Aforyzmy i myśli

„Aforyzm – złota myśl, sentencja, maksyma, gnoma, apoftegmat; zwięzła, lapidarna, przeważnie jednozdaniowa wypowiedź, wyrażająca ogólną prawdę filozoficzną lub moralną, w sposób zaskakujący i błyskotliwy.

Znani aforyści to cesarz Marek Aureliusz (Rozmyślania), książę François de La Rochefoucauld (Maksymy i rozważania moralne), francuski moralista Nicolas Chamfort (Charaktery i anegdoty), belgijski pisarz Octave Pirmez, niemiecki poeta Johann Wolfgang von Goethe, hiszpański eseista José Bergamin oraz serbski poeta Jovan Dučić.”

Boski kształt ciała, orzechowe oczy i koralowe usta aptekarki były tak niezwykłe, że aby je chwalić trzeba było – oprócz zapłaty za lekarstwo – wykupić abonament. Pozdrawianie jej uroczego psa było już bezpłatne.

Bóg najpierw stworzył mężczyznę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył kobietę. Bóg najpierw stworzył kobietę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył mężczyznę. Historia tworzenia człowieka zależy od tego, kto ją opowiada. Sam akt tworzenia jest teatralny z natury: próba generalna, poprawki, prezentacja ideału.

Bóg nie był w stanie stworzyć doskonałej kobiety, ponieważ nie miał wzorca. Tworząc mężczyznę, wystarczyło mu patrzeć w lustro.

Bóg nie pomaga ludziom bezpośrednio, tylko przez innych ludzi. Modląc się do Boga o pomoc, proś i oczekuj jej od człowieka.

Bóg w brudnych butach nie chodzi. Twoje obuwie jest najprostszym dowodem, czy zostałeś stworzony na obraz i podobieństwo boże.

Byłem człowiekiem niewierzącym. Nie wierzyłem w demokrację. Nawróciłem się i uwierzyłem, że wszyscy są sobie równi. Potem znowu straciłem wiarę i znowu się nawróciłem. Teraz naprawdę wierzę, że wszyscy są równi. Ale inaczej. Czy ja jestem równy panu albo pani? Jestem przecież wyższy.

Chciałbym być lepszy, mądrzejszy, wytrwalszy, coś na wzór i podobieństwo boże, ale ktoś mnie ciągnie w dół. Przyjrzałem się: to moje drugie „Ja”.

Czas, przestrzeń i śmierć to jedyne byty, którymi człowiek nie potrafi jeszcze manipulować.

Czasem myślę, że aby mieć porządek w głowie, muszę najpierw uporządkować moje biurko i szafę z ubraniami.

Dom bez mężczyzny jest jak ogród bez kwiatów, lodówka bez piwa i małżeństwo bez przekleństw.

Dziś na śmietniku, w lesie i w polityce można znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie.

Ewolucja fatalnie wyróżniła człowieka, dając mu mózg prowadzący niezmiennie na rozdroża mądrości i głupoty, dobra i podłości.

Jaka jest najkrótsza droga do serca mężczyzny? Nóż w piersi. Miłość bywa bolesna.

Jest we mnie nienawiść. Nienawidzę krótkości życia, odbierania mi wolności i bylejakości.

Jeśli Bóg jest wieczny, a czas płynie, to w jakim jest on teraz wieku?

Jeśli Bóg obdarzył człowieka głupotą, to nie znaczy, że kazał mu ją demonstrować publicznie.

Jeśli kupiłeś cały chleb, zamiast krojonego, i chwytasz ostry nóż do ręki, zastanów się, co to oznacza: brak poczucia bezpieczeństwa czy też perwersyjną potrzebę dominacji?

Każdy nosi garb na plecach, tylko o nim nie wie, bo nie widać go w lustrze.

Kiedy dostrzegła własną doskonałość, nie mogła patrzeć na męża. Przestał być ideałem.

Kiedy żona prosi męża, aby jej kupił pęsetę do rzęs, ma on prawo wpaść w szał. Mężczyzna zna się na pęsetach kosmetycznych jak koń na obcęgach. Czy ktoś prosi konia o kupowanie obcęgów? Czy mąż jest gorszy od konia?

Kobiety nie można zrozumieć, można ją tylko pokochać. To też nie jest łatwe, bo często mówi innym językiem.

Litania do Najwyższego: Boże spraw, aby ukochany kraj przestał płynąć mlekiem, miodem i banknotami pięćsetzłotowymi, a spłynął normalnością.

Lubię literaturę zagraniczną. Czytam tylko dobrych autorów: Jacka Danielsa, Johnnie Walkera, Agwę de Boliwia, Camus, Remy Martin.

Męska decyzja niekiedy bardziej świadczy o męskości niż genitalia.

Miała tak głęboki dekolt, że widać było owłosienie na łydkach (zasłyszane, strasznie dawno)

Między człowiekiem a Bogiem stoi ludzka psychika, która małość jednego przeciwstawia wielkości drugiego. 

Mocna kawa jest moją słabością.

Mówią: Przesoliła, bo jest zakochana. Zakochany mężczyzna raczej zapomni o soli. Bywa też i odwrotnie. Są różni kucharze.

Na zdjęciach jestem przystojniejszy niż w rzeczywistości. Nie znoszę rzeczywistości.

Namiętność nie jest potrawą, która zamrożona dłuższy czas daje się odgrzewać.

Nie lubię ludzi wytykających mi moje wady. Sam o nich wiem. Wolałbym, aby mnie nauczyli, jak się ich pozbyć.

Nie samo kłamstwo jest problemem, ale ludzie, którzy tkwiąc w nim ubarwiają, przeinaczają i wykręcają prawdę.

Okazał się takim sukinsynem, że nawet rodzona matka go nie poznała.

Pamięć starzeje się szybciej niż ciało.

Piękno starości kryje się w oczach, uśmiechu, pogodzie ducha i dobrych uczynkach.

Pisanie, czytanie lub mówienie, które jest przyjemnością, za którą ci w dodatku płacą, jest szczególną formą perwersji. Jest jak kochanie się połączone z podglądaniem siebie przez dziurkę od klucza.

Po powrocie z wakacji, gdzie poznałem wiele osób i psów, nie miałem już wątpliwości, że pies to szlachetniejsza odmiana człowieka.

Podły wobec siebie samego jest ten, kto nie czyni wszystkiego, nie raniąc innych po drodze, aby zapewnić sobie szczęście.

Rano piję trzy mocne kawy i wciąż śpię. Cieszy mnie siła mego charakteru.

Roznamiętniony mężczyzna stygnie szybciej niż gorąca kobieta.

Są trzy rodzaje demokracji: Zachodnia – „Pozostańmy stabilni i bezpieczni”, Władimira Putina – „Uczynię was potężnymi” i Jarosława Kaczyńskiego – „Uszczęśliwię was”.

Sienkiewiczowski Kali zawsze będzie dbać o to, aby słuszność była po jego stronie.

Skoro Bóg jest niepojęty, to nie znamy też prawdy bożej. Ci, którzy się na nią powołują, to ludzie naiwni, szalbierze lub głupcy.

Słaba kobieta z nożem w ręku może być bardziej przekonywująca niż  mocny mężczyzna.

Spiżowe pomniki wystawiane przez satrapów ku własnej chwale po zmianie władzy okazują się atrapami wypchanymi trocinami historii.

Stuprocentowa cnota nie idzie ani do nieba, ani do piekła, tylko do korekty.

Sukces niektórych pisarzy pochodzi nie tyle z ich wyobraźni, ile z ich ekshibicjonizmu i łamania konwencji. Publiczne obnażenie się w utworze literackim nie jest w tym przypadku grzechem, ale cnotą.

Świat jest zbyt złożony, abyśmy nie różnili się poglądami. Problemem jest to, że ludzie decydują się podnieść te różnice do rangi nienawiści.

Tak się zapatrzył w przyszłość, że zapomniał, skąd wyrastają mu nogi i jakie to ma znaczenie praktyczne.

Tłumaczenie własnych problemów życiowych wyrokami losu niekoniecznie jest wyrazem mądrości, szczerości czy prawdy.

U młodych ludzi ślepota objawia się często niewidzeniem niczego poza ekranem smartfonu.

Udowodnił swoją męskość nie zdejmując spodni. Nie każdy to potrafi.

Umierając człowiek przestaje się starzeć. Powinni o tym pamiętać ci, którzy pragną zachować wieczną młodość.

Uwielbiam ludzi, którzy mnie uwielbiają. Wydaje mi się to sprawiedliwe.

W epoce cudów dobrej zmiany łatwiej i taniej możesz wymienić prawdę na kłamstwo, a zachowując wiarę w Boga, łatwiej możesz stać się bezbożnikiem.

W kraju szybkich awansów wszystko jest możliwe. W ciągu jednego dnia doktor praw może stać się łajdakiem, skromny prezes – narodowym oszołomem, ogrodnik – ministrem, szlachetny rewolucjonista – szpiegiem, chirurg – marszałkiem, szefowa staży pożarnej – premierem z kotylionem, ksiądz –pedofilem.

W świecie jest wiele prawd; ich ocena jest często kwestią proporcji. Kiedy ktoś mówi, że panuje łajdactwo lub głupota, nasuwa się pytanie: W jakiej mierze jest to prawdziwe?

Wiedząc, co to jest demencja, inkontynencja, artretyzm i choroba Alzheimera, beznadziejną głupotą jest starzeć się.

Większa głowa nie znaczy, że jest pojemniejsza. W grę wchodzi także wodogłowie.

Większość ludzi nie ma własnych poglądów, więc biorą je od innych. To rozsądne i ekonomiczne: w ten sposób zużywają mniej energii.

Wyobraźnia nie ma granic. Nie można jednak wyobrazić sobie nieskończoności, czasu, Boga. Wyobraźnia ma granice.

Wywiady z niektórymi politykami sprawdzają się tak dobrze jako środki wymiotne, że lekarze i apteki powinni je rekomendować jako alternatywę środków farmaceutycznych.

Z czego jest wykonany prawdziwy mężczyzna? Z metalu: srebro na głowie, złoto w kieszeni i żelazo w spodniach (zasłyszane)

Zachłysnąłem się wodą i rzęziłem, nie mogąc złapać oddechu. Dano mi radę, abym wstrzymał oddech, to wrócę do siebie. Każdy ma własny sposób duszenia się.

Zamiast popatrzeć na siebie w lustrze, popatrzyłem w dowód osobisty. Przeraziłem się, jak bardzo się zestarzałem.

Zapomniał języka w gębie. Szukał, ale go nie znalazł. Może dlatego, że nigdy go nie miał.

Zapuściłem brodę, wyglądałem fatalnie. Żona przestała mnie kochać. Kiedy zgoliłem brodę, znowu stałem się cudnym księciem. Broda mężczyzny to patent na odnowę miłości.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, rok 2020

0Shares

Natręt. Opowiadanie kryminalne.

Mężczyzna siedział na samym dole krótkich, wysokich schodów prowadzących z ulicy Drobnej na ulicę Samarytańską, gdzie znajdował się przystanek autobusowy. Miał podniszczoną twarz i przekrwione oczy, jego włosy i broda były w nieładzie a czoło nad prawym okiem szpeciła świeża blizna. Twarz postarzał zarost niegolony od kilku dni. Na policzku poniżej widoczne były ślady drobnych zadrapań. Ogorzała skóra sugerowała regularne przebywanie na świeżym powietrzu. Wygląd mężczyzny niewiele poprawiała czysta niebieska koszula z krótkimi rękawami, dwiema dużymi kieszeniami i pagonami na ramionach oraz nowe krótkie  spodenki w ciemnym kolorze, z których wystawały chude nogi. Ludziom śpieszącym na przystanek widok podpitego mężczyzny mimowolnie nasuwał określenie menel. 

Karol Sapieha, właściciel dobrze prosperującego warsztatu samochodowego Auto-Manit, maszerował ze wzrokiem utkwionym z ziemię. Ulica była nierówna, patrzył więc pod nogi. Śpieszył się do autobusu; chciał dotrzeć na plażę co najmniej godzinę przed zachodem słońca, aby wykąpać się i posiedzieć trochę na ciepłym piasku. Mężczyznę siedzącego na schodach zauważył z odległości kilku metrów i od razu poczuł do niego niechęć. Było w nim coś antypatycznego. Karol pomyślał z niechęcią:

– Pijaczyna i obibok.

Nazwał go pijaczyną tylko dlatego, że był raczej drobnej budowy. Nie lubił osób leniwych i nadużywających alkoholu. W pracy miał tylko problemy z takimi ludźmi.

Mężczyzna podniósł głowę i popatrzył na Sapiehę, kiedy zbliżył się do schodów. Mówił powoli, przymykając oczy, jakby był zmęczony.

– Przepraszam pana. Czy ja dojadę stąd na Zarzecze?

Karol popatrzył na niego. Z bliska widoczne były krótko przycięte wąsy, jaśniejsze niż włosy na głowie, oraz ślady siwizny na skroniach. Na środku twarzy sterczał wyraźny bulwiasto zakończony nos.

Niechęć Karola do pytającego nie przeszkadzały mu, aby odpowiedzieć na pytanie. Zawsze starał się być pomocny, nie był tylko pewny, czy tym razem udzieli prawidłowej odpowiedzi. Wiedział, gdzie jest dzielnica Zarzecze, nie przypominał sobie jednak żadnego autobusu idącego w tamtym kierunku.

– Chyba nie. Nie sądzę, aby z tego przystanku mógł pan dojechać bezpośrednio na Zarzecze.

Mężczyzna podziękował i zamilkł. Karol wszedł na górę po schodach i skierował się do wiaty przystankowej, aby sprawdzić godzinę odjazdu swojego autobusu. Odszukał numer sto dwadzieścia siedem. Odjazd miał nastąpić za piętnaście minut.

Odwrócił się i znowu zobaczył zaniedbanego osobnika z blizną i podrapaną twarzą. Siedział na ławce pod wiatą, niecałe trzy metry od niego, na przeciwnym końcu przystanku. Karol pomyślał, że niepostrzeżenie wszedł po schodach zaraz za nim.

Na przystanku było już kilka osób: dwie młode kobiety z dziećmi w wózkach, małżeństwo w średnim wieku, samotna, siwiejąca niewiasta z granatową torbą wypełnioną zakupami oraz trójka rozprawiającej żywo młodzieży. Nie mając nic lepszego do roboty, Sapieha chodził tam i z powrotem wzdłuż krawędzi chodnika. Kiedy znalazł się na wysokości menela, ten wstał z ławki i zapytał go:

– Nie wie pan, czy dojadę stąd na Zarzecze?

Sapieha popatrzył uważnie na stojącego przed nim człowieka. Zastanowił się, dlaczego pyta go po raz drugi o to samo. Odpowiedział niechętnym tonem:

– Wyjaśniłem panu wcześniej, że stąd nie ma bezpośredniego połączenia z Zarzeczem.

Mężczyzna nic nie odpowiedział. Jego oczy patrzyły bezmyślnie gdzieś w przestrzeń na prawo od Karola, który nie czekając podjął spacer wzdłuż krawężnika. Pijaczek odszedł na bok, obrócił się i zaczął gapić się na dom mieszkalny po drugiej stronie ulicy Samarytańskiej. Sapieha przyglądał mu się dyskretnie, prześlizgując się po szczegółach ubioru i sylwetki. Kiedy doszedł do twarzy, skojarzył sobie, dlaczego go nie lubi.

Wrócił pamięcią do wydarzenia sprzed prawie trzydziestu lat. Był wtedy uczniem liceum, mieszkał w internacie. Szkoła znajdowała się w centrum miasta, internat natomiast na jego obrzeżu, trzy kilometry dalej. Było już późne popołudnie. Karol wracał z miasta. Lubił tę porę dnia. Robiło się chłodniej, ściemniało się. Szedł zamyślony przez park, za którym majaczyły już budynki internatu. Z naprzeciwka nadchodził jakiś mężczyzna. W momencie zrównania się, obcy zatrzymał go i zapytał o adres. Kiedy Karol się zastanawiał, mężczyzna uderzył go w twarz i silnym pchnięciem powalił na ziemię. Schylił się, przydusił kolanem jego ramię i bezceremonialnie przeszukał mu kieszenie oraz torbę z podręcznikami. Zabrał mu wszystkie pieniądze, jakie miał w portmonetce i zażądał oddania portfela. Tłumaczenie, że nie ma portfela oraz niewielka kwota pieniędzy, rozdrażniły chyba napastnika, bo odchodząc kopnął leżącego i splunął w jego kierunku. Karol zapamiętał jego rozwichrzone włosy, nierówną brodę oraz ślad sinej blizny nad okiem.

Po kilku minutach spaceru wzdłuż krawężnika Sapieha postanowił nie marnować czasu na bezmyślne chodzenie, tylko poczytać książkę. Podszedł do ławki na przystanku, wyciągnął książkę z plecaka i zagłębił się w lekturze. Lubił tę powieść. Przestał obserwować, co dzieje się na przystanku i wokół na ulicy. Siedział na ławce zagłębiony w lekturze, kiedy naprzeciw przystanku gwałtownie zahamował samochód. Głośny pisk hamulców wyrwał go z zamyślenia. Podniósł wzrok i napotkał uważne spojrzenia pijaczka; jego oczy natychmiast uciekły w bok.

– Wcale nie jest taki pijany – przeszło przez myśl Karolowi.

Kiedy chwilę później patrzył, czy nie nadjeżdża jego autobus, mężczyzna z podrapaną twarzą wstał, rozejrzał się niemrawo, przeszedł chwiejnym krokiem i usiadł na chodniku tuż obok ławki. Patrzył gdzieś w przestrzeń nad domami. Karol odwrócił wzrok, odchylił nieznacznie rękaw koszuli i dyskretnie przyglądał się nowiutkiemu Rolexowi. To był najcenniejszy upominek, jaki otrzymał w życiu. Dostał go od żony na czterdzieste piąte urodziny. Zaskoczyła go swoją szczodrobliwością; zegarek był wyjątkowo kosztowny i elegancki. Tamtego dnia powiedział swojemu przyjacielowi:

– Rolex po prostu mnie zafascynował. Przeleciałem chyba pół encyklopedii, aby dowiedzieć się jak najwięcej o tym arcydziele techniki i sztuki.

Przyglądając się zegarkowi, podniósł na moment głowę, aby rzucić okiem w kierunku, skąd miał nadjechać autobus. Kątem oka zauważył, że jego prześladowca znowu mu się przygląda. Sytuacja powtórzyła się. Jak tylko obrócił głowę w jego kierunku, tamten natychmiast uciekał wzrokiem, udając że patrzy w inną stronę.

– Bawi się ze mną w kotka i myszkę – pomyślał Karol, zastanawiając się, dlaczego ten człowiek go obserwuje. Czuł się prowokowany.

Brak autobusu w perspektywie ulicy skłonił go do powrotu do książki. Nie przeczytał więcej niż dwie strony, kiedy jego uwagę przerwał znany mu głos:

– Przepraszam pana, czy ja dojadę stąd na Zarzecze?

– Chyba już po raz piąty pyta o to samo – pomyślał ze złością Sapieha. – Ten typ czepił się mnie jak rzep psiego ogona.

Po chwili opanował się. Nie starał się być uprzejmy. Odpowiedział niechętnie:

– Nie, nie dojedzie pan. Proszę mi dać wreszcie spokój.

Zdecydowana i nieuprzejma odpowiedź Karola chyba nie przekonała natręta, aby dał mu spokój. Nadal siedział rozciągnięty niedbale i patrzył w ziemię; wyglądało to tak, jakby czerpał stamtąd energię do zadawania dalszych pytań. Po kilku minutach bezmyślnego  patrzenia przed siebie znowu zadał to samo pytanie. Karol nabrał przekonania, że sprawia to mu jakąś perwersyjną przyjemność.

Nastąpiła chwila przerwy. Autobusu wciąż nie było, natręt przestał powtarzać swoje pytania. W pewnym momencie Karol znowu zauważył, że mężczyzna przygląda mu się bardzo uważnie. Trwało to ułamek sekundy.

Na przystanku ubywało ludzi. Przyjeżdżały różne autobusy, ale nie jego. Sytuacja coraz mocniej działała mu na nerwy. Ludzi było coraz mniej, w końcu na przystanku zostali tylko on i pijak, który znowu z uporem maniaka zaczął powtarzać swoją beznadziejną mantrę o autobusie do Zarzecza.

– Przeklęty oberwaniec! – myślał Karol z rosnącym gniewem. Żałował, że nie pojechał na plażę swoim samochodem. Był zmęczony po całym dniu pracy i chciał sobie ułatwić życie. Miał blisko do autobusu, sto dwudziestka siódemka dojeżdżała prawie aż pod samą plażę. Siedzenie w autobusie i gapienie się przez okno relaksowało go.

Autobus wciąż nie nadjeżdżał, mimo że rozkładowa godzina odjazdu już dawno minęła. W Karolu skumulowała się zła energia. Przypomniał sobie napad, kiedy był uczniem, dręczyła go świadomość, że nie zdąży na plażę oraz uparcie spóźniający się autobus, nawet ostatnia sprzeczka z żoną. Agresywna nachalność pijaka doprowadziła go do ostateczności. Miarka przebrała się. Musiał rozładować to napięcie. Czuł, że zaraz wybuchnie i zrobi coś niedorzecznego. Miarka przebrała się, stracił cierpliwość. Do głowy przyszedł mu szalony plan.

– Po prostu zwariowałem – uznał w duchu. Przestał się wahać.

Powiedział natrętowi:

– Mój autobus nie przyjeżdża i nie wiem, czy w ogóle przyjedzie. Parę minut stąd jest inny przystanek, z większą ilością połączeń, z którego może pan dojechać na Zarzecze. Ja też tam z pewnością będę mieć połączenie dla siebie. Jeśli pan chce, możemy pójść tam razem.

Mężczyzna zgodził się bez zastanowienia.

Szli nie śpiesząc się. Na początku milczeli, każdy z nich był zatopiony we własnych myślach. Potem pijak zapytał go o coś i Karol odpowiedział. Wywiązała się rozmowa. Karol odpowiadał prawie automatycznie, niewiele myśląc. Nie miało już znaczenia, o co pytał go idący obok człowiek i co on mu odpowiadał. Uspokoił się już wewnętrznie, wiedział dokąd idzie i po co. Postanowił dać nauczkę dręczycielowi.

Po kilku minutach doszli do krawędzi lasu, tuż przy nowym osiedlu mieszkaniowym. Było to odludzie na obrzeżu miasta zarośnięte młodymi brzozami. Karol uważnie patrzył przed siebie. Wokół nie było żywego ducha. Kilkaset metrów dalej na bocznej drodze widać było rowerzystę, Sapieha wiedział, że zaraz przejedzie i zniknie. Znał ten teren, chodził tam czasem na spacer.

Nadszedł czas działania. Karol zatrzymał się i schylił, pozorując potrzebę zawiązania sznurówki. Na ziemi w zasięgu ręki miał solidny kawał drewna, idealny dla jego celu. Akurat taki, jaki można było wygodnie uchwycić. Zamierzał dać nauczkę pijanemu natrętowi – przyłożyć mu porządnie kilka razy za wszystkie doznane krzywdy. Pochylił się sięgając po narzędzie kary kiedy poczuł uderzenie czymś ostrym w plecy i ból w klatce piersiowej, przenikliwy i szarpiący. Oszołomiło go to, nie miał pojęcia co się stało. Wkrótce nadeszło drugie uderzenie, w końcu trzecie, już mniej bolesne. Tracąc przytomność czuł, jak pijak ściąga mu z ręki Rolexa. Dopiero wtedy dotarło do niego, że został wywiedziony w pole, że sceny na przystanku były czystą prowokacją. Poczuł ogromny żal, przede wszystkim do siebie, że po raz drugi pozwolił, aby ktoś go tak podle potraktował. Upadając, jego ciało obróciło się. Leżał na plecach i patrzył w niebo. Usiłował coś wydobyć z siebie, lecz wargi odmawiały mu posłuszeństwa. Zdążył tylko wyszeptać:

– Boże! Tak dać się oszukać!

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 19 maja 2020

0Shares

Była noc. Miniopowiadanie.

Była noc. Miała być czarna, jak w bajce, a była szara. Była wiosna, bo nadszedł jej czas. Starzec, silny prawie jak dąb, chwiejący się tylko pod naporem wiatrów jesieni, spotkał się z samym sobą, tym sprzed pięćdziesięciu lat, dwudziestopięciolatkiem. Popatrzył na niego z niechęcią, bo nie lubił bylejakości, i huknął:

– Spójrz na siebie, czyli na mnie! Patrz, jak wyglądasz. Nie jest ci głupio?

Młodego człowieka zaskoczyły takie pytania. Nie spodziewał się, że z wysokości wieku będzie krzyczeć, on, dojrzały jak ten dąb, chwiejący się tylko pod naporem wiatrów jesieni, na siebie samego, niewiele rozumiejącego, otumanionego błędami narodzenia, rodziców, czasu, szkoły, ustroju i losu, który nigdy nie jest znany, a czasem chyba powinien być.

Już miał otworzyć młode usta, uzbrojone w galerię nie idealnych ale białych zębów, umieszczone na twarzy o skórze gładkiej, ogolonej kilka godzin wcześniej, na głowie przykrytej gęstą czarną czupryną, kiedy zjawił się pies, a potem kot, ulubieńcy ich obydwu, dwa zwierzaki, jakie kiedyś trzymali, i samym swym ukazaniem się nakazały im pogodzić się.

Mężczyźni wstrzymali się. Gapili się na siebie, po czym wyciągnęli z zamrażalnika, ten młodszy, bo był szybszy, rękami tego starszego, bo miał do tego większe prawo, butelkę czerwonego szampana, a potem wyjęli z barku kieliszki o płaskim denku obrzeżone złotym paseczkiem i rozlali.

– Nie ma co się zastanawiać, chłopie, mów do mnie Noe, albo jak chcesz, jestem starszy, dwukrotnie mógłbym być twoim ojcem i raz dziadkiem, więc to ja pierwszy proponuję ci bruderszaft.

– Dobrze, odpowiedział ten drugi, jestem młodszy, nie będę się szarpać, mam przed sobą pięćdziesiąt lat, które przeżyłeś, więc nie będę się wymądrzać.

Usiedli i rozmawiali.

– Ja to jeszcze chciałbym pojechać w kilka miejsc, zobaczyć, popatrzeć z bliska na wielkie góry, śnieżne, na przyrodę dziewiczą, na wysokie fale, nauczyć się tańczyć na luzie, bez skrępowania, mówić jak wolny człowiek, wydawać pieniądze i nie zastanawiać się nad tym, że je wydaję, i w ogóle czuć się jak młody Bóg.

– Hej! Wy dwaj, tacy i owacy, nie mieszajcie mnie do tego – dał się słyszeć głos jak zza ściany. – Też mam problemy z samym sobą, stale prowadzę monologi, raz chwalę, raz ganię siebie, taki mój los, że aż przeklnę, jego mać, że nawet nie mogę tak jak wy, napić się czerwonego szampana dobrej marki, z legalnego źródła, bo mi nie wypada, bo jestem zbyt uniwersalny. Eh! Eh! Eh!

Wsłuchali się, głos pochodził z zewnątrz, z podwórka, postanowili więc wyjść na balkon.

Kiedy wychodzili, zderzyli się w drzwiach, i na balkon wyszedł już tylko jeden osobnik, zintegrowany, połączony niewidzialnymi nićmi wspomnień, oszołomiony szampanem. Podszedł do krzesełka, przysunął je sobie, usiadł i odwrócił twarz w kierunku słońca, bo było już prawie południe, aby słuchać ptaków i oglądać niezwykłą zieloność mieniącą się w liściach brzozy. 

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 01 05 2020

0Shares

Koniec świata. Opowiadanie fantastyczne. 

Imię i nazwisko: Daniel Corseio. Wiek: 73 lata. Zawód: przemysłowiec na emeryturze. Przebyte choroby: żadne (wedle oświadczenia pacjenta).

Informacja o przebytych chorobach zaintrygowała lekarza. Spojrzał uważnie na pacjenta, pochylił się i studiował przez minutę dane zawarte na karcie, po czym dopisał coś od siebie.

*****

Daniel przewrócił się w trakcie joggingu doznając obrażeń. Mimo swoich lat biegał regularnie. Upadł bardzo niefortunnie; zbiegając z górki w lesie potknął się o ledwo widoczny korzeń i wyłożył się jak długi na ścieżce. Pokonywał tę trasę regularnie i nigdy nie widział tej przeszkody. Miał zbity łokieć i zdartą skórę twarzy. Po powrocie do domu i wstępnym opatrzeniu obrażeń uparł się, mimo propozycji córki, że go zawiezie, że sam pojedzie do szpitala. Tam zbadano go, wykonano odpowiednie prześwietlenia i porządnie opatrzono. Okazało się, że doznał wstrząsu mózgu, na szczęście niewielkiego.

– To może mieć swoje konsekwencje, ale niekoniecznie. Medycyna nie jest w stanie określić, kiedy to nastąpi, czy w ogóle nastąpi i jaką przybierze postać. Mogą to być ból i zawroty głowy, problemy z koncentracją, dezorientacja, zaburzenia mowy. Zdarza się, że pojawiają się zaburzenia emocjonalne a nawet osobowości.

Po udzieleniu wyjaśnień, lekarz zalecił pacjentowi tydzień spokojnej rekonwalescencji.

Ograniczony instrukcjami lekarza Daniel Corseio zyskał dużo wolnego czasu. Spożytkowywał go czytając ulubione lektury: biografie, dokumenty, a właściwie ich tłumaczenia oraz książki i opracowania dotyczące objawień i przepowiedni. Jasnowidze, wróżbici i prorocy byli jego bohaterami, zarówno w podręcznikach historii jak i w dziełach literackich. Miał swoje ulubione przepowiednie i ulubionych profetów: Nostradamusa, Świętego Jana od Apokalipsy, Sybillę oarz Królową Saby. O nich czytał najchętniej, ich przepowiednie, proroctwa i biografie, wszystko, co mu wpadło w rękę. Była to prawdziwa pasja. Daniel traktował ją nad wyraz poważnie; będąc osobą wierzącą uważał, że przepowiednie i objawienia są częścią wiary w Boga.

Wieczorem trzeciego dnia rekonwalescencji, starszy pan poczuł się gorzej. Szumiało mu w głowie. Dla uspokojenia się usiadł na fotelu i odchylił głowę do tyłu; po chwili zapadł w głęboki sen. Miał widzenie, był to sen nie-sen, wyjątkowo realny. Ujrzał koniec świata. Przekaz pochodził od proroka, Świętego Jana, którego Daniel widział już wcześniej w snach, o którym czytał i którego oglądał na obrazach w kościołach i w jednym muzeum. Była to postać jak najbardziej autentyczna.

Usłyszał nie tylko zapowiedź końca świata, ale także zobaczył jego obraz: kulę ziemską w ogniu rozpalonej masy plazmy słonecznej. Był to obraz totalnego i ostatecznego kataklizmu. Daniel zapamiętał dokładną datę, miał on nastąpić za równe dwa miesiące.

Po przebudzeniu się poczuł się lepiej. Od razu wstał i zanotował wszystkie szczegóły snu, aby niczego nie pominąć ani nie zapomnieć. Myślał o objawieniu cały czas, zapomniał nawet zjeść kolację. W oparciu o zapiski wyliczył dokładny dzień końca świata. Obliczenia sprawdził trzy razy dla pewności.

*****

Objawienie końca świata zmieniło życie Daniela Corseio. Nie miał nawet cienia wątpliwości, że nastąpi, wiedział nawet dokładnie kiedy. Czuł jednak pewien niedosyt wynikający z dyskusji z córką i innymi osobami, kwestionującymi zasadność jego przekonań a nawet wiarę w Boga. Zarzucano mu łatwowierność. Zapamiętał słowa córki Alefy:

– Każdy fakt, każde najdrobniejsze zdarzenie, każda informacja wymaga potwierdzenia z drugiego źródła. Jeśli się potwierdzi, to jest to prawda. Jeśli nie ma potwierdzenia, to zawsze będą wątpliwości.

Córce wierzył tym bardziej, że była nauczycielką, uczyła filozofii i logiki. Kochał ją bardzo, mimo ze stawała mu niejednokrotne okoniem. Jej sprzeciwy przypisywał naturze kobiecej.

– Jej matka była taka sama. Czasami jednak miała rację.

Przypomnienie, że jest uparty, umocniło go w przekonaniu, że musi znaleźć potwierdzenie daty końca świata, mimo że sam nie miał żadnych wątpliwości. Poszedł do biblioteki, aby przejrzeć dzieła proroków. Potrzebował pomocy, odbył więc rozmowę z bibliotekarką. Podzielił się z nią swoimi zainteresowaniami i wiarą w proroctwa i przepowiednie. Przy okazji dowiedział się jej imienia: Salome. Ona sama nie pytała go o imię ani o nazwisko, więc się nie narzucał.

Salome, niemłoda już niewiasta, ubrana w ciemnobeżową wysmuklającą sukienkę, wysłuchała go z uwagą i zainteresowaniem. Okazała się niezwykle pomocna, można by powiedzieć usłużna. Odszukała dwa najważniejsze dzieła opisujące proroków i ich przepowiednie. Książki były zbyt obszerne, aby mógł je przejrzeć jeden człowiek. Daniel potrzebowałby na to wiele dni. Poprosił więc Salome o pomoc. Zgodziła się bez wahania. Ona przeglądała jedno a on drugie dzieło. Szukali daty końca świata, która mu się przyśniła.

– Szukajcie a znajdziecie! – Po trzech godzinach studiowania, z przerwami na obsługę czytelników przybyłych oddać książkę lub wypożyczyć, bibliotekarka głośno wyraziła swoje zadowolenie ze znalezienia poszukiwanej informacji. Corseio zdumiał się; opis i data końca świata były dokładnie takie, jak to widział we śnie. Nie miał wątpliwości, to było proroctwo. Najważniejsze, że daty zgadzały się co do joty: rok, miesiąc i dzień. Oczywiście nie była to data wypisana czarno na białym. Trzeba było ją obliczyć od dnia innego wydarzenia zanotowanego w średniowieczu, udokumentowanego historycznie ponad wszelką wątpliwość. Datę końca świata Daniel obliczył, Salome poprosił tylko o dodatkowe sprawdzenie. Zajęło jej to więcej czasu niż jemu, ale wynik był ten sam.

Następnego dnia Daniel przyniósł jej kwiaty. Była mile zaskoczona. Sprawił jej przyjemność, jej reakcja sprawiła z kolei jemu radość. Wyszedł z biblioteki pogwizdując.

Do krytycznego dnia Corseio przygotowywał się z wielką starannością. Najpierw wszystko sobie przemyślał, potem sporządził listę spraw do załatwienia. Następnie wytypował dziesięć najbardziej znaczących spraw i ponumerował je w kolejności od najważniejszej do najmniej ważnej. Konsekwentnie je realizował, nie spiesząc się; miał dostatecznie dużo czasu. Testament sporządzony kilka lat wcześniej zawiózł do notariusza i zaktualizował. Przy okazji poczynił kilka małych darowizn, resztę zapisał córce. Sprawdził i pospłacał wszystkie długi. Nie było tego wiele; trzy niezbyt wysokie zapomniane kwoty. W ramach zwrotu długów, pooddawał właścicielom pożyczone książki.

Najwięcej czasu zajęły mu kontakty z ludźmi. Zadzwonił do wszystkich osób, z którymi nie widział się lub nie rozmawiał ostatnio, a miał uczucie, że powinien. Uporządkował swoje dokumenty układając je w chronologicznej kolejności i pozostawił je na widocznym miejscu. Potem uporządkował książki na regałach. To było najtrudniejsze. Część odłożył do tekturowych kartonów i pooznaczał je imionami i nazwiskami osób lub nazwami organizacji, do których miały trafić. Część pozostawił córce, aby zdecydowała, co z nimi zrobić. Były to przeważnie pięknie ilustrowane albumy turystyczne. Karty bankowe odłożył do kolorowej, rzucającej się w oczy koperty, pozostawiając wewnątrz kartkę z loginami i numerami haseł dostępu do kont. Stanu posiadania na dwóch kontach, jakie posiadał, nie zapisywał.

– Sami sobie to sprawdzą – pomyślał. Nie miał wątpliwości, że nie musi przygotowywać szczegółowych instrukcji jak przeprowadzać operacje bankowe. Alefa, jej mąż Joao i ich dzieci – więcej rodziny nie posiadał – lepiej radzili sobie z bankami i Internetem niż on sam.

*****

Córka dzwoniła do niego kilka razy, aby zapytać o zdrowie, jak również czy czegoś nie potrzebuje.

Powiedział, że czasowo zawiesił jogging i czuje się bardzo dobrze.

– Miałem trochę czasu i uporządkowałem swoje sprawy i rzeczy. Nie poznasz mieszkania, kiedy tu przyjedziesz. Zawsze mi mówiłaś, że mam bałagan; teraz wszystko jest na swoim miejscu. Nie wtajemniczał Alefy w szczegóły porządków, ani też nie wyjaśnił dlaczego je zrobił. Nie chciał jej martwić. Była ciekawa, pytała o to, wiedziała jednak, że jej nie powie. Lubił być tajemniczy. Rozmawiając z ojcem zadała sobie pytanie, czy ona też będzie taka jak się zestarzeje.

Po ostatniej rozmowie z córką zdenerwował się, po co wszystko tak starannie uporządkował skoro i tak w dniu końca świata wszystko zniknie. Dla ułatwienia sobie sprawy, zadziałała tu jego podświadomość, wytłumaczył sobie, że nie musi to być koniec świata dla wszystkich, tylko dla niego. Zrobiło mu się od razu lżej. Żadną miarą nie zamierzał rezygnować ze swego planu.

– To byłoby coś równie potwornego jak wyrzeczenie się Boga tylko dlatego, że ma się przejściowe wątpliwości.

W dniu zagłady, przed godziną dwunastą w południe przyjął dużą dawkę leków nasennych, aby nie umierać w cierpieniu.

*****

Lekarz szpitala miejskiego na wieczornym obchodzie nie śpieszył się. W towarzystwie pielęgniarki oddziałowej przechodził od pacjenta do pacjenta, sprawdzał efekty wykonanych zabiegów, stan zdrowia, czasem nawet zadawał kilka pytań, coś wyjaśniał lub udzielał instrukcji.

Na karcie pacjenta umieszczonej w nogach łóżka przeczytał na głos: Daniel Euzebio Corseio. Przypomniał sobie telefon kobiety pytającej o jego stan zdrowia. Był jej ojcem; lekarz rozmawiał z nią niezbyt długo. Po zapoznaniu się z danymi zawartymi na karcie, popatrzył na starszego pana z uwagą. Nie pytał o nic tylko wyjaśnił:

– Kiedy przywieziono pana, był pan nieprzytomny. Od razu zrobiliśmy panu płukanie żołądka. To pana uratowało.

Daniel patrzył na niego niepewnie. Stał przed nim młody mężczyzna z siwiejącymi już włosami, jasne kosmyki przeplatały się z ciemnymi. Miał na sobie niezbyt czysty fartuch lekarski. Dziwnie mu się kojarzył: młoda twarz, siwiejące włosy, fartuch budzący wątpliwości szarymi plamami w kilku miejscach. Słuchając lekarza, Daniel był wciąż oszołomiony. Nie mógł przypomnieć sobie, co się stało. Miał niejasne uczucie, że coś mu nie wyszło.

– Przestraszył się pan końca świata?

Pytanie zaskoczyło Daniela. Wybałuszył oczy i milcząco gapił się na pytającego. Nagle przypomniał sobie wszystko. Nic nie odpowiedział, zastanawiał się tylko, skąd lekarz to wie.

– Nie jest pan skromny, co? – padło drugie pytanie. Lekarz przypatrywał mu się z niejasnym uśmiechem na twarzy.

Daniel Corseio poczuł się zagubiony. To były pytania sięgające poza normalne rozumienie świata. Poczuł, że musi coś odpowiedzieć. Postanowił udawać.

– Dlaczego pan o to pyta, panie doktorze? Nie rozumiem, o co chodzi.

– Tylko Bóg wie, kiedy nastąpi koniec świata. A pan uznał, że jest równy Bogu. Czy nie jest to ciężki występek dla człowieka wierzącego?

Corseio pragnął zaprzeczyć, ale coś go powstrzymało. Rozglądał się niepewnie. W końcu pokoju zauważył Świętego Jana. Nie miał co do tego wątpliwości, widział go dziesiątki razy na obrazach, ilustracjach i rycinach. Święty miał nie swoją twarz, ale jego, Daniela Corseio, poruszał szybko językiem i wargami, coś mu tłumacząc. Co do własnej twarzy zamiast twarzy świętego nie miał wątpliwości. Ten sam owalny kształt, wystające kości policzkowe i krzaczaste brwi. Daniel przeraził się i odwrócił głowę. W przeciwległym końcu sali zobaczył drugą postać. Był to Nostradamus. Też miał jego twarz. Daniel zamknął oczy i usłyszał jakby ktoś cicho lecz namiętnie kłócił się z nim. Rozpłakał się.

– Co się panu stało, panie Corseio? Źle się pan czuje? – lekarz i pielęgniarka zaniepokoili się. Podeszli do niego; lekarz zaczął badać puls trzymając pacjenta za nadgarstek, pielęgniarka głaskała go po drugiej ręce dla uspokojenia.

– Jak moja Alefa, kiedy była mała – pomyślał Daniel, wracając wspomnieniem do córki, wówczas małej dziewczynki, pocieszającej go kiedy dowiedział się o samobójstwie przyjaciela.

Daniel odczuł natłok myśli. Nie mógł przyznać się, że chciał się wynieść ponad Boga i decydować, kiedy nastąpi koniec świata. To byłoby świętokradztwo i bluźnierstwo. Przestraszył się, rozglądał się w poszukiwaniu pomocy. Wtedy znowu zobaczył te same dwie postacie stojące w dwóch przeciwległych rogach salki szpitalnej. Przyglądali mu się uważnie i kiwali głowami.

– Chcecie mi wybaczyć? – zapytał niepewnie.

Nic nie odpowiedzieli, wciąż przyglądali mu się pytająco. Widać to było po ich twarzach, które dziwnym trafem przypominały jego własne oblicze, tak jakby to on był w każdym z nich.

– Mam przeprosić Boga?

Obydwaj poruszyli głową potakująco. Daniel zdjął nogi z łóżka, zsunął się na podłogę, ukląkł i zaczął się modlić.

– Zanurzył się w swój świat proroków i przepowiedni końca świata – szepnął lekarz do pielęgniarki pociągając ją za fartuch w kierunku drzwi wyjściowych. Wychodząc, zgasił światło a pielęgniarka zamknęła drzwi. W pokoju pozostała zapalona tylko mała lampka przy łóżku, przy którym klęczał Daniel Corseio wpatrując się to w jednego to w drugiego proroka. Był już spokojny. Wiedział, że ma przeprosić Najwyższego za swoją decyzję, nie wiedział tylko jak.

– W razie czego pójdę do biblioteki i razem z Salome znajdę jakieś rozwiązanie – zdecydował się.

Zanim zasnął zmęczony przeżyciami, postanowił, że kupi jej kwiaty, tylko inne niż cyklameny podarowane ostatnim razem. Cyklameny nie kojarzyły mu się dostatecznie mocno z wiarą w życie.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 8 kwietnia 2020

0Shares

Wigilia Bożego Narodzenia. Poezje okolicznościowe.

Dwa wiersze,
wraz z najserdeczniejszymi życzeniami zdrowia, radości, miłości i szczęścia dla moich Czytelników i ich Rodzin z okazji Świąt Bożego Narodzenia,
Michael Tequila

 

 

Boże Narodzenie 2004, Rzeka Medellin w Medellin, Kolumbia

 

Ku Chrystusowi

Pola wybiegły prosto w słońce
i rozsypały w kolorów plamy;
zrzucam z piersi płomieni kagańce,
powstaję nagi, zbuntowany.

W zadumie kwiatów obmywam ręce,
w ziemię wsiąkają płatków rany,
promień nadziei składam w podzięce,
idę ku Tobie, oczekiwany.

Stoisz na wzgórzu, dłoni stygmaty,
szary len kształty bólu powiela,
lecz Twoich oczu jasne bławaty
niosą wino i radość wesela.

Ciepły dotyk łagodnej ręki
leczy, wyzwala od ziemskiej udręki.
Przestrzeń i cisza stają się zbawieniem,
modlę się oczami, zadumą, milczeniem.

Michael Tequila. Z tomu „Klęczy cisza niezmącona”, wyd. 2, 2019

Nie szukaj Boga 2019 12 24

Nie szukaj Boga, on jest wszędzie,
w Matki Teresy miłosiernym czynie
i w spadających wód obłędzie,
to, co jest wielkie, nie przeminie.

Patrzę w jasność, jak o chłodnym świcie
różanych kwiatów zapachy mnoży
i skrzące krople rozwiązuje skrycie;
milczę, mnie tylko godzi się ukorzyć.

Oczy zogromniałe w lazurowe niebo
błądzą po wzgórzach, gdzie lśni zamyślenie,
owad-czarodziej sieć misterną przędzie;
nie szukaj Boga, on jest wszędzie.

Michael Tequila. Z niepublikowanego zbioru „Oniemiałość”.

0Shares

Spóźnione poezje wtorkowe

Dziś niewiele z siebie wykrzesałem. Nic nie napisałem, nic nie stworzyłem. Przeczytałem tylko duży fragment książki „Nie ma” autorstwa Mariusza Szczygła. Polecam.

W poczuciu winy przedstawiam dwa wiersze z mojego tomiku „Klęczy cisza niezmącona”. Pozdrawiam.

Michael T.

Obraz z górami Grampians

Za powiek zamkniętych gęstą zasłoną
słońca Australii wspomnieniami płoną,
ożywają równiny, przemawiają drzewa,
słyszę i czuję, jak magpie śpiewa.

 

 

 

 

 

 

 

W ściany zamknięty żyję po kryjomu,
wybiegam z chłodu ciasnoty domu,
przestrzeni szukam, wolności bez granic,
światła i ciszy….

Wszystko to na nic, bo ja tu jestem.
Lotem gołębia
myśl w pejzaż daleki rączą duszę wprzęga,
ręce unoszę i z serca krzyczę
… i znów przeżywam przestrzeń i ciszę.

Sopot, 3 października 1997

 

 

 

 

 

Odwieczne przemienienie

Słońce po dnia obchodzie zstępuje z zenitu,
ocean oczy razi pękami ogników
i tonie ogniste koło rzucając promienie:
majestatyczne, odwieczne, wieczorne przemienienie.

Kiedy jasność w sen cichy powoli zapada
i w chmur ciepłej pierzynie kryje się mew gromada,
woda tak dziwnie szemrze. Czy to senne marzenie?
To ocean rozmawia z Bogiem, to ciche rozmodlenie.

Australia, Morphett Vale, 1996

0Shares

Galeria handlowa. Opowiadanie fantastyczne.

Najczęściej zdarza się to rano. Nagle ogarnia mnie smutek i marnieję. Idę na przykład szeroką aleją Galerii Handlowej Św. Nepomucena, patrona Bóg wie czego, i czuję, że coś jest ze mną nie tak. Odnoszę wrażenie, że klatka piersiowa mi się zapada, wdycham mniej powietrza, kurczę się. W oknie wystawowym widzę wyraźnie, że jestem mniejszy. Wchodzę do sklepu z ubraniami, pożyczam miarę krawiecką i mierzę się. Tak, to ewi. Sam fakt, że używam skrótu „ewi” zamiast „ewidentne” tylko potwierdza, że coś się we mnie psuje, zapada i kurczy. Proszę ekspedienta o pomoc, znowu się mierzę, tym razem wzrost. Mam metr sześćdziesiąt pięć, mój regularny wzrost to metr osiemdziesiąt.

Wiem to doskonale, bo kiedyś na lotnisku w Moskwie oficer paszportowy kazał mi stanąć przy ścianie, gdzie była miara. Długo mi się przyglądał, po czym odwrócił oczy w kierunku paszportu, odczytał tam mój wzrost i znowu patrzył na mnie. Stałem w niespokojnym oczekiwaniu, jaki zapadnie wyrok. Miałem szczęście, wzrost okazał się prawidłowy, ani centymetra więcej, ani mniej.

Niepewny wychodzę ze sklepu na korytarz galerii. Widzę, z naprzeciwka idzie w moim kierunku kobieta, niemłoda już, raczej brzydka i niekształtna. W miarę zbliżania się, pięknieje, staje się pełniejsza, promienieje urodą. Przecieram oczy ze zdumienia; fakt pozostaje faktem.

Dostrzegam szczegóły. Piersi wielkości małych zielonych melonów, tych brazylijskich, od rumby i samby; te lubię najbardziej. Usta ma koloru malin, dojrzałych na słońcu, jędrnych, nic tylko zachwycać się, całować lub jeść. Oczy ma jak migdały; czuję zapach kwitnącego drzewka migdałowego, słodki i zniewalający. Słyszę nawet, jakby w pobliżu brzęczała pszczoła zbierająca nektar. No i biodra kobiety, najprawdziwsza gruszka klapsa, dół obfitszy, zwężający się ku górze, kształty, że paluszki lizać. Myślę, że najlepiej to chyba te marki Lajkonik, dobrze wypieczone. Moja rodzina je lubi. W strumieniu przeżyć zapominam nawet czyje paluszki należałoby lizać, jej czy moje, tak jestem oszołomiony.

Patrzę na siebie ponownie, widzę to wyraźnie, rosnę, mam już ponad metr siedemdziesiąt; nawet nie mierzę, aby sprawdzić. Powiększam się na całym ciele, nie będę wyszczególniać. I tak wiesz o co chodzi, przecież też masz ciało i wrażliwość, a jeśli nie, to żałuj. Ważne jest, aby było młode, jędrne, gotowe dawać i brać miłość, namiętnie i bez zastanowienia.

Zjawiskowa piękna Helena już mnie minęła. Żałuję, że to się dokonało, że już nie mam jej w oczach, nie czuję jej zapachu, ale co robić, taki los, prawo przemijania piękna, nic na to nie poradzę.

Idę dalej. Znowu zaczynam się kurczyć, jestem niższy i węższy, ubranie wisi na mnie jak na strachu na wróble, czuję drżenie chudnących łydek. Zapadam się w sobie.

– To bardzo źle – myślę ze smutkiem. Ale nie załamuję się, bo oto, z naprzeciwka zbliża się inna kobieta. Na pierwszy rzut oka widać, że jest niezwykła, istnie niebiańskie kształty, może nawet piękniejsza od poprzedniej. Pieję z zachwytu. Głupio mi, bo słyszę głos koguta. Pocieszam się, nie jest to nadzwyczajne pocieszenie, że przynajmniej nie jest to głos kapłona. Rosnę i mężnieję, widzę: klata-sześciopak, bicepsy jak góry, łeb jak młot parowy. Czuję w sobie parę, dynamit, ogień, chciałbym komuś przywalić, tak mnie to rozpiera.

Mówię sobie:

– Uspokój się, chłopie, bo eksplodujesz z nadmiaru energii.

I tak jest przez cały dzień. W samotności schnę i marnieję ale na widok kobiety, pięknej kobiety, rosnę. To ciekawe ćwiczenie. Kurczenie się i ekspansja, malenie i wzrastanie, brzuch flaczeje, brzuch napina się. To moja codzienna gimnastyka. Dzięki niej utrzymuję się w doskonałej kondycji plus oczywiście zadowolenie. Żyję. I to jak! Każdemu z was tego życzę.

Mówię to ja, Alberto Cinci, obserwator życia, adorator kobiet i miłośnik galerii handlowych.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 8: Plac straceń.

Przed pójściem spać Sefardi wrócił pamięcią do spotkania z przyjaciółmi. Nie było zbyt udane. Usiłował bronić się przed tą myślą. Winił siebie za to, że za mało interesował się polityką i nie wiedział, jakie może wywołać emocje. Postanowił to zmienić, a przynajmniej zastanowić się nad tym. W świecie następowały wielkie zmiany, przede wszystkim technologia i poglądy. Czuł, że musi się podciągnąć, włączyć się w nurt przeobrażeń, bo przepadnie.

Była to ciężka noc. Zapadł w jakiś koszmar. Dusiła go własna piżama. Po chwili szarpania się z nią odleciał w miejsce otoczone drutem kolczastym. Był to plac straceń.

Na środku stała wielka gilotyna, wyglądała jak armata. Nad nią było rusztowanie. Miano wykonać wyrok. Odczytano imię i nazwisko skazańca. Słyszał je wyraźnie: Sefardi Baroka. Zadrżał. Ktoś podszedł do niego od tyłu i zaczął wykręcać mu ramiona. Sefardi szarpnął się energicznie. Wtedy zaczęto bić go po twarzy. Zobaczył oprawców; jednym z nich był Wiktor, drugim nieznany mężczyzna w przeciwsłonecznych okularach. Krzyczeli na niego.

– Wraz z zębami wybijemy ci nienawiść do władzy i przewodniczącego. Zrozumiesz, że jednostka jest niczym, władza jest wszystkim, bo pochodzi od Boga, podobnie jak przewodniczący. To nasza gwiazda zaranna i wieczorna. Zapamiętaj sobie te zasady!

Na placu ukazała się czarna tablica z czerwonymi napisami, ułożonymi jeden pod drugim. Wyglądały jak przykazania.

– Nie myśl źle o stosunkach rząd-społeczeństwo-jednostka. Bo i po co?
– Nie traktuj władzy jak zarazy zagrażającej wolności jednostki. To niesłuszne.
– Nie uważaj Przewodniczącego za opresora o dyktatorskich zapędach. To ci nic nie da.

Sefardi nie wiedział, co myśleć. Im bardziej chciał się wyswobodzić, kierowany strachem, co się z nim stanie, tym silniej dusili go strażnicy. Po chwili się uspokoił, bo zobaczył siebie wśród tłumu zgromadzonego na placu. Przemawiał stojąc w pierwszym szeregu. Wielkie drukowane litery wypływały mu z ust. Był to jego głos, co do tego nie miał wątpliwości. Przemawiał głośno i dobitnie.  

– Mówię do was wszystkich i do każdego z osobna. Obywatelu! Wraz z postępem technologii twój rząd coraz skuteczniej kontroluje ciebie i społeczeństwo.

Kiedy skończył, zauważył wysokiego mężczyznę o chłopięcym spojrzeniu. Był to Luka. Na piersiach miał tabliczkę „Właściciel małej firmy informatycznej”. Sefardi poznał go po wysokim wzroście, gniewnych oczach i kilkudniowej ciemnej szczecinie na twarzy.

– Już dziś wszystko jest regulowane przez rząd. Nie ma niczego, co nie podlegałoby kontroli państwa. Nawet drobiazgi, na jakie w ogóle nie zwracamy uwagi.

– Na przykład, co? Wyjaśnij, ty chamie! – Krzyknął zaczepnie Wiktor.

Sefardi przyjrzał mu się dokładnie. Wiktor miał ze sobą broń. Stał w rozkroku, w mundurze majora, z wielkim złotym orderem na piersi. Miał na uszach słuchawki i przypominał rzeźnika.

– Recepta. Mówię o recepcie lekarskiej. – Luka aż się zapienił. – To wy określacie jak ma ona wyglądać. Ja sobie tego nie życzę. Jestem biznesmenem, a nie konowałem, skrybą, bezdusznym urzędnikiem czy sługusem. – Mówca krzyczał i krzyczał. Nie chciał przestać. 

– Decydujecie o najmniejszym szczególne mojego życia, a kiedy chcę o tym mówić, to wy mi tłumaczycie, że tego nie wolno, że robię z tego politykę. Wszystko jest polityką. Decydujecie jak wygląda recepta lekarska, jaką ma treść, pieczątkę, podłużną czy okrągłą, jak długo jest ważna, na jakim papierze, jego rozmiar, czy podpis lekarza ma być zwykły czy też wyraźny z drukowanym imieniem i nazwiskiem. To wy ustalacie wszystko w najmniejszych szczegółach, prawa, przepisy, regulacje. Prowadzenie małej firmy, przepisy ruchu drogowego, transportu, handlu, telewizji publicznej i edukacji. W szkole robicie dzieciom wodę z mózgu. Powiem wam – w oczach Luki zapaliły się ognie – czasem myślę, że powinienem zostać anarchistą, bo jeśli my nie rozwalimy rządu, to on nas rozwali.

Po gwałtownym i nieoczekiwanym wystąpieniu Luki zapadła grobowa cisza. Zamilkła służba więzienna, strażnicy, kat, ludzie z tłumu, z gilotyny przestała kapać krew.

Sefardi obudził się zlany potem. Ręce miał związane na plecach rękawami piżamy jak pacjent szpitala psychiatrycznego. Z trudem się rozplątał. W głowie słyszał wciąż jedno zdanie, że wraz z postępem technologii rząd coraz skuteczniej kontroluje jednostkę i społeczeństwo. Był to fragment jego snu. Zrozumiał, że jest to także rzeczywistość.

0Shares

O abstrakcji literackiej i poezji. Sobotni dodatek rozrywkowy.

Jak Państwo być może zauważyliście, zrezygnowałem z pisania o polityce. Dobrze mi to zrobiło, ponieważ daje mi to więcej czasu i możliwości na twórczość czysto literacką.

Postanowiłem eksperymentować. Piszę drugie opowiadanie, chcę jak najszybciej opublikować je na blogu, poddać pod ocenę Czytelników. Jest odmienne od dotychczasowych; nie umiem określić jego charakteru. Kojarzy mi się z abstrakcją malarską, uruchamiającą wyobraźnię oryginalnością wzorów, układem kolorów, nieregularnością kształtów, czymś nieokreślonym. Bardzo lubię obrazy abstrakcyjne; myślę, że to „lubienie” wyraża się także w mojej twórczości literackiej. Czasem mam wrażenie, że takie opowiadania reprezentują obszar z pogranicza fantastyki-abstrakcji-absurdu-groteski.

Poniżej przedstawiam dwa wiersze z niepublikowanego zbioru „Oniemiałość”, napisanego chyba w całości w Australii. To dodatek do długiego opowiadania science-fiction opublikowanego w dniu wczorajszym.

Busz australijski 

Cichym istotom śpiącego buszu
natura skąpi żywych barw retuszu.
Choć w jej palecie kolorów wiele
tu niepodzielnie rządzą pastele.

Kontynent wyblakł już ze starości,
w słońcu ukochał wygrzewać kości.
Zmęczyły starca żywe kolory,
nęcą przymglonej zieleni wzory.

I tylko ziemia w rudę bogata
czerwień gromadzi wieki i lata,
a gdy barwności ma już do woli
twarz swą rozjaśnia wykwitem soli.

Ileż kontrastów ma buszu uroda,
czarne łabędzie, jezior słona woda,
skóra tubylców osmalona słońcem;
ono tu życia początkiem i końcem.

 

 

 

 

 

 

 

Co mnie przeraża

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona. Zbiór poezji. Ebook. Empik: https://tinyurl.com/yxv6dj9n

0Shares

Dzień Wszystkich Świętych 2019

Każdego roku publikuję kilka wierszy odpowiadających nastrojowi tego wyjątkowego dnia. O ile narodziny człowieka wydają się logiczne, jasne i proste, o tyle śmierć jest totalną zagadką, podobnie jak Bóg, kosmos, czas czy nieskończoność.

Dzisiaj dwa wiersze z mojego niepublikowanego zbioru „Modlitwy do Anioła”

Cmentarz nadziei

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

W snach przyjdzie

Bezdrożami chodzi ten, co mnoży kwiaty,
wolność hoduje, z oczu zdejmuje kraty.
On czas zatrzyma, łez rozmrozi krople,
da przemówić drzewom, co szumią wyniośle.

Kiedy już cię spotka, obejmie serdecznie,
brodaty, stęskniony, bo sam żyje wiecznie,
oczy ma poważne, rozumne, śmiejąc
spyta, czy widziałeś, jak ptak budzi słońce.

Nie planuj na próżno, by wymawiać słowa,
Jemu niepotrzebna pusta, ludzka mowa,
On cię bez prośby obdarzy wytchnieniem.
Ciesz się: oczy rozumne niosą zapomnienie.

Gdynia, 8 stycznia 2000

Śmierć jest dla mnie czymś nieskończenie absurdalnym, ponieważ całe ludzkie życie, ten ciąg starań, trosk, przeżyć, radości i cierpienia, nade wszystko miłości kończy bezsensem, zanikiem świadomości, zapomnieniem wszystkiego, zerwaniem wszystkich więzi. Na jej usprawiedliwienie można powiedzieć chyba tylko to, że jest aktem ostatecznej sprawiedliwości, zrównując wszystkich ludzi, bez względu na pochodzenie, dorobek, pozycję społeczną, stan zdrowia, wiedzę czy poglądy. Nie darmo przeszłe cywilizacje wyniosły ją do rangi boskiej. Oto przykłady:

  • Anubis – mitologia egipska, później zastąpiony przez Ozyrysa
  • Azrael – islam
  • Balor – mitologia celtycka
  • Hades – mitologia grecka
  • Mictlantecuhtli – mitologia aztecka
  • Jama – hinduistyczny bóg śmierci i zmarłych
  • Mot – mitologia bliskowschodnia
  • Ozyrys – mitologia egipska
  • Tanatos (mitologia) – mitologia grecka, uosobienie śmierci
  • Weles – mitologia słowiańska

Michael Tequila, poezja i proza, w księgarni: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Niedziela. Wciąż obowiązuje cisza wyborcza. Proponuję poezję.

Kolejne dwa wiersze z niepublikowanego zbioru „Oniemiałość”.

Białe motyle 

Nie pamiętam, kiedy i gdzie pisałem ten wiersz. Mogę się tylko domyślać, że było to na Kamiennej Górze w Gdyni, przy ulicy Korzeniowskiego, gdzie mieszkałem przez kilka lat. Wiersz pisałem oczywiście zimą. Dziś Kamienna Góra jest jedną z najlepszych dzielnic Gdyni; wspaniale miejsce, z uroczym, mało uczęszczanym parkiem na samym szczycie wzgórza dominującego nad portem. W czasie II Wojny Światowej, niedaleko mego domu, chyba nawet tuż obok, właśnie przy ulicy Korzeniowskiego (zwanej wówczas Prinz Eugenstrasse) znajdowała się placówka gdańskiego oddziału Gestapo, miejsce kaźni.

Zamieć przybyła, dostojna i cicha,
ulicami chodzi, welonami oddycha,
z mroźnych ust białe wzlatują motyle,
fruwają rozbawione, prawią krotochwile.

Do świateł się garną istot miliardy,
w czapy ubierają prawdy i nieprawdy
gwarne ulice, dachy i zielone świerki,
czasem promień odzieją w niewinne iskierki.

W polu zając zdumiony staje w sztywny słupek,
spokojem bieli zachwyca filozof i głupek,
widząc jak ulotne i kruche istnienia
żyją bez niepokoju, wściekłości, łaknienia.

Bóg uczłowieczony

To wiersz bardzo filozoficzny, a zarazem bardzo prawdziwy, oddający naturę człowieczeństwa, które nie zna granic. Wiersz powstał co najmniej kilkanaście lat temu; życie ciągle aktualizuje prawdziwość zawartego w nim przesłania. Nie uważam się za moralistę, ani pesymistę, tym niemniej jestem głęboko przekonany, że oprócz najwyższego dobra, jakie człowiek nosi w sobie, nosi w sobie także największe zło. Nie ma takiej podłości, której człowiek nie dokonałby, ani takich granic szaleństwa, których nie przekroczyłby. Przypomnijmy sobie Pol Pota, Stalina, Hitlera, Envera Hodżę i innych satrapów, nie licząc tysięcy mniej znanych okrutników, którzy przewinęli się przez historię. To smutne proroctwo. Wolałbym, aby się nie spełniło.

Prostotę życia chce zgmatwać w węzeł
chciwiec, co z bratem się kojarzy,
on chce inaczej, dalej, prędzej,
władza bez granic mu się marzy.

Boga odsunął, sam chce być Bogiem
w wieczny sobowtór powielony,
żywy swój obraz widzi za progiem,
sam sklonowany, chce rodzić klony.

Chemicznym snem zmorzył motyla,
rozsypał kropki wiotkich skrzydeł.
Kto teraz wdzięki będzie rozpylać,
esów floresów uczyć prawideł?

Poezje, Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”, księgarnia Empik: https://tinyurl.com/yxv6dj9n

   
0Shares

Nocna dawka poezji

Dla złagodzenia złych snów i wyprostowania pleców dwa wiersze ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”.

Burza nad lasami

Burza krąży nad lasami,
płoszy jezior chmurną toń,
werbli bije tysiącami,
strąca kwiatów słodką woń.

Chmura słońce w szal spowija,
ptakom nuty deszcz rozmywa,
przestrzeń smuci się niczyja,
jasność w szarą dal odpływa.

Pnie drzew wodą omroczniały,
liść schłodzony patrzy w dół,
krople w nim się rozszeptały;
pół ich spija, zrzuca pół.

Deszcz za deszczem płynie falą,
w strużki pereł las obleka,
przyszła bujność gra fanfarą,
w ziemię wsiąka życia rzeka.

Australia, Pemberton, Karri Valley Resort, 30 listopada 1996

Modlitwa lasu

Wiatr uczucia zamknął w liści zapomnieniu,
szmery poukrywał w omszałym kamieniu;
z kryjówek wyszły leśnych duchów zwidy
zdziwione ustaniem powiewów corridy.

Przyjdź, Zbawco, i rozwiąż przestrzenie,
wypuść na wolność liściastych harf drżenie,
niebo ustrój w wieczorne szkarłaty,
krzykiem burzy obudź pogubione kwiaty.

Przyjdź, Zbawco, przez deszczu kałuże,
rozrzuć jagody błękitem na wzgórze,
rozsyp promienie kroplami po trawie,
ukaż, co skryte, ukryj, co na jawie.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona” w księgarni Empik w formie drukowanej i ebooka: https://www.empik.com/kleczy-cisza-niezmacona-wybor-poezji-tequila-michael,p1137202017,ksiazka-p

0Shares

Noc z czwartku na sobotę. Spektakl teatralny „Paranoja”.  

Noc była długa, ciągnęła się od czwartku do soboty. Ziemię Obiecaną nawiedziły niedobre sny. Przedstawił je teatr szekspirowski, pomieszany, ten od tajemnic, mroków, nieudanych misji kosmicznych, hejtów z ogonem hydry oraz psa Baskerville’ów z pyskiem zionącym siarką i fosforem. Słowem teatr niesamowitości, przypominający normalne zdrowe dziecię polityczne z rączkami wyciągniętymi po władzę.

Odsłona pierwsza

Do gabinetu Ministra Sprawiedliwości wchodzi bez pukania Prokurator Generalny i mówi:

– Przepraszam pana, że wchodzę sobie swobodnie jak roztańczona baletnica, pukałem, o tak, puk, puk, ale pan nie odpowiadał, sam nie wiem dlaczego. Ładnie tu u pana, obszernie, kwiatki w doniczkach, gratuluję, też chciałbym tak mieć. Mam nakaz przeprowadzenia rewizji. Podobno jest u pana fabryczka hejtów. Jeśli jest legalna, to wszystko jest w porządku, ale jeśli nielegalna, to będzie draka.

– Jest legalna, mam na to pozwolenie z góry.

– Czy to znaczy, że od pana Boga? No, niech pan nie żartuje!

– Nie żartuję, proszę pana. Z góry nie znaczy, że od tego pana Boga, którego pan ma na myśli. U góry jest ktoś ważniejszy, ale nie mogę panu powiedzieć, bo mam przykazane – właśnie z tej właściwej góry – aby nie ujawniać żadnych informacji bez konsultacji. My wszystko konsultujemy nawet pokarm dla kota i kanarka, żarcie dla psa i kropkę nad „i”. Krótko mówiąc, muszę trzymać mordę na kłódkę.

– A jeśli tak, to przepraszam, ja też mam kogoś nad sobą, i rozumiem, co to znaczy.

Przybysz salutuje i wychodzi.

Odsłona druga

Przewodnikiem po teatrze jest tajemnicza dziewczyna o oczach czarnych jak węgiel. Wyjaśnia, że w teatrze odsłona druga to w istocie odsłona pierwsza, tylko widziana od tyłu. – Tył może być piękny jak marzenie – rozczula się.

Do gabinetu Ministra Sprawiedliwości wchodzi Prokurator Generalny i mówi:

– Mam sprawdzić, czy te hejty, których ślady prowadzą do pańskiego gabinetu są oryginalne czy też chińskie podróbki. Pies gończy doprowadził nas tutaj i twierdzi, cytuję:

„Nie ma mowy, abym się mylił, mam węch jak sto diabli i nie odstąpię, dopóki z nim nie porozmawiamy. Chyba żeby mi nogi przydeptał a na mordę nałożył kaganiec”.

Wracając do podróbek, jeśli są to chińskie podróbki, to chcemy sprawdzić, czy są odpowiedniej jakości. Bo wie pan, my nie dopuszczamy na rynek byle czego, zwłaszcza zaś – za przeproszeniem – owego ówna, którego tyle jest na świecie.

– Powinienem obrazić się na Pana za zwątpienie w jakość naszej produkcji, ale tego nie zrobię, bo lubię pana, przypomina mi pan Misia Koalę, on jest taki kochany, ma pan ładny granatowy garniturek z jedwabiu, leży na panu jak marzenie. W ogóle wygląda pan bardzo smukle i ta teczuszka pod paszką też mi się podoba, dlatego powiem panu, że nasze wyroby mają najwyższy znak jakości, każdy je lubi z nielicznymi wyjątkami. A my takich ludzi, co nie lubią dobrej jakości, też nie lubimy. Pozwoli pan, że splunę z obrzydzenia.

Przybysz odpowiada:

– Jeśli tak, to przepraszam, żegnam, pozdrawiam i życzę powodzenia.

Po chwili zatrzymuje się i mówi:

– Przepraszam jeszcze raz, o tutaj, na krawędzi pańskiego biureczka, zachwycający mahoń, cymes, że palce lizać, leży malutki hejcik, chyba do wysłania, bo ze znaczkiem pocztowym. Prześliczny! Tak panu zazdroszczę tego gabinetu.

Odsłona trzecia

Do gabinetu Ministra Sprawiedliwości wchodzi bez pukania Prokurator Generalny i mówi:

– Przepraszam pana, drzwi były otwarte, więc wszedłem. Pukałem, ale pan nie odpowiadał. Nie był to miły gest z pańskiej strony. Nie jest też tutaj tak ładnie jak myślałem. Nie mam nakazu przeprowadzenia rewizji w sprawie hejtów, bo były to bezpodstawne podejrzenia. Że też ktoś mógł coś takiego zgłosić! Dla mnie same podejrzewanie jest podejrzane. Mam za to dla pana propozycję emerytalną, niezgorszy pakiecik. Negocjujmy. Przyniosłem ze sobą koniaczek, jeśli ma pan coś do zagryzienia, to możemy zaczynać.

– Będę zagryzać palce.

– Swoje czy moje? Wolałbym, aby pańskie. Są takie ładne, że aż palce lizać, wysmukłe, czyściutkie. No to jak z tą emeryturą?

Spada kurtyna, robi hałas i podnosi kurz. Widzowie to zauważają ale nie wstają z miejsc lecz czekają na ciąg dalszy. Wchodzi sprzątaczka i mówi:

– Nie martwcie się widzowie, spoko, nie jest źle. Jestem z firmy Quick Hate Cleaning. Otrzymałam własnie zlecenie. Potrafimy wszystko sprzątnąć. Najlepiej pod dywan, bo wtedy jest najmniej kurzu. Używamy dywany najlepszej jakości, perskie. Pozwólcie państwo, że odwrócę się do was tyłem i wypnę, bo muszę się schylić. Dywan leży tak nisko. Że też człowiek nie wynalazł jeszcze wysokich dywanów!

0Shares

Marszałek kończy oświadczenie w sprawie lotów. Powieść psychodeliczna. Odc. 17.

– Dla mnie rodzina jest najważniejsza. Mówię to szczerze. – Kontynuował Marszałek. – Znacie mnie. Jestem prawdomówny i prostolinijny. Jeśli ktoś miałby wątpliwości co do mego charakteru, niech przypomni sobie przemówienie pana Namiestnika Kukuły, kiedy nadawał mi tytuł Marszałka. Jestem mu wdzięczny. Jest dla mnie jak ojciec. Nie boję się odejść ze stanowiska, Mój los jest w rękach Boga.

– Czy wierzy pan w tego samego Boga, co my? – Krzyknął mężczyzna z opozycji. Nikt go nie lubił, bo zabierał głos tak natarczywie, że skracano mu czas wypowiedzi do jednej minuty. Kiedy czas ten przekraczał, a robił to często, płacił dobrowolnie pieniądze na cele charytatywne. Tłumaczył się potem brakiem równowagi, ponieważ jedną nogę miał krótszą.

– Moja wiara jest prosta. Bóg jest tu, z nami, na tej sali. To on decyduje o wszystkim. – Marszałek popatrzył w kierunku Namiestnika. Rozległy się oklaski.

– Co do kosztów przelotu, to zawsze chciałem płacić za loty mojej rodziny, nalegałem na to, nawet groziłem, że jak nie przyjmą zapłaty, to nie polecę. Nic to nie dało, odmawiano mi wydania biletów i przyjęcia należności.

– Zepsuł nam się biletomat pokładowy, nie jesteśmy w stanie go uruchomić. – Takie tłumaczenie wydało mi się niezbyt poważne. Prowadzimy dochodzenie w tej sprawie. Nie wiadomo, kiedy się skończy, bo jest to sprawa skomplikowana. Musimy przesłuchać dziesiątki ludzi. Były też inne poważne względy. Kiedy byłem u spowiedzi, ksiądz powiedział mi:

– Chłopie. Byłeś dobrym ogrodnikiem, a teraz jesteś dobrym marszałkiem i co najważniejsze, dobrym chrześcijaninem. Korzystaj z życia. Carpe diem. Coś w tym stylu. Poczytałem i zrozumiałem, że życie ludzkie jest zbyt krótkie, aby spędzać je w pociągu, autobusie czy nawet w samochodzie osobowym. Wziąłem sobie to do serca, postanowiłem dawać wzór innym ludziom nie umiejącym żyć ani latać. Taki już jestem. – Dodał Marszałek na zakończenie, odrzucając jednym ruchem głowy grzywę włosów do tyłu. – I nie zmienię się za nic. Taki już jestem – powtórzył. – Co ważne, nie latam dla przyjemności. Nie lubię latać. Latanie sprawia mi autentyczną przykrość. W samolocie jest duszno i ciasno. Kiedy w czasie lotu usiłowałem otworzyć drzwi, aby wywietrzyć, napadli na mnie pilot i stewardessa i powalili mnie na podłogę. Co jeszcze mogę powiedzieć? Jedzenie w samolocie też jest podłe. Nic tylko frytki i hamburgery. Fotel z kolei jest tak twardy, że – przepraszam za określenie – dupa drętwieje mi nieprzerwanie.

Po wyjaśnieniach Marszałka poparcie dla niego wzrosło trzykrotnie. Ludzie uwierzyli w prawdę, którą głosił.

– Teraz nikt nie mówi prawdy, tylko on jeden. To nadzwyczajny człowiek. – Mówiono.

Spontanicznie powstawały komitety poparcia dla Marszałka. Hierarchowie kościelni złożyli mu nawet propozycję, aby został kaznodzieją.

– Mówisz cudownie. Z ust płynie ci prawda w ilościach, którymi można wykarmić pół narodu. Jesteś nam potrzebny dla szerzenia wiary w uczciwość, mądrość i sprawiedliwość. Przyłącz się do nas, udostępnimy ci ambonę. Nie jedną, ale wiele. Zorganizujemy ci także wielkie Alleluja z grillem i kiełbaskami. Piwo musisz jednak sam przynieść, bo my nie pijemy tandety za trzy złote z groszami.

0Shares

Trzecie przesłuchanie Namiestnika. Powieść psychodeliczna. Odc. 13.

Sprawa niezapłaconych faktur odbijała się Namiestnikowi przykrą czkawką. Odczuwał gorycz w gardle i niesmak w ustach. Zagraniczni kuzyni, którym winien był pieniądze, nie ustępowali, upierając się, że zapłata należy im się jak amen w pacierzu. Skierowali sprawę do sądu, tym razem w swoim kraju. Było to niewygodne dla Namiestnika. Nie podobało mu się bardzo, że musi wystąpić w sądzie jako oskarżony o niezapłacenie faktur. Psuło to jego reputację. O powodach powiedział krótko:

– To podli ludzie. To ma być rodzina?!

Rozprawa odbyła się za granicą. Z uwagi na pilne obowiązki służbowe Namiestnik odpowiadał przez Skype. Sędzia, prokurator, powód i świadkowie oraz pozostali uczestnicy rozprawy oglądali transmisję na dużym ekranie telewizyjnym w sali sądowej.

Rozprawa zaczęła się chaotycznie. Prokurator był marnie przygotowany. Miał znikome pojęcie o budownictwie, zwłaszcza budowie wieżowców. Jak później zgodnie poinformowały media krajowe, sponsorowane i niesponsorowane, osobiście zbudował on tylko własny dom jednorodzinny, chatkę w ogrodzie dla synka oraz dwie budki dla ptaków.

Namiestnik spokojnie i rzeczowo odpowiadał na jego napastliwe pytania. W pewnym momencie prokurator z wściekłości wyszczerzył zęby, jakby chciał ugryźć pozwanego siedzącego z podniesioną głową i oczami wpatrzonymi w odległy ekran. Scenę tę wychwycili reporterzy sądowi. Pokazano ją w telewizji obydwu krajów.

Na pytanie prokuratora, jaką rolę pełni oskarżony w budowie wieżowców, wyjaśnił, że oprócz roli Namiestnika, spełnia się także jako przedsiębiorca.

– Robię to dorywczo na zasadzie hobby, tym chętniej, że nie są to byle jakie wieże, ale typu Abu Dhabi, najwyższego lotu, w pełni oszklone, samomyjne, dokumentujące wielkość osiągnięć kraju, jaki reprezentuję.

– Jakim konkretnie celom mają służyć te wieże, oprócz zaspokojenia pasji hobbystycznej oskarżonego? – Zapytał niechętnie prokurator, na co Namiestnik wytłumaczył, że mają być w nich zorganizowane zbiorniki do myślenia.

Wyjaśnienie zaskoczyło prokuratora jak i sędziego. Dziennikarze obecni na rozprawie rzucili się do laptopów i smartfonów, szukając wyjaśnień w Internecie. Prokurator podszedł do sędziego i poprosił o słowo. Po krótkiej konsultacji sędzia zapytał Namiestnika, jak rozumie określenie „zbiornik do myślenia”. Oskarżony, korzystając z pomocy tłumacza, wyjaśnił, że jest to termin naukowy pochodzący z języka angielskiego. Na prośbę sędziego przeliterował litera po literze „t-h-i-n-k-t-a-n-k”. 

– Jest to konstrukcja ułatwiająca zbiorcze myślenie na wielką skalę. Nas interesuje przede wszystkim myślenie strategiczne w skali krajowej jak i międzynarodowej. Na dowolny temat.

Na te słowa głowa sędziego opadła. Rzecznik sądu, mężczyzna wygadany, ale o tak nierównej twarzy, jakby go pokręciło, wytłumaczył, że sędzia uznał oświadczenie pozwanego za obrazę sądu. Obrońca Namiestnika stwierdził, że zaszło nieporozumienie, choćby dlatego, że jego klient sam serdecznie nie znosi chamstwa, kłamstwa i obrazy.

Ostatecznie wyjaśniono, że Namiestnik odmówił zapłaty faktury za papę i gwoździe, ponieważ dostarczony towar był wadliwy. Co więcej, nie zgadzała się także ilość materiału ani termin dostawy.

– Nic się nie zgadzało – podkreślił z powagą świadek pozwanego.

Przyjmując to do wiadomości, prokurator zaskoczył wszystkich niezwykłą obserwacją.

– Prawo międzynarodowe nie zezwala, aby osoba na takim stanowisku – prokurator podkreślił wyraz „takim” – jakie pan zajmuje, prowadziła działalność budowlaną.

W odpowiedzi to Namiestnik złożył oświadczenie.

– W moim kraju każdy człowiek jest wolny, duży czy mały, łysy czy owłosiony, na całym ciele czy lokalnie, i ma święte prawo do posiadania hobby, namiętności, pasji a nawet manii, która go rozwija, zgodnie z Instrukcją Obsługi Państwa i Obywatela, stanowiącej najwyższą formę prawa i praworządności w każdym kraju. Dla mnie jest ona świętością. Ja sam, zajmując wysokie stanowisko, też mam do tego prawo, ponieważ przestrzegam prawa i głęboko wierzę w Boga.

W stanie wzruszenia powiedział to tak niewyraźnie, że nie dosłyszano go na sali rozpraw, w związku z czym jego słowa nie mogły być zaprotokołowane. Sędzia uznał oświadczenie za nieważne. Prokurator ponownie poprosił sędziego o słowo, aby złożyć wyjaśnienie. Po uzyskaniu zgody, zbliżył się do sędziowskiego stołu. Kiedy sędzia nachylił się, aby go wysłuchać, prokurator jakby zawahał się, po czym szepnął: 

– Szanowny panie sędzio! Proponuję zdecydować o tym po konsultacji z naszym najwyższym zwierzchnikiem.

0Shares

Namiestnik przeżywa objawienie. Powieść psychodeliczna. Odc. 12.

Wieczorem Namiestnika ogarnął dziwny nastrój, rodzaj rozmamłania, sam nie wiedział skąd to przyszło i dlaczego rozpanoszyło się w jego wnętrzu. Siedział w pierwszej ławie przed ołtarzem, w pustym kościele, nie mając pojęcia, jak się tam znalazł. Pamiętał tylko tyle, że miało być nabożeństwo. Pachniało starym kadzidłem, zwiędłymi kwiatami i chłodem.  

– Po co ci to wszystko? Dlaczego wciąż wprowadzasz zmiany? Nieprzerwanie coś udoskonalasz, usprawniasz, polepszasz? – Męski głos zadający te pytania dochodził z prawej strony. Namiestnik obrócił głowę i dostrzegł mężczyznę, podobnie siwego jak on, dobrze zbudowanego, wpatrującego się w niego natarczywie. Wiedział, kto to jest, ale nie zdziwił się, powieka mu nawet nie drgnęła. Przyjął obecność Najwyższego tuż obok siebie tak jakby to była codzienność, powtarzająca się od lat, jakby to był jego kierowca, albo ochroniarz, albo Zarządca Smukły, z którym spotykał się najczęściej. Widząc prawdziwego Boga po raz pierwszy w życiu, pomyślał, że widzi go także po raz ostatni, że skończy się to wraz z jego własnym życiem.

Po chwili zmienił zdanie. Uznał, że jest to przywidzenie, jedno z wielu, jakie ostatnio go nachodziły, prawdopodobnie podyktowane lekturą obszernej ilustrowanej księgi o Indiach, Hindusach i duchowości zdominowanej przez wielu bogów.

Ostatnia myśl wydała mu się tak nieprzyzwoita, że natychmiast ją odrzucił. 

Namiestnik przymknął oczy i przed twarzą zaczęły przelatywać mu własne myśli przybierając postać pytań, każde z nich zakończone znakiem zapytania. Czuł ich lekki powiew, coś jakby skrzydła dużego motyla. Pytań było coraz więcej, ale nie niepokoiły go, tylko uspokajały, bo poznał je wcześniej. Dotyczyły spraw, które wyrwały się z jego wnętrza, usamodzielniły, nabrały własnego życia.

– Po co ci reformy ludzkich sumień, powrót do przeszłości i budowa pomników? Po co dwa szalone wieżowce? Czy chcesz w nich zamknąć przekonanie o wielkości własnej oraz Sobowtóra, który tkwi w tobie tak mocno, jakbyście byli zrośnięci? – Dlaczego prześladujesz ludzi mających odmienne poglądy?

Były to pytania zadawane przez własny, lekko chrypliwy, głos. Kukuła zobaczył go wyraźnie w przestrzeni przed zamkniętymi oczami. Miał kształt języka, wydłużonego i rozdwojonego na końcu. Zastanowił się, co to może znaczyć. Pomyślał, że traktuje oponentów zupełnie odmiennie niż swoich popleczników, choć byli to przecież obywatele tego samego kraju, żyjący obok siebie, często przyjaźniący się lub nawet spokrewnieni, mający takie same marzenia.

Już otwierał usta, aby odpowiedzieć na pytania, kiedy odezwały się organy niwecząc jego myśli. Potężny, huczący dźwięk, wydobywający się z wielu rur i piszczałek wstrząsnął nim. Namiestnik otworzył oczy i zobaczył, że w miejscu gdzie stał Bóg, stoi teraz stara kobieta o czarnej, pomarszczonej twarzy i przekrwionych oczach.

Wpatrywała się w niego z uwagą widoczną w każdym zakątku oblicza barwionego czasem i ciemnością. Z drugiej strony kościelnej ławy, nie dalej niż półtora metra, zauważył ochroniarza, trzymającego prawą rękę w kieszeni, jakby obawiał się, że Namiestnikowi grozi natychmiastowe niebezpiecznego.

– Kto to naprawdę wie? – Kukuła zwątpił w zasadność postępowania pytania.

Oderwał się od wątpliwości, aby jak najszybciej wrócić do świata, którego doświadczał przed wejściem do kościoła. Postanowił bezwzględnie kontynuować nawracanie społeczeństwa na drogę cnoty, ładu, zasług historycznych, wiary i porządkowania prawdy, o której w głębi duszy wiedział, że nie zawsze jest prawdą.

Do pełnej przytomności Namiestnik powrócił dopiero wtedy, kiedy ławki kościelne z boku i poza nim zaczęli zajmować najbliżsi współpracownicy: Bea Tschubaschek – była prawa ręka, Teo Dua – plenipotent, użyteczny lecz nadęty krzykacz, zarządca Jeremi Smukły ze szpiczastym nosem i okularach w cienkich złotych oprawkach, przemycających słodzone na niebiesko spojrzenia właściciela. Zaraz po nich pojawił się pułkownik Staniucha o policzkach różowego prosiaczka, wypełnione powietrzem, egocentryzmem i determinacją. W końcu nadeszła jego własna sekretarka, stara panna, z którą łączył go stan bezżenności i wieloletnie biurowe spoufalenie.

Namiestnik poczuł się znowu sobą, nieustępliwym wodzem, z oczami wpatrzonymi w Ziemię Obiecaną, do której zamierzał doprowadzić swój wybrany naród.

– Zrobię to wbrew kłodom rzucanym mi pod nogi. Ptachu pomyślał o opozycji z dwuzębnym Zajączkiem na czele, Rudym oraz niechętnej mu części  społeczeństwa.  Znowu poczuł twardą zawziętość w piersiach.

– Muszę natychmiast porozmawiać ze Staniuchą w sprawie reform w resorcie dochodzenia prawdy, które zacięły się jak stary nienaoliwiony zamek – zdecydował.

Kilka minut później siedział już w swoim opancerzonym samochodzie.

0Shares

Ptachu wraca myślą do dawnych lat. Powieść psychodeliczna. Odc. 1.

Wieczorami Ptachu wracał myślą do dawnych lat. Przypominał sobie, jak to wówczas było. Ottar Nepomucen nie był dobrym człowiekiem. Jego człowieczeństwo kurczyło się, pokazując coraz więcej pęknięć i słabości. Już sam jego wygląd i zachowanie napawały obywateli niepokojem, nawet przerażeniem. Nazywano go Rudym i nie bez kozery, bo włosy miał koloru żywego ognia. Wyglądał jakby płonął. Ptachu pierwszy dostrzegł jego diabelskie cechy, pierwszy nazwał go demonem, pierwszy ostrzegał ludzi przed nim i czającym się wokół złem.

Pod koniec reżimu Nepomucena, Ptachu nie wahał się używać tego określenia, obywatele ostatecznie stracili ikrę, zapał i energię. Pozostało im tylko tyle, aby wyrazić to słownie, smutną pieśnią bez refrenu lub malarstwem muralnym. Ptachu pomagał im dobierać słowa i obrazy, z którymi nie każdy człowiek ma lekko i po drodze. Pomagał im także wyrażać uczucia.

Był to czas, kiedy obywatele zaczęli zdawać sobie sprawę, że oprócz marzeń potrzebują także ludzkiego ciepła, życzliwości i wsparcia. Nepomucen ich zawiódł; nie tulił do piersi, nie pocieszał, nie tłumaczył, jacy są wielcy i jak wspaniałą mają tradycję i historię. Czując się podle mówili:

– Ten typ nam się przeżył. Jest zimny jak ryba, interesuje się tylko sprawami przyziemnymi, naprawą parkanów i dróg, budową jakiejś autostrady słońca i grą w ping-ponga. Po co nam autostrada słońca, zwłaszcza zimą? Nie informuje nas nawet, kiedy i gdzie zbudował żłobek, przedszkole lub choćby obórkę dla krów. Odwala fizyczną robotę jak prostak, zamiast pocieszać nas i mówić, co mamy robić, aby doznać radości.

Był to wielki błąd Nepomucena. Sam sobie ściągnął na łeb nieszczęście; przykryło go ono jak plandeką. Ptachu, ambasador władzy uczciwej i aktywnej, widząc, że Nepomucen kuleje na prawą nogę i grozi mu poważniejsza niemota i paraliż, uznał, że obywatelom należy się wytchnienie.

– To jest naród, który ma w sobie parę, inaczej mówiąc dynamit. Muszą one znaleźć ujście, bo inaczej rozwalą ten wielki kocioł parowy, jakim jest nasz kraj.

Ptachu zaobserwował też, że wielu ludziom nie powodził się tak dobrze jak innym, bardziej przytomnym, pracowitym, trzeźwiejszym a może po prostu młodszym. Serce mu to podpowiedziało, nie rozum, bo wychowywał się na salonach i nie za często bywał na podwórku. Postanowił to naprawić. 

*****

Negatywnych opinii o Nepomucenie i jego władzy nie wyrażali oczywiście wszyscy obywatele. Ich liczba jednak rosła, tym bardziej, że Ptachu liczył niezadowolonych i uświadamiał im, jacy są nieszczęśliwi. Chodząc nad rzeką dla ochłody, bo dni bywały gorące już od samego myślenia, powtarzał sobie głośno, aby nie zapomnieć.

– Obywatelom należy się wielka zmiana na lepsze.

Myśląc o niej, drogą intensywnej medytacji w fotelu doszedł do wniosku, że musi za wszelką cenę ratować kraj przed nieszczęściem. Kiedy opowiedział o tym znajomemu proboszczowi, z którym w niedzielę grywał w wista, ten uścisnął go serdecznie.

– Masz rację, synu. Nie zapomnij skorzystać w razie potrzeby z metod Inkwizycji, której celem było przecież zbawianie grzeszników i pomyleńców. 

Widząc pobożność Ptacha, ludzie cenili go tym bardziej. Tej nocy prorok przyszłości zapadł w głęboki, radosny sen. Śniły mu się garota, sąd boży i młot na czarownice. Rano obudził się świeższy niż poranny świąteczny pączek. Od razu wezwał służbę i krzyknął:

– Na koń, kto w Boga wierzy!

0Shares

Rzeczywistość w przededniu zmian. Opowiadanie psychodeliczne. Odc. 1.

Rozbuchany indywidualizm zaskoczył wszystkich. Nikt, z wyjątkiem proroków, rozpoznających znaki czasu z dużym wyprzedzeniem, nie spodziewał się takiego wysypu wybitnych jednostek. Nie potrzeba było zresztą wielu, wystarczyłaby jedna, dostatecznie duża i uduchowiona, wódz nad wodze, aby uszczęśliwić masę ludzi. Okazał się nim mąż opatrznościowy znany powszechnie pod imieniem Ptachu. Z twarzy i charakteru był podobny do orła, stąd ta nazwa. Jego pojawienie się było kwestią czasu, a ten pędził do przodu. 

*****

Do chwili objęcia władzy przez Ptachu obowiązywała przeciętność, rządziło bylejactwo, można by nawet powiedzieć pospólstwo, prostactwo, arogancja i gruboskórność. Były to czasy rządów Ottara Nepomucena, który wkrótce zbiegł do ciepłych krajów, aby pławić się w luksusie i szkodzić własnemu krajowi. 

Masę społeczną czasów Nepomucena urozmaicali ludzie bez znaczenia, delikatni jak podmuch letniej bryzy, powszechnie zwani delikatesami. Trzymając się na uboczu wielkich wydarzeń, nurzali się w czystym intelekcie, dyskutowali i przedstawiali projekty naprawy świata, myśląc o gwiazdach, niebieskich migdałach, filozofii, dobroci i porozumieniu. Umieli tylko organizować demonstracje.

Byli to ludzie wyobcowani, sieroty po wybitnych jednostkach przeszłości, kryjące się po bibliotekach, muzeach, filharmoniach i kawiarniach. Pojawiali się także w salonach i na bulwarach spacerowych, poruszając się po cichu, w skupieniu, z nazwiskami geniuszy, Leonardo da Vinci, William Szekspir, Platon, Arystoteles, Wolfgang Amadeusz Mozart i podobnymi na swoich inteligenckich ustach przypominających kolorem zwiędłą różę.

Nic dziwnego, że żyjąc w atmosferze zastoju i martwoty naród oczekiwał cudu. Obywatele wychodzili przed domy, patrzyli w niebo, bili się w piersi, przysięgając, że są uczciwi, pracowici i mobilni, co miało uzasadnić, że zasługują na pozytywną, radosną i wszechobejmującą zmianę. Męczyli się, wciąż pamiętając dawniejsze dobre czasy, kiedy krajem rządzili władcy zapewniający im stabilne zatrudnienie, cebulę w workach dostarczaną w miejscu pracy, oraz vouchery na wczasy, pralki i samochody, których sam widok pod oknem bloku już człowieka cieszył.

Taka była rzeczywistość w przededniu wielkich zmian, jakie miały odmienić kraj.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 6: Kronikarz Taranta pomyślnie kończy zebranie

W końcu spotkania, kiedy wydawało się, że nie pozostało już nic interesującego do omówienia, pojawił się temat darów dla ludzi w potrzebie. Pierwszy wspomniał o nich Namiestnik. Wsparli go Premier i Plenipotent. Dyskutowano wielkość darów, w jakiej miałyby być postaci oraz komu je dawać. Postanowiono, że będą to dary pieniężne.

– To najbardziej praktyczne rozwiązanie. Pieniądze nie psują się nawet wtedy, gdy się je zostawi w wilgotnej szufladzie. Wilgoć w szufladzie albo w szafie to nic szczególnego w tropiku. – Zawołał stojący z boku mężczyzna. W szarej marynarce z kwiatem w butonierce wyglądał jak zubożały inteligent. – Jestem tego pewien, sam to przeżyłem. – Dokończył.

Ktoś inny dodał:

– Popieram przedmówcę. Pieniądze to najlepszy dar. Można za nie kupić nie tylko pieluchy, ale i wódkę.

– Po co wódkę? Dlaczego pan żartuje? – Zaoponowała młoda kobieta z wydatnym brzuchem i małą dziewczynką tulącą się do jej boku.

– A jakżeż to? – Odpowiedział poważnie zapytany. – Kiedy ma się chrzciny, dzień urodzin, imienin albo bierzmowania, nie można nie wypić. Nie może pani odrzucić tradycji ani sprzeciwić się historii. To byłoby podłe. Ja jestem za.

Odezwały się liczne głosy poparcia i protestu.

– Mamy także inne propozycje. – Oświadczył Namiestnik, patrząc na Premiera i Plenipotenta, aby zachęcić ich do zabrania głosu. – Pragniemy złożyć obietnice. To nawet cenniejsze niż same dary. – Kontynuował Namiestnik.

– Nie samym chlebem człowiek żyje! – Entuzjastycznie wyrwał się Wirgil. Był wdzięczny Namiestnikowi, że zabrał głos w kłopotliwym momencie.

– No właśnie! – Odkrzyknęli zgodnie trzej mężczyźni. – Nie samym chlebem człowiek żyje!

*****

Słońce wyszło zza chmur i oświetliło plac zebrań. Nie było chłodno, ale atmosfera jakby ocieplała. Ludziom rozjaśniły się twarze. Zrobiło się inaczej, bardziej uroczyście.

Namiestnik wyprostował się, podniósł prawą rękę do góry w charakterystycznym geście pozdrowienia i wypowiedział tylko dwa zdania:

–  Błogosławię was, obywatele Cezarei i okolic. Błogosławieni niech będę ubodzy duchem, albowiem tylko oni dożyją powszechnego dobrobytu.

Taranta nie wierzył własnym uszom. Wyglądało to jak teatr.

– Pierwsza osoba Cezarei zachowuje się jak prorok. Pasuje to do sytuacji jak pięść do nosa. To jakiś gruby żart. – Pomyślał z niesmakiem.

Jeśli był to żart, to był bardzo trafiony. Obywateli zebranych na placu opanował entuzjazm. Głośno wiwatowali, rzucając w górę czapki, Cieszyli się jak dzieci. Kilka osób popadło w konwulsje nieopanowanej radości. Trzęśli się jak nawiedzeni.

– To my! – Krzyczeli, – To my! On mówi o nas, obywatelach Cezarei. Niech żyje Naczelnik Krzepki-Kukuła! Niech żyje Partia Powszechnego Dobrobytu!

Kronikarz wrócił do domu w stanie radosnego podniecenia. Miał za sobą pierwsze publiczne wystąpienie. Cieszył się, że prowadzi Kronikę Cezarei i Okolic. To dzięki niej spotkało go tyle zaszczytów. Najpierw szopka wielkanocno – bożonarodzeniowa. potem pojawienie się Trzech Królów, którzy okazali się ludźmi władzy w przebraniu. Potem spotkanie, które sam zorganizował i prowadził. I jego efekt: propozycje, deklaracje, dary i obietnice. W końcu rzesza ludzi nabożnie słuchających głosicieli dobrej nowiny i ich entuzjazm. W głowie mu szumiało. Nie wszystko rozumiał, ale wszystko go cieszyło.

Wieczorem wypił trzy kieliszki szampana na szczęście. Był to najlepszy dzień w jego życiu. Co do tego był pewien. Miał dziwne poczucie, że to tylko początek czegoś wielkiego.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 3: Niespokojny sen kronikarza Taranty

Drodzy Czytelnicy!

Dzięki za zainteresowanie nową powieścią. Nie zdążyłem z wpisem w dni dzisiejszym. Przepraszam. Podejrzewam, że będę mógł publikować kolejne odcinki nie częściej niż co drugi dzień, może nawet raz na trzy dni. Mam dużo obowiązków.
Po głowie chodzą mi tak dzikie myśli, że nie wiem, czy powinienem je przedstawiać. Może o to właśnie to chodzi?
Zobaczymy.
Pozdrawiam bardzo serdecznie
Michael Tequila

Wirgil Taranta był w rozterce. Przypomniał sobie w szczegółach dzień szesnastego kwietnia dwa tysiące dziewiętnastego roku. Zarejestrował go w kronice w formie liczbowej 2019 04 16 dla ułatwienia sobie odszukiwania dat i zdarzeń kronikalnych. Rzeczonego dnia obudził się ze snu, który napełnił go niepokojem. Pomieszały mu się pojęcia, nie rozpoznawał dat ani nawet pór roku. Nie wiedział, czy jest już wiosna, czy też zbliża się ku zimie. To go zabolało, bo kronikarz bez pamięci jest w gorszej sytuacji niż świstak na autostradzie.

Nie mogąc zrozumieć, co się stało, dokonał analizy snu rozkładając go na elementy. Przypomniał sobie, że nazywa się to rozkładem na czynniki pierwsze. To drgnięcie pamięci pocieszyło go. Nadal jednak nie był pewny, czy to, co analizował, to był sen, czy też rzeczywistość przypominająca go swoją niezwykłością.

Odważnie wznowił konfrontację ze snem i urojeniami. Będąc skromnym kronikarzem poczuł się Don Kichotem stającym odważnie przed wiatrakami, istniejącymi nie tylko w jego umyśle, ale i w rzeczywistości, ponieważ ludzie zawsze potrzebowali urządzeń do przemiału ziarna na mąkę. Kiedy sobie uświadomił, jak logicznie myśli, wróciła do niego pamięć.

W dniu szesnastego kwietnia, w przeddzień Świąt Wielkanocnych, żyjących w pamięci Wirgila pod znakiem niewinnego jaja, kolorowej pisanki, żółtego kurczaka, kudłatego baranka oraz święconej kiełbasy, przyśniła mu się szopka bożonarodzeniowa.

Rzeczywistość Cezarei od jakiegoś czasu jawiła mu się w postaci szopki ze stajenką, przy której stali Trzej Królowie, orientalnie ubrani i pachnący dobrą wodą kolońską. Towarzyszyła im pewna ilość zwierząt i cudów.

Przeżycie było tak wyraziste, że kronikarz nabrał przekonania, że prawdopodobnie upił się w nocy. Usiadł na krawędzi łóżka i rozejrzał się po pokoju. Nie dostrzegając żadnej butelki, szklanki, kieliszka czy choćby śladu libacji uznał, że pomylił się w ocenie rzeczywistości. W tej sytuacji nie zostało mu nic innego jak wstać i przejść się kilka kroków w kierunku okna, co uczynił. Starał się utrzymać równowagę. Był to test trzeźwości. Wszystko było w porządku. Ciało trzymało pion i poziom równie pewnie jak murarz na budowie. To go skłoniło do pogodzenia się z rzeczywistością, mieszającą zdarzenia fizyczne z metafizycznymi, prawdę z omamami. Uznał, że trudność rozpoznania snu była efektem wiosny, pory roku budzącej soki w drzewach jak i urojenia, podobnie jak schizofrenia. Nie była to cała prawda.

Wirgil Taranta czuł, że coś jest nie tak. Zapragnął wyjść na zewnątrz, nabrać w płuca świeżego powietrza i wchłonąć trochę słońca, aby pobudzić się do dalszego działania. Naszła go młodzieńcza lekkość. Nie czekał na windę, lecz zbiegł na dół po schodach. Stanął na chodniku i patrzył w niebo. Niespodziewanie ściemniało i zaczął padać drobny śnieg zmieszany z kolorowymi płatkami wiosennych kwiatów. Wirgil zauważył to dopiero po chwili, kiedy jego dłoń pokryły kolorowe plamki. Wpadł w dziwny nastrój i zaczął nucić melodię, którą słyszał tylko raz w życiu „Se kofi, se kofi” powtarzając refren „Se lavi, se lavi”. Motyw muzyczny wpadł mu w ucho poprzedniego dnia, kiedy słuchał kościelnej stacji radiowej Musica Religiosa.

Wszystko to nastroiło go refleksyjnie. Zastanawiał się nad porywającą naturą śpiewu, melodii i muzyki, kiedy zbliżył się do niego masywnie zbudowany mężczyzna w turbanie. Zjawił się tak nagle, jakby wyszedł z głębokiego cienia. Trzymając lewą rękę uniesioną lekko w górę, wyciągnął prawą na powitanie i przedstawił się:

– Nazywam się Abdullah. To mój pseudonim. Rządzę Cezareą, jestem jej namiestnikiem i poczytuję to sobie za zaszczyt. Nieoficjalnie jestem jednym z trzech biblijnych królów. Przyprowadziło mnie tutaj światło gwiazdy przewodniej. To, co teraz panu powiem, proszę traktować jako objawienie.

Wirgil popatrzył na nieznajomego z niedowierzaniem. Król zauważył to i pośpieszył z wyjaśnieniem:

– Z trzech biblijnych królów ja jestem tym z czarnymi wijącymi się włosami. Po tylu latach nie wiją się one oczywiście, w dodatku posiwiały. Wiek robi swoje. Kiedyś byłem też wyższy, teraz skurczyłem się nieco.

Kiedy skończył, bolesny skurcz – przypominający cień jaskółki śmigającej za muchą – przebiegł po jego twarzy. Wirgil domyślił się, że wzrost jest dla niego źródłem frustracji. Król odezwał się.

– Rozumiem, Wirgilu Taranto, że nie domyślił się pan jeszcze, którym z trzech bożonarodzeniowych królów jestem. Aby ułatwić panu zadanie powiem, że występuję czasem w telewizji i stoję na czele bardzo poważnego ugrupowania polityczno-społecznego, jakie osobiście założyłem, aby nieść chwałę Cezarei. Chętnie to wszystko wyjaśnię w detalach.

Twarz dostojnika oblekła powaga. Wirgil zwrócił uwagę na bajecznie bogaty strój monarchy. Nie miał ze sobą mirry ani kadzidła. Kronikarz domyślił się, że ma tylko słowa radości i pocieszenia.

– Jest biegły w gębie. Widać, że umie i lubi przemawiać. – Pomyślał. Nie był zbyt przychylnie nastawiony do Namiestnika.

Coś go zastanowiło. Głos przybysza nic mu nie powiedział, twarz wydała się jednak znajoma. Nie bez trudu rozpoznał Namiestnika Leona Krzepkiego-Kukułę. Zdziwił się, że chodzi w przebraniu obcokrajowca, udaje króla-dobroczyńcę, występującego w chrześcijańskiej szopce bożonarodzeniowo-wielkanocnej. Domyślił się, że Namiestnik nie czyni tego bez przyczyny, że stoi za tym jakaś myśl przewodnia i być może jakiś zbożny cel. Pragnąc dowiedzieć się o co chodzi, Wirgil postanowił wysłuchać wyjaśnień, jakie Namiestnik miał do zaoferowania.

Wokół mężczyzn zebrał się już krąg ciekawskich. Namiestnik był osobistością powszechnie znaną w Cezarei. Był celebrytą. Wkrótce dołączyli do nich dwaj pozostali królowie. Sytuacja powtórzyła się. Oni także grali podwójną rolę. Taranta zidentyfikował ich po ubiorze, akcencie, treści przekazów słownych oraz gestów. Byli to Dua, Plenipotent Namiestnika, znany powszechniej pod pseudonimem Prezydent, oraz Jeremi Chudy, premier.

Kronikarz znał ich tylko z telewizji. Pierwszy raz obcował z nimi bezpośrednio. Postanowił to wykorzystać.  

0Shares