Z powagą o autopromocji powieści i autora

Na początku marca ukaże się (w końcu) na rynku moja powieść „Sędzia od Świętego Jerzego”. Cały czas myślę o tym, jak będzie się sprzedawać.

Sukcesu pisarskiego nie mierzy się napisaniem (nawet bardzo dobrej) powieści, ale wprowadzeniem jej na rynek, upowszechnieniem w świadomości czytelników, pozytywnymi recenzjami i reakcjami, a w końcu wynikami sprzedaży.

Wczoraj oglądałem w nocy z żoną ceremonię przyznawania Oskarów filmowych. W dyskusji padły znamienne słowa: W okresie przed głosowaniem wszyscy zapominają, że film jest dziełem artystycznym i koncentrują się na nim jak na towarze (który wymaga promocji, aby dobrze się sprzedał). To mnie tylko umocniło w przeświadczeniu, że w najbliższych miesiącach muszę zakasać rękawy i aktywnie włączyć się w promocję własnej książki.

O potrzebie aktywnego udziału autora w promocji książki pisałem na blogu „O autopromocji. Pasja zwierzęca” z dnia 10 lutego 2015. Blog napisałem pod wpływem objawienia, jego doznałem w księgarni tysiąca książek.

Autopromocja pisarzy i poetów nie jest nowym wynalazkiem.

„Dla artystów, największym problemem do rozwiązania jest, jak dać się zauważyć” – Napisał Balzac w „Straconych złudzeniach”, powieści o życiu literackim w Paryżu na początku XIX wieku. Stendhal w swojej powieści bibliograficznej „Pamiętnik egotysty” pisał: ” Wielki sukces nie jest możliwy bez pewnego bezwstydu, a nawet otwartego szarlatanizmu”.

Autor tych obserwacji (Tony Perrottet) pisze, że te słowa powinny znaleźć się na herbie zrzeszenia autorów”. Przytaczam kilka jego dalszych wypowiedzi.

„Hemingway ustanowił nowoczesny złoty standard budowy własnej marki, przedstawiając swój wizerunek uzupełniony zdjęciami z wypraw safari, na ryby czy w miejsca, gdzie trwa wojna. Reklamował się również pozując do reklam piwa. W 1951 roku reklamował piwo „Ballantine Ale” na dwustronicowej wkładce magazynu „Life”, na której uwidoczniono jego zdjęcie w apartamencie w Hawanie”

Tyle na dzisiaj o wielkich pisarzach. Ich lista i opis działań autopromocyjnych jest przebogata. Przyjąłem je do wiadomości jako natchnienie dla własnych działań.

Dzisiaj potwierdziłem spotkanie autorskie w fili biblioteki wojewódzkiej mieszczącej się w dużym centrum handlowym w Gdańsku. Staram się równocześnie o zgodę na rozdanie tam ulotek reklamujących spotkanie autorskie na godzinę przed jego rozpoczęciem. Rzecz niby mała, lecz wymagająca zachodu i zawierająca w sobie wiele szczegółów.

C.d.n.

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Nr ISBN 978-83-7942-566-2. Format: książka drukowana. Wydawca Novae Res, Gdynia. Planowany termin wydania: początek marca 2015. Gatunek literacki: powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna.Sędzia od Świętego Jerzego  — Michael  Tequila

O autopromocji powieści i autora. Pasja zwierzęca.

Z pasją i zaangażowaniem rzuciłem się w wir promocji mojej powieści „Sędzia od Świętego Jerzego” . Pasję mogę nazwać zwierzęcą, zaangażowanie ma charakter ludzki z uwagi na narzędzia. Jest godzina 5.08 rano, a ja siedzę przy komputerze i piszę ten blog. Los powieści od dnia ukazania się na rynku w końcu lutego br. już teraz spędza mi sen z oczu.

2015 02 10 Pisarz grafika

Najpierw ogólnie o promocji książki i autora. Podstawową promocję prowadzi wydawnictwo, drugi nurt realizuje autor. Uznałem, że jest to nie tylko moim obowiązkiem, ale wręcz koniecznością (o czym później i więcej) i postawiłem tę sprawę na piedestale priorytetów działań w najbliższych miesiącach.

Źródła motywacji autora są liczniejsze niż dopływy świętej rzeki Ganges, nad którą chciałby dać się spalić każdy wyznawca hinduizmu. Palić się nie zamierzam, ponieważ nie będę mieć czasu na rozrywkę. Oto powody:

Sukces sprzedaży „Sędziego” w formie drukowanej zachęci Wydawcę do aktywniejszego zaangażowania w dalsze działania: wydanie powieści w wersji elektronicznej (ebook) oraz wydanie zbioru opowiadań, który od ponad pół roku czeka na decyzję „tak”. Opowiadania sprzedają się gorzej niż powieści. Jeśli „Sędzia” będzie sprzedawać się dobrze, to zwiększy to szansę wydania tomu opowiadań. Co więcej, mam już zaawansowaną kolejną powieść, o innym charakterze, równie albo jeszcze bardziej atrakcyjną, którą chciałbym jak najszybciej opublikować.

Moja aktywność promocyjna płynie także z przekonania, że „Sędzia od Świętego Jerzego” jest dobrą powieścią (niezależnie od tego, że to ja jestem jej autorem, pierwszym miłośnikiem i adoratorem, szaloną kombinacją ojca, matki dwóch dziadków i dwóch babć udanego nad wyraz dziecka, którego z miłości nazwałbym rozkosznym bobasem, gdyby nie jego psychologiczno-obyczajowo-kryminalna natura).

O jakości powieści wnioskuję po fakcie, że propozycję publikacji wysłałem – niejako sondażowo, od czegoś trzeba zacząć – tylko do dwóch wydawnictw. Jedno z nich (aktualny wydawca) od razu zaakceptował moją propozycję. Drugie wydawnictwo odpowiedziało mi, że „Powieść podoba się nam, lecz ma za małą objętość’ (nota bene, pod wpływem tej sugestii powiększyłem objętość utworu; powieść, która ukaże się w sprzedaży w końcu tego miesiąca jest obszerniejsza niż ta pierwotna przesłana do oceny wydawców). Okazało śię, że sama jakość nie wystarczy, powieść musi być dostatecznie duża objętościowo.

Podsumowując, wydawcy otrzymują takie ilości manuskryptów do publikacji, że są w stanie zaakceptować – jak to czytam – nie więcej niż pięć procent wszystkich nadsyłanych propozycji. „Sędzia od Świętego Jerzego ” znalazł się już przy pierwszym podejściu w wyróżnionych pięciu procentach. To musi coś znaczyć.

 

Frank

Frank był przyjacielem Polaków, okazał się wrogiem. Nie pierwszy raz. W czasie drugiej wojny światowej w Europie szalał jeszcze inny Frank, ale ten był nazistą.

Sprawa pożyczek we frankach szwajcarskich jest śmierdząca jak na mój gust. Jeśli polskie banki namawiały swoich klientów do zaciągania kredytów w tej walucie, to powinny ponieść konsekwencje. W Australii miało miejsce coś podobnego, ale w łagodniejszej formie. Nie pamiętam, czy waluta była ta sama, ale historia bardzo podobna. Skończyło się to tak zwaną „class action”, co oznacza, że duża grupa klientów zaangażowała firmę prawniczą i wystąpiła zbiorowo przeciw bankowi z roszczeniami o odszkodowania. Banki australijskie – osobiście nie mam co do tego wątpliwości – były i prawdopodobnie są (ogólnie rzecz biorąc) bardziej etyczne niż banki polskie.

