Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 115: Autor i jego książka

Drodzy Czytelnicy,

Powieść „Laboratorium szyfrowanych koni” składa się z trzech części. Część I: „Sefardi i Isabela”. Odcinek numer 115 (poniższy) kończy tę część. Część II: „Josef i Laboratorium”. Zaczynam publikować ją od jutra. Część III: „Apokalipsa”.

Część ostatnia, zdecydowanie najkrótsza, to „Epilog”, łączący ze sobą wszystkie wątki powieści.  

Serdecznie zapraszam do czytania i równie serdecznie pozdrawiam,
Michael Tequila

Powieść „Wniebowstąpienie oszusta” znalazła się w sprzedaży w Afarze, a także w Nowym Jorku, Paryżu, Londynie oraz innych wielkich miastach już następnego dnia po konferencji prasowej. Jej tłumaczenia na języki obce zostały wykonane w tajemnicy i z wyprzedzeniem. Książkę drukowano nieprzerwanie dzień i noc, aby trafiła do księgarń w terminie. Pojawienie się Sefardiego na konferencji określano jako powrót z zaświatów lub powstanie z popiołów. Pogrzeb z oszalałym karawanem, stypa przypominająca festyn świąteczny oraz dziwny zamach na wiec polityczny, w końcu sama konferencja, okazały się znakomitą reklamą autora i jego książki. W Nomadii została ona uznana za najlepszą reklamę roku.

Przeciwnicy Sefardiego kwestionowali tę opinię argumentując, że w głosowaniu uczestniczyli wyłącznie obywatele Nomadii, że zabrakło głosów użytkowników telefonów komórkowych z innych krajów, że głosowanie powinno uwzględniać także opinie obywateli niekorzystających z telefonu komórkowego, ludzi starszych, niewidomych oraz inwalidów bez ręki, a nawet że sam konkurs nie był dostatecznie rozpropagowany. Zarzutom nie było końca.

Ostatecznie los autora i książki rozstrzygnęła Światowa Rada Pisarzy, która na wniosek Międzynarodowego Zrzeszenia Reklamodawców i Reklamobiorców uznała Sefardiego Barokę za najlepszego pisarza roku. W uzasadnieniu podkreślono, że on pierwszy odkrył i udowodnił, że wielka literatura nie istnieje bez wielkiej reklamy i że geniusz literacki wyraża się w integracji zdolności pisarskich z umiejętnościami promocji. Decyzja ucięła dyskusje toczące się wokół Sefardiego i zjednoczyła społeczeństwo. Nomadyjczycy uznali jego osiągnięcie za sukces narodowy, a jego samego za bohatera. Nikt nie miał wątpliwości, że Sefardi słusznie stanął na piedestale zwycięzcy.

*****

– Bardzo dobrze, że stało się to, co się stało – przyznał z radością ksiądz Terrano w wywiadzie, o który poproszono go jako spowiednika i przyjaciela Sefardiego. Był szczęśliwy, że po raz pierwszy w historii kraju społeczeństwo zjednoczyło się wokół wspólnej wartości. Uznał to za datę narodzin patriotyzmu solidarnego, nie dzielonego na kawałki. Jego radość była tym większa, że oznaczała koniec nagabywania go o informacje dotyczące Sefardiego Baroki. Miniony okres dał mu się bardzo we znaki; w telewizji ksiądz pojawił się nieogolony. Nawet krytyka biskupa, że wychudzony i zaniedbany duchowny nie powinien pokazywać się publicznie, nie poruszyła go.

– Wolałbym, aby ksiądz nabrał ciała i chodził nawet z brzuchem, niż pokazywał się chudy jak zagubiony na pustyni asceta. Jaki to tworzy wizerunek naszego kościoła? Kościoła ubogich proletariuszy czy kościoła reprezentującego zamożne społeczeństwo, jakim już prawie jesteśmy?

Księdzu nie sprawiło trudności zapomnienie gorzkich pouczeń przełożonego.

– To koniec mojej mordęgi. Dzięki ci, Panie – słowa wdzięczności Amizgao skierował do nieba natychmiast po wyjściu z budynku stacji telewizyjnej. Odczuł wielką ulgę z powodu zjednoczenia całego kraju w duchu miłości i pojednania. Jego wdzięczność nigdy nie była tak szczera, choć był najuczciwszym ze wszystkich uczciwych duchownych. Był przekonany, że jest ich niemało.

Koniec Części I

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 103: Przygotowania do audiencji

W niebie już wcześniej wydano dyspozycje. Wszystko było przygotowane. Zaproszenia rozesłane, stoły zastawione, orkiestra w komplecie. Ustalono, jakie utwory będą grane. Były to głównie marsze weselne, muzyka klasyczna. W wyborze kierowano się przede wszystkim tym, co lubi pisarz, serdecznie oczekiwany gość. Nie używano czasu przeszłego, form „lubił” i „nie lubił”, tylko teraźniejszego, zgodnego z nową rzeczywistością.

*****

Isabela przejrzała kartki z nazwiskami osób zaproszonych na uroczystość powitania Sefardiego w sali audiencyjnej. Stały równo ustawione na stole. Wśród zaproszonych nie dostrzegła nazwiska gubernatora Barrasa Blawatsky’ego. Dziwiła się, dlaczego myśl o gubernatorze w ogóle przyszła jej do głowy. Byłaby to absurdalna sytuacja, ponieważ obydwaj mężczyźni nie znosili się. Ponadto Barras okazał się gejem. Ukrywał się z tym przez lata. Geje byli jej obojętni, nie interesowali jej.

– Barras nie akceptował swojej seksualności. Dlatego ukrywał się ze swoimi znajomościami i relacjami. – Tym stwierdzeniem Isabela postanowiła zakończyć tę część opowiadania. W głowie szumiały jej koniak i kawa. W pokoju rozległ się chichot. Isabela poznała głos Sefardiego i wzdrygnęła się. Był tak wyraźny, jakby dobiegał zza pleców. Mimo woli obejrzała się do tyłu. W uchylonym oknie poruszyła się firanka. Była pewna, że jest zamknięte.

– Sefardi chichocze jak Barras – Skwitowała i sama zaśmiała się nerwowo. Może on też był gejem. Nigdy nie dobierał się do mnie. Zastanowiła się nad tym. Wstała i podeszła do lustra. Popatrzyła na siebie i pomyślała, że jest warta grzechu.

*****

– Z nieba pogrzeb wygląda zupełnie inaczej – Isabela opisywała orszak żałobników widziany z góry. –Widoczne są same głowy i ramiona, nie widać żadnych sylwetek. Karawan to kwadracik przesuwający się w dole, konie to pogrubiałe kreski. Kropki, setki kropek, to głowy ludzkie. Na końcu ukazuje się cmentarz, trochę nierówny w kształcie, nie jego płaski fragment, jak to widzą ludzie na ziemi.

Wróciła myślą do Sefardiego, który lada moment miał przybyć do nieba na spotkanie z Bogiem, kiedy nagle wątpliwość poraziła ją swoją realnością.

– A może do czyśćca? – Zadała sobie pytanie. W głowie nadal czuła szum, wypiła więc jeszcze jeden kieliszek koniaku, aby rozjaśnić myśli, po czym odpowiedziała samej sobie.

– Nie może iść do czyśćca, bo to skomplikuje spotkanie z Bogiem. Nigdy nie słyszałam, aby na takie spotkanie ktoś po drodze szedł do czyśćca albo on tam przebywał. Są zresztą ludzie, którzy twierdzą, że czyśćca nie ma, jest tylko niebo i piekło, a w nich dobro i zło, radość i rozpacz.

W czasie uroczystości pogrzebowej Sefardi był jakby nieobecny. Nie za bardzo wiedział, czy cieszyć się tym, czy martwić. Starał się zachowywać zgodnie z tradycją i wyobrażeniami o przyzwoitości pośmiertnej. Nie był sobą, był roztrojony. W urnach spoczywało jego spopielone ciało, dusza jednak pozostała nienaruszona, a on unosił się nad tym wszystkim. Patrzył na duszę, a ona na niego; również wyglądała osamotniona. Nie cieszyła ją nawet perspektywa wniebowstąpienia. Myślała o tym, jak zintegrować się z ciałem choćby częściowo, nawet przejściowo, jak rekwizyt pojawiający się w rękach aktora w teatrze.

– Jeśli to nie nastąpi, wypadnę głupio. Jestem taka mała i lekka, prawie niezauważalna. Muszę mieć jakieś ciało. – Przekonywała sama siebie.

Sefardi nie rwał się do jednania duszy i ciała. Uznał to za dylemat niemożliwy do rozstrzygnięcia. Tak go widzieli ojcowie i doktorzy kościoła, cała szesnastka, których dzieła czytał, a przynajmniej przewertował. Ich rozumienie i interpretacja spraw życia i śmierci stanowiły dla niego wytyczne myślenia i postępowania.

Diabeł cieszył się perspektywą przybycia Sefardiego na niebiańską audiencję bardziej niż ktokolwiek inny. Nie był aniołem, miał swoje za uszami, reputację zszarganą swoimi poglądami i sprzeciwem wobec legalnej władzy. On sam, rządca piekła w imieniu Szatana, który po stronie zła równoważył moc i dobroć Boga, uważał jednak, że był na swój sposób uczciwy, choć wielu się to nie podobało, zarzucając mu okrucieństwo.

– To tak, jakby zarządcy więzienia zarzucano odpowiedzialność za to, że trzyma w więzieniu, którego sam przecież nie zbudował, w warunkach, których sam przecież nie stworzył, ludzi bardziej lub mniej cierpiących. Potrafił też być obiektywny, tak mu się przynajmniej wydawało.

Jednego nie był pewien: jakie imię przybrać na czas uroczystości. Miało ono być zapisane na kartach ustawionych na stole w sali audiencyjnej. Nie mógł zdecydować się, które z jego licznych imion będzie najbardziej stosowne. Przedtem wybrał swój najlepszy wizerunek, przeglądając niezliczone obrazy powstałe na przestrzeni wieków. Najbardziej przypadł mu do gustu diabeł z szesnastego wieku anonimowego malarza portugalskiego. Ten wizerunek kosmatej, nagiej istoty z długim ogonem, rogami i ogniście czerwonymi oczami, uznał za najwłaściwszy. Z imieniem nie szło mu tak łatwo.

Jubileusz. Setny odcinek powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”

Drodzy Czytelnicy,

To już setny odcinek mojej powieści „Laboratorium szyfrowanych koni” publikowany na stronie autorskiej. Korzystam z okazji, aby serdecznie podziękować Państwu za wytrwałość czytelniczą.

