Rozszczepione życie: Część 2 i ostatnia ( a może i nie ostatnia?)

Moja najnowsza produkcja jest w trakcie ostatecznej korekty i edycji. Jest to powieść sensacyjna („Sędzia od Świętego Jerzego”) z elementami groteski polityczno-sportowej. Powinna ukazać się za kilka tygodni w formie ebooka na platformie wydawniczo-księgarskiej www.Virtualo.pl.

Poważne pisanie jest skąpcem jak Harpagon, gdyż żałuje czasu na wszelkie inne czynności, i chciwe jak król Midas, ciągnąc zasoby energii i uwagi w swoim kierunku. Pisanie nie wymaga, a wręcz żąda wielkiej ilości pracy i dobrej organizacji. Autor musi dużo czytać, jeszcze więcej pisać, dyskutować o tym, co pisze, poprawiać, znowu dyskutować, znowu poprawić, znowu analizować i poprawiać, i po drodze wykonywać jeszcze kilka innych sztuczek, które tak naprawdę sztuczkami nie są. Mam na myśli radzenie sobie z wyzwaniami codziennego życia, nieszczędzącego nam utrudnień. Niekiedy są one frustrujące, nieuniknione i beznadziejne, a wynikają chyba z ograniczoności i niezdrowych nawyków instytucji, organizacji i osób. Lekarka, która wystawia proste zlecenie na ćwiczenia rehabilitacyjne zamiast wymaganych trzech szczegółów wpisuje dwa. Recepcjonistka zakładu rehabilitacyjnego nie zadzwoni do niej, aby w ciągu 30 sekund wyjaśnić i dopisać na recepcie ten brakujący szczegół, tylko odsyła mnie z powrotem, aby uzupełnić receptę. W ten sposób stoję dwa razy w kolejce do lekarki i dwa razy w kolejce do rejestracji w zakładzie rehabilitacji. Co najmniej godzina lub więcej nonsensownego oczekiwania.

Organizacja warsztatu pisarskiego to sprawa wielowymiarowa: czasu, dyscypliny, zasobów wiedzy, narzędzi komunikacji, kontaktów, sposobu pracy. Nie muszę mieć wszystkiego w domu, ani w głowie, ani pod ręką, ale powinienem wiedzieć, czego, gdzie i jak szukać. Aby robić to skutecznie, musisz być zorganizowany.

Mój warsztat pisarski jest ograniczony fizycznie, lecz w miarę bogaty wirtualnie. W sensie materialnym obejmuje on biurko, komputer, dwa ekrany (wygodnie kopiować i porównywać teksty), drukarkę, lampę biurową, książki, słowniki, encyklopedie, szybki dostęp do Internetu. Miejsce pracy powinno stymulować, dlatego ściany mego „gabinetu” pomalowane są na bordowo, podobnie jak regał. Ten kolor ożywia mnie. Na obrazy mogę patrzeć nieprzerwanie, gdyż budzą we mnie refleksję i dobry nastrój. Są to oryginały (nie reprodukcje), które kupiłem od artystów-malarzy, których prace mnie urzekły i których poznałem osobiście. 2013 Regał L 2013 Regał P 2013 Pejzaże australijskie Adelajda i bagna Northern Territory

Z zasady nie kupuję już literatury drukowanej, czasem ją wypożyczam, a najczęściej nabywam w formie elektronicznej, czyli ebooków. Podobnie ma się sprawa ze słownikami i encyklopediami. Moją biblioteką jest teraz czytnik Kindle bardziej niż regał na książki, choć i ten posiadam. Kindle jest w stanie pomieścić 3000 książek, regał na jednej ścianie najwyżej kilkaset.

Lubię czytać na Kindle. To nie jest martwy metal, jak można by sobie wyobrażać. Czytnik jest oprawiony w skórę, w dotyku przyjemniejszą niż tradycyjna książka, a nowoczesny „sztuczny atrament” pokazuje litery i wyrazy w postaci łatwej do czytania i niemęczącej wzroku. Najbardziej zachwycają mnie w czytniku dwie cechy: możliwość powiększania czcionki do rozmiarów łatwych do czytania dla osoby, której sokoli wzrok nagle odszedł na wczesną emeryturę, oraz łatwość przewijania stron. Z niechęcią i omalże bólem przydeptywałem książki mojej żony, na jej prośbę oczywiście, gdyż marnie oprawione zwijały się do środka i utrudniały lub wręcz uniemożliwiały czytanie. Jest to problem niemożliwy do przeskoczenia dla osób o mniej sprawnych rękach. Kindle to załatwia bez wysiłku; prawdziwy Herkules łatwego czytania. Jego zaletą jest także pojemność: trzy tysiące książek w jednym miejscu to już niezła biblioteka. Nowe czytniki sprzedawane w Polsce są w stanie pomieścić już 7000 książek. Kto jest w stanie przeczytać taką bibliotekę?

 

Miniopowiadanie: Wycieraczka Przewodniczącego

Objawienia są trwałym zjawiskiem parlamentarnym – autorytatywnie stwierdził Przewodniczący Parlamentarnej Komisji ds. Tajemnych, w skrócie PKT. Jego wysoka i chuda postać górowała nad członkami komisji zebranymi dla oceny faktu znalezienia skrzydła samolotu na wycieraczce.

Wyszedłem rano z mieszkania, aby zobaczyć, czy PO jeszcze żyje, patrzę, patrzę i oczom nie wierzę – rozpoczął Przewodniczący lekko dusząc się z nadmiaru emocji. Patrzę, a na mojej wycieraczce leży ogromne skrzydło samolotu. Podrapałem się po głowie i zadałem sobie pytanie: kto je tutaj podrzucił? Pierwszy przyszedł mi na myśl czarny kot, który przebiegł mi wczoraj drogę, a następnie baba z pustymi wiadrami, którą widziałem ostatnio późną nocą w Sejmie. Siedziała w ostatnim rzędzie i piła „Czystą Żytnią” z zakrętki pojemnika na płyn „Borygo”. Jak Państwu wiadomo, baba z pustymi wiadrami oznacza nieszczęście.

Kota od razu wyeliminowałem, ponieważ nie dałby on rady udźwignąć skrzydła. Z eliminacją baby było trudniej. Gdybym ją wyeliminował z listy podejrzanych, organizacje feministyczne oraz „Stowarzyszenie In vitro” zjadłyby mnie na śniadanie bez żenady i bez przypraw. Tym niemniej babę też wyeliminowałem kierując się moją niezawodną intuicją. Pozostał mi jeszcze pies sąsiada. To podłe zwierzę, proszę mi wierzyć. Sąsiad jest ogrodnikiem i jego pies sam nie zje i drugiemu nie da. Tak, pomyślałem, to on musiał podrzucić mi skrzydło, gdyż było dla niego za twarde. On ma sztuczną szczękę i nie poradziłby sobie z metalem. Posiadanie szczęki ukrywa przed społeczeństwem podobnie jak Tusk, które udaje, że ma naturalne zęby. Zauważyliście Państwo, jak on się sztucznie uśmiecha?

Jakby mu zęby ścierpły – zaobserwowała życzliwie członkini komisji odrywając się na chwilę od partyjki pasjansa, którą układała sobie pod fotelem.

Tak, to doskonała obserwacja. Dziękuję pani – Przewodniczący Macierewicz zaczął klaskać w dłonie z entuzjazmem, po czym wyjął malutki notesik i dyskretnie zanotował nazwisko posłanki pod hasłem „Kandydaci do PiS”.

Aby ostatecznie przyjąć lub odrzucić psa jako sprawcę podrzucenia skrzydła, zastosowałem metodę organoleptyczną i obwąchałem skrzydło. Pies już wcześniej kilka razy sikał mi na wycieraczkę, dając tym niezbity dowód, że gotów jest kontynuować proceder sprawiania mi wrednych niespodzianek. Podejrzewam go o przynależność do PO lub PSL, ewentualnie SLD. Niestety, nic nie wskazywało, że to on to zrobił. Możliwe, że było dla niego za wysoko, bo to zwykły wyżeł skoligacony z pudlem rasy niderlandzkiej.

No i jak ustalił pan w końcu, Panie Przewodniczący, kto podrzucił panu to skrzydło? – życzliwie zapytał członek komisji skoligacony politycznie z Przewodniczącym Macierewiczem.

Sprawa wyjaśniła się sama. Godzinę później otrzymałem SMS od przyjaciół. Przewodniczący wyjął telefon komórkowy z prawej kieszeni, odwinął go z celofanu i otworzył. Cytuję ich komunikat. Cześć Przewo! Skrzydło znaleźliśmy w lesie. Stop. Jest z drugiej wojny światowej. Stop. Pomyśleliśmy, że cię to zainteresuje. Stop. Zostawiliśmy na wycieraczce. Stop. Potwierdź odbiór. Stop. Pozdro. Stop. Ziutkowie. Tak to więc, proszę Szanownej Komisji, zdobyłem nowy dowód potwierdzający fakt eksplozji w samolocie w Smoleńsku. Zaraz go Państwo zobaczycie.

Przewodniczący nacisnął duży czerwony przycisk na telefonie komórkowym i za chwilę na salę wjechało na wielkiej platformie rozerwane wybuchem skrzydło samolotu. Z jednej strony podtrzymywał je pies sąsiada, z drugiej czarny kot, a środkiem szła baba z pustymi wiadrami. Za nimi postępował z powagą długi kondukt pogrzebowy.

 

