Kronika pisarska. O pisaniu i wydawaniu książek.

Wielkanoc przyniosła mi natchnienie. Zmieniłem zainteresowania. Od dawna nosiłem się z tym zamiarem. Wznawiam także aktywność na portalu Lubimyczytac.pl. Data wznowienia jest przypadkowa. Zamierzałem to uczynić trzynastego dnia kwietnia, gdyż trzynastka jest dla mnie szczęśliwa.

Kronikę zacząłem rok temu, przerwałem jednak, ponieważ do głowy wpadł mi inny pomysł – uprawianie groteski politycznej; po kilkunastu miesiącach szybowania zawisł on w powietrzu podobnie do dronu. Pisanie o polityce okazało zajęciem niewdzięcznym. Straciłem cierpliwość.

Kronika jest o pisaniu i wydawaniu książek, o ich promocji jak również o promocji samego autora, jego twórczości. Ten punkt widzenia jest ważny; czytelnik wybierając coś do czytania kieruje się często autorem, którego zna i lubi.

Wcześniej rozumiałem pisanie jako podstawową działalność autora, teraz – kiedy klapki opadły mi z oczu – widzę to szerzej. Możesz napisać arcydzieło, pozostaniesz jednak w mroku, całkowicie ignorowany, dopóki nie zyskasz minimum rozpoznawalności i uznania, dopóki twoich książek nie będzie kupować i czytać ktoś więcej niż uczestnicy spotkań autorskich i klienci zabłąkani w labiryntach salonów księgarskich i Internetu.

Kiedy to piszę, jest godzina 5.15 rano. O tej porze nie mogę już spać, choć wciąż jestem niewyspany. Siadam więc do biurka i podejmuję pracę. Rano idzie mi średnio.

Popołudnie okazuje się dużo lepsze. Zyskuję motywację. Z drukarni przychodzi paczka z książkami. To już moje trzecie dzieło literackie. Tytuł: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania", format A5, miękka okładka, 108 stron. To druga książka, którą wydaję sam.

Wysłałem już kilkadziesiąt egzemplarzy do mojego dystrybutora (hurtowni książek), który rozprowadzi je po księgarniach. To tylko mała część pracy niezależnego, pragnącego umocnić swoją pozycję autora. Za kilka, kilkanaście dni książka ukaże się w księgarniach. Zarejestrowałem już ją w systemie ISBN, wysłałem także dwa obowiązkowe egzemplarze do Biblioteki Narodowej, aby ją skatalogowano. Wolałbym tego nie robić, ponieważ zabiera to cenny czas przeznaczony na pisanie, którego mi wiecznie brakuje.

Opowiadań jest w sumie czternaście. Przedstawiam pierwszą część tytułowego opowiadania dla rozrywki i oceny Czytelnika. Mam nadzieję, że mój styl przypadnie do gustu przynajmniej niektórym czytelnikom.

Przy okazji, składam serdecznie życzenia zdrowych i radosnych Świąt Wielkanocnych. Oby baranki, zajączki i pisanki wypełniły Ci się spełnionymi marzeniami.

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco

Punktualnie o godzinie 11.45 Abuelo Caduco zdecydował się umrzeć. To był piękny dzień, aby odejść – majowy, słoneczny, świeży. Ptaki śpiewały, dwa piętra niżej ludzie pokrzykiwali radośnie, grabiąc szarą ziemię pod nowy trawnik. Z oddali dochodził jęk piły tarczowej, za ścianą sąsiadka ubijała tłuczkiem mięso na kotlety.

Od czasu, kiedy Kacyk, twórca nowego rządu, zabrał mu marzenia i fatalnie go oszukał, dla Abuelo nic nie miało już znaczenia. Miał tylko jedno marzenie: umrzeć godnie. Z góry wybaczył sobie umieranie przed czasem, które ktoś mógłby nazwać samobójstwem. Abuelo rozmawiał o tym z Bogiem i On wszystko zaakceptował. Właściwie nie musiał nawet zawracać Mu głowy, bo i tak sam podjął wcześniej nieodwołalną decyzję.

Dojrzał do odejścia. Był już starym człowiekiem, czuł to w kościach. Tu go bolało, tam go strzykało, coraz bardziej dolegał mu kręgosłup. Z chodzeniem też nie było najlepiej. Miał coraz więcej bezsennych nocy. Pamięć go zawodziła, zdradzała jak pijana, bezwstydna kochanka, nie wiadomo z kim i po co. Raz zapomniał nawet swój adres zamieszkania.

Ludzie tego nie dostrzegali. Mówili:

– Każdy ma takie problemy, jak się starzeje. Dzisiaj to nawet młodzi mężczyźni łysieją. To jest dopiero problem. – Ich wyjaśnienia nie stanowiły dla Abuelo wystarczającego wytłumaczenia własnej sytuacji. Wierzył, że jego kondycja powinna być lepsza niż równolatków, bo całe życie dbał o siebie.

Tego przedpołudnia, mimo niewątpliwych zachęt do życia ze strony natury i sąsiadów, Abuelo wyraźnie opadł z sił. W głowie mu się kręciło, a ręce i nogi latały mu jak u paralityka. Był to nieudawany objaw syndromu niespokojnych nóg. Nabył go stosunkowo niskim kosztem, włócząc się godzinami po mieszkaniu z powodu bezsenności, a następnie umocnił, chodząc często do lekarza. Po drodze modlił się, aby go nie wyleczono, bo chciał umrzeć. Lekarz spełniał jego milczące życzenia nieudzielania mu pomocy, ponieważ wizyty u niego nie dawały skutku. Abuelo nie musiał go prosić ani przypominać się, co było bardzo miłe. Był zresztą zbyt dumny, aby poniżać się prośbami w tak trywialnej sprawie.

Oprócz niedomagań starości, była również inna ważna przyczyna, przez którą nie widział sensu dalszego życia. Przywódca partii rządzącej przez aklamację, Kacyk, obiecał mu złote góry, a on nie potrzebował złota. Abuelo myślał o biedakach, którym nic nie obiecano, choć bardzo prosili. To go dobijało, bo był człowiekiem współczującym.

Co do zakończenia życia, to chciał, aby było ono godne, aby go pamiętano, a pamięć po nim była życzliwa, nie byle jaka, kończąca się z chwilą wyjścia żałobników z cmentarza.

Wobec przeciwności losu Abuelo nie pozostawał bezczynny. Jak tylko poczuł, że go oszukano, podobnie jak jego rodzinę, przyjaciół, znajomych i tysiące innych obywateli, stworzył sobie plan. Chodziło o ratowanie społeczeństwa, całego, z wyjątkiem tych, którzy uczestniczyli w spisku. Wybory i ich rezultat uważał za spisek.

Plan traktował poważnie a zarazem radośnie. Żadne tam smutki, rozpacze, niepokoje, co się stanie i jak to będzie. Dla jego pomyślnej realizacji musiał zmienić się trochę, ale nie za dużo. Problemem było to, że miał ciemniejszą cerę, która wyróżniała go w tłumie. Niewiele ciemniejszą, tylko o jeden odcień. Musiał ją rozjaśnić. Znał się na kolorystycznych niuansach, bo lubił obrazy i sam malował w przeszłości. Ciemniejszej karnacji nie uznawał za przeszkodę, tylko za utrudnienie, coś, co daje się wyeliminować.