Bank nie ma prawa namawiać klienta do wzięcia pożyczki w walucie zagranicznej, a jedynie zaoferować i zachęcić uświadamiając mu plusy i minusy takiej pożyczki (jest ogromna różnica między „zachęceniem” a „namawianiem” – zwłaszcza usilnym – do czego dochodzą jeszcze intencje banku, z jakimi zachęca lub namawia klienta). Tym plusem i minusem jest ryzyko walutowe. Banki australijskie postępowały rozważnie i zapewne uczciwie, gdyż nieliczne przegrane sprawy banków z klientami, jakie miały miejsce wskutek owej class action odnosiły się do tylko sytuacji, kiedy bank rzeczywiście niedostatecznie poinformował klienta o ryzyku walutowym pożyczki.

Podkreślę wyraźnie, że chodzi o uświadomienie klientowi, na czym polega ryzyko pożyczki w walucie zagranicznej, ale nie namawianie do wzięcia takiej pożyczki. Jeśli polskie banki namawiały do tego, to teraz powinny „beknąć”, głośno i boleśnie. Życzę im tego, ponieważ etyka w działalności bankowej przy złożoności spraw bankowych nie może być czczym słowem. Podobnie jak w ochronie zdrowia.

W zaciąganiu pożyczek istnieją zasady, które dobrze jest znać. Mało jest dzisiaj świętości, ale ta jest święta, przynajmniej dla mnie. Jeśli bierzesz pożyczkę, to bierz ją w walucie, w której otrzymujesz dochody. Czyli, jeśli pracujesz w Polsce i masz dochód w złotówkach, to bierz kredyt złotówkowy. Nie ponosisz wtedy ryzyka zmiany kursu waluty. To jest ta sama waluta.

Ryzyko walutowe to sprawa pachnąco-śmierdząca. Taka jest natura ryzyka. Kiedy kurs franka był korzystny, polscy klienci wygrywali, kiedy zmienił się niekorzystnie, przegrywają. To wygrywanie-przegrywanie nie jest równomiernie rozłożone. Oszczędności z tytułu korzystnego kursu waluty przy spłacie pożyczki są miłe, grzeją ci portfel i serce, ale straty mogą doprowadzić cię do zawału serca i ruiny. Inaczej mówiąc, intensywność bólu przegranej może być nieporównywalnie większa, niż intensywność radości z wygranej.

Nie ufam bankom w Polsce. Mała ilustracja. W banku w Polsce możesz otrzymać znaczną pożyczkę lub uzyskać kartę kredytową nie mając pojęcia o istotnych warunkach umowy. Oczywiście, prawnie masz obowiązek wiedzieć, co podpisujesz. Przed podpisaniem umowy możesz zadawać pytania lub przeczytać tekst. Jeśli tego jednak nie zrobisz, to banku to nie zmartwi. Urzędnik (czy raczej urzędas) bankowy potrafi ci wręczyć dokumenty i nawet nie podsumuje w kilku punktach najważniejszych warunków pożyczki lub karty. Może dlatego, że mogłyby cię one przerazić. Po co robić przykrość klientowi?

A mogą być one naprawdę zaskakujące. Podam konkretny przykład. Limit kredytowy na karcie wynosi powiedzmy 10.000 zł, ale jeśli w ciągu jednego roku nie uregulujesz kwoty wymaganej do spłaty, to bank ma prawo dochodzić od ciebie należności w wysokości do 20.000 zł. Ciekawe i fenomenalne! Winien jesteś 10.000 (plus zapewne odsetki), a oni mogą dochodzić od ciebie 20 000 zł!

– O co tu chodzi? – Zapytałem.

– To jest rodzaj kary. –Wyjaśniła mi z uśmiechem przemiła poniekąd urzędniczka po króciutkim wahaniu. W klauzuli, która odnosi się do tej sytuacji, nie ma jednak słowa „kara”.

Są w tym kraju zjawiska, które śmierdzą, nawet jeśli tego nie czuć.

Dbajmy o powonienie! Czuj duch!

O zezwierzęceniu człowieka

Przy stole biesiadnym wynikła rozmowa. Była ona bogatsza i bardziej odżywcza niż sama biesiada, która okazała się prostym śniadaniem. Uczestników wybrał sam Mikołaj Rej, który wygodnie dla mnie zmaterializował się na tę okoliczność. Ja, gospodarz domu i pokoju niespokojnej pracy twórczej, zmieniłem nieco ich płeć i role tak, że w końcu stało się to rozmowa między Panem, Wójtem i Plebanem, gdzie Pan był mężczyzną, a Wójt i Pleban kobietami. Mikołaj Rej podkreślił dla jasności, że była to rozmowa między trzema osobami, ja uznałem to za zbyteczne.

Oto wierny (jak pies) zapis rozmowy:

Pan: Testem człowieczeństwa kobiety jest głośne zawołanie na ruchliwej ulicy: „Człowieku!. Żadna kobieta nie obejrzy się. Wątpiącym i mniej oczytanym wyjaśnię, że była to odzywka prowokująca, a jej celem było przetestowanie odporności psychicznej Wójta i Plebana, ucieleśnionych postaciami kobiet, istot, które nie za bardzo rozumiem.

Po chwili namysłu i milczenia, co było również okrutne, pani Pleban odpowiedziała:

Testem człowieczeństwa mężczyzny jest głośne zawołanie na ruchliwej ulicy: „Frajerze!”. Obejrzą się wszyscy mężczyźni.

Było to odważne stwierdzenie, wręcz zabójcze. Ugiąłem się pod jego ciosem, uznałem jednak prawdziwość i skuteczność tego testu. Sam nie wiem, jakbym się zachował, gdyby jakaś pani Pleban krzyknęła na ulicy „Frajerze!” dostatecznie blisko, abym to usłyszał. Nie chodzi oczywiście o uparte zarozumialstwo mężczyzny, że nie jestem frajerem, i dlatego nie odwracam się na takie zawołania. Po prostu zrobiłbym to z ciekawości, gdyż nigdy jeszcze nie słyszałem na ulicy kobiety wołającej „Frajerze!”.

Po wymianie argumentów, czyli wszystkich za i przeciw oraz pro i contra, jak również niektórych plusów i minusów, osoby obecne przy stole nie doszły do porozumienia, jak to jest z tym człowieczeństwem kobiety i mężczyzny. Też mam wątpliwości od czasu, kiedy przeczytałem, że Darwin po spowiedzi przed Bogiem i uzyskaniem rozgrzeszenia (bez pokuty) opublikował teorię ewolucji gatunków, w której udowodnił zwierzęcość wszelkiego człowieka.

W ostatnich latach potwierdziły ją badania genetyczne. Pokazują one, że genotyp małpy człekokształtnej i człowieka są do siebie podobne mniej więcej w 97 procentach. Pozostałe trzy procenty to nasza prawdziwa „ludzka twarz”.

Nie wiem, w czym ona się wyraża. Chyba w poczuciu humoru, wyrafinowaniu, niszczenia środowiska naturalnego oraz zdolności czytania i pisania, które i tak psu na budę się zdało, skoro nie umiemy mądrze żyć.