„Laboratorium” to eksperyment literacki. Wiele osób skarży się na brak czasu. Wierzę, bo sam też to odczuwam. Właśnie dlatego zdecydowałem się publikować powieść w odcinkach; codziennie nowy odcinek, ilustrowany jednym lub dwoma zdjęciami.

Powieść jest skonfigurowana do wygodnego czytania na komputerze, tablecie i smartfonie: strona otwiera się w ciągu kilku/kilkunastu sekund, brak reklam, jeden odcinek wymaga około trzech minut czytania, duża czcionka, wyraźne akapity. Powieść można czytać w trakcie jazdy autobusem, w tramwaju, w przychodni lekarskiej czy nawet w korku ulicznym.

Cieszy mnie, że powieść czyta przeciętnie (codziennie) ponad 300 osób. Jest to dla mnie prawdziwe wyzwanie. Mam poczucie, że jeśli kolejne odcinki stałyby się mniej atrakcyjne, ilość czytelników zacznie od razu spadać. Ta natychmiastowość stawia mnie na palcach (także z sensie dosłownym, bo pracuję przy biurku o ruchomy blacie, najczęściej na stojąco) i prawdziwie mobilizuje.

O powieści napiszę wkrótce coś więcej. Jest już ona gotowa w formie pierwszego rękopisu. Publikując ją fragmentami mam możliwość ostatecznego „dopracowania” tekstu. Doskonalenie dzieła literackiego nigdy się nie kończy. Ernest Hemingway pisał o sobie, ze poprawia swój tekst tak długo, aż (w wolnym tłumaczeniu) żygać mu się chce; wtedy oddaje tekst do druku. Podzielam jego opinię.

Na zakończenie chciałoby się zakrzyknąć jak Edward Gierek: „Pomożecie?” i usłyszeć podobnie jak on: „Pomożemy!”.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 74: Burza w remizie strażackiej

Aluzja do burzliwej dyskusji parlamentarnej została przyjęta aplauzem. Słuchającym podobało się, że ksiądz mówił o wybrańcach narodu żartobliwie a nawet złośliwie. Konferansjer energicznym ruchem ręki przeciął rozgardiasz.

– W Casi, latem w oknach, a zimą przed telewizorami, siedzą nasi bliźni, przyjaciele, krewni i sąsiedzi zamknięci w skorupie własnej ograniczoności. Ci nieszczęśnicy nie znają cudu telefonu komórkowego ani komputera. Nie możemy tolerować dłużej ich zagubienia. Milczenie w słusznej sprawie nie jest postawą obywatelską.

– Proszę pana! Ci w oknach to tylko jedna grupa ludzi odciętych od wielkiego świata – zwróciła się do konferansjera sprzątaczka szkolna w sukience w duże zielone grochy.

Mężczyźni patrzyli na nią z uznaniem; jej jędrne ciało przebijało przekonywująco przez kropkowaną zieleń sukienki. Kobiety nie dostrzegły w niej nic oryginalnego: ani porywającego kształtu obleczonego w obcisły materiał, ani dużych ciemnych oczu, ani wysportowanej sylwetki, ani czerwonych szpilek marki Dolce & Gabbana i torebki Superieur z pracowni rymarskiej Braci Marx ze stałym adresem na lokalnym cmentarzu. Sterowane zazdrością i pogardą nie dostrzegły w niej nic pozytywnego. Tym razem mężczyźni popisali się spostrzegawczością lokując mówczynię wysoko na drabinie ewolucyjnego rozwoju.

Konferansjer uznał sprzątaczkę za dar opatrzności, wyzwanie rzucone utartym nawykom szablonowego myślenia. On też dostrzegł w niej postać większą niż dyktowała jej pozycja zawodowa i wykorzystał tę okazję, aby pchnąć dyskusję na właściwe tory. Zadawał kobiecie pytania i prosił o wyjaśnienia rzucając kolejne pytanie natychmiast po uzyskaniu odpowiedzi na poprzednie. Najpierw zapragnął ujawnić, czy kiedykolwiek doznała marazmu okiennego.

– Nie doznałam, bo nie mogłam sobie na to pozwolić. Musiałam zarabiać na życie, a ponadto zapadłabym się ze wstydu pod ziemię.

Kobieta udzielała odpowiedzi sprawnie jakby poruszała się w tańcu z najnowszą samosterującą szczotką do zamiatania w ręce, zaczynając każde zdanie od łącznika „bo”, dobrze kojarzącego się z jej kształtną postacią. Była to osoba w miarę młoda i nieco zarozumiała. Myślała i mówiła równocześnie jak kobieta i mężczyzna, krzyżówka gender, mająca do dyspozycji urlopy macierzyńskie i tacierzyńskie, uprawiająca te same sporty co mężczyźni włącznie z podnoszeniem ciężarów i chodząca w garsonce wzorowanej na męskim garniturze. Wyjaśniła, że z komputerów korzystają nawet dzieci pięcioletnie, coś sobie rysują, odtwarzają bajki, uprawiają gry, starsze natomiast zbierają wiadomości, czytają książki, wymieniają się zdjęciami, wysyłają listy i oglądają filmy.

– Z komputera korzystają nawet analfabeci – Podsumowała w sposób nie budzący wątpliwości, że wie co mówi.

Podniosły się głosy oburzenia. Najgłośniej zachowywał się mężczyzna bardziej wysuszony niż szynka parmeńska, widzący świat z perspektywy ogródka, uprawy winnej latorośli, beczki wina produkowanego rocznie z własnych jabłek, rąbania drzewa oraz pomocy wnukom w nauce. Sprzątaczkę poparły kobiety, dwie bezrobotne i nauczycielka-emerytka, która wyjawiła, że w ogóle nie korzysta z komputera. Ze łzami w oczach przyznała, że nie umie nawet go włączyć.

– Jest to dla mnie zbyt trudne. Straciłam wprawę i pewność siebie.

Wrzawa powiększyła się, przytaczano najróżnorodniejsze argumenty.

– Władze powinny się wstydzić. Minister edukacji nie pomaga emerytom finansowo w zakupie komputera, który jest drogi, a minister budownictwa zgadza się na budowanie mieszkań z kontaktem u dołu ściany zapominając, że starszym osobom trudno jest się schylać.

Najgorętszej oponowały osoby zaangażowane religijnie.

– Komputer tylko zajmuje czas, a nie przynosi żadnych korzyści. Daje dostęp do pornografii, jest dobry dla pedofilów i innych zboczeńców. – Krzyczała starsza niewiasta ze Stowarzyszenia Wierności Różańcowej. Odezwały się gwizdy osłabione równoczesnymi słowami poparcia.

W sali wybuchła burza. Jedni byli za komputerem, drudzy przeciw. Konferansjer usiłował godzić zwaśnionych. W końcu ktoś przebił się z pytaniem, kto prowadzi spotkanie i konferansjer wskazał na siebie.

– To niech pan zrobi porządek! Przecież tu można oszaleć. Czy w takich warunkach my, mieszkańcy wsi, obywatele nowoczesnego państwa i dwudziestego pierwszego wieku, możemy wyrwać się z marazmu komputerowo-okiennego? – Zaryczał mężczyzna wyglądający na bezdomnego. Okazało się, że był to lekarz, który stracił uprawnienia zawodowe, ponieważ przeprowadził po pijanemu udaną operację na pacjencie, który go zadenuncjował na policji, mimo że ten uratował mu życie.

– Cisza! – Wrzasnął na zakończenie, aby zainicjować spokój, kiedy usiłowano mu przypomnieć słabość do spirytusu służącego antyseptyce szpitalnej.

W remizie zrobiła się taka cisza, że słychać było milczący szloch nauczycielki-emerytki, która nagle uświadomiła sobie, że nieumiejętność korzystania z komputera jest oznaką wtórnego analfabetyzmu.

– Jak ja się teraz pokażę moim byłym uczniom na oczy? – Łkała kobieta dystyngowana w każdym calu, nosząca się elegancko, na wysokich obcasach, ubrana w modne obcisłe getry. Zrobiło jej się wstyd, że ubierając się na wskroś trendy, w sprawach komputera pozostawała ciemna jak tabaka w rogu. Przypomniała sobie szklane domy, jakie znany pisarz wymyślił po to, aby pokazać świat lepszy i piękniejszy niż rzeczywisty. Ogarnął ją smutek, że dopiero teraz zrozumiała przesłanie autora, o którym ze wzruszeniem opowiadała młodzieży na lekcjach kulturalnych manier.

Wiec osiągnął punkt kulminacyjny. Towarzystwo zebrane w remizie wpiło oczy w usta konferansjera; oczekiwano, że odpowiedzą one na zawieszone w powietrzu pytanie „Co dalej?”. Odpowiedź okazała się dla niego wyjątkowo krępująca, ponieważ chwilę przedtem niespodziewanie wypadł mu przedni ząb pomniejszając jego walory estetyczne i narażając go na śmieszność. Zdesperowany, wzrokiem szukał ratunku u Mistrza, ten jednak zajęty był rozmową.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 73: Burzliwe przemiany mieszkańców Casi

Wiec okazał się wielkim sukcesem. Pisały o nim lokalne media, prasa i blogerzy. Mieszkańcy wsi otworzyli się i podjęli poważną debatę. Sefardi postanowił pójść za ciosem. Wieczorem opracował plan dalszych działań i nadał mu nazwę „Strategii dynamicznego rozwoju społeczności Casi i okolic”.

– To za mało. Ten tytuł nic nie wyjaśnia, ponieważ każda strategia określa dalsze działania – protestował Wiktor, po czym zaproponował, aby do nazwy „Strategia” dodać słowa „na rzecz otwarcia umysłów i serc mieszkańców Casi: matuzalemów, dinozaurów ostatniej generacji elektronicznej oraz ludzi zagubionych w marazmie, włącznie z tymi, którzy przesiadują w oknach z głowami podpartymi dłońmi”. Na zarzut, że jest to nazwa długa i zawiła, i może jeszcze bardziej skonfundować ludzi, bronił się upierając, że jedynie precyzja słowa i myśli może uratować ludzi zagubionych. W duchu nazywał ich matołami. Po burzliwej dyskusji uproszczono tytuł strategii, uzgodniono, że nie będzie się używać w niej słów negatywnych oraz że we wsi powstanie Komitet Organizacyjny Walki z Marazmem.

