciekowość do czerwoności. – Widzisz kobietę, też w pełnej krasie! – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz oblizując się lubieżnie i obleśnie, co wspólnie z Wiktorem oceniliśmy jako niesmaczny i nieudany żart. Kto tak oblizuje się i podnieca na widok cielesnego aspektu kobiety?

Iwan Iwanowicz niezrażony naszą reakcją dokończył: – Obojnak też jest przykładem „A Kuku!”. Jest to fenomen, dylemat, mgławica pomieszania, w której nie wiadomo, co jest, a czego nie ma.

C.d.n. jutro.  dwukolorowy kot

Trójca psychologiczna

Przypadki chodzą po ulicy. Dzisiaj spotkałem Iwana Iwanowicza, choć on utrzymuje, że to on spotkał mnie. Z okazji spotkania zaprosiliśmy się do pobliskiej kawiarenki na dużą herbatę z dwioma plasterkami cytryny i brązowym cukrem. Teraz herbatę pije się na litry, dlatego nie zdziwiliśmy się porcelanowymi garami zamiast filiżanek, jakie przyniosła nam kelnerka.

Kiedy już usiedliśmy przy stoliku, pojawił się tan Wiktor. Przedstawiłem go Iwanowi Iwanowiczowi. Wiktor też zamówił herbatę.

– Wśród ludzi dojrzałych popyt na herbatę rośnie, na kawę maleje. Lepiej dla Chin, gorzej dla Brazylii. – Pomyślałem bez satysfakcji przyglądając się moim towarzyszom przy stoliku. Po chwili zauważyłem, że bardzo się zmienili, byli jacyś dziwni. Wiktor miał długie dziewczęce rzęsy, którymi mrugał zalotnie jak panienka usiłująca przypodobać się mężczyźnie, zaś starszy pan miał policzki uróżowane i przypudrowane jak dbająca o siebie kobieta sprzed drugiej wojny światowej. Zastanawiałem się, jakie mogły być powody tych nieoczekiwanych zmian, kiedy obydwaj zaczęli machać rękami przed moimi oczami życzliwie wołając:

– Hej, obudź się. Chyba śpisz i masz widziadła senne, bo wyglądasz jak nieobecny.

Podziękowałem im za życzliwą obserwację, wróciłem do przytomności i zacząłem mieszać herbatę.

– Czytam teraz fantastyczną książkę „W zgodzie z sobą” – Iwan Iwanowicz rozpoczął konwersację.

– Ja też ją czytam. – Dodałem w pośpiechu zaskoczony zgodnością zainteresowań, na co Wiktor odezwał się niepewnie: – Chyba was przebiję. Ja również ją czytam!

Tego było za dużo. – Nie przesadzacie!? Może to jest w dodatku ten sam egzemplarz? – Zapytał zdegustowany naszymi oświadczeniami Iwan Iwanowicz. Wyraźnie wziął je za łgarstwo lub głupi żart.

– Trzech mężczyzn przy jednym stoliku czytających w tym samym czasie tę samą lekturę to zbieżność nad zbieżnościami zakrawająca na poważne śledztwo. – Podsumował, lecz w widząc naszą powagę zrozumiał, że mówimy prawdę.

– Otóż powiem wam, ale tylko wam, że czytam ją, ponieważ odkryłem w niej samego siebie.

– Ja też. – Dodałem w zdumieniu.

– Nie przesadzajcie. Znowu opowiadacie jakieś głodne kawały, bo ja też odkryłem w niej prawdę o sobie samym. – Zakończenie licytacji przez Wiktora nie mogło być bardziej zaskakujące. Nasza zdumienie sięgnęło zenitu, którym okazał się wysoki sufit kawiarenki, czysty, ale niezbyt atrakcyjny, aby o nim pisać.

– O co chodzi, panowie?. – Zaczęliśmy się dopytywać jeden prze drugiego.

– Chyba nie jesteśmy rodzeństwem jednojajowym. – Zapytałem pragnąc zaimponować przyjaciołom terminologią medyczną.

C.d.n.

O rzeczach ważnych

– Nie ma o czym mówić, wszyscy zajmują się albo polityką albo katastrofami, pożarami, utonięciami i innymi nieszczęściami. – Takimi słowy powitał mnie Iwan Iwanowicz, nazwiska nie wspomnę, gdyż jest znane wszystkim ludziom oczytanym. Było to w zimowy, zdrowy poranek charakteryzujący się małą ilością śniegu i temperaturą lekko poniżej zera.

– Jakież to inne, zapewne ważne, sprawy ma pan sam ma na myśli, Iwanie Iwanowiczu? – Zapytałem patrząc z przyjemnością na starca, który niejednemu zaimponowałby młodością ducha i zdrowego tryby życia.

– Nie będę niczego owijać w bawełnę w mroźny dzień, gdyż nie uchroni ona przed zimnem największej nawet prawdy. A jest nią to, że czytam – i to z wielką przyjemnością – „Biesy” Fiodora Dostojewskiego, delektując się klasą jego pisarstwa, urokami języka i cudownymi postaciami, jakie stworzył. Czy pan wie, że to on pierwszy pisał o nadczłowieku, a dopiero w dwa lata po nim ukazała się książka „Tako rzecze Zaratustra” Nietzschego, filozofa niemieckiego traktująca o nadczłowieku, do którego nawiązała potem ideologia nazistów i Hitlera? Równocześnie wyrażam żal, że zaniedbywałem czytelnictwo przez zbyt wiele lat, przez co czuję się dzisiaj jak Kolumb, który odkrywa Amerykę odkrytą wcześniej przez innych i to wiele razy.

Pocieszyłem Iwana Iwanowicza, że nie jest pierwszym Kolumbem, który odkrywa rzeczy odkryte, jak pewien mężczyzna, który odkrył, że jest do kitu i podjął się opisania swojej nędzy osobistej.

– Ja to rozumiem. – Podchwycił Iwan Iwanowicz. Jedni piszą o swojej wielkości, bo jej nie mają, ale potrzebują, drudzy zaś o swojej nędzy, bo mają jej w nadmiarze i chcą zrzucić części tego ciężaru zwanego przez psychologów zbędnym bagażem osobistym.

Nedza z bidą Kazimierz Władysław Wójcicki

– Zapewne w taki delikatny sposób, aby nikogo tym nie obarczyć. – Zasugerowałem.

– Niekoniecznie. – Odpowiedział Iwan Iwanowicz z tajemniczym uśmiechem. Znam taki jeden przypadek. Ów osobnik z ciężarem osobistej nędzy usiłował obarczyć nim Pana Boga.

– No i cóż na to Pan Bóg.? – Byłem ogromnie zainteresowany.

– Nic, nie odezwał się nawet. Myśli pan, że Stwórca nie ma innych rzeczy na głowie niż odpowiadanie na zapytania, prośby i żale jednostek.

– To było bardzo podobne do żądań górników z prywatnej spółki rządowej, aby rząd – jak dobry Bóg – zajął się nimi, przeznaczając na cele pomocy dla padających na nos kopalni publiczne, czyli nasze pieniądze.

1024px-Katowice_Coal_Mine

– Identycznie. Miałem sen na temat pomocy. – Tu Iwan Iwanowicz wdał się w nieco zawiłe rozważania w stylu Fiodora Dostojewskiego, ale nie miałem czasu już go słuchać. Poczułem się jak Stwórca i rząd, którzy nie mają czasu na słuchanie wszystkiego i wszystkich.