Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 85: Szaleństwa w szkole dramatu

W przebłysku opamiętania Sefardi zaczął uważniej obserwować wydarzenia na sali. Każdy epizod wydawał się mieć jakiś schemat. Istniała pewna sekwencja zdarzeń, której nie rozumiał, ale wyczuwał. Były to mini spektakle, składające się z trzech części. Najpierw ktoś anonimowy wykrzykiwał hasło, potem pojawiała się postać aktora, a następnie rozwijała się akcja.

– To jest ta kolejność: hasło, postać, akcja. – Był tego pewien.

Postanowił sprawdzić słuszność swojej obserwacji. Na dobrą sprawę nie miał nic lepszego do roboty, ponieważ zajścia na sali następowały i tak bez jego udziału. Wyglądały na spontaniczne zachowania się studentów.

Incydent, jaki akurat się rozgrywał, o którym był już przekonany, że nie jest wyreżyserowany przez panią Gabrielę, zbliżał się do końca. Sefardi wiedział, że zaraz zacznie się nowa akcja. Czekał na nowy okrzyk, nowe hasło. I rzeczywiście. Ktoś anonimowy krzyknął: „Co w sercu, to na języku”. Był to kobiecy głos. Z wysokości sceny Sefardi był w stanie zlokalizować miejsce, skąd pochodził, a przynajmniej kierunek. Patrząc na audytorium ocenił, że było to po lewej stronie w głębi auli. Wcześniej podzielił ją sobie w myśli na cztery części, cztery kwadraty i ponumerował. Był to kwadrat numer jeden.

– Za chwilę pojawi się osoba aktora. – Mruknął do siebie. Mógłby powiedzieć to głośno i tak nikt by go usłyszał. Jego przewidywanie spełniło się dokładnie. W miejscu, które obserwował, wstała z krzesła studentka, o zgrabnej sylwetce choć nienadzwyczajnej urody. Miała płaską twarz i włosy w nieładzie, nie wiadomo, celowym czy przypadkowym. Przyglądał jej się z zainteresowaniem; była konkretem, pierwszą osobą na widowni, której zachowanie rozumiał, co dawało mu satysfakcję i poczucie rosnącej kontroli. Przyglądał się dziewczynie notując szczegóły: średniego wzrostu, szczupła, blond włosy, ubrana w niemodny już standardowy strój uczniów i studentów pierwszego roku – granatową spódniczkę i białą bluzkę z wykładanym kołnierzykiem. Dziewczyna miała na głowie czapkę studencką.

– Chce podkreślić swój status. – Doszedł do wniosku. Skoncentrował się na milczącej obserwacji i opisie tego, co się działo. – Stoi, rozgląda się na prawo i na lewo, obraca głową dookoła, chce, aby ją zauważono. Obraca się dookoła, aby wszyscy ją dostrzegli i docenili. Sefardi czuł, że to szczególne doświadczenie będzie mógł wykorzystać w swojej twórczości. Była to praktyczna lekcja opisu i charakterystyki postaci. Widowisko zaczynało mu się podobać.

–Teraz wygłosi swoją kwestię i zagra swoją scenę. Ledwo to pomyślał, już słyszał jej słowa, wyraźne, głośne, teatralne: „Mam serdecznie dosyć cnotliwego życia. Chcę się oddać. Nie nauce, ale mężczyźnie. Nie chcę być dłużej dziewicą, bo to mnie męczy. Pragnę jak najszybciej pozbyć się cnoty, tego przeżytku współczesnej młodej kobiety”

– Reklamuje się, jakby chciała się sprzedać. – Uznał Sefardi. Mimo, iż wiedział, że jest to gra, nie podobało mu się wrażenie, jakie wywołała swoimi słowami. Było w niej coś fałszywego. Przywołał się do porządku przypomnieniem, że to tylko teatr. Skoncentrował się, znowu uważnie słuchał i obserwował. Dziewczyna dodała głośno: „Wierzę głęboko w moją prawdę!”, po czym wykonała gest połączonych rąk płynący od piersi na zewnątrz. Sefardi nie zrozumiał go, lecz domyślił się, że dziewczyna symbolicznie wyjmuje miłość z serca i podaje komuś siedzącemu obok, po czym wygłasza kwestię: „To jest moja prawda”.

Nikt siedzący obok nie zareagował. Wszyscy pozostali nieruchomi jakby byli sparaliżowani lub nie rozumieli, o co chodzi.

– To koniec jej aktu. – Doszedł do wniosku Sefardi.

Na moment zagubił się, nie miał pojęcia, co teraz nastąpi. Słowa i gra młodocianej aktorki miały jednak sens; jakiś inny, tym razem męski głos, zawołał: „Wiara czyni cuda”. Stało się oczywiste, że słowa „Wierzę głęboko w moją prawdę” miały na celu zainicjować następny akt teatralny, który zaczynał się właśnie od słów „Wiara czyni cuda”.

Sefardi zapragnął, aby męczące widowisko wreszcie się skończyło.

– Jeszcze się dobrze nie rozkręciło, a on już myśli o zakończeniu. – Przedrzeźniająco stwierdził osobnik przypominający ubiorem i wyglądem belfra szkoły średniej, który nagle pojawił się w pierwszym rzędzie na sali na wprost Sefardiego. Wykładowca był pod wrażeniem, że nieznajomy usłyszał jego głos wewnętrzny. Był to nauczyciel łaciny zatrudniony na pół etatu w Zakładzie Filologii Obcojęzycznej.

Dziwactwa nie skończyły się, gdyż za chwilę z sali dobiegły słowa: „Finis coronat opus”. Sefardi nie zdziwił się, że był to głos anonimowy. Znał już mechanizm zdarzeń.

„Finis coronat opus” znaczy „Koniec wieńczy dzieło” – przetłumaczył łacinnik podkreślając słowa okrągłym, przesadnym ruchem prawej dłoni. Rzeka skojarzeń, haseł, interpretacji i tłumaczeń popłynęła wartkim nurtem dalszych wypowiedzi.

– „Opus w liczbie mnogiej to opera”. – Zawołał z dumą jakiś domorosły znawca łaciny, gołowąs w markowym dresie, podkreślającym jego wysportowaną sylwetkę.

– Opera? Jeśli opera, to Puccini. Niech żyje Puccini! Niech żyją wielcy kompozytorzy! Niech żyje córka opery, operetka. – Bezsensowne okrzyki mnożyły się jak grzyby po deszczu, wywołując nieoczekiwany efekt: na scenie, obok Sefardiego, pojawiło się sześć tancerek. Wcześniej musiały chyba zażyć jakiegoś narkotyku, gdyż ich ruchy były dziwnie płynne i rozmazane jak na zwolnionym filmie.

– Są wyraźnie nabuzowane. – Uznał Sefardi. Po chwili, urzeczony delirycznymi wygibasami tancerek, milcząco pochłaniał symbolikę ruchów ich ciał, nóg, rąk i głów. Było to pasjonujące, pragnął zapamiętać jak najwięcej. Miał wrażenie, że uczestniczy w najdoskonalszym spektaklu tanecznym, jaki oglądał w życiu. – Nadzwyczajne! – Z trudem powstrzymał się, aby nie wykrzyczeć swego entuzjazmu.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 80: Niezwykłe spotkania i puchnące wargi

Spotkanie z Tedem było planowane od dawna. Po latach niewidzenia Sefardi odwiedził swego serdecznego przyjaciela z lat dziecinnych. Mimo dojrzałości wiekowej, mężczyźni zachowali ciepło chłopięcych imion z dzieciństwa. Ted zwracał się do niego Eddy. Na spotkaniu Sefardi poznał żonę Teda, niewiastę pobożną, sfatygowaną trudami życia, które uwidoczniły się na twarzy głębokimi zmarszczkami i wyrazem rzetelnego smutku. Zaczęli rozmawiać zupełnie luźno na tematy obojętne, kiedy żona przyjaciela oświadczyła:

– Wie pan, nie miałam lekkiego życia. Ted nie jest łatwym człowiekiem, jak pan zauważył prawdopodobnie już czterdzieści lat temu, a mnie los, oprócz małżeństwa dotknął także chorobą. Musiałam przejść kilka operacji na szczęście bardzo udanych. To nie znaczy, że jestem teraz szczęśliwa. Chodzi o mastektomię, którą przeprowadził doktor Corduro w lokalnym szpitalu. Szpital jak szpital, ale doktor był w porządku. Musieliśmy dać mu dużą kopertę, bo był przecież ordynatorem działu chirurgii. Doktor Corduro usunął mi prawą pierś, bardzo skutecznie, ponieważ od lat nic mnie już nie trapi. Nie było to wszystko. Miałam jeszcze inne okropne przeżycia. W zeszłym roku zatrudniłam się na czarno u pewnego biznesmena, pracowałam w jego restauracji, gdzie smażyłam naleśniki. To była straszna praca, gorąco, w dymie, pod presją czasu. Ale wytrwałam, bo byłam sumienna, zaangażowana i miałam pozytywne nastawienie, tak jak oczekiwali. Smażyć to ja umiem bardzo dobrze, nauczyła mnie tego mama. Ten drań jednak mnie oszukał.

W długim opowiadaniu kobieta otworzyła Sefardiemu wrota do dziesiątków nadzwyczajnych przeżyć i doświadczeń. Nie mógł przerwać potoku jej słów zważywszy, że rozmówczyni traktowała go niezwykle poważnie, jak spowiednika z kwalifikacjami psychoterapeuty, więcej – jak powiernika, z racji wieloletniej przyjaźni z jej mężem. Ted protestował, miał inne zdanie, głos jego nie brzmiał jednak dostatecznie głośno, aby wywołał jakiś skutek.

– Moje zatrudnienie u tego łajdaka biznesmena, oby ziemia go pochłonęła, im szybciej tym lepiej, skończyło się moim odejściem. Do dzisiaj wisi mi dwie miesięczne pensje. Przeżyłam to jakoś, ale żal w sercu pozostał.

Za wyznaniem kobiety poszły dalsze, poczynione przez innych mieszkańców wsi. Obserwacje ludzkich zachowań u fundamentów społeczeństwa, pozwoliły Sefardiemu pogłębić swoje zrozumienie wiejskiej polityki. Tego wieczoru wyłożył przyjacielowi po wypiciu kilku kieliszków wina, których nie mógł odmówić z uwagi na gościnność, swoje poglądy na demokrację, podkreślając jej prymitywny charakter.

 – Widzisz, Ted, ludzie mają poglądy, które ich dzielą, co nie wychodzi nikomu na dobre. Upierają się przy tych poglądach, często przestarzałych i zgubnych, bronią ich, w końcu biją się z ludźmi myślącym inaczej, widząc w nich wrogów raczej niż zwyczajnych obywateli, często im życzliwych, mających tylko inny pogląd na świat. W efekcie, w kraju nastąpiły podziały, pogłębiły się niesnaski, społeczeństwo poszatkowało się na grupy, z których wyłoniły się trzy wielkie trzy nurty myślenia i działania. Sefardi nie zdążył wyłożyć więcej, ponieważ żona Teda nakazała mu pomóc w kuchni przy obieraniu ziemniaków, co uniemożliwiło dalszą dyskusję.

– Wiele rzeczy trzeba zmienić, wiele nowych stworzyć i wiele się jeszcze nauczyć. To zadanie dla nas wszystkich, dla społeczeństwa – zdążył jeszcze podsumować Sefardi.

Po latach Sefardi nie był nawet pewien, czy poglądy te wyłożył w rozmowie z Tedem czy może z Enrique, z którym czasem konwersował przez telefon. Był to drugi przyjaciel z dzieciństwa mieszkający na przeciwległym krańcu Nomadii.

