Dzień Wszystkich Świętych. Zapis doraźny jak samo życie.

allegory-of-immortality-giulio-romano-public-domain

Kiedy zacząłem pisać ten blog, była godzina 7.49. Nie zdziwiłem się, ponieważ powtarza się ona każdego dnia, taka jej niezawodna natura, podobna do deszczu, szumiącego właśnie za oknem, który stale powraca, tylko z inną regularnością.

Jestem zadowolony, że byłem na cmentarzu już wczoraj. Zostawiłem tam dwa bukiety kwiatów w donicach, bordowy i złocisty, zapaliłem świeczki i modlitewnie zadumałem się nad losem człowieka.

Przestrzeń, czas, Bóg, życie i śmierć, to czysta filozofia, dla każdego zaczynająca się nieświadomymi narodzinami i bardziej lub mniej świadomym odejściem. Podobno nie umie żyć ten, kto nie oswoił się ze śmiercią, której pokonanie we własnej świadomości daje odwagę życia. Jest to jasne w buddyzmie; jego wyznawcy oddają się medytacji wyobrażając sobie, jak umierają, jak ich ciała rozpadają się, jak ich kości bieleją i rozsypują. Buddyści czynią to, aby do głębi zrozumieć życie i żyć bez strachu, świadomie, w pełni.

Budda zapytany, jaki jest sens ludzkiego życia, odpowiedział: Życie samo w sobie nie ma żadnego sensu, jedyny sens to taki, jaki ty nadasz swojemu życiu. Nie wiem, czy tak dokładnie powiedział, nie było mnie przy tym, a szkoda, ale myśl wydaje się godna uwagi i refleksji, nie mówiąc o zapamiętaniu i stosowaniu.

Bogobojni pamiętają o moralności, czynieniu dobra, unikaniu niegodziwości, zapominają jednak często, że Bóg dał im ciało, o które powinni dbać równie mocno jak o moralność. Wysiłek fizyczny, ruch, dorosłego człowieka, o dzieci nie ma co się martwić, one to mają zakorzenione w sobie, to forma utrzymywania tego, co najwartościowsze, zdrowia, dobrego samopoczucia, niezależności, radości. Dlatego uprawiam, jak tylko potrafię najczęściej, jogging przemieszany z szybkim marszem, pół godziny dziennie, utrzymując w kondycji ciało i umysł. Wysiłek fizyczny musi być dostatecznie intensywny, aby przyniósł pełną korzyść organizmowi.

Tak to sobie przypomniałem, w ramach drobnego kaznodziejstwa, w dzień wszystkich świętych. Faraonowie egipscy nosili złote maski na twarzy i siedzieli nieruchomo na tronie, nie poruszając się, aby umocnić w sobie i poddanych przekonanie, że są wieczni, że są bogami.

Jesteśmy tylko ludźmi. 

Obraz: Giulio Romano: Alegoria nieśmiertelności.

Wzorem – świat zwierzęcy

Wczorajszy film o zwierzętach na kanale Planet wywarł na mnie wrażenie. Oglądałem wiele takich filmów, ten uznałem jednak za przełomowy. Okazał się brakującym ogniwem łańcucha mojej wiedzy, jak utrzymać się w doskonałej formie i zdrowiu do końca życia. Jedynym dobrym wzorem są zwierzęta. Po nich dopiero idzie Jane Fonda i podobni pasjonaci fitness.-– Wiktor rozpoczął filozoficzno-zwierzęce refleksje nad tematem, którym obydwaj się pasjonujemy. Nie jest to pasja przypadkowa.

Już wcześniej wspomniałeś, Wiktorze, o analogii życia ludzi i zwierząt, i dawałeś przykłady, kiedy te dwa nurty życia się rozeszły.

