Savoir vivre

„Savoir Vivre” znaczy dosłownie „wiedzieć, jak żyć” i jest o dobrych manierach i rzeczach praktycznych, jak na przykład, kiedy wyjąć słomę z butów, a kiedy ją tam włożyć. O sianie Savoir Vivre nie traktuje, a jest ono ważne. W armii carskiej rekrutom-analfabetom, którzy nie wiedzieli, co to znaczy „prawa” i „lewa”, przyczepiano wiązkę siana do jednego buta i wiązkę słomy do drugiego. Kapral, który w wojsku ma od zawsze opinię sukinsyna, wydawał wtedy komendy: słoma, siano, słoma, siano, zamiast prawa, lewa, prawa, lewa.

Kolejność mogłem pomylić, ponieważ od dawna nie widziałem wojska. Widziałem tylko na ulicach całego kraju, jak długi i szeroki, zwarte oddziały PiS z okrzykami na ustach: Precz z wyborami! Precz! Precz! Precz! Ich usta były namiętnie czerwone, co mi przypomniało pieśń z dawnych lat: „Niech żyje nam towarzysz Stalin, co usta słodsze ma od malin”.

Towarzysz Stalin ułatwił mi przejście do innego tematu i innych towarzyszy. Ostatnio panowie Jerzy Urban i Leszek Miller wymienili się uprzejmościami na temat pogrzebów. Miller życzył Urbanowi skromnego i spokojnego pogrzebu, zgodnie z miarą skromności, którą bohater kilku pokoleń wykazywał przez całe życie. Urban przypominał z kolei zasługi pana Leszka: był sekretarzem KC PZPR i poprowadził SLD do klęski w ostatnich wyborach samorządowych. Potem nazwał go sztywnym umrzykiem czy czymś w tym rodzaju i zaprosił na swój pogrzeb wyrażając ubolewanie, że nie będzie tam księdza, bo księża nie przychodzą na takie małe pogrzeby. Są podobno nieopłacalne.

Atmosfera smutku towarzysząca wymianie poglądów była zrozumiała.

– Wymarli już wszyscy, których darzyliśmy miłością: Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, Komunistyczna Parta Związku Radzieckiego i wszystkie inne bratnie partie, które sobie wzajemnie pomagały. Leonid Breżniew to nawet całował Honeckera w usta. Teraz już nie ma takiej przyjaźni. – Wzdychali obydwaj panowie.

– SLD też nie czuje się  najlepiej. – Dodał pan Leszek. Mówię to szczerze. – Podniósł głos, kiedy zauważył błysk wątpliwości w oczach rozmówcy. Do końca zachowali jednak dobre maniery tytułując się uprzejmie: Kochany Leszku, Drogi Jurku. Wymiana uprzejmości była zgodna z protokołem Savoir Vivre, wersja partyjna, publikowanym od lat na łamach postępowego czasopisma „Nie”.

 

Post scriptum:

Od dnia 3 do 17 grudnia br. odbywam wyprawę do Indii. Jestem szczęściarzem: będę jeździć na słoniu i walczyć z amebą. Słonia jestem pewien, ameba jednak pozostawia wątpliwości. Nie tęsknię za nią, choć to podobno bardzo gościnne stworzenie.

Piszę o tym na wypadek, gdyby miały wystąpić jakieś anomalie na blogu, któremu życzę dużo szczęścia i radości podobnie jak i jego Czytelnikom.

Vive Savoir Vivre!

 

0Shares

Polityka męcząca

Obiecuję sobie, że nie będę pisać o polityce, ale jakżeż tu nie pisać skoro długopis jak nóż sam otwiera się w dłoni.

Myślę o niepodliczonych jeszcze do końca wyborach samorządowych. Widzę, jak dwie partie i kilku polityków mieszają ludziom w głowach. Mnie nie, nie przyjmuję ich argumentów do wiadomości. Ostatnio szczepiłem się i jestem odporny. Inni obywatele wydają się być zagubieni.

Podsumuję kilka spraw.

  1. Wybory samorządowe jako destabilizacja państwa i klęska narodowa. Totalna bzdura. Żadne pojedyncze wydarzenie nie jest wstanie zdestabilizować państwa, tylko ciąg powtarzających się negatywnych zdarzeń o poważnych konsekwencjach społecznych, politycznych czy ekonomicznych. Przykłady: rządy PRL czy rządy Prezydenta Putina.
  2. Obarczanie rządu i lub prezydenta Komorowskiego problemami podliczania głosów. Druga bzdura. Państwowa Komisja Wyborcza, jej organy i działania są niezależne od prezydenta i rządu. Nawet sejm, najwyższa władza w Państwie, nie ma na nich wpływu. Jest tylko droga sądowa i to nie w odniesieniu do całości wyborów, tylko poszczególnych nieprawidłowości.
  3. Głośno krzyczący politycy są zwykłymi łajdakami. To, co głoszą, czynią wyłącznie dla własnej korzyści, nie z troski o dobro społeczeństwa.
    1. Kaczyński, atakując rząd, który nie ma nic wspólnego z wyborami, chce zniechęcić społeczeństwo do popierania PO.
    2. Duda, oskarżając Prezydenta Komorowskiego, stara się osłabić jego pozycję i umocnić swoją w zbliżających się wyborach prezydenckich.
    3. Miller żąda powtórzenia wyborów. SLD pod jego przywództwem doznało sromotnej porażki. Cokolwiek by się teraz nie stało, może tylko mu pomoc np. odwracając uwagę od jego odpowiedzialności za wynik wyborczy.
    4. Gowin (przypomina mi blady balon), chce dać się poznać jako mąż opatrznościowy, jedyny sprawiedliwy, człowiek piętnujący zło, aby zwiększyć swoją popularność społeczną i polityczną.
    5. Wipler, kandydat na prezydenta Warszawy. Niechby i został tym prezydentem, mieszkańcy mieliby szansę rozpicia się a on utonięcia w Wiśle.
  4. Błędy systemu wyborczego. Jest to błąd z gatunku „sztuki zarządzania”. Niechby każdy z krytyków podliczania głosów poddał się ocenie publicznej, jak sobie radzi we własnym życiu, zobaczylibyśmy, czy nie popełnia równie poważnych błędów. Kaczyński popełnił 7 (przegrane wyborcze) i jego zwolennicy powinni żądać wobec niego (tak jak on wobec PKW) zniknięcia z życia publicznego. Nie zmienia faktu, że takie błędy czy zaniedbania jakie wystąpiły w czasie wyborów są niedopuszczalne.

Podsumowanie: Ludzie czynią czasem coś podłego dla osiągniecia korzyści własnych, lecz ilość łajdactw i łajdaków w naszym kraju przekracza miarę normalności.

Po naradzie z Wiktorem, Iwanem Iwanowiczem Iwanczynem i własnym sumieniem proponuję:

  • Wprowadzić karę dożywotniego więzienia za podżeganie (ciężka forma łajdactwa), skoro nie możemy zastosować kary wyższej.
  • Dziesięciokrotnie zwiększyć nakłady na edukację polityczną, społeczną i ekonomiczną, aby ludzie nie dali manipulować się łajdakom. Dołożymy się finansowo.
  • Postawić pomnik facecjoniście z okresu międzywojennego (nazwiska nie pamiętam), który powiedział: Nie będzie w Polsce lepiej, dopóki nie rozstrzela się 70 000 łajdaków (Jest jeszcze ciąg dalszy tego powiedzenia).
0Shares

Polski Dr Jekyll and Mr Hyde

Święto Narodowe 11 Listopada nigdy jeszcze nie było obchodzone równie uroczyście jak w roku 2014. Masy rzeczników i wyznawców patriotyzmu były tak wielkie, że musiano je zorganizować w dwie odrębne demonstracje. Pierwszą nazwano „Marszem dla Niepodległej”. Na jej czele kroczył Prezydent Komorowski ściskając ręce na lewo i na prawo, a czasem do przodu i do tyłu, oddając po drodze cześć twórcom  niepodległości, którzy ustawili się szeregiem na pomnikach.

Druga demonstracja zwana „Marszem Niepodległości 2014” jak i „Demonstracją Narodowców”, była większa, głośniejsza i bardziej kolorowa. Setki i setki a potem tysiące i tysiące demonstrantów ubranych – z uwagi na chłód – w maski zasłaniające twarz, niosły w rękach symbole narodowego patriotyzmu: w jednej sztandar biało-czerwony, w drugiej szary kamień. Obydwa symbole były duże i widoczne, co cieszyło pozostałą część narodu: bogatszą zebraną przy telewizorach, biedniejszą przy odbiornikach radiowych i najbiedniejszą przy piwie i narkotykach.

Kamień i sztandar mają w Polsce wymowę narodowo-chrześcijańsko-patriotyczną. „Jak ty we mnie kamieniem, to ja ci sztandarem, symbolem miłości do ojczyzny”. Kiedy pochód narodowców ocieplany twarzowymi maskami dotarł pod Stadion Narodowy, wybuchł tam radością rac, petard, flar i kostek bruku.

Pokazywał to TVN. Nie podobało się to rzecznikowi patriotyzmu narodowego, lekko niedożywionemu mężczyźnie o nazwisku Zawisza, podobno sobowtórowi mocno historycznego Zawiszy, który zwykł mawiać o sobie „Polegaj na mnie jak na Zawiszy”. Zawisza, ten słabiej odżywiony, stwierdził niezwykle słusznie, że TV pokazuje tylko wybrane sceny. Nie można odmówić mu słuszności, gdyż telewizję nadal obwiązuje reglamentacja z czasów PRL, poniewaz w nowej konstytucji nie ma nic o zniesieniu reglamentacji. Jeśli tak, to telewizja ma obowiązek pokazywać tylko te sceny z udziałem narodowców, które wskażą jej sami narodowcy, właściciele znaku i logo polskiego patriotyzmu.

Nic o nas bez nas. – Zakończył pan Zawisza, sobowtór historycznego Zawiszy, który mawiał o sobie „Polegaj na mnie jak na Zawiszy”.

