Cz. 110: Burza medialna. Wrogowie i przyjaciele.

– Gdyby Sefardi, mój serdeczny przyjaciel, widział te niekończące się relacje, to by się wyrzygał – Iwan Iwanowicz zdenerwował się. Było to w knajpie „Pod Czarnym Buforem”, gdzie spotkał się ze znajomymi, aby ostatecznie pożegnać Sefardiego jako przyjaciela, patriotę, współobywatela i aktywistę lokalnej społeczności. Kiedy energiczny starzec wzniósł toast o pomyślność Sefardiego w niebie, przemówiła kolorowa papuga właściciela lokalu, milcząca od lat. Nikt nie był bardziej zszokowany niż on sam. Papuga wygłosiła kilkuzdaniowy panegiryk na cześć zmarłego. W jej pierwszym od lat wystąpieniu publicznym podejrzewano cichy udział właściciela. On sam przysięgał na dzieci i żonę, że kiedy pięć lat wcześniej przez niedopatrzenie podał papudze nieświeże ziarno, które spowodowało ciężki rozstrój ptasiego organizmu, gadatliwe czupiradło oświadczyło, że nie odezwie się więcej. Mimo jego przysięg i bicia się w piersi, bardziej wierzono papudze niż jemu.

Sefardi nie pozostawił suchej nitki na politykach. Jego pisemne przesłanie do parlamentu nadeszło w idealnym czasie, jakby w odpowiedzi na kąśliwe recenzje jego życia i śmierci. Zarzucił im ubóstwo rozumu, wrażliwości i etyki, złośliwie nawet niedorozwój penisów. Szydził z nich, okazał się niewybredny, wręcz chamski. W liście pożegnalnym, nadanym już przed śmiercią, przekazał klubom parlamentarnym sążnistą listę nazw członka męskiego, sugerując nauczenie się jej na pamięć, aby wiedzieli, co myśleć o sobie i swoich kolegach partyjnych. Rodzina i przyjaciele byli oburzeni, upierali się, że jest to jawne pomówienie, ponieważ Sefardi nigdy by się na coś takiego nie zdobył.

– To nie jest w jego stylu. Sefardi Baroka był zbyt kulturalny i wyrafinowany, aby zniżyć się do takiego poziomu. Wiadomo, że nie lubił polityków, ponieważ nie znosił prostactwa, bezguścia i wulgarności, z którymi niektórzy z nich obnosili się publicznie. To przesłanie to jednak zupełnie coś innego. To tak, jakby pomawiać jego, mistrza wynalazczości, o przyczepienie ciężkiego łańcucha do misternego zegarka kieszonkowego. Przesłanie do parlamentu z całą pewnością nie było jego dziełem. – Opinię tę wyraził na konferencji prasowej rzecznik rodziny, składając wniosek do prokuratury o podjęcie śledztwa w związku z przestępstwem. Prawda była tak oczywista, że nie użył nawet słowa „domniemany” w odniesieniu do przestępstwa.

Nie zmieniło to postaw członków partii rządzącej. – Sefardi Baroka to wariat i zboczeniec. – Napisał ktoś na tablicy ogłoszeń w korytarzu parlamentu. – Po co ten degenerat robi sobie taką reklamę? Przecież teraz do niczego mu się ona nie przyda!

Nieparlamentarna wypowiedź anonimowego posła wywołała powszechne oburzenie. Uznano, że oskarżanie kogokolwiek o szaleństwo, zboczenia i degenerację narusza cześć, jaka należy się każdemu zmarłemu, bez względu na jego przeszłość, na mocy uświęconej tradycji. Większość obywateli była zgorszona poselskim wandalizmem słownym. Nawet kościół przyłączył się do głosów krytyki, mimo iż Sefardi nie był obiektem jego uwielbienia, wręcz przeciwnie. Organizacje broniące praw obywatelskich żądały znalezienia sprawcy i oddania go pod sąd, choćby komisji etycznej parlamentu, o której mówiono, że standardy etyczne oparła na zasadzie „Kruk krukowi oka nie wykole”.

*****

Emitowany następnego dnia program telewizyjny nosił nazwę „Sztuka życia i umierania”. Uczestnicy zebrania przy krawężniku różnie go komentowali. Salman, pracownik działu zaopatrzenia dużego supermarketu, uznał program za ambitny, choć trochę na wyrost. Oglądał go razem z żoną, przygotowującą wieczorny posiłek w aneksie kuchennym przyległym do salonu, gdzie znajdował się telewizor. Program tak ich wciągnął, że odłożyli obiad na później, posilając się paczką chrupek, aby zabić głód. Byli młodym małżeństwem o nieokreślonych poglądach politycznych i społecznych. Oglądali program, ponieważ Salman zawsze marzył o poznaniu kogoś, kto naprawdę był mistrzem sztuki życia. Sam nie umiał tak żyć, często był wyrzucany z pracy i miał ciągłe nieporozumienia ze zwierzchnikami. W końcu zaczął wątpić, czy taki człowiek w ogóle istnieje.

Telewizja prywatna uznała pogrzeb Sefardiego Baroki za jego wielki triumf, a jego samego za bohatera narodowego. Wychwalano go za poświęcenie życia wynalazczości, której efekty szeroko rozsławiły kraj. Podkreślano jego odwagę oskarżenia gubernatora Barrasa o korupcję i barbarzyństwo polityczne. Tego samego wieczoru pokazano jeszcze film „Klęska satrapy”, dokumentujący dziwny zamach bombowy na zgromadzenie zwolenników Partii Konserwatywnej, którą Sefardi nazywał pseudodemokratycznym krzewicielem barbarzyństwa. Nie dziw, że przypisano mu autorstwo zamachu.

Od dnia pogrzebu, telewizja państwowa regularnie prezentowała i komentowała postać i życie Sefardiego Baroki. Redaktor prowadzący wstrzemięźliwie określił go jako ciekawego zegarmistrza i dobrze zapowiadającego się pisarza. Programy były pełne powagi, nostalgii, w konkluzjach raczej smutne. W trakcie dyskusji telewizyjnych pojawiały się jednak ostrzejsze wypowiedzi. Przedstawiciel Partii Konserwatywnej uważał, że gdyby nie fakt, że Sefardi Baroka jest już w grobie, to jego życie byłoby niewarte funta kłaków zważywszy jego nieuzasadniony, wrogi stosunek do demokratycznie wybranego rządu, zwłaszcza gubernatora.