Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 161: Samodoskonalenie się Josefa

Josef rozgadał się na temat ludzi, zauważając, że jego właścicielom, Ifigenii i Bur Burowi Wałach, opowiadanie o ludziach, jacy są niedoskonali, sprawiało przyjemność. Było w tym trochę zakłamania, przyznawał to w duchu, stojąc zwłaszcza wieczorem nad żłobem, kiedy pod dachem stajni popiskiwały jaskółki karmiące młode lub wydawały głos inne ptaki. Josef z żalem przyznawał, że najmniej je rozumie z całego świata ludzko-zwierzęcego.

Ifigenia odpowiedziała Josefowi, że nie widzi potrzeby kastracji, na co Bur Bury wtrącił „przynajmniej na razie, dopóki nie brykasz”, co Josefowi przypomniało, że dawali mu brom właśnie po to, aby zmniejszyć ryzyko takiej swawoli. Były to sprawy tak mocno się zazębiające, że po pewnym czasie przestał mieć wątpliwości, że tak właśnie było.

Współpracując z swoimi właścicielami Josef naprawiał wszystkie ludzkie niegodziwości, jakie ich spotkały ze strony ludzi i koni oraz wypaczenia w stosunkach między tymi gatunkami. Pewnej niedzieli, trzeba było od czegoś zacząć, wszczął rozmowę z Ifigenią i Bur Burym, coraz bardziej dla niego łaskawymi, w miarę jak koniał. Używał tego wyrazu dla uproszczenia języka, bo nie podobał mu się długachny zwrot „przemiana człowieka w konia”. Rozmawiał z nimi nie za długo, aby ich nie zmęczyć, bo nie byli przyzwyczajeni do myślenia tak bardzo jak on.

Miał kilka pomysłów, które im przedstawił i które im się spodobały i to do tego stopnia, że przyznawali mu od tej pory dodatkowe dawki siana, obroku, jabłek i marchewki, w zależności od tego, co obrodziło danego roku. Była to forma podziękowania jak i zachęty do dalszego samodoskonalenia się. W trakcie rozmowy zaskoczyli go porównaniem, że jest to sytuacja win/win, w której obydwie strony, to znaczy on i oni, wygrywają równocześnie. Obie strony potępiły opcje win/lose, jeden wygrywa, drugi przegrywa, jako typowe dla ludzkiego gatunku, wykorzystującego każdą możliwość do osiągnięcia dominacji nad inną istotą lub nawet całym gatunkiem.

Z warzyw fundowanych mu przez właścicieli Josef najbardziej lubił rzodkiewkę, chrupiącą, jędrną, pokrojoną w plasterki i ułożoną na grubej pajdzie chleba.

Potem trochę mu przeszła chętka na takie jedzenie, bo przypominało mu to ludzki zwyczaj objadania się, ale dobry smak pozostał. Filozofując, doszedł do wniosku, że smak jest wartością uniwersalną i dlatego człowiek i koń mogą go odczuwać równie intensywnie, choć w inny sposób. To łączyło obydwa gatunki i ta świadomość przynosiła mu radość.

*****

Wczesnym latem na Josefa spłynęła fala doskonalenia się. Zdając już sobie w pełni sprawę z podwójnej osobowości, postanowił silniej ją zintegrować. Najłatwiej i najprościej było zacząć od wzmocnienia kondycji, chociażby ćwicząc zwykły chód obydwu gatunków. Obserwował poruszanie się ludzi i koni, w różnych miejscach, na wyścigach konnych, stadionach sportowych, ulicach, pastwiskach, w ujeżdżalniach, na dworcach kolejowych, a nawet w cyrku. Obydwa gatunki miały odrębny styl poruszania się.

Walcząc o umocnienie swej odrębności gatunkowej Josef ćwiczył nowe rodzaje chodu. Myślał o rezygnacji ze spacerów, joggingu i chodu sportowego na korzyść czegoś nowego. W końcu uznał, że dobrze byłoby zachować jogging, ale rozwinąć go w wersji bardziej końskiej, bardziej rytmicznej, wymagającej płynniejszych ruchów i większej szybkości. Nie szło mu to za dobrze, ponieważ w odróżnieniu od konia poruszał się na dwóch nogach. Zastanawiał się, czy w trakcie swojego poprzedniego życia, częściowo końskiego, częściowo ludzkiego, nie rozwinął w sobie – może nawet nieświadomie – cech lub zachowań utrudniających mu bycie człowiekoniem. Znał już cztery rodzaje chodu końskiego, przećwiczył je wszystkie o tyle, o ile było to możliwe dla istoty dwunożnej a nie czteronożnej.