*****

W trakcie rozmowy z Isabelą Sefardi zauważył, że jego wargi niepokojąco puchną. Czuł to nabrzmiewanie fizycznie, kiedy dotykał ust. Zjawisko powtarzało się za każdym razem, kiedy z kimś rozmawiał, potem znikło, potem znowu wróciło i występowało ze zmienną częstotliwością. Wizyta Sefardiego u lekarza niewiele przyniosła. Lekarz nie umiał rozpoznać choroby. Tym niemniej zalecił pacjentowi zagraniczne serum, zapewniając, że jeśli ono nie pomoże, to z pewnością nie zaszkodzi. Była to znana formuła medyczna służąca poprawie samopoczucia pacjentów.

Nabrzmiałe wargi Sefardiego wywoływały różne reakcje. Zdarzało się, że w trakcie rozmowy ludzie nieoczekiwanie wybuchali śmiechem, twierdząc, że właśnie przypomnieli sobie coś bardzo zabawnego. Inni wpadali w panikę i pod byle pretekstem opuszczali towarzystwo Sefardiego z obawy o nagłe zarażenie się, mimo że z góry wszystkich zapewniał, że opuchlizna nie jest zaraźliwa ani niebezpieczna. Dla niego samego najdziwniejsze było to, że wszyscy pytali go, czy jest świadomy, że puchną mu wargi i sugerowali pilne udanie się do lekarza.

Przez pewien czas Mistrz podejrzewał, że jego problem kosmetyczno-zdrowotny jest efektem jakieś sztuczki Barrasa, usiłującego wyeliminować go jako krytyka jego rządu. Podejrzenia te miały swoje uzasadnienie, gdyż od pewnego czasu Sefardi miał wrażenie, że ktoś za nim chodzi i śledzi każdy jego krok. Czując to bardziej niż będąc pewnym, zastanawiał pułapki, aby sprawdzić podejrzenia, niczego nie udało mu się jednak odkryć. Umówił się wtedy ze znajomym, aby obserwował, co dzieje się wokół niego, kiedy idzie ulicą w centrum miasta, czy ktoś nie towarzyszy mu po cichu. Nikt mu nie towarzyszył.

Dla pewności, spróbował tej samej metody weryfikacji, czy nie jest śledzony, na wystawie sztuki rzemieślniczej, kiedy przesuwał się między straganami, zatrzymując się od czasu do czasu, aby o coś zapytać, kupić lub zrobić zdjęcie. Tym razem rzeczywiście go śledzono. Znajomy nagrał to kamerą video z drugiej strony ulicy. W ślad za Sefardim poruszał się w stałej odległości nieznany, szczupły mężczyzna, z wąsem, o twarzy wieśniaka, wyglądający podobnie jak tysiące innych osób przybyłych na wystawę rzemiosła artystycznego. Był to złodziej. Jego twarz Sefardi rozpoznał kilka dni później na zdjęciu w gazecie. Osobnik okazał się sprytnym i niezwykle skutecznym złodziejem aparatów fotograficznych, którego w końcu ujęto. Nic mu się nie stało. Wkrótce go wypuszczono z aresztu z braku dostatecznych dowodów i niskiej szkodliwości społecznej. Sefardi uspokoił się na tyle, że wiedział już teraz na pewno, że nie był to człowiek nasłany przez Barrasa.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 59: Miłość i wolność na rozdrożu.

Spotkali się w biurze Anastazji Godano. Na ścianach wisiały wielkie kolorowe zdjęcia pogrzebów znanych osobistości i szarych ludzi.

– Mój zakład nie czyni różnicy między ludźmi, gdyż śmierć wszystkich traktuje jednakowo. Po prostu zrównuje – wyjaśniła właścicielka strzepując malutki kłaczek pajęczyny z ramy dużego kolorowego obrazu. Popatrzyła na Sefardiego gotowa wysłuchać, co ma do powiedzenia.

Opowiedział jej dziwaczne, nocne widzenie pogrzebu. Wysłuchała go z uwagą. Wolała, aby kolejny raz nie przekonywał jej do swoich racji. Poczuła zamęt w głowie i niepewność w kolanach, kiedy zdała sobie sprawę, że dla niej, kobiety doświadczonej boleścią setek pogrzebów jego plan był fanaberią, dziwacznym i niepotrzebnym pragnieniem wyrwania się ze społeczności, którą dobrze znał i która znała jego, i zburzeniem ich dobrego samopoczucia. Równocześnie była prawie pewna, że jego przykład utoruje drogę śmiałkom, że pojawią się oni wkrótce i pójdą w jego ślady. Jego plan nie naruszał dobrych zasad i wartości obywatelskich, obecnych od wieków, takich jak sprawiedliwość, wolność, uczciwość czy niezależność. Nikomu niczego nie odbierał, nikogo nie krzywdził swoją odmiennością. Zmieniał tylko formę pogrzebu, a nie jego istotę. Spojrzeli sobie w oczy i uśmiechnęli się równocześnie, łagodząc napięcie. Poczuli w sobie zdolność neutralizowania sytuacji, która każdej parze może wymknąć się spod kontroli.

Sefardi usiadł wygodniej na krześle. Chciał wytłumaczyć Anastazji i przekonać ją, że to tylko sprawa czasu, kiedy pogrzeby będą traktowane jak każda inna impreza rozrywkowa, mecz sportowy, koncert lub podobne widowisko. Tylko osoby, którym zmarły był bliski, będą traktować pogrzeb inaczej. Pozostali, dziesiątki, setki a nawet tysiące osób, będą oglądać go jak imprezę rozrywkową. Coraz więcej ludzi będzie to robić. Nie będą chcieli iść na pogrzeb, ponieważ będą mogli obejrzeć go w telewizji, na komputerze lub smartfonie. Chciał też jej powiedzieć, że on, Sefardi Baroka, ma szczególne prawa, ponieważ jest znanym wynalazcą i indywidualnością, tak jak rozumieją to Anglosasi, dla których jednostka wyróżniająca się z tłumu to ktoś niezwykły i ważny.

Pomyślał, że powinna zaakceptować jego plan właśnie dlatego, że przysługują mu specjalne przywileje, ludzie go szanują, wyróżniają, niektórzy nawet uwielbiają. Mógł pozwolić sobie na rzeczy, jakie innym nie uszłyby na sucho: być oryginałem, pozytywnym dziwakiem, podobnym do wybitnego malarza, który umieszczał nagie stopy w miednicy z wodą i siedział z kotletem na głowie w trakcie wykładu dla studentów. Akceptowano go, bo był geniuszem. Wprawdzie on, Sefardi, nie uważał siebie za geniusza, to jednak z pewnością był doskonałym zegarmistrzem i wynalazcą. Tego nikt nie mógł mu odmówić. Tyle razy go wyróżniano. Podsumował to głośno stwierdzając, że ma prawo zorganizować sobie pogrzeb, który będzie jak najlepsza powieść, po prostu fantastyczny.

Anastazja przyjrzała mu się uważnie. To, co mówił, miało ręce i nogi, było przekonywujące. Sama nie zrobiłaby tego, co planował, ale uznała jego prawo do ekstrawagancji.

– To nie wszystko – Sefardi poczuł w sobie siłę perswazji. – Bądźmy świadomi, że nastały czasy hedonizmu, życia dla przyjemności, choć nie wszyscy jeszcze przyswoili sobie ten pogląd. Wcześniej nie było to możliwe, bo ludzie byli zbyt ubodzy. Nie było ich stać na przyjemności. Dzisiaj jest inaczej i ja pragnę to wykorzystać.

– Co jeszcze wymyśliłeś, Sefardi? Dobrze to sobie poukładałeś w głowie, dorobiłeś ideologię. – Słowa kobiety brzmiały poważnie. Sefardi wyczuł w nich żal z odrobiną szyderstwa, delikatnego, mimo to zauważalnego.

– To nie jest ideologia, tylko obraz narastającej teraźniejszości. Wiesz, ilu na świecie jest miliarderów, tych, którzy mają ponad miliard dolarów? Nie milion dolarów, a miliard! Mnie wystarczy kilkaset tysięcy, aby zafundować społeczeństwu imprezę na cztery fajerki. To tylko kwestia wyobraźni i odwagi. Przez lata kochałem innych, choć oni mnie nie kochali, teraz pokochałem siebie. Czy to znaczy, że jestem egoistą? Absolutnie nie! Nie zaniedbuję rodziny. Zostawiam jej dużo, przede wszystkim prawa autorskie do moich wynalazków. I do sławy. Stoją za tym pieniądze, o których wiele osób mogłoby jedynie marzyć. Nie jestem egoistą, jestem najwyżej narcyzem. Kiedy przyglądam się sobie w lustrze, widzę buntownika, starzejącego się wesołka, zwariowany produkt współczesności. Taki właśnie jestem ja, Sefardi Baroka, i tak zamierzam pokazać się w telewizji, w prasie i w Internecie.

Sefardi zamilkł, czując, że za bardzo dał się ponieść uczuciom, przestraszył się, że wzleci jak nadęty balon. Wolał tego uniknąć, nigdy wcześniej tak się nie zachowywał, to nie był jego styl, nie leżało to w jego charakterze. Niepewny spojrzał na Anastazję. Jego oczy zdawały się pytać: – Co sądzisz o tym, kochanie?

Anastazja nie wyraziła żadnej opinii, zaakceptowała tylko to, co wyjaśnił. Wyglądała na przekonaną. Po chwili dodała niepewnie: – Mam tylko jedno pytanie. A co z tradycją? Zawsze podkreślałeś znaczenie tradycji. Chcesz teraz wyłamać się z niej?

– Nie! – odpowiedział. Jego oczy skierowały się w górę, jakby szukał tam pomocy lub kryjówki. Ręką oparł się mocniej o krzesło, przy który stał już od kilku minut. – Myślałem nad tym. Niektóre tradycje są dobre, inne są przegrane, skazane na stracenie. Nie niszczę żadnych tradycji, one same ulegają erozji pod presją czasu i zmian. Robię tylko wyłom w tradycjach pogrzebowych. To kwestia mojego, swobodnego wyboru. Mógłbym powiedzieć ludziom: Uznaliście mnie za celebrytę, więc teraz macie, co chcecie.

Niespodziewanie przerwał i zapytał ni z tego, ni z owego: – Co byś się napiła? Bo ja zafunduję sobie gin and tonic. Zaschło mi w gardle.

Anastazja nie wyglądała na zaskoczoną. Wybrała czerwone wino. Chwilę później doszły ją przekleństwa z kuchni, gdzie stała lodówka.

– Coś mu upadło lub wylało się – pomyślała, zastanawiając się, co to mogło być. Nie zdziwiło ją to, wiedziała, że nie znosił drobnych niepowodzeń, niezgrabności, jakie zdarzały mu się coraz częściej. Z rąk wypadały mu długopisy i sztućce kuchenne, wylewała się herbata z kubka, przewracał kieliszek z winem, on sam niespodziewanie uderzał ramieniem o framugę drzwi. Jego mózg prawdopodobnie źle oceniał odległość i zapominał, co miał zrobić lub czego nie robić. Sefardi wściekał się wtedy, wybuchał przekleństwami. Nie potrafił zaakceptować przejawów starzenia się. Rozumiał dobrze, że jest ono nieuniknione, ale nie mógł pogodzić się z nim także dlatego, że zawsze dbał o sprawność, chcąc zasłużyć sobie na łaskę dobrego samopoczucia, jakiej oczekiwał, a która nie nadeszła w rozsądnym wymiarze. Była to jedna z wielu przyczyn jego decyzji, pokazania sobie, ludziom i Bogu, że nie jest całkowitym nieudacznikiem, który się zjawia, kiedy dopada go depresja. Wrócił uśmiechnięty i wyraźnie zadowolony. Na tacy niósł dwa kieliszki.

– Z czego tak się cieszysz? – zapytała go Anastazja.

– Ze wszystkiego. Zaraz wypijemy za powodzenie, twoje i moje, jesteś przecież moją wspólniczką. Piję także za piękne udo, które obnażyło się spod sukienki.

