Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 10: Walne zgromadzenie udziałowców

W ogromnej sali Centrum Konferencyjnego Parobas, dwa razy większej niż boisko piłkarskie, wymownym świadku niezmiernej zasobności albo manii wielkości właściciela, trwało walne zgromadzenie udziałowców Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci, firmy z kilkudziesięcioma latami doświadczeń. Program zebrania przewidywał udzielenie absolutorium zarządowi za miniony rok, zmianę nazwy firmy oraz ustalenie kierunków dalszego działania.

Na sali spotkali się ludzie majętni, uporządkowani życiowo, głównie inwestorzy. Początkowo spokojna i rzeczowa dyskusja doprowadziła pod koniec zebrania do burzy, w której uczestnicy omalże nie obrzucili się wyzwiskami. Nie mogło zresztą być inaczej, ponieważ chodziło o pieniądze, a od dłuższego czasu sprawy firmy nie układały się najlepiej. Czasy były ciężkie, Laboratorium ponosiło straty, przyszłość stała pod znakiem zapytania. W ciągu jednego roku firma straciła dwóch wybitnych specjalistów, doskonale opłacanych lecz rozczarowanych stosunkami wewnętrznymi i brakiem motywujących projektów. Kilka projektów genetycznych nie udało się, kilka było połowicznie udanych. Klienci wycofywali się z wcześniej obiecanych zleceń; w sumie wyglądało to na klęskę.

Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci było nazwą historyczną. Wymyślił ją założyciel firmy mając na uwadze konie zagrożone wyginięciem. Był nim sufragan, biskup pomocniczy, episcopus auxiliaris, z południa Nomadii, osobnik głębokiej wiary, hodowca i szalony miłośnik koni, zasłużony dla regionu obrońca ginących gatunków zwierząt. Jego obsesją było zachowanie przy życiu kilku gatunków koni, którym groziło wymarcie. Pod koniec życia sufragan traktował konie podobnie jak ludzi, mówiąc o nich i rozmawiając z nimi tak, jak rozmawia się z dziećmi, wnukami czy rodzeństwem. Wynajdywał im dziwne imiona, a nawet je chrzcił. Czynił to po cichu, aby nie zniszczyć swojej reputacji, jaką cieszył się w Kościele Hierarchicznym, którego był wyznawcą i aktywnym członkiem. Nie przeszkadzało mu to mieć dwoje dzieci, o które troszczył się nie mniej niż o konie, stanowiące pasję jego życia. 

Firmą rządził wyjęty z szafy, dobrze odkurzony prokurator o twarzy jakby porażonej długotrwałą amnezją, któryś z kolei prawnuk założyciela firmy. Prowadzący zebranie pozwolił mu przez kilka minut tłumaczyć się z dorobku zarządczego, zupełnie niepotrzebnie, bo i tak było wiadomo, że musi on odejść. Jego konkurent, jedyny zresztą, gdyż stanowisko prezesa firmy wymagało nadzwyczajnych kwalifikacji i doświadczenia, doktor genetyki, naukowiec z doświadczeniem pracy w różnych branżach związanych z hodowlą i wykorzystaniem koni, już wcześniej rozeznał, że ma poważne szanse zostania prezesem i aktywnie uczestniczył w dyskusji. Przedstawiając się, wspomniał, że jego dziadek był starszym koniuszym na dworze cesarskim, co mogło dać mu dodatkowy punkt za tradycję rodzinną.

Od czasu sufragana, założyciela Laboratorium, rządziło nim już czwarte lub piąte pokolenie; dyrektor kwalifikujący się do zwolnienia był ostatnim, najmniej udanym przedstawicielem rodu. Na początku Laboratorium utrzymywało się z badania i leczenia koni, prowadzenia operacji chirurgicznych oraz poradnictwa i pomocy w selekcji i hodowli. Kolejne pokolenia właścicieli oprócz pracy w firmie zajmowały się dorywczo także produkcją pomników dla koni, biznesem wolno rozwijającym się, ale stabilnym i lukratywnym.

Zebranie przerodziło się w kłótnię i to w najmniej oczekiwanym momencie. Chodziło o nazwę laboratorium, a konkretnie o decyzję, czy ją zmienić czy nie.

– Nazwy nie zmieniajmy, bo to już jest tradycja. Może nawet trąci nieco myszką, ale taka tradycja jest najmocniejsza.

Tę linię argumentacji wsparła jedna trzecia udziałowców. Podobna część była za zmianą nazwy, uważając, że nie oddaje już ona należycie charakteru biznesu, jaki prowadzi firma, i wręcz kłóci się z przyszłością, którą głosujący widzieli w inżynierii genetycznej.

Rosaton przysłuchiwał się dyskusji. Będąc dziennikarzem łatwo otrzymał zaproszenie. Spodziewał się, że na walnym zebraniu będą się działy rzeczy ciekawe, może nawet niesamowite. Temat koni, ich hodowli i wykorzystania, stał w tym czasie na topie, co więcej, otaczały go kontrowersje. Do tego dochodziło rosnące zainteresowanie inżynierią genetyczną, zwłaszcza ze strony osób niezadowolonych ze sposobu, w jaki rząd Nomadii traktuje zwierzęta i środowisko naturalne.

– Cholerny tradycjonalista – pomyślał Rosaton, słuchając wypowiedzi jakiegoś gaduły, gorącego obrońcy tradycji we wszystkich jej wymiarach, niewzruszonej i nieśmiertelnej. Siedząc z boku, z nudów zaczął przyglądać się dużej rycinie ściennej przedstawiającej konia trojańskiego z płonącą grzywą, mającą prawdopodobnie symbolizować to, co stało się z historyczną Troją za jego przyczyną.

Kiedy Rosaton zbudził się z zamyślenia, usłyszał słowa, których nie rozumiał. Zajrzał do programu zebrania pokazującego godziny rozpoczęcia i zakończenia sesji; trwała wciąż dyskusja o ocenie pracy zarządu w minionym roku.

O inżynierii genetycznej zarząd Laboratorium zaczął myśleć dużo wcześniej niż konkurenci. Zaczęło się od założyciela firmy, sufragana, który uważał, że coś niecoś o tym wie, bo osobiście znał ojca genetyki, Gregora Mendla. Potem mówił, że się z nim przyjaźnił, a jeszcze później, w miarę jak popularność inżynierii genetycznej rosła, mówił i zachowywał się tak, jakby współuczestniczył w jego eksperymentach i rozumiał genetykę lepiej niż jej twórca, choć w okresie życia Mendla nie stosowano jeszcze nazwy genetyka. Może i coś w tym jednak było, bo sufragan mówił bardzo konkretne o genialnym genetyku, podawał szczegóły z jego życia, na przykład jak się ubierał, co lubił pić na śniadanie, czy jakie miał nawyki. Pamiętał go jako zniewieściałego staruszka, który tylko z powodu niedowidzenia i pomylenia gatunków groszków pachnących, jakie przez siedem lat badał i na jakich eksperymentował, dzięki swej zakonnej dyscyplinie i osobistej wyobraźni poczynił cenne obserwacje o prawach rozmnażania się roślin i zasadach dziedziczenia cech. Na poparcie swojej tezy sufragan twierdził, że genialny Czech co najmniej dwa razy się pomylił: raz niewłaściwie skojarzył sobie konia z rośliną mającą konia w nazwie, uważając, że koniopłoch łąkowy, łacińska nazwa „silaum silaus”, roślina z rodziny selerowatych, dosyć rzadka, rosnąca na wilgotnych łąkach, wywołuje popłoch wśród koni. Sufragan traktował genetyka jako człowieka łagodnie zaburzonego, raz nawet wspomniał, że był on niespełna rozumu, nie odmawiał mu jednak zasług stworzenia podstaw genetyki, dziedziny wiedzy, w której przyszłość sam wierzył bez zastrzeżeń.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 6: Kaznodzieje i inżynieria genetyczna

  Zwierzę i człowiek, by Max Frey.

Nie wszyscy mieszkańcy kraju uwierzyli w użyteczność i znaczenie inżynierii genetycznej. Wielu uważało tę nowoczesną technologię za niepotrzebne ryzyko, bali się jej. Pytano, dlaczego zmieniać cokolwiek w człowieku lub przyrodzie, skoro i tak jest nieźle. Jak zwykle, wywołało to podziały społeczne i ferment tak wielki, że w niektórych miejscach dał się odczuć zapach opuszczonego browaru, przypominający trochę zwarzony chmiel a trochę zleżałą padlinę.  

– Tam, gdzie w gę wchodzą wielkie pieniądze, ludzie gotowi są zrobić każde draństwo. Nie ma takiej świni, której nie byliby zdolni podrzucić bliźniemu. Możliwe jest, że do gry włączą się terroryści, co byłoby szczególnym zagrożeniem.