Z innych darów, jakimi obdarzyło nas Święto Niepodległości, była jeszcze zapowiedź Prezesa Jarosława Kaczyńskiego, że kandydatem jego partii na prezydenta Polski jest i będzie Andrzej Duda, który wsławił się tym, że będąc ważnym urzędnikiem Śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na mocy tego urzędowo-historycznego powinowactwa będzie kontynuować wielkie czyny Marszałka Piłsudskiego. Kocham Jarosława Kaczyńskiego za jego skojarzenia wielkości ludzi teraźniejszych i niedawno zmarłych z niegdysiejszymi, dawno zmarłymi. Jest to rodzaj pamięci sponsorowany przez znicze Święta Zmarłych. Aby nie pozostać dłużnym historii ani czytelnikom wypada zacytować powiedzenie Marszałka Piłsudskiego: „Racja jest jak dupa. Każdy ma swoją.” Jest w nim urok głębi i logiki.

Życzę nocy pełnej ciepła dla ducha i podniet dla ciała, do których każdy z nas ma prawo równie niezbywalne jak do własnej dupy i racji.

PS. Co do Dr Jekyll’a i Mr Hyde’a, to kiedy uczestnik drugiego, narodowego pochodu patriotycznego pokazywał się przodem, to ujawniał się Dr Jekyll, kiedy zaś tyłem, to ujawniał się Mr Hyde. Po angielsku nazywa się to re-enactment.

 

2Shares

Polska plaga narodowa

Afryka ma Ebolę i AIDS, Polska ma Adama Hofmana, Mariusza A. Kamińskiego i Adama Rogackiego (w dodatku z małżonkami, jeśli rzecz dzieje się w samolocie). Niby to samo, a jednak różnice są. Można je dostrzec pod mikroskopem, ponieważ gołym okiem (Dlaczego oko miałoby być gołe? – Pytam i od razu odpowiadam: Nie wiem!) niczego nie da się wyśledzić w polityce i moralności, które nawet w alfabecie są od siebie odległe.

Ostatnio Sejm nabył nowy mikroskop elektronowy i sam pan marszałek, osobnik anglojęzyczny, postawny i inteligentny, lecz skażony nieco zanikami pamięci, będzie badać wirusy osobiście. Badanie to nazwał audytem. Jest to określenie niewątpliwie zgrabne, lecz nie za bardzo pasujące do kontekstu. Jest przesadne. Wolałbym, aby ludzie mówili i pisali prostym językiem. Tak jak ja. Ja, jak nawet przeklinam, to używam prostych słów, związanych najczęściej z częściami i funkcjami ciała. Poczytuję to sobie za plus.

Cytuję Wikipedię, źródło zbiorowej mądrości świata. Audyt to „systematyczna i niezależna ocena danej organizacji, systemu, procesu, projektu lub produktu. Przedmiot audytu jest badany na zgodność z określonym punktem odniesienia listą kontrolną, przepisami prawa, normami, standardami lub przepisami wewnętrznymi danej organizacji (polityki, procedury)”.

W Wikipedii znalazłem 17 rodzajów audytu plus audyt wewnętrzny i zewnętrzny. Do trzech oskarżonych z PiS, prawie już martwych, należałoby zastosować audyt wielowymiarowy: etyczny, finansowy, operacyjny, personalny, wiedzy. Proponuję też audyt badania klinicznego, a mianowicie, czy oskarżeni przeszli kiedykolwiek kliniczne badania głowy.

Między Polską a Afryką jest więcej różnic folklorystycznych: AIDS i ebola rozprzestrzeniają się przez kontakt osobisty, polskie choroby samochodem i samolotem. Polska okazała się być bardziej nowoczesna. I to mnie cieszy. Pewnemu młodzieńcowi, znam go osobiście, wydawało mu się, że pojęcie chorób parlamentarnych jest prostsze i daje się katalogować jak książki w Bibliotece Filii nr 222 pod wezwaniem „Rzeźni Numer Pięć” Kurta Vonneguta. Adresu biblioteki nie pamiętam.

Oskarżenia wobec braci w wierze PiS i grożenie audytem boleśnie uderzyły w Prezesa PiS. Całą noc leżał krzyżem w gabinecie, publicznie przyznał się, że jest katolikiem niewybaczającym i obiecał lincz, a potem rzeź. Myślał okrutnie, mówił łagodnie (Przeważnie jest na odwrót). Jego słowa brzmiały łagodnie. To wyraz głębokiego katolicyzmu, który opiera się na prawdzie. Powtarzał nieprzerwanie: będę wnioskować, będę proponować, zobaczymy, co można zrobić, komitet polityczny ustali. I tak dalej.

Kiedy uświadomiłem sobie, jak bolesne jest dla człowieka, który wyhodował trójkę dobrze zbudowanych mężczyzn na własnej piersi, karmił ich własną piersią, tulił do własnej piersi i teraz musi ich unicestwić wyrzucając na zimny i wilgotny bruk, poczułem bezmiar miłości bliźniego. I tak już pozostanę w uduchowionym stanie, podobnie jak wszyscy członkowie w PiS z wyjątkiem nowego rzecznika, Marcina Mastalerka, który w postępowaniu trzech skazańców dostrzegł rękę i szalik Donalda Tuska oraz głowę Platformy Obywatelskiej. Dziś od rana nowy rzecznik PiS ćwiczył nogę, aby pomóc staremu rzecznikowi PiS sprawnie odejść na emeryturę partyjną. Ma chłop w sobie dobroć.

Marcin Mastalerek z żoną na sesji ślubnej

PS. Podobno ten krótki osobnik u dołu na zdjęciu uczył pana Marcina nowych chwytów oratorskich.

0Shares

Spotkanie wyborcze w fabryce serów

Po ważnym dla kraju wydarzeniu spotkaliśmy się we trójkę, Iwan Iwanowicz Iwanczyn, Wiktor i ja, aby omówić sytuację polityczną. Mówią o nas na osiedlu, że jesteśmy podobni do Bandy Czworga, która niegdyś stanowiła przewodnią siłę polityczną Chin. Szczerze mówiąc nie widzę podobieństwa.

Przedmiotem spotkania była ocena wystąpienia przywódcy Prawa i Pięści w serowarni. Porządek dnia zorganizował się sam w przysłowiowe try miga. Omawialiśmy temat po temacie.

Miejsce wizyty.

Rewelacyjne. Hałas maszyn stanowił doskonałe tło do wygłaszania mocnych tez politycznych i społecznych. W pewnym momencie hałas był tak wielki, że przywódca PiP musiał przekrzykiwać się z mikrofonem, dziennikarzami i pracownikami zakładu pracy. To pogłębiło siłę dyskusji i uwydatniło problemy, z jakimi boryka się kraj.

Hasło wyborcze.

Wyśmienite. Nikt nie mógł wymyśleć nic lepszego. „Suchać sołeczeństwa i sużyć sołeczeństwu”. Tego nie wymyśliłby nawet sam Michał Kamiński u szczytu formy. Hasło nadawało wiarygodność przywódcy i ujmowało esencję programu PiP. – Wiktor podsumował to tak udatnie, że rzuciliśmy się obydwaj, aby go całować. Odmówił. To człowiek skromny.

Prezencja przywódcy.

Bez zarzutu. Ciemny garnitur w prążki doskonale kontrastował z żółtym kolorem serów i białymi z nazwy fartuchami pracowników serowarni. Brak hełmu ochronnego na głowie był przemyślany. Świadczył o zdolności przeciwstawienia się bzdurnym przepisom BHP. Podobały nam się też stonowane, rzeczowe wypowiedzi suchych ust oraz sylwetka w modnym stylu „kloc drewna”.

Twarz była jednym z największych osiągnięć. To zasługa charakteryzatorów. Króciutkie, siwoblade włosy przyklejone do skroni, drewniana, ciosana w alabastrze twarz, sardoniczny uśmiech przyklejony raz do prawej, raz do lewej strony ust w zależności od kierunku, w jakim obraca się głowa, lub poniżej kącików ust, kiedy mówca patrzy w dół, aby nabrać natchnienia. W górę nie patrzył, ponieważ mogłoby to sugerować brak natchnienia, błaganie o łaskę lub oczekiwanie pomocy z nieba.

– Ludzie mogliby to odebrać jako brak moich własnych pomysłów, których mam przecież w nadmiarze”. – Wyjaśnił w chwili przerwy (w hałasie) współpracownikom tak głeboko wierzącym, że nie występowali z żadnymi pytaniami o nic, jak to bywa w przypadku słabszych przywódców prowadzących dyskurs z członkami własnej partii.

Wyprostowana sylwetka nie pozostawiała złudzeń: oto człowiek o moralnym kręgosłupie.

– W moralności nie dotrzymuje mu pola żaden inny polityk, a nawet rosnąca w siłę trzecia płeć obficie reprezentowana przez partię „Cala Naprzód”. – Uznaliśmy zgodnie. Inni politycy umieją tylko kołysać się w prawo i w lewo, niby gałęzie na wietrze podlegające naciskom nieobliczalnych grup społecznych, górników, pielęgniarek, nauczycieli i emerytów, geodetów i producentów piwa, wyciągających ręce po podwyżki lub pięści zaciśnięte w gniewie. „Być dobrym a zarazem być skutecznym” to była dewiza PiP, człowiek z serowarni obiecywał więc szczodrze tak długo, jak długo pieniędzmi rządzi inna partia.

Tylko niepełnosprawni nie wywierali na niego presji, gdyż nie mieli siły. Tym bardziej o nich pamiętał i był do nich życzliwie usposobiony.

– Jeśli o nich nie wspomina, to tylko z delikatności, aby nie przypominać im inwalidztwa. To pozytywna i wrażliwa postawa. – Doszliśmy do wniosku. Nie musieliśmy długo iść, aby uzyskać konsensus.

Reakcja otoczenia.