– Ty bezwstydniku. Idź precz, szatanie! – Zaczęła śmiać się, radośnie, spontanicznie, jak dziecko. Jej radość, zupełnie nagle, bez ostrzeżenia, przeszła w szloch, bolesny spazm rozpaczy, kiedy zdała sobie sprawę, że stojący przed nią mężczyzna, który w krótkim okresie znajomości stał się jej niezwykle bliski, już wkrótce odejdzie na zawsze. Łzy pociekły jej po policzkach. Odwróciła się, aby ukryć rozpacz.

Sefardi widział jej ramiona wstrząsane płaczem, a chwilę potem żałosnym łkaniem. Chciał ją przytulić, pocieszyć, lecz powstrzymał się. Wytłumaczył sobie z niechęcią, że każdy musi przejść własną drogę krzyżową. Ta droga zawsze kojarzyła mu się z nieskończonym cierpieniem. I odkupieniem. Nie wiedział, czy miało to sens w przypadku kobiety, która go zrozumiała i zaakceptowała w chwili najtrudniejszej decyzji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 55: Spiskowcy i plan pogrzebu.

Swój plan przyśpieszonego zakończenia życia Sefardi zachowywał w ścisłej tajemnicy. Był to plan przewrotny. Jego punktem centralnym, prawdziwym clue programu, był pogrzeb Sefardiego, obliczony na osiągnięcie efektów całkowitego zaskoczenia. Była to najgłębsza część tajemnicy.

Pierwszym krokiem realizacji planu był wybór odpowiedniego zakładu pogrzebowego. Okazało się to niezwykle łatwe, ponieważ zakład taki już istniał i to w idealnej postaci. Sefardi znał od lat jego właścicielkę i dyrektorkę, Anastazję Godano. Przyjaźnił się z nią od lat, żałując, że nie poznał jej wcześniej. Była to szczera i głęboka przyjaźń. Anastazję poznał przypadkowo, bynajmniej nie na pogrzebie, co byłoby naturalnym zbiegiem okoliczności, ale na prelekcji, jaką wygłaszał w muzeum techniki na temat historii pomiaru czasu.

Umówili się w kawiarni na obrzeżu miasta, na tarasie z widokiem na las i małe jezioro, po którym pływały kolorowe kaczki i dostojne białe łabędzie. Oboje lubili otwartą przestrzeń, zieleń i dzikie ptactwo. Wybrali wczesną porę dnia, kiedy w kawiarni nie było jeszcze gości. Sefardi jechał na spotkanie niepewny jego przebiegu i wyniku. Wiedział, że najtrudniej będzie przekonać Anastazję do idei wcześniejszego zakończenia życia. Była osobą rozsądną i jej reakcja na pomysł Sefardiego była raczej łatwa do przewidzenia; był prawie pewny, że kobieta, świadek niejednej tragedii ludzkiej, bólu i cierpienia, nie będzie entuzjastką wyręczania stwórcy w jego odwiecznej roli. Chodziło przecież o eutanazję, wymagającej pomocy drugiej osoby. Liczył jednak na to, że wzajemny szacunek i rozsądek przeważą, jeśli nie od razu, to po kilku dniach rozmów i przemyśleń.

Było pogodnie i słonecznie. Był to ten rodzaj dnia, kiedy wszystko wydaje się łatwiejsze: rozmowa o zdrowym odżywianiu się, zrywanie jabłek, podejmowanie trudnych decyzji, rozwiązywanie konfliktów rodzinnych. Siedząc przy kawie, uzgodnili najpierw ogólny plan, a potem omawiali szczegóły, punkt po punkcie.

Przedsięwzięcie było złożone. Sefardi przygotował scenariusz określający dni i zdarzenia, co będzie wykonywane, w jakiś sposób i przez kogo. Temat sprowadzał się do jednego, ostatecznego wymiaru – pożegnania Sefardiego z życiem, pogrzebu i stypy. Sprawny przebieg zdarzeń wymagał koordynacji i dyscypliny. Nietypową częścią pogrzebu było zapewnienie oprawy teatralnej, inscenizacji zdarzeń, akcesoriów i aktorów, tak jak wymarzył to sobie autor i główny bohater tragedii. Sefardi był postacią pierwszoplanową pod każdym względem. Był autorem scenariusza, reżyserem i producentem spektaklu oraz jego głównym aktorem.

Anastazja zdała sobie sprawę, co oznacza dla niej zgoda na taki plan. Sefardi żądał od niej niemożliwego; że przyłoży ona rękę do jego śmierci, a następnie – jak gdyby nigdy nic – zajmie się jego pogrzebem. Rozumiała i szanowała intencje przyjaciela, który nade wszystko cenił sobie wolność wyboru, ale wzdragała się przed przyjęciem roli, o którą ją prosił, ponieważ darzyła go głębokim uczuciem. Sefardi zasugerował, aby decyzję odłożyła na później. Dał jej czas, licząc na to, że ją przekona.

Od strony organizacyjnej największym wyzwaniem było zachowanie się osób biorących udział w pogrzebie, począwszy od rodziny i zaproszonych gości, poprzez przypadkowych uczestników, orkiestry, mediów publicznych, a skończywszy na koniach ciągnących karawan, którym też przychodzą do łbów różne fanaberie. Sefardi obawiał się w szczególności zachowań swoich wrogów jak i gorących zwolenników. Nie dzielił się tymi obawami z Anastazją. Nie był z nią uczciwy, nie tylko w tym szczególe, obawiając się, że całkowita szczerość może tylko pogorszyć sytuację.

Pogrzeb miał być wydarzeniem o charakterze teatralnym, mimo tragedii, jaką ludzie widzą w rzeczywistej, a nie udawanej śmierci. Sama lista osób uczestniczących w uroczystości była imponująca: księża, biskupi, oficjele i ich ochroniarze, rodzina, przyjaciele i znajomi, pracownicy firmy pogrzebowej i pracownicy cmentarza, prasa, radio i telewizja, woźnica karawanu, w końcu policja i kościelne służby porządkowe. Potencjalnie do gry włączyć się mogli także ludzie Barrasa, chcący wykorzystać pogrzeb, aby się zemścić pośmiertnie na swoim wrogu lub ktoś inny, kto miał na pieńku z Sefardim. Anastazja uznała, że sprawa w ogóle nie jest podobna do Sefardiego, którego znała.

– On chyba oszalał! Coś go napadło! – myślała z przerażeniem, szukając w sobie nadziei, że obłąkany pomysł opuści Sefardiego zanim nastąpi tragedia.

*****

Misterium umierania reżyserował i główną rolę obsadził sam zainteresowany. Mówiąc o tym Sefardi był nad wyraz poważny, jak nigdy. Dla rozładowania napięcia żartował, aby przełamać w Anastazji schematy myślenia o śmierci. Twierdził, że sypialnia, mająca być zarazem sceną i widownią, jest za mała, a widzowie i tak nie są potrzebni, ponieważ ujmowaliby tylko niezwykłości misterium umierania.

Był to teatr dramatu skąpego organizacyjnie. Przygotowanie scenariusza umierania nie mogło być prostsze, ponieważ upraszczanie ma też granice: jedna i ta sama osoba była autorem scenariusza, reżyserem sztuki oraz wykonawcą głównej roli. Całość charakteryzowała prostota obsady aktorskiej i rekwizytów; obejmowały one Sefardiego, Anastazję, łóżko i viagrę. Powściągliwość i bezpretensjonalność sztuki nawiązywała do tragedii starogreckich.

Po sprawdzeniu ostatecznej wersji scenariusza, Sefardi wręczył go Anastazji i podał jej okulary, aby łatwiej było jej czytać tekst z naniesionymi odręcznie poprawkami. Scenariusz był ascetyczny, napisany w czasie teraźniejszym. Nie pozostawiał niedopowiedzeń; wszystko było jasne, przejrzyste, bez półprawd czy niespodzianek. Czytając go, kobieta starała się panować nad emocjami i głosem.

– W akcie miłosnym wszystko jest intensywne i okazałe: gra wstępna, uniesienie partnerów, uczucie zbliżającego się rozstania. Viagra działa zgodnie z planem, bohater odczuwa błogosławione efekty podniecenia. Gra wstępna jest krótka; mężczyzna, w obecności nagiej kochanki i pod wpływem przyjętego leku jest zbyt roznamiętniony, aby trwała ona dłużej. Akt miłosny jest zarazem grą jak i rzeczywistością. Po jego zakończeniu kochankowe leżą w łóżku i odpoczywają, po czym mężczyzna odchodzi do kuchni, gdzie popełnia samobójstwo przyjmując – w tajemnicy przed kochanką – lek wywołujący rozległy zawał serca. Gdyby z jakichkolwiek względów zgon nie nastąpił natychmiast, scena musiałaby być powtórzona. Aktorka, jego partnerka, wie o tym; wcześniej zgodziła się na taką opcję.

W pewnym momencie Anastazja zmarszczyła brwi i wykrzywiła usta.

– To bardzo obcesowy opis. Piszesz, jakbym dokonywała zakupów perfum w outlecie „Markus i Spółka”. Nie udzielam tak łatwo zgody na uczestnictwo w tej grze. – Jesteś łajdakiem – stwierdziła, dodając zaraz szeptem: – kochanym łajdakiem. Przetarła okulary i po chwili czytała dalej.

– Mężczyzna zagłębia się jak szaleniec w ciało kochanki, aż wydaje ona jęk bólu i niepokoju. Pojękiwanie i stękanie pozostają ważnymi składnikami gry aż do momentu zakończenia aktu miłosnego”.

– Chyba trochę przesadziłeś z tym jęczeniem, Sefardi. Będę jęczeć, bo to jest gra, a zarazem prawdziwe przeżycie miłosne, ale orgazm kobiety nie trwa przecież w nieskończoność. Piszesz tak, jakby to miało trwać i trwać. Bądź realistą – Anastazja czekała na reakcję, spodziewając się zaprzeczenia, komentarza lub wyjaśnienia. Milczenie Sefardiego skłoniło ją do kontynuacji czytania. Po zakończeniu poprosiła o wyjaśnienia.

– Musisz mi powiedzieć, jak działa lek wywołujący zawał serca, od którego nie ma ucieczki. Co to jest za lek, jak działa i czy jego użycie pozostawia możliwe do wykrycia ślady. To w przypadku, gdyby ktoś zażądał autopsji po śmierci denata. Przepraszam cię bardzo, fatalnie to określiłam, chodzi oczywiście o głównego bohatera scenariusza, a nie żadnego denata, który jest drętwym określeniem. Chyba powinnam to wiedzieć?

Sefardi odmówił w możliwie najbardziej łagodny sposób. – To nie jest wiedza, którą musisz posiąść. Jakie to zresztą ma znaczenie? Lepiej nawet, abyś tego nie wiedziała w przypadku jakichś nieprzewidzianych okoliczności.

– Jakiejś wpadki, tak? Ty coś wiesz, o czym nie chcesz mi powiedzieć! Ukrywasz to przede mną, choć to właśnie ja ponoszę pełne ryzyko uczestnictwa w twoim samobójstwie. Nie daj Boże, gdyby odkryto, że ci w nim pomagałam, że uczestniczyłam w eutanazji, albo jeszcze gorzej, gdyby padło podejrzenie, że ja ciebie celowo uśmierciłam! Mój Boże, ja tu sobie siedzę i rozmawiam spokojnie z tobą, moim teatralnym i rzeczywistym kochankiem, a tam czekają na mnie lata za kratami!

– Skarbie! Nie ma potrzeby denerwować się. Nie będzie żadnej wpadki. Ten lek nie pozostawia żadnego śladu oprócz symptomów typowych dla zawału serca. Przestudiowałem literaturę wzdłuż i wszerz, i to jest pewne. Wiesz dobrze, że umiem analizować przyczyny i skutki wydarzeń. Bez tego nie byłbym wynalazcą ani pisarzem. Pokłócili się. Wydało jej się podejrzane, że tak bardzo podkreśla konieczność zachowania tajemnicy. Przed opuszczeniem jej tego wieczoru, powtórzył kilka razy. – Najważniejsza jest dyskrecja. Błagam cię o to. Kiedy wyszedł, znalazła na stole czystą kartkę. Odwróciła ją dla sprawdzenia, czy nie ma nic na odwrocie. Był tylko lakoniczny tekst: – Ściśle tajne x 3! Ja będę milczeć jak grób!