W skład komitetu weszli Sefardi, Wiktor, Przewodnik oraz Tubylec. Ustalenie zasad przewodniczenia komitetowi przełożono na termin późniejszy, ponieważ czas naglił do przekucia w czyn świeżo ujawnionej twórczej energii wsi. Poczynania komitetu pobłogosławił proboszcz parafii przyznając poufnie, że i on skapcaniał uciekając od nowoczesnej technologii.

– Duchowny nie może żyć tylko przykazaniami i przestrzeganiem przed grzechem śmiertelnym – podsumował, potwierdzając równocześnie, że to, co nastąpiło w Casi to istny cud. Komitet uznał, że jest on na drodze do wybawienia intelektualnego.

Kontynuując zbożne dzieło wyzwolenia ludzi z marazmu, Sefardi zwołał spotkanie starszyzny wsi. Spotkanie odbyło się w klubie, jaki założono w remizie strażackiej, tradycyjnym miejscu wielkich imprez w świecie wiejskiej małości. Klub nazwano „Matuzalem” na cześć biblijnego Matuzalema, który był synem Henocha, ojcem Lamecha i dziadkiem bohaterskiego Noego. Skojarzenie długowiecznego Matuzalema z jego przedsiębiorczym wnukiem, co uwidoczniał plakat, podziałało motywująco na mieszkańców wsi, gdzie wiara i religia stanowiły siłę pociągową społeczeństwa. Komitet inicjatywny działał jak mógł najszybciej, kując żelazo, póki gorące, z obawy, aby pozytywny trend zmian nie odwrócił się lub nie uległ załamaniu. Na drzwiach remizy pojawił się artystycznie wykonany plakat: „Czy chcesz żyć godnie i bogato?”.

Aby podnieść rangę imprezy, opracowano ceremoniał spotkań oparty na zasadach protokołu dyplomatycznego oraz wyznaczono konferansjera. Został nim były urzędnik stanu cywilnego, osobnik powszechnie znany, biegły w przemawianiu, mający za sobą bogatą karierę zawodową. W przeszłości był członkiem straży pożarnej, wodzirejem, nosicielem baldachimu nad proboszczem, występował w teatrzyku domu kultury w roli Pinokia oraz śpiewał partie solowe w chórze kościelnym. Sam lekko niedowidzący, służył w charakterze przewodnika ludziom ociemniałym. Był także znakomitym grzybiarzem, jedyną osobą w okolicy zdolną znaleźć w lesie trzydzieści borowików nawet w roku potwornego nieurodzaju na grzyby. Jego popularność była niekwestionowana. Dzięki doświadczeniom życiowym konferansjer dysponował umiejętnościami aktorskimi, co go wyróżniało spośród innych kandydatów. Mieszkańcy Casi podziwiali go za bogatą karierę i zaangażowanie, choć byli i tacy, co go szczerze nienawidzili zazdroszcząc mu niezwykłej aktywności i przodownictwa we wszystkim.

Drugim kandydatem na konferansjera był ksiądz-emeryt, który znał wszystkich i którego wszyscy znali, ponieważ ich chrzcił i udzielał ślubów, spowiadał i udzielał komunii świętej, był ich katechetą, odwiedzał w domach z opłatkiem i żegnał na ostatniej drodze życia. Prestiż kościoła, parafii i księdza był niekwestionowany. Wciąż łaknący popularności i miłości bliźniego, uznał jednak, że występując w roli konferansjera może naruszać prestiż kościoła, najtrwalszej instytucji lokalnej, i z żalem wycofał się z rywalizacji.

Konferansjer rozpoczął spotkanie chwaląc zebranych za przybycie, aby chwilę potem zaszokować ich wyjątkowo długim i szczerym pytaniem: – Jak zamierzacie wyrwać się z marazmu, jaki nam wszystkim oferuje teraźniejszość, w której nie ma czasu na czytanie książek i mądre rozmowy, ponieważ mamy smartfon, nie ma miejsca dla dzikich zwierząt, ponieważ zabieramy im przestrzeń życiową, nie ma miejsca na zdrowe odżywianie, ponieważ naturalne produkty występują głównie w formacie „Trzy w jednym” z dodatkami chemicznymi, a jedyne, co jest lepsze niż dawniej, to policja, sądy i więzienia, instytucje, które z powodzeniem zastąpiły inkwizytorów, garotę i płonące stosy. Proszę o zgłaszanie się do odpowiedzi.

Była to przemyślana strategia. Prowadzący nie oferował gotowych rozwiązań, tylko zachętę do szukania własnej odpowiedzi, a następnie – drogą przemiany wewnętrznej – dokonania przełomu w blokadach własnej osobowości. Po przypomnieniu sobie osiągnięć, pojawił się pierwszy ochotnik. Nie był pewny czy jego propozycja będzie trafna, więc wahał się chwilę, nie chcąc się zbłaźnić. W końcu wydusił z siebie:

– Czy można zgadywać?

Konferansjer okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu i szybko znalazł odpowiedź na trudne pytanie. Po krótkim zastanowieniu, którego potrzebował bardziej do wywołania uznania dla swoich umiejętności niż przemyślenia odpowiedzi, stwierdził, że w walce z marazmem obowiązuje wolna amerykanka.

– Catch as catch can! – powiedział, po czym wyjaśnił, że znaczy to, że każdy chwyt jest dozwolony i trzeba radzić sobie jak tylko można. – Wolna amerykanka to nie jest mebel, na który można usiąść, tylko styl walki z przeciwnikiem lub ze sobą, co w przypadku marazmu na jedno wychodzi – zakończył odważnie.

– Uderzyć się mocno w głowę, aby się zmienić! – Ktoś usiłował błaznować, dając zły przykład innym.

Niewybredna wypowiedź rozwiązała worek inicjatyw i energii społecznej. Z różnych stron remizy odezwały się głosy. Ludzie się ośmielili. Zapanowała atmosfera euforii sprzyjającej otwieraniu się uczestników zebrania. – Dużo czytać! Podpatrywać dzieci, jak one to robią!

Ktoś zaproponował poważnym głosem, aby kopnąć się w pośladek. Kiedy zapadło milczenie, wyjaśnił, że mówi to pod adresem osób z dużymi siedzeniami, którym ciężko jest wstać z fotela lub tapczanu, kiedy siedzą przed telewizorem. Wypowiedź została źle przyjęta.

– Kopnij się sam. Nie będziesz mi, chamie, wymawiać dużego siedzenia! – Ostro replikowała obfita niewiasta, traktując wypowiedź bardzo osobiście.

Rozpętała się burza. Jedni usiłowali ją uspokoić, drudzy dolewali oliwy do ognia drażliwymi a nawet kąśliwymi uwagami. Znikły różnice merytoryczne, na wierzch wypłynęły różnice płci, kultury, języka i wykształcenia. Kobiety występowały przeciwko mężczyznom, a chwilę potem przeciwko kobietom, starzy przeciwko młodym, którzy nie pozostawali im dłużni, ignoranci przeciwko erudytom, prostacy przeciw wysublimowanym, miłośnicy pięknego języka przeciwko gburom. I na odwrót. Powstało takie zamieszanie, że musiał interweniować konferansjer. Zamachał rękami, aby zwrócić na siebie uwagę, po czym wyjaśnił, że propozycja kopania się w siedzenie dotyczy w równiej mierze kobiet jak i mężczyzn.

– Mamy równouprawnienie i wszystko, co rozpatrujemy, odnosi się do obydwu płci.

– A co z trzecią płcią? – Pytanie padło zza pleców osób siedzących na sali, było prowokujące i podstępne, ponieważ wiadomy był jego skutek – dalsze rozognienie dyskusji.

Głos zabrał ksiądz. Dzięki wieloletniej praktyce spowiedzi w bliskości pana Boga był biegły w ludzkich słabościach i dewiacjach. Nie dał się zbić z pantałyku. Ripostował z łatwością.

– Parlament hinduski stworzył definicję trzeciej płci i jesteśmy w stanie odpowiedzieć na to trudne pytanie. Wcześniej nie było to możliwe, mogło wywołać tylko zamieszanie, a nawet popłoch. To straszna rzecz. Na przykład wczoraj w parlamencie spłoszyły się dwa konie partyjne, wywołując konsternację wśród posłów.

 

Poezja ducha i proza życia

 Generał Akashi Gidayu piszący poemat

Jest to drugi wpis w dniu dzisiejszym na blogu autorskim. To niepublikowana poezja.

Dedykuję ją zboczeńcom, szumowinom i dewiantom oraz bezbożnikom o zwichniętych poglądach na świat, którzy przedkładają zwykłą poezję nad radosną prozę partyjną, kufel zimnego piwa nad koryto miodem i mlekiem płynące, szarą przeszłość nad kolorową teraźniejszość, sądy przeciętne nad sądy sprawiedliwe, zmęczonego sędziego nad prężnego prokuratora, wspólnotę zwykłą nad wyimaginowaną oraz brudnego uchodźcę nad bezpieczne pranie mózgu.  

Nie szukaj Boga

Nie szukaj Boga, on jest wszędzie,
w Matki Teresy miłosiernym czynie
i w spadających wód obłędzie,
to, co jest wielkie, nie przeminie.

Patrzę w światło, jak o chłodnym świcie
różanych kwiatów zapachy mnoży
i skrzące krople rozwiązuje skrycie;
milczę, mnie tylko godzi się ukorzyć.

Oczy zogromniałe w lazurowe niebo
błądzą po wzgórzach, gdzie lśni zamyślenie,
owad-czarodziej sieć misterną przędzie;
nie szukaj Boga, on jest wszędzie.

Michael Tequila
Valley View
11 kwietnia 2005

Opinie o zbiorze poezji: Michael Tequila „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47

 

Kronika pisarska. O pisaniu i wydawaniu książek.

Wielkanoc przyniosła mi natchnienie. Zmieniłem zainteresowania. Od dawna nosiłem się z tym zamiarem. Wznawiam także aktywność na portalu Lubimyczytac.pl. Data wznowienia jest przypadkowa. Zamierzałem to uczynić trzynastego dnia kwietnia, gdyż trzynastka jest dla mnie szczęśliwa.

Kronikę zacząłem rok temu, przerwałem jednak, ponieważ do głowy wpadł mi inny pomysł – uprawianie groteski politycznej; po kilkunastu miesiącach szybowania zawisł on w powietrzu podobnie do dronu. Pisanie o polityce okazało zajęciem niewdzięcznym. Straciłem cierpliwość.

Kronika jest o pisaniu i wydawaniu książek, o ich promocji jak również o promocji samego autora, jego twórczości. Ten punkt widzenia jest ważny; czytelnik wybierając coś do czytania kieruje się często autorem, którego zna i lubi.

