Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 112: Przygotowania do wielkiego happeningu

Poczucie odpowiedzialności i zwyczajny strach przed wyrządzeniem komuś krzywdy tak zaciążyły Sefardiemu na sumieniu, że rozchorował się poważnie. Kiedy bez widocznej przyczyny zemdlał na ulicy, trafił do szpitala; tam najpierw przywrócono go do zdrowia, a następnie poddano psychoterapii. W trakcie którejś z kolejnych sesji terapeutycznych wryło mu się w pamięć dziwne spojrzenie prowadzącej terapię kobiety, kiedy wyraził przypuszczenie, że być może cierpi on na jakieś zaburzenie psychiczne. Psychoterapeutka odrzuciła jego sugestię, tym niemniej pozostał w nim osad niepewności.

W krótkim czasie po zakończeniu terapii, powieść była gotowa do publikacji. Niespokojny duch Sefardiego, opanowany przez demona perfekcji, nie pozwolił mu jednak uznać tej wersji za ostateczną. Przeżywając wciąż rozterki, Sefardi wpadł na pomysł przetestowania powieści w formie wielkiego happeningu, czegoś w rodzaju teatru ulicznego, którego uczestnikami i świadkami miało być społeczeństwo, a treścią śmierć, pogrzeb i stypa pożegnalna.

– To nie ja miałem umierać, lecz bohater mojej powieści – wyjaśnił Sefardi ze smutnym uśmiechem.

W trakcie pracy nad happeningiem Sefardi częściej rozmawiał z Isabelą. Był pewien, że nie podzieli się z nikim treścią ich rozmów. Przetestował jej dyskrecję wcześniej i to kilka razy. Żaden szczegół powierzonych jej informacji nigdy nie przekroczył granic jego gabinetu. Nawet Penelopa nie wiedziała, o czym rozmawiali.

Plan Sefardiego przeraził Isabelę. Wyjaśniła mu potem, że na początku bała się go, potem przyzwyczaiła się, w końcu uspokoiła na tyle, żeby bez skrępowania wyrażać swoje opinie. Dla Sefardiego oznaczało to, że znowu stała się sobą, kobietą szczerą i otwartą. Jej poglądy wydawały mu się czasem szalone.

– Czytałam wspomnienia dyrektora szpitala wariatów, to mi pomogło zrozumieć wiele rzeczy. Wydaje mi się, don Sefardi, że rozumiem pana teraz dużo lepiej – gospodyni Penelopy jak zwykle bez żenady wygadywała historie, które Sefardi uznawał za bzdurne, choć nie odrzucał trafności niektórych jej obserwacji.

– Czy wspomnienia psychiatry pomogły także pani, droga Isabelo, w lepszym zrozumieniu siebie samej? – zapytał uszczypliwie, aby odreagować zwariowany komentarz, na jaki nie zasłużył, oraz skłonić rozmówczynię do refleksji nad samą sobą. Nie liczył jednak na wielki sukces.

*****

Dramat zawarty w powieści rozpisany był na wiele ról. Ogólny scenariusz pokazywał, jak wielkie i niezwykłe było to przedsięwzięcie. Sefardi przestraszył się, że bez zachowania ścisłej tajemnicy w trakcie realizacji happeningu cały plan mógł łatwo lec w gruzach. Zanim podjął ostateczną decyzję, dyskretnie wysondował opinię najpierw jednej, potem drugiej i kilku dalszych osób. Dopiero wtedy nabrał przekonania, że plan jest realny. Kontynuując jego realizację, Sefardi wytypował osoby niezbędne do przeprowadzenia widowiska. Byli to zawodowi aktorzy teatralni i filmowi, pozostający chwilowo bez zatrudnienia lub pracujący w ograniczonym zakresie. Zanim złożył im propozycję współpracy sprawdził, czy udział w projekcie, jaki zamierzał zrealizować, w ogóle ich interesuje i czy nadają się do ról, jakie miał do zaoferowania. Pomagała mu w tym agencja castingowa.

Niektórzy kandydaci od razu odrzucili propozycję Sefardiego uznając jego pomysł za przewrotny a nawet haniebny, przeciwny wierze w Boga i nauczaniu kościoła. Mimo dezaprobaty nie mogli nikomu ujawnić żadnych szczegółów jego planu, ponieważ każdorazowo przed rozmową zobowiązywali się na piśmie do zachowania tajemnicy. Szanse na zatrudnienie mieli tylko ci, którzy wierzyli w sens happeningu i pozytywne intencje autora.

Plan był sekretny. W pewnym momencie Sefardi zdał sobie sprawę, że zawiązuje rodzaj sprzysiężenia, spisku przeciwko dobrym obyczajom, być może nawet narusza prawo. Aby być pewnym powodzenia, Sefardi przekonał wspólników, że ujawnienie tajemnicy niosłoby najwięcej ryzyka dla nich samych, ponieważ każdy z nich miał swoje dobre imię i reputację, które z pewnością by utracił, gdyby sprawa wyszła na jaw. Najbardziej wątpiących przekonywał prostym pytaniem:

– Co by się stało, gdybym ujawnił wszystko, co wiem o tobie? – Sefardi nie pozostawiał złudzeń, że gotów był na wszystko. Niektórzy uczestnicy uznali jego postępowanie za próbę zastraszania. Mistrz ignorował takie głosy.