Zgadza się. Rozeszły się w sposób zgubny dla człowieka. Kiedy obserwujesz żyjące dziko zwierzęta (nie zwierzęta domowe, którym człowiek narzucił własna sposób odżywiania i tryb życia) to w oczy się rzuca natychmiast ich piękno: sylwetki, futerka, sprawności, kondycji, zdrowia. Tam nie ma cherlaków, istot upośledzonych fizycznie, zbyt tęgich i niezgrabnych. Nie jest to sprawą przypadku. Decyduje o tym przyroda. Jest ona nie tyle okrutna, ile bezwzględna. Nie utrzymujesz się w doskonałej kondycji fizycznej i psychicznej – odpadasz, przegrywasz. Z ludźmi jest inaczej. Mówię o tym, ponieważ współczesny świat razi mnie deformacją ludzkiego ciała. Wygląda tak, jakby straciło ono walor dla jego posiadacza.

Mogę ci tylko przytaknąć, Przyglądałem się kiedyś na deptaku w Adelajdzie przechodniom i doszedłem do wniosku, ze ludzie są fatalnie zaniedbani fizycznie. Nie dotyczy to tylko starszych osób. Dzisiaj nawet młodzi chłopcy i dziewczęta są nieforemni: platfusowaty chód, niezgrabne sylwetki, opadające ramiona, otyłość. I to wszystko w Australii, która kojarzy się ze słońcem, zamożnością i fantastycznymi warunkami uprawiania sportów. Nasunął mi się wtedy nieodparty wniosek, że jako społeczeństwo Australijczycy odeszli zdecydowanie od ideału pięknego ciała, a tym samym i zdrowia.

Wiktor wysłuchał mnie z uwagą, pokiwał głową na znak zgody, po czym wrócił do zwierzęcia, które oglądał w telewizji. – Życie tego wspaniałego zwierzaka, coś w rodzaju borsuka, którego oglądałem w telewizji, tym różni się od naszego, że jest pasmem nieprzerwanego wysiłku fizycznego, nieprzejadania się, ale także swoistej przedsiębiorczości. Zwierzę musi utrzymać się w nadzwyczajnej formie fizycznej i psychicznej, aby przeżyć. Najpierw władował mu się do nory jeżozwierz, którego borsuk zdecydował się „wykurzyć”. Wykazał w tym niezwykłą wytrwałość. Nieprzerwanie go „molestował”, że tak powiem, zbliżając się doń tak blisko, jakby chciał go zaatakować. Nie szukał jednak bezpośredniej konfrontacji, walki. Był mądry, ostrożny i wytrwały. Osiągnął sukces, gdyż jeżozwierz opuścił jamę. Ale to nie wystarczyło. Borsuk tak długo go męczył pozorowanymi atakami, że ten opuścił jego rejon. Godnych podkreślenia jest kilka cech jego postepowania: wytrwałość, koncentracja uwagi, dążenie do pełnego, nie połowicznego sukcesu, działanie na długą metę. Czy nie są to cechy, które przypisujemy gatunkowi ludzkiemu?

Następna kwestią okazało się pożywienie. Borsuk przeszedł węsząc setki metrów, zanim wykrył norę z myszami. Wykonał kawał solidnej roboty, dokopując się do niej. Okazało się to nieudanym przedsięwzięciem: mysz uciekła. Po znalezieniu drugiej nory z „posiłkiem”, borsuk po kolejnej kopaniu zdobył wreszcie kawałek mięsa. Zjadł je, i chyba nic więcej. Żadnych ciasteczek, torcików, czekoladek, kawy czy kieliszka alkoholu. Super proste pożywienie. Żadnego dojadania ani popijania. Zwierzę, kiedy je, nie popija pokarmu wodą ani niczym innym. Pokarm jest trawiony „na czysto”.

Wiktorze, może przedstaw jakąś konkluzję, aby twoja relacja nabrała przejrzystości.

Nasuwa mi się kilka wniosków. Pierwszy jest taki: Jako ludzie, jako jedyny „ucywilizowany” gatunek zwierząt, odeszliśmy w sposób szokujący od naturalnego, przypisanego każdemu gatunkowi sposobu życia: ciągły wysiłek fizyczny, dużo ruchu, naturalne pożywienie w ograniczonej ilości, niezbyt urozmaicone, bez popijania lub dojadania. Urozmaicenie to wynalazek człowieka.

Czy sądzisz, że takie proste jedzenie jest smaczne? Ludzie kochają smakować jedzenie. Lubią różnorodność, ponieważ to zaspokaja wyrafinowane podniebienie.

Nie mam cienia wątpliwości, że proste jedzenie jest smaczne, ale pod pewnym warunkiem. Gdybyś widział, z jakim apetytem borsuk zjadał swoje danie. To było lepsze niż frykasy. Prawda jest taka. Zwykłe jedzenie będzie ci nadzwyczajnie smakować, pod warunkiem, że jesteś głodny. Natura nieprzerwanie przypomina o tym, co my znamy z przysłowia, ale ignorujemy: Fames optimus cocus. Głód jest najlepszym kucharzem. Pozwól mi zrobić podsumowanie: Jeśli chodzi o utrzymanie się w idealnej formie fizycznej, sprawności, pięknego wyglądu, dobrego samopoczucia, zdrowia, to moim ideałem jest dziko żyjące zwierzę, nie człowiek. Nawet nie zwierzę domowe, bo ono zmuszone jest żyć tak, jak jego pan czy właściciel.

Zadaję sobie pytanie: dlaczego odeszliśmy od takiego trybu życia? Nie to, ze odeszliśmy w jakiś sposób szczególny, ale w sposób totalny, całkowity, zaprzeczający normom żywienia wyznaczonym przez miliony lat istnienia przyrody i milion czy dwa miliony lat istnienia człowieka.

Nie przesadzasz, Wiktorze?

A skadże! Jedyny wyjątek jaki widziałbym, to to, że zwierzęta jedzą wszystko na surowo, my moglibyśmy stosować obróbkę żywności w formie gotowania lub pieczenie. Tylko to. Wiem, że brzmi to szokująco, ale w tym tkwi prawda. Musimy ją jeszcze rozwałkować. Tego nie da się przełknąć za jednym razem. Co za dużo, to niezdrowo. Muszę sobie wbić do głowy tę maksymę, ponieważ nie jestem bez winy.

Dlaczego nie lubimy chodzić?

* Bo odczuwamy to jako stratę czasu. Czas stał się esencją istnienia, wartością naczelną, którą liczymy i hołubimy, której wciąż mamy za mało. Time is money. Nie będę mnożyć listy wyjaśnień, dlaczego czas jest traktowany jako usprawiedliwienie niechodzenia, niespacerowania, ponieważ żal mi na to czasu.

* Bo nie lubimy samotności. Żyjemy w zwariowanym świecie, gdzie przebywamy najczęściej z innymi osobami, lubianymi lub kochanymi przez nas, dziećmi i kochankami, które to określenie obejmuje także żony i przyjaciółki, mężów i przyjaciół, nawet jeśli są to geje i lesbijki, gatunek rzadki, ale upowszechniający się. Są ludzie, którzy się nudzą w samotności, co jest dla mnie krzywdą, jaką zadajemy sami sobie, niezrozumiałą i smutną. Czyż można być tak nudnym i beznadziejnym, abym nudzić z samym sobą?

* Bo nie rozumiemy znaczenia chodzenia, spacerowania, joggingu, biegania, wszystkich form fizycznej aktywności, różniącej się tylko szybkością poruszania się i zużyciem obuwia, lub stóp, jeśli chodzimy boso, a może i nago, co zresztą nie ma tu znaczenia. A może i ma? My współcześni chodzimy dziesięć razy mniej niż nasi przodkowie. Brak ruchu rujnuje nas jednostkowo i społecznie. Poziom takiego „głupiego” cholesterolu, który wcale głupi nie jest, nie zależy tylko od jedzenia, ale także od chodzenia, tej najprostszej i najbardziej pospolitej formy ruchu. Dziesiątki aspektów naszego zdrowia i samopoczucia zależą od ruchu. Nie muszę więcej tłumaczyć, ponieważ jest to wszystko w Internecie.

Zaoszczędzam więc sporo czasu, który poświecę na chodzenie. Czynię to prawie każdego dnia, minimum pół godziny dziennie, to mój standard. Chodzenie, ruch, traktuję jako obowiązek wobec własnego ciała, które razem z czasem danym nam do przeżycia, są naprawdę jedynym darem otrzymanym od Boga (Opatrzności, Natury, Stwórcy, czy jak tam to nazwiesz). Dbałość o ciało poprzez ruch to moralny obowiązek, o którym powinni mówić księża i biskupi na ambonie. Niechodzenie, brak ruchu, jest grzechem. Nie mówią tego i mam im to za złe. Nie mówią, ponieważ nie rozumieją, jakie jest to ważne. Widać to po ich sylwetkach i obfitości fałdów.

Sytuacja kojarzy mi się to zamkniętym kręgiem ubóstwa, które może być różnej natury: finansowej, fizycznej, psychicznej, moralnej. Jeśli masz wśród rodziny, przyjaciół lub znajomych księdza lub inną osobę duchowną, powiedz jej o tym blogu, aby i ona otrzymała bezpłatną naukę z Ambony Obiektywnej i Niewzruszonej Prawdy. Zawsze chciałem być kaznodzieją.

Na zakończenie przytoczę „kawał”, formę literacką zasadzającą się na nonsensie, paradoksie, nietypowym skojarzeniu.

Żona budzi się w nocy i widzi, że mąż chodzi i chodzi po mieszkaniu, wyraźnie wyprowadzony z równowagi. – Kochanie, dlaczego nie spisz, tylko chodzisz po mieszkaniu? – Bo tak mi się strasznie kochać chcę, że wprost nie mogę wytrzymać! Ona patrzy na niego ze zdziwieniem, odchyla kołdrę i mówi: No to chodź! Na co on jeszcze bardziej zdenerwowany: – No przecież chodzę!

To przedni żart, sztandarowy, z którym chętnie się obnoszę. Usłyszałem go pierwszy raz od kobiety, bliskiej mi i przemiłej osoby. Kiedyś jej to wspomniałem, na co ona mi odpowiedziała, że było odwrotnie, że to ona usłyszała ten żart pierwszy raz de mnie.

Kobiety mnie zaskakują, podobnie jak pamięć.

Ciało w odbiciu lustrzanym. Część 5, jeszcze nie ostatnia. Może i szkoda?

Nie widziałem się z Wiktorem dłuższy czas. Trochę mi go brakowało. Jego relacji o tym, jak radzić sobie z własnym organizmem i cieszyć się dobrym zdrowiem, kondycją i wyglądem fizycznym.

Spotkaliśmy się późnym popołudniem w parku, gdzie Wiktor ćwiczył szybki spacer i jogging na zasadzie własnej formuły 50/50. Ja wybrałem się na przejażdżkę rowerową. Przyświecał nam obydwu ten sam szlachetny cel dbałości o ciało i zdrowie. To nas łączyło. Przywitaliśmy się. Zagadałem pierwszy.

Pamiętam, co mi mówiłeś ostatnio. Była to mowa o jedzeniu. Byłeś natchniony, jakbyś dopiero co wrócił z Bangladeszu głodującego po wielkich powodziach lub ze Stanów Zjednoczonych po dewastujących pożarach i tornadach. A co z innymi rzeczami: sportem, snem, dobrą lekturą?

Co do sportu, sam widzisz. Sportuję się. Praktykuję to, co widzisz. Staram się to robić pięć dni w tygodniu, co najmniej pół godziny każdorazowo. Gdzieś trzeba ćwiczyć serce, płuca, mięśnie, poprawiać metabolizm i chudnąć. Wysiłek musi być dostatecznie intensywny i dostatecznie długi. Chodzenie spacerkiem dwie godziny dziennie po świeżym powietrzu to tylko zabawa. Nabierasz wtedy lepszego apetytu i jeszcze bardziej przybierasz na wadze. Nie oszukujmy się, spacery są dobre dla karmiących matek i śpiących osesków.

W ogóle, utrzymanie dobrej wagi i kondycji to sprawa niezmiernie złożona. Współczesna cywilizacja dała i wciąż nam daje mnóstwo dóbr, pozbawia nas jednak innych, przed wszystkich konieczności częstego chodzenia pieszo. Drugą kwestią jest czas: współczesność pozbawiła nas czasu. Wszystkim wciąż brakuje czasu. Ostatnia, mocno niedoceniana, to współczesność dała nam wielki garb na grzbiecie w postaci stresu. To wszystko działa przeciwko tobie.