Była bardzo pozytywna. Nikt nie rzucał jajami, ani nawet serami, co byłoby łatwiejsze. Ocenialiśmy wypowiedzi politologów, socjologów i wybitnych dziennikarzy, komentujących wystąpienie w serowni.

– Przywódca partii Prawo i Pięść śmiał się do kamery jak głupi do sera. – Bzdura. – To była nasza ocena. Odrzuciliśmy ich opinię jako próbę zdyskredytowania zdolnego przywódcy politycznego, który już wkrótce będzie rządzić krajem.

Pod koniec wystąpienia w serowarni wybuchły owacje. Nie było ich słychać, ponieważ zagłuszały je maszyny. Pierwsza naszą myślą było, że to sabotaż partii rządzącej. Ostatecznie uznaliśmy, że był to dobrze przemyślany scenariusz wystąpienia, podkreślający skromność człowieka, który pierwszy w historii światowej polityki zdobył tytuł „Siedem zwycięskich przegranych wyborczych”.

W końcu naszego spotkania dokonaliśmy podsumowania.

– To najlepszy Kim Dzong Un, jakiego los dał krajowi. Nie tylko Korea Północna ma szczęście do światłego przywódcy.

– Co oni zrobiliby bez niego?

– Bez jego wytycznych nie umieliby nawet zbudować głupiego lotniska.

Dzięki takim ludziom jak przywódca PiP w Polsce i Kim Dzong Un w Korei Północnej słońce świeci nieprzerwanym blaskiem a dzieci chodzą spokojnie do szkoły.- Stwierdzenie to przyjęliśmy przez aklamację.

0Shares

Polskie półtora metra pod ziemią

– Zamyśliłem się głęboko nad życiem. Potem jeszcze głębiej. Zanim się spostrzegłem, byłem już półtora metra pod ziemią.- Iwan Iwanowicz Iwanczyn podzielił się ze mną swoim niezwykłym doświadczeniem.

Pochyliliśmy się nad problemem głębokości zamyślenia oddając hołd tysiącom myślicieli, którzy byli przed nami.

– I tysiącom ludzi myślących, którzy przyjdą po nas. – Dorzucił Wiktor, mój przyjaciel, który przyplątał się Bóg wie skąd i dołączył do towarzystwa.

– O, to nie jest takie pewne. Te tysiące ludzi myślących po nas. – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz z wrodzoną dla niego żywością i spostrzegawczością. Myślenie nie jest dzisiaj w cenie.

– Popatrzyłem na niego z uwagą.

– Może zechcesz łaskawco wyłożyć, co masz pan na swoim żywym jak rtęć umyśle. – Zapytał Wiktor dowcipnie, a może i trochę kąśliwie, a ja od razu pomyślałem, że rtęć jest trująca. Obydwaj mężczyźni rywalizowali ze sobą w ćwiczeniach umysłowych, które chronią osobę ostatecznie dojrzewającą przed utratą pamięci, amnezją, chorobą Parkinsona a nawet zanikiem zdrowego rozsądku.

– I chorobą szalonych krów. – Dodałem w myśli swoje trzy grosze, całkiem niewinnie, ponieważ miałem na uwadze dobro społeczeństwa coraz bardziej zapadającego na umyśle, sercu i moralności politycznej.

– Wgryźliśmy się w temat tak głęboko, że o mało co znowu nie znaleźliśmy się owe prawie historyczne półtora metrów pod ziemią. Nie wiem, dlaczego przypomniała mi się Alina i Balladyna, obydwie panie z „Balladyny” Juliusza Słowackiego, oraz lilie rosnące wysoko, lecz kojarzące z głębokością pochówku.

– Dzisiaj, drodzy panowie – Iwan Iwanowicz gestem głowy zachęcił nas do spiskowego zbliżenia głów – nie ma czasu na myślenie. Dzisiaj się żyje, ogląda reklamy w telewizji, słucha dziesięć godzin relacji o tym samym wybuchu gazu w kamienicy na południu Polski, robi grilla, rozmawia przez telefon komórkowy, słowem pędzi życie jałowe intelektualnie jak gazik do opatrywania ran po ukąszeniu moskita.

– Dzisiaj ludzie nie spotykają się, aby porozmawiać poważnie na poważny temat, tylko słuchają polityków, choćby takich jak ów Ziobro, który mówi o redukcji zanieczyszczeń środowiska w taki sposób, aby ludzie myśleli, że chodzi tylko o pognębienie ich wyższymi cenami energii. To stało się, szanowni panowie, motywem przewodnim polityków opozycji: mówić nie po to, aby objaśnić gruntownie i uczciwie problem ochrony środowiska, ale po to, aby udowodnić, że pani premier powinna trafić do trybunału stanu. Te dwie postawy mają się do siebie jak łopata do cygara. – Nie pamiętam, który z nas trzech to powiedział.

– Ja tych skurwysynów, zdenerwował się Wiktor, powyrzynałbym.

Jakich?

Tych, co mącą społeczeństwu w głowach. Autentycznie skopałbym ich na głębokość półtora metra pod ziemię.- Rzucił zdecydowanie, zaskakując tym również siebie samego, ponieważ jest człowiekiem raczej łagodnej natury, choć nieco porywczej.

– To po ojcu – pomyślałem cicho, nie chcąc mieszać do dyskusji wiktorskiego rodziciela, który mógłby mieć lepszy charakter.

– Oni, to znaczy politycy w Polsce, nie różnią się bardzo od polityków w innych krajach, z tym jednym wyjątkiem, że są kompletnie niemoralni. Mówią tylko to, co ma ich doprowadzić do władzy, a nie to, co leży w interesie społeczeństwa.

– Prawda nie jest po to, aby ją wyjawiać społeczeństwu, ale po to, aby ją wykręcić jak szmatę we własnym interesie. – Iwan Iwanowicz rzeczowo włączył się do dyskusji.

– Rozumiem, że każdy polityk dba o własny interes, ale nie może to być w stu procentach. Troska o siebie i dbałość o społeczeństwo powinny zachować co najmniej proporcjach 50/50. – Oświadczenie to spłynęło na nas z góry od kogoś, kto dodał: – Nie po to stworzyłem świat, aby opanowało go kłamstwo i posunięte do absurdu chciejstwo. A gdzie jest zwykła uczciwość, altruizm, interes innych ludzi i przysłowiowy bliźni? – Zapytał z góry groźny i tajemniczy głos. Brzmiał jak dzwon sumienia.

Na obronę polskich polityków zaczęliśmy szukać atrybutów człowieczeństwa u polityka Ziobry i jemu podobnych. Znaleźliśmy je na głębokości półtora metra pod ziemią.

– Panowie, zupełnie rozsądnie wydaje mi się, że na tej głębokości leży przyszłość narodu, który być może sam nie łże, lecz chętnie doprowadza do władzy ludzi o pyskach wykrzywionych kłamstwem.

Zdjęliśmy czapki i pochyliliśmy głowy w cichej modlitwie nad umierającą prawdą. Było to bardzo na miejscu zważywszy zbliżający się Dzień Zaduszny.

 

0Shares

Miododajne usta

Dziś każdy pragnie być na piedestale, najchętniej międzynarodowym. Przypomnijmy sobie prawie zapomnianego już Donalda Tuska, premiera, który porzucił Polskę drewnianą, aby budować Europę murowaną, zdrową pokojowo, co zapewne będzie wymagać nowego Muru Chińskiego dla powstrzymania nowych barbarzyńców.

– Od każdej teorii są oczywiście wyjątki. Od teorii „osobowości na piedestale”, jest tylko jeden, a mianowicie mój ulubiony aktor i prestidigitator polityczny, Jarosław Kaczyński. Kiedy wszyscy pędzą do przodu jak armatnia salwa kartaczy, on chowa się pod jaszcz, inaczej mówiąc wózek z amunicją, gdzie jest najcieplej, zwłaszcza w przypadku, kiedy trafi tam bomba. Od pewnego czasu prezes  Jarosław ukrywa się, nie pokazuje publicznie, za co go chwalę i modlę się razem w wszystkimi pobożnymi ludźmi, aby tak już pozostało. Niechętni mu mówią, że poddał się liftingowi i wróci z nową, świeżą twarzą, aczkolwiek ze starym tułowiem. – Takim to wstępem przywitał mnie Igor Igorowicz Iwanczyn, najwybitniejsza osobowość roku 2014.

– Będę na niego głosować jeśli tylko zechce kandydować w wyborach parlamentarnych lub prezydenckich. – Postanowiłem. Potrzeba nam ludzi myślących, postawnych, doświadczonych, inteligentnych i z charakterem. Myśląc to, nie za bardzo pamiętałam, czy myślę o Iwanie Iwanowicz, o sobie, czy o Jarosławie Kaczyńskim. W Polsce wszystko jest możliwe.

Iwan Iwanowicz w toku naszego spotkania zrelacjonował mi spotkanie z młodym pszczelarzem z Miodolandii, zwanym także bartnikiem, pasiecznikiem, pszczelnikiem.

– Przyjemnie było z nim rozmawiać. Młody człowiek, fachowiec, bardzo aktywny, dynamiczny. Pasiekę ma w jednym miejscu, mieszka w innym, miód przygotowuje w jeszcze innym. W dodatku pisze blog, choć na nie ma to czasu, czyli właściwie nie pisze. Na miodzie zna się jednak jak mało kto, dużo czyta, jeździ na spotkania i konferencje pszczelarzy, jednym słowem stanowi piękny symbol pomyślnie rozwijającej się Polski.

– Mówi pan to szczerze, Iwanie Iwanowiczu? – Pytanie było podyktowane nieufnością typową dla mieszkańca kraju, gdzie ludzie preferują rozmawiać o nieszczęściach i chorobach, raczej niż osiągnięciach, radościach i sukcesach.