Podjął stosowne kroki. Oprócz tego, że unikał słońca, używał kremu rozjaśniającego skórę. Znalazł go w drogerii, nie kosztował nawet zbyt drogo. Pieniędzy zresztą mu nie brakowało. Miał rozsądną emeryturę i trochę oszczędności.

*****

Po podjęciu decyzji o odejściu, pozostało Abuelo tylko tyle czasu, aby usiąść do laptopa
i napisać zaproszenia na pogrzeb i stypę. Umiał korzystać z komputera. Nie był zacofanym jaskiniowcem, kryjącym się przed nowoczesnością. Wybrał elegancki format zaproszenia. Oświadczenia woli, kto i co będzie dziedziczyć, już nie pisał, bo zabrakło mu chęci i czasu.

– Trudno. Będą musieli podzielić się schedą zgodnie z prawem. – Powiedział głośno i ucieszył się, kiedy to usłyszał, bo nie zawsze słuch mu dopisywał. Wyobraził sobie, jaki wspaniały będzie pokaz wzajemnej miłości rodziny po otwarciu testamentu. Było w nim trochę przekory i przewrotności. Wiedział, że się pokłócą. Lubił teatr i cyrk; mimo wieku zachował dziecinną świeżość. Skończył już siedemdziesiąt lat, choć wyglądał poważniej, na dziewięćdziesiąt. Pamiętał o tym, bo poprzedniego dnia w urzędzie podatkowym składał deklarację i pytał, czy miała być na formularzu Pod-70, Pod-80, czy Pod-90. Cenił sobie powagę wieku; była dlań znakiem: ostoją i oazą dojrzałości.

Zaproszeń na pogrzeb i stypę nie wysyłał.

– Nie mam czasu, zrobię to w ostatniej chwili. – Zdecydował po chwili wahania. Wahał się krótko, bo nie miał czasu. Była to rozsądna decyzja.

– Obym tylko nie zapomniał. – Zaniepokoił się, ponieważ wcześniej przeoczył kilka ważnych zobowiązań, imienin, urodzin oraz jedną okazję do gorącej, namiętnej i szybkiej miłości z pewną pobożną niewiastą, która przyjechała na wakacje do jego miejscowości. Poznali się w kościele, kiedy śpiewali razem psalm, korzystając z jednego śpiewnika.

Abuelo oderwał się od laptopa, aby nastawić budzik, pilnujący jego zobowiązań. Słowa dotrzymał. Dla pewności nastawił dwa budziki. Ten większy ładniej dzwonił.

Wrócił do laptopa, natychmiast jak tylko sobie przypomniał, gdzie on stoi i dlaczego on, Abuelo, oderwał się od niego. Musiał działać szybko, ponieważ myśli uciekały mu z głowy niczym przestraszone króliki z otwartej klatki. Miał problemy z pamięcią; starzała się szybciej niż ciało. Sam to zdiagnozował, posługując się rozumem, chronometrem i specjalnym termometrem, szczególnie dokładnie mierzącym temperaturę ciała nocą. Metoda diagnozy była tak rewelacyjna, a wyniki tak ciekawe, że postanowił je opublikować. Nie doszło do tego, ponieważ redaktor miesięcznika medycznego „Lancet Pamięci” nie oddzwonił. Może dlatego, że Abuelo pierwszy do niego nie zadzwonił. Nie był tego pewien.

Szybsze starzenie się pamięci miało swoje plusy i minusy. Minus był taki, że Abuelo zapominał o wieku i na ulicy widział tylko młode kobiety. Zauważył, że noszą obcisłe getry, a w nich piękne ruchome pośladki, poruszające się uroczo w górę, w dół i na boki. Widać to było szczególnie wyraźnie, kiedy kobieta miała na nogach pantofle z wysokimi obcasami; unosiły one jej biodra na wysokość jego wzroku. To był plus. Oczu i piersi nie widział. Robiło mu się z tego powodu tak żałośnie, że mógłby zobaczyć łzy w swoich oczach, gdyby nie nosił ciemnych okularów.

Pomyślał, że może wzrost utrudnia mu pełne widzenie. Nie był tak niski, jak Kacyk pokazywany często w telewizji, który żył z ambicji rządzenia umysłami ludzkimi zamiast krajem. Abuelo nazwał go Kacykiem na własny użytek, inni tak go nie nazywali.

– Nieważne, jak się nazywa, ważne, że trzęsie wszystkim i wszystkimi. Jest najwyższą władzą w tym kraju. Ale nie na zawsze. – Abuelo tłumaczył sobie spokojnie, jakby dla zapamiętania, że nie może odstąpić od planu pod żadnym pozorem.

C.d.n.

Spotkania z pisarzami

Przytaczam komentarz Czytelnika na blogu z 27 bm (temat: Stasiuk):

Pisarz nie powinien chodzić na żadne spotkania autorskie organizowane dla innych Pisarzy. Owszem powinni się Oni kontaktować ze sobą tak często jak tylko to jest możliwe ale nie na spotkaniach autorskich tylko gdzieś w pabach przy degustacji i ocenie wysokoenergetycznych i wysokoprocentowych trunków. Ostatecznie może być piwo. W tej materii ich uwagi i sugestie przyniosą więcej dobrego i pożytecznego niż wymiana zdań na spotkaniach autorskich, które moim zdaniem bywają nudne i wymuszone. Organizowane są przeważnie przez Wydawców i mają charakter wyraźnie komercyjny. Czytelników ( ich chlebodawców ) mniej interesuje pisarz jako osoba a bardziej ludzie i problemy o których pisze. Zainteresowanie czytelników osobą samego pisarza czyni z niego mimo woli Celebrytę a to już nie ma nic wspólnego z literaturą. Pan Andrzej wyraźnie nie chce nim być.

Dzięki za bardzo rzeczowy i cenny komentarz.

Uczestniczyłem w kilku spotkaniach autorskich i zacząłem powoli tracić zainteresowanie. Uczestniczyłem w nich, aby zobaczyć jak one przebiegają, kto przychodzi, o czym toczy się dyskusja, również dlatego, że sam prowadzę spotkania autorskie i chciałbym, aby wypadały one jak najlepiej.

Zdaje się, że nie jest to takie proste. Rozmawiałem z kierowniczką jednej z bibliotek publicznych na temat takich spotkań. Twierdziła, że czytelnicy nie zawsze chętnie przychodzą, ze najchętniej to by przyszli, gdyby zapewniła pisarza lub pisarkę wielkiej sławy, że nie za bardzo lubią zdawać pytania, że obawiają się, iż prowadzący spotkanie może zaskoczyć uczestnika pytaniem, aby zachęcić do dyskusji.

Co do moich spotkań, to sam je organizuję niezależnie od wydawcy. Moim zamysłem jest nie tyle dyskusja o mojej powieści czy twórczości, ile o sztuce pisania, sprawach warsztatowych, promocji i autopromocji i podobnych kwestiach.

Co do spotkań z innymi pisarzami, to mieszkam na Wybrzeżu od niedawna i nie nawiązałem jeszcze kontaktów. Jest to oczywiście naturalne środowisko wymiany poglądów na poziomie zawodowym, nie jestem jednak pewien, czy ludzie z branży chętnie dzielą się swoimi doświadczeniami i wiedzą. Testowałem to wstępnie na jednym lub dwóch spotkaniach z pisarzami.

