Kabaret Jaro: Druga prawda o 13 grudnia.

Kuję żelazo, póki gorące. W pośpiechu założyłem kabaret. Otrzymałem telefon z Warszawy z zachętą. Scenariusze pisze dla mnie najlepszy polski scenarzysta, aktor i reżyser kabaretowy J. K. To pseudonim. Facet nie ujawnia imienia i nazwiska ze względu na nadmierne z publiczne zainteresowanie jego osobą.

Jaro dokonał wczoraj kolejnej publicznej spowiedzi.

Moje internowanie nie będąc internowaniem było ciężkim internowaniem. Cierpiałem bardziej niż ci, którzy byli internowani.

To właściwie był pan, czy też nie był pan, internowany? Dziennikarze potrafią być wścibscy.

Powiem otwarcie. W nocy z wczoraj na dzisiaj mój pogląd zmienił się, choć w istocie to się nie zmienił. Boleśnie odczułem to, co powiedziałem wczoraj o więźniach politycznych w Polsce. W okresie internowania sam byłem więźniem politycznym. Wiadomo oczywiście, kto nas wsadzał do wiezienia. Wszystkiemu jest winien obecny polski rząd, który dla mnie nie jest rządem. Jest niedemokratyczny i niepolski. Dziwię się, że prezydent ostro nie skrytykuje tego rządu. Moja partia wystąpi do władz USA, Unii Europejskiej i ONZ, aby interweniowali. Już raz wystąpiliśmy o pomoc w ujawnieniu prawdy o katastrofie lotniczej i osiągnęliśmy powodzenie.

Jak to? Przecież Amerykanie nic nie zrobili w tej sprawie.

Jest pan źle poinformowany. Dzięki wsparciu administracji amerykańskiej odkryliśmy na szczątkach pozostałych z katastrofy ślady prochu. To niezbity dowód, że to polski rząd przygotował zamach.

Jak to?

To był przecież samolot rządowy.

Wróćmy do internowania. Pańskie internowanie pasjonuje wszystkich, ponieważ jest tak tajemnicze.

Nie ma tu żadnych niejasności. Internowałem się sam. Nigdy nie przeżyłem niczego cięższego. Pokój w domu zamieniłem na celę. Wybrałem ten najmniejszy. Marzłem tam. To była prawdziwa Syberia. Z trudem wywalczyłem u strażnika pryczę i koc. On zadbał o to, aby jak najszybciej zakratować okno i pozbawić mnie tego ostatniego skrawka wolności.

Pamięta pan może nazwisko tego strażnika?

Oczywiście, jakże mógłbym nie pamiętać. Jaro K. Przecież to było samo samointernowanie. Pamiętam również nazwisko naczelnika więzienia. Też Jaro K. Nigdy im nie wybaczę im okrucieństwa, bezmyślności i znęcania się nade mną. Internowanie złamało mi życie.

Chyba nie całkiem. Wygląda pan na dobrze odżywionego, choć nieco blado. Szczerze mówiąc, wygląda pan jak syn młynarza.

Co pan tu robi jakieś głupie aluzje? W mojej rodzinie nikt nigdy nie był młynarzem, choć wiem, co to za zawód, bo młyn raz widziałem. A to, że jestem blady, to normalne. Pracuję dużo po nocach. Robię wszystko dla dobra ojczyzny.

Jest pan blady, bo pozostaje pan w cieniu. Nawet, kiedy wychodzi pan na dwór.

To insynuacje.

Mam na myśli to, że na dworze jest pan w cieniu kilkunastu wynajętych ochroniarzy.

Może i w cieniu, ale na świeczniku. Pan tego i tak nie zrozumie, bo pan jest za młody. I nie wygląda pan na prawdziwego Polaka.

A kto decyduje o tym, kto jest, a kto nie jest prawdziwym Polakiem?

Jak to kto? Ja o tym decyduję!

0Shares

Historia 13 grudnia

W parku było 40 stopni C w cieniu. Nie miałem szczęścia, kiedy spotkałem Wiktora. Język przykleił mu się do podniebienia. Nie mógł mówić. Wycharczał tylko: Dzisiaj zostaw mnie w spokoju! Napisz lepiej o Kaczyńskim. On tak ciekawie mówi o 13 grudnia. Oddaliłem się, aby przemyśleć moje uczucia do obydwu bohaterów.

Kocham Kaczyńskiego! Jarka oczywiście, żadnego innego, bo Kaczyńskich jest wielu. On jest nadzwyczajny. Za moją nieustającą miłość do niego (od jego pierwszego otwarcia ust) odwdzięcza mi się dostarczaniem tematów do blogowania. Jest to zdrowy układ: coś za coś. Podziwiam go między innymi za to, że trzy razy powie, zanim raz pomyśli. Jest to tak wrażliwe, kobiece. No i te myśli ostre jak pociski. Nie bez kozery Jarek zyskał sobie wśród zaprzyjaźnionych Indian amerykańskich pseudonim: Ten, co strzela sobie w nogę. Ma chłop odwagę w głoszeniu prawdy! Prawdy, która wprost oszałamia. Tego nikt nie zaprzeczy.