Opowiadanie Spektakl Odcinek 8

Jakub Kowalski poczuł się zmęczony. Może bardziej niż zmęczony, czuł się znużony życiem pełnym ruchu, obowiązków i odpowiedzialności.
Wiesz, Piotrze, chętnie podzieliłbym się odpowiedzialnością z kimś innym, ale nie znam nikogo, kto mógłby przejąć choćby jej część i potrafił wypełniać moje obowiązki. Wszystko sam wymyśliłem i teraz ponoszę tego konsekwencje. Jestem jak ten rzeźbiarz, który kupił ogromną górę i wykuł w niej wizerunki amerykańskich prezydentów. Teraz musi oprowadzać turystów, pobierać opłaty, opowiadać historię tworzenia rzeźb, pilnować ich przed zniszczeniem, usuwać grafitti i tak dalej. Niekończąca się praca. Ponadto musi słuchać nie tylko wyrazów uwielbienia dla swego talentu i osiągnięć, ale i krytyki. Ludzie potrafią wyrażać niezadowolenie, że muszą iść pod górę dziesiątki stopni, nawet wtedy, gdy mają udogodnienia w postaci elektrycznych wind. Niektórym nie podobają się same rzeźby. Jak widzisz, Piotrze, mam powody, aby czuć się zmęczony. Chyba muszę coś zmienić w moim życiu.
Piotr od dawna był prawą ręką Jakuba, którego ogromnie szanował, wręcz uwielbiał. Nazywał go Drogim Jakubem, Kochanym Jakubem, a czasem nawet Wielkim Jakubem, tak ogromny był jego podziw dla autora dzieł pełnych artyzmu i złożoności, które stworzył na przestrzeni swego wyjątkowo długiego życia. Cóż takiego trapi cię dzisiaj, Kochany Jakubie? Nie wydajesz się być w dobrym nastroju, choć dzień jest taki piękny – zamilkł, aby pozwolić mówić temu, kto był ważniejszy i mądrzejszy.
Niepokoi mnie narastający rozdźwięk między moimi możliwościami a oczekiwaniami tych, którymi się opiekuję i którym pomagam. Dawniej polegali na mnie całkowicie i akceptowali prawie wszystko, co dla nich robiłem. Bali się mnie i szanowali. Teraz tworzą coraz więcej sami, uniezależniają się ode mnie. Co więcej, niektórzy zaczynają mnie ignorować, uważają, że są mądrzejsi. Nie mam ich tego za złe, to bardzo ludzka cecha, tak samo jak niewdzięczność za wyświadczone dobro. Oczywiście uogólniam, nie wszyscy są tacy. Jest wielu wspaniałych ludzi.
Przepraszam cię, Drogi Jakubie, ale nie za bardzo rozumiem, o czym mówisz – Piotr był inteligentnym człowiekiem, jednakże nie zawsze nadążał za myślami szefa. Niekiedy jego wypowiedzi wydawały mu się wręcz abstrakcyjne.
Chodzi o nowoczesną technologię, inżynierię genetyczną, ogólny postęp nauki i wiedzy, za którym wielu nie nadąża. Czy to wszystko może służyć człowiekowi z pożytkiem? Jakub zamyślił się głęboko. Nie wiem – odpowiedział sam sobie po chwili rozkładając ręce. W istocie rzeczy pragnął tylko podzielić się troskami i niepokojami z Piotrem. Miał do niego ogromne zaufanie z racji jego wiary, dobroci i poświęcenia dla ludzi.
Ludzie zaczynają manipulować dobrami, które im powierzyłem. Tworzyłem je przez wieki i tysiąclecia, zostały dopracowane w najmniejszych szczegółach. A teraz oni usiłują – i to obawiam się skutecznie – powielać moje metody produkcji. Nie mają jednak cierpliwości, aby każdy nowy twór, nowe osiągnięcie testować tak długo, jak ja, aby uzyskać pewność, że jest idealny. To, co oni tworzą, obraca się często przeciwko nim.
Na przykład co? – Piotr bezwiednie przerwał Jakubowi, choć słuchał go jak zwykle z uwagą i szacunkiem. Mimo zaawansowanych lat zachowywał się wobec Jakuba jak student wobec uwielbianego mistrza, któremu nikt nie jest w stanie dorównać.
Na przykład elektryczność, samochód, telewizja, bomba atomowa, telefon komórkowy, narkotyki, chemiczne środki ochrony roślin. Wszystko, co zazwyczaj daje ludziom korzyści, ale równocześnie czemuś zagraża, coś niszczy, unicestwia: czyste środowisko naturalne, zdrowie a nawet życie, spokój ducha, poczucie więzi, miłość bliźniego, faunę. Taki telefon komórkowy. Znakomity wynalazek. Ale czy wiesz, jak niektórzy ludzie rozmawiają przez telefon komórkowy: plotą godzinami, co im ślina na język przyniesie, bez żadnego lub ze znikomym pożytkiem. Nie czyni to ich mądrzejszymi, lepszymi czy zdrowszymi. To mnie martwi – podsumował Jakub.
I co zamierzasz w tych sprawach zrobić, Kochany Jakubie? – Piotr starał się delikatnie doprowadzić dyskusję do końca, ponieważ miał jeszcze obowiązki do spełnienia.
Mam kilka pomysłów. Testuję je po kolei. Przede wszystkim wcielam się w ludzką postać i idę między ludzi. Rozmawiam z nimi, uczę się lepiej ich rozumieć, ich czasy i warunki. To daje mi szansę ogarnięcia wszystkiego i minimalizacji zła, które jawi się często niewinnie i niepostrzeżenie. Dobro napotyka nieprzerwany opór. Jak powiedział pewien ojciec trojga dzieci o swoim synu: On jest odporny na wiedzę! Czy to nie pięknie powiedziane? – Jakub zachwycił się skojarzeniem nabywania wiedzy z odpornością.
Gdzie ty ich uczysz, Drogi Jakubie? Sam kiedyś nauczałem trochę, ale były to czasy prostoty – Piotr przypomniał sobie otwarte place i przestrzenie oraz tłumy, przed którymi występował jako mówca i nauczyciel. Dzisiaj to chyba nie wchodzi w rachubę – wyraził wątpliwość.
Nie, raczej nie. Tylko muzycy, piosenkarze, sportowcy i politycy są w stanie przyciągnąć wielotysięczne tłumy. Przeważnie jest to tania rozrywka, niewymagająca wiele myślenia. Zwłaszcza mecze, gdzie kopie się piłkę lub … przeciwnika – odpowiedział Jakub. Ja stosuję inne metody. Chętnie rozmawiam z ludźmi nawet w pubie.
W pubie? – twarz Piotra wyrażała zaskoczenie. Kiedyś to było nie do pomyślenia – dodał w myśli.
A tak, Piotrze. Jesteś zaskoczony, ponieważ za twoich czasów było to nie do pomyślenia – Jakub czytał myśli Piotra, którego ta nadzwyczajna zdolność mistrza zawsze wprowadzała w zdumienie i niepokój.
Wiem, że wielu ludziom nie spodobałyby się moje metody. Ale tradycyjne metody są coraz mniej skuteczne. Ludzie gonią czas i inaczej słuchają. Na kazaniach w kościele słyszą o grzechu, pijaństwie i okrucieństwie wobec bliźnich. Ale czy biorą to sobie do serca? Ilu to mężczyzn znęcających się nad żonami lub dziećmi zmieniło się pod wpływem kazania? Przekaz musi zawierać coś głębszego, zaangażować słuchacza, poruszyć jego wrażliwość. W pubie – kontynuował Jakub – ludzie koncentrują się tylko na dwóch rzeczach: zawartości kieliszka lub kufla i rozmowie. Łatwiej jest przekonywać. Ludzie mają czas i słuchają.
Nie pytają ciebie kim jesteś? – rozmowa tak dalece wciągnęła Piotra, że zapomniał o swoich obowiązkach.
Czasami. Wtedy odpowiadam, że jestem człowiekiem wielu zawodów, a także kaznodzieją. Nie przeszkadza im to. Wiedzą, że każdy ma jakiś talent i musi zarabiać. Tylko jednemu redaktorowi przyznałem się ostatnio, że jestem Bogiem. Musiałbyś widzieć jego minę. Był totalnie zdezorientowany. Nie wiedział, co z sobą zrobić.
Czy nikt, Kochany Jakubie, nie powiedział ci czegoś złośliwego na temat głoszenia nauk w pubie? – Piotr nie był zachwycony metodą mistrza.
Bardzo rzadko. Kiedyś powiedziałem, że Bóg zamyka jedne drzwi, ale otwiera inne. Daje ludziom szansę na coś nowego. Wtedy ktoś skomentował: Czasem są to drzwi do tego samego domu, czasem do piwniczki z dużą ilością alkoholu, a czasem do celi więziennej lub pomieszczenia z mocnym hakiem i sznurem u sufitu.
Jak możesz się domyślić, wszyscy wybuchnęli śmiechem. Też się zaśmiałem, bo to był żart. Była w nim prawda, ale niekompletna. To był ostry żart dobrego obserwatora, poczyniony na pograniczu śmiechu i rozpaczy. Jesteś bystrym i inteligentnym człowiekiem – powiedziałem wtedy autorowi żartu. Musiałem żart skomentować, aby zrozumiano jego pełny sens. Zamykając jedne drzwi, Bóg otwiera inne, ale do człowieka należy wybór, z których skorzysta. Po to Bóg dał mu rozum i serce, aby dokonywał mądrych wyborów. Ponosi ryzyko, ale i osiąga korzyści. Opatrzność czasami, ale bardzo rzadko, dokonuje wyboru za ciebie. W sytuacji, kiedy sam doprowadzasz się do haka u sufitu, sznur potrafi się urwać. Wtedy w bolesnym zderzeniu z podłogą, otrzymujesz lekcję od Opatrzności, szansę głębokiej refleksji i zmian w życiu.

