Gdzie ja jestem?

Szukam odpowiedzi na trudne pytania. Nie wiem, gdzie jestem. Mam ciągle omamy. Rozglądam się wokół, ludzie chodzą wolni i radośni jak wiosenne słońce po łące, a w Warszawie mrok i smutek.

Niestety proszę Państwa, byłem w błędzie. Nie jesteśmy wolni. Tak mnie dzisiaj poinformowali moi najulubieńsi aktorzy: Kaczyński, Czarnecki, Mastalerek, Błaszczak. Jak mam im nie wierzyć, kiedy nawet Jan Pietrzak z rękami związanymi sznurem śpiewa tęsknie o wolności. Skleił sobie na stałe dwa palce na kształt litery V, aby pokazać, że jego wiara w wolność jest niezwyciężona.

Niewola, w której żyje trzydzieści procent naszego społeczeństwa, skłania mnie do refleksji głębokiej jak dół. Nie potrafię cieszyć się w samotności, kiedy inni cierpią. Od dzisiaj modlę się, aby i im pan Bóg dał wolność. Nie wiem, dlaczego dotychczas im nie dał. To niesprawiedliwe. Najgorsze, że prawdopodobnie On o tym nie wie, że ludzie u nas tysiącami żyją w niewoli. Nie rozumiem tego.

Jedynym pocieszycielem w ciężkich czasach jest pan Antoni Macierewicz, pirotechnik. Podobnie jak ja strasznie lubi fajerwerki, iluminacje, nocne oświetlenia, głosy płynące z góry, detonacje. Samolot, na którym eksperymentuje wciąż wybucha. To może być niebezpieczne. Martwię się o niego. Sam dym z takiej ilości wybuchów może być niebezpieczny. Pan Antoni może poważnie się zatruć.

On jest nadzwyczajny. Gromadzi wciąż naukowców, a ci cierpliwie wyjaśniają teorie kolejnych wybuchów. Samo liczenie tych wybuchów i teorii wymaga ogromnego wysiłku. Naukowców pana Macierewicza są na szczęście miliony. Kiedy wchodzą czwórkami za stół konferencyjny, aż ziemia drży. Lubię te momenty. Wzruszenie i radość ściskają mi gardło. Zwłaszcza wtedy, kiedy razem z panem Macierewiczem posiedzeniu przewodniczy pani Paranoja.

Paranoja nadrzewna

Właśnie usłyszałem w telewizji Adama Bielana. – Oni tu już idą! – Zawołał strasznym głosem.

– Kto? – Krzyknąłem.

– Oni! Aresztanci! Kułacy! Złodzieje! Oficerowie śledczy! Hodowcy królików! Uciekajcie! – Krzyknął ostrzegawczo.

Szczerze powiem: zapłakałem z rozpaczy. Znowu okupanci!

Linki do najnowszych recenzji powieści Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego:

09 04 2015 Autorka recenzji: Agnieszka Kolanowska, http://nieterazwlasnieczytam.blogspot.com

10 04 2015 Autorka recenzji: Katarzyna Roszczenko, http://www.zksiazkawdloni.pl

Zagubiłem się

Zagubiłem się. W polityce, w planach imperialnej Rosji, w Internecie szukając recenzenta, w pogodzie, która w Gdańsku jest marna, pochmurna, deszczowo-śniegowa, za to we Wrocławiu słoneczna i ciepła.

W ciągu dnia odnajdywałem się w różnych miejscach: w sklepie warzywnym, gdzie kupiłem kilka produktów do domu, lecz nie znalazłem łuski cebulowej do malowania pisanek wielkanocnych, na dworze, gdzie znajoma ścieżka prowadziła mnie do domu jak wóz z pijanym woźnicą konia do rodzonej stajni, w myślach, lecz nie w pamięci, która – jest to już wspominałem – starzeje się szybciej niż ciało.

Wierzę w to stwierdzenie, jak w mało co, z wyjątkiem pana Boga, który nie wiem, czy nawet słyszał o Michaelu Tequili, podobnie jak przedstawiciele nieba na ziemi czyli hierarchia kościelna, którą bardziej niż czytanie dobrych powieści trapią wierni oddalający się od Kościoła, oraz niewierni występujący do sądu z żądaniami rekompensat finansowych za molestowanie.

Molestowanie to czynność, która przychodzi zbyt wcześnie: kiedy chciałbyś, aby cię molestowano, to jakoś brakuje chętnych. Tylko politycy są wytrwali w męczeniu obywateli poglądami, podobnie jak Prezydent Putin w molestowaniu Europy i Ameryki ambitnymi planami. Ciekaw jestem, czy sprawy te trafią kiedyś do sądu z żądaniami rekompensaty ze strony poszkodowanych?

Na szczęście odnajduję się łatwo w moim pokoju, konstrukcji nader prostej: z tyłu ściana, z lewej strony okno, z prawej łóżko z materacem, z którego jestem dumny, z przodu biurko z dwoma monitorami. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to przekonuję z całej siły, że warto mieć dwa monitory: idealne rozwiązanie, kiedy potrzebujesz coś kopiować, porównywać, pisać tekst i równocześnie czytać inny tekst na ekranie. Jeśli zyskam sławę, to z pewnością częścią drogi do niej będą dwa monitory, ułatwiające pracę i przyśpieszające myślenie.

W momentach zagubienia zwracaj się o pomoc do swojej żony. Nie dziwię się, że Kościół, matka nasza, popiera instytucję małżeństwa, ponieważ jedynym źródłem prawdy o mężczyźnie jest jego żona. Jeśli nie jesteś żonaty, ożeń się, aby poznać tę prawdę, a jeśli jesteś, to możesz pomyśleć o rozwodzie, ponieważ znasz już prawdę i wiesz, ile jesteś wart. Określenie „ile” jest rozciągliwe: może oznaczać „nic”, „mało”, „dużo”, „czy ja wiem” i jeszcze więcej.

Chyba znowu pogubiłem się. Trudno, taki dzień.

Drogi Czytelniku,

Niniejszym daję Ci gwarancję wysokiej jakości mojej powieści. Gdybyś nie daj, Boże, poczuł się rozczarowany, masz gwarancję przeprosin z prawem wyboru formuły. Poniżej przedstawiam Formułę 1. W przyszłości dalsze formuły.

Pośpiesz się z zakupem, nie musisz spieszyć się z reklamacją!

Formuła 1:

Pana/Pani krytyka mojej powieści „Sędzia od Świętego Jerzego” jest niezwykle trafna. Zgadzam się z Panem/Panią, że fabuła jest nudna, bohaterowie są gorsi od polityków, a zakończenie powieści jest beznadziejne. Zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy sam zacząłem czytać powieść. Było już jednak za późno, aby cokolwiek zmienić.

Szczerze przepraszam za lichą jakość utworu.

Niech Bóg Pana/Panią błogosławi w drodze ku lepszej literaturze, jeśli taka istnieje.

Z poważaniem,

Michael Tequila.

 

O rzeczach ważnych

– Nie ma o czym mówić, wszyscy zajmują się albo polityką albo katastrofami, pożarami, utonięciami i innymi nieszczęściami. – Takimi słowy powitał mnie Iwan Iwanowicz, nazwiska nie wspomnę, gdyż jest znane wszystkim ludziom oczytanym. Było to w zimowy, zdrowy poranek charakteryzujący się małą ilością śniegu i temperaturą lekko poniżej zera.

– Jakież to inne, zapewne ważne, sprawy ma pan sam ma na myśli, Iwanie Iwanowiczu? – Zapytałem patrząc z przyjemnością na starca, który niejednemu zaimponowałby młodością ducha i zdrowego tryby życia.

– Nie będę niczego owijać w bawełnę w mroźny dzień, gdyż nie uchroni ona przed zimnem największej nawet prawdy. A jest nią to, że czytam – i to z wielką przyjemnością – „Biesy” Fiodora Dostojewskiego, delektując się klasą jego pisarstwa, urokami języka i cudownymi postaciami, jakie stworzył. Czy pan wie, że to on pierwszy pisał o nadczłowieku, a dopiero w dwa lata po nim ukazała się książka „Tako rzecze Zaratustra” Nietzschego, filozofa niemieckiego traktująca o nadczłowieku, do którego nawiązała potem ideologia nazistów i Hitlera? Równocześnie wyrażam żal, że zaniedbywałem czytelnictwo przez zbyt wiele lat, przez co czuję się dzisiaj jak Kolumb, który odkrywa Amerykę odkrytą wcześniej przez innych i to wiele razy.

Pocieszyłem Iwana Iwanowicza, że nie jest pierwszym Kolumbem, który odkrywa rzeczy odkryte, jak pewien mężczyzna, który odkrył, że jest do kitu i podjął się opisania swojej nędzy osobistej.

– Ja to rozumiem. – Podchwycił Iwan Iwanowicz. Jedni piszą o swojej wielkości, bo jej nie mają, ale potrzebują, drudzy zaś o swojej nędzy, bo mają jej w nadmiarze i chcą zrzucić części tego ciężaru zwanego przez psychologów zbędnym bagażem osobistym.

Nedza z bidą Kazimierz Władysław Wójcicki

– Zapewne w taki delikatny sposób, aby nikogo tym nie obarczyć. – Zasugerowałem.

– Niekoniecznie. – Odpowiedział Iwan Iwanowicz z tajemniczym uśmiechem. Znam taki jeden przypadek. Ów osobnik z ciężarem osobistej nędzy usiłował obarczyć nim Pana Boga.

– No i cóż na to Pan Bóg.? – Byłem ogromnie zainteresowany.

– Nic, nie odezwał się nawet. Myśli pan, że Stwórca nie ma innych rzeczy na głowie niż odpowiadanie na zapytania, prośby i żale jednostek.

– To było bardzo podobne do żądań górników z prywatnej spółki rządowej, aby rząd – jak dobry Bóg – zajął się nimi, przeznaczając na cele pomocy dla padających na nos kopalni publiczne, czyli nasze pieniądze.