– Jak najbardziej. Proszę w to nie wątpić. –Zapewnił mnie z łagodną przyganą w głosie starszy pan, który w tym momencie wydał mi się starcem godnym powagi, zdrowym jak rydz wzorcem dla całego społeczeństwa, włącznie z nową panią Premier przeżywającą w niepokoju jutrzejsze expose sejmowe. Tak przynajmniej twierdzą o niej w telewizji eksperci, którzy zdaje się znają się na gospodarce i polityce jak Manemunes na gęsich jajach (jak mawiał mój świętej pamięci rodzic).

– Poświęcanie czasu i uwagi temu, o czym będzie lub nie będzie mówić pani Premier w expose, jest z pewnością zajęciem godnym ludzi mądrych i rozważnych, którzy dla nas, obywateli, zapełniają korytarze sejmowe i wypełniają studia telewizyjne. Pasjami lubię oglądać programy polityczne w telewizji. – Oświadczył Iwan Iwanowicz i ostentacyjnie splunął w kierunku stolicy.

 

0Shares

Broda dojrzałości

Już z daleka rozpoznałem Iwana Iwanowicza Iwanczyna, mężczyznę w sile wieku, „dojrzałego mieszańca polityczno-narodowościowego”, jak mawia o sobie. Miał bardzo zmierzwioną brodę, wyglądała fatalnie, wręcz niechlujnie. Wygląda jakby była zapluta. To do niego nie podobne. – Pomyślałem.

Mam zmierzwioną brodę, wygląda fatalnie, wręcz niechlujnie. To dlatego, że pluję w nią. – Przywitał mnie słowami, które wiele mówiły, ale niewiele wyjaśniały.

Jest chyba telepatą. – Doszedłem do wniosku o charakterze hipotezy do weryfikacji. – Czemu pluje pan sobie w brodę?

Robię to w chwilach gniewu, gdyż nabrałem złych nawyków starczych, które czynią moją generację nudną i niechętnie widzianą w towarzystwie ponętnych kobiet i przystojnych mężczyzn, a nawet wiele wybaczającej rodziny.

Proszę objaśnić to dokładniej. – Prośbę wzmocniłem szerzej otwartymi oczami i uszami ukierunkowanymi na mówiącego. Iwan Iwanowicz to dostrzegł i skinął głową z aprobatą.

Rzecz w tym, że mówię za dużo o moim zdrowiu, a właściwe o jego braku, czyli o chorobach. Choroba to temat nudny jak flaki z jełczejącym olejem, wredny i niechętnie słuchany. Jeśli ktoś panu nie przerywa, kiedy mówi pan o swoich chorobach to nie znaczy, że pana szanuje. On wie, że osoby starsze kochają mówić o sobie. Egocentryzm wypycha im dusze jak wata wyłażąca skargami na choroby.

Choroby są przywarą starszego wieku. Mnie też się zdarza o nich mówić.

Lepiej pan zamilcz, wstydź się, bo to obrzydliwe! Serca pan nie masz, ani ducha. Jest przecież tyle innych tematów. Na przykład mistrzostwa świata w piłce siatkowej. Nasi są górą. Czy pan wyobraża sobie większe zwycięstwo niż victoria nad Brazylią i Rosją, mocarzami piłki siatkowej!?. – Oczy Iwana Iwanowicza Iwanczyna rozgorzały płomieniem gorętszym niż słońce w stanie orgazmu. Wdaliśmy się w rozmowę, gdyż też jestem pasjonatem siatkówki i zwycięstw.

Piłka siatkowa przenikła do polityki. – Rzucił Iwan Iwanowicz z przekonaniem.

Jakże to? – Zapytałem wyobrażając sobie Jarosława Kaczyńskiego, mego ulubionego aktora i poetę, zręcznie zbijającego piłkę nad siatką, a zaraz potem skaczącego do bloku.

Człowiek PiS, nazwiska nie pamiętam, po ich przegranym meczu z Polską spotkał wychodzącego ze stadionu Spirydonowa, zawodnika ekipy rosyjskiej. Obchodząc, Spiridonów splunął w jego kierunku, na co poszkodowany poseł pokazał mu gest Kozakiewicza. Chwalił się tym w telewizji. – Czy to nie wspaniałe? – Zapadła chwila ciszy, w której obydwaj przeżywaliśmy zdrowe patriotyczne zachowanie posła PiS.

Lubię PiS za ich odwagę, zdrową twórczość poetycką i inwencję. Będę na nich głosować, aby wreszcie przynieśli mi szczęście. – Oświadczył mój rozmówca.

Co panu dadzą ich rządy? – Zapytałem sceptycznie.

Będę mniej pluć sobie w brodę. – Uroczyście zapewnił mnie Iwan Iwanowicz Iwanczyn przykładając lewą rękę do serca a prawą do głowy, gdzie mieści się jego niezwykły rozum.

0Shares

U drzwi Twoich stoję, Panie

Dzisiejsze czasy określam mianem nadzwyczajnych; zasługują one na to godne miano, gdyż mamy do czynienia z instytucjami, które zastępują pana Boga w decydowaniu o losach człowieka. Mam na myśli polskie banki. Kiedy przychodzisz do banku i pokazujesz nieograniczone pełnomocnictwo do czynności prawnych, którego udzielił ci klient banku, urzędnicy odmawiają ci załatwienia prostej sprawy na przykład zmiany adresu zamieszkania klienta na zasadzie „To nie jest dobre pełnomocnictwo” i żądają szczegółowego pełnomocnictwa, sami nie umiejąc określić szczegółowych uprawnień, jakie powinny się w nim znaleźć.

Podobnie nadzwyczajną instytucją jest tylko jeden polityk, a mianowicie Jarosław Kaczyński, którego my, całe społeczeństwo, powinniśmy wybrać na przywódcę narodu w czasach krańcowego głodu i wyczerpania umysłowego. Życzę mu, aby żył wiecznie, podobnie jak życzono potężnym faraonom. Jest to jedyna znana mi osoba, w dodatku o postaci nieskazitelnej panienki, która potrafi wykręcać kota ogonem, dokonywać egzorcyzmów, wywoływać duchy, wskrzeszać umarłych polityków oraz grzebać żywych, i generalnie czynić cuda, którym mnie przynajmniej wciąż brakuje. Czekam niecierpliwie przebierając nogami, kiedy wreszcie obejmie on urząd premiera i uszczęśliwi masy pracujące, poszukujące pracy i te, które są już na emeryturze lub utrzymaniu starych rodziców. Nie napisałem żadnych konkretów, co proponuje i obiecuje Jarosław Kaczyński, ponieważ jego worek świętomikołajowy obejmuje wszystkie dobra materialne, usługi i zabawki, jakich życzy sobie każdy naród.

old-painting-of-kali-CE04_l wielorękiej

W Indiach, gdzie od wieków panuje wielobóstwo, Jarosław Kaczyński jest bogiem zwanym Jaroka; ma wiele rąk, wiele ust i tylko jedną małą głowę oraz miliony wyznawców. Już samo to jest cudem. W encyklopedii znalazłem jego opis: bóg uzdrawiającej burzy, władca piorunów, król niebian, istot dobrotliwych i bohaterskich, pogromca złych mocy i demonów, opiekun nieszczęśników poszukujących nieistniejącej prawdy. Zdumiewające, jak Polska i Indie są do siebie podobne.

0Shares

Karykatura  

Zstąpił z obrazu z czarnymi ramami. Zrazu zszokowany zmianą, otrząsnął się, ukląkł i modlił się. Bóg tchnął w niego życie. Klatka piersiowa zaczęła miarowo podnosić się i opadać. Zebrani na sali patrzyli na przemianę jak urzeczeni. Zapytany, kim jest, przedstawił się rzeczowo: – Jestem karykaturą posła Xawerego M, człowieka określonego politycznie na tyle, aby mieć swoją karykaturę.

– Rzadko się zdarza, aby ktoś przyznawał się, że jest karykaturą kogoś znanego. – Skomentował mordziasty poseł z partii opozycyjnej.

Karykatura zamieszkał w sali parlamentarnej, gdzie się pojawił, w obrazie trójwymiarowym, tuż obok fotela swego oryginału czyli Xawerego M.

Postać Karykatury była raczej osobliwa jak na polityka. Bardziej spokojny i wyważony niż pierwowzór, niekiedy nawet milczący, starał się mówić niewiele, lecz mądrze. Sam oryginał, Xawery M, był bardziej karykaturalny niż Karykatura. Pasjonat, gadał jak najęty, plótł androny o spadających samolotach i nie znosił siebie samego, o czym świadczyły wybuchy gniewu, kiedy coś mu się nie udało. Przeciwnicy polityczni uważali go za opętanego. Xawery był pobożny i nie znosił rządu, pełnego pychy. Za to nieprzerwanie ich ostrzeliwał zjadliwymi słowy. W chwilach uniesienia rząd i premier jawili mu się bardziej nikczemni niż jawnogrzesznica Magdalena i bardziej godni kary niż dotknięty trądem Hiob na początku swej niezwykłej kariery oddania Bogu.

Xawerego wielu usprawiedliwiało w jego szalonym postępowaniu, ponieważ – oprócz przypadłości gorzko-cierpkiego języka – cierpiał także na syndrom niespokojnych nóg. Miał dom na wzgórzu, dokąd udawał się, aby swobodnie rzucać kończynami dolnymi, jak w napadzie padaczki; potrafił wtedy także rżeć jak mustang na prerii. Widok był na tyle niemiły, że sam nie znosił widzieć siebie w lustrze. Na dolegliwości kończynowe brał lek, który – na dobrą sprawę – był karykaturą medykamentu, ponieważ był przeznaczony zasadniczo do zwalczania choroby Parkinsona, i tylko uboczny skutek działania błogosławiąco łagodził rozbiegane kończyny.

W porównaniu z oryginałem, Karykatura charakteryzował się większym nosem i małym kotem, który siedział u jego stóp na obrazie. Miał poczucie wyższości, ponieważ obraz ten wyszedł spod ręki znanego artysty prowadzącego otwarty warsztat karykatury na deptaku Monte Cassino w Sopocie.