Anastazja rozpłakała się. W nocy głęboko zasnęła i spała do samego rana. Zmęczenie wzięło górę nad przeżyciami i emocjami. Mądry organizm wyegzekwował swoją potrzebę.

Trzy dni zajęło Sefardiemu przekonanie Anastazji, że nie ponosi nadmiernego ryzyka jako potajemna kochanka i właścicielka zakładu wykonującego obowiązki związane z pogrzebem klienta zmarłego na zawał serca

Potrzebujemy ludzi prawych, mądrych i wrażliwych

Potrzebujemy ludzi prawych, mądrych i wrażliwych na potrzeby zwykłego człowieka. Przykładem jest posłanka Krystyna Pawłowicz z PiS. Jej słowa „Chamie, podejdź tu, dam ci w ryj!” to przykład patriotycznego zastosowania pięknego języka polskiego. PO nie umiało tak mówić do zwykłych ludzi, dlatego przegrało.

Spór międzygatunkowy

Poszło o pierzynę puchową. Została wyprana w pralce, po raz któryś z rzędu. Rzędy bywają długie, prorokuję więc, że będzie jeszcze wielokrotnie prana.

Powyższa scena jest początkiem opisu odmienności widzenia świata przez mężczyznę i kobietę, strony odwiecznego sporu. Dokładniej, po stronie żeńskiej były w sporze pierzynowym nie jedna, ale dwie niewiasty, sprzężone poglądami jak siostry syjamskie widzące tylko na jedno oko. Przeciwwagą dla nich był osobnik rodzaju męskiego, gatunku podobno na wymarciu, pozostający sam jak palce w słusznym rozumieniu teorii i praktyki suszenia pierzyn.

Są to trzy dramatis personae, gdyż sprawa jest natury dramatyczno-teatralnej.

Suszenie pierzyny okazało się niełatwe. Pralko-suszarka włączała automatyczny program „Pranie delikatne” na dwie godziny, ni mniej ni więcej, co mężczyzna postanowił zmienić.

– Pranie przez dwie godziny zda się tylko psu na budę. It tak pierzyna będzie bardzo wilgotna i trzeba będzie suszyć ją na słońcu.- Wyjaśnił potomek odległego dziejowo Adama sympatycznie kojarzonego z rajem i panem Bogiem.

Wiedział, co mówi; miał doświadczenie. Dzień był gorący, trzydzieści stopni Celsjusza, słońce na balkonie sypało ogniem piekielnym, zmienił więc czas suszenia na piętnaście minut po konsultacji z instrukcją obsługi. Konsultację z kobietami uznał za niepotrzebnie wyczerpującą. Po zakończeniu aktu suszenia, wyjął pierzynę i rozwiesił na suszarce balkonowej na słońcu.

Wezwanie było krótkie. – Słuchaj przez minutę i nic nie mów. Jeśli perzyna nie wyschnie, to ty nie będziesz … Ostrzeżenie było podobnie zdecydowane jak pięćset osiemdziesiąte trzecie ostrzeżenie kierowane przez Chińską Republikę Ludową przeciwko Republice Indii w słynnym przed laty sporze granicznym.

Mężczyzna miał już coś powiedzieć, kiedy jedna z dwóch sprężonych ze sobą niewiast oświadczyła: – Lepiej, żeby pan nic nie mówił. A jeszcze lepiej, gdyby pan ugryzł się w język!

Sugestia była zwierzęca, a sytuacja nabrzmiała politycznie. Adresat podjął męską decyzję.

– Nie ugryzę się w język, a odgryzę sobie język! Co uczynił. Męska decyzja niekiedy bardziej świadczy o męskości niż genitalia.

Bohater opowiadania, do końca nie wiadomo dokładnie, pozytywny czy negatywny, czy też fifty-fifty, cieszy się teraz niebiańskim spokojem. Nagle odkrył, jak bardzo jest bogaty, zważywszy, że „milczenie jest złotem”. Ze światem zewnętrznym komunikuje się pisemnie, co znaczy, że bardziej rozważnie. Jest też powszechnie uznawany za osobę dyskretną.

–„ Nic nie wypapla, nie dyskutuje, nie kłóci się. Po prostu ideał” – tak mówią teraz nawet ci, którzy nie przepadali za nim w przeszłości.

Sądzę, że gdyby zapytać o zdanie kobiety, to większość z nich wyraziłaby podobne opinie. Sytuacja objaśnia też lepiej słowa Pisma Świętego definiujące mężczyznę: „Cichy, niepokornego serca”.

 

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 20.

Niedzielny słoneczny poranek zapowiadał spokojny dzień. Powietrze falowało nad rozgrzaną jezdnią i odpływało w nieznane pod wpływem łagodnego wiatru, choć w cieniu nadal dawał się odczuć ustępujący chłód. Mieszkańcy miasta wylegli na ulice. Wydawało się, że wszyscy chcą skorzystać z niezwykłej pogody, aby pójść na spacer, wyjechać za miasto, udać się do kościoła lub odwiedzić przyjaciół. Pogoda była zachwycająca; tylko na zachodniej części nieba nad horyzontem zalegały ciemne chmury, pełne mrocznej zadumy.

Jakie one mają fantastycznie dziwne kształty! – zachwycały się dwie wystrojone nastolatki siedzące na ławce w parku naprzeciw siedziby „Baron TV”. Czekały na pozostałą część rodziny, aby razem pospacerować wśród drzew, krzewów i kwiatów z perspektywą zakończenia przechadzki w ulubionej przez wszystkich lodziarni.

Czy myślisz, że chmury mogą coś oznaczać? Coś mogą zapowiadać? – dociekała młodsza z dziewcząt poprawiając zalotnie sukienkę zdobną w wielokolorowe kwiaty i rzucając ukradkowe spojrzenia na dopasowane kolorystycznie czerwone buciki.

Nie wiem, co one mogą znaczyć. Ale nie wszystko na ziemi ma znaczenie. Tak zawsze mówiła moja babcia. Kiedyś mi wyjaśniła, że ludzie nie mogą wszystkiego wiedzieć – starsza dziewczynka popisywała się wiedzą o naturze ludzkiej wiedzy.

Odpowiedź nie zadowoliła kolorowo ubranej koleżanki. Takie chmury na pewno coś znaczą! – odpowiedziała z przekonaniem. Nigdy takich nie widziałam. One są wyjątkowe. Na pewno coś się wydarzy. Ciekawa jestem, co? – pomyślała marzycielsko w dziecięcym oczekiwaniu, że życie jest pasmem intrygujących i miłych niespodzianek.

*****

O godzinie 9 rano przed okazałym trzypiętrowym budynkiem „Baron TV” pojawiła się kilkuosobowa grupa. Zatrzymali się u stóp schodów zdobiących wejście główne, rozejrzeli na wszystkie strony jakby oceniając miejsce i rozpoczęli rozmowę. Stopniowo przyłączali się do nich inni ludzie nadchodzący pojedynczo lub grupkami. Niektórzy znali się od dawna, pozdrawiali się entuzjastycznie, wymieniali informacje i żarty. Kilkadziesiąt minut później przed budynkiem stał już pokaźny tłum i wciąż się powiększał.

Punktualnie o godzinie dziesiątej, jak w dobrze wyreżyserowanym scenariuszu, z bocznej uliczki wyłoniła się hałaśliwa demonstracja i przyłączyła do zgromadzonych. Kobieta i dwóch mężczyzn oddzielili się od tłumu i skierowali w górę po schodach ku wejściu do gmachu. Ich młodość, energia i modne ubiory rzucały się w oczy. Jeden z mężczyzn niósł w ręku podłużny, opakowany przedmiot. Podest schodów otoczony barierą w postaci grubego czarnego łańcucha wyglądał jak rufa statku albo wielka ambona obudowana płytami z granitu podpalanego czerwienią żył i smużek. Masywny szlifowany kamień przywoływał na myśl luksus i dostojeństwo, władzę i panowanie.

Trójosobowa delegacja dotarła na podest i zbliżyła się do drzwi. Mężczyzna z pakunkiem zastukał masywną kołatką imitującą pysk lwa, lecz drzwi pozostawały zamknięte. Zastanawiali się, co zrobić, gdy zauważyli dzwonek z boku drzwi. Mężczyzna nacisnął przycisk dzwonka, niecierpliwie odczekał chwilę i znowu nacisnął go dwa razy z rzędu.

Chyba wszyscy w budynku założyli sobie wtyczki do uszu – mruknął zniecierpliwiony delegat tłumu oczekującego na wieści. Jak na rozkaz w drzwiach pojawił się strażnik w szarozielonym mundurze firmy ochroniarskiej.

Jak pan widzi za nami stoi tłum, ludzie, którzy przyszli zaprotestować przeciwko zwolnieniu z pracy w Baron TV redaktora Tomasza Boskiego – niecierpliwie wyrzucił z siebie mężczyzna w kierunku Bogu ducha winnego strażnika. Mimo interwencji i próśb telefonicznych, faksowych, e-mailowych i listownych zarząd firmy nie przywrócił do pracy redaktora ani nawet nie podjął dyskusji na ten temat. Redaktor Boski został zwolniony bezprawnie. Chcemy w tej sprawie rozmawiać z prezesem zarządu. Proszę o przekazanie naszej prośby panu prezesowi. My tutaj poczekamy.

Ochroniarz patrzył z niedowierzaniem. Wysiłek malował się na twarzy dobrze odżywionego mężczyzny prowadzącego życie dalekie od niepokojów społecznych. Popatrzył z niedowierzaniem na niespokojny tłum w oddali. Nie był pewien, co powinien zrobić.

Niech pan się nie ociąga. Nie do pana należy podejmowanie decyzji. Proszę tylko zawiadomić prezesa, że tutaj jesteśmy i czekamy.

Dobrze. Idę i zawiadomię pana prezesa. Nie wiem tylko, czy dzisiaj jest w biurze.

Niech o to pana głowa nie boli. Proszę tylko przekazać mu nasz postulat.

Ochroniarz zamknął i zaryglował za sobą wielkie drzwi wejściowe i skierował się do windy, aby zawiadomić zwierzchnika o niecodziennym żądaniu demonstrantów. Nie była to miła misja; nikt nie lubi przynosić złych wieści.

Postulat – żachnął się. Żądanie, nie postulat! Kretyni! Demonstracji im się zachciało!

Postać encyklopedyczna

Jestem marzycielem – dwa krótkie i jakżeż bogate w treści słowa Wiktora zabrzmiały jak spowiedź panienki, która mówi bez żalu w oczach: Dzisiaj zgrzeszyłam po raz pierwszy.

O czym marzysz, Wiktorze ? – zapytałem gwoli wyjaśnienia i podzielenia się tą wiedzą z Czytelnikami, którzy zapewne płoną z ciekawości jak lasy w Australii.

Ja nie marzę, ja mam marzenia. Marzyć to można o niebieskich migdałach, moim natomiast marzeniem jest znaleźć i opisać jakiegoś wybitnego Polaka – odpowiedź Wiktora była klarowna jak bulion z zagłodzonego kurczaka.

Obydwaj nie mieliśmy pojęcia, kto może być dziś wybitny. Popatrzyliśmy w sufit, skąd ludzie często czerpią swoje najlepsze pomysły, aby krzyknąć unisono: Antoni Macierewicz!

Opiszmy go – zaproponował Wiktor. To będzie nasz wkład do encyklopedii, która wkrótce będzie potrzebować tego hasła bardziej niż wysychająca rzeka wody. Zacznijmy od wyglądu.

Jest to mąż stanu słusznego wzrostu, szczupły, o brodzie bardziej siwej niż głowa – zacząłem drżąc z podniecenia.

