Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 115: Autor i jego książka

Drodzy Czytelnicy,

Powieść „Laboratorium szyfrowanych koni” składa się z trzech części. Część I: „Sefardi i Isabela”. Odcinek numer 115 (poniższy) kończy tę część. Część II: „Josef i Laboratorium”. Zaczynam publikować ją od jutra. Część III: „Apokalipsa”.

Część ostatnia, zdecydowanie najkrótsza, to „Epilog”, łączący ze sobą wszystkie wątki powieści.  

Serdecznie zapraszam do czytania i równie serdecznie pozdrawiam,
Michael Tequila

Powieść „Wniebowstąpienie oszusta” znalazła się w sprzedaży w Afarze, a także w Nowym Jorku, Paryżu, Londynie oraz innych wielkich miastach już następnego dnia po konferencji prasowej. Jej tłumaczenia na języki obce zostały wykonane w tajemnicy i z wyprzedzeniem. Książkę drukowano nieprzerwanie dzień i noc, aby trafiła do księgarń w terminie. Pojawienie się Sefardiego na konferencji określano jako powrót z zaświatów lub powstanie z popiołów. Pogrzeb z oszalałym karawanem, stypa przypominająca festyn świąteczny oraz dziwny zamach na wiec polityczny, w końcu sama konferencja, okazały się znakomitą reklamą autora i jego książki. W Nomadii została ona uznana za najlepszą reklamę roku.

Przeciwnicy Sefardiego kwestionowali tę opinię argumentując, że w głosowaniu uczestniczyli wyłącznie obywatele Nomadii, że zabrakło głosów użytkowników telefonów komórkowych z innych krajów, że głosowanie powinno uwzględniać także opinie obywateli niekorzystających z telefonu komórkowego, ludzi starszych, niewidomych oraz inwalidów bez ręki, a nawet że sam konkurs nie był dostatecznie rozpropagowany. Zarzutom nie było końca.

Ostatecznie los autora i książki rozstrzygnęła Światowa Rada Pisarzy, która na wniosek Międzynarodowego Zrzeszenia Reklamodawców i Reklamobiorców uznała Sefardiego Barokę za najlepszego pisarza roku. W uzasadnieniu podkreślono, że on pierwszy odkrył i udowodnił, że wielka literatura nie istnieje bez wielkiej reklamy i że geniusz literacki wyraża się w integracji zdolności pisarskich z umiejętnościami promocji. Decyzja ucięła dyskusje toczące się wokół Sefardiego i zjednoczyła społeczeństwo. Nomadyjczycy uznali jego osiągnięcie za sukces narodowy, a jego samego za bohatera. Nikt nie miał wątpliwości, że Sefardi słusznie stanął na piedestale zwycięzcy.

*****

– Bardzo dobrze, że stało się to, co się stało – przyznał z radością ksiądz Terrano w wywiadzie, o który poproszono go jako spowiednika i przyjaciela Sefardiego. Był szczęśliwy, że po raz pierwszy w historii kraju społeczeństwo zjednoczyło się wokół wspólnej wartości. Uznał to za datę narodzin patriotyzmu solidarnego, nie dzielonego na kawałki. Jego radość była tym większa, że oznaczała koniec nagabywania go o informacje dotyczące Sefardiego Baroki. Miniony okres dał mu się bardzo we znaki; w telewizji ksiądz pojawił się nieogolony. Nawet krytyka biskupa, że wychudzony i zaniedbany duchowny nie powinien pokazywać się publicznie, nie poruszyła go.

– Wolałbym, aby ksiądz nabrał ciała i chodził nawet z brzuchem, niż pokazywał się chudy jak zagubiony na pustyni asceta. Jaki to tworzy wizerunek naszego kościoła? Kościoła ubogich proletariuszy czy kościoła reprezentującego zamożne społeczeństwo, jakim już prawie jesteśmy?

Księdzu nie sprawiło trudności zapomnienie gorzkich pouczeń przełożonego.

– To koniec mojej mordęgi. Dzięki ci, Panie – słowa wdzięczności Amizgao skierował do nieba natychmiast po wyjściu z budynku stacji telewizyjnej. Odczuł wielką ulgę z powodu zjednoczenia całego kraju w duchu miłości i pojednania. Jego wdzięczność nigdy nie była tak szczera, choć był najuczciwszym ze wszystkich uczciwych duchownych. Był przekonany, że jest ich niemało.

Koniec Części I

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 108: Testament. Pani Godano i ksiądz Terrano.

Śmierć Sefardiego Baroki przyniosła znaczące odszkodowanie jego najbliższej rodzinie. Okazało się, że był wysoko ubezpieczony od ponad dwóch lat. Nie była to kwota szokująca, ale na tyle duża, że można było za nią kupić dom w dobrej dzielnicy. Nie pałac czy dworek z wielkim parkiem, ale przyzwoity kilkupokojowy dom z ogrodem, ogrodzony i osłonięty gęstym żywopłotem przed oczami ciekawskich. Odszkodowanie przypadło drugiemu pokoleniu zstępnych, wnukom i wnuczkom zmarłego. Dokonując zapisu darczyńca zastanawiał się, czy osoby pominięte w testamencie nie rozpętają wojny domowej. Aby zmniejszyć ryzyko niesnasek rodzinnych, starał się nie dyskryminować ani nie wyróżnić nikogo, dając jedynie wyraz swojemu poczuciu sprawiedliwości. Sefardi nie byłby jednak sobą, gdyby nie użył sztuczki gwarantującej akceptację jego postanowień. Postawił prosty warunek. Wyjaśnił go z pewną wylewnością w liście do rodziny, stanowiącym formalny załącznik do testamentu.

„Nie jestem apodyktyczny, chciałem jak najlepiej, ustaliłem jak najmądrzej, kierując się rozumem, uczuciami jak i poczuciem sprawiedliwości. Nie jestem apodyktyczny i dlatego daję wam wybór: albo w ciągu trzech miesięcy od otwarcia testamentu zgodnie przyjmiecie jego zapisy, takie jakie one są, albo całość darowizny przeznaczona zostanie na cel dobroczynny. Na świecie jest tyle ubóstwa, że obdarowani będą całować ślady moich rąk na testamencie i stóp wyciśniętych na płycie Muzeum Sefardiego Baroki, które zafundowałem sobie z próżności”.

W imieniu rodziny głos zabrała Penelopa. Przyznała, że żyli obok siebie od wielu lat, często nie widząc się i nie kontaktując przez kilka tygodni z rzędu. Zachęciła członków rodziny do przyjęcia testamentu, określając go jako „okrutny wyrok niezrównoważonego świętej pamięci męża”. Po namyśle, którego długość zaczęła niepokoić zebranych, dodała: teraz rozumiecie, dlaczego unikałam tego człowieka mieszkając pod jednym dachem. Trudno mi nie nazwać go inaczej niż … Poszukiwanie właściwego słowa zajęło jej dostatecznie dużo czasu, aby siostrzenica zdążyła podejść do niej i ujmując ją za rękę, odwieźć od zamiaru składania dalszych wyjaśnień:

– Ciociu, to wszystko, co o nim powiesz, dostanie się do prasy. Chyba nie chcesz, aby i ciebie określono mianem potwora?

*****

Kiedy Anastazja Godano zadzwoniła i poprosiła o widzenie, ksiądz Terrano niezbyt chętnie zgodził się na spotkanie. Umówili się w salce katechetycznej przy plebanii. Kobieta zaskoczyła księdza podwójnie: była w pełnej żałobie i wyraziła pragnienie nawrócenia na wiarę katolicką, wiarę przodków, jak to określiła. Ksiądz uznał jej życzenie za niezwykłe; przez lata uważał ją za nieugiętą agnostyczkę, choć nie obnosiła się ze swoim niedowiarstwem. Oboje wiedzieli o sobie dużo, ponieważ oboje byli bliscy Sefardiemu. Do spotkania i prośby ośmielił ją fakt, że Sefardi mówił jej dużo dobrego o Amizgao.

– Uważał księdza za osobę godną najwyższego zaufania. – Podsumowała, schylając głowę z uznaniem. Wyznała to ze szczerością kobiety, która straciła więcej niż przyjaciela i poszukuje pocieszenia. – Sefardi mówił mi, że ksiądz uważa Boga za swego przyjaciela. On sam był księdza przyjacielem większym niż Bóg. – Pewne wahanie widoczne w jej głosie wynikało z niepewności, czy dostatecznie dobrze rozumie relacje między Bogiem a człowiekiem.

– To niezwykłe wyznanie. Sefardi był moim przyjacielem podobnie jak jest nim Stwórca, ale to inny rodzaj przyjaźni. Nasz wspólny, nieżyjący już przyjaciel był ciekawym i oryginalnym człowiekiem, bardzo nietuzinkowym. Łączyła nas miłość do literatury, a szerzej – do sztuki. Wie pani, szanowna pani Anastazjo – ksiądz ożywił się, oczy mu rozbłysły – on widział i rozumiał życie jako teatr, scenę, gdzie ludzie nie żyją naprawdę, tylko grają role. Tak to kiedyś określił. Najbardziej bliski był mu teatr groteski i absurdu. Spieraliśmy się nawet ot, oczywiście bardzo przyjaźnie, co oznaczają te dwa pojęcia. Sefardi uważał, że groteska i absurd najlepiej tłumaczą złożoność ludzkiego życia i postępowanie samych ludzi. A jeśli nie tłumaczą, to przynajmniej przybliżają i objaśniają. To go szalenie fascynowało. Miałem wrażenie, że jest bliski szaleństwa, a bardziej konkretnie, bliski choroby psychicznej. Bałem się o niego. Dlatego pogrzeb, jaki zainscenizował, nie zdziwił mnie nadmiernie.

Dziecinnym ruchem ręki rozmówczyni poprawiła sukienkę na kolanach, po czym zaśmiała się serdecznie.

– Nie mogę zgodzić się z księdzem. Sefardi miał tylko bardzo bogatą wyobraźnię. Jeśli coś mówił, co przypominało szaleństwo, to był to tylko wytwór płodnej wyobraźni wynalazcy. Obawiam się, że nie wyjawił księdzu swoich rzeczywistych poglądów na życie, tylko coś w rodzaju złożonych konstrukcji czasomierzy, które uważał za boski wytwór, a później także pomysłów powieści, jakimi się pasjonował. Wiem to najlepiej, ponieważ nikt nie był tak blisko niego jak ja. – Po przedstawieniu swoich racji Anastazja ścisnęła kolana i opuściła oczy. 

Ksiądz w milczeniu zaakceptował jej sprzeciw wobec swoich obserwacji, nie tylko dlatego, że był przyzwyczajony do sprzeciwu i odmienności opinii. W jednej chwili zrozumiał serdeczność relacji łączących siedzącą przed nim kobietę z Sefardim. Nie poświęcił tematowi więcej uwagi. Zdziwił się tylko pierwszemu odruchowi zniecierpliwienia, kiedy usłyszał opinię rozmówczyni.

– Pani mu pomagała w ostatnich dniach jego życia. – Zmienił temat rozmowy.

Brwi Anastazji uniosły się do góry. – Skąd ksiądz to wie?

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 104: Diabeł i dochodzenie

Na kartce imitującej formularz zaproszenia diabeł wypisał wszystkie swoje imiona.

– Piekielnie długa lista. – Słowa wypowiedziane z namaszczeniem zabrzmiały w jego pysku omalże jak zaklęcie. Postanowił chodzić w sali audiencyjnej między zaproszonymi gośćmi z wypiętą piersią i rozczapierzonym na końcu ogonem, pyszniąc się całym sobą. Miał ku temu powody, dostarczyli mu je spowiednicy Sefardiego. Postraszył ich ogniem piekielnym tak przekonywująco, że bez większych ceregieli ujawnili mu grzeszki Sefardiego. Tylko jeden Amizgao Terrano nie ustąpił. Zachowywał się tak, jakby on, Diabeł, nie istniał. Był na klechę wściekły, ale też miał dla niego szacunek.

– Mam potężny materiał dowodowy i oskarżycielski na tego piekielnika Sefardiego Barokę – przechwalał się swojej służbie pomocniczej.

Kiedy Sefardiego miano już wnosić w zdobnej lektyce na uroczyście umajoną salę audiencyjną, Diabeł z dumą zaczął odczytywać wszystkie swoje imiona. Coś go do tego podkusiło; nigdy przedtem nie był tak próżny.

– Chcę, aby wszyscy lepiej mnie poznali. – Przekonywał sam siebie, po czym wyrecytował wszystkie imiona w porządku alfabetycznym. Inaczej nie było można, bo mógłby któreś opuścić. Ułożyły się w długi szereg: Antychryst, Belzebub, Bies, Boruta, Czart, Demon, Diabeł, Duch Nieczysty, Kaduk, Książę Ciemności, Kusy, Licho, Lucyfer, Lucyper, Mefisto, Rokita, Siła Nieczysta, Szatan, Władca Piekieł, Zły. Nie było to potrzebne, ponieważ mówił wieloma językami, łatwo nawiązywał kontakty i był powszechnie znany. Kiedy wszedł do sali audiencyjnej, pozdrowił wszystkich serdecznie nie wiadomo dlaczego po niemiecku słowami „Guten Abend”, po czym dodał „Ich gratuliere Ihnen”, gratuluję państwu, i zamyślił się szukając dalszych słów, które uszły mu z pamięci. Był elegancko ubrany, garnitur leżał na nim jak ulał, jakby zaraz miał udać się na cmentarz albo pogorzelisko.

– Zaraz odbędzie się spotkanie pisarza Sefardiego Baroki z Panem Bogiem. – Zapowiedział nieznany głos, ni to męski, ni to żeński.

Isabela przerwała pisanie, aby zastanowić się, kto to mówił i jaki będzie dalszy ciąg wydarzeń, kiedy w głębi domu zaskrzypiały drzwi. Słychać było liczne głosy, tylko częściowo tłumione przez ściany.

– Przyszła Penelopa, prawdopodobnie z wnukami – pomyślała. Zdecydowała się dokończyć pisanie następnego dnia.

– Muszę to zrobić! Dla niego! – Przyrzekła sobie.

Ogarnęły ją ciepłe wspomnienia. Zobaczyła Sefardiego jak żywego, dzielącego się przemyśleniami i doświadczeniami pisarskimi w trakcie tworzenia powieści, co zawsze wydawało jej się ciekawsze niż gotowy już utwór. Szybko zamknęła plik opowiadania, wyłączyła komputer i uporządkowała biurko, po czym wstała i przysunęła krzesło. Śpieszyła się, aby z roli adeptki pisarstwa, przygodnej towarzyszki człowieka poważnie traktującego swoją pasję i życie, przedzierzgnąć się w zwykłą pomocnicę, towarzyszkę i kucharkę pani domu. Lubiła swoją pracę, ale teraz, od dnia śmierci Mistrza nie czuła się szczęśliwa, z wyjątkiem czasu pisania.

Informacja, jakoby na stosie w trakcie uroczystej stypy pożegnalnej, w której uczestniczyły liczne osobistości ze świata kultury i polityki, miały spłonąć zwłoki Sefardiego Baroki, była jakimś dziwolągiem. Donos wpłynął do komisariatu policji w miejscu zamieszkania pisarza i miał postać karteczki wypełnionej nierównym pismem, bez daty i bez podpisu. Naczelnik komisariatu przekazał ją do komendy rejonowej. Nie był to koniec drogi służbowej dokumentu. Naczelnik komendy rejonowej zadzwonił do komendy głównej policji. Decyzja była jednoznaczna: przekazać do komendy głównej. Mężczyzna wezwał do siebie kancelistę.

– Wyślij to do nich z notatką, że sprawa jest ważna z uwagi na pozycję społeczną denata.

Miał powody, aby nadać dochodzeniu odpowiednią rangę. Był członkiem Partii Konserwatywnej i cichym zwolennikiem Blawatsky’ego. Osobiście nie miał wątpliwości, że donos to jakaś bzdura do kwadratu, ale zdecydowanie wolał uniknąć pomyłki. Zacierał ręce na myśl, że mógłby zemścić się za wszystkie krytyczne i złośliwe wypowiedzi i wywiady, w których Baroka oczerniał jego partię. Omalże sam poczuł się pokrzywdzony.

Kapitan policji, szef wydziału zabójstw, do którego trafiła koperta z donosem, namyślał się.

– Znany pisarz, którego spopielone resztki telewizja pokazywała w urnie stojącej na katafalku w salonie pogrzebowym, miałby być spalony na stosie drewna nad rzeką w obecności kilkuset osób? – Mężczyzna bezwiednie rysował na kartce papieru malutkie urny. Nie zamierzał zajmować się sprawą sam ani powierzyć jej któremuś z podwładnych. Był przekonany, że to kawał jakiegoś żartownisia mający na celu ośmieszenie policji. Zaczął zastanawiać się, czy informacja o anonimie mogła dotrzeć do mediów. Pytaniem było, czy autor donosu mógł poinformować o swoich podejrzeniach także inne osoby lub instytucje. Pomyślał o redakcji gazety, z którą donosiciel mógłby się skontaktować telefonicznie, aby przekazać tę samą informację.

 

Święto Zmarłych. Dzień Zaduszny. Poezje, obrazy. muzyka.

Dopisek muzyczny na zakończenie Dnia Zadusznego: 

Toccata con Fuga D Minor Jana Sebastiana Bacha z YouTube https://youtu.be/ho9rZjlsyYY

Dopisek wczesnopopołudniowy. 

Dzisiaj na blogu publikuję tylko poezje okolicznościowe. Słoneczny z rana dzień pomroczniał, zniechęcając do pisania czegokolwiek więcej. Aby utrzymać się przy życiu, piję kawę w ilościach zdolnych utrzymać w dobrobycie niewielki kraj żyjący z jej eksportu. Powoli narasta we mnie sponsorowany przez kofeinę wulkan energii, wyrywającej się na zewnątrz jak zając z klatki, aby popełnić jakiś niesamowity czyn na jesiennej murawie literatury, nazwijmy ją piękną.

Marzyć każdemu wolno.

Ku Chrystusowi

Pola wybiegły prosto w słońce
i rozsypały w kolorów plamy;
zrzucam z piersi płomieni kagańce,
powstaję nagi, zbuntowany.

W zadumie kwiatów obmywam ręce,
w ziemię wsiąkają płatków rany,
promień nadziei składam w podzięce,
idę ku Tobie, oczekiwany.

Stoisz na wzgórzu, dłoni stygmaty,
szary len kształty bólu powiela,
lecz Twoich oczu jasne bławaty
niosą wino i radość wesela.

Ciepły dotyk łagodnej ręki
leczy, wyzwala od ziemskiej udręki.
Przestrzeń i cisza stają się zbawieniem,
modlę się oczami, zadumą, milczeniem.

Michael Tequila
Gdynia, 6 maja 1999
(Z tomiku: Klęczy cisza niezmącona)

We dwoje
czyli spacery z sobowtórem

Poranne słońce ziemię zalewa
powodzią promiennych błysków,
sobowtóra przy mnie prowadzi
jak dżokej konia przy pysku.

Gdy od światłości odchodzę
za cieniem kroczę wysokim,
w dal zmierzamy bezbrzeżną,
ścielącą się pod obłoki.

Kiedy słońce w zenicie chwały,
a ja pod nim prosty i słuszny,
cień chudnie i staje się mały,
dziwny pokurcz u nóg posłuszny.

W południe postać skromna
pod wieczór odwagi nabiera
kończyny i tułów rozluźnia,
mroczny kształt rozpościera.

Naśladowca mój najwierniejszy,
kołysząc się lekko na boki
uważnie ruchy me śledzi,
to rośnie, to staje się szeroki.

Włócząc się z wiernym wcieleniem
jedną zjawą zdajemy się senną,
raz ja wędruję przed cieniem,
to znów on bieży przede mną.

Noc obojgu przynosi wytchnienie,
cień we mnie znajduje schronienie;
dobrze wie, że istnieje złudzeniem,
bo to ja jestem jego istnieniem.

Wegetuje więc wierny i pomny,
że kiedy sam stanę się cieniem,
on stworem zostanie bezdomnym,
własnego złudzenia złudzeniem.

Michael Tequila
Morphett Vale, Australia, 31 maja 1996
(niepublikowane)

Kiedy już, Panie, każesz mi

Kiedy już, Panie, każesz mi umierać,
pozwól się dojrzeć choć przez mgłę,
wtedy już wszystko możesz mi odbierać,
bo ja przemycę nadziei łzę.

Chciałbym Cię dotknąć choćby przez mgnienie
plamką, co błyszczy skrzydłem motyla,
zanim zapadnę w snu zapomnienie,
śniąc, że przemija wieczności chwila.

Wytrwale ścigam przez szorstkie rżyska
życie, co wzbudza tęsknotę i żal;
czemu ma droga niepewna i śliska,
gdy innym ścielesz jedwabiów szal?

Michael Tequila
Valley View, Australia, 10 grudnia 2006
(niepublikowane)

W górach nie musisz

W górach nie musisz siać piękna ni grozy,
one tam rosną od zarania,
ani skał rzeźbić w przepastne wąwozy,
bo te się rodzą z dzikich wód szemrania.

Nikt nie jest w stanie wywyższyć kwiatów,
bo je maluje ktoś ponad nami,
ni słowem zgłębić ludzkiego dramatu,
bo ten się spełnia własnymi znakami.

Ja tutaj jestem nie wiadomo czemu;
taki miał kaprys Pan Opatrzności,
by dać mi szansę oddać się zdumieniu,
nastrojom smutku i chwilom wzniosłości.

Michael Tequila
Gdynia, 27 listopada 2000
(niepublikowane)

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 101: Niebiańska historia Izabeli

– Co on robi w tej chwili? – Zadała sobie pytanie i natychmiast wyobraziła sobie Sefardiego, a zaraz potem zobaczyła na przyjęciu w niebie, jak Bóg go wita, nazywając go Czcigodnym Mistrzem. Zaczęła uderzać palcami w klawiaturę. Na początku pisanie szło jej powoli i opornie, nie zrażała się jednak. Po chwili pisała już swobodniej, jakby czuła obok siebie jakiegoś pomocnego ducha. Poruszyło ją to tak bardzo, że aż się wzdrygnęła. Wtedy uświadomiła sobie, że w pokoju jest już ciemno. Wstała, podeszła do kontaktu i włączyła oświetlenie u sufitu, aby kontynuować pisanie. Przy okazji nalała sobie koniaku do kieliszka i wypiła. Poczuła się śmielsza.

– O czym mam pisać? Jaka jest fabuła?

Kiedy wypowiedziała te dwa pytania, przypomniała sobie, co mówił Sefardi na temat tworzenia fabuły. Zaczęła z nim rozmawiać. Poczuła w sobie tyle serdeczności, że musiała zwracać się do niego po imieniu. Nazwała go wariatem, myślała o nim bardzo ciepło. Czuła, jak bardzo jej go brakuje. Był szalony, narwany, ale i ludzki.

– Musisz mi pomóc, bo piszę o tobie. Chodzi o fabułę. Jak ją opisać?

Wróciła wspomnieniami do rozmów o powstawaniu powieści. Fabuła to historia, która tworzy konstrukcję powieści.

– O czym chcesz pisać? – w uszach zadźwięczało jej pytanie. Nie była pewna, czy był to jej głos czy Sefardiego. – To proste, Isabelo. Najpierw odpowiedz sobie na pytanie, o czym chcesz pisać. To ty musisz to określić, nie ja. Isabela nie miała już wątpliwości, że jest on tuż obok, jak zawsze.

– O tym jak przyjmują cię w niebie! Kto czeka na ciebie oprócz pana Boga? Jego świta? Kim oni są? Co oni robią? Jak wyglądają?

– Dobrze myślisz! – Usłyszała zachętę pisarza. Straciła kompletnie świadomość, że Sefardi już nie żyje. Dla niej zmartwychwstał, był tuż obok. Podpowiadał jej.

– Oczywiście musi to być jakaś poważna historia, musi też być komplikacja, jak w każdej dobrej powieści.

Kobieta zastanawiała się. Jej wzrok padł na stary religijny obraz na ścianie przedstawiający mroczne postacie. – Diabeł! – Prawie wykrzyknęła. Przypomniała sobie wyjaśnienia Sefardiego, że dramat jest podstawą najlepszych dzieł literackich. – Dramat. – To było słowo, którego jej brakowało.

– Diabeł? Szatan? Bies? – Myślała chwilę, po czym połączyła ich razem w jedną postać, jednego wielkiego demona, rezerwując dlań imię Diabeł. Przypomniała sobie słowa używane przez Sefardiego w ich dyskusjach. Wymyślając i pisząc, cieszyła się, jakie to niesamowite.

Pół godziny później poprawiała tekst. Nie był zbyt długi. Odczytała go głośno, identycznie jak czynił to Sefardi. Była zachwycona, po chwili płakała, że nie ma już go w domu. To był taki wspaniały człowiek! Nie dałaby powiedzieć na niego marnego słowa. Czytała przez łzy. Czytała i śmiała się, bo tekst bardzo jej się podobał. Był fantastyczny. Czuła, że Sefardi jest tuż obok i cieszy się razem z nią.

Isabela poczuła głód i pragnienie. Nie mając pod ręką nic do jedzenia, sięgnęła do ruchomego barku, nalała sobie i wypiła jeszcze jeden kieliszek koniaku. Smakował jej, wypiła więc jeszcze jeden. W barku zauważyła też papierosy; wzięła paczkę do ręki. Marka była jej nieznana. Raz czy dwa razy widziała papierosy u Sefardiego. Zapytała go czy pali, z ciekawości, bo i tak wiedziała, że nie pali.

– Nie. – Odpowiedział znużonym głosem, jakby był bardzo zmęczony. – Tylko czasem, kiedy nie mogę zasnąć. Czy ja zresztą wiem? Mówił niewyraźnie, trochę bełkotliwie. Wyjaśnił, że poprzedniej nocy mało spał. Przeprosił ją, że nie może dłużej rozmawiać, bo musi się położyć.

Isabela wzięła jeden papieros, aby przyjrzeć mu się z bliska. Był bardzo cienki. Z ciekawości postanowiła zapalić. Kiedyś paliła, było to bardzo dawno, potem rzuciła. Papieros miał cierpki smak, ale nie był zły. Odurzył ją. Po chwili poczuła się uspokojona i mniej głodna. Kiedy zrelaksowana oparła głowę na oparciu fotela i popatrzyła w górę, zobaczyła Sefardiego udającego się na audiencję u Boga. Najwyższy siedział na tronie, otaczali go zbuntowani księża, fałszywi politycy i przerażający pochlebcy. Isabela rozpoznała ich od razu i żal mu się go zrobiło. Bóg się zestarzał. Od razu to zauważyła.

– On jest dokładnie taki, jaki powinien być, a nie taki, jak go sobie wyobrażamy tutaj na ziemi. – Wymamrotała przyglądając się z uwagą Bogu.

Przyciągnęła bliżej klawiaturę i zaczęła pisać. Pisała coraz szybciej, przypominając sobie ćwiczenia, jakie niegdyś wykonywała. Unoszona wizją przesuwającą się przed jej oczami, ilekroć podniosła oczy do góry, jej palce poruszały się po klawiaturze ze zręcznością wiewiórki przeskakującej wdzięcznie między gałęziami. Litery coraz łatwiej układały się w słowa, słowa w zwroty, zwroty w zdania, coraz bardziej udane i coraz lepiej odzwierciedlające to, co widziała na niebie nie patrząc już nawet w tym kierunku. Sefardi wydał jej się piękniejszy i szlachetniejszy niż za życia, a Bóg bardziej promienny niż mogła to sobie nawet wyobrazić, opisywała więc ich spotkanie z przekonaniem istoty przebudzonej do nowej, piękniejszej niż poprzednia, rzeczywistości.

Ogarniało ją coraz większe natchnienie i odwaga, w końcu bezczelność myślenia i wyrażania słowami wszystkiego, co przychodziło jej do głowy, a nachodziły ją myśli i pomysły nietuzinkowe. W zrywie bezwstydnego szaleństwa przeistoczyła się w mężczyznę, potem znowu w kobietę, aby w końcu stać się pijaczką i łajdaczką udającą uczciwość. Dla rozwiania wątpliwości, kim jest, dolała sobie jeszcze trochę koniaku, o mało nie przewracając kieliszka.

– Każdy z nas jest po trosze łajdakiem, tylko udaje lub chce wierzyć, że jest inny. To, czego nie możemy uczynić ze strachu w życiu, śmiało popełniamy w myślach, w zaciszu rozumu, z łatwością znajdującego usprawiedliwienie dla popełnianych przewinień. – Napisała w porywie niezaprzeczalnej uczciwości.

Czuła w sobie ogrom niezwykłych treści. Ogarnęła ją taka odwaga, rodzaj buntu, że z kury domowej przemieniła się w bywalczynię salonów literackich, znawczynię życia i ludzkich dusz. Myśląc coraz szybciej, rozhulała się, wręcz oszalała, stając się Janem Husem, potem Joanną d’Arc, o której czytała, że była lesbijką, potem Lutrem, w końcu Janem Kalwinem.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 100: Izabela w gabinecie

Wieczorem w gabinecie Sefardiego rozdzwoniły się zegary, najpierw budziki a zaraz potem zegary ścienne i stojące. Zaczęły punktualnie o godzinie osiemnastej, zsynchronizowane czasowo i skończyły kwadrans później. Ich głos słabł stopniowo, w końcu ustał, jakby zdecydowały się umilknąć na zawsze. Nikt z domowników nie śmiał interweniować, wyciszając je lub wyłączając.

– Nie można sprzeciwiać się woli zmarłego, bo to oznacza nieszczęście – zdecydowała Isabela. Tego dnia uważała się za szczególnie ważną, ponieważ to jej Sefardi wręczył kilka dni wcześniej zapasowy klucz do gabinetu ze słowami „to na wszelki wypadek”.

Następnego dnia rano weszła do pokoju i znieruchomiała. Zegary znikły. Prawie wszystkie. Pozostały nieliczne, głównie zegarki ręczne, które właściciel darzył szczególną miłością. Natychmiast pobiegła do Penelopy, aby zawiadomić ją o niezwykłym wydarzeniu.

– Daj spokój, Isabelo. Jaki tam cud. Mój mąż nie wierzył w cuda, ja również. Ktoś musiał je ukraść. Zegar to nie ciężarówka, choć i te też kradną.

Zawiadomiono policję, aby przeprowadziła śledztwo, znalazła sprawcę i odzyskała rodzinne mienie. Niechętnie obiecali to zrobić, gdyż kradzież wydała im się prawie niemożliwa.

– I tak mamy dosyć pracy w sprawie śmierci tego dziwaka. – Podsumował komendant posterunku wydając polecenia podwładnym na dyżurze.

Po odejściu policjantów zadzwonił do Penelopy dyrektor państwowego Muzeum Zegarów i Zegarków. Był bardzo wylewny. Wielokrotnie dziękował za dar. Penelopa poczuła się upokorzona.

– Nie dość, że oddał za darmo wszystkie zegary, a stanowiły one niezły majątek, to w dodatku nie poinformował mnie o darowiźnie. To on poinstruował dyrektora muzeum, kiedy jego ludzie mają przyjść i zabrać zegary. Mieli klucz, weszli, kiedy byłyśmy nieobecne w domu, znali nawet kod do alarmu. Otrzymali dokładną listę, co mają zabrać i kiedy mogą to zrobić „bez niepokojenia rodziny” – Rozdrażniona Penelopa przedstawiła Isabeli szczegóły uzyskane w rozmowie z dyrektorem.

– To straszne. – Kobiety były zgodne w ocenie.

Porażka wydała się Penelopie znacznie mniej dotkliwa, kiedy następnego dnia w prasie, radio i telewizji powszechnie komentowano fantastyczny dar rodziny Baroka dla muzeum. Minister Kultury wystosował do niej specjalne podziękowanie. Ostatecznie Penelopa pogodziła się ze stratą, kiedy okazało się, że poważna część darowizny może być odliczona od dochodu w deklaracji podatkowej. Otwarcie nowego zbioru muzealnego było bardzo uroczyste. Przybył minister kultury oraz prezydent kraju. – Dlaczego prezydent? Nic go przecież nie łączyło z don Sefardim. Ci wcześniejsi go znali? Ale ten? – Dziwiła się Isabela.

Zaproszenie na uroczystość otwarcia nowego zbioru muzealnego otrzymała także Isabela. Była uszczęśliwiona. Na pamiątkowym zdjęciu stała obok prezydenta, który jak nigdy wcześniej stanął nie w centrum, ale z boku fotografowanej grupy.

– Chyba brzuch go bolał, bo wyglądał nieświeżo. Widziałam go z bliska tak, jak widzę teraz panią. – Isabela wyjaśniła Penelopie szczegóły wyglądu i zachowania prezydenta z powagą i przekonaniem, że coś było z nim nie w porządku.

*****

Dojmująca cisza wypełzała ze wszystkich kątów i obejmowała w posiadanie pokoje, meble, w końcu ciało i duszę Isabeli. Była sama w wielkim domu, ogarnięta smutkiem, wciąż w stroju żałobnym, z czarną opaską na ramieniu. Odruchowo skierowała się do gabinetu Sefardiego, gdzie w ciszy przeprowadziła z nim rozmowę wspominając dawne czasy. Rozejrzała się, wszystko było takie samo jak zawsze, z wyjątkiem miejsc, gdzie do niedawna stały zegary.

– Nigdy go już nie zobaczę – pomyślała i łzy pojawiły się w jej oczach. Usiadła w fotelu pisarza, za jego biurkiem. Płakała głośno, szloch wstrząsał jej ramionami. Przypomniała sobie, że nigdy go specjalnie nie lubiła, był niejednokrotnie arogancki i prześmiewczy. Potrafił też być szalony, przekraczając bariery normalnego zachowania. Sam wymyślony przez niego pogrzeb był czystym szaleństwem. Teraz, kiedy go zabrakło, jego zwariowanych pomysłów, dyskusji, przekomarzania się, zmieniła opinię. Chwilę zastanawiała się nad tym. Poczuła potrzebę wyrwania się z przygnębienia. Wyobraziła sobie, co robiłby w takiej chwili Sefardi. W ciszy dotarła do niej nadzwyczajność jego odejścia; była przekonana, że przez najbliższe dni cały kraj będzie o tym mówić.

Poruszona wspomnieniami Isabela włączyła komputer stojący przed nią na biurku. Była to prosta czynność. Sefardi pokazywał jej kilkakrotnie, jak to zrobić i jak następnie stworzyć nowy plik lub otworzyć plik już istniejący. W końcu nauczył ją też pisać teksty.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 96: Kolory i zapachy

W powietrzu unosił się zapach kadzideł zmieszany ze słodką wonią perfum „Denni Cleri” rozpylanych przez młodzież z fanklubów Sefardiego Baroki oraz klubów młodych wynalazców. Zmęczona hałasem i nieoczekiwanymi wydarzeniami rodzina zmarłego kroczyła powoli za karawanem szeroką aleją cmentarza. Towarzyszyła im klasyczna muzyka oraz okrzyki radości dochodzące z obu stron. Penelopa czuła się gorzej niż przewidywała, aczkolwiek spodziewała się niespodzianek. Nie potrafiła dostosować się do atmosfery pogrzebu, o którym już mówiono, że wyznaczył trend przyszłości. Za trumną niesiono poduszki z odznaczeniami oraz wielką atrapę książki „Wniebowstąpienie oszusta”, o której nikt jeszcze nie słyszał. Otaczała ją tajemnica.

Uroczystości na cmentarzu odbywały się w porządku określonym testamentem zmarłego. Mówiono, że stanowił on wyraz jego woli jak i dowód jego despotyzmu.

Kondukt zatrzymał się pod szerokim murem z niszami na urny wzorowanym na cmentarzu Piedras de Tunjo w Kolumbii. Grabarze wyjęli urny z samochodu i karawanu konnego, nieogoleni mężczyźni donieśli trumnę. Ewidentny nadmiar dezorientował wszystkich bez wyjątku. Zamęt pogłębił się, kiedy pojawili się grabarze twierdzący, że to oni są uprawnionymi pracownikami cmentarza, twierdząc, że ci, którzy przybyli razem z konduktem pogrzebowym to są ludzie podstawieni. Nie było wiadome, kto zatrudnił jednych i drugich. Penelopa ani nikt z rodziny nie mieli o tym pojęcia, podobnie jak i Anastazja Godano, wykonawczyni testamentu. Nastąpiło zamieszanie, prawdziwy impas bez szansy na rozwiązanie. Każda ze stron upierała się przy swej racji. Nikt nie wiedział, co się stanie. Starsi żałobnicy szeptali o końcu świata.

– A co z trumną!? – Padło zrozumiałe, prawie wyzywające pytanie. Zaczęto się zastanawiać, padały różne domysły i sugestie. Ktoś proponował, aby ją otworzyć i zobaczyć, co jest w środku.

– Skoro są dwie urny z prochami, to może tam nie być prochów nieboszczyka. Wyjaśnienie było tak logiczne, że trumna została błyskawicznie otwarta bez sprzeciwu z którejkolwiek strony. Okazało się, że wewnątrz niej była trzecia urna i nic więcej. Po dłuższych negocjacjach, które zmęczyły jej uczestników, ustalono, że wszystkie urny zostaną złożone w niszy, skoro nie sposób jest ustalić, która z nich jest prawdziwa, a która nie.

Czas pochówku był chyba wymodlony przez Mistrza, ponieważ pogrzebowi nieprzerwanie towarzyszyło słońce. Oświetlało ono drogę wynalazcy i pisarza, pozostawiając ciepłe wspomnienia w pamięci uczestników uroczystości.

Mur z niszami zwrócony był frontem do strony południowej, aby dusze zmarłych mogły cieszyć się promieniami słońca, choć zapewne nie było im to potrzebne. Duch Sefardiego zapytany o to też nie udzieliłby odpowiedzi, o ile nie zdarzyłby się cud. Jego wiara w cuda za życia była bardzo ograniczona.

– Wierzę w ograniczoną ilość cudów, ponieważ jestem przekonany, że cuda zdarzają się niezwykle rzadko. Może sam kiedyś uczynię jakiś cud, aby was zaskoczyć. – Rodzina Mistrza wciąż pamiętała słowa wypowiedziane przez niego na zjeździe rodzinnym. Zwołał je nie wiadomo w jakim celu. Po jego śmierci spekulowano, że chodziło mu o wypicie pożegnalnego szampana.

– Pożegnalnego? Z jakiej okazji? – Kiedy pytanie to padło w czasie zjazdu, Sefardi uśmiechnął się tajemniczo półgębkiem i wyjaśnił: – Kiedyś to ujawnię. Na razie jest to tajemnica.

Nikogo to nie wówczas nie zdziwiło, ponieważ senior rodu zawsze otaczał się mgłą tajemnic.

*****

Sefardi wykupił niszę od rodziny, która znalazła się w potrzebie. Właściciel, pytany o przyczynę sprzedaży, odpowiedział: – Dzisiaj bardziej potrzebuję pieniędzy niż pamięci o zmarłych, zresztą całkiem mi obcych, bo przekazali mi w genach same złe cechy, prawdziwe przekleństwo.

Przed murem znajdowało się niewielkie mauzoleum z zatartymi literami frontonu, należące do jakiegoś starego rodu. Wyglądało jak mała, urocza fortyfikacja. Jego czarne anioły i wieżyczki dominowały nad murem z niszami wypełnionymi pachnącymi kwiatami. Zapachy odgrywały wielką rolę w tej części cmentarza; to najbardziej ujęło Sefardiego. W dniu pogrzebu w niszach były również kwiaty, niektóre świeże jak poranek, inne przywiędłe, jeszcze inne zbyt żywe, aby były naturalne. Daszek z falistej blachy osłaniający mur podtrzymywał cztery rynny o prostokątnym przekroju, architektonicznie nie pasujące do całości.

– Okrągłe rynny wyglądałyby znacznie lepiej, klasycznie. – Pomyślał Iwan Iwanowicz wyznaczony do niesienia urny. Nie uważał tego za wyróżnienie, ale tylko do czasu, kiedy zobaczył siebie na zdjęciu w ilustrowanym tygodniku a później na transmisji telewizyjnej z uroczystości pogrzebowych.

U dołu nisz wystawały z muru kolorowe podstawki na doniczki i wazony z kwiatami, pogrubiając pasmo czerwieni, żółci i zieleni. Niektóre wnęki były zagospodarowane przybraniami kwietnymi i urnami o różnych kształtach, przypominając inscenizację teatralną. Dla przyjaciół zmarłego był to czas na refleksję, że zdobiąc miejsce ostatniego spoczynku człowiek daje nie tylko dowód pamięci o zmarłym, ale i tęsknoty za wiecznym szczęściem. Z bliska wyglądało to jeszcze bardziej imponująco i kolorowo; wokół roznosił się słodkawy zapach ziół i kwiatów rozpuszczony w łagodnym cieple popołudnia.

Po umieszczeniu trzech urn w górnej, centralnie położonej niszy, ludzie modlili się bez pośpiechu, przy okazji wykonując zdjęcia i konwersując bez skrępowania. Nisze były prostokątne; górna krawędź miała kształt łuku, co nadawało im poetyckiego powabu, jeśli tylko wewnątrz znajdowały się w miarę świeże kwiaty.

– Bez żywych roślin ozdobnych i kwiatów cmentarz jest brzydki. – Filozoficznie zauważył Ksiądz Terrano, celebrujący uroczystość. Kiedy patrzył na kolory i pachnący mur oświetlony słońcem, opuszczał go smutek i wracały wspomnienia spotkań z Sefardim. Chyba przypomniało mu się coś poważnego, gdyż w pewnej chwili starł uśmiech z ust prawym rękawem komży. Rozejrzał się niespokojnie wokół sprawdzając, czy przypadkiem ktoś nie zauważył wykorzystywania komży w charakterze chusteczki do nosa.

Kiedy wieczorem ksiądz w towarzystwie biskupa oglądał nakręcony przez organistę film z pogrzebu, ku ich niepomiernemu zdziwieniu na obrazie pojawiła się nagle czarna jałówka, niefrasobliwie podjadająca trawę przy murze, do którego sięgało dzikie pastwisko. Zarząd cmentarza miał w planie jego ogrodzenie w całości metalową siatką, aby pasące się na zewnątrz bydło nie miało dostępu do miejsc wiecznego spoczynku. Amizgao pomyślał, że obecność krowy na cmentarzu to przejaw wolności, wspólnego przywileju ludzi i zwierząt. Kolory kwiecistej czerwieni i żółci ukazały się na filmie z pełną wyrazistością.

– Ten cmentarz pachnie. – Ksiądz podzielił się głośno swoją obserwacją z biskupem, który tylko wzruszył ramionami, ignorując piękno obrazu, trafność obserwacji oraz samego podwładnego. Myślał o zapisie testamentowym zmarłego, spodziewając się choćby umiarkowanej kwoty na potrzeby diecezji.

 

Niefrasobliwie o życiu niedzielnym. Groteska nie tak znowuż abstrakcyjna.

Ciepły wiosenny dzień jesienny rozchybotał mnie, rozhuśtał. Idąc zwyczajnie ulicą uniosłem się w powietrze, lewitowałem, patrzyłem z góry na wykopy, samochody, ludzi i zwierzęta. Doznałem niezwykłego uczucia lekkości, w piesiach mi grało utwory Mozarta, najpierw Marsz Turecki, który mnie wyprostował szybciej i dokładniej niż ewolucja małpę zeszłą tydzień wcześniej z drzewa.

Przywrócony do pionu, już po zejściu na ziemię, doznałem dalszych niezwykłych przeżyć. W piekarni sprzedawczyni odezwała się do mnie po angielsku, bardzo szykownie i elegancko: – How are you today, sir? Szybko odnalazłem język w gębie i uprzejmie odpowiedziałem: – I am fine, indeed. Thanks a lot for your kind welcome.

Krótka, stymulująca konwersacja przywróciła mi pamięć, przypomniałem sobie po co przyszedłem i poprosiłem: – Two wheat rolls and one rye bread, please.

To nas zbliżyło do tego stopnia, że omówiliśmy sprawy wagi państwowej, o których nie wolno w niedzielę dyskutować, ustaliśmy, że kraj idzie we właściwym kierunku, że przepaść jedna i druga jest wprawdzie przed nami, ale to małe piwo, bo mamy na szczęście gumiaki, które uchronią nas przed szaleństwem ludzi nieczułych, lubiących przemawiać zza okularów z cienkimi oprawkami, z podnóżka lub przez kask narciarski.

Po wyjściu z piekarni usłyszałem ciepły głos kobiety, która wiedziała wszystko o muzyce, grała na harfie i kilku innych instrumentach, znała się na nich jak mało kto, a przy tym śmiała się tak serdecznie i radośnie, że zimą śnieg topniał wokół a wiosną piekarze piekli słodkie praliny i śliwki w czekoladzie zamiast powszedniego chleba, o który wszyscy proszą od czasów Adama i Ewy oraz Biblii.

Przyszło mi do głowy, aby chwytać ten radosny śmiech, pakować go w eleganckie woreczki zdobne kwiatami i wstążeczkami i sprzedawać ludziom spragnionym pocieszenia. Zapytałem kilka osób, czy potrzebują pocieszenia. Jedna kobieta spojrzała na mnie podejrzliwie, druga niecierpliwie odpowiedziała, że opiekuje się trojką małych dzieci i nie w głowie są jej uniesienia duchowe. Mężczyźni byli bardziej życzliwi i odpowiadali poważnie, że pocieszenie znajdują w zimnym piwie i ciepłych wspomnieniach, oraz słowach prawdy płynących obficie z ust ich żon, kochanek oraz szefa. Jeden z nich popatrzył nawet do góry i dodał: – Niech mu zima lekką będzie!

Te przyziemne wzmianki o życiu otrzeźwiły mnie, nie czułem już ciepła ani nie słyszałem muzyki w piersiach, co uznałem za powrót do normalności, której mi brakuje od czasu do czasu.

Drogi Czytelniku! Jeśli podoba Ci się moje pisanie, zachęcaj rodzinę, przyjaciół i znajomych do wchodzenia na tę stronę, abym widział, że rosnę, co mnie uwznioślili do jeszcze większych wysiłków na rzecz porozumienia autorsko-czytelniczego, pozwalając zapomnieć o garbieniu się i samotności siedzenia przed ekranem.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 93: Uroczystości pożegnalne

Przysłonięcie stosu z tyłu ciemną materią sugerowało zapadnięcie nocy. Goście zebrali się w kaplicy, z której wcześniej usunięto ławki z oparciami, aby ustawić rzędy plastykowych krzeseł. Z podłogi zabrano materace na okres żałoby. Ubrany na biało szczupły bramin odczytał fragment Bhagavad Gita, świętej księgi hinduizmu, po czym rozpoczął modły. Mówił i śpiewał kierując na północ, wschód, południe i zachód dymiące kadzidło i świece płonące w oryginalnym świeczniku. Kiedy skończył, żałobnicy podnieśli trumnę i ustawili ją na karawanie, aby przewiózł ją w miejsce kremacji. Na stosie ułożono biało ubraną kukłę imitującą ciało zmarłego, po czym przykryto ją grubymi kawałkami drewna posmarowanego pastą z drzewa sandałowego. Stos podpalił najstarszy syn zmarłego, przykładając płonącą pochodnię od strony głowy. Ogień strawił drewno szybciej niż można było się spodziewać. Niektórym obserwatorom ceremonii wydało się to nienaturalne.

– To nie jest możliwe przy takiej ilości i grubości drewna. – Głośno wyraził zastrzeżenie tęgi mężczyzna w okularach z grubymi oprawkami. – Jestem leśniczym i wiem, co mówię. Jego twarz przybrała wyraz powagi i zdecydowania.

– Drewno jest wyjątkowo suche. Jest to gatunek, który pali się szybko i prawie bez dymu. Ponadto tam w dole nad rzeką wiatr wieje mocniej, przyśpieszając palenie. – Wyjaśnił hinduski kelner obsługujący gości. Znalazł się obok leśniczego jakby wiedział, że powstaną wątpliwości, które będzie w stanie wyjaśnić.

Części zaproszonych gości uroczystość pożegnalna i pogrzeb nie przypadły do gustu, wydały im się udziwnione. Nigdy nie uczestniczyli w niczym podobnym.

– Ci aktorzy przy stosie zachowują się w taki sposób, jakby ktoś sterował nimi zza grobu. – Jakiś kobiecy głos wyraził swoją wątpliwość. Nikt nie usiłował dochodzić na czym oparte były jej przypuszczenia.  

*****

Msza pożegnalna odbyła się w Kościele Dziwnego Świętego, wynajmowanym różnym organizacjom i grupom religijnym. Kościół był ufundowany przez milionera, który twierdził, że Bóg jest tylko jeden, jest uniwersalny i jest całkowicie podobny do człowieka, a równocześnie zupełnie inny, jest w połowie mężczyzną, a w połowie kobietą, i w równym stopniu nagradza ludzi, jak i karze. Fundator uważał również, że Bóg może uczynić znacznie więcej, niż się spodziewamy, jeśli tylko serdecznie poprosi się go o to. Zdobycie wielkiego majątku mężczyzna przypisywał swojemu cnotliwemu życiu i nagradzającemu dobro Bogu.

W mszy uczestniczyła tylko najbliższa rodzina, przyjaciele oraz członkowie Światowego Związku Wybitnych Wynalazców i Zrzeszenia Niekonwencjonalnych Pisarzy. Urnę umieszczono na katafalku zdobnym wizerunkami ptasich głów, symboli wieczności. W bocznej nawie płaczki z Kościoła Dziwnego Świętego zawodziły w takt muzyki Mozarta, ulubionego kompozytora Sefardiego. Utwory wielkiego kompozytora przeplatano wiązanką żywych melodii amerykańskich, Boogie Woogie, Nowy Orlean i Kolumbia. Wyboru utworów dokonał wcześniej Sefardi zwięźle przedstawiając swoje oczekiwania Anastazji:

– Musi to być muzyka klasyczna lub poważnie rozrywkowa, grana przez porządną orkiestrę, a nie muzyka z odkurzacza.

*****

Było wczesne popołudnie, kiedy Aleję Jednego Dębu wypełnił kondukt pogrzebowy prowadzony przez karawan konny, do którego zaprzęgnięto cztery ogiery czarne jak noc, powożony przez pięciokrotnego zwycięzcę wyścigów karawanów. Łby końskie zdobiły oszałamiające pióropusze, bogatsze niż oglądane w cyrkach.

– Nasz wspaniały wynalazca z prochu powstał i w proch się obrócił. W ten sposób stał się bohaterem narodowym. To, że milczy, to niewątpliwy ewenement. – Komentowali po cichu wrogowie Sefardiego i pospolici złośliwcy, jakich nie brakuje w żadnym społeczeństwie. Wielu z nich sam sobie stworzył bezkompromisowymi wypowiedziami.

W ślad za powozem konnym sunął powoli wielki biały Rolls-Royce, jakiego nikt w życiu nie widział, antyk sprzed dziesiątek lat, cały oszklony, tak dziwny, że przechodnie zatrzymywali się ze zdumienia. Dziwił nie tylko sam pojazd, ale i potrzeba jego użycia, skoro był już jeden karawan. Na ulice wyległy setki ludzi; wszyscy wiedzieli o pogrzebie, informowały o nim tysiące klepsydr na słupach i tablicach ogłoszeniowych oraz anonse w prasie, radiu i telewizji. Wynajęty samochód był tak majestatyczny, jakby chodziło o pogrzeb króla lub cesarza. Była to siedmiometrowa limuzyna Spirit of Extasy, reklamowana jako „najbardziej elegancki, pojemny i dyskretny pojazd”, imponująca kształtem, bielą lakieru i parą wąskich pionowych drzwiczek z przodu nadwozia przypominającego pudło, oraz połyskliwym chromem uchwytów drzwiczek i kołpaków kół. Nieskazitelna biel maszyny agresywnie kontrastowała z czernią karawanu i koni.

 

Upalny dzień powszechnej radości. Groteska abstrakcyjna z serii „Szyderstwem w dyktaturę”.

Dzień 19 października okazał się bardziej upalny niż piec kaflowy mroźną zimą. Iwana Iwanowicza spotkałem na torach tramwajowych. Zagadaliśmy się, w ostatnim momencie uskoczyliśmy przed tramwajem. Uniknęliśmy nieszczęścia. To był dobry znak. Wdaliśmy się w rozmowę. Entuzjazm rozsadzał nam piersi. Wokół towarzystwo rozgrzane słońcem podobnie jak my. Jedna dziewczyna z nogami aż po pachy, ale to tak głęboko, że poza tym nie było widać nic więcej tylko głowę. Nogi miała ubrane we wzorzyste rajstopy, zakończone na dole długimi butami. Wszyscy domyślali się, że piersi też miała, ale nikt nie wiedział dokładnie gdzie. Ona sama na ten temat milczała.

– Czyste piękno – krzyknęliśmy zgodnie w tym samym momencie.

Na mężczyzn nie zwracaliśmy uwagi, to był inny gender. Bawiliśmy się jak dzieci. Od ręki zorganizowaliśmy Hyde Park przy chodniku, aby każdy mógł mówić, co mu się podoba. Zakazana była tylko polityka.

– W kraju i bez tego panuje zamieszanie. – Rzucił Iwan Iwanowicz z lekkością zjadacza tanich jabłek. – Słychać głosy, że robi to jakiś chudy facet i to podobno wysokiej rangi, Podejrzewam, że to wojskowy. Jego zwolennicy tłumaczą, że on nie kłamie, tylko nie mówi prawdy.

– Nagrywał się na taśmę, aby się przekonać, jaki naprawdę jest w słowach i w sumieniu. -Dodała przechodząca obok staruszka w okularach Hugo Boss Sunglasses Free Shipping. Wyglądała niebiańsko. Towarzyszył jej mężczyzna, niezwykle poważny, cały w czerni. Mówił, że prawdą jest, że niektórzy jego koledzy cudzołożą, a inni strasznie przeklinają.

– Ja sam tego nie robię. Najwyżej powiem k…a mać, ale to nie przekleństwo, tylko przecinek. Teraz inaczej nikt nie mówi, nawet dzieci. Czują, że rodzice lepiej rozumieją dziecko, kiedy używa brzydkich słów. Proste słowo nie porusza już nikogo.

– Każde dziecko na miarę złota! – Krzyknęła niewiasta pchająca przed sobą wózek z jarzynami.

To nam się podobało. Zaczęliśmy namawiać ludzi na ulicy, aby dziecinnieli, dla dobra kraju i ojczyzny. Chodziło nam o to, aby przestali być oseskami wyciągającymi chciwą rękę po obfitą matczyną pierś i świeże mleko, by w końcu spoważnieli, zadbali o rozum i zaczęli budować wielkie obiekty, porty lotnicze na tysiące samolotów i miliony dronów, oraz nabywali świeżość intelektualną opartą na tym, co mówią głosy u samej góry zalecające, aby oderwać się od bytów wyimaginowanych.

Nieoczekiwanie na chodniku pojawił się rumiany mężczyzna. Popatrzył w prawo, w lewo, uśmiechnął się rozkosznie i przedstawił się.

– Jestem Głowa. Stoję na czele wszystkiego. Jestem tu najważniejszy. – Jest źle – powiedział. Trzeba wszystkich poważnie ubranych ludzi zwolnić ze stanowisk.

– To chyba jakiś prezydent? Mówi tak dziwnie. Chyba nie myśli tego poważnie? Co on będzie nas straszyć? Czy my nie mamy własnego rozumu i nie wiemy jak się koła toczą? – Pytania padały gęsto jak wiosenny deszcz jesienią.

Okazało się, że był to prezydent Związku Wszystkich Nafciarzy.

– Co to za różnica, kim on jest?! Odezwały się głosy. – Taka Głowa to zawsze coś palnie, czy zrobi coś głupiego. To nieudacznik. Nie będzie nafciarz wciskać nam głupoty w brzuch. Niech się wreszcie weźmie do solidnej roboty, murarki, sprzątania, a nie jeździ tam i z powrotem. – Rozkrzyczeli się ludziska.

Zaraz po zniknięciu Głowy na chodniku pojawił się chudy osobnik w garniturze i okularkach w cienkiej oprawie. Zebrał się w sobie, zsynchronizował wąskie usta i zaczął obiecywać, że wkrótce będzie padać manna z nieba i żądał, aby ludzie patrzyli do tyłu, a nie do przodu jak koń. Swoją gadką tak wyprowadził z równowagi pasażerów wysiadających z tramwaju, że motorniczy krzyknął oburzony:

– Chudy cwaniaczku, co ty chcesz ukręcić? Lepiej byś przyznał się do grzechów przeszłości i wyspowiadał. Na dwóch koniach nie będziesz wiecznie jeździć. I Bogu świeczkę i diabłu zegarek!

Chudy wymamrotał spod okularów jakieś złe słowa, prawdopodobnie przekleństwa, bo powietrze zagotowało się wokół. Widać było po jego wykrzywionej facjacie, że nie zamierza do niczego się przyznawać i nie zrezygnuje z manii wielkości, która każe mu wmawiać innym, że wie najlepiej, gdzie kwitną róże.

Scenę skomentował duchowny podobny do pobożnej grubej szychy w filmie, który każdy ogląda z wyjątkiem tych, którzy nie wierzą w Boga.

– W kraju jest burdel i my to wiemy. Chodzi o naprawę, ale my nie mieszamy się do ideologii. Nam jest dobrze. Niech to rozstrzygną wybory.

– Jakie? Kiedy? – pytano. Nie umiał tego wytłumaczyć. – Nie będę mieszać się do ideologii. – Powtarzał.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 90: Tworzenie ideału kobiety. Umieranie.

Po doświadczeniach z rekonstrukcją Boga wedle swojej wizji, projektem niezbyt udanym, Sefardi postanowił stworzyć ideał kobiety. Zapisał się na warsztaty rzeźby postaci i charakterów. Nie musiał z nikim dyskutować swoich zamierzeń, wiedział, czego chce.

Nie musiał, ale dyskutował, ponieważ inni uczestnicy warsztatu, osoby obu płci, przyglądali się jego pracy, komentowali i zadawali pytania. Widzieli zalety i wady jego tworu. Kiedy z nimi rozmawiał, krystalizował swoje myśli.

– Sefardi! Co chcesz pokazać swoją rzeźbą idealnej kobiety: Piękno? Dobroć? Seksualność?

Pamiętał większość pytań. Powtarzały się. Najchętniej udzielał objaśnień uczestniczkom warsztatu, łatwiej mu to szło, bo temat dotyczył je bezpośrednio.

– Po pierwsze, ideał to kobieta chętnie oddająca się mężczyźnie, którego kocha lub choćby lubi, także rozsądna, nie przesadzająca w kryteriach i surowości ocen, która rozumie naturę mężczyzny, że jest popędliwy, nieporównanie bardziej niż ona, że kieruje nim żądza i namiętność. Kobieta idealna powinna akceptować tę namiętność, dostrzegając ją w jego oczach, ustach, rękach i w jego osobowości. Nie powinna dziwić się, że mężczyzna pragnie jej fizycznie nade wszystko, bo bez tego nie byłby mężczyzną. Co do wyglądu, to istnieje tylko jedno kryterium: musi być ponętna. Nie jest łatwo określić, na czym polega ponętność. Wyraża się ona przede wszystkich w oczach, ustach i uśmiechu oraz w biodrach, piersiach i nogach. Każda kobieta jest ponętna w inny sposób. 

Z kolegami z warsztatu mniej dyskutował, bo wiedział, że każdy ma swój własny ideał kobiety. Sefardiemu nie podobały się jedynie kobiety z wąskimi biodrami, ale rozumiał, że i one znajdują sobie partnerów, dla których są ideałami.

Kiedy już skończył swój projekt, tchnął w niego życie. Ideał ożył, ale chyba na krótko, ponieważ pozostał mu w pamięci w stanie niejasnego półuśpienia. Potem w życiu Sefardi ideały kobiecości pojawiały się już tylko fragmentami, jedna część doskonała, inna nieco mniej, czasem nawet fatalna. Były tylko przybliżeniem ideału, jaki nosił w głowie i w sercu. W późniejszych latach, kiedy rozwinął w sobie głębsze poczucie refleksji, doszedł do wniosku, że Isabela była pozytywnym wzorcem kobiecości, na pewno nie tak doskonałym, ale jednak.

Od kiedy ją poznał, obserwował ją uważnie. Raz przypominała mu pogodę, innym razem, ubiorem i zachowaniem upodabniała się do ptaka. Potrafiła mienić się tęczą, rozbłysnąć gwiazdami, to znowu ukryć się za kurtyną deszczu, czasem nawet w błyskawicach. Najbardziej imponowała mu jej solidność cielesna. Wyobrażał sobie, że jej przeciwieństwem jest chimeryczność ciała, coś, czego nie można dotknąć ani poczuć, co nie wprowadza mężczyzny w stan ożywczego pobudzenia.

*****

Połączenie leku na potencję i narkotyku zapewniało niesamowite wrażenia zmysłowe i seks pełniejszy i żywszy niż kiedykolwiek wcześniej. Mistrz miał w sobie energię młodego mężczyzny, nie odczuwał zmęczenia, widział wszystko przezroczyście, na niebiesko. W krytycznym momencie, bliskim końca aktu miłosnego, poczuł gorąco, duszność i rozpierające go ciśnienie. Krew zaczęła się w nim burzyć po wpływem podwójnej dawki viagry i extasy. Ogarnął go piekący ból, rozrywający klatkę piersiową i promieniejący w kierunku lewego ramienia, szyi, ręki i brzucha. Poczuł nudności i zimny pot na skórze, wszystko prawie jednocześnie. Nie odczuwał strachu przed śmiercią, miał to już przemyślane do głębi, ostatecznie rozliczył się już z życiem. Wiedział, co nastąpi. Serce waliło mu jak młotem, klatka piersiowa unosiła się i opadała z wysiłkiem, drętwiało lewe ramię. Z trudem utrzymywał się nad leżącą pod nim kobietą. Wstrząsnął nim gwałtowny dreszcz, serce biło spazmatycznie. Zdążył wyszeptać tylko:

– Przepraszam cię, Anastazjo, za tę niespodziankę. Wiem, jak działała kombinacja viagry i extasy. Wyliczyłem sobie dokładnie, chciałem umrzeć w akcie miłości. To mój ostatni raj. Studiowałem raj mahometański, też piękny, ale dopiero po śmierci. To tylko obietnica. Ja byłem bardziej rozważny,

Minione życie przewinęło mu się przed oczami, jaśniejsze niż światło dnia, bardzo wyraziście, klatka po klatce, czasem kilka klatek sklejonych w jedną dłuższą scenę. Właściwie to nie umierał, ale odchodził, nawet nie tak boleśnie, z wewnętrznym uspokojeniem, o które nigdy siebie nie podejrzewał, jakby za progiem miała zaraz otworzyć się strojna łąka z dzieciństwa i odpływowy rów z wodą i kaczeńcami, wśród których pływały karaski, linki i płotki zbiegłe z małego stawu ocienionego trzema olchami. Chwilę później naszło go poczucie niepewności; świadomość, że to co zrobił, to niezdarne i nieuzasadnione, może nawet karalne, naśladowanie Boga, jedynej doskonałości, jaką mógł sobie wyobrazić. W końcu zjawiła się zwyczajna ludzka niecierpliwość, użyteczna i niezbędna, kiedy trzeba skończyć fantastyczny zegarek lub poruszającą serce opowieść.

Umieranie, zapisywał to sobie na ostatniej taśmie wspomnień, nie wiadomo zresztą po co, było czynnością przyjemną i budzącą nadzieję. Wywołało pokusę pozostania na ziemi, trwającą tylko do momentu, kiedy zjawił się przed nim Stwórca, ogromny jak góra, mimo tego bardzo ludzki, jasnowłosy, gładko ogolony, jakby chciał się odmłodzić, co było nonsensem, bo nikt nie musi się odmładzać, kto jest wieczny. Wraz z nadejściem Stwórcy taśma świadomości urwała się z suchym trzaskiem, wyzwalając zapach róż, a zaraz po nim kwiatu pomarańczowego, który Sefardi kochał najbardziej. Umierając uśmiechał się jakoś dziwnie, półpoważnie, półchłopięco, trochę przekornie. Sekundę później padł martwy na ciało kochanki w jednoczesnym akcie miłości, rozliczenia się i pożegnania, o jakim marzył.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 59: Miłość i wolność na rozdrożu.

Spotkali się w biurze Anastazji Godano. Na ścianach wisiały wielkie kolorowe zdjęcia pogrzebów znanych osobistości i szarych ludzi.

– Mój zakład nie czyni różnicy między ludźmi, gdyż śmierć wszystkich traktuje jednakowo. Po prostu zrównuje – wyjaśniła właścicielka strzepując malutki kłaczek pajęczyny z ramy dużego kolorowego obrazu. Popatrzyła na Sefardiego gotowa wysłuchać, co ma do powiedzenia.

Opowiedział jej dziwaczne, nocne widzenie pogrzebu. Wysłuchała go z uwagą. Wolała, aby kolejny raz nie przekonywał jej do swoich racji. Poczuła zamęt w głowie i niepewność w kolanach, kiedy zdała sobie sprawę, że dla niej, kobiety doświadczonej boleścią setek pogrzebów jego plan był fanaberią, dziwacznym i niepotrzebnym pragnieniem wyrwania się ze społeczności, którą dobrze znał i która znała jego, i zburzeniem ich dobrego samopoczucia. Równocześnie była prawie pewna, że jego przykład utoruje drogę śmiałkom, że pojawią się oni wkrótce i pójdą w jego ślady. Jego plan nie naruszał dobrych zasad i wartości obywatelskich, obecnych od wieków, takich jak sprawiedliwość, wolność, uczciwość czy niezależność. Nikomu niczego nie odbierał, nikogo nie krzywdził swoją odmiennością. Zmieniał tylko formę pogrzebu, a nie jego istotę. Spojrzeli sobie w oczy i uśmiechnęli się równocześnie, łagodząc napięcie. Poczuli w sobie zdolność neutralizowania sytuacji, która każdej parze może wymknąć się spod kontroli.

Sefardi usiadł wygodniej na krześle. Chciał wytłumaczyć Anastazji i przekonać ją, że to tylko sprawa czasu, kiedy pogrzeby będą traktowane jak każda inna impreza rozrywkowa, mecz sportowy, koncert lub podobne widowisko. Tylko osoby, którym zmarły był bliski, będą traktować pogrzeb inaczej. Pozostali, dziesiątki, setki a nawet tysiące osób, będą oglądać go jak imprezę rozrywkową. Coraz więcej ludzi będzie to robić. Nie będą chcieli iść na pogrzeb, ponieważ będą mogli obejrzeć go w telewizji, na komputerze lub smartfonie. Chciał też jej powiedzieć, że on, Sefardi Baroka, ma szczególne prawa, ponieważ jest znanym wynalazcą i indywidualnością, tak jak rozumieją to Anglosasi, dla których jednostka wyróżniająca się z tłumu to ktoś niezwykły i ważny.

Pomyślał, że powinna zaakceptować jego plan właśnie dlatego, że przysługują mu specjalne przywileje, ludzie go szanują, wyróżniają, niektórzy nawet uwielbiają. Mógł pozwolić sobie na rzeczy, jakie innym nie uszłyby na sucho: być oryginałem, pozytywnym dziwakiem, podobnym do wybitnego malarza, który umieszczał nagie stopy w miednicy z wodą i siedział z kotletem na głowie w trakcie wykładu dla studentów. Akceptowano go, bo był geniuszem. Wprawdzie on, Sefardi, nie uważał siebie za geniusza, to jednak z pewnością był doskonałym zegarmistrzem i wynalazcą. Tego nikt nie mógł mu odmówić. Tyle razy go wyróżniano. Podsumował to głośno stwierdzając, że ma prawo zorganizować sobie pogrzeb, który będzie jak najlepsza powieść, po prostu fantastyczny.

Anastazja przyjrzała mu się uważnie. To, co mówił, miało ręce i nogi, było przekonywujące. Sama nie zrobiłaby tego, co planował, ale uznała jego prawo do ekstrawagancji.

– To nie wszystko – Sefardi poczuł w sobie siłę perswazji. – Bądźmy świadomi, że nastały czasy hedonizmu, życia dla przyjemności, choć nie wszyscy jeszcze przyswoili sobie ten pogląd. Wcześniej nie było to możliwe, bo ludzie byli zbyt ubodzy. Nie było ich stać na przyjemności. Dzisiaj jest inaczej i ja pragnę to wykorzystać.

– Co jeszcze wymyśliłeś, Sefardi? Dobrze to sobie poukładałeś w głowie, dorobiłeś ideologię. – Słowa kobiety brzmiały poważnie. Sefardi wyczuł w nich żal z odrobiną szyderstwa, delikatnego, mimo to zauważalnego.

– To nie jest ideologia, tylko obraz narastającej teraźniejszości. Wiesz, ilu na świecie jest miliarderów, tych, którzy mają ponad miliard dolarów? Nie milion dolarów, a miliard! Mnie wystarczy kilkaset tysięcy, aby zafundować społeczeństwu imprezę na cztery fajerki. To tylko kwestia wyobraźni i odwagi. Przez lata kochałem innych, choć oni mnie nie kochali, teraz pokochałem siebie. Czy to znaczy, że jestem egoistą? Absolutnie nie! Nie zaniedbuję rodziny. Zostawiam jej dużo, przede wszystkim prawa autorskie do moich wynalazków. I do sławy. Stoją za tym pieniądze, o których wiele osób mogłoby jedynie marzyć. Nie jestem egoistą, jestem najwyżej narcyzem. Kiedy przyglądam się sobie w lustrze, widzę buntownika, starzejącego się wesołka, zwariowany produkt współczesności. Taki właśnie jestem ja, Sefardi Baroka, i tak zamierzam pokazać się w telewizji, w prasie i w Internecie.

Sefardi zamilkł, czując, że za bardzo dał się ponieść uczuciom, przestraszył się, że wzleci jak nadęty balon. Wolał tego uniknąć, nigdy wcześniej tak się nie zachowywał, to nie był jego styl, nie leżało to w jego charakterze. Niepewny spojrzał na Anastazję. Jego oczy zdawały się pytać: – Co sądzisz o tym, kochanie?

Anastazja nie wyraziła żadnej opinii, zaakceptowała tylko to, co wyjaśnił. Wyglądała na przekonaną. Po chwili dodała niepewnie: – Mam tylko jedno pytanie. A co z tradycją? Zawsze podkreślałeś znaczenie tradycji. Chcesz teraz wyłamać się z niej?

– Nie! – odpowiedział. Jego oczy skierowały się w górę, jakby szukał tam pomocy lub kryjówki. Ręką oparł się mocniej o krzesło, przy który stał już od kilku minut. – Myślałem nad tym. Niektóre tradycje są dobre, inne są przegrane, skazane na stracenie. Nie niszczę żadnych tradycji, one same ulegają erozji pod presją czasu i zmian. Robię tylko wyłom w tradycjach pogrzebowych. To kwestia mojego, swobodnego wyboru. Mógłbym powiedzieć ludziom: Uznaliście mnie za celebrytę, więc teraz macie, co chcecie.

Niespodziewanie przerwał i zapytał ni z tego, ni z owego: – Co byś się napiła? Bo ja zafunduję sobie gin and tonic. Zaschło mi w gardle.

Anastazja nie wyglądała na zaskoczoną. Wybrała czerwone wino. Chwilę później doszły ją przekleństwa z kuchni, gdzie stała lodówka.

– Coś mu upadło lub wylało się – pomyślała, zastanawiając się, co to mogło być. Nie zdziwiło ją to, wiedziała, że nie znosił drobnych niepowodzeń, niezgrabności, jakie zdarzały mu się coraz częściej. Z rąk wypadały mu długopisy i sztućce kuchenne, wylewała się herbata z kubka, przewracał kieliszek z winem, on sam niespodziewanie uderzał ramieniem o framugę drzwi. Jego mózg prawdopodobnie źle oceniał odległość i zapominał, co miał zrobić lub czego nie robić. Sefardi wściekał się wtedy, wybuchał przekleństwami. Nie potrafił zaakceptować przejawów starzenia się. Rozumiał dobrze, że jest ono nieuniknione, ale nie mógł pogodzić się z nim także dlatego, że zawsze dbał o sprawność, chcąc zasłużyć sobie na łaskę dobrego samopoczucia, jakiej oczekiwał, a która nie nadeszła w rozsądnym wymiarze. Była to jedna z wielu przyczyn jego decyzji, pokazania sobie, ludziom i Bogu, że nie jest całkowitym nieudacznikiem, który się zjawia, kiedy dopada go depresja. Wrócił uśmiechnięty i wyraźnie zadowolony. Na tacy niósł dwa kieliszki.

– Z czego tak się cieszysz? – zapytała go Anastazja.

– Ze wszystkiego. Zaraz wypijemy za powodzenie, twoje i moje, jesteś przecież moją wspólniczką. Piję także za piękne udo, które obnażyło się spod sukienki.

– Ty bezwstydniku. Idź precz, szatanie! – Zaczęła śmiać się, radośnie, spontanicznie, jak dziecko. Jej radość, zupełnie nagle, bez ostrzeżenia, przeszła w szloch, bolesny spazm rozpaczy, kiedy zdała sobie sprawę, że stojący przed nią mężczyzna, który w krótkim okresie znajomości stał się jej niezwykle bliski, już wkrótce odejdzie na zawsze. Łzy pociekły jej po policzkach. Odwróciła się, aby ukryć rozpacz.

Sefardi widział jej ramiona wstrząsane płaczem, a chwilę potem żałosnym łkaniem. Chciał ją przytulić, pocieszyć, lecz powstrzymał się. Wytłumaczył sobie z niechęcią, że każdy musi przejść własną drogę krzyżową. Ta droga zawsze kojarzyła mu się z nieskończonym cierpieniem. I odkupieniem. Nie wiedział, czy miało to sens w przypadku kobiety, która go zrozumiała i zaakceptowała w chwili najtrudniejszej decyzji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych uczuć. Cz. 54: Sefardi udoskonala Boga

Było to w nocy. Po raz kolejny, boleśniej niż kiedykolwiek, Sefardi zdał sobie sprawę, że wraz z ostatnim oddechem całkowicie i nieodwołalnie straci wszystko, dom, rodzinę, wspomnienia, miłość, a nade wszystko świadomość i pamięć. Szok gasnącej świadomości był tak wielki, że zawył rozpaczliwie jak konające zwierzę. Było to tak potworne, że usłyszeli go wszyscy domownicy. Nawet Isabela, skłonna do krytyki Sefardiego, rano milczała jak grób, o nic nie pytając ani nie czyniąc najmniejszej wzmianki o jego zachowaniu.

Następnej nocy, po kolejnej próbie nawiązania kontaktu z Bogiem, ustalenia choćby śladu jego istnienia, Sefardi zbuntował się. Był to akt nieskończonej desperacji – buntu przeciwko wszystkiemu, w co wierzył i wiedział o Bogu, w całą prawdę istnienia. Kiedy już raz spojrzał na niego krytycznie, dostrzegł jego liczne zaniedbania. Pierwszym był moment przejścia człowieka z doczesności do wieczności, pojęć tak różnych w rozumieniu i znaczeniu, że nie sposób było je zaakceptować. 

To wszystko spowodowało, że Sefardi sformułował postulaty ulepszeń pod adresem Boga. Po pierwsze uznał, że śmierć człowieka powinna mieć bogatszą oprawę, odbywać się w poczuciu wzniosłości, dumy i zasługi, może nawet w poczuciu bohaterstwa, przy muzyce, i to takiej, którą odchodzący lubi, a nie byle jak, w łóżku, w domu lub w nędznym szpitaliku w stanie podłączenia do urządzenia respiracyjnego. Wyobraził sobie siebie, na wygodnej kanapie, opartego na wielkiej poduszce, w otoczeniu rodziny, z poczuciem dumy, w scenie wręczania mu orderu za udane życie. Chodziło o wzniosłość, dumę dobrych lat, poczucie, że odchodzi w chwale. Krew zaczęła mu żywiej krążyć, serce zabiło mocniej, poczuł skrzydła wyrastające mu u ramion, wznoszące go do najlepszych chwil i wspomnień.

Bóg, podobnie jak kobiety, zawsze sprawiał mu problemy. Nigdy nie mógł ich zrozumieć. Miał wrażenie, a potem nabrał przekonania, że ani On, ani one też go nie rozumieją.

Jego relacje z Bogiem psuły się przez lata. Nie było w tym nic gwałtownego, tylko stopniowe pogarszanie się, kroczek po kroczku. Kiedy Sefardi był dzieckiem, były one doskonałe: poważał i szanował Boga, w okresach świąt religijnych wielbił go, paląc świece, śpiewając nabożne pieśni i uczestnicząc w procesjach dookoła kościoła. Nie zdawał sobie wtedy sprawy, że jest to relacja jednostronna, że to on okazywał zainteresowanie i uczucia wobec Stworzyciela, ten natomiast pozostawał milczący, może nawet i obojętny, w najlepszym wypadku stonowany w okazywaniu mu zrozumienia.

W miarę upływu lat narastały w Sefardim żal i pretensje do Boga, nie jakieś tam znowu wielkie, może nawet bardziej żal i smutek niż pretensje o cokolwiek. Bolało go, że Bóg pozostawał obojętny wobec nadużywania Jego imienia przez ludzi, wycierania sobie Nim ust, niegodziwego powoływania się na Niego w drobnych sprawach, różne ludzkie bluźnierstwa, krzywoprzysięstwa i czynienie krzywdy bliźnim w chwilę po opuszczeniu kościoła.

– Wszyscy, w pierwszym rzędzie duchowni i politycy, wykorzystują Ciebie do głoszenia prawd, które prawdami nie są, do zwalczania swoich przeciwników, mamienia prostych ludzi, a Ty zachowujesz się, jakbyś tego nie widział i nie słyszał – tak wyglądały w przybliżeniu pretensje, jakie Sefardi zgłaszał Stwórcy w ciszy swojej sypialni, chłodnym ogromie kościoła czy niezmiernej zieloności lasu.

Po wielu latach, Sefardi zdał sobie sprawę, że Bóg w ogóle nie reaguje na jego myśli, słowa i prośby, jakby nie były do niego kierowane albo gorzej, jakby go w ogóle nie było. Czuł że obydwaj oddalali się od siebie coraz bardziej, że Bóg stawał się coraz bardziej niekonkretny, rozmywał się. W końcu, kiedy był najbardziej potrzebny, zostawił Sefardiego samemu sobie, na pastwę losu, zagubionego w niezdolności rozumienia spraw i ludzi, a nawet siebie samego. To ostatnie było najgorsze, ponieważ uniemożliwiało mu odczuwanie szczęścia. W końcu Stwórca pozostawił go w totalnej niewiedzy, co stanie się z nim po śmierci i jaki sens ma życie, skoro śmierć wszystko niweczy bez odrobiny namacalności, że coś istnieje po drugiej stronie.

Obojętność Najwyższego zradykalizowała Sefardiego. Nie bez wahań doszedł do wniosku, że Bóg nie jest doskonałością, choćby dlatego, że nieprzerwanie się ukrywa, jakby się wstydził, jakby był zbyt wielki i ważny, aby pokazać się w towarzystwie zwykłego człowieka, a co gorsza, że tworzył rzeczy niedoskonałe, wbrew temu, co o nim powszechnie głoszono. Stało się to oczywiste, kiedy zdał sobie sprawę, że sam jest wybrakowanym tworem bożym. To właśnie wtedy zawładnęły nim najgorsze uczucia: rozpacz, przerażenie i gniew.

Tak ważnych spraw Sefardi nie mógł pozostawić samych sobie. Był na to zbyt przedsiębiorczy i niezależny. Był przecież artystą, znanym wynalazcą i mistrzem. Podjął decyzję udoskonalenia Boga.

Pierwsze kroki były proste: przemyślał sobie kryteria, a następnie zapisał się na warsztat rzeźbiarski, aby nauczyć się podstawowych technik. Będąc teraz samemu twórcą, Sefardi nie ograniczał się, pracował na luzie, był kreatywny. Najpierw ulepił wzorzec z gliny i pozwolił mu wyschnąć. To był pierwszy krok – nadać Najwyższemu cechy fizyczne.

Na drugim etapie zdefiniował cechy osobowości, inaczej mówiąc psychiki Boga. To było bardziej skomplikowane i wymagało więcej czasu. Musiał dużo się naczytać i studiować.

Trzeci etap był najtrudniejszy; chodziło o nadanie Bogu cech duchowych, pierwiastków boskości. Sefardi uznał, że doskonalszy Bóg, niż ten jakiego znał, to taki, który komunikuje się – choćby raz na kilkaset lat – z ludźmi i przekazuje im cząstkę swojej mądrości, a przynajmniej nadziei. Eksperymentując, stworzył poemat o Bogu, krótki, kilkunastosekundowy, po części pochlebczy, ale nie za bardzo, aby poszerzyć swoją wyobraźnię twórczą.

Przyglądając się powstającemu dziełu, doszedł do wniosku, że forma fizyczna Boga nie ma większego znaczenia. Była to istota rodzaju męskiego, przeciętnego wzrostu, dobrze zbudowana, lekkoatletycznej muskulatury, przyjemna w widoku, taka, jaka generalnie ludziom się podoba, sprawia im przyjemność. Trudniejsze było nadanie Bogu cech ideału. Musiał to być ideał praktyczny, łatwy do zrozumienia, inaczej mówiąc, Bóg konkretny, dający się ogarnąć ludzkimi zmysłami. Nad tym myślał najdłużej.

Inni uczestnicy warsztatu przyglądali się jego pracy, oceniali ją, wyrażali wątpliwości, zadawali pytania. Sefardi nie pozostał obojętny. Objaśniał im wątpliwości i odpowiadał na krytyki, jak potrafił najlepiej.

– Co mi z Boga, którego nie mogę ogarnąć myślą, wzrokiem, słuchem czy jakimkolwiek innym zmysłem? Bóg musi być dostępny. Taki, którego można zobaczyć, posłyszeć, nawet dotknąć. Widzieć, że to on, a nie kto inny. Zwykły, a zarazem przerastający ludzkie możliwości i wyobraźnię. Bez takiego Boga ludzie szukają ideałów zastępczych, wodzów, dyktatorów, proroków.

– A co z Jego wiecznością? – Pytanie było zbyt oczywiste, aby się nie pojawiło.

– Bóg musi być niezniszczalny. To warunek konieczny. Może nie wieczny, ale odnawialny, zapewniający ciągłość istnienia lub choćby tylko pamięci. W przeciwnym wypadku ludzie go wykorzystają, będą starać się go unicestwić lub co najmniej ograniczyć. Jest w nas przecież dostatecznie dużo łajdactwa.

W końcu Sefardi podjął próbę ożywienia Boga. Tchnąć w niego życie – był to imperatyw. To jedno mu się nie udało. Zastanawiał się, dlaczego. Doszedł do wniosku, że wyłącznie dlatego, że nie ma narzędzi niezbędnych do dokonania tej sztuki: nie zna początku ani końca, czasu ani przestrzeni, nieskończoności. Rozumiał tylko skończoność ludzkiego życia. Ostatecznie uznał, że dopóki on albo ktokolwiek inny na ziemi, ludzkość jako zwierzęta myślące i czujące, nie zrozumieją tych pojęć, Bóg pozostanie dla nich niedostępny, a oni sami pozostaną zagubieni, ekstremalnie agresywni i niezwykle łagodni, raz głupi, innym razem mądrzy, nieskończenie dobrzy i krańcowo podli. To go uspokoiło. Od tego czasu budził się rano bardziej spokojny i wypoczęty.

Bóg stworzony przez Mistrza okazał się jak najbardziej prawdziwy. Kilkakrotnie zjawiał się w jego sypialni nocą i podejmował rozmowę. Nie były to łatwe rozmowy, ponieważ obydwaj zadawali pytania, na które druga strona nie chciała lub nie umiała odpowiedzieć. Zupełnie jak między ludźmi. Stwórcy podobało się to, że Sefardi nazwał go Bogiem uczłowieczonym. Był bardzo bezpośredni. Mówił zwyczajnym językiem, po ludzku.

– Dotychczas wznosiliście się w górę, w kierunku mego ideału, twierdząc, że jesteście podobni do mnie, na mój wzór i podobieństwo stworzeni, tego rodzaju dyrdymałki, które nigdy by mi przez myśl nie przeszły, patrząc czym mogą być ludzie, to znaczy zarówno wspaniałymi istotami jak i skończonymi łajdakami. Myślę o różnych Hitlerach, Stalinach, Pol Potach i podobnych kreaturach, których święta ziemia musiała i musi znosić. To z pewnością nie byłem ja. Co innego Bóg uczłowieczony: istota bliska człowiekowi, pozytywna, zrozumiała dla każdego, praktyczna na swój sposób. Nie lubię innych określeń, bo tracę na boskości. Dobrze mnie ująłeś.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 53: Spowiedź Sefardiego.

Wnętrze kościoła zaskoczyło wchodzącego chłodną ciszą starych murów i światłem kandelabrów zawieszonych wysoko w górze dla przypomnienia wielkości Boga i małości człowieka. Sefardi poczuł niezmierną powagę marmurowych rzeźb, ozdobnych gzymsów, tablic pamiątkowych o złoconych krawędziach oraz obrazów stanowiących jedno wielkie „memento mori”. Zdał sobie sprawę, że powaga i skupienie są częścią aktu spowiedzi i skruchy. Sceneria była ważna, podobnie jak w powieści. Ukląkł przy konfesjonale i czekał rozmyślając o pisarstwie. Było dla niego tym samym, co spowiedź w kościele: wyznaniem sumienia i aktem wiary autora, dzieleniem się sobą.

– Witam cię, synu! – ksiądz Terrano zaskoczył Sefardiego niecodziennym powitaniem.

W trakcie spowiedzi ksiądz zwracał się do wiernych „synu” lub „córko”. Brzmiało to śmiesznie zwłaszcza wtedy, kiedy ten „syn” czy „córka” byli starsi od „ojca”. Każde kolejne pokolenie wiernych szybko przyzwyczajało się do archaicznej formy spoufalenia. Dla Sefardiego, wynalazcy i pisarza, była to sytuacja zabawna jak i drażniąca, pobudzała jego wyobraźnię. Czuł się petentem wyznającym grzechy przed bożym urzędnikiem, który zadaje pytania i poucza. Spowiedź była dla niego teatrem z dwoma aktorami, formą dramatu, opartego na konwencji religijnej. Przypominała mu minioną dyktaturę, mającą ambicję ukształtowania lepszego społeczeństwa.

– Drogi Amizgao, spowiedniku i przyjacielu! – Słowa Sefardiego zabrzmiały górnolotnie i fałszywie. Nie zamierzał ich powiedzieć. Nie był to udany prolog spowiedzi. Poczuł się sprowokowany. Była w tym i jego wina – chęć pokazania się w roli utalentowanego improwizatora.

– Drogi Amizgao! – Wrócił do naturalności. – Znasz mnie dobrze. Zwracam się do ciebie bezpośrednio, w sposób naturalny jak do przyjaciela, bo nie chcę, aby moja spowiedź była czymś prostacko zwyczajnym, jak to kościół praktykuje wobec maluczkich. Dla mnie taka spowiedź jest przeżytkiem, bo wierni dziś nie potrzebują wyliczania grzechów.

Ksiądz, w pierwszej chwili zaskoczony inwokacją, odzyskał pogodę ducha. Nie mógł powstrzymać się, aby nie odpowiedzieć w podobny sposób. Odwrócił twarz w kierunku kratki, zza której dochodził głos Sefardiego, lecz słowa skierował do Boga.

– Panie, modlę się do ciebie. Oto klęczy przede mną człowiek, którego obdarzyłeś talentem, a on na tym żyznym gruncie wyhodował tupet. Wybaczam mu pychę tutaj, na ziemi i proszę, abyś ty wybaczył mu w niebie. Wiem, że bardziej niż spowiedzi potrzebna jest mu rozmowa, refleksja nad jego zagubieniem, która przyniosłaby ulgę jego niespokojnej duszy.

Ksiądz przerwał, aby zwrócić się do przyjaciela. – Witam cię, Sefardi. Nie martw się o formę powitania. Nie mogłem potraktować ciebie lepiej niż innych, choć zaliczasz siebie do wybrańców. Powiedz, czy nie jest to prawdą?

– Tak, to prawda. – Westchnął mężczyzna. Ale jest to zarozumiałość umiarkowana, nie ma w niej nadmiernej przesady ani kłamstwa. Cieszę się, Amizgao, że to ty mnie spowiadasz, a nie kto inny. Dlatego od razu przyznaję się do winy. Pomyślałem niesłusznie, że zechcesz spowiadać mnie wedle tradycyjnego wzorca, słowami zapożyczonymi z Ewangelii, a nie wedle prostych zasad komunikacji myślącej części społeczeństwa.

– Sądzisz, że ta druga część społeczeństwa nie myśli?

– Tak. Tak właśnie myślę. Nie muszę kłamać.

– Może i masz rację. Dajmy spokój przekomarzaniom. Staram się nie pytać ludzi, kiedy, ile razy i jak zgrzeszyli. Nie jest to potrzebne ani mnie, ani im, ani Bogu. Ważniejsze niż przyznawanie się do czegokolwiek jest zrozumienie siebie samego, swoich wad i słabości. Kiedy człowiek wierzący to potrafi, nie musi iść do konfesjonału, może wyspowiadać się sam, sobie i Bogu, skorygować swoje zachowania i jeśli trzeba, także wyznaczyć sobie pokutę. I może sam ją odbyć w więzieniu własnego serca lub wyjść na wolność, zależnie od wyroku. Jestem pewny, że to rozumiesz, bo masz wyobraźnię.

Sefardi z życzliwością odbierał słowa przyjaciela. Amizgao był księdzem, lecz mówiono o nim, że bardziej jest psychologiem niż namiestnikiem pana Boga, o którym na dobrą sprawę nikt nie miał najmniejszego pojęcia, jaki naprawdę jest. Przypomniał sobie, że w młodości ksiądz miał podobne marzenia jak on sam. Chciał być artystą; aktorem lub reżyserem. Obydwaj znali się od lat i szanowali.

*****

Ksiądz wysłuchał informacji o zamiarze Sefardiego wcześniejszego zakończenia życia, planie czterdziestu dni. Zareagował żywiej niż zawsze.

– Człowieku! Chcesz skrócić sobie życie, ale naprawdę nie rozumiem, dlaczego. Dlatego, że masz wyrzuty sumienia? To nonsens, bo wszyscy ludzie musieliby się pozabijać, gdyby myśleli tak jak ty. Czy oczekujesz, że udzielę ci dyspensy? Oznaczałoby to, że uczestniczę w eutanazji.

– Mam pełne prawo do podejmowania takiej decyzji. Dając mi życie, Bóg dam mi prawo dysponowania moim ciałem. Jedni niszczą je paląc papierosy, nadużywając alkoholu lub zażywając narkotyki, ja wybrałem swoją drogę.

– A co z duszą?

– Popełniając samobójstwo, nie zabijam duszy. Dusza jest przecież nieśmiertelna.

– Jesteś trudnym dyskutantem. Pozwól, że przedstawię ci moją opinię. Nieoficjalną, taką od serca. Jesteś tyranem dla siebie, choć pragniesz być Matką Teresą z Kalkuty, serdeczną, ciepłą i stanowczą w czynieniu dobra. Jesteś znanym wynalazcą, pisarzem i marzycielem, który spełnił marzenia, lecz wciąż marzy o więcej. Ta zachłanność aż wylewa się z ciebie. Mówię to na podstawie uważnych obserwacji. Jesteś zachłanny i niespokojny jak dziecko z ADHD, nadpobudliwe psychicznie i ruchowo, niezdolne do koncentracji, zakłócające natrętnym tupaniem sen sąsiadów z niższego piętra o godzinie szóstej nad ranem, kiedy nawet korytarze śpią. Nie czujesz, że jesteś chory?

Sefardi nie czuł się chory, lecz zgodził się w duchu, że słowa księdza zawierają sporo prawdy, która go męczy i utrudnia mu życie. Ksiądz kontynuował: – Ludzkie życie wedle zamysłu bożego ma być aktywne i sensowne. Ale nie może być wypełnione po brzegi. Mam wrażenie, że zjada cię nadmiar pomysłów. Czujesz się niespełniony. Z trudem wykonujesz dłuższą pracę, przeskakujesz z pomysłu na pomysł, zaczynasz kolejną sprawę nie kończąc pierwszej. A teraz skokiem na taśmę chcesz zakończyć całe swoje życie w ciągu czterdziestu dni! Uważam to za objaw chorobliwej ambicji i braku umiejętności zwykłego odpoczynku.

Sefardi nie przyjął słów księdza do wiadomości. Zbagatelizował je, pomniejszył. – Moja żona też tak uważa. Przypomniała mi ostatnio, że kiedy jeździliśmy na urlop, to ona zabierała ze sobą jedną książkę do czytania, a ja cztery lub pięć. – I żadnej nie kończyłeś. – Tak mi powiedziała.

– Nie ma lepszej diagnozy niż opinia kobiety, która zna ciebie najlepiej. To musi być dla niej męczące; patrzeć na fanaberie męża, którego energia rozłazi się bezproduktywnie w pięciu różnych kierunkach. Wybacz mi twarde słowa.

– Szkodliwości fanaberii, jak ją nazwałeś, nie da się łatwo ocenić. – Sefardi usiłował bronić się. Miał wprawę w roztrząsaniu błahostek. – Przyznaję, że jest to rzecz z pozoru niewinna i śmieszna, w gruncie rzeczy dezorganizująca, niepokojąca i bezproduktywna.

– Jaka jest korzyść z pięciu książek w walizce, jeśli w praktyce nic z tego nie wynika? Dlaczego to robisz? – Ksiądz zadał pytanie oczekując nie odpowiedzi, ale refleksji słuchającego. Zapadło milczenie. – Może on zasnął? Ciężko pracuje, to i może być zmęczony- ksiądz zaniepokoił się. – Czy nie myślisz czasem o zamordowaniu kogoś, Sefardi? – zapytał ni z tego, ni z owego, aby ożywić rozmowę. Spodziewał się, że zakwestionuje sens jego postępowania.

– Mnie? Prawie codziennie. Skończyłem z wynalazczością, jestem teraz pisarzem. Uśmiercanie to prawie mój zawód. Rozmowa zeszła na eutanazję. Sefardi zarzucił księdzu, że ucieka od tego tematu. – Co o niej sądzisz? – tym razem zamierzał uzyskać odpowiedź.

– To męcząca i bardzo kontrowersyjna sprawa. Ludzie patrzą na eutanazję i jedni widzą w niej tylko zło, drudzy tylko dobro. Zbrodnia dla jednych, akt dobroczynności dla drugich – wyjaśnił Amizgao. Nie zamierzał unikać tego tematu. To trudne zagadnienie.

– Czy chciałbyś porozmawiać ze mną o tym?

– Bardzo chętnie, ale nie teraz. Nie mogę. W kolejce do spowiedzi są jeszcze inne owieczki, które uparły się, że będą jadły trawę tylko z mojej ręki.

– Czy to dlatego, że inni spowiednicy oferują im siano?

– Nie bądź zarozumiały, Sefardi. Zadzwoń do mnie któregoś dnia, to umówimy się na rozmowę o eutanazji. Na pewno chcesz mieć głębszy pogląd w tej sprawie. Pisarze mają misję do spełnienia: edukacyjna, moralną, społeczną.

– Czy pisarz jest wybrańcem Boga?

– Jedynie dobry pisarz. Marny jest tylko grafomanem.

– Czy Bóg pogardza grafomaństwem?

– Tego to nie wiem, ale będę się modlić, aby mnie oświecił. Ty chyba grasz ze mną w jakąś sztuczkę, Sefardi? Nie ciągnij mnie za język, bo muszę już kończyć.

– To ja zakończę pierwszy. Poproszę o pokutę.

– Sam sobie ją zadaj! Sięgnij do sumienia i pomyśl, czy w ogóle jej potrzebujesz, czy też wystarczy ci tylko otrzeźwienie i kilka dobrych uczynków. Masz przecież plan czterdziestu dni czynienia dobra.

– Dziękuję ci, Amizgao.

– Bóg z tobą, Sefardi. Następna osoba, proszę. – Ksiądz wychylił się z konfesjonału, aby go słyszano. W kolejce były tylko dwie osoby.

– Coraz mniej ludzi uważa, że błądzi i popełnia grzechy. – Pomyślał i westchnął. Nie odczuwał braku chętnych do spowiedzi; uważał jedynie, że mówienie o sobie było formą terapii coraz bardziej potrzebnej ludziom zagubionym w społeczeństwie dobrobytu.

Michael Tequila w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p

Przypowieść o bagnie i pustyni (z serii opowiadań krótkich jak świst bicza)

W kraju zagubionym w buszu, na pograniczu wielkiego bagna i pustyni, gdzie handluje się mądrością i głupotą, łajdactwem i uczciwością, żył niezbyt rozgarnięty osobnik, którego zwierzchnik wioski zatrudniał na posyłki. Była to dla niego tak ważna funkcja, że uważał siebie za ważniaka. Tak też go nazywano: Ważniak, czasem także Umyślny, Posłaniec, Kurier lub po prostu Chłopak na posyłki. Nie miał najlepszej sławy, wielu uważało go za wiarołomcę i dziwkarza.

Pewnego jesiennego ranka Ważniak ogolił się, posmarował włosy brylantyną, ubrał się w co miał najlepszego, nowiutkie trampki i niebieski garniturek, i wyszedł na próg swojego szałasu, który zatopiony w ciszy i przyozdobiony promieniami słońca wydał mu się pałacem. Postał, pomedytował i udał się na przechadzkę. Po drodze zahaczył o lokalny kościółek, rządzony przez proboszcza kochającego nade wszystko wesołe towarzystwo i mocne aguardiente, dopóki mu zdrowie pozwalało. Ważniak wszedł do środka, aby się pomodlić. Rozmyślając nad swoją kondycją i marną reputacją, usiadł w pierwszej ławce i przysnął.

We śnie pojawiły się przed nim postacie, niektóre ze skrępowanymi rękami, inne z zaklejonymi taśmą ustami, w różnym wieku. Stały wokół, gapiły się w niego intensywnie i krzyczały: Parole! Parole! Przeraził się, bo nie wiedział, o co im chodzi, albo udawał, że nie wie, bo był wiejskim cwaniakiem.

– Gdzie? – Zawołał. – Jakie parole? Po co?

Na wszelki wypadek rozejrzał się wokół, czy jest tam ktoś, kto zechciałby mu odpowiedzieć, ale nikogo takiego akurat nie było pod ręką. Kiedy siedział zdezorientowany, usłyszał z dala mocny głos:

– Nie udawaj głupka, synu marnotrawny. Wiesz dobrze, o czym oni krzyczą. Nie denerwuj ich, bo cię wywiozą na taczkach. Przedtem odbiorą ci stopień generalski, zostaniesz szeregowcem, wcielą cię do wojska, zostaniesz zwykłym zupakiem, będzie zmywał garnki u tego dziwaka, twojego dobroczyńcy. Jak mu tam na imię? Taki mały, siwy! – Głos się zdenerwował.

– A! Ucieszył się Ważniak. – Chodzi o mojego opiekuna. Mojego zbawcę, wspomożyciela i dobrodzieja.

– No widzisz! – Ucieszył się głos z oddali. – Nie całkiem ci jeszcze rozum odebrało.

Ważniak konwersowałby z nieznajomym dłużej, gdyby nie modnie ubrana kobieta, szczupła, uczesana w kok, która go zbudziła szarpiąc za ramię.

– Idź już do domu, pijaku. Udajesz, że wiesz, co mówisz i co robisz. Nadymasz się jak żaba, mądrzysz się, udajesz geniusza. Ale sumienia nie masz nawet za grosz. Kim ty właściwie jesteś? – Tak się go zapytała. A jeśli tego nie zrobiła, to wielka szkoda, także dla niej.

Miniopowiadanie: Przebudzenie dnia sobotniego

Obudził się osnuty tajemnicą życia, w dniu pogodnym, niesłonecznym, z temperaturą dwadzieścia jeden stopni Celsjusza, nad morzem sinym od żyjątek, w przekonaniu, że był to cud, ponieważ równie dobrze mógł się nie obudzić. Przypomniał sobie, że ma na imię Adam, co go ucieszyło, bo przecież mógłby we śnie doznać nagłej amnezji, nie takie rzeczy się zdarzały dojrzałym osobnikom.

Wyglądał na dziewięćdziesiąt lat, miał siedemdziesiąt, metabolicznie plasował się w przedziale wieku pięćdziesiąt pięć – sześćdziesiąt. Oświadczyła mu to kiedyś dietetyczka, która mu również podała, ile tłuszczu ma w organizmie, ile tkanki chudej, a ile kości, wszystko to w cenie sto dwadzieścia za usługę wróżenia z wagi ciała i oczu, bez pokwitowania.

Był niewyspany, rozpędził to kawą pędzoną wrzącą wodą. Tak zaczął kolejny dzień. Postanowił cieszyć się nim jak mops, a może nawet i bardziej w zależności od energii, jaka spłynie na niego z kosmosu, bo przecież nie z głupiejącego coraz częściej ciała.

W nocy wstawał kilka razy, z obowiązków pęcherza i męskiej frustraty powiększonej jak ego rządzącego satrapy, osobnika niewiele młodszego, ale bardziej ambitnego i religijnego, wyrażającego swą pobożność myśleniem o niezmierzonej boskiej władzy i jej ludzkich wcieleniach.

– Niech mu zima lekką będzie – pomyślał Adam, choć nie życzył mu dobrze jako że nie przepadał za osobnikami poszukującymi własnego szczęścia kosztem szczęścia innych.

Odziedziczył on, Adam, nie satrapa, piekarnię położoną tuż obok, w której wypiekało się pieczywo na kolejny dzień życia, musiał wstawać i dopilnowywać, aby się nie przypaliło, bo wywoływało to płacz i krzyk nocny piekarki, stąd jego zmęczenie, ale nie tylko stąd, bo takie jest życie.

Zdążył zanotować tylko tyle; goniły go inne obowiązki, jakie przypadają ludziom do wykonania z naturalnego porządku życia jak i z własnej głupoty, która wraz z życiem dana jest przez Boga, w którego wierzył, jako swego biblijnego stwórcę, ale z coraz większą niepewnością co do jego konkretności.

Skrót recenzji opowiadań Michaela Tequili „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”:http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 39: Rozmowa o dojrzałej miłości

Temat miłości pojawił się zupełnie przypadkowo. Sefardi nie zamierzał podejmować z Isabelą dyskusji na ten temat. Sprowokowany jakąś jej uwagą powiedział, natychmiast uznając swoją wypowiedź za nieopatrzną, że dojrzałe kobiety uciekają od miłości cielesnej, zaniedbując rolę partnerską wobec mężczyzn, jaką dojrzała Ewa pełniła względem Adama, oraz potrzeby erotyczne własnego organizmu. Chciał jeszcze wyjaśnić coś o bezsensie zrzucania na ziemię nasienia przez Onana, o czym mówi Biblia, o samogwałcie popełnianym przez Adama, protoplaście wszystkich mężczyzn, kiedy był sam jak palec, lub kiedy Ewa gniewała się na niego, ale uznał, że jest to zbyt zawiłe. Księżyc tej nocy pędził po niebie egzotyczne chmury i Sefardi poczuł twórcze prawie poetyckie uniesienie, co wiązało go długą nicią ewolucji z pierwotnym Adamem, przypomniały mu się bezkresne łąki w raju, po których biegała roznegliżowana Ewa. Dał się unieść erotyce, wezbrała w nim fala męskości. Nie mając możliwości popłynąć na niej, zdeptał ją w sobie, popadając omalże w depresję. Kiedy zamilkł, zdając sobie sprawę, że powiedział coś, czego nie zamierzał mówić, Isabela go zaskoczyła.

– Z nikim o tym nie rozmawiałam, ale to mnie bardzo interesuje. Niech pan nie sądzi, don Sefardi, że jestem kobietą … zawahała się, aby dodać po chwili … zaściankową.

– Nie mam nic do dodania – odparł pośpiesznie Sefardi – oprócz tego, że kobiety w wieku dojrzałym, nawet te piękne jak jutrzenka w dniu, kiedy nastąpiło zbawienie, pozbawione męża lub partnera, zamiast znaleźć sobie mężczyznę, który by sprawiał im radość cielesną, przestają ufać mężczyznom i rzucają się w wir pracy lub niekończącą się opiekę nad małymi dziećmi. Niektóre przechodzą nawet do polityki, ucząc się słuchania i wygłaszania kłamstw, tak jakby było go za mało bez ich udziału. Sefardiemu coś się przypomniało, zdenerwował się i wypalił:

– Nie znoszę kłamliwych bab. Są gorsze niż schlany mężczyzna w rynsztoku.

– Zgadzam się z panem całkowicie, don Sefardi – skwapliwie przytaknęła rozmówczyni, ponownie zaskakując go swoją otwartością. Przyjrzał jej się uważnie i dopiero teraz zauważył, że była ubrana inaczej niż zazwyczaj, w luźny różowy strój. Wyglądała raczej skromnie w górnych partiach ciała, lecz bogato w dolnej części. Zdziwiło go to, bo inaczej ją pamiętał. Doszedł do wniosku kolejny raz, że jej biodra mogłyby zachwycić najbardziej wymagającego miłośnika kształtnych kobiet. Była przeciwieństwem modelek, obnoszących z dumą wygłodzone biodra i usychające uda.

Isabela niespodziewanie podjęła wątek zaniedbanej kobiecości. Chyba pragnęła i potrzebowała wypowiedzieć się na ten temat od dawna, gdyż mówiła śpiesznie, jakby bała się, że ktoś jej przerwie.

– Mam przyjaciółkę. Od piętnastu lat żyje samotnie. Ma pięćdziesiąt pięć lat, nie ma kota ani psa, za to dwójkę dorosłych, niezależnych już dzieci, córkę i syna. Zalecali się do niej różni mężczyźni. Ale co to byli za mężczyźni? Zjawił się taki jeden na wstępnej randce w kawiarni z teczką wypchaną dokumentami i opowiadał ze łzami w oczach, jaki to on jest dobry, cały majątek zostawił żonie i dzieciom i teraz szuka tylko miłości. Moja przyjaciółka od razu wyczuła, że on nie szuka miłości, tylko opieki, kiedy zdziadzieje i chciałby, aby ktoś się nim zaopiekował. Przegoniła go na cztery wiatry. To łachudra liczący na kobiecą dobroć – tak mi powiedziała. Potem żałowała swojej decyzji, bo on autentycznie był nią zainteresowany. Isabela przerwała i zamyśliła się. Kąciki jej ust zadrgały jakby podrażnione czymś szorstkim. – Teraz jakoś sobie radzi bez mężczyzny, przyzwyczaiła się. – Zakończyła, opuszczając wzrok. Być może zobaczyła coś na podłodze, może chciała przyjrzeć się swoim nowiutkim pantofelkom, być może było to zupełnie przypadkowe. Kiedy podniosła twarz, kąciki jej ust opadły, wyglądała na przygnębioną. Trwało to tylko sekundę. Po chwili jej twarz rozjaśniła się uśmiechem. Sefardi domyślił się, że opowiedziała mu swoją historię.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 38: Więź kościoła i państwa

Eminencja spotkał się ze współpracownikami. Miał wokół siebie tylko ludzi zaufanych, sam ich dobierał. Nosił się z pewnym zamysłem, pragnął podzielić się nim, potrzebował opinii. Chodziło o stosunki z państwem, o ich pogłębienie, nawiązanie cieplejszych kontaktów z rządem, zwłaszcza z gubernatorem. Idąc na spotkanie robił sobie podsumowanie. Gubernator Barras był osobą wierzącą, dobrej woli i co najważniejsze, był charyzmatycznym przywódcą. Arcybiskup był przekonany, że charyzma nie pochodzi znikąd, tylko od Boga. Od dawna z uznaniem obserwował postępowanie gubernatora. Był utalentowanym politykiem, miał osiągnięcia. Kiedyś trapiony wątpliwościami ontologicznymi, teraz dawał przykład głębokiej wiary. Regularnie uczęszczał na uroczystości kościelne, wyraźnie pragnął nadrobić zaległości.

– Moi drodzy! Co sądzicie o nim? – zadał pytanie po przedstawieniu sprawy. Starał się nadać swojemu głosowi ciepły ton. Eminencja był serdeczny szczególnie wobec młodych księży i kleryków. Dawał w ten sposób dobry przykład swoim potencjalnym następcom.

Zebrani życzliwie ocenili pomysł zwierzchnika.

– Tak, tak! Zgadzamy się z Eminencją w zupełności. Również popieramy – Padały głosy. Zgodność podwładnych ucieszyła Eminencję. Umocnił się w przekonaniu, że słusznie postępuje. Na przestrzeni lat rosło w nim przekonanie, że przyszłość kościoła jest związana z administracją państwa, z władzą. Pomyślał o udanych historycznych przypadkach kooperacji państwa i kościoła. 

Wieczorem, przed pójściem spać, Eminencję naszły myśli zalecające ostrożność. Nie wszyscy hierarchowie kościoła byli równie pozytywni jak on. Kościół miał swoją dynamikę. Przeważało jednak posłuszeństwo. Pomyślał jeszcze raz o Barrasie. Przypomniały mu się słowa kanonika Miguela, sekretarza osobistego.

– Eminencjo! Gubernator Blawatsky otoczył się ludźmi wierzącymi, jeden z nich jest podobno nawet mistykiem. Badam tę sprawę. Najważniejsze stanowiska w jego gabinecie zajmują ludzie wierzący i praktykujący. Są bardzo oddani gubernatorowi, podobnie jak panu Bogu. Razem przyjeżdżają na msze w niedzielę, przynajmniej dwa razy w miesiącu. Zapytałem ich, zachowując należną sprawie delikatność, dlaczego nie częściej. Tłumaczyli, że muszą wyjeżdżać w teren, aby umacniać wpływy partii i zwalczać tych diabłów z Partii Liberalnej, choć może nie wszyscy oni są takimi diabłami, jak ich malują, jak to się popularnie mówi, bo wielu należy do naszego kościoła. Co do ludzi gubernatora, to uważają, że jest on naznaczony przez Boga do poprowadzenia kraju ku wielkości. Aha! Coś sobie przypomniałem. To bardzo ważne. W doborze kadr gubernator kieruje się – oprócz religijności – także wysokimi walorami osobistymi: zdyscyplinowaniem, wiernością partii i lojalnością wobec gubernatora. Osobiście też uważam, że głównym źródłem jego natchnienia jest Stwórca.

– Głównym? Czy to znaczy, że są także inne źródła?

– Gubernator rozczytuje się w literaturze klasycznej poświęconej władzy i rządzeniu. Zrobiłem rozeznanie. Jego pomoc domowa spowiada się regularnie w naszym kościele parafialnym u jednego z wikariuszy. Sprawdziłem, kiedy przychodzi ona do spowiedzi i tak zorganizowałem obowiązki księdza, abym to ja był w konfesjonale, kiedy przyjdzie. Wasza Eminencja dobrze wie, że nigdy nie zdradziłbym tajemnicy spowiedzi, ale tutaj chodzi o sprawy wyższe. Nie jest zresztą grzechem ujawnić, co czyta gubernator, bo tajemnica nie dotyczy osoby spowiadającej się, tylko osoby trzeciej.

Eminencja był zachwycony dyplomatyczną rozwagą i zręcznością sekretarza. O dawna darzył go ciepłym uczuciem. Czasem miał wrażenie, że to bardzo ojcowskie uczucie. Pamiętał swego ojca i jego serdeczność, zwłaszcza, kiedy został księdzem. Rozmarzył się. Widział Miguela jako swojego następcę. Postanowił zastanowić się głębiej nad przyszłością sekretarza, kiedy już dojdzie do porozumienia z gubernatorem. 

– Razem przywrócimy wielkość ojczyźnie. – Myśl tę powtórzył z zadowoleniem kilka razy w ciszy sypialni, umacniając się w przekonaniu, że idą lepsze czasy.

PS. Produkuję się także (głównie aforyzmy) na www.twitter.com (wpisz w pasku wyszukiwarki na stronie: Michael Tequila)  

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 28: Obchody zwycięstwa nad reżimem

W dwudziestą piątą rocznicę zwycięstwa nad reżymem, w Afarze, stolicy Nomadii, odbyła się wielka demonstracja. Jej organizatorem była opozycyjna Partia Liberalna, popularnie zwana Liberą. Wygłaszano przemówienia.

– Zdobyliśmy wolność drogą pokojową, bez jednego wystrzału i bez rozlewu krwi. Nie roztrząsaliśmy win poprzedniego ustroju, nie rozliczaliśmy przeszłości. Uniknęliśmy rozdrapywania bolesnych ran. Dzięki temu mogliśmy skoncentrować się na pozytywnych działaniach. Było to wielkie osiągnięcie – pogodzić się z przeszłością, w duchu miłości bliźniego – przypominali przez megafony organizatorzy manifestacji.

Ugrupowania konserwatywno-narodowe uznały demonstrację za prowokację i zorganizowały kontrmanifestację. Obok siebie stanęli członkowie rządzącej Partii Konserwatywnej, Partii Narodowej, Partii Ojczyźnianej oraz patriotycznego ugrupowania Falanga. Reprezentowane były też organizacje religijne.

Na mównicę wstępowali po kolei przedstawiciele każdej z tych grup, ludzie głęboko wierzący w Boga, o wyostrzonej moralności, aby wyrzucić z siebie to, co leżało im na sercu. Przewodniczący Partii Konserwatywnej krzyczał unosząc w górę pięść:

– Rewolucja bez ukarania oprawców nie jest rewolucją. Tylko krew może oczyścić naród z win i pozwolić mu żyć w poczuciu sprawiedliwości. Tylko bezkompromisowa uczciwość, jaką nakazują Bóg i kościół, matka nasza, pozwolą nam zapomnieć o haniebnej przeszłości i zacząć godnie żyć. Żądamy ukarania winnych!

– Nie ufajmy liberalnym łajdakom! To cynicy! Mówią o wybaczeniu w duchu miłości bliźniego, a sami nie wierzą w Boga! – krzyczeli staruszkowie i staruszki o twarzach pociemniałych z gniewu i częstego przebywania w kościołach i na cmentarzach. Z niecierpliwością spoglądali w górę oczekując gromu z jasnego nieba, który wytłucze nędzników bezprawnie powołujących się na ich Boga.

W wystąpieniach demonstrantów padały słowa wielkie jak głazy: Bóg, honor, ojczyzna, wiara, prawda i fałsz, wzmacniane przez megafony. Pragnienie sprawiedliwości parowało z mówców i unosiło się nad tłumem. Głosy mieszały się i przenikały nawzajem, pogłębiając zamieszanie i niepokój. Poprzedniego dnia wieczorem, kiedy we wszystkich kinach rozpoczęto wyświetlanie „Czterech jeźdźców Apokalipsy”, nad miastami i miasteczkami kraju ukazały się złowróżbne znaki. W zacienionych miejscach ulic i placów widziano widmo strachu z otwartymi ustami i złowieszczo rozwartymi oczami.

O godzinie trzeciej po południu ruszyły naprzeciw siebie dwa pochody. Zwolennicy Libery nieśli transparenty i wznosili okrzyki. – Jesteśmy chrześcijanami. Nie dopuścimy do rozlewu krwi! Z drugiej strony placu pochód Partii Konserwatywnej skandował: – Nie chcemy zemsty, tylko sprawiedliwości! Rozliczmy morderców naszych ojców i braci!

Policja obawiała się niebezpiecznej konfrontacji podejrzewając, że demonstranci będą uzbrojeni w ostre narzędzia, petardy i inne środki wybuchowe. Komendant policji wysłał silny oddział, polecając dowódcy zatrzymać się w miejscu, gdzie spodziewano się spotkania obydwu pochodów.

– Macie zapobiec rozlewowi krwi. Inaczej wam nogi z dupy powyrywam! – czując na plecach brzemię odpowiedzialności był szczery aż do bólu. Zdawał sobie sprawę, że cokolwiek uczyni, będzie oskarżony o niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień służbowych. Nie obawiał się konsekwencji; był wiernym członkiem partii, która chroniła swoich ludzi przed krytyką opozycji niezależnie od okoliczności.

Starcia nie udało się uniknąć. Policja rozdzieliła demonstrantów i aresztowała osoby najbardziej agresywne; ich ofiary przewieziono do szpitali. Atmosfera w stolicy zgęstniała. Minister spraw wewnętrznych obawiał się dalszych zamieszek. Po głowie chodził mu najgorszy scenariusz: przerodzenie się zamieszek w wojnę domową.

Przesłuchania demonstrantów potwierdziły głęboki podział społeczeństwa. Okazało się, że ludzie uczyli się historii kraju z różnych podręczników. Obydwie strony były zgodne tylko w sposobie ocen sił i wydarzeń politycznych. O sobie mówili, że są obywatelami prawdomównymi i gotowymi do poświęceń dla ojczyzny jak Vasco Da Gama dla królowej Portugalii, przeciwników uznawali natomiast za ludzi zawistnych, roszczeniowych i nieodpowiedzialnych. Coraz więcej obywateli było przekonanych, że nastał okres buntu i desperacji.

 

Dzieje człowieka i narodu

Kiedy Bóg stworzył Adama i zobaczył, że jest on szczęśliwy, stworzył kobietę, aby poznał także, co to jest cierpienie. Kiedy naród poczuł się szczęśliwy, pojawił się Jarosław Kaczyński, aby mu przypomnieć, że Bóg nie tylko istnieje, ale i czuwa.