Historia kołem się toczy. Pełzająca kontrrewolucja.

Bosch,_Hieronymus, The_Garden_of_Earthly_Delights,_right_panel

Powstanie wolnych związków zawodowych „Solidarność” zapoczątkowało rewolucję w Polsce. Obaliła ona ustrój samodzierżawia i powołała do życia nowy – demokracji. Był to piękny gest historii.

Stał za nim pan Bóg, który choć niepoznawalny wedle doktryny doktora kościoła Św. Augustyna, od czasu do czasu daje o sobie znać aktami dobroci. Skończyły się donosy, donosiciele, wszechwładza SB i milicji, braki w sklepach, czekanie czterdzieści pięć minut przy kasie na miejscówkę do przesiąkłego dymem papierosowym pociągu do Warszawy, każdorazowe ubieganie się o paszport na wyjazd wakacyjny do Bułgarii oraz konieczność jego zwrotu w ciągu trzech dni do biura paszportowego, inwigilacje małe i duże, ludzi, biurek i korespondencji, i wiele, wiele innych dobrodziejstw ustrojowych.

Historia kołem się toczy. Kto je wynalazł nie wiadomo, mam jednak wątpliwości, czy dobrze zrobił, gdyż po niecałych trzydziestu rocznych obrotach wraz z nami wokół słońca historia przyniosła nam kontrrewolucję. Jest to stan obecnego łagodnego, bogobojnego i życzliwego odkręcania zdobyczy rewolucji demokratycznej, na rzecz nowej klasy panującej, działającej, jak sama twierdzi, także na twoją rzecz, Drogi Obywatelu-Czytelniku, na rzecz Twojego szczęścia, obfitości materialnej i finansowej, radości, zdrowia i wiecznych wakacji. Oraz spełnienia marzeń.

Kontrrewolucja, która w naszych warunkach i czasie jest demontażem zdobyczy demokracji, nie jest nowym wynalazkiem. Wcześniej wynaleźli ją Chińczycy, podobnie jak proch, który okazał się wielce użyteczny dla nerwicowców i entuzjastów zmian sygnalizowanych wybuchami na dworcach i w autobusach, tak jakby mogły one cokolwiek zmienić. Nasza rodzima kontrrewolucja kryje się za hasłami postępu społecznego i dobrobytu bez kontroli władzy ze strony społeczeństwa, czyli Trybunału Konstytucyjnego.

Kontrrewolucja odbywa się u nas tak zgrabnie i sympatycznie, że ludzie jej niechętni już jakby mniej protestują, a dziennikarze mniej ostrzegają przed jej skutkami. Wszyscy przyzwyczajamy się do niej powoli. Dla mnie kontrrewolucja jest piękna chociażby przez to, że rządzić będzie w pojedynkę monarcha oświecony, wyrazisty, choć niezbyt wysoki, koncentrujący w sobie mądrość i sprawiedliwość, którego sam chwalę, wynoszę pod niebiosa, gdyż jest on niezwykle płodny w pomysły i motywacyjny dla Suwerena, który bez tej motywacji skurczyłby się nieznośnie, a może nawet i przestał istnieć, tym bardziej, że reprezentuje aż 29 do 38 procent całego narodu. Można by pokusić się o powiedzenie, że jest to Suweren nadzwyczajny, choć częściowy.

Sam nie daję się skusić zgrabnymi powiedzeniami, uodporniłem się, kiedy uświadomiłem sobie, że każda pokusa pochodzi od Szatana, potwora ogoniastego, rogatego, obrośniętego rudymi kłakami, który sam powołał się do istnienia, gdyż zło istnieje niezależnie od woli Najwyższego.

Wraz z kontrrewolucją czyli odkręcaniem rewolucji demokratycznej odkręci się też trochę historii i przestawi jej bohaterów. Obok postaci kluczowej, uznanej już w świecie, postawimy inną postać, też niezwykle sympatyczną i udaną, o wielkich zasługach dla kraju i ludzkości, polegających przede wszystkim na tym, że ma ona wielkiego i przedsiębiorczego brata. Jeśli zamkniecie oczy i odsuniecie na bok choćby na chwilę przedsiębiorczego brata, to zobaczycie jak szybko i łatwo braterska pomnikowa postać zmaleje i zacznie opierać się wchodzeniu z fanfarami do historii.

„Wielki wielkością brata” – jest to przesłanie oczywiście dialektyczne, czyli podlegające dyskusji, dawniej marksistowskiej, jeszcze dawnej heglowskiej. Hegla nie rozumiem, podobnie jak i racjonalizmu etycznego, który naszej kontrrewolucji służy dla uzasadniania wątpliwych, bo niejasnych celów. Jeśli ktoś zna jakieś inne cele naszej kontrrewolucji, jasne, pozytywne i konkretne, niech wstanie, położy rękę na sercu i głośno wyjawi nam te cele. Sam też chętnie posłucham, zwłaszcza liczb, faktów i argumentów.

Fantazyjny przegląd wielkich wydarzeń krajowych.

Bald_eagle_at_the_Hawk_Conservancy_Trust, by Lewis Hulbert, Creative Commons

Nocą popuściłem cugli fantazji i strasznie się rozbrykała. Fantazja jest niezbędna do pisania komentarzy politycznych. Każdy wypowiada się na tematy polityczne, zdecydowałem się i ja, ponieważ też nie mam ku temu kwalifikacji. Mam nadzieję, że to co piszę, jest przynajmniej gramatycznie poprawne.

Premier Szydło ogromnie chwaliła Antoniego Macierewicza. „To nasz najlepszy, najwybitniejszy, najukochańszy Minister Obrony Narodowej”. – Wzniosła oczy go góry, wzywając pana Boga na świadka, który niestety nic nie odpowiedział. Chyba był zajęty, bo była to pora obiadowa. Podobno miał tylko potwierdzić później w wywiadzie udzielonym telewizji „Trwam”: „Dosyć mam was, Polaków, waszej polityki, waszego Kaczyńskiego, waszego rządu, Szkodnika Balcerowicza i Szkodnika Rzeplińskiego”. – Wymieniał i wymieniał wszystkich, którzy nadepnęli mu na pietę. Jemu, ale nie partii, tej jedynej, która też jest tworem bożym, a jeśli nie bożym, to bardzo pobożnym.

– Antoni Macierewicz to nasz najwybitniejszy Minister Obrony Narodowej.- Powtórzyła pani Premier. Amerykanie nie zrozumieli, bo u nich najwybitniejsi przywódcy wojskowi leżą w grobie, przeważnie na wojskowym cmentarzu w Arlington.

Kiedy pani Premier publicznie i mocno chwaliła pana Macierewicza, zobaczyła jego wzrok pełen miłości i natychmiast wyciągnęła rękę przez pół sali, aby ją całował. Znaczy się rękę, nie salę, choć nie wątpię, że z wdzięczności to i salę by całował, tak niezwykłe jest jego poczucie szacunku i wdzięczności dla Partii i jej Premiera.

W napadzie serdecznej podzięki, Minister Macierwicz ujął rękę pani Premier w swoje mocne, wojskowe dłonie, schylił głowę, potrząsnął siwą czupryna i całował. Ale jak! Całowanie to akt znamienny dla wielkiej Partii, do której należy, oraz jej Przywódcy. Minister całował długo i serdecznie, potem popatrzył na Panią Premier, coś zobaczył w jej oczach, chyba dezaprobatę, że było tylko raz. Wtedy całował po raz drugi, jeszcze dłużej i jeszcze serdeczniej. Przestał, kiedy pani Szydło obdarzyła go powłóczystym, niezwykle życzliwym kobieco-rządowym spojrzeniem i wyszeptała ciepło „Wariat”, w dobrym tego słowa znaczeniu. Oboje byli szczęśliwi, a ja z nimi, ponieważ nic nie cieszy mnie bardziej, niż szczęście dwojga dojrzałych, kochających się osób. Może z wyjątkiem wielkiej i wyjątkowej Partii, która też mnie cieszy, kiedy jest szczęśliwa (szczególnie nocą, kiedy może swobodnie oddawać się temu, co najbardziej kocha, czyli pieszczotom i czułościom wewnątrzpartyjnym).

Są prawnicy, którzy mówią, że jest to miłość kazirodcza, bo wewnątrz jednej rodziny. Nie wiem, czy dzisiaj można wierzyć wszystkim prawnikom. Co najmniej jednemu nie wierzę za grosz. Co do samego kazirodztwa, to też mi się nie podoba, podobnie jak inne zboczenia.  

C.d. nastąpi.

Obraz: Bald eagle, by Lewis Hulbert, Creative Commons

PS. Przy okazji wspomnę, jeśli podoba się Państwu styl mojego pisania, że zabiegam teraz o wydanie pierwszego zbioru moich opowiadań, które uważam za najlepszą część mojej dotychczasowej twórczości. Krótka forma, zwłaszcza satyra, groteska, humoreska, wychodzi mi chyba najlepiej, najbardziej odpowiada mojej duchowości.

 

 

Australia, happy hour. Polska, polityka i zwierzęta.

Psy staroegipskie Tesem couple Wikimedia Commons
Jest piątek. Piszę krótko i dosadnie, choć mógłbym rozwlekle. O zwyczajach, zwierzętach, których widok sprawia mi radość, oraz o niektórych (pożal się Boże) politykach zesłanych społeczeństwu przez los w charakterze bicza bożego za to, że dopuściło ich do władzy. W tym momencie wspomnień proszę was, Drodzy Czytelnicy, o wspólną wieczorną śpiewną modlitwę: Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie!

Dzień zaczął się obiecująco. Kupiłem gazetę, położyłem na ladzie i płaciłem, kiedy odezwał się mężczyzna obok:

– Cieszę się, że ktoś jeszcze czyta „Gazetę Wyborcza”. Też się ucieszyłem, że jest taki ktoś oprócz mnie. Wyszliśmy razem. Idąc w tym samym kierunku rozmawialiśmy o polityce i politykach. Pies mojego towarzysza drogi i czytania nic niestety nie mówił, tylko na końcu mruknął: Szkoda strzępić język.

