Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 191: Nowe inicjatywy rządu i kościoła.

Nie było pomysłu, którego rząd nie wziąłby pod uwagę, ani kamienia, którego by nie przewrócił, aby zachęcić kobiety i mężczyzn do prokreacji. Obszarem zainteresowania rządu stała się moda, ważna szczególnie dla kobiet. Ku zaskoczeniu gubernatora pierwszy na to wpadł kościół, zachęcając wiernych do zmiany strojów nocnych na koncentrujące się wyłącznie na prokreacji. Zgodnie z informacją Czarnej Eminencji sięgnięto po wzorce średniowieczne, koszule nocne z wycięciami na genitalia.

Chloé, par Jules Joseph Lefebvre

– Nagość to pojęcie trudne do oceny moralnej, drogi Barrasie. Sama w sobie jest przyzwoita, skoro tak zostaliśmy stworzeni przez pana Boga, a równocześnie nieprzyzwoita, skoro publicznie jej nie demonstrujemy. Koszule nocne propagowane przez nas to dawny wzorzec z czasów, kiedy obyczaje i prawo były bardziej skoncentrowane na potrzebach państwa i społeczeństwa niż na zaspokajaniu żądz cielesnych, nie wspominając demona rozbuchanego seksu i wulgarnej chuci. Dzisiaj potrzebujemy zmiany.

*****

Nowe środki podjęte przez rząd nie przyniosły rezultatów. Sytuacja stała się patowa. Żadna ze stron nie była w stanie uzyskać przewagi. Rząd zastanawiał się nad podjęciem drastycznych środków, które doprowadziłyby do przełomu w zachowaniach obywateli.

Babochłop rozmawiał o tym z gubernatorem i Eminencją. Było to tajne spotkanie. Mężczyźni ukryci za kotarami, nie widzieli siebie nawzajem. W razie wpadki mogli z przekonaniem twierdzić, że na oczy się nie widzieli. Był to pomysł Babochłopa. Gubernator zaakceptował go od razu, Eminencja z pewnym wahaniem, gdyż pomysł wydał mu się prześmiewczy w stosunku do konfesjonału, gdzie spowiednik i spowiadający się też pozorują, że się nie widzą.

Był tylko jeden temat rozmowy. Przedstawił go Czarna Eminencja.

– Nasze formy walki z odmieńcami są jałowe. Nic albo bardzo niewiele wskóramy stosując dotychczasowe metody. Palenie na stosie, inkwizycja i podobne brutalne metody – to nie na dzisiejsze czasy. Nie zmienimy ich przekonań w ten sposób. Musimy wynaleźć i spróbować coś innego. Przede wszystkim musimy zdobyć pełniejszą wiedzę o naszych oponentach, o ich sposobie myślenia i naturze, wiedzieć więcej o nich niż oni sami o sobie.

Uzgodniono, że policja podejmie próby przeciwstawienia odmieńcom ich naturalnych wrogów, środowiska antygejowskie, aby zdyskredytować przeciwników prokreacji.

– Ich trzeba nawrócić, bo większość z nich to ludzie zagubieni w swoich przekonaniach i w życiu. – Wygłaszając ten pogląd, Eminencja zaoferował usługi swoich najlepszych kaznodziejów. Przywódcy zdali sobie sprawę, że muszą uzbroić się w cierpliwość, że walka będzie dłuższa i trudniejsza niż przewidywali.

*****

Kościół generalnie niechętny odszczepieńcom na początku w ogóle ich nie krytykował ani nie dyskryminował, wręcz przeciwnie – domagał się dla nich wyrozumiałości i miłości.

– Sama skłonność mężczyzny do mężczyzny to nie grzech. W praktyce rodzi jednak grzeszny czyn, które jest już złem i dlatego wymaga potępienia – wyjaśnił Eminencja przy głośnym poklasku zgromadzonych księży.

Jakiś czas później, Eminencja zmienił stanowisko.

– Demokracja ma skłonność, zupełnie niezrozumiałą, do równania praw dewiantów z prawami uczciwych ludzi. Kościół zawsze potępiał odmienne orientacje seksualne i dlatego my też nie będziemy ich tolerować. Ich styl życia jest całkowicie sprzeczny z naturalnym popędem prokreacji, ich związki nic nie wnoszą, są jałowe. Oni nie tylko nie płodzą potomstwa, ale jeszcze gorszą bogobojnych obywateli.

Stanowisko kościoła poparły patriotyczne organizacje, zrzeszenia matron i dewotek, koła nowoczesnych gospodyń i podobne. Nowy duch ożywił rząd, kościół i postępową część społeczeństwa zatroskaną o przyszłość kraju.

*****

Na prośbę rządu, do walki z przeciwnikami prokreacji władze Afary uruchomiły lustra na Plaza Central. Wieczorami ukazywały się na nich zdeformowane postacie dewiantów, wyzwolonych kobiet oraz miłośników cyberseksu, szermujących hasłami wolności osobistej i sumienia. Występowali oni w różnych rolach: uczestników manifestacji publicznych, mówców na zebraniach lokalnych społeczności, nauczycieli, a nawet członków opozycji przemawiających w parlamencie.

W kościołach, na ulicach i na placach targowych pojawili się kaznodzieje z ognistymi wystąpieniami. Kiedy przemawiali, słuchaczom wydawało się, że ogień prawdy płynie z ich ust i wypala kłamstwa wszystkich zboczeń i zboczeńców. Słuchano ich chętnie, ponieważ mówili szczerze, umieli przekonywać, ceniono ich zapał. Ich energia udzielała się zwłaszcza ludziom wątpiącym i zdezorientowanym poglądami, że wszyscy są sobie równi a tolerancja jest cnotą.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y895884p

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 190: Biblia i nowa ofensywa rządowa przeciw zboczeńcom

Kolejne spotkanie gabinetu poświęcono homoseksualizmowi i homoseksualistom. Prowadził je Czarna Eminencja, który na wstępie zwięźle podsumował sytuację:

– Homoseksualizm od początku był potępiony przez Biblię, ponieważ zachowania homoseksualistów są sprzeczne z naturą człowieka. Nie po to Bóg stworzył Adama i Ewę, protoplastów ludzkiego rodu, aby ich dzieło zniweczyli zboczeńcy, dla których prokreacja jest równie obca jak szachrajstwo dla praworządnego człowieka.

Eminencja przedstawił historię walki z homoseksualizmem, po czym poprosił swego asystenta o prezentację filmu dokumentalnego „Sodoma i Gomora” opracowanego na podstawie przekazów biblijnych. Pokazywał on degenerację i rozpustę mieszkańców dwóch miast biblijnych, Sodomy i Gomory, ich pogardę dla praw boskich i ludzkich. Eminencja kilka razy robił komentarze, przerywając projekcję.

– Zostali za to ukarani śmiercią. Ich miasta dotknęła zagłada. Biblia i historia nie pozostawiają wątpliwości, że zboczenia należy zwalczać w sposób bezwzględny. W średniowieczu wiele państw i miast w Europie surowo karało homoseksualistów. Nie było dla nich wybaczenia ani litości. Święty Paweł, święty Augustyn i inni ojcowie kościoła potępiali ich, ponieważ rozwiązłość jest przeciwna prokreacji.

Pietro_della_Vecchia: Ojcowie Kościoła

W 390 roku Cesarstwo Rzymskie, gdzie chrześcijaństwo stało się religią państwową, ustaliło karę śmierci za homoseksualizm przez spalenie na stosie. Potwierdził ją i utrzymał sobór laterański w 1179 roku.

Wszyscy zauważyli ostry ton wypowiedzi Eminencji, sprzeczny z jego powszechnie znaną łagodną naturą opartą na wyrozumiałości i wybaczeniu.

Kiedy gabinet zebrał się na kolejną naradę, oparty o ścianę gabinetu czekał na nich wielki płaski przedmiot zakryty płótnem. Arcybiskup odsłonił go osobiście. Był to obraz „Zniszczenie Sodomy i Gomory” Pietera Schoubroecka.

Wszyscy studiowali go uważnie; rozpoczęła się żywa dyskusja. Członkowie rządu jakby przebudzili się; ich determinacja rozprawy z przeciwnikami prokreacji stała się oczywista. Mimo to zachowywali się wstrzemięźliwie w okazywaniu swoich uczuć. W najgorszym wypadku nazywali homoseksualistów pederastami, dewiantami lub odmieńcami, nie było w tym jednak pogardy dla człowieka.

– Uważam, że taki język jest dopuszczalny. Mam na myśli zachowanie wielu obywateli Nomadii, niekiedy bardzo znamienitych, którzy wyrażają się o homoseksualistach nieporównywalnie ostrzej, nawet wulgarnie, nazywając ich degeneratami, pedałami i ciotami. – Czarna Eminencja przypomniał, że Kościół Hierarchiczny nie popiera wulgarności, sytuację zagrożenia doskonale jednak rozumie i jest zdecydowanie przeciwny homoseksualizmowi, jawnie odrzucającemu świętą powinność opisaną w Biblii słowami „Idźcie i rozmnażajcie się”.

*****

Departament Walki z Odmiennością Seksualną powstał w niespodziewanie krótkim czasie. Na jego czele stanęła kobieta, która w wojsku doszła do stopnia pułkownika. Była zajadła wobec wszelkiej dewiacji od czasu, kiedy jej syn trafił do sekty – jej członków nazywała popaprańcami – i uległ deprawacji zostając homoseksualistą. Pułkownik miała wielkie nadzieje wobec syna i w żaden sposób nie mogła pogodzić się z nieszczęściem. Ogromnie pragnęła mieć wnuki. Wciekłość w niej aż kipiała i gubernator postanowił to wykorzystać. Ale i ona ze swą zaciętością a nawet furią niewiele wskórała. Wyszło to na jak już po miesiącu.

– Można ich aresztować, wsadzić do więzienia, zlinczować, nawet unicestwić, ale nie można ich zmienić. To jest absolutnie niemożliwe. – Wyjaśniła na pożegnalnym spotkaniu. Niepowodzenie przeżywała tak bardzo, że usiłowała popełnić samobójstwo. Po rozmowie z gubernatorem zrezygnowała ze stanowiska.

*****

Nie zmniejszyło to determinacji rządu, który ze zwiększoną siłą ponowił natarcie na odmieńców, cyberseksiarzy i kobiety wyzwolone. Już wcześniej Babochłop w rozmowie z ministrem spraw wewnętrznych wyraził gotowość podjęcia takiej ofensywy. Czekał tylko na sygnał, jakąś formę aprobaty, przytaknięcia jego planom, rozumiejąc, że rząd krępuje się oficjalnie zaakceptować drastyczne środki. Otrzymał taki znak.

Na pierwszy ogień poszli homoseksualiści i lesbijki, najliczniejsza grupa społeczna. Wkrótce rozpoczęły się procesy o organizację nielegalnych pochodów i spotkań oraz deprawację młodzieży. Nie wszystko odbywało się w świetle dnia. Nieznani sprawcy demolowali wnętrza domów najbardziej aktywnych homoseksualistów, podpalano ich samochody, upokarzano i zastraszano. Były też porwania i zniknięcia. Ofiary, którym udało się przeżyć, odmawiały udzielania informacji, gdzie były i co robiły, jakby zapomniały o swoich przeżyciach. Media donosiły o podpaleniach klubów homoseksualistów zwanych dla niepoznaki domami kawalerskich spotkań.

Rząd miał w zanadrzu plan przywrócenia podatku kawalerskiego zwanego bykowym, wymierzonego mężczyzn, niemających potomstwa. Zastanawiano się nad tym, czy wprowadzenie podatku nie doprowadzi do wylania dziecka razem kąpielą, ponieważ wielu samotnych mężczyzn nie będąc homoseksualistami popierało rząd w walce o ratowanie kraju przed zagładą demograficzną.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 189: Nowe inicjatywy i formy walki z antyprokreacjonistami

Rząd potrzebował rozpoznać przeciwników prokreacji, zrozumieć ich motywację i siłę. Nalegał na to Babochłop. Mówił jak wojskowy na polu walki, krótko i dosadnie.

– Musimy rozpoznać przeciwnika. To najprostsza taktyka wojskowa. Jeśli tego nie zrobimy, będziemy poruszać się po omacku. Tylko kret nie zgubi się w takiej sytuacji. Policja może to zrobić, ale zajmie to za dużo czasu, którego nie mamy. Rząd i kościół muszą wykonać to zadanie.

Jedynie badania poglądów i postaw antyprokreacjonistów mogły dostarczyć potrzebnej wiedzy. Jako narzędzie wybrano ankietę. Nie była obszerna, lecz dostatecznie wyczerpująca. Rozprowadzały ją państwowe ośrodki opieki zdrowotnej oraz prywatne kliniki i gabinety lekarskie. Wypełniającym ankietę oferowano wynagrodzenie w postaci bezpłatnego pakietu usług medycznych. Ludzie chętni ją wypełniali, tym bardziej, że rozumieli potrzebę pełnej oceny skutków Apokalipsy. Wynikiem ankiety był obraz postaw społecznych, kto i w jakim stopniu jest przeciwnikiem prokreacji.

*****

Rząd i kościół dysponowali w końcu wiedzą o liczebności, wieku, wykształceniu i innych danych obywateli przeciwnych prokreacji. Ankiety potwierdziły istnienie trzech dużych grup. Byli to prawdziwi sprawcy kryzysu, uznano ich za wrogów społeczeństwa.

Dyskusja nad wynikami ankiety wywołała burzę. Gubernator nazwał zwolenniczki dobrowolnej bezdzietności wściekłymi babami. Ministrowie podchwycili to określenie; szybko przyjęło się w urzędniczym żargonie. Było konkretne i dosadne. Doprowadziło jednak do konfrontacji z naukowcami, którzy określenie „wściekłe baby” uznali za nienaukowe, wulgarne, choć nie odmawiali mu pewnej trafności. Podobnie było w zbliżonej sprawie. Ludzi o odmiennej orientacji seksualnej gubernator nazywał dewiantami. Po sprzeciwie naukowców i liberalnych organizacji społecznych zaakceptował nazwę odmieńcy. Uznano, że jest to określenie mniej rażące. W jednym wypadku gubernator nie ustąpił nawet pod naciskiem swojego gabinetu. Chodziło o zwolenników cyberseksu, których uparcie nazywał „cyberseksiarzami”.

– Jednowyrazowe nazwy mają swoje zalety. Nawet jeśli nie są naukowe, łatwiej jest je używać. I tak wszyscy wiemy doskonale, o co chodzi.

Przeciwnicy brutalizacji języka nie mogli odmówić mu racji. Ustalono jednak, że w oficjalnych dokumentach będzie w użyciu określenie „zwolennicy cyberseksu”.