Aktorzy przystępujący do współpracy mieli otrzymać wynagrodzenie przewyższające uposażenia płacone im w teatrach. Dla dobra sprawy ustalono, że ujawnienie tajemnicy będzie pociągać za sobą karę finansową. Wszystkie kary miały iść do wspólnej puli, przeznaczonej do rozdzielenia między lojalnych uczestników happeningu. Zwiększało to szansę, że wszyscy będą pilnowali, aby ktoś nawet przypadkiem nie puścił farby, czy – jak sami to określali – nie chlapnął czegoś niepotrzebnie. Metoda okazała się skuteczna, nie zanotowano żadnej wpadki.

Uzgodnienie wszystkich szczegółów wymagało wielu rozmów i negocjacji. Zajęło to Sefardiemu sporo czasu, ale warte było zachodu. Kiedy wszystko zostało wyjaśnione, Sefardi zawarł z uczestnikami happeningu umowę notarialną. Podnosiło to poziom bezpieczeństwa. Oryginał umowy pozostał w sejfie u notariusza, kopie miały być wydawane tylko na żądanie.

Porozumienie było tak udane, a jego uczestnicy tak bardzo zaangażowali się osobiście, że w miarę prosty teatr uliczny, jaki Sefardi miał na uwadze, przerodził się w dobrze skoordynowane, poważne widowisko teatralne.

Michael Tequila, powieść „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 101: Niebiańska historia Izabeli

– Co on robi w tej chwili? – Zadała sobie pytanie i natychmiast wyobraziła sobie Sefardiego, a zaraz potem zobaczyła na przyjęciu w niebie, jak Bóg go wita, nazywając go Czcigodnym Mistrzem. Zaczęła uderzać palcami w klawiaturę. Na początku pisanie szło jej powoli i opornie, nie zrażała się jednak. Po chwili pisała już swobodniej, jakby czuła obok siebie jakiegoś pomocnego ducha. Poruszyło ją to tak bardzo, że aż się wzdrygnęła. Wtedy uświadomiła sobie, że w pokoju jest już ciemno. Wstała, podeszła do kontaktu i włączyła oświetlenie u sufitu, aby kontynuować pisanie. Przy okazji nalała sobie koniaku do kieliszka i wypiła. Poczuła się śmielsza.

– O czym mam pisać? Jaka jest fabuła?

Kiedy wypowiedziała te dwa pytania, przypomniała sobie, co mówił Sefardi na temat tworzenia fabuły. Zaczęła z nim rozmawiać. Poczuła w sobie tyle serdeczności, że musiała zwracać się do niego po imieniu. Nazwała go wariatem, myślała o nim bardzo ciepło. Czuła, jak bardzo jej go brakuje. Był szalony, narwany, ale i ludzki.

– Musisz mi pomóc, bo piszę o tobie. Chodzi o fabułę. Jak ją opisać?

Wróciła wspomnieniami do rozmów o powstawaniu powieści. Fabuła to historia, która tworzy konstrukcję powieści.

– O czym chcesz pisać? – w uszach zadźwięczało jej pytanie. Nie była pewna, czy był to jej głos czy Sefardiego. – To proste, Isabelo. Najpierw odpowiedz sobie na pytanie, o czym chcesz pisać. To ty musisz to określić, nie ja. Isabela nie miała już wątpliwości, że jest on tuż obok, jak zawsze.

– O tym jak przyjmują cię w niebie! Kto czeka na ciebie oprócz pana Boga? Jego świta? Kim oni są? Co oni robią? Jak wyglądają?

– Dobrze myślisz! – Usłyszała zachętę pisarza. Straciła kompletnie świadomość, że Sefardi już nie żyje. Dla niej zmartwychwstał, był tuż obok. Podpowiadał jej.

– Oczywiście musi to być jakaś poważna historia, musi też być komplikacja, jak w każdej dobrej powieści.

Kobieta zastanawiała się. Jej wzrok padł na stary religijny obraz na ścianie przedstawiający mroczne postacie. – Diabeł! – Prawie wykrzyknęła. Przypomniała sobie wyjaśnienia Sefardiego, że dramat jest podstawą najlepszych dzieł literackich. – Dramat. – To było słowo, którego jej brakowało.

– Diabeł? Szatan? Bies? – Myślała chwilę, po czym połączyła ich razem w jedną postać, jednego wielkiego demona, rezerwując dlań imię Diabeł. Przypomniała sobie słowa używane przez Sefardiego w ich dyskusjach. Wymyślając i pisząc, cieszyła się, jakie to niesamowite.

Pół godziny później poprawiała tekst. Nie był zbyt długi. Odczytała go głośno, identycznie jak czynił to Sefardi. Była zachwycona, po chwili płakała, że nie ma już go w domu. To był taki wspaniały człowiek! Nie dałaby powiedzieć na niego marnego słowa. Czytała przez łzy. Czytała i śmiała się, bo tekst bardzo jej się podobał. Był fantastyczny. Czuła, że Sefardi jest tuż obok i cieszy się razem z nią.