– Mądre zwierzę. – Rozsądnie pomyślałem.

Rozpoznaliśmy sytuację polityczną; była żałobna, źle się kojarzy. Do tego stopnia, że chcieliśmy rzucić paskudnym mięsem kilka razy, lecz zaistniała obawa, że pies chwyci, zje i zejdzie śmiertelnie. I to z powodu polityki. Jad w niej zawarty jest nie do strawienia nawet dla zwierzęcia.

Dyskusją nic niestety nie załatwiliśmy, lecz połączyły nas poglądy. Ten prosty, obywatelski sojusz przyjęliśmy jako dobry początek dnia.

Jest nadal piątek, dokładnie godzina 17.00. W Australii o tej porze zaczyna się „happy hour”. Pamiętam te imprezy. Pracownicy opuszczają miejsce pracy i jak pracowite lemingi ciągną zgodnie do najbliższego pubu, aby bratać się w radosnym nastroju.

U nas z brataniem jest dużo gorzej, nawet z własnym bratem. Z jednym się bratam, drugi mnie odrzucił i nawet nie powiedział dlaczego. Tylko rządzący są mi życzliwi, głownie w tym sensie, że wiem, że nic nie trwa wiecznie. Szkoda, że oni tego nie wiedzą, zwłaszcza jeden, ten taki, dla którego zbudowano nowe mównice powiększono garnitur z przodu, aby zmieścił brzuch dobrobytu, jaki słowem i czynem niesie w darze narodowi. Jego słowa często rozumiem, czyny kojarzą mi się natomiast z czynownikiem. To chyba coś ze Wschodu.

Biegałem w lesie. Jak zwykle, oprócz drzew, ciszy i śmieci byli tam także ludzie i psy. Nic mnie tak nie cieszy, jak psy. Dzisiejsze mijane spotkania z psami i ich właścicielkami zachęciły mnie do napisania tego blogu.

Pies w języku pisanym i mówionym różnie się kojarzy: pod psem, pieski świat, pies na kobiety (dobre!), warczeć, odszczekać coś (ten termin powinien znaleźć się obowiązkowo w regulaminie Sejmu), kaganiec (to też powinno być na wyposażeniu rzeczonej instytucji, idealnie z regulacją głośności), pies z kulawą nogą, pies ogrodnika, co to sam nie zje i nie da, psy szczekają, a karawana idzie dalej, francuski piesek (tylko, jeśli masz salony), nie dla psa kiełbasa, no i najbardziej nieproduktywne „pies, który dużo szczeka, mało mleka daje”. Jak widać, człowiek nie jest psu życzliwy, a przecież jest to istota niezwykle udana.

Liczne przykłady pozytywnych zachowań zwierząt oraz przykłady fatalnych zachowań ludzi zwanych wybrańcami narodu, tych deliberujących nocą i tych szybkopiszących, rozstrajają mnie. Nie wiem, dlaczego jeden i drugi wybraniec łże jak pies, i kiedy czyni to w jakimś celu, a kiedy zupełnie bez celu. To mnie dezorientuje i deprawuje do tego stopnia, że czasem warczę na siebie patrząc w lustro. Deprawacja polityczna tylko pogłębia mój i tak już przykry charakter.

Psów się nie boję, lubię je, a one to wiedzą. Lubię także właścicieli psów, a jeśli tego nie wiedzą, to im to mówię. Nie jest to kompletny opis sytuacji, gdyż w grę wchodzi także nasza rodzima, ojczysta, niesponsorowana zza granicy, wszechobecna wielka polityka, wciskająca się w oczy jak pustynny piasek w czasie burzy.

Zwierzęta związane z polityką mogą być niebezpieczne. Gdybym spotkał pewnego wielce szacownego prezesa (poznaję go po tym, że wyznawcy jego kaznodziejskich teorii i praktyk podchodzą do niego na palcach, pochylają się i dyskretnie całują w rękę łaskawą w zaszczyty i kary), gdybym go spotkał z psem, to bałbym się, że jest podobnie nieobliczalny; znaczy się pies, bo zwierzęta szarych eminencji z racji wspólnego zamieszkania upodabniają się nierozważnie do właścicieli i cierpią już do końca życia.

Psie życie. Psia mać!

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

Raj gastronomiczno-polityczny czyli obietnica lepszego życia

Umiem zachwycać się życiem. Przeczytałem folder Smaki Portugalii, smaki Hiszpanii i zachwyciłem daniami. Były to: królik po myśliwsku, kaczka z zielonymi oliwkami i pomarańczą, jagnięcina z soczewicą, karkówka z czarnej świni iberyjskiej.

Kocham kaczki, króliki i jagnięta jako dania. Oświadczam to z ręką na żołądku. Świnia niestety gorzej mi się kojarzy; nie dość, że jest czarna i iberyjska (co brzmi strasznie), to w dodatku w trakcie sprawdzania automatycznego pisowni otrzymałem komunikat: „Wskazany wyraz jest uznawany za wulgarny”. To rozpaliło mi wyobraźnię. Chyba nie ma potworniejszego przekleństwa niż „ty czarna świnio iberyjska!”.

Pozostałe trzy dania zapowiadają raj (wchodzi on w życie równocześnie z nową władzą, może jest to przypadek, a może nie). Raj, ale nie dla każdego. Na stronie Onetu przeczytałem wypowiedź posła PiS-u, że w Polsce katolicy są prześladowani. Wkrótce będą także i sędziowie. Współczuję im, jak każdemu prześladowanemu, z wyjątkiem uchodźców zmierzających (nie tak znowu tłumnie) do Polski, bo to straszni ludzie według Prezesa Kaczyńskiego.

Łącznikiem między rajem gastronomicznym a rajem społecznym jest pani prof. Krystyna Pawłowicz. Słuchałem ją przez radio jadąc samochodem. Nie powiem, mówiła bardzo przekonywająco. Ma szczęście, bo przemawiała w Radio Maryja. Skoro tam wystąpiła i to z ostrą oceną polskich sędziów to znaczy, że jest wyjątkiem wśród prześladowanych katolików. Swoją wiarę potwierdziła serdecznym „Z panem Bogiem”.

Jej postulat był następujący. Sędzia w Polsce może najwcześniej objąć urząd w wieku 29 lat (ona sugerowała 36 lat). Obejmując urząd sędzia ma obowiązek przedstawić zaświadczenie o zdrowiu psychicznym wystawione przez psychologa. Zakres tego zaświadczenia jest taki sam, jak osób nabywających broń. Pani Profesor uważała, że nie odpowiada to potrzebom, ponieważ praca sędziego jest innej (bardziej złożonej i odpowiedzialnej) natury. Inaczej mówiąc, sędziowie powinni być gruntowniej badani przez psychologa.

Nie piszę tego dla żartu, tylko satyrycznie, a to nie znaczy, że sprawa nie jest poważna. Jestem za jej propozycją, ale – jak to w życiu i w Sejmie bywa – pod pewnym warunkiem, czyli nie za darmo. Otóż postuluję, aby badaniom u psychologa byli poddawani także posłowie, ponieważ ich funkcja jest znacznie poważniejsza niż funkcja sędziów. Sędziowie mogą zrujnować życie niektórym ludziom, posłowie całemu społeczeństwu. Nalegam na to tym bardziej, że pani posłanka Pawłowicz kiedyś sama ubrudziła sobie ręce. Widziałem w telewizji, jak obficie posilała się fast food’em na sali sejmowej w trakcie obrad. Co więcej, tłustymi ustami obsobaczyła posłów protestujących z powodu jej rozpasanej konsumpcji w Sejmie.

Mam nadzieję, że postulaty, zarówno ten przedstawiony przez Panią Profesor jak i mój, dosłyszy i weźmie do serca nowy minister sprawiedliwości. Poznamy go jutro.
Wydaje mi się, że już go gdzieś widziałem, młodzieżowo łagodny i gładki na twarzy, choć trochę niegrzeczny. Kłócił się kiedyś z Prezesem Kaczyńskim. Nie wiem, dlaczego to robił. Tak się nie postępuje.

Sztuka teatralna z wieloma niewiadomymi

Tańce tropikalne ITB Berlin 2015W nocy poprzedzającej Dzień Powszechnego Milczenia napadły mnie sny. Jeden z nich zostawił mi pomysł; z nudów zacząłem go rozwijać. Jest to sztuka teatralna o zawodach sportowych, dobra także jako gra dla dzieci. Wybór sztuka czy gra zależy od widzimisię i zasady, co kto lubi. .

Siedzę już od kilkunastu godzin i kombinuję, jak by ją ulepszyć. Żeby się skoncentrować, nałożyłem sobie kaganiec pozwalający mi zachować milczenie. Nałożyłem go dlatego, że wcześniej przyśnił mi się przepis kurcharski mówiący, że jeśli chcę być zdrowy i silny, to lepiej, abym zafundowal sobie milczenie, co nic nie kosztuje, choć alternatywa jest kosztowna. Nie jest to milczenie długofalowe, trwa tylko tyle, ile wymaga przepis, czyli recepta na szczęście. Ćwiczenie to, „łeb w kaganiec” inaczej mówiąc „morda w kubeł”, zafundowałem sobie także dlatego, że zapragnąłem doświadczyć jak czują się zwierzęta, reprezentujące – moim zdaniem – wyższą formę człowieczeństwa. Rano biegałem dla zdrowia i zamieniłem kilka słów z dwoma psami oraz z ich właścicielami. I jedni i drudzy okazali się bardzo przyzwoici. Moje doświadczenia z ludźmi nie zawsze są tak radosne.