Ale dlaczego?

Pytanie Wiktora speszyło nas obydwu, ponieważ nie umieliśmy wytłumaczyć sobie tego fenomenu. Rozgryzienie zagadki nie zajęło nam jednak wiele czasu.

On pracuje więcej językiem niż głową – ustaliliśmy zgodnie. „Chodzi mi o to, aby język język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa „ – Wiktor zacytował Słowackiego. W konkluzji uznaliśmy, że pan Antoni ma język wyjątkowo giętki, szybszy niż głowa, aby móc błyskawicznie tłumaczyć wyniki badań dotyczących drzew, parówek, aluminiowych puszek od piwa, samolotów i Bóg wie jeszcze czego.

Teraz coś o zdrowiu pana Antoniego– zaproponował Wiktor i bez czekania na moje pytanie wyjaśnił: Zdrowie jest najważniejsze, żebyś nie wiem, co mówił.

To oczywiste – zgodziłem się bez dyskusji.

Nasz bohater jest zdrowy od stóp do szyi – zaczął Wiktor.

A głowa? Czy ona nie jest ważna dla zdrowia? – nalegałem na odpowiedź.

Powiadam ci, to nie jest temat dla nas, prostych choć oczytanych ludzi. To jest temat dla lekarzy wysoko specjalizowanych w temacie głów, w których nieprzerwanie coś gotuje się, kipi, bulgocze, szumi, burzy się, przelewa, dzwoni, ostrzega, zakazuje, krytykuje i wyjaśnia. Ten temat jest zbyt trudny. Porzućmy go – Wiktor wyrzekł to z takim przekonaniem, jakby stały za nim setki tysięcy popierających go słuchaczy.

W moim odczuciu Antoni Macierewicz jest nadzwyczaj podobny do Św. Piotra – wiedziałem, że Wiktor poczuje się zagubiony po moim oświadczeniem. Św. Piotr zaparł się trzy razy, inaczej mówiąc, trzy razy kłamał.

A ile razy zaparł się Antoni Macierewicz?

Zaczęliśmy liczyć. Liczyliśmy i liczyliśmy, aż w końcu zabrakło nam palców u rąk i nóg, choć żaden z nas nie jest bezrękim kuternogą.

A wiesz, kiedy zaparł się ostatni raz? – zaskoczył mnie Wiktor. Zapomniałem języka w gębie.

Ostatni raz zaparł się w drzwiach wejściowych na salę sejmową, kiedy Marszałkini chciała rozwiązać jego zespół. „Po moim trupie” – krzyknął tak rozdzierająco, że aż dzieci zaczęły płakać na ulicy prawdopodobnie z żalu, że taki człowiek miałby umrzeć.

W tym jest podobny do Rejtana – przypomniałem sobie ciesząc się, że lekcje historii nie poszły w las.

Tak, pan Antoni jest postacią wybitną kojarzącą w sobie cechy Św. Piotra, Rejtana oraz gremium prawdziwych naukowców, których skrzyknął pod swoje orle skrzydła – spuentował Wiktor.

Ukojeni myślą, że w narodzie jest jedna wybitna jednostka, rozeszliśmy się do domów, aby podziękować Opatrzności za ten wyjątkowy dar. Inne narody nie mają tego szczęścia.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 19.

Jeszcze nigdy nie byliśmy w takim kotle zamieszania i obłędu wokół nie tak znowu nadzwyczajnego wydarzenia – prezes Baron TV rozpoczął kolejne spotkanie zarządu. Jesteśmy między młotem a kowadłem. Część opinii publicznej ostro nas krytykuje i żąda przywrócenia Boskiego do pracy, inni uważają, że on sam i jego spektakl telewizyjny pomieszali ludziom w głowach i popierają decyzję zwolnienia go z pracy. Sprawa stała się kontrowersyjna. Im szybciej urwiemy głowę tej hydrze, tym lepiej. To bardzo zła propaganda. Dzwonili już do mnie prezesi innych stacji telewizyjnych i pytali, co zamierzamy zrobić, bo to fatalna reklama także dla nich. „Telewizja – wróg jednostki i społeczeństwa” – obawiam się, że przypną nam taką łatkę.

W ciągu zaledwie kilku dni, wydawałoby się nawet godzin, sprawa Tomasza Boskiego jako ofiary wielkiej firmy medialnej nabrała rozgłosu. Stacje telewizyjne, redakcje gazet i magazynów, radiostacje i uznane autorytety otrzymywały a niekiedy i publikowały treść listów, wypowiedzi, emaili i faksów. Nie trzeba było długo czekać, zanim pojawiła się pierwsza interpelacja poselska w parlamencie. Opozycja była zachwycona okazją do zaatakowania rządu.

„Ten rząd łączą szczególnie ciepłe relacje ze stacją „Baron TV”. Oni nigdy nie mówią o was źle i zawsze są pierwsi wpuszczani na wasze salony. A teraz pokazali swój prawdziwy charakter zwalniając bez najmniejszego uzasadnienia człowieka, który ośmielił się mieć własny pogląd i przedstawić go publicznie. To wasze metody działania i efekt waszego negatywnego wpływu na media” – prezes największej partii opozycyjnej z satysfakcją wygłaszał z mównicy oskarżycielskie słowa wskazując palcem premiera.

Zarząd „Baron TV” prowadził intensywne konsultacje z prawnikami i specjalistami od public relations, aby ustalić dalszy tok postępowania. Brak natychmiastowej reakcji ze strony stacji działał na jej niekorzyść. W ciągu czterech dni powstał i natychmiast podjął działania Społeczny Komitet Obrony Tomasza Boskiego. Dwóch znanych prawników zaoferowało komitetowi swoje bezpłatne usługi.

Tomasz stał się modnym tematem dnia, podobnie jak jego niedawny pracodawca. Niemała część społeczeństwa z napięciem i rosnącym zniecierpliwieniem śledziła rozwój sytuacji i czekała na kolejne wydarzenia. Konfrontacja jednostki ze znaną stacją telewizyjną nabrała charakteru serialu, w którym pojawiło się kilka ciekawych wątków i różne możliwości zakończenia.

 

 

 

Miniatura literacka: Jesienny dzień w życiu Michaiła Michaiłowicza

Wstał z łóżka wcześniej niż planował i od razu upadł na kolana, ale nie z pobożności. To niedożywiony umysł wypowiedział mu posłuszeństwo. U Michaiła Michaiłowicza mózg, który oprócz wody i dużej ilości pierwiastków z tablicy Mendelejewa prawdopodobnie mieści także pamięć i centrum zarządzania,  jak stary kawaler prowadził ostatnio samodzielne życie. Budzi się i idzie spać, kiedy chce, jest krnąbrny jak małolat odmawiając posłuszeństwa w najmniej oczekiwanym momencie, a czasem buntuje się jak opozycja sejmowa wobec obiektywnej rzeczywistości. Takie to przemyślenie nawiedzało coraz częściej naszego bohatera.

Znowu nie wypiłem kawy – skromniutka myśl błysnęła niby ognik świętojański i ogrzała trzy komórki zaspanego umysłu. Od błysku zatlił się ogień przytomności i zmusił organiczną całość do udania się do łazienki. Michaił Michaiłowicz otworzył drzwi i wykrzyknął: O, naga kobieta! Jej piersi lśniły blaskiem dojrzałego atłasu. Właścicielka tych cudowności przebywała chyba w innym świecie, gdyż ofuknęła niewinnego i jakżeż życzliwego jej obserwatora: Wyjdź i zamknij drzwi. Nie przeszkadzaj mi. Domyślił się, ze była to jego rodzona żona. Któż inny zresztą mógłby to być? – wydedukował bez większego wysiłku.

W kuchni przyległej do salonu uczynne dłonie bardziej wyrozumiałej istoty żeńskiej podały mu kawę. To już druga kawa– podpowiedział Michaiłowi zmysł matematyczny, jedyny, który zachował pamięć. Pierwsza, wypita o godzinie szóstej rano, prawie poszła w zapomnienie jak roztopione widziadło senne. Adresat dobroczynności nie wiedział, czy przyjąć kubek, czy z wdzięczności od razu całować rączki anioła. Słusznie czy nie słusznie wybiorę to pierwsze –zdecydował nie całkiem pewny moralności wyboru i czynu.

Dziękuję pani – odpowiedział i ni z tego ni z owego zadał pytanie: Czy z braku kawy można sobie samemu skopać tyłek dla dodania otuchy i energii? Oczy adresatki zrobiły się okrągłe jak dwa spodeczki, lecz nie straciły fasonu. Obawiam się, że ma pan za krótkie nogi, Michale Michaiłowiczu. Zainteresowany uznał odpowiedź za wiarygodną i nie kontynuował tematu. Krótkie, to krótkie. Dobrze, że w ogóle je mam – pocieszył się w strapieniu.

Ożywiony darem południowoamerykańskiego krzewu kawowego, wrzątku i kobiecej życzliwości Michaił Michaiłowicz podszedł do wielkich oszklonych drzwi balkonowych i wyjrzał na świat. Na dworze rządziła niepodzielnie mgła. Wiatr migotał listkami brzozy ubranej w październikowe lampki żółci, czerwieni, brązu i odchodzącej zieleni. Cóż za kalejdoskop – czule odnotował Michaił Michaiłowicz.

Ponaglany przez żonę słowami „Kochanie, przecież mi obiecałeś” Michaił Michaiłowicz ubrał się i wyszedł po zakupy. Po drodze odsłaniały się przed nim przedziwne sceny: a to zielona nieco spłaszczona żabka, która zdecydowała się na pochówek na środku chodnika, a to trzeźwy mężczyzna, normalnie ubrany i w obuwiu, a to srebrno-atłasowy kot, który dłuższy czas stał nieruchomo świdrując przechodnia żółtymi ślepkami.

Miłośnik zwierząt usiłował przywołać futrzaka ciepłymi słowami bogatymi w nazwy wyrobów mięsnych i suchego pokarmu dla kotów, jednakże ten pozostał nieufny jak dziewczyna mamiona przez adoratora na pachnące siano w celach niewinnej rozmowy. Po wyjściu za bramę „Kolorowego Osiedla” Michaił spotkał wzruszającą parę: trzyletnia dziewczynka z zapłakaną buzią osłoniętą granatową czapką dżokejką, siedząc w ramionach tatusia skarżyła mu się na coś przykrego, a ten pocieszał córeczkę ciepłymi i łagodnym słowami. Miłości nie da się opisać, można jej tylko doznać i zobaczyć – Michaił Michaiłowicz umacniał w sobie to przekonanie w drodze do sklepu. Kiedy to uczynił, bez kawy i bez wysiłku doszedł do nieodpartego wniosku, że nie musi czekać do zachodu słońca, aby uznać dzień za udany i szczęśliwy.

Miniopowiadanie: Wycieraczka Przewodniczącego

Objawienia są trwałym zjawiskiem parlamentarnym – autorytatywnie stwierdził Przewodniczący Parlamentarnej Komisji ds. Tajemnych, w skrócie PKT. Jego wysoka i chuda postać górowała nad członkami komisji zebranymi dla oceny faktu znalezienia skrzydła samolotu na wycieraczce.

Wyszedłem rano z mieszkania, aby zobaczyć, czy PO jeszcze żyje, patrzę, patrzę i oczom nie wierzę – rozpoczął Przewodniczący lekko dusząc się z nadmiaru emocji. Patrzę, a na mojej wycieraczce leży ogromne skrzydło samolotu. Podrapałem się po głowie i zadałem sobie pytanie: kto je tutaj podrzucił? Pierwszy przyszedł mi na myśl czarny kot, który przebiegł mi wczoraj drogę, a następnie baba z pustymi wiadrami, którą widziałem ostatnio późną nocą w Sejmie. Siedziała w ostatnim rzędzie i piła „Czystą Żytnią” z zakrętki pojemnika na płyn „Borygo”. Jak Państwu wiadomo, baba z pustymi wiadrami oznacza nieszczęście.