Sam nie odczuwam takich ograniczeń; uważam, że swobodne dzielenie się z innymi „sekretami” zawodu w niczym nie umniejsza mojej pozycji ani szans powodzenia, ponieważ pisarstwo jest rzeczą niezwykle indywidualną a na rynku jest dosyć miejsca dla dowolnej liczby geniuszy.

Istnienie setek podręczników, kursów pisarskich i udział nawet w dziesiątkach spotkań, samo z siebie nie uczyni z nikogo dobrego pisarza. Jest to efekt – jak to określił pewien amerykański pisarz a zarazem redaktor magazynu dla pisarzy – trzech czynników: wrodzonego talentu (rozumiem to jako naturalną łatwość ekspresji) umiejętności pisarskich (warsztat, którego można nauczyć się) oraz wytrwałości. Ostatni czynnik jest chyba niedoceniany.

Zapraszam na moje spotkania autorskie:

16 kwietnia godz. 18.30, Biblioteka Morena, Ul Wyrobka 5A, 80-288 Gdańsk, tel. 58 348 70 06

24 kwietnia godz. 18.00, Biblioteka Manhattan, al. Grunwaldzka 82, 80-244 Gdańsk-Wrzeszcz, tel.: 58 500 00 80

Oto najświeższy link do opinii o mojej powieści: Kamil Na półce przeczytane 2015 03 28

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/251623/sedzia-od-swietego-jerzego

Proszę pamiętać o przewinięciu strony docelowej, ponieważ jest tam kilka opinii umieszczonych jedna pod drugą.

Z powagą o autopromocji powieści i autora

Na początku marca ukaże się (w końcu) na rynku moja powieść „Sędzia od Świętego Jerzego”. Cały czas myślę o tym, jak będzie się sprzedawać.

Sukcesu pisarskiego nie mierzy się napisaniem (nawet bardzo dobrej) powieści, ale wprowadzeniem jej na rynek, upowszechnieniem w świadomości czytelników, pozytywnymi recenzjami i reakcjami, a w końcu wynikami sprzedaży.

Wczoraj oglądałem w nocy z żoną ceremonię przyznawania Oskarów filmowych. W dyskusji padły znamienne słowa: W okresie przed głosowaniem wszyscy zapominają, że film jest dziełem artystycznym i koncentrują się na nim jak na towarze (który wymaga promocji, aby dobrze się sprzedał). To mnie tylko umocniło w przeświadczeniu, że w najbliższych miesiącach muszę zakasać rękawy i aktywnie włączyć się w promocję własnej książki.

O potrzebie aktywnego udziału autora w promocji książki pisałem na blogu „O autopromocji. Pasja zwierzęca” z dnia 10 lutego 2015. Blog napisałem pod wpływem objawienia, jego doznałem w księgarni tysiąca książek.

Autopromocja pisarzy i poetów nie jest nowym wynalazkiem.

„Dla artystów, największym problemem do rozwiązania jest, jak dać się zauważyć” – Napisał Balzac w „Straconych złudzeniach”, powieści o życiu literackim w Paryżu na początku XIX wieku. Stendhal w swojej powieści bibliograficznej „Pamiętnik egotysty” pisał: ” Wielki sukces nie jest możliwy bez pewnego bezwstydu, a nawet otwartego szarlatanizmu”.

Autor tych obserwacji (Tony Perrottet) pisze, że te słowa powinny znaleźć się na herbie zrzeszenia autorów”. Przytaczam kilka jego dalszych wypowiedzi.

„Hemingway ustanowił nowoczesny złoty standard budowy własnej marki, przedstawiając swój wizerunek uzupełniony zdjęciami z wypraw safari, na ryby czy w miejsca, gdzie trwa wojna. Reklamował się również pozując do reklam piwa. W 1951 roku reklamował piwo „Ballantine Ale” na dwustronicowej wkładce magazynu „Life”, na której uwidoczniono jego zdjęcie w apartamencie w Hawanie”

Tyle na dzisiaj o wielkich pisarzach. Ich lista i opis działań autopromocyjnych jest przebogata. Przyjąłem je do wiadomości jako natchnienie dla własnych działań.

Dzisiaj potwierdziłem spotkanie autorskie w fili biblioteki wojewódzkiej mieszczącej się w dużym centrum handlowym w Gdańsku. Staram się równocześnie o zgodę na rozdanie tam ulotek reklamujących spotkanie autorskie na godzinę przed jego rozpoczęciem. Rzecz niby mała, lecz wymagająca zachodu i zawierająca w sobie wiele szczegółów.

C.d.n.

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Nr ISBN 978-83-7942-566-2. Format: książka drukowana. Wydawca Novae Res, Gdynia. Planowany termin wydania: początek marca 2015. Gatunek literacki: powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna.Sędzia od Świętego Jerzego  — Michael  Tequila

Blog Polska. Nieliczni zbuntowani. Część 2 i ostatnia.

Dzisiaj nie czuję się na siłach zadeklarować dnia uprzejmości.

Nie łudźmy się, jeśli jeszcze nie jesteśmy to stajemy się (w większości, nie w całości) społeczeństwem prostackim i prymitywnym. Opinie te wciskają mi usilnie i nieprzerwanie m. in. osoby wypowiadające się na licznych blogach Onetu, jak również sami właściciele platformy, którzy tolerują obraźliwą beznadziejność wypasającą się na ich łąkach.

Społeczeństwo garbacieje powoli, stopniowo. Widać to po stronie popytu jak i podaży kultury. Schodzi ona na psy, nie miejmy co do tego złudzeń. Łatwa, tandetna rozrywka krok po kroku, niezauważalnie, zajmuje miejsce rozrywki bardziej wyrafinowanej. Lubiłem kiedyś kabarety, szczególnie „Kabaret ani mru, mru”, „Kabaret Moralnego Niepokoju” oraz „Kabaret Hrabi”. Moje uczucia powoli więdną i umierają. Obserwuję widownię, za co oklaskuje aktorów kabaretowych. Ze scen kabaretowych coraz częściej i gęściej padają grubiańskie słowa i aluzje seksualne na poziomie zaświnionych krzaków, co – o zgrozo – widzowie entuzjastycznie oklaskują, jakby im ktoś w kieszeń narobił. Przepraszam za dosadność.

Są oczywiście twórcy, którym należałoby całować stopy, walczący z przemożnym trendem rosnącej bylejakości. Krystyna Janda wyjaśniała kiedyś, że wystawia niektóre spektakle teatralne bez specjalnych ambicji tylko po to tylko, aby zaspokajając gusta masowej widowni zarobić pieniądze i wystawić bardziej ambitną sztukę, na którą przychodzą nieliczni, bo jest bardziej ambitna, wymagająca i wyszukana.

W świecie komercji, która coraz bardziej osacza społeczeństwo, dostawcy kultury kierują się coraz wyraźniej gustami niższych szeregów konsumentów. Jeśli odbiorca, dostatecznie „masowy” życzy sobie produkt, o którym bohater Krokodyl Dundee mówi „It tastes like shit, but you can live on it” to coraz łatwej znajdują się producenci takiego g…a.

Kultura masowa w telewizji nie ma ambicji ciągnięcia społeczeństwa w górę oferując twórczość bardziej uduchowionych i utalentowanych autorów. Reaguje ona chętniej na ludzi mniej wybrednych, który pragną napchać się raczej niż nasmakować pięknem formy i bogactwem treści konsumując je bardziej w stanie fizycznej niż duchowej satysfakcji.

Powieść źle się sprzedaje, jeśli książka nie jest dostatecznie gruba. Ceny książek są ustalane w proporcji do ich grubości; im więcej stron tym lepiej. Możesz napisać arcydzieło literackie, ale nikt go nie opublikuje, jeśli książka jest zbyt cienka. Są techniki nadmuchiwania grubości książki: mniejszy format, większa czcionka, grubszy papier.

Dzisiejszy czytelnik coraz wyraźniej przepoczwarzający się w konsumenta, chce dużo treści za pieniądze i ją dostaje. To on określa wartość książki, kupując ją, a nie krytycy literaccy, znawcy literatury, nauczyciele-poloniści, ludzie kultury i wyrobieni czytelnicy, umiejący napisać rzeczową, wyważoną i przekonywującą opinię. Duże jest łatwe. Małe jest trudniejsze, ponieważ trudne jest wydobycie esencji. Prezydent de Gaulle zapytany, jak przygotowuje się do przemówień, z których był znany, odpowiedział mniej więcej tak: Jeśli mam mówić kilka godzin, mogę zacząć od razu, bez przygotowania. Przemówienie półgodzinne zajęłoby mi kilka godzin przygotowań. Jeśli miałby mówić trzy minuty, to musiałbym popracować nad tym kilka dni.

Sztuka nie służy zabijaniu czasu, ani leniwemu pochłanianiu treści, ale głębszym przeżyciom, intensywnym i oryginalnym, poszerzającym horyzonty ludzkiej egzystencji. Musi być bliżej Boga, na wzór którego podobno zostaliśmy stworzeni, niż dostawców kultury starających się zaspokoić masowe, czyli nijakie, gusta. Masowość nie jest domeną wielkiej sztuki, ale konsumpcji. Kultura jest elitarna, a masy nie lubią elit.

Dziwimy się politykom, tym na piedestale, premierom i przywódcom opozycji, że nie są tacy, jakimi chcielibyśmy, aby byli. Oni nie są i nie będą inni; są tacy sami jak większość społeczeństwa. Gdyby byli mądrzejszy, uczciwsi, walczyliby o dobro narodu, społeczeństwo nie udzieliłaby im tyle poparcia, aby przetrwali. – Dlaczego do polityki nie garną się profesorowie, wybitni artyści, najlepsi prawnicy? – Bo my, społeczeństwo, nie pomoglibyśmy im realizować aspiracji wznoszenia się na wyższe poziomy, sięgania poza własne egoistyczne pragnienia i ambicje.

Wyraziłem swój niepokój, lecz nie oferuję rozwiązania. Nie znam go, może dlatego, ze rozwój społeczeństw widzę najwyraźniej w kategorii alienacji rozumianej jako „ proces odrywania się wytworów ludzkiej działalności od swych twórców, urzeczowienia produktów ludzkiej pracy, instytucji społecznych oraz idei, jako niebezpieczeństwo podporządkowania sobie człowieka”.

 

 

Polska. Nieliczni zbuntowani. Część 1.

Tytuł blogu jest zmodyfikowanym zapożyczeniem z książki: „Indie. Miliony zbuntowanych.” autorstwa V.S.Naipaul’a, rzeczy godnej czytania i przeczytania. Jeśli ktoś ma choć cień wątpliwości, że życie w Polsce jest dobre i dostatnie, to po przeczytaniu tej książki dozna oświecenia i zacznie całować się po nogach z radości, że mieszka w tym kraju. Ja robię to od dawna, choć mieszkałem w Australii.

images (1) Podróże.Onet.pl Indie

 

 

 

 

 

Do wyrzucenia z siebie wszystkiego, co dobre i co złe, a zła jest wiele, gdyż jest ono oburzeniem na to, że świat nie jest taki, jak chciałbym, aby był, skłonili mnie synowa Pudźiarego, rozmowa z Czytelnikiem oraz moje własne zbuntowane ego.

Synowa Pudźiarego poinformowała mnie, że Premier Tusk mówił o znaczeniu i możliwościach objęcia przez Polaków wysokich stanowisk w Unii Europejskiej. Tekst wypowiedzi podobno nie był skomplikowany, tym niemniej nie miała ona wątpliwości, że nie zostałby zrozumiany przez więcej niż 10 procent polskich obywateli. Chyba wie, co mówi, bo jest nauczycielką, osobą świadomą procesów myślowych zachodzący w jej głowie i wielu innych. Ma do czynienia z dziećmi i rodzicami. Uparłem się razem z nią, że to założenie jest prawdziwe.

Wkrótce, jak po podsłuchu, zjawił się na skrzydłach Czytelnik, Czytelnik I i Czytelnik II, zapewne jeden, ale w trzech osobach i dodatkowo sprowokował mnie do niechętnego podsumowania, jacy jesteśmy jako społeczeństwo. Nie wypadło to dobrze.

Jesteśmy zbiorem mieszanym ludzi dojrzałych jak i prostaków, prawdopodobnie ani lepsi, ani gorsi od innych nacji. Z analiz specjalistów wynika, że wielu ludzi w Polsce czyta, jeśli już zdobędzie się na ten wysiłek (i nie chodzi tu o ulotkę o świeżych produktach piekarniczych, lecz coś bardziej znaczącego) i nie rozumie tego, co czyta. Nie znaczy to, że się nie wypowiadają, wręcz przeciwnie. Wszyscy mówią jak najęci. Ja jestem raczej wyjątkiem, bo głównie piszę (co nie znaczy, że nie nawiedza mnie od czasu do czasu pierwsza przypadłość).

Jest to wątpliwe dobrodziejstwo demokracji. Wszyscy jesteśmy równi i wszyscy jesteśmy wolni. Możemy myśleć, mówić i pisać, co nam ślina na język przyniesie. Prawda jest prosta. Z myśleniem jest źle, z pisaniem jest już trochę lepiej, bo podobno dzisiaj piszących jest więcej niż czytających, z mówieniem jest najlepiej. Wystarczy trochę śliny, która jest smarem czyli substancją do oliwienia poruszających się mechanizmów, język, który służy artykułowaniu mowy (rzadziej jej finezyjnemu smakowaniu) oraz oczy wzniesione w górę, nie w kontemplacyjnej szczerej modlitwie, lecz w poszukiwaniu pomocy Najwyższego w doborze odpowiednich słów. Myśli, stojących za słowami, nie ma potrzeby dobierać, gdyż same pchają się ku wyjściu jak słoma w sieczkarni.

C.d. nastąpi jak amen w pacierzu.

Dzień radości

Dziś, w czwartek 27 marca A.D. 2014, wspólnie obchodzimy święto prywatne, którego treść ujawnię na końcu.

Temat przewodni widzę oczyma duszy mojej („in my mind’s eyes” jak u Szekspira) w różnych postaciach geometrycznych: kwadratu, prostokąta, rombu lub koła. Ostatecznie decyduję się na prostokąt 50 x 40 +1. Figura ta  rosła wzdłuż i wszerz jak dobrze karmiony osesek, aby dzisiaj pokazać się w aureoli. Wiek figury: około 3 lat. Lat pracowitych, utkanych udanymi i mniej udanymi występami, refleksjami, krotochwilami, obserwacjami oraz obrazami postaci lubianych jak gruby portfel lub wrednych jak kret podgryzający korzonki szlachetnej rośliny.