Isabela poczuła głód i pragnienie. Nie mając pod ręką nic do jedzenia, sięgnęła do ruchomego barku, nalała sobie i wypiła jeszcze jeden kieliszek koniaku. Smakował jej, wypiła więc jeszcze jeden. W barku zauważyła też papierosy; wzięła paczkę do ręki. Marka była jej nieznana. Raz czy dwa razy widziała papierosy u Sefardiego. Zapytała go czy pali, z ciekawości, bo i tak wiedziała, że nie pali.

– Nie. – Odpowiedział znużonym głosem, jakby był bardzo zmęczony. – Tylko czasem, kiedy nie mogę zasnąć. Czy ja zresztą wiem? Mówił niewyraźnie, trochę bełkotliwie. Wyjaśnił, że poprzedniej nocy mało spał. Przeprosił ją, że nie może dłużej rozmawiać, bo musi się położyć.

Isabela wzięła jeden papieros, aby przyjrzeć mu się z bliska. Był bardzo cienki. Z ciekawości postanowiła zapalić. Kiedyś paliła, było to bardzo dawno, potem rzuciła. Papieros miał cierpki smak, ale nie był zły. Odurzył ją. Po chwili poczuła się uspokojona i mniej głodna. Kiedy zrelaksowana oparła głowę na oparciu fotela i popatrzyła w górę, zobaczyła Sefardiego udającego się na audiencję u Boga. Najwyższy siedział na tronie, otaczali go zbuntowani księża, fałszywi politycy i przerażający pochlebcy. Isabela rozpoznała ich od razu i żal mu się go zrobiło. Bóg się zestarzał. Od razu to zauważyła.

– On jest dokładnie taki, jaki powinien być, a nie taki, jak go sobie wyobrażamy tutaj na ziemi. – Wymamrotała przyglądając się z uwagą Bogu.

Przyciągnęła bliżej klawiaturę i zaczęła pisać. Pisała coraz szybciej, przypominając sobie ćwiczenia, jakie niegdyś wykonywała. Unoszona wizją przesuwającą się przed jej oczami, ilekroć podniosła oczy do góry, jej palce poruszały się po klawiaturze ze zręcznością wiewiórki przeskakującej wdzięcznie między gałęziami. Litery coraz łatwiej układały się w słowa, słowa w zwroty, zwroty w zdania, coraz bardziej udane i coraz lepiej odzwierciedlające to, co widziała na niebie nie patrząc już nawet w tym kierunku. Sefardi wydał jej się piękniejszy i szlachetniejszy niż za życia, a Bóg bardziej promienny niż mogła to sobie nawet wyobrazić, opisywała więc ich spotkanie z przekonaniem istoty przebudzonej do nowej, piękniejszej niż poprzednia, rzeczywistości.

Ogarniało ją coraz większe natchnienie i odwaga, w końcu bezczelność myślenia i wyrażania słowami wszystkiego, co przychodziło jej do głowy, a nachodziły ją myśli i pomysły nietuzinkowe. W zrywie bezwstydnego szaleństwa przeistoczyła się w mężczyznę, potem znowu w kobietę, aby w końcu stać się pijaczką i łajdaczką udającą uczciwość. Dla rozwiania wątpliwości, kim jest, dolała sobie jeszcze trochę koniaku, o mało nie przewracając kieliszka.

– Każdy z nas jest po trosze łajdakiem, tylko udaje lub chce wierzyć, że jest inny. To, czego nie możemy uczynić ze strachu w życiu, śmiało popełniamy w myślach, w zaciszu rozumu, z łatwością znajdującego usprawiedliwienie dla popełnianych przewinień. – Napisała w porywie niezaprzeczalnej uczciwości.

Czuła w sobie ogrom niezwykłych treści. Ogarnęła ją taka odwaga, rodzaj buntu, że z kury domowej przemieniła się w bywalczynię salonów literackich, znawczynię życia i ludzkich dusz. Myśląc coraz szybciej, rozhulała się, wręcz oszalała, stając się Janem Husem, potem Joanną d’Arc, o której czytała, że była lesbijką, potem Lutrem, w końcu Janem Kalwinem.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 85: Szaleństwa w szkole dramatu

W przebłysku opamiętania Sefardi zaczął uważniej obserwować wydarzenia na sali. Każdy epizod wydawał się mieć jakiś schemat. Istniała pewna sekwencja zdarzeń, której nie rozumiał, ale wyczuwał. Były to mini spektakle, składające się z trzech części. Najpierw ktoś anonimowy wykrzykiwał hasło, potem pojawiała się postać aktora, a następnie rozwijała się akcja.

– To jest ta kolejność: hasło, postać, akcja. – Był tego pewien.

Postanowił sprawdzić słuszność swojej obserwacji. Na dobrą sprawę nie miał nic lepszego do roboty, ponieważ zajścia na sali następowały i tak bez jego udziału. Wyglądały na spontaniczne zachowania się studentów.

