Świat zezwierzęcony. Opowiadanie porażająco-futurystyczne. Cz 1: Eksperyment genetyczny

To opowiadanie jest krótsze niż świst bata służącego edukacji zdeformowanych łajdaków rządzących krajami na pograniczu Azji, Unii Kontynentalnej i Pobożności. Napisałem je w chwili upojenia, jakie nawiedza mnie od czasu do czasu, jako zapowiedź proroctw o przyszłym powszechnym zdrowiu umysłowym zwierząt, ludzi i krajów. 

***

Sprawy nie poszły tak, jak trzeba, tylko dużo lepiej, choć bardziej nieprzewidzianie. Eksperyment genetyczny prowadzony w Laboratorium im. Świętej Pamięci, którym rządził wyjęty z szafy, dobrze odkurzony prokurator o twarzy popękanej długotrwałą amnezją, miał na celu przyśpieszenie ewolucji zwierząt domowych, zwłaszcza koni.

– My poszliśmy do przodu, a one zostały z tyłu, za nami i to tak bardzo, że nawet nie potrafią znaleźć się, jak trzeba. Nie umieją zaśmiecać ulic i oceanów, ani przeklinać, ani donosić, ani mścić się, nie wspominając nawet o podłożeniu świni bliźniemu lub zbudowaniu średniej mocy bomby atomowej – była to wypowiedź pewnego duchownego, osoby uczuciowej, wielodzietnej, nad wyraz rozwiniętej moralnie i sięgającej wzrokiem nieba, gdzie za firankami z muślinu i tiulu mieszkali Bogowie. Było ich kilku, bo każda religia miała swojego, którego uznawała za jedynego i właściwego, niechętnie odnosząc się do pozostałych.

Eksperyment udał się nadzwyczajnie, a nawet jeszcze bardziej; jego efekty przekroczyły zamierzone cele. Dzięki zastosowaniu sztucznej inteligencji z dodatkiem specjalnego katalizatora importowanego z Chin, produkujących i eksportujących każdy towar w ilościach przekraczających ludzkie wyobrażenie, konie w laboratorium wyewoluowały znacznie szybciej niż przewidywano. Podejrzewano, że maczała w tym palce małpa zatrudniona w charakterze pomocnika laboranta do przenoszenia cięższych próbówek i kawy w plastykowych kubeczkach.

Tak czy inaczej stało się. Nowe konie były tak udane, że widmo zawisło nad człowiekiem. Było to widmo obawy, że podobnie jak on przeznacza świnie, indyki, krowy, barany i inne zwierzęta na ubój, tak konie mogą przeznaczyć człowieka na produkty żywnościowe z dodatkiem konserwantów, albumin i substancji smakowych. Wprawdzie dodatki były pewnym pocieszeniem, ponieważ pozwalały oszczędzać podstawowy surowiec, to jednak nie rekompensowały nawet dziesięciu procent obaw, co zwierzęta mogą zrobić z człowiekiem.

Sprawy rozwijały się błyskawicznie. Dwa dni później konie stanowiące własność furmana Józefa Kutwy zaprzęgły go do dorożki, wkładając mu chomąto na szyję i

munsztuk do pyska. 

Potem kierujący dorożką wałach chwycił w jedno kopyto mocne wodze a w drugie siarczysty bat.

– Ciągnij – ryknął, kiedy już ze swoją partnerką, kobyłą Karą, usadowili się na koźle.

Furman Józef nie zrozumiał polecenia, gdyż rzadko kiedy zwierzęta odzywały się do niego i nie miał możliwości nauczyć się szybkiego i sprawnego rozpoznawania ich głosów. Nie było to nadmiernie trudne, bo głos Wałacha brzmiał nieco chrapliwie, w głosie zaś Kobyły było więcej dyszkantu. 

– A dołóż człapakowi batem! – Szepnęła kobyła, tuląc się do wałacha, oboje z grzywami wzburzonymi wichurą sprawiedliwości dziejowej wspomaganej genetyką.