Wprowadziłem trochę zamętu w opisie, aby z tym większymi fanfarami objawić radość. Liczba czytelników-subskrybentów zarejestrowanych na blogu www.MichaelTequila.com osiągnęła dzisiaj 2001!

Serdecznie dziękuję Wam, Drodzy Czytelnicy, za życzliwość okazywaną autorowi opóźnionemu w odkrywaniu miłości do pisania.

Od nastroju do Nobla

Dzień był mroczny, zimny, zmiennoustrojowy, jednym słowem – obskurny i nędzny. Prawdziwa zmora, która skacze ci na plecy i dusi nie czekając nawet nocy. Nastrój sklecony pośpiesznie przez zmorę był jeszcze gorszy. Katastrofa siedziała na plecach klęski, a ta na moim grzbiecie. Kiedy podły nastrój ujawnił swe czarne oblicze w wianuszku zimnych przekleństw, wrzasnąłem do niego: Nogi ci z …..powyrywam! Po literze „z”, która jest ostatnią literą alfabetu o symbolicznym znaczeniu końca, zawiesiłem głos. Dłuższy czas wisiał w powietrzu jak skała nad domem niewinnych staruszków.

Skąd mi je powyrywasz? – odkrzyknął nastrój z przekory albo z głupoty. Czytaj dalej

O kupowaniu i pisaniu książek

Czytelniczka o słonecznym imieniu Sunny przedstawiła mi swoje zainteresowania, które mogą być ważne także dla innych czytelników blogu. Zdecydowałem się udzielić odpowiedzi w formie bezpośredniego wpisu.
„Tak… tak chciałabym przeczytać tę książkę.
Jeżeli to możliwe, chciałabym również porozmawiać o pisaniu (nie tylko powieści)”
Cieszę się, że jest Pani zainteresowana powieścią „Plener zagubionych uczuć”. Jest ona dostępna w wielu międzynarodowych sklepach internetowych, których adresy są dostępne poprzez górny pasek strony autorskiej. Zakupu dokonuje się tak samo jak w Polsce, płatność kartą kredytową, być może także przez PayPal. Cena ebooka jest wyjątkowo atrakcyjna.
Rozmowa o pisaniu powieści: Proszę napisać w komentarzu do dowolnego bieżącego blogu, co Panią interesuje najbardziej. Temat jest niezwykle obszerny, łatwiej mi więc będzie odpowiadać na kolejne pytania, które mogą być interesujące także dla innych czytelników.
Chętnie podejmę ten wątek, ponieważ jest on ważny dla każdej osoby piszącej. Jednym z aspektów jest także kontakt pisarza z czytelnikiem i osobami piszącymi, rozumienie ich zainteresowań, podejścia, problemów. Czekam na pytania.

Życzenia

Przez trzy dni Świąt Bożego Narodzenia włącznie z Wigilią oferuję Państwu „Tryptyk Zadumy nad Wydarzeniami Niekoniecznie Pobożnymi”. Są to minirelacje opowiadane głównie ustami Wiktora, uważnego obserwatora wydarzeń małych i wielkich, słodkich i gorzkich. Wszystko, co mini, włącznie z majtkami, przywodzi Wiktorowi na myśl raczej pogodne i ciepłe wspomnienia, mnie natomiast kojarzy się w sposób zróżnicowany, czasem bajeczny jak życie w Polsce a innym razem mroczny jak piwniczna izba u Marii Konopnickiej.

Moim Czytelnikom, Ich Rodzinom I Przyjaciołom, składam najserdeczniejsze życzenia Szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia oraz Pomyślnego Nowego Roku, przede wszystkim życzenia zdrowia jak tur, ciepła rodzinnego o temperaturze lata australijskiego, nieskończonej miłości, szczerej dziecięcej radości, milionerskiej pomyślności, sukcesów jak smok, oraz wyrozumiałości i rozsądnej cierpliwości wobec bliźnich i wydarzeń.

Przerywnik literacki: Medycyna i łechtanie

Wpadłem wczoraj do mojego lekarza, aby porozmawiać na temat ostatniego testu badań krwi. Wyniki okazały się nadzwyczajne. Lekarz przeglądał je i raz po raz wykrzykiwał: Glukoza – perfekt! Hemoglobina – fantastyczna! Przy innych wynikach padały okrzyki: Rewelacyjne! Doskonałe! Trochę byłem rozczarowany, kiedy poziom witaminy B12 i kwasu foliowego uznał za normalny.

Nie ulegało wątpliwości, że doktor stał się moim adoratorem, ściślej – adoratorem mojego ciała. Przestraszyłem się nie na żarty. Nie lubię, kiedy adorują mnie mężczyźni, wolę, kiedy czynią to kobiety. Mało jest jednakże kobiet tak spostrzegawczych jak mężczyzna, który potrafi dostrzec piękno dojrzałego organizmu i ulec fascynacji jego funkcjonowania.

Zachwyt lekarza mile mnie połechtał. Tu powiedzmy sobie bez niepotrzebnego wstydu, czego budujące przykłady daje wszystkim Posełka Senyszyn, że łechtanie jest czynnością szlachetniejszą niż każda inna. Ona czyni to głosem. W tym momencie chciałbym wystawić mały pomniczek głosowi dzielnej Posełki, ale nie wiem jak. Może nawet pomnik, co zapewne zaproponowałby Jarosław Kaczyński, który jest zwolennikiem utrwalania w granicie i spiżu ważnych spraw doczesnych i wiecznych. Mogłaby to być inwokacja w rodzaju „Panie, świeć nad jej głosem!”, ewentualnie „ Panie: Zmiłuj się nad jej głosem!”. Którąś z nich, gdyby została przyjęta przez Sejm, intonowaliby posłowie przed lub po wystąpieniu Posełki. Skąd ona taki głos wzięła, tylko Bóg raczy wiedzieć. Nie wiem, czy możnaby jej to powiedzieć w oczy, bo ona i tak nie wierzy w Boga.

Jeśli zechcesz w tym momencie odejść od ekranu komputera, iPada lub innego sprytnego urządzenia komunikacji społecznej, aby oddać się łechtaniu, czynności bardziej dystyngowanej niż czytanie blogu, nie wezmę Ci tego za złe. Wręcz przeciwnie, będę zachwycony, że moje wzruszenie zrodzone w gabinecie lekarskim udzieliły się Tobie w takim stopniu, że postanowiłeś/aś natychmiast oddać się działaniom nieskończenie wytworniejszym.

Navigare necesse est, vivere non est necesse. Taki napis figuruje na Zielonej Bramie przy wejściu na ulicę Długi Targ w Gdańsku. Znaczy to: Nie musisz żyć, ale musisz żeglować. Żeglowanie jest ważniejsze od życia. Analogia jest jak najbardziej oczywista: Czytanie nie jest koniecznością, łechtanie natomiast jest. Możesz pozostać analfabetą, ale nie możesz odrzucić rozkoszy łechtania. Analfabetyzm nie boli, drugie natomiast postawiłoby cię pod szubienicą potępienia, którą przez lata cierpliwie budował Giacomo Girolamo Casanova, kawaler de Seingalt, uwodziciel, awanturnik, podróżnik i literat.

 

Dyskusja o blogowaniu. Gdzie i jak wydać książkę.

Paweł P. wpisał komentarz do mojego blogu z dnia 2 marca 2013. Nie odpowiedziałem nań w formie kolejnego komentarza, tylko bezpośrednim wpisem na blogu, gdyż chodzi o ważny nurt dyskusji. Zachęcam do przeczytania najpierw komentarza Pawła.