Przerywnik literacki: Medycyna i łechtanie

Wpadłem wczoraj do mojego lekarza, aby porozmawiać na temat ostatniego testu badań krwi. Wyniki okazały się nadzwyczajne. Lekarz przeglądał je i raz po raz wykrzykiwał: Glukoza – perfekt! Hemoglobina – fantastyczna! Przy innych wynikach padały okrzyki: Rewelacyjne! Doskonałe! Trochę byłem rozczarowany, kiedy poziom witaminy B12 i kwasu foliowego uznał za normalny.

Nie ulegało wątpliwości, że doktor stał się moim adoratorem, ściślej – adoratorem mojego ciała. Przestraszyłem się nie na żarty. Nie lubię, kiedy adorują mnie mężczyźni, wolę, kiedy czynią to kobiety. Mało jest jednakże kobiet tak spostrzegawczych jak mężczyzna, który potrafi dostrzec piękno dojrzałego organizmu i ulec fascynacji jego funkcjonowania.

Zachwyt lekarza mile mnie połechtał. Tu powiedzmy sobie bez niepotrzebnego wstydu, czego budujące przykłady daje wszystkim Posełka Senyszyn, że łechtanie jest czynnością szlachetniejszą niż każda inna. Ona czyni to głosem. W tym momencie chciałbym wystawić mały pomniczek głosowi dzielnej Posełki, ale nie wiem jak. Może nawet pomnik, co zapewne zaproponowałby Jarosław Kaczyński, który jest zwolennikiem utrwalania w granicie i spiżu ważnych spraw doczesnych i wiecznych. Mogłaby to być inwokacja w rodzaju „Panie, świeć nad jej głosem!”, ewentualnie „ Panie: Zmiłuj się nad jej głosem!”. Którąś z nich, gdyby została przyjęta przez Sejm, intonowaliby posłowie przed lub po wystąpieniu Posełki. Skąd ona taki głos wzięła, tylko Bóg raczy wiedzieć. Nie wiem, czy możnaby jej to powiedzieć w oczy, bo ona i tak nie wierzy w Boga.

Jeśli zechcesz w tym momencie odejść od ekranu komputera, iPada lub innego sprytnego urządzenia komunikacji społecznej, aby oddać się łechtaniu, czynności bardziej dystyngowanej niż czytanie blogu, nie wezmę Ci tego za złe. Wręcz przeciwnie, będę zachwycony, że moje wzruszenie zrodzone w gabinecie lekarskim udzieliły się Tobie w takim stopniu, że postanowiłeś/aś natychmiast oddać się działaniom nieskończenie wytworniejszym.

Navigare necesse est, vivere non est necesse. Taki napis figuruje na Zielonej Bramie przy wejściu na ulicę Długi Targ w Gdańsku. Znaczy to: Nie musisz żyć, ale musisz żeglować. Żeglowanie jest ważniejsze od życia. Analogia jest jak najbardziej oczywista: Czytanie nie jest koniecznością, łechtanie natomiast jest. Możesz pozostać analfabetą, ale nie możesz odrzucić rozkoszy łechtania. Analfabetyzm nie boli, drugie natomiast postawiłoby cię pod szubienicą potępienia, którą przez lata cierpliwie budował Giacomo Girolamo Casanova, kawaler de Seingalt, uwodziciel, awanturnik, podróżnik i literat.

 

Reguły gry. Opowiadanie „political fiction”. Odcinek 17: Rozliczenia. Część 2.

Zapadła grobowa cisza. Pierwsi zareagowali ochroniarze Kaczana, którzy bez wahania podjęli starania ukrycia go przed rychłą zemstą ze strony ludzi Premiera. Byli przekonani, że w ich najbliższym otoczeniu znajdują się tajni agenci a może nawet i płatny zabójca wynajęty przez oddział bojówkarzy Ewolucjonistów.

A co z koniem? – zaniepokoiła się wysoka, tęga Kreacjonistka, w życiu zawodowym weterynarz zwierząt domowych. Jeszcze te sukinsyny zechcą go zabić z zemsty.

Odprowadź go gdzieś na bok. Najlepiej na parking, tam gdzie są drzewa i cień. I daj mu pić. Zwierzę musi być zmordowane galopowaniem i zderzeniem z murem– przytomnie poradził ochroniarz Kaczana.

Kobieta zręcznie chwyciła konia za uzdę, poklepała go przyjaźnie po szyi i szybko udała się w kierunku, gdzie znajdowała się przyczepa do przewozu koni. Widziała ją w drodze na stadion.

W miejscu tragicznego wydarzenia trwało nieopisane zamieszanie. Rozdzwoniły się telefony komórkowe, ktoś gwałtownymi gestami ręki przyzywał wóz transmisyjny telewizji z kamerami na dachu, w kierunku trybun dla gości honorowych, gdzie znajdował się Prezydent, pobiegł goniec – świadek zabójstwa z relacją, co zaszło. W ekipie Premiera, do której dołączyli już ludzie wysłani przez szefa jego ochrony osobistej, ktoś do telefonu komórkowego wykrzykiwał szczegóły wydarzenia i miejsca, aby umożliwić przyjazd pogotowia ratunkowego i policji. Obok młoda kobieta zalewała się łzami i spazmatycznie zawodziła: Wezwijcie pogotowie ratunkowe! Wezwijcie pogotowie ratunkowe! Machała przy tym rozpaczliwie rękami, aby w końcu wyszeptać przez łzy: Boże! Boże! Ja nic nie mogę zrobić, bo wyczerpała mi się bateria w komórce.

Ofiara zabójstwa leżała na murawie bez znaku życia. Pochylało się nad nią kilka osób. Dwóch ochroniarzy ostrożnie przewróciło ciało, aby obejrzeć miejsca obrażeń. Zdumieni brakiem śladów krwi nie zauważyli słabiutkiego tiku nerwowego powieki prawego oka człowieka, za którego odpowiadali własnym życiem. Leżący wracał do życia jak chory po operacji, któremu zaaplikowano nadmierną dawkę środka znieczulającego. Nie podnosząc głowy ani nie wykonując żadnego innego ruchu zapytał cicho, ale przytomnie: Co się stało?