O racjonalności powyższych poglądów świadczą dwie obserwacje:

Żadna małpa nie nazwie drugiej: „Ty człowieku!

Człowiek dosyć często definiuje bliźniego mianem „Ty małpo”.

Udowadnianie nieludzkiego pochodzenia człowieka może być pasją.

 

Ranek po bożemu

Wychodząc na korytarz, aby sprawdzić czy dzień już czeka za progiem z dobrymi wiadomościami, natknąłem się niespodziewanie na Iwana Iwanowicza Iwanczyna, osobę dobrze mi znaną. Było to spotkanie nienormalne, gdyż normalnie spotykam go w drodze do sklepu.

– Co pan tu robi? – Wykrzyknąłem zaskoczony obecnością żywej istoty za progiem.

– Nic specjalnego. Ja tutaj mieszkam.

– Tu, na progu? -Zapytałem niedowierzająco oglądając się za siennikiem lub materacem. Od razu przypomnieli mi się nędzarze z Indii, posegregowani od wieków w kasty wedle skali niedotykalności-dotykalności oraz ubogi-bardziej ubogi. W tej drugiej kategorii klasa najniższa zaczyna się od nieposiadania czegokolwiek, z wyjątkiem ciała, gdyż w warunkach bezbrzeżnego ubóstwa trudno jest myśleć o posiadaniu duszy. Wyżej stoi już osoba z garnuszkiem, w który zbiera datki, następnie ktoś nieporównywalnie bogatszy, lokalnie może nawet i bogacz, gdyż ma garnuszek i łyżkę. Jeszcze wyżej stoi gość z materacem, o którym myślałbym, czy nie nazwać go lokalnym prawie-Krezusem. Odepchnąłem jednak myśl, aby skończyć konwersację z Iwanem Iwanowiczem.

– Wpadłem z rana, aby świeżutkim cytatem z Marka Twaina pobudzić pański umysł murszejący wskutek niedostatku snu i myśli błądzących po manowcach.

– Skąd pan go zna? – Zapytałem mając na myśli cytat. Nie było to pytanie tak oryginalne, jakie zadaje pracownikom szef z samego rana. Ja już sobie tego nie przypominam, gdyż już od kilku lat jestem szczęśliwie bezrobotny, to znaczy zatrudniam siebie w roli pisarza blogów i jednej poważnej powieści (w procesie wydawniczym). Finansowo jest to zatrudnienie na poziomie indyjskim, gdyż pisarz nie tylko, że nic nie zarabia, to jeszcze dopłaca do wydania. Rozmyślania przerwał mi Iwan Iwanowicz.

– Myśl należy do Marka Twaina i jest następująca: Żyjmy tak, że kiedy umrzemy, to zasmuci się nawet przedsiębiorca pogrzebowy. – Podał werbalnie starzec, po czym odczytał z karteczki po angielsku: (Let us so live that when we die even the undertaker will be sorry”).

– Skąd pan to ma? – Pytanie było odpowiedzią na przyjemność, jaką sprawił mi cytator stymulującą myślą, część spadku ludzkości po wybitnym pisarzu, Einsteinie celnych powiedzeń.

– To z książki „Your Daily Walk with the Great Minds” Richarda Singera Juniora. Była to książka roku 2006 w kategorii nonfiction. Są tam cytaty na każdy dzien. Dzisiejszy panu właśnie przeczytałem.

Uścisnąłem serdecznie przemiłego starca i zaprosiłem na filiżankę kawy, lecz odmówił. To nara. – Rzucił mi na pożegnanie, po czym dodał: Have a good day, mate!

Domyśliłem się, świeżo wrócił z Australii albo jest aborygenem zamieszkałym w Polsce. Ciemna cera, szeroka broda i masywny nos, który kiedyś wydawał mi się skromniejszy, mogły o tym świadczyć.

Pobudzony ożywczym powiewem myśli Marka Twaina wróciłem do mieszkania, w porywie niespotykanego entuzjazmu scałowałem ślady, jakie czterdzieści lat wcześniej pozostawiła mi na duszy kochanka i zacząłem intensywnie myśleć, jak tu doprowadzić się do ładu.

– Najpierw zrobię porządek wokół siebie, aby myśli łatwiej mi się układały. – Zdecydowałem tak szybko, że nie zdążyłem nawet zapamiętać, co postanowiłem.

Dobrze jest wystartować wczesnym rankiem i po bożemu powitać dzień i niespodziewanych gości.

Teoria dobrobytu społecznego. Ciąg ostatni rozważań z dnia 15 08 2014.

Nowa Huta, stara wiara, pomniki Edwarda Gierka i Władysława Gomułki, sztuczne Jezioro Solińskie, Mały Fiat dla wielodzietnej rodziny.

– Mój Boże, ile tego było! – Zachwyciłem się osiągnięciami socjalizmu, niesłusznie, bo z wyprzedzeniem zwanego komunizmem. Też pragnę powrotu starych czasów; czasem chodzę na cmentarz i modlę się słowami: Powstańcie, których gnębi głód. W miejscu szlachetnego i cichego odosobnienia widuję niekiedy ludzi wielkiego formatu, poważnych polityków, ex-prezydenta Kwaśniewskiego, ex-premiera Millera, ex-premiera Kaczyńskiego, którego też zrodził socjalizm, a którego podobno nie znosi gdyż wywołuje weń niezrozumiałe drżenie nóg i rąk. Bądźmy szczerzy: wypieranie się rodziny nie znaczy, że nie odziedziczyliśmy po niej żadnych cech.

Snuję dzisiaj te wspomnienia jako poeta, bez historii twórczego rozwoju i szans spóźnionego awansu społecznego. – Hej, to były czasy chędogie, lecz pełne fantazji i szlachetnej rozrywki. Czytelnictwo kwitło wtedy szalenie jak powabna róża albo smaczne pieczarki na ciepłym, końskim łajnie. Nie wiem, jak to się dzieje, że rosnąc na łajnie kwiaty Pracujemy w trójkę - socrealizmpachną a grzyby nadają się do konsumpcji. Ten aspekt przyrody pozostaje dla mnie tajemnicą.

Za czasów bujnego czytelnictwa ludzie stali w kolejkach, aby mieć czas zachwycać się arcydziełami literatury, w tym trzytomowym dziełem „Lenin a higiena i bezpieczeństwo pracy”, odpowiednikiem współczesnej powieści „50 seksualnych twarzy Greya”.

Twórczość poetycką uprawiał wtedy każdy, kto umiał czytać i pisać, a nawet i bez tego. Ludzie pozdrawiali się na ulicach lirykami, prawdziwymi, rymowanymi, nie to, co dzisiaj, wierszem białym, atrapą, której zaletą jest to, że zmusza organizm do głębokiego oddychania, kiedy stoisz przed wierszem z otwartymi ustami i zastanawiasz się, co też autor chciał powiedzieć. Nie znajdujesz odpowiedzi, biegniesz więc do źródła czyli do autora i pytasz go o to. To, że on też nie wie, ma znaczenie twórcze, gdyż obydwaj zagłębiacie się w dyskurs na temat sensu i piękna poezji.Rolniku daj krowie

Poezja jako twórczość masowa wtedy też kwitła, ale trochę inna, bardziej zachęcająca i bezpośrednia. Sam w tym uczestniczyłem. Dzieci w szkole a dorośli poza szkołą recytowali poezję odpowiedzialną społecznie: „Zamiast szczypać w rowie dziwki, rób wiosenne podorywki”, albo: „Każdy rolnik postępowy sam zapładnia swoje krowy”, albo też: „Zamiast chodzić wciąż na ksiuty, zbieraj złom dla Nowej Huty”. Wiersz w owych wzniosłych czasach służył celom społecznym, patriotycznym, wydajności pracy i uduchowieniu ciemnych mas, które dzisiaj rozjaśniają się blaskiem konsumpcji.