*****

W działaniach naprawczych rząd sięgnął głęboko do religii, historii i tradycji, traktując je jako źródła wiedzy i inspiracji. Można było tam znaleźć wszystko: kroniki sukcesów i klęsk demograficznych, przykłady, rozwiązania i wzory. Do współpracy zaangażowano wybitnych historyków, antropologów i biblistów. Wobec braku współczesnych wzorców, jak rozwiązywać problemy spadku przyrostu demograficznego, nie mogło być inaczej.

Czarna Eminencja, przeniknięty do głębi duchem Biblii, a wkrótce także gubernator, czerpali natchnienie śledząc wielkich bohaterów przeszłości, ich obyczaje, pomysły i symbolikę. Rozumieli, że każda cywilizacja opiera się na wcześniej wypróbowanych wzorach. Najchętniej sięgali do średniowiecza, kiedy ludzie wierzyli w Boga głęboko i autentycznie.

*****

Walka z odmieńcami okazała się dla rządu prawdziwym przekleństwem i mordęgą. Nikt nie miał pomysłu, jak ją skutecznie poprowadzić, co zrobić, aby nawrócić ich na prokreację lub co najmniej zneutralizować ich fatalny wpływ na męską część społeczeństwa. Czarna Eminencja też się nad tym intensywnie zastanawiał, co najmniej dwa razy naradzał się nawet z aktywem kościelnym. Czuł się podobnie jak gubernator. Wkrótce po nocach śnili im się dewianci, degeneraci i psychopaci, nadzy i wyuzdani, patrzyli mu w oczy, potrząsając członkami, a nawet zachęcając go do orgii. Były to okropne przeżycia; nie przyznawali się do nich przed nikim.

*****

Nocą z soboty na niedzielę gubernator przeżył koszmarny sen. Jego samochód zatrzymał się na leśnym parkingu. Gubernator wszedł do lasu, aby oddać mocz. Przeszedł kilkanaście metrów, kiedy otoczyli go nadzy mężczyźni. Było ich co najmniej kilkunastu, większość białej, niektórzy czarnej i jeden żółtej rasy. Byli prawdopodobnie pijani lub pod wpływem narkotyków, bo mieli przekrwione oczy i mówili niewyraźnie, niektórzy bełkotali niezrozumiale. Domyślił się, że to zboczeńcy, odprawiający w głuszy swój sabat. Widział ich nagość, czuł pot ich ciał rozgrzanych od pożądania i gorące oddechy na twarzy. Każdy z nich miał na szyi tabliczkę identyfikacyjną, określającą rodzaj zboczenia w języku nomadyjskim i po łacinie. To najbardziej przeraziło gubernatora; ta niesamowita rozmaitość zboczeń, jedno bardziej przerażające od drugiego. Stali i patrzyli na niego. Kiedy ich członki zaczęły się powiększać, gubernator przeraził się i zwymiotował. To go uratowało. Odstąpili od niego krzycząc, że wrócą, jeśli będzie ich nadal prześladować. Ich herszt, do którego zwracali się Herr Bober, wyrzucił z siebie na odchodnym:

– Następnym razem, jeśli nie dasz nam spokoju, ty alfonsie, urządzimy ci taką rzeź cielesną, że do końca życia będziesz nosić żelazny pas cnoty, do którego klucz sam wyrzucisz do rzeki, aby nie przyszło ci do głowy zdjąć tej ochrony siebie choćby na chwilę.

Od tej pory gubernatora prześladowała myśl, że koszmar się powtórzy. Było to przeżycie tak przerażające, że zdecydował się poprosić Czarną Eminencję o pomoc egzorcysty. Czekał tylko na stosowną okazję, kiedy będą sam na sam.

Po nieprzespanej nocy Gubernator drżał na całym ciele aż do przyjazdu do pracy. Na posiedzeniu rządu podkreślił, że walka z odszczepieńcami to priorytet narodowy. Było w nim tak wielkie napięcie i wzburzenie, że ministrowie zastanawiali się, czy przypadkiem nie ogarnęło go jakieś szaleństwo. On sam nie wiedział, co się z nim dzieje. Zaczął podejrzewać, że w grę wchodzi używane często przez niego słowo „priorytet”, brzmiące obco i twardo jak nazwa nieznanego kwiatu, pięknego, ale trującego i niebezpiecznego. 

*****

Zastój w walce z przeciwnikami nie mógł trwać długo. Trzeba było coś zrobić. Na pierwszy ogień poszli homoseksualiści. Była to najliczniejsza grupa, których przekonania i uczucia były jałowe prokreacyjnie. Blawatsky ich nie znosił i nie wahał się nazywać ich sabotażystami społeczeństwa. Zdecydował się publicznie ich potępić i napiętnować, wywołać pogardę dla ich postępowania i w ten sposób zmusić przynajmniej część z nich do zmiany orientacji. Przygotowując się do wystąpienia zapoznał się z tradycją walki z homoseksualizmem. Na jego polecenie ministrowie i doradcy przestudiowali literaturę fachową i odbyli konsultacje.

Przemówienie gubernatora było płomienne i oskarżycielskie. Mówca starannie dobierał słowa. Chwilami brzmiały one tajemniczo, zawierały aluzje, podteksty i niedopowiedzenia. Były jednak na tyle czytelne, że zebrani na Placu Centralnym mieszkańcy Afary domyślili się, że daje im i policji wolną rękę do stosowania nawet przemocy. Kiedy skończył, mruknął coś pod nosem. Minister spraw wewnętrznych zrozumiał to jako „Możecie ich nawet torturować i zabijać”. Nie zaskoczyło go to w ogóle; od pewnego czasu rosło w nim przekonanie, że w obronie kraju przed zagładą rząd ani patriotyczna część społeczeństwa nie muszą w niczym się ograniczać.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 188: Gubernator określa przeciwników prokreacji

Arcybiskup wezwał swoich podwładnych do podjęcia wszelkich wysiłków, aby nie dopuścić do zagłady Nomadii. Uznał to za podstawę pracy duszpasterskiej. Księżom niewywiązującym się z obowiązków zagroził wszystkimi karami: pokuty, upomnienia, interdyktu, suspensy, ekspiacji a nawet ekskomuniki; miało to postawić tamę zobojętnieniu wobec losów kraju. Zobowiązał ich też do intensywnej pracy nad wiernymi zdolnymi do prokreacji, lecz uchylającymi się od obowiązku, który nazywał świętym, w celu rozbudzenia w nich poczucia tej powinności.

Dla rządu kościół był rywalem w przeszłości. Kiedy podejmowano współpracę to albo z bezwzględnej konieczności, albo w zamian za przywileje lub inne korzyści. Strony reprezentowały wtedy zupełnie inne nastawienie, sam gubernator był zwolennikiem rozdziału państwa i kościoła. Teraz sprawy wyglądały inaczej.

*****

Najgorsze dla gubernatora było to, że mając nowego sojusznika, jego ludzi i środki, nadal nie wiedział, jak podejść do wyzwania, od czego zacząć, kogo przekonywać, a kogo bezpośrednio zwalczać. Dziesiątki pytań krążyło mu po głowie, nic twórczego nie przychodziło mu jednak na myśl z wyjątkiem fragmentarycznych, nieznaczących pomysłów.

Kiedy od niepokoju i napięcia doznał raz silnego zawrotu głowy, wstał od biurka i nerwowo krążył po gabinecie. Przechodząc obok posągu wychudzonej kobiety, symbolu karlejącej demografii, spojrzał jej w twarz i wtedy stało się coś niezwykłego – posąg rzucił się na niego. Gubernator odskoczył do tyłu, prawie upadł na plecy. Po chwili domyślił się, że musiał poruszyć dywan, na którym stał posąg. Przyglądając mu się z uwagą, doznał olśnienia. Pomyślał o kobietach, które nie chcą mieć dzieci. Były to feministki, kobiety wyzwolone, jednostki zarozumiałe i chorobliwie ambitne, samolubnie stawiające karierę zawodową nad macierzyństwo.

Skojarzenie okazało się bardzo użyteczne. Gubernator podszedł do tablicy i napisał: „Kobiety wyzwolone”. Krzyknął na sekretarkę. Zjawiła się prawie natychmiast. Poprosił o kawę z koniakiem, aby rozjaśnić umysł. Czekając na jej powrót chodził po gabinecie zastanawiając się, kto jeszcze wchodzi w grę. Nie zdążył udzielić sobie odpowiedzi, kiedy zadzwonił telefon. Domyślił się, że to sekretarka. Podniósł słuchawkę i nie czekając na reakcję warknął:

– Niech pani nic mi nie mówi ani o nic nie pyta, tylko wreszcie przyniesie mi tę cholerną kawę z koniakiem. I proszę wezwać do mnie seksuologa; nazwisko pani zna. Kobieta usiłowała coś wyjaśnić, gubernator jednak nie zamierzał jej słuchać.

– Proszę wysłać mój samochód i polecić natychmiast przyjechać. To sprawa wagi państwowej, niecierpiąca zwłoki. Musi przyjechać – stwierdził, ucinając konwersację. Sam dziwił się sobie, że zachował się tak obcesowo.

Słowo „seksuolog” wywoływało w gubernatorze skojarzenie ze zboczeńcami. Chwilę zastanawiał się, jak to inaczej sformułować, mruknął „oczywiście”, podszedł do tablicy i pod numerem dwa dopisał „Ludzie o odmiennej orientacji seksualnej”, po czym postawił dwukropek i zaczął dopisywać: geje, lesbijki, transwestyci i podobni. Jeszcze raz popatrzył i dopisał: Dewianci. Zdawał sobie sprawę, że jest to określenie niepoprawne politycznie, ale trafne i dosadne.

Sekretarka wniosła kawę i gubernator oderwał się od tematu. Pił kawę i myślał.

*****

Kiedy zapukano do drzwi, gubernator odczuł ulgę, jakby za chwilę przed jego oczami miał zjawić się cudotwórca lub jasnowidz zdolny rozwiązać wszystkie problemy. W drzwiach stanął seksuolog, z tyłu widoczna była sekretarka.

Gospodarz przeprosił gościa za wyrwanie go z łóżka i nie zwlekając wprowadził w temat, pokazując dwa hasła zapisane na tablicy. Poprosił o sugestie. Niecierpliwił się. Chciał mieć jak najszybciej możliwie pełny obraz. Uważał, że szybkie działanie jest kluczem do zwycięstwa.

Profesor prawie się nie zastanawiał. Dla niego sprawa była oczywista. Ożywił się, to był jego temat. Był szczęśliwy, że może przedstawić swoją wiedzę i to samemu szefowi rządu.

– Cyberseks – odpowiedział bez wahania, po czym uściślił: – Zwolennicy cyberseksu. – To produkt importowany prosto z Japonii – dodał, zaskakując gubernatora, który słyszał o tych ludziach, ale bardzo niewiele.

Gubernator nie wypowiadał się z obawy, że skompromituje się ignorancją. Żył sam i wszyscy wiedzieli lub domyślali się, że kobiety mało go interesowały. Niepokojąca myśl tkwiła nieprzerwanie w jego świadomości: gubernator, szef państwa, przywódca partii rządzącej, bojownik walki o prokreację, sam nie ma nic do zaoferowania społeczeństwu.

Po godzinie gubernator uznał, że czas kończyć spotkanie. Był zadowolony; udało mu się określić trzy grupy przeciwników prokreacji, trzy cele, na których mógł skoncentrować uwagę i energię. Był gotów uścisnąć gościa, pomyślał jednak, że mogło to być przyjęte opacznie. Była już noc i mężczyźni byli sam na sam. Aby wyrazić podziękowanie, poczęstował profesora cygarem. Drobny z pozoru gest został życzliwie przyjęty. Apokalipsa zrobiła swoje; na rynku brakowało prawie wszystkiego.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 187: Rząd państwowo-kościelny, oceny i perspektywy.

 Nadzieja.

Gubernator stał przy oknie i patrzył na rzekę. Jej brzegi coraz bardziej przypominały dziką dżunglę. W dali widoczny był most pochodzący jeszcze z czasów kolonialnych. Rzeka imponowała swoją wielkością i niewzruszonością, od czasu Apokalipsy także nieobliczalnością. Zamknął oczy, aby się skoncentrować. Nie czuł się już osamotniony, stał z nim teraz ramię w ramię arcybiskup Czarna Eminencja. Oczywiście gubernator mógł także wcześniej liczyć na wsparcie organizacji kościelnych i religijnych Pobożne Matrony, Związek Dewotów, Krucjata Przeciw Dewiantom czy różne towarzystwa różańcowe, ale to było za mało. Teraz miał potężnego sojusznika, Kościół Hierarchiczny.

Powstanie państwowo-kościelnego rządu ogłoszono dwukrotnie, prawie równocześnie: z ambony katedralnej oraz w parlamencie bezpośrednio po orędziu gubernatora o stanie państwa. Przemówienia transmitowały wszystkie stacje i kanały telewizyjne. Decyzję porozumienia gubernator podsumował wskazując synergię, wzajemne uzupełnianie się.

– Siłą rządu są środki materialne i finansowe oraz aparat administracyjny, siłą kościoła jest wiara w jedynego Boga.

Nie wszystkim obywatelom Nomadii podobała się idea takiej współpracy. Zadawano pytania, o co chodzi, o państwo religijne czy o kościół sprawujący rządy w kraju. Opinia publiczna opowiedziała się jednak w większości za wspólnym rządem. Zwolennicy państwa świeckiego zostali zepchnięci do defensywy. Zarzucono im defetyzm, wrogość wobec własnego narodu, faszyzm, wszystko, co najgorsze. Idea jedności państwa i kościoła zakwitła niby ogród rajski, źródło wiecznego szczęścia. Po świątyniach i na korytarzach budynków rządowych szeptano nawet o bliskiej symbiozie państwa i kościoła.

Sefardi Baroka nie bez rozterki doszedł do przekonania, że współpraca dwóch potężnych instytucji jest konieczna. I jemu udzielił się pozytywny nastrój większości społeczeństwa.

Nowy rząd wywołał najwięcej nadziei w kręgach biznesu najbardziej zagrożonych zanikiem prokreacji: producentów łóżeczek dziecięcych, wózków i wyprawek dla dzieci, sukni ślubnych, mebli dla młodych małżeństw, nie wspominając o parafiach, proboszczach i wikariuszach, dla których spadek zainteresowania ślubami i chrztami stanowił ciężki cios. Umiarkowana radość zapanowała, nie wiadomo dlaczego, także w kręgach wydawców magazynów pornograficznych, właścicieli domów schadzek, producentów skąpej bielizny i akcesoriów używanych do zabaw miłosnych, a nawet producentów prezerwatyw.

