Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 195: Karty kredytowe i kaznodzieje

Kiedy okazało się, że siłą nie da się przekonać ludzi do prokreacji, policja opracowała i przetestowała kilka form perswazji. Najbardziej obiecująca okazała się pomoc finansowa, rzecz niekontrowersyjna sama w sobie, praktykowana na przestrzeni wieków.

Wytypowanym osobom rząd oferował bezpłatne karty kredytowe. Jak przekonywały ogłoszenia reklamowe, były one tak nadziane gotówką, że mogły nie mieścić się w portfelu. Karty wydawał wytypowany przez rząd bank. Krążyły o nim pogłoski, że jest pralnią brudnych pieniędzy. Oczywiście nikt nie brał tego poważnie, ponieważ nikt nigdy nie słyszał o pralni rozdającej gratis karty kredytowe. Karty były łatwe do identyfikacji: karta brązowa za pierwsze dziecko, srebrna za drugie i złota za trzecie. W przypadku nienarodzenia się dziecka w ciągu dwunastu miesięcy od otrzymania karty, beneficjent miał obowiązek zwrócić kartę bankowi oddając tylko połowę środków na niej zdeponowanych. Była to forma zachęty do zapoznania się z systemem. Rząd przewidywał wydanie kart diamentowych, wstrzymywał się jednak z decyzją do czasu sprawdzenia, jakie efekty przyniosły trzy pierwsze karty. 

„Kredytowy system perswazyjny”, jako go nazywano, obliczony był na ludzką chciwość. Oczywiście nikt nie mówił o tym głośno. Mając coraz więcej dzieci obywatele byli w stanie nie tylko poprawić swoją sytuację, ale i dorobić się, stać się ludźmi majętnymi, a przy kilkunastu dzieciach wręcz bogaczami.

Mimo niewątpliwych korzyści i intensywnej reklamy ludzie nie przyjmowali kart, bojąc się powtórki Apokalipsy, a jeszcze bardziej uzależnienia od banku. Nie miał on dobrej opinii. Wiele osób uważało, że został założony przez oszustów, aby naciągnąć klienta na kredyt lub pożyczkę i zlicytować go przy pierwszej niemożności spłaty, przejąć jego mienie i wypluć na bruk w charakterze bezdomnego nieudacznika.

Otrzymywane pocztą karty ludzie palili często nie zastanawiając, czy nie warto byłoby podjąć z nich choćby trochę gotówki. Karty były wykonane z tworzywa sztucznego i przy spalaniu wydzielały charakterystyczny dym i swąd.

Drony potajemnie wysyłane przez policję wykrywały nietypowy dym i zapach. Był to znak sugerujący, że osobnik niszczący kartę jest przeciwnikiem prokreacji. Korzystając z organizacji  prania brudnych pieniędzy, głównie pochodzących z handlu narkotykami, rząd dysponował już wtedy worami pieniędzy i mógł pozwolić sobie na supernowoczesne techniki i technologie, o jakich zwykli śmiertelnicy nie mieli nawet pojęcia.

*****

Najbardziej oddani sprawie ratowania społeczeństwa byli kaznodzieje. Byli niezwykle aktywni; gromili przeciwników prokreacji oraz tłumaczyli, wyjaśniali i nawracali zgodnie z posłaniem „Idźcie i rozmnażajcie się”. Kościół opłacał ich sowicie, aby bez codziennej troski o utrzymanie mogli głosić prawdy boże. Zdarzały się przypadki, że kaznodzieja miał nawet kilkoro dzieci. Nie wpływało to najlepiej na reputację kościoła, gdyż ludzie mu niechętni nazywali ich dzieciorobami żerującymi na łatwowierności społeczeństwa. Kościół ich nie bronił, ale też nie ganił, mając na uwadze demograficzne korzyści ich postępowania.

Kaznodzieje byli niezwykle skuteczni, ponieważ – w odróżnieniu od księży – trafiali przede wszystkim do osób, które nie przychodziły do kościoła. Zjawiali się wszędzie tam, gdzie było dużo ludzi. Ulubionym miejscem ich wystąpień były ośrodki handlowe, place przed supermarketami i dużymi sklepami, szkoły, a nawet więzienia. Ustawiali tam przenośne regały z broszurami promującymi wiarę i prokreację. Głosząc kazania nawiązywali do najlepszych tradycji krasomówstwa z czasów średniowiecza, które cechowała głęboka religijność. Po pewnym czasie do zawodu kaznodziei – z uwagi na tragiczną sytuację demograficzną – dopuszczano także kobiety.