Kota od razu wyeliminowałem, ponieważ nie dałby on rady udźwignąć skrzydła. Z eliminacją baby było trudniej. Gdybym ją wyeliminował z listy podejrzanych, organizacje feministyczne oraz „Stowarzyszenie In vitro” zjadłyby mnie na śniadanie bez żenady i bez przypraw. Tym niemniej babę też wyeliminowałem kierując się moją niezawodną intuicją. Pozostał mi jeszcze pies sąsiada. To podłe zwierzę, proszę mi wierzyć. Sąsiad jest ogrodnikiem i jego pies sam nie zje i drugiemu nie da. Tak, pomyślałem, to on musiał podrzucić mi skrzydło, gdyż było dla niego za twarde. On ma sztuczną szczękę i nie poradziłby sobie z metalem. Posiadanie szczęki ukrywa przed społeczeństwem podobnie jak Tusk, które udaje, że ma naturalne zęby. Zauważyliście Państwo, jak on się sztucznie uśmiecha?

Jakby mu zęby ścierpły – zaobserwowała życzliwie członkini komisji odrywając się na chwilę od partyjki pasjansa, którą układała sobie pod fotelem.

Tak, to doskonała obserwacja. Dziękuję pani – Przewodniczący Macierewicz zaczął klaskać w dłonie z entuzjazmem, po czym wyjął malutki notesik i dyskretnie zanotował nazwisko posłanki pod hasłem „Kandydaci do PiS”.

Aby ostatecznie przyjąć lub odrzucić psa jako sprawcę podrzucenia skrzydła, zastosowałem metodę organoleptyczną i obwąchałem skrzydło. Pies już wcześniej kilka razy sikał mi na wycieraczkę, dając tym niezbity dowód, że gotów jest kontynuować proceder sprawiania mi wrednych niespodzianek. Podejrzewam go o przynależność do PO lub PSL, ewentualnie SLD. Niestety, nic nie wskazywało, że to on to zrobił. Możliwe, że było dla niego za wysoko, bo to zwykły wyżeł skoligacony z pudlem rasy niderlandzkiej.

No i jak ustalił pan w końcu, Panie Przewodniczący, kto podrzucił panu to skrzydło? – życzliwie zapytał członek komisji skoligacony politycznie z Przewodniczącym Macierewiczem.

Sprawa wyjaśniła się sama. Godzinę później otrzymałem SMS od przyjaciół. Przewodniczący wyjął telefon komórkowy z prawej kieszeni, odwinął go z celofanu i otworzył. Cytuję ich komunikat. Cześć Przewo! Skrzydło znaleźliśmy w lesie. Stop. Jest z drugiej wojny światowej. Stop. Pomyśleliśmy, że cię to zainteresuje. Stop. Zostawiliśmy na wycieraczce. Stop. Potwierdź odbiór. Stop. Pozdro. Stop. Ziutkowie. Tak to więc, proszę Szanownej Komisji, zdobyłem nowy dowód potwierdzający fakt eksplozji w samolocie w Smoleńsku. Zaraz go Państwo zobaczycie.

Przewodniczący nacisnął duży czerwony przycisk na telefonie komórkowym i za chwilę na salę wjechało na wielkiej platformie rozerwane wybuchem skrzydło samolotu. Z jednej strony podtrzymywał je pies sąsiada, z drugiej czarny kot, a środkiem szła baba z pustymi wiadrami. Za nimi postępował z powagą długi kondukt pogrzebowy.

 

Miniopowiadanie: Perwersja i niewinność

Wśród nadzwyczajnych wydarzeń światowych Chiny i referendum w Warszawie schowały się do mysiej dziurki a na plan pierwszy wysunęło się zdarzenie, które zaskarbiło sobie ciepłe miejsce w sercu każdego wrażliwego obywatela i obywatelki. Wydarzeniem tym były słowa Wysokiego Urzędnika „Bliskości z Bogiem”, wszechświatowej organizacji, która organizuje przepływ myśli i uczuć między człowiekiem a Stwórcą.

Ów Wysoki Urzędnik, dla porządku nazwijmy go WU, oświadczył z wielkim żalem, że źródłem zła w świecie ducha i ciała są nieletnie dzieci. Była to wypowiedź równie śmiała, co odkrywcza.
Czy możesz, Wielki Mistrzu, uchylić rąbka tajemnicy dotyczącej dochodzenia, jakie przeprowadziłeś w tej materii? – zapytał jeden z pomniejszych urzędników, też służących Panu Bogu.

Dzisiejsza dziatwa, która kochaliśmy zawsze i nade wszystko, jest zepsuta jak zegarek rozdeptany przez słonia – WU zawahał się, czy objawić całą czeluść piekielną – przez co skłonna do pedofilii – dodał opuszczając oczy ze wstydu. Znam to z relacji braci oraz moich własnych obserwacji – oświadczył z powagą poprawiając swoje okulary krótkowidza, aby dodać braciom otuchy.

Przykładem może być ośmioletnie pacholę męskie żyjące w gorącym klimacie. Patrzy ono pożądliwie na niewinnego kapłana i kiedy tylko znajdą się sam na sam, zagląda mu pod suknię, wślizguje się pod nią i dotyka bezwstydnymi rękami a nawet całuje jego ciało.
Bracia zamarli z przerażenia.

Gorzej, każe się fotografować i jeszcze mocniej dotykać. Nago! – potrafi taki krzyknąć na swą ofiarę, kiedy ta broni się przed rozbieraniem.

I cóż ma począć niewinny brat w takim momencie? – padło niespokojne, pełne troski pytanie.

Brat jest niepewny i zdezorientowany, tym bardziej, że może mieć problemy zawodowe, rodzinne i kucharskie.

Jak to kucharskie? – oczy słuchających wyrażały niezrozumienie.

Brat nasz, żyjąc w ubóstwie – cierpliwie wyjaśniał Wysoki Urzędnik – sam sobie musi naprawiać sandały, sprzątać oraz gotować potrawy na maszynce spirytusowej. Nie ma co się dziwić, że przypali je od czasu do czasu, co dla każdego jest wstrząsem – WU uronił łzę, a może nawet kilka, wielkich jak najurodziwsze perły hodowlane z Broom, i z wyraźnym bólem kontynuował opowieść. Brat nasz nie potrafi dać małoletniemu pedofilowi odporu, gdyż ten go szantażuje.

Ascetyczne twarze zebranych wydłużały się chłonąc każde słowo. Otóż ten mały potwór – kontynuował WU – szepcze bratu do ucha łagodnym jak puch głosem, że jeśli rzeknie komuś choćby słówko o dotyku i pieszczotach, to Bóg mu tego nie wybaczy; co gorsza, dowie się o tym jego przełożony. Wstyd, strach i niepewność ogarniają niewinną ofiarę, która nie ma innego wyjścia jak ulec małoletniemu lubieżnikowi.

Czy są jeszcze, Wielebny Wysoki Urzędniku, inne fakty świadczące o zgniłej moralności i wyuzdaniu małolatów? – pytania zalewały WU kaskadą troski o losy kapłaństwa.

O tak, trafiłeś bracie w 10-kę jak w grze w bierki lub 21-kę jak w grze w pokera. Takie z pozoru niewinne małolaty w wieku 8 czy 12 lat, przekupują swoje ofiary oferując im pieniądze na cukierki, gumę do żucia i zabawki, kiedy sami wożą swoje wypasłe brzuchy pięknymi samochodami w cieniu palm lub sosen.

WU nie był w stanie obnażać dalej strasznej prawdy, gdyż się rozpłakał. Cały naród rzucił się do piór, długopisów i klawiatur komputerowych, aby okazać znak solidarności z zagubionymi i zdezorientowanymi sługami bożymi wykorzystywanymi przez perwersyjne dzieci.

O tempora, o mores!

Reguły gry. Opowiadanie „political fiction”. Odcinek 19 (ostatni): Finał

Sędzia publicznie ogłosił wyrok na stadionie. Podniósł czerwoną kartkę i wskazał ręką Kaczana. Za chwile powtórzył tę samą czynność w stosunku do Słabosilnego. Asystent Sędziego dodatkowo poinformował o decyzji przez megafon. Była to ceremonia ascetyczna w wymowie jak wystąpienie teatralne mima.

Na stadionie eksplodowała bomba zachwytu i uniesienia. Wrzawa stała się ogłuszająca. Z trybun dla widzów, które wyrosły wokół jak grzyby po deszczu, nie wiadomo kiedy i jak, z tysięcy gardeł popłynęły okrzyki: Brawo Sędzia! Precz z nieudacznikami! Sprawiedliwości stało sie zadość!

W chwili, kiedy wrzawa osiągnęła apogeum, dał się słyszeć odległy pomruk, a następnie grzmot. Niebo pociemniało na krótko ukrywając przed tłumami słońce jak za czasów faraonów egipskich. W szale nieposkromionej radości nikt nie zwrócił na to uwagi.

Decyzja sędziego zakończyła igrzyska. Przywódcy dwóch największych drużyn zostali usunięci z boiska, w ślad za nimi wycofały się ich drużyny i zwolennicy. Ich werwa i motywacja spłonęły w jednej chwili jak proch na panewce. Pozostałymi drużynami mało kto się interesował; większości widzów też przeszła chęć dalszego uczestnictwa. Tłumy ruszyły w kierunku parkingu, niektórzy udali się w miejsce, gdzie znajdował się Sędzia.

Szpalery kibiców utworzyły drogę do pokoju sędziowskiego. Arbiter kroczył nią z podniesioną głową w towarzystwie zastępcy. Po obu stronach szpaleru padały okrzyki: Dziękujemy panu! Brawo, Święty Jerzy! Jakaś kobieta krzyknęła za plecami innych:  Kocham pana, panie Sędzio! Zawołanie „Święty Jerzy ” pojawiało się tak często, że Szczerbaty zdecydował zatrzymać się przy grupie rozentuzjazmowanych kibiców, aby zasięgnąć języka.

Dlaczego nazywacie Sędziego Świętym Jerzym? Co to znaczy? Nie śmiał zapytać o to samego pryncypała, który mógłby sie obrazić świadomy wieloletniego doświadczenia i encyklopedycznej wiedzy Szczerbatego w dziedzinie politologii.

Jak pan może o to pytać? To święty człowiek! On na naszych oczach pokonał smoka. Jest przedstawicielem ludu. Nas, szarych mas! Jest naszym prawdziwym świętym. W imieniu nas wszystkich wprowadził w kraju porządek, którego nikt inny nie potrafił wprowadzić.

Odpowiedź przypadkowego kibica oddawała nastrój tłumu, ale nie wypełniła wszystkich luk wiedzy asystenta o Świętym Jerzym i jego związku z Sędzią. W rozwiązaniu dylematu pomógł zakonnik w ciemnobrązowym habicie. Uniósł do góry rękę sygnalizując chęć przedstawienia własnej opinii. Szczerbaty skrzętnie skorzystał z nadarzającej się okazji. Miał o zakonnikach pozytywną opinię; uważał ich za ludzi pracowitych, skromnych i rzeczowych.

Czy Ojciec zechciałby objaśnić dokładniej związek Świętego Jerzego z panem Sędzią, którego mam zaszczyt być asystentem?

Niech żyje Święty Jerzy! Niech żyje! – rozlegały się raz po raz owacje zagłuszające opinie osób inaczej myślących niż prosty człowiek z ulicy.

Okrzyki i uściski rąk, nieoczekiwane lecz serdeczne poklepywania po ramieniu towarzyszyły przejściu arbitra wzdłuż dwóch szeregów ludzi tworzących przejście. W końcu rozentuzjazmowanego szpaleru pojawił się Prezydent. W asyście ochrony osobistej czekał na Sędziego. W myślach przygotowywał sobie krótkie przemówienie. Był zachwycony przebiegiem wydarzeń; Sędzia swoim wyrokiem rozwiązał jego problem.