Xawery M miał nos pokaźny, nie za duży, lecz aspirujący do wielkości, lecz nie to było najważniejsze. Xawery nie cierpiał siebie, kiedy był sam, w domu, ponieważ wiele osób otwarcie wieszało na nim psy za jego poglądy. Dlatego też nadymał się do niemożliwości, kiedy występował na sali parlamentarnej. Mówiono, że również dlatego, aby rozmiarowo zbliżyć się do Karykatury.

Czasami Karykatura i Ksawery zamieniali się rolami. Mało kto to zauważał, tak doskonale grali swoje role. Nie można było rozpoznać, kto jest kto, z wyjątkiem nosa oczywiście.

Kiedy nadszedł czas i Xawery odszedł na emeryturę partyjną, Karykatura został jego następcą, repliką, cieniem, odzwierciedleniem i sobowtórem. Dokładną ilość tych ról określał testament Xawerego, który w swojej szczodrobliwości zapisał Karykaturze także swój wizerunek poselski, fotel parlamentarny i laptop, którego nie używał. Podmiany Xawerego na Karykaturę nikt nie zauważył.

W parlamencie nic się nie zmieniło, była ta sama postać, tylko nieco bardziej milcząca. Było ciszej i z mniejszą ilością przekleństw. Inni parlamentarzyści i goście, słabiej znający polityka, dociekali przyczyn zmian. – Dlaczego jesteś taki spokojny? Nie przeklinasz, nie cieszysz się, nie rzuca tobą po podłodze, mniej mówisz o obiektach latających.

– Zmieniłem się.- Odpowiadał z godnością Karykatura vel Xawery prostując plecy i gładząc intensywnie duży nos i siwą szpicbródkę w celu wzbudzenia tajemnych mocy przed kolejnym atakiem na rząd, państwo i podłą rzeczywistość.

 

 

0Shares

Realistyczna teoria dobrobytu społecznego

Społeczeństwo mamy wrażliwe społecznie i historycznie. Czterdzieści procent ludzi tęskni za dawnym ustrojem, za którym i ja uroniłem już niejedną łzę.

Wspomnienia przeszłości zalały mnie falą szeroką jak front zrzeszający zwolenników PRL-u. Duchem i sercem przyłączyłem się do masy ludzi wrażliwych, odrzucających blichtr masowej konsumpcji i tęskniących za pełnym zatrudnieniem.

Mieliśmy wtedy naprawdę pełne zatrudnienie, prawdziwe błogosławieństwo, podobnie jak i niepełne półki. Dzisiaj mamy na odwrót, ale z jakim fatalnym skutkiem? Ludzie są nieszczęśliwi, mniej się śmieją, mało żartują i prawie w ogóle nie tańczą. W telewizji nie ma Edwarda Gierka odbierającego bochen chleba z solniczką na Święto Dożynek od rosłej dziewoi lat pięćdziesiąt sześć. A co w ogóle jest w telewizji? Jest rozrywka, ale inna, może nawet i nie taka zła: dyskusje o pedofilach i homoseksualizmie, gender panoszący się na ustach Danuty Kępy zamiast szminki, arcybiskup prowadzący rekolekcje o wyższości alkoholu nad wodą świeconą.

Czyż można się dziwić, że – niezależnie od telewizji – ludzie tęsknią do czasów PRL-u i nienawidzą rządów Tuska, który nie zapewnia pełnego zatrudnia? Nie!

Wszystko wtedy było za darmo, albo bardzo tanio, nie tylko praca. Nie tylko było jej w bród, ale była ona bogatsza. W pracy za niewielkie pieniądze nabywałeś cebulę w workach po 20 kilogramów i otrzymywałeś bezpłatne skierowanie na wczasy po uzyskaniu stempelka w legitymacji partyjnej o zapłaceniu składki. Przodownicy pracy to nawet otrzymywali vouchery na małego Fiata, bo duży nie mieścił się na ulicach i był bezużyteczny! Brak mi dzisiaj owego realizmu i tężyzny, którą wyrabiałeś sobie stojąc w kolejkach, czekając na autobus lub pędząc kilometr za stację kolejową, aby wsiąść do pociągu zanim wjedzie on na peron. To były czasy!

Jedyną przewagą dzisiejszych czasów jest tylko Odnowiony Związek Radziecki, jeszcze bardziej szlachetny niż oryginał, dowożący setkami ciężarówek pomoc humanitarną do sąsiednich krajów w ramach wymiany: My wam dajemy (bezpłatnie!) separatystów i wyrzutnie rakietowe, a wy w zamian dajecie nam Krym i kilka mniejszych miast. Takiego braterstwa to nawet wtedy nie było. Kraj ten wyrosły ze zdrowej gleby przeszłości ma też zdrowe podejście do gospodarki.-„My to nawet cieszymy się z sankcji nałożonych przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską, gdyż pozwalają nam one rozwinąć rodzimy przemysł, któremu do tej pory brakowało naturalnego bodźca rozwoju”. – Pięknie to powiedział Władimir Putin, prezydent, który dla dobra ojczyzny gotów jest pozostać dożywotnio na stanowisku, a nawet zintegrować je w stanowisko Prezydenta-Premiera. Jeden etat zamiast dwóch, jeden rząd zamiast dwóch, to ogromna oszczędność dla kraju.

Nie to, co w Australii, gdzie niezależnie od parlamentu i rządu federalnego są jeszcze parlamenty i rządy stanowe. Ambitni, ale niepraktyczni to ludzie. Taka Australia Południowa: 2 miliony ludzi i własny parlament i rząd! Ba, nawet własny, choć nie całkiem, gubernator stanowy oddelegowany do pracy przez Królowa Elżbietę II, miłosiernie panującą Królową Wielkiej Brytanii i Australii. Czyż można się dziwić, że Nowy Związek Radziecki rześko pędzi do przodu, a Australia szybko pedałuje do tylu?

Wypada mi przyznać z dumą, że na świecie to tylko Jarosław Kaczyński pedałuje szybciej do tyłu z lotnym peletonem PiS zmierzając niezawodnie po górską premię wyborczą i żółtą koszulkę lidera.

0Shares

Dzień Pożyczonych Imienin. Poprawiny.

Przyjęcie imieninowe nie spełniło oczekiwań; trzeba było je poprawić. Poprawianie jest zdrową polska tradycją. – Oświadczył mężczyzna zwany Jadowitym dopisując poprawiany obiekt do listy autostrad rozpoczętych, niezakończonych, zbyt kosztownych i zbyt tanich. Taniość nie gwarantuje jakości. A kto jest temu winien?. – Zapytał z odwagą, która wstrząsnęła nawet jego własnym ciałem. Działo się to wobec licznego audytorium osób ukrywających się za parawanem przeciętności.

Kirchner_-_Selbstbildnis_als_Soldat-800x894 Actor Arya Birthday Celebration 2013 Photos Gallery (2)

Czy pan, człowieku, nie jesteś przypadkiem z Twojego Ruchu? – Odezwał się mało gramatyczny głos zza parawanu, w który mało kto wierzy podobnie jak w kwadratowy stół.

-Twój ruch, mój ruch, nasz ruch!. Co za różnica? Dobrze, że coś się w ogóle rusza. Bezruch jest śmiercią. – Tym razem głos pochodził z jamy gębowej (jest to autentyczny termin biologiczny) śmiertelnie znużonego grabarza, który wpadł na spóźnione piwo imieninowe po zakończeniu codziennej sesji kopalnej.

– Ziemia była ciężka, glina przemieszana z kamieniami. – Wyjaśnił między łykami piwa Perła Zwierzyniecka. – Nie to jednak mnie zmęczyło, ale brak stymulacji intelektualnej w pracy. Tylko żałoba, wypadki, pochówki, groby, pomniki. Chyba wypiszę się z mojej firmy. Jest zbyt konserwatywna na mój gust. Szkoda mi tylko prezesa, osoby znanej i szanowanej za pamięć o tragicznej przeszłości.

Żołnierz je obrońcą ojczyzny. – Dobił się wreszcie do głosu mężczyzna zwany Jadowitym z odpowiedzią na pytanie: Czym je żołnierz? Łuska mieniła się na jego ciele różnokolorowo jak u kameleona z firmy medialnej „Zoo i Polityka”, która ostatnio zmontowała nową trójfilarową koalicję.

– Jadowity, ale dobry polityk. – Zawyrokował zwolennik wolnościowego Ruchu Wszyscy ze Wszystkimi, odłamu Twojego Ruchu.

– To nie jest tak. Nie chodzi o żołnierza-obrońcę, lecz o sposób spożywania posiłku. – Interweniowała kobieta, której tożsamości nie wypada mi zdradzać.

– Pani ma na myśli „Czym ji żołnierz?”. Ji łyżką, widelcem i nożem.

– Kogo? Kogo? – Na hasło „nożem” żywo zareagował stareńki Pierwszy Sekretarz Partii Komunistycznej narodu niegdyś stowarzyszonego. Przypomniały mu się pamiętne wydarzenia w restauracji „Ambasador Wschodu” w Waszyngtonie. Jadł wtedy rękami, a powinien użyć noża, narzędzia bardziej eleganckiego i częściej stosowanego w dyplomacji restauracyjnej niż grube paluchy. Były to czasy rakiet szmuglowanych na Kubę płacącą ciężką walutą w postaci cygar i cukru trzcinowego. Była to dobra kombinacja, pozwalająca na słodzenie raka cukrem. Wszyscy ucieszyli się tchnieniem zmurszałej już nieco historii mając na uwadze nową żelazną kurtynę szytą naprędce przy pomoc wyrzutni typu ziemia- powietrze.

– Na tablicy ogłoszeniowej figuruje tam napis. Budowniczy: Wielkie Mocarstwo. Inwestor: Też Wielkie Mocarstwo. Ta informacja nie jest potrzebna. Wszyscy wiedzą. Szkoda drewna. – Oświadczył ze znawstwem profesor Korwin Mikke wyróżniający się nadprzyrodzonym talentem objaśniania złożonych zjawisk prostymi słowami.