Tego rodzaju głosy nie były odosobnione. Pojawiły się w związku z nimi pytania, a wraz z nimi różne tłumaczenia i teorie. Wszyscy usiłowali ustalić, czy inżynieria genetyczna jest potrzebna, ponieważ może doprowadzić do tego, że świat będzie lepszy, albo też narobi takiego smrodu, że wszyscy otrzeźwieją dopiero na drugim świecie.

– To będzie piekło, jak zechcą skojarzyć małpę z kangurem, albo człowieka ze zwierzęciem. To czyste szaleństwo – mówili szczerze przerażeni ludzie.

Wśród teorii na pierwszy plan wysunęła się teoria alienacji. Miała ona tłumaczyć potrzebę szybkich i głębokich zmian w człowieku. Chodziło o to, że cokolwiek cywilizacja stworzyła dając ludziom korzyść, to równocześnie coś im odbierała lub psuła. Przeciwnicy globalizacji, anarchiści i jednostki ogarnięte tęsknotą za życiem pierwotnym na łonie przyrody, nazywali to pachnąco-śmierdzącym strumieniem postępu. Niektórzy mówili o alienacji, choć jej nie rozumieli.

Ponieważ natura nie znosi próżni, ktoś musiał w końcu wyjaśnić wątpliwości i złagodzić rozterki. Na ulicach pojawili się duchowni nazywający siebie kaznodziejami wiedzy i nadziei. Mówili, że przyszli pomóc, cytowali Pismo Święte, zwłaszcza fragmenty o dobrym samarytaninie. Kiedy już wyjaśnili swoją rolę i historię dokonań, zaczęli mówić o alienacji, potwierdzając, że każda forma postępu, nawet wynalazek tak drobny jak trzy atomy metalu połączone ze sobą niewidzialną nitką, coś dając, coś odbiera.

Brodaci, poważni, ubrani w czarne garnitury duchowni zjawiali się już z samego rana w miejscach publicznych, aby wykrzyczeć swoje prawdy. Byli też i młodsi, ci byli najbardziej nawiedzeni. Ubrani w żółte kurtki wzorem dróżników, z megafonami zawieszonymi na piersiach, chodzili po ulicach przestrzegając przechodniów przed złem i wołając „Obudźcie się”, potrząsając przy tym grzechotkami, które raz odsłaniały anioła, a raz diabła, raz pokazywały rozmarzone oczy, a raz zimne ślepia grzechotnika.

Wśród kaznodziejów zdarzały się też kobiety; wszystkie bez wyjątku były postawne, starannie ubrane i uczesane, o piersiach przypominających orzechy kokosowe. Ludzie, zwłaszcza mężczyźni, lgnęli do nich bardziej niż muchy do lepu, aby wsłuchiwać się w ich orędzia ilustrowane przykładami niczym książki dla dzieci. Niektóre kaznodziejki były wręcz brutalne w swoich objawieniach, ale tylko dlatego, że pragnęły wstrząsnąć bliźnimi do głębi, aby zrozumieli naturę rzeczy.

– Macie samojezdne samochody, tanie i wygodne, bez wysiłku docieracie do tysiąca i jednego miejsca, oglądacie zabytki, dziwnych ludzi i kolorowe pejzaże, i to was cieszy. Ale kiedy wracacie do domu, stwierdzacie ze zdumieniem, nie od razu i nie każdego dnia, ale coraz częściej i coraz wyraźniej, że wskutek nieużywania nóg powrastały wam one w pośladki, że mięśnie wam zwiotczały, skóra wygląda jak wyprawiona w taniej garbarni, a sami czujecie się jak worek zleżałego siana.

Ludzie rozumieli to coraz lepiej, ponieważ czuli jak w zastraszającym tempie tyją połykając w pośpiechu żywność wzbogacaną konserwantami i barwnikami, zawierającą głównie tłuszcze, cukier, sól i białko, bardziej przypominającą najtańszą paszę dla bydła niż żywność. Ponadto czuli się skołowani, ponieważ nieprzerwanie ktoś do nich dzwonił, lub oni dzwonili do kogoś, męczyły ich choroby wcześniej mało znane oraz ciągły stres, zabijający chęć do życia, a w mężczyznach także potencję.

Głosicieli prawd o alienacji wspierali kaznodzieje dualizmu, Mówili oni, że wszystko ma dobre i złe strony, że dobroć nie istnieje bez niegodziwości, radość bez smutku, miłość bez nienawiści.

– Im lepiej bawisz się na przyjęciu, tym większego masz potem kaca, im bardziej komuś pomagasz ciężko pracując na niego lub za niego, tym więcej okaże ci niewdzięczności na starość. Takie są prawa dualizmu – były to ich zawołania i zaklęcia.

Nauki te powtarzano tak długo, aż w końcu społeczeństwo zrozumiało, że inżynieria genetyczna jest uniwersalnym i najlepszym lekarstwem na jego bolączki, i że bez niej nie da się uratować człowieka, zwierząt ani środowiska naturalnego. Pod presją społeczeństwa parlament w abcugach stworzył jeszcze lepsze i dokładniejsze prawa ułatwiające rozwój inżynierii genetycznej. Wkrótce powstały nowe laboratoria i instytuty, i zaczęły prześcigać się pomysłach, budząc w ludziach nadzieję, że poprawią ich coraz bardziej dychawiczną kondycję.

Sprawy szybko ruszyły do przodu. W pierwszej kolejności nauczono się hodowli ludzkiej skóry i budowy szkieletu kostnego oraz przeszczepiania organów wewnętrznych, płuc, serca, nerek i wszystkich innych. Nie pisała o tym prasa codzienna, aby nie straszyć społeczeństwa wizją człowieka, któremu można wymieniać i instalować szkielet, kości, tkanki i organy wewnętrzne równie łatwo, jak części zamienne w rowerze lub samochodzie. Przykładem mogły być wcześniaki, które ratowano nawet wtedy, kiedy były zaledwie w połowie rozwinięte, aby potem usprawniać poszczególne organy i funkcje ciała. Celowały w tym szpitale, szczycące się ratowaniem najmniejszych dzieci. Na ścianie szpitala w Comotal wisiały zdjęcia dziesięciu uratowanych wcześniaków; najmniejszy ważył niecałe czterysta gramów, cała dziesiątka ważyła łącznie niecałe sześć kilogramów.

Którejś nocy mało znany portrecista Alain domalował dzieciom rączki i nagrał ich głosy wołające o ulżenie ich cierpieniom. Ujęty przez policję, wezwaną przez sprzątaczkę nocną, został zatrzymany razem z dowodami przestępstwa. W prokuraturze tłumaczył się, że chciał tylko – ze strachu przed możliwościami manipulacji genetycznej – wyrazić sprzeciw wobec ingerencji człowieka w naturę życia.

Rosaton, będąc dziennikarzem, postanowił poświęcić się obserwacji i opisowi nowej rzeczywistości. Miał ku temu szczególne warunki i powody. Dzięki mikroprocesorowi podłączonemu do dwóch pamięci, krótkotrwałej, podręcznej, w płacie czołowym mózgu, oraz do trwałej, znajdującej się w hippokampusie, części mózgu podobnej do konika morskiego z podwiniętym ogonkiem, jego mózg miał dużo większą pojemność i wyjątkowo sprawnie pracował. Z drugiej strony, ciarki mu przechodziły po plecach, że ktoś uzyska dostęp do jego mikroprocesora i będzie mógł rejestrować wszystko, co on myśli, mówi i czyni, mierząc mikroprądy pokazujące pracę serca, ciśnienie krwi, proces oddychania, jak się porusza, gdzie chodzi, co robi oraz odczytując to, co pisze czy na co patrzy.

Mimo obaw i ryzyka, inżynieria genetyczna stała się szybko symbolem nowoczesności, umieszczanym na najwyższych budynkach. Prawa do użytkowania symbolu nie można było kupić ani sprzedać. Rząd uznał inżynierię genetyczną za skarb narodowy i zezwalał na używanie symbolu tylko w święta państwowe oraz w dniach wielkich wydarzeń krajowych i międzynarodowych. Dla ułatwienia stosowania symbolu dopuszczono skróconą nazwę „Inż-gen”.

Partia Konserwatywna, zwana w skrócie Konserwą, i jej rząd byli głęboko przekonani, że inżynieria genetyczna wyzwoli społeczeństwo z przymusu opatrzności i przypadku. Premier Csudo własną ręką dopisał ją do listy priorytetowych dziedzin gospodarki, na której już wcześniej umieszczono technologię cyfrową oraz automaty i roboty, o które wołali wszyscy przedsiębiorcy mający coś do spawania, podnoszenia lub przycinania. Wszystko wiązało się ze sobą.

C.d.n