Wcześniej rozumiałem pisanie jako podstawową działalność autora, teraz – kiedy klapki opadły mi z oczu – widzę to szerzej. Możesz napisać arcydzieło, pozostaniesz jednak w mroku, całkowicie ignorowany, dopóki nie zyskasz minimum rozpoznawalności i uznania, dopóki twoich książek nie będzie kupować i czytać ktoś więcej niż uczestnicy spotkań autorskich i klienci zabłąkani w labiryntach salonów księgarskich i Internetu.

Kiedy to piszę, jest godzina 5.15 rano. O tej porze nie mogę już spać, choć wciąż jestem niewyspany. Siadam więc do biurka i podejmuję pracę. Rano idzie mi średnio.

Popołudnie okazuje się dużo lepsze. Zyskuję motywację. Z drukarni przychodzi paczka z książkami. To już moje trzecie dzieło literackie. Tytuł: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania", format A5, miękka okładka, 108 stron. To druga książka, którą wydaję sam.

Wysłałem już kilkadziesiąt egzemplarzy do mojego dystrybutora (hurtowni książek), który rozprowadzi je po księgarniach. To tylko mała część pracy niezależnego, pragnącego umocnić swoją pozycję autora. Za kilka, kilkanaście dni książka ukaże się w księgarniach. Zarejestrowałem już ją w systemie ISBN, wysłałem także dwa obowiązkowe egzemplarze do Biblioteki Narodowej, aby ją skatalogowano. Wolałbym tego nie robić, ponieważ zabiera to cenny czas przeznaczony na pisanie, którego mi wiecznie brakuje.

Opowiadań jest w sumie czternaście. Przedstawiam pierwszą część tytułowego opowiadania dla rozrywki i oceny Czytelnika. Mam nadzieję, że mój styl przypadnie do gustu przynajmniej niektórym czytelnikom.

Przy okazji, składam serdecznie życzenia zdrowych i radosnych Świąt Wielkanocnych. Oby baranki, zajączki i pisanki wypełniły Ci się spełnionymi marzeniami.

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco

Punktualnie o godzinie 11.45 Abuelo Caduco zdecydował się umrzeć. To był piękny dzień, aby odejść – majowy, słoneczny, świeży. Ptaki śpiewały, dwa piętra niżej ludzie pokrzykiwali radośnie, grabiąc szarą ziemię pod nowy trawnik. Z oddali dochodził jęk piły tarczowej, za ścianą sąsiadka ubijała tłuczkiem mięso na kotlety.

Od czasu, kiedy Kacyk, twórca nowego rządu, zabrał mu marzenia i fatalnie go oszukał, dla Abuelo nic nie miało już znaczenia. Miał tylko jedno marzenie: umrzeć godnie. Z góry wybaczył sobie umieranie przed czasem, które ktoś mógłby nazwać samobójstwem. Abuelo rozmawiał o tym z Bogiem i On wszystko zaakceptował. Właściwie nie musiał nawet zawracać Mu głowy, bo i tak sam podjął wcześniej nieodwołalną decyzję.

Dojrzał do odejścia. Był już starym człowiekiem, czuł to w kościach. Tu go bolało, tam go strzykało, coraz bardziej dolegał mu kręgosłup. Z chodzeniem też nie było najlepiej. Miał coraz więcej bezsennych nocy. Pamięć go zawodziła, zdradzała jak pijana, bezwstydna kochanka, nie wiadomo z kim i po co. Raz zapomniał nawet swój adres zamieszkania.

Ludzie tego nie dostrzegali. Mówili:

– Każdy ma takie problemy, jak się starzeje. Dzisiaj to nawet młodzi mężczyźni łysieją. To jest dopiero problem. – Ich wyjaśnienia nie stanowiły dla Abuelo wystarczającego wytłumaczenia własnej sytuacji. Wierzył, że jego kondycja powinna być lepsza niż równolatków, bo całe życie dbał o siebie.

Tego przedpołudnia, mimo niewątpliwych zachęt do życia ze strony natury i sąsiadów, Abuelo wyraźnie opadł z sił. W głowie mu się kręciło, a ręce i nogi latały mu jak u paralityka. Był to nieudawany objaw syndromu niespokojnych nóg. Nabył go stosunkowo niskim kosztem, włócząc się godzinami po mieszkaniu z powodu bezsenności, a następnie umocnił, chodząc często do lekarza. Po drodze modlił się, aby go nie wyleczono, bo chciał umrzeć. Lekarz spełniał jego milczące życzenia nieudzielania mu pomocy, ponieważ wizyty u niego nie dawały skutku. Abuelo nie musiał go prosić ani przypominać się, co było bardzo miłe. Był zresztą zbyt dumny, aby poniżać się prośbami w tak trywialnej sprawie.

Oprócz niedomagań starości, była również inna ważna przyczyna, przez którą nie widział sensu dalszego życia. Przywódca partii rządzącej przez aklamację, Kacyk, obiecał mu złote góry, a on nie potrzebował złota. Abuelo myślał o biedakach, którym nic nie obiecano, choć bardzo prosili. To go dobijało, bo był człowiekiem współczującym.

Co do zakończenia życia, to chciał, aby było ono godne, aby go pamiętano, a pamięć po nim była życzliwa, nie byle jaka, kończąca się z chwilą wyjścia żałobników z cmentarza.

Wobec przeciwności losu Abuelo nie pozostawał bezczynny. Jak tylko poczuł, że go oszukano, podobnie jak jego rodzinę, przyjaciół, znajomych i tysiące innych obywateli, stworzył sobie plan. Chodziło o ratowanie społeczeństwa, całego, z wyjątkiem tych, którzy uczestniczyli w spisku. Wybory i ich rezultat uważał za spisek.

Plan traktował poważnie a zarazem radośnie. Żadne tam smutki, rozpacze, niepokoje, co się stanie i jak to będzie. Dla jego pomyślnej realizacji musiał zmienić się trochę, ale nie za dużo. Problemem było to, że miał ciemniejszą cerę, która wyróżniała go w tłumie. Niewiele ciemniejszą, tylko o jeden odcień. Musiał ją rozjaśnić. Znał się na kolorystycznych niuansach, bo lubił obrazy i sam malował w przeszłości. Ciemniejszej karnacji nie uznawał za przeszkodę, tylko za utrudnienie, coś, co daje się wyeliminować.

Podjął stosowne kroki. Oprócz tego, że unikał słońca, używał kremu rozjaśniającego skórę. Znalazł go w drogerii, nie kosztował nawet zbyt drogo. Pieniędzy zresztą mu nie brakowało. Miał rozsądną emeryturę i trochę oszczędności.

*****

Po podjęciu decyzji o odejściu, pozostało Abuelo tylko tyle czasu, aby usiąść do laptopa
i napisać zaproszenia na pogrzeb i stypę. Umiał korzystać z komputera. Nie był zacofanym jaskiniowcem, kryjącym się przed nowoczesnością. Wybrał elegancki format zaproszenia. Oświadczenia woli, kto i co będzie dziedziczyć, już nie pisał, bo zabrakło mu chęci i czasu.

– Trudno. Będą musieli podzielić się schedą zgodnie z prawem. – Powiedział głośno i ucieszył się, kiedy to usłyszał, bo nie zawsze słuch mu dopisywał. Wyobraził sobie, jaki wspaniały będzie pokaz wzajemnej miłości rodziny po otwarciu testamentu. Było w nim trochę przekory i przewrotności. Wiedział, że się pokłócą. Lubił teatr i cyrk; mimo wieku zachował dziecinną świeżość. Skończył już siedemdziesiąt lat, choć wyglądał poważniej, na dziewięćdziesiąt. Pamiętał o tym, bo poprzedniego dnia w urzędzie podatkowym składał deklarację i pytał, czy miała być na formularzu Pod-70, Pod-80, czy Pod-90. Cenił sobie powagę wieku; była dlań znakiem: ostoją i oazą dojrzałości.

Zaproszeń na pogrzeb i stypę nie wysyłał.

– Nie mam czasu, zrobię to w ostatniej chwili. – Zdecydował po chwili wahania. Wahał się krótko, bo nie miał czasu. Była to rozsądna decyzja.

– Obym tylko nie zapomniał. – Zaniepokoił się, ponieważ wcześniej przeoczył kilka ważnych zobowiązań, imienin, urodzin oraz jedną okazję do gorącej, namiętnej i szybkiej miłości z pewną pobożną niewiastą, która przyjechała na wakacje do jego miejscowości. Poznali się w kościele, kiedy śpiewali razem psalm, korzystając z jednego śpiewnika.

Abuelo oderwał się od laptopa, aby nastawić budzik, pilnujący jego zobowiązań. Słowa dotrzymał. Dla pewności nastawił dwa budziki. Ten większy ładniej dzwonił.

Wrócił do laptopa, natychmiast jak tylko sobie przypomniał, gdzie on stoi i dlaczego on, Abuelo, oderwał się od niego. Musiał działać szybko, ponieważ myśli uciekały mu z głowy niczym przestraszone króliki z otwartej klatki. Miał problemy z pamięcią; starzała się szybciej niż ciało. Sam to zdiagnozował, posługując się rozumem, chronometrem i specjalnym termometrem, szczególnie dokładnie mierzącym temperaturę ciała nocą. Metoda diagnozy była tak rewelacyjna, a wyniki tak ciekawe, że postanowił je opublikować. Nie doszło do tego, ponieważ redaktor miesięcznika medycznego „Lancet Pamięci” nie oddzwonił. Może dlatego, że Abuelo pierwszy do niego nie zadzwonił. Nie był tego pewien.

Szybsze starzenie się pamięci miało swoje plusy i minusy. Minus był taki, że Abuelo zapominał o wieku i na ulicy widział tylko młode kobiety. Zauważył, że noszą obcisłe getry, a w nich piękne ruchome pośladki, poruszające się uroczo w górę, w dół i na boki. Widać to było szczególnie wyraźnie, kiedy kobieta miała na nogach pantofle z wysokimi obcasami; unosiły one jej biodra na wysokość jego wzroku. To był plus. Oczu i piersi nie widział. Robiło mu się z tego powodu tak żałośnie, że mógłby zobaczyć łzy w swoich oczach, gdyby nie nosił ciemnych okularów.

Pomyślał, że może wzrost utrudnia mu pełne widzenie. Nie był tak niski, jak Kacyk pokazywany często w telewizji, który żył z ambicji rządzenia umysłami ludzkimi zamiast krajem. Abuelo nazwał go Kacykiem na własny użytek, inni tak go nie nazywali.