Milczenie w oczekiwaniu na wynik zawodów w mojej sztuce teatralnej jest męczące. Bez mówienia życie intelektualne zamiera, zwiększa się natomiast napięcie wewnętrzne i oczekiwanie, w dodatku nie za bardzo wiadomo na co, jak mi powiedział pewien łysy mężczyzna, któremu łysienie zapewniło mądrość i dobrobyt. Napięcie to każdy osobnik może stopniować, dawkować jak lekarstwo, alkohol ewentualnie jak narkotyk, aż do granicy albo wybuchu nerwowego, albo uspokojenia, zależy, co kto sobie wybierze. W grze dzieci nie mogą uczestniczyć, gdyż mało z niej rozumieją, podobnie zresztą jak wiele osób dorosłych, którzy swoją wiedzę o świecie czerpią z warg innych ludzi, pełniących dla nich role opiekunów i przewodników, a może i większą, gdyż oferują także interpretację tego, co jest słuszne, a co niesłuszne, oraz kogo klepać po plecach, a kogo ganić.

Aby popchnąć moją sztukę do przodu wymyśliłem jej nazwę. Musiała być w liczbie mnogiej, ponieważ chodzi o grę zespołową. Byli już Krakowiacy i górale, Bracia Karamazow, On i ona i podobne tytuły, więc zostało mi niewiele. Zgodnie z zasadami dramaturgii Kiczkoka, wybitnego reżysera amerykańskiego, nadałem jej nazwę „Rzeźnicy i ich ofiary”.

W mojej grze planszowej, albo teatralnej, zależnie od tego, czy wolisz przestrzeń czy płaszczyznę, bierze udział grupa zawodników, którzy starają się jak najlepiej dobiec do celu. Tu leży wyższość mojej sztuki nad innymi: nie chodzi o to, aby jak najszybciej dobiec do celu, tylko jak najlepiej.

W grze każdy chce być rzeźnikiem, bo to jest to korzystny zawód, gdyż wiąże się z wywijaniem tasakiem i przywilejami. Rzeźnicy są super dobrze opłacani, a każdy lubi pieniądze może z wyjątkiem tych, którzy już je mają, więc nie muszą ich lubić. Czasem lepiej jest coś mieć niż lubić. Krótko mówiąc, rzeźnik to osoba wygrana, pozostali to przegrani.

Gra jest tym ciekawsza, że liczba rzeźników jest ściśle reglamentowana. Reglamentacja była konieczna; bez niej mielibyśmy nieobliczalną rzeszę ludzi uprzywilejowanych, dobrze wynagradzanych i z tasakami.

Oczywiste jest oczywiście i to, że nikt nie wie, kto i z jakim rezultatem dobiegnie do mety. Pozostają tylko spekulacje oraz prognozy pogody prorokujące wyższe lub niższe uczestnictwo w zawodach, głównie po stronie widzów, którzy losują wygrane. Daje to asumpt do spekulacji, zakładów bukmacherskich, przekleństw, kłótni z rodziną, nadziei lub smutku. Sam założyłem się z samym sobą, ale nie upieram się przy żadnym wyniku, gdyż jestem człowiekiem elastycznym i potrafię się pogodnie dostosować. Z rodziną się już nie zakładam, bo wiem, że mam czarne podniebienie.

Ktokolwiek by nie wygrał, będę mieć o czym pisać, co mnie cieszy bardziej niż osuszone cukierkiem łzy rozjątrzonego dzidziusia. Już teraz wyobrażając sobie, kto wygra pozycję rzeźnika z tasakiem i solidnym uposażeniem, a kto nie, zastanawiam się, jakie kluby sportowe powstaną, aby popychać sport do przodu i co z tego wyniknie.

Poza tym i tak jest wszystko jest w rękach Pana Boga, który wie najlepiej, kiedy ludziom należy się nagroda, a kiedy kopniak. To mnie bardzo pociesza w wymiarze praktycznym i filozoficznym.

Sensacyjne doniesienie wyborcze

Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie! Jest to wiadomość świeża jak ciepłe bułeczki w piekarni, gdzie kupuje kiełbasę dla siebie, kisiel dla rodziny i kości dla psa. Jeśli chodzi i świeżość informacji, to piekarnia od wieków jest najpewniejszym źródłem. Piekarnie istniały już wtedy, kiedy nie znano jeszcze słowa gazeta.

Dokładniej mówiąc były to prawybory, a konkretnie w Chojnicach. Duda uzyskał przewagę nad prezydentem Komorowskim i wygrał. PiS natychmiast ogłosił święto narodowe, nie mógł go jednak od razu wprowadzić, ponieważ nie ma jeszcze ojczyny. Kiedy już ją wymodli, a może nawet wyperswaduje u pana Boga, to wtedy święto stanie się faktem. Dla osób zainteresowanych podaję pierwsze słowa inwokacji: Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie!.

Dla uczczenia zwycięstwa, pierwszego od dziesięciu lat, PiS wynajął największe pomieszczenie w kraju: Salę Kongresową. Tam odbędzie się intronizacja Andrzeja Dudy na prezydenta Chojnic. Nie wahał się długo. „W Warszawie powietrze jest niezdrowe, tłumy, ciasnota, wygrana obarczona jest wysokim ryzykiem. Tutaj koronę trzymam już w ręku. – Powiedział i machnął na zgodę ręką wolną od korony.

Pozostała sprawa dotychczasowego prezydenta Chojnic, który czuł się niezwykle mocno związany z miastem. Wywieziono go na taczce zgodnie z tradycją zmian warty prezydenckiej. Prawą rączkę trzymał Brudziński, lewą – Czarnecki, zdetronizowany prezydent siedział na taczce (nawet poduszki mu nie dali!) usiłując wyskoczyć z niej na zakrętach, kiedy się przechylała. Groziło to kompromitacją. Zapobiegł jej Jacek Kurski. Żgał przegranego ostrym kijem, drugą ręką pisząc petycję do prezesa PiS o przyjęcie w poczet członków.

Zaczynało się to mniej więcej tak: Szanowny Panie Prezesie. Pragnę ponownie zostać członkiem PiS, na początku nawet bardziej niż zwyczajnym. Nie mogę już dłużej żyć bez poczucia Pańskiej siły moralnej za plecami. Obiecuję nie stawiać żądań o podwyżkę. Błagam o przyjęcie. Szczerze panu oddany Jacek K. Dalej był dopisek. P.S. Wazelinę kupiłem w najlepszym gatunku.

W związku z wygraną Andrzeja Dudy i objęciem stanowiska prezydenta Chojnic, majowe wybory prezydenckie zostały anulowane przez PiS na podstawie doniesienia do Prokuratury i zaskarżenie do Trybunału Stanu. Antoni Macierewicz wygłosił przemówienie okolicznościowe na temat terroryzmu w transporcie lotniczym. Wszyscy płakali, z moim wyjątkiem. Po prostu zabrało mi łez.

P.S. Moja powieść „Sędzia od Świętego Jerzego” ukazała się już także w formie ebooka w księgarniach  www.ebookpoint.pl i www.woblink.pl, i stopniowo będzie udostępnana także przez inne księgarnie internetowe.

Gdzie ja jestem?

Szukam odpowiedzi na trudne pytania. Nie wiem, gdzie jestem. Mam ciągle omamy. Rozglądam się wokół, ludzie chodzą wolni i radośni jak wiosenne słońce po łące, a w Warszawie mrok i smutek.

Niestety proszę Państwa, byłem w błędzie. Nie jesteśmy wolni. Tak mnie dzisiaj poinformowali moi najulubieńsi aktorzy: Kaczyński, Czarnecki, Mastalerek, Błaszczak. Jak mam im nie wierzyć, kiedy nawet Jan Pietrzak z rękami związanymi sznurem śpiewa tęsknie o wolności. Skleił sobie na stałe dwa palce na kształt litery V, aby pokazać, że jego wiara w wolność jest niezwyciężona.

Niewola, w której żyje trzydzieści procent naszego społeczeństwa, skłania mnie do refleksji głębokiej jak dół. Nie potrafię cieszyć się w samotności, kiedy inni cierpią. Od dzisiaj modlę się, aby i im pan Bóg dał wolność. Nie wiem, dlaczego dotychczas im nie dał. To niesprawiedliwe. Najgorsze, że prawdopodobnie On o tym nie wie, że ludzie u nas tysiącami żyją w niewoli. Nie rozumiem tego.

Jedynym pocieszycielem w ciężkich czasach jest pan Antoni Macierewicz, pirotechnik. Podobnie jak ja strasznie lubi fajerwerki, iluminacje, nocne oświetlenia, głosy płynące z góry, detonacje. Samolot, na którym eksperymentuje wciąż wybucha. To może być niebezpieczne. Martwię się o niego. Sam dym z takiej ilości wybuchów może być niebezpieczny. Pan Antoni może poważnie się zatruć.

On jest nadzwyczajny. Gromadzi wciąż naukowców, a ci cierpliwie wyjaśniają teorie kolejnych wybuchów. Samo liczenie tych wybuchów i teorii wymaga ogromnego wysiłku. Naukowców pana Macierewicza są na szczęście miliony. Kiedy wchodzą czwórkami za stół konferencyjny, aż ziemia drży. Lubię te momenty. Wzruszenie i radość ściskają mi gardło. Zwłaszcza wtedy, kiedy razem z panem Macierewiczem posiedzeniu przewodniczy pani Paranoja.

Paranoja nadrzewna

Właśnie usłyszałem w telewizji Adama Bielana. – Oni tu już idą! – Zawołał strasznym głosem.

– Kto? – Krzyknąłem.

– Oni! Aresztanci! Kułacy! Złodzieje! Oficerowie śledczy! Hodowcy królików! Uciekajcie! – Krzyknął ostrzegawczo.

Szczerze powiem: zapłakałem z rozpaczy. Znowu okupanci!