Ten, nie wahając się, ścisnął mocniej bat i przylał zdrowo furmanowi. Pociągowy poczuł ból i rosnącą pręgę na plecach. Już miał bluznąć „Wy wałachy syberyjskie”, w ostatniej chwili powstrzymał się jednak, kierowany błyskiem intuicji, jaką nabył w jednej chwili po uderzeniu bata. Pociągnął. Szło mu słabiutko, pocieszył się jednak, że początki są zawsze trudne. Ciągnąc dorożkę prosto przed siebie, jak mu wskazywała świeżo nabyta intuicja (Wałach nie dał mu jeszcze wskazówek), obserwował najbliższe otoczenie.

– Świat zmienił się nie do poznania – pomyślał. Przejeżdżając obok jeziorka widział jak kudłaty kundel imieniem Martuś rzuca w górę kijek i każe go raportować niemłodej już kobiecie ubranej w czerwoną bluzkę, obcisłe getry i sportowe obuwie. Ta bez wahania podskoczyła jak sarenka, popędziła za kijkiem i za chwilę przyniosła go w zębach. Szminka trochę jej się rozmazała przy niesieniu kijka, chciała ją poprawić, ale nie zdążyła, bo w drodze był już następny patyk. Chwyciwszy rzucony przedmiot popędziła jak mogła najszybciej do Martusia, aby zasłużyć na słodkie ciasteczko, jakim kiedyś go karmiła dla wyrobienia w nim nawyków pościgowo-myśliwskich.

Nieco dalej, za płotem farmy hodowlanej, Józef zauważył koziołka Ozona, męża sarny Tlenowej, jak uderzał rogami mężczyznę celując w najbardziej wrażliwe miejsca. Znał oboje z imienia, ponieważ kiedyś dla żartu nakarmił ich papierem zawiniętym w pęk trawy.

– Rusz się gnojku i podaj mi wodę – zabeczał kozioł do właściciela farmy, teraz jednego z jej obiektów hodowlanych,

Później przejeżdżali koło cyrku. Józef nigdy wcześniej go nie widział, nie zdziwił się jednak, zdając sobie sprawę, że patrzy z innej czasowej i geograficznej perspektywy. Przed wielkim namiotem niedźwiedź Misza brał się za bary z prezydentem Uti, znanym z wielkich umiejętności siłowo -sprawnościowych, o których rozpisywała się imperialna prasa. Uti zawsze wygrywał, dzięki czemu utrzymywał się nieprzerwanie w roli gieroja imperium, szczycąc się, że jest ono najmocniej osadzone na ziemi dzięki nowoczesnym gąsienicom i zdalnie sterowanym rurom typu woda-powietrze. Niedźwiedź przypomniał sobie, jak Uti dwukrotnie powalił go upokarzająco na matę w trakcie Mistrzostw Świata w Zapasach, i mściwie mruknął „Niedoczekanie twoje” i jednym ruchem wielkiej łapy rzucił na matę dysząc mu prosto w oczy: – Widzisz, sobaczy synu, jak to przyjemnie upadać wbrew swojej woli! Nawet narkotyki i odmładzający botoks ci nie pomogły.

Józef przestał obserwować cyrk. Było to dla niego zbyt bolesne. Pomyślał o przywódcy swojego kraju, że i jemu też przyjdzie boleśnie upaść na ziemię, kiedy rzucą się na niego zwierzęta, nad którymi się znęca. Przypomniał mu się Darwin, któremu pokręciło się, że ludzie są także zwierzętami. Józef miał teraz do nich znacznie lepszy stosunek, oparty na duecie bata i marchewki, niż przed eksperymentem laboratoryjnym. 

Jadąc dalej zobaczył chlew a obok świnie podkładające sobie nawzajem ludzi w celach wyrządzenia przykrości. Nie obserwował długo, gdyż musiał skupić się na drodze i pośpieszyć, bo znowu dosięgł go ostry bat i głośny okrzyk:

– Ruszaj się, łajzo, bo jak nie, to oddamy cię na wędliny.

Pod wpływem widma dymu z wędzarni przypominającej dobrze utrzymany barak obozu ciężkiej pracy, Józef poczuł mdłości i nie odzywał się już nawet do siebie. Kiedy po zakończeniu roboty stanął przy żłobie, nie myślał o nim jako źródle szczęścia i dobrobytu, gdyż wewnątrz znalazł tandetne żarcie z supermarketu „Tania pasza dla zwierząt” a obok wiaderko zimnej wody.