Incydent, jaki akurat się rozgrywał, o którym był już przekonany, że nie jest wyreżyserowany przez panią Gabrielę, zbliżał się do końca. Sefardi wiedział, że zaraz zacznie się nowa akcja. Czekał na nowy okrzyk, nowe hasło. I rzeczywiście. Ktoś anonimowy krzyknął: „Co w sercu, to na języku”. Był to kobiecy głos. Z wysokości sceny Sefardi był w stanie zlokalizować miejsce, skąd pochodził, a przynajmniej kierunek. Patrząc na audytorium ocenił, że było to po lewej stronie w głębi auli. Wcześniej podzielił ją sobie w myśli na cztery części, cztery kwadraty i ponumerował. Był to kwadrat numer jeden.

– Za chwilę pojawi się osoba aktora. – Mruknął do siebie. Mógłby powiedzieć to głośno i tak nikt by go usłyszał. Jego przewidywanie spełniło się dokładnie. W miejscu, które obserwował, wstała z krzesła studentka, o zgrabnej sylwetce choć nienadzwyczajnej urody. Miała płaską twarz i włosy w nieładzie, nie wiadomo, celowym czy przypadkowym. Przyglądał jej się z zainteresowaniem; była konkretem, pierwszą osobą na widowni, której zachowanie rozumiał, co dawało mu satysfakcję i poczucie rosnącej kontroli. Przyglądał się dziewczynie notując szczegóły: średniego wzrostu, szczupła, blond włosy, ubrana w niemodny już standardowy strój uczniów i studentów pierwszego roku – granatową spódniczkę i białą bluzkę z wykładanym kołnierzykiem. Dziewczyna miała na głowie czapkę studencką.

– Chce podkreślić swój status. – Doszedł do wniosku. Skoncentrował się na milczącej obserwacji i opisie tego, co się działo. – Stoi, rozgląda się na prawo i na lewo, obraca głową dookoła, chce, aby ją zauważono. Obraca się dookoła, aby wszyscy ją dostrzegli i docenili. Sefardi czuł, że to szczególne doświadczenie będzie mógł wykorzystać w swojej twórczości. Była to praktyczna lekcja opisu i charakterystyki postaci. Widowisko zaczynało mu się podobać.

–Teraz wygłosi swoją kwestię i zagra swoją scenę. Ledwo to pomyślał, już słyszał jej słowa, wyraźne, głośne, teatralne: „Mam serdecznie dosyć cnotliwego życia. Chcę się oddać. Nie nauce, ale mężczyźnie. Nie chcę być dłużej dziewicą, bo to mnie męczy. Pragnę jak najszybciej pozbyć się cnoty, tego przeżytku współczesnej młodej kobiety”

– Reklamuje się, jakby chciała się sprzedać. – Uznał Sefardi. Mimo, iż wiedział, że jest to gra, nie podobało mu się wrażenie, jakie wywołała swoimi słowami. Było w niej coś fałszywego. Przywołał się do porządku przypomnieniem, że to tylko teatr. Skoncentrował się, znowu uważnie słuchał i obserwował. Dziewczyna dodała głośno: „Wierzę głęboko w moją prawdę!”, po czym wykonała gest połączonych rąk płynący od piersi na zewnątrz. Sefardi nie zrozumiał go, lecz domyślił się, że dziewczyna symbolicznie wyjmuje miłość z serca i podaje komuś siedzącemu obok, po czym wygłasza kwestię: „To jest moja prawda”.

Nikt siedzący obok nie zareagował. Wszyscy pozostali nieruchomi jakby byli sparaliżowani lub nie rozumieli, o co chodzi.

– To koniec jej aktu. – Doszedł do wniosku Sefardi.

Na moment zagubił się, nie miał pojęcia, co teraz nastąpi. Słowa i gra młodocianej aktorki miały jednak sens; jakiś inny, tym razem męski głos, zawołał: „Wiara czyni cuda”. Stało się oczywiste, że słowa „Wierzę głęboko w moją prawdę” miały na celu zainicjować następny akt teatralny, który zaczynał się właśnie od słów „Wiara czyni cuda”.

Sefardi zapragnął, aby męczące widowisko wreszcie się skończyło.

– Jeszcze się dobrze nie rozkręciło, a on już myśli o zakończeniu. – Przedrzeźniająco stwierdził osobnik przypominający ubiorem i wyglądem belfra szkoły średniej, który nagle pojawił się w pierwszym rzędzie na sali na wprost Sefardiego. Wykładowca był pod wrażeniem, że nieznajomy usłyszał jego głos wewnętrzny. Był to nauczyciel łaciny zatrudniony na pół etatu w Zakładzie Filologii Obcojęzycznej.

Dziwactwa nie skończyły się, gdyż za chwilę z sali dobiegły słowa: „Finis coronat opus”. Sefardi nie zdziwił się, że był to głos anonimowy. Znał już mechanizm zdarzeń.

„Finis coronat opus” znaczy „Koniec wieńczy dzieło” – przetłumaczył łacinnik podkreślając słowa okrągłym, przesadnym ruchem prawej dłoni. Rzeka skojarzeń, haseł, interpretacji i tłumaczeń popłynęła wartkim nurtem dalszych wypowiedzi.