– Nieważne, jak się nazywa, ważne, że trzęsie wszystkim i wszystkimi. Jest najwyższą władzą w tym kraju. Ale nie na zawsze. – Abuelo tłumaczył sobie spokojnie, jakby dla zapamiętania, że nie może odstąpić od planu pod żadnym pozorem.

C.d.n.

Spotkania z pisarzami

Przytaczam komentarz Czytelnika na blogu z 27 bm (temat: Stasiuk):

Pisarz nie powinien chodzić na żadne spotkania autorskie organizowane dla innych Pisarzy. Owszem powinni się Oni kontaktować ze sobą tak często jak tylko to jest możliwe ale nie na spotkaniach autorskich tylko gdzieś w pabach przy degustacji i ocenie wysokoenergetycznych i wysokoprocentowych trunków. Ostatecznie może być piwo. W tej materii ich uwagi i sugestie przyniosą więcej dobrego i pożytecznego niż wymiana zdań na spotkaniach autorskich, które moim zdaniem bywają nudne i wymuszone. Organizowane są przeważnie przez Wydawców i mają charakter wyraźnie komercyjny. Czytelników ( ich chlebodawców ) mniej interesuje pisarz jako osoba a bardziej ludzie i problemy o których pisze. Zainteresowanie czytelników osobą samego pisarza czyni z niego mimo woli Celebrytę a to już nie ma nic wspólnego z literaturą. Pan Andrzej wyraźnie nie chce nim być.

Dzięki za bardzo rzeczowy i cenny komentarz.

Uczestniczyłem w kilku spotkaniach autorskich i zacząłem powoli tracić zainteresowanie. Uczestniczyłem w nich, aby zobaczyć jak one przebiegają, kto przychodzi, o czym toczy się dyskusja, również dlatego, że sam prowadzę spotkania autorskie i chciałbym, aby wypadały one jak najlepiej.

Zdaje się, że nie jest to takie proste. Rozmawiałem z kierowniczką jednej z bibliotek publicznych na temat takich spotkań. Twierdziła, że czytelnicy nie zawsze chętnie przychodzą, ze najchętniej to by przyszli, gdyby zapewniła pisarza lub pisarkę wielkiej sławy, że nie za bardzo lubią zdawać pytania, że obawiają się, iż prowadzący spotkanie może zaskoczyć uczestnika pytaniem, aby zachęcić do dyskusji.

Co do moich spotkań, to sam je organizuję niezależnie od wydawcy. Moim zamysłem jest nie tyle dyskusja o mojej powieści czy twórczości, ile o sztuce pisania, sprawach warsztatowych, promocji i autopromocji i podobnych kwestiach.

Co do spotkań z innymi pisarzami, to mieszkam na Wybrzeżu od niedawna i nie nawiązałem jeszcze kontaktów. Jest to oczywiście naturalne środowisko wymiany poglądów na poziomie zawodowym, nie jestem jednak pewien, czy ludzie z branży chętnie dzielą się swoimi doświadczeniami i wiedzą. Testowałem to wstępnie na jednym lub dwóch spotkaniach z pisarzami.

Sam nie odczuwam takich ograniczeń; uważam, że swobodne dzielenie się z innymi „sekretami” zawodu w niczym nie umniejsza mojej pozycji ani szans powodzenia, ponieważ pisarstwo jest rzeczą niezwykle indywidualną a na rynku jest dosyć miejsca dla dowolnej liczby geniuszy.

Istnienie setek podręczników, kursów pisarskich i udział nawet w dziesiątkach spotkań, samo z siebie nie uczyni z nikogo dobrego pisarza. Jest to efekt – jak to określił pewien amerykański pisarz a zarazem redaktor magazynu dla pisarzy – trzech czynników: wrodzonego talentu (rozumiem to jako naturalną łatwość ekspresji) umiejętności pisarskich (warsztat, którego można nauczyć się) oraz wytrwałości. Ostatni czynnik jest chyba niedoceniany.

Zapraszam na moje spotkania autorskie:

16 kwietnia godz. 18.30, Biblioteka Morena, Ul Wyrobka 5A, 80-288 Gdańsk, tel. 58 348 70 06

24 kwietnia godz. 18.00, Biblioteka Manhattan, al. Grunwaldzka 82, 80-244 Gdańsk-Wrzeszcz, tel.: 58 500 00 80

Oto najświeższy link do opinii o mojej powieści: Kamil Na półce przeczytane 2015 03 28

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/251623/sedzia-od-swietego-jerzego

Proszę pamiętać o przewinięciu strony docelowej, ponieważ jest tam kilka opinii umieszczonych jedna pod drugą.

Z powagą o autopromocji powieści i autora

Na początku marca ukaże się (w końcu) na rynku moja powieść „Sędzia od Świętego Jerzego”. Cały czas myślę o tym, jak będzie się sprzedawać.

Sukcesu pisarskiego nie mierzy się napisaniem (nawet bardzo dobrej) powieści, ale wprowadzeniem jej na rynek, upowszechnieniem w świadomości czytelników, pozytywnymi recenzjami i reakcjami, a w końcu wynikami sprzedaży.

Wczoraj oglądałem w nocy z żoną ceremonię przyznawania Oskarów filmowych. W dyskusji padły znamienne słowa: W okresie przed głosowaniem wszyscy zapominają, że film jest dziełem artystycznym i koncentrują się na nim jak na towarze (który wymaga promocji, aby dobrze się sprzedał). To mnie tylko umocniło w przeświadczeniu, że w najbliższych miesiącach muszę zakasać rękawy i aktywnie włączyć się w promocję własnej książki.

O potrzebie aktywnego udziału autora w promocji książki pisałem na blogu „O autopromocji. Pasja zwierzęca” z dnia 10 lutego 2015. Blog napisałem pod wpływem objawienia, jego doznałem w księgarni tysiąca książek.

Autopromocja pisarzy i poetów nie jest nowym wynalazkiem.

„Dla artystów, największym problemem do rozwiązania jest, jak dać się zauważyć” – Napisał Balzac w „Straconych złudzeniach”, powieści o życiu literackim w Paryżu na początku XIX wieku. Stendhal w swojej powieści bibliograficznej „Pamiętnik egotysty” pisał: ” Wielki sukces nie jest możliwy bez pewnego bezwstydu, a nawet otwartego szarlatanizmu”.

Autor tych obserwacji (Tony Perrottet) pisze, że te słowa powinny znaleźć się na herbie zrzeszenia autorów”. Przytaczam kilka jego dalszych wypowiedzi.

„Hemingway ustanowił nowoczesny złoty standard budowy własnej marki, przedstawiając swój wizerunek uzupełniony zdjęciami z wypraw safari, na ryby czy w miejsca, gdzie trwa wojna. Reklamował się również pozując do reklam piwa. W 1951 roku reklamował piwo „Ballantine Ale” na dwustronicowej wkładce magazynu „Life”, na której uwidoczniono jego zdjęcie w apartamencie w Hawanie”

Tyle na dzisiaj o wielkich pisarzach. Ich lista i opis działań autopromocyjnych jest przebogata. Przyjąłem je do wiadomości jako natchnienie dla własnych działań.

Dzisiaj potwierdziłem spotkanie autorskie w fili biblioteki wojewódzkiej mieszczącej się w dużym centrum handlowym w Gdańsku. Staram się równocześnie o zgodę na rozdanie tam ulotek reklamujących spotkanie autorskie na godzinę przed jego rozpoczęciem. Rzecz niby mała, lecz wymagająca zachodu i zawierająca w sobie wiele szczegółów.

C.d.n.

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Nr ISBN 978-83-7942-566-2. Format: książka drukowana. Wydawca Novae Res, Gdynia. Planowany termin wydania: początek marca 2015. Gatunek literacki: powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna.Sędzia od Świętego Jerzego  — Michael  Tequila

Blog Polska. Nieliczni zbuntowani. Część 2 i ostatnia.

Dzisiaj nie czuję się na siłach zadeklarować dnia uprzejmości.

Nie łudźmy się, jeśli jeszcze nie jesteśmy to stajemy się (w większości, nie w całości) społeczeństwem prostackim i prymitywnym. Opinie te wciskają mi usilnie i nieprzerwanie m. in. osoby wypowiadające się na licznych blogach Onetu, jak również sami właściciele platformy, którzy tolerują obraźliwą beznadziejność wypasającą się na ich łąkach.

Społeczeństwo garbacieje powoli, stopniowo. Widać to po stronie popytu jak i podaży kultury. Schodzi ona na psy, nie miejmy co do tego złudzeń. Łatwa, tandetna rozrywka krok po kroku, niezauważalnie, zajmuje miejsce rozrywki bardziej wyrafinowanej. Lubiłem kiedyś kabarety, szczególnie „Kabaret ani mru, mru”, „Kabaret Moralnego Niepokoju” oraz „Kabaret Hrabi”. Moje uczucia powoli więdną i umierają. Obserwuję widownię, za co oklaskuje aktorów kabaretowych. Ze scen kabaretowych coraz częściej i gęściej padają grubiańskie słowa i aluzje seksualne na poziomie zaświnionych krzaków, co – o zgrozo – widzowie entuzjastycznie oklaskują, jakby im ktoś w kieszeń narobił. Przepraszam za dosadność.

Są oczywiście twórcy, którym należałoby całować stopy, walczący z przemożnym trendem rosnącej bylejakości. Krystyna Janda wyjaśniała kiedyś, że wystawia niektóre spektakle teatralne bez specjalnych ambicji tylko po to tylko, aby zaspokajając gusta masowej widowni zarobić pieniądze i wystawić bardziej ambitną sztukę, na którą przychodzą nieliczni, bo jest bardziej ambitna, wymagająca i wyszukana.

W świecie komercji, która coraz bardziej osacza społeczeństwo, dostawcy kultury kierują się coraz wyraźniej gustami niższych szeregów konsumentów. Jeśli odbiorca, dostatecznie „masowy” życzy sobie produkt, o którym bohater Krokodyl Dundee mówi „It tastes like shit, but you can live on it” to coraz łatwej znajdują się producenci takiego g…a.

Kultura masowa w telewizji nie ma ambicji ciągnięcia społeczeństwa w górę oferując twórczość bardziej uduchowionych i utalentowanych autorów. Reaguje ona chętniej na ludzi mniej wybrednych, który pragną napchać się raczej niż nasmakować pięknem formy i bogactwem treści konsumując je bardziej w stanie fizycznej niż duchowej satysfakcji.