Świat Kutwy zawalił się ostatecznie. Nie miał nic na swoją obronę. Ogromnie żałował, że nie zapisał się do żadnej partii politycznej, aby wejść do parlamentu i zyskać immunitet. Teraz by mu się naprawdę przydał. Było to bardzo bolesne przeżycie. Chciał jeszcze pomyśleć o czymś pozytywnym, a może nawet i pomarzyć, ale wędzidło tak bardzo uwierało go w pysk, że zapomniał, o co mu chodziło.

Następnego dnia Józef trafił na dawny targ koński, na którym teraz handlowano ludźmi. Między budkami z piwem, kioskami z prasą i sklepami z uprzężą, spacerowały konie poszukujące woźniców pociągowych. Józef został przywiązany do słupka niedaleko od bramy wejściowej, do szyi przyczepiono mu tabliczkę z promocyjną ceną i napisem „Sale”. Od samego rana podchodziły do niego konie, sprawdzały jego stan zdrowia, wiek i zadawały pytania. Nie wszystko w ich zachowaniu podobało mu się. Konie zaglądały mu w zęby odchylając górną i dolną wargę, sprawdzały pęciny i rozpinały koszulę, aby sprawdzić szerokość klatki piersiowej, a jedna kobyła nawet ściągnęła mu spodnie, aby sprawdzić zad. Pytano także, czy nie jest narowisty. Potencjalni nabywcy spluwali najczęściej z dezaprobatą, ganiąc Wałacha i Kobyłę, że wystawili na sprzedaż małowartościowy towar.

W miarę upływu czasu, Józef popadał w coraz gorszy nastrój. Mimo dwóch obniżek ceny, żaden koń nie wykazał zainteresowania jego kupnem. Słysząc szepty właścicieli, coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, co go czeka. Przed oczami stanęła mu rzeźnia, w której przerabiano takich jak on woźniców pociągowych na konserwy dla psów. Wyobraził sobie nędzę końcówki swego życia bez ostatniego papierosa i ostatniej szklaneczki bimbru. Zanim ostatecznie załamał się, podeszły do niego Wałach i Kobyła. Patrzyły mu długo w oczy, po czym zbadały puls. Po krótkiej wymianie spojrzeń między sobą Kobyła oświadczyła:

– Nie martw się, Józefie! Nie byłeś najlepszym furmanem, ale nas nie głodziłeś. Byłeś zwykłym łajdakiem jak każdy inny woźnica, którego poznałyśmy. Dlatego też postanowiłyśmy dać ci szansę. Nie oddamy cię na przemiał. Zajmiemy twój dom, a ty zamieszkasz w stajni i będziesz spokojnie żyć na naszym łaskawym chlebie. Jak będziesz się dobrze sprawować, podrzucimy ci świeże obierki, kilka jabłek lub pęk marchewki, może nawet wypuścimy na pastwisko. Będziemy o ciebie dbać; raz na dwa tygodnie zaprowadzimy cię do rzeki albo na miejscu umyjemy wodą ze szlaucha i wyczeszemy zgrzebłem. Za jakiś czas trzeba będzie cię podkuć.

– No i będziemy musieli cię wykastrować, abyś nie brykał za dużo. To byłoby niebezpieczne – dodał poważnie Wałach. Od czasu zapisania się na zawodowy kurs powożenia i higieny pracy transportowej na drogach publicznych czuł się odpowiedzialny za bezpieczeństwo pojazdu i pasażerów.

– Czy to znaczy, że przechodzę na emeryturę? – Józef nie mógł powstrzymać się od pytania.

– Niezupełnie. Będziesz wozić nas na targ i na zakupy do supermarketu, także do dentysty i do kina, tam gdzie będziemy potrzebować. Nie będzie ci źle. Musisz się tylko dobrze sprawować, aby udowodnić, że i człowiek potrafi być porządnym zwierzęciem.