Dzisiaj – w odpowiedzi na niewybredne oskarżenia, że w historycznym dniu 13 grudnia 1981 roku biegał jeszcze w ciapach – nasz bohater ujawnił tajemnicę swego życia z nocy, kiedy internowano kilka tysięcy osób.

Nałożyłem na siebie mój najlepszy garnitur. Zawsze byłem elegancki. Czekałem, kiedy przyjdą mnie aresztować. Plecak miałem wypchany sucharami i cebulą. Kiedy grupa aresztująca nie pojawiała się, wyszedłem na ulicę. Przeszył mnie mroźny wiatr, zapowiedź zimnej celi więziennej. Wezbrałem uczuciem nadzwyczajnego patriotyzmu.

Aresztujcie mnie! – wrzasnąłem z całej siły do członka ZOMO, który właśnie prowadził do karetki więziennej trzech mężczyzn. Kiedy nie zareagował, uderzyłem go w twarz, aby zwrócić uwagę na moje prawo do internowania. Ale on dalej nie reagował. Chyba za słabo go uderzyłem – pomyślałem. Jestem za bardzo wrażliwy – ta myśl nie dawała mi spokoju. Powtórzyłem więc cios i dopiero wtedy Zomowiec wyjaśnił:

Wiem dobrze, kim pan jest. Zasługuje pan na internowanie bardziej niż inni. Ale nie mogę pana teraz aresztować, ponieważ karetka więzienna jest już wypełniona po brzegi. No i ta twarda poduszka, którą dla pana przygotowaliśmy, jest zajęta. Jak tylko przyjadę na posterunek, od razu będę interweniować u samego Generała J., aby pana internowano. Może nawet interweniować w Sejmie? Zastanowił się chwilę, po czym puknął się w czoło. Oczywiście, że jak trzeba, to w Sejmie – oświadczył, podszedł bliżej i uścisnął mi rękę.

Dlaczego on tak postąpił? – zapytał naiwnie dziennikarz znanej gazety. Znanej z tego, że na pierwszej stronie zamieszcza największe rewelacje polityczne świata. Bohater poczuł się zażenowany małością pytania.

Po prostu wywarłem na nim wielkie wrażenie. On doskonale wiedział, że tej nocy powinienem trafić do więzienia na długie lata jako numer jeden. Numero Uno – tak o mnie pisała wówczas włoska prasa. Zasłużyłem sobie na to – bohater podziemia wyciągał chusteczkę i wysmarkał się wzruszony niespełnioną tragiczną historią własnego życia.

Na czym polegały pańskie zasługi w tamtym czasie? – zapytał dziennikarz znanej gazety.

Przenosiłem bibułę z piwnicy do toalety. Brakowało wtedy papieru toaletowego i korzystaliśmy z bibuły. To taki miękki paper, którego pan nie pamięta. Nie znosiłem papieru gazetowego, był twardy i szeleszczący. To kwestia dobrego wychowania i gustu – wyjaśnił działacz podziemia rozbrajającym uśmiechem numer dwa, który pojawia się automatycznie, kiedy właściciel tworzy historię więzienną w burzliwym życiorysie.

Były Prezydent Wałęsa twierdzi, podobnie jak i inni znani politycy z tamtych lat, że Pan nie był ani nie mógł być internowany, ponieważ nikt pana nie znał, bo zajmował się pan wtedy hodowlą kota.

Co Wałęsa i inni mogą wiedzieć o mnie jako działaczu podziemia w tamtych latach? – J.K. wybuchnął gniewem, od którego jego pociągła twarz pokryła się piegami z lat zmagań z księżycem.

Wałęsa wtedy sam nic nie znaczył. Internowano go, ponieważ trzymał w ręku transparent z moją podobizną. Kiedy pojawił się z nim na ulicy, tłum zaczął jednogłośnie skandować: Nie żyje Jarek K! Niech żyje! Niech żyje! Nienawiść do ówczesnej władzy ogarnęła wtedy całe miasto. Nie pamiętam dokładnie, jakie to było miasto, ale wiem z pewnością, że nie było to na wsi.

Kiedy dziennikarz spojrzał pytająco, J.K. wyjaśnił: Wie pan, nie lubię wsi. Oni tam chodzą w gumiakach, a to nie przystoi działaczowi podziemia, który w głowie ma ideały, a nie plewy. Ja chodzę w lakierkach. Nie wychowywałem się na podwórku, jak ten tam …No, jak mu tam? No, ten piłkarz w rządzie! No, jak mu tam? Nieważne! Przepraszam, pamięć mnie zawodzi od tragicznych przeżyć w czasie internowania. Ale co pan o tym wie? Jest pan zbyt młody, aby rozumieć tamte lata!

 

0Shares