– „Opus w liczbie mnogiej to opera”. – Zawołał z dumą jakiś domorosły znawca łaciny, gołowąs w markowym dresie, podkreślającym jego wysportowaną sylwetkę.

– Opera? Jeśli opera, to Puccini. Niech żyje Puccini! Niech żyją wielcy kompozytorzy! Niech żyje córka opery, operetka. – Bezsensowne okrzyki mnożyły się jak grzyby po deszczu, wywołując nieoczekiwany efekt: na scenie, obok Sefardiego, pojawiło się sześć tancerek. Wcześniej musiały chyba zażyć jakiegoś narkotyku, gdyż ich ruchy były dziwnie płynne i rozmazane jak na zwolnionym filmie.

– Są wyraźnie nabuzowane. – Uznał Sefardi. Po chwili, urzeczony delirycznymi wygibasami tancerek, milcząco pochłaniał symbolikę ruchów ich ciał, nóg, rąk i głów. Było to pasjonujące, pragnął zapamiętać jak najwięcej. Miał wrażenie, że uczestniczy w najdoskonalszym spektaklu tanecznym, jaki oglądał w życiu. – Nadzwyczajne! – Z trudem powstrzymał się, aby nie wykrzyczeć swego entuzjazmu.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 84: Studenckie piekło teatralne

Sefardi usiłował zrozumieć posłanie ostatniego aktu teatralnego. Na sali musiało być więcej osób zaangażowanych przez reżyserkę, gdyż że wszystkich stron padały okrzyki poparcia dla delegata i jego partii. Studenci zadawali też pytania, przekrzykując się nawzajem.

– Coś tu nie gra! – Doszedł do wniosku Mistrz, decydując się na kolejną interwencję. Podniósł ręce do góry, aby zwrócić na siebie uwagę i starał się uspokoić widownię korzystając z mikrofonu.

– Proszę zadawać pytania i wygłaszać komentarze po zakończeniu wykładu i prezentacji. – Jego głośna wypowiedź stłumiła głosy grupy osób zgodnie skandujących: – Niech żyje proletariat! Sefardi bez powodzenia usiłował obrócić okrzyki w żart. Aulę wypełniły oklaski, a atmosfera była tak gęsta, że wydawało się, że brakuje powietrza.

– Otworzyć okna! – Wrzasnął ktoś z końca sali. Kilka osób rzuciło się, aby zrealizować polecenie.

– Co tam okna! – Interweniowała studentka o okrągłych policzkach i wydatnych piersiach. Zaczęła rozpinać białą bluzeczkę wołając: – Co tam okna! Otwórzmy nasze serca!

Hasło okazało się chwytne. – W górę serca! Sursum corda! – Przez wrzawę przebiły się głosy trzech czarno ubranych kleryków z seminarium duchownego, którzy nie wiadomo, kiedy i jak znaleźli się w pierwszych rzędach widowni. Sefardi był pewien, że kilka minut wcześniej ich tam nie było. Ktoś głośno nazwał ich kretynami, oni sami też coś krzyczeli, lecz wszystkie głosy utonęły w ogólnej wrzawie.

Na sali rozpętało się piekło. Ktoś krzyknął: – Zakończyć ten burdel! Propozycja była tak trafna, że Sefardi bezwiednie poparł ją oklaskami. Grono profesorskie na czele z magnificencją siedziało ogłupiałe przypominając wystraszone ptaki przykryte przezroczystym kapeluszem, nie mając najmniejszego pomysłu na przywrócenie porządku.

– Dziękuję za aplauz! Macie państwo wyśmienite poczucie humoru! – Mistrz dosłownie zawył usiłując ukrócić orgię słów i gestów rozgrywającą się na sali. Gotował się z wściekłości, gdyż nade wszystko nie znosił bezhołowia w myślach, słowach i czynach, uważając je za akt buntu przeciw porządkowi Stwórcy. Nic to nie dało.

Przyczynkiem do kolejnej rozróby okazał się transparent. Z niewiadomych przyczyn spadł nagle na podłogę. Podnieśli go dwaj studenci tak szybko, jakby oczekiwali, że spadnie i zaczepili go na nowo na ścianie. Zmarszczki materiału zdumiewająco upodobniły go do wielkiej deski. Wywołało to natychmiastową reakcję na sali.

– Wierny aż do grobowej deski – Słowa te padły z ust studenta o oliwkowej karnacji, przybyłego na studia z Iraku. Z czarną brodą i gniewnymi, mrocznymi oczami wyglądał na fanatyka. W ręku trzymał krótki pistolet maszynowy, nie wiadomo czy prawdziwy, czy atrapę. Sefardi domyślił się po akcesoriach i wyglądzie mężczyzny, że działa na zlecenie reżyserki. Rozjuszony młodzieniec powtórzył okrzyk w kilku językach, po czym oświadczył: „Mówię to z serca. Jestem anarchistą”.

– „Co w sercu, to na języku”. – Błyskawicznie podjęła wątek siedząca obok studentka, jakby czekając na jego słowa.