Był to proces powolny i niełatwy. Tak bardzo go to nurtowało, że któregoś dnia potruchtał do biblioteki naukowej, aby przestudiować ewolucję konia i człowieka jako odrębnych gatunków ssaka. Na szczęście sala biblioteczna mieściła się w bardzo starym budynku i była wyjątkowo wysoka, tak że Josef nie bał się zaczepić głową o sufit, a przynajmniej nie mieć uczucia, że sufit wisi mu nad głową.

Źródła o ewolucji, jakie znalazł, poraziły go niekompletnością. W pismach Darwina nie było nic o koniach, jakby w ogóle nie istniały. Pisali za to inni autorzy, silący się na naukowców. Josef doszedł do takiego wniosku, ponieważ pochodzenie koni wywodzili oni od pradawnego, dziwacznego kucyka, który nie wiadomo czy w swoim rozwoju też nie zszedł z drzewa na jakimś etapie ewolucji.

Słabością doskwierającą Josefowi okazała się jego wciąż ograniczona wiedza na temat koni, ich życia i zwyczajów. Im więcej o nich wiedział, tym bardziej było to oczywiste. Postanowił to zmienić, uczyć się i studiować konie, zaczynając od ich maści. W bibliotece publicznej zrobił sobie pełen opis konia, wykorzystując przede wszystkim przymiotniki, po czym zapisał kolory sierści, określając je prawidłowo maścią. Słowo „maść” niedobrze mu się kojarzyło, oznaczając miksturę często o niemiłym zapachu używaną przez ludzi w celach leczniczych.

Koń stał się dla Josefa prawie bożyszczem. Josef zbliżał się do niego coraz bardziej i upodabniał, celowo rozciągając pysk przed lustrem i wydłużając chrapy. W końcu poddał się operacji plastycznej, zrobił sobie większe to i owo, aby móc imponować sobie i otoczeniu. Zmienił się też jego język. Josef nie używał już określenia twarz, ale twarzopysk, a potem konsekwentnie już tylko pysk, tak jak mówi się o koniu.

Wszystkie zachodzące w sobie zmiany Josef oceniał pozytywnie; ograniczał w sobie cechy ludzkie, cywilizacyjne na korzyść cech zwierzęcych, przyrodniczych. Zwiększało to jego poczucie wartości osobistej i gatunkowej

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 146: Dyskusja na temat przyszłości Josefa

Rano laboranci zaczęli gromadzić się w wielkiej sali konferencyjnej na codzienną dyskusję. Nina była niespokojna, przypominały jej się nocne chimery i dziwadła. Zanim wszyscy się zebrali, opowiedziała swój sen. Pozostało w niej przekonanie, że nie ma co spekulować na temat przyszłości Josefa, ponieważ rzeczywistość może okazać się zupełnie inna niż ta, jak ją sobie wyobrażają laboranci.

Inni też mieli swoje przemyślenia. Pierwsza zabrała głos filozofka Sofia.

– Nie sądzę, że Josef musi mieć trudne życie, ponieważ wygląda inaczej niż my wszyscy, że będzie traktowany niechętnie czy nawet wrogo jak przybysz z obcej planety. Jest żywą istotą o cechach konia i człowieka, a ludzie są przecież przyzwyczajeni do wyglądu jednego i drugiego osobnika. U Josefa tylko konfiguracja ciała jest odmienna. W sensie filozoficznym nie jest to ani człowiek, ani koń, a równocześnie jest to i człowiek, i koń. Ta podwójność ma pewien nieokreślony diaboliczny wymiar, ale nie musi to być przekleństwo losu.

Ninie zapadło w pamięć jej podsumowanie. Zaczęła zastanawiać się, jak będą Josefa widzieć i opisywać zwykli ludzie, kiedy go zobaczą, a w szczególności, kiedy go bliżej poznają. Opinii było tyle, ile osób na sali. Wydawało się, że dalsze roztrząsanie przyszłości Josefa niewiele wniesie. Sofia zaproponowała opracowanie listy zagrożeń, jakie może napotkać Josef jako osobnik gatunku odmiennego od wszystkich znanych organizmów. Nikt nie wiedział, jak otoczenie potraktuje konioczłowieka na wolności, poza terenem Laboratorium.