– Czemu służy dzisiaj poezja i literatura? – Pytam pełen gniewu na bezmyślność społeczeństwa odżywiającego się kiełbasą z trzydziestoprocentową zawartością mięsa. Nie dziw, że w PRL-u nie było mięsa w wolnej sprzedaży tylko na kartki, bo ludzie je zjadali w kiełbasie, a nie w dodatkach w rodzaju uszczelniaczy, barwników syntetycznych, wzmacniaczy smaku, dopalaczy i spulchniaczy. Dodatki te, zwane przez emigrantów prezerwatywami (ang. preservatives), są zdrowsze i bardziej odżywcze niż samo wulgarne mięso, nie powodują bowiem wzrostu masy ciała, lecz działają rozluźniająco na żołądek pozwalając ci czuć się lekko i radośnie. Mimo ogromnych dawek szczęścia dostępnego dzisiaj w dodatkach do mięsa, ludzie śmieją się rzadziej, są poważniejsi, mniej skłonni do żartów i kawałów, inaczej mówiąc do wypróżniania się ze złych humorów. – Co takiego było w tamtym ustroju, że ludzie cieszyli się jakby im ktoś w kieszeń narobił, a dzisiaj chodzą poważnie jak matrona w mnogiej ciąży? Sex w ZSRR Muzeum Erotyki

Zadaję sobie to i inne pytania, aby zrozumieć tęsknotę dużej części społeczeństwa do poprzedniego ustroju. – Czemu ta tęsknota ma służyć? – Nie wiem. Do czego ona zmierza? –Jeszcze bardziej nie wiem. W mojej ignorancji pocieszam się tym, że nie znając odpowiedzi przynajmniej zadaję pytania.

Oda do starości

Starzec i pacholę– Starość jest wredna, proszę pana. – Odezwał się po chwili zamyślenia Iwan Iwanowicz Iwanczyn, daleki potomek Polki i Turka pobitego pod Wiedniem przez Jana Sobieskiego. Jestem zwyczajnym typem, borykającym się ze starością i wewnętrznymi słabościami. Idę tu z panem, żywo konwersuję i cieszę się, bo w domu to ja chodzę tylko we śnie lub przeklinam swój los.

Tu Iwan Iwanowicz otaksował mnie długim i uważnym spojrzeniem.- Nie to co pan, człowiek jędrny w sobie i energiczny nad miarę. Powiem panu w cichości, że staram się pana naśladować. Przynajmniej w kilku sprawach. Też piszę, bo to podbudza mój starczy umysł, który jak pan sam powiedział, starzeje się szybciej niż ciało i oddaję się ćwiczeniom cielesnym, które mają wzmocnić kondycję nader łatwą do zapomnienia w moich latach.

– Ile pan ma lat, jeśli mogę wiedzieć?. – Zapytałem z młodzieńczą wrażliwością godną naśladowania.

– Co ja będę pana straszyć liczbami! Dostatecznie dużo, aby łatwiej dostrzegać głupoty tego świata, oraz dostatecznie mało, aby jeszcze móc się lubieżnie podniecać i opowiadać kawały, zamiast mówić o chorobach.

– To na co pan się skarży? Wydaje się, że jest pan w dobrej formie.

– Mówi pan jak kat, aby pocieszyć skazańca. Skarżę się na wieczną senność, ospałość, zasypianie przed komputerem i na literki uciekające mi dziesiątkami w bok w tekście, który piszę.

– To okropne. – Usiłowałem wzmocnić buntowniczego starca życzliwym komentarzem. Każdy lubi współczucie.

– Na to mnie pan nie złapie. Ja nie jestem łasy na współczucie, mówienie o chorobach, chwalenie. To są pułapki prowadzące do uzależnienia. Jak to mówią, nie ze mną takie sztuczki, Bruner! – Rzucił młodzieńczo staruszek, potem pochylił się, podjął duży kamień i rzucił w moim kierunku krzycząc „Łap”, kiedy ten był już w powietrzu.

Złapałem.

– Tak bawiliśmy się, proszę pana, kiedy jako wyrostek pobierałem nauki w szkole średniej. To były czasy, szajba odbijała młodzieży męskiej, ale w mądry sposób, nie to, co dzisiaj.

Nie zdążyłem nic odpowiedzieć, ponieważ dzielny staruszek skręcił nagle w bok do sklepu zapominając o mnie i mamrocąc pod nosem listę zakupów.

Starość nie radość

Indie. Podróże szczęścia i przeznaczenia.

images (1)Pochyliłem się z pokorą nad losem rodaków, kobiet i mężczyzn, którzy mogą pracować, a nie pracują, mogą nie brać zasiłku dla bezrobotnych, a biorą, choć jest nędzny, a nade wszystko są nieszczęśliwi ze swego losu. W kraju tylko dwie osoby pochylają się nad nimi ze współczuciem, choć z różnej perspektywy: Jarek i ja. Jarek pochyla się nad nimi pobożnie, szepcząc swoim ciepłym głosem: Twój los nie jest twoim losem. Tylko rząd jest winien zła. Wyraź swą wściekłość i głosuj. To ci ulży.

Jestem podły, nie stać mnie na tyle uczucia. Jestem mniej wyrozumiały. Głoszę tylko pociechę porównawczą: – Myśl o swym losie myśląc o mieszkańcach Indii. To koi skutecznej skołatany umysł i serce niż doskonały poniekąd środek przeczyszczający, który otrzymałeś gratis na ostatnim nocnym marszu z pochodniami.

Moje kuszenie jest bardziej naturalne i sięga trzewi rozumu, nie żołądka. Kiedyś objawił mi się pewien Święty, zbliżony do Pana Boga i przekonał mnie, że Najwyższy nie życzy sobie, aby powoływać się na niego.

– Za mało mnie znacie. Tak dosłownie powiedział. –Wyjaśnił mi Święty.

Przytoczone poniżej fragmenty życia w Indiach poruszyły mnie głęboko. Uznałem je za skuteczną psychoterapię również na własne skargi i utyskiwania. Może ktoś jeszcze odkryje w nich zbawcze światło refleksji nad własnym życiem?

”Indie. Miliony zbuntowanych” V. S. Naipaul’a to zbiór reportaży wielokrotnie wyróżnianego pisarza pochodzenia hinduskiego.

„To było w 1980 roku. Miałem czterdzieści lat. W tym wieku po raz pierwszy w życiu dorobiłem się własnego pokoju. To było jak sen w miejscu takim jak Bombaj, gdzie ludzie sypiają na chodnikach albo w kanałach. Nic lepszego nie mogło mi się przydarzyć.

Dzięki moim dobroczyńcom jeszcze trzy lata temu mieszkałem w samodzielnym pokoju w starym domu ze wspólną toaletą dla czterdziestu osób. W tych warunkach nie mogłem marzyć o małżeństwie.

Ożeniłem się, mając czterdzieści pięć lat; moja zona miała trzydzieści dziewięć. Obje musieliśmy czekać długo na te łaskę. I Bóg nas pobłogosławił, dając nam w tym późnym wieku dodatkowe szczęście: urodziło nam się dziecko.

Nadal jestem przekonany, że mógłbym zajść o wiele wyżej, gdybym znalazł trochę więcej zrozumienia i współczucia. Albo może w innym kraju. Cały czas prześladuje mnie poczucie, że nie mogę wznieść się wyżej niż się wzniosłem. Nie mogę się uniezależnić od mojego pracodawcy i wspiąć się wyżej.

Zacząłem, jako sekretarz, jestem sekretarzem i pewno skończę jako sekretarz. Nie zaszedłem wyżej niż mój ojciec czy dziadek na początku stulecia. Jedyna pociecha to to, że nawet jako sekretarz nie mam tak źle, jak większość innych sekretarzy. I może nawet myślę o sobie, że jestem kimś więcej niż tylko sekretarzem”.

PS. Będę głosować na partię, która bez względu na zimny klimat wprowadzi obowiązek głośnego publicznego czytania V. S. Naipaul’a Indie-Miliony-zbuntowanych.html

4000 podziękowań

Dokąd ja właściwie idę 04 2012Kicia i pan 2006Drodzy Czytelnicy!

Czekałem na ten moment z butelką szampana. W ciągu jednego miesiąca nastąpił wzrost o prawie 1000 abonentów na moim blogu. Licznik WordPress, platformy www.MichaelTequila.com zarejestrował dzisiaj równe 4000 abonentów.

Jest to dla mnie wielka uroczystość. Teraz tym bardziej będę budzić się w nocy lub nad ranem, aby dokonać zapisu nowego pomysłu, który przychodzi mi do głowy o kretyńskiej porze. Nie muszę tego robić, ponieważ mam już zanotowanych kilkadziesiąt różnych pomysłów; niewolnictwo niekoniecznie jest mi pisane. Pozostanę jednak uzależniony, ale nie zamierzam się leczyć (jeszcze), gdyż nie jest to najgorsze ze zboczeń współczesności.

W tej chwili nie mogę wznieść toastu, ponieważ mam jeszcze obowiązki do spełnienia, lecz uczynię to wieczorem. Wypiję Wasze zdrowie z wdzięczności i w nadziei, że pozostaniecie moimi czytelnikami. Henri Matisse 145266-matisse-h xara ths zwhs 1905

Blog Polska. Nieliczni zbuntowani. Część 2 i ostatnia.

Dzisiaj nie czuję się na siłach zadeklarować dnia uprzejmości.

Nie łudźmy się, jeśli jeszcze nie jesteśmy to stajemy się (w większości, nie w całości) społeczeństwem prostackim i prymitywnym. Opinie te wciskają mi usilnie i nieprzerwanie m. in. osoby wypowiadające się na licznych blogach Onetu, jak również sami właściciele platformy, którzy tolerują obraźliwą beznadziejność wypasającą się na ich łąkach.

Społeczeństwo garbacieje powoli, stopniowo. Widać to po stronie popytu jak i podaży kultury. Schodzi ona na psy, nie miejmy co do tego złudzeń. Łatwa, tandetna rozrywka krok po kroku, niezauważalnie, zajmuje miejsce rozrywki bardziej wyrafinowanej. Lubiłem kiedyś kabarety, szczególnie „Kabaret ani mru, mru”, „Kabaret Moralnego Niepokoju” oraz „Kabaret Hrabi”. Moje uczucia powoli więdną i umierają. Obserwuję widownię, za co oklaskuje aktorów kabaretowych. Ze scen kabaretowych coraz częściej i gęściej padają grubiańskie słowa i aluzje seksualne na poziomie zaświnionych krzaków, co – o zgrozo – widzowie entuzjastycznie oklaskują, jakby im ktoś w kieszeń narobił. Przepraszam za dosadność.

Są oczywiście twórcy, którym należałoby całować stopy, walczący z przemożnym trendem rosnącej bylejakości. Krystyna Janda wyjaśniała kiedyś, że wystawia niektóre spektakle teatralne bez specjalnych ambicji tylko po to tylko, aby zaspokajając gusta masowej widowni zarobić pieniądze i wystawić bardziej ambitną sztukę, na którą przychodzą nieliczni, bo jest bardziej ambitna, wymagająca i wyszukana.

W świecie komercji, która coraz bardziej osacza społeczeństwo, dostawcy kultury kierują się coraz wyraźniej gustami niższych szeregów konsumentów. Jeśli odbiorca, dostatecznie „masowy” życzy sobie produkt, o którym bohater Krokodyl Dundee mówi „It tastes like shit, but you can live on it” to coraz łatwej znajdują się producenci takiego g…a.

Kultura masowa w telewizji nie ma ambicji ciągnięcia społeczeństwa w górę oferując twórczość bardziej uduchowionych i utalentowanych autorów. Reaguje ona chętniej na ludzi mniej wybrednych, który pragną napchać się raczej niż nasmakować pięknem formy i bogactwem treści konsumując je bardziej w stanie fizycznej niż duchowej satysfakcji.

Powieść źle się sprzedaje, jeśli książka nie jest dostatecznie gruba. Ceny książek są ustalane w proporcji do ich grubości; im więcej stron tym lepiej. Możesz napisać arcydzieło literackie, ale nikt go nie opublikuje, jeśli książka jest zbyt cienka. Są techniki nadmuchiwania grubości książki: mniejszy format, większa czcionka, grubszy papier.

Dzisiejszy czytelnik coraz wyraźniej przepoczwarzający się w konsumenta, chce dużo treści za pieniądze i ją dostaje. To on określa wartość książki, kupując ją, a nie krytycy literaccy, znawcy literatury, nauczyciele-poloniści, ludzie kultury i wyrobieni czytelnicy, umiejący napisać rzeczową, wyważoną i przekonywującą opinię. Duże jest łatwe. Małe jest trudniejsze, ponieważ trudne jest wydobycie esencji. Prezydent de Gaulle zapytany, jak przygotowuje się do przemówień, z których był znany, odpowiedział mniej więcej tak: Jeśli mam mówić kilka godzin, mogę zacząć od razu, bez przygotowania. Przemówienie półgodzinne zajęłoby mi kilka godzin przygotowań. Jeśli miałby mówić trzy minuty, to musiałbym popracować nad tym kilka dni.

Sztuka nie służy zabijaniu czasu, ani leniwemu pochłanianiu treści, ale głębszym przeżyciom, intensywnym i oryginalnym, poszerzającym horyzonty ludzkiej egzystencji. Musi być bliżej Boga, na wzór którego podobno zostaliśmy stworzeni, niż dostawców kultury starających się zaspokoić masowe, czyli nijakie, gusta. Masowość nie jest domeną wielkiej sztuki, ale konsumpcji. Kultura jest elitarna, a masy nie lubią elit.

Dziwimy się politykom, tym na piedestale, premierom i przywódcom opozycji, że nie są tacy, jakimi chcielibyśmy, aby byli. Oni nie są i nie będą inni; są tacy sami jak większość społeczeństwa. Gdyby byli mądrzejszy, uczciwsi, walczyliby o dobro narodu, społeczeństwo nie udzieliłaby im tyle poparcia, aby przetrwali. – Dlaczego do polityki nie garną się profesorowie, wybitni artyści, najlepsi prawnicy? – Bo my, społeczeństwo, nie pomoglibyśmy im realizować aspiracji wznoszenia się na wyższe poziomy, sięgania poza własne egoistyczne pragnienia i ambicje.

Wyraziłem swój niepokój, lecz nie oferuję rozwiązania. Nie znam go, może dlatego, ze rozwój społeczeństw widzę najwyraźniej w kategorii alienacji rozumianej jako „ proces odrywania się wytworów ludzkiej działalności od swych twórców, urzeczowienia produktów ludzkiej pracy, instytucji społecznych oraz idei, jako niebezpieczeństwo podporządkowania sobie człowieka”.

 

 

Polska. Nieliczni zbuntowani. Część 1.

Tytuł blogu jest zmodyfikowanym zapożyczeniem z książki: „Indie. Miliony zbuntowanych.” autorstwa V.S.Naipaul’a, rzeczy godnej czytania i przeczytania. Jeśli ktoś ma choć cień wątpliwości, że życie w Polsce jest dobre i dostatnie, to po przeczytaniu tej książki dozna oświecenia i zacznie całować się po nogach z radości, że mieszka w tym kraju. Ja robię to od dawna, choć mieszkałem w Australii.

images (1) Podróże.Onet.pl Indie

 

 

 

 

 

Do wyrzucenia z siebie wszystkiego, co dobre i co złe, a zła jest wiele, gdyż jest ono oburzeniem na to, że świat nie jest taki, jak chciałbym, aby był, skłonili mnie synowa Pudźiarego, rozmowa z Czytelnikiem oraz moje własne zbuntowane ego.

Synowa Pudźiarego poinformowała mnie, że Premier Tusk mówił o znaczeniu i możliwościach objęcia przez Polaków wysokich stanowisk w Unii Europejskiej. Tekst wypowiedzi podobno nie był skomplikowany, tym niemniej nie miała ona wątpliwości, że nie zostałby zrozumiany przez więcej niż 10 procent polskich obywateli. Chyba wie, co mówi, bo jest nauczycielką, osobą świadomą procesów myślowych zachodzący w jej głowie i wielu innych. Ma do czynienia z dziećmi i rodzicami. Uparłem się razem z nią, że to założenie jest prawdziwe.

Wkrótce, jak po podsłuchu, zjawił się na skrzydłach Czytelnik, Czytelnik I i Czytelnik II, zapewne jeden, ale w trzech osobach i dodatkowo sprowokował mnie do niechętnego podsumowania, jacy jesteśmy jako społeczeństwo. Nie wypadło to dobrze.

Jesteśmy zbiorem mieszanym ludzi dojrzałych jak i prostaków, prawdopodobnie ani lepsi, ani gorsi od innych nacji. Z analiz specjalistów wynika, że wielu ludzi w Polsce czyta, jeśli już zdobędzie się na ten wysiłek (i nie chodzi tu o ulotkę o świeżych produktach piekarniczych, lecz coś bardziej znaczącego) i nie rozumie tego, co czyta. Nie znaczy to, że się nie wypowiadają, wręcz przeciwnie. Wszyscy mówią jak najęci. Ja jestem raczej wyjątkiem, bo głównie piszę (co nie znaczy, że nie nawiedza mnie od czasu do czasu pierwsza przypadłość).

Jest to wątpliwe dobrodziejstwo demokracji. Wszyscy jesteśmy równi i wszyscy jesteśmy wolni. Możemy myśleć, mówić i pisać, co nam ślina na język przyniesie. Prawda jest prosta. Z myśleniem jest źle, z pisaniem jest już trochę lepiej, bo podobno dzisiaj piszących jest więcej niż czytających, z mówieniem jest najlepiej. Wystarczy trochę śliny, która jest smarem czyli substancją do oliwienia poruszających się mechanizmów, język, który służy artykułowaniu mowy (rzadziej jej finezyjnemu smakowaniu) oraz oczy wzniesione w górę, nie w kontemplacyjnej szczerej modlitwie, lecz w poszukiwaniu pomocy Najwyższego w doborze odpowiednich słów. Myśli, stojących za słowami, nie ma potrzeby dobierać, gdyż same pchają się ku wyjściu jak słoma w sieczkarni.

C.d. nastąpi jak amen w pacierzu.

Alleluja dalszych odkryć

Obudziłem się w nocy około 4.44 rano i nie byłem zlany potem. Wręcz przeciwnie, byłem świeżutki po odnawiającym śnie jak liczne pączki róży wykwitłe w sercach przywódców politycznych. Obudziłem się i odnalazłem w sobie dalsze odkrycia. Zaraz potem odkryłem też obszerny i bogaty komentarz czytelnika, który zainspirował mnie do myślenia. Odpowiem nań, ale nie natychmiast, jako że sprawa jest zasobna także w wątpliwości i pytania Czytelnika.

W tyglu pytań i zwątpień czuję się jak redaktor znanej stacji radiowej z czasów PRL, do którego skierowano pytanie: Szanowny Panie Rumian! Czy jest możliwe, aby zarazić się chorobą weneryczną od deski klozetowej? Odpowiedź redaktora Rumiana była uprzejmie treściwa: Owszem, można. Ale po co? Jest przecież tyle innych, piękniejszych sposobów. Może i mnie uda się wydobyć na światło dzienne nowe, ożywcze idee?

Dobra odpowiedź na złożony temat wymaga uduchowienia. Nie wystarczy prosta wiedza. Mam nadzieję, że okażę dostatecznie uduchowiony, aby udzielić czytelnikom odpowiedzi tak krzepiącej, aby mogli spać spokojnie przez co najmniej trzy noce. W dłuższym okresie czasu mogą być skuteczne już tylko zioła oczyszczające. Nie ma nic bardziej pożądanego, jak spokojny sen w czasach burzy politycznej!

Jednoczenie się Prawicy podyktowane jest chrześcijańskim pragnieniem pojednania. My Słowianie, mamy bogate dusze, które czasami kojarzą się z innymi wyrazami na „d”, jak na przykład „dramat”, „dojrzałość” i inne „D” duże i „d” małe. Tacy już jesteśmy i nikt nam tego nie odbierze, chociażby siekał nas rózgą na kawałki. Podsumowując, po latach nazywania siebie nawzajem „Ty świnio!” lub dla równowagi płci także „Ty wieprzu!” i wznoszenia w górę środkowego palca, obudziło się w posłach mistyczne pragnienie pojednania w obliczu zła. A jest nim zło obnażone „dhamatycznie” (jak powiedziałby Prezydent Miasta Warszawy) w wielu przekleństwach i niewielu innych słowach nagranych cyfrowo i taśmowo, oraz zło samego aktu nagrywania, które jawi się wielu jakby mniejsze i łatwiejsze do konsumpcji.

Zauważyłem, że piszę napuszonym stylem. Zaskoczyło mnie to, lecz uspokoiłem się kiedy tylko zauważyłem skrzydła wyrosłe u ramion. Jedno było nieco przybrudzone, a drugie chyba nadłamane, ale wszystko da się oczyścić i naprawić.

Idea „oczyszczenia” i „naprawy” to szlachetna intencja leżąca także u podstaw jednoczenia się Prawicy. Za pragnieniem pojednania stoję także ja, a za mną stoi Kościół, może nie w całości, ale stoi. Kościół broni też innej szlachetnej idei i postaci, a mianowicie Profesora Chazana, który zakłada nową klinikę miłosierdzia lekarskiego pod wezwaniami: „Każda kobieta ma prawo do urodzenia ciężko zdeformowanego dziecka” oraz „Nie będzie baba pluć mi w twarz głupimi pragnieniami”. Profesor Chazan jest osobą natchnioną razem z tymi matkami i ojcami, którzy wiedzieli od początku, że ich dzieci będą zdrowe jak rydze.

Od polityki do religii jest tak blisko, że nieuważnie przekroczyłem w ciemnościach słabo oznaczoną granicę. My, naród chrześcijański – zacznę jak Prezydent Wałęsa w Kongresie USA – potrzebujemy nie prawa, które od czasów rzymskich jest „dura lex, sed lex” (ciężkie prawo, lecz prawo), ale uduchowienia, sumienia i uniesienia religijno-etycznego.

Nie było to możliwe jeszcze dwadzieścia pięć lat temu, jest możliwe teraz i za to powinniśmy wielbić demokrację. Na wszelki wypadek dodam jeszcze życzeniowo-nabożne „Amen!”.

Spór międzygatunkowy

Poszło o pierzynę puchową. Została wyprana w pralce, po raz któryś z rzędu. Rzędy bywają długie, prorokuję więc, że będzie jeszcze wielokrotnie prana.

Powyższa scena jest początkiem opisu odmienności widzenia świata przez mężczyznę i kobietę, strony odwiecznego sporu. Dokładniej, po stronie żeńskiej były w sporze pierzynowym nie jedna, ale dwie niewiasty, sprzężone poglądami jak siostry syjamskie widzące tylko na jedno oko. Przeciwwagą dla nich był osobnik rodzaju męskiego, gatunku podobno na wymarciu, pozostający sam jak palce w słusznym rozumieniu teorii i praktyki suszenia pierzyn.

Są to trzy dramatis personae, gdyż sprawa jest natury dramatyczno-teatralnej.

Suszenie pierzyny okazało się niełatwe. Pralko-suszarka włączała automatyczny program „Pranie delikatne” na dwie godziny, ni mniej ni więcej, co mężczyzna postanowił zmienić.

– Pranie przez dwie godziny zda się tylko psu na budę. It tak pierzyna będzie bardzo wilgotna i trzeba będzie suszyć ją na słońcu.- Wyjaśnił potomek odległego dziejowo Adama sympatycznie kojarzonego z rajem i panem Bogiem.

Wiedział, co mówi; miał doświadczenie. Dzień był gorący, trzydzieści stopni Celsjusza, słońce na balkonie sypało ogniem piekielnym, zmienił więc czas suszenia na piętnaście minut po konsultacji z instrukcją obsługi. Konsultację z kobietami uznał za niepotrzebnie wyczerpującą. Po zakończeniu aktu suszenia, wyjął pierzynę i rozwiesił na suszarce balkonowej na słońcu.

Wezwanie było krótkie. – Słuchaj przez minutę i nic nie mów. Jeśli perzyna nie wyschnie, to ty nie będziesz … Ostrzeżenie było podobnie zdecydowane jak pięćset osiemdziesiąte trzecie ostrzeżenie kierowane przez Chińską Republikę Ludową przeciwko Republice Indii w słynnym przed laty sporze granicznym.

Mężczyzna miał już coś powiedzieć, kiedy jedna z dwóch sprężonych ze sobą niewiast oświadczyła: – Lepiej, żeby pan nic nie mówił. A jeszcze lepiej, gdyby pan ugryzł się w język!

Sugestia była zwierzęca, a sytuacja nabrzmiała politycznie. Adresat podjął męską decyzję.

– Nie ugryzę się w język, a odgryzę sobie język! Co uczynił. Męska decyzja niekiedy bardziej świadczy o męskości niż genitalia.

Bohater opowiadania, do końca nie wiadomo dokładnie, pozytywny czy negatywny, czy też fifty-fifty, cieszy się teraz niebiańskim spokojem. Nagle odkrył, jak bardzo jest bogaty, zważywszy, że „milczenie jest złotem”. Ze światem zewnętrznym komunikuje się pisemnie, co znaczy, że bardziej rozważnie. Jest też powszechnie uznawany za osobę dyskretną.

–„ Nic nie wypapla, nie dyskutuje, nie kłóci się. Po prostu ideał” – tak mówią teraz nawet ci, którzy nie przepadali za nim w przeszłości.

Sądzę, że gdyby zapytać o zdanie kobiety, to większość z nich wyraziłaby podobne opinie. Sytuacja objaśnia też lepiej słowa Pisma Świętego definiujące mężczyznę: „Cichy, niepokornego serca”.

 

Koń Trojański

Wreszcie i my mamy swojego Konia Trojańskiego. Wszyscy zdziwili się, kiedy wjechał na salę inauguracyjnych obrad Parlamentu Europejskiego. Nikt nie przeczuwał, co się zdarzy. Z konia wyskoczył zbrojny hoplita, z włócznią i tarczą, zdobny w marynarkę, białą koszulę, krótkie spodenki i muszkę pod szyją. – Tak jest mi lżej. Mam ochronę szyi i męskości. Czyli wszystkiego, co najważniejsze. – Wydyszał machając rękami.

Koń trojański ciągniony obraz

Zanim zebrani zaczęli śpiewać na jego cześć hymn Unii Europejskiej, on już wygłaszał mowę oskarżycielską.

Kto to jest?  Kto to jest? – Pytali zaskoczeni posłowe europejscy z prawa i z lewa. Zaskoczenie było powszechne.  Mężczyzna zrodzony z Konia Trojańskiego mówił szybko, jeszcze szybciej połykał głoski, po prostu dławił go język angielski. Tym zaimponował wszystkim.

– To najlepszy wojownik, jakiego mamy. Korwin Mikke. Słowianin z krwi i z kości, biegle mówi po angielsku, rewelacyjnie udaje Greka! – Gorliwie informował ktoś z jego świty.

Korwin Mikke Roztrzepany

 

– O czym on mówi? – Pytania padały ze wszystkich stron jak jabłka po silnym wstrząsie mózgu.

– To mowa oskarżycielska pod adresem naukowców i polityków, którzy spowodowali ocieplenie klimatu, kradnąc przy tym dwa miliardy euro.

Tłumacz miał problemy z przekładem. Wynikało z niego, że klimat ocieplił się sam na wspomnienie Zielonej Grenlandii z IX wieku, ale oni, te sukinsyny, ukradli dwa miliardy dolarów. Rozstrzelać ich!. – Ryknął Korwin Mikke do Marine Le Pen, fajnej tęgiej Francuzicy, oraz tego tam, Anglika, jak mu tam … no tego … Eurosceptyka. Farage?

Po udanym wystąpieniu w budynku UE, którą Korwin Mikke rzeczowo nazwał Burdelem”, udzielił wywiadu Monice Olejnik, znanej z okrucieństwa wobec mężczyzn. Użyła ona wyrafinowanych tortur słownych, lecz nic nie wydobyła z bohatera. Torturowany mówił dużo, ale nie powiedział nic.

Nie zgadzam się! Korwin Mikke powiedział wszystko, co trzeba, i nic więcej! – Odezwał się nieznany poseł z Polski, z małą głową za to z dużą walizeczką, z której wysypywały się drachmy. – Oni tu płacą w greckich drachmach, mało wartych, dlatego w ogromnych ilościach banknotów. A głupi naród wierzy, że to wielkie pieniądze! – Wyjaśnił karzełek.

– Może i tak. Co mi zresztą do tego? I tak nic nie zrozumiałem z przemówienia pana Korwina! – Odpowiedziałem zażenowany własną ciemnotą. Mówił szyfrowanym językiem angielskim i to tak szybko i soczyście, że kelner przyniósł mu trzy spluwaczki.

Podobał mi się styl Korwina: pełna gala, muszka od Diora, szarmancki język. Bohater wysławiał się salonowo, odnosząc się do wszystkich per „Jego Ekscelencja”. Zaczął od góry, od Władimira Putina. Nazwał go carem i bronił jego prawa do tronu. Potem bronił Jego Ekscelencję Jarosława Kaczyńskiego. W pewnej chwili mówca zmienił się w Pytię, nazwał Ekscelencję Lewakiem i prorokował mu stanowisko premiera.

– Sam nie chcę być premierem. Po co mi to? Jestem za stary. Mówię za szybko. Co innego Jego Ekscelencja Jarosław Kaczyński! On zasługuje na wysokie stanowisko.

Żałuję, że nie widziałem ani nie słyszałem niczego więcej, bo ktoś mi wyłączył telewizor i podniósł deskę toaletową, gdzie spłynęły resztki soczysto-zagranicznej mowy Korwina Mikke.

Koń trojański surowy

Historia głodu i miłości

W wiosce od wielu dni panował głód. Pożywienia było jak na lekarstwo, gdyż od dawna nikt nie zapuszczał się w te strony z uwagi na upały, komary i ostrzeżenia o kanibalach grasujących na rozstajach dróg i w buszu. Kanibale też muszą jeść.

W chacie na skraju wsi trwały przygotowania do wyprawy w dalsze okolice w poszukiwaniu żywności. W drogę ruszali ojciec z synem, lat osiem, dla którego nadszedł czas wtajemniczenia w arkana sztuki zdobywania pożywienia. Pani domu wyposażyła męża i syna w wodę, świeżo uprane przepaski na biodra oraz pożegnała czułymi pocałunkami: synka w czoło, a męża w usta. Kobieta i mężczyzna byli dobrym małżeństwem; wprost nie mogli oderwać się od siebie, tak wielką pałali do siebie miłością. Jak ja przeżyję to rozstanie? – Zamyśliła się żona kanibala. Podobne myśli, tylko bardziej intensywne i namiętne, kłębiły się w głowie męża.

Wyruszyli. Szli już trzeci dzień, jeszcze bardziej głodni i spragnieni niż w momencie wyprawy z domu. Nigdzie nie było widać śladów ani innych oznak życia ze strony potencjalnego pokarmu. Zbliżając się do rzeki mężczyzna zauważył w cieniu drzewa eukaliptusowego młodą kobietę. Natychmiast zwrócił na nią uwagę synkowi, aby ten przypadkiem okrzykiem radości nie wystraszył ofiary.

Przyglądając się jej z uwagą dzikus obmyślał technikę ujęcia ofiary. Był wrażliwy na piękno natury, a teraz miał do czynienia z wyjątkowym jego obiektem. Powabne piersi unosiły się i opadały w miarę oddychania, różane usta były rozchylone jak do pocałunku, biodra zachwycały swymi pełnymi kształtami ujawnianymi przez obcisły kostium kąpielowy.

– Jest to pewnie turystka z dużego miasta. – Spekulował mężczyzna czerpiąc idee ze skarbca kanibalskiej akademii życia. -Przybyła w te dzikie okolice, aby doznać prawdziwej samotności i pomedytować na łonie przyrody, ufna i niewinna. Zdał sobie sprawę, że i on sam jest osobą wrażliwą. Stłumił w sobie uczucie, zbyteczne i sprzeczne z obyczajami i tradycjami plemienia.

Przy zgrabnym nosku śpiącej niewiasty myśliwy zauważył kropelkę potu, która powolutku i urokliwie zbliżała się do namiętnych ust żeglując ku wardze koloru świeżej maliny. Ojciec i syn oblizali się z głodu. Obydwaj ubóstwiali świeże dzikie maliny, jakie nasadzili w buszu ich praprzodkowie przybyli z Azji. Ojciec patrzyłby zapewne dłużej w zamyśleniu, gdyby nie synek, który trącił go delikatnie w łokieć i wyszeptał. – Tato, na co my czekamy? Jestem strasznie głodny! Proszę cię. Zjedzmy ją tutaj, na miejscu!.

– Jak możesz być tak niewytrwały! – Ojciec wpadł prawie w gniew. Uczę cię sztuki polowania wymagającej cierpliwości i artyzmu ze strony myśliwego, a ty chcesz zepsuć wszystko! – Wykrzyknął ojciec i dodał wracając do opamiętania: Czy ty oszalałeś, synku? Zabierzemy ją do domu. Mamusię zjemy!

Krytyka literacka konwersacji sfer wyższych

Znane pisarki powojennej Australii miały za sobą działalność komunistyczną. Nie wszystkie oczywiście, ale wiele z nich. Ich zainteresowanie komunizmem było odpowiedzią na wyzysk i niesprawiedliwość. Kapitalizm w demokracji nie był i nie jest bez skazy, potrafi być okrutny, także wadliwy podobnie jak ludzie na czołowych stanowiskach w polityce, administracji i gospodarce. Potrafią oni być lekkomyślni a nawet bezmyślni, gruboskórni i wręcz plugawi w komunikacji słownej.

Wysłuchałem nagrań i przeczytałem stenogram rozmów trzech samozwańczych (albo i nie) muszkieterów: Belki, Sienkiewicza i tego trzeciego, bardziej podrzędnego aktora. Zrozumiałem temat i intencje dyskusji, niewiele więcej.

Najbardziej rzucił mi się w oczy język spotkania: ordynarny, nieadekwatny do potrzeb, skrótowy, niekiedy niezrozumiały. Traktując o złożonych sprawach gospodarki i polityki, ludzie z (zapewne) wyższym wykształceniem mówią jak prostacy, nieuki i ordynusy, nie tylko wulgarnie, ale i w sposób utrudniający uporządkowaną wymianę myśli. Niektóre ich sformułowania nie mają żadnego odniesienia do tematu, albo stanowią jakieś pokrętne odniesienia, których nie rozumiem.

Język Prezesa Belki jest ciężki i toporny jak jego nazwisko. Nazwisku można to wybaczyć, właścicielowi nie. Dlaczego mówiąc o profesorze Hausnerze, nie powie, w jaki sposób jest on znaczący dla tematu postępowania NBP czy zmiany ministra finansów, mówi natomiast o jego przyrodzeniu? Jego stwierdzenia to: „dygotalny (w innym stenogramie „piwotalny”) członek Rady Polityki Pieniężnej”, albo „grawitacją on tylko dodaje i myśli, że ma dłuższego”. „On jest ku*** mać”. … „A patrz, jak on się temu chu**** podoba”. Przecież to są stwierdzenia kompletnie niedotyczące sedna sprawy, nic niewyjaśniające, w dodatku