Kwestia jest fundamentalna. W jaki sposób pisarz, zwłaszcza początkujący lub mniej znany, może zaprezentować swoją twórczość czytelnikom, skoro znaleźć wydawcę jest niezwykle trudno? To, co pozostaje autorowi to publikować swoje utwory we własnym zakresie, na przykład na blogu.

Publikacja na blogu ma dwa poważne mankamenty: autor nie ma z tego żadnego dochodu, a promocja książki jest ograniczona, jeśli robi się to wyłacznie przez blog.

Jestem przekonany, że jest to mimo wszystko dobra droga, przynajmniej na początek. I mam na to kapitalny przykład. Jest nim powieść „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, która stała się fantastycznym bestsellerem. Teraz cytuję informację z polskiego wydania tej książki: „Pierwsza wersja niniejszej powieści zatytułowana Master of Universe ukazała się wcześniej w Internecie. Autorka wydała ją w formie odcinków, z innymi bohaterami, pod pseudonimem Snowqueen’s Icedragon”.

Krótko mówiąc, niezwykle poczytna dzisiaj autorka też zaczynała od publikacji powieści na blogu lub na własnej albo cudzej stronie internetowej. W jaki sposób przyczyniło się to do jej ostatecznego publicystycznego sukcesu, tego jeszcze nie wiem. Jestem przekonany, że publikacja powieści w odcinkach w Internecie z pewnością wytyczyła jej drogę do sukcesu. Poszukując wydawcy autorka miała w ręku liczące się atuty: „moja powieść ukazała się już w formie odcinków, wywołała zainteresowanie, uzyskała dużo pozytywnych komentarzy, przeczytało ją 5000 osób” lub coś w tym rodzaju.

Uważałbym to za znakomitą rekomendację. Jej sens polega na tym, że nieznany szerzej autor lub autorka pojawia się jako ktoś, kto zyskał już pewną pozycję, ma czytelników, ma pozytywne opinie, odniósł sukces. Jest kimś, na kogo warto zwrócić uwagę.

Dyskusja o blogowaniu na Forum Pisarskim. Część 1.

Od czasu do czasu udzielam się na forum Platformy Pisarskiej. Postanowiłem wykorzystać te wpisy jak i wypowiedzi innych osób w charakterze przerywników pisarskich na blogu. Kilka dni temu dowiedziałem się, że jedna z niezwykle popularnych dzisiaj pozycji beletrystycznych była najpierw opublikowana przez autorkę w odcinkach na blogu, a dopiero później została wydana w formie książkowej. To mnie umocniło w przekonaniu, że temat jest znaczący.

Być może stanie się to jedną z ciekawszych form wydawniczych: pisanie utworów literackich i publikowanie ich na blogu. Czytelnicy mają przyjemność, autor ma satysfakcję, nikt nie ma pieniędzy. Może to i jest coś nowatorskiego? Czyżby nowy, dyskretny styl walki z rozbuchanym konsumpcjonizmem?

Wpis z 13.01.2013 Michael Tequila

Wracam na forum omalże jako syn marnotrawny, który opuścił gościnny dom i wałęsał się po świecie dorabiając się jedynie pytań i wątpliwości. Liczę na to, że rozumni i skłonni do wybaczania zechcą oświetlić mnie swoimi przemyśleniami.

Prowadzę blog autorski. Jest on dla mnie ważny. Obciąża on jednak bardzo moją kulejącą (bo raczej powolną) aktywność pisarską. Pisząc blog, poświęcam mniej czasu „właściwemu” pisaniu. Zbiór opowiadań, który rozpaczliwie usiłuję zakończyć, piszę już ponad rok. I tak to szarpię się między blogiem, który ma służyć promocji mojego pisarstwa a uprawianiem właściwie rozumianego pisarstwa (opowiadania, nowele, powieści).

Tu nasuwa się pytanie: Jakie znaczenie ma blog autorski dla twórczości pisarskiej? Czy prowadzenie blogu nie jest przypadkiem przeszkodą w rozwoju tej twórczości? Czy rosnąca popularność blogu ma sens, jeśli się nie publikuje się książek? Jak pogodzić pisanie blogów z pisaniem utworów literackich?

Szukając odpowiedzi eksperymentuję. Ostatnio rozpocząłem pisanie na blogu opowiadania w odcinkach. Chciałbym je później opublikować razem z innymi opowiadaniami w postaci ebooka. Jak taki blog jest oceniany? Czy ktoś ma jakieś doświadczenia w materii blogowania i pisarstwa na poważnie? Pozdrawiam z ciepłej Adelajdy.

Wpis 2 z 14-01-2013 Eksztyn D.

Ja też planowałem zagarnąć trochę miejsca w sieci dla siebie, ale z opcji blog zrezygnowałem, bo ma nieszczęśliwą zobowiązującą formę. Wiadomo o co chodzi, układ chronologiczny. Może lepsza byłaby strona www, którą można wzbogacać i przekonstruowywać.

Takie spostrzeżenie z punktu widzenia twórcy: blog posuwa się dalej, co wpływa na faworyzowanie nowości względem przecież równie istotnych starości, a stronę się rozszerza, wszystko jest w niej jakby na jednej płaszczyźnie/poziomie. Niby nic, ale moim zdaniem przez to blog wpisuje się swoją formą w nowinkarski, ciekawostkowy nurt, z którym twórczość poważniejsza nie powinna chyba chcieć się znać

Wpis 3 z 14-01-2013 Michael Tequila

Nieco inaczej widzę blog i jego możliwości. Mój blog podzieliłem na przykład na cztery części tematyczne. Jeśli „poważniejsze” tematy chciałbym wyróżnić, to mogę je oznaczyć jako takie. Z drugiej strony to, co autor bloga uważa za wartościowszy lub poważniejszy temat, niekoniecznie jest tak widziane przez czytelnika.

Układ chronologiczny ma swoją logikę, która dominuje chyba nad wszystkimi innymi. Mianowicie taką, że najnowsze wiadomości są najbardziej poszukiwane, gdyż zawierają wypowiedzi autora i komentarze czytelników na to, co jest najbardziej aktualne. Chronologia zmusza jednak blogera do regularnego poświęcania czasu na blogowanie, ponieważ nikt nie czyta blogów, które pojawiają się raz od wielkiego dzwonu, nieregularnie. Taki blog jest jak gazeta, która zawiera te same treści na początku, w środku i na końcu miesiąca.

Dla mnie największym wyzwaniem jest przedstawianie tematów na blogu, które są ważne dla czytelnika oraz zachowanie równowagi między czasem poświęcanym na pisanie blogu a czasem poświęcanym pisarstwu „właściwemu”.

Chętnie zobaczyłbym tutaj komentarze, jak widziany jest mój blog w sensie jakości oraz znaczenia jego treści dla czytelnika.

Recenzja „Babuni” Frederique Deghelt. Świat Książki, Warszawa, 2011. Część 1.

Wczoraj zakończyłem czytanie powieści „Babunia”. W trakcie czytania robiłem sobie notatki z myślą o recenzji.

Jest to mądra powieść. Będzie ona interesująca w szczególności dla osób piszących, ponieważ przedstawia rozległe obszary świadomości i uczuć czytelnika uruchamiane w trakcie czytania książek.