Powieść źle się sprzedaje, jeśli książka nie jest dostatecznie gruba. Ceny książek są ustalane w proporcji do ich grubości; im więcej stron tym lepiej. Możesz napisać arcydzieło literackie, ale nikt go nie opublikuje, jeśli książka jest zbyt cienka. Są techniki nadmuchiwania grubości książki: mniejszy format, większa czcionka, grubszy papier.

Dzisiejszy czytelnik coraz wyraźniej przepoczwarzający się w konsumenta, chce dużo treści za pieniądze i ją dostaje. To on określa wartość książki, kupując ją, a nie krytycy literaccy, znawcy literatury, nauczyciele-poloniści, ludzie kultury i wyrobieni czytelnicy, umiejący napisać rzeczową, wyważoną i przekonywującą opinię. Duże jest łatwe. Małe jest trudniejsze, ponieważ trudne jest wydobycie esencji. Prezydent de Gaulle zapytany, jak przygotowuje się do przemówień, z których był znany, odpowiedział mniej więcej tak: Jeśli mam mówić kilka godzin, mogę zacząć od razu, bez przygotowania. Przemówienie półgodzinne zajęłoby mi kilka godzin przygotowań. Jeśli miałby mówić trzy minuty, to musiałbym popracować nad tym kilka dni.

Sztuka nie służy zabijaniu czasu, ani leniwemu pochłanianiu treści, ale głębszym przeżyciom, intensywnym i oryginalnym, poszerzającym horyzonty ludzkiej egzystencji. Musi być bliżej Boga, na wzór którego podobno zostaliśmy stworzeni, niż dostawców kultury starających się zaspokoić masowe, czyli nijakie, gusta. Masowość nie jest domeną wielkiej sztuki, ale konsumpcji. Kultura jest elitarna, a masy nie lubią elit.

Dziwimy się politykom, tym na piedestale, premierom i przywódcom opozycji, że nie są tacy, jakimi chcielibyśmy, aby byli. Oni nie są i nie będą inni; są tacy sami jak większość społeczeństwa. Gdyby byli mądrzejszy, uczciwsi, walczyliby o dobro narodu, społeczeństwo nie udzieliłaby im tyle poparcia, aby przetrwali. – Dlaczego do polityki nie garną się profesorowie, wybitni artyści, najlepsi prawnicy? – Bo my, społeczeństwo, nie pomoglibyśmy im realizować aspiracji wznoszenia się na wyższe poziomy, sięgania poza własne egoistyczne pragnienia i ambicje.

Wyraziłem swój niepokój, lecz nie oferuję rozwiązania. Nie znam go, może dlatego, ze rozwój społeczeństw widzę najwyraźniej w kategorii alienacji rozumianej jako „ proces odrywania się wytworów ludzkiej działalności od swych twórców, urzeczowienia produktów ludzkiej pracy, instytucji społecznych oraz idei, jako niebezpieczeństwo podporządkowania sobie człowieka”.

 

 

Polska. Nieliczni zbuntowani. Część 1.

Tytuł blogu jest zmodyfikowanym zapożyczeniem z książki: „Indie. Miliony zbuntowanych.” autorstwa V.S.Naipaul’a, rzeczy godnej czytania i przeczytania. Jeśli ktoś ma choć cień wątpliwości, że życie w Polsce jest dobre i dostatnie, to po przeczytaniu tej książki dozna oświecenia i zacznie całować się po nogach z radości, że mieszka w tym kraju. Ja robię to od dawna, choć mieszkałem w Australii.

images (1) Podróże.Onet.pl Indie

 

 

 

 

 

Do wyrzucenia z siebie wszystkiego, co dobre i co złe, a zła jest wiele, gdyż jest ono oburzeniem na to, że świat nie jest taki, jak chciałbym, aby był, skłonili mnie synowa Pudźiarego, rozmowa z Czytelnikiem oraz moje własne zbuntowane ego.

Synowa Pudźiarego poinformowała mnie, że Premier Tusk mówił o znaczeniu i możliwościach objęcia przez Polaków wysokich stanowisk w Unii Europejskiej. Tekst wypowiedzi podobno nie był skomplikowany, tym niemniej nie miała ona wątpliwości, że nie zostałby zrozumiany przez więcej niż 10 procent polskich obywateli. Chyba wie, co mówi, bo jest nauczycielką, osobą świadomą procesów myślowych zachodzący w jej głowie i wielu innych. Ma do czynienia z dziećmi i rodzicami. Uparłem się razem z nią, że to założenie jest prawdziwe.

Wkrótce, jak po podsłuchu, zjawił się na skrzydłach Czytelnik, Czytelnik I i Czytelnik II, zapewne jeden, ale w trzech osobach i dodatkowo sprowokował mnie do niechętnego podsumowania, jacy jesteśmy jako społeczeństwo. Nie wypadło to dobrze.

Jesteśmy zbiorem mieszanym ludzi dojrzałych jak i prostaków, prawdopodobnie ani lepsi, ani gorsi od innych nacji. Z analiz specjalistów wynika, że wielu ludzi w Polsce czyta, jeśli już zdobędzie się na ten wysiłek (i nie chodzi tu o ulotkę o świeżych produktach piekarniczych, lecz coś bardziej znaczącego) i nie rozumie tego, co czyta. Nie znaczy to, że się nie wypowiadają, wręcz przeciwnie. Wszyscy mówią jak najęci. Ja jestem raczej wyjątkiem, bo głównie piszę (co nie znaczy, że nie nawiedza mnie od czasu do czasu pierwsza przypadłość).

Jest to wątpliwe dobrodziejstwo demokracji. Wszyscy jesteśmy równi i wszyscy jesteśmy wolni. Możemy myśleć, mówić i pisać, co nam ślina na język przyniesie. Prawda jest prosta. Z myśleniem jest źle, z pisaniem jest już trochę lepiej, bo podobno dzisiaj piszących jest więcej niż czytających, z mówieniem jest najlepiej. Wystarczy trochę śliny, która jest smarem czyli substancją do oliwienia poruszających się mechanizmów, język, który służy artykułowaniu mowy (rzadziej jej finezyjnemu smakowaniu) oraz oczy wzniesione w górę, nie w kontemplacyjnej szczerej modlitwie, lecz w poszukiwaniu pomocy Najwyższego w doborze odpowiednich słów. Myśli, stojących za słowami, nie ma potrzeby dobierać, gdyż same pchają się ku wyjściu jak słoma w sieczkarni.

C.d. nastąpi jak amen w pacierzu.

Dzień radości

Dziś, w czwartek 27 marca A.D. 2014, wspólnie obchodzimy święto prywatne, którego treść ujawnię na końcu.

Temat przewodni widzę oczyma duszy mojej („in my mind’s eyes” jak u Szekspira) w różnych postaciach geometrycznych: kwadratu, prostokąta, rombu lub koła. Ostatecznie decyduję się na prostokąt 50 x 40 +1. Figura ta  rosła wzdłuż i wszerz jak dobrze karmiony osesek, aby dzisiaj pokazać się w aureoli. Wiek figury: około 3 lat. Lat pracowitych, utkanych udanymi i mniej udanymi występami, refleksjami, krotochwilami, obserwacjami oraz obrazami postaci lubianych jak gruby portfel lub wrednych jak kret podgryzający korzonki szlachetnej rośliny.

Wprowadziłem trochę zamętu w opisie, aby z tym większymi fanfarami objawić radość. Liczba czytelników-subskrybentów zarejestrowanych na blogu www.MichaelTequila.com osiągnęła dzisiaj 2001!

Serdecznie dziękuję Wam, Drodzy Czytelnicy, za życzliwość okazywaną autorowi opóźnionemu w odkrywaniu miłości do pisania.

Od nastroju do Nobla

Dzień był mroczny, zimny, zmiennoustrojowy, jednym słowem – obskurny i nędzny. Prawdziwa zmora, która skacze ci na plecy i dusi nie czekając nawet nocy. Nastrój sklecony pośpiesznie przez zmorę był jeszcze gorszy. Katastrofa siedziała na plecach klęski, a ta na moim grzbiecie. Kiedy podły nastrój ujawnił swe czarne oblicze w wianuszku zimnych przekleństw, wrzasnąłem do niego: Nogi ci z …..powyrywam! Po literze „z”, która jest ostatnią literą alfabetu o symbolicznym znaczeniu końca, zawiesiłem głos. Dłuższy czas wisiał w powietrzu jak skała nad domem niewinnych staruszków.

Skąd mi je powyrywasz? – odkrzyknął nastrój z przekory albo z głupoty. Czytaj dalej

O kupowaniu i pisaniu książek

Czytelniczka o słonecznym imieniu Sunny przedstawiła mi swoje zainteresowania, które mogą być ważne także dla innych czytelników blogu. Zdecydowałem się udzielić odpowiedzi w formie bezpośredniego wpisu.
„Tak… tak chciałabym przeczytać tę książkę.
Jeżeli to możliwe, chciałabym również porozmawiać o pisaniu (nie tylko powieści)”
Cieszę się, że jest Pani zainteresowana powieścią „Plener zagubionych uczuć”. Jest ona dostępna w wielu międzynarodowych sklepach internetowych, których adresy są dostępne poprzez górny pasek strony autorskiej. Zakupu dokonuje się tak samo jak w Polsce, płatność kartą kredytową, być może także przez PayPal. Cena ebooka jest wyjątkowo atrakcyjna.
Rozmowa o pisaniu powieści: Proszę napisać w komentarzu do dowolnego bieżącego blogu, co Panią interesuje najbardziej. Temat jest niezwykle obszerny, łatwiej mi więc będzie odpowiadać na kolejne pytania, które mogą być interesujące także dla innych czytelników.
Chętnie podejmę ten wątek, ponieważ jest on ważny dla każdej osoby piszącej. Jednym z aspektów jest także kontakt pisarza z czytelnikiem i osobami piszącymi, rozumienie ich zainteresowań, podejścia, problemów. Czekam na pytania.

Życzenia

Przez trzy dni Świąt Bożego Narodzenia włącznie z Wigilią oferuję Państwu „Tryptyk Zadumy nad Wydarzeniami Niekoniecznie Pobożnymi”. Są to minirelacje opowiadane głównie ustami Wiktora, uważnego obserwatora wydarzeń małych i wielkich, słodkich i gorzkich. Wszystko, co mini, włącznie z majtkami, przywodzi Wiktorowi na myśl raczej pogodne i ciepłe wspomnienia, mnie natomiast kojarzy się w sposób zróżnicowany, czasem bajeczny jak życie w Polsce a innym razem mroczny jak piwniczna izba u Marii Konopnickiej.