– Od dawna myślałam, aby się zanarchizować. Pragnęłam tego. – Wygłaszając swoją kwestię wstała, aby każdy mógł ją zobaczyć. – Mam dość cnotliwego, uporządkowanego życia! Wierzę w miłość – Teatralnym gestem ręki zdmuchnęła słowa z ust w kierunku stojącego obok mężczyzny, po czym uczyniła znak serca na piersi.

– Wiara czyni cuda. – Rozległy się okrzyki, wzmagając i tak już powszechny hałas.

Studenci doskonale grali swoje role, ich twarze i oczy płonęły, żarliwie wyrażając uczucia niepokoju, gniewu, strachu czy radości, jakie akurat kojarzyły się z wypowiadanym hasłem. Niektórzy wykonawcy wyglądali jak narkomani; ich powiększone oczy pałały niezwykłym blaskiem. Jeden z uczestników spektaklu miał sztuczne prawe oko, większe, ciemniejsze, bardziej wyraziste. Nazywano go Sztucznookim. Kiedy wstał i przemówił, wszyscy to dostrzegli.

– Pańskie oko konia tuczy. – Krzyknął od drzwi wejściowych niski mężczyzna przypominający woźnego, tęgawy, z sumiastym wąsem. Był kiedyś dżokejem i pasjonował się pejczami, siodłami, strzemionami i podobnymi atrybutami przewagi człowieka nad zwierzęciem. Miał zwyczaj wyrażać to słowami i gestami. W rękach trzymał zdobne skórzane siodło.

– Co on tu robi? – Zdziwił się rektor. – Przecież zwolniliśmy go kilka tygodni temu. Ten człowiek nie potrafi myśleć i mówić o niczym innym niż konie i wyścigi konne.

Słowa byłego dżokeja i publiczny pokaz siodła wyraźnie poruszyły studenta, członka uczelnianego klubu hippicznego. Dżokej prawdopodobnie źle mu się skojarzył albo jego słowa zostały przyjęte jakby skierowane przeciwko Sztucznookiemu. 

– „Sam się osiodłaj, dżokeju!” – Wrzasnął, wstał z krzesła i demonstracyjnie zaczął wierzgać nogami. Przypominał zepsute dziecko, szalejące, aby wyrazić dezaprobatę. Równie dobrze mógłby krzyczeć „gwizdek” albo coś równie absurdalnego.

Sprawy komplikowały się. Zapanowała dzika atmosfera, spektakl przekraczał bariery groteski teatralnej.

– Nie wiadomo, kiedy i jak to się skończy. Nie podoba mi się to. – Sefardi stawał się coraz bardziej niespokojny, przestępował z nogi na nogę, nie wiedział, co zrobić z rękami. – Kto to wyreżyserował, jeśli w ogóle ktoś to zrobił? – Obawiał się, że wydarzenia wymknęły się spod kontroli donii Gabrieli. Na chwilę przestał słuchać i obserwować, co dzieje się na sali. Potrzebował czasu na ochłonięcie i podsumowanie wrażeń. Nic to jednak nie dało. Nieoczekiwane wystąpienia rujnowały mu wykład inauguracyjny. Większość z nich była niezgodna z listą haseł i scenariuszem, który Sefardi szczegółowo uzgodnił z donią Gabrielą. Co do tego nie miał wątpliwości.

– Ta zwariowana baba wprowadziła jakieś nowe zasady! Zupełne kretyństwo. – Był na nią zły, ponieważ to, co się działo na jego oczach niweczyło ustalony plan i porządek. Był zły również dlatego, że nie rozumiał, po co to zrobiła. Tylko jej mógł przypisać winę.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 82: Escuela Superior del Drama

Zgodnie z prognozą pogody ranek był piękny. Mimo tego Sefardi czuł się nie najlepiej, był ospały, w dodatku z nieznanego powodu rozbolał go żołądek. Zaczął chodzić po pokoju. Kiedy stanął na balkonie od strony wschodniej budynku, promienie słońca otoczyły jego głowę aureolą. Pomyślał, że dla celów promocji przydałby mu się wizerunek świętego. Ciepły obraz w szybie drzwi balkonowych i pogodna myśl niewiele mu pomogły. Nadal czuł się nijako. Zaparzył sobie i wypił mocną kawę, potem drugą, jeszcze mocniejszą, lecz nadal nie mógł się pozbierać. Podszedł do apteczki, gdzie kilka dni wcześniej znalazł paczuszkę narkotyku, którą schował tam – jak podejrzewał – jego wnuk, aby przejrzeć medykamenty w poszukiwaniu buteleczki z kroplami żołądkowymi. Napis na opakowaniu był słabo czytelny, ale naklejka miała charakterystyczny kształt zbuntowanego prostokąta w kolorze amarantowym. Była znakiem rozpoznawczym. Sefardi nalał sobie do szklanki wody, dodał przepisaną ilość mikstury, zamieszał łyżeczką o rączce cienkiej jak drut i wypił duszkiem napój. Nie było to smaczne, ale od razu zadziałało. Podszedł do kanapy, aby chwilę posiedzieć i odzyskać siły. Po południu o godzinie czternastej miał wykład inauguracyjny w Escuela Superior del Drama y Teatro, Wyższej Szkole Dramatu i Teatru. Musiał być w dobrej kondycji.