Moje książki https://tinyurl.com/y895884p

Kronika narodu wybranego. Odc 1: Początki zbuntowanej rzeczywistości

Od dłuższego już czasu męczy mnie pisanie blogów. Trudno jest mi znaleźć dobry sposób narracji i nurt spraw, o których mógłbym pisać z zadowoleniem i przekonaniem. Pomyślałem więc o opowiadaniu eksperymentalnym, swobodnym w narracji, opartym na prawdzie jak i na zmyśleniach, nawiązujące do fantazji jak i rzeczywistości, o treści częściowo wydumanej, częściowo zasłyszanej, częściowo opartej na obserwacji, stwarzającej domysły, dlaczego jest, jak jest, a nie inaczej, i jak mogłaby się sytuacja rozwinąć, gdyby ją trochę zmienić, czyli zorganizować tak, aby jednym się żyło dużo lepiej, a innym jeszcze gorzej, krótko mówiąc na wzór i podobieństwo naszego życia.

Mam nadzieję, że klarownym wstępem zachęciłem Czytelników do czytania zniechęcając równocześnie siebie do pisania. A może na odwrót? Sam już nie wiem. Tak czy inaczej, jest to eksperyment. Rząd na nas eksperymentuje, to dlaczego ja miałbym odmówić sobie tej przyjemności, tym bardziej, że przepadam za polityką, oszołomami i Freudem.

Dzieje narodu wybranego.. Cz. 1: Początki zbuntowanej rzeczywistości

Powieść w odcinkach.

Od czasu, kiedy pan Bóg przeszedł na emeryturę, Błądzącymi Nomadami wytrwale rządził, bez dnia wypoczynku dla siebie, swoich służących oraz samych podwładnych, pewien świątobliwy mąż. Kiedyś nosił imię i nazwisko, ale zrezygnował z nich, kiedy wszyscy członkowie plemienia – z wyjątkiem niewidomych i pijanych – na pierwszy rzut oka rozpoznawali w nim Świątobliwego. Bardzo mu to odpowiadało. Rozpoznawanie nie było trudne, ponieważ był charakterystyczny. Kiedy siedział i patrzył nieruchomo w przestrzeń, co było jego zwyczajem, usta zaciskały mu się w ukośną kreseczkę a na twarzy pojawiał się wyraz zamyślenia. Czasem do tego obrazu dochodził tulący się u nóg kot w upiornym czarnym kolorze, którego Świątobliwy uwielbiał, oraz łysiejąca siwizna, kiedy zapomniał przykryć kaszkietem głowę o kształcie radosnego księżyca.

*****

Było to dwadzieścia lat wcześniej i mało kto już pamiętał dzień wycofania się Stwórcy z aktywnego życia. System emerytalny składał się wtedy z wielu filarów, które okazały się za słabe, aby przetrwać próbę czasu. Sama wiadomość o wycofaniu się Najwyższego z aktywnego życia ukazała się w prasie i w Internecie, w którym każdy mógł pisać i publikować, co chce, i dlatego mogła zostać niezauważona, lub po prostu zignorowana.

Zapytany o powód przejścia na emeryturę, Stwórca miał powiedzieć:

– Zmęczyło mnie ciągłe użeranie się z wszystkimi palantami na ziemi. Co to za ludzie, co rozstrzeliwują po szkołach dzieci i nauczycieli, wycierają sobie gębę moim imieniem przy każdym swoim łgarstwie, zbroją się na potęgę, obżerają do nieprzytomności, kiedy inni masowo głodują, zaśmiecają biedną planetę do nieprzyzwoitości i mordują wszystkie cudowne zwierzęta, które stworzyłem na wzór i podobieństwo, w końcu wypinają się na konstytucję, podstawowy akt prawny, którego zasady przedstawiłem w zarysie w Dziesięciu Przykazaniach. To tałatajstwo na ziemi co innego myśli, co innego mówi i co innego robi. Miałem już dosyć tego bigosu.

Reporter prowadzący wywiad ujawnił, że Stwórca był tak zdenerwowany, że dodał jeszcze kilka niecenzuralnych słów, których on, przedstawiciel mediów z porządnym kodeksem etycznym, nie był w stanie przekazać ze względu na przyzwoitość, a jeszcze bardziej z uwagi na żonę, która była szczególnie wrażliwa na punkcie nazw opasłych zwierząt domowych, czynności fizjologicznych oraz części ciała ludzkiego.