Bliskiej współpracy państwo-kościół nie poparły tylko partie opozycyjne.

– Nie przyłożymy ręki do matactw rządu, który najpierw rujnuje kraj beznadziejną polityką i zaniedbaniami, a potem udaje, że chce go ratować – oświadczył przywódca największej partii opozycyjnej, Sven Halabarda, o twarzy okraszonej uśmiechem spłoszonego zająca.

Nie przyniosło to korzyści opozycji. Jej popularność spadała na łeb na szyję, pogłębiając niepokój jej członków i zwolenników.

*****

Do pracy w rządzie Eminencja oddelegował dwóch pracowników ze swojego biura, zwalniając ich czasowo z obowiązków kościelnych. Otrzymali od niego instrukcję. Oprócz walki o prokreację ich powinnością było pilnować interesu kościoła, patrzeć na ręce współrządzącym, być przytomnym. Wytyczne wydały im się zbyt lakoniczne.

– Jak dla harcerzy. I to tych początkujących. – Ocenili szeptem między sobą. Oczekiwali czegoś bogatszego, przesłania zawierającego w sobie głębię słowa bożego Starego i Nowego Testamentu, nie śmieli jednak podejmować dyskusji z Eminencją. 

Rząd partyjno-kościelny był rozwiązaniem tak innowacyjnym, że naukowcy zaczęli szperać w historii poszukując wcześniejszych przykładów więzi sacrum i profanum oraz skutków ich działania. Znaleźli niewiele takich przypadków, wszystkie wydały im się prostsze niż nowatorski rząd Nomadii.

Nowy rząd ożywił w szczególności nadzieję tej części społeczeństwa, której na sercu leżało dobro ogólne. Wkrótce ujawniły się organizacje obywatelskie oferujące pomoc rządowi. Akcję pomocy sponsorował po cichu sam gubernator. Korzystając z pomocy policji doprowadził do tego, że dawni przeciwnicy podawali sobie ręce, aby wspomóc rząd. Wkrótce organizacje prorządowe zjednoczyły się tworząc Front Prokreacyjny. Jego członkowie rwali się do pracy, organizowano zespoły wolontariuszy, każdy chciał się pokazać z jak najlepszej strony. Spotkania i narady odbywały się jedna za drugą. Pierwsze spotkania Frontu Prokreacyjnego przebiegały dość chaotycznie, niektóre były wręcz burzliwie, tak różne były punkty widzenia. Czasem nie sposób było ustalić wspólnego stanowiska. 

*****

Współpracując na co dzień z Eminencją, gubernator stawał się coraz bardziej religijny. Rosło w nim poczucie, że im bardziej ulega wierze, tym silniejszy staje się jego rząd, ponieważ wiara w Boga była głębiej zakorzeniona w człowieku niż pragnienie dobrej władzy. Wkrótce procedurę posiedzeń gabinetu uzupełnił elementami praktyki kościelnej. Członkowie rządu modlili się przed każdym posiedzeniem, a kiedy nie mogli osiągnąć porozumienia wychodzili na zewnątrz, aby patrząc w niebo i śpiewając nabożne pieśni, trzymać się za ręce w poszukiwaniu znaku jedności i pojednania.

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 186: Czarna Eminencja i gubernator rozwijają współpracę

W końcu korytarza pojawiła się postać Czarnej Eminencji. Dziennikarz czekający w okrągłym saloniku Pałacu Biskupiego inaczej go sobie wyobrażał. Mężczyzna w habicie był pulchny, wyglądał na zniewieściałego. Zmienił opinię, kiedy duchowny energicznie uścisnął mu rękę i zaprosił do swojego gabinetu. Tematem wywiadu była prokreacja.

Eminencja był osobą wyjątkową, kaznodzieją niezmordowanym w głoszeniu chwały bożej i czynieniu dobra. W życiu i pracy kierował się Biblią, stanowiącą dlań najwyższe źródło prawdy. Był bezpośredni w kontaktach, miał ciepły głos i łatwo trafiał do serc. Uwielbiano go powszechnie, zwłaszcza ludzie starsi, którym okazywał najwięcej zrozumienia i pomocy. Lubili go słuchać nawet wtedy, kiedy ich opuszczał słuch i zawodziła pamięć, ponieważ docierało do nich wszystko, co mówił, zwłaszcza kiedy obiecywał im królestwo boże, a nawet jak go nie obiecywał, to przybliżał. Bardzo im to odpowiadało, jakby rozumieli, że żadne królestwo nie jest pojęciem jednoznacznym. Mówiono o nim nawet, że pewnego razu usłyszeli go i zrozumieli głuchoniemi, co zakrawało na cud. Z wdzięczności, że dotarł do nich z wzruszającą homilią, wpłacili poważną kwotę pieniędzy na odbudowę kolegiaty, gdzie głosił kazania. 

Eminencja był obecny wszędzie i zawsze, kiedy go potrzebowano.

– Zupełnie jak Bóg – mówili wierni, wpatrzeni w niego, kiedy łagodnie uśmiechając się opowiadał o życiu, śmierci i wieczności. Słuchali go tym chętniej, że potrafił skutecznie zwalczać diabły i demony, te z Biblii jak i żyjące na ziemi, czyniące największe zło.

Życzliwy dla wszystkich, Eminencja nie przepadał jedynie za poprzednim rządem, składającym się z głównie osób niewierzących. Rzadko ich widywał na niedzielnej mszy, klęczących, modlących się, pozdrawiających księży, wszystkich świętych i pana Boga. Oni też się Eminencją nie zachwycali. Wyrażali się o nim niepochlebnie, czasem nazywali go jakby przez roztargnienie Czarnym Upiorem zamiast Czarną Eminencją. Uznawał to za przesadę, ale wybaczał im to zachowanie.

– Nie każdy musi mnie lubić – mawiał. Tę niezrozumiałą pobłażliwość mieli mu za złe podwładni lepiej znający się na ludzkich charakterach.

Wierni uwielbiali go i gotowi byli rzucić się za niego w ogień. Porównywali go ze świętym Prokopem z Ustiuga, jurodiwym, szaleńcem bożym. Nie było to całkiem trafne porównanie, gdyż w odróżnieniu od Prokopa Eminencja nie jadł kiełbasy w post i nie tańczył z prostytutkami. Mówiono o nim jednak, że wzorował się na Prokopie, który „przez ascezę jurodstwa osiągnął głębię mądrości i na lekkich skrzydłach odleciał od burzliwego świata”.

 

*****

Po zakończeniu wywiadu Czarna Eminencja udał się do swego gabinetu, aby zrelaksować się chwilę w swoim ulubionym skórzanym fotelu. Czując, że może zasnąć, wstał i podszedł do podręcznego barku, gdzie stało wino mszalne i kilka butelek najlepszych alkoholi przeznaczonych dla gości. Nalał sobie kieliszek wina i wrócił do fotela, aby porozmyślać. Pozostawał chyba w telepatycznej łączności z gubernatorem, gdyż zobaczył jego twarz przed sobą. Wpatrywali się wzajemnie w siebie w milczeniu. Co najmniej w jednym byli podobni do siebie; obydwaj byli ambitnymi przywódcami.

Wieczorem rozmawiali ze sobą telefonicznie, a dwa dni później spotkali się, aby w cztery oczy dokończyć rozmowę. Obydwaj czuli, że połączenie sił umocniłoby ich pozycje, zwiększając równocześnie możliwości kształtowania rzeczywistości. Czarnej Eminencji marzyło się państwo hierarchiczne, którego rząd kieruje się naukami kościoła.

Spotkali się w domu parafialnym w cichej, leżącej na uboczu miejscowości, przytulonej do krawędzi mieszanego lasu, gdzie rzadko kto zaglądał. Gubernator dotarł na miejsce służbowym samochodem, wysiadł, wyprostował się i rozejrzał. Wielki stary kościół, budynek parafialny nieproporcjonalnie duży jak na skromną parafię, z boku ściana lasu. Wokół pustka, tylko wiatr szumiał w drzewach. Było cicho i tajemniczo, jakby z gęstwiny drzew i krzewów miały wyjść duchy i zacząć tańce.

Przywódcy zgodnie doszli do wniosku, że zbliżenie państwa i kościoła przyniesie krajowi niezaprzeczalne korzyści. Postanowili kontynuować prace nad szczegółami porozumienia. Na pożegnanie podali sobie ręce. Gubernator poczuł ciepłą, lecz mocną w uścisku dłoń. Zdziwił się, gdyż obydwaj poświęcali czas i energię sprawom służbowym, nie mieli więc czasu na pielęgnowanie kondycji fizycznej.

Zanim gubernator ostatecznie zaproponował Czarnej Eminencji stworzenie wspólnego rządu, myślał o współpracy na zasadzie eksperymentalnej „A nuż się uda! Zobaczymy ja to się ułoży!”. Rozmowy przebiegały tak pomyślnie, że pierwszy wyraził chęć puszczenia w niepamięć przeszłych nieprozumień.

– Jest to nasz wspólny interes, ponieważ mamy do czynienia z tymi samymi ludźmi: dla kościoła są to wierni, dla rządu są to obywatele.

Propozycja rządu została życzliwie przyjęta przez kościół.

– Ustalmy na zakończenie pewne zasady. – Zaproponował gubernator, starając się przewodzić od początku. – Spotykajmy się regularnie co najmniej raz na kwartał dla oceny sytuacji w kraju i uzgodnienia stanowisk wobec wyzwań. Niech to będzie nasze minimum.

Arcybiskup zgodził się. Był zadowolony z negocjacji i ustaleń. Uznał spotkanie za osiągnięcie.

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 185: Droga do współpracy państwa i kościoła.

Kiedy najlepszy katecheta Kościoła Hierarchicznego oficjalnie złożył rezygnację z pracy, Eminencja zaprosił go do siebie na rozmowę. Wyjaśnienia księdza zaskoczyły go.

– Zgłosili się do mnie dwaj ojcowie. Byli bardzo zdenerwowani. Jeden był ojcem dziewczyny, drugi ojcem chłopca z tej samej klasy. Ich dzieci spotykały się regularnie i zakochały się w sobie. Mężczyźni zapytali mnie, czego uczę ich dzieci. Zdziwiłem się, że zadają mi takie pytanie, ale wyjaśniłem: Uczę ich tego, czego naucza kościół od wieków. Przygotowania do życia w rodzinie. Zaprotestowali.

– Ksiądz ich uczy seksu dla przyjemności, a nie seksu dla prokreacji, aby mieli dzieci.

– Jednego nie da się oddzielić od drugiego – wyjaśniłem, na co oni powiedzieli, że to nie jest odpowiedź, bo ich dzieci bardzo się kochają, ale nie zamierzają mieć potomstwa.

– Do diabła z dziećmi. – Tak mi odpowiedziała córka. – Nie chcę zachodzić w ciążę. – To była odpowiedź jej ojca.

– A mój syn jest jeszcze bardziej przeciwny dzieciom. – To była odpowiedź drugiego ojca.

Mężczyźni trochę przestraszyli się tym, co mi powiedzieli i prosili mnie, abym nikomu nie wspominał o ich wizycie i rozmowie, bo wystawiliby się na krytykę i pośmiewisko.

– Rozmowa o dzieciach jest dzisiaj źle odbierana. Nikt nie chce mieć dzieci – wyjaśnił mi ojciec dziewczyny.

Potem mi grozili, że namówią do tego także innych rodziców, abym zrezygnował z uczenia o życiu w rodzinie, jeśli nie umiem zachęcić młodych ludzi do miłości, której skutkiem jest potomstwo, a nie fizyczna ekscytacja. Skończyło się tym, że odmówili posyłania swoich dzieci na moje lekcje katechezy twierdząc, że kościół swoim nauczaniem tylko sprowadza młodzież na manowce.

Eminencja po raz pierwszy w życiu nie wiedział, jak zareagować. Poprosił księdza, aby wstrzymał się ze swoją decyzją i dał mu czas do namysłu. Już w tym momencie wiedział, że jest to największe wyzwanie: Jak zachęcać obywateli do prokreacji, a nie do traktowania seksu jedynie jako źródła przyjemności. Postanowił naradzić się w tej sprawie z gubernatorem.

Gubernator okazał się bezsilny, nie miał żadnego pomysłu, co można zrobić. Wobec dramatycznej sytuacji demograficznej obydwaj przywódcy myśleli nawet o zastosowaniu przymusu, nie miało to jednak sensu.

*****

Gubernator i Eminencja obdarzali się grzecznościami niby bukietami kwiatów, starając się wzajemnie ocenić możliwości współpracą. Przychodziło im to tym łatwiej, że obydwaj byli dyplomatami, przeczuwali wspólny interes i rozumieli intuicyjnie więcej niuansów i zawiłości życia niż przeciętny obywatel.

Do przełomowego spotkania doszło przypadkowo. Czarna Eminencja spowiadał tego dnia wiernych w konfesjonale katedralnym. Nie było widoczne, kto siedzi w konfesjonale. Przejeżdżając w pobliżu, gubernator postanowił wpaść do kościoła, aby się pomodlić. Wewnątrz było pusto i cicho. Pomyślał, że jest to okazja, aby się wyspowiadać i podszedł do konfesjonału. Kiedy się zorientował, że po drugiej stronie konfesjonału siedzi Czarna Eminencja, pomyślał, że los stworzył mu wyjątkową okazję przeprowadzenia rozmowy. Sprzyjała jej atmosfera odosobnienia i niezwykłego spokoju, jaki zapewniają grube mury świątyni i bliskość opatrzności.

*****

O współpracy z kościołem gubernator myślał coraz bardziej serdecznie. Wyobrażał ją sobie w formie zbliżenia przywódców, podających sobie ręce ponad podziałami ideologicznymi, wzbogacającego liturgię kościelną odwołaniami do państwa oraz państwo modlitwą i ceremoniałem zbliżającymi je do Boga. Mogło to się wyrażać słowami wypowiadanymi w czasie mszy o znaczeniu państwa, władzy i ojczyzny. Brzmiało to pięknie w liturgii łacińskiej, rzadko już praktykowanej: Patria, Poder, Iglesia. Tak mu się to podobało, że pewnego dnia, kiedy zachodzące słońce ułożyło na niebie kolory flagi narodowej, usiadł na tarasie, aby delektować się szepcąc te słowa do siebie. Przenikały go, dostarczając tajemniczego przeżycia, nigdy wcześniej nie doznanego, o jakim mógł tylko czytać w jakiejś nadzwyczajnej powieści lub obejrzeć w osobliwym śnie.