Statystka podaje, że nasi dziadkowie i babki przeciętnie chodzili 10 razy więcej. Patrzymy na chodzenie jak na marnotrawstwo czasu, podczas gdy jest to dobrodziejstwo podobnie jak sen. Chodzenie, a szerzej mówiąc ruch, utrzymuje i regeneruje organizm: mięśnie, kości, stawy, płuca, serce, nawet system trawienia i wydalania. Podobnie działa sen, regenerując system nerwowy i organy wewnętrzne, które odpoczywają.

Zdałem sobie sprawę, że będąc indywidualnie i zbiorowo mądrzejsi, jesteśmy większymi głupcami niż nam się wydaje. To arogancja przez nas przemawia, a oprócz niej potężny strumień nieprzerwanej reklamy promującej kupowanie, jedzenie, używanie, konsumowanie, bawienie się, leczenie się i poznawanie wszystkiego, co inni mają ci do zaoferowania. Zatraciliśmy miarę, co jest a co nie jest pożyteczne i mądre z punktu widzenia dobrego życia: radosnego, szczęśliwego, zrównoważonego. Staliśmy się nieszczerzy i kłamliwi przed wszystkim wobec siebie, udając, że to, co ludzie robią powszechnie jest sensowne, ponieważ jest powszechne.

Wiktorze, chyba dużo naczytałeś się o filozofii życia. Mówisz jak z podręcznika. Problem w tym, jak to przetworzyć na codzienność własnego życia – wskoczyłem w nurt monologu w momencie milczenia, które przyjaciel zafundował sobie dla zebrania myśli. O tym zaraz będę mówił. Przećwiczyłem i sprawdziłem to na sobie.

Ciało w odbiciu lustrzanym. Część 4.

Strasznie rozgadałeś się, Wiktorze. Zacząłeś od nagości i wszedłeś na politykę. Skracaj się, jeśli możesz. Nagość ma więcej wspólnego z religią niż z polityką.

Jak to?. – brwi rozmówcy uniosły się w górę pytająco.

A tak. Przypomnij sobie choćby powiedzenie „Nagi jak święty turecki”.

Nie rób niepoważnych aluzji do osób świętych, chłopie – Wiktor o mało nie zakrztusił się z oburzenia.

To teraz ja zapytam: Jak to?

A tak. Niejeden biskup chciałby zasłużyć sobie na miano świętego, ale nigdy nie odważyłby się obnażyć. Oni mają za dużo ciała; wyglądaliby niepoważnie jako święci. Święci to często męczennicy. Odjęliby sobie od ust i dali innym. U nas wielu duchownych wygląda tak, jakby zabierali innym. Trudno się połapać w świętości w kontekście ciała. Ale przestań zagadywać mnie, bo chcę mówić o rzeczach ważnych. O tym, jak wyjść z impasu nadwagi i niesportowej sylwetki.

No, no, ciekaw jestem! –rzuciłem szczerze zainteresowany.

Będę mówić krótko, choć nie jest to u mnie we zwyczaju i przychodzi mi z trudem – zdecydował Wiktor. Wczoraj wkurzyłem się w łazience, choć nie było tam ani grama kurzu. Podjąłem poważne decyzje. Chcę uzyskiwać rezultaty. Zaczynam od rzeczy prostych i wykonalnych. Przed wszystkim od zmiany sposobu myślenia i patrzenia na siebie.

No, no! – wyrwało mi się bez złych intencji. Wiktor nawet nie zauważył eksklamacji.

Tak więc, nie ma jedzenia między posiłkami. Po posiłku myję zęby i zaciskam je, kiedy widzę jedzenie. Sam fakt, że je umyłem przypomina mi o unikaniu jedzenia do następnego posiłku. Nie jestem kurą, abym musiał bez przerwy coś dziobać! Nie sądzisz? Daje to mi dobre samopoczucie. Poza tym, good-bye cukierki, ciasteczka i herbatniczki. To tylko rafinowany cukier, najgorsza mąka i chemikalia. Co więcej? – Wiktor zastanowił się chwilę. Od dziś mięso jem bez chleba. Nie mieszać protein z węglowodanami to bardzo zdrowa reguła. Żołądek nie głupieje wtedy i dużo lepiej trawi. Trudno jest mu trawić, jeśli jeden rodzaj pokarmu wymaga środowiska kwaśnego, a inny zasadowego. To tak, jakbyś raz wołał do dziecka: Biegnij w prawo! A za chwilę: Nie, nie!. Biegnij w lewo! Wiesz, co wtedy się stanie?