– Nie wiemy nawet, jak zareagują na niego konie, czy rozpoznają w nim pobratymca, czy dostrzegą jakąś formę powinowactwa. Koniarze najbardziej niepokoili się o reakcję koni, którym przypisywali pozytywne cechy, które jednak również potrafiły być narowiste i niezrozumiałe.

Obserwacje i sugestie notowano na tablicy. Na pierwszym miejscu znalazło się zabójstwo. Paradoksalnie, obawę o zabójstwo Josefa łączono z kościołem, ponieważ w sposób bezkompromisowy uznawał prymat Boga jako twórcy wszelkiego życia. Laboranci nie mieli wątpliwości, że Kościół Hierarchiczny, a w ślad za nimi wierni, uznają konioczłowieka za twór szatana. Byli też przekonani, że rozmowy na ten temat z przedstawicielami kościoła nic nie dadzą.

– To instytucja zapiekła w doktrynalnym uporze. Oni jeszcze nie całkiem uwierzyli w ewolucję. Kościół będzie pierwszym wrogiem konioczłowieka, a ponieważ to my go stworzyliśmy, staniemy się również jego największym wrogiem. – W wypowiedzi byłego księdza, zwanego Klechą, pozbawionego przez kościół uprawnień kapłańskich z powodu zbyt liberalnych poglądów, brzmiała gorycz. W kuluarach Laboratorium szeptano, że Kościół miał z nim na pieńku, ponieważ Klecha opowiadał się za wyświęcaniem kobiet na księży, zniesieniem celibatu i przyznaniem homoseksualistom praw do zawierania związku małżeńskiego.

Laboranci poczuli się bezsilni. Nikt nie miał pojęcia, jak rozwiązać dylemat przyszłości Josefa budzący tyle niepokoju. Myśl, jaka kołatała im w głowach, to powolne przebijanie się przez mur uprzedzeń i wątpliwości gatunkowych i rasowych, aby zbudować pozytywny wizerunek konioczłowieka w społeczeństwie. Był to pomysł zbyt powolny w realizacji, aby na niego liczyć. Potrzebna była inna, zupełnie nowa i nietypowa strategia. Nikt nie miał pojęcia, jak mogłaby ona wyglądać.

Na drugim miejscu zagrożeń pojawiło się porwanie Josefa w celu poznania jego genomu i drogi powstawania nowego gatunku z wykorzystaniem inżynierii genetycznej.

Trzecim zagrożeniem była śmierć z dowolnej innej przyczyny. Najbardziej obawiano się najzwyklejszych zdarzeń; choroby, zatrucia, nieszczęśliwego upadku z małej lub z dużej wysokości, wypadku drogowego, pogryzienia przez dzikie zwierzęta lub wygłodniałe psy, zasłabnięcia i zaśnięcia na mrozie, utopienia się, czy porażenia piorunem. Były to zdarzenia zagrażające zdrowiu i życiu każdej istoty w najmniej oczekiwanych okolicznościach i Josef nie mógł być wyjątkiem.

Od czegoś trzeba było zacząć. Wybrano ankietę z pytaniami tworzącymi pełny scenariusz zdarzeń i ewentualności. Pytania zaczynały się od „Co …”, „Gdyby …”, „Jeśli …”, „Jak …”. Były też i takie, które brzmiały dziwacznie i niedojrzale, dopóki ktoś nie zastanowił się nad nimi głębiej i nie podjął próby znalezienia rozsądnej odpowiedzi.

– A co będzie, jeśli Josef wejdzie do rzeki lub do jeziora, aby zażyć kąpieli, i zacznie się topić, lub nie daj Boże utopi się. Co wtedy? Z każdego pytania wypływały dalsze. Pytając, zastanawiając się i odpowiadając, poruszając się powoli do celu jak po nitce do kłębka, Laboranci rozumieli coraz lepiej, na jak liczne ewentualności w życiu Josefa muszą być przygotowani. Niezależnie od spraw oczywistych, genetycy i chirurdzy nie byli pewni, czy w trakcie życia Josefa – myśląc o nim wzdychali życząc mu, aby żył długo i szczęśliwie – nie wyjdzie na jaw jakaś wada organiczna, defekt lub nieoczekiwana ułomność, o których mogli powiedzieć z pewnością tylko to, że mogły być cholernie skomplikowane.