1024px-Katowice_Coal_Mine

– Identycznie. Miałem sen na temat pomocy. – Tu Iwan Iwanowicz wdał się w nieco zawiłe rozważania w stylu Fiodora Dostojewskiego, ale nie miałem czasu już go słuchać. Poczułem się jak Stwórca i rząd, którzy nie mają czasu na słuchanie wszystkiego i wszystkich.

 

Horoskop Autorski Roku 2015

Po powrocie z Indii poczułem się wzmocniony, uduchowiony, optymistyczny i twórczy. Poprawił mi się wzrok, lepiej czytam w gwiazdach. Efektem jest horoskop na rok 2015 uwzgledniający także czynniki eteryczne ważne w życiu każdej jednostki i narodu.

W Polsce umocni się wzrost gospodarczy. Najszybciej będzie rosła produkcja hormonów przyśpieszających wzrost wagi drobiu oraz konserwantów żywności. Zostanie wprowadzony unijny patent na produkcję kiełbasy i szynek z zawartością mięsa mniejszą niż 15 procent.

Dzięki wzrostowi uposażeń lekarzy, znacząco spadnie wskaźnik ubóstwa i bezdomności społeczeństwa. Wzrost zamożności pracowników służby zdrowia poprawi wskaźniki leczenia społeczeństwa chorego na kolejki.

Wzrost czytelnictwa w Polsce będzie słabszy, za to pisarstwa szybszy. Więcej będziemy pisać, niż czytać. Na jednego czytelnika przypadnie trzech pisarzy. Najbardziej poczytną pozycją okaże się powieść „Sędzia od Świętego Jerzego”.

Wybory parlamentarne wygra Prawo i Sprawiedliwość. Przesądzi to sprawę wieku emerytalnego. Polacy będą żyć dłużej, pracować krócej i otrzymywać większe emerytury. Ten model systemu emerytalnego zostanie zaadaptowany w Grecji, Hiszpanii i Portugalii.

Po wygranej PiS w wyborach parlamentarnych Polska zyska sławę kraju najskuteczniej propagującego paranoję jako zdrowy styl życia. Film „Jak wygrałem kolejne wybory parlamentarne” z Jarosławem Kaczyńskim w roli głównej uzyska nominację do Oskara w kategorii najlepszych filmów zagranicznych. Największym konkurentem będzie „Ja też” w reżyserii Kim Ir Una z Korei Północnej.

W Rosji mało kto będzie jeszcze wierzyć w Boga, powszechna stanie się wiara w prezydenta Putina. Jest możliwe, że prezydent Putin zastąpi kilku świętych. Decyzja będzie zależała od Dumy. Będzie to rok umacniania wiary w świętość przywódców krajów Wschodu. W Polsce będzie na odwrót, wszyscy uwierzą w Boga; nikt już nie będzie wierzyć w rząd, w którym premier i minister zdrowia są lekarzami.

Wzrost gospodarczy w Rosji spadnie poniżej 0,2 procenta, co dodatkowo umocni kult Prezydenta Putina. Rosjanie mają patriotyczny stosunek do rzeczywistości: za problemy gospodarcze kraju będą winić Stany Zjednoczone i Unię Europejską, nie zaś rząd jak czynią to Polacy.

Dzięki korzystnemu układowi gwiazd Polacy rozwiną w sobie bardziej filozoficzny stosunek do życia.

433

Upowszechni się zdrowy tryb życia z wykorzystaniem roweru jako powszechnego środka stymulacji organizmu i ducha.

441

Więcej natury, mniej spalin, poprawi także sytuację zwierząt w miastach.

432

 

 

 

O zezwierzęceniu człowieka

Przy stole biesiadnym wynikła rozmowa. Była ona bogatsza i bardziej odżywcza niż sama biesiada, która okazała się prostym śniadaniem. Uczestników wybrał sam Mikołaj Rej, który wygodnie dla mnie zmaterializował się na tę okoliczność. Ja, gospodarz domu i pokoju niespokojnej pracy twórczej, zmieniłem nieco ich płeć i role tak, że w końcu stało się to rozmowa między Panem, Wójtem i Plebanem, gdzie Pan był mężczyzną, a Wójt i Pleban kobietami. Mikołaj Rej podkreślił dla jasności, że była to rozmowa między trzema osobami, ja uznałem to za zbyteczne.

Oto wierny (jak pies) zapis rozmowy:

Pan: Testem człowieczeństwa kobiety jest głośne zawołanie na ruchliwej ulicy: „Człowieku!. Żadna kobieta nie obejrzy się. Wątpiącym i mniej oczytanym wyjaśnię, że była to odzywka prowokująca, a jej celem było przetestowanie odporności psychicznej Wójta i Plebana, ucieleśnionych postaciami kobiet, istot, które nie za bardzo rozumiem.

Po chwili namysłu i milczenia, co było również okrutne, pani Pleban odpowiedziała:

Testem człowieczeństwa mężczyzny jest głośne zawołanie na ruchliwej ulicy: „Frajerze!”. Obejrzą się wszyscy mężczyźni.

Było to odważne stwierdzenie, wręcz zabójcze. Ugiąłem się pod jego ciosem, uznałem jednak prawdziwość i skuteczność tego testu. Sam nie wiem, jakbym się zachował, gdyby jakaś pani Pleban krzyknęła na ulicy „Frajerze!” dostatecznie blisko, abym to usłyszał. Nie chodzi oczywiście o uparte zarozumialstwo mężczyzny, że nie jestem frajerem, i dlatego nie odwracam się na takie zawołania. Po prostu zrobiłbym to z ciekawości, gdyż nigdy jeszcze nie słyszałem na ulicy kobiety wołającej „Frajerze!”.

Po wymianie argumentów, czyli wszystkich za i przeciw oraz pro i contra, jak również niektórych plusów i minusów, osoby obecne przy stole nie doszły do porozumienia, jak to jest z tym człowieczeństwem kobiety i mężczyzny. Też mam wątpliwości od czasu, kiedy przeczytałem, że Darwin po spowiedzi przed Bogiem i uzyskaniem rozgrzeszenia (bez pokuty) opublikował teorię ewolucji gatunków, w której udowodnił zwierzęcość wszelkiego człowieka.

W ostatnich latach potwierdziły ją badania genetyczne. Pokazują one, że genotyp małpy człekokształtnej i człowieka są do siebie podobne mniej więcej w 97 procentach. Pozostałe trzy procenty to nasza prawdziwa „ludzka twarz”.

Nie wiem, w czym ona się wyraża. Chyba w poczuciu humoru, wyrafinowaniu, niszczenia środowiska naturalnego oraz zdolności czytania i pisania, które i tak psu na budę się zdało, skoro nie umiemy mądrze żyć.

O racjonalności powyższych poglądów świadczą dwie obserwacje:

Żadna małpa nie nazwie drugiej: „Ty człowieku!

Człowiek dosyć często definiuje bliźniego mianem „Ty małpo”.

Udowadnianie nieludzkiego pochodzenia człowieka może być pasją.

 

U drzwi Twoich stoję, Panie

Dzisiejsze czasy określam mianem nadzwyczajnych; zasługują one na to godne miano, gdyż mamy do czynienia z instytucjami, które zastępują pana Boga w decydowaniu o losach człowieka. Mam na myśli polskie banki. Kiedy przychodzisz do banku i pokazujesz nieograniczone pełnomocnictwo do czynności prawnych, którego udzielił ci klient banku, urzędnicy odmawiają ci załatwienia prostej sprawy na przykład zmiany adresu zamieszkania klienta na zasadzie „To nie jest dobre pełnomocnictwo” i żądają szczegółowego pełnomocnictwa, sami nie umiejąc określić szczegółowych uprawnień, jakie powinny się w nim znaleźć.

Podobnie nadzwyczajną instytucją jest tylko jeden polityk, a mianowicie Jarosław Kaczyński, którego my, całe społeczeństwo, powinniśmy wybrać na przywódcę narodu w czasach krańcowego głodu i wyczerpania umysłowego. Życzę mu, aby żył wiecznie, podobnie jak życzono potężnym faraonom. Jest to jedyna znana mi osoba, w dodatku o postaci nieskazitelnej panienki, która potrafi wykręcać kota ogonem, dokonywać egzorcyzmów, wywoływać duchy, wskrzeszać umarłych polityków oraz grzebać żywych, i generalnie czynić cuda, którym mnie przynajmniej wciąż brakuje. Czekam niecierpliwie przebierając nogami, kiedy wreszcie obejmie on urząd premiera i uszczęśliwi masy pracujące, poszukujące pracy i te, które są już na emeryturze lub utrzymaniu starych rodziców. Nie napisałem żadnych konkretów, co proponuje i obiecuje Jarosław Kaczyński, ponieważ jego worek świętomikołajowy obejmuje wszystkie dobra materialne, usługi i zabawki, jakich życzy sobie każdy naród.

old-painting-of-kali-CE04_l wielorękiej

W Indiach, gdzie od wieków panuje wielobóstwo, Jarosław Kaczyński jest bogiem zwanym Jaroka; ma wiele rąk, wiele ust i tylko jedną małą głowę oraz miliony wyznawców. Już samo to jest cudem. W encyklopedii znalazłem jego opis: bóg uzdrawiającej burzy, władca piorunów, król niebian, istot dobrotliwych i bohaterskich, pogromca złych mocy i demonów, opiekun nieszczęśników poszukujących nieistniejącej prawdy. Zdumiewające, jak Polska i Indie są do siebie podobne.

Karykatura  

Zstąpił z obrazu z czarnymi ramami. Zrazu zszokowany zmianą, otrząsnął się, ukląkł i modlił się. Bóg tchnął w niego życie. Klatka piersiowa zaczęła miarowo podnosić się i opadać. Zebrani na sali patrzyli na przemianę jak urzeczeni. Zapytany, kim jest, przedstawił się rzeczowo: – Jestem karykaturą posła Xawerego M, człowieka określonego politycznie na tyle, aby mieć swoją karykaturę.