Linki do najnowszych recenzji powieści Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego:

09 04 2015 Autorka recenzji: Agnieszka Kolanowska, http://nieterazwlasnieczytam.blogspot.com

10 04 2015 Autorka recenzji: Katarzyna Roszczenko, http://www.zksiazkawdloni.pl

Zagubiłem się

Zagubiłem się. W polityce, w planach imperialnej Rosji, w Internecie szukając recenzenta, w pogodzie, która w Gdańsku jest marna, pochmurna, deszczowo-śniegowa, za to we Wrocławiu słoneczna i ciepła.

W ciągu dnia odnajdywałem się w różnych miejscach: w sklepie warzywnym, gdzie kupiłem kilka produktów do domu, lecz nie znalazłem łuski cebulowej do malowania pisanek wielkanocnych, na dworze, gdzie znajoma ścieżka prowadziła mnie do domu jak wóz z pijanym woźnicą konia do rodzonej stajni, w myślach, lecz nie w pamięci, która – jest to już wspominałem – starzeje się szybciej niż ciało.

Wierzę w to stwierdzenie, jak w mało co, z wyjątkiem pana Boga, który nie wiem, czy nawet słyszał o Michaelu Tequili, podobnie jak przedstawiciele nieba na ziemi czyli hierarchia kościelna, którą bardziej niż czytanie dobrych powieści trapią wierni oddalający się od Kościoła, oraz niewierni występujący do sądu z żądaniami rekompensat finansowych za molestowanie.

Molestowanie to czynność, która przychodzi zbyt wcześnie: kiedy chciałbyś, aby cię molestowano, to jakoś brakuje chętnych. Tylko politycy są wytrwali w męczeniu obywateli poglądami, podobnie jak Prezydent Putin w molestowaniu Europy i Ameryki ambitnymi planami. Ciekaw jestem, czy sprawy te trafią kiedyś do sądu z żądaniami rekompensaty ze strony poszkodowanych?

Na szczęście odnajduję się łatwo w moim pokoju, konstrukcji nader prostej: z tyłu ściana, z lewej strony okno, z prawej łóżko z materacem, z którego jestem dumny, z przodu biurko z dwoma monitorami. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to przekonuję z całej siły, że warto mieć dwa monitory: idealne rozwiązanie, kiedy potrzebujesz coś kopiować, porównywać, pisać tekst i równocześnie czytać inny tekst na ekranie. Jeśli zyskam sławę, to z pewnością częścią drogi do niej będą dwa monitory, ułatwiające pracę i przyśpieszające myślenie.

W momentach zagubienia zwracaj się o pomoc do swojej żony. Nie dziwię się, że Kościół, matka nasza, popiera instytucję małżeństwa, ponieważ jedynym źródłem prawdy o mężczyźnie jest jego żona. Jeśli nie jesteś żonaty, ożeń się, aby poznać tę prawdę, a jeśli jesteś, to możesz pomyśleć o rozwodzie, ponieważ znasz już prawdę i wiesz, ile jesteś wart. Określenie „ile” jest rozciągliwe: może oznaczać „nic”, „mało”, „dużo”, „czy ja wiem” i jeszcze więcej.

Chyba znowu pogubiłem się. Trudno, taki dzień.

Drogi Czytelniku,

Niniejszym daję Ci gwarancję wysokiej jakości mojej powieści. Gdybyś nie daj, Boże, poczuł się rozczarowany, masz gwarancję przeprosin z prawem wyboru formuły. Poniżej przedstawiam Formułę 1. W przyszłości dalsze formuły.

Pośpiesz się z zakupem, nie musisz spieszyć się z reklamacją!

Formuła 1:

Pana/Pani krytyka mojej powieści „Sędzia od Świętego Jerzego” jest niezwykle trafna. Zgadzam się z Panem/Panią, że fabuła jest nudna, bohaterowie są gorsi od polityków, a zakończenie powieści jest beznadziejne. Zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy sam zacząłem czytać powieść. Było już jednak za późno, aby cokolwiek zmienić.

Szczerze przepraszam za lichą jakość utworu.

Niech Bóg Pana/Panią błogosławi w drodze ku lepszej literaturze, jeśli taka istnieje.

Z poważaniem,

Michael Tequila.

 

O rzeczach ważnych

– Nie ma o czym mówić, wszyscy zajmują się albo polityką albo katastrofami, pożarami, utonięciami i innymi nieszczęściami. – Takimi słowy powitał mnie Iwan Iwanowicz, nazwiska nie wspomnę, gdyż jest znane wszystkim ludziom oczytanym. Było to w zimowy, zdrowy poranek charakteryzujący się małą ilością śniegu i temperaturą lekko poniżej zera.

– Jakież to inne, zapewne ważne, sprawy ma pan sam ma na myśli, Iwanie Iwanowiczu? – Zapytałem patrząc z przyjemnością na starca, który niejednemu zaimponowałby młodością ducha i zdrowego tryby życia.

– Nie będę niczego owijać w bawełnę w mroźny dzień, gdyż nie uchroni ona przed zimnem największej nawet prawdy. A jest nią to, że czytam – i to z wielką przyjemnością – „Biesy” Fiodora Dostojewskiego, delektując się klasą jego pisarstwa, urokami języka i cudownymi postaciami, jakie stworzył. Czy pan wie, że to on pierwszy pisał o nadczłowieku, a dopiero w dwa lata po nim ukazała się książka „Tako rzecze Zaratustra” Nietzschego, filozofa niemieckiego traktująca o nadczłowieku, do którego nawiązała potem ideologia nazistów i Hitlera? Równocześnie wyrażam żal, że zaniedbywałem czytelnictwo przez zbyt wiele lat, przez co czuję się dzisiaj jak Kolumb, który odkrywa Amerykę odkrytą wcześniej przez innych i to wiele razy.

Pocieszyłem Iwana Iwanowicza, że nie jest pierwszym Kolumbem, który odkrywa rzeczy odkryte, jak pewien mężczyzna, który odkrył, że jest do kitu i podjął się opisania swojej nędzy osobistej.

– Ja to rozumiem. – Podchwycił Iwan Iwanowicz. Jedni piszą o swojej wielkości, bo jej nie mają, ale potrzebują, drudzy zaś o swojej nędzy, bo mają jej w nadmiarze i chcą zrzucić części tego ciężaru zwanego przez psychologów zbędnym bagażem osobistym.

Nedza z bidą Kazimierz Władysław Wójcicki

– Zapewne w taki delikatny sposób, aby nikogo tym nie obarczyć. – Zasugerowałem.

– Niekoniecznie. – Odpowiedział Iwan Iwanowicz z tajemniczym uśmiechem. Znam taki jeden przypadek. Ów osobnik z ciężarem osobistej nędzy usiłował obarczyć nim Pana Boga.

– No i cóż na to Pan Bóg.? – Byłem ogromnie zainteresowany.

– Nic, nie odezwał się nawet. Myśli pan, że Stwórca nie ma innych rzeczy na głowie niż odpowiadanie na zapytania, prośby i żale jednostek.

– To było bardzo podobne do żądań górników z prywatnej spółki rządowej, aby rząd – jak dobry Bóg – zajął się nimi, przeznaczając na cele pomocy dla padających na nos kopalni publiczne, czyli nasze pieniądze.

1024px-Katowice_Coal_Mine

– Identycznie. Miałem sen na temat pomocy. – Tu Iwan Iwanowicz wdał się w nieco zawiłe rozważania w stylu Fiodora Dostojewskiego, ale nie miałem czasu już go słuchać. Poczułem się jak Stwórca i rząd, którzy nie mają czasu na słuchanie wszystkiego i wszystkich.

 

Horoskop Autorski Roku 2015

Po powrocie z Indii poczułem się wzmocniony, uduchowiony, optymistyczny i twórczy. Poprawił mi się wzrok, lepiej czytam w gwiazdach. Efektem jest horoskop na rok 2015 uwzgledniający także czynniki eteryczne ważne w życiu każdej jednostki i narodu.

W Polsce umocni się wzrost gospodarczy. Najszybciej będzie rosła produkcja hormonów przyśpieszających wzrost wagi drobiu oraz konserwantów żywności. Zostanie wprowadzony unijny patent na produkcję kiełbasy i szynek z zawartością mięsa mniejszą niż 15 procent.

Dzięki wzrostowi uposażeń lekarzy, znacząco spadnie wskaźnik ubóstwa i bezdomności społeczeństwa. Wzrost zamożności pracowników służby zdrowia poprawi wskaźniki leczenia społeczeństwa chorego na kolejki.

Wzrost czytelnictwa w Polsce będzie słabszy, za to pisarstwa szybszy. Więcej będziemy pisać, niż czytać. Na jednego czytelnika przypadnie trzech pisarzy. Najbardziej poczytną pozycją okaże się powieść „Sędzia od Świętego Jerzego”.

Wybory parlamentarne wygra Prawo i Sprawiedliwość. Przesądzi to sprawę wieku emerytalnego. Polacy będą żyć dłużej, pracować krócej i otrzymywać większe emerytury. Ten model systemu emerytalnego zostanie zaadaptowany w Grecji, Hiszpanii i Portugalii.

Po wygranej PiS w wyborach parlamentarnych Polska zyska sławę kraju najskuteczniej propagującego paranoję jako zdrowy styl życia. Film „Jak wygrałem kolejne wybory parlamentarne” z Jarosławem Kaczyńskim w roli głównej uzyska nominację do Oskara w kategorii najlepszych filmów zagranicznych. Największym konkurentem będzie „Ja też” w reżyserii Kim Ir Una z Korei Północnej.

W Rosji mało kto będzie jeszcze wierzyć w Boga, powszechna stanie się wiara w prezydenta Putina. Jest możliwe, że prezydent Putin zastąpi kilku świętych. Decyzja będzie zależała od Dumy. Będzie to rok umacniania wiary w świętość przywódców krajów Wschodu. W Polsce będzie na odwrót, wszyscy uwierzą w Boga; nikt już nie będzie wierzyć w rząd, w którym premier i minister zdrowia są lekarzami.