Korwin Mikke Roztrzepany

– Korwin Mikke powala naród na kolana. To największy prorok młodego pokolenia. Popiera go już osiem procent społeczeństwa. Porywa mnie krzykiem, hasłami, rześką analizą polityczną. Trudniej przychodzi mu wprawdzie wzdychanie na temat kobiet, ale po co mi to potrzebne? – Szepnęła mi do ucha młoda, urocza kobieta uczęszczająca na kurs przyspieszonej emancypacji w firmie „U Proroka”. Ucieszyło mnie jej podwóje zaufanie: do Korwina i do mnie..

0Shares

Dzień Pożyczonych Imienin

Pożyczyłem imienny od przyjaciół, aby spróbować sił pisarskich. – Oświadczył Wiktor okazując miłosierność podobnie jak profesor Chazan. – Z podwójnej okazji imienin i próby sił pozwalam wam dzisiaj nazywać mnie Księciem Karolem. Był to gest królewski, choć obcego pochodzenia.

Za oknem zaczął padać deszcz. Bez ostrzeżenia. Było to przykre i przygnębiające, aczkolwiek w swej niebiańskiej wyrozumiałości deszcz czynił to za oknem, a nie wewnątrz.

Nie było czasu na rozpamiętywanie nieszczęść. Wszyscy poszukiwali rozrywki, która nie nadchodziła. Trzeba było coś zainicjować. Dwójka rześkich staruszków-dwudziestopięciolatków zmęczonych już na tyle życiem, że marzyli o wcześniejszej emeryturze, zaczęła żartować w niewybrednym stylu.

– Czym je żołnierz? – Zadał pytanie mężczyzna z bocianim gniazdem na głowie zamiast włosów. Zależało mu na młodzieżowym wyglądzie.

Czym je żołnierz? – Zadał pytanie powtórnie, kiedy towarzystwo pozostało nieme jak kamienie młyńskie udając, że na wschodzie Europy nic się nie dzieje, kiedy w rzeczywistości powołano do życia okrągły stół, kilka autostrad otoczonych stadionami a całkiem ostatnio zestrzelono samolot. Zupełnie przypadkiem, czyli cudem. Były to osiągnięcia oczywiste i kłujące w oczy nawet niewidomych polityków. Ich istnienia nie zaprzeczała opozycja, generalnie ciepło i pozytywnie ustosunkowana do rządu i jego przywódcy, Dużego Dona oraz ich niepowodzeń związanych ze zbyt głośnym gadaniem w restauracji.

Milczenie nie jest strawną odpowiedzią na pytanie o narzędzia żołnierskie. Nie jest najgorsza, ale nie jest poprawna. Ważna jest historyczna prawda. – Cenzorował, ripostował i kontestował człowiek zwany Jadowitym. Język rozdwoił mu się na końcu, kiedy syczał słowa w kierunku zaskoczonego audytorium. Spodziewali się czegoś innego. Na przykład śniegu na wiosnę, ale nie okrągłego stołu. Woleliby bez stołu, lecz za to z pepeszami i szubienicami. Niektórych osiągnięcia historyczne zmyliły do cna. – Stół był w istocie kwadratowy. – Stwierdził mężczyzna w kącie zarezerwowanym dla opozycji.

To dziwny gość. Wyłamuje się z szeregów jednomówiących klonów partyjnych. Przywieźli go tutaj dla rozrywki. Ma granat w kieszeni i mówi, że się rozerwie, ponieważ ma już dosyć nudy. Wszystkiemu winien jest premier i ta jego zakichana partia. On i ona przędą dzisiaj taniutko, cieniej niż wygłodzony pajączek z plebanii. – Dobieg szept z drugiego kąta, stanowiącego miejsce świątecznych zgromadzeń przeciwników hierarchii kościelnej.

C.d. istnieje i nastąpi. O ile wcześniej nie nadejdzie koniec świata.

0Shares

Ekspresowa kronika wypadków

Kolejna odsłona Teatru Ambicji, Niepowodzeń i Wzajemnych Oskarżeń zasługuje na dozę satyrycznego okrucieństwa. Wydarzenia rozwijają się jak w rosyjskiej ruletce. Nikt nie wie, kto będzie następną ofiarą. Posłowie przemykają się pod ścianami, niektórzy wynajmują goryli, inni przebierają się za postacie historyczne. W zmrokach kryją się przywódcy, duchy i przywidzenia.

„Jarosław” Pawlak wystąpił w roli watażki. Ubrany w garnitur uczestnika walk wschodnich dramatycznie wyznał, że nie pozwoli sobą szargać i zagroził śmiercią przez uduszenie Ministrowi Sienkiewiczowi, jeśli premier Tusk nie spełni warunków okupu. – Nie będę głosować w sprawie Sienkiewicza. Nazwisko historyczne, ale co za język! – Był zły. Zwołał posłów PSL w podziemiach i wezwał Premiera Tuska, aby niezwłocznie przybył. Ten nie tylko, że przybył, ale także obiecał złote góry, aby uratować szyję skatowanego podsłuchem Ministra Sienkiewicza. Widziano go, jak masował ją z lubością po ogłoszeniu wyroku uniewinniającego.

Korwin-Mikke okazał się w rewelacyjnej formie. Zapowiadała to już muszka poruszająca się żywiej na grdyce. Rano, skoro świt, przyłożył w twarz posłowi Boniemu. – Dlaczego pan to zrobił? – Pytali zmartwiali z podziwu dziennikarze. – Nie znoszę, kiedy ktoś rano mówi mi „Dzień dobry”. Poseł wykazał styl i opanowanie. Również Poseł Boni, który po chrześcijańsku wybaczył koledze i wystawił drugi policzek. To był gest. Podobno obydwaj zapowiedzieli dalsze występy.

Poseł Bury wrócił ze spowiedzi i od razu przebaczył CBA akt przeszukiwania akt w jego biurze. Potem namawiał innych posłów, aby też poddali się rygorowi przesłuchania. To bardzo odświeżający akt. – Stwierdził. Uznałem to za akt rozsądnego politycznego masochizmu.

Były buntownik Gowin, po rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim, przemówił jeszcze cichszym głosem. Elegancja jego ubioru nie szła w parze z głosem. Znający głośną jowialność i rubaszne zachowania posła od razu to zauważyli. – Będę musiał oddać głos do naprawy. –Wyjaśnił buntownik szeptem. Ledwie mnie słychać. Nie spieszę się jednak, ponieważ sytuacja ma swoje plusy. Nie mogą mnie nagrywać.

Jarosław Kaczyński nie tylko, że drugi raz nie przytulił Ziobry, ale odmówił mu nawet rozmowy na tematy intymne. Oznacza to koniec narzeczeństwa, które zapowiadało się tak obiecująco. Jarek wytypował się dziś na przyszłego premiera. Wiedzą o tym na razie tylko dwie osoby. Przyszły Premier organizuje w tym celu pospolite ruszenie na Obecnego Premiera. Zbiera już do kupy wszystkie leworęczne i praworęczne partie polityczne, a także organizacje społeczne, kluby fitness, zrzeszenia producentów samosiejek i radykalne organizacje feministyczne. Gejów nie zaproszono. Przez pomyłkę zaproszono natomiast PO, za co rzecznik PiS zwymyślał ich od łajdaków. Dzisiaj wieczerzowe spotkanie w Warszawie pod hasłem „Ostateczne Zjednoczenie Prawicy”.

Moja wiara w talent pojednawczo-integrujący Jarosława Kaczyńskiego jest bezgraniczna. Wszystkim wątpiącym daję pisemną gwarancję, że zjednoczenie prawicy nastąpi jak amen w pacierzu. Nie wiem tylko kiedy. Bookmacherzy firmy „Michael Tequila” przyjmują zakłady.

 

0Shares

Czym dzisiaj warto żyć?  

Nie poznaję sam siebie. Zrodziła się we mnie pasja, a właściwe dwie. Nie będę trzymać ich w tajemnicy, gdyż ukrywałbym w ten sposób zdrowy ekshibicjonizm pisarski. Chodzi o Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej oraz Wielką Politykę. Tym, którzy zaśmieli się odruchowo w tym momencie przypomnę tylko: „Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”. Nie lubię być na końcu, ale mogę być ostatni. Last, but not least. Ostatni, ale nie najgorszy.

Mundial każdy może sobie oglądać, politykę trzeba zrozumieć. Po obejrzeniu filmu z cywilnym detektywem Hecules Poirot oraz poczytaniu o roli sierżanta-detektywa w policji Australii Zachodniej, łatwej jest mi pisać o polskiej scenie politycznej. Dzieją się tam rzeczy nadzwyczajne.

Hasłem przewodnim jest „Ubój rytualny”. Objawiło się ono jak „Deus ex machina” razem z nagraniami rozmów polityczno-bankowych. Najbardziej martwi się tym Premier Tusk, ponieważ podobno wie, o co chodzi i domyśla się, kto najłatwiej może paść ofiarą. Nie lubię zabijania, ale jest to fakt przyrodniczy i nie da się go uniknąć. Mój pacyfizm mnie by na to nie pozwolił. Nigdy nie poprowadziłbym rzeźni. Co do roli kata, to nie jestem pewien, kiedy przypomnę sobie Markiza de Sade. Donatien Alphonse Francois de Sade, szerzej znany jako Markiz de Sade, posiadał wyjątkowo barwny życiorys. Blisko trzydzieści lat swojego życia spędził w trzynastu różnych więzieniach na terenie Francji. Dwukrotnie uniknął kary śmierci. Jego rękopisy były rekwirowane i palone przez policję, a w wieku XIX (dwukrotnie) i XX (jeden raz) jego dzieła były zakazywane” (www.historia.org.pl)

Marquis_de_Sade_prisoner

na temat de sade

Wracam do polityki. Scena w Sejmie podzieliła się na dwie części: prawą i lewą, przy czym nie oznacza to podziału na prawicę i lewicę, tylko coś bardziej skomplikowanego, czego jeszcze do końca nie rozgryzłem.