Facet wyciągnął za mnie kasztany z ognia. Przegrana sportowa przywódców partyjnych przekłada się na przegraną polityczną. Sędzia wyeliminował z gry najbardziej agresywnego i nieobliczalnego polityka, który tylko przysparzał mi problemy, i drugiego, który mając władzę nie umiał mu się przeciwstawić. Precz z nieudacznikami! – to była jego ostatnia myśl, zanim wyciągnął rękę do Sędziego i zaczął mu dziękować.

Podjął pan duże ryzyko – stwierdził na zakończenie.

Jak mam to rozumieć? – Sędzia patrzył w oczy Prezydentowi.

Zrobił pan sobie wrogów z dwóch największych partii politycznych – zabrzmiało to jak ostrzeżenie o zbliżającym się tajfunie. Decyzja Pańska wydaje mi się jednak jak najbardziej uzasadniona – dodał w pośpiechu Prezydent pragnąc złagodzić wcześniejszą wypowiedź.

Sędzia milczał chwilę dobierając w myślach słowa.

Może sędziowie ponoszą dla dobra społeczeństwa większe ryzyka niż prezydenci. Czy to możliwe, Panie Prezydencie?

Możliwe, choć nie jestem tego całkiem pewien – najwyższy przedstawiciel państwa odbił piłeczkę udzielając nijakiej odpowiedzi.

Sędzia skłonił lekko głowę, po czym obydwaj mężczyźni pożegnali się w nieco chłodniejszym nastroju.

Zanim Sędzia dotarł do swego pokoju, na stadionie pojawili się już sprzedawcy medalików, orderów, odznaczeń i dewocjonaliów z wizerunkiem Świętego Jerzego. Prawdziwy jarmark! – Sędzia dotknął łokcia zastępcy i wskazał ruchem głowy rzędy straganów, budek i stołów.

Ordery i dewocjonalia mieszały się z tandetnymi kubeczkami, miseczkami i innymi artystycznie wątpliwymi akcesoriami. Rozłożono je gdzie tylko można: na krzesłach, w tekturowych pudłach, na ławkach, straganach, stołach, na murawie zasłanej w pośpiechu kocami i płaszczami. Spóźnieni sprzedawcy trzymali je przewiązane tasiemkami i rzemykami na rękach, szyi i na piersiach. Nikt nie dyskutował spraw wielkiego sportu i polityki. Teraz chodziło tylko o handel, negocjacje, pamiątki i pieniądze. Z tyłu za handlarzami stały pojazdy, w których serwowano gorące potrawy; zapach kiełbasy smażonej na ruszcie mieszał się z aromatem świeżo parzonej kawy, kolory lodów kontrastowały z brązowością świeżego chleba. Prawdziwa jadłodajnia i hala targowa – Szczerbaty poczuł się prawie zakłopotany nagłą zmianą atmosfery.

Naród miłośników sprawiedliwości i handlarzy świętościami! – mruknął Sędzia z mieszanymi uczuciami podziwu i niesmaku.

Historia 13 grudnia

W parku było 40 stopni C w cieniu. Nie miałem szczęścia, kiedy spotkałem Wiktora. Język przykleił mu się do podniebienia. Nie mógł mówić. Wycharczał tylko: Dzisiaj zostaw mnie w spokoju! Napisz lepiej o Kaczyńskim. On tak ciekawie mówi o 13 grudnia. Oddaliłem się, aby przemyśleć moje uczucia do obydwu bohaterów.

Kocham Kaczyńskiego! Jarka oczywiście, żadnego innego, bo Kaczyńskich jest wielu. On jest nadzwyczajny. Za moją nieustającą miłość do niego (od jego pierwszego otwarcia ust) odwdzięcza mi się dostarczaniem tematów do blogowania. Jest to zdrowy układ: coś za coś. Podziwiam go między innymi za to, że trzy razy powie, zanim raz pomyśli. Jest to tak wrażliwe, kobiece. No i te myśli ostre jak pociski. Nie bez kozery Jarek zyskał sobie wśród zaprzyjaźnionych Indian amerykańskich pseudonim: Ten, co strzela sobie w nogę. Ma chłop odwagę w głoszeniu prawdy! Prawdy, która wprost oszałamia. Tego nikt nie zaprzeczy.

Dzisiaj – w odpowiedzi na niewybredne oskarżenia, że w historycznym dniu 13 grudnia 1981 roku biegał jeszcze w ciapach – nasz bohater ujawnił tajemnicę swego życia z nocy, kiedy internowano kilka tysięcy osób.

Nałożyłem na siebie mój najlepszy garnitur. Zawsze byłem elegancki. Czekałem, kiedy przyjdą mnie aresztować. Plecak miałem wypchany sucharami i cebulą. Kiedy grupa aresztująca nie pojawiała się, wyszedłem na ulicę. Przeszył mnie mroźny wiatr, zapowiedź zimnej celi więziennej. Wezbrałem uczuciem nadzwyczajnego patriotyzmu.

Aresztujcie mnie! – wrzasnąłem z całej siły do członka ZOMO, który właśnie prowadził do karetki więziennej trzech mężczyzn. Kiedy nie zareagował, uderzyłem go w twarz, aby zwrócić uwagę na moje prawo do internowania. Ale on dalej nie reagował. Chyba za słabo go uderzyłem – pomyślałem. Jestem za bardzo wrażliwy – ta myśl nie dawała mi spokoju. Powtórzyłem więc cios i dopiero wtedy Zomowiec wyjaśnił:

Wiem dobrze, kim pan jest. Zasługuje pan na internowanie bardziej niż inni. Ale nie mogę pana teraz aresztować, ponieważ karetka więzienna jest już wypełniona po brzegi. No i ta twarda poduszka, którą dla pana przygotowaliśmy, jest zajęta. Jak tylko przyjadę na posterunek, od razu będę interweniować u samego Generała J., aby pana internowano. Może nawet interweniować w Sejmie? Zastanowił się chwilę, po czym puknął się w czoło. Oczywiście, że jak trzeba, to w Sejmie – oświadczył, podszedł bliżej i uścisnął mi rękę.

Dlaczego on tak postąpił? – zapytał naiwnie dziennikarz znanej gazety. Znanej z tego, że na pierwszej stronie zamieszcza największe rewelacje polityczne świata. Bohater poczuł się zażenowany małością pytania.

Po prostu wywarłem na nim wielkie wrażenie. On doskonale wiedział, że tej nocy powinienem trafić do więzienia na długie lata jako numer jeden. Numero Uno – tak o mnie pisała wówczas włoska prasa. Zasłużyłem sobie na to – bohater podziemia wyciągał chusteczkę i wysmarkał się wzruszony niespełnioną tragiczną historią własnego życia.

Na czym polegały pańskie zasługi w tamtym czasie? – zapytał dziennikarz znanej gazety.

Przenosiłem bibułę z piwnicy do toalety. Brakowało wtedy papieru toaletowego i korzystaliśmy z bibuły. To taki miękki paper, którego pan nie pamięta. Nie znosiłem papieru gazetowego, był twardy i szeleszczący. To kwestia dobrego wychowania i gustu – wyjaśnił działacz podziemia rozbrajającym uśmiechem numer dwa, który pojawia się automatycznie, kiedy właściciel tworzy historię więzienną w burzliwym życiorysie.

Były Prezydent Wałęsa twierdzi, podobnie jak i inni znani politycy z tamtych lat, że Pan nie był ani nie mógł być internowany, ponieważ nikt pana nie znał, bo zajmował się pan wtedy hodowlą kota.

Co Wałęsa i inni mogą wiedzieć o mnie jako działaczu podziemia w tamtych latach? – J.K. wybuchnął gniewem, od którego jego pociągła twarz pokryła się piegami z lat zmagań z księżycem.

Wałęsa wtedy sam nic nie znaczył. Internowano go, ponieważ trzymał w ręku transparent z moją podobizną. Kiedy pojawił się z nim na ulicy, tłum zaczął jednogłośnie skandować: Nie żyje Jarek K! Niech żyje! Niech żyje! Nienawiść do ówczesnej władzy ogarnęła wtedy całe miasto. Nie pamiętam dokładnie, jakie to było miasto, ale wiem z pewnością, że nie było to na wsi.

Kiedy dziennikarz spojrzał pytająco, J.K. wyjaśnił: Wie pan, nie lubię wsi. Oni tam chodzą w gumiakach, a to nie przystoi działaczowi podziemia, który w głowie ma ideały, a nie plewy. Ja chodzę w lakierkach. Nie wychowywałem się na podwórku, jak ten tam …No, jak mu tam? No, ten piłkarz w rządzie! No, jak mu tam? Nieważne! Przepraszam, pamięć mnie zawodzi od tragicznych przeżyć w czasie internowania. Ale co pan o tym wie? Jest pan zbyt młody, aby rozumieć tamte lata!

 

O pogodzie i pisarstwie

Siedzę przed ekranem komputera i czekam na przypływ inwencji twórczej i energii. Zastanawiam się, jak bardzo jestem związany z naturą, czyli ze środowiskiem naturalnym, pogodą, pożywieniem, powietrzem, wodą, tym wszystkim, co mnie otacza i co konsumuję. Kiedy piszę ten tekst, dzień jest szczególnie zimny i niezwykle wietrzny. Ciśnienie zmienia się nieprzerwanie zważywszy na gwałtowne porywy wiatru. Wiatr jest ruchem masy powietrza wywołanym zmianą ciśnienia atmosferycznego; powietrze przepływa z miejsca wysokiego ciśnienia do miejsca niższego ciśnienia. Silny wiatr i skoki ciśnienia fatalnie wpływają na moje samopoczucie, energię, zdolność koncentracji. W „złe” dni nie pomaga nawet kawa konsumowana w dużych ilościach, i to nie byle jaka, ale solidna, mocna.

Pracuję nad opowiadaniem pierwotnie pomyślanym jako humoreska kosmiczna. Pierwsza wersja nie wypadła dobrze. Gorzej, wypadła miernie. Pisałem ją spontanicznie, w dobrym czasie, kiedy to idee z łatwością przekształcają się w tekst opowiadania. Szybkie i łatwe pisanie niekoniecznie gwarantuje wysoką jakość. Przerabiam więc pierwotną wersję opowiadania. Najpierw przestudiowałem opinię, którą otrzymałem od pani Ewy, mojej recenzentki, wspaniałej osoby, która rzeczy traktuje fachowo, rzetelnie i bezpośrednio, i wynotowałem sobie wszystkie ważne uwagi, komentarze, zalecenia i sugestie. Jeśli piszesz tekst literacki i masz możliwość uzyskania kwalifikowanej opinii na jego temat, skorzystaj! Nie ma lepszej formy pomocy.

Na liście zadań do wykonania znalazły się: określenie celu opowiadania, stworzenie fabuły, określenie punktu wyjściowego i zakończenia opowiadania. Dodałem do tego listę opisów postaci wyróżniając głównego bohatera (postaci pierwszoplanowej), który będzie miał największy udział w rozwoju wydarzeń. Niby to proste i oczywiste, w rzeczywistości trzeba zdrowo nagłowić się, aby wszystkie elementy opowiadania wiązały się w jedną, klarowną, przekonywującą i interesującą całość.

Każdy ma swój styl pracy. Ja najpierw wyobrażam sobie fabułę, następnie piszę fragmenty opowiadania, które pokazują rozwój wydarzeń. Możnaby nazwać je epizodami lub scenami. Najchętniej przedstawiam je w postaci dialogów oraz akcji podejmowanych przez bohaterów. Narracja jest trudniejsza; często wydaje mi się, że jest mniej ciekawa i mniej dynamiczna, a niekiedy zbyt nudna. W oparciu o nowy plan omalże tworzę opowiadanie od nowa starając się wykorzystać fragmenty pierwotnego opowiadania. Czasem łączenie nowego ze starym jest niemożliwe, zapominam więc o starej treści i tworzę odmienną. Nie jest to najprzyjemniejsze zajęcie, ale ma sens, jeśli tylko uda się stworzyć nową, ciekawszą i lepszą stylistycznie wersję.