Wzrost gospodarczy w Rosji spadnie poniżej 0,2 procenta, co dodatkowo umocni kult Prezydenta Putina. Rosjanie mają patriotyczny stosunek do rzeczywistości: za problemy gospodarcze kraju będą winić Stany Zjednoczone i Unię Europejską, nie zaś rząd jak czynią to Polacy.

Dzięki korzystnemu układowi gwiazd Polacy rozwiną w sobie bardziej filozoficzny stosunek do życia.

433

Upowszechni się zdrowy tryb życia z wykorzystaniem roweru jako powszechnego środka stymulacji organizmu i ducha.

441

Więcej natury, mniej spalin, poprawi także sytuację zwierząt w miastach.

432

 

 

 

O zezwierzęceniu człowieka

Przy stole biesiadnym wynikła rozmowa. Była ona bogatsza i bardziej odżywcza niż sama biesiada, która okazała się prostym śniadaniem. Uczestników wybrał sam Mikołaj Rej, który wygodnie dla mnie zmaterializował się na tę okoliczność. Ja, gospodarz domu i pokoju niespokojnej pracy twórczej, zmieniłem nieco ich płeć i role tak, że w końcu stało się to rozmowa między Panem, Wójtem i Plebanem, gdzie Pan był mężczyzną, a Wójt i Pleban kobietami. Mikołaj Rej podkreślił dla jasności, że była to rozmowa między trzema osobami, ja uznałem to za zbyteczne.

Oto wierny (jak pies) zapis rozmowy:

Pan: Testem człowieczeństwa kobiety jest głośne zawołanie na ruchliwej ulicy: „Człowieku!. Żadna kobieta nie obejrzy się. Wątpiącym i mniej oczytanym wyjaśnię, że była to odzywka prowokująca, a jej celem było przetestowanie odporności psychicznej Wójta i Plebana, ucieleśnionych postaciami kobiet, istot, które nie za bardzo rozumiem.

Po chwili namysłu i milczenia, co było również okrutne, pani Pleban odpowiedziała:

Testem człowieczeństwa mężczyzny jest głośne zawołanie na ruchliwej ulicy: „Frajerze!”. Obejrzą się wszyscy mężczyźni.

Było to odważne stwierdzenie, wręcz zabójcze. Ugiąłem się pod jego ciosem, uznałem jednak prawdziwość i skuteczność tego testu. Sam nie wiem, jakbym się zachował, gdyby jakaś pani Pleban krzyknęła na ulicy „Frajerze!” dostatecznie blisko, abym to usłyszał. Nie chodzi oczywiście o uparte zarozumialstwo mężczyzny, że nie jestem frajerem, i dlatego nie odwracam się na takie zawołania. Po prostu zrobiłbym to z ciekawości, gdyż nigdy jeszcze nie słyszałem na ulicy kobiety wołającej „Frajerze!”.

Po wymianie argumentów, czyli wszystkich za i przeciw oraz pro i contra, jak również niektórych plusów i minusów, osoby obecne przy stole nie doszły do porozumienia, jak to jest z tym człowieczeństwem kobiety i mężczyzny. Też mam wątpliwości od czasu, kiedy przeczytałem, że Darwin po spowiedzi przed Bogiem i uzyskaniem rozgrzeszenia (bez pokuty) opublikował teorię ewolucji gatunków, w której udowodnił zwierzęcość wszelkiego człowieka.

W ostatnich latach potwierdziły ją badania genetyczne. Pokazują one, że genotyp małpy człekokształtnej i człowieka są do siebie podobne mniej więcej w 97 procentach. Pozostałe trzy procenty to nasza prawdziwa „ludzka twarz”.

Nie wiem, w czym ona się wyraża. Chyba w poczuciu humoru, wyrafinowaniu, niszczenia środowiska naturalnego oraz zdolności czytania i pisania, które i tak psu na budę się zdało, skoro nie umiemy mądrze żyć.

O racjonalności powyższych poglądów świadczą dwie obserwacje:

Żadna małpa nie nazwie drugiej: „Ty człowieku!

Człowiek dosyć często definiuje bliźniego mianem „Ty małpo”.

Udowadnianie nieludzkiego pochodzenia człowieka może być pasją.

 

U drzwi Twoich stoję, Panie

Dzisiejsze czasy określam mianem nadzwyczajnych; zasługują one na to godne miano, gdyż mamy do czynienia z instytucjami, które zastępują pana Boga w decydowaniu o losach człowieka. Mam na myśli polskie banki. Kiedy przychodzisz do banku i pokazujesz nieograniczone pełnomocnictwo do czynności prawnych, którego udzielił ci klient banku, urzędnicy odmawiają ci załatwienia prostej sprawy na przykład zmiany adresu zamieszkania klienta na zasadzie „To nie jest dobre pełnomocnictwo” i żądają szczegółowego pełnomocnictwa, sami nie umiejąc określić szczegółowych uprawnień, jakie powinny się w nim znaleźć.

Podobnie nadzwyczajną instytucją jest tylko jeden polityk, a mianowicie Jarosław Kaczyński, którego my, całe społeczeństwo, powinniśmy wybrać na przywódcę narodu w czasach krańcowego głodu i wyczerpania umysłowego. Życzę mu, aby żył wiecznie, podobnie jak życzono potężnym faraonom. Jest to jedyna znana mi osoba, w dodatku o postaci nieskazitelnej panienki, która potrafi wykręcać kota ogonem, dokonywać egzorcyzmów, wywoływać duchy, wskrzeszać umarłych polityków oraz grzebać żywych, i generalnie czynić cuda, którym mnie przynajmniej wciąż brakuje. Czekam niecierpliwie przebierając nogami, kiedy wreszcie obejmie on urząd premiera i uszczęśliwi masy pracujące, poszukujące pracy i te, które są już na emeryturze lub utrzymaniu starych rodziców. Nie napisałem żadnych konkretów, co proponuje i obiecuje Jarosław Kaczyński, ponieważ jego worek świętomikołajowy obejmuje wszystkie dobra materialne, usługi i zabawki, jakich życzy sobie każdy naród.

old-painting-of-kali-CE04_l wielorękiej

W Indiach, gdzie od wieków panuje wielobóstwo, Jarosław Kaczyński jest bogiem zwanym Jaroka; ma wiele rąk, wiele ust i tylko jedną małą głowę oraz miliony wyznawców. Już samo to jest cudem. W encyklopedii znalazłem jego opis: bóg uzdrawiającej burzy, władca piorunów, król niebian, istot dobrotliwych i bohaterskich, pogromca złych mocy i demonów, opiekun nieszczęśników poszukujących nieistniejącej prawdy. Zdumiewające, jak Polska i Indie są do siebie podobne.

Karykatura  

Zstąpił z obrazu z czarnymi ramami. Zrazu zszokowany zmianą, otrząsnął się, ukląkł i modlił się. Bóg tchnął w niego życie. Klatka piersiowa zaczęła miarowo podnosić się i opadać. Zebrani na sali patrzyli na przemianę jak urzeczeni. Zapytany, kim jest, przedstawił się rzeczowo: – Jestem karykaturą posła Xawerego M, człowieka określonego politycznie na tyle, aby mieć swoją karykaturę.

– Rzadko się zdarza, aby ktoś przyznawał się, że jest karykaturą kogoś znanego. – Skomentował mordziasty poseł z partii opozycyjnej.

Karykatura zamieszkał w sali parlamentarnej, gdzie się pojawił, w obrazie trójwymiarowym, tuż obok fotela swego oryginału czyli Xawerego M.

Postać Karykatury była raczej osobliwa jak na polityka. Bardziej spokojny i wyważony niż pierwowzór, niekiedy nawet milczący, starał się mówić niewiele, lecz mądrze. Sam oryginał, Xawery M, był bardziej karykaturalny niż Karykatura. Pasjonat, gadał jak najęty, plótł androny o spadających samolotach i nie znosił siebie samego, o czym świadczyły wybuchy gniewu, kiedy coś mu się nie udało. Przeciwnicy polityczni uważali go za opętanego. Xawery był pobożny i nie znosił rządu, pełnego pychy. Za to nieprzerwanie ich ostrzeliwał zjadliwymi słowy. W chwilach uniesienia rząd i premier jawili mu się bardziej nikczemni niż jawnogrzesznica Magdalena i bardziej godni kary niż dotknięty trądem Hiob na początku swej niezwykłej kariery oddania Bogu.

Xawerego wielu usprawiedliwiało w jego szalonym postępowaniu, ponieważ – oprócz przypadłości gorzko-cierpkiego języka – cierpiał także na syndrom niespokojnych nóg. Miał dom na wzgórzu, dokąd udawał się, aby swobodnie rzucać kończynami dolnymi, jak w napadzie padaczki; potrafił wtedy także rżeć jak mustang na prerii. Widok był na tyle niemiły, że sam nie znosił widzieć siebie w lustrze. Na dolegliwości kończynowe brał lek, który – na dobrą sprawę – był karykaturą medykamentu, ponieważ był przeznaczony zasadniczo do zwalczania choroby Parkinsona, i tylko uboczny skutek działania błogosławiąco łagodził rozbiegane kończyny.

W porównaniu z oryginałem, Karykatura charakteryzował się większym nosem i małym kotem, który siedział u jego stóp na obrazie. Miał poczucie wyższości, ponieważ obraz ten wyszedł spod ręki znanego artysty prowadzącego otwarty warsztat karykatury na deptaku Monte Cassino w Sopocie.

Xawery M miał nos pokaźny, nie za duży, lecz aspirujący do wielkości, lecz nie to było najważniejsze. Xawery nie cierpiał siebie, kiedy był sam, w domu, ponieważ wiele osób otwarcie wieszało na nim psy za jego poglądy. Dlatego też nadymał się do niemożliwości, kiedy występował na sali parlamentarnej. Mówiono, że również dlatego, aby rozmiarowo zbliżyć się do Karykatury.

Czasami Karykatura i Ksawery zamieniali się rolami. Mało kto to zauważał, tak doskonale grali swoje role. Nie można było rozpoznać, kto jest kto, z wyjątkiem nosa oczywiście.

Kiedy nadszedł czas i Xawery odszedł na emeryturę partyjną, Karykatura został jego następcą, repliką, cieniem, odzwierciedleniem i sobowtórem. Dokładną ilość tych ról określał testament Xawerego, który w swojej szczodrobliwości zapisał Karykaturze także swój wizerunek poselski, fotel parlamentarny i laptop, którego nie używał. Podmiany Xawerego na Karykaturę nikt nie zauważył.

W parlamencie nic się nie zmieniło, była ta sama postać, tylko nieco bardziej milcząca. Było ciszej i z mniejszą ilością przekleństw. Inni parlamentarzyści i goście, słabiej znający polityka, dociekali przyczyn zmian. – Dlaczego jesteś taki spokojny? Nie przeklinasz, nie cieszysz się, nie rzuca tobą po podłodze, mniej mówisz o obiektach latających.

– Zmieniłem się.- Odpowiadał z godnością Karykatura vel Xawery prostując plecy i gładząc intensywnie duży nos i siwą szpicbródkę w celu wzbudzenia tajemnych mocy przed kolejnym atakiem na rząd, państwo i podłą rzeczywistość.

 

 

Indie. Podróże szczęścia i przeznaczenia.

images (1)Pochyliłem się z pokorą nad losem rodaków, kobiet i mężczyzn, którzy mogą pracować, a nie pracują, mogą nie brać zasiłku dla bezrobotnych, a biorą, choć jest nędzny, a nade wszystko są nieszczęśliwi ze swego losu. W kraju tylko dwie osoby pochylają się nad nimi ze współczuciem, choć z różnej perspektywy: Jarek i ja. Jarek pochyla się nad nimi pobożnie, szepcząc swoim ciepłym głosem: Twój los nie jest twoim losem. Tylko rząd jest winien zła. Wyraź swą wściekłość i głosuj. To ci ulży.

Jestem podły, nie stać mnie na tyle uczucia. Jestem mniej wyrozumiały. Głoszę tylko pociechę porównawczą: – Myśl o swym losie myśląc o mieszkańcach Indii. To koi skutecznej skołatany umysł i serce niż doskonały poniekąd środek przeczyszczający, który otrzymałeś gratis na ostatnim nocnym marszu z pochodniami.

Moje kuszenie jest bardziej naturalne i sięga trzewi rozumu, nie żołądka. Kiedyś objawił mi się pewien Święty, zbliżony do Pana Boga i przekonał mnie, że Najwyższy nie życzy sobie, aby powoływać się na niego.

– Za mało mnie znacie. Tak dosłownie powiedział. –Wyjaśnił mi Święty.

Przytoczone poniżej fragmenty życia w Indiach poruszyły mnie głęboko. Uznałem je za skuteczną psychoterapię również na własne skargi i utyskiwania. Może ktoś jeszcze odkryje w nich zbawcze światło refleksji nad własnym życiem?

”Indie. Miliony zbuntowanych” V. S. Naipaul’a to zbiór reportaży wielokrotnie wyróżnianego pisarza pochodzenia hinduskiego.

„To było w 1980 roku. Miałem czterdzieści lat. W tym wieku po raz pierwszy w życiu dorobiłem się własnego pokoju. To było jak sen w miejscu takim jak Bombaj, gdzie ludzie sypiają na chodnikach albo w kanałach. Nic lepszego nie mogło mi się przydarzyć.

Dzięki moim dobroczyńcom jeszcze trzy lata temu mieszkałem w samodzielnym pokoju w starym domu ze wspólną toaletą dla czterdziestu osób. W tych warunkach nie mogłem marzyć o małżeństwie.

Ożeniłem się, mając czterdzieści pięć lat; moja zona miała trzydzieści dziewięć. Obje musieliśmy czekać długo na te łaskę. I Bóg nas pobłogosławił, dając nam w tym późnym wieku dodatkowe szczęście: urodziło nam się dziecko.

Nadal jestem przekonany, że mógłbym zajść o wiele wyżej, gdybym znalazł trochę więcej zrozumienia i współczucia. Albo może w innym kraju. Cały czas prześladuje mnie poczucie, że nie mogę wznieść się wyżej niż się wzniosłem. Nie mogę się uniezależnić od mojego pracodawcy i wspiąć się wyżej.

Zacząłem, jako sekretarz, jestem sekretarzem i pewno skończę jako sekretarz. Nie zaszedłem wyżej niż mój ojciec czy dziadek na początku stulecia. Jedyna pociecha to to, że nawet jako sekretarz nie mam tak źle, jak większość innych sekretarzy. I może nawet myślę o sobie, że jestem kimś więcej niż tylko sekretarzem”.

PS. Będę głosować na partię, która bez względu na zimny klimat wprowadzi obowiązek głośnego publicznego czytania V. S. Naipaul’a Indie-Miliony-zbuntowanych.html

Czar dyskusji Polaków na blogach  

Początek cytatów dyskusji o technologii kart bankomatowych:

Karta nie ma żadnego zasięgu – wszystko zależy od mocy anteny nadawczej i odbiorczej – jak nie wiesz, o czym piszesz, to zamilcz!

Kolejny matoł naoglądał się debilizmu w Internecie. Może jeszcze rozruszniki kradną skanując gumką z majtek?

Wiesz tępy polaczku jak działa rfid i nfc?

Chłopie, przyłóż kartę do czytnika z 10 cm i zobaczysz, że nic nie zczytasz, to jakim cudem ktoś kto za tobą coś zczyta? Nie oglądaj więcej filmów scifi.

Karta wysyła sygnał- to jest fachowość czyli brak pojęcia o karcie, ale mądrzy się dureń jakby już gimnazjum skończył…” Koniec cytatów.

Kazanie objaśniające:

Sprawa jest o rasizmie i nietolerancji. Ten, kto wie wszystko o kartach bankomatowych, to oczywiście biały, a ten, kto nie wie nic lub wie mniej, jest czarny, mówiąc po imieniu Czarnuch, Murzyn, Banan i Asfalt. I jedni i drudzy w istocie rzeczy są kolorowi zapominając, że są jeszcze internauci żółci (na Dalekim Wschodzie) oraz czerwoni ( w Ameryce Północnej).

Świat jest etnocentryczny, wskutek czego sposób widzenia człowieka zależy od miejsca urodzenia i zamieszkania obserwatora. Jeśli mieszkasz w czarnej Afryce, to wszyscy osobnicy z białą skórą są dziwni, może nawet nienormalni. Kto normalny ma białą skórę, gdzie wszyscy są czarni? – Takie podejście jest quite legitimate czyli całkiem uprawnione. W Afryce nawet Najświętsza Maria Panna i Chrystus bywają w czarnym kolorze.

Kiedy o tym myślę, ciarki biegają mi po grzbiecie szybciej niż mrówki podniecone podsłuchami w restauracji. Dawna nienawiść i wrogość wobec ludzi o innym kolorze skóry przeniosła się na blogi, na ludzi innej wiedzy niż nasza. Jest to śmieszne, ponieważ każda z w miarę sensownych wypowiedzi na blogu dotyczących tematu może być pozytywnym wkładem w rozumienie problemu. Jeśli nawet ktoś błądzi przekazując informację, która nie jest prawdziwa, to i tak jest w tym coś pozytywnego: pozwala czytelnikom dowiedzieć się, co nie jest prawdą.

Wynurzeń nie kończę apelem, jako że apele kojarzą z poległymi. Zachęcam natomiast do tolerancji na blogach i forach internetowych. Także czujności. Nie wyróżniaj ignoranta odpowiedzią na jego wypowiedź, ponieważ to go tylko pobudzi. Skoncentruj się na wypowiedziach tych osób, które rozumieją, co wiedzą i piszą, i znają swoje ograniczenia.

Było to orędzie religijne. O czasu, kiedy religia przeniosła się z kościołów do szkół, stałem się kaznodzieją. Tanim, bo tanim, ale kaznodzieją gorliwie siejącym ziarno poznania z Jedynej w Kraju Ambony Obiektywnej i Niewzruszonej Prawdy.

Kończę już. Niech rozważny i wybaczający Bóg będzie z każdym internautą w najtrudniejszym dla niego momencie na blogu! Oczywiście jest to możliwe tylko wtedy, jeśli wierzysz w Boga. Jeśli nie, to niech Materia będzie z Tobą. Jeśli nie wierzysz ani w Boga ani w Materię, to znaczy, że znalazłeś się na intelektualnym i uczuciowym pustkowiu.

Chrzest z ciepłymi wspomnieniami. Część 2 plus kilka słów o grzechu.

Słowa księdza kierowane do dzieci, nieświadomych bohaterów chrztu, zawierały znaczące elementy wiedzy i poezji. Czytając je należy wziąć poprawkę, że mogą być wyrwane z kontekstu, choć wyrywałem je bardzo ostrożnie. Są jednak autentyczne i objawiają ducha komunikacji religijnej z poetami i prozaikami: „Jesteście zaproszeni do udziału w nieskończoności”, „rozpoczynamy od egzorcyzmów”, chrzest to „nuklearna tarcza boża”, „dzieciaczki w pierwszej linii, bo rękę mam krótką”, „uwalnia je od skazy grzechu pierworodnego”, aby „otrzymali życie z wody i ducha świętego”. Księży język zbrojny był w poezję i moc sprawczą.

Kiedy ksiądz zwrócił się do rodziców: „Wyrzeknijcie się grzechów”, a oni głośno i zdecydowanie potwierdzili „Wyrzekamy się”, odpowiedź uznałem za niebezpiecznie twórczą. Wyrzec się grzechu to tak, jakby zdecydować się nie jeść. Nie śledziłem dalszych dziejów rodziców, podejrzewam jednak, że ich obietnica nie w pełni była uczciwa. Mam nadzieję, że pan Bóg jej nie słyszał, bo by nie uwierzył.

Na scenę przywołany został Szatan. Mało go znam, ale dużo o nim słyszałem. Pojawił się w pytaniu księdza: „Czy wyrzekacie się Szatana, który jest głównym sprawcą grzechu?”. Wyrzekłem się go razem z innymi, choć wiem, jak trudno jest powstrzymać się od grzechu, który jawi się w tylu postaciach, że trudno spamiętać: agresywności, krzyku, podejrzliwsi, niecierpliwości, kłamstwa. Wiem coś o tym, bo nie jestem bez winy. Wypada mi przypomnieć listę grzechów głównych: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, lenistwo. „Nazywa się je „głównymi”, ponieważ powodują inne grzechy i inne wady, a także są podłożem, na którym może powstać i rozwinąć się wiele innych występków, nieprawości, zaniedbań” (Wikipedia). Hieronim Bosch przedstawił to pieknie na swoim obrazie „Siedem grzechów głównych”.

hieronymus_bosch_siedem_grzechow_glownych

Nie wypada mi, obserwatorowi i samozwańczemu protokolantowi jednej mszy i wielu chrztów, przeciągać struny cierpliwości, dlatego przyśpieszę akcje przypomnieniem żołnierskiego zawołania księdza. Tak mnie ono urzekło, że zapisałem je sobie po kryjomu: „Teraz rodzice w lewo zwrot, tu jest chrzcielnica i zaczynamy! Odtwórca głównej roli przemawiał głosem dowódcy, który doskonale pamiętam z przeszłości: przeciągał, akcentował i wyróżniał zgłoski barwą głosu. Chrzest nabrał charakteru prostej żołnierskiej uroczystości, gdzie ważna jest szybkość, skuteczność i zgodność z regulaminem. Do głowy przyszła mi myśl, że prowadzący być może jest po kielichu wina (Jeśli był to kapelan, to to go rozumiem. Kapelan jest i kapłanem i żołnierzem, czasami urzekająco wysokiej rangi). Padały słowa: „Anno Mario! Ja ciebie chrzczę”, a zaraz potem „Proszę następne dzieciątko”. „Dzieciątko” było ulubionym i jednym określeniem płci niemowlęcej. Wezwani zbliżali się niesieni przez rodziców, jeden po drugim. W międzyczasie chór intonował: Gloria, gloria, gloria!

Zakończenie uroczystości nie było dramatyczne. Zapadło jednak w pamięć, co odczuły osoby wrażliwe, do których niechcący zaliczyłem także siebie. Duchowny w czerwonej komży z jasną, prawie białą stułą, w okularach, które wyróżniają współczesnych kapłanów od wcześniejszych, kiedy Zeiss jeszcze nie produkował soczewek, podsumował: „Żadne ciemności nie przeszkodziły, ani nie utrudniły. Wszystkie dzieciątka dotarły do celu!”, po czym zaintonował: Alleluja. Pojawiły się żywe oklaski. Chyba dawno nie byłem już w kościele, ponieważ ten przejaw spontaniczności mnie zaskoczył.

Chrzest z ciepłymi wspomnieniami. Część 1.

Uczestniczyłem w ceremonii chrztu, która odświeżyła moją wiarę, gdyż własnego nie pamiętam. Był to chrzest hurtowy; chrzczono wiele dzieci. Mój własny chrzest był detaliczny; byłem wówczas jedynym aktorem, postacią oczywiście pozytywną podobnie jak wszystkie niewinne dzieci. Czasy zmieniły się, co zauważam jako pisarz wnikający w treść przemian społecznych podobnie jak Maria Konopnicka, Bolesław Prus i Eliza Orzeszkowa. Pasja jest we mnie podobna; brak mi tylko ich sławy. To przychodzi pośmiertnie niekiedy wraz z pieniędzmi, co ucieszy pokolenia zstępne.

Na początku była ciemność korytarza wejściowego, a potem był chaos, niewielki ale zauważalny. Przy samym ołtarzu panował tłok, nie można było dostrzec aktu chrztu ani jego główny aktorów: dzieci, księdza, rodziców biologicznych i chrzestnych.

Wielki kościół, historyczny zabytek, surowy z zewnątrz jak samo średniowiecze, z niezwykłe długą nawą główną, wielką ilością rzeźb, obrazów i złoceń po obydwu stronach nawy oraz światłami kandelabrów, imponował nastrojem i rzeszami wiernych. Wypełnili oni wszystkie ławki, sporo też paradowało z wózkami dziecięcymi w tylnej części kościoła.

Czytanie „Z dziejów apostolskich” nie wydało mi się tematycznie dobrane do przewodniego wątku uroczystości. zapamiętałem słowa: „Herod zaczął prześladowania, … ściął głowę Jakubowi, … pojmał Piotra”.

Słowa księdza celebrującego uroczystość zapadły mi w pamięć. Może dlatego, że niezbyt często chodzę do kościoła, czego sobie bynajmniej nie chwalę. Uroczystość chrztu wydała mi się wspaniałym teatrem. Nie piszę tego krytycznie, gdyż teatr jest znakiem naszych czasów: występy publiczne, uliczne i restauracyjne (połączone z nagrywaniem gości), happeningi, demonstracje i „manify”, Jarosław Kaczyński z jego inkwizycyjną walką ze złem, parady gejów i lesbijek, których to odszczepieńców od miłości tradycyjnej papież Franciszek obejmuje postulatem miłości bliźniego. Z wszystkich objawów teatralności współczesnego świata, jedynie papież Franciszek jest dla mnie autentyczny i prawdziwy.

Treści głoszone przez księdza zaskoczyły mnie nieco. Zachowałem je wiernie w pamięci, aby podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy. Oto niektóre z nich: „Mówić o Bogu prawdziwym, a nie fałszywym”, chrzest ma na celu pomóc dziecku, aby nie wyrósł z niego „człowiek bylejaki, letni”.

Postać księdza-celebranta przywołała w mej pamięci liczne wspomnienia z czasów studenckiej służby wojskowej, która była nużącym jednodniowym lecz cotygodniowym zajęciem w Studium Wojskowym Politechniki Gdańskiej, lecz zarazem sceną spontanicznej rozrywki oferowanej przez studentów-plastyków. Zachowałem ich we wdzięcznej pamięci jako utalentowanych aktorów, reżyserów i statystów dziejów lokalnej wojskowości PRL.

Ksiądz mi przypomniał owych studentów-artystów pewną teatralnością, zaś głosem i sformułowaniami oficerów prowadzących zajęcia. Były to osoby wybrane, wojskowi od kapitana do pułkownika, rzadko kiedy trafił się jakiś zagubiony poruczniczyna. Studenci stanowili oczytane i wymagające audytorium, dlatego też na scenie przeciwstawiano im aktorów doświadczonych i zahartowanych w działaniach teatru wojny za żelazną kurtyną.

C.d. nastąpi dzisiaj, być może jutro.-J

Pean prawdy o kobiecie

Postanowiłem zostać peanistą czyli osobnikiem piszącym peany. Jeśli nie ma takiego wyrazu w słowniku języka polskiego, to czas, aby zaistniał.

Chodzi o pean na cześć kobiet, gatunek literacki często uprawiany w przeszłości w celu wyrażenia podziwu oraz –podejrzewam – ocieplenia relacji damsko męskich. Są to sprawy wielkiej miary, godne wysiłku pisarskiego i cennej uwagi czytelnika.

Moje myśli o kobietach są dwoistej (jeśli nie troistej) natury: pozytywne i szlachetne, ale także krytyczne i mroczne. Taki jest mój świat: we wszystkim upatruję dualizm charakteryzujący się warunkami krańcowymi, ekstremami. Jestem osobnikiem miotającym się między krańcowościami: z jednej strony – uwielbieniem i szacunkiem dla płci pięknej, z drugiej strony – jej niezrozumieniem i niechęcią. Zastanawiałem się nad tym, czy jest to postawa sensowna i doszedłem do wniosku, że i tak, i nie. Jeśli moje rozważania wydają ci się pokrętne, to posłuchaj posłów debatujących dowolną kwestię przekraczającą elementarne umiejętności czytania, pisania i mówienia.

Wracam do zagadnień feministycznych.

W życiu codziennym kobiety tematem „Numero Uno” jest czystość, w szczególności zaś kurz rozumiany przez nią jako waga, na której ważą się szale życia przyzwoitego i szacownego. Wiąże się to ze szczególnym wzrokiem kobiety, wyostrzonym przez samego Stwórcę do wzroku orła dostrzegającego z odległości kilometra malutką myszkę przykucniętą pod nawisem trawy. Kobieta dostrzeże pyłek nawet tam, gdzie go nie ma. To znaczy nie ma dla mężczyzny, ale jest dla kobiety. Dyktuje to niezwykła wrażliwość kobiety na piękno, której pan Bóg pozbawił mężczyznę, czyniąc go przykładowo włochatym tam, gdzie aksamit skóry kobiety odbija srebrne światło księżyca w momentach uniesienia, czyli na piersiach. Jakże wzruszającym przykładem miłości kobiety do czystości jest całodzienny zakaz wydany dzieciom przez matkę unikania salonu, gdzie podłoga została świeżo wypastowana i wypolerowana. Objawia się w tym bezwzględny priorytet czystości nad domownikami, nawet dziećmi. Niech się uczą czystości!

Co do dzieci, to kobieta uwielbia je dotykiem, wzrokiem, słowem i uczuciem. Jest to uwielbienie autentyczne i głębokie, w odróżnieniu od męskiego, które wydaje mi się omalże prostackie i mało rozróżniające. Słowa i uczucia! Fiodor Dostojewski w „Idiocie” dal dowody finezji słownej wyrażania uczuć i myśli osób dorosłych, zwłaszcza zaś księcia Myszkina cierpiącego na epilepsję. Nieśmiało uzupełnię to delikatnymi jak eolska bryza obserwacjami dotyczącymi niewiast oraz dzieci biegających po gołej podłodze i łomocących tak, że sąsiadom z dołu wypadają sztuczne zęby. Kobieta widzi ten problem prosto i jasno: moje dziecko – inne dzieci. – Mój Jasiu to ideał, dziecko spokojne i inteligentne, dziecko sąsiadów z góry to bachor i smarkacz bez wychowania!

Kobieta widzi świat w sposób bardziej konkretny, wyrafinowany oraz … na wskroś sprawiedliwy. Nic tego nie zilustruje lepiej niż historia z życia wzięta. Pewien mężczyzna przyniósł na życzenie żony garnek z piwnicy. Następnego dnia pani domu gotowa w nim mleko. Pech chciał, że mleko i garnek fatalnie się przypaliły. – To twoja wina! – Wykrzyknęła nieszczęśliwa żona. To ty przyniosłeś ten garnek z piwnicy!

Znamienny fakt winy męża powtarzający się w historiach wielu małżeństw i podobnych związków wyjaśnia (przynajmniej częściowo), dlaczego w Stanach Zjednoczonych 70 000 mężczyzn wychodzi z domu do kiosku po zapałki, traci orientację i … już nigdy nie wraca. Rozmarzyłem się myśląc w tym kontekście o moim ulubionym aktorze dramatycznym. Czy nie byłoby cudownie, gdyby Jarosław K. ożenił się, wyszedł do kiosku po „Głos Nawiedzonych”, stracił orientację i nigdy nie wrócił do domu, uszczęśliwiając tym nie tylko żonę, ale i setki tysięcy obywateli kochających ojczyznę w sposób mniej patriotyczny niż on sam?

Myślę, że to dobre zakończenie blogu. Zacząłem od kobiety, która wedle znaków na niebie i ziemi jest istotą doskonałą, i skończyłem na mężczyźnie, który jest również doskonałością w swej nieskończonej wierze w zwycięstwo, miłość do ojczyny oraz nienawiść do przeciwników politycznych.

Kara boska za mówienie

Miałem straszny sen. Byłem otoczony przez ludzi trzepiących językami jak przysłowiowa krowa ogonem, bez chwili przerwy i zastanowienia. Trwał makabryczny jazgot. Zapytani o coś, wylewali z siebie potok słów. Skoncentrowani na sobie, zapominali o rozmówcy, o co pytał, co chciałby wiedzieć i mówili, mówili, mówili. Poczułem się zagubiony i nieszczęśliwy. Nie lubię przerywać brutalnie potoku mowy tylko dlatego, że nie stać mnie na jałowe słuchanie. Nawet jeśli mam czas, nie lubię marnować go na daremną, bezpłodną i nieprzydatną mowę. Przerażenie i pot wypełzły na me bezbronne śpiące ciało i rozlewały się maciupcimi strumyczkami. Obudziłem się pełen zgrozy i zagłębiłem w Internecie w poszukiwaniu odpowiedzi. Były, ale niezadowalające. Są tam rady na wszystko, ale nie na pot, strach i puste przemówienia.

Zadzwoniłem do nieba z prośbą o ratunek. – Poproszę z Panem Bogiem. – Wyksztusiłem niepewny, kiedy uzyskałem połączenie.

Witam. Pan Bóg jest w tej chwili zajęty, ale porozmawia z panem, jeśli zechce pan poczekać. – Odpowiedział mi uprzejmy głos.

A jak długo będę czekać? Tak w przybliżeniu. – Zaproponowałem nie chcąc urazić sekretarki tak znakomitego dostawcy usług pocieszenia i pomocy.

Mogę panu podać dokładnie. Nieprzerwanie monitorujemy ruch osób dzwoniących. Jest pan dwa tysiące trzynasty w kolejce. Ale to nie potrwa długo. – Pocieszyła mnie sekretarka tonem, który wskazywał, że nosi krótkie włosy i sukienkę w niebieskie kwiaty.

– Jeśli nie chce pan czekać na rozmowę telefoniczna, to może pan przybyć tutaj, by porozmawiać osobiście.

To mogę obiecać, nie wiem tylko kiedy. – Mruknąłem pod nosem.

Kiedy nadeszła moja kolejka, powtórzono mi, że rozmowa będzie nagrywana dla potrzeb kontroli jakości. Okazało się, że był to konsultant na dyżurze, nie sam Naczelnik. Wyjaśniłem moją prośbę i uzyskałem odpowiedź, że jeszcze tego samego dnia zostanie załatwiona.

W ciągu godziny przyjechał Święty Jerzy, dowódca ichniego Gromu. Wyglądał lepiej niż na obrazach, nawet tych, które pokazują go w pełnej krasie. Wypasiony i opancerzony koń maści czarnej jak smoła, elegancki, krótki pistolet maszynowy przy pasie, nowy i błyszczący podobnie ja zbroja, ultra komórka Samsung Galaxy od Play’a w górnej kieszonce. Za jeźdźcem na koniu biegło dwóch aniołów śmierci. Byli szybcy jak posłowie pędzący do Brukseli. Cholera, zaraz krew się poleje! – Pomyślałem z satysfakcją. Anioły rozstawiły dwa karabiny maszynowe i spokojnie czekały.

Przyprowadzono osoby osądzone na podstawie tysięcy doniesień i skazane. Mignęła mi wśród nich sylwetka pani Beaty, wspaniałej aktorki parlamentarnej i nie tylko, nazwiska nie pamiętam, która często, dużo i szybko mówi o grzechu w telewizji, oraz niższego od niej, tęgiego jak słup, siwego faceta, który nieprzerwanie odmienia przez przypadki słowa „zło”, „ucieleśnienie zła”, „naprawdę podły”, „nieszczęście”, „oszustwo” i podobne. Trzecim oskarżonym był obcokrajowiec, gładkolicy, wiek około 55 lat po odmłodzeniu, łysawy, niesamowicie ambitny, mówiący różnymi językami. Miał ich kilka do wykorzystania w zależności od sytuacji.

Obecność powszechnie znanych, choć niekoniecznie lubianych postaci, zasmuciła mnie. Wyroków nie czytano. Oskarżeni je znali. Wielokrotnie ich ostrzegano, lecz oni wybrali to, co wybrali. Wyroki miały proste uzasadnienie: mówienie bez namysłu, bez chwili zwątpienia, bez zastanowienia, bez poczucia prawdy, inaczej mówiąc, trzepanie językiem, aż piana leci nie licząc się z niepokojem, czasem i sumieniem klienta, słuchacza, widza.

Anioły były doskonale przygotowane wojskowo i duszpastersko: wysłuchiwały spowiedzi, sprawnie udzielały rozgrzeszenia i rozstrzeliwały, ale tylko te osoby, które nie wykazały żalu z za grzechy, skruchy i wyrzeczenia się podłych praktyk. Z oczu wspomnianych trzech osób biła hardość. Przepadli z kretesem.

Rozejrzałem się i zauważyłem starszego, nobliwie wyglądającego mężczyznę. Przyglądał mi się z uwagą. Domyśliłem się, kto to jest. Skinąłem głową z powagą i szacunkiem. Pogroził mi lekko palcem, jakby ostrzegawczo. – Uważaj, co, jak i o kim donosisz, bo w przyszłości mógłby to być premier lub prezydent twojego kraju!

Dałem sobie pięć sekund na namysł. – Pamiętam, Panie! – Obiecałem mnąc czapkę w ręku. – Muszę rzeczywiście uważać. – Postanowiłem i dla pewności uszczypnąłem się boleśnie w udo, aby głęboko zakodować sobie przyrzeczenie.

Czas spokoju i zastanowienia

Osiemnaście minut po północy rozpoczął się czas relaksu i wspomnień. Myślałem o ludziach pewnych.

Pewien mężczyzna w gumowcach, z twarzą upudrowaną, różową i uśmiechniętą, wszedł do studio TV z wiaderkiem pełnym błota i udzielajac wywiadu, łopatką rzucał błoto na przywódcę partii, której nie znosił. Wyjaśnił, że jest spóźnionym prawnukiem dawnego celebryty Goebbelsa, znanego mistrza PR-u, który go pouczał, że rzucanie błotem jest pozytywne, bowiem „zawsze coś przylgnie do ciała i już się nie odmyje”.

Dlaczego rzuca pan tak dużo błota? – Prowadząca spotkanie redaktorka pragnęła zaspokoić swoją kobiecą ciekawość, choć dobrze znała odpowiedź.

Muszę, bo jeśli coś zostanie, to szef wysmaruje resztę na mnie.

W tym momencie na ekranie ukazał się napis pewnego widza, który stwierdził, że specjalista od błota przekonał go do głosowania na PO. Zaczęto więc podejrzewać tego od wiadra, że jest podwójnym agentem; tak obrzuca PO błotem, że przekonuje tym widzów do głosowania na tę partię. Może to i dobrze, pomyślałem, ponieważ szef owego PO mówi głosem osoby umierającej, której nie stać choćby na jedno warkniecie na faceta z wiadrem i jego szefa i powiedzenie im mocnymi słowami, co o nich myśli. Nie dziw, że w obecnym wyścigu na Zachód żaden z nich nie może wyprzedzić drugiego.

Potem wystąpiła pewna kobieta w wieku podwójnie maturalnym. Kierowała samochodem, odwracała się do tyłu i siedzącej tam pasażerce palcem wskazywała mężczyznę obok, dużo starszego, przysypiającego na fotelu. Bardzo ją to bawiło. Jego nie, kiedy się obudził, bo nikt nie lubi, kiedy się śmieją z niego za plecami.

Jest to filmik edukacyjny dla szkół pokazujący, że można być nieetycznym niezależnie od tego, czy się chodzi na lekcje religii i do kościoła czy nie. Kobieta przy kierownicy przestaje śmiać się i myśli. Zastanawia się, czy przypadkiem nie jest osobą zbyt uniwersalną, niepotrzebnie mówiącą niemiłe rzeczy w różnych miejscach i różnym czasie.