Powieść koncentruje się na relacjach zachodzących między dorosłą wnuczką Jade, która pisze własną powieść, a jej babką, która zawsze była namiętną czytelniczką książek, choć ukrywała to przed światem. Od momentu, kiedy obie kobiety zamieszkały razem, Babunia stara się pomóc wnuczce w pisaniu i wydaniu jej powieści. Jej pomoc polega na komentowaniu treści powieści wnuczki, którą ta jej udostępniła, jak i dzieleniu się własnymi przeżyciami, odczuciami i doświadczeniami pochodzącymi z literatury wielu książek różnych autorów. Pomijam tutaj wątki i treści niedotyczące samej kwestii pisania i czytania książek, a są one jak najbardziej ciekawe i intrygujące: interakcji między wnuczką a Babunią, relacji rodzinnych, minionej i aktualnej miłości wnuczki do mężczyzny, miłości Babuni do męża i jej zauroczenia innymi mężczyznami.

Zachwycił mnie czar języka autorki, jej „poezja słowa”. Powieść jest przykładem pięknej formy i stylu. Zdania, ich fragmenty, zwroty porywają i nadają szczególnego smak u powieści; są jak doskonałe lody dla podniebienia miłośnika rzeczy słodkich i rozkosznych. Z tego punktu widzenia jest to powieść o walorach, które cenią sobie poeci i miłośnicy poezji. Przytoczę dwa cytaty: „Moje dłonie były towarzyszkami duszy, rzemieślnikami spełnionych marzeń”, „Stąpałam po słowach podszeptywanych mi przez niebo, w którym mieszka moja miłość do pisarzy” (str. 50). Wspaniały jest również wiersz o pocałunku pochodzący z Cyrano de Bergerac” Edmonda Rostanda w tłumaczeniu Marii Konopnickiej i Włodzimierza Zagórskiego. Wiersz, tak jak został przetłumaczony, to istne arcydzieło. Nie wiedziałem, że Maria Konopnicka i Włodzimierz Zagórski (postać mi nie nieznana) tak rewelacyjnie tłumaczyli.

W powieści zasługują również na uwagę oryginalne obserwacje, opinie i powiedzenia. Wynotowałem sobie kilka z nich: Str. 26: „Udana starość to druga młodość. Odmłodnieć albo zniknąć – oto wybór”, str. 33: „Przyzwyczajenie do głupoty i biedy”, str. 35: „Czytanie było przede wszystkim stratą oświetlenia i marnowaniem czasu”, str. 36: „On nie wie już niczego, ma książki”. „Śmierć kpi sobie z książek i wiedzy”, str. 130 „Szkoła …nauczyła mnie czytać, szkoła czytania nauczyła mnie żyć”.

Pozytywnych wrażeń językowych powieści nie psują nieliczne niedociągnięcia i błędy takie, jak brak przecinków przed „że” i „żeby” czy też zdanie wypowiedziane przez Babunię (str. 35) „Kiedy opowiadam Jade swoją historię”, co powinno mieć formę „Kiedy opowiadam Jade moją historię”. W powieści jest więcej problematycznych użyć zaimka dzierżawczego „swój”, ale mogą one nie zwrócić uwagi czytelnika. To zaimek trudny w użyciu.

„Babunia” jest dowodem pomysłowości literackiej w sensie prezentacji w formie powieści bogatego tematu pisania, czytania i dyskusji o książkach. Jest ona swoistą rozprawą o sztuce czytania, pisania i wymiany poglądów na temat książek. Osoby piszące (pisarze o różnym stopniu zaawansowania) jak i te zainteresowane pracą pisarską zajdą tutaj wiele wskazówek, rad i treści do przemyśleń. Zawarte są one przede wszystkim w refleksjach głównej bohaterki powieści, Babuni. Oto cytat z jej rozważań na temat powieści pisanej przez wnuczkę: „W swojej powieści Jade angażuje czytelnika w odkrywanie postaci. Bohaterowie maja mało czasu, ale tego nie wiedzą. Intryga zawiązuje się tylko wokół tej kwestii: pochłonięci ich życiem, my, czytelnicy, nie wiemy o tym, że wkrótce znikną” (str. 118).

Znaczenie imion w życiu i literaturze

Imiona i nazwiska postaci literackich mają swoją wymowę. Nie pojawiają się one przypadkowo, przynajmniej nie powinno tak być z punktu widzenia dzisiejszej sztuki pisarskiej. Muszą one spełniać pewne kryteria, przede wszystkim odpowiadać charakterowi i roli postaci (zwłaszcza pierwszoplanowej). Imię bohatera jest z nim integralnie związane poprzez jego osobowość, historię, działania. Osoba pozytywna będzie mieć zapewne imię miłe w brzmieniu lub skojarzeniach, zupełnie odmiennie autor „ochrzci” natomiast czarny charakter, łajdaka. W powieści nie powinny pojawić się imiona lub nazwiska, które są do siebie podobne, ponieważ może to dezorientować czytelnika. Nie powinny też być one zbyt długie lub skomplikowane, ponieważ utrudnia to ich zapamiętywanie.

Życie też ma swoje „imienne” wymagania i mody. Jak wybrać imię dziecka? – oto pytanie na miarę omalże szekspirowską. Rozważania o imionach dzieci przedstawia dalszy ciąg dzisiejszego blogu. Został on przygotowany przez Olę Michalak, osobę przeuroczą a zarazem zdecydowaną, jeśli chodzi o wybór imienia.

Co do imienia, to od dłuższego czasu trwa w Polsce era przywracania do łask pięknych polskich imion takich jak Franciszek, Stanisław, Leonard, Antonina, Klara, Apolonia, Pola itp. Wciąż także popularne są imiona pochodzenia rosyjskiego jak Nadia, Lena, Natasza. Sama osobiście znam kilka Antosi. Jako dziecko wołają na te dziewczynki Antosia lub Tosia, ale jak będzie dorosła to raczej zwrócą się do nich Pani Antonino, a nie Pani Antosiu. Tak samo jest z popularnym imieniem Zosia; pełne imię to wciąż Zofia. Brzmi również niezwykle poważnie. Uczyłam dziewczynki o imieniu Róża i Jaśmina i nigdy nie zauważyłam, by komukolwiek, kto według naszego uznania nosi oryginalne imię, dzieci dokuczały czy przezywały.

To tak samo jak żadnego dziecka nie dziwi, że po szkole poruszają się dzieci na wózkach inwalidzkich, czy przez porażenie mózgowe mają inny wyraz twarzy niż zdrowe dzieci. Myślę, że to już nie te czasy. Szybciej będą się wyśmiewać, jak ktoś będzie miał niemodny telefon komórkowy niż oryginalne imię. Po prostu w szkołach jest już tyle dzieci o najróżniejszych imionach, że nikomu się to już nie wydaje ani dziwne, ani wyjątkowe.

Poza tym niedaleko patrząc, kiedy nasi rodzice nadawali imię Sonia, to były to czasy, kiedy to imię nadawano ulubionej suczce. Dzisiaj chyba już nikt nie nadaje tego imienia zwierzakom. Podobne dobre rady dostawała teściowa, kiedy decydowała się nazwać syna Fryderyk. Pojawiły się zastrzeżenia: A że poważne, a że będą się śmieli i wołali Chopin. Ani Sonia, ani Fryderyk nie mają problemów z akceptacją swojego imienia i przynajmniej ludzie zwracają się do nich z pełnego imienia: Soniu, Fryderyku. Do mnie natomiast nikt nie mówi Aleksandra, wszyscy mówią Ola. Także, co mi z tego, że mam ładne pełne imię, jak i tak ludzie posługują się o wiele brzydszym skrótem.