Aby nie zapomnieć wspaniałości tych chwil zlecił namalowanie dwóch obrazów. Na pierwszym trzymał za ręce stojącego naprzeciw przywódcę Kościoła Hierarchicznego. Obydwie postacie ubrane były w zdobne złotem szaty władców średniowiecznego wschodu, ich twarze promieniowały radością. Na drugim stojący obok niego Czarna Eminencja wypowiadał nabożne słowa „Ojczyzna”, „Władza”, „Kościół”, ulatujące z jego ust chmurkami przypominającymi białe gołębice.

1Shares

Prywatna kronika Iwana Iwanowicza. Wyścig do Wielkiej Europy.

Drodzy Czytelnicy,

Przedstawiam próbkę tekstu powieści, której format, fabułę, styl, od kilku lat bezskutecznie staram się wypracować, aby była to dobra, interesująca i pouczająca lektura. Powieść ma formę kroniki opisującej w literacki, swobodny i nieco fantazyjny sposób to, co dzieje się wokół nas od roku 2015.

Będę wdzięczny za uwagi, komentarze, sugestie. Jeśli jest to coś zjadliwego (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), przekażcie link do tej strony swoim przyjaciołom i znajomym. Liczba wejść na stronę będzie najlepszym wskazaniem, czy moje wysiłki zasługują na kontynuację, czy też nie. Jest to ważne, ponieważ mogę poświęcić czas czemuś innemu. Mam co pisać, gdyż równolegle pracuję nad zbiorem opowiadań kryminalnych, który mógłbym opublikować jeszcze w tym roku.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Iwan Iwanowicz sprężył się. Myślał. Od dawna nic nie zapisywał w swojej prywatnej kronice, a przecież działy się w kraju ważne rzeczy. Zbliżały się wybory do parlamentu Wielkiej Europy. PPD, Partia Powszechnego Dobrobytu, wystawiła mocnych kandydatów. Iwan Iwanowicz uznał to za niezwykle ważne wydarzenie, ponieważ Wielka Europa, WE, od dłuższego czasu błądziła, tkwiąc w starym sposobie myślenia, zagubiona w świecie wielkiej polityki, wielkich mocarstw i nowoczesnych technologii. Trzeba było sprowadzić ją na właściwe tory i nikt nie nadawał się do tego lepiej niż PPD.

– Tyle trzeba jeszcze zmienić na naszym kontynencie. – Iwan Iwanowicz westchnął i przyciągnął do siebie klawiaturę, aby wreszcie zacząć pisać.

Nie wiedział jak zacząć. Chciał, aby pamiętnik był nie tylko wyczerpującym rejestrem ważnych wydarzeń krajowych i zagranicznych, ale także, aby zapisy były wykonane interesującym, rzeczowym i pięknym językiem.

Udział kraju w wyborach do parlamentu Wielkiej Europy postanowił przedstawić w formie opisu wyścigu koni. Lubił konie. Sam kiedyś myślał o kupieniu sobie wierzchowca do jazdy konnej. Jeździł konno od czasu do czasu, bardzo mile wspominał te chwile. Pierwszy raz jechał z duszą na ramieniu. Było to w Alberti, w Ameryce Południowej, gdzie był na dłuższej wycieczce, kiedy posadzono go na czarnego jak diabeł młodego, pełnego energii wałacha. – Iwan Iwanowicz rozmarzył się. Popatrzył w okno, aby oderwać się od ubocznych myśli. Starał się zdyscyplinować swój umysł. Wrócił do pisania.

PPD wystawiła mocną drużynę. Obserwował ostatnią fazę nominacji kandydatów na kongresie tej partii. Podobało mu się. Najbardziej poruszyła go pieśń „My ze spalonych miast, my z głodujących wsi” zakończona słowami, „Dziś niczym, jutro wszystkim my”. Słowa „Dziś niczym, jutro wszystkim my” stały się hasłem kampanii wyborczej PPD do parlamentu wielkoeuropejskiego. Iwanowi Iwanowiczowi nie podobało się, że opozycja wyśmiewała to hasło przeinaczając je na „Dziś niczym, jutro jeszcze bardziej niczym my”.

Iwan Iwanowicz był demokratą, nie miał nic przeciwko opozycji, ale to akurat nie podobało mu się. Nie było w jego stylu. Starał się być obiektywny, choć czasem było to trudne. Był tego świadomy. Po cichu najczęściej sprzyjał PPD. Nie można powiedzieć, że lubił Naczelnika Kukułę, szefa partii, ale z pewnością cenił jego charakter i cechy przywódcze. Słabość Iwana Iwanowicza do PPD stała nieco w sprzeczności z jego deklarowaną obiektywnością. Nic na to nie mógł poradzić.

– Nie ma sensu wyzbywać się pozytywnych uczuć, muszę tylko pilnować się, aby nie wpływały one na obiektywność moich zapisów kronikalnych. – Tłumaczył sobie.

Jeszcze raz popatrzył w okno, jakby stamtąd miała nadejść wena i koncentracja. I rzeczywiście, myśli zaczęły mu się układać w logiczny ciąg słów i wyrażeń.

W bieżącym zapisie postanowił przedstawić listę kandydatów PPD do parlamentu wielkoeuropejskiego. To oni mieli zmienić Wielką Europę, wykuć jej nową jakość, dać jej przykład, jak się organizować, jakimi wartościami się kierować, jak rządzić. Zaczął od najważniejszej kandydatki, byłej premier. Notował.

Zaza Urala. Twarda sztuka, choć z wyglądu przypomina pulchną właścicielkę gospodarstwa rolnego sprzedającą na rynku rąbankę.

Tak o niej pisali złośliwi internauci. On nie podzielał tej opinii, bo była premier cieszyła się wielkim poparciem społecznym. Ludzie utożsamiali się z nią. Była taka sama jak oni. Rumiana na twarzy, prosta, bezpośrednia, niezwykle uczciwa, chętnie dzieląca się z innymi. Co więcej, znała doskonale język angielski i niemiecki. Obydwu języków uczyła się sama nocami. Iwan Iwanowicz widział i słyszał wielokrotnie w telewizji, jak sprawnie i z jaką swadą rozmawia z dziennikarzami zagranicznymi. Spotykała się także z prezydentami, monarchami i innymi znanymi ludźmi. Było pewne, że umie poruszać się po salonach wielkiej polityki. Było to ważne dla kraju.

Iwan Iwanowicz przerwał stukanie w klawiaturę, pomyślał chwilę i pisał dalej.

To ona pierwsza wyprowadziła sztandar Wielkiej Europy ze swego gabinetu, aby uświadomić obywatelom, że każdy kraj ma prawo do protestu. Jej odważny gest został bardzo dobrze przyjęty przez inne kraje członkowskie. Zyskaliśmy wielkie uznanie. Inni premierzy też zaczęli wynosić ze swoich gabinetów sztandar WE, co wstrząsnęło tą organizacją od podstaw. Po raz pierwszy władze Wielkiej Europy przyznały, że wymaga ona zmian. Urala przedstawiła stosowne propozycje. Rozpatrzono je na posiedzeniu parlamentu WE; w głosowaniu przeszły prawie bez zmian. To był wielki sukces.

– Tak. Zaza Urala to nasza wielka nadzieja. – Pomyślał Iwan Iwanowicz, ale nie zapisał tego. Uznał, że byłoby to wyrazem jego osobistych odczuć, a chciał pozostać obiektywny.

Na dobro Urali zapisał też jej zwycięstwo w wyborach przewodniczącego Wielkiej Europy. Dzielna kobieta sprzeciwiła się premierom dwudziestu siedmiu krajów i tak długo ich przekonywała, aż zdobyła poparcie większości. Wystawiono nowych kandydatów. Zajęło to dodatkowy miesiąc, ale udało się. Przeszedł kandydat wytypowany przez jej rząd i zatwierdzony przez Naczelnika Kukułę. Później jednak, z niezrozumiałych względów, zorganizowano drugie głosowanie i na przewodniczącego wybrano Dona Rudobrodego, co do którego Naczelnik Kukuła miał poważne zastrzeżenia.

Naczelnik był w kraju i w PPD postacią pierwszoplanową. Mąż stanu, patriota do szpiku kości, grał pierwsze skrzypce w życiu publicznym. Opanowany do granic przyzwoitości, wyważony, szanujący opozycję, zatwierdzał wszystkie ważne decyzje partii. Nie to, że musiał, czy też oczekiwano tego od niego. Po prostu członkowie PPD mu wierzyli, jego intuicji i doświadczeniu. Był dla nich ojcem. Ubóstwiali go. Siwy jak gołąb, lecz wciąż silny jak tur, przypominał słynnego Che Levarę, rewolucjonistę, ideologa i pisarza, który stworzył własną oryginalną formę wojny partyzanckiej (foco guerrillero) prowadzonej przez chłopów. Naczelnik Kukuła też stworzył coś podobnego, z tym, że jego preferowaną formą walki była wojna domowa prowadzona przez masy ludowe wsi i małych miasteczek oraz wielkomiejski proletariat. Niektóre z przydomków, jakimi obdarzono Che Levarę, jak Żagiew Sprawiedliwości, Gwiazda Zaranna Uciśnionych, Ostrze Rewolucji czy Pomnik Nieustraszony, używano teraz w stosunku do Naczelnika Kukuły. Podobnie jak w przypadku Levary pisano też o nim wiersze. Ministerstwo edukacji organizowało w tym celu konkursy w szkołach. Rodzice powszechnie domagali się tego.

Dla uczczenia zasług Naczelnika Kukuły społeczeństwo kraju złożyło się na budowę dwóch wielkich wież w stolicy. Były to wspaniałe konstrukcje: kilkaset metrów wysokości, okrągłe, jasnoniebieskie kolory szkła i stali. Na szczycie wież miał być umieszczony jego podwójny wizerunek. Jeden to on sam, en face, drugi to jego słynny sobowtór, z profilu. Przejściowo budowę wstrzymano, ponieważ wybuchł spór prawny o niezapłacone faktury. Pisano też, że naczelnik Kukuła był osobiście zamieszany w budowę wież, wydając polecenia architektowi, kierownikowi budowy oraz inwestorowi głównemu. PPD twierdziło, że to oczywista bzdura, opozycja, że prawda.

Iwan Iwanowicz przeczytał uważnie cały tekst, poprawił co nieco. Zapis wydał mu się sensowny. Postanowił skończyć wieczorem. Musiał jeszcze wyjść na spacer. Robił to codziennie, aby utrzymać się w formie.

– Mens sana in corpore sano. – Westchnął, ciesząc się, że pozostała mu jeszcze dobra pamięć. Przypomniał sobie, co zdarzyło mu się w środku nocy i zadrżał. Nie mógł odtworzyć w pamięci nazwiska autora książki „Przygoda z owcą”. Wstał z łóżka i sprawdził hasło „Alzheimer”. Czytał z pół godziny, tak go to wciągnęło; w końcu uspokoił się. Dopiero wtedy przypomniał sobie autora: Haruki Murakami.

Wyjątkowo korzystne ceny książek w księgarni Taniaksiazka.pl . Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 184: Statystyka prokreacji, ocena strat, niepokój gubernatora i homilia Czarnej Eminencji

Pod naciskiem gubernatora naukowcy wznowili poszukiwania statystycznych wyjaśnień zaniku prokreacji. Gubernator był przychylny tym wysiłkom w przekonaniu, że nic nie daje głębszego zrozumienia postępowania społeczeństwa niż liczby. Pierwsze odkrycie okazało się żenująco proste: im wyższe ktoś miał wykształcenie, tym łatwiej i chętniej rezygnował z potomstwa. Było to zaskoczeniem, gdyż ujawniło postawy, których nikt się nie spodziewał. Po Apokalipsie ludzie chcieli żyć inaczej, uważając, że życie ich nauczyło, że są dostatecznie już mądrzy, aby nie dać się ogłupiać dzieciom i niezliczonym obowiązkom z nimi związanym. Czasem dodawali – jakby usprawiedliwiając samych siebie – że dzieci można mieć, ale niekoniecznie od razu, tylko później.

– To bardzo racjonalna postawa. Po co nam teraz dzieci, jeśli otacza nas ocean innych możliwości ciekawego i dobrego życia. Odłożyć dzieci w czasie, a może i w ogóle z nich zrezygnować. Dobre stanowisko, duże pieniądze, władza, towarzystwo, podróże są bardziej atrakcyjne i ważniejsze. – takie były postulaty wykształconego społeczeństwa. Podobnie argumentowali ludzie zamożni, ceniący sobie wygodne życie i chętnie oddający się rozrywkom. Dzieci stanowiły dla nich obciążenie, ponieważ uniemożliwiały lub co najmniej utrudniały oddawanie się bibkom, hazardowi, flirtowaniu, grillowaniu i oglądaniu telewizji nie wspominając egzotycznych podróży.

Mniej wykształceni rodzice okazali się statystycznie najlepszymi gwarantami rodzicielstwa. Potwierdzały to liczby: im niższy był poziom wykształcenia, tym więcej ludzie mieli dzieci. Wynikał z tego wniosek, aby przynajmniej czasowo nie zachęcać ludzi do nauki, zwłaszcza na wyższym poziomie, bo to zmanieruje ich odczucia rodzicielskie. Rząd czerpał z tego pewną otuchę; oszczędności w szkolnictwie ułatwiłyby finansowanie programów rozwoju prokreacji.

*****

Z inicjatywy gubernatora opracowano statystykę strat w ludziach i majątku. Najwięcej ludzkich ofiar, ponad czterdzieści procent, pochłonęły powodzie. W drugiej kolejności, było to prawie trzydzieści procent, zabrała susza i związana z nią klęska głodu, kolejne dwadzieścia procent zgonów spowodowały epidemie. Pozostałe dwadzieścia procent miało inne przyczyny: pożary domów i upraw, osunięcia ziemi, także samobójstwa i zabójstwa. Ludzie wpadali w amok i zabijali siebie lub innych. Wiele osób zaginęło; ich liczbę szacowano na dziesiątki tysięcy. Straty materialne szły w miliardy dolarów. Dane były tak przygnębiające, że gubernator, po naradzie ze swoim gabinetem, zdecydował się ich nie ujawniać.

– Nie możemy dobijać społeczeństwa – stwierdził, zdając sobie sprawę, że nie ominie go wściekła krytyka ze wielu stron, posądzenia o ukrywanie prawdy i chęć fałszowania danych.

Po dwóch dniach, po przemyśleniu sprawy, zmienił opinię. Zdecydował się sztucznie powiększyć rozmiary Apokalipsy. Miał w tym interes: wyolbrzymić skalę nieszczęść do tego stopnia, aby całkowicie porazić ludzi i łatwiej zyskać akceptację zastosowania środków nadzwyczajnych. Wyobraził sobie, że kiedy będzie podejmować trudne decyzje, wykazując niezłomność charakteru, zasłuży na powszechne uznanie jako zbawca narodu. Nadludzki wysiłek, jaki podejmował i ogrom wyzwań, doprowadziły go do tego, że coraz częściej na jawie śnił o królestwie. Jego marzenia miały aż nadto uzasadnień w historii, do której sięgał jako źródła wiedzy i doświadczeń. Widział w niej wielkie postacie faraonów, wodzów i kapłanów, którzy zasłużyli sobie na wielkość właśnie w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. 

*****

Barras po raz drugi i trzeci wysłuchał arcybiskupiej homilii. Jego pracownicy regularnie nagrywali wypowiedzi Czarnej Eminencji i innych osób o największym autorytecie i wpływach. Ucieszył się, że on i arcybiskup światopoglądowo coraz bardziej zbliżają się do siebie. W homilii głowy kościoła dostrzegł możliwość ściślejszej współpracy.

Akceptując poglądy Czarnej Eminencji, gubernator zachował jednak rezerwę; był powściągliwy i ostrożny. Po cichu zlecił sondaż dla sprawdzenia, jaki jest społeczny odbiór homilii. Zamierzał wykorzystać wystąpienie arcybiskupa, obrócić je na własną korzyść. Dwa dni później wyniki sondażu leżały już na jego biurku. Pokazywały wyraźny wzrost poparcia dla wartości tradycyjnych. Gubernator postanowił spotkać się z arcybiskupem. Miało to być spotkanie nieoficjalne.

*****

Zastanawiając nad wciąż pogarszającą się sytuacją demograficzną, Blawatsky doszedł do wniosku, że sam nie jest bez winy. Najpierw, w czasie tragicznych powodzi, zawiodło państwowe centrum kryzysowe. Tysiące osób potonęło, bo nikt nie ostrzegł mieszkańców miast, miasteczek i wsi przed falą powodziową i to tylko dlatego, że nie chciano wywoływać paniki. Decyzja ta prześladowała go najbardziej, ponieważ to była jego decyzja. Miał szczęście, że nikt nie myślał o oskarżaniu jego ani jego rządu o niedociągnięcia lub zaniedbania. Ludzie byli przekonani, że rząd czynił wszystko, co było w jego mocy.

Druga kwestia miała zupełnie inny charakter. Nurtowała go i niepokoiła tym bardziej, że z pozoru wyglądała absurdalnie. Błędem było pozostawienie prokreacji bez regulacji prawnych. Państwo nie wymagało od obywateli żadnych kwalifikacji, wiedzy czy umiejętności, czy choćby poczucia odpowiedzialności za prokreację. Wymagało to korekty.  W swoim notatniku gubernator zapisał: „Płodzenie potomstwa, które niespodziewanie stało się sprawą państwową i to najwyższej rangi, przypomina prymitywną działalność chałupniczą, którą obywatel może podjąć lub porzucić w dowolnej chwili, jakby to była decyzja oglądania lub nieoglądania spektaklu telewizyjnego”.

Nurtowało go to tak bardzo, że od razu zadzwonił do Eminencji, aby wysondować, co sądzi o odpowiedzialności obywatelskiej za prokreację. Uczynił to jak mógł najdelikatniej, niepewny reakcji duchownego. Eminencja zaskoczył go. Zachował się tak, jakby miał podobne odczucia; o nic nie pytał, niczemu nie zaprzeczał, nie krytykował, tylko słuchał, aby w końcu zgodzić się z rozmówcą.

Wychodząc poza sprawy prokreacji, niezwykle ważne, ale i prozaiczne, rozmawiali także o filozofii, sztuce rządzenia państwem i kościołem, duchowości, a nawet o Bogu, który tak skonstruował mężczyznę i kobietę, aby się spotykali i rozmnażali kierując się wrodzonym popędem. Gubernator i Eminencja byli zgodni, że stwórca obdarzył ludzi poczuciem estetyki i wrażliwości, aby czynili to w sposób przewyższający zachowanie się zwierząt w czasie rui. Obydwaj byli zgodni, że zwierzęca natura człowieka może być przeszkodą jak i pomocą w przywróceniu prokreacji i oni, szef rządu i głowa kościoła, muszą to w pełni zrozumieć, aby móc uratować kraj przed zagładą demograficzną. Atmosfera rozmowy była tak dobra, że mężczyźni doszli do wniosku, że jeśli podejmą współpracę, to będą kierować się zasadą, że kościół nie będzie wkraczać w sferę polityki, a rząd w sferę religii i wiary.

Recenzje powieści Michael Tequila: „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 183: Przerażenie i apel gubernatora

Dwa dni później odbyła się narada w gabinecie gubernatora.

– Mamy dodatkową diagnozę przyczyn zaniku prokreacji – oświadczył u progu gabinetu minister zdrowia. Był blady i zmęczony, oczy miał podkrążone z niewyspania, chwiał się na nogach. Opozycja sugerowała potem, nie wiadomo czy słusznie, że czuć było od niego alkoholem. Diagnoza ministra była sucha i lakoniczna, prawie zdawkowa. Nikt nie kwestionował jej treści, proszono tylko o wyjaśnienie niuansów.

– Trauma doprowadziła społeczeństwo Nomadii do głębokiej i powszechnej depresji. To właśnie ta depresja jest odpowiedzialna za zanik popędu seksualnego, tej naturalnej gorliwości mężczyzn i kobiet do rozmnażania się. – Podkreślił z emfazą minister.

W jego wyjaśnieniach pojawił się też inny znaczący wątek. Zanikowi prokreacji towarzyszył niezwykle silny wzrost konsumpcji, co minister uznał za wyraz egoizmu, równoznaczny z zanikiem uczuć patriotycznych.

– Społeczeństwo przyjęło, że powrót do dobrobytu i egoistycznie rozumiane szczęście osobiste są najważniejsze. Kariera zawodowa, dom, samochód, modne meble, eleganckie ubiory i wycieczki zagraniczne – oto ideały ważniejsze niż potomstwo. Minister powtórzył to dwa razy, zupełnie niepotrzebnie, ponieważ gubernator kupił jego wyjaśnienie na pniu. W trakcie dyskusji ukuto hasło „Rekreacja ważniejsza niż prokreacja”, choć nikomu nie było do śmiechu.

– Zanik prokreacji jest niezaprzeczalny. Jest to nasza druga Apokalipsa, jeszcze bardziej podstępna i niezrozumiała. – Formułując tę bolesną myśl gubernator nie doświadczał negatywnych emocji. Było to proste stwierdzenie faktu.

*****

Od zakończenia Apokalipsy gubernator regularnie znajdował na biurku nowe statystyki. Były one coraz bardziej ponure. Nie dość, że kraj w krótkim czasie stracił miliony mieszkańców, to ich liczba nadal kurczyła się tragicznie. Dane analizowano niezwykle sumiennie i wyliczano na ich podstawie wskaźniki. Spadała liczba narzeczeństw, małżeństw, ciąż i urodzeń. Statystyki potwierdzały bolesną prawdę; naturalny popęd seksualny zanikł nawet wśród ludzi młodych, do niedawna gotowych rozmnażać jak króliki. Rokowało to tragicznie dla przyszłości narodu. Kiedy gubernator zażądał codziennych raportów, wytłumaczono mu, że nie ma to sensu, bo sytuacja nie zmienia się z dnia na dzień i niepotrzebnie będzie tracić czas i wzrok.

Dla wyjaśnienia tajemnicy specjalna komisja podjęła analizę zachowań seksualnych społeczeństwa, nawet tych najbardziej wstydliwych, podejrzewając, że tam kryje się źródło zła. Było to konieczne, gdyż demografowie prześcigali się w ostrzeżeniach przed konsekwencjami rozwoju sytuacji. Minister zdrowia, lekarz z zawodu, podsumował ją lapidarnie:

– Społeczeństwo straciło żywość seksualną równie łatwo i szybko jak pijak treść żołądka pod wpływem denaturatu, do którego przez omyłkę zamiast soku malinowego dolano kalium hipermanganicum.

Spadek liczby ludności wywołał spiralę niechęci, a wkrótce wrogości, do osób w wieku reprodukcyjnym niepoczuwających się do obowiązków macierzyństwa i ojcostwa.

*****

Od pewnego czasu posiedzenia rządu odbywały się prawie bez przerwy. Nie dyskutowano niczego innego jak prokreacja. Na spotkaniach publicznych gubernator straszył i przekonywał.

– Brak prokreacji to także, a może nawet przede wszystkim, upadek obywatelskiego patriotyzmu. Dziś ludzie interesują się tylko konsumpcją, wszyscy chcą wypasionego dobrobytu, worów pieniędzy, a nie dzieci, bez których żaden kraj nie ma przyszłości. Załamanie demograficzne to śmierć społeczeństwa, również zgon partii i rządu.

Wypowiadając te słowa Blawatsky miał sine usta; zachowywał się tak, jakby coś w nim umierało. Jego nogi ogarnęło dziwne drżenie. Minister zdrowia, lekarz z zawodu, chciał rzucić się na pomoc, ale jakaś niezwykła siła przykuła go do fotela.

*****

Po zapoznaniu się z kolejnym tragicznym raportem demograficznym gubernator wygłosił orędzie telewizyjne. Transmitowały je wszystkie kanały telewizji. Partia rządząca nazwała jego wystąpienie „porywającym wezwaniem do bohaterskiego zrywu”, opozycja – „jałowym, beznadziejnie spóźnionym przemówieniem”. Mówca odwołał się do patriotyzmu obywateli i przeciwstawienia się opresji.

Gubernator zaczął od słów „Nasz ukochany kraj wyludnia się”. W dalszej części przemówienia stwierdził, że „nie może być gorzej” oraz „to jest głęboki dół, a nie dołek wygrzebany w piasku przez niewinne dziecko”. Potem gorąco apelował „o powszechną mobilizację seksualną” oraz „pozostanie w gotowości, a nie na konsumpcyjnym wypasie”. Przemówienie zakończył wezwaniem do „sprężenia się seksualnego”. Po drodze nawiązał do świętego aktu prokreacji, który „zawierał w sobie niezwykły ładunek miłości jak i patriotyzmu”.

Orędzia słuchał wielki tłum zgromadzony na Plaza Central. Kiedy Barras nazwał stosunek małżeński aktem patriotycznego uniesienia, wywołało to oklaski osób prawomyślnych oraz buczenie zwolenników nieokiełznanego konsumpcjonizmu. Rozpaczliwy apel gubernatora okazał się głosem wołającym w górach do niemego i ślepego starca, który potrafi tylko wzruszyć ramionami. Orędzie nikogo nie przekonało; co gorsze, wywołało odwrotny skutek. W ciągu następnego tygodnia wzrosła dwukrotnie sprzedaż nieruchomości, luksusowych artykułów konsumpcyjnych oraz rezerwacje wycieczek zagranicznych. Winą za to rząd obarczył opozycję oraz agentów obcych mocarstw dążących do rychłego upadku Nomadii.

3Shares

W piątek jak zwykle trochę poezji

Przedstawiam kolejne wiersze z mojego zbioru „Klęczy cisza niezmącona” (w sprzedaży w księgarniach za niewielkie pieniądze, bodaj że od trzynastu złotych wzwyż). To moja dawna twórczość, ale jej treść stała się chyba jeszcze bardziej aktualna niż w czasie, kiedy zajmowałem się poezją.

Jezioro w kraterze

Mocarz nieznany, w którego wierzę,
oko jeziora zatopił w kraterze
wśród brzóz i sosen; w płycizn szpary
tajemnym szeptom utkał szuwary.

Brzegi usypał strome jak granie,
by jak najpóźniej w chciwe władanie
człowiek wziął wodę, przeciął pomostem
i łódką zdeptał niewinności kosztem.

Czemuż ja milczę, pusty i święty,
niwecząc prawdę czystego sumienia,
czemuż bezwolny i obojętny
nie bronię piękna boskiego tchnienia?

Sopot, 3 maja 1998

Kalgoorlie

(Jest to miasto gorączki złota lat 1890-ych,
które umiejscowiło Australię Zachodnią
na mapie świata).

Miasto wyrosłe ze szlachetnej rudy
karmi przechodnia resztkami ułudy,
relikwiami budynków o szlachetnym kształcie;
przeszłość dogorywa przy szarym asfalcie.

Oczy wykłuwają rdzewiejące trupy,
szczątki postępu zwalone na kupy,
szare i nijakie, kryte warstwą pyłu:
technika – naprzód, krajobraz – do tyłu.

Górnik-dynamitard, rywal sił natury,
złotonośną ziemię odziera ze skóry,
wnętrze wyszarpują koparki czerpaki,
rozdrabniają walce i sieją przetaki.

Gdzie ręka kilofem podziobała wzgórza,
potężnych maszyn postępuje burza
i pejzaż bezbronny w pustynię hałd zmienia,
by gram złota wypłukać z pół tony kamienia.

Kalgoorlie, Australia, 22 października 1996

Kim jesteś Panie?

Nieskończonością jesteś niepojętą,
wszechświat jednoczysz wolą rozpiętą,
życie obdarzasz czarowną urodą,
losy naznaczasz kochania przygodą.

Tyś tym, co burze przetacza z łoskotem,
wiedzą, co było i co będzie potem,
Ty jesteś ciszą, co tworzy przestrzenie,
w Tobie myśl żyje, pulsowanie drzemie.

Choćbym się oddał na stos całopalny
Ciebie nie pojmę, boś niepoznawalny.
W sercu zachwycam się Tobą, o Panie,
bo Tyś jest prawdą, jam jest zakłamaniem.

Morphett Vale, Australia, 30 września 1996

1Shares

Powieść Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 182: Konferencja i wyzwania prokreacji  

Wyższe uczelnie nie podzielały poglądów Kościoła Hierarchicznego na Apokalipsę. Między naukowcami wierzącymi, agnostykami a ateistami zarysowały się różnice zdań. Okazało się, że wiara w Boga lub jej brak, nie jest bez znaczenia dla świata nauki. W niektórych wypadkach były to znaczące różnice. Rektor Uniwersytetu Futuro dostrzegał je wyraźnie i wypunktował. Wątpliwości wobec jego oceny budziła tylko jego niechęć do Kościoła Hierarchicznego, na czele którego stał jego brat-bliźniak, arcybiskup Czarna Eminencja.

Przybrane imię arcybiskupa maskowało więzi rodzinne obu mężczyzn. Mało kto zdawał sobie sprawę z tego, że są ze sobą blisko spokrewnieni. Dzieliły ich głębokie różnice ideologiczne; z jednej strony niezmienny pogląd rektora, że Bóg nie istnieje, z drugiej, zdecydowany pogląd Czarnej Eminencji, że istnienie Boga jest ze wszech miar niewątpliwe. W zażartych prywatnych dyskusjach między sobą obydwaj wyciągali najcięższe armaty: arcybiskup – doktryny ośmiu ojców i ośmiu doktorów kościoła oraz poglądy mistyków i Mojżesza, któremu Bóg się objawił w postaci gorejącego krzewu, rektor – teorię ewolucji Karola Darwina oraz teorie profesora Dawkinsa, autora pojęcia wielkiej próżni nieistnienia Boga.

Rozbudzeni intelektualnie bracia już w wieku młodzieńczym toczyli spory na ten temat, przerzucając się cytatami z ksiąg kościelnych oraz opiniami niedowiarków piszących opasłe tomy o Bogu, w którego istnienie nie wierzyli. Demonizowanie Internetu jako narzędzia szatana rektor uważał za stanowisko przesadne, przez to nienaukowe. Jego sceptycyzm nie podobał się religijnie usposobionym sponsorom Uniwersytetu Futuro.

– Brak mu obiektywizmu. – Mówił arcybiskup w gronie współpracowników.

Kiedyś nawet myślał o publicznym potępieniu brata, zamysł ten kłócił się jednak z miłością bliźniego, którą kościół intensywnie promował. Bracia jednali się jedynie w okresie Świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Krążyły pogłoski, że pili wówczas intensywnie, aby przełamać bariery nieprozumień.

Fizycznie, od dzieciństwa byli do siebie tak podobni, że nawet rodzona matka ich nie poznawała. Różniła ich tylko wielkość przyrodzenia, nie był to jednak czynnik ułatwiający identyfikację w okresie, kiedy byli dorośli. Arcybiskup był zasobniejszy pod tym względem, co szczególnie denerwowało brata-rektora. Niania, która dożyła czasów ich wysokich pozycji społecznych dziwiła się, że mężczyźni mogą rywalizować ze sobą w sprawach tak mało widocznych. Sefardi wiedział to od Isabeli przyjaźniącej się z opiekunką chłopców, starszą panią, która powierzyła jej tę historię w największym sekrecie. Poza tą dwójką, braćmi-bliźniakami i Sefardim Baroką, nikt nie wiedział o ich tajemnicy i cichej rywalizacji.

W badaniach przyczyn Apokalipsy, jej efektów oraz samego Internetu nauce nie wiodło się najlepiej. Były to zjawiska niepoddające się łatwo analizie matematycznej i obróbce statystycznej. Dlatego też naukowcy skoncentrowali się nad porządkowaniem i rozwojem aparatu pojęciowego. To oni pierwsi zdefiniowali pojęcia „hejtu”, wcześniej „Internetu”, a jeszcze wcześniej „klimatu”.

*****

Mimo dociekań nikt nie umiał przekonująco wyjaśnić przyczyn załamania prokreacji. Opinie były bardzo różne i niespójne. W świadomości gubernatora pojawiło się przekonanie, że rozwojem społeczeństwa rządzą prawa przerastające ludzką wyobraźnię. Postanowił wziąć byka za rogi i zwołał konferencję dla uzgodnienia ostatecznego poglądu. Lista zaproszonych została starannie przygotowana. Gabinet dyskutował ją dwa dni. Wytypowano najważniejsze środowiska, jakie powinny uczestniczyć, aby opinie były miarodajne, a zebranie nie miało charakteru zgromadzenia przypadkowych kibiców na stadionie sportowym. Zaproszenie otrzymał Czarna Eminencja i przywódcy innych kościołów, placówki naukowe oraz ważne organizacje pozarządowe. Dla równowagi zaproszono dwa stowarzyszenia reprezentujące ateistów, sceptyków, heretyków i masonów oraz osób o odmiennej orientacji seksualnej.

– To mieszanka wybuchowa. Bóg wie, co z takiego spotkania może wyniknąć. – Ostrzegali członkowie gabinetu.

Gubernator miał tak serdecznie dosyć niepewności, że zdecydował się podjąć ryzyko. Zapobiegawczo przedsięwziął działania zmniejszające szanse niepowodzenia. Na kilka dni przed spotkaniem pojawiły się pogłoski, że bojkotowanie czy zakłócanie obrad w jakikolwiek sposób może doprowadzić do aresztowania sprawców. Jedynym sposobem uniknięcia nieprzyjemności było nieuczestniczenie w prowokacjach. Nad przebiegiem konferencji czuwał specjalny oddział policji. Teren był obstawiony tak szczelnie, że mysz by się nie prześlizgnęła. Policja po cichu nagrywała wszystko, co wiązało się z konferencją. Poddano to późniejszej analizie.

Konferencja okazała się sukcesem. Przyczyn zaniku rekreacji było kilka: głęboki uraz psychiczny wywołany tragicznymi wydarzeniami, strach przed nową Apokalipsą, pragnienie odtworzenia utraconych majątków oraz chęć życia bez obciążeń, na luzie. Apokalipsa pozostawiła tak wielką i niezabliźnioną ranę w społeczeństwie, że nikt nie myślał o dzieciach. Wiele rodzin straciło dzieci; rodzice przekonani, że kataklizm może się powtórzyć, decydowali się nie mieć ich więcej.

Najsilniej swoje przekonania demonstrowały członkinie „Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet”. Wszystkie usiadły w jednym miejscu sali konferencyjnej. Jednakowo ubrane w żałobą czerń, przypominały karny oddział wojskowy poprzez swoje wysportowane sylwetki, wszystkie w getrach opinających pośladki i nogi. Mimo iż zachowywały się w sposób spokojny i zdyscyplinowany, organizatorzy konferencji uznali ich zachowanie za prowokacyjne. Nikt jednak nie śmiał powiedzieć tego publicznie, obawiając się potępienia i rozruchów. Gubernator zapowiedział zresztą, że nie będzie tolerować najmniejszych odstępstw od regulaminu konferencji doręczonego uczestnikom razem z zaproszeniami.

Poglądy kobiet na prokreację przedstawiła przewodnicząca Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet. Chodziło o katastrofizm głoszący gwałtowną i nieuniknioną zagładę aktualnego świata i cywilizacji oraz całkowite zatracenie podstawowych wartości człowieczeństwa. Kobiety niezależne uznały katastrofizm za swoją wiarę. W jej duchu pisały, czytały i nauczały, a nawet wzajemnie świadczyły sobie pieszczoty sięgając granic intymności i rozkoszy.

Katastrofizm doskonale uzasadniał i tłumaczył ich ucieczkę od prokreacji i macierzyństwa. Nawet jak śniły im się penisy, symbol niezwyciężonej męskości, to w sposób nie kojarzący się z zapłodnieniem, ale jako obiekt artystyczny, niewinny, kształt istniejący w przyrodzie, coś w rodzaju miękko-twardego wyrobu rękodzielniczego. W ten sposób pozostawały zimne i obojętne nawet na widok olśniewających okazów męskości nagiej i bohaterskiej niczym kura z rozpostartymi skrzydłami gotowa skoczyć do wrzącej wody na rosół.

Uczestnikom konferencji przewodnicząca Stowarzyszenia Niezależnych Kobiet przedstawiła deklarację. Powtórzyła ją później w wywiadzie udzielonym środkom masowego przekazu.

– Chcemy i będziemy żyć na luzie. Nic nie jest dla nas ważniejsze. Jest to część naszej nowej kobiecej tożsamości. Nikt nie będzie nam już niczego dyktować. Mamy niezbywalne prawo do wolności.

Wystąpienie przewodniczącej spotkało się z owacjami kobiet oraz niepewną dezaprobatą mężczyzn obecnych na sali. Tylko zwolennicy odmiennych orientacji seksualnych udzielili poparcia kobietom. Gubernator zdał sobie w pełni sprawę, jak trudne będzie przywrócenie prokreacji.

3Shares

Ogłoszenie dla Czytelników blogu

Drodzy Czytelnicy!

Od jutra do dnia 4 lutego 2019 jestem na wakacjach za granicą (w Tajlandii) i z tego względu nie będę mógł publikować kolejnych odcinków powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”. Publikację podejmę zaraz po powrocie.

W zamian na blogu ukazywać się będą odcinki mojego opowiadania „Wypożyczalnia psów”, które stanowi część zbioru opowiadań Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”. Odcinki tego opowiadania będą ukazywać się co trzy dni. Mam nadzieję, że się Państwu spodobają. Sama książka „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” jest w powszechnej sprzedaży w księgarniach.

Moje najbliższe plany to publikacja w formie książkowej powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”, powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” oraz drugiego zbioru poezji zatytułowanego „Oniemiałość”. W sprawie publikacji tych utworów zwróciłem się już do kilku wydawców.

Pracuję teraz nad zbiorem opowiadań kryminalnych. Akcja jednego z nich dzieje się nie gdzie indziej tylko właśnie w Tajlandii. Będzie to zapewne moja kolejna książka.

Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie,

Michał Tequila

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 179: Myśli i medytacje gubernatora Blawatsky’ego

Gubernator wprowadził się w stan głębokiej medytacji. Potrzebował twórczej koncentracji. Gabinet zamknął od środka na klucz, aby nikt mu nie przeszkadzał. Było to jego ulubione miejsce, w którym łączył pracę z odpoczynkiem i medytacją. Stojąc pod ścianą, gdzie było nieco więcej miejsca, ogarnął wzrokiem swoje królestwo: duże białe drzwi, na ścianie wielka mapa kraju, historyczny kaflowy kominek w rogu, nieco dalej dziewiętnastowieczny obraz „Bunt patriotów” oraz masywny krzyż na ścianie. Właściwie to na niego na patrzył; był mu użyteczny, kiedy przyjmował przedstawicieli kościoła lub swoją bardzo religijną rodzinę, wpadającą raz na rok, aby złożyć mu życzenia świąteczne i noworoczne i obdarzyć świeżo uwędzoną szynką i kiełbasą.

Na podłodze pod obrazem leżał strzyżony dywan pakistański, na nim stały dwa fotele, trójosobowa sofa i stolik do kawy. Ściany w kolorze łagodnej zieleni na tle podłogi z twardego orientalnego drewna połyskującej odcieniami bordo działały uspokajająco na gubernatora. Na szerokim, rzeźbionym biurku stała flaga narodowa, telefon, notatki, przybory do pisania oraz kalendarz biurkowy i schludnie ułożony stosik dokumentów. Za biurkiem widoczne było wyściełane krzesło z wysokim oparciem podobnie rzeźbionym jak biurko. Przed biurkiem stały dwa krzesła przeznaczone dla gości. Pomieszczenie, urządzone w dobrym guście, dalekie było od wrażenia luksusu. Nie był to przypadkowy efekt.

Sekretarce i osobistemu ochroniarzowi gubernator wydał zakaz łączenia telefonów i wpuszczania kogokolwiek do jego gabinetu przez godzinę.

– Proszę pamiętać. Nikogo! Dosłownie nikogo. Żadnych telefonów, informacji, ludzi.

– Nawet gdyby pojawiło się nagłe zagrożenie państwa lub rządu? – usiłowała żartować sekretarka.

Gubernator zmarszczył brwi, twarz mu się zaczerwieniła, że robi sobie szutki z jego decyzji. Z reguły zrelaksowany i na luzie, odporny nawet na ogień pytań opozycji parlamentarnej lub agresywnych dziennikarzy, potraktował to poważnie.

– Proszę ze mną nie dyskutować. Nie płacę pani za opowiadanie kawałów.

Sekretarka zmieszała się głęboko. Wstała i stojąc na baczność, odpowiedziała: – Tak jest, panie gubernatorze. Będzie dokładnie tak, jak pan sobie tego życzy. Zbierało jej się na płacz, powstrzymała się jednak.

Osobisty ochroniarz gubernatora był w randze majora; niższej szarży gubernator nie zaakceptowałby, ponieważ musiał być pewny, że chroni go człowiek doświadczony, odpowiedzialny i sprawny. Ochroniarz wiedział, że świat się kręci wokół gubernatora i nie zamierzał o nic pytać ani niczego nie kwestionować. Rozkaz to rozkaz – mruknął pod nosem i zacisnął usta.

Gubernator wrócił do gabinetu i spokojnie rozłożył matę do medytacji, potem podszedł do szafy, wyjął z niej dres sportowy marki „Puma” i nałożył na siebie, po czym usiadł na macie w pozycji lotosu. Nie wychodziło mu to jeszcze całkiem sprawnie, było jednak dużo lepiej niż rok wcześniej. Po chwili myśli ułożyły u się w głowie, uporządkowały, płynęły równo jak wyćwiczone delfiny. Gubernator medytował o tym, że żadna, nawet największa instytucja czy organizacja, nie jest w stanie poradzić sobie sama z zarządzaniem państwem. Tylko rząd, dysponujący aparatem administracyjnym i środkami finansowymi oraz kościół dysponujący wiarą i zdolnością opiniotwórczą dawały gwarancję pełnego powodzenia. Rozum i racjonalność muszą iść ręka w rękę z wiarą i nadzieją.

Ostatnia myśl bardzo podobała się gubernatorowi. Brzmiała jak hasło, była trafna, miała w sobie siłę nośną. Aby nie umknęła mu z głowy, gubernator wstał, podszedł do biurka i zapisał ją w notatniku. Po chwili wrócił do maty, usiadł i podjął medytację. Wcześniej zjadł niepotrzebnie kanapkę z łososiem i o mało co nie zasnął. Otworzył okno, chcąc zapobiec senności. Na zewnątrz panowała chłodna cisza. Znowu myślał o sprawach państwowych. Marzyła mu się religia państwowa, kościół podporządkowany państwu i Czarna Eminencja podlegająca jego zwierzchnictwu. Postanowił nad tym pracować.