No, nie wiem – usiłowałem zrobić mądrą minę, aby nie wypaść jako kompletny ignorant pediatryczny.

To proste. Dzieciak wpadłby na najbliższy słupek lub huśtawkę. Tak jest z żołądkiem, który protestuje wzdętym brzuchem. To nieładne, niepraktyczne i niezdrowe.

Słuchałem nie wierząc własnym uszom. To chyba jakiś podmieniony Wiktor – przyszło mi do głowy.

W ogóle to ograniczam konsumpcję chleba. Węglowodany tuczą. Pan Bóg cierpliwie spełniał moje prośby „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj, Panie” i dawał mi go w obfitości, do której się przyzwyczaiłem. Postanowiłem nie nadużywać dobrodziejstwa niebios i jeść mniej pieczywa.

Mój rozmówca nagle przerwał przypominając sobie coś.

Co dalej, to ci powiem przy najbliższej okazji. Teraz idę na mój ulubiony mix: szybki spacer połączony z bieganiem. Raz szybko idę, raz biegnę. Boskie doświadczenie, mówię ci! – wykrzyknął kierując się do wyjścia.

Ciało w odbiciu lustrzanym. Część 3.

Kolejne spotkanie z Wiktorem zaczęło się od rozmowy, jak znani mężczyźni ukrywają swoje mankamenty cielesne.

Jeśli chodzi o nieatrakcyjność ciała, to są jeszcze inne rozwiązania, które stosują mężczyźni. Wszystko zależy od pomysłowości, pieniędzy, a także krawca.

Podaj mi jakiś przykład, Wiktorze. Mówisz na okrągło, a do mnie najmocniej przemawiają konkrety – zaprotestowałem przeciw niewiele mówiącym, ogólnym stwierdzeniom sąsiada.

Mój ulubiony bohater narodowej epopei komiksowej, Jaro K, nie musi kobiecie imponować ciałem. On ma władzę, wpływy, jest piękny wewnętrznie. Szczególnie, kiedy przemawia. On nie mówi, on przemawia. To urodzony orator i przywódca. I to w nim cenię. Co do ciała, to podejrzewam, że nie jest Adonisem. Ukrywa to przed światem. Ubiera się w szczelny garniturek, który go obciska jak dawniej gorset kobietę, i lakiereczki sznurowane do kostek. Nawet w uszach nosi watę, by jak najmniej było go widać. Maskuje się przed światem. Tylko twarz ma odkrytą. A wiesz dlaczego? – Wiktor spojrzał triumfująco. Wiedział, że pytanie jest zabójcze i tylko encyklopedysta polityczny mógłby znać odpowiedź.

Nie za bardzo – oświadczyłem bez wahania, ponieważ nie miałem pojęcia, dlaczego przewodniczący chodzi z odkrytą przyłbicą.

Musi oddychać i przemawiać. No i patrzeć pod nogi, aby nie wdepnąć w jakąś aferę. Teraz afera goni aferę. Jak nie ma prawdziwych afer, to wynajduje się sztuczne. Polityka to sztuka wynajdowania – przyjaciel zawsze imponował mi skrótami myślowymi i trzeźwością oceny sytuacji.

Zaraz, zaraz! Ale po co mu wata w uszach, czy jak ty to określasz „uszczelki”?

Aby nie słyszeć, o czym kracze opozycja czyli rząd i pozostałe partie. Po co ma tego słuchać? A nuż powiedzą coś sensownego o nim, jego partii lub programie, którego nie ma, ale będzie, jak tylko on dojdzie do władzy. Ma już premiera! – Wiktor wypalił jak pistolet startowy.

Nie, kandydata na premiera!

Nie, premiera!