– Rzadko się zdarza, aby ktoś przyznawał się, że jest karykaturą kogoś znanego. – Skomentował mordziasty poseł z partii opozycyjnej.

Karykatura zamieszkał w sali parlamentarnej, gdzie się pojawił, w obrazie trójwymiarowym, tuż obok fotela swego oryginału czyli Xawerego M.

Postać Karykatury była raczej osobliwa jak na polityka. Bardziej spokojny i wyważony niż pierwowzór, niekiedy nawet milczący, starał się mówić niewiele, lecz mądrze. Sam oryginał, Xawery M, był bardziej karykaturalny niż Karykatura. Pasjonat, gadał jak najęty, plótł androny o spadających samolotach i nie znosił siebie samego, o czym świadczyły wybuchy gniewu, kiedy coś mu się nie udało. Przeciwnicy polityczni uważali go za opętanego. Xawery był pobożny i nie znosił rządu, pełnego pychy. Za to nieprzerwanie ich ostrzeliwał zjadliwymi słowy. W chwilach uniesienia rząd i premier jawili mu się bardziej nikczemni niż jawnogrzesznica Magdalena i bardziej godni kary niż dotknięty trądem Hiob na początku swej niezwykłej kariery oddania Bogu.

Xawerego wielu usprawiedliwiało w jego szalonym postępowaniu, ponieważ – oprócz przypadłości gorzko-cierpkiego języka – cierpiał także na syndrom niespokojnych nóg. Miał dom na wzgórzu, dokąd udawał się, aby swobodnie rzucać kończynami dolnymi, jak w napadzie padaczki; potrafił wtedy także rżeć jak mustang na prerii. Widok był na tyle niemiły, że sam nie znosił widzieć siebie w lustrze. Na dolegliwości kończynowe brał lek, który – na dobrą sprawę – był karykaturą medykamentu, ponieważ był przeznaczony zasadniczo do zwalczania choroby Parkinsona, i tylko uboczny skutek działania błogosławiąco łagodził rozbiegane kończyny.

W porównaniu z oryginałem, Karykatura charakteryzował się większym nosem i małym kotem, który siedział u jego stóp na obrazie. Miał poczucie wyższości, ponieważ obraz ten wyszedł spod ręki znanego artysty prowadzącego otwarty warsztat karykatury na deptaku Monte Cassino w Sopocie.

Xawery M miał nos pokaźny, nie za duży, lecz aspirujący do wielkości, lecz nie to było najważniejsze. Xawery nie cierpiał siebie, kiedy był sam, w domu, ponieważ wiele osób otwarcie wieszało na nim psy za jego poglądy. Dlatego też nadymał się do niemożliwości, kiedy występował na sali parlamentarnej. Mówiono, że również dlatego, aby rozmiarowo zbliżyć się do Karykatury.

Czasami Karykatura i Ksawery zamieniali się rolami. Mało kto to zauważał, tak doskonale grali swoje role. Nie można było rozpoznać, kto jest kto, z wyjątkiem nosa oczywiście.

Kiedy nadszedł czas i Xawery odszedł na emeryturę partyjną, Karykatura został jego następcą, repliką, cieniem, odzwierciedleniem i sobowtórem. Dokładną ilość tych ról określał testament Xawerego, który w swojej szczodrobliwości zapisał Karykaturze także swój wizerunek poselski, fotel parlamentarny i laptop, którego nie używał. Podmiany Xawerego na Karykaturę nikt nie zauważył.

W parlamencie nic się nie zmieniło, była ta sama postać, tylko nieco bardziej milcząca. Było ciszej i z mniejszą ilością przekleństw. Inni parlamentarzyści i goście, słabiej znający polityka, dociekali przyczyn zmian. – Dlaczego jesteś taki spokojny? Nie przeklinasz, nie cieszysz się, nie rzuca tobą po podłodze, mniej mówisz o obiektach latających.

– Zmieniłem się.- Odpowiadał z godnością Karykatura vel Xawery prostując plecy i gładząc intensywnie duży nos i siwą szpicbródkę w celu wzbudzenia tajemnych mocy przed kolejnym atakiem na rząd, państwo i podłą rzeczywistość.

 

 

Indie. Podróże szczęścia i przeznaczenia.

images (1)Pochyliłem się z pokorą nad losem rodaków, kobiet i mężczyzn, którzy mogą pracować, a nie pracują, mogą nie brać zasiłku dla bezrobotnych, a biorą, choć jest nędzny, a nade wszystko są nieszczęśliwi ze swego losu. W kraju tylko dwie osoby pochylają się nad nimi ze współczuciem, choć z różnej perspektywy: Jarek i ja. Jarek pochyla się nad nimi pobożnie, szepcząc swoim ciepłym głosem: Twój los nie jest twoim losem. Tylko rząd jest winien zła. Wyraź swą wściekłość i głosuj. To ci ulży.

Jestem podły, nie stać mnie na tyle uczucia. Jestem mniej wyrozumiały. Głoszę tylko pociechę porównawczą: – Myśl o swym losie myśląc o mieszkańcach Indii. To koi skutecznej skołatany umysł i serce niż doskonały poniekąd środek przeczyszczający, który otrzymałeś gratis na ostatnim nocnym marszu z pochodniami.

Moje kuszenie jest bardziej naturalne i sięga trzewi rozumu, nie żołądka. Kiedyś objawił mi się pewien Święty, zbliżony do Pana Boga i przekonał mnie, że Najwyższy nie życzy sobie, aby powoływać się na niego.

– Za mało mnie znacie. Tak dosłownie powiedział. –Wyjaśnił mi Święty.

Przytoczone poniżej fragmenty życia w Indiach poruszyły mnie głęboko. Uznałem je za skuteczną psychoterapię również na własne skargi i utyskiwania. Może ktoś jeszcze odkryje w nich zbawcze światło refleksji nad własnym życiem?

”Indie. Miliony zbuntowanych” V. S. Naipaul’a to zbiór reportaży wielokrotnie wyróżnianego pisarza pochodzenia hinduskiego.

„To było w 1980 roku. Miałem czterdzieści lat. W tym wieku po raz pierwszy w życiu dorobiłem się własnego pokoju. To było jak sen w miejscu takim jak Bombaj, gdzie ludzie sypiają na chodnikach albo w kanałach. Nic lepszego nie mogło mi się przydarzyć.

Dzięki moim dobroczyńcom jeszcze trzy lata temu mieszkałem w samodzielnym pokoju w starym domu ze wspólną toaletą dla czterdziestu osób. W tych warunkach nie mogłem marzyć o małżeństwie.

Ożeniłem się, mając czterdzieści pięć lat; moja zona miała trzydzieści dziewięć. Obje musieliśmy czekać długo na te łaskę. I Bóg nas pobłogosławił, dając nam w tym późnym wieku dodatkowe szczęście: urodziło nam się dziecko.

Nadal jestem przekonany, że mógłbym zajść o wiele wyżej, gdybym znalazł trochę więcej zrozumienia i współczucia. Albo może w innym kraju. Cały czas prześladuje mnie poczucie, że nie mogę wznieść się wyżej niż się wzniosłem. Nie mogę się uniezależnić od mojego pracodawcy i wspiąć się wyżej.

Zacząłem, jako sekretarz, jestem sekretarzem i pewno skończę jako sekretarz. Nie zaszedłem wyżej niż mój ojciec czy dziadek na początku stulecia. Jedyna pociecha to to, że nawet jako sekretarz nie mam tak źle, jak większość innych sekretarzy. I może nawet myślę o sobie, że jestem kimś więcej niż tylko sekretarzem”.

PS. Będę głosować na partię, która bez względu na zimny klimat wprowadzi obowiązek głośnego publicznego czytania V. S. Naipaul’a Indie-Miliony-zbuntowanych.html

Czar dyskusji Polaków na blogach  

Początek cytatów dyskusji o technologii kart bankomatowych:

Karta nie ma żadnego zasięgu – wszystko zależy od mocy anteny nadawczej i odbiorczej – jak nie wiesz, o czym piszesz, to zamilcz!

Kolejny matoł naoglądał się debilizmu w Internecie. Może jeszcze rozruszniki kradną skanując gumką z majtek?

Wiesz tępy polaczku jak działa rfid i nfc?

Chłopie, przyłóż kartę do czytnika z 10 cm i zobaczysz, że nic nie zczytasz, to jakim cudem ktoś kto za tobą coś zczyta? Nie oglądaj więcej filmów scifi.

Karta wysyła sygnał- to jest fachowość czyli brak pojęcia o karcie, ale mądrzy się dureń jakby już gimnazjum skończył…” Koniec cytatów.

Kazanie objaśniające:

Sprawa jest o rasizmie i nietolerancji. Ten, kto wie wszystko o kartach bankomatowych, to oczywiście biały, a ten, kto nie wie nic lub wie mniej, jest czarny, mówiąc po imieniu Czarnuch, Murzyn, Banan i Asfalt. I jedni i drudzy w istocie rzeczy są kolorowi zapominając, że są jeszcze internauci żółci (na Dalekim Wschodzie) oraz czerwoni ( w Ameryce Północnej).

Świat jest etnocentryczny, wskutek czego sposób widzenia człowieka zależy od miejsca urodzenia i zamieszkania obserwatora. Jeśli mieszkasz w czarnej Afryce, to wszyscy osobnicy z białą skórą są dziwni, może nawet nienormalni. Kto normalny ma białą skórę, gdzie wszyscy są czarni? – Takie podejście jest quite legitimate czyli całkiem uprawnione. W Afryce nawet Najświętsza Maria Panna i Chrystus bywają w czarnym kolorze.