*****

W gmatwaninie ulic, budynków, pojazdów i własnych myśli kierowca poruszał się szybko i sprawnie dzięki nawigacji satelitarnej. Siedząc za kierownicą mówił głośno, jakby rozmawiał z inną osobą, że GPS nie jest przyjacielem szatana, jak to kiedyś określił zbuntowany klecha, lecz nowoczesnym narzędziem Boga, wydłużającym jego rękę wyciągniętą w stronę gubiącego się nieprzerwanie człowieka. Ludzie tracili orientację nie tylko w wierze i w życiu, ale i na ulicach. Sefardi wyobraził sobie największe miasto świata, liczące trzydzieści osiem milionów mieszkańców, więcej niż kraj, w którym mieszkał, i monstrualność wyzwań stojących przed kierowcami. Samochód zbliżał się do przejścia dla pieszych, nad którym zapaliło się czerwone światło, i kierowca przerwał monolog, aby się skoncentrować. Kiedyś taka rozmowa denerwowała go, uważał za nienormalne, że ktoś rozmawia ze sobą głośno, potem mu to przeszło.

– Bóg nie może pomagać każdemu z osobna, dlatego stworzył nawigację satelitarną. Kiedy na ziemi był raj, a w nim tylko Adam i Ewa, nie było to potrzebne. Ewa była na wyciągnięcie ręki, Adam mógł ją odnaleźć w każdej chwili. Teraz, kiedy na świecie żyje ponad siedem miliardów ludzi, trzeba było zaprząc technologię do pomocy. Dlatego Bóg wynalazł GPS. Oczywiście nie osobiście, ale przez człowieka. Bez mojego Garmina byłbym dzisiaj jak bez głowy. – Kierowca przerwał monolog, aby skoncentrować się.

Obserwując pojazdy, znaki drogowe i ludzi na przejściach dla pieszych, Sefardi dotarł do celu. Była nim Wyższa Szkoła Dramatu i Teatru, Escuela Superior del Drama y Teatro, gdzie miał wygłosić wykład inaugurujący rok akademicki. Wjechał na parking i ustawił samochód w odległym, pustym miejscu. Zawsze bał się, że ktoś uszkodzi mu pojazd.

*****

Uczelnia mieściła się w budynku wyglądającym jakby składał się z pięciu części. Część centralną wieńczył tympanon nad drugim piętrem, nad którym górowały postacie dwóch muz połączonych wielką harfą. Wejście do budynku zdobiła marmurowa rzeźba rozczapierzonej dłoni. Parter był różowego koloru, pierwsze i drugie piętro pomalowano jaśniejszą farbą.

Korytarz prowadzący w głąb budynku zaprzeczał wystrojowi zewnętrznemu. Był surowy i niezbyt szeroki, pod sufitem biegły dwa rzędy świetlówek podwieszonych pod czarną kratką. Kremowych ścian nie urozmaicał żaden obraz, plakat, tablica, czy choćby kartka z ogłoszeniem. Nagość ścian rzucała się w oczy. W połowie korytarza znajdowała się wielka wnęka z kaloryferem, a naprzeciwko niej ławka, zajęta przez trzech studentów. Pięciu dalszych podpierało ściany. Dyskutowali między sobą jakiś temat, bez emocji i nadmiernej gestykulacji. Czarna podłoga i sufit z ciemnej kratki dominowały nad jaśniejszymi plamami ścian, wywołując uczucie niepewności i zwątpienia.

*****

Aula była wypełniona po brzegi studentami.

– Pierwszy rok. Nowozaciężni. – Mruknął do siebie Sefardi.

Myślał o nich z życzliwością, choć nie czuł się jeszcze najlepiej. Dobre samopoczucie wracało powoli. Miał kilka minut, aby rozejrzeć się po sali. Zastanawiał się nad wykładem, którego temat i treść były niespodzianką przygotowaną przez rektora dla studentów i wykładowców. Była to bardziej prezentacja niż typowy wykład. Rektor, starszy dystyngowany pan, był właścicielem uczelni i lubił zaskakiwać audytorium jakimś niezwykłym wydarzeniem raz do roku.

Tematem wykładu były związki między literaturą a teatrem. Scenariusz został uzgodniony wcześniej z donią Gabrielą, wykładowczynią i reżyserką sztuk dramatycznych. Sefardi omówił z nią hasła znane z literatury, jakimi planował się posłużyć, aby zbadać, jakie skojarzenia i reakcje wywołują one w audytorium, składającym się ze studentów pierwszego roku. Miał to być nietypowy wykład inauguracyjny, którym rektor pragnął wyróżnić swoją uczelnię.

– Proszę dać mi listę haseł, a ja przygotuję i wyreżyseruję ze studentami sceny, które ożywią reakcje widowni. Doda to płynności pańskiej prezentacji. Dodatkową korzyścią będzie zaangażowanie studentów; będąc słuchaczami staną się także widzami i aktorami.