Po przedyskutowaniu zagrożeń stało się jasne, że musi powstać bank zastępczych organów wewnętrznych. Sporządzono listę, zaczynając od tych najbardziej oczywistych i niezbędnych, jak serce, płuca, wątroba czy żołądek, dających się łatwo przeszczepić, ale także krwi, tkanek, substancji kostnej, skóry, wymagających więcej zabiegu i manipulacji. Gromadzenie po jednym egzemplarzu każdego organu byłoby beznadziejnym minimum; potrzeba było co najmniej kilka egzemplarzy i odmian każdego organu, aby uwzględnić możliwość odrzutu, przypadkowego zniszczenia, uszkodzenia czy nawet kradzieży. Przytłoczeni ogromem wyzwań laboranci zdali sobie sprawę, że stworzenie konioczłowieka było jedynie wygraną bitwą; teraz musieli przygotować się do wojny o jego przetrwanie i rozwój.

0Shares

Świat zezwierzęcony. Opowiadanie Józef konieje

Wieczorem Józef przyglądał się swojej twarzy w lustrze, dostrzegając powoli zachodzące przemiany. Była to jeszcze twarz ludzka, ale już z pierwszymi, niezbyt wyraźnymi, można by powiedzieć nieśmiałymi rysami końskiego pyska. Jego nos wyraźnie się powiększał jednocząc się z ustami, przechodzącymi stopniowo w chrapy końskie, wypełniając wspólnie coraz większą powierzchnię twarzopyska. Wyobraził sobie chrapy końskie, rozwinięte, wilgotne i obfite. Myślenie o nich wzruszało go, bo kojarzyły mu się z czułością i całowaniem; pragnął wtedy, aby proces zmian był jak najszybszy.

Któregoś razu, stojąc przed lustrem zauważył zęby, powoli żółciejące i powiększające się do końskich rozmiarów, coraz bardziej imponujące. Pomyślał o dojrzałym garniturze końskich zębów, takich, które pozwoliłyby mu chwycić w pysk całą wiązkę siana i żuć ją z rozkoszą.

Do głowy, o której coraz częściej myślał jako o łbie, przychodziły mu także inne pomysły. W dzieciństwie przyglądał się jak ojciec oprawiał króliki i ściągał z nich skórę, a potem rozciągał na drewnianą ramkę, aby ją dobrze oczyścić, podsuszyć i zakonserwować na futerko. Oczywiście cały ten proceder znęcania się nad innym zwierzęciem, w dodatku puszystym i miłym w dotyku, był obrzydliwy i wywoływał w nim odruch wymiotny. Teraz jednakże chodziło mu tylko o to, czy nie dałoby się poprzyczepiać końcówek warg na malutkich haczykach, czy choćby nawet na gwoździkach, do podobnej drewnianej ramki, aby przyspieszyć ich rozciągnięcie do wielkości normalnych chrapów końskich, jakie widział już u siebie oczami wyobraźni rozbuchanej pragnieniem.

Gwoździki i haczyki to nie był jego pomysł, tylko filipiński, związany z uroczystościami udręczania ciała dla upamiętnienia ludzkiej męki. Józef wracał do tej myśli, ponieważ zdawał sobie sprawę, że chodzi o zagadnienie, którym będzie musiał się kiedyś poważnie zająć, a mianowicie o duchowość zwierzęcą.

W miarę jak coraz bardziej koniał (używał teraz częściej wyrazów z końskiego słownika), Józef z radością a nawet z uniesieniem ćwiczył różne ihaha i inne formy rżenia, przybliżające go do końskiego gatunku. Nie było to łatwe; odzwyczajać się od ludzkich nawyków i zwyczajów, które wydawały mu się coraz bardzie nienaturalne, wręcz chamskie, i przechodzić na bardziej szlachetne, zwierzęce, w szczególności końskie.

Podobało mu się samo zezwierzęcenie. Dostrzegał w nim tyle zalet, że wprost nie mógł się nadziwić, jak w przeszłości mógł być człowiekiem, wprawdzie też zwierzęciem, ale podlejszego, prostackiego gatunku. W momentach gniewu nazywał go bestią, gadziną, co najwyżej ssakiem, bo było to mniej obraźliwe.

C.d. w przygotowaniu

Adres strony autorskiej z recenzjami opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” http://michaeltequila.com/?page_id=1265

3Shares