Kiedy o tym myślę, ciarki biegają mi po grzbiecie szybciej niż mrówki podniecone podsłuchami w restauracji. Dawna nienawiść i wrogość wobec ludzi o innym kolorze skóry przeniosła się na blogi, na ludzi innej wiedzy niż nasza. Jest to śmieszne, ponieważ każda z w miarę sensownych wypowiedzi na blogu dotyczących tematu może być pozytywnym wkładem w rozumienie problemu. Jeśli nawet ktoś błądzi przekazując informację, która nie jest prawdziwa, to i tak jest w tym coś pozytywnego: pozwala czytelnikom dowiedzieć się, co nie jest prawdą.

Wynurzeń nie kończę apelem, jako że apele kojarzą z poległymi. Zachęcam natomiast do tolerancji na blogach i forach internetowych. Także czujności. Nie wyróżniaj ignoranta odpowiedzią na jego wypowiedź, ponieważ to go tylko pobudzi. Skoncentruj się na wypowiedziach tych osób, które rozumieją, co wiedzą i piszą, i znają swoje ograniczenia.

Było to orędzie religijne. O czasu, kiedy religia przeniosła się z kościołów do szkół, stałem się kaznodzieją. Tanim, bo tanim, ale kaznodzieją gorliwie siejącym ziarno poznania z Jedynej w Kraju Ambony Obiektywnej i Niewzruszonej Prawdy.

Kończę już. Niech rozważny i wybaczający Bóg będzie z każdym internautą w najtrudniejszym dla niego momencie na blogu! Oczywiście jest to możliwe tylko wtedy, jeśli wierzysz w Boga. Jeśli nie, to niech Materia będzie z Tobą. Jeśli nie wierzysz ani w Boga ani w Materię, to znaczy, że znalazłeś się na intelektualnym i uczuciowym pustkowiu.

Chrzest z ciepłymi wspomnieniami. Część 2 plus kilka słów o grzechu.

Słowa księdza kierowane do dzieci, nieświadomych bohaterów chrztu, zawierały znaczące elementy wiedzy i poezji. Czytając je należy wziąć poprawkę, że mogą być wyrwane z kontekstu, choć wyrywałem je bardzo ostrożnie. Są jednak autentyczne i objawiają ducha komunikacji religijnej z poetami i prozaikami: „Jesteście zaproszeni do udziału w nieskończoności”, „rozpoczynamy od egzorcyzmów”, chrzest to „nuklearna tarcza boża”, „dzieciaczki w pierwszej linii, bo rękę mam krótką”, „uwalnia je od skazy grzechu pierworodnego”, aby „otrzymali życie z wody i ducha świętego”. Księży język zbrojny był w poezję i moc sprawczą.

Kiedy ksiądz zwrócił się do rodziców: „Wyrzeknijcie się grzechów”, a oni głośno i zdecydowanie potwierdzili „Wyrzekamy się”, odpowiedź uznałem za niebezpiecznie twórczą. Wyrzec się grzechu to tak, jakby zdecydować się nie jeść. Nie śledziłem dalszych dziejów rodziców, podejrzewam jednak, że ich obietnica nie w pełni była uczciwa. Mam nadzieję, że pan Bóg jej nie słyszał, bo by nie uwierzył.

Na scenę przywołany został Szatan. Mało go znam, ale dużo o nim słyszałem. Pojawił się w pytaniu księdza: „Czy wyrzekacie się Szatana, który jest głównym sprawcą grzechu?”. Wyrzekłem się go razem z innymi, choć wiem, jak trudno jest powstrzymać się od grzechu, który jawi się w tylu postaciach, że trudno spamiętać: agresywności, krzyku, podejrzliwsi, niecierpliwości, kłamstwa. Wiem coś o tym, bo nie jestem bez winy. Wypada mi przypomnieć listę grzechów głównych: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, lenistwo. „Nazywa się je „głównymi”, ponieważ powodują inne grzechy i inne wady, a także są podłożem, na którym może powstać i rozwinąć się wiele innych występków, nieprawości, zaniedbań” (Wikipedia). Hieronim Bosch przedstawił to pieknie na swoim obrazie „Siedem grzechów głównych”.

hieronymus_bosch_siedem_grzechow_glownych

Nie wypada mi, obserwatorowi i samozwańczemu protokolantowi jednej mszy i wielu chrztów, przeciągać struny cierpliwości, dlatego przyśpieszę akcje przypomnieniem żołnierskiego zawołania księdza. Tak mnie ono urzekło, że zapisałem je sobie po kryjomu: „Teraz rodzice w lewo zwrot, tu jest chrzcielnica i zaczynamy! Odtwórca głównej roli przemawiał głosem dowódcy, który doskonale pamiętam z przeszłości: przeciągał, akcentował i wyróżniał zgłoski barwą głosu. Chrzest nabrał charakteru prostej żołnierskiej uroczystości, gdzie ważna jest szybkość, skuteczność i zgodność z regulaminem. Do głowy przyszła mi myśl, że prowadzący być może jest po kielichu wina (Jeśli był to kapelan, to to go rozumiem. Kapelan jest i kapłanem i żołnierzem, czasami urzekająco wysokiej rangi). Padały słowa: „Anno Mario! Ja ciebie chrzczę”, a zaraz potem „Proszę następne dzieciątko”. „Dzieciątko” było ulubionym i jednym określeniem płci niemowlęcej. Wezwani zbliżali się niesieni przez rodziców, jeden po drugim. W międzyczasie chór intonował: Gloria, gloria, gloria!

Zakończenie uroczystości nie było dramatyczne. Zapadło jednak w pamięć, co odczuły osoby wrażliwe, do których niechcący zaliczyłem także siebie. Duchowny w czerwonej komży z jasną, prawie białą stułą, w okularach, które wyróżniają współczesnych kapłanów od wcześniejszych, kiedy Zeiss jeszcze nie produkował soczewek, podsumował: „Żadne ciemności nie przeszkodziły, ani nie utrudniły. Wszystkie dzieciątka dotarły do celu!”, po czym zaintonował: Alleluja. Pojawiły się żywe oklaski. Chyba dawno nie byłem już w kościele, ponieważ ten przejaw spontaniczności mnie zaskoczył.

Chrzest z ciepłymi wspomnieniami. Część 1.

Uczestniczyłem w ceremonii chrztu, która odświeżyła moją wiarę, gdyż własnego nie pamiętam. Był to chrzest hurtowy; chrzczono wiele dzieci. Mój własny chrzest był detaliczny; byłem wówczas jedynym aktorem, postacią oczywiście pozytywną podobnie jak wszystkie niewinne dzieci. Czasy zmieniły się, co zauważam jako pisarz wnikający w treść przemian społecznych podobnie jak Maria Konopnicka, Bolesław Prus i Eliza Orzeszkowa. Pasja jest we mnie podobna; brak mi tylko ich sławy. To przychodzi pośmiertnie niekiedy wraz z pieniędzmi, co ucieszy pokolenia zstępne.

Na początku była ciemność korytarza wejściowego, a potem był chaos, niewielki ale zauważalny. Przy samym ołtarzu panował tłok, nie można było dostrzec aktu chrztu ani jego główny aktorów: dzieci, księdza, rodziców biologicznych i chrzestnych.

Wielki kościół, historyczny zabytek, surowy z zewnątrz jak samo średniowiecze, z niezwykłe długą nawą główną, wielką ilością rzeźb, obrazów i złoceń po obydwu stronach nawy oraz światłami kandelabrów, imponował nastrojem i rzeszami wiernych. Wypełnili oni wszystkie ławki, sporo też paradowało z wózkami dziecięcymi w tylnej części kościoła.

Czytanie „Z dziejów apostolskich” nie wydało mi się tematycznie dobrane do przewodniego wątku uroczystości. zapamiętałem słowa: „Herod zaczął prześladowania, … ściął głowę Jakubowi, … pojmał Piotra”.

Słowa księdza celebrującego uroczystość zapadły mi w pamięć. Może dlatego, że niezbyt często chodzę do kościoła, czego sobie bynajmniej nie chwalę. Uroczystość chrztu wydała mi się wspaniałym teatrem. Nie piszę tego krytycznie, gdyż teatr jest znakiem naszych czasów: występy publiczne, uliczne i restauracyjne (połączone z nagrywaniem gości), happeningi, demonstracje i „manify”, Jarosław Kaczyński z jego inkwizycyjną walką ze złem, parady gejów i lesbijek, których to odszczepieńców od miłości tradycyjnej papież Franciszek obejmuje postulatem miłości bliźniego. Z wszystkich objawów teatralności współczesnego świata, jedynie papież Franciszek jest dla mnie autentyczny i prawdziwy.

Treści głoszone przez księdza zaskoczyły mnie nieco. Zachowałem je wiernie w pamięci, aby podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy. Oto niektóre z nich: „Mówić o Bogu prawdziwym, a nie fałszywym”, chrzest ma na celu pomóc dziecku, aby nie wyrósł z niego „człowiek bylejaki, letni”.

Postać księdza-celebranta przywołała w mej pamięci liczne wspomnienia z czasów studenckiej służby wojskowej, która była nużącym jednodniowym lecz cotygodniowym zajęciem w Studium Wojskowym Politechniki Gdańskiej, lecz zarazem sceną spontanicznej rozrywki oferowanej przez studentów-plastyków. Zachowałem ich we wdzięcznej pamięci jako utalentowanych aktorów, reżyserów i statystów dziejów lokalnej wojskowości PRL.

Ksiądz mi przypomniał owych studentów-artystów pewną teatralnością, zaś głosem i sformułowaniami oficerów prowadzących zajęcia. Były to osoby wybrane, wojskowi od kapitana do pułkownika, rzadko kiedy trafił się jakiś zagubiony poruczniczyna. Studenci stanowili oczytane i wymagające audytorium, dlatego też na scenie przeciwstawiano im aktorów doświadczonych i zahartowanych w działaniach teatru wojny za żelazną kurtyną.

C.d. nastąpi dzisiaj, być może jutro.-J

Pean prawdy o kobiecie

Postanowiłem zostać peanistą czyli osobnikiem piszącym peany. Jeśli nie ma takiego wyrazu w słowniku języka polskiego, to czas, aby zaistniał.

Chodzi o pean na cześć kobiet, gatunek literacki często uprawiany w przeszłości w celu wyrażenia podziwu oraz –podejrzewam – ocieplenia relacji damsko męskich. Są to sprawy wielkiej miary, godne wysiłku pisarskiego i cennej uwagi czytelnika.

Moje myśli o kobietach są dwoistej (jeśli nie troistej) natury: pozytywne i szlachetne, ale także krytyczne i mroczne. Taki jest mój świat: we wszystkim upatruję dualizm charakteryzujący się warunkami krańcowymi, ekstremami. Jestem osobnikiem miotającym się między krańcowościami: z jednej strony – uwielbieniem i szacunkiem dla płci pięknej, z drugiej strony – jej niezrozumieniem i niechęcią. Zastanawiałem się nad tym, czy jest to postawa sensowna i doszedłem do wniosku, że i tak, i nie. Jeśli moje rozważania wydają ci się pokrętne, to posłuchaj posłów debatujących dowolną kwestię przekraczającą elementarne umiejętności czytania, pisania i mówienia.

Wracam do zagadnień feministycznych.

W życiu codziennym kobiety tematem „Numero Uno” jest czystość, w szczególności zaś kurz rozumiany przez nią jako waga, na której ważą się szale życia przyzwoitego i szacownego. Wiąże się to ze szczególnym wzrokiem kobiety, wyostrzonym przez samego Stwórcę do wzroku orła dostrzegającego z odległości kilometra malutką myszkę przykucniętą pod nawisem trawy. Kobieta dostrzeże pyłek nawet tam, gdzie go nie ma. To znaczy nie ma dla mężczyzny, ale jest dla kobiety. Dyktuje to niezwykła wrażliwość kobiety na piękno, której pan Bóg pozbawił mężczyznę, czyniąc go przykładowo włochatym tam, gdzie aksamit skóry kobiety odbija srebrne światło księżyca w momentach uniesienia, czyli na piersiach. Jakże wzruszającym przykładem miłości kobiety do czystości jest całodzienny zakaz wydany dzieciom przez matkę unikania salonu, gdzie podłoga została świeżo wypastowana i wypolerowana. Objawia się w tym bezwzględny priorytet czystości nad domownikami, nawet dziećmi. Niech się uczą czystości!

Co do dzieci, to kobieta uwielbia je dotykiem, wzrokiem, słowem i uczuciem. Jest to uwielbienie autentyczne i głębokie, w odróżnieniu od męskiego, które wydaje mi się omalże prostackie i mało rozróżniające. Słowa i uczucia! Fiodor Dostojewski w „Idiocie” dal dowody finezji słownej wyrażania uczuć i myśli osób dorosłych, zwłaszcza zaś księcia Myszkina cierpiącego na epilepsję. Nieśmiało uzupełnię to delikatnymi jak eolska bryza obserwacjami dotyczącymi niewiast oraz dzieci biegających po gołej podłodze i łomocących tak, że sąsiadom z dołu wypadają sztuczne zęby. Kobieta widzi ten problem prosto i jasno: moje dziecko – inne dzieci. – Mój Jasiu to ideał, dziecko spokojne i inteligentne, dziecko sąsiadów z góry to bachor i smarkacz bez wychowania!

Kobieta widzi świat w sposób bardziej konkretny, wyrafinowany oraz … na wskroś sprawiedliwy. Nic tego nie zilustruje lepiej niż historia z życia wzięta. Pewien mężczyzna przyniósł na życzenie żony garnek z piwnicy. Następnego dnia pani domu gotowa w nim mleko. Pech chciał, że mleko i garnek fatalnie się przypaliły. – To twoja wina! – Wykrzyknęła nieszczęśliwa żona. To ty przyniosłeś ten garnek z piwnicy!

Znamienny fakt winy męża powtarzający się w historiach wielu małżeństw i podobnych związków wyjaśnia (przynajmniej częściowo), dlaczego w Stanach Zjednoczonych 70 000 mężczyzn wychodzi z domu do kiosku po zapałki, traci orientację i … już nigdy nie wraca. Rozmarzyłem się myśląc w tym kontekście o moim ulubionym aktorze dramatycznym. Czy nie byłoby cudownie, gdyby Jarosław K. ożenił się, wyszedł do kiosku po „Głos Nawiedzonych”, stracił orientację i nigdy nie wrócił do domu, uszczęśliwiając tym nie tylko żonę, ale i setki tysięcy obywateli kochających ojczyznę w sposób mniej patriotyczny niż on sam?

Myślę, że to dobre zakończenie blogu. Zacząłem od kobiety, która wedle znaków na niebie i ziemi jest istotą doskonałą, i skończyłem na mężczyźnie, który jest również doskonałością w swej nieskończonej wierze w zwycięstwo, miłość do ojczyny oraz nienawiść do przeciwników politycznych.

Kara boska za mówienie

Miałem straszny sen. Byłem otoczony przez ludzi trzepiących językami jak przysłowiowa krowa ogonem, bez chwili przerwy i zastanowienia. Trwał makabryczny jazgot. Zapytani o coś, wylewali z siebie potok słów. Skoncentrowani na sobie, zapominali o rozmówcy, o co pytał, co chciałby wiedzieć i mówili, mówili, mówili. Poczułem się zagubiony i nieszczęśliwy. Nie lubię przerywać brutalnie potoku mowy tylko dlatego, że nie stać mnie na jałowe słuchanie. Nawet jeśli mam czas, nie lubię marnować go na daremną, bezpłodną i nieprzydatną mowę. Przerażenie i pot wypełzły na me bezbronne śpiące ciało i rozlewały się maciupcimi strumyczkami. Obudziłem się pełen zgrozy i zagłębiłem w Internecie w poszukiwaniu odpowiedzi. Były, ale niezadowalające. Są tam rady na wszystko, ale nie na pot, strach i puste przemówienia.

Zadzwoniłem do nieba z prośbą o ratunek. – Poproszę z Panem Bogiem. – Wyksztusiłem niepewny, kiedy uzyskałem połączenie.

Witam. Pan Bóg jest w tej chwili zajęty, ale porozmawia z panem, jeśli zechce pan poczekać. – Odpowiedział mi uprzejmy głos.

A jak długo będę czekać? Tak w przybliżeniu. – Zaproponowałem nie chcąc urazić sekretarki tak znakomitego dostawcy usług pocieszenia i pomocy.

Mogę panu podać dokładnie. Nieprzerwanie monitorujemy ruch osób dzwoniących. Jest pan dwa tysiące trzynasty w kolejce. Ale to nie potrwa długo. – Pocieszyła mnie sekretarka tonem, który wskazywał, że nosi krótkie włosy i sukienkę w niebieskie kwiaty.

– Jeśli nie chce pan czekać na rozmowę telefoniczna, to może pan przybyć tutaj, by porozmawiać osobiście.

To mogę obiecać, nie wiem tylko kiedy. – Mruknąłem pod nosem.

Kiedy nadeszła moja kolejka, powtórzono mi, że rozmowa będzie nagrywana dla potrzeb kontroli jakości. Okazało się, że był to konsultant na dyżurze, nie sam Naczelnik. Wyjaśniłem moją prośbę i uzyskałem odpowiedź, że jeszcze tego samego dnia zostanie załatwiona.

W ciągu godziny przyjechał Święty Jerzy, dowódca ichniego Gromu. Wyglądał lepiej niż na obrazach, nawet tych, które pokazują go w pełnej krasie. Wypasiony i opancerzony koń maści czarnej jak smoła, elegancki, krótki pistolet maszynowy przy pasie, nowy i błyszczący podobnie ja zbroja, ultra komórka Samsung Galaxy od Play’a w górnej kieszonce. Za jeźdźcem na koniu biegło dwóch aniołów śmierci. Byli szybcy jak posłowie pędzący do Brukseli. Cholera, zaraz krew się poleje! – Pomyślałem z satysfakcją. Anioły rozstawiły dwa karabiny maszynowe i spokojnie czekały.

Przyprowadzono osoby osądzone na podstawie tysięcy doniesień i skazane. Mignęła mi wśród nich sylwetka pani Beaty, wspaniałej aktorki parlamentarnej i nie tylko, nazwiska nie pamiętam, która często, dużo i szybko mówi o grzechu w telewizji, oraz niższego od niej, tęgiego jak słup, siwego faceta, który nieprzerwanie odmienia przez przypadki słowa „zło”, „ucieleśnienie zła”, „naprawdę podły”, „nieszczęście”, „oszustwo” i podobne. Trzecim oskarżonym był obcokrajowiec, gładkolicy, wiek około 55 lat po odmłodzeniu, łysawy, niesamowicie ambitny, mówiący różnymi językami. Miał ich kilka do wykorzystania w zależności od sytuacji.

Obecność powszechnie znanych, choć niekoniecznie lubianych postaci, zasmuciła mnie. Wyroków nie czytano. Oskarżeni je znali. Wielokrotnie ich ostrzegano, lecz oni wybrali to, co wybrali. Wyroki miały proste uzasadnienie: mówienie bez namysłu, bez chwili zwątpienia, bez zastanowienia, bez poczucia prawdy, inaczej mówiąc, trzepanie językiem, aż piana leci nie licząc się z niepokojem, czasem i sumieniem klienta, słuchacza, widza.

Anioły były doskonale przygotowane wojskowo i duszpastersko: wysłuchiwały spowiedzi, sprawnie udzielały rozgrzeszenia i rozstrzeliwały, ale tylko te osoby, które nie wykazały żalu z za grzechy, skruchy i wyrzeczenia się podłych praktyk. Z oczu wspomnianych trzech osób biła hardość. Przepadli z kretesem.

Rozejrzałem się i zauważyłem starszego, nobliwie wyglądającego mężczyznę. Przyglądał mi się z uwagą. Domyśliłem się, kto to jest. Skinąłem głową z powagą i szacunkiem. Pogroził mi lekko palcem, jakby ostrzegawczo. – Uważaj, co, jak i o kim donosisz, bo w przyszłości mógłby to być premier lub prezydent twojego kraju!

Dałem sobie pięć sekund na namysł. – Pamiętam, Panie! – Obiecałem mnąc czapkę w ręku. – Muszę rzeczywiście uważać. – Postanowiłem i dla pewności uszczypnąłem się boleśnie w udo, aby głęboko zakodować sobie przyrzeczenie.

Czas spokoju i zastanowienia

Osiemnaście minut po północy rozpoczął się czas relaksu i wspomnień. Myślałem o ludziach pewnych.

Pewien mężczyzna w gumowcach, z twarzą upudrowaną, różową i uśmiechniętą, wszedł do studio TV z wiaderkiem pełnym błota i udzielajac wywiadu, łopatką rzucał błoto na przywódcę partii, której nie znosił. Wyjaśnił, że jest spóźnionym prawnukiem dawnego celebryty Goebbelsa, znanego mistrza PR-u, który go pouczał, że rzucanie błotem jest pozytywne, bowiem „zawsze coś przylgnie do ciała i już się nie odmyje”.

Dlaczego rzuca pan tak dużo błota? – Prowadząca spotkanie redaktorka pragnęła zaspokoić swoją kobiecą ciekawość, choć dobrze znała odpowiedź.

Muszę, bo jeśli coś zostanie, to szef wysmaruje resztę na mnie.

W tym momencie na ekranie ukazał się napis pewnego widza, który stwierdził, że specjalista od błota przekonał go do głosowania na PO. Zaczęto więc podejrzewać tego od wiadra, że jest podwójnym agentem; tak obrzuca PO błotem, że przekonuje tym widzów do głosowania na tę partię. Może to i dobrze, pomyślałem, ponieważ szef owego PO mówi głosem osoby umierającej, której nie stać choćby na jedno warkniecie na faceta z wiadrem i jego szefa i powiedzenie im mocnymi słowami, co o nich myśli. Nie dziw, że w obecnym wyścigu na Zachód żaden z nich nie może wyprzedzić drugiego.

Potem wystąpiła pewna kobieta w wieku podwójnie maturalnym. Kierowała samochodem, odwracała się do tyłu i siedzącej tam pasażerce palcem wskazywała mężczyznę obok, dużo starszego, przysypiającego na fotelu. Bardzo ją to bawiło. Jego nie, kiedy się obudził, bo nikt nie lubi, kiedy się śmieją z niego za plecami.

Jest to filmik edukacyjny dla szkół pokazujący, że można być nieetycznym niezależnie od tego, czy się chodzi na lekcje religii i do kościoła czy nie. Kobieta przy kierownicy przestaje śmiać się i myśli. Zastanawia się, czy przypadkiem nie jest osobą zbyt uniwersalną, niepotrzebnie mówiącą niemiłe rzeczy w różnych miejscach i różnym czasie.

Wiktora Nikanora Władysławowicza poranny zapis z pamięci

Tylko nazwisko miał rosyjskie. Sam siebie tak ochrzcił dwie minuty wcześniej, dla rozrywki, w ramach ekwilibrystyki słownej, którą uprawiał jego umysł za łagodnym przyzwoleniem właściciela. Reszta organicznej postaci Wiktora Nikanora Władysławowicza była rodzimej, polskiej produkcji. Od stóp do głów, jak mówi porzekadło, którego treść można przekształcić, przetransponować, przerobić, zmodyfikować, zmienić, aby dostosować do pożądanej sytuacji zależnej wyłącznie od elastyczności umysłu i swobody logiki autora. Igraszki słowne były ulubioną poranną rozrywką Wiktora.

W jego życiu małe rzeczy stawały się wielkimi, ponieważ wielkie były w deficycie. – Tak chyba wygląda życie każdego z nas, z wyjątkiem ludzi z wyobraźnią i szczególnie uprzywilejowanych przez los. Małe rzeczy można nadmuchiwać do rangi wielkich, nadawać im nowe kształty, wymiary i wartości. Nie jest to przywilej tylko poety białych wierszy lub pisarza rzeczy drobnych, śniących o rzeczach wielkich. W istocie rzeczy, skoro o niej mówimy, Wiktor nie tylko o nich marzył o nich, ale i doprowadzał je do istnienia pisząc bardziej lub mniej znaczące treści.

Tupot nóg nad głową stał się wyraźniejszy, bardziej rytmiczny, trwał, upadał, powstawał z klęczek, znowu trwał i kończył się. Dzieciak biegał nad sufitem, piętro wyżej, demonstrując przywiązanie do ruchu bez zaangażowania umysłu. – To przyjdzie później, pomyślał Wiktor, albo i nie, w zależności od tego, czy rodzice pomogą mu nauczyć się odrobiny samotnosci, budząc i kształtując jego wyobraźnię, pamięć, uwagę i nawyki, krótko mówiąc – samoświadomość.

Aby wykoleić tupot nóg, jeśli nie stłumić, co byłoby najbardziej pożądane, Wiktor usiłował włączyć radio sięgając ręką głęboko za szafkę, na której tkwił jak przysłowiowy kołek w płocie telewizor broniony przez długą lampę stojącą na podłodze. Nieosiąganie pożądanych skutków było coraz częściej jego udziałem. Zwykłe przedmioty stawały mu na drodze przysłowiowym okoniem i odmawiały współpracy, podporządkowania się. To dorobek starzenia się, wątpliwego przywileju nadanego przez Boga każdemu z nas. Alternatywą dla korzystania z przywileju jest dobrowolne odejście do krainy spokojnych snów (lub wiecznych polowań, jeśli jesteś Indianinem).

Powyższe stanowi niezakończony zapis pamięci poczyniony między godzina 6.35 a 7.05 rano, przerwany i zakończony nerwowym brzęczeniem pszczoły na oknie za zasłoną. Wiktor wstał, otworzył okno z cichym hasłem w pamięci: Nie zabijaj!, milczącym pisemnym przypomnieniem Boga. Wypuścił owada na wolność. Przyniosło to ulgę jemu i temu drugiemu zwierzęciu, być może także i Bogu, jeśli miał czas to zauważyć w nawale spraw codziennych.

 

Dlaczego nie lubimy chodzić?

* Bo odczuwamy to jako stratę czasu. Czas stał się esencją istnienia, wartością naczelną, którą liczymy i hołubimy, której wciąż mamy za mało. Time is money. Nie będę mnożyć listy wyjaśnień, dlaczego czas jest traktowany jako usprawiedliwienie niechodzenia, niespacerowania, ponieważ żal mi na to czasu.

* Bo nie lubimy samotności. Żyjemy w zwariowanym świecie, gdzie przebywamy najczęściej z innymi osobami, lubianymi lub kochanymi przez nas, dziećmi i kochankami, które to określenie obejmuje także żony i przyjaciółki, mężów i przyjaciół, nawet jeśli są to geje i lesbijki, gatunek rzadki, ale upowszechniający się. Są ludzie, którzy się nudzą w samotności, co jest dla mnie krzywdą, jaką zadajemy sami sobie, niezrozumiałą i smutną. Czyż można być tak nudnym i beznadziejnym, abym nudzić z samym sobą?

* Bo nie rozumiemy znaczenia chodzenia, spacerowania, joggingu, biegania, wszystkich form fizycznej aktywności, różniącej się tylko szybkością poruszania się i zużyciem obuwia, lub stóp, jeśli chodzimy boso, a może i nago, co zresztą nie ma tu znaczenia. A może i ma? My współcześni chodzimy dziesięć razy mniej niż nasi przodkowie. Brak ruchu rujnuje nas jednostkowo i społecznie. Poziom takiego „głupiego” cholesterolu, który wcale głupi nie jest, nie zależy tylko od jedzenia, ale także od chodzenia, tej najprostszej i najbardziej pospolitej formy ruchu. Dziesiątki aspektów naszego zdrowia i samopoczucia zależą od ruchu. Nie muszę więcej tłumaczyć, ponieważ jest to wszystko w Internecie.

Zaoszczędzam więc sporo czasu, który poświecę na chodzenie. Czynię to prawie każdego dnia, minimum pół godziny dziennie, to mój standard. Chodzenie, ruch, traktuję jako obowiązek wobec własnego ciała, które razem z czasem danym nam do przeżycia, są naprawdę jedynym darem otrzymanym od Boga (Opatrzności, Natury, Stwórcy, czy jak tam to nazwiesz). Dbałość o ciało poprzez ruch to moralny obowiązek, o którym powinni mówić księża i biskupi na ambonie. Niechodzenie, brak ruchu, jest grzechem. Nie mówią tego i mam im to za złe. Nie mówią, ponieważ nie rozumieją, jakie jest to ważne. Widać to po ich sylwetkach i obfitości fałdów.

Sytuacja kojarzy mi się to zamkniętym kręgiem ubóstwa, które może być różnej natury: finansowej, fizycznej, psychicznej, moralnej. Jeśli masz wśród rodziny, przyjaciół lub znajomych księdza lub inną osobę duchowną, powiedz jej o tym blogu, aby i ona otrzymała bezpłatną naukę z Ambony Obiektywnej i Niewzruszonej Prawdy. Zawsze chciałem być kaznodzieją.

Na zakończenie przytoczę „kawał”, formę literacką zasadzającą się na nonsensie, paradoksie, nietypowym skojarzeniu.

