Donosiciel

Przed sklepem wędliniarskim Iwan Iwanowicz spotkał idiotę. Nie wiedział, że to idiota, bo mężczyzna wyglądał jak inni ludzie. Był normalnie otyły, dosyć nijaki z wyglądu, miał mordę zmęczonego dzika i przekrwione oczy. Stanął na podwyższeniu i przedstawił się, było to jakieś szeleszczące nazwisko. Opowiedział ludziom historię, jak donosił na las.

– Napisałem prosto do prokuratora. Ten las był parszywy. Wielki, stary i pół zgniły. Po co taki komu? Las musi być nowoczesny, młodniki, drzewa proste jak strzelił, wyprostowane, jednolite.

– Ten las! Co on zrobił złego? Starość i choroba to nie przestępstwo.

– Trzydzieści lat temu zbiesił się, złajdaczył, poszedł pod prąd postępu i zapisał do organizacji ochrony starożytnej zieleni. Słyszeliście kiedyś o starożytnej zieleni? Bo ja nie, choć jestem lekarzem. Teraz otoczył się robaczkami, którymi żywią się ptaki leśne. Mogą się od tego pochorować. Może nawet ma tasiemca. Niedoczekanie jego! – Wykrzykiwał. Teraz już wszyscy widzieli, że to człowiek psychicznie skrzywiony.

– Kim pan jest? – ktoś zapytał z ciekawości.

Dzika morda wydłużyła się jeszcze bardziej, zanim odpowiedział. Bełkotał. – Jestem chirurgiem leśnym. Umiem rozpoznać każdą chorobę u drzew, krzewów, a nawet małej jagódki. Tnę jak popadło, kiedy widzę drzewo na podpałkę. Las musi być nowoczesny. Po co nam stare zabytki!?

Kobieta w białym fartuchu wzięła go na bok i tłumaczyła mu łagodnie. – Nie powinien pan chwalić się na głos, że jest pan idiotą. To najcięższy przypadek zapaści umysłowej. Nikt tego nie robi. Wyglądałby pan całkiem normalnie, gdyby nie ten …

Nie zrozumiał jej i zaczął jeszcze głośniej krzyczeć, że jest ważniakiem, reprezentuje super ważną ekipę, idącą z postępem. -„Idziemy po progres” – powtarzał kilkakrotnie.

Eksperci, którzy potem komentowali dziwne zdarzenie w telewizji, uznali przypadek za ciężki. – Ma mordę dzika, coś bredzi, donosi. Prawdopodobnie to kłusownik. Niebezpieczny wariat. Trzeba go koniecznie leczyć – mówili pełni niepokoju.

Komiks literacki. Beatyfikacja Wodza. Odcinek 31.

Nasz wniosek, towarzysze, stanął wreszcie na Komisji do spraw Beatyfikacji. Przepraszam, na Ko do spraw Bea. – Zaczął poseł-sprawozdawca. Od czasu powrotu ze służbowej wycieczki do Chin członkowie partii Pra & Spra częściej używali skrótów. Była w tym poezja partyjna.

– Musimy go beatyfikować jeszcze za życia.

– Dlaczego za życia? Przecież nikt tego nie robi. To wbrew przepisom! – Protestował młody poseł, nieznający jeszcze etosu partii.

– Jak to, dlaczego? – Jest dowcipny. Ludzie się do niego modlą. Jest dobry. Mądry. Sprawiedliwy. Pobożny. Cudownie przemawia. Emeryci to wprost lgną do niego. Pamięta o zmarłych. Kilku wydobył nawet z grobów, aby odebrać od nich świadectwa prawdy. – Każdy członek komisji miał coś konstruktywnego do dorzucenia.

Przedstawiciele opozycji nie odzywali się. Byli nieobecni na sali, bo ich nie zawiadomiono.

– Oni nie mają nic ciekawego do powiedzenia w tej sprawie. – Wyjaśnił przewodniczący komisji. – Są ponadto przeciwnikami wszelkich dobrych inicjatyw partyjnych.

– Kwestionują wszystko. Przeszkadzają. Utrudniają. Zadają głupie pytania! – Posypała się lawina krytyki.

Przewodniczący ręką nakierował dyskusję na właściwy tor.

-Wniosek o beatyfikację przejdzie w parlamencie bez przeszkód. Przegłosujemy go. Potem jest Pre. Jeśli da się zaskoczyć nocą, we śnie, podpisze od ręki, jednej lub drugiej. Gdyby miał dodatkowe dwie, podpisywałby czterema. Wodza też kocha i popiera nasz wniosek o beatyfikację. Oświadczył to z ręką na sercu zaproszonym gościom i dworzanom. Też tam byłem. -Wyjaśnił poseł- sprawozdawca.

– W trybunale wniosek przejdzie bez pudła . Czuwa tam nasza towarzyszka, Klacz Trojańska. To ksywa partyjna. Potem już tylko Watykan. Tu może być jednak problem.

– Daj se spokój. – Odezwał się poseł Su misiowatym głosem. Był trochę ospały, ponieważ długo oglądał w telewizji niedźwiadki koala uciekające w popłochu z drzew eukaliptusowych ścinanych w ogrodzie zoologicznym.

Wszyscy przypomnieli sobie, co kilka tygodni wcześniej oświadczył poseł Szy:

– Wytłuczemy wszelką zarazę żyjącą na drzewach. Nie będzie koala ani żaden inny ptak s .. ł nam na trawnik!

– Ni dzieci nam germanił! – Dorzucił nieoczekiwanie poseł Że, bladością przypominający księżyc zmęczony długotrwałym zaparciem.

Wybiła godzina druga nad ranem. – My też popieramy beatyfikację. – Odezwali się posłowie, którzy właśnie się obudzili. – Nie ustąpimy. Watykan będzie nasz.

– Mamy tam już konia trojańskiego. Pseudonim KT Siwy. Tylko tyle mogę wam powiedzieć. – Wykrzyknął przewodniczący komisji i zaczął bić brawo.

Atmosfera na sali stała się gorąca. Pulpit przewodniczącego był tak rozgrzany, że jajka zaczęły od razu skwierczeć. Rozszedł się zapach jajecznicy ze szczypiorkiem. Posłowie zaczęli wciągać powietrze do płuc i wyciągać sztućce z kieszeni.

Sprawa beatyfikacji Wodza wydawała się przesądzona.

 

Zamiast reklamy autorskiej: