Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 222: Upadek świata gubernatora Blawatsky’ego

Partia Konserwatywna uznała, że gubernator powinien jak najszybciej wystąpić publicznie z orędziem, aby poinformować naród o cudownym powrocie do władzy i przedstawić wielkie osiągnięcie rządu – powrót do prokreacji jako siły napędowej społeczeństwa. Ustalono, że gubernator uczyni to stojąc jak zwykle na podwyższeniu. W tej pozycji najpełniej wyrażała się jego niezwykła osobowość, zdolność ogarnięcia wzrokiem szerokiego świata oraz wrodzona siła przekonywania. Naród to cenił, nawet jeśli nie zdawał sobie z tego sprawy. Jego najgorętsi zwolennicy nazywali to charyzmą.

Ważniejsze wystąpienia gubernatora konserwatyści określali mianem orędzia. Najlepsze z nich, zdolne wstrząsnąć społeczeństwem, uznawano za wydarzenia równie znaczące jak wybuch mniejszego wulkanu. Wielu obywatelom wydawało się to przesadą; współpracownicy Blawatsky’ego uważali to za normę.

Na wystąpienie wybrano Plac Dziękczynienia, miejsce najpełniej wyrażające wiarę narodu w Boga. Plac był rozległy jak słynne Pole Marsowe z czasów Republiki Rzymskiej, gdzie organizowano imprezy masowe, zaciągi do wojska, zebrania wyborcze oraz komicja centurialne, które wybierały wyższych urzędników, konsulów, pretorów i cenzorów oraz decydowały o wojnie i pokoju. Były to fakty potwierdzone przez historyków. Szukanie precedensów współczesności w historii, zwłaszcza starożytnej, stało się tradycją Partii Konserwatywnej.

Mównicę ustawiono wyżej niż zazwyczaj, aby orator był dobrze słyszany przez wszystkich uczestników zgromadzenia. Gubernator wstępował na mównicę dwa razy, gdyż nie sposób było wygłosić tak ważnego przemówienia za jednym zamachem. Wchodząc na podwyższenie za drugim razem Blawatsky zachwiał się. Opozycja natychmiast uznała, że jest chory. Zwolennicy Konserwy przekonani, że nawet najbardziej sprawnemu człowiekowi zdarza się potknąć, zachwycili się, jak łatwo ich przywódca powrócił do stanu równowagi. Natychmiast ujawnili się klakierzy, bijąc brawa i wznosząc okrzyki:

– Patrzcie! Niemłody już mężczyzna, a jaki sprawny mimo ciężkich przepraw ze zdrowiem!

Dla wzmocnienia przekazu na telebimie pokazano fragment przemówienia gubernatora z wcześniejszych lat; jego wigor i sprężystość rzucały się w oczy. Barras uspokoił nadgorliwych klakierów dyskretnym ruchem ręki. Znali ten znak; na placu zaległa cisza jakby spadła nań platforma wypełniona piaskiem milczenia.

Pod koniec przemówienia uczestników wiecu dobiegł niepojęty szum. Twarze wiecujących zwróciły się na zewnątrz w kierunku terenów parkowych obrzeżających Plac Dziękczynienia. Wydając przenikliwe dźwięki zza drzew i krzewów wybiegły setki młodziutkich istot, pełnych wigoru i radości.

*****

Słysząc tysięczne uderzenia drobnych stóp o ziemię, dzwoneczki o wymyślnych dźwiękach oraz głosy ni to ludzkie, ni zwierzęce, pomieszane i trudne do zrozumienia, gubernator przerwał przemówienie. Wraz ze świtą udał się na punkt widokowy znajdujący się na krawędzi Placu Dziękczynienia, aby ogarnąć wzrokiem teren i zorientować się dokładnie, co się dzieje. Obraz, jaki ujrzał, poraził go paraliżując kończyny, wywołując ucisk w piersiach oraz szum w głowie. Przed nim, jak okiem sięgnąć, mieszały się ze sobą hałaśliwe, kolorowo ubrane stworzenia przypominające dzieci. Były młode, w wieku od jednego roku do dwóch lat. Zachowywały się swobodnie, figlując ze sobą i poruszając się głównie skokami jak niezdarne żabki. Kiedy podbiegły bliżej okazały się zdumiewająco podobne do siebie; różniły się tylko wzrostem, fryzurą i ubiorem. Były ubrane w zgrabne uniformy lub dresy. Przeważały kolory ochronne, szaroniebieski i zielony. Wyglądały jak armia urwisów zmierzających na plac zabaw.

Towarzystwo na punkcie widokowym zastygło ze zdumienia. Z tłumu na dole dobiegały niezrozumiałe zawołania: „Jedynki w dwuszeregu! „Dwojaczki, nie ociągajcie się, formułujcie kolumnę! Gubernator i jego świta zachodzili w głowę, co to mogło znaczyć.

– To klony! – wykrzyknął nagle asystent gubernatora. – To są klony człowiekonia i to dwóch generacji! – zawyrokował podnieconym głosem. Jego ciemna, równo przycięta broda poruszała się miarowo, kiedy przenosił wzrok z jednej grupki ludziokoni na drugą. – To fascynujące! – Wykrzyknął, dodając prawie natychmiast głosem pełnym niedowierzania: – To przerażające!

Nastrój asystenta udzielił się pozostałym osobom. Uważnie obserwowali rozbiegane klony. Człowiekoniki poruszały się niby żywe srebro; zdawało się, że są wszechobecne. Ich głód ruchu i wrażeń był widoczny gołym okiem; drobne postacie wyskakiwały zza każdego pnia drzewa i kryły się za każdym krzewem. Niektóre poruszały się tak energicznie, że po kilku minutach zmęczone kładły się na ziemię i zapadały w sen.

Ktoś zauważył dwa opancerzone samochody stojące na dwóch krańcach równiny. Zwrócono na to uwagę gubernatorowi i podano mu lornetkę. Gubernator szybko skojarzył, o co chodzi. Wszystko stało się jasne. Na równinie rozciągającej się przed jego oczami hałasowały dwa pokolenia człowiekoni, żołnierzy przyszłości, jednolitych i sprawnych.

– Tu leży pies pogrzebany. – Mruknął Barras do stojącego obok ministra. Zdał sobie nagle sprawę, że stracił kontrolę nad krajem. Obejrzał się wokół siebie. Nikt już nie zwracał na niego uwagi. Wszyscy patrzyli na równinę.

Gubernator zamyślił się. Patrzył niewidzącym wzrokiem w dal, kiedy na horyzoncie pojawiła się wieża Babel, wieża jego marzeń.

Pieter Bruegel the Elder: The Tower of Babel

Znał ją na pamięć, bo śniła mu się wielokrotnie, czasem nawet ukazywała się na jawie na tle kolorowej tęczy, wielopiętrowa, obudowana brunatną i czerwoną cegłą, cudowna jak na obrazku. Patrzył z przerażeniem, jak ukochana wieża wali się z wielkim hukiem, nierówno, fragmentami. Najpierw runął mur z lewej strony, potem koliście opadł wielki wewnętrzy krąg przypominający cembrowinę studni, obnażając rozległe przejścia i luki między piętrami.

Gubernator poczuł duszący swąd pożaru. Patrzył jak płomienie sycząc konają, każdy z osobna. Wraz z wieżą waliło się w gruzy jego pracowite życie. Zrozumiał, że było to piekło, jakie sam stworzył swoimi błędnymi decyzjami i zaniechaniami. Na jego oczach gasło zgodne i szczęśliwe społeczeństwo, rozmnażające się w poczuciu patriotycznej prokreacji.

Widok i łoskot upadającej wieży był tak przerażający, że nogi ugięły się pod nim i stracił przytomność. Jego ochrona osobista, ludzie przysięgający mu wierność aż po grób, pozostawili go samemu sobie. Zafascynowani upadającą wieżą obserwowali, jak wyrzuca z siebie krótkie zygzaki niebieskich spięć i długie warkocze białych wyładowań elektrycznych, na tle których rozpadały się w powietrzu wykoślawione żarem wielkie drabiny starożytności.

– Czegoś tak monstrualnego i przepięknego nie widziałem w całym moim życiu! – Były to ostatnie słowa, jakie usłyszał Blawatsky zapadając się w czarną czeluść nieświadomości

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 221: Bolesne doświadczenia gubernatora

Dzieci stały się produktem rynkowym. Z prawnego punktu widzenia sytuacja była wyjątkowo korzystna dla obywateli; państwo płaciło za dziecko nie żądając w zamian tytułu własności.

Potomstwo stało się pomysłem nie tylko na godziwe utrzymanie się, ale i na dostatnie, a nawet bogate życie. Na spotkaniu Krajowego Zrzeszenia Matek i Ojców z przedstawicielami rządu pewien ojciec wyraził to klarownie:

– My zapewniamy dzieci, ale państwo i kościół muszą nam za to płacić. Za wszystko. Za cały nasz trud i znój. Za urodzenie, utrzymanie i wychowanie każdego szczeniaka do osiemnastego roku życia. To chyba uczciwy układ? – Zapytał wyzywająco.

Postępowe kobiety coraz bardziej nurzały się w rozwydrzeniu. Ich mężom i partnerom to odpowiadało. Żądali kolejnych spotkań z przedstawicielami rządu, aby stawiać kolejne wymagania. Społeczeństwo zaczęło także zaglądać do kieszeni urzędnikom, nawet tym najbardziej upierścienionym. Role odwróciły się.

Po zwycięskich starciach z rządem, coraz szerszym kręgom obywateli udzielała się atmosfera chciwości. Rząd potwierdził dalszą rozbudowę i tak już rozdętego programu pomocy oraz podjął decyzję wprowadzenia marihuany do powszechnego użytku. Celem było rozluźnienie ostatnich barier wstrzemięźliwości seksualnej. Decyzja przyniosła niezwykłe skutki. Obywatele narkotyzowali się, mieli kolorowe widzenia seksualne i zachowywali się coraz bardziej wyuzdanie. Mężczyźni chodzili po ulicach Afary z obnażonymi przyrodzeniami, jak ich pan Bóg stworzył. Kobiety były niewiele bardziej wstrzemięźliwe; towarzyszyły mężczyznom ubrane w przezroczyste stringi zapinane na biodrze. Wszyscy byli przekonani, że są równie nagie jak Ewa z biblijnego raju.

Nie były to przypadkowe ekscesy lub urojenia. Sceny nagości i rozpasania rozgrywały się masowo w sypialniach domów i apartamentów, motelach i hotelach, na łonie przyrody, nad rzekami i jeziorami, w lasach i ogrodach, a nawet w samochodach stojących na uboczu, wszędzie, gdzie zaistniał choćby pozór intymności.

*****

Drugim szokiem okazała się dla gubernatora firma Abenaki. Rozwinęła ona własny program prokreacji, prowadząc na wielką skalę akcję charytatywną i inwestycyjną. Szło jej tak dobrze, że w końcu wchłonęła w siebie państwowy program prokreacji wykupując do niego prawa od skorumpowanej grupy urzędników państwowych. Oprócz danin regularnie płaconych przez nepotów gubernatora, firma zbierała pieniądze, gdzie tylko mogła, w kraju i za granicą, aby finansować własny program prokreacji i opieki nad dzieckiem. Później okazało się, Abenaki oferowała tanie usługi opieki nad dzieckiem pod szyldami różnych organizacji. Utrzymywano to w tajemnicy.

– Dlaczego ukrywali to przed społeczeństwem? – zadawał sobie pytanie gubernator. Nurtowało go to. Oświecił go Czarna Eminencja:

Abenaki, zachowując starą nazwę, powołała w tajemnicy nową firmę, o tej samej nazwie, tylko z końcówką „unlimited”. Na jej konto przelewała pieniądze otrzymywane od nepotów Blawatsky’ego oraz z innych źródeł, aby w tajemnicy budować szpitale położnicze oraz wyposażać je w sale porodowe, łóżka i inkubatory. Ponadto prowadziła badania, szkolenia prenatalne, budowała tysiące żłobków i przedszkoli, zaopatrywała je w pieluchy, zabawki i żywność oraz szkoliła opiekunki i przedszkolanki. Kto z tego dóbr korzystał i na jakich warunkach, nie było całkiem jasne.

Za usługi świadczone na rzecz matki i dziecka firma pobierała minimalne opłaty. Czyniła to tylko po to, aby ludzie docenili, co otrzymują, bo wiadomo, że to, co nic nie kosztuje szybko traci na wartości. Było to czyste wyrachowanie: potajemnie stworzyć sobie potężny rynek zbytu, przyzwyczajając ludzi do swoich praktyk, produktów, porad i pomieszczeń. Abenaki zamierzała kontynuować te praktyki tylko do czasu, kiedy zdecyduje się wycofać wszystkie dotacje i subwencje do usług i produktów. Niewiele ją to kosztowało, bo wydatkowane środki pochodziły z kasy państwowej, przekazywane potajemnie przez armię nepotów zatrudnianych przez rząd.

Gubernator był wściekły, bo to on powołał tę armię do życia, ale w innym celu, który znał tylko on sam, a mianowicie zdobycia nieograniczonej władzy. Armia nepotów rozrosła się niewyobrażalnie podczas jego letargicznej nieobecności i zmieniła swoją lojalność. 

Blawatsky był w szoku; nie mógł sobie wybaczyć, że był tak beznadziejnie ślepy i nie zauważył, co w trawie piszczy i nie docenił ludzkiej chciwości. Aby upewnić się do końca, że wszystko, co oglądał, jest prawdą, kazał się wozić po kraju. Odwiedzał sale porodowe, żłobki, przedszkola i szkoły, aby obejrzeć je na własne oczy i dotknąć.

– Przecież to wszystko dokumentnie mu wytłumaczyłem. Zachował się jak niewierny Tomasz – skarżył się podwładnym Czarna Eminencja zdegustowany brakiem zaufania świeżo odzyskanego partnera.

Kiedy gubernator zaspokoił już swoją ciekawość cudem przyśpieszonej prokreacji, przestał wierzyć w wyższe uczucia obywatelskie, patriotyzm i dobro wspólne. To go tak zmieniło, że codziennie przeglądał się w lustrze, aby upewnić się, czy jest to wciąż ten sam inteligentny człowiek, czy też ktoś zupełnie inny. Było to bardzo bolesne przebudzenie.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 219: Cisza przed burzą

Rządowej zasady „cel uświęca środki” wielu pobożnych obywateli Nomadii nie kwestionowało, rozumiejąc, że jest to nieuniknione dla ocalenia społeczeństwa.

Zboczeńcy, cyberseksiści i kobiety wrogie prokreacji byli dla nich Sodomą i Gomorą, gniazdem rozpusty i siedliskiem zła.

– Użycie siły jest konieczne – twierdził Babochłop, szef tajnej policji – kiedy ma się do czynienia ze zgnilizną moralną groźną dla państwa i przeciwną nakazom boskim. Dla wsparcie swojej wypowiedzi i przekonań cytował Księgę Rodzaju, rozdział 13, werset 13 Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu: „Mieszkańcy Sodomy dopuszczali się ciężkich przewinień wobec Pana”.

Mówiono, że od czasu szczerej rozmowy z Czarną Eminencją pozostawał pod wpływem i urokiem jego wiedzy i mądrości, i w czasie wolnym od obowiązków oddawał się studiowaniu Biblii.

Kiedy pojawiły się doniesienia, że tajne szwadrony policji cywilizują przeciwników prokreacji, zrzucając ich na ziemię z helikoptera, obywatele – z pewnymi wyjątkami oczywiście – milcząco to akceptowali. Wierzyli, że dotyczy to wyłącznie nieprzejednanych wrogów prokreacji, stanowiących śmiertelne zagrożenie nie tylko dla kraju, ale także dla siebie samych. Krążyły pogłoski, że eliminowano ich, a ich szczątki doczesne rozdeptywano dla przestrogi w wydzielonym miejscu Placu Centralnego, aby każdy obywatel mógł je oglądać ku przestrodze aż do końca świata.

Zrzucanie ludzi z helikoptera zwolennicy silnych metod rządzenia nazywali terapią wstrząsową. Nawet lekarze uważali, że nie każda metoda leczenia jest bezpieczna.

–  Terapia wstrząsowa niesie ze sobą ryzyka. Podobnie jak jazda samochodem, o której możemy powiedzieć, że nigdy nie wiadomo, jak się skończy. Ja mogę zachowywać się na jezdni bardzo odpowiedzialnie, lecz kto mi zagwarantuje, że z przeciwnej strony nie wjedzie na mój pas dwudziestotonowa ciężarówka, której kierowca przysnął i nie zderzy się ze mną czołowo?

Czarna Eminencja, zdecydowanie przeciwny jakimkolwiek gwałtownym metodom, z bolącym sercem błagał Boga o wybaczenie tym, którzy czynią nieuniknione zło. Stanowcze traktowanie przeciwników państwa i kościoła uznawał za mniejszy dopust boży niż wielką powódź, tsunami czy wybuch wulkanu, ponieważ chodziło o ratowanie społeczeństwa. W pogłoski w rodzaju „Mondega spłynęła krwią” czy „Dokonano potwornej rzezi w miejscowości takiej to a takiej”, przestał wierzyć, ponieważ nikt nie zgłaszał napadów, zabójstw ani zaginięć osób. Babochłop wyjaśnił mu, że gdyby miało to miejsce, to policja natychmiast zawiadomiłaby o takim fakcie społeczeństwo na swoim internetowym serwisie informacyjnym, w prasie, w radio i w telewizji.

Potwierdzali to dziennikarze.

– Wiemy, że tak jest, bo warujemy na schodach komendy głównej policji i przed komendami regionalnymi, czekając na wiadomości o osobach zaginionych. Takie informacje do nas jeszcze nie dotarły.

W mediach pojawiły się pytania, a zaraz po nich interpelacje w parlamencie, czy w grę nie wchodzi jakaś podstępna manipulacja. Rząd zaprzeczył temu z uzasadnioną gwałtownością wściekłego psa. Uspokoiło to część obywateli, ale nie przeciwników prokreacji. Uważali oni, że za zaginięciami osób kryje się tak wielka tajemnica, że zwykły obywatel nie jest w stanie jej pojąć swoim rozumem, a tym bardziej rozwikłać.

– Podobnie jak ciemności egipskie i fatamorgana są to jedynie urojenia i złudy. – Skomentował Czarna Eminencja, który nie wierzył w złą wolę policji.

– Policja może popełniać błędy, bo nikt nie jest od nich wolny, ale z pewnością działa w dobrej wierze i w interesie państwa i społeczeństwa.

Wybaczająca postawa przywódcy kościoła nie wszystkim przypadła do gustu. Uważano, że istnieją granice wybaczenia, choć Biblia twierdziła inaczej. Oskarżenia pod adresem policji nie oznaczały, że Babochłop preferuje siłę fizyczną i przemoc jako metodę walki z gasnącą prokreacją. Od czasu, kiedy odkrył, że skuteczniejszą formą działania jest perswazja, korzystał z przemocy tylko wyjątkowo.

*****

Walka ze skutkami Apokalipsy okazała się błogosławieństwem dla Laboratorium. Nikt nie interesował się, co tam się dzieje. Nikt nie widział, jak wielkie ciężarówki przez kilka dni wjeżdżały jedna po drugiej na teren Laboratorium, zostawiając ładunki w podziemnych magazynach. Wzdłuż rozsuwanej bramy wjazdowej rosły bujne krzewy i drzewa. Wyglądało to jak ściana młodego lasu. Operacja była tak dobrze zamaskowana, że nawet z powietrza nie można było wypatrzeć pojazdów. Kilka dronów, jakie pojawiły się nad Laboratorium, Oddział Bezpieczeństwa zestrzelił. Nie wywołało to żadnych reperkusji.

Laboratorium intensywnie nad czymś pracowało. Pojawiły się pogłoski, że firma zawarła jakieś ważne porozumienie, nikt jednak nie wiedział z kim, ani w jakim celu. W powietrzu wisiało coś, co można by nazwać niedomówieniem lub wielkim znakiem zapytania.

Koniec części 3

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 217: Gubernator Blawatsky zapada na zdrowiu.

Gubernator od dłuższego czasu nie widział pozytywnych wyników wojny o prokreację. Opozycja także wytykała mu nieudolność. Niepowodzenia trwały już tak długo, że w końcu opanowało go przekonanie, że rozum go zawodzi. Coraz częściej nękały go natręctwa, wciąż powtarzające się sceny niepowodzeń. Pojawiały się, odchodziły i powracały. Rzeczywistość stawała się fikcją, a fikcja rzeczywistością.

Pracownicy nie poznawali go; gubernator, człowiek niezwykle uporządkowany, nagle, bez potrzeby, wstawał od biurka w czasie narady i wychodził z gabinetu, wzdychając i patrząc pod nogi albo w sufit, jakby tam znajdowało się rozwiązanie dręczącej go gorączki. Chodząc po gabinecie był tak niespokojny, że brakowało mu miejsca, zderzał się z przedmiotami, w związku z czym musiano stale przemeblowywać pomieszczenie.

Zaczęto podejrzewać go o rozstrój nerwowy. Okazało się to prawdą. Stwierdził to lekarz domowy, a wkrótce poświadczył profesor sprowadzony w pośpiechu z drugiego krańca kraju, gdzie walczył z plagą choroby zwanej gorączką błotną. W trakcie badania gubernator był nerwowy, miał zaburzenia mowy, głośno i niewyraźnie krzyczał albo szeptał bardzo wyraźnie, ale tak cicho, że nie można było go zrozumieć. W końcu jego stan pogorszył się do tego stopnia, że przed oczami jawiły mu się czerwone grochy rzucające się agresywnie na niego.

Profesor podejrzewał miazmę, osobliwy rozstrój nerwowy powodujący spadek siły witalnej. Po intensywnych konsultacjach z kolegami, co było nieuniknione, gdyż rzeczywistość była zbyt skomplikowana, aby najprostsza diagnoza była łatwa, uznał, że gubernatora przygniótł ogrom pracy i odpowiedzialności, a dobiła go gorączka błotna. Jak się okazało, gubernator dwukrotnie odwiedzał tereny, gdzie się panoszyła.

– Praca i gorączka uczyniły z niego kukłę miękką jak wata, pozbawioną wigoru, z którego był powszechnie znany – stwierdził z żalem Czarna Eminencja, często odwiedzający chorego, aby nieść mu pocieszenie i opiekę duchową. Po kilkunastu dniach duchowny zrezygnował całkowicie z wizyt uznając nie bez żalu, że lepiej poświęcić czas zdrowym ludziom w potrzebie niż jednemu pomyleńcowi, który sam napytał sobie biedy biorąc na siebie nadmierną odpowiedzialność.

– Sam Bóg, który jest przecież wszechmocny, nie wziąłby tyle na swoje barki. – Podsumował duchowny w obecności ministrów i rodziny gubernatora, którzy wobec beznadziejnego stanu jego zdrowia zaczęli poważnie martwić się o siebie.

Kiedy próbowano zdjąć z gubernatora choćby część odpowiedzialności, odmawiał, upierając się, że ten garb to jego droga krzyżowa, którą musi dźwigać do końca. Dopełniło to przeświadczenia Czarnej Eminencji, że gubernator nosi w sobie ogromne poczucie winy i niespełnienia. Jego przekonanie miało uzasadnienie historyczne. Kiedy społeczeństwo podzieliło się na dwa obozy, Pro i Anty, zwalczające się nawzajem, Gubernator winił siebie za ten podział, ponieważ dysponując pełnią władzy, nic wtedy nie zrobił, aby to ukrócić. Mówił tylko, że łeb trzeba urwać hydrze.

Z troski i zmęczenia gubernator w końcu skapcaniał. Pozostawiony pod opieką pielęgniarki, siostry zakonnej delegowanej przez Czarną Eminencję, popadł w marazm, a następnie w letarg przypominający stan hibernacji. Gdy ciepłota jego ciała spadła o dwa stopnie, przestał poruszać się. Mimo chybotliwej kondycji jego twarz zachowała zdrowy wygląd; rozjaśniał ją czasami tak delikatny uśmiech, że trzeba było skoncentrować się, aby go zauważyć.

– W takich momentach pan gubernator wraca do dzieciństwa i niech mu Bóg błogosławi – szeptała siostra zakonna zachęcając gości do pozostawienia pacjenta samemu sobie.

*****

Tajna policja miała ręce pełne roboty eksmitując z zajmowanych lokali kluby wyzwolonych kobiet, przenikając do ich kręgów kierowniczych, rekrutując donosicieli, prowadząc sabotaż produkcji i dystrybucji materiałów antyprokreacyjnych, rozpędzając akcje protestacyjne kobiet, manifestacje i kontrmanifestacje. Coraz częściej dokonywała też aresztowań aktywistek ruchu.

Czas pokazał, że trzy formy działania rządu były szczególnie skuteczne: eliminacja przywódczyń ruchu wyzwolenia kobiet, edukacja prokreacyjna oraz formowanie duchowe poprzez spowiedź, obrządki i nauczanie religii.

Kiedy gubernator opadł z sił i ostatecznie zanurzył się w letarg, w kraju nastał stan zamieszania i bezładu. Stanowisko premiera, szefa rządu, przejął po nim oficjalnie Czarna Eminencja, nie spełnił się jednak dobrze w tej roli. Duża część społeczeństwa go rozumiała; był przecież duchownym, a nie mężem stanu, który dysponuje giętkim umysłem politycznym i rękami silnymi jak chwytak mechaniczny, aby solidnie ująć ster władzy. Łaskawość obywateli nie cieszyła bynajmniej Eminencji, dlatego przekazał władzę wicegubernatorowi. Ten okazał się jeszcze słabszym zarządcą i gotów był zrezygnować z aspiracji samodzielnego rządzenia.

 

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 216: Rodzinne wspomnienia Iwana Iwanowicza

Josef Hafner: The Rudolf monument

O Iwanie Iwanowiczu mówiono, że jest pomnikiem przeszłości. Ubierał się staromodnie, jak to czyniono dziesiątki lat wcześniej. Jego strój starzał się razem z nim, zachowując zawsze ten sam dystans czterdziestoletniego opóźnienia w stosunku do aktualnego wieku właściciela.

Na zebraniu przy krawężniku Iwan Iwanowicz miał na sobie spodnie sztuczkowe z mankietami i odpowiednio dobraną marynarkę. Zgodnie z duchem współczesności, która pozwala łączyć solonego śledzia z ciastkiem tortowym i elektryczny rower ze zwykłą drabiną, eksperymentował z modą, twórczo integrując mody pozornie do siebie nie pasujące. Na spodniach i marynarce ze sztucznego materiału miał skórzaną kurtkę. Obowiązkowym elementem jego garderoby były również białe skarpetki.

– Można by powiedzieć, że żyję w rozkroku czasów i stylów, gdyby nie kojarzyło się to niewłaściwie z seksem, o którym można żartować, ale bardzo ostrożnie – niezmiennie wyjaśniał Iwan Iwanowicz.

Eroten als Brandstifter by Louis-Roland Trinquesse

Dzieci nie miał. Pytany o potomstwo odpowiadał niechętnie, że przeszło mu koło nosa, zanim się zorientował, że odchodzi, powymierało, rozbiegło się, zdematerializowało, znikło we mgle tępych spojrzeń, jakie go nawiedziły w dzieciństwie i nie opuściły już do końca życia.

– Oby to życie trwało wiecznie – żartował przy okazji, przypominając faraonów egipskich, po czym – aby odwrócić od siebie uwagę – twierdził, że stracił wiarę w życie wieczne, podobnie jak w rząd.

– Władza zawsze życzy ci wszystkiego najlepszego, ale wyrywa ci poduszkę spod głowy, którą sobie wygodnie wymościłeś po latach doświadczeń ze spaniem na lewym i prawym boku, na brzuchu i na plecach, oraz dwóch pozycjach ekwilibrystycznych szczególnie użytecznych w pociągach osobowych przepełnionych aż po ubikację.

Kiedy to mówił, a zdarzyło się to tylko raz, rozkleił się jak dykta zleżała na deszczu i mrozie. W jego słowach dawała się wyczuć prawdziwa tragedia; kwiaty cmentarne ukazywały się w oczach, raz w jednym, raz w drugim, aż do momentu, kiedy osuszył je chusteczką do nosa. Prześladowała go także teściowa i to także w nim pozostało.

– Nawet, kiedy już odeszła, nadal mnie nawiedzała. – Twierdził starzec z żalem rozlewającym się szeroko po opalonej twarzy.

Opowiadał o tym kiedyś Sefardiemu, z którym przyjaźnił się – jak żartowali sąsiedzi z osiedla Aura – z przerwami, proporcjonalnie do możliwości jego pamięci starzejącej się nieco szybciej niż ciało.

– Moja teściowa była kobietą z krwi i kości, niezwykle pracowitą, właściwie to pracoholiczką. Była to istna mrówka, aktywnie uprawiająca etos pracy. W domu wyrażało się to tym, że biegała za mną z szufeleczką i szczoteczką, zbierając każdy okruszek. Pilnowałem się jak skunks na warcie przed magazynem gęsich jaj, ale niewiele to pomagało. Zawsze, kiedy coś mi upadło na podłogę lub stół, dostrzegała to natychmiast. Nie było takiej drobiny, której by ona nie wypatrzyła. Widziała ją zza węgła lub wyczuwała czuła podświadomie. – Fantazjował Iwan Iwanowicz, ale tylko połowicznie.

– Iwanie Iwanowiczu – pytała mnie – czy zauważyłeś ten okruszek przy zlewie? Dlaczego nie założysz sobie okularów, a przedtem nie weźmiesz talerzyka do ręki? W końcu nie wiedziałem, czy był to głos teściowej, czy może anioła opiekuńczego, który postanowił rehabilitować mnie etycznie, na ile to było możliwe. Teściowa była tak serdeczna, że nawet gasiła za mną światło w łazience. Za nic nie mogłem zapamiętać, żeby gasić to cholerne światło, gdyż byłem zawsze myślałem o czymś innym. W końcu zapytałem ją, czy warto kruszyć kopie o okruszek lub dwa waty elektryczności, ale i tak nie przekonałem do siebie jej kobiecej natury, skoncentrowanej na szczegółach życia, choć wokół było tyle wielkości.

Osiągnąwszy apogeum przesady Iwan Iwanowicz podejmował próbę wybielenia się, twierdząc, że nie myśli tak źle o kobietach, że są szczodre, pracowite, siedemdziesiąt procent z nich zajmuje się finansami rodzinnymi, mają pamięć mocniejszą od mamuta, że gdyby nie ich słodycz i dobroć, to na świecie byłyby tylko zrzeszenia onanistów, co byłoby nie do zniesienia dla każdego rządu, który też lubi porządek i stale ma przed oczami wizję demograficznego rozwoju społeczeństwa.

Iwan Iwanowicz tak bardzo rozbiegał się w dywagacjach o teściowej, życiu i rządzie, że Sefardi musiał mu przerywać, przypominając o pilnych obowiązkach. Iwan Iwanowicz akceptował bez zastrzeżeń jego interwencje; obydwaj mężczyźni byli wyjątkowo zgodni.

Jeśli podoba ci się ten tekst, kup koniecznie https://www.taniaksiazka.pl/niezwykla-decyzja-abuelo-caduco-michael-tequila-p-1199197.html 

0Shares

Życzenia Wielkanocne 2019

Wielkanoc w Goodchildren Social Aid & Pleasure Club, New Orleans.

Wielkanoc w St Roch Tavern  2012 

Po wgłębieniu się w tradycję Świąt Wielkanocnych i wiosenną naturę ludzi, szczególnie kobiet oraz zwierząt, z uwzględnieniem mężczyzn, życzę od serca:

  • Prezydentowi, łaskawcy od ułaskawień – aby i on doznał słodyczy ułaskawienia ze stanu świątecznego przejedzenia;
  • Rządowi – dalszych sukcesów reformatorskich, ale bez przesady, bo – jak mówi przysłowie – co za dużo, to i świnia nie chce;
  • Członkom LGBT – kolorowych kokard i tęczowych pisanek oraz mniej kamieni obrazy ze strony społeczeństwa;
  • Ludziom ubogim, bezdomnym i nauczycielom – aby Ojciec Rydzyk, namiestnik Boga na ziemi, wziął ich w serdeczną opiekę;
  • Kobietom – spełnienia marzeń, aby ich mężowie, partnerzy i kochankowie okazali się wzorcami odpowiedzialności, zaradności i zasobności finansowej;
  • Dzieciom – nowych, lepszych i szybszych smartfonów, aby nie musiały marnotrawić czasu biegając po podwórku za piłką, bo to męczy;
  • Czarnym Łaniom z Wędliniarni oraz innym równie pracowitym i powabnym sprzedawczyniom – egzotycznych marzeń w chwilach wolnych od troski o klienta;
  • Kurom (także domowym) – więcej złotych jaj w koszyczku i więcej czasu na wolnym wybiegu;

  • Kogutom, wszystkim bez wyjątku – tego wszystkiego, o czym marzy każdy prawdziwy kogut.

Nam wszystkim, abyśmy zdrowi byli jak rydze, silni jak tury, bogaci jak Krezus i odporni na władzę równie mocno, jak ona sama jest odporna na rozum, przyzwoitość i prawdę.

Alleluja Bracia i Siostry! Alleluja!

0Shares

Cz. 215: Osiedle Aura – miniatura kraju w wojnie o prokreację

Akcje rządu przeciwko odmieńcom i innym wrogom prokreacji wywoływały szok, ale nie powaliły ich na kolana. Wprost przeciwnie, zwarli oni swoje szeregi i podjęli akcje odwetowe. Na początku były to działania pokojowe. W parlamencie poseł ubrany w tęczowy strój oskarżył policję i rząd o rażące przekraczania prawa. Tego samego dnia, pod osłoną nocy na ścianach budynków rządowych i policji ktoś umieścił plakaty informujące o prześladowaniach obywateli, których postępowanie nie naruszało prawa. W Internecie pojawiły się oskarżenia członków rządu i partii rządzącej o oszustwa i malwersacje, informacje o zboczeńcach grasujących w Kościele Hierarchicznym, pedofilii i czynach lubieżnych. Ktoś sugerował nawet możliwość wybuchu wojny domowej z powodu rozpasania społeczeństwa.

Pomówienia i oskarżenia pojawiały się głównie w nocy. Sposób ich formułowania i styl sugerowały, że mogły być one tworzone przez trolle lub generowane automatycznie. Były one tak liczne i częste, że nie sposób było ustalić prawdziwości większości z nich. W końcu nikt nie był pewien, czy doniesienia są prawdziwe, czy nie, i kto ma rację, a kto łże jak podły kundel.

Sefardi czuł się na rozdrożu. Nie umiał określić, ile w doniesieniach jest faktów i prawdy, a ile kłamstwa, insynuacji i zmyśleń. Z jednej strony rozumiał i akceptował działania rządu przeciwko obywatelom, których prokreacyjną jałowość uznawał za niepatriotyczną i szkodliwą, z drugiej strony nienawidził agresji i terroru. Był pacyfistą w każdym calu. Oburzały go brutalne działania organizacji rządowych i prorządowych.

– Takie postępowanie nie zmieni osób o odmiennej orientacji seksualnej. Przemoc to akt bezsilności, który niesie tylko zło – mruknął do siebie pod nosem, po czym – zupełnie nieoczekiwanie – kopnął w biurko. Udzieliła mu się toksyczna atmosfera walki zwolenników i przeciwników prokreacji.

*****

Iwan Iwanowicz, przewodniczący zebrania przy krawężniku, nie tak planował przebieg spotkania. Przygotował prostą ankietę do wypełnienia przez uczestników. Zamierzał błyskawicznie opracować wyniki i natychmiast wykorzystać je, jeszcze na tym samym zebraniu, dla nadania dyskusji właściwego kierunku.

– W naszych dyskusjach jest za dużo galimatiasu. Wielu mówi, ale nie dochodzimy do żadnych wniosków. W końcu musimy wiedzieć, na czym stoimy. My, społeczność osiedlowa, a wraz z nami cały naród. Dziś chodzi tylko o to, co sądzimy o rządowo-kościelnym programie prokreacji. Czy to jest coś dobrego, czy też można go o kant d..y rozbić. – Tego dnia Iwan Iwanowicz był wyjątkowo wyrazisty w swoich poglądach. Dyktowało mu to obywatelskie sumienie, poszukujące konkretu, prawdy i decyzji.

Iwan Iwanowicz starał się zachować neutralność w dyskusjach, nie zawsze mu się to jednak udawało. Po cichu sprzyjał prokreacjonistom, od których zależało przeżycie społeczeństwa. Z informacji o programie rządowo-kościelnym wynikało, że prokreacjoniści przegrywali na całym froncie. Młodzi ludzie, a za młodych Iwan Iwanowicz uważał wszystkie osoby zdolne płodzić i rodzić dzieci, drastycznie się zmieniali. Przewodniczący nie miał co do tego wątpliwości. Ludzie wzięli sobie do serca okrucieństwa Apokalipsy, śmierć tysięcy niewinnych istot, zwłaszcza dzieci, dramatyczne efekty epidemiami i zatruć jedzeniem, mroczne poglądy katastrofistów na przyszłość, rozbuchaną wolność jednostki, upowszechnianie się chamstwa oraz chęć życia w bogactwie i wygodzie z tabletem i smartfonem w ręku.

– Nasze społeczeństwo abdykowało z przypisanej mu przez Boga roli kontynuatorów gatunku. I w dodatku nie wiemy, co robić. To jest po prostu koszmar!

Nikt nie kwestionował trafności ocen przewodniczącego. Faktem było, że państwo i kościół nie panowały nad sytuacją. Obywatele Nomadii, oddawali się rozkoszom życia. Wydawali pieniądze na wszystko z wyjątkiem potomstwa: narkotyki, dopalacze, alkohol, papierosy, luksusowe wycieczki do egzotycznych krajów. Każdy rozwijał jakieś szalone hobby. Nikt nie myślał o potomstwie i przyszłości. Nomadia przeżywała amok antyprokreacyjny. Przewodniczący zebrania bolał nad tym. Młodzi ludzie nie rozumieli go. Może dlatego, że mało o nim wiedzieli. Miał swoje tajemnice.

*****

Szczególny rozdział w życiu starca stanowiły żarty na temat wieku i długowieczności. Przerażała go myśl o śmierci, mimo że był w doskonałej kondycji. Niepokój zwalczał żartami.

– Mnie, Sefardi, na życiu nie zależy. Mogę żyć nawet i sto lat. Co będzie dalej, nie myślę, bo to za bardzo wyczerpujące. Czy zdajesz sobie sprawę, że długowieczność jest równie często dyskutowana przez filozofów jak przestrzeń i czas? – W chwilach niepokoju Iwan Iwanowicz zachowywał się jak filozof.

Zadając dziwne pytanie, Iwan Iwanowicz upodabniał się do Izabeli. Do takiego wniosku doszedł Sefardi. Zastanawiał się, dlaczego ta dwójka unikała siebie jak ognia i używała każdej wymówki, aby pożegnać się jak najszybciej. Była to jedna z tajemnic osiedla Aura. Jego społeczność stanowiła miniaturę kraju, gdyż zawierała w sobie rozmaitość zdarzeń równie ekstremalnych jak pustynia i puszcza, mądrość i głupota oraz wszystkie sprzeczności, jakie targały ludzkością. Nie było wątku, który nie pojawiłby się w życiu osiedla. Iwan Iwanowicz, Sefardi i Izabela nie byli wyjątkami.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 213: Niezwykła Maria, lustra i seks po japońsku

O Marii ludzie Babochłopa mówili otwarcie i z przekonaniem, że jest wściekła. Agent policji nagrał potajemnie jej wystąpienie. Maria miała ciepły, perfidnie przekonywujący głos.

– Związek kobiety i mężczyzny zawsze prowadzi do nieszczęścia. Są nim dzieci. W małżeństwie, które znałam przez wiele lat, oboje byli kalekami. Mężczyzna miał tak krótkie nogi, że nie sięgały podłogi, kiedy siedział na krześle, a kobieta nienormalnie długie. Miała za to bardzo krótki tors, wyglądała tak, jakby nie wystarczało jej miejsca na pachy. Mówię to z pewną przesadą, ale taki był problem. Ci ludzie pobrali się mimo sprzeciwu rodziców, którzy czuli, że potomstwo jakie spłodzą, przyniesie im nieszczęście. Wynik był inny niż można by się spodziewać, ponieważ dzieci okazały się normalne. Kiedy podrosły, nikt im jednak nie pomagał w opiece nad rodzicami, ani kościół, ani państwo, ani żadne towarzystwo dobroczynne. Nikt! To było dla nich nie do wytrzymania. Pragnęły mieć swoje własne życie, cieszyć się nim, jak wszyscy normalni ludzie. Najpierw znęcały się nad rodzicami fizycznie i moralnie, potem porzuciły je bez pardonu na pastwę losu. Straciłam ich wtedy z pola widzenia. Co się z nimi stało, nie mam pojęcia. Była to potworna nauczka, czym mogą stać się dzieci, kiedy zajdzie potrzeba pomocy rodzicom. Ja sama nigdy o dzieciach nie myślałam i jestem szczęśliwa.

*****

Gubernator starał się nie pozostawać w tyle za Eminencją w promocji postaw reprodukcyjnych. Nie lubił wyrazu „reprodukcja”, kojarzył mu się za bardzo ze zwierzętami, ale posługiwał się nim, aby wyrazić istotę sprawy. Jego doradca, demograf, używał często tego terminu, mówiąc o reprodukcji prostej, rozszerzonej i zawężonej. Oczywiście celem rządu była reprodukcja rozszerzona. Obydwaj mężczyźni, gubernator i Eminencja, rywalizowali ze sobą, kto wykaże się większą inwencją w metodach przekonywania do reprodukcji.

Na lustrach w centrum miasta pojawił się jego specjalny program propagandowy. Przechodzące obok luster kobiety widziały na nich swój obraz. Był on pozytywny i miły dla oka, kiedy kobieta przysparzała krajowi dzieci, ale negatywny i mroczny, kiedy była niechętna prokreacji. Działo się to w ten sposób, że kamery skanowały twarze osób w zasięgu luster, obraz w ułamku sekundy był analizowany przez komputer w celu identyfikacji osoby. Rząd miał już wtedy teczki z dossier większości kobiet, tak że system był w stanie generować na lustrach obrazy kobiet uwzględniając ich stosunek do prokreacji. Najczęściej na lutrze ukazywał się palec boży wytykający kobiecie grzech nieprzestrzegania boskiego polecenia „Idźcie i rozmnażajcie się”. Niektóre kobiety ogarniał taki wstyd, że rzucały kamieniami w lustro. Było to nieskuteczne. Obraz nie znikał ani nie ulegał deformacji; lustra były odporne na tego rodzaju ataki.

Rząd utrzymywał w tajemnicy „Lustrzany program”. Jego powstanie gubernator uważał za krok milowy w walce o prokreację. Nie omieszkał wykorzystywać go także do walki z przeciwnikami politycznymi. Kiedy opozycja stawiała mu zarzuty łamania prawa, tłumaczył, że z uwagi na kryzys demograficzny parlament przyznał mu prawo stosowania środków perswazji przekraczających granice publicznej reklamy i promocji.

*****

Enrique opowiedział dziadkowi historię młodych, aktywnych zawodowo mężczyzn adoptujących japoński styl życia. Jedna trzecia z nich nie utrzymywała seksualnych kontaktów z kobietami. W Afarze organizowali oni sobie kluby i kawiarnie „only for men”. Pragnąc zrozumieć nową rzeczywistość, Sefardi poprosił wnuka o pokazanie mu takiego miejsca.

Kawiarnia nazywała się „Gwiazda przyszłości” i przypominała długą halę fabryczną, odnowioną i udekorowaną obrazami, rzeźbami i kwiatami w doniczkach. Wzdłuż ścian ustawione były dwa rzędy stolików. Siedzieli przy nich mężczyźni w różnym wieku, przeważnie młodzi, przed komputerami, laptopami, tabletami, a nawet smartfonami. Wszyscy mieli słuchawki na uszach i byli zatopieni w obrazach, rozmowach i muzyce. Nieco dalej znajdowały się pokoje przypominające małe gabinety, z wysokimi fotelami i wygodnymi kanapami, zapewniającymi poczucie intymności.

Nie pukając, Enrique otworzył drzwi jednego z gabinetów. Widać było, że czuje się w kawiarni jak u siebie w domu. Zajrzeli do środka. Sefardi dostrzegł starannie ostrzyżoną głowę mężczyzny i fragment stojącego przed nim ekranu komputera. Zaciekawiony zapytał wnuka, co mężczyzna tam robi.

– Jak to, co? – odpowiedział pytaniem Enrique. – To samo, co robi każdy mężczyzna, kiedy odczuwa potrzebę seksu, a jest sam.

Nie wdając się w dalsze wyjaśnienia wprowadził dziadka do gabinetu, popatrzył na ekran komputera, po czym bezceremonialnie przerwał sesję siedzącemu w fotelu mężczyźnie, aby przedstawić go dziadkowi. Był to przyjaciel Enrique. Nazywał się Sato Mitori i był japońskiego pochodzenia, choć nie wyglądał na Japończyka. Mówił bez naleciałości językowych podobnie jak obywatele Nomadii mieszkający tam od wieków. Sefardi zapamiętał tylko jego imię, twarz i niektóre fragmenty wypowiedzi. Do kawiarni Sato przychodził regularnie, wybierał zawsze ten sam pokój, jeśli tylko był wolny i spędzał tam wieczory.

Po zakończeniu spotkania Enrique opowiedział Sefardiemu pozostałą część historii. Sato oglądał pornografię, wchodził w słowny i wizualny kontakt z kobietami, aby prowadzić z nimi erotyczne konwersacje, podniecić się i przeżyć orgazm. Za opłatą, a często nawet bez niej, wirtualna kochanka po drugiej stronie ekranu rozbierała się i wykonywała wszystko to, o co ją prosił, zachowując się, jeśli trzeba, wyuzdanie dla zaspokojenia jego fantazji erotycznych.

– Nie jest to jednostronne, że ona robi to, o co prosi ją Sato. Ona sama też może poprosić go o obnażenie się, podniecanie jej, opowiedzenie frywolnej historyjki, jakiejś fantazji lub zachowanie się w inny sposób, tak jakby byli razem nadzy w jednym pomieszczeniu. Oni po prostu współżyją ze sobą. Znam ją i jego na tyle dobrze, aby wiedzieć, że to udana para. – Enrique zakończył wyjaśnienie w taki sposób, jakby wszyscy tak postępowali i byli z tego tytułu szczęśliwi.

0Shares

Powieść. Laboratorium Szyfrowanych Koni. Cz. 212: Sala Macierzyństwa i aktywistki Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet

Ostatnim pomieszczeniem świątyni była Sala Macierzyństwa poświęcona triadzie „kobieta-mężczyzna-dziecko”. Na ścianach wisiały obrazy kobiet w stanie błogosławionym, ich rodzin, mężów i opiekunów oraz patronek i patronów, tworząc atmosferę świętości kobiety i dziecka. W jednym z bocznych pomieszczeń umieszczono instalację artystyczną, uroczą ekspozycję wózków dziecięcych i akcesoriów związanych z macierzyństwem włącznie z kolorowymi zabawkami, mówiącymi misiami i kotkami, pachnącymi wyprawkami, lalkami otwierającymi niebieskie oczy oraz zdjęciami niemowląt tak słodkich, że niejednej kobiecie trudno było opuścić pomieszczenie. 

Obraz samej rodziny był rozmyty. Było to celowe.

Czarna Eminencja był świadomy, że coraz więcej kobiet żyło samotnie i pragnęło zajść w ciążę, ale niekoniecznie tworzyć rodzinę. Dla nich celem macierzyństwa było dziecko, niekoniecznie posiadanie męża. Kościół niechętnie uwzględniał to w swoich rachubach. Zwiedzając późnym wieczorem pustą już Świątynię Wiary i Prokreacji Eminencja przypomniał sobie słowa gubernatora:

– Zależy nam na dzieciach, drogi Eminencjo, nie na szczęśliwej rodzinie. Nie ma sensu narzucać sobie i innym ograniczeń.

*****

Przy wyjściu z Sali Macierzyństwa stały dzieci przebrane za aniołki, nadprzyrodzone istoty żyjące w bezpośredniej bliskości Boga i symbolizujące jego najważniejsze przymioty, miłości i dobroci. Niektóre tak słodko przypominały cherubinki, że wzruszone kobiety klękały przed nimi, tuliły je i całowały po buzi i po rączkach.

Za budynkiem świątyni rozciągało się obszerne, rozsłonecznione patio. Słońce w połączeniu z otwartą przestrzenią ożywiało ludzi. Kobiety tańczyły z radości, całowały się, klękały na ziemi lub siadały na ławkach, ustawionych pod drzewkami pomarańczowymi wydzielającymi słodki zapach. Patio wyposażono w kanały irygacyjne obficie nawadniające ziemię; rośliny były wiecznie zielone a kwiaty w pełni rozkwitu. Był to ogród botaniczny zwany Rajskim Ogrodem, z ptakami śpiewającymi w koronach drzew przykrytych rozległą siatką.

– To jest raj! – Zawołała Kristina zalewając się łzami radości.

Paradise by Lucas Kranach

Kobiety opuszczały Świątynię Wiary i Prokreacji wyzwolone w większości ze strachu przed prokreacją. Biuro Czarnej Eminencji prowadziło dokładną statystykę uzdrowień czy też nawróceń, jak je nazywano. Przekonanie do macierzyństwa niekoniecznie było trwałe, gdyż po oddaleniu się od murów świątyni kobiety wracały do rzeczywistości.

Na ulicy czekała je niespodzianka. Stanowiły ją emisariuszki i aktywistki Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet niezwykle chętne pomóc otrząsnąć się z przeżyć i decyzji podjętych w świątyni. Życzliwie uśmiechnięte podchodziły do wychodzących, aby wlać w nie nastrój otrzeźwienia. Wdawały się w przyjazną rozmowę, pytały o wrażenia i zadawały życzliwe pytania. Przypominając wyglądem i zachowaniem przedstawicielki organizacji religijnych, rozdawały święte obrazki oraz formularze zapisów na rekolekcje, a nawet na kursy świadomego macierzyństwa. Znakomicie pozorowały radość i uniesienie, tak jakby rzeczywiście same przeszły przemianę duchową. Spotkania prowadziły do słów szeptanych do ucha:

– Otrząśnij się, dziewczyno. Księża to mężczyźni. To, czego doznałaś w Świątyni Wiary i Prokreacji, to tylko sztuczka, aby skłonić cię do zajścia w ciążę i pozostawić bez pomocy. Czy zaoferowano ci żłobek, przedszkole albo niańkę, czy choćby zapomogę opieki na dzieckiem? – Pod koniec rozmowy aktywistka dawała skołowanej kobiecie wizytówkę i zaproszenie do klubu Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet położonego najbliżej miejsca jej pracy lub zamieszkania.

Najbardziej pomysłowa w zniechęcaniu kobiet do macierzyństwa była Maria, atrakcyjna i ładnie ubrana dziewczyna, witająca każdą kobietę ciepłym, niewymuszonym uśmiechem. Nikt nie znał jej nazwiska, wszyscy nazywali ją po prostu Marią. Była urodziwa i przekonywująca, ujmowała swoją wiarą i szczerością. Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zatrudniało ją na etacie. Przechodząc razem z tłumem przez wszystkie sale Maria obserwowała kobiety i zapamiętywała te, które wydawały się najsilniej ulegać atmosferze macierzyństwa. Po wyjściu na zewnątrz podchodziła do upatrzonej ofiary, przeprowadzała rozmowę, aby w końcu przedstawić propozycję:

– Przyjdź do nas, aby się odtruć. Rząd i kościół od wieków utrzymują nas w stanie niewolnictwa, stwarzając pozory przyzwoitości, a nawet miłości. Czas z tym skoczyć. Przyjdź, pomożemy ci, jest tylko wyrazisz takie życzenie. Nic na siłę. Sama o wszystkim zdecydujesz.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 211: Sala Spowiedzi i Sala Nieba Czyśćca i Piekła

Kamery w Sali Spowiedzi były miniaturowe i tak zręcznie ukryte, że nawet wprawne oko nie było w stanie ich zauważyć. Uspokajało to Eminencję, gdyż ujawnienie inwigilacji wiernych przez kościół byłoby równoznaczne z kompromitacją i koniecznością jego natychmiastowej rezygnacji ze stanowiska. Samą rezygnację Eminencja potrafiłby przeboleć, ale nie kompromitację, bo ta byłaby obrazą nie osoby, ale Kościoła i Boga. Byłoby to świętokradztwo. Eminencja przypomniał sobie działanie systemu.

Kamera najbliższa wejścia wychwytywała osobę wchodzącą na salę i natychmiast koncentrowała się na jej twarzy. W ułamku sekundy sprawdzała, czy jest to osoba zarejestrowana już w systemie, czy też nowa, wymagająca rejestracji. W drugim przypadku system automatycznie nadawał numer identyfikacyjny i zapisywał dane. Były one przetwarzane w czasie rzeczywistym. Jak tylko na ekranie ściennym wyświetlił się numer osoby czekającej w kolejce na spowiedź, ksiądz w konfesjonale widział już ją na swoim ekranie umieszczonym na wysokości oczu wraz z danymi personalnymi. Informacje o osobie zarejestrowanej już wcześniej obejmowały imię, nazwisko, wiek, wzrost, stan cywilny, wykształcenie i rodzaj wykonywanej pracy, jak również zainteresowania, hobby, a niekiedy także stosunek do macierzyństwa lub ojcostwa, w zależności od płci. Znakomita większość osób odwiedzających Świątynię Wiary i Prokreacji stanowiły kobiety.

Posiadanie wielu informacji o osobie spowiadanej niosło ryzyko dla kościoła. Spowiednik musiał pilnować się, aby przypadkiem nie ujawnić jakiegoś szczegółu biografii osoby, który mógłby wzbudzić w niej podejrzenie. Dzięki szkoleniom, księża nabrali takiej wprawy, że nawet jeśli powiedzieli coś nieodpowiedniego, to umieli to zakamuflować informacją sugerującą, że osoba spowiadająca się nie jest mu znana, a jego obserwacja była zupełnie przypadkowa.

Księża prowadzili spowiedź w taki sposób, aby wyczuwając wrażliwość, zainteresowania i motywację kobiet zachęcić je do macierzyństwa.

Informacje uzyskiwane w czasie spowiedzi były zapisywane w systemie. Eminencji przyszło na myśl, że sam Bóg nie wie więcej o człowieku więcej niż on sam. To go zmieszało tak bardzo, że spędził resztę wieczoru na modlitwie prosząc Najwyższego o wybaczenie.

*****

W Sali Nieba, Czyśćca i Piekła wszystko było pomieszane, panował prawdziwy nieporządek. Na ścianach wisiały obrazy imponujące swoimi rozmiarami i kolorami, nad głowami zwiedzających unosiły się znaki i wyobrażenia cierpienia i radości. Nad wszystkim górowało wielkie oko w trójkącie. Piekło znajdowało się między mglistą oazą czyśćca a świetlistym królestwem nieba. Na pierwszym planie piekła stał ogromny, dymiący gar smoły. Przez jej swąd przebijała się słodka woń kwiatów nasturcji o liściach wielkości trzech ludzkich dłoni.

Zatrwożone niewiasty oglądały niezwykłe widoki i słyszały dziwne głosy: syk węża oferującego jabłko, podszepty szatana zachęcającego do grzechu, śpiew chóru anielskiego i łagodny szum rajskiego drzewa, nad którym brzęczały pszczoły. Była to przemyślna aranżacja. Kobiety miały zdać sobie sprawę z pogmatwania swojego życia i potrzeby odmiany, dokonania lepszego wyboru. W sali nie było istot niewinnych, każda miała coś na sumieniu. Jeśli nic jej nie ciążyło na sercu lub w pamięci, natychmiast ogarniał ją niepokój i budził wątpliwości. Kristinie przypomniało to, że ma sumienie, tylko niepewne siebie, i musi coś z tym zrobić.

Zmierzające ku wyjściu kobiety porządkowały swoje myśli i uczucia; większość z nich dokonywała wyboru z łatwością, decydując się na prokreację, której towarzyszyła nagroda. Odrzucając ten wybór, godziły się na karę. Po drodze wszystko się porządkowało, sceny i akcesoria piekła przesuwały się do tyłu, z przodu pojawiało się coraz więcej obrazów i akcesoriów nieba. U końca drogi stały drzwi wielkości solidnej bramy prowadzące do Sali Pokuty i Rozgrzeszenia, gdzie kobiety, które wybrały prokreację, samoistnie uzyskiwały rozgrzeszenie z popełnionych nieprawości. Ogarniała je wielka ulga, uczucie kamienia spadającego z serca. Przed pozostałymi niewiastami zjawiała się wizja piekła; niektóre z nich akceptowały ją równie łatwo jak propozycję pójścia latem na spacer do cienistego parku.

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 210: Technologia w Świątyni Wiary i Prokreacji

Kristina nie zauważyła nawet, kiedy znalazła się w Sali Spowiedzi. Była ona wzorowana na sali Convento Santa Maria delle Grazie, miała kształt długiej i jasnej nawy kościelnej. Zdobiły ją potężne organy wmontowane w ścianę wejściową oraz ustawione po bokach konfesjonały.

Siedzący w nich spowiednicy rekrutowali się spośród najbardziej uduchowionych księży, znawców ludzkiej duszy. Byli to mężczyźni poważni, postawni, o miłym głosie i usposobieniu, umiejący zjednywać sobie ludzi. Eminencja osobiście poznał każdego z nich, ocenił i zaakceptował.

U wejścia do Sali Spowiedzi znajdował się automat wydający bilety z numerami. Skracało to oczekiwanie w kolejce. Obok wyświetlanego na ekranie numeru biletu widoczny był także numer konfesjonału, do którego należało podejść. To nietypowe dla kościoła rozwiązanie podobało się wiernym ceniącym czas i wygodę. Eminencja wyraził na nie zgodę, uznając, że Kościół Hierarchiczny musi akceptować nowoczesność, aby przyciągać wiernych. Podwładnym wyjaśniał to krótko. Milkli wobec jego argumentacji.

– Nawet Bóg nie jest w stanie działać w próżni. Próżnia to nicość. A nicość to niebyt.

Sala kryła w sobie sekret, o którym nie wiedział nikt poza Eminencją i kilku specjalistami. Po długiej rozterce, Eminencja zgodził się pójść na współpracę z tajną policją, ponieważ tylko oni dysponowali technologią i gwarantowali zachowanie tajemnicy. Nie podobało mu się to, czuł się kolaborantem. Już samo to określenie źle mu się kojarzyło. Uspokoił go ksiądz-językoznawca tłumacząc, że w innych językach wyraz kolaboracja oznacza współpracę i ma pozytywne znaczenie.

Arcybiskup ufał swoim podwładnym, ale nie w sposób tak bezwzględny, jak tajnej policji. Przekonał go do tego Babochłop, z którym rozmawiał kilka razy w warunkach pełnej dyskrecji, czyli przy konfesjonale. Obydwaj byli pewni, że nie ma w nim urządzeń podsłuchowych, sprawdzili to zaufani ludzie obydwu stron. Spotkanie umówił gubernator, kiedy był jeszcze przy pełni zmysłów, bo było z nim coraz gorzej, tak boleśnie przeżywał zagrożenie demograficzne. Babochłop przekonał Eminencję rzeczowym oświadczeniem.

– Drogi Księże Eminencjo! Nie jesteśmy potworami. Część z nas to ludzie wierzący. Ale musimy być niezwykle skuteczni i przewidujący. Po prostu eliminujemy każdego sukinsyna, który nas zdradził. Dlatego tajna policja nie ma problemów z brakiem zaufania. Każdy u nas wie, co to jest zaufanie.

Po nietypowym wyznaniu Babochłop przeprosił Eminencję, że użył wulgaryzmu w kościele, instytucji nieporównanie bardziej etycznej niż jakakolwiek, nawet najbardziej przyzwoita, policja na świecie. Wywiązała się z tego dyskusja, w której Eminencja myśląc o ładzie i porządku wskazał postać Anioła Stróża, obrońcy biednych i uciśnionych, pojawiającą się w Pięcioksięgu i w psalmach.

– Nasz Anioł Stróż jest biblijnym odpowiednikiem policjanta, o którym zresztą mówi się często, że jest stróżem porządku. Oczywiście nie nalegam, że jest to prawda oczywista dla każdego, ale chyba coś w tym jest, ta bliskość pojęć anioła stróża i stróża porządku.

Jego wyjaśnienia zaintrygowały Babochłopa tak bardzo, że Eminencja poczuł się zobowiązany przedstawić mu słowa Księgi Wyjścia opisujące drogę Izraelitów wiodącą przez pustynię do ziemi obiecanej, w której towarzyszył im anioł pełniący rolę stróża. Nie omieszkał popisać się przy okazji pamięcią, cytując obszerny fragment:

– „Za dnia szedł na czele, wskazując cel, a w nocy przesuwał się na tyły, osłaniając lud przed wrogiem. Lud, mając takiego patrona i obrońcę, powinien mu być wierny i posłuszny oraz otaczać go szacunkiem. Oto ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się mu w niczym”.

Szefowi tajnej policji ogromnie przypadła do gustu opowieść Eminencji, jego wiara i narracja. Po raz pierwszy w życiu dostrzegł w wierze w Boga ludzką motywację, wewnętrzne pragnienie podporządkowania się, oddania się pod opiekę siły wyższej, którą sam w naturalny sposób kojarzył z policją.

Eminencja podobnie życzliwie ocenił policjanta. Ujęła go jego otwartość i zainteresowania, nawet jeśli nie do końca był pewien jego szczerości. Rozmowa sprawiła mu przyjemność, bo był to wyjątkowy trudny okres, kiedy męczyła go sprzeczność między sumieniem a interesem publicznym, wręcz żądającym stosowania przymusu, aby ratować społeczeństwo przed zagładą.

Książki Michael Tequili: https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 209: Kristina odwiedza Świątynię Wiary i Prokreacji

Świątynia Wiary i Prokreacji w zamyśle Czarnej Eminencji miała być genialną machiną konwersji przeciwniczek prokreacji w jej gorące zwolenniczki. Był to jego pomysł. Kiedy myślał o nim, czuł nad sobą ożywczy oddech Stwórcy. W przekonaniu Eminencji świątynia ucieleśniała ideał zawarty w biblijnej myśli „młyny boże mielą wolno, ale dokładnie i na miałko”.

Pragnieniem Eminencji było przywrócenie społeczeństwu, oczywiście również Bogu, wierzących kobiet, które straciły orientację i zeszły z drogi prawdy. Myśląc o tym Eminencja posługiwał się czasem terminem naukowym „indoktrynacja”, ale podwładnym zakazał używać go, ponieważ zalatywał on czymś nieczystym, nawet diabelskim.

Z chwilą rozpoczęcia budowy świątyni, o szczegółach projektu, jego celu i mechanizmach działania, oprócz Eminencji i gubernatora wiedziała tylko nieliczna grupka wtajemniczonych: Babochłop, dwóch ekspertów rządowych prześwietlonych przez gubernatora, poza tym księża oddelegowani do nadzorowania prac świątynnych, oddani sprawie wiary i ojczyzny, gotowi oddać za nią życie. Wytyczne Eminencji, głowy Kościoła Hierarchicznego, były dla nich świętością.

*****

Kobieta, miała na imię Kristina, niepewnie przekroczyła próg Świątyni Wiary i Prokreacji. Wiele o niej słyszała, że jest piękna, ogromna i niezwykle urokliwa. Rozglądając się dookoła, posuwała się powoli razem z innymi kobietami w kierunku wskazywanym przez strzałki. Nie spieszyła się, miała dużo czasu, nie miała zresztą do czego wracać. W skupieniu czytała wszystkie tabliczki, ogłoszenia i wskazówki. Przyszła tu szukając pocieszenia po nieudanej miłości. Marzyła o małżeństwie, domku, ogródku i rodzinie. Kiedy jej marzenia rozpadły się, straciła chęć na wszystko.

Pierwszym pomieszczeniem była Sala Grzechu. Wypełniały ją znaki i symbole grzechu pierworodnego, z którego kościół wywodził także sprzeniewierzanie się boskiemu poleceniu „idźcie i rozmnażajcie się”. Ten grzech upowszechnił się i rozprzestrzenił po całej Nomadii. Wszyscy o nim mówili, stał się wyzwaniem dla narodu.

Symbole grzechu figurowały wszędzie, były wszechobecne. Kristina widziała je na piedestałach pomników, tablicach ogłoszeniowych, na stacji autobusowej, w piekarni, na ścianach i chodnikach, skwerach, placach, w małych parkach, a nawet w książce, którą czytała. Wiele wiedziała o grzechu. Mówiła jej o tym matka, tym głośniej i więcej, im bardziej ojciec popadał w pijaństwo. Grzech był ważny, ponieważ sięgał do zarania historii i służył odróżnieniu dobra od zła. Także zrozumieniu, czym jest dobro, jak jest ważne i dlaczego należy do niego dążyć.

Kobieta oderwała się od myśli i skoncentrowała. Ściany Sali Grzechu ozdobione były wielkimi obrazami i reliefami w złoconych i czarnych ramach, w zależności od treści, jakie zawierały. Obraz grzeszników spadających do piekła miał ramy czarne jak czeluść zapomnienia lub czerwone jak ogień piekielny. Na obrazie „Ucieczka od grzechu” kolory były jaśniejsze, coraz żywsze w miarę przesuwania wzroku ze strony lewej do prawej, w kierunku galerii nadziei.

Kristina nie zauważyła, kiedy zjawił się nad nią paznokieć. Wyglądał jak żywy. Wszystkie kobiety go dostrzegły. Działał na ich wyobraźnię, wyobraźnię osób dbających o ręce, marzących o gabinecie kosmetycznym i porządnym pedicure. Niektóre z nich śniły nawet o zawodzie kosmetyczki. Unoszący się w powietrzu paznokieć rozbudzał wyobraźnię, nawiązywał do ideału dłoni kobieciej, wydawał się pytać, czy powinien być takiego samego wzoru i koloru na każdym palcu, czy też odmienny, motywowany fantazją. Kobietom o żywszej wyobraźni i temperamencie przypominał, że miłosnemu zbliżeniu z mężczyzną pomagają piękne dłonie, podobnie jak przezroczysta koszulka w pikantne wzorki w brzoskwiniowym kolorze. Takie i podobne myśli przenikały umysły kobiet, coraz bardziej marzących o spotkaniu z mężczyzną i macierzyństwie, i o zdjęciach z maleństwem z dumą pokazywanych rodzinie i przyjaciołom. Obecne w świątyni kobiety zaczynały zdawać sobie sprawę, jak bardzo kochają dzieci, ich niezdarne ruchy i drobną buzię, która może nie jest jeszcze wyraziście piękna, ale już anielska.

Wkrótce paznokieć zniknął i pojawił się palec boży, aby stale już towarzyszyć w drodze przez świątynię przesuwając się po ścianie lub w powietrzu. Każdą z kobiet kierował inny palec; był on jak anioł stróż, czuwający nad bezpieczeństwem i wskazujący drogę w gąszczu obrazów, wyobrażeń i przepowiedni. Był to idealny przewodnik, niczego nie narzucający, tylko sugerujący i podpowiadający, w jakim kierunku uczynić następny krok.

Kristina widziała go z bliska, tuż, tuż przed sobą. Była pod jego wrażeniem. Był jak żywy, mogła go prawie dotknąć. Gdyby jej powiedziano, że był to obraz tworzony przez promienie lasera, kolorowy, połyskliwy hologram, pokazujący każdą żyłkę, najdrobniejszą nawet skazę, to by nie uwierzyła. Nie dziwiło jej nic, co działo się w tym świętym miejscu. Podobnie jak inne kobiety szeptała do siebie:

– To palec boży wskazujący prawdę miłości. To palec Stwórcy, jedynego wzoru godnego naśladowania.

Poruszający się palec przekonywał i uwodził Kristinę obrazami i cicho szeptanymi słowami. Pozytywne wrażenia wzmacniała nieziemska muzyka płynąca ze wszystkich stron. Zapowiedź macierzyństwa spływała na Kristinę niewidocznymi nitkami z sufitu, dotykała jej włosów, ciała i ubioru.

Im bardziej kobiety poddawały się uczuciom miłości, tym radośniejsze stawały się obrazy a muzyka bardziej promienna. Były to utwory muzyki liturgicznej, sakralnej i kościelnej, kompozytorów głoszących chwałę bożą, Jana Sebastiana Bacha, Ludwika von Beethovena, Georga Haendla i Amadeusza Mozarta. Najpiękniej brzmiały w uszach Kristiny pasje, msze, oratoria i kantaty Jana Sebastiana Bacha, twórcy natchnionego nie przez aniołów czy świętych, ale samego Pana Boga.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 208: Czarna Eminencja poświęca się Świątyni Wiary i Prokreacji

Pełną wiedzę o projekcie miał tylko sam arcybiskup. Był tak nim zajęty, że o postępach prac informował tylko gubernatora i to nie za często. Kiedy Blawatsky zauważył na sutannie Eminencji ślady cementu i farby zapytał, czy naprawdę nie potrzebuje pomocy.

– Nie napotykam najmniejszych problemów, bo Bóg jest ze mną. Jestem z nim w kontakcie prawie każdego dni i każdej nocy, bo pracujemy przez całą dobę. – Odparł duchowny.

Jego wychudzona twarz rozpromieniła się, oczy rozbłysły blaskiem misyjnego uniesienia. Gubernator nigdy wcześniej nie widział arcybiskupa w stanie takiego pobudzenia i pomyślał o nim, że jest szczęściarzem. Niekiedy przychodziło mu do głowy, że jest nawet nawiedzony. Odrzucał tę myśl zdecydowanie, kiedy arcybiskup fachowo, ze szczegółami i werwą, opowiadał o supernowoczesnej technologii instalowanej w Centrum Wiary i Prokreacji. Z tego, co gubernator zrozumiał, chodziło o rzeczywistość wirtualną. Miał o niej mgliste pojęcie.

Misja, plan i budowa świątyni stały się pasją Eminencji. Jeśli o niej rozmawiał, to tylko z gubernatorem, spowiednikiem i własnym cieniem. Nawet w Kościele Hierarchicznym niewiele wiedziano o powstającym sanktuarium. W pogodne wieczory widziano Eminencję nad brzegiem Mondegi, samotnie spacerującego i rozmawiającego z samym sobą. Na temat świątyni Eminencja tak rzadko udzielał wywiadów, że bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że w ogóle ich nie udzielał. W okresie ofensywy prokreacyjnej rzędu tylko jeden dziennikarz miał szczęście przeprowadzić z nim wywiad.

Sefardi oglądał to spotkanie w telewizji. Dziennikarzem okazał się jego samozwańczy opiekun z osiedla. Wynalazca był tak zaskoczony, że z wrażenia przewrócił filiżankę rozlewając gorącą kawę na spodnie. Wywiad zaczął się interesująco.

– Ratujemy człowieka przed nim samym, przed jego cywilizacyjnym obłędem. – Czarna Eminencja odpowiadał na pytania stonowanym głosem, patrząc prosto w obiektyw kamery.

O samej Świątyni Wiary i Prokreacji mówił niezwykle oszczędnie, jakby żałował słów. Wyjaśnił, że celem rządu i kościoła jest wykorzystanie symboliki wiary dla sprowadzenia człowieka z drogi grzechu na drogę prawdy. Jego wypowiedzi były tak skąpe i tajemnicze, że nawet dziennikarze specjalizujący się w sprawach wiary i kościoła nie byli w stanie zorientować się, w czym rzecz. Tajemnicę wypowiedzi hierarchy usiłowano rozszyfrować na różne sposoby. O pomoc poproszono jasnowidza i kabalistę, lecz ich wyjaśnienia były tak zawiłe, że tylko powiększyły zamieszanie. 

*****

Na niedzielnej mszy w katedrze Eminencja powrócił do tematu symboliki wiary i prokreacji. Jej potęgę porównał z cudownym ozdrowieniem rzeki Mondegi i leczniczymi własnościami jej wód. Przemawiając, przeszedł sam siebie. W pamięci zapadła wszystkim równie mocno jego pełna pasji homilia i orędzie, jak i biała szata zdobna w różnobarwne symbole prawdy, miłości, dobra i radości, macierzyństwa i ojcostwa. Słuchający go wierni widzieli, jak wzlatują one w powietrze na skrzydłach zachęty do odwiedzenia Świątyni Wiary i Prokreacji i uczestnictwa w misteriach, jakie będą tam mieć miejsce.

– Wiara w Boga i jej symbole są stare jak świat. Tu nie musimy nic zmieniać. Mamy wszystko podane jak na tacy.

Rewolucjonizujemy tylko sposób ich wykorzystania dla zmiany postaw kobiet zapiekłych w chciwości świata, niezdrowych ambicjach i zarozumiałości. – Eminencja używał mocnych słów, aby trafić do serc wiernych. Nieliczni twierdzili potem, że ten fragment jego przemówienia ambonnego był w pełni zrozumiały.

*****

W rozmowie z gubernatorem, arcybiskup wyjaśnił, że Świątynia Wiary i Prokreacji wykorzystuje najbardziej zaawansowane technologie komunikacji międzyludzkiej, interpretacji poglądów oraz kształtowania zachowań jednostki. Gubernator – nie była to w pełni świadoma reakcja – lapidarnie zreasumował, że Eminencji chodzi zapewne o pranie mózgu i indoktrynację, aby zachęcić kobiety do prokreacji.

– To słuszne podejście. W końcu muszą zacząć zachodzić w ciążę i rodzić dzieci. Do diabła! – wyrwało mu się.

Czarna Eminencja zesztywniał, zamilkł na chwilę, na jego twarzy pojawiła się niepewność, a moment później wyraz zniechęcenia. Szybko zakończył rozmowę.

– Barrasie! Modlę się każdego dnia, aby dobry Bóg mi wybaczył, jeśli robię coś niewłaściwego. Nawet wiem, że mi to wybaczy, ponieważ czynię wszystko z głębi serca w przekonaniu, że jest to zbawienne dla wiary i dla społeczeństwa.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 207: Eminencja odnajduje ostrze walki o prokreację

Wojna z przeciwnikami prokreacji rozkręcała się powoli, ale systematycznie, zgodnie z zasadą, że młyny boże mielą wolno, ale dokładnie, którą Czarna Eminencja uznawał za fundament wszelkiej sprawiedliwości. Zadowolony z kierunku działań, Eminencja nie był jednak zachwycony tempem ich rozwoju; było ono zbyt wolne. Podnosił to rozmowach gubernatorem, przeglądając statystyki kobiet w ciąży oraz liczby urodzeń.

– W takim tempie to wykaraskamy się z problemu za dwieście lat, a nie za dwa trzy lata, na co bym serdecznie liczył – powiedział gubernator. – Kiedy to mówił, był wyraźnie przygnębiony, Coraz częściej dopadał go niepokój wywołując zawroty głowy i bóle żołądka. Lekarze ostrzegali go przed depresją.

Eminencja pocieszał go jak mógł, zastanawiając się nad przyczyną spowolnienia. Doszedł do wniosku, że rządowi brakuje ostrza, czegoś nośnego, porywającego, idei lub hasła, co uskrzydliłoby jego akcje. Czasem przychodziły mu do głowy skojarzenia ze skrzydłami husarskimi, wynoszącymi na szczyty zwycięstwa ciężkozbrojnych rycerzy i ich rumaki bojowe. Było to skojarzenia tak śmiałe i niestosowne, że je natychmiast odrzucał. W chwilach niepewności wolał myśleć o skrzydłach anielskich.

*****

Przechodząc korytarzem swego pałacu arcybiskup zatrzymał się przed obrazem przedstawiającym scenę biblijną. Kierował nim impuls. Zupełnie nieoczekiwanie, bo dzień był pochmurny, obraz oświetliła wiązka promieni o kształcie palmy świątecznej. Eminencja poczuł, że jest to znak z nieba, nie wiedział tylko jak go zinterpretować. Zaintrygowany schylił głowę, aby odczytać treść tabliczki tytułowej. Nie pamiętał nazwy obrazu. W pałacu były ich setki. Gromadzone przez kilka wieków, jeden był ciekawszy od drugiego. Stanowiły bezcenny majątek kościoła. Uwagę hierarchy rozproszył niepokój, czy odnowiono umowę ubezpieczenia obrazów. Po chwili wrócił do tabliczki i przeczytał napis: „Grzech”. Była to replika obrazu genialnego malarza brazylijskiego przedstawiająca grzeszników.

Eminencja zdał sobie nagle sprawę, że grzech to przecież ostrze miecza, idealny symbol walki o prokreację, którego brakowało rządowi. Po upewnieniu się, że oprócz niego nie ma nikogo w korytarzu, arcybiskup wypowiedział na głos „grzech to ostrze miecza w walce o prokreację, aby w pełni uświadomić sobie sens i znaczenie tego hasła. Zachwyciła go własna intuicja, gdyż zawsze uważał siebie za mało wrażliwego pod tym względem. Był bardziej intelektualistą niż intuicjonistą.

Nowe idee zaczęły kiełkować mu w głowie jak młode roślinki obficie podlewane wiosną troskliwą ręką ogrodnika. Godzinę później Eminencja rozmawiał z gubernatorem, informując go, że wreszcie odnalazł ostrze, którego im brakowało. Rozmówca nie od razu podchwycił sens wyznania; po chwili, zarażony odkryciem i entuzjazmem arcybiskupa i on dostrzegł światło w tunelu.

Odkrycie wspaniałego symbolu nadało wigoru walce o prokreację. Ministrowie i księża pracowali dniem i nocą, zapominając o świecie bożym, nad nowym planem prokreacji. Nikt wcześniej nie stworzył niczego podobnego. Plan łączył ze sobą wartości religijne i społeczne w jedną całość, rozbijając podział na sacrum i profanum.

Za źródło zła, jedyną przyczynę upadku prokreacji, rząd państwowo-kościelny uznał grzech. Grzechem było odstąpienie Nomadyjczyków od Boga i jego przykazań, ignorowaniu tego, czego od nich oczekiwał i skoncentrowaniu się na tym, co nietrwałe i bałamutne.

– Nasze społeczeństwo zabijają ambicje, pycha i konsumpcja. – Eminencja zakończył niedzielną homilię z trudem powstrzymując się od uderzenia dłonią o pulpit ambony dla wyrażenia słusznego gniewu.

*****

Dla Czarnej Eminencji był to plan życia. Wielkim nakładem środków i fizycznego trudu w tajemnicy przed wiernymi budował ośrodek edukacji i przemiany duchowej – Świątynię Wiary i Prokreacji.

Projekt od początku zapowiadał się nietypowo. Rozpoczynając budowę, Czarna Eminencja posadził na pamiątkę cedr, okazałe drzewo iglaste o wiecznie zielonych liściach, ponieważ właśnie z cedru zbudowano Pierwszą Świątynię Jerozolimską w dziesiątym wieku przed Chrystusem. Wolał to uczynić niż kłaść kamień węgielny, nie mający w sobie nawet cząstki wspaniałej tradycji historycznej i religijnej.

Po miesiącu budowy zdarzył się poważny wypadek; robotnik spadł z rusztowania z wysokości trzeciego piętra. Kiedy podbiegli do niego ludzie, leżał nieruchomo, wyglądał jak martwy. Po chwili wstał i otrzepał się.

– Myśleliśmy, że nie żyjesz. Leżałeś na ziemi i nie ruszałeś się.

– Zamyśliłem się. Mam na głowie tyle spraw. Dlatego spadłem z rusztowania. A bo to raz człowiek pada na ziemię?! Jak spaść to z wysokiego konia. – Zaczął żartować, widząc niepewne miny otaczających go ludzi.

W trakcie dalszej budowy świątyni cuda zdarzały się tak często, że sekretariat arcybiskupa z trudem nadążał z ich rejestracją, wymagającą opisania okoliczności. Eminencja irytował się, ponieważ nie miał czasu na weryfikację licznie napływających zgłoszeń. Dwa z nich od razu wydały mu się naciągane. Ludzie oczekiwali, że każde nowe zgłoszenie cudu zostanie natychmiast zaakceptowane. Arcybiskup obawiał się, że ofiary wypadków uznające, że Bóg okazał im cudowną serdeczność, pragnęły w istocie znaleźć się w centrum uwagi publicznej, stać się celebrytami choćby na pięć minut. Pozytywną stroną wydarzeń było narastanie atmosfery nadzwyczajności Świątyni Wiary i Prokreacji.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 204: Wzrost roli jednostki i ruch celebrytek

Rząd przyglądał się z dystansu klubom wyrastającym z nurtu biblijnego chamstwa. Prowadziły one aktywną działalność, organizowały zawody sportowe i imprezy kulturalne, dyskusje i demonstracje. Zmieniały oblicze prostych rozrywek i sportu, zastępując rzutki, warcaby, szachy, cymbergaja i kręgle, uznawane za przeżytki, na bardziej nowoczesne gry i zabawy. Pierwsze zawody sportowe Klubu Chama polegały na opowiadaniu furmańskich kawałów, opluwaniu przeciwników w trakcie dyskusji, przeklinaniu na czas oraz pokazach wulgarności z wykorzystaniem różnych części i funkcji ciała. Były to prymitywne rozrywki. Męska część klubów dostrzegała to, krytykowała i starała się je udoskonalać. Ich celem było nie tyle zapewnienie rozrywki, ale wzmocnienie pozycji mężczyzn w społeczeństwie. W chamstwie widzieli oni przeciwwagę do ruchu wyzwolonych kobiet. Kluby były ostatnią ostoją męskości wobec narastającej dominacji kobiet.

*****

Ciąg fenomenów rozwijał się nieprzerwanie jak zwój wstęgi zrzuconej ze stołu. Nigdzie indziej ani nigdy wcześniej nie słyszano w Nomadii o tak szybkim rozwoju zdarzeń. Wydawało się, że mieszkańcy kraju dokonują nieprzerwanie przewartościowań. Jesienią zaobserwowano spadające znaczenie społeczeństwa i rosnące znaczenie jednostki; zapowiadało to nowy ład społeczny. Jeden z dziennikarzy opisał to poetyckim zdaniem, zrozumiałym dla zwolenników starego i nowego porządku.

– Społeczeństwo schodzi z pomnika w cień i kurczy się, indywidualizm wstępuje na oświetlony słońcem piedestał i rośnie w oczach.

Zjawisko wiązano z nowoczesnością, dającą szansę wszystkim obywatelom bez wyjątku piąć się w górę i osiągać szczyty. Ten rodzaj postępu nie był obcy aspiracjom rządzącej Partii Konserwatywnej. Partie opozycyjne odgrażały się, że przyspieszą jeszcze awans jednostki, kiedy tylko dojdą do władzy. Kościół milczał na ten temat, zasłaniając się Biblią i Trójcą Świętą, uniwersalnymi źródłami motywacji ludzkiej. Kiedy na Dalekim Wschodzie wciąż dominowało przekonanie o ważności społeczeństwa, w Nomadii wiodącą rolę odgrywała już jednostka.

Kolejnym fenomenem okazał się Ruch Celebrytek. Jego inicjatorką była Maria, czołowa aktywistka ruchu kobiet wyzwolonych, zasłużona w przekształcaniu kobiet zależnych na niezależne, wolne od popędów prokreacji. Uczestniczkami Ruchu Celebrytek były kobiety o najwyższych aspiracjach: ekscentryczki, milionerki, słynne artystki, kobiety-naukowcy, prezeski wielkich firm, wybitne sportsmenki, inaczej mówiąc jednostki obdarzone nadzwyczajnymi cechami. Niejedna z nich była notowana w Księdze Rekordów Guinessa.

Od kandydatek nie oczekiwano, że staną się celebrytkami już w momencie wstąpienia do klubu, ale że będą miały ambicje i potencjał zostania celebrytkami. Siła ruchu celebrytek tkwiła w ich niezależności od męża, dzieci i rodziców, finansowej i intelektualnej.

Podstawową komórką organizacyjną Ruchu Celebrytek był klub. Każdy departament Nomadii miał własny klub; każdy z nich dysponował własną siedzibą, najczęściej niezwykle okazałą, własnymi pojazdami, personelem pomocniczym oraz służbą. W miarę umacniania się klubów, ich wpływy rosły. Celebrytki wykorzystywały swoją pozycję przenikając hierarchię władzy administracyjnej, biznesu, szkolnictwa, nawet armii – wszystkich dziedzin z wyjątkiem aparatu politycznego oraz policji. Uważały się za awangardę kobiecości. Aby nie kojarzono je ze zwykłą awangardą w sztuce, posługiwały się francuskim terminem „Avant-garde”, mającym mocny wydźwięk międzynarodowy.

Zapisanie się do klubu celebrytek nie było łatwe, ponieważ kryteria naboru były niezwykle ostre. Wymagane były poświadczenia osiągnięć osobistych oraz rekomendacja przewodniczącej klubu lub dwóch członkiń zwykłych. Władze klubu skrupulatnie sprawdzały przeszłość i oceniały niezależność postaw i poglądów kandydatek. Wkrótce wprowadzono także testy twardości charakteru. Były to testy psychofizyczne. Kandydatki musiały być w sposób oczywisty predestynowane do życia na piedestale.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 201: Fenomen czasu

Niezwykłość rzeki Mondegi przebił fenomen czasu. Z czasem w Nomadii działo się coś dziwnego. Był nadal obecny; słońce wschodziło i zachodziło jak zawsze, zegary tykały jak zwykle, niektóre głośniej, jak zegar na ratuszu, huczący dzwonami rankiem, w południe i wieczorem, kiedy inne pracowały w coraz większym milczeniu, jakby gasły. Tak czy inaczej, wszystko, co dotyczyło czasu, było jakoś pokręcone.

Ludzie pogubili się doszczętnie, stracili rachubę minut i godzin, i nieprzerwanie spoglądali na zegarki. Mówili, że stracili czas, tak jakby stracili rękę lub nogę, bezpowrotnie i jednoznacznie. Nawet najbogatsi, których dotychczas stać było na kupienie wszystkiego, łącznie z miłością, zdrowiem i pogodą, nie byli w stanie uzyskać czasu. Nie znikł on całkowicie, ale potwornie się skurczył, wyglądało to, jakby zjadał sam siebie.

Obywatele różnie to sobie tłumaczyli, każdy z innej perspektywy. W sumie tłumaczenia powinny dać pełen obraz czasu i społeczeństwa, ale nie dały. Sefardi, powszechnie uznany mistrz czasu i zegara, śledził dziwny fenomen, lecz nie potrafił go wytłumaczyć. Uważany za geniusza, czuł się teraz szczególnie niezręcznie. Któregoś dnia zatrzymano go na ulicy, myślał, że chodzi o autograf, i zapytano go:

– Mistrzu! Co jest z tym czasem? Mam go coraz mniej, a nie wiem, dlaczego. Czy to jakaś nowa Apokalipsa?

Widząc wyraz głębokiego zaniepokojenia na twarzy pytającego, może nawet przerażenia, Sefardi poczuł się jeszcze bardziej zakłopotany, nie umiejąc powiedzieć coś sensownego nawet na pocieszenie. Czuł się tak głupio, że pomyślał, że Bóg – zmieniając naturę czasu – wystawił go na ciężką próbę a może nawet zrobił z niego idiotę. Aby zyskać uspokojenie, tworzył na potęgę hipotezy i teorie, szukając wytłumaczenia znikającego czasu. Chciał zmierzyć szybkość tego zanikania, upewnić się, że czas nie zniknie całkowicie, nie skurczy się do zera, a jeśli tak, to kiedy. Nic mu jednak nie wychodziło. Nie rozmawiał na ten temat z nikim, nawet z Isabelą. Wiedział, jaka byłaby jej reakcja.

Wobec kurczącego się czasu obywatele Nomadii zapomnieli o prokreacji. Jej przeciwnicy wręcz ją przeklęli i zamknęli gęby na kłódkę, aby na próżno nie strzępić języka. Wydawało się, że pamięć o niej zanikła. Gubernator wciąż jednak pamiętał o problemie i usiłował coś naprawić, wkrótce jednak i on zagubił się w zapomnieniu jak w letargu. Niby żył, ale częściej był bardziej nieprzytomny niż przytomny. Krążyły pogłoski, że z rozpaczy popadł w pijaństwo i nie potrafi bądź nie chce go porzucić. Były to początki śpiączki.

*****

Tej nocy, kiedy Barras pogrążył się w marzeniu o własnym królestwie, czas zniknął całkowicie. Ludzie patrzyli na zegary i nie wiedzieli, która jest godzina. Cyferblaty były puste i bezbarwne. Wywołało to panikę. Wkrótce ustąpiła ona uczuciu wielkiej ulgi, kiedy zauważono, jak na twarzach wygładzają się zmarszczki, a ludzie czując się bardziej zrelaksowani, młodnieją, a przynajmniej mają takie uczucie. Każdy łapał za telefon i dzwonił do najbliższych, aby podzielić się sensacyjną wiadomością, cieszyć się wspólnie lub po prostu porozmawiać. Nikt nie przyjmował za złe nawet budzenia go w nocy wściekłym brzęczeniem dzwonka. Panowało przekonanie, że zniknięcie czasu jest przejawem nieokreślonego dobra.

Na przedraniu gubernatora obudził telefon z centrum kryzysowego. Dzwonił sam dyrektor, którego zaalarmował dyżurny krajowej służby meteorologicznej. W rozmowie nie udało się gubernatorowi ustalić niczego z wyjątkiem uzyskania przyrzeczenia, że rozmówca będzie informować go o rozwoju wydarzeń i ostatecznym powrocie czasu.

– Jeśli to w ogóle nastąpi – dodał gubernator takim tonem, jakby chciał powiedzieć, że go to smuci i cieszy zarazem.

Zaraz po zniknięciu czasu Penelopa poprosiła męża do siebie. Był tym całkowicie zaskoczony, od lat nie był w jej pokoju. Nie miał pojęcia, że w ogóle jest w domu. Leżała w łóżku.

– Isabeli nie ma u siebie, a ja czuję się nieco osłabiona – wyjaśniła na wstępie i poprosiła Sefardiego o przekręcenie jej tułowia lekko w prawo sygnalizując to mruganiem oka. Nic z tego nie zrozumiał, poprosił więc o słowne wyjaśnienie. W czasie udzielania pomocy dała mu znać, że czas nie jest dla niej ważny. Była wiecznie młoda i wygładzanie się zmarszczek pod nieobecność czasu, co tak zachwyciło masę kobiet, nie miało dla niej znaczenia. Jej twarz pozostawała gładka jakby stale miała dwadzieścia lat. Zachwyt kobiet nad jej niezwykłą urodą przyjmowała ze spokojną godnością. Miała ją zapisaną w genach podobnie jak gładkość cery.

*****

Po telefonicznej wymianie informacji ze swoim zastępcą i dwoma członkami gabinetu, Blawatsky dał się przekonać, aby nawiązać kontakt z Sefardim.

– To najwybitniejszy specjalista od czasu i zegarów w całym kraju, a może nawet i na świecie – przekonywał go minister spraw wewnętrznych. – Powinien pan z nim porozmawiać, gubernatorze. To zbyt ważne, aby nie odłożyć na bok nawet najgłębszej nienawiści. Nie wyobrażam sobie życia bez czasu. Wszystko się nam zawali.

Kiedy zadzwonił gubernator, Sefardi wrócił właśnie od żony. Rozmowa przebiegała spokojnie i poważnie. Sefardi nie był w stanie niczego wyjaśnić ani doradzić gubernatorowi, zobowiązał się jednak pomóc, jak tylko zorientuje się co do natury zniknięcia czasu. Też był zaniepokojony tym zjawiskiem. Myślał o nim intensywnie.

Rano już nikt o niczym nie pamiętał. Czas wrócił, jakby nigdy nic, jakby wyszedł na spacer, tylko zapomniał o tym powiadomić osoby zainteresowane jego obecnością. Fakt zniknięcia czasu pozostał jednak niezbity. Ludzie musieli na nowo regulować zegary, ponieważ wskazywały różne godziny. Zastanawiano się potem wielokrotnie, jak to się stało, lecz nikt nie umiał wyjaśnić fenomenu. Meteorolodzy sugerowali, że mogło to być wynikiem rozmagnesowywania się ziemi, inni specjaliści, że był to efekt woli Boga, który pragnął o czymś ludziom przypomnieć. Gubernator przyjął ostatnie wyjaśnienie za pewnik i oficjalnie zadekretował, że zniknięciem czasu opatrzność przypomniała mieszkańcom Nomadii o obowiązku prokreacji, gdyż nic tak nie uprzytamnia upływu czasu jak pojawienie się dziecka i obserwowanie, jak szybko kończy pierwszy tydzień, miesiąc, rok i lata następne. Czas wracał do normy stopniowo, aż wskazania zegarków wyrównały się w całym kraju.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 200: Fenomeny nawiedzają kraj

Drodzy Czytelnicy!

To już dwusetny odcinek powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”. Powoli zbliżamy się do końca. Dziękuję Wam za zainteresowanie, sobie za wytrwałość. Poprawiając nieprzerwanie tekst zgarbaciałem, ale mimo to trzymam się prosto i chodzę z podniesioną głową. Jeśli zauważycie na ulicy tak wyglądającego poważnego faceta, to właśnie ja.  W czasie pobytu w sanatorium w Jeleniej Górze miałem dwa spotkania autorskie i sprzedałem łącznie osiemnaście egzemplarzy moich książek (poezje „Klęczy cisza niezmącona”, powieść „Sędzia od Świętego Jerzego” i zbiór opowiadań „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”). To mnie trzyma przy życiu i nadziei, że kiedyś przestanę dopłacać do mojej twórczości, bo w końcu rodzina się zbuntuje i mnie wydziedziczy, a nie chciałbym mimo wrodzonego optymizmu i szalonej miłości do obecnej władzy mieszkać pod mostem.

Pozdrawiam serdecznie,
Michael Tequila

*****

Gubernator intensywnie myślał, jaką strategię przyjąć wobec wyzwolonych kobiet. Czuł się zagubiony podobnie jak Czarna Eminencja. Obydwaj nie mieli pojęcia, co robić.

– Co pan sugeruje? – pytali z nadzieją Babochłopa.

Szef tajnej policji nie odpowiedział od razu. Wyjął z teczki schemat zatytułowany „Ideo” przedstawiający dwa kwadraty. Jeden nosił tytuł „Rząd”, drugi zaś „Kościół”.

– „Ideo” to robocza nazwa naszego planu. Pracujemy nad jego rozwinięciem. Przedstawia on strategię prowadzenia wojny, którą musimy wygrać. Państwo i kościół to dwie siły wywierające presję na społeczeństwo, aby je przekonać do prokreacji. Powiedzmy sobie szczerze, drodzy panowie, kobiety są życiowo bardziej odporne i dlatego odgrywają coraz większą rolę. Coraz częściej przejmują rolę mężczyzn. Już dzisiaj mają dużo więcej do powiedzenia, mimo powszechnego przekonania, że jest to głównie świat mężczyzn, że to oni rządzą.

Babochłop powiedział to w taki sposób, że Gubernator nabrał wrażenia, iż jest on dumny z kobiecości, mimo że sam zmienił płeć na męską. Nie zastanawiał się dalej, ile jest w tym prawdy, chciał wysłuchać propozycji do końca. Babochłop kontynuował.

– Nie odniesiemy zwycięstwa stosując twarde metody, prawo, zakazy i nakazy, przymus, choć nie neguję ich znaczenia. Nasza jedyna opcja to metody miękkie, indoktrynacja oparta na propagandzie i pranie mózgów. Będziemy kontynuować też nacisk i perswazję.

Oczy mówiącego zabłysły wilczo, a rysy twarzy stwardniały. Gubernator pomyślał o zastraszaniu i terrorze.

– To nie są żarty. Chodzi o zmuszenie kobiet do powrotu do ich przyrodzonej roli. To jest nasz ostateczny cel – uzupełnił mówca. – Co do zboczeńców, to musimy ich zostawić w spokoju. I tak ich nie zmienimy.

W swoim gronie mężczyźni nie krępowali się nazywać rzeczy po imieniu.

*****

Po ustaniu epidemii chorób i głodu, kiedy już ludzie odetchnęli od nieszczęść, kraj zaczęły nawiedzać fenomeny, zjawiska niekiedy dziwne i trudne do wytłumaczenia. Były one ze sobą powiązane, tworząc jedną wielką sieć przyczynowo-skutkową, tak skomplikowaną, że nie sposób było nawet zrozumieć wzajemnych powiązań. Wyglądało to tak, jakby różne potworności nawiedziły kraj okazji przynosząc kilka drobnych błogosławieństw dla okrasy. Z zewnątrz wszystko wydawało się normalne; w miastach ludzie poruszali się po chodnikach, ulicami jeździły samochody, dzieci bawiły się na placach zabaw, ale wszystko odbywało się jakoś inaczej.

Aby opisać fenomenalną rzeczywistość, naukowcy analizowali stare określenia i je modyfikowali albo wykuwali nowe. Najczęściej były one oparte na przeciwieństwach: przestrzeń fizyczna i wirtualna, materia i antymateria, grzech i antygrzech, kobieta i antykobieta, pro i contra. Już same nazwy fenomenalnych zjawisk wprowadzały ludzi w zdumienie powiększając chaos umysłowy. Wydawało się, że kraj stanął na głowie.

– Trzeba stworzyć świat od nowa! – krzyczeli anarchiści i wzywali do czynu nawet Boga oferując mu modły i ofiary.

Nie było miejsca, gdzie można by się ukryć przed skutkami fenomenów.

*****

Po dwóch tygodniach nieprzerwanych opadów deszczu Mondega oczyściła się całkowicie nabierając niezwykłych właściwości. Kąpiący się w rzece, zwłaszcza młodzi chłopcy, twierdzili, że nurkując mogą pozostać pod wodą dwa lub trzy razy dłużej niż dawniej. Kiedy zbadano wodę laboratoryjnie, okazało się, że jest ona lżejsza niż zwykła woda z kranu i woda źródlana, ponieważ zawiera nadzwyczaj wysoką ilość tlenu. Ludzie przyjeżdżali z daleka, aby zanurzać się w rzece i leczyć z trapiących ich schorzeń i dolegliwości, którym lekarze nie byli w stanie zaradzić. Widziano ich nagich, jak stojąc w nurcie połyskliwej wody obmywali ciała i wychodzili oczyszczeni, błyszczący od drobinek srebra, podobnie jak pielgrzymi znad Gangesu.

Mondega zyskiwała nową sławę; coraz częściej zdarzały się przypadki cudownego uzdrowienia. W chłodnej porze roku okazały się one tak liczne, że rzekę uznano za świętą. Kiedy zanotowano dwa przypadki zmartwychwstania, stała się przedmiotem kultu religijnego.

W jednym wypadku chodziło o młodego mężczyznę, Cesara Tujo, na którego w czasie apokaliptycznej burzy zwaliło się drzewo powodując śpiączkę. Lekarze nie dawali mu żadnej nadziei. Cesar żył tylko dzięki wytrwałości rodziny, przekonanej o jego nieuchronnym powrocie do zdrowia. Byli to ludzie prości, wieśniacy, głęboko wierzący w cudowne ocalenie. Pielęgnowali go i karmili, aż pewnego dnia, niespodziewanie, zbudził się z letargu jak z długiego pijaństwa, siadł na łóżku i poirytowanym, chropawym głosem zapytał:

– Gdzie do cholery są moje spodnie? Czy tu zawsze musi być taki bałagan? 

Drugi przypadek dotyczył starszego mężczyzny, który utonął w jeziorze. Kiedy wydobyto ciało, było już lekko napuchnięte. Topielec był dziwnie ubrany, jakby wybierał się na bal; miał twarz przestępcy znużonego długą bezsennością w oczekiwaniu na wykonanie wyroku. Student medycyny, jaki znalazł się na miejscu zdarzenia – lekarza za żadne skarby nie można było znaleźć, byli jak na lekarstwo – nie usiłował go nawet resuscytować. Orzekł, że denat musiał być w wodzie co najmniej kilka godzin. Na gorące prośby rodziny zgodził się tylko wypompować wodę z nieboszczyka.

– To zupełny bezsens – zarzekał się, ale zadanie wykonał.

Kiedy to się stało, topielec zaczął oddychać i mrugać oczami, jakby raziło go światło. Po pewnym czasie wstał i zaczął się rozglądać. Opowiedziano mu, co zaszło, ale nie uwierzył. Nie mógł sobie niczego przypomnieć, nie umiał nawet podać swego imienia ani nazwiska, ani daty urodzenia. Jego tożsamości nie można było ustalić, ponieważ nikt go nie znał, a dokumenty, jakie razem z ubraniem pozostawił rzekomo na brzegu, znikły podobnie jak jego dwaj bracia. W tej sytuacji zawieziono go do przytułku dla bezdomnych, licząc, że kiedyś wróci mu pamięć. 

Obydwa przypadki odbiły się tak głośnym echem w kraju i za granicą, że gubernator polecił je zbadać. Powołano specjalną komisję i rozpoczęto gromadzenie zeznań i dowodów rzeczowych, aby stworzyć pełną dokumentację. Niewiele osób liczyło na pomyślne zakończenie sprawy, ponieważ od samego początku był jej niechętny kościół. Czarna Eminencja był przekonany, że cudowne ocalenie bez wyraźnego udziału jakiegoś świętego nie jest możliwe. Swoją opinię uzasadniał historycznymi opisami podobnych zdarzeń.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Hysio-35 / fragmenty

[…]  W warunkach układu słonecznego hysio występuje najczęściej nocą około godziny 23.15, ale w Galaktyce Rozdrażnień panują zupełnie inne warunki. Przeważają tu silne prądy równoległego wzbudzania i hamowania aktywności organizmów żywych i nie ma podziału na dzień i noc. Czas dobowy liczony jest metodą przeskoków: redukcji – od godziny 24 do godziny 0, i wzrostu – od godziny 0 do godziny 24. Ta doba była dobą rosnącą. Kapitan spokojnie podchodził do załogantów, którzy ustawili się na zbiórce w tradycyjnej gwiezdnej formacji, nagle podskoczył, podniósł obydwie ręce do góry i popędził w kierunku mostku sterowniczego. Tam czaił się chwileczkę, po czym zręcznie wdrapał się na pulpit nawigacyjny, skąd jednym susem przeskoczył na tablicę świateł ostrzegawczych i wydał z siebie nieartykułowany dźwięk. Zaraz potem oznajmił donośnym głosem:
– Jestem kapitan Nemo K, niestrudzony badacz galaktyk i układów gwiezdnych. […]                                                                                 […]  Załoga zbaraniała. Marynarze widzieli już różne rzeczy, ale czegoś takiego jeszcze nie oglądali. Ale co mogli powiedzieć na niezwykłe zachowanie przełożonego? Na pokładzie statku kosmicznego Hysio-35 kapitan był pierwszy po Bogu. Gdyby ktoś miał wątpliwości co do jego uprawnień, to mógł to łatwo sprawdzić u źródła. Znajdowali się na wysokości dwóch lat, dwóch miesięcy i czternastu dni powyżej Ziemi. Niebo było widać jak na dłoni. Niebo przestało być pojęciem religijnym, a stało się pojęciem naukowym, astronomicznym,
od czasu, kiedy odkryto i oznaczono obszar kosmosu, gdzie koncentrowały się niewytłumaczalne siły energetyzujące wszechświat, wcześniej określane mianem Boga, Demiurga, Stwórcy lub podobnie. Bliski widok Nieba powodował, że niepotrzebne były parametry lokalizacji statku podawane na żądanie przez Biuro Namiarów Bliskości Nieba, słynne BNBN.[…]

[…] – Przyrzekłem wyjaśnić, to wyjaśnię, jestem człowiekiem honoru. – odpowiedział kapitan.
– Jeszcze przed startem nazywaliśmy się Hysio-35, ale wyniknął problem. Ksiądz kapelan odmówił poświęcenia statku. Powiedział, że nazwa jest nieważna, że nie ma takiej nazwy ani w księgach parafialnych, ani w wieczystych, ani w katalogu nazw obiektów kosmicznych. Zaglądaliśmy nawet do dzieła Kopernika „O obrotach ciał niebieskich” oraz przejrzeliśmy archiwalny stos dokumentów pozostałych po Giordano Bruno, szukając wskazówek dotyczących nazewnictwa kosmicznego odpowiadającego naszej działalności. I nic.Pomyślałem sobie wtedy: „W żadnym wypadku nie wylecę niepoświęconym statkiem. Musimy pójść na kompromis”.
– Czy ksiądz kapelan ma może jakiś pomysł lub sugestię?- zapytałem. Kapelan pomyślał chwilę,potem zasugerował:                                                                                            – A może by tak coś biblijnego?
Tak właśnie narodziła się Arka Noego. Kapelan był przekonany, że to historyczna, poważna i opatrznościowa nazwa, w dodatku zgodna z naturą ładunku, który nazwał menażerią. Oburzyłem się wtedy – dodał kapitan.
– Wiezie pan przecież ze sobą wspaniały zestaw okazów fauny, prawdziwą menażerię – wyjaśnił kapelan. Był człowiekiem prawdomównym, wiedziałem, że mówi to szczerze, co najwyżej żartuje. – Uznałem, że nas lubi i szanuje – kontynuował wyjaśni. – Tym mnie przekonał. Zgodziłem się, ale tylko czasowo. Dlatego zmieniliśmy poprzednią nazwę. Ale przemalować Hysia-35 i tak musicie.
– Kapitanie! – Zdzisio odzyskał oddech i werwę. – Ale dlaczego mamy zmieniać nazwę z Hysio-35 na Hysio-36? Co za różnica?
– Jak to dlaczego? – zdziwił się kapitan. Przecież kilkanaście minut temu dostałem hysia i był to kolejny trzydziesty szósty raz. Uważnie rejestruję wszystkie ważne zdarzenia. Jest to część tradycji wypraw kosmicznych, które prowadzę już od lat. Dlatego tak chętnie podróżują ze mną politycy, zawsze żądni poznania nowych sztuczek i manewrów oraz doznawania silnych wrażeń.

– Tam na ziemi, w parlamencie, posiedzenia zieją pustką i jest nudno jak flaki z olejem. Na statku u pana mamy nieprzerwany ubaw po pachy – przekrzykiwali się jeden przez drugiego, kiedy ich zapytał o powody zainteresowania podróżą na jego statku. – Nie tylko zresztą oni lubią podróżować w kosmosie. O, popatrzcie, tam przez okno, po prawej stronie! Jakiś turysta na hulajnodze kosmicznej. Nie widzę dokładnie tabliczki rejestracyjnej, za duża odległość, trudno więc powiedzieć, co to za model. Kierowca nie zabrał ze sobą kasku ochronnego! Musi to być jakiś nowicjusz. Zabawnie wygląda, siedzi sztywno jak urzędnik zszokowany żądaniami podwyżek emerytur i rent. Chyba zapomniał, że tu nie ma atmosfery! Niech mu
tam będzie! Każdy bawi się, jak umie – Kapitan Nemo K pogodnie podsumował wydarzenie. Jego wyrozumiałość dla ludzkich fanaberii nie miała granic.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą z tomu opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

1Shares

Hanuman Bóg-Małpa / fragmenty

 

[…] Z Bogiem-Małpą Hanumanem los zetknął go dopiero w Nepalu, zupełnie niespodziewanie,w przysypanym pyłem historii miasteczku Patan, dawniej zwanym Lalitpur, gdzie nad rzeką płonęły stosy pogrzebowe. Gordo przypomniał sobie, co czytał o nim wcześniej, w kraju, kiedy jeszcze był chłopcem. Teraz bóg zmaterializował się przed nim w całej okazałości, dobrze zbudowany, niezbyt wysoki, krępy. Wzrostem podobny był do Eduardo. Emanowała z niego siła fizyczna powiązana z nieokreśloną, ale wyczuwalną mocą wewnętrzną. W wyobraźni podróżnika zaroiło się od nadzwyczajnych czynów Hanumana. Zapachniały lasy na Cejlonie, gdzie Bóg-Małpa przebywał w czasie dziesięcioletniej wyprawy, która przyniosła mu sławę króla małp, odważnego i przebiegłego. Jego sukces, wyrwanie Sity z rąk dziesięciogłowego demona Rawany, zjednał mu wdzięczność i przyjaźń jej męża, Ramy, księcia o niebieskiej karnacji. Rama był siódmym wcieleniem boga Wisznu, tego, który zawiera w sobie wszystkie dusze.Hanuman stojący przed Eduardo był zły, marszczył czerwoną twarz, robił miny, choć dłoń miał uniesioną pokojowo do góry. To było mylące. Świeżo upieczony adept sztuki interpretacji gestów bogów hinduskich nie wiedział, co o tym sądzić. Sięgnął odruchowo do zasobów intuicji i podał Bogu-Małpie duży, żółty banan, który zabrał na drugie śniadanie. Podając, wykonał gest „Namaste” składając dłonie na wysokości serca z palcami wskazującymi do góry i lekko pochylając głowę. Zarówno dar, jak i pozdrowienie zostały jednoznacznie odrzucone.Bóg-Małpa zareagował pomrukiem zbliżonym do dźwięku wydawanego przez osobnika usiłującego przypomnieć sobie człowieczeństwo, które obluzowało się w nim przy kolejnym upadku na ziemię w stanie upojenia. Olśniony nagłą myślą Gordo wyjął z kieszeni szeleszczące pięćdziesiąt rupii i podał Hanumanowi. Ten schwycił je z wyraźnym zadowoleniem. Gordo pomyślał, że podobał mu się szelest. Sam lubił szelest suchych liści pod stopami kolorową jesienią.[…]

[…]    Kiedy już go wyraźnie rozpoznał, zrobił minę podobnie jak Hanuman, rozszerzając nozdrza i obnażając dwa białe kły. Spodobał mu się ten gest. Na próbę uderzył się kilka razy w owłosioną pierś, dobywając z niej głuchy dźwięk. Poczuł w sobie prawdziwego mężczyznę, prymitywnego osobnika rodem z Afryki, który poprzez Indie rozprzestrzenił się po całym świecie, aby w końcu objawić się w łazience, w jego własnych oczach. Gordo miał nieprzeparte wrażenie, czuł to ponad wszelką wątpliwość, że doskonale teraz siebie rozumie i akceptuje.                                                                                               – Lepiej późno niż wcale – mruknął z satysfakcją spełnionego odkrywcy. Był szczęśliwy, że dostrzegł w sobie pełną, ludzko-zwierzęcą, samczą naturę gatunku. Eduardo stał się wolną i szanowaną istotą, ludzko-zwierzęcą. Mógł zachowywać się jak człowiek lub jak małpa, w zależności od sytuacji, a nawet widzimisię. Korzystał z przywileju, który sam sobie nadał, i czerpał z życia pełnymi rękami. Męczyła go tylko świadomość, że niektórzy ludzie odczuwają do niego niechęć, a nawet wrogość. Ponieważ nie był w stanie zaradzić ich uczuciom, któregoś wieczoru skopał swoją świadomość tak gruntownie, że więcej do niego nie wracała. Umiał postępować na miarę potrzeb. Ostatecznie i w pełni zaakceptował w sobie całą trójcę: boga, człowieka, małpę. Nocami śnił mu się Darwin, mocno obrośnięty, z szeroką twarzą, który – nie mogąc zasnąć – schodził z drzewa, aby pisać traktat o pochodzeniu gatunków. Pisał go nie z głowy, lecz z głębi serca i trzewi, wiedząc doskonale, że nie rozum, ale kod genetyczny i samcza intuicja grają pierwsze skrzypce w życiu każdego prawdziwego mężczyzny.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”.

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 197: Celibat, pokuta i nowe inicjatywy rządu

Nie chcąc uronić nawet kropli energii z decyzji, jaką podjął, Czarna Eminencja wrócił do swojego pokoju, ubrał się cieplej i zszedł na dół do kaplicy dla dopełnienia pokuty. Na podłodze leżał tak długo, aż zasnął ze znużenia. Wcześniej położył sobie poduszeczkę pod głowę, aby nie spoczywała na zakurzonej podłodze. Pomyślał, że zgrzeszył nadmiernym folgowaniem sobie, choć z drugiej strony miał prawo, a nawet powinność dbać o higienę. Ponadto nigdy nie słyszał ani nie czytał, że korzystanie z poduszeczki w trakcie leżenia krzyżem było sprzeczne z zasadami wiary.

W trakcie snu przez głowę arcybiskupa przewinęła się długa historia celibatu. Najpierw pojawił prorok Jeremiasz i esseńczycy ze Starego Testamentu, potem postacie Jezusa, Jana Chrzciciela, Jana Ewangelisty, Pawła, Tytusa i Tymoteusza dających przykłady życia w stanie bezżenności. W końcu ukazały mu się zapisy Synodów w Elwirze w roku 300, Ancyrze w roku 314, Kartaginie w roku 390, po drodze zaś Sobór Nicejski z roku 325. W jedenastym wieku celibat został usankcjonowany przez papieża Grzegorza VII w ramach reformy gregoriańskiej i ostatecznie ugruntowany przez Sobór Trydencki z listopada 1563 roku.

Po dwóch dniach rozmyślań i pokuty Czarna Eminencja uspokoił się; wiedział już, jaką decyzję podejmie dla dobra kościoła, państwa i społeczeństwa. Ostatecznie zadecydowało o tym jedno zdanie podsumowujące sens bycia duchownym: całkowicie poświęcić siebie Bogu i ludziom.

*****

Miała to być zwyczajna narada robocza, jedna z wielu organizowanych każdego miesiąca. Chodziło o pozycję rządu koalicyjnego w oczach społeczeństwa, jak jest odbierany i jakie to stwarza możliwości. Rząd potrzebował niebudzącego wątpliwości autorytetu społecznego. Gubernator i Czarna Eminencja byli zgodni, że rząd powinien plasować się znacznie wyżej w opinii społecznej. Szczególnie mocno nalegał na to arcybiskup.

– Bóg i naród nie są byle kim, aby służyli mu zwyczajni ludzie. Bóg jest królem, władcą, sublimacją arystokracji siły i ducha. Władza pochodzi z nadania boskiego i w Nomadii my ją stanowimy.

Gubernatorowi słowa arcybiskupa wydały się bardzo wzniosłe; przez moment myślał nawet, czy nie za bardzo. Wątpliwość prawie natychmiast go opuściła, kiedy arcybiskup przypomniał, że już Święty Paweł z Tarsu nie miał wątpliwości, że wszelka władza pochodzi od Boga. Powtórzył to po łacinie: Non est potestas nisi a Deo. Bóg to nie jest byle kto! W dyskusji mężczyźni przytaczali i powtarzali argumenty tak długo, że nie pozostawiły one żadnych wątpliwości: władza, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych, jest uprzywilejowana przez Boga i zasługuje na najwyższy szacunek.

*****

Anemiczna reakcja społeczeństwa na kolejne wezwania rządu do prokreacji dała gubernatorowi i Eminencji wiele do myślenia. Wniknęli głębiej w przyczyny. Okazało się, że w wyniku Apokalipsy wielu obywateli straciło pewność siebie i skapitulowało. Rząd i kościół dostrzegli w tym nową szansę.

– Masy społeczne oczekują, że będziemy za nich myśleć i wskazywać im drogę. Ludzie pragną, aby nimi sterowano, bo tak jest im łatwiej żyć. –  Gubernator i Eminencja postanowili wyjść naprzeciw tym oczekiwaniom.

Wśród osób najbardziej potrzebujących przewodnictwa zidentyfikowano analfabetów, ludzi z minimalnym wykształceniem, osoby zagubione w rzeczywistości, bez własnych poglądów i opinii, ignorantów. alkoholików, wyrobników o niskich kwalifikacjach i zarobkach, jednostki o niskim wskaźniku inteligencji, także niektórych bigotów i dewotów, zagubionych w drobiazgowej pobożności. Jak się wkrótce okazało, była to definicja zawężająca, ponieważ wśród potrzebujących przewodnictwa było sporo osób wykształconych. Jedynie artyści i ludzie wolnych zawodów okazali się odporni na wpływy rządzących, egoistycznie preferując własne sumienia i poglądy. Rząd uznał, że w sytuacji masowego zagrożenia, wolność jednostki musi być dawkowana, ponieważ może naruszać interes ogółu.

– Jeśli chodzi o wolność w sprawach prokreacji, to obywatele muszą dopiero nauczyć się z niej korzystać. – Czarna Eminencja zgodził się bez wahania z tym oświadczeniem gubernatora.

Czytaj Michaela Tequilę. Książki https://tinyurl.com/y895884p

1Shares