A co do skojarzeń z chorobami. Na przykład imię Amelia. Co się okazało? Amelia (łac. amelia, z gr. α = „bez” + μέλος, μέλεα = „kończyna, kończyny”) – to wada wrodzona polegająca na całkowitym braku kończyny lub kończyn. Może ona stanowić część zespołu wad wrodzonych lub występować jako wada izolowana, w części przypadków będąca wynikiem działania szkodliwych czynników (teratogenów) na rozwijający się zarodek lub płód.

A jeśli chodzi o Panią Luksemburg, to myślę, że pokolenie naszych dzieci nie będzie wiedziało, kto to był. A nawet jeśli tak, to takiej historii uczy się w liceach, kiedy nikomu do głowy nie przychodzi dokuczanie z powodu imienia. Jako przeciwwagę mogę podać inną postać historyczną o tym imieniu: Róża Maria Sapieha. Była to księżniczka, uczestniczka Powstania Warszawskiego, pełniąca funkcję sanitariuszki. Zastanawiałam się nad atrakcyjnością imienia Rozalia, jednak skrót od tego imienia czyli Rózia kojarzy mi się z niezbyt rozgarniętymi dziewczętami (najczęściej chłopkami, mamkami, niańkami), o których czytało się w lekturach szkolnych.

Podsumowując mam wrażenie, że wszystko jest kwestią skojarzeń i utartych w naszych głowach stereotypach. A czy dane imię się polubi czy nie zależy od tego, jacy ludzie to imię noszą. Jeśli sympatyczni, to i imię będzie się nam dobrze kojarzyło. A jeśli tacy, za którymi nie przepadamy, to i piękno samego imienia nie pomoże w pozbyciu się złego wrażenia.

Róża to przede wszystkim piękny, szlachetny kwiat i tego się trzymajmy.

PS. W miejsce zaproszenia na majówkę z przyjemnością udostępniam bezpłatnie moim Czytelnikom oraz ich Przyjaciołom i Znajomym moje trzy ebooki. Są one do pobrania ze strony http://www.smashwords.com/profile/view/michaeltequila do 10 maja 2012. Skorzystaj z okazji i pobierz gratis dowolną pozycję na swój komputer lub czytnik ebooków. Pozdrawiam. Michael Tequila.

 

Pisarze, tłumacze i czytelnicy czyli horror w łagodnej formie

Każdy z nas lubi czytać. I czyta. Ci, którzy umieją jeszcze pisać, piszą, również o tym, ile społeczeństwo czyta. Wydaje im się, że czytelnicy to tylko ci, co czytają książki. A przecież jest tyle innych tekstów godnych czytania: reklamy w gazetach, nalepki z opisami produktów w supermarketach, hasła w szaletach publicznych reklamujące znawców anatomii i miłości, kolorowe napisy w McDonaldzie, gdzie litery są takie jak w gazecie za to kanapki na zdjęciu obok są 6 razy większe i piękniejsze niż te rzeczywiste, godziny przyjazdów i odjazdów autobusów, grafitti. Mógłbym wymieniać znacznie dłużej, ale nie miałbym czasu na czytanie. Podsumuje więc tylko: z czytaniem nie jest tak źle. Jeszcze lepiej ma się pisanie i tłumaczenie.

Zanurzyłem się dwa dni temu w literaturę kobiecą, aby zrozumieć coś niecoś z pasji literackiej kobiet piszących dla Wydawnictwa Harlequin, i tych, które je czytają. Zacząłem czytać Harlequin Special „Sezon na randki” autorstwa trzech pań: E. Bevarly, T. Kelleher i M. Leo. Z trzech opowiadań zachwyciła mnie już pierwsze „Bilet w jedną stronę” tak bardzo, że nie będę mieć czasu na czytanie pozostałych.

Po dwóch – trzech stronach doszedłem do wniosku, że w grę wchodzi potężna kombinacja sił: kobieta-pisarz, kobieta-tłumacz, kobieta-czytelnik. Ponieważ zabawiam się w krytyka literackiego, powinienem wyjaśnić od razu, że atrakcyjność opowiadania tkwi nie tylko w języku i stylu autorki, ale prawdopodobnie i w sposobie tłumaczenia angielskiego oryginału na polski. Nie znam oryginału, lecz przyznałem sobie prawo stwierdzenia, że tłumaczka Aleksandra Komornicka dosyć swobodnie tym razem potraktowała swoją pracę. Przytoczę kilka próbek:

Tess Truesdale, założycielka i naczelna redaktorka superatrakcyjnego magazynu „Tess” dla superniegrzecznych dziewczynek, pławiła się w rozproszonym blasku światła. Siedziała za biurkiem z nierdzewnej stali …gdy dwie inne osoby w gabinecie wierciły się na wintagowych* krzesłach.

Gwiazdka przy „wintagowych„ prowadzi do wyjaśnienia: Vintage – rzeczy z przeszłości; ubrania dodatki, meble, które przezywają druga młodość (przy. Tłum.). Sam jestem tłumaczem i zachwyciłem się prostotą podejścia do tłumaczenia. Nie znasz obcego wyrazu – przetłumacz go przekręcając jego angielską formę na polską i wyjaśnij opisowo, co to znaczy. Zilustruję to własnym przykładem: „He had an egg for breakfast” możnaby przetłumaczyć: „Miał egga na śniadanie” (bardziej wyrafinowane tłumaczenie: „Zjadł egga na śniadanie”) a następnie wyjaśnić, że „egg” to „produkt kurzany sprzedawany powszechnie w opakowaniach po 12 sztuk, kształtu owalnego, łatwo tłukący się”.

„Nigdy wzornictwo duńskie nie było takie industrialne”. Tutaj przydałby się przypis tłumacza, że industrialny należy rozumieć jako „przemysłowy” na przykład „wzornictwo przemysłowe”.

W tekście jest wiele perełek pretensjonalności, swobody skojarzeń, beztroski języka i tłumaczenia. Przytoczę pierwsze z brzegu: „…śmiech i zadowolenie były niemożliwe z czysto fizycznych powodów”, „Naprawdę było w tym coś z karmy”, „Olympia była „chałupą” w Southampton, należącą do Tess i jej trzeciego męża, Spirosa Andreopolisa, multimiliardera, właściciela zbiornikowca”.

Ten multimiliarder to ciekawy typ. Jest właścicielem zbiornikowca. Można podejrzewać, ze facet udaje Greka i mając tyle fur pieniędzy ma tylko jeden zbiornikowiec, który zasłużył na wyróżnienie ze strony autorki. Multimiliarder jest jednak oddanym mężem skoro autorka pisze w następnym zdaniu: „Spiros robił mi masaż stóp nowym preparatem Kiehlsa, o którym pisałyśmy w ubiegłym miesiącu, ja zaś sączyłam boski koktajl pod cudowna nazwą Perfect Cosmopolitan.”

Literatura opowiadania nastroiła mnie optymistycznie. Umocniłem się w przekonaniu, że nie święci garnki lepią. Przetłumaczyłem to sobie na język polski: Chłopie, pisz! I ty masz szansę być publikowanym!