Zanim ktoś uwierzy w autora, on sam musi wykazać ogromne zasoby cierpliwości, wytrwałości i wiary w swój talent i sukces. Los pomaga tym, którzy pomagają sobie. Brzmi to jak cytat z biblii, dodam więc tylko: Amen.

 

O biografiach, pisarkach i polityce. Część 1.

Nigdy nie lubiłem biografii. Może dokładniej, nie interesowały mnie one. Nie była to chyba zbyt mądra postawa. Być może każdy musi dojrzeć do zrozumienia, co jest naprawdę ciekawe i pasjonujące w literaturze.

Dwie sprawy są święte dla pisarza: pisanie i czytanie. Wytrwałe, uparte i aktywne pisanie o tym, co nurtuje pisarza i co sobie zamierzył napisać . A równocześnie czytanie innych, najlepiej wybitnych, najlepszych pisarzy, którzy stworzyli najpiękniejsze dzieła literackie.

Kończę właśnie czytanie zbioru wywiadów z 16 pisarkami australijskimi starszego pokolenia, urodzonymi przed Drugą Wojną Światową (My writing life. Interviews with Australian women writers. Autorka: Giulia Giuffre. Sydney, Allen and Unwin, 1990). Ich twórczość literacka przypadała na lat przedwojenne, okres wojny oraz lata powojenne mniej więcej do lat 1985-1986, kiedy to Giulia Giuffre przeprowadzała z nimi wywiady.

Każdy z wywiadów to historia twórczości i życia pisarki. Każda z historii zachwyciła mnie, a przynajmniej ujęła szczegółami takimi jak ich pochodzenie i tradycje, co czytały, ich ulubieni pisarze, skąd brały pomysły bohaterów swoich książek, jaka była ich przynależności ideologiczna i partyjna, poczucie izolacji pisarza, ich wiara w Boga, agnostycyzm lub ateizm, ich stosunek do życia i śmierci. Wywiady stanowią ciekawą i bogatą kopalnię wiadomości o sztuce i rzemiośle pisania oraz o Australii dwudziestego wieku.

Najbardziej zaskoczyło mnie u pisarek australijskich ich zaangażowanie ideologiczne i polityczne. I to jakie! Niejedna z nich w młodości i latach średnich, o ile nie większość, wykazywała orientację lewicową, socjalistyczną a nawet komunistyczną. Przykładem mogą być Katherine Susannah Prichard, Jean Devanny, Majorie Barnard, Eleanor Dark. Pamiętajmy jednak, że chodzi tu o lata przedwojenne i wczesne powojenne. To były czasy aktywności Partii Komunistycznej Australii, której zwolennicy żyli ideologią komunistyczną i oczekiwali z niecierpliwością na biuletyny informacyjne o tym, co dzieje się w Związku Radzieckim.

PS. Komunistyczna Partia Australii została założona w 1920 roku i rozwiązana w 1991 roku. Jej następczynią była Socjalistyczna Partia Australii, która później zmieniła nazwę na Komunistyczną Partię Australii. Dzisja nie odgrywa ona żadnej znaczącej roli.

Bohaterowie i bohaterki powieści

Skąd pisarze czerpią wzory postaci, które czynią bohaterami i bohaterkami swoich powieści? Jak stworzyć interesującą postać, pozytywną lub negatywną, przemawiającą do czytelnika?

Nancy Cato, pisarka australijska urodzona w Adelajdzie (1917 – 2000), czerpała wzory postaci do swoich książek ze swojej biografii. W niejednej z jej postaci był element biograficzny. Pisarka uważała, że jest to nieuniknione. Postacie literackie mogą być również mieszanką kilku różnych rzeczywistych postaci. Oto fragmenty wypowiedzi pisarki na temat bohaterek jej książek.

„Faktem jest, że dla każdego pisarza, osoba, którą zna najlepiej, jest on sam. Flaubert powiedział o Emmie (Bovary): „C’est moi” (To ja).

Pytanie dziennikarki: Czy sądzi pani, że jest pani jak jedna z tych „dzielnych, inteligentnych kobiet”?

Odpowiedź pisarki: Nie. Myślę, że jestem inteligentna, ale nie sądzę, że jestem dzielna. Może bardziej śmiała niż dzielna. Faktem jest, że postać, na temat której toczyła się dyskusja, była inteligentna i śmiała w swoich decyzjach życiowych. W tych dwóch kwestiach była odzwierciedleniem autorki.

Mam podobne przekonania jak Nancy Cato. Postać da się wymyśleć. Będzie ona całkowicie fikcyjna. Ale niekoniecznie jest to najlepsze rozwiązanie (może z wyjątkiem powieści z gatunku fantastyki i fikcji naukowej). Postać w całości „wymyślona” jest trudniejsza do opisania, do nadania jej odpowiednich cech tak, aby stała się w pełni przekonywującym bohaterem, antybohaterem lub dobrą postacią drugorzędną.

Widzę prawdziwą wartość w postaciach, których cechy są wzorowane na kimś wziętym z życia, kogo znam lub o kim mogę zdobyć dostatecznie dużo informacji. Być może jest to kwestia wyobraźni.

Niekiedy postać rzeczywista jest tak oryginalna, że samemu trudno byłoby wymyśleć coś lepszego. Pisząc to mam na myśli mężczyznę, którego obraz stworzyłem sobie na podstawie zdjęć i relacji jego narzeczonej. Mężczyzna przemawia do mnie jako wzór bohatera, jakiego od dłuższego czasu opracowuję sobie „w głowie” do powieści psychologiczno-kryminalnej. Chodzi mi głównie o wygląd zewnętrzny i zachowanie, ale nie tylko. Wspomniany potencjalny „pierwowzór” to mężczyzna z tatuażami na piersiach, plecach i ramionach, ułożonymi wedle pewnego schematu. Tatuaże i sposób ich prezentacji dostarczają refleksji na temat charakteru i światopoglądu właściciela. Odpowiadają one z grubsza moim zamierzeniom. Liczę, że ułatwi mi to stworzenie bohatera, który wedle zamierzeń ma przejść głęboką przemianę osobowości z ważnymi konsekwencjami dla niego samego jak i dla najbliższego otoczenia.

 

Znaczenie imion w życiu i literaturze

Imiona i nazwiska postaci literackich mają swoją wymowę. Nie pojawiają się one przypadkowo, przynajmniej nie powinno tak być z punktu widzenia dzisiejszej sztuki pisarskiej. Muszą one spełniać pewne kryteria, przede wszystkim odpowiadać charakterowi i roli postaci (zwłaszcza pierwszoplanowej). Imię bohatera jest z nim integralnie związane poprzez jego osobowość, historię, działania. Osoba pozytywna będzie mieć zapewne imię miłe w brzmieniu lub skojarzeniach, zupełnie odmiennie autor „ochrzci” natomiast czarny charakter, łajdaka. W powieści nie powinny pojawić się imiona lub nazwiska, które są do siebie podobne, ponieważ może to dezorientować czytelnika. Nie powinny też być one zbyt długie lub skomplikowane, ponieważ utrudnia to ich zapamiętywanie.

Życie też ma swoje „imienne” wymagania i mody. Jak wybrać imię dziecka? – oto pytanie na miarę omalże szekspirowską. Rozważania o imionach dzieci przedstawia dalszy ciąg dzisiejszego blogu. Został on przygotowany przez Olę Michalak, osobę przeuroczą a zarazem zdecydowaną, jeśli chodzi o wybór imienia.

Co do imienia, to od dłuższego czasu trwa w Polsce era przywracania do łask pięknych polskich imion takich jak Franciszek, Stanisław, Leonard, Antonina, Klara, Apolonia, Pola itp. Wciąż także popularne są imiona pochodzenia rosyjskiego jak Nadia, Lena, Natasza. Sama osobiście znam kilka Antosi. Jako dziecko wołają na te dziewczynki Antosia lub Tosia, ale jak będzie dorosła to raczej zwrócą się do nich Pani Antonino, a nie Pani Antosiu. Tak samo jest z popularnym imieniem Zosia; pełne imię to wciąż Zofia. Brzmi również niezwykle poważnie. Uczyłam dziewczynki o imieniu Róża i Jaśmina i nigdy nie zauważyłam, by komukolwiek, kto według naszego uznania nosi oryginalne imię, dzieci dokuczały czy przezywały.

To tak samo jak żadnego dziecka nie dziwi, że po szkole poruszają się dzieci na wózkach inwalidzkich, czy przez porażenie mózgowe mają inny wyraz twarzy niż zdrowe dzieci. Myślę, że to już nie te czasy. Szybciej będą się wyśmiewać, jak ktoś będzie miał niemodny telefon komórkowy niż oryginalne imię. Po prostu w szkołach jest już tyle dzieci o najróżniejszych imionach, że nikomu się to już nie wydaje ani dziwne, ani wyjątkowe.

Poza tym niedaleko patrząc, kiedy nasi rodzice nadawali imię Sonia, to były to czasy, kiedy to imię nadawano ulubionej suczce. Dzisiaj chyba już nikt nie nadaje tego imienia zwierzakom. Podobne dobre rady dostawała teściowa, kiedy decydowała się nazwać syna Fryderyk. Pojawiły się zastrzeżenia: A że poważne, a że będą się śmieli i wołali Chopin. Ani Sonia, ani Fryderyk nie mają problemów z akceptacją swojego imienia i przynajmniej ludzie zwracają się do nich z pełnego imienia: Soniu, Fryderyku. Do mnie natomiast nikt nie mówi Aleksandra, wszyscy mówią Ola. Także, co mi z tego, że mam ładne pełne imię, jak i tak ludzie posługują się o wiele brzydszym skrótem.

A co do skojarzeń z chorobami. Na przykład imię Amelia. Co się okazało? Amelia (łac. amelia, z gr. α = „bez” + μέλος, μέλεα = „kończyna, kończyny”) – to wada wrodzona polegająca na całkowitym braku kończyny lub kończyn. Może ona stanowić część zespołu wad wrodzonych lub występować jako wada izolowana, w części przypadków będąca wynikiem działania szkodliwych czynników (teratogenów) na rozwijający się zarodek lub płód.

A jeśli chodzi o Panią Luksemburg, to myślę, że pokolenie naszych dzieci nie będzie wiedziało, kto to był. A nawet jeśli tak, to takiej historii uczy się w liceach, kiedy nikomu do głowy nie przychodzi dokuczanie z powodu imienia. Jako przeciwwagę mogę podać inną postać historyczną o tym imieniu: Róża Maria Sapieha. Była to księżniczka, uczestniczka Powstania Warszawskiego, pełniąca funkcję sanitariuszki. Zastanawiałam się nad atrakcyjnością imienia Rozalia, jednak skrót od tego imienia czyli Rózia kojarzy mi się z niezbyt rozgarniętymi dziewczętami (najczęściej chłopkami, mamkami, niańkami), o których czytało się w lekturach szkolnych.

Podsumowując mam wrażenie, że wszystko jest kwestią skojarzeń i utartych w naszych głowach stereotypach. A czy dane imię się polubi czy nie zależy od tego, jacy ludzie to imię noszą. Jeśli sympatyczni, to i imię będzie się nam dobrze kojarzyło. A jeśli tacy, za którymi nie przepadamy, to i piękno samego imienia nie pomoże w pozbyciu się złego wrażenia.

Róża to przede wszystkim piękny, szlachetny kwiat i tego się trzymajmy.

PS. W miejsce zaproszenia na majówkę z przyjemnością udostępniam bezpłatnie moim Czytelnikom oraz ich Przyjaciołom i Znajomym moje trzy ebooki. Są one do pobrania ze strony http://www.smashwords.com/profile/view/michaeltequila do 10 maja 2012. Skorzystaj z okazji i pobierz gratis dowolną pozycję na swój komputer lub czytnik ebooków. Pozdrawiam. Michael Tequila.