Poprzez przegrupowania i koalicje tworzą się dwa wielki bloki. W pierwszym ruch jest jak w kotle, gdzie ludożercy warzą strawę. Możliwe, że mają oni tam tasiemca, który ich tak bawi, że cały czas ruszają się jak na szpilkach. Leszek Miller i Janusz Palikot zbratali się w nowym bruderszafcie, w czym pobłogosławił in John Godson, jedyny duchowny dostatecznie elastyczny, aby bronić przeciwników. To też są bliźni. – Twierdził. Zbigniew Ziobro przytulił twarz do włochatej piersi Jarosława Kaczyńskiego i ucałował go w pierścień. Nie słyszałem zbyt wyraźnie, co szeptał mu do ucha, ale wydawało mi się, że była to modlitwa „Ojcze Chrzestny”. Nie dałbym jednak za to głowy, gdyż już raz o mało jej nie straciłem. Na ten pojednawczy gest Jarosław Gowin wykrzyknął „Polska Razem z wami!” i od ręki – znak dobrego pokerzysty – zadeklarował jeśli nie miłość, to szczerą pojednawczą życzliwość dla dobra sprawy.

Po drugiej stronie sceny zblokowała się wygodnie na poduszkach Platforma Obywatelska tworząc kształt klina, którego ostrze stanowi opancerzony Donald Tusk. Siedzi tam w kucki na wzór bóstwa z Indii, ma po kilka ramion z prawej i lewej strony, dzięki którym może kształtować rzeczywistość w sposób spokojny i elastyczny.

Obok PO przycupnęła nieco mniejsza, trochę wystraszona grupka z transparencikiem „PSL”. Mają oni nowego, świetnego rzecznika w osobie posła o pseudonimie „Kłopotek”. Ciekawa postać! Widać, że umie mówić, bo mówi dużo, choć nie zawsze trzeźwo. Musi być chyba w bliskich relacjach z panem Bogiem. Nie chodzi do spowiedzi, bo u niego, co w sercu, to i na języku. Porządny chłop, szczery jak pijany wiejski weterynarz, który właśnie odebrał z porodu ślicznego, dwugłowego cielaczka. Koledzy namawiają go, aby zmienił nazwisko na Kłopot, gdyż brzmi to poważniej. Mówi o tym podobno połowa posłów z Platformy Obywatelskiej. Zauważyłem, że Kłopotka dokarmiają posłowie z drugiej strony barykady. Tak jest lubiany!

Najciekawsza jest symbolika. Po prostu fascynująca. Posłowie zgrupowani w bloku „Wokół PiS” widząc posłów PO, wyciągają w górę prawą rękę z palcami ułożonymi w literę „V”, na co pozdrawiani odpowiadają samotnym środkowym palcem wzniesionym do góry. Ci pierwsi przyjmują to niechętnie, z wyjątkiem jednego a może nawet i nawet kilku posłów z Twojego Ruchu, którzy uśmiechali się dyskretnie wyginając usta w przekazie niewerbalnym „Obiecanki cacanki”.

Takie sobie tam radosne gierki rozbawionych posłów. Nie zazdroszczę im. Też im się należy coś od życia. Kiedyś, za czasów Gierka i Kruczka, mówiono, że Gierek ma swoje kruczki, a Kruczek ma swoje gierki, ale wraz z upadkiem ustroju zniknęły łagodne obyczaje. Dzisiaj jest inaczej. W Sejmie każdy w coś gra, nawet, jeśli nie wszyscy to rozumieją, bo w grę wchodzi coraz bardziej symbolika i proste słowa już nie wystarczają. Podobno teraz posłowie uczą się na potęgę języka migowego, aby móc jeszcze skuteczniej działać na niwie publicznej dla naszego dobra.

Ciekaw jestem, co na ten temat ma do powiedzenia Korwin Mikke? To polityk wielkiego pokroju i ducha. Znajdziecie go w Internecie pod hasłem www.korwin-mikke.pl.

0Shares

Jednoczenie Prawicy

Ziobro złożył dzisiaj głowę na ojcowskiej piersi Jarosława Kaczyńskiego! – Objawił światu wczoraj wieczorem Andrzej Urbański, człowiek prezydenta z Wawelu, wyróżniający się w tłumie ludzi znanych i szanowanych szczotkowatą brodą z objawami wczesnego rdzewienia. Plamy rdzy uroczo kontrastowały z jego pełną twarzą, co dla artystycznej duszy telewidzów mogło być przeżyciem głębszym nawet niż sam na sam z nagą „Odaliską” w Luwrze.

Jarosław Kaczyński wraca, aby dokonać zjednoczenia prawicy. – Dodał pan Andrzej.

Czy mu się to uda? – Zwątpił dziennikarz prowadzący wywiad. Dziennikarze bywają obrzydliwi w budzeniu zwątpienia w sercach wypełnionych po brzegi radością i nadzieją.

Pewnie! Nie ma takich mocnych, którzy przeciwstawiliby się procesowi jednoczenia Prawicy.

Jarosław K stał się Mesjaszem Prawicy. – Wyraziłem opinię.

Pani Rażynka widziała go w mniejszym wymiarze, wprawdzie nie kieszonkowym, ale skromniejszym. – Dla mnie jest on zwyczajnym wizjonerem na wyprzedaży w Lidlu. –Stwierdziła z wrodzoną jej bulwersującą słuchacza rezolucją.

Wybuchła między nami przyjazna sprzeczka, co jest normalne w poważnych dyskusjach politycznych. Gdyby ludzie nie kłócili się w sprawach politycznych, życie byłoby nudne i za granicą nikt by o Polsce nie słyszał, ani też nie chciałby słyszeć. Polityka robi nam prasę. Politycy ją tylko roznoszą po domach.

Mój stosunek do niewzruszonej determinacji Jarosława Kaczyńskiego zjednoczenia Prawicy w celu obalenia Centroprawicy jest raczej nieukształtowany. Stosunek to słowo może nieco na wyrost w tym przypadku, ponieważ kojarzy się z erotyką, której nie dostrzegam w Jarosławie Kaczyńskim mimo niedawnej zmiany okularów na lornetkę. Widzę go przed oczyma duszy mojej – jakby powiedział genialny Szekspir – ale w roli policjanta rozpędzającego demonstrację Prawicy raczej niż obejmującego ją ramionami i tulącego do piersi w geście gorącego patriotycznego pojednania. Życzę mu jednak jak najlepiej.

Będę się modlić w skupieniu, a może nawet poleżę krzyżem na dywanie, aby pan Prezes wytrwał w swojej determinacji czynienia dobra drogą zwycięstw politycznych, które jak wierny pies towarzyszyły mu w ostatnich siedmiu wielkich kampaniach wyborczych.

 

0Shares

Koń Trojański

Wreszcie i my mamy swojego Konia Trojańskiego. Wszyscy zdziwili się, kiedy wjechał na salę inauguracyjnych obrad Parlamentu Europejskiego. Nikt nie przeczuwał, co się zdarzy. Z konia wyskoczył zbrojny hoplita, z włócznią i tarczą, zdobny w marynarkę, białą koszulę, krótkie spodenki i muszkę pod szyją. – Tak jest mi lżej. Mam ochronę szyi i męskości. Czyli wszystkiego, co najważniejsze. – Wydyszał machając rękami.

Koń trojański ciągniony obraz

Zanim zebrani zaczęli śpiewać na jego cześć hymn Unii Europejskiej, on już wygłaszał mowę oskarżycielską.

Kto to jest?  Kto to jest? – Pytali zaskoczeni posłowe europejscy z prawa i z lewa. Zaskoczenie było powszechne.  Mężczyzna zrodzony z Konia Trojańskiego mówił szybko, jeszcze szybciej połykał głoski, po prostu dławił go język angielski. Tym zaimponował wszystkim.

– To najlepszy wojownik, jakiego mamy. Korwin Mikke. Słowianin z krwi i z kości, biegle mówi po angielsku, rewelacyjnie udaje Greka! – Gorliwie informował ktoś z jego świty.

Korwin Mikke Roztrzepany

 

– O czym on mówi? – Pytania padały ze wszystkich stron jak jabłka po silnym wstrząsie mózgu.

– To mowa oskarżycielska pod adresem naukowców i polityków, którzy spowodowali ocieplenie klimatu, kradnąc przy tym dwa miliardy euro.

Tłumacz miał problemy z przekładem. Wynikało z niego, że klimat ocieplił się sam na wspomnienie Zielonej Grenlandii z IX wieku, ale oni, te sukinsyny, ukradli dwa miliardy dolarów. Rozstrzelać ich!. – Ryknął Korwin Mikke do Marine Le Pen, fajnej tęgiej Francuzicy, oraz tego tam, Anglika, jak mu tam … no tego … Eurosceptyka. Farage?

Po udanym wystąpieniu w budynku UE, którą Korwin Mikke rzeczowo nazwał Burdelem”, udzielił wywiadu Monice Olejnik, znanej z okrucieństwa wobec mężczyzn. Użyła ona wyrafinowanych tortur słownych, lecz nic nie wydobyła z bohatera. Torturowany mówił dużo, ale nie powiedział nic.

Nie zgadzam się! Korwin Mikke powiedział wszystko, co trzeba, i nic więcej! – Odezwał się nieznany poseł z Polski, z małą głową za to z dużą walizeczką, z której wysypywały się drachmy. – Oni tu płacą w greckich drachmach, mało wartych, dlatego w ogromnych ilościach banknotów. A głupi naród wierzy, że to wielkie pieniądze! – Wyjaśnił karzełek.

– Może i tak. Co mi zresztą do tego? I tak nic nie zrozumiałem z przemówienia pana Korwina! – Odpowiedziałem zażenowany własną ciemnotą. Mówił szyfrowanym językiem angielskim i to tak szybko i soczyście, że kelner przyniósł mu trzy spluwaczki.