Sefardiemu podobał się pomysł aktywnego udziału studentów w wykładzie. Martwił się jednak, czy reakcja na hasła będzie dostatecznie spontaniczna. Nie był pewien, jak skutecznie wykład przełoży się na prezentację teatralną studentów-amatorów, czy podołają oni zadaniu. Przedstawił swoje wątpliwości reżyserce.

– Proszę się nie martwić. Będzie jak w sztuce teatralnej, przypominającej sceny z życia. Żyjąc też gramy jakieś role: kochającej córki, dobrego ojca, pobłażliwej matki, wpływowego polityka, ambitnego pisarza, wymagającego reżysera. Wszyscy jesteśmy zarazem widzami i aktorami. – Sefardi uśmiechnął się w odpowiedzi na komentarz. Podobało mu się podejście rozmówczyni. Rozstając się z kobietą Mistrz był pewien, że jego wykład dużo zyska na oprawie scenicznej.

Komiks literacki. Wywiad z komandorem Jaroszką. Odcinek 26.

Zadałem sobie pytanie: – „Dzieje wodza i narodu”, rzecz pisana w odcinkach. Co to za powieść? Aby odpowiedzieć na nie przeprowadziłem wywiad z komandorem Jaroszką, głównym bohaterem powieści. Jego słowa to wyjaśnienie dla czytelników oraz wskazówki dla autora.

– W co wy się bawicie? Pan i pańska załoga? – Zapytałem Komandora.

Popatrzył na mnie poważnie, wszedł na stołek, poważnie, z dostojeństwem, jak tylko on to potrafi, i przemówił z wysokości. Głos miał jedwabisty i ciepły.

– Prowadzę teatr okrętowy, jeden z najciekawszych na świecie. Bawimy się w Indian, a czasem w Czarnego Luda. Niesamowita sztuka. Gramy ją na żywo, często improwizując. Możemy w niej straszyć pasażerów okrętu, a jest ich niemało, bo audytorium jest wielkie. Bardzo dobrze mi to robi. Mam swobodę działania. Jestem dyrektorem teatru i reżyserem sztuki, obsadziłem także główną rolę.

– A dlaczego wchodzi pan na stołek, panie komandorze? Przecież i tak wszyscy pana znają i słuchają z uwagą.

– Lubię szczyty. Wzrok mi się poprawia, lepiej ogarniam tłumy. Kocham tłumy u mych stóp. Kiedy przemawiam z wysokości mój głos brzmi jakby dochodził z nieba. Rozumie pan moje skojarzenie?

– Jest pan osobą wierzącą?

– Oczywiście. Nawet bardzo. Najbardziej wierzę w teatr.

– Czy czasem to wszystko, co pan robi, nie myli się panu. Czy kieruje się pan jakimiś zasadami?

– Tak. Zostały one ustanowione już wcześniej, lecz my je zmieniamy. Jesteśmy teatrem nowoczesnym, eksperymentalnym. Prowadzę go dla dobra przyszłych pokoleń. Także po to, aby wyciszyć hałasy wewnętrzne, które mnie męczą, zaspokoić nieutuloną tęsknotę za czymś nieogarnionym. Sam tego czasem nie rozumiem. Ale tak właśnie wygląda proces twórczy!

– Dla mnie, odpowiedziałem komandorowi Jaroszce, to co pan robi, to komiks, dramat narodowy w odcinkach. Sztuka mocna, pełna zaskakujących zdarzeń i ostrych zakrętów. Trzyma w napięciu. To mnie kręci, gdyż w przeciwnym wypadku czułbym się jak bezrobotny na przednówku państwowego zasiłku. Wspaniale improwizujecie. Ubóstwiam was za to. Piszę ten komiks, a czasem nawet i czytam, ale tylko wtedy, kiedy jestem cudownie niepoważny, lekki i uduchowiony, tak jak pan, panie komandorze. Cudownie pan gra! Nie boi się pan, że pańska sztuka może przekształcić się w mroczny dramat?

– Zaraz tam dramat. Niech pan nie przesadza. Nawet jak do więzienia trafi pięć tysięcy osób, to nie znaczy, że to już jest dramat. Pięć tysięcy na tle milionów to statystyka. Nie boję się, bo mam to wszystko pod kontrolą, w głowie.

– Ale ma pan przeciwników. Opozycję. Ludzi prostych, nie lubiących teatru.

– Co to za opozycja? Ja mam charyzmę i wewnętrzny imperatyw.

– Co to jest ten „wewnętrzny imperatyw”?

– Ach, co za pytanie! – Dramatycznie wykrzyknął komandor Jaroszka. – To mania, która mnie prześladuje. Jako reżyser i aktor dzielę się nią jak tylko umiem najlepiej.

– Boże dopomóż! – Odkrzyknąłem odruchowo, przypominając sobie, co mówi się w takich wypadkach.

– Bóg zapłać, dobry człowieku!

Ucieszyłem się. Komandor nazwał mnie dobrym człowiekiem.  

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Recenzja: http://zaczytani.pl/ksiazka/sedzia_od_swietego_jerzego,druk: Intrygująca satyra, która w jaskrawy sposób punktuje wszystkie przywary i bolączki polityków oraz życia politycznego kraju. Zabawna i ironiczna, ale przede wszystkim bardzo prawdziwa.