Moim Czytelnikom, Ich Rodzinom I Przyjaciołom, składam najserdeczniejsze życzenia Szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia oraz Pomyślnego Nowego Roku, przede wszystkim życzenia zdrowia jak tur, ciepła rodzinnego o temperaturze lata australijskiego, nieskończonej miłości, szczerej dziecięcej radości, milionerskiej pomyślności, sukcesów jak smok, oraz wyrozumiałości i rozsądnej cierpliwości wobec bliźnich i wydarzeń.

Przerywnik literacki: Medycyna i łechtanie

Wpadłem wczoraj do mojego lekarza, aby porozmawiać na temat ostatniego testu badań krwi. Wyniki okazały się nadzwyczajne. Lekarz przeglądał je i raz po raz wykrzykiwał: Glukoza – perfekt! Hemoglobina – fantastyczna! Przy innych wynikach padały okrzyki: Rewelacyjne! Doskonałe! Trochę byłem rozczarowany, kiedy poziom witaminy B12 i kwasu foliowego uznał za normalny.

Nie ulegało wątpliwości, że doktor stał się moim adoratorem, ściślej – adoratorem mojego ciała. Przestraszyłem się nie na żarty. Nie lubię, kiedy adorują mnie mężczyźni, wolę, kiedy czynią to kobiety. Mało jest jednakże kobiet tak spostrzegawczych jak mężczyzna, który potrafi dostrzec piękno dojrzałego organizmu i ulec fascynacji jego funkcjonowania.

Zachwyt lekarza mile mnie połechtał. Tu powiedzmy sobie bez niepotrzebnego wstydu, czego budujące przykłady daje wszystkim Posełka Senyszyn, że łechtanie jest czynnością szlachetniejszą niż każda inna. Ona czyni to głosem. W tym momencie chciałbym wystawić mały pomniczek głosowi dzielnej Posełki, ale nie wiem jak. Może nawet pomnik, co zapewne zaproponowałby Jarosław Kaczyński, który jest zwolennikiem utrwalania w granicie i spiżu ważnych spraw doczesnych i wiecznych. Mogłaby to być inwokacja w rodzaju „Panie, świeć nad jej głosem!”, ewentualnie „ Panie: Zmiłuj się nad jej głosem!”. Którąś z nich, gdyby została przyjęta przez Sejm, intonowaliby posłowie przed lub po wystąpieniu Posełki. Skąd ona taki głos wzięła, tylko Bóg raczy wiedzieć. Nie wiem, czy możnaby jej to powiedzieć w oczy, bo ona i tak nie wierzy w Boga.

Jeśli zechcesz w tym momencie odejść od ekranu komputera, iPada lub innego sprytnego urządzenia komunikacji społecznej, aby oddać się łechtaniu, czynności bardziej dystyngowanej niż czytanie blogu, nie wezmę Ci tego za złe. Wręcz przeciwnie, będę zachwycony, że moje wzruszenie zrodzone w gabinecie lekarskim udzieliły się Tobie w takim stopniu, że postanowiłeś/aś natychmiast oddać się działaniom nieskończenie wytworniejszym.

Navigare necesse est, vivere non est necesse. Taki napis figuruje na Zielonej Bramie przy wejściu na ulicę Długi Targ w Gdańsku. Znaczy to: Nie musisz żyć, ale musisz żeglować. Żeglowanie jest ważniejsze od życia. Analogia jest jak najbardziej oczywista: Czytanie nie jest koniecznością, łechtanie natomiast jest. Możesz pozostać analfabetą, ale nie możesz odrzucić rozkoszy łechtania. Analfabetyzm nie boli, drugie natomiast postawiłoby cię pod szubienicą potępienia, którą przez lata cierpliwie budował Giacomo Girolamo Casanova, kawaler de Seingalt, uwodziciel, awanturnik, podróżnik i literat.

 

Dyskusja o blogowaniu. Gdzie i jak wydać książkę.

Paweł P. wpisał komentarz do mojego blogu z dnia 2 marca 2013. Nie odpowiedziałem nań w formie kolejnego komentarza, tylko bezpośrednim wpisem na blogu, gdyż chodzi o ważny nurt dyskusji. Zachęcam do przeczytania najpierw komentarza Pawła.

Kwestia jest fundamentalna. W jaki sposób pisarz, zwłaszcza początkujący lub mniej znany, może zaprezentować swoją twórczość czytelnikom, skoro znaleźć wydawcę jest niezwykle trudno? To, co pozostaje autorowi to publikować swoje utwory we własnym zakresie, na przykład na blogu.

Publikacja na blogu ma dwa poważne mankamenty: autor nie ma z tego żadnego dochodu, a promocja książki jest ograniczona, jeśli robi się to wyłacznie przez blog.

Jestem przekonany, że jest to mimo wszystko dobra droga, przynajmniej na początek. I mam na to kapitalny przykład. Jest nim powieść „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, która stała się fantastycznym bestsellerem. Teraz cytuję informację z polskiego wydania tej książki: „Pierwsza wersja niniejszej powieści zatytułowana Master of Universe ukazała się wcześniej w Internecie. Autorka wydała ją w formie odcinków, z innymi bohaterami, pod pseudonimem Snowqueen’s Icedragon”.

Krótko mówiąc, niezwykle poczytna dzisiaj autorka też zaczynała od publikacji powieści na blogu lub na własnej albo cudzej stronie internetowej. W jaki sposób przyczyniło się to do jej ostatecznego publicystycznego sukcesu, tego jeszcze nie wiem. Jestem przekonany, że publikacja powieści w odcinkach w Internecie z pewnością wytyczyła jej drogę do sukcesu. Poszukując wydawcy autorka miała w ręku liczące się atuty: „moja powieść ukazała się już w formie odcinków, wywołała zainteresowanie, uzyskała dużo pozytywnych komentarzy, przeczytało ją 5000 osób” lub coś w tym rodzaju.

Uważałbym to za znakomitą rekomendację. Jej sens polega na tym, że nieznany szerzej autor lub autorka pojawia się jako ktoś, kto zyskał już pewną pozycję, ma czytelników, ma pozytywne opinie, odniósł sukces. Jest kimś, na kogo warto zwrócić uwagę.

Dyskusja o blogowaniu na Forum Pisarskim. Część 1.

Od czasu do czasu udzielam się na forum Platformy Pisarskiej. Postanowiłem wykorzystać te wpisy jak i wypowiedzi innych osób w charakterze przerywników pisarskich na blogu. Kilka dni temu dowiedziałem się, że jedna z niezwykle popularnych dzisiaj pozycji beletrystycznych była najpierw opublikowana przez autorkę w odcinkach na blogu, a dopiero później została wydana w formie książkowej. To mnie umocniło w przekonaniu, że temat jest znaczący.

Być może stanie się to jedną z ciekawszych form wydawniczych: pisanie utworów literackich i publikowanie ich na blogu. Czytelnicy mają przyjemność, autor ma satysfakcję, nikt nie ma pieniędzy. Może to i jest coś nowatorskiego? Czyżby nowy, dyskretny styl walki z rozbuchanym konsumpcjonizmem?

Wpis z 13.01.2013 Michael Tequila

Wracam na forum omalże jako syn marnotrawny, który opuścił gościnny dom i wałęsał się po świecie dorabiając się jedynie pytań i wątpliwości. Liczę na to, że rozumni i skłonni do wybaczania zechcą oświetlić mnie swoimi przemyśleniami.

Prowadzę blog autorski. Jest on dla mnie ważny. Obciąża on jednak bardzo moją kulejącą (bo raczej powolną) aktywność pisarską. Pisząc blog, poświęcam mniej czasu „właściwemu” pisaniu. Zbiór opowiadań, który rozpaczliwie usiłuję zakończyć, piszę już ponad rok. I tak to szarpię się między blogiem, który ma służyć promocji mojego pisarstwa a uprawianiem właściwie rozumianego pisarstwa (opowiadania, nowele, powieści).

Tu nasuwa się pytanie: Jakie znaczenie ma blog autorski dla twórczości pisarskiej? Czy prowadzenie blogu nie jest przypadkiem przeszkodą w rozwoju tej twórczości? Czy rosnąca popularność blogu ma sens, jeśli się nie publikuje się książek? Jak pogodzić pisanie blogów z pisaniem utworów literackich?

Szukając odpowiedzi eksperymentuję. Ostatnio rozpocząłem pisanie na blogu opowiadania w odcinkach. Chciałbym je później opublikować razem z innymi opowiadaniami w postaci ebooka. Jak taki blog jest oceniany? Czy ktoś ma jakieś doświadczenia w materii blogowania i pisarstwa na poważnie? Pozdrawiam z ciepłej Adelajdy.

Wpis 2 z 14-01-2013 Eksztyn D.

Ja też planowałem zagarnąć trochę miejsca w sieci dla siebie, ale z opcji blog zrezygnowałem, bo ma nieszczęśliwą zobowiązującą formę. Wiadomo o co chodzi, układ chronologiczny. Może lepsza byłaby strona www, którą można wzbogacać i przekonstruowywać.

Takie spostrzeżenie z punktu widzenia twórcy: blog posuwa się dalej, co wpływa na faworyzowanie nowości względem przecież równie istotnych starości, a stronę się rozszerza, wszystko jest w niej jakby na jednej płaszczyźnie/poziomie. Niby nic, ale moim zdaniem przez to blog wpisuje się swoją formą w nowinkarski, ciekawostkowy nurt, z którym twórczość poważniejsza nie powinna chyba chcieć się znać

Wpis 3 z 14-01-2013 Michael Tequila

Nieco inaczej widzę blog i jego możliwości. Mój blog podzieliłem na przykład na cztery części tematyczne. Jeśli „poważniejsze” tematy chciałbym wyróżnić, to mogę je oznaczyć jako takie. Z drugiej strony to, co autor bloga uważa za wartościowszy lub poważniejszy temat, niekoniecznie jest tak widziane przez czytelnika.

Układ chronologiczny ma swoją logikę, która dominuje chyba nad wszystkimi innymi. Mianowicie taką, że najnowsze wiadomości są najbardziej poszukiwane, gdyż zawierają wypowiedzi autora i komentarze czytelników na to, co jest najbardziej aktualne. Chronologia zmusza jednak blogera do regularnego poświęcania czasu na blogowanie, ponieważ nikt nie czyta blogów, które pojawiają się raz od wielkiego dzwonu, nieregularnie. Taki blog jest jak gazeta, która zawiera te same treści na początku, w środku i na końcu miesiąca.

Dla mnie największym wyzwaniem jest przedstawianie tematów na blogu, które są ważne dla czytelnika oraz zachowanie równowagi między czasem poświęcanym na pisanie blogu a czasem poświęcanym pisarstwu „właściwemu”.