Podobał mi się styl Korwina: pełna gala, muszka od Diora, szarmancki język. Bohater wysławiał się salonowo, odnosząc się do wszystkich per „Jego Ekscelencja”. Zaczął od góry, od Władimira Putina. Nazwał go carem i bronił jego prawa do tronu. Potem bronił Jego Ekscelencję Jarosława Kaczyńskiego. W pewnej chwili mówca zmienił się w Pytię, nazwał Ekscelencję Lewakiem i prorokował mu stanowisko premiera.

– Sam nie chcę być premierem. Po co mi to? Jestem za stary. Mówię za szybko. Co innego Jego Ekscelencja Jarosław Kaczyński! On zasługuje na wysokie stanowisko.

Żałuję, że nie widziałem ani nie słyszałem niczego więcej, bo ktoś mi wyłączył telewizor i podniósł deskę toaletową, gdzie spłynęły resztki soczysto-zagranicznej mowy Korwina Mikke.

Koń trojański surowy

0Shares

Nocne rozmowy polityczne

Piszę o polityce, nie dlatego, że ją lubię, ale dlatego, że jestem pełen niepokoju. Dzisiaj w nocy ujawniono kolejne nagranie. Jest tego łącznie już 8000 godzin. Prezes PiS uważa, że jest to więcej niż ilość godzin nocnych w roku.

Dlaczego nocnych? – Zapytał pana Prezesa dziennikarz „Naszej Tuby” na sześćdziesiątej konferencji wyborczej PiS. Prezes miał oczy podkrążone od niewyspania i przecierał je delikatnie chusteczką Lago Balsam z wydrukiem: „Tym razem to my wygramy!”.

ABW, WSS, BOR, Prokurator Generalny, AP, ZZL przycisnęły razem redaktora naczelnego Wprost i ten wyznał, że nagrań dokonywano wyłącznie nocą.

Kogo podejrzewacie o nagrywanie. – Zapytano Prezesa.

Niestety, podejrzewamy, że to Tusk działając rękami kolejnego ministra zlecił te nagrania. Na taśmach znaleziono ślady brudnych rąk, co by potwierdzało, że jest w to zamieszany sam premier.

Dlaczego miałby to robić?

Chce oddać władzę, ale nie chce zrobić tego uczciwie w wyborach powszechnych, ponieważ my jej nie chcemy przejąć w sposób, jak nam będzie dyktować PO. Przekazanie i przejęcie władzy musi być dokonane tylko i wyłącznie na naszych warunkach.

Jakie są te warunki?

Mamy to już opracowane, ale jeszcze nie mogę ujawnić. Uczynię to, kiedy społeczeństwo będzie gotowe przełknąć nową dawkę rewelacji. Jest tego tak dużo, że indor by się udławił.

Jak to „indor”, Panie Prezesie?

Wiemy to od PSL. Jesteśmy z nimi w bliskim kontakcie, mając na uwagę przyszłą koalicję. Oni zrobili symulację. Będąc bliżej wsi, zrobili symulację na gęsiach karmionych na wątróbki.

Z jakim skutkiem?

Wszystkie wyzdychały. Takiej dawki nagrań nikt nie jest w stanie strawić. W tej sprawie zwołuję razem z Prezydentem Komorowskim posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, której będę osobiście przewodniczyć, na którą zaprosiliśmy także władze Unii Europejskiej, USA, Rosji i Ukrainy.

Dlaczego jej zasięg miałby być tak ogromny?

Zawsze działamy z rozmachem. – Oświadczył Prezes uśmiechając się dyskretnie lewym kącikiem ust, a potem ścierając uśmiech chusteczką higieniczną Lago Balsam podsunietą uczynnie przez Zbigniewa Ziobro, przyszłego wicepremiera w nowym rządzie koalicyjnym.

Najważniejszym powodem jest jednak obawa, że moda nagrywania polityków rozszerzy się na inne kraje, a nawet kontynenty. Otrzymujemy w tej sprawie pełne zaniepokojenia listy, SMSy, MMSy i emaile od przywódców partii politycznych m.in. z Chin i Rosji. Wszyscy się boją, że zostaną nagrani. Nazywają to „polską zarazą” i my musimy położyć temu kres.

Prezes zakończył konferencję. Słaniając się na nogach z niewyspania mruknął tylko „Dziękuję państwu” i runął na dyżurne łóżko. Zanotowałem czas. Była godzina 5.53 nad ranem dnia 22 czerwca 2014 roku.

0Shares

Relaks powyborczy

Wybory do Europarlamentu wywołały więcej pytań niż dały odpowiedzi. Tak to już jest: łatwiej jest pytać niż odpowiadać.

PiS poniósł kolejną siódmą lub ósmą porażkę wyborczą, tym razem delikatną jak piana na piwie. Wynik wyborów wzbudził ich podejrzenia już kilka dni przed wyborami. Antoni Macierewicz jeździł po kraju i głosił potajemnie, że wybory będą sfałszowane.

– Jest to pełzające oszustwo, a my śledzimy wszelkie przejawy pełzania w kraju – Wyjaśniał potrząsając siwą jak czapla czupryną.

– Skąd pan to wie?

– Mam przeczucie. – Odpowiadał pochylając zamyślone czoło nad niegodziwością ludzką.

Po wyborach Joachim Brudziński demonstrował jak można sfałszować kartę wyborczą. Inni członkowie jego partii mówili jeszcze o „dziwnej przegranej”. Najbardziej zmartwiło mnie to, że nie wyjaśnili, czy fałszowanie wyborów bylo przeciw czy na korzyść PiS-u.

Janusz Palikot chodzi wstrząśnięty. Żaden z jego posłów nie dostał się do Europarlamentu. On sam postarzał się, nieprzerwanie kręci głową z niedowierzaniem na to, co się stało. Posłowie, którzy stali za nim murem są mu wdzięczni. Mur upadł i odzyskali wolność. Przejściowy wódz wyzwolił ich od odległej, zimnej i drogiej Brukseli.

Do rządu wpłynął wniosek na budowę pomnika dla posła Korwina-Mikkego, bohatera wyborów, twórcy partii zrodzonej z popiołów jak Sfinks żywiący się tekstami o kobietach mówiących „no” zamiast „yes”, głuchym i niewidomym Adolfie Hitlerze oraz raju bez podatków. Nowa Prawica to wyraz rozpaczy tych, którzy nie widzą wartości w innych partiach, i nadziei tych, których olśnił blask nowej gwiazdy zarannej. Wszyscy czekamy teraz na ciekawe występy aktorów Nowej Prawicy w teatrze Unii Europejskiej, z nową inscenizacją wzbogaconą fajerwerkami i wybuchami. Niezła jest też idea pana Korwina-Mikkego zamiany UE w wielki dom publiczny. Ileż to kobiet poczuje się szczęśliwych, że męża nie ma w domu, ileż to kobiet (i mężczyzn) poczuje się szczęśliwych, że może umilać czas na nowiutkich kanapach zamożnym posłom z całej Europy.

Mówiąc poważnie, prawdziwe nieszczęścia to wojna, bieda, ciężka choroba i ciężka ignorancja. Śmierć nie jest tylko połowicznym nieszczęściem, ponieważ dotyczy jedynie tych, którzy zostali na tym padole łez rozpaczy i rozpusty słownej.

Przy powyższych, sukcesy i występy Korwina Mikkego, potknięcia Janusza Palikota, przegrana kilku znanych posłów i przywidzenia PiS-u to tylko ludowy folklor i łagodna rozrywka dla osób, które umieją patrzeć na życie z dystansu większego niż krzesło przed telewizorem i gazeta przed oczami.

Z innych ważnych spraw warto wspomnieć, że Pradziadek Mick Jagger kontynuuje koncerty po świecie. Rząd chce go wypożyczyć na dwa tygodnie, aby objeżdżał Polskę agitując za dalszym podwyższeniem wieku emerytalnego. Pradziadek będzie miał dwa mocne argumenty w ręku: w wieku 75 lat można twórczo pracować i zarabiać dobre pieniądze, oraz drugi, równie ważny: Dziś ludzie żyją dłużej. Ma on podobno plan założenia w Polsce „Muzycznego Stowarzyszenia Geriatrycznego”.

0Shares

Mamy wreszcie dobry zespół w Unii

Ciężar spadł mi z serca. Mamy wreszcie mocną reprezentację w Unii. Nie przywiązuję do tego nadmiernej wagi, ponieważ 51 posłów polskich na ogólną ilość ponad 700 posłów w Parlamencie Europejskim to nie jest dużo. Ponadto obawiam się, że mogą oni ciągnąć polskie sprawy w różnym kierunku i wykonywać swoje obowiązki mając na uwadze bardziej politykę w kraju niż „sprawę polską” w Unii.

Pojęcie patriotyzmu wśród naszych posłów w parlamencie unijnym, ich ocena znaczenia Unii dla Polski oraz ich gotowość do współpracy to labirynt, który grozi zagubieniem i śmiercią głodową w ciemnościach. Na szczęście są tam posłowie PiS (miłośnicy pochodów z łuczywami) oraz poseł Korwin Mikke ( ze środkami wybuchowymi). Mam nadzieję, że zorganizują oni taką iluminację, że nikt się nie pogubi. Odłożyłem już 10 zł jako patriotyczny wkład na zakup biało-czerwonych cegieł na odbudowę Parlamentu Europejskiego i czekam na rozpoczęcie śledztwa w sprawie wysadzenia tej instytucji w powietrze przez najdzikszego z polskich kamikadze.

Pan Korwin Mikke jest teraz najlepszym aktorem i reżyserem teatralnym w parlamencie unijnym. Czekam na jego nowe inscenizacje i występy. To człowiek, który inspiruje, pobudza do twórczego myślenia. Odszedł Mrożek, przyszedł Mikke. Le Roi est mort, vive le Roi!

0Shares