Nie, kandydata na premiera!

No dobrze, niech będzie – przyjaciel okazał się dziwnie ustępliwy. Chyba tylko sam przywódca partii jest w stanie się w tym połapać. Swoją drogą, nie wiemy, jak wygląda jego ciało, ale łeb to on musi mieć jak dzwon.

Ciało w odbiciu lustrzanym. Część 2.

Przez kilka dni Wiktor chodził jak struty. Niełatwo było z nim rozmawiać. Usiłowałem pocieszyć go, lecz on zdecydował się pozostać niepocieszony. W odpowiedzi mogłem tylko usłyszeć: Tylko jedno może mnie pocieszyć. To, że mi powiesz, że sam wyglądasz podobnie. Nic nie odpowiadałem na takie podstępne sugestie kierując się praktyczną zasadą brytyjskiego dworu królewskiego: ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam.

Wiktor zinterpretował moją reakcję na swoją niekorzyść. Wstał z krzesła, dramatycznie uniósł ręce w górę i wykrzyknął: Widzisz, jestem gorszy nawet od ciebie! Jestem niczym! Jestem zerem! Podszedł do wyjścia, popatrzył na mnie z wyrzutem jak zranione zwierzę, otworzył drzwi, przekroczył próg i …wrócił.

Żal mi się go zrobiło, że dbając o pieniądze, rodzinę, ogród, kota, przyjaciół, lokalną społeczność oraz nieskończoność codziennych spraw nie dbał o siebie samego. To niemoralne. Bóg dał mu ciało, a on przez lata traktował je, jakby nic mu się nie należało oprócz karmienia byle czym, byle gdzie i byle szybko. O tempora! O mores! – wyrwało mi się.

Dlaczego niedostatki cielesne tak bardzo wyprowadziły cię z równowagi, Wiktorze? Przecież inni też nie są lepsi.

Co ty wiesz o życiu innych ludzi? – przyjaciel wpadł w nastrój ponurej refleksji. Wiedziałem, co to oznacza. Będzie zaraz wygłaszać poglądy filozoficzne.

Mężczyźni imponują kobietom charakterem, ciałem, intelektem, pieniędzmi, władzą, miłością, a najczęściej jakąś kombinacją różnych składników. Kobieta kocha to, co pozytywne u mężczyzny. Może nie wszystkie walory na raz, bo to niemożliwe, ale wybrane. Ja oprócz ciała i intelektu niewiele posiadam. Dlatego mój korpus cielesny jest dla mnie tak ważny. Chciałbym się nim szczycić, a przynajmniej nie wstydzić się go. I oto obudziłem się z ręką w….

W rynsztoku – domyśliłem się brakującego mu słowa.

No, właśnie. Dobrze to dopowiedziałeś.

No i co teraz zrobisz? – byłem ciekaw dalszego ciągu dramatu.

Powiem ci, co zrobię. Najpierw muszę przyzwyczaić się do myśli, jak nędznie wyglądam. Zajęło to już mi jedną nieprzespaną noc i kilka dni martwienia się. Nie zamierzam jednak poddać się. Byłaby to droga do porażki. Nie możesz sobie powiedzieć: Akceptuję to, że jestem gruby. Albo głupi. Albo wyglądam fatalnie. Bo wtedy już nic pozytywnego nie osiągniesz. Pozostaniesz taki, jaki jesteś. Po drugie, muszę sobie głęboko uświadomić, że to ja i wyłącznie ja ponoszę odpowiedzialność za moje zaniedbanie fizyczne. Nie mogę za to obarczać rodziny, społeczeństwa, postępu technicznego czy cywilizacyjnego. Czy też Boga, że mnie takim stworzył.

Jak mógłbyś obarczyć postęp techniczny lub cywilizacyjny za swój wygląd fizyczny?

Mogę narzekać tak jak inni, że to samochód zwalnia mnie od chodzenia i biegania. Że dużo pracuję i nie mam czasu na sport. Że mam obowiązki wobec rodziny i firmy, gdzie pracuję. Gdzieś jest linia sprawiedliwego podziału między tym, czym jestem dla innych a tym, czym jestem dla siebie. To kwestia moralności i sprawiedliwości – Wiktor popatrzył na mnie z ukosa niepewny wrażenia, jakie wywołała jego spowiedź. Sam wydawał się być nią zaskoczony.