Chętnie zobaczyłbym tutaj komentarze, jak widziany jest mój blog w sensie jakości oraz znaczenia jego treści dla czytelnika.

Recenzja „Babuni” Frederique Deghelt. Świat Książki, Warszawa, 2011. Część 1.

Wczoraj zakończyłem czytanie powieści „Babunia”. W trakcie czytania robiłem sobie notatki z myślą o recenzji.

Jest to mądra powieść. Będzie ona interesująca w szczególności dla osób piszących, ponieważ przedstawia rozległe obszary świadomości i uczuć czytelnika uruchamiane w trakcie czytania książek.

Powieść koncentruje się na relacjach zachodzących między dorosłą wnuczką Jade, która pisze własną powieść, a jej babką, która zawsze była namiętną czytelniczką książek, choć ukrywała to przed światem. Od momentu, kiedy obie kobiety zamieszkały razem, Babunia stara się pomóc wnuczce w pisaniu i wydaniu jej powieści. Jej pomoc polega na komentowaniu treści powieści wnuczki, którą ta jej udostępniła, jak i dzieleniu się własnymi przeżyciami, odczuciami i doświadczeniami pochodzącymi z literatury wielu książek różnych autorów. Pomijam tutaj wątki i treści niedotyczące samej kwestii pisania i czytania książek, a są one jak najbardziej ciekawe i intrygujące: interakcji między wnuczką a Babunią, relacji rodzinnych, minionej i aktualnej miłości wnuczki do mężczyzny, miłości Babuni do męża i jej zauroczenia innymi mężczyznami.

Zachwycił mnie czar języka autorki, jej „poezja słowa”. Powieść jest przykładem pięknej formy i stylu. Zdania, ich fragmenty, zwroty porywają i nadają szczególnego smak u powieści; są jak doskonałe lody dla podniebienia miłośnika rzeczy słodkich i rozkosznych. Z tego punktu widzenia jest to powieść o walorach, które cenią sobie poeci i miłośnicy poezji. Przytoczę dwa cytaty: „Moje dłonie były towarzyszkami duszy, rzemieślnikami spełnionych marzeń”, „Stąpałam po słowach podszeptywanych mi przez niebo, w którym mieszka moja miłość do pisarzy” (str. 50). Wspaniały jest również wiersz o pocałunku pochodzący z Cyrano de Bergerac” Edmonda Rostanda w tłumaczeniu Marii Konopnickiej i Włodzimierza Zagórskiego. Wiersz, tak jak został przetłumaczony, to istne arcydzieło. Nie wiedziałem, że Maria Konopnicka i Włodzimierz Zagórski (postać mi nie nieznana) tak rewelacyjnie tłumaczyli.

W powieści zasługują również na uwagę oryginalne obserwacje, opinie i powiedzenia. Wynotowałem sobie kilka z nich: Str. 26: „Udana starość to druga młodość. Odmłodnieć albo zniknąć – oto wybór”, str. 33: „Przyzwyczajenie do głupoty i biedy”, str. 35: „Czytanie było przede wszystkim stratą oświetlenia i marnowaniem czasu”, str. 36: „On nie wie już niczego, ma książki”. „Śmierć kpi sobie z książek i wiedzy”, str. 130 „Szkoła …nauczyła mnie czytać, szkoła czytania nauczyła mnie żyć”.

Pozytywnych wrażeń językowych powieści nie psują nieliczne niedociągnięcia i błędy takie, jak brak przecinków przed „że” i „żeby” czy też zdanie wypowiedziane przez Babunię (str. 35) „Kiedy opowiadam Jade swoją historię”, co powinno mieć formę „Kiedy opowiadam Jade moją historię”. W powieści jest więcej problematycznych użyć zaimka dzierżawczego „swój”, ale mogą one nie zwrócić uwagi czytelnika. To zaimek trudny w użyciu.

„Babunia” jest dowodem pomysłowości literackiej w sensie prezentacji w formie powieści bogatego tematu pisania, czytania i dyskusji o książkach. Jest ona swoistą rozprawą o sztuce czytania, pisania i wymiany poglądów na temat książek. Osoby piszące (pisarze o różnym stopniu zaawansowania) jak i te zainteresowane pracą pisarską zajdą tutaj wiele wskazówek, rad i treści do przemyśleń. Zawarte są one przede wszystkim w refleksjach głównej bohaterki powieści, Babuni. Oto cytat z jej rozważań na temat powieści pisanej przez wnuczkę: „W swojej powieści Jade angażuje czytelnika w odkrywanie postaci. Bohaterowie maja mało czasu, ale tego nie wiedzą. Intryga zawiązuje się tylko wokół tej kwestii: pochłonięci ich życiem, my, czytelnicy, nie wiemy o tym, że wkrótce znikną” (str. 118).

Znaczenie imion w życiu i literaturze

Imiona i nazwiska postaci literackich mają swoją wymowę. Nie pojawiają się one przypadkowo, przynajmniej nie powinno tak być z punktu widzenia dzisiejszej sztuki pisarskiej. Muszą one spełniać pewne kryteria, przede wszystkim odpowiadać charakterowi i roli postaci (zwłaszcza pierwszoplanowej). Imię bohatera jest z nim integralnie związane poprzez jego osobowość, historię, działania. Osoba pozytywna będzie mieć zapewne imię miłe w brzmieniu lub skojarzeniach, zupełnie odmiennie autor „ochrzci” natomiast czarny charakter, łajdaka. W powieści nie powinny pojawić się imiona lub nazwiska, które są do siebie podobne, ponieważ może to dezorientować czytelnika. Nie powinny też być one zbyt długie lub skomplikowane, ponieważ utrudnia to ich zapamiętywanie.

Życie też ma swoje „imienne” wymagania i mody. Jak wybrać imię dziecka? – oto pytanie na miarę omalże szekspirowską. Rozważania o imionach dzieci przedstawia dalszy ciąg dzisiejszego blogu. Został on przygotowany przez Olę Michalak, osobę przeuroczą a zarazem zdecydowaną, jeśli chodzi o wybór imienia.

Co do imienia, to od dłuższego czasu trwa w Polsce era przywracania do łask pięknych polskich imion takich jak Franciszek, Stanisław, Leonard, Antonina, Klara, Apolonia, Pola itp. Wciąż także popularne są imiona pochodzenia rosyjskiego jak Nadia, Lena, Natasza. Sama osobiście znam kilka Antosi. Jako dziecko wołają na te dziewczynki Antosia lub Tosia, ale jak będzie dorosła to raczej zwrócą się do nich Pani Antonino, a nie Pani Antosiu. Tak samo jest z popularnym imieniem Zosia; pełne imię to wciąż Zofia. Brzmi również niezwykle poważnie. Uczyłam dziewczynki o imieniu Róża i Jaśmina i nigdy nie zauważyłam, by komukolwiek, kto według naszego uznania nosi oryginalne imię, dzieci dokuczały czy przezywały.

To tak samo jak żadnego dziecka nie dziwi, że po szkole poruszają się dzieci na wózkach inwalidzkich, czy przez porażenie mózgowe mają inny wyraz twarzy niż zdrowe dzieci. Myślę, że to już nie te czasy. Szybciej będą się wyśmiewać, jak ktoś będzie miał niemodny telefon komórkowy niż oryginalne imię. Po prostu w szkołach jest już tyle dzieci o najróżniejszych imionach, że nikomu się to już nie wydaje ani dziwne, ani wyjątkowe.

Poza tym niedaleko patrząc, kiedy nasi rodzice nadawali imię Sonia, to były to czasy, kiedy to imię nadawano ulubionej suczce. Dzisiaj chyba już nikt nie nadaje tego imienia zwierzakom. Podobne dobre rady dostawała teściowa, kiedy decydowała się nazwać syna Fryderyk. Pojawiły się zastrzeżenia: A że poważne, a że będą się śmieli i wołali Chopin. Ani Sonia, ani Fryderyk nie mają problemów z akceptacją swojego imienia i przynajmniej ludzie zwracają się do nich z pełnego imienia: Soniu, Fryderyku. Do mnie natomiast nikt nie mówi Aleksandra, wszyscy mówią Ola. Także, co mi z tego, że mam ładne pełne imię, jak i tak ludzie posługują się o wiele brzydszym skrótem.

A co do skojarzeń z chorobami. Na przykład imię Amelia. Co się okazało? Amelia (łac. amelia, z gr. α = „bez” + μέλος, μέλεα = „kończyna, kończyny”) – to wada wrodzona polegająca na całkowitym braku kończyny lub kończyn. Może ona stanowić część zespołu wad wrodzonych lub występować jako wada izolowana, w części przypadków będąca wynikiem działania szkodliwych czynników (teratogenów) na rozwijający się zarodek lub płód.

A jeśli chodzi o Panią Luksemburg, to myślę, że pokolenie naszych dzieci nie będzie wiedziało, kto to był. A nawet jeśli tak, to takiej historii uczy się w liceach, kiedy nikomu do głowy nie przychodzi dokuczanie z powodu imienia. Jako przeciwwagę mogę podać inną postać historyczną o tym imieniu: Róża Maria Sapieha. Była to księżniczka, uczestniczka Powstania Warszawskiego, pełniąca funkcję sanitariuszki. Zastanawiałam się nad atrakcyjnością imienia Rozalia, jednak skrót od tego imienia czyli Rózia kojarzy mi się z niezbyt rozgarniętymi dziewczętami (najczęściej chłopkami, mamkami, niańkami), o których czytało się w lekturach szkolnych.

Podsumowując mam wrażenie, że wszystko jest kwestią skojarzeń i utartych w naszych głowach stereotypach. A czy dane imię się polubi czy nie zależy od tego, jacy ludzie to imię noszą. Jeśli sympatyczni, to i imię będzie się nam dobrze kojarzyło. A jeśli tacy, za którymi nie przepadamy, to i piękno samego imienia nie pomoże w pozbyciu się złego wrażenia.

Róża to przede wszystkim piękny, szlachetny kwiat i tego się trzymajmy.

PS. W miejsce zaproszenia na majówkę z przyjemnością udostępniam bezpłatnie moim Czytelnikom oraz ich Przyjaciołom i Znajomym moje trzy ebooki. Są one do pobrania ze strony http://www.smashwords.com/profile/view/michaeltequila do 10 maja 2012. Skorzystaj z okazji i pobierz gratis dowolną pozycję na swój komputer lub czytnik ebooków. Pozdrawiam. Michael Tequila.