Informacje na temat swojego najwyższego zwierzchnika kościół albo dementował, albo milczał jak katedralna krypta zdając sobie sprawę, że cisza stłumi wszystkie medialne krzyki, ochy i achy, jeśli tylko dać jej na to trochę czasu.

– Cisza, spokój, dobre żarcie i pieniądze. Bardzo to sobie cenimy – kilka dni później wyjaśnił w chwili szczerości pewien hierarcha relaksujący się na ocienionej palmami plaży nad Morzem Karaibskim. Jego oświadczenie nie zostało zauważone przez media, co prawdopodobnie nie miało znaczenia dla sprawy.

Wszystkie książki autora w Księgarni Merlin:  https://tinyurl.com/y7cza5nc

 

Emerytury w Polsce

W Polsce trwa żywa dyskusja na temat zmian wieku emerytalnego. Czasem przestaje być żywa, a zaczyna być zażarta. Różne są postawy przeciwników zmian wieku emerytalnego. Wielu, o ile nie większość, kieruje się emocjami. Bywa, że niektórzy po drodze przypominają sobie o rozumie. To dobrze świadczy o ich pamięci. Dzień, kiedy więcej ludzi zacznie kierować sie rozumem a mniej emocjami należałoby ogłosić świętem narodowym. W chwili obecnej należałoby ogłosić żałobę. Rząd tego nie robi, więc ja to uczynię z poczucia obowiązku obywatelskiego. Ogłaszam żałobę emerytalną dla Polski na czas nieokreślony!

W większości rozwiniętych krajów wiek emerytalny wydłuża się. Ma to proste i niezbite uzasadnienie, dlaczego należy to zrobić także w Polsce. Posłużę się statystyką.

Przeciętne dalsze trwanie życia w Polsce (w latach) wg GUS

Rok

Mężczyzna w wieku 60 lat

Kobieta w wieku 60 lat

1980

1990

2000

2010

15,8

15,3

16,7

18,2

19,4

20,0

21,5

23,5

Dodatkowo cytuję za Maciejem Ścisłowskim („Czy jesteśmy bezradni wobec starości?”): „Generacja obecnie żyjąca ma osiągnąć wiek: kobiety – 80,1, mężczyźni – 71,9 lat”.

Interpretacja jest prosta. Mężczyzna przechodzący na emeryturę dysponuje środkami emerytalnymi gromadzonymi przez 25 lat pracy, kobieta – 20 lat pracy. Ponieważ żyją oni coraz dłużej, ich utrzymanie na emeryturze kosztuje coraz więcej. Krótko mówiąc, gromadzą tyle samo pieniędzy (pracując 25 lat), emerytury otrzymują natomiast coraz dłużej. Przykładowo, mężczyźni – 2,4 roku dłużej (w roku 2010 w porównaniu z rokiem 1980), kobiety – 4,1 roku dłużej (w identycznym okresie). Chyba tylko kraje arabskie „siedzące” na ropie naftowej mogą sobie pozwolić na nieprzedłużanie wieku emerytalnego. Inne kraje są do tego zmuszone przez względy demograficzne.

W tej sytuacji sumienie karze mi rzucić bluźniercze hasło: Żyjesz dłużej, pracuj dłużej na swoją emeryturę!

Prawdopodobnie PiS wyśle mnie za to do piekła. Aby ułatwić im zadanie napiszę im komunikat po angielsku: Go to hell!

Mam nadzieję, że ujmę ich łagodną odpowiedzią: You are very kind, indeed. Thank you very much. Go to school!

Dyskusja będzie nadal jałowa, jeśli nie uzna się faktu wydłużania się przeciętnego okresu życia. Im dłużej będzie odkładać się reformę emerytalną, tym bardziej będzie ona bolesna.

PSL jest w koalicji rządowej. Oni chyba jeszcze nadal liczą na liczydłach. Mówię wam: Odeślijcie ich do szkoły powszechnej! Choćby i na wsi, gdzie są już komputery, aby poduczyli się trochę rachunków. Mam nadzieję, że czytać i pisać już umieją. Jeśli coś wiecie w tej sprawie, odpiszcie w komentarzu. Pocieszcie mnie.