Nie musiał obawiać się negatywnej reakcji. Byłem zbudowany otwartością i zaskakującą bezkompromisowością wobec siebie, rodziny i otoczenia. Nie wciągał też Boga na zasadzie ”Masz mnie takim, Panie, jakim nie stworzyłeś”.

Wiktorze, zaimponowałeś mi swoją postawą. Pozostaję jednak częściowym niedowiarkiem. Pozwól, że będę śledzić, jak te cenne myśli i deklaracje przekuwać będziesz w czyn. Easier said than done – jak mówią Anglicy. Widząc pytający wyraz twarzy Wiktora wyjaśniłem: Łatwiej coś powiedzieć, niż zrobić.

Masz rację – zgodził się nader łatwo. Obserwuj mnie! – Wiktor na pożegnanie uścisnął moją dłoń tak mocno, aż poczułem ból. Zinterpretowałem to jako niemy komunikat: Patrz i oceniaj, mądralo.

C.d.n.

 

 

Ciało w odbiciu lustrzanym. Część 1.

Wiktor przebudził się ze snu i poszedł do łazienki. Coś go tknęło, tak delikatnie, że pomyślał o pajęczynie. Ale skąd w łazience pajęczyna? Okazało się, że nie było to dzieło pająka, tylko złe przeczucie. Kazało mu spojrzeć w lustro. Zrobił to i pożałował. Był nagi. Nie to jednak wyprowadziło go z równowagi. Problem tkwił w tym, jak był nagi.

Nagość jest tania. Nie sztuka być nagim. Sztuką jest być nagim i pięknym, a to, co ja zauważyłem obraziło moje wyobrażenie piękna – relacjonował mi Wiktor kilka godzin później w trakcie przypadkowej dobrosąsiedzkiej rozmowy.

Widok w lustrze tak mnie przeraził, że chciałem zwymiotować. I zrobiłbym to, gdybym nie zdał sobie sprawy, że to mi nie pomoże, ponieważ nic to nie zmieni. Świadomość ubóstwa mego ciała sięgnęła dna. Dokładniej, rynsztoku rozpaczy i poniżenia. Spływała nim duma i męski szacunek dla siebie. Uświadomiłem sobie, jak nisko upadłem – kontynuował Wiktor z opuszczoną głową. Głos mu drżał, mówił nieco chaotycznie. Wyraźnie był był po wrażeniem nikczemności, jaka emanowała z lustrzanego obrazu. Lustro nie zamierzało pozostać właścicielem wrażego obrazu i odbijało go w kierunku właściciela. Jak na ironię bezpłatnie dodawało do niego niemy sygnał: Zapomnij o sylwetce!

Dużo mówisz, ale jeszcze nic ważnego nie powiedziałeś. Cóż cię tak poruszyło? Nie widziałeś własnych chudych nóg? – zareagowałem ponaglająco, lecz życzliwie z drobniutką szczyptą dowcipu.

Pieprzysz głupoty – twarz mego rozmówcy skrzywiła się i ujawniła gniewne usta. Wiktor konwulsyjnie zaciskał ręce. Zrozumiałem, że sprawa jest poważna. Nigdy nie odzywał się tak do mnie.

Tu nie chodzi o chude nogi, tylko o przedwczesne zwłoki mężczyzny w prosektorium. Wydatny brzuch, zgarbiona sylwetka, łysiejąca głowa, otłuszczenie ciała wokół pasa. Zawsze miałem wrażenie, że jestem szczupły, a tu widzę deformanta. Nigdy nie myślałem, że jestem jedną z tych łajz chodzących po ziemi, które nie kopią piłki, nie uprawiają joggingu ani nie jeżdżą na rowerze.

Coś mu się nagle przypomniało. Popatrzył na mnie niewodzącym wzrokiem. Nienawidzę luster! – wydał tak donośny okrzyk nienawiści i rozpaczy, że aż wystraszył ptaki żerujące na kwitnącym krzewie.