Jak to? To pan przeżył, panie Premierze? – wydusił z siebie ochroniarz osłupiały jakby zobaczył ducha.

Koszulka kuloodporna mnie uratowała. To było potężne uderzenie; natychmiast straciłem przytomność. Czuję ból w piersiach – słabym głosem powoli relacjonował wracający do przytomności Premier. Czuł się odrętwiały. Niezły upominek zgotował mi ten czerep rubaszny – dodał pewniejszym głosem przywołując na twarz coś w rodzaju bolesnego uśmiechu.

Co pan nazywa upominkiem? Strzał w pierś? Pan chyba oszalał! – wyrwało się ochroniarzowi.

No, nie było tak źle. To był strzał w koszulkę kuloodporną, którą podarował mi premier Kuwejtu. Nie pamiętam jego nazwiska, było długie i trudne do zapamiętania. Mówił, że to najnowszy rewelacyjny wyrób amerykański, o którym mało kto jeszcze słyszał. No i potwierdziło się – Premier uśmiechał się niepewnie starając podnieść się o własnych siłach.

Kiedy stanął już na nogach otoczony przez członków ochrony rządu na scenie pojawiły się reporterzy i kamery telewizyjne. Wydarzenie było bez precedensu; żadna stacja telewizyjna nie darowałaby sobie braku natychmiastowej transmisji. Człowiek z pierwszych stron gazet, który zginął na oczach tysięcy świadków i chwilę potem odrodził się jak Sfinks z popiołów, stanowił kąsek, który w życiu mass mediów pojawia się raz na sto lat.

Przerywnik pisarski

Wszyscy lubimy sprawy poważne i śmieszne. Tak jak kochając potrafimy nienawidzić.

Obudziłem się z uczuciem małej wiary, lecz wielkiej ambicji. Siadłem do biurka i zacząłem pisać. Piszę, piszę, piszę i widzę, że przebieram nogami, a stoję w miejscu. To mnie zmartwiło. W staniu w miejscu pomagała mi Wena, ta, która powinna mi pomagać w inny sposób: podsuwając pomysły i zasilając inwencją. W sumie znaczy to, że mi nie pomagała, albo pomagała negatywnie.

Znalazłem się w ślepym zaułku. Patrzę, obserwuję i widzę, że nie jest on całkiem ślepy, a raczej ociemniały. Za zamąconym wzrokiem zaułka dojrzałem głęboką wodę, wskoczyłem więc do niej z myślą, że to mnie pobudzi do produktywnej twórczości pisarskiej. Nie było to oczywiste na początku. Woda była zimna i czysta, co mi dobrze zrobiło, ale szedłem na dno szybko i wyraźnie. Marne ze mną widoki – pomyślałem. Jeśli tak dalej pójdzie, to kto będzie pisać blogi, opowiadania i powieści, które mi Opatrzność obiecała? A co z moimi czytelnikami, którzy są mi milsi niż śniadanie świąteczne z gorącą bułeczką prosto z pieca i szyneczką prosto z lodóweczki?

Tak czy inaczej, szedłem na dno twórczości pisarskiej, aż je osiągnąłem. Na dnie oprócz opon i innych śmieci wyrzuconych przez istoty zwane dumnie gatunkiem ludzkim zebrała się już grupka pisarzy i poetów. Nie zatrzymywałem się wśród nich, bo nie lubię nieudaczników. Poszedłem dalej, gdyż było to tylko pierwsze dno oznaczone wielkimi literami DNO Nr 1. Przebiłem się przez nie gładko i szedłem w dół i prawie już sięgałem drugiego dna, kiedy usłyszałem histeryczny śmiech Jarosława Kaczyńskiego. Niech mi wybaczą ci, którzy go kochają, bo ja kocham tylko jego zabawne deklamacje w TV oraz pouczające zwycięstwa polityczne. Jego śmiech, który można nazwać także homeryckim, pokerowym, tęgim lub bryłowatym w zależności od miejsca i czasu, kiedy się ujawnia, tak mnie ożywił, że wróciłem do domu i mokry siadłem za biurkiem, aby pisać z nową dawką energii i inwencji. Aż ociekałem kreatywnością; efekt widzisz przed oczami.

Dzięki Ci, Boże, za podwójne dno, wielkich przywódców politycznych, zimną wodę i Wenę, która jest kobietą i od wieków znana jest pod hasłem, które w oryginale brzmi „la donna e mobile”. „Mobile” znaczy „zmienny”.

Jeśli chcesz, to przyłącz się do modlitwy, aby wybłagać coś dla siebie.

Reguły gry. Opowiadanie „political fiction”. Odcinek 16. Przemówienie. Część 2.

Kaczan odwrócił się tyłem do pomnika i przemówił. Pragnął, aby słyszano go wszędzie, także w miejscach oddalonych od punktu niezwykłego wydarzenia, mówił więc donośnym głosem. Jego niezwykłe oblicze zjednywało mu zwolenników; prawie nie otwierał ust jak nauczyciel angielskiego z dawnych lat, sączył słowa jak przez słomkę i utrzymywał na twarzy stan znieruchomienia przypominający paraliż. Przyciągało to uwagę słuchaczy i ułatwiało koncentrację na wypowiadanych przezeń słowach i ich treści. Jego głos był mocny, potrafił być także kąśliwy, jeśli chodzi o przeciwników politycznych, którzy w jego opinii nie mieli pojęcia o patriotyzmie, prawdzie i rządzeniu krajem. Słowa mówcy wywoływały monumentalne wrażenie jak dzieło, które stworzył kilkanaście minut wcześniej.

To jest pomnik, który powstał w wyniku naszej nieprzerwanej walki o lepszą ojczyznę. Jest on symbolem łączącym to miejsce z miejscami naszych patriotycznych pielgrzymek i demonstracji nocnych, tu w kraju i za granicą. Wszyscy niepodrabiani patrioci będą tutaj oddawać hołd naszemu bliskiemu zwycięstwu nad zakłamaniem i podłością rządzących.

Odpowiedział mu monstrualny, nieposkromiony krzyk radości Nowych Kreacjonistów, który w uszach przeciwników politycznych zabrzmiał jak zgrzyt żelaza po szkle. Pułapka, tak starannie przemyślana i zachowywana w najgłębszej tajemnicy, przyniosła im w rezultacie ujmę na honorze zamiast ofiary z przeciwnika.