Żona budzi się w nocy i widzi, że mąż chodzi i chodzi po mieszkaniu, wyraźnie wyprowadzony z równowagi. – Kochanie, dlaczego nie spisz, tylko chodzisz po mieszkaniu? – Bo tak mi się strasznie kochać chcę, że wprost nie mogę wytrzymać! Ona patrzy na niego ze zdziwieniem, odchyla kołdrę i mówi: No to chodź! Na co on jeszcze bardziej zdenerwowany: – No przecież chodzę!

To przedni żart, sztandarowy, z którym chętnie się obnoszę. Usłyszałem go pierwszy raz od kobiety, bliskiej mi i przemiłej osoby. Kiedyś jej to wspomniałem, na co ona mi odpowiedziała, że było odwrotnie, że to ona usłyszała ten żart pierwszy raz de mnie.

Kobiety mnie zaskakują, podobnie jak pamięć.

Kronika powszednio-świąteczna

 

Czekał na mnie na peronie. Z postury podobny był do Boga: dobrze zbudowany, uśmiechnięty, dobrotliwy. Okulary dodawały mu powagi mądrości. Zmierzwioną brodą i włosami w nieładzie przypominał raczej szatana, wyglądał jakby przed chwilą zszedł z obrazu Memlinga, gdzie widłami spychał niegodziwców w czeluści piekielne. Jednakowoż, jeśli szatan spełnił się w tej roli, to była to rola pozytywna, zachowywał się jak sprawiedliwy sędzia kierujący zagorzałych grzeszników na dożywotni odwyk.

Na wieczornym spacerze nie rozpoznałem fragmentu lasu, który – wydawałoby się – dobrze znam. Las i pamięć zmieniają się. Pamięć starzeje się szybciej niż ciało, a las rośnie jak dobrze odżywiany smok i obrasta pułapkami dla pamięci. Z brzegu także śmieciami, za które ich sprawcy powinni trafiać do czeluści piekielnych wspomnianego Memlinga lub niewspomnianego jeszcze Boscha, ponieważ przyroda jest tworem bożym, a wyrzucający śmieci ją kalają. Powinno o tym mówić się na ambonach, kłując palcem w oczy grzeszników zaśmiecania.

Wieczorem siadłem na krzesełku ogrodowym z tyłu domu, przed ścianą lasu, i rozmyślałem w stanie półuśpienia. Umysł to teatr, który odgrywa jednym ciągiem sceny prawdziwe i urojone, minione i aktualne, i te które jeszcze nadejdą lub nigdy się nie ziszczą. Odmówiono mi prawa do rozmowy telefonicznej, którą pragnąłem odbyć spokojnie, pozytywnie i życzliwie, z powodem lub bez powodu, tak jak słońce, które nawet za chmurą też chce świecić i ogrzewać. Nieco wcześniej Gabriel Garcia Marquez nasycił mnie w „Jesieni patriarchy” obrazami i opisami bezbrzeżnego i niekończącego się bezprawia, okrucieństwa i gwałtu. Nie rozumiem, czemu to zrobił, nie musiał przecież, gdyż pisząc powieść był już bliski Bogu na firmamencie pisarzy i nie musiał udowadniać ani sobie ani czytelnikom swojej nadzwyczajnej wielkości.

Odmowa rozmowy telefonicznej i okrucieństwa wszechdyktatora, negatywnego bohatera powieści, nie wyczerpują pasma niepowodzeń. Robi się chłodniej, obok mnie kwitną drzewka owocowe, zniewala zapach leśno-ogrodowego powietrza. Porzucam wspomnienia i obserwuję psa, owczarka alzackiego, pięknego jak obraz, grzywa jak u lwa, długa sierść brązowo-biała, z tych brązów, które są ciepłe i bieli, które są prawdziwe. W ciągu dwóch tygodni pies stracił wzrok, oczy mu zmętniały niby brudna woda kałuży z pylistym dnem. Prawdziwa tragedia, milcząca i cicha jak bezbrzeżny strach. Zwierzę, które wygrywa o całe mile z człowiekiem swym przywiązaniem, łagodnością, wiernością, nie ma się nawet komu poskarżyć. Zły pies jest tylko wyrazem deprawacji człowieka, gdyż zwierzęta są niewinne i naturalne. Ich zwierzęcość jest wytworem natury, podobnie jak i człowieka, który jednakże dodał od siebie dużo więcej okrucieństwa niż miłości.

Ze spraw radosnych i pozytywnych, mali bliźniacy podrośli, lecz poza tym niewiele się zmienili zewnętrznie. Dużo więcej rozumieją i myślą, niż mówią. Czy nie jest to nadzwyczajne? Odwrotnie niż dorośli, którzy dużo więcej mówią, niż rozumieją. O myśleniu nie piszę, bo to wyższa szkoła jazdy dostępna tylko dla wytrwałych. Bliźniacy mają oczy jak żywe guziczki, śmiejące się radośnie i samodzielnie lub płaczące, w zależności od nastroju, pełne buźki i nóżki nie znające zmęczenia. Chętnie odpowiadają „nie” na wszelkie propozycje. Okazują mi nieufność. Pierwsze lody zostały przełamane, co zostało potwierdzone figlarnym uśmieszkiem, kiedy wspólnie odkrywamy łaskotki.

Dzisiaj, rankiem 1 Maja, chciałem wejść do pokoju moich gospodarzy i zaintonować mocnym głosem „Wyklęty powstań ludu ziemi”, lecz powstrzymało mnie uczucie dwuznaczności święta zdeformowanego, oryginalnie autentycznego, żądającego sprawiedliwości dla ludzi pracy, a potem, tu w tej części świata, sprowadzonego do sztuczności, podziwu dla władzy rzekomo robotniczej, nakazu uczestnictwa i kiełbasy uświęcającej tanią popularność.

Kronikę upiększa nuta dnia poprzedniego, wieczorna i uroczysta jak nieszpory. Przez okno, ponad młodnikiem lasu iglastego, świecą resztki słońca, rozleniwiające i usypiające. Zamknąłem oczy, długopis wypadł mi z ręki, urwał się tekst wymagający jeszcze przepisania na komputerze.Tak kończy się kronika podróżnicza Dnia Przedświątecznego oraz Dnia 1 Maja, pomylonego święta buntu i wypoczynku wiosennego, pisana na krawędzi lasu w Polsce Centralnej.

 

Rozmowa Marsa z Wenus

Ten blog zawsze planowałem popełnić. Chodzi mi po głowie od bardzo dawna i męczy. Może nawet od dziecka. Dzieciństwo jest trudnym okresem, jeśli dojrzewasz zbyt wolno. Potem też może być ciężko. Kiedy już dojrzałeś, istnieje niebezpieczeństwo, że zdziecinniejesz zbyt szybko. Czuj duch, gdyż trudno jest czasem zauważyć zmiany zachodzące w sobie samym. Będąc blisko siebie, co jest nieuniknione, tracisz właściwy dystans obserwacji o ile nie masz rozdwojenia jaźni. To tak, jakbyś ustawił sobie kieliszek na nosie i oceniał jego zawartość unikając zeza lub zadyszki oczu.

On jest z Marsa, Ona jest z Wenus. Nie znaczy to, że on ma marsową minę i jest dzielny jak Marsjanin, a ona jest piękna jak Wenus, choć nie jest to wykluczone. Znaczy to, że są to planety bardzo od siebie oddalone. Potrafią znaleźć się także w takiej konfiguracji niebieskiej, że będąc bardzo blisko siebie są bardzo daleko. Komunikacja jest wtedy utrudniona, ulega deformacji i wymaga interpretacji.

Interpretacja słów kobiety to najbardziej karkołomna szkoła jazdy. Ci, którzy ją ukończyli, to osoby o niebiańskiej cierpliwości, słabosłyszący lub pantoflarze. Nie wiem jak radzą sobie inni mężczyźni, bo ja czuję się stale w lesie i tam już pozostanę. „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, nim mąż prawy zrozumie kobietę” – mówi Pismo Święte. Zastrzegam się, że nie znam tak dobrze Pisma Świętego jak Świadkowie Jehowy, których Bóg obdarzył szczególną pasją wiary i nadzwyczajną wytrwałością nawracania tych, którzy już wierzą w Boga.

Nie podejmę ryzyka opiniowania zachowania kobiet. Życie jest mi nadal miłe. Podam za to przykłady, jak myśli i mówi kobieta. Przysięgam, że są one wzięte z życia. Podrzucili mi je przyjaciele, mam też własne obserwacje. Za progiem stoją tysiące innych przykładów gotowych świadczyć prawdę.

Scena 1: Mąż podaje żonie posiłek

Czym będziesz jadła?

Sama nie wiem.

Jak się zdecydujesz, to mi powiesz, dobrze?

Musi być i jedno i drugie.

Co masz na myśli?

Widelec i łyżkę.

Scena 2: Maż wychodzi z domu po zakupy

Czy mam ci kupić coś z pieczywa?

Tak, bułeczkę, z tych długich krótkich, ale nie innych.

Scena 3: Żona zwraca się do męża:

Czy przyniosłeś odkurzacz z piwnicy?

Nie, ale zaraz przyniosę.

Dobrze. Teraz podaj mi pantofle. Trzeba bardzo dobrze wytrzeć szmatą.

Pantofle?

Nie, odkurzacz!

Moją prezentację zgrabnie uzupełnił Wiktor. Wnioski, do których doszedł sam, bez pomocy zewnętrznej, są następujące:

Kobiety są uroczo enigmatyczne, Mówią tak, abyś musiał zgadywać lub domyślać się, o co dokładnie chodzi. Co ona ma na myśli? – Oto jest pytanie, które musisz sobie nieprzerwanie zadawać.

Kobiety mówią skrótami. Ten, kto wymyślił alfabet Morsa a może nawet i trudniejsze szyfry, to nie był On, tylko Ona. Skrót jest podstawą myślenia i wyrażania się kobiety. Jeśli nie wiesz, jaki to skrót, to jesteś nie na czasie. Przyznaj szczerze, że nie nadążasz. Jeśli to cię bardzo męczy, to pomyśl, że możesz zostać pustelnikiem.

