Dzień niepokoju księdza proboszcza. Opowiadanie.

Ponownie, gwoli czystej rozrywki, dostarczanej nam ostatnio w większych ilościach przez polityków i Roberta Górskiego w „Uchu Prezesa”, przedstawiam fragment mojego opowiadania „Wypożyczalnia psów”, jakie ukarze się wkrótce w zbiorze „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”.

Dedykuję je w szczególności właścicielom i miłośnikom psów, dzięki którym świat widzi mi się bardziej serdeczny i radosny.

*****

Anastazja pamiętała jeszcze jeden incydent. Stanął jej przed oczami jak żywy. Aż wzdrygnęła się na samo wspomnienie, co się wtedy działo. Był to dzień, kiedy Klaudiusz ogłosił swój pogląd o niedopuszczalności eutanazji zwierząt domowych, w szczególności psów.

– Nie ma usypiania psa bez jego zgody. – Pod takim tytułem jego wypowiedź ukazała się w lokalnej gazecie. Za tytułem szły wyjaśnienia i szczegóły.

Celem Klaudiusza było poruszyć ludzi i wywołać dyskusję w obronie psów, aby w dłuższej perspektywie doprowadzić do zmiany prawa. Z informacji wynikało, że chodziło mu o pewne minimum, mianowicie o to, aby o decyzji uśpienia psa decydowało większe grono ludzi, a nie tylko sam właściciel.

Artykuł wymieniał przypadki, kiedy ludzie uśmiercali zdrowego psa dlatego, że był stary, albo uważali, że jego utrzymanie lub leczenie za drogo kosztuje, albo kiedy wyprowadzali się na drugi koniec kraju lub za granicę.

Wobec braku żywszej reakcji, Klaudiusz podjął akcję, która zbulwersowała miasteczko i groziła wybuchem niezdrowych sensacji. Przywiązał siebie i trzy psy, jeden własny, dwa pożyczone od przyjaciół podzielających jego poglądy, do betonowego słupa przed kościołem. Raban zrobił się tym większy, że na parafialnej tablicy ogłoszeń ukazał się afisz z podpisami kilkunastu obywateli protestujących przeciw bezmyślnemu uśmiercaniu psów.

Proboszcz miał problemy z sercem; na wiadomość o niezwykłym wydarzeniu o mało co nie zszedł z tego świata. Jak tylko wrócił do siebie, natychmiast wysłał organistę, jedyną osobę, do której miał zaufanie, aby nie zwracając niczyjej uwagi zerwał afisz. Nie chciał mieć awantury przed kościołem, bojąc się, że „ten wariat”, jak w duchu nazwał Klaudiusza, obróci swój gniew przeciwko kościołowi lub przeciw jemu samemu.

Po usunięciu afisza, proboszcz znalazł się zupełnie przypadkowo w pobliżu Klaudiusza przywiązanego łańcuchem do słupa. Zbliżył się i dyskretnie poprosił go o spotkanie. Rozmawiali, ale bardzo krótko, ponieważ proboszcz miał pilne obowiązki i bardzo się spieszył.

– Proszę przyjść do spowiedzi, synu. Będę na ciebie czekać. – Powiedział na zakończenie.

Klaudiusz stawił się w kościele o ustalonej godzinie i podszedł do konfesjonału. Zanim uklęknął, rozejrzał się, ile osób jest wewnątrz świątyni.

– Wolałbym, aby było więcej. To by nadało dodatkowy rozgłos sprawie. – Mruknął do siebie pod nosem.

Proboszcz od razu przystąpił do rzeczy. Był człowiekiem łagodnym z natury, tym razem postanowił być bardziej stanowczy. Życzliwy, pozytywny, ale stanowczy.

– Synu! W sercu zgadzam się z tobą, to bardzo ludzka postawa. Wiem, że jesteś kynologiem i sprawa psów leży ci na sercu. Ale robić takie zamieszanie? Ludzi to gorszy. Nie tylko mówić o eutanazji, ale i stawiać psa na równi z człowiekiem!?

– Ależ, księże proboszczu, przecież Święty Franciszek … – Usiłował protestować Klaudiusz.

– Wiem, wiem! Oczywiście, bracia mniejsi. Modlę się do niego każdego dnia podobnie jak i ty. Uwierz w moje dobre intencje! Ale tak nie można postępować. Może to pana Boga nie obraża, choć nie jestem tego pewien, ale ludzi na pewno. Postępujesz bardzo nierozważnie. To nie służy psiej sprawie. Przepraszam, nie służy sprawie opieki nad zwierzętami. – Patrzył na spowiadanego z uwagą. Serce bilo mu żywiej, co go dodatkowo niepokoiło.

Z oczu Klaudiusza biła uczciwość i powaga. Proboszcz zmieszał się. Nabrał pewności, że nie ma co rozmawiać, bo mężczyzna mu nie ustąpi. Słyszał o jego trudnym charakterze od jego żony, Anastazji. Pamiętał, że Klaudiusz uparł się i za żadne skarby nie chciał ustąpić, aby nie nadawać córeczce imienia Nuka, przy wymawianiu którego matka dziecka płakała rzewnymi łzami.

Zapytał Klaudiusza, czy chciałby coś jeszcze dodać lub wyznać jakieś grzechy. Słysząc w odpowiedzi milczenie, postanowił zakończyć przykry sakrament spowiedzi. W duchu pomyślał jeszcze „Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” i niepewnie podziękował Bogu. Miał do Niego trochę żalu, że dopuścił do takiej sytuacji. Po chwili refleksji uznał jednak, że byłoby bezsensowne oczekiwać, aby Najwyższy interweniował w tak dziwnej sprawie i to tylko dlatego, że jest ona kłopotliwa dla jakiegoś lokalnego proboszcza. Patrząc na klęczącego Klaudiusza przeszła mu przez głowę myśl, że być może Bóg wie lepiej, gdzie rezyduje prawdziwa wiara i dobroć.

Wracając do zakrystii proboszcz zdecydował, że nie będzie już prosić o boskie wstawiennictwo w sprawie Klaudiusza i psów niezależnie do tego, jak ona się rozwinie. Serce proboszcza jakby uspokoiło się.

Patrz recenzje i opinie – przyciski na górnym pasku menu Powieści i Poezje.

Komiks polityczny. Awans kapitana Jaroszki. Odcinek 9.

Jestem narratorem, skrybą z zawodu. Los dziwnym trafem wyznaczył mi zadanie spisywania dziejów kapitana Jaroszki oraz statku, którym kieruje. Kapitan tworzy dzieje, ja je tylko spisuję. Podział obowiązków nie jest równy, lecz prosty jak drut; z jednej strony wielki twórca, z drugiej niemy z podziwu konsument jego twórczości.

Los, jak mniemam, nie jest taki ślepy, skoro mnie wybrał, gdyż mam swoją godność. Jestem w tym podobny do kapitana Jaroszki, naszego niezłomnego bohatera, który nie daje się zwekslować na boczny farwater przeciwnościom ani przeciwnikom. Charakteru powieści nie jestem w stanie określić, ponieważ nie wiem, jak potoczą się dalsze wydarzenia. Wszystko jest w rękach kapitana Jaroszki, na statku pierwszego po Bogu, a czasem nawet przez Nim.

Od kapitana Jaroszki otrzymałem dzisiaj zawiadomienie; zapukało ono w nocy do mojej głowy pod postaciami trzech mrocznych dżentelmenów w kapeluszach. Cytuję: „Z uwagi na swoje niezwykłe zasługi dla statku, załogi oraz pasażerów, kapitan żeglugi Leo Jaroszka awansuje siebie do stopnia komandora marynarki, a statek do rangi okrętu. Decyzja jest ważna natychmiast i nie przysługuje od niej odwołanie. Podpisał (w imieniu załogi): I-szy Oficer, Zbrojmistrz Sęp (wysoki, szczupły, siwa skołtuniona bródka, oczy o ciepłym patriotycznym wejrzeniu). Kontrasygnował: Nijaki, Najwyższy Urzędnik (możliwe, że nawet i dwa pięćdziesiąt wzrostu).

Decyzję przyjąłem bez szemrania, podobnie jak cała załoga i pasażerowie, bo był to fakt, zdarzenie. Rzeczywistość i historia mają swoje wymagania; nikt nie jest w stanie z nimi dyskutować, najwyżej pokrętnie je interpretować, o czym myślę ze wstrętem, że ktoś mógłby zechcieć to robić.

Mniej spostrzegawczym i słabującym pamięciowo przypomnę, że Leo Jaroszka, ex-kapitan, teraz już komandor marynarki, w przyszłości Bóg wie kto jeszcze, jest bytem samoistnym, który oderwał się od siebie samego (średniego wzrostu i średniej otyłości) i pewną ręką steruje statkiem, od dzisiaj już okrętem, ku nieznanemu przeznaczeniu. Czyni to ku zachwytowi załogi i jednej trzeciej pasażerów kochających pęd i szalone przygody, oraz rozpaczy pozostałych jednostek, preferujących stabilność i przewidywalność.

Mnie ta podróż tylko fascynuje. Drżę cały, czekając na dalsze wydarzenie, aby spisywać je jak mogę najwierniej i najczulej, albowiem major Jaroszka jest także moim bohaterem.

Dziś więcej już nie napiszę, gdyż wzruszyłem się do łez. Nie wstydzę się ich; dojrzały mężczyzna nie boi się spojrzeć w oczy uczuciom autentycznej miłości.

Wybaczcie mi tę chwilę niezamierzonego uniesienia.

Dzień Wszystkich Świętych. Zapis doraźny jak samo życie.

allegory-of-immortality-giulio-romano-public-domain

Kiedy zacząłem pisać ten blog, była godzina 7.49. Nie zdziwiłem się, ponieważ powtarza się ona każdego dnia, taka jej niezawodna natura, podobna do deszczu, szumiącego właśnie za oknem, który stale powraca, tylko z inną regularnością.

Jestem zadowolony, że byłem na cmentarzu już wczoraj. Zostawiłem tam dwa bukiety kwiatów w donicach, bordowy i złocisty, zapaliłem świeczki i modlitewnie zadumałem się nad losem człowieka.

Przestrzeń, czas, Bóg, życie i śmierć, to czysta filozofia, dla każdego zaczynająca się nieświadomymi narodzinami i bardziej lub mniej świadomym odejściem. Podobno nie umie żyć ten, kto nie oswoił się ze śmiercią, której pokonanie we własnej świadomości daje odwagę życia. Jest to jasne w buddyzmie; jego wyznawcy oddają się medytacji wyobrażając sobie, jak umierają, jak ich ciała rozpadają się, jak ich kości bieleją i rozsypują. Buddyści czynią to, aby do głębi zrozumieć życie i żyć bez strachu, świadomie, w pełni.

Budda zapytany, jaki jest sens ludzkiego życia, odpowiedział: Życie samo w sobie nie ma żadnego sensu, jedyny sens to taki, jaki ty nadasz swojemu życiu. Nie wiem, czy tak dokładnie powiedział, nie było mnie przy tym, a szkoda, ale myśl wydaje się godna uwagi i refleksji, nie mówiąc o zapamiętaniu i stosowaniu.

Bogobojni pamiętają o moralności, czynieniu dobra, unikaniu niegodziwości, zapominają jednak często, że Bóg dał im ciało, o które powinni dbać równie mocno jak o moralność. Wysiłek fizyczny, ruch, dorosłego człowieka, o dzieci nie ma co się martwić, one to mają zakorzenione w sobie, to forma utrzymywania tego, co najwartościowsze, zdrowia, dobrego samopoczucia, niezależności, radości. Dlatego uprawiam, jak tylko potrafię najczęściej, jogging przemieszany z szybkim marszem, pół godziny dziennie, utrzymując w kondycji ciało i umysł. Wysiłek fizyczny musi być dostatecznie intensywny, aby przyniósł pełną korzyść organizmowi.

Tak to sobie przypomniałem, w ramach drobnego kaznodziejstwa, w dzień wszystkich świętych. Faraonowie egipscy nosili złote maski na twarzy i siedzieli nieruchomo na tronie, nie poruszając się, aby umocnić w sobie i poddanych przekonanie, że są wieczni, że są bogami.

Jesteśmy tylko ludźmi. 

Obraz: Giulio Romano: Alegoria nieśmiertelności.

Komiks polityczny. Święto 365 Dni. Odcinek 6.

Święto „365 Dni” zwane „ Rocznicą” przypadło na pochmurny i deszczowy dzień. Rok minął od chwili, kiedy kapitan Jaroszka otrzymał insygnia władzy od narodu natchnionego obietnicami radości, szczęścia i wszelkiej pomyślności, oraz spełnienia najskrytszych marzeń. Wraz z insygniami otrzymał tytuły Wodza, Wielkiego Stratega, Reformatora i Zbawcy Narodu. Oponenci kapitana dorzucili swoje trzy grosze, krytykując go i jego współpracowników, zwłaszcza tych, których wyciągnął z szafy, odkurzył i dał im wysokie uprawnienia w kierowaniu statkiem.

Myślał o nich, przede wszystkim o ich wierności. Bea, pierwsza po kapitanie i druga po Bogu, I oficer Brzuchal, znawca dwóch obcych kontynentów i jednego języka, I oficer Sęp, Zbrojmistrz i Ogniomistrz w jednej osobie, Nijaki, spóźniony chrześniak, wdzięczny i posłuszny. Do tego grona doszedł później Skarbnik, skromny, twarzowy zastępca kapitana, nawigator ogromnego majątku, ekonomicznej fortuny statku. – Oby się ziściła. – Zamarzył kapitan.

Z powagą potwierdził w duchu insygnia i tytuły, dziękując tym, którzy doprowadzili go władzy, masom narodu popierającym jego i jego statek, oficerom i załodze, a także klakierom, propagandzistom, aktywistom oraz szarym obywatelom przewożonym autokarami, miłośnikom gorącej kiełbasy z pachnącą cebulką schludnie ułożoną na ciepłej bułeczce. Wszystko to postanowił wyrazić w przemówieniu, zaplanowanym na wielki dzień rocznicowy i przez wszystkich oczekiwanym. Oblizał wargi na myśl o czekającej go przyjemności głoszenia niezaprzeczalnych prawd.

Poprzedniej nocy śniła mu się Paranoja, niezbyt duża, usiłował ją oswoić, przychodziło mu to z trudem. Kiedy była tuż, tuż i prawie jadła mu z ręki, nagle wyrywała się na wolność i znowu go nawiedzała, kiedy miał powiedzieć coś ważnego, zmieniała sens słów, z prawdy czyniła kłamstwo, z kłamstwa prawdę, pod jej wpływem nie był nawet pewien, co jest co, pojęcia mu się zacierały, miłość ojczyny myliła z nienawiścią do ludzi, rozpacz przeszłości z nadzieją przyszłości, dzielił ludzi i rzeczy po połowie, jakby dla równowagi. W nocy Paranoja przypomniała mu kolejny raz, że jego powinnością jest odrąbać głowę hydrze przeszłości dręczącej jego naród, radząc sobie z trudnym zadaniem jak Herkules, który jednym mądrym pociągnięciem oczyścił stajnie Augiasza zaświnione aż po sufit.

– Mój ukochany naród! – Westchnął kapitan z dumą i przytulił go do serca. Nie zamierzał oddać go nikomu, ani dzielić się nim, bo był jego własnością, sam go wybrał i miał prawo go kształtować na wzór i podobieństwo swoje, niezależnie od tego, co o nim, Wodzu Narodu, szeptali, mówili, pisali i krzyczeli, a nawet malowali, jego krytycy i oponenci, ludzie zagubieni w nierzeczywistości.

Komiks polityczny. Komisja ds Żeglugi. Odcinek 3.

Kapitan Jaroszka nie zdenerwował się, kiedy przyniesiono mu pismo Komisji ds. Żeglugi zawierające ocenę bezpieczeństwa i zdolności nawigacyjnych jego statku. Wiedział, że ocena będzie negatywna, nie będzie w niej nic życzliwego, ponieważ Komisja go prosiła, aby wysłał choćby posługacza kuchennego na obrady, z którym mogliby sobie pokonwersować, a on, kapitan żeglugi wielkiej, wypiął się na nich. Dlatego, jak się domyślał, oni też się zdenerwowali i mówili między sobą: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, wystawmy temu odważnikowi taką laurkę, że mu w pięty pójdzie. Napiszemy mu jednak w przystępny sposób, łagodny, żeby wszystko zrozumiał, bo to człowiek ciężki, uparty i skoncentrowany na końcu własnego nosa. Może nawet i wariat. – Dodawali niektórzy i dyskretnie coś pokazywali na czole, prawdopodobnie dezaprobatę. Nie jest to pewne, ponieważ komisja według opinii Kapitana Jaroszki i całej załogi statku była, jest i będzie oszukańcza i niegodna zaufania.

Ocena sytuacji była prosta. Komisja napisała to w opinii: „Pańska łajba coraz gorzej trzyma się na wodzie, naprawy i zmiany, jakie zostały wprowadzone przez pana w ostatnim roku są do duszy a smołowanie uszczelniające kadłub jest niewystarczające, aby łajba nie zatonęła. Komisja podkreśliła też, że mostek orientacji nawigacyjnej, który Kapitanowi przeszkadza i chce go usunąć, bo zbiera się tam hołota przy kawie, alkoholu i nieświeżych ciasteczkach, aby bajdurzyć o niczym, jest nie do usunięcia, bo żagle zwalą się kapitanowi i jego załodze na łeb w czasie byle zawieruchy. Pańscy załoganci chodzą pijani, to pobożne nieuki, na proste pytania nie umieją udzielić odpowiedzi, ciągle się modlą lub leżą krzyżem w kapliczce pokładowej, zamiast wziąć się za pędzel i malować podkłady i burty”. Tak to odczytał i odebrał Kapitan Jaroszka i jego sztab oficerski.

– Oczywiście pismo jest sformułowane w sposób oszukańczy. – Stwierdziła rzecznika załogi, ni to chłop, ni to baba, mocna w pysku jak twierdza z kamienia. Treść opinii – według niej – jest zwodnicza, pozornie uprzejma, coś w rodzaju: „Cacy-cacy, Szanowny Panie Kapitanie, my tylko Panu sugerujemy i to bardzo ostrożnie, co można by naprawić, do niczego się nie wtrącamy, w ogóle to radzi sobie Pan całkiem nieźle, choć można by troszeczkę lepiej. Zalecamy tylko i to bardzo ostrożnie, aby zechciał Pan łaskawie umieścić wszystkie ważne dla załogi wiadomości w widocznym miejscu na pokładzie, aby ludzie wiezieni przez Pana do krainy wiecznej szczęśliwości mogli się z nimi zapoznać i do nich się stosować”.

Zgodnie z przyjętą zasadą Kapitan Jaroszka kazał wyrzucić ocenę komisji za burtę statku określając ją jako nędzną, nieprawdziwą i wredną. – Oni nie mają pojęcia o statku, załodze i nawigacji. – Grzmiał Kapitan, ciesząc się razem z wiernymi załogantami, że są tacy dzielni i niezależni i mogą robić, co im się podoba i nikt im nie naskoczy. Wierzył też niezłomnie, że są całkiem bezpieczni. 

Nie była to prawda, ponieważ meteorolodzy widzieli od dawna zbierające się czarne chmury za horyzontem, które mogą pokrzyżować kapitanowi plany. Kapitan był człowiekiem niezależnym w myśleniu mocno popieranym we własnych szeregach i uważał, że taka prognoza pogody to bajka wyssana ze środkowego palca, który ludzie podnoszą, kiedy ktoś lub coś ich denerwuje.

Komiks polityczny. Obraza uczuć niewieścich. Odcinek 2

Po zwycięstwie czarnych parasoli nad statkiem kapitana Jaroszki, do życia publicznego na krótko wdarła się społeczność opornych niewiast, którym ambicje kapitana wydały się wybujałe, a nawet uzurpatorskie.

Członkom załogi, a konkretnie pierwszemu oficerowi, niejakiemu Brzuchalowi, zarzucono użycie słów obrażających uczucia niewiast z parasolkami. Rzeczony oficer potraktował je z góry, co jak tłumaczył, było naturalne, ponieważ patrzył na nie z wysokości głównego pokładu statku. Dowództwu statku wydało się słusznym, aby dla poprawy obyczajów udzielić mu reprymendy, wyprostować, nauczyć rozsądniejszych manier w obejściu z białogłowymi, nawet kiedy straszą one kapitana i załogę niepotrzebnymi okrzykami, czarnymi strojami i parasolkami jakby to było Halloween. Myśl, aby zganić go dla niepoznaki, dla zmylenia maluczkich, nie przyszła im nawet do głowy.

Sprawę wzięła w rękę niejaka Bea, pierwsza po kapitanie i druga po Bogu, kobieta z wymowną biżuterią na piersi, zwarta w sobie, matkująca Jaroszce i jego statkowi oraz morzu szlachetnych idei, którymi był wypełniony po brzegi. Bea wezwała do siebie Brzuchala, którego największym dorobkiem była znajomość jednego języka obcego i dwóch obcych lądów, mimo że sam kapitan Jaroszka nie znosił tego, co obce. Bea solidnie zmyła głowę wezwanemu, aby uspokoić gniewne jak burzliwa noc kobiety, urażone jego niewyparzoną gębą. Nie przyniosło mu to ujmy ani szkody, gdyż Bea, ideał ludzkiej i boskiej łagodności, użyła znakomitego szamponu marki krajowej „Teraz My” (powszechnie promowanego na statku ze względów patriotycznie-ojczyźnianych) i nie przesadzała w zmywaniu.

Statek kapitana Jaroszki, ku zdumieniu całego świata, wcale nie osiadł na mieliźnie, jak sądzono, tylko odbił się od dna, aby płynąć dalej pod pełnymi żaglami wioząc do krainy wiecznej szczęśliwości naród, przynajmniej jego połowę, ponieważ druga osiągnęła już samodzielność intelektualną i ani myślała poddawać się rygorom kapitana, podejrzewanego o niedające się uleczyć niedobory osobiste i zadęcie. Obydwie populacje, jak to określili socjologowie, potulna i zbuntowana, są więzione i wiezione, miejmy nadzieję, że przejściowo, pod pokładem statku, który jest dla nich wszystkim, całym światem, gdzie mieszkają, bawią się i martwią, jak każdy z obywateli kraju uszczęśliwionego przez los nadzwyczajnym kapitanem Jaroszką.

Komiks polityczny. Czarna demonstracja. Odcinek 1.

ship-oar-frigate-la-rieuse-author-unknown-public-domain

Iwan Iwanowicz Iwanczyn, trybun ludowy, rzecznik nieskrępowanych poglądów politycznych, jak zwykle stał przy krawężniku wygłaszając prywatne orędzie o stanie państwa. Ucieszył się na mój widok. Opowiedział mi epizod z życia kapitana żeglugi wielkiej, niejakiego Jaroszki, entuzjasty, pasjonata i proroka filozofii czystego bytu.

– Kapitan Jaroszka, znam go doskonale z telewizji, gdzie z braku wiatru oceanicznego wietrzy swoją facjatę przed kamerami (Iwan Iwanowicz oprócz siły fizycznej dysponował także szorstkim językiem), najpierw zamarzył sobie, a potem zbudował żaglowiec wielki jak góra lodowa, symbol ochrony życia uniwersalnego, dobrego i złego, bogatego jak Krezus i nędznego jak marny robak, na którym to żaglowcu zamierzał wpłynąć w wiek następny, aby zyskać sławę żeglarza wszechczasów. Musi Pan wiedzieć, że dzielny Jaroszka, zwany też kapitanem ludzkich sumień, otrzymał podobno pełnomocnictwo od samego pana Boga na sterowanie sprawami życia na ziemi. Kapitan jest człowiekiem uniwersalnym, biologiem, lekarzem i uczonym (większym nawet niż słynny Miczurin), jak i niepohamowanym entuzjastą wszystkiego, co lata, pływa i biega, innym słowem życia, także tego najbardziej bolesnego, chromego i wegetującego.

Proszę sobie wyobrazić, że pokonawszy rafy szalonej pogody, o tej porze wyjątkowo niepewnej i niebezpiecznej, kapitan zamierzał bezpiecznie wpłynąć do portu, aby ogłosić światu swoje zwycięstwo, kiedy zjawiła się banda czarno ubranych niewiast, twardych, zapalczywych i przeciwnych pomysłowi kapitana, które w szale sprzeciwu podziobały czarnymi parasolami żagle i kadłub jego statku tak gruntownie, że stracił on orientację, wszedł na mieliznę i zatonął. Zanim to się stało, na pomoc kapitanowi rzucił się oficer statkowy, niejaki Brzuchal, który wyzwał oblegające statek kobiety od niepoważnych, bałamutnych i zwariowanych bab, oraz drugi oficer, administracyjny, równie ważny, a może i ważniejszy, który wysłał kapitanowi na pomoc wielu sprawnych ochroniarzy. W wyniku nieporozumień z uczestniczkami i uczestnikami demonstracji, nad czym można tylko ubolewać, zabrano ich do lazaretu, aby ocalić im resztki zdrowia.

Jednym słowem, wyprawa po złote runo kapitana Jaroszki i jego załogi zakończyła się poważną i smutną kompromitacją, ponieważ także w innych portach kontynentu kobiety demonstrowały determinację niedopuszczenia jakiegokolwiek kapitana, komandora czy nawet admirała do decydowania, jak ma wyglądać życie, o którym one, od czasów raju, Adama i Ewy decydują i opiekują się z uprawnienia Najwyższego.

Razem z Iwanem Iwanowiczem pochyliliśmy się nad losem ambitnego kapitana, jedynego żyjącego filozofa dysponującego pełnią wiedzy, jak myśleć o życiu i jak z nim postępować w wymiarach religijnych i etycznych, ludzkich i boskich, zmysłowych i pozazmysłowych. 

Komiks polityczny: Dzieje Wodza i Narodu. Wprowadzenie.

Niezwykły umysł i dokonania, przeszłe i przyszłe, wielkiego wodza, kapitana żeglugi wielkiej, niejakiego Jaroszki, oraz wybranego przezeń narodu, tak serdecznie na mnie wpłynęły, że postanowiłem nadać im kształt literacki, swawolny jak sam bohater, i sławić jego postać i czyny w miarę ich rozwoju, oby tylko nie za długo, ponieważ co za dużo, to niezdrowo, to i krowy nie chcą, jak mówi przysłowie. Z drugiej strony, która jest zarazem pierwszą, dzieje kapitana Jaroszki, są dziejami narodu żyjącego tuż obok nas, w przestrzeni wirtualnej, a może nawet i w nas, nieznoszącego jarzma, chyba, że sam sobie je nałożył na kark i zdecydował nosić zgodnie z zasadami politycznego savoir vivre, który niestety okazał się przyciężki.

Kapitan Jaroszka jest osobowością nadzwyczajną, na statku (jego nazwy z braku czasu albo z lenistwa jeszcze nie odkryłem) jest pierwszy po Bogu, a bywa, że i przed Bogiem. Nie wiadomo, czy Bóg o tym wie, bo by grzmiał, a nie grzmi, ale to nie ma znaczenia, bo i tak sprawa trafi do jego młyna, który podobno miele wolno, ale dokładnie. Kiedy to już się stanie, tysiące modlą się za, inne tysiące modlą się przeciw, obawiam się, że nie tylko legenda narodu i jego czasów, ale i sam bohater, pójdą na przemiał, gdyż nikt nie zna dnia ani godziny, co jawnie głosi Pismo Święte na złotej tacy prawd oczywistych, nie wydumanych.

Jest to tylko proroctwo, spekulacja, która sprawdzi się lub nie, w zależności od tego jak skutecznie naród kapitana Jaroszki będzie uczestniczyć w demonstracjach, z czarnymi parasolkami lub bez, i jak intensywnie będzie marzyć o szczęściu, zwłaszcza przy urnie wyborczej, która jest pełna niespodzianek, podobnie jak życie każdego z nas, oby trwało wiecznie. 

Wielki Narodowy Teatr Polityczny. Spektakle i zapowiedzi.

wenceslas-hollar-the-kneeling-sinner

Przez sale konferencyjne i gabinety wciąż jeszcze naszego kraju przetacza się korowód barwnych postaci teatralno-politycznych. Zwija się, skręca i zgina elastycznie jak wąż gumowy, a jego uczestnicy powiększają się i nadymają, aby tylko stworzyć niezwykłe produkty duchowo-religijne: całkowity zakaz aborcji oraz nowy układ taneczny Trybunału Konstytucyjnego. 

Zgodnie z przygotowywaną przez Sejm instrukcją „Jak zachowywać się publicznie i prywatnie, co mówić, a czego nie mówić”, sędzia Trybunału Konstytucyjnego, który przejdzie na emeryturę, będzie miał prawo zabierać głos w sprawach społecznych i politycznych jak każdy inny obywatel, na zasadach: chodzić wyprostowany, stać na baczność, milczeć na komendę „morda w kubeł” i nie wypowiadać się bez zgody Naczelnika Państwa.

Czynnych sędziów Trybunału Konstytucyjnego będzie oceniać Minister Sprawiedliwości, przedstawiając wnioski Prezydentowi, których z nich karać, a których wyróżniać. W ten sposób społeczeństwo zyska dłuższy bat i większą marchewkę, zapewniając sobie poprawne zachowania sędziów Trybunału, dotychczas rozbrykanych i nieprzestrzegających zasad BHP. Ja pierwszy cieszę się, że wreszcie skończą się kawki, ciasteczka i zacznie solidna praca dla dobra Narodu poprawnie zwanego Suwerenem, kierowanego przez Naczelnika Państwa ku szczytom Szczęścia i Dobrobytu.

Dobry los w osobie Pana Naczelnika wyróżnił ostatnio najlepszych artystów Wielkiego Narodowego Teatru Politycznego: Pani Beata Szydło i pan Mateusz Morawiecki otrzymali tytuły „Pomazańców”. Zaszczyt ten ujawniła sama pani Premier Szydło, podając uśmiechniętą dłoń Wicepremierowi Morawieckiemu w geście duchowej łączności z Naczelnikiem Państwa.

Pan Naczelnik od pewnego czasu zastępuje Pana Boga orzekając w sprawach naturalnych poczynania i ochrony życia ludzkiego. Jest to słuszne, ponieważ w kościołach Bóg rzadkiej się ostatnio pokazuje, zgodnie z sugestiami wyższych władz kościelnych, regularnie informujących Go o wydarzeniach bieżących. Ostatni ich komunikat był krótki, ale treściwy. „Razem z Naczelnikiem Państwa i jego Partią dobrze radzimy sobie, Panie Boże, w sprawach duchowych i ziemskich dzięki jedynie słusznej interpretacji Twoich intencji i zamysłów wobec ludzkości. Parom małżeńskim, zgodnie z Twoimi wskazaniami, nie pozwalamy zachodzić w ciążę metodą in vitro, gdyż jest to metoda szatana, a kobietom dokonywać aborcji, gdyż jest to metoda teoretycznie i praktycznie grzeszna. Dzięki Ci, Panie, za natchnienie moralne, jakżeż zgodne z natchnieniem naszym oraz drogiego nam Naczelnika Państwa. Miłość bliźniego jest i będzie dla nas zawsze najwyższą wartością. Amen”.

 

Historia kołem się toczy. Pełzająca kontrrewolucja.

Bosch,_Hieronymus, The_Garden_of_Earthly_Delights,_right_panel

Powstanie wolnych związków zawodowych „Solidarność” zapoczątkowało rewolucję w Polsce. Obaliła ona ustrój samodzierżawia i powołała do życia nowy – demokracji. Był to piękny gest historii.

Stał za nim pan Bóg, który choć niepoznawalny wedle doktryny doktora kościoła Św. Augustyna, od czasu do czasu daje o sobie znać aktami dobroci. Skończyły się donosy, donosiciele, wszechwładza SB i milicji, braki w sklepach, czekanie czterdzieści pięć minut przy kasie na miejscówkę do przesiąkłego dymem papierosowym pociągu do Warszawy, każdorazowe ubieganie się o paszport na wyjazd wakacyjny do Bułgarii oraz konieczność jego zwrotu w ciągu trzech dni do biura paszportowego, inwigilacje małe i duże, ludzi, biurek i korespondencji, i wiele, wiele innych dobrodziejstw ustrojowych.

Historia kołem się toczy. Kto je wynalazł nie wiadomo, mam jednak wątpliwości, czy dobrze zrobił, gdyż po niecałych trzydziestu rocznych obrotach wraz z nami wokół słońca historia przyniosła nam kontrrewolucję. Jest to stan obecnego łagodnego, bogobojnego i życzliwego odkręcania zdobyczy rewolucji demokratycznej, na rzecz nowej klasy panującej, działającej, jak sama twierdzi, także na twoją rzecz, Drogi Obywatelu-Czytelniku, na rzecz Twojego szczęścia, obfitości materialnej i finansowej, radości, zdrowia i wiecznych wakacji. Oraz spełnienia marzeń.

Kontrrewolucja, która w naszych warunkach i czasie jest demontażem zdobyczy demokracji, nie jest nowym wynalazkiem. Wcześniej wynaleźli ją Chińczycy, podobnie jak proch, który okazał się wielce użyteczny dla nerwicowców i entuzjastów zmian sygnalizowanych wybuchami na dworcach i w autobusach, tak jakby mogły one cokolwiek zmienić. Nasza rodzima kontrrewolucja kryje się za hasłami postępu społecznego i dobrobytu bez kontroli władzy ze strony społeczeństwa, czyli Trybunału Konstytucyjnego.

Kontrrewolucja odbywa się u nas tak zgrabnie i sympatycznie, że ludzie jej niechętni już jakby mniej protestują, a dziennikarze mniej ostrzegają przed jej skutkami. Wszyscy przyzwyczajamy się do niej powoli. Dla mnie kontrrewolucja jest piękna chociażby przez to, że rządzić będzie w pojedynkę monarcha oświecony, wyrazisty, choć niezbyt wysoki, koncentrujący w sobie mądrość i sprawiedliwość, którego sam chwalę, wynoszę pod niebiosa, gdyż jest on niezwykle płodny w pomysły i motywacyjny dla Suwerena, który bez tej motywacji skurczyłby się nieznośnie, a może nawet i przestał istnieć, tym bardziej, że reprezentuje aż 29 do 38 procent całego narodu. Można by pokusić się o powiedzenie, że jest to Suweren nadzwyczajny, choć częściowy.

Sam nie daję się skusić zgrabnymi powiedzeniami, uodporniłem się, kiedy uświadomiłem sobie, że każda pokusa pochodzi od Szatana, potwora ogoniastego, rogatego, obrośniętego rudymi kłakami, który sam powołał się do istnienia, gdyż zło istnieje niezależnie od woli Najwyższego.

Wraz z kontrrewolucją czyli odkręcaniem rewolucji demokratycznej odkręci się też trochę historii i przestawi jej bohaterów. Obok postaci kluczowej, uznanej już w świecie, postawimy inną postać, też niezwykle sympatyczną i udaną, o wielkich zasługach dla kraju i ludzkości, polegających przede wszystkim na tym, że ma ona wielkiego i przedsiębiorczego brata. Jeśli zamkniecie oczy i odsuniecie na bok choćby na chwilę przedsiębiorczego brata, to zobaczycie jak szybko i łatwo braterska pomnikowa postać zmaleje i zacznie opierać się wchodzeniu z fanfarami do historii.

„Wielki wielkością brata” – jest to przesłanie oczywiście dialektyczne, czyli podlegające dyskusji, dawniej marksistowskiej, jeszcze dawnej heglowskiej. Hegla nie rozumiem, podobnie jak i racjonalizmu etycznego, który naszej kontrrewolucji służy dla uzasadniania wątpliwych, bo niejasnych celów. Jeśli ktoś zna jakieś inne cele naszej kontrrewolucji, jasne, pozytywne i konkretne, niech wstanie, położy rękę na sercu i głośno wyjawi nam te cele. Sam też chętnie posłucham, zwłaszcza liczb, faktów i argumentów.

Fantazyjny przegląd wielkich wydarzeń krajowych.

Bald_eagle_at_the_Hawk_Conservancy_Trust, by Lewis Hulbert, Creative Commons

Nocą popuściłem cugli fantazji i strasznie się rozbrykała. Fantazja jest niezbędna do pisania komentarzy politycznych. Każdy wypowiada się na tematy polityczne, zdecydowałem się i ja, ponieważ też nie mam ku temu kwalifikacji. Mam nadzieję, że to co piszę, jest przynajmniej gramatycznie poprawne.

Premier Szydło ogromnie chwaliła Antoniego Macierewicza. „To nasz najlepszy, najwybitniejszy, najukochańszy Minister Obrony Narodowej”. – Wzniosła oczy go góry, wzywając pana Boga na świadka, który niestety nic nie odpowiedział. Chyba był zajęty, bo była to pora obiadowa. Podobno miał tylko potwierdzić później w wywiadzie udzielonym telewizji „Trwam”: „Dosyć mam was, Polaków, waszej polityki, waszego Kaczyńskiego, waszego rządu, Szkodnika Balcerowicza i Szkodnika Rzeplińskiego”. – Wymieniał i wymieniał wszystkich, którzy nadepnęli mu na pietę. Jemu, ale nie partii, tej jedynej, która też jest tworem bożym, a jeśli nie bożym, to bardzo pobożnym.

– Antoni Macierewicz to nasz najwybitniejszy Minister Obrony Narodowej.- Powtórzyła pani Premier. Amerykanie nie zrozumieli, bo u nich najwybitniejsi przywódcy wojskowi leżą w grobie, przeważnie na wojskowym cmentarzu w Arlington.

Kiedy pani Premier publicznie i mocno chwaliła pana Macierewicza, zobaczyła jego wzrok pełen miłości i natychmiast wyciągnęła rękę przez pół sali, aby ją całował. Znaczy się rękę, nie salę, choć nie wątpię, że z wdzięczności to i salę by całował, tak niezwykłe jest jego poczucie szacunku i wdzięczności dla Partii i jej Premiera.

W napadzie serdecznej podzięki, Minister Macierwicz ujął rękę pani Premier w swoje mocne, wojskowe dłonie, schylił głowę, potrząsnął siwą czupryna i całował. Ale jak! Całowanie to akt znamienny dla wielkiej Partii, do której należy, oraz jej Przywódcy. Minister całował długo i serdecznie, potem popatrzył na Panią Premier, coś zobaczył w jej oczach, chyba dezaprobatę, że było tylko raz. Wtedy całował po raz drugi, jeszcze dłużej i jeszcze serdeczniej. Przestał, kiedy pani Szydło obdarzyła go powłóczystym, niezwykle życzliwym kobieco-rządowym spojrzeniem i wyszeptała ciepło „Wariat”, w dobrym tego słowa znaczeniu. Oboje byli szczęśliwi, a ja z nimi, ponieważ nic nie cieszy mnie bardziej, niż szczęście dwojga dojrzałych, kochających się osób. Może z wyjątkiem wielkiej i wyjątkowej Partii, która też mnie cieszy, kiedy jest szczęśliwa (szczególnie nocą, kiedy może swobodnie oddawać się temu, co najbardziej kocha, czyli pieszczotom i czułościom wewnątrzpartyjnym).

Są prawnicy, którzy mówią, że jest to miłość kazirodcza, bo wewnątrz jednej rodziny. Nie wiem, czy dzisiaj można wierzyć wszystkim prawnikom. Co najmniej jednemu nie wierzę za grosz. Co do samego kazirodztwa, to też mi się nie podoba, podobnie jak inne zboczenia.  

C.d. nastąpi.

Obraz: Bald eagle, by Lewis Hulbert, Creative Commons

PS. Przy okazji wspomnę, jeśli podoba się Państwu styl mojego pisania, że zabiegam teraz o wydanie pierwszego zbioru moich opowiadań, które uważam za najlepszą część mojej dotychczasowej twórczości. Krótka forma, zwłaszcza satyra, groteska, humoreska, wychodzi mi chyba najlepiej, najbardziej odpowiada mojej duchowości.

 

 

Australia, happy hour. Polska, polityka i zwierzęta.

Psy staroegipskie Tesem couple Wikimedia Commons
Jest piątek. Piszę krótko i dosadnie, choć mógłbym rozwlekle. O zwyczajach, zwierzętach, których widok sprawia mi radość, oraz o niektórych (pożal się Boże) politykach zesłanych społeczeństwu przez los w charakterze bicza bożego za to, że dopuściło ich do władzy. W tym momencie wspomnień proszę was, Drodzy Czytelnicy, o wspólną wieczorną śpiewną modlitwę: Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie!

Dzień zaczął się obiecująco. Kupiłem gazetę, położyłem na ladzie i płaciłem, kiedy odezwał się mężczyzna obok:

– Cieszę się, że ktoś jeszcze czyta „Gazetę Wyborcza”. Też się ucieszyłem, że jest taki ktoś oprócz mnie. Wyszliśmy razem. Idąc w tym samym kierunku rozmawialiśmy o polityce i politykach. Pies mojego towarzysza drogi i czytania nic niestety nie mówił, tylko na końcu mruknął: Szkoda strzępić język.

– Mądre zwierzę. – Rozsądnie pomyślałem.

Rozpoznaliśmy sytuację polityczną; była żałobna, źle się kojarzy. Do tego stopnia, że chcieliśmy rzucić paskudnym mięsem kilka razy, lecz zaistniała obawa, że pies chwyci, zje i zejdzie śmiertelnie. I to z powodu polityki. Jad w niej zawarty jest nie do strawienia nawet dla zwierzęcia.

Dyskusją nic niestety nie załatwiliśmy, lecz połączyły nas poglądy. Ten prosty, obywatelski sojusz przyjęliśmy jako dobry początek dnia.

Jest nadal piątek, dokładnie godzina 17.00. W Australii o tej porze zaczyna się „happy hour”. Pamiętam te imprezy. Pracownicy opuszczają miejsce pracy i jak pracowite lemingi ciągną zgodnie do najbliższego pubu, aby bratać się w radosnym nastroju.

U nas z brataniem jest dużo gorzej, nawet z własnym bratem. Z jednym się bratam, drugi mnie odrzucił i nawet nie powiedział dlaczego. Tylko rządzący są mi życzliwi, głownie w tym sensie, że wiem, że nic nie trwa wiecznie. Szkoda, że oni tego nie wiedzą, zwłaszcza jeden, ten taki, dla którego zbudowano nowe mównice powiększono garnitur z przodu, aby zmieścił brzuch dobrobytu, jaki słowem i czynem niesie w darze narodowi. Jego słowa często rozumiem, czyny kojarzą mi się natomiast z czynownikiem. To chyba coś ze Wschodu.

Biegałem w lesie. Jak zwykle, oprócz drzew, ciszy i śmieci byli tam także ludzie i psy. Nic mnie tak nie cieszy, jak psy. Dzisiejsze mijane spotkania z psami i ich właścicielkami zachęciły mnie do napisania tego blogu.

Pies w języku pisanym i mówionym różnie się kojarzy: pod psem, pieski świat, pies na kobiety (dobre!), warczeć, odszczekać coś (ten termin powinien znaleźć się obowiązkowo w regulaminie Sejmu), kaganiec (to też powinno być na wyposażeniu rzeczonej instytucji, idealnie z regulacją głośności), pies z kulawą nogą, pies ogrodnika, co to sam nie zje i nie da, psy szczekają, a karawana idzie dalej, francuski piesek (tylko, jeśli masz salony), nie dla psa kiełbasa, no i najbardziej nieproduktywne „pies, który dużo szczeka, mało mleka daje”. Jak widać, człowiek nie jest psu życzliwy, a przecież jest to istota niezwykle udana.

Liczne przykłady pozytywnych zachowań zwierząt oraz przykłady fatalnych zachowań ludzi zwanych wybrańcami narodu, tych deliberujących nocą i tych szybkopiszących, rozstrajają mnie. Nie wiem, dlaczego jeden i drugi wybraniec łże jak pies, i kiedy czyni to w jakimś celu, a kiedy zupełnie bez celu. To mnie dezorientuje i deprawuje do tego stopnia, że czasem warczę na siebie patrząc w lustro. Deprawacja polityczna tylko pogłębia mój i tak już przykry charakter.

Psów się nie boję, lubię je, a one to wiedzą. Lubię także właścicieli psów, a jeśli tego nie wiedzą, to im to mówię. Nie jest to kompletny opis sytuacji, gdyż w grę wchodzi także nasza rodzima, ojczysta, niesponsorowana zza granicy, wszechobecna wielka polityka, wciskająca się w oczy jak pustynny piasek w czasie burzy.

Zwierzęta związane z polityką mogą być niebezpieczne. Gdybym spotkał pewnego wielce szacownego prezesa (poznaję go po tym, że wyznawcy jego kaznodziejskich teorii i praktyk podchodzą do niego na palcach, pochylają się i dyskretnie całują w rękę łaskawą w zaszczyty i kary), gdybym go spotkał z psem, to bałbym się, że jest podobnie nieobliczalny; znaczy się pies, bo zwierzęta szarych eminencji z racji wspólnego zamieszkania upodabniają się nierozważnie do właścicieli i cierpią już do końca życia.

Psie życie. Psia mać!

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

Raj gastronomiczno-polityczny czyli obietnica lepszego życia

Umiem zachwycać się życiem. Przeczytałem folder Smaki Portugalii, smaki Hiszpanii i zachwyciłem daniami. Były to: królik po myśliwsku, kaczka z zielonymi oliwkami i pomarańczą, jagnięcina z soczewicą, karkówka z czarnej świni iberyjskiej.

Kocham kaczki, króliki i jagnięta jako dania. Oświadczam to z ręką na żołądku. Świnia niestety gorzej mi się kojarzy; nie dość, że jest czarna i iberyjska (co brzmi strasznie), to w dodatku w trakcie sprawdzania automatycznego pisowni otrzymałem komunikat: „Wskazany wyraz jest uznawany za wulgarny”. To rozpaliło mi wyobraźnię. Chyba nie ma potworniejszego przekleństwa niż „ty czarna świnio iberyjska!”.

Pozostałe trzy dania zapowiadają raj (wchodzi on w życie równocześnie z nową władzą, może jest to przypadek, a może nie). Raj, ale nie dla każdego. Na stronie Onetu przeczytałem wypowiedź posła PiS-u, że w Polsce katolicy są prześladowani. Wkrótce będą także i sędziowie. Współczuję im, jak każdemu prześladowanemu, z wyjątkiem uchodźców zmierzających (nie tak znowu tłumnie) do Polski, bo to straszni ludzie według Prezesa Kaczyńskiego.

Łącznikiem między rajem gastronomicznym a rajem społecznym jest pani prof. Krystyna Pawłowicz. Słuchałem ją przez radio jadąc samochodem. Nie powiem, mówiła bardzo przekonywająco. Ma szczęście, bo przemawiała w Radio Maryja. Skoro tam wystąpiła i to z ostrą oceną polskich sędziów to znaczy, że jest wyjątkiem wśród prześladowanych katolików. Swoją wiarę potwierdziła serdecznym „Z panem Bogiem”.

Jej postulat był następujący. Sędzia w Polsce może najwcześniej objąć urząd w wieku 29 lat (ona sugerowała 36 lat). Obejmując urząd sędzia ma obowiązek przedstawić zaświadczenie o zdrowiu psychicznym wystawione przez psychologa. Zakres tego zaświadczenia jest taki sam, jak osób nabywających broń. Pani Profesor uważała, że nie odpowiada to potrzebom, ponieważ praca sędziego jest innej (bardziej złożonej i odpowiedzialnej) natury. Inaczej mówiąc, sędziowie powinni być gruntowniej badani przez psychologa.

Nie piszę tego dla żartu, tylko satyrycznie, a to nie znaczy, że sprawa nie jest poważna. Jestem za jej propozycją, ale – jak to w życiu i w Sejmie bywa – pod pewnym warunkiem, czyli nie za darmo. Otóż postuluję, aby badaniom u psychologa byli poddawani także posłowie, ponieważ ich funkcja jest znacznie poważniejsza niż funkcja sędziów. Sędziowie mogą zrujnować życie niektórym ludziom, posłowie całemu społeczeństwu. Nalegam na to tym bardziej, że pani posłanka Pawłowicz kiedyś sama ubrudziła sobie ręce. Widziałem w telewizji, jak obficie posilała się fast food’em na sali sejmowej w trakcie obrad. Co więcej, tłustymi ustami obsobaczyła posłów protestujących z powodu jej rozpasanej konsumpcji w Sejmie.

Mam nadzieję, że postulaty, zarówno ten przedstawiony przez Panią Profesor jak i mój, dosłyszy i weźmie do serca nowy minister sprawiedliwości. Poznamy go jutro.
Wydaje mi się, że już go gdzieś widziałem, młodzieżowo łagodny i gładki na twarzy, choć trochę niegrzeczny. Kłócił się kiedyś z Prezesem Kaczyńskim. Nie wiem, dlaczego to robił. Tak się nie postępuje.

Sztuka teatralna z wieloma niewiadomymi

Tańce tropikalne ITB Berlin 2015W nocy poprzedzającej Dzień Powszechnego Milczenia napadły mnie sny. Jeden z nich zostawił mi pomysł; z nudów zacząłem go rozwijać. Jest to sztuka teatralna o zawodach sportowych, dobra także jako gra dla dzieci. Wybór sztuka czy gra zależy od widzimisię i zasady, co kto lubi. .

Siedzę już od kilkunastu godzin i kombinuję, jak by ją ulepszyć. Żeby się skoncentrować, nałożyłem sobie kaganiec pozwalający mi zachować milczenie. Nałożyłem go dlatego, że wcześniej przyśnił mi się przepis kurcharski mówiący, że jeśli chcę być zdrowy i silny, to lepiej, abym zafundowal sobie milczenie, co nic nie kosztuje, choć alternatywa jest kosztowna. Nie jest to milczenie długofalowe, trwa tylko tyle, ile wymaga przepis, czyli recepta na szczęście. Ćwiczenie to, „łeb w kaganiec” inaczej mówiąc „morda w kubeł”, zafundowałem sobie także dlatego, że zapragnąłem doświadczyć jak czują się zwierzęta, reprezentujące – moim zdaniem – wyższą formę człowieczeństwa. Rano biegałem dla zdrowia i zamieniłem kilka słów z dwoma psami oraz z ich właścicielami. I jedni i drudzy okazali się bardzo przyzwoici. Moje doświadczenia z ludźmi nie zawsze są tak radosne.

Milczenie w oczekiwaniu na wynik zawodów w mojej sztuce teatralnej jest męczące. Bez mówienia życie intelektualne zamiera, zwiększa się natomiast napięcie wewnętrzne i oczekiwanie, w dodatku nie za bardzo wiadomo na co, jak mi powiedział pewien łysy mężczyzna, któremu łysienie zapewniło mądrość i dobrobyt. Napięcie to każdy osobnik może stopniować, dawkować jak lekarstwo, alkohol ewentualnie jak narkotyk, aż do granicy albo wybuchu nerwowego, albo uspokojenia, zależy, co kto sobie wybierze. W grze dzieci nie mogą uczestniczyć, gdyż mało z niej rozumieją, podobnie zresztą jak wiele osób dorosłych, którzy swoją wiedzę o świecie czerpią z warg innych ludzi, pełniących dla nich role opiekunów i przewodników, a może i większą, gdyż oferują także interpretację tego, co jest słuszne, a co niesłuszne, oraz kogo klepać po plecach, a kogo ganić.

Aby popchnąć moją sztukę do przodu wymyśliłem jej nazwę. Musiała być w liczbie mnogiej, ponieważ chodzi o grę zespołową. Byli już Krakowiacy i górale, Bracia Karamazow, On i ona i podobne tytuły, więc zostało mi niewiele. Zgodnie z zasadami dramaturgii Kiczkoka, wybitnego reżysera amerykańskiego, nadałem jej nazwę „Rzeźnicy i ich ofiary”.

W mojej grze planszowej, albo teatralnej, zależnie od tego, czy wolisz przestrzeń czy płaszczyznę, bierze udział grupa zawodników, którzy starają się jak najlepiej dobiec do celu. Tu leży wyższość mojej sztuki nad innymi: nie chodzi o to, aby jak najszybciej dobiec do celu, tylko jak najlepiej.

W grze każdy chce być rzeźnikiem, bo to jest to korzystny zawód, gdyż wiąże się z wywijaniem tasakiem i przywilejami. Rzeźnicy są super dobrze opłacani, a każdy lubi pieniądze może z wyjątkiem tych, którzy już je mają, więc nie muszą ich lubić. Czasem lepiej jest coś mieć niż lubić. Krótko mówiąc, rzeźnik to osoba wygrana, pozostali to przegrani.

Gra jest tym ciekawsza, że liczba rzeźników jest ściśle reglamentowana. Reglamentacja była konieczna; bez niej mielibyśmy nieobliczalną rzeszę ludzi uprzywilejowanych, dobrze wynagradzanych i z tasakami.

Oczywiste jest oczywiście i to, że nikt nie wie, kto i z jakim rezultatem dobiegnie do mety. Pozostają tylko spekulacje oraz prognozy pogody prorokujące wyższe lub niższe uczestnictwo w zawodach, głównie po stronie widzów, którzy losują wygrane. Daje to asumpt do spekulacji, zakładów bukmacherskich, przekleństw, kłótni z rodziną, nadziei lub smutku. Sam założyłem się z samym sobą, ale nie upieram się przy żadnym wyniku, gdyż jestem człowiekiem elastycznym i potrafię się pogodnie dostosować. Z rodziną się już nie zakładam, bo wiem, że mam czarne podniebienie.

Ktokolwiek by nie wygrał, będę mieć o czym pisać, co mnie cieszy bardziej niż osuszone cukierkiem łzy rozjątrzonego dzidziusia. Już teraz wyobrażając sobie, kto wygra pozycję rzeźnika z tasakiem i solidnym uposażeniem, a kto nie, zastanawiam się, jakie kluby sportowe powstaną, aby popychać sport do przodu i co z tego wyniknie.

Poza tym i tak jest wszystko jest w rękach Pana Boga, który wie najlepiej, kiedy ludziom należy się nagroda, a kiedy kopniak. To mnie bardzo pociesza w wymiarze praktycznym i filozoficznym.

Sensacyjne doniesienie wyborcze

Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie! Jest to wiadomość świeża jak ciepłe bułeczki w piekarni, gdzie kupuje kiełbasę dla siebie, kisiel dla rodziny i kości dla psa. Jeśli chodzi i świeżość informacji, to piekarnia od wieków jest najpewniejszym źródłem. Piekarnie istniały już wtedy, kiedy nie znano jeszcze słowa gazeta.

Dokładniej mówiąc były to prawybory, a konkretnie w Chojnicach. Duda uzyskał przewagę nad prezydentem Komorowskim i wygrał. PiS natychmiast ogłosił święto narodowe, nie mógł go jednak od razu wprowadzić, ponieważ nie ma jeszcze ojczyny. Kiedy już ją wymodli, a może nawet wyperswaduje u pana Boga, to wtedy święto stanie się faktem. Dla osób zainteresowanych podaję pierwsze słowa inwokacji: Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie!.

Dla uczczenia zwycięstwa, pierwszego od dziesięciu lat, PiS wynajął największe pomieszczenie w kraju: Salę Kongresową. Tam odbędzie się intronizacja Andrzeja Dudy na prezydenta Chojnic. Nie wahał się długo. „W Warszawie powietrze jest niezdrowe, tłumy, ciasnota, wygrana obarczona jest wysokim ryzykiem. Tutaj koronę trzymam już w ręku. – Powiedział i machnął na zgodę ręką wolną od korony.

Pozostała sprawa dotychczasowego prezydenta Chojnic, który czuł się niezwykle mocno związany z miastem. Wywieziono go na taczce zgodnie z tradycją zmian warty prezydenckiej. Prawą rączkę trzymał Brudziński, lewą – Czarnecki, zdetronizowany prezydent siedział na taczce (nawet poduszki mu nie dali!) usiłując wyskoczyć z niej na zakrętach, kiedy się przechylała. Groziło to kompromitacją. Zapobiegł jej Jacek Kurski. Żgał przegranego ostrym kijem, drugą ręką pisząc petycję do prezesa PiS o przyjęcie w poczet członków.

Zaczynało się to mniej więcej tak: Szanowny Panie Prezesie. Pragnę ponownie zostać członkiem PiS, na początku nawet bardziej niż zwyczajnym. Nie mogę już dłużej żyć bez poczucia Pańskiej siły moralnej za plecami. Obiecuję nie stawiać żądań o podwyżkę. Błagam o przyjęcie. Szczerze panu oddany Jacek K. Dalej był dopisek. P.S. Wazelinę kupiłem w najlepszym gatunku.

W związku z wygraną Andrzeja Dudy i objęciem stanowiska prezydenta Chojnic, majowe wybory prezydenckie zostały anulowane przez PiS na podstawie doniesienia do Prokuratury i zaskarżenie do Trybunału Stanu. Antoni Macierewicz wygłosił przemówienie okolicznościowe na temat terroryzmu w transporcie lotniczym. Wszyscy płakali, z moim wyjątkiem. Po prostu zabrało mi łez.

P.S. Moja powieść „Sędzia od Świętego Jerzego” ukazała się już także w formie ebooka w księgarniach  www.ebookpoint.pl i www.woblink.pl, i stopniowo będzie udostępnana także przez inne księgarnie internetowe.

Gdzie ja jestem?

Szukam odpowiedzi na trudne pytania. Nie wiem, gdzie jestem. Mam ciągle omamy. Rozglądam się wokół, ludzie chodzą wolni i radośni jak wiosenne słońce po łące, a w Warszawie mrok i smutek.

Niestety proszę Państwa, byłem w błędzie. Nie jesteśmy wolni. Tak mnie dzisiaj poinformowali moi najulubieńsi aktorzy: Kaczyński, Czarnecki, Mastalerek, Błaszczak. Jak mam im nie wierzyć, kiedy nawet Jan Pietrzak z rękami związanymi sznurem śpiewa tęsknie o wolności. Skleił sobie na stałe dwa palce na kształt litery V, aby pokazać, że jego wiara w wolność jest niezwyciężona.

Niewola, w której żyje trzydzieści procent naszego społeczeństwa, skłania mnie do refleksji głębokiej jak dół. Nie potrafię cieszyć się w samotności, kiedy inni cierpią. Od dzisiaj modlę się, aby i im pan Bóg dał wolność. Nie wiem, dlaczego dotychczas im nie dał. To niesprawiedliwe. Najgorsze, że prawdopodobnie On o tym nie wie, że ludzie u nas tysiącami żyją w niewoli. Nie rozumiem tego.

Jedynym pocieszycielem w ciężkich czasach jest pan Antoni Macierewicz, pirotechnik. Podobnie jak ja strasznie lubi fajerwerki, iluminacje, nocne oświetlenia, głosy płynące z góry, detonacje. Samolot, na którym eksperymentuje wciąż wybucha. To może być niebezpieczne. Martwię się o niego. Sam dym z takiej ilości wybuchów może być niebezpieczny. Pan Antoni może poważnie się zatruć.

On jest nadzwyczajny. Gromadzi wciąż naukowców, a ci cierpliwie wyjaśniają teorie kolejnych wybuchów. Samo liczenie tych wybuchów i teorii wymaga ogromnego wysiłku. Naukowców pana Macierewicza są na szczęście miliony. Kiedy wchodzą czwórkami za stół konferencyjny, aż ziemia drży. Lubię te momenty. Wzruszenie i radość ściskają mi gardło. Zwłaszcza wtedy, kiedy razem z panem Macierewiczem posiedzeniu przewodniczy pani Paranoja.

Paranoja nadrzewna

Właśnie usłyszałem w telewizji Adama Bielana. – Oni tu już idą! – Zawołał strasznym głosem.

– Kto? – Krzyknąłem.

– Oni! Aresztanci! Kułacy! Złodzieje! Oficerowie śledczy! Hodowcy królików! Uciekajcie! – Krzyknął ostrzegawczo.

Szczerze powiem: zapłakałem z rozpaczy. Znowu okupanci!

Linki do najnowszych recenzji powieści Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego:

09 04 2015 Autorka recenzji: Agnieszka Kolanowska, http://nieterazwlasnieczytam.blogspot.com

10 04 2015 Autorka recenzji: Katarzyna Roszczenko, http://www.zksiazkawdloni.pl

Zagubiłem się

Zagubiłem się. W polityce, w planach imperialnej Rosji, w Internecie szukając recenzenta, w pogodzie, która w Gdańsku jest marna, pochmurna, deszczowo-śniegowa, za to we Wrocławiu słoneczna i ciepła.

W ciągu dnia odnajdywałem się w różnych miejscach: w sklepie warzywnym, gdzie kupiłem kilka produktów do domu, lecz nie znalazłem łuski cebulowej do malowania pisanek wielkanocnych, na dworze, gdzie znajoma ścieżka prowadziła mnie do domu jak wóz z pijanym woźnicą konia do rodzonej stajni, w myślach, lecz nie w pamięci, która – jest to już wspominałem – starzeje się szybciej niż ciało.

Wierzę w to stwierdzenie, jak w mało co, z wyjątkiem pana Boga, który nie wiem, czy nawet słyszał o Michaelu Tequili, podobnie jak przedstawiciele nieba na ziemi czyli hierarchia kościelna, którą bardziej niż czytanie dobrych powieści trapią wierni oddalający się od Kościoła, oraz niewierni występujący do sądu z żądaniami rekompensat finansowych za molestowanie.

Molestowanie to czynność, która przychodzi zbyt wcześnie: kiedy chciałbyś, aby cię molestowano, to jakoś brakuje chętnych. Tylko politycy są wytrwali w męczeniu obywateli poglądami, podobnie jak Prezydent Putin w molestowaniu Europy i Ameryki ambitnymi planami. Ciekaw jestem, czy sprawy te trafią kiedyś do sądu z żądaniami rekompensaty ze strony poszkodowanych?

Na szczęście odnajduję się łatwo w moim pokoju, konstrukcji nader prostej: z tyłu ściana, z lewej strony okno, z prawej łóżko z materacem, z którego jestem dumny, z przodu biurko z dwoma monitorami. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to przekonuję z całej siły, że warto mieć dwa monitory: idealne rozwiązanie, kiedy potrzebujesz coś kopiować, porównywać, pisać tekst i równocześnie czytać inny tekst na ekranie. Jeśli zyskam sławę, to z pewnością częścią drogi do niej będą dwa monitory, ułatwiające pracę i przyśpieszające myślenie.

W momentach zagubienia zwracaj się o pomoc do swojej żony. Nie dziwię się, że Kościół, matka nasza, popiera instytucję małżeństwa, ponieważ jedynym źródłem prawdy o mężczyźnie jest jego żona. Jeśli nie jesteś żonaty, ożeń się, aby poznać tę prawdę, a jeśli jesteś, to możesz pomyśleć o rozwodzie, ponieważ znasz już prawdę i wiesz, ile jesteś wart. Określenie „ile” jest rozciągliwe: może oznaczać „nic”, „mało”, „dużo”, „czy ja wiem” i jeszcze więcej.

Chyba znowu pogubiłem się. Trudno, taki dzień.

Drogi Czytelniku,

Niniejszym daję Ci gwarancję wysokiej jakości mojej powieści. Gdybyś nie daj, Boże, poczuł się rozczarowany, masz gwarancję przeprosin z prawem wyboru formuły. Poniżej przedstawiam Formułę 1. W przyszłości dalsze formuły.

Pośpiesz się z zakupem, nie musisz spieszyć się z reklamacją!

Formuła 1:

Pana/Pani krytyka mojej powieści „Sędzia od Świętego Jerzego” jest niezwykle trafna. Zgadzam się z Panem/Panią, że fabuła jest nudna, bohaterowie są gorsi od polityków, a zakończenie powieści jest beznadziejne. Zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy sam zacząłem czytać powieść. Było już jednak za późno, aby cokolwiek zmienić.

Szczerze przepraszam za lichą jakość utworu.

Niech Bóg Pana/Panią błogosławi w drodze ku lepszej literaturze, jeśli taka istnieje.

Z poważaniem,

Michael Tequila.

 

O rzeczach ważnych

– Nie ma o czym mówić, wszyscy zajmują się albo polityką albo katastrofami, pożarami, utonięciami i innymi nieszczęściami. – Takimi słowy powitał mnie Iwan Iwanowicz, nazwiska nie wspomnę, gdyż jest znane wszystkim ludziom oczytanym. Było to w zimowy, zdrowy poranek charakteryzujący się małą ilością śniegu i temperaturą lekko poniżej zera.

– Jakież to inne, zapewne ważne, sprawy ma pan sam ma na myśli, Iwanie Iwanowiczu? – Zapytałem patrząc z przyjemnością na starca, który niejednemu zaimponowałby młodością ducha i zdrowego tryby życia.

– Nie będę niczego owijać w bawełnę w mroźny dzień, gdyż nie uchroni ona przed zimnem największej nawet prawdy. A jest nią to, że czytam – i to z wielką przyjemnością – „Biesy” Fiodora Dostojewskiego, delektując się klasą jego pisarstwa, urokami języka i cudownymi postaciami, jakie stworzył. Czy pan wie, że to on pierwszy pisał o nadczłowieku, a dopiero w dwa lata po nim ukazała się książka „Tako rzecze Zaratustra” Nietzschego, filozofa niemieckiego traktująca o nadczłowieku, do którego nawiązała potem ideologia nazistów i Hitlera? Równocześnie wyrażam żal, że zaniedbywałem czytelnictwo przez zbyt wiele lat, przez co czuję się dzisiaj jak Kolumb, który odkrywa Amerykę odkrytą wcześniej przez innych i to wiele razy.

Pocieszyłem Iwana Iwanowicza, że nie jest pierwszym Kolumbem, który odkrywa rzeczy odkryte, jak pewien mężczyzna, który odkrył, że jest do kitu i podjął się opisania swojej nędzy osobistej.

– Ja to rozumiem. – Podchwycił Iwan Iwanowicz. Jedni piszą o swojej wielkości, bo jej nie mają, ale potrzebują, drudzy zaś o swojej nędzy, bo mają jej w nadmiarze i chcą zrzucić części tego ciężaru zwanego przez psychologów zbędnym bagażem osobistym.

Nedza z bidą Kazimierz Władysław Wójcicki

– Zapewne w taki delikatny sposób, aby nikogo tym nie obarczyć. – Zasugerowałem.

– Niekoniecznie. – Odpowiedział Iwan Iwanowicz z tajemniczym uśmiechem. Znam taki jeden przypadek. Ów osobnik z ciężarem osobistej nędzy usiłował obarczyć nim Pana Boga.

– No i cóż na to Pan Bóg.? – Byłem ogromnie zainteresowany.

– Nic, nie odezwał się nawet. Myśli pan, że Stwórca nie ma innych rzeczy na głowie niż odpowiadanie na zapytania, prośby i żale jednostek.

– To było bardzo podobne do żądań górników z prywatnej spółki rządowej, aby rząd – jak dobry Bóg – zajął się nimi, przeznaczając na cele pomocy dla padających na nos kopalni publiczne, czyli nasze pieniądze.

1024px-Katowice_Coal_Mine

– Identycznie. Miałem sen na temat pomocy. – Tu Iwan Iwanowicz wdał się w nieco zawiłe rozważania w stylu Fiodora Dostojewskiego, ale nie miałem czasu już go słuchać. Poczułem się jak Stwórca i rząd, którzy nie mają czasu na słuchanie wszystkiego i wszystkich.

 

Horoskop Autorski Roku 2015

Po powrocie z Indii poczułem się wzmocniony, uduchowiony, optymistyczny i twórczy. Poprawił mi się wzrok, lepiej czytam w gwiazdach. Efektem jest horoskop na rok 2015 uwzgledniający także czynniki eteryczne ważne w życiu każdej jednostki i narodu.

W Polsce umocni się wzrost gospodarczy. Najszybciej będzie rosła produkcja hormonów przyśpieszających wzrost wagi drobiu oraz konserwantów żywności. Zostanie wprowadzony unijny patent na produkcję kiełbasy i szynek z zawartością mięsa mniejszą niż 15 procent.

Dzięki wzrostowi uposażeń lekarzy, znacząco spadnie wskaźnik ubóstwa i bezdomności społeczeństwa. Wzrost zamożności pracowników służby zdrowia poprawi wskaźniki leczenia społeczeństwa chorego na kolejki.

Wzrost czytelnictwa w Polsce będzie słabszy, za to pisarstwa szybszy. Więcej będziemy pisać, niż czytać. Na jednego czytelnika przypadnie trzech pisarzy. Najbardziej poczytną pozycją okaże się powieść „Sędzia od Świętego Jerzego”.

Wybory parlamentarne wygra Prawo i Sprawiedliwość. Przesądzi to sprawę wieku emerytalnego. Polacy będą żyć dłużej, pracować krócej i otrzymywać większe emerytury. Ten model systemu emerytalnego zostanie zaadaptowany w Grecji, Hiszpanii i Portugalii.

Po wygranej PiS w wyborach parlamentarnych Polska zyska sławę kraju najskuteczniej propagującego paranoję jako zdrowy styl życia. Film „Jak wygrałem kolejne wybory parlamentarne” z Jarosławem Kaczyńskim w roli głównej uzyska nominację do Oskara w kategorii najlepszych filmów zagranicznych. Największym konkurentem będzie „Ja też” w reżyserii Kim Ir Una z Korei Północnej.

W Rosji mało kto będzie jeszcze wierzyć w Boga, powszechna stanie się wiara w prezydenta Putina. Jest możliwe, że prezydent Putin zastąpi kilku świętych. Decyzja będzie zależała od Dumy. Będzie to rok umacniania wiary w świętość przywódców krajów Wschodu. W Polsce będzie na odwrót, wszyscy uwierzą w Boga; nikt już nie będzie wierzyć w rząd, w którym premier i minister zdrowia są lekarzami.

Wzrost gospodarczy w Rosji spadnie poniżej 0,2 procenta, co dodatkowo umocni kult Prezydenta Putina. Rosjanie mają patriotyczny stosunek do rzeczywistości: za problemy gospodarcze kraju będą winić Stany Zjednoczone i Unię Europejską, nie zaś rząd jak czynią to Polacy.

Dzięki korzystnemu układowi gwiazd Polacy rozwiną w sobie bardziej filozoficzny stosunek do życia.

433

Upowszechni się zdrowy tryb życia z wykorzystaniem roweru jako powszechnego środka stymulacji organizmu i ducha.

441

Więcej natury, mniej spalin, poprawi także sytuację zwierząt w miastach.

432

 

 

 

O zezwierzęceniu człowieka

Przy stole biesiadnym wynikła rozmowa. Była ona bogatsza i bardziej odżywcza niż sama biesiada, która okazała się prostym śniadaniem. Uczestników wybrał sam Mikołaj Rej, który wygodnie dla mnie zmaterializował się na tę okoliczność. Ja, gospodarz domu i pokoju niespokojnej pracy twórczej, zmieniłem nieco ich płeć i role tak, że w końcu stało się to rozmowa między Panem, Wójtem i Plebanem, gdzie Pan był mężczyzną, a Wójt i Pleban kobietami. Mikołaj Rej podkreślił dla jasności, że była to rozmowa między trzema osobami, ja uznałem to za zbyteczne.

Oto wierny (jak pies) zapis rozmowy:

Pan: Testem człowieczeństwa kobiety jest głośne zawołanie na ruchliwej ulicy: „Człowieku!. Żadna kobieta nie obejrzy się. Wątpiącym i mniej oczytanym wyjaśnię, że była to odzywka prowokująca, a jej celem było przetestowanie odporności psychicznej Wójta i Plebana, ucieleśnionych postaciami kobiet, istot, które nie za bardzo rozumiem.

Po chwili namysłu i milczenia, co było również okrutne, pani Pleban odpowiedziała:

Testem człowieczeństwa mężczyzny jest głośne zawołanie na ruchliwej ulicy: „Frajerze!”. Obejrzą się wszyscy mężczyźni.

Było to odważne stwierdzenie, wręcz zabójcze. Ugiąłem się pod jego ciosem, uznałem jednak prawdziwość i skuteczność tego testu. Sam nie wiem, jakbym się zachował, gdyby jakaś pani Pleban krzyknęła na ulicy „Frajerze!” dostatecznie blisko, abym to usłyszał. Nie chodzi oczywiście o uparte zarozumialstwo mężczyzny, że nie jestem frajerem, i dlatego nie odwracam się na takie zawołania. Po prostu zrobiłbym to z ciekawości, gdyż nigdy jeszcze nie słyszałem na ulicy kobiety wołającej „Frajerze!”.

Po wymianie argumentów, czyli wszystkich za i przeciw oraz pro i contra, jak również niektórych plusów i minusów, osoby obecne przy stole nie doszły do porozumienia, jak to jest z tym człowieczeństwem kobiety i mężczyzny. Też mam wątpliwości od czasu, kiedy przeczytałem, że Darwin po spowiedzi przed Bogiem i uzyskaniem rozgrzeszenia (bez pokuty) opublikował teorię ewolucji gatunków, w której udowodnił zwierzęcość wszelkiego człowieka.

W ostatnich latach potwierdziły ją badania genetyczne. Pokazują one, że genotyp małpy człekokształtnej i człowieka są do siebie podobne mniej więcej w 97 procentach. Pozostałe trzy procenty to nasza prawdziwa „ludzka twarz”.

Nie wiem, w czym ona się wyraża. Chyba w poczuciu humoru, wyrafinowaniu, niszczenia środowiska naturalnego oraz zdolności czytania i pisania, które i tak psu na budę się zdało, skoro nie umiemy mądrze żyć.

O racjonalności powyższych poglądów świadczą dwie obserwacje:

Żadna małpa nie nazwie drugiej: „Ty człowieku!

Człowiek dosyć często definiuje bliźniego mianem „Ty małpo”.

Udowadnianie nieludzkiego pochodzenia człowieka może być pasją.