Sytuacja Kościoła Hierarchicznego była mimo wszystko nie do pozazdroszczenia. Wielu obywateli doznało tak wielkich cierpień w okresie Apokalipsy, że odwrócili się od Boga obarczając go winą za nieszczęścia. Niektórzy zhardzieli do tego stopnia, że nie wierzyli już nawet kościołowi mimo jego szczerego zaangażowania w niesienie pomocy ofiarom żywiołów. Wskutek przebytych cierpień ludzie stali się cyniczni nawet wobec przyjaciół, modlących się o pomoc do Boga w tragicznych momentach. Pytali i szydzili:

– I co? Wymodliliście coś w czasie Apokalipsy? Jakiś ratunek lub pomoc otrzymaliście, choćby ulgę w rozpaczy?

1Shares

Komiks polityczny. Drony i Żabojady Ltd. Odcinek 5.

Sprawa dużych dronów do obrony przed nieprzyjaciółmi, a może nawet i wrogami wewnętrznymi, kto wie, co mogą oni zechcieć zrobić, zbulwersowała najpierw opozycję kapitana Jaroszki (kto jej nie ma?) a potem rozgrzała wszystkie umysły do takiej czerwoności, że groziło to pożarem statku.

Rzecz nie byłaby warta wzmianki, drony to drony, każdy nowoczesny statek je posiada, gdyby nie Zbrojmistrz Sęp, wysoki, chudy, ostrzyżony na kozią bródkę pierwszy oficer, który po kilkunastu miesiącach analiz podjął błyskawiczną decyzję, że drony nie są warte zachodu. Obraził tym dostawcę „Żabojady Ltd”, firmę znaną i cenioną na rynku, która grzecznie, ale jednak uparcie i podstępnie, bez właściwego uzasadnienia usiłowała mu wcisnąć swoje produkty, w dodatku za grube pieniądze.

Zbrojmistrz Sęp i Żabojady dyskutowali o dronach od wielu miesięcy, prawili sobie nawzajem uprzejmości, różne szarmanckie parle-franse, rysowali schematy wzajemnej pomocy i życzliwości, aż tu nagle, jak grom z jasnego nieba, pada decyzja, że statek dronów nie potrzebuje. Sytuacja była trochę niejasna, bo rezolucję rzekomo podejmował także zastępca kapitana Jaroszki, Główny Skarbnik, osobnik niezwykle przystojny, inteligentny i gładki na twarzy, cieszący się szczególną estymą u kapitana.

– Skąd taka decyzja?

Wyjaśnił to krótko rzecznik Zbrojmistrza: Żabojady nie chciały się zgodzić na to i owo, różne warunki, nagle wstały od stołu i odeszły. Na boku dodał po cichu, że poszli uczyć się jeść nożem i widelcem. Jak się okazało, załoga statku znała tę sztukę jedzenia od dawna, prawdopodobnie od starożytności i Żabojadom zrobiło się zwyczajnie wstyd.

– Jeśli wy tak, to ja tak, czyli jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, postanowił Zbrojmistrz i odwrócił się do nich tyłem. Na to oni też się obrazili i odmówili kurtuazyjnej wizyty swojego naczelnego dowódcy u kapitana Jaroszki, planowanej może nawet i wyżej, na przykład u Nijakiego, najwyższego urzędnika administracji, choć to mało możliwe, bo kapitan Jaroszka był najwyższy ze wszystkich urzędników.

Kapitan Jaroszka od dawna odczuwał wstręt do Żabojadów. Oprócz wynalezienia rewolucji pod hasłem „Wszyscy jesteśmy równi”, o którym kapitan dobrze wiedział, że jest oczywistym kłamstwem, odżywiali się oni produktami obrzydliwie śliskimi, a co gorsze, wynaleźli perwersyjną grę językową „Minetka” oraz sadyzm i masochizm, które służą tylko dyktatorom i zboczeńcom. W zakresie perwersji konkurowali skutecznie z niejaką Kamasutrą z Indii, na wzmiankę o której kapitanowi, człowiekowi niezwykłej przyzwoitości i czystości obyczajów, włos jeżył się na głowie, normalnie prosty, siwy i krótki.

Dodatkowym powodem do zerwania z Żabojadami było odkrycie przez Zbrojmistrza, że są jeszcze inne drony, produkcji lokalnej, chałupniczej, mniejsze, zgrabniejsze i tańsze. Przez to, że wolniej latają, wolniej strzelają i mniej zabierają ładunku są także łatwiejsze w obsłudze.

Dla podtrzymania ducha załogi i ludzi pod pokładem, Zbrojmistrz zręcznie podsumował, jak to tylko on potrafi: Dajmy sobie spokój, harcerze i harcerki, bądźmy patriotami w sprawach bezpieczeństwa. W razie zagrożenia abordażowego obronimy się kuszami. 

 

 

0Shares