 

Wielość w jednym

– Wielość w jednym. – Taka była zwięzła ocena Nikanora dotycząca tworu przyrody, jakim jest człowiek. Istota ludzka była ulubionym tematem rozmyślań Nikanora. Widział ją fizycznie umocowaną w ciągu ewolucji człowieka od przodka, którego niechętnie, ba, z wielkim oporem kojarzy się z małpą człekokształtną.

– Bliźni duchowo najchętniej widzieliby człowieka wyprodukowanego przez samego Boga, tak jakby miał on obowiązek czy jakąś specjalną powinność zebrać stos gliny, dolać wody, rozmieszać, a następnie ukształtować figurę. A potem wetchnąć w nią ducha. – Nikanor przypomniał sobie rysunek przedstawiający mocno starszego pana w długiej koszuli nocnej, w dużą obfitą brodą, nieco rozczochranymi włosami i oczami uśmiechniętymi jak w trakcie robienie psikusa, wdmuchującego duszę do otwartych ust postaci ulepionej z gliny.

Myśl o stworzeniu człowieka kojarzył Nikanor z niejasnością, na jaką sam cierpiał. Nie mógł sobie wytłumaczyć, dlaczego jedni ludzie kierują się bardziej rozumem a inni bardziej instynktem, tą siłą wewnętrzną, która decydowała: „Teraz zrobię to, choć rozum i uczucia dyktują mi inaczej”, i osiągania zupełnie dobrych rezultatów. Instynkt jest zwierzęcy, myślenie i duchowość są raczej natury boskiej. Tak przynajmniej naucza Kościół.

Jaki kościół? – Odzywał się ten drugi Nikanor, wewnętrzny, który często miał na bakier z tym pierwszym Nikanorem, bardziej ogólnym, jakiego regularnie widywał w lustrze.

Rozwiązanie dylematu nie było ważne w tym momencie. Nikanor najchętniej spychał kłopotliwe pytania w kąt świadomość, kiedy ranek był piękny i rześki. Crispy – jak powiedzieliby ludzie z Wielkiej Brytanii, wyspy, którą odwiedził tylko raz, bardzo dawno i przez bardzo krótko. Zapamiętał tam najbardziej owsiankę serwowaną z zimnym mlekiem, przez co płatki pozostawały „crispy”, czyli chrupiące. Zawiłości języka są łatwiejsze do zrozumienia osobom urodzonym z angielskim przyklejonym do podniebienia jak guma do żucia.

Słońce świeciło ukośnie, godzinna była poranna. Czyste niebo było wzorem niewinności błękitu przyniesionego znad Morza śródziemnego, choć nie było to możliwe. Morze Śródziemne jest za daleko. – Pomyślał Nikanor.

Z balkonu widział wszystko jak na dłoni, na której nie wyrosły jeszcze kaktusy. A powinny. – Odczuwał to przez moment w trakcie koncentrowania się na drobnych zielonych listkach brzozy. Był szczęśliwy, że patrzył na to drzewo. Pojawiło się już wcześniej tego ranka, ale zniknęło w natłoku myśli i samochodów stojących rzędem wzdłuż chodnika. Z góry wyglądały jak zabawki: kolorowe, dziwnie czyste, grzejące się w słońcu jak zimnokrwiste gady.

Sceneria malowana i ożywiana słońcem oraz swobodne skojarzenia przywiodły Nikanora do poetyckiej konkluzji: „Życie składa się z fragmencików świadomości tego, co dzieje się z mną w danej chwili, tu i teraz”. Było to jedno z największych odkryć filozoficznych.

– Nie my wymyśliliśmy tych mądrości w ostatnich kilkudziesięciu latach, ale buddyści kilkadziesiąt wieków wcześniej. Przypisujemy sobie zbyt wiele z osiągniąć współczesnej psychologii, jak postępować, aby być szczęśliwym. Pojawiły się one gdzie indziej. To jedno oparte na zasadzie „tu i teraz” akurat w Indiach. – Nikanor zanurzył się w poważne rozważania.

– Cywilizacje są złodziejami myśli i dorobku innych cywilizacji. Wszyscy kradną, a najchętniej czynią to ptaki i zwierzęta. – Pokrzepiony myślą, że inni nie są lepsi, Nikanor zabrał się do czynności, których wymagało od niego życie domowe, choć wolałby jeszcze chwilę pobawić się w buddystę.

Niedzielny esej o pisarzu, biskupie i złodzieju

Jedna krótka niedziela i tyle przeżyć. Z braku wielkich wydarzeń, małe stają się wielkie. Zależy to od umiejętności powiększania, której służy nie tylko szkło powiększające, lornetka i mikroskop. To umiejętność życiowa, umykająca uwadze, ale ważna. Przynajmniej dla pisarzy.

Przeglądam teraz (bardziej niż czytam) biografię autorstwa Denisa Briana: „Hemingway. Jaki był naprawdę. Wspomnienia tych, którzy go znali”. Bohater autobiografii, w swoim czasie najbardziej znany pisarz na świecie, umiał powiększać. Miał też inne umiejętności, dzięki którym do dzisiaj trudno jest rozwikłać prawdziwą historię jego życia. Relacje z wydarzeń, w których uczestniczył. są niekiedy tak pogmatwane, że nie wiadomo, co jest, a co nie jest prawdą. Jakie były jego stosunki z ważnymi ludźmi, gdzie i kiedy co powiedział, i czy to w ogóle to powiedział. Hemingway był twórcą sprzeczności, dzięki którym skutecznie budował swoją legendę. Jedyna zgodność w biografiach Hemingwaya sprowadza się do tego, że był postacią fascynującą, bogatą i urzekającą.

Z przeszłości wracam do teraźniejszości, czyli minionej niedzieli. Nie chcę utknąć na Hemingwayu. Jest zbyt tragiczny i pogmatwany. Życie zakończył samobójstwem.

Mój niedzielny bohater podobny był do Hemingwaya masywną sylwetką i mocnym umięśnieniem. Poza tym wyróżniał się czerwoną, plamiastą twarzą, przekonywująco wyrażającą tęsknotę za otępieniem umysłowym. Intuicja podpowiadała mi, że nie była to charakteryzacja. Tak czy inaczej, imponował swoim wyglądem. Patrzysz, i od razu jesteś pod wrażeniem. Rzeczony chojrak przeszedł obok mnie w „Biedronce”, kiedy oglądałem wina. To nas zbliżyło do siebie w sensie zainteresowań. Mimowolnie stał mi się bliższy. Dwie minuty później okazało się, że z alkoholem łączą go głębsze uczucia, wręcz namiętność. Ujawnił to, kiedy usłyszałem zdecydowany głos wysokiego powagą i wzrostem funkcjonariusza „Biedronki”: Proszę odstawić to na półkę! Osiłek podszedł do półki z alkoholami, wyjął zza pazuchy dwie butelki wódki 0,75 litra i umieścił tam, skąd je wziął. Wrócił do funkcjonariusza, który zaimponował mi przenikliwością natury ludzkiej albo znajomością osiłków w kurtkach ortalionowych. Proszę odstawić resztę! – Zażądał despotycznie pracownik Biedronki.

Tego się nie spodziewałem! Bohater dnia wrócił na miejsce i odstawił jeszcze jedną butelkę wódki! Patrzył w kierunku prześladowcy spode łba, co było zrozumiałe. Trudno jest patrzeć prosto przed siebie, kiedy ktoś ma nad tobą przewagę i stawia ci żądania nielicujące z „godnościom osobistom” i ważnymi potrzebami życiowymi. Pomyślałem, że Czerwonogęby jest marksistą, co to odbiera bogatym i daje biednym, których osobiście reprezentował. Marksizm niestety nie jest już w modzie z prostych względów: okazał się niepraktyczny, gdyż wchodził w kolizję z duchowością proletariatu jak i klas próżniaczych. W walce klasowej demokracja pokazała lwi pazur i komunizm, niegdyś w Polsce dla zmyłki zwany socjalizmem, poszedł w odstawkę. Niech mu ziemia lekką będzie!

Odrobina dygresji z ekonomii politycznej nie zwalnia mnie od podsumowania klasowej walki o trzy butelki wódki. Złodziej nie został nazwany złodziejem, a Biedronka nie odebrała mu licencji nielegalnego przywłaszczania mienia wzywając policję. Obawiam się, że może to zachęcać najwytrwalszych zwolenników bojów o alkohol do praktykowania sklepowej zabawy w „A kuku!”.

Dodatkiem do niedzieli była wiadomość, która ubawiła mnie skojarzeniem. Chodziło o przyjazd do Warszawy biskupa z małżonką. Wyobraziłem sobie Arcybiskupa Głodzia połączonego węzłem małżeńskim z pobożną niewiastą, jak kroczą dostojnie po czerwonym dywanie w dniu przyznawania Oskarów głosząc chwałę Stwórcy, kina i dobrego towarzystwa.

Nie wszystkich duchownych Bóg uszczęśliwił jednak prawem do ożenku. Są tacy, którym się powiodło. Kościoły anglikański, starokatolicki i ewangelicki pozwalają duchownym zawierać związki małżeńskie. Ma to oczywiste zalety: kiedy żona ci dokucza, uciekasz do Boga. Nie ma niestety ucieczki w drugą stronę, gdyż Pan Bóg nie dokucza. Najwyżej przypomina o czymś, co zapomniałeś, lub upomina w sprawie, którą opatrznie zrozumiałeś, czyniąc to ustami duchownych. Zwykły człowiek nie jest w stanie uniknąć pośrednictwa osoby duchownej, gdyż w dobie telefonu komórkowego mało kto utrzymuje bezpośredni kontakt z Bogiem. Pan Bóg podobno jest tradycjonalistą i nie znosi nowoczesnych technologii.