Będą się teraz z nas nabijać, ile dusza zapragnie – wymamrotał prominentny Ewolucjonista i padł na kolana. Chwilę szeptał coś niewyraźnie do siebie lub do podłoża a potem zwymiotował. Poczuł obrzydzenie do własnej partii i jej przywódcy.

Tłumy uczestników rozgrywek przesuwały się przed pomnikiem równomiernie i majestatycznie na podobieństwo najedzonego węża. W jednej chwili pomnik stał się symbolem walki Nowych Kreacjonistów o należną im władzę, która z nieznanych względów przypadkowo znalazła się w rękach niewłaściwych ludzi. Komentowano jego oryginalność, genezę powstania i utrwalone wizerunki. Tak, jak zróżnicowana jest natura ludzka, tak różne były komentarze. Wypowiedzi w rodzaju „Aby coś takiego stworzyć, trzeba mieć łeb nie od parady! Toż to bracia syjamscy! Jacy oni są do siebie podobni?” albo „To najpiękniejszy dowód miłości człowieka do zwierzęcia od czasów Św. Franciszka z Asyżu”, były próbami degradowania lub podwyższania znaczenia pomnika.

 

Reguły gry. Opowiadanie „political fiction”. Odcinek 16: Przemówienie. Część 1.

Na murze pozostały wyraźnie odciśnięte kształty głowy konia i jeźdźca. Próba uniknięcia przeszkody w ostatniej chwili przyniosła nieoczekiwany efekt. Obydwie głowy ujęte były z profilu, nie en face, przez co rzeźba nabrała niezwykłych kształtów i wartości artystycznej. Na pierwszym planie widoczna była głowa konia, a zaraz za nią, jakby przyrośnięta do grzywy, ludzka głowa. Forma, proporcje i perspektywa były idealne. Beton był jeszcze dostatecznie miękki i elastyczny stanowiąc wręcz wymarzone tworzywo twórcze. Dzieło nieudanego podstępu Ewolucjonistów okazało się doskonałe; swym klasycznym pięknem dorównywało urodą najwspanialszym reliefom starożytności znanym w kraju.

Kaczan powstał z ziemi i zbliżył się do muru trzymając konia za uzdę. Z wielką uwagą zaczął studiować dzieło, w którego powstaniu zjednoczony z wiernym zwierzęciem odegrał instrumentalną rolę modela, o którym nie śnił.

Na początku przywódca Nowych Kreacjonistów nie był pewien, jaki powinien być jego stosunek do rzeźby. Niedowierzanie i niepewność mieszały się w nim z niechęcią, a nawet wrogością. Po chwili głębokiej zadumy zdał sobie sprawę, że nie ma powodu do niepokoju i negatywnych uczuć. Wręcz przeciwnie, powinien rozwinąć w sobie uczucie dumy i radości z niezwykłego osiągnięcia.

Tak też uczynił; był przecież autorem, wykonawcą i główną postacią pomnika. Był bohaterem dnia. W duchu, ale tylko w duchu, przyznał uczciwie, że było to zwycięstwo ex aequo z koniem. Był nawet gotów zachwycić się niezwykłym dziełem artystycznym, gdyby nie pewien niepokojący szczegół. Klapka na oku konia w momencie zderzenia się z murem przesunęła się do tylu i znalazła na wysokości oka jeźdźca, przez co on, Kaczan, przywódca Nowych Kreacjonistów, wyglądał jak pirat z przysłoniętym jednym okiem. Próbował szybko zeskrobać paznokciem drażniący go ślad klapki z muru, ale okazało się to za trudne.

To nic! Zrobię to przy najbliższej okazji, kiedy będzie luźniej i będę mieć więcej czasu – zdecydował i odstąpił na bok. O tym, że usunięcie klapki z oka ma sens przekonał się chwilę później. Przechodzący przed pomnikiem ludzie wygłaszali opinie i przedstawiali komentarze.

Popatrz, zawsze mi się wydawało, że on ma klapki na obydwu oczach, a tu się okazuje, że tylko na jednym! – rzucił w kierunku swego towarzysza młodzieniec w koszulce, spodenkach i pantoflach piłkarskich. Chyba zabrał ją koniowi! – uzupełnił drugi, po czym obydwaj zaczęli histerycznie śmiać się i bić się pod udach. Kaczan zignorował niedorzeczny komentarz i irytujący sposób zachowania młodych ludzi. Domyślał się, jakiej są orientacji politycznej, choć ich sportowy ubiór nie wskazywał na żadną partię.

Mimo drobnej uszczypliwości losu i złośliwości ludzi, Przewodniczący Partii Nowych Kreacjonistów poczuł się szczęśliwy. Z chwilą osiągnięcia nieoczekiwanej nirwany nic nie było w stanie wyprowadzić go z równowagi. Był bohaterem dnia. Z jasnym obliczem odwrócił się do towarzyszy partyjnych, którzy z opóźnieniem przyłączyli się do niego pełni obaw, czy w ogóle przeżył. Uczucie niezmiernej ulgi pojawiło się na ich twarzach ogorzałych na wiecach, demonstracjach, w salach i na salonach dyskusyjnych oraz w parlamencie, kiedy zobaczyli wodza nie tylko nadal cieszącego się zdrowiem, ale i w dobrym nastroju. Na twarzy Blaszki, wierniejszego niż pies konfidenta, pojawiły się łzy. Otarł je dyskretnie rękawem garnituru, aby nie okazywać publicznie uczuć wobec władcy, któremu cudem udało się zachować życie. Moje uczucia mogłoby być fałszywie zrozumiane i złośliwie interpretowane przez ludzi niskiego pokroju – był o tym przekonany.

Przeprosiny i czytnik Kindle

Szczerze i serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników blogu za brak wpisów oraz brak wcześniejszej informacji, dlaczego ich nie ma.

Od początku sierpnia jestem na wakacjach w Polsce. Dużo podróżuję i często zmieniam miejsce pobytu. Efekt jest taki, że rzadko mam dostęp do komputera i Internetu. Brak mi też notorycznie czasu. Sytuacja ta utrzyma się jeszcze przez dwa tygodnie. Wakacje kończę ostatniego dnia sierpnia. Podejmę wówczas regularne wpisy na blogu.

Na zakończenie pozytywna wiadomość. Jak bardzo jest ona pozytywna zależy od indywidualnej sytuacji (że tak powiem) osobniczej. W pociągu Warszawa – Gdańsk spotkałem mężczyznę korzystającego z czytnika elektronicznego Kindle firmy” Amazon”. Sam mam taki czytnik, ale nie byłem w stanie czytać na książek elektronicznych kupowanych w Polsce. Czytnik nie akceptował formatów e-booków wydawanych w Polsce. Okazuje się, że jest to możliwe, trzeba tylko wiedzieć jak. Otóż e-book wydany w Polsce należy kupić ładując go do pamięci komputera (nie czytnika Kindle), następnie zmienić jego formatowanie na zgodne z wymaganiami Kindle i dopiero wtedy przenieść e-book z komputera na Kindle. Programy, które służą zmianom formatu są podobno dostępne bezpłatnie w Internecie. Sprawa  prosta, ale trzeba o tym wiedzieć. Wolałbym dowiedzieć się o tym wcześniej. Lepiej późno niż wcale.

 

 

Jak pisać opowiadanie, powieść, książkę?

To fascynujący i ogromnie obszerny temat. Każdy pisarz ma własne wyobrażenia, jak być twórczym i skutecznym w procesie tworzenia utworu. Umówmy się, że chodzi nam o powieść, najbardziej obszerne przedsięwzięcie, którą w zamierzeniu chcielibyśmy widzieć w postaci książki drukowanej albo elektronicznej (e-booka).

Zacznę ab ovo, czyli od początku, jak mawiali starożytni Rzymianie.

Są dwa style pisania. Jedni preferują styl naturalny, spontaniczny. Z chwilą, kiedy masz już ideę, pomysł, o czym chciałbyś pisać, przystępujesz do dzieła. Nie tworzysz planu, zarysu czy też innej formy organizacji powieści i procesu jej pisania. Piszesz tak, jak dyktuje ci inwencja, wyobraźnia i motywacja chwili. Sam przeszedłem te drogę i okazała się ona skuteczna w sensie powstania powieści. Nie powiedziałbym jednak, że ten sposób pracy jest najbardziej efektywny. Dla mnie oznaczał wielokrotne modyfikacje, zmiany, korekty, reorganizację tekstu. Jest to styl pisania odpowiadający chyba osobom o dużej wyobraźni, uporządkowanym myślowo i gotowym dokonywać na bieżąco zmian wynikających z przemyśleń i nowych idei, jakie pojawiają się w miarę pisania. Nie wszyscy przepadają za tworzeniem planów i podporządkowywaniu się im. Plany ich ograniczają, krępują, blokują ich inwencję. Z wynurzeń autorów i badań wynika, że takich osób jest stosunkowo niewiele.

Drugi styl pracy jest bardziej uporządkowany. Przed rozpoczęciem pisania tworzy się plan powieści. Planowanie może obejmować różne aspekty. Niektórzy zaczynają od stworzenia sylwetek bohaterów, głównych postaci powieści. Postacie są dla nich kluczowe; cała koncepcja ich powieści osnuwa się wokół postaci. Kiedy stworzyłeś już główne postacie i masz wyobrażenie ich charakterów, zamierzeń, ambicji, silnych i słabych stron, konfliktów itp., masz prawie gotową fabułę powieści – taka byłaby ich argumentacja. Fabuła wynika w tym wypadku z pragnień i działań głównych postaci, najczęściej uwikłanych w konflikty między sobą lub w konflikty wewnętrzne. Konflikt jest podstawą dobrej powieści – to stwierdzenie nader często pojawia się w podręcznikach dla osób myślących o karierze pisarskiej.

Plany tworzy się na miarę potrzeb, doświadczeń, umiejętności, wiedzy o planowaniu. Plan może być bardzo krótki i przedstawiać tylko fabułę (wątki) powieści, wyobrażenie jej początku i końca. Ktoś inny zaplanuje sobie przede wszystkim główne postacie, ich zamierzenia i role. Obszerniejszy plan powieści obejmować będzie więcej elementów: fabułę, główne postacie, sceny/epizody, które określają i porządkują rozwój akcji, początek i koniec powieści. Do planu można jeszcze dodać założenia, w jakich proporcjach zamierzamy wykorzystać w pracy narzędzia prezentacji fabuły, postaci, miejsc akcji i kontekstów, czyli narrację, dialog i akcję.

Cdn.

 

Jak wydać książkę? Książka drukowana czy e-book?

Decyzja o sposobie wydania (publikacji) własnej książki nie jest prosta. Za wydaniem książki w formie drukowanej przemawia tradycja wydawnicza i czytelnicza. Rynek książek drukowanych jest wielokrotnie większy niż książek elektronicznych, w Polsce i na świecie. Czytelnicy w zdecydowanej większości preferują czytanie tradycyjnej książki; mają przyjemność trzymać ją w ręku, dotykać, czuć jej zapach, widzieć ją na półce czy na stole. To użyteczny i dobrze kojarzący się przedmiot, do którego jesteśmy wszyscy przyzwyczajeni.

Świat książki drukowanej nie kończy się wprawdzie, ale szybko „kurczy się”. Kurczy się w sensie gwałtownego przyrostu ilości e-książek, e-czytników i innych urządzeń do czytania elektronicznego oraz liczby osób, które umieją i preferują nowy styl kupowania, posiadania i czytania książki.

Nowe technologie czytania rodzą się w Stanach Zjednoczonych. To ten kraj, jego mieszkańcy, wyznaczają trendy form czytelnictwa na świecie, również w Polsce. Ponad 20% Amerykanów posiada e-czytniki, ponad 20% własne tablety (takie jak iPad i Kindle Fire), 66 % Amerykanów w wieku 24 – 35 lat posiada smartfony (smartfon łączy funkcje telefonu komórkowego, przeglądarki internetowej, poczty elektronicznej, GPS, pagera, aparatu cyfrowego, kamery i inne włącznie z e-czytnikiem). Liczba osób posiadających te urządzenia rośnie bardzo szybko. Wprawdzie kraje europejskie pozostają w tyle za USA w korzystaniu z e-booków, ale starają się szybko to nadrobić). Biblioteki uniwersyteckie w Polsce (nie wiem czy wszystkie) wypożyczają książki także w formie ebooków.

Z punktu widzenia techniki/technologii czytania książek wybór metody wydania książki przez pisarza coraz wyraźniej kieruje go w stronę e-booka i elektronicznej platformy wydawniczej.

 

Korzyści self-publishing

Self-publishing to wydawanie książek we własnym zakresie. Termin ten ma największe znaczenie dla autorów ebooków (książek elektronicznych).

Wydawanie książki lub książek w tradycyjnej formie (drukowanej) zawsze było i jest nadal kłopotliwe i skomplikowane. Dzisiaj jest to jeszcze trudniejsze, ponieważ ogromnie wzrosła konkurencja. Ambicje, a przynajmniej chęć pisania, ma obecnie wielokrotnie więcej osób niż kilkanaście lat temu. W Stanach Zjednoczonych jest 25 milionów osób parających się zawodowo pisaniem włączając w to pisarzy, poetów, dziennikarzy, osoby piszące na doraźne zlecenia, osoby przygotowujące teksty reklamowe itp. Z tej masy osób zawodowo zajmujących się pisaniem tylko 8 procent jest publikowanych. Nie znaczy to, że wszyscy piszący mają ambicje i życzenie być publikowanym. Oznacza to jednak, że między napisaniem książki a jej opublikowaniem może istnieć prawdziwa przepaść.

Autorzy, którzy są znani (celebryci, politycy, wybitni naukowcy, sportowcy itp.) lub mają już pewien dorobek pisarski (artykuły prasowe i inne publikacje) łatwej znajdą drogę do wydawcy książek w formie drukowanej. Ci mniej znani lub w ogóle nieznani praktycznie nie są w stanie przebić się do wydawcy. Większości nie udaje się nawet doprowadzić od oceny rękopisu przez wydawcę. W USA, gdzie konkurencja jest chyba największa, pojawiła się w związku z tym liczna rzesza pośredników między pisarzem a wydawcą – agenci literaccy. Agent literacki stał się poważną instytucją. Odciąża on wydawcę, ponieważ przedstawia wydawcy tylko te propozycje książek, które już sam ocenił i uznał za dostatecznie dobre. Nawet jeśli komuś uda się znaleźć wydawcę, czas między napisaniem książki a jej pojawieniem się na rynku liczy się w miesiącach a nawet latach.

Książka elektroniczna jest przyszłością czytelników i pisarzy. Takie jest moje zdanie. To nie jest przyszłość natychmiastowa, będzie ona realizować się stopniowo. Ale szybko. Już dzisiaj książki elektroniczne stanowią 12-15 % wszystkich wydawanych książek. Jeden z ekspertów branży wydawniczej w Australii oceniał, że już za 2 – 3 lata mogą one stanowić 50% wszystkich wydawanych książek. Nie jestem pewien tego terminu ani tej skali, budujący jest jednak fakt, że rynek ebooków podobnie jak i e-czytników rozwija się bardzo dynamicznie.

Publikacja we własnym zakresie książki w formie elektronicznej jest atrakcyjną ofertą zwłaszcza dla początkujących i mniej znanych pisarzy, oraz tych, którzy czują się na siłach i mają chęć wziąć na swoje barki cały proces wydawniczy oraz marketing i sprzedaż książek. Publikacja (w pełnym własnym zakresie) polega na znalezieniu, zalogowaniu się, zapoznaniu się z warunkami i zasadami platformy wydawniczej, a następnie umieszczeniu na niej ebooka. Z ważniejszych czynności, które się z tym wiążą, należy wymienić: przygotowanie książki (w tym dokonanie korekty), sformatowanie książki zgodnie z wymaganiami platformy, zaopatrzenie jej w okładkę elektroniczną, wypełnienie odpowiednich formularzy na platformie włącznie z określeniem ceny, opisami książki, wpisaniem etykiet, określeniem rodzaju literackiego itp. W grę wchodzi także uzyskanie i dołączenie do książki ISBN (international standard book number), który jest jej międzynarodowym symbol identyfikacyjnym. Książka, której nadano numer ISNB, znajduje się w rejestrze, jakim powszechnie posługują się wydawcy, hurtownicy, biblioteki, księgarnie itp. Nadanie ISBN nie jest jednak konieczne, aby móc opublikować książkę w formie elektronicznej.

Warsztat pisarski – słownictwo

Nowe technologie informatyki i komunikacji elektronicznej ułatwiają jak i trochę komplikują nam życie. Do duumwiratu łatwości i komplikacji dochodzi jeszcze wpływ innych kultur i języków. Najsilniejszy jest niewątpliwie wpływ języka angielskiego. Jego światowa dominacja w sferze informatyki i komunikacji przekłada się na wzbogacanie jak i zaśmiecanie języka polskiego. W tym drugim przypadku mam na myśli używanie w języku polskim anglojęzycznych wyrazów, terminów i zwrotów, które mają klarowne odpowiedniki polskie.

Dla parających się pisaniem poprawne i bogate słownictwo jest ogromną zaletą. W tej materii też napotykam problemy. Najbardziej kłopotliwe pojawiają się w mojej pracy jako tłumacza, ale nie tylko. Kiedy mam wątpliwości co do użycia wyrazu lub zwrotu korzystam z wyszukiwarki Google. Najprostszy przykład, który mi się nasuwa to ebook, e-book i e-książka. Wszystkie te wyrazy są w użyciu w polskim języku. Który z nich użyć? Wpisane do wyszukiwarki Google dają następujące wyniki (w każdym z przypadków wybrałem język polski jako język wyszukiwania):

ebook – 5.730.000 wyników

e-book – 3.380.000 wyników

e-książka – 134.000 wyników

Nie ulega wątpliwości, że forma „ebook” wybija się nad inne jako najbardziej popularna. Jestem przekonany, że będzie ona coraz powszechniej używana po prostu dlatego, że jest najprostsza. Ja używam jej z bardzo praktycznego względu. Kiedy zapisuję adres pliku, w którego nazwie jest e-book, komputer obcina mi adres na myślniku. Z ebookiem nie ma tego problemu.

Inny ważny aspekt doboru wyrazów wiąże się ze znajomością ich synonimów. Wszyscy chyba mamy tendencję (często zupełnie nieświadomie) do nadużywania pewnych wyrazów np. „powiedział, powiedziała itd.”. Ma to niebagatelne znaczenie w pisaniu dialogów. Sam najchętniej szukam synonimów posługując się generatorem synonimów www.synomix.pl. To wspaniały wynalazek: szybki i prosty w użyciu, bogaty w słownictwo. Po wpisaniu „powiedzieć” Synomix pokazuje aż 56 wyrazów i fraz, które są synonimami (łącznie z takimi jak: oznajmić, stwierdzić, zakomunikować, rzec i ogłosić, szczególnie bliskoznacznymi w stosunku do „powiedzieć”).