*****

Wydarzenia i efekty Apokalipsy dokumentowano obrazami, liczbami i opisami. Wielki gabinet gubernatora pokryły plansze, zdjęcia i wykresy. Centralne miejsce zajął obraz tornado, które nazywał trąbą powietrzną dla lepszego dotarcia do osób mniej wyrobionych w terminologii klimatycznej i meteorologicznej. Środek obrazu zajmował czarny lej rozszerzający się ku górze. Dla pokazania całej przerażającej prawdy, autorzy zdjęć zarejestrowali także dźwięki wydawane przez tornado, jego potępieńcze wycie, trzask drzew łamiących się jak zapałki oraz łomot spadających na ziemię dachów, samochodów i innych, niemożliwych do rozpoznania przedmiotów. Lewy bok stożkowatego leja trąby powietrznej rozjaśniała błękitna poświata, z prawego boku widoczne były trzy rachityczne drzewka jakby dławione potworną czkawką. Lej wypełniał przestrzeń aż po horyzont. Na pierwszym planie obrazu, na tle leja, sterczał jak na ironię wyzywający znak drogowy, biały poziomy pas na tle czerwonego okręgu, zakazujący wjazdu pojazdów mechanicznych.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 178: Raport zdarzeń Apokalipsy

Poczucie winy tak bardzo dokuczało gubernatorowi, że doznał uczulenia. Na jego skórze na piersiach i w okolicach pach pojawiły się żółtawe plamy. Początkowo myślał, że odwiedzając miejsca dotknięte powodziami zaraził się jakąś niebezpieczną, zakaźną chorobą, jedną z wielu, dewastujących ludność Nomadii. Lekarze uspokoili go, że jego życie nie jest zagrożone i zalecili stosować specjalną maść, wyciąg z rzadkiej palmy kokosowej, aż do pełnego wyzdrowienia.

– Pańska dolegliwość nie jest niebezpieczna – wyjaśniali uspokajająco, podając łacińską nazwę choroby brzmiącą tak groźnie, że zamiast uspokoić pacjenta pogłębili jeszcze jego niepokój.

Maść okazała się skuteczna. Po pięciu dniach gubernator poczuł się znacznie lepiej. Nieoczekiwana przerwa przywróciła mu nie tylko zdrowie, ale także energię. Przestał rozpaczać, odrzucając żałobne zgorzknienie. Aby ostatecznie otrząsnąć się z przygnębienia, odmawiał nawet uczestnictwa w pogrzebach znanych osobistości, w których wypadało mu wziąć udział. W kilka godzin powołał też specjalną komisję, zlecając jej odtworzenie ciągu tragicznych zdarzeń, aby w pełni zrozumieć przebieg i charakter nieszczęść Apokalipsy. Nad zleceniem pracował liczny zespół specjalistów. Korzystając z nowoczesnej technologii analizował on kilka dni i nocy doniesienia tworząc geograficzno-czasową mapę zdarzeń.

Raport uporządkował najważniejsze wydarzenia i przedstawił fakty. Po okresie intensywnej suszy przyszły wielkie powodzie trwające piętnaście tygodni. Rzeka Marena wylała obficie w następstwie niekończących się opadów deszczu w górnym dorzeczu na południu kraju.

Podniosły one poziom wód powyżej wszelkich przewidywań hydrologów wywołując potworne powodzie. Kiedy przekroczył on dziewięć metrów ponad przeciętny stan, woda wypełniła wszystkie

zbiorniki retencyjne, poprzerywała wały ochronne i zalała wszystkie kanały nawadniające sięgając nawet krawędzi pustyni. Setki tysięcy obywateli straciło dach na głową, dziesiątki tysięcy postradało życie.

Gnijące szczątki roślin i padłe zwierzęta, a nawet trupy ludzkie pozostające w wodzie, wywołały epidemię cholery. Wydawało się, że to już ostatnie nieszczęście, ale – zupełnie jak za czasów starożytnych – przyszła wielka klęska głodu. Gubernator otrzymywał doniesienia o przypadkach kanibalizmu, potwierdzały je zdjęcia. Przeprowadzenie natychmiastowych śledztw nie było możliwe, ponieważ policja miała na głowie setki innych dochodzeń i spraw. Na dobitek złego pojawiły się doniesienia o Asturio, wielkich zakładach chemicznych w dolnym biegu rzeki, które wskutek awarii zatruły wody gruntowe toksycznymi substancjami. Podejrzewano sabotaż, gdyż zakłady były tak nowoczesne, że samą sugestię awarii uważano za wymysł chorego umysłu.

Po zbadaniu, zatrucie gleby i wody okazało się niegroźne. Ludzie przejrzeli na oczy dopiero wtedy, kiedy warzywa, owoce i mięso pochodzące z tego regionu kraju zaczęły powodować choroby i zabijać ludzi. Przyszła klęska głodu, jakiej nikt nie pamiętał, tym bardziej bolesna, że zatrute tereny od zawsze uważane były za spichlerz kraju.

Choroby i głód dotknęły przede wszystkim dzieci. Wskutek niedostatku lekarzy, którzy rozpoznaliby chorobę i zaordynowali właściwe środki, padały one ofiarą z pozoru nawet niegroźnych schorzeń. Rząd szacował, że w ten sposób zmarło pół miliona dzieci. Lekarze podejrzewali, że więcej. Nie sposób było tego ustalić, gdyż sytuacja zmieniała się z dnia na dzień. Gubernator zlecał jedno śledztwo po drugim, lecz wkrótce zaniechał. Wymagały ono takiej ilości ludzi, sprzętu i pracy oraz odpowiednich procedur, że na wyniki można było liczyć nie wcześniej niż za kilka miesięcy, może nawet i lat. Wobec ogromu nieszczęść gubernator zarządził powszechną żałobę.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 177: Poczucie winy i obawy gubernatora

Gubernator nosił w sobie poczucie wielkiej winy. Czuł się osobiście odpowiedzialny za klęskę narodową. Jego rząd zawiódł; w czasie szalejących żywiołów nie zaoferował społeczeństwu dostatecznej pomocy. Nie nadeszła ona dostatecznie szybko, ponieważ rząd skąpił środków spodziewając się dalszego pogorszenia sytuacji. Centrum kryzysowe za późno ostrzegło mieszkańców przed wielką falą powodziową; wcześniejsze ostrzeżenie zaoszczędziłoby życie tysięcy istnień.

Był winien i nie mógł temu zaprzeczyć. Presja czasu i negatywne myśli pogłębiały jego przekonanie, że wszystko się załamie i straci sens, jeśli natychmiast nie znajdzie rozwiązania. Potrzebne były nadzwyczajne środki i nadzwyczajna skala działań. Po raz pierwszy w życiu gubernator poczuł się zagubiony; nie miał pomysłu, jak poradzić sobie z wyzwaniem, które uznał za śmiertelne dla społeczeństwa.

Szukając inspiracji, spotykał się z ludźmi z różnych środowisk. Każde z nich reprezentowało odmienny, wąski punkt widzenia, mało przydatny dla jego potrzeb. Jedyne, co przyszło mu do głowy, to zarządzić natychmiastową mobilizację, postawić wojsko i policję w stan najwyższej gotowości. Była to decyzja doraźna, akt rozpaczy raczej niż wynik solidnych przemyśleń.

Polecenie mobilizacji wywołało poczucie niejasności, o co chodzi; ludzie przyjęli za pewnik że kraj jest w stanie poważnego zagrożenia, możliwe są rozruchy społeczne, akty agresji, a co najmniej wandalizmu, może nawet zamachy terrorystyczne. Dowódca sił zbrojnych, generał Contess, przygotował deklarację stwierdzającą, że armia jest doskonale przygotowana i wypełni wszystkie zadania zlecone przez gubernatora i jego rząd.

– Jesteśmy gotowi oddać życie za ojczyznę. – Tak brzmiało zakończenie deklaracji. Na szczęście w ogólnym bałaganie, jaki od czasu Apokalipsy panoszył się w kraju, nie wystąpiła potrzeba poświęcania życia.

*****

Nie mogąc poradzić sobie ze złym samopoczuciem, gubernator zastanawiał się, czy przypadkiem winy nie ponosi także poprzedni rząd. Pamiętał jego rozrzutność. Jego poprzednicy nie żałowali pieniędzy i fundowali obywatelom wielkie, gorące pizze z pomidorami, serem i wędliną w trakcie ważnych imprez społecznych, mityngów i spotkań, na których organizatorzy czasami rozściełali na ziemi koce, aby ludziom było wygodnie. Rząd zbudował też tysiąc placów zabaw dla dzieci, wielkim kosztem pogłębiając rzeki tylko po to, aby wysypać biały, czysty piasek na te place.

Martwiło go, że wiele osób uważało, że za poprzedniego rządu wszystko było większe: taczki, bukiety kwiatów, bochenki chleba, a godziny dłuższe. On jednak pamiętał, że poprzedni rząd zawierał sojusze z zagranicą, które wprawdzie przynosiły korzyści, ale też wyrządziły wielkie zło, bo oddały naród w obce ręce. Gubernator mówił o tym niejednokrotnie przy różnych okazjach.

Wielu obywateli uznawało jego słowa za czystą prawdę, inni za zwykłą krytykę poprzedników, jeszcze inni za szkodliwą propagandę i samoreklamę. Gubernator obawiał się, że społeczeństwo gorzej go oceni, mając na uwadze skutki Apokalipsy, w czasie której wiele rzeczy w państwie nie zadziałało. Na szczęście ludzie tego nie spostrzegli albo o tym nie pamiętali, gdyż przestało ich interesować dobro wspólne. W jego miejsce kwitły teraz indywidualizm i egoizm. Gubernator ogromnie nad tym ubolewał.

W samotności swego wielkiego gabinetu, Barras wyobraził sobie społeczeństwo w postaci zubożałej i wychudłej kobiety.

Postanowił umieścić jej statuę na postumencie na środku gabinetu, aby nieprzerwanie przypominała jemu i współpracownikom zbożne dzieło przywrócenia rozkwitu społecznego. Wobec skurczenia się społeczeństwa, ważna była przyśpieszona prokreacja. W dłuższej perspektywie potrzeba było nowych rąk do pracy. Dla udokumentowania złożoności tego wyzwania do postaci kobiecej gubernator dodał po namyśle postać męską.

Macierzyństwo i ojcostwo symbolizowały figury biblijnych postaci Adama i Ewy, protoplastów wszelkiego rodzicielstwa. Ewa pozostawała jednak postacią centralną, ponieważ to ona ponosiła cały ciężar macierzyństwa i najtrudniejszych lat wychowania i opieki na dzieckiem. Pod presją wyzwania odbudowy prokreacji kobieta w okresie rozrodczym wyrosła w jego umyśle na boginię, może nawet złotego cielca. Zastanawiał się nad tym. To rosnące wyobrażenie roli kobiety w społeczeństwie utrzymywało go na prostej linii myśli i działań, nie pozwalając zejść im na manowce pomniejszych przedsięwzięć. Uznał to za zdrową obsesję.

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 176: Dziwna kampania fiskusa

Na trzecią falę petycji i protestów, gubernator Blawatsky odpowiedział kampanią medialną pokazującą, że ludzie chętnie współpracują z fiskusem. Na wielkich telebimach, dwóch ustawionych w centrum miasta i jednym na krytym stadionie sportowo-rozrywkowym, wyświetlano klip video. Pokazywał on, jak do obywateli, osób różnej płci i wieku, siedzących na ławkach w parku, na przystankach autobusowych, na stacjach kolejowych, w pubach i restauracjach, podchodził rosły osobnik, przedstawiał się słowami „Jestem Valerio Fiskus z Państwowego Urzędu Resetu Długów” i lekko dotykał ich kieszeni elegancką laską zakończoną metalowym czujnikiem. Zaczynał od prawej kieszeni marynarki i prawej kieszeni spodni; dotykając słuchał, czy czujnik wydaje dźwięk wykrywając banknoty, które miały już wdrukowane metalizowane nitki. Jeśli nic nie dźwięczało, urzędnik dotykał lewej kieszeni i ponownie słuchał. Czasem prosił obywatela, aby wstał; dotykał wtedy tylnej kieszeni spodni. W przypadku kobiet laska kierowana była w kierunku torebki lub portmonetki.

Poborca podatkowy każdorazowo wyjaśniał, że zbiera środki na pomoc dla przeżywającego problemy budżetu państwowego, po czym zadawał pytanie, czy dana osoba chciałaby, aby państwo zbankrutowało. Prawie nieodmiennie odpowiedź była negatywna. Udzielając takiej odpowiedzi, obywatele – w opinii rządu – automatycznie godzili się wspomóc skarb państwa kwotą negocjowaną z urzędnikiem. Valerio Fiskus był osobnikiem wzbudzający zaufanie, dobrze odżywionym, masywnym, z pełnymi, różowymi policzkami i lekko obwisłą dolną wargą. Po zakończeniu filmu pojawiał się wielki napis: Rząd nie uderza obywateli po kieszeni, jak głosi opozycja, tylko prosi o pomoc i ją otrzymuje!

*****

Niecodzienne zachowania poborcy podatkowego skomentowano na spotkaniu przy krawężniku. Zostało ono zwołane w trybie przyspieszonym z uwagi na rangę sprawy.

– Dlaczego nagabywani nie odmawiają mu pieniędzy? Ja bym absolutnie odmówił! – Gardłował nieznany Sefardiemu mieszkaniec osiedla.

– Nieuważnie oglądał pan nagranie. Za Fiskusem stało dwóch drabów, nazwę ich rosłymi mężczyznami, bo to mniej odrażające. Zatrudniono ich po to, aby przerazić i skłonić ludzi do uległości. – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz, sam nie do końca przekonany do tej argumentacji. Starał się mówić ostrożnie, aby nie narazić się na donosy, że jest wrogiem rządu lub państwa. Był to już okres, kiedy zaczęły się pierwsze nagonki i oskarżenia obywateli o wrogość wobec państwa.

*****

Kilka dni po pierwszym wideoklipie do sądu wpłynęła sprawa o zniesławienie. W imieniu zainteresowanego, był nim obywatel o nazwisku Valerio Fiskus z miasteczka liczącego niecałe pięć tysięcy mieszkańców, wystąpił jego adwokat. Wyjaśnił on, że urząd skarbowy bezprawnie użył imienia i nazwiska jego klienta i że w związku z tym jest on poszkodowany. Nic to nie pomogło, ponieważ nikt nie wierzył w czystość intencji Fiskusa. Wszyscy uważali, że za użycie swego imienia i nazwiska otrzymał on dobrą zapłatę. Mieszkańcy miasteczka wytykali ziomka palcami, wyzywając go od naciągaczy i łajdaków.

Z uwagi na nagłośnienie sprawy, po interwencji partii opozycyjnych, rozprawa sądowa odbyła się wyjątkowo szybko. Ku zdumieniu obserwatorów wykonawcy nagrania video zostali skazani na zapłacenie dużego odszkodowania Valerio Fiskusowi, lecz nie zapłacili ani dolara, gdyż natychmiast złożyli pozew o kasację wyroku. Sprawa trafiała na wokandę sądową wielokrotnie ze zmienny szczęściem, raz wygrywała jedna, raz druga strona. Specjaliści przewidywali, że proces nie zakończy się szybko.

– Nikt jeszcze nie wygrał z rządem. – Twierdzili pesymiści.

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 175: Kościół przedstawia swoje stanowisko wobec Internetu

W celu sprostania wyzwaniu powołano kościelno-uczelniany zespół, o którym media sceptycznie pisały, że nigdy nie skończy swojej pracy.

– Paraliż przez niekończącą się analizę. – Taka była konkluzja liberalnego dziennika, ostro krytykującego poglądy głoszone przez kościół.

Dwa miesiące później arcybiskup Czarna Eminencja wygłosił słynną homilię, w której przedstawił pogląd Kościoła Hierarchicznego.

– U źródeł fatalnej pogody, owych tragicznych pięciu dni, tkwi Internet, w którym komputery i sieć połączeń elektronicznych oferują niewyobrażalną łatwość komunikacji międzyludzkiej. Ludzie przestali porozumiewać się ze sobą w sposób bezpośredni, naturalny. Nastąpiło wykoślawienie i deformacja komunikacji, wskutek czego zmieniły się także postawy i charaktery. Tydzień niszczycielskiej pogody był karą boską za odwrócenie się od Boga w kierunku ciemnych mocy Internetu, który okazał się technologią grzechu, choć to nie on stworzył zło i grzech. On tylko podniósł do dziesiątej potęgi możliwości grzeszenia oślepiając przeciętnego człowieka. Jedynie ludzie najgłębiej wierzący w Boga zachowali umiar w korzystaniu z Internetu.

Czarna Eminencja wskazał także na zjawiska wirtualne wypierające świat naturalny: gry internetowe, społeczności internetowe, zamykanie się ludzi młodych w skorupie własnych myśli, upadek autorytetów, możliwość powielania kłamliwych opinii na serwisach społecznościowych, oderwanie się młodzieży od rzeczywistości i rodziców, zachłyśnięcie się bogactwem oraz spędzanie nieskończonych godzin na rozmowach bez sensu i znaczenia.

– A co dzieje się w Japonii? – Tym pytaniem Eminencja zaskoczył wszystkich, ludzi wierzących i niewierzących. Było to pytanie retoryczne, ponieważ hierarcha sam udzielił odpowiedzi.

– Mężczyźni zapominają o tym, że są mężczyznami, stronią od kobiet i posiadania rodziny, istnieje dla nich tylko praca i gry komputerowe, prawdziwe hieny pożerające czas, uczucia i rozum. Arcybiskup dodał na zakończenie, że Internet jest bez wątpliwości wynalazkiem szatana.

– Choć ma też i pewne zalety – uzupełnił – niedostatecznie głośno, aby go słyszano.

O sytuacji w Japonii rozpisała się prasa. Dla potwierdzenia poglądu arcybiskupa poproszono o wypowiedź ambasadora Japonii, Nubuku Kirudze, który stwierdził, że nie może ani potwierdzić, ani zaprzeczyć zanim nie skonsultuje się ze swoim rządem. Zainteresowanie Japonią wzrosło w takim stopniu, że przez kilka dni łącza telefoniczne i internetowe ambasady pozostawały zablokowane.

Wypowiedź Czarnej Eminencji stała się wykładnią dla całego Kościoła Hierarchicznego i większej części społeczeństwa. Internet był tematem posiedzenia rządu już następnego dnia. Ministrowie byli wyjątkowo zgodni, że arcybiskup ma rację co do zgubnego wpływu Internetu. Gubernatora utrwaliło to w przekonaniu, że jedynie bliższa współpraca władz cywilnych i kościelnych rokuje nadzieję pomyślnego rozwoju społeczeństwa, ponieważ kościół był w stanie wyjaśnić problemy, w których gubiła się nauka. Swoje przekonanie zachował dla siebie nie tylko dlatego, że był człowiekiem skrytym. Miał dalekosiężne plany.

Kilka dni później Kościół Hierarchiczny opublikował listę siedmiu nowych grzechów głównych, związanych z komputerem i Internetem: miłość do zwierząt większa niż do człowieka, czego przykładem były ubranka dla psów i kotów, kosztowne jedzenie i kolorowe manicure, cudzołóstwo praktykowane za pośrednictwem serwisów towarzyskich, zaniedbywanie współmałżonka i dzieci na rzecz komputera, dorabianie się online na nieszczęściu innych, sprzedawanie podróbek firmowych w Internecie, unikanie formalnego małżeństwa z wygody oraz życie na Facebooku. Do ogłoszonej publicznie listy niektórzy dodawali jeszcze niechęć kobiet do rodzenia dzieci, nieszanowanie natury, niesegregowanie śmieci, obżeranie się niezdrowym jedzeniem, niepłacenie podatków należnych państwu oraz szaloną pogoń za pieniądzem.

Wkrótce arcybiskup wygłosił homilię, wzywającą społeczeństwo do głębokiego i powszechnego nawrócenia, wrażliwości na drugiego człowieka oraz pełnego poszanowania innych form życia.

*****

Wobec ogromu potrzeb rząd zmuszony był podnieść podatki. Jak można było się spodziewać, społeczeństwo nie odniosło się do tego entuzjastycznie. Po wielu naradach gabinetowych Gubernator zdecydował się uczynić to po cichu, ukrywając podatki pod zmienionymi lub nowymi nazwami. Przy okazji zmieniono sposób obliczania podatków, zwiększano odsetki karne za opóźnienia w ich płaceniu oraz wprowadzono opłaty za czynności urzędowe. Rząd się wycwanił i zaczął nazywać obywateli konsumentami, licząc na to, że w społeczeństwie, uznającym siebie za obywatelskie, zmiany i podwyżki będą przez to mniej dostrzegalne.

– Konsument to nie to samo, co obywatel. To jakby gorsza kategoria. Ludzie odczuwają więcej niechęci do konsumenta niż do obywatela. – Przekonywał swoich ministrów.

Wybieg nie podobał się, ale tylko tym obywatelom, którzy go zauważyli. Podatek paliwowy przemianowano na opłatę zapasową. Wprowadzono podwójną opłatę za blokadę kół większych samochodów, argumentując, że jeżdżą nimi majętne osoby. Zaraz potem pojawił się podatek od transakcji bankowych: był tak nieznaczny, że praktycznie nikt nie zwracał na niego uwagi, dzięki czemu setki milionów transakcji przynosiły rządowi poważne dochody. Podatek węglowy zmieniono na denudacyjny, przywrócono bykowe zwane także podatkiem starokawalerskim oraz opłaty za energię niewykorzystaną i zmarnotrawioną.

Część społeczeństwa mocno odczuwała te zmiany i głośno o nich mówiła. Krytykujących było jednak zbyt mało, aby osiągnąć pozytywny skutek. Udało im się tylko zorganizować tysiąc komitetów oporu obywatelskiego przeciw zmianom w systemie podatkowym. Skarżący się słali obszerne petycje do opozycji parlamentarnej, organizacji pozarządowych oraz do sądów.

0Shares

Poezja na niedziele i święta. Wiersze: „Ja tylko pragnę” i „Jadzi P.”

Muza Poezji by Konstantin Makovsky.

Jak zwykle, w niedzielę, oprócz modlitwy o chleb powszedni i karę piekielną dla pedofilów i podobnych oszustów w ludzkiej skórze, trochę poezji. Pierwszy wiersz dedykuję osobom poszukującym zrozumienia w miłości, która niestety różnie się spełnia, sukcesem całkowitym, połowicznym, czasem także niepowodzeniem.

Obydwa wiersze, podobnie jak i poprzednie, pochodzą z tomiku Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”, dostępnego za kilkanaście złotych we wszystkich księgarniach. 

Ja tylko pragnę

Tak bardzo chciałbym wziąć cię w ramiona,
gdybyś nie była tak roztargniona,
po prostu przyszła tu, gdzie jestem
bukietem kwiatów, oczekiwań dreszczem.

Kiedy już przyjdziesz, spójrz mi w oczy,
może nieśmiałość cię zauroczy
i pozwól wejrzeć w swoich oczu głębie,
bezwstydnie ciepłe, lśniące, gołębie.

Weź mnie za rękę i mów coś do mnie
powoli, rozważnie, posłucham przytomnie
i choć mam tyle do powiedzenia
ja tylko pragnę twego zrozumienia.

Gdynia, 12 kwietnia 1999

Drugi wiersz, jak można domyśleć się z tytułu, był dedykowany konkretnej osobie, pani Jadzi P. W zależności od pory roku wciąż widzę ją ze skrzydłami anioła powiewającymi dla schłodzenia powietrza, kiedy jest gorąco i ogrzania go, kiedy jest zimno. Ideałów jest tak mało, że warto pamiętać, aby przekazać im (co najmniej raz w roku, na urodziny lub imieniny) jak najwięcej serdeczności w podzięce za ich dobroć, a nawet samą obecność.

Jadzi P.

Wpośród jarzębin czerwonych kiści
wiatr zmywa ślady babiego lata,
życie odmierza jej barwą liści,
nastrojem duszy, owadem w kwiatach,
…wierszem istnienia.

W katedrze lasu ona myśli zbiera,
a tam, u góry, nad koron powałą
Najwyższy czuwa, widzi ją całą
w ciszy zapachów i wiatru szumie,
…on ją rozumie.

Lato już przeszło i jesień dojrzewa,
ptaki ucichły i złocą się drzewa;
wśród runa leśnego i traw poszycia
ona coś szuka. Okruchów życia
…czy pocieszenia?

Wędruje stepem zagubiona dusza,
drogami wspomnień, smuci się, wzrusza,
cieszy i trafia wciąż na rozstaje,
miłość garściami owoców rozdaje,
…istota ciepła.

Sopot, 4 października 1997

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 174: Interpretacja przyczyn i sprzątanie po Apokalipsie

Koniec Apokalipsy nie przyniósł natychmiastowej ulgi społeczeństwu. Problemy obsiadły kraj jak szarańcza. Obywatele różnili się myśleniem, postawami i aspiracjami. Łączyło ich jedynie – była to trwała więź – uczucie niechęci a nawet nienawiści wobec społeczeństw, grup i jednostek, których nie dotknął kataklizm. Wzburzenie mieszkańców Nomadii osiągnęło taki poziom, że nawet osoby sobie bliskie, członkowie rodzin, przyjaciele i dobrzy sąsiedzi otwarcie wywalali z siebie bolączki i niepokoje, bijąc na odlew słowami i przekleństwami. Wydawało się, że spadkiem po Apokalipsie będą jedynie spory co do jej przyczyn i skutków, tymczasem wszystko uległo pomieszaniu. Jeśli ktoś miał pozytywny pogląd na cokolwiek, natychmiast zjednywał sobie wrogów.

W miejsce tolerancji rozpanoszyła się nietolerancja. Czołowe partie kraju oskarżały się nawzajem o najgorsze zbrodnie. Rocznice państwowe zamiast jednoczyć, jeszcze bardziej antagonizowały naród. Nasycone wrogością dyskusje toczyły się w pubach, mieszkaniach i na ulicy. W Internecie dyskusje ociekały jadem. Nawet umiarkowani zwolennicy obydwu partii nie dostrzegali niczego, w czym mogliby się ze sobą zgodzić. Część obywateli stroniła od dyskusji, nie interesowała się polityką ani państwem, tylko sobą. Nazwano ich trzecią siłą. Twierdzili, że są neutralni, często mówili o osobie „mnie to wisi”.

Nie pozostawiało to nadziei na poprawę sytuacji. Jedyną wspólną cechą odkrytą przez badaczy była skromność: obywatele preferowali mówić o biedzie i ubóstwie niż chwalić się zamożnością i bogactwem, jakie przypadły im w udziale.

Sefardi, wyćwiczony w oglądzie mikroskopijnych detali, dostrzegał niuanse, dziesiątki drobiazgów nierzucających się w oczy: kulejącą uprzejmość, zatrzęsienie nieaktualnych informacji w Internecie, nawet grzeczność okazywaną głosem tak szorstkim, że wydawała się niegrzecznością. Nie były to warunki sprzyjające rządzeniu. Rząd był pod obstrzałem połowy społeczeństwa, druga połowa mu sprzyjała. Oczy wszystkich kierowały się na gubernatora Barrasa, od którego oczekiwano cudu. Stał się on centralnym punktem wydarzeń.

*****

Fatalne w skutkach zaburzenia pogody wyjaśniano bardzo różnie: wybuchami potężnych mas gazu na słońcu, rozmagnesowaniem bieguna północnego przez blisko przelatującą kometę, a nawet pulsowaniem wszechświata. Najstarsi ludzie nie pamiętali pogody tak przewrotnie łączącej okrucieństwo tyrana z łagodnością niemowlęcia. Pisała o tym prasa krajowa i zagraniczna, wyrzucając inne tematy na śmietnik jakby były odpadkami grożącymi epidemią. Ludzkie serca nadal wybuchały niepokojem i spalały właścicieli, jeśli w porę nie schronili się w wierze, spowiedzi lub psychoterapii. Dni spokojnego słońca ludzie traktowali jako zapowiedź zmian na lepsze. Niektórzy czuli się tak doskonale, że potem twierdzili, że lewitowali w powietrzu i było to najlepsze, co zdarzyło im się w życiu.

W sprawie Apokalipsy ważny głos przypadł Kościołowi Hierarchicznemu, do którego należała większość ludzi wierzących. Decydującą rolę odgrywał w nim arcybiskup Czarna Eminencja, przywódca kościoła. W dalszej kolejności liczyły się głosy księży z ambon, listy duszpasterskie oraz gazetki parafialne.

W celu rozwikłania zagadki klęsk żywiołowych kościół wezwał na pomoc biblistów. W pierwszej kolejności zajęli się oni uporządkowaniem terminologii. Pięć dni fatalnej pogody określili mianem Sodomy i Gomory, poszczególnym dniom przypisując nazwy dominujących zdarzeń. Były to: wtorek – Dzień Gradu, Środa – Dzień Powodzi, Czwartek – Dzień Piorunów i Pożarów, Piątek – Dzień Tsunami. W wyniku pracy biblistów oraz debat kościelnych wyłonił się specyficzny pogląd, że źródłem nieszczęść, jakie ugodziły społeczeństwo, był Internet, a bardziej konkretnie, zmiany cywilizacyjne, jakie wywołał. Była to druga fala interpretacji przyczyn Apokalipsy.

– Ludzie, odwracając się od Boga w kierunku Internetu, stali się sprawcami kataklizmu – podsumował ksiądz profesor Obispo, przewodniczący konferencji klimatycznej. Część naukowców, również tych wierzących w Boga, akceptując niektóre argumenty kościoła, uznała wyjaśnienie księdza profesora za zbyt proste.

– Potrzebujemy więcej czasu, aby dokonać pełniejszych analiz. Musimy stworzyć model zmian pogodowych, dopiero wtedy wszystko stanie się jasne – słowa te zawarli w liście skierowanym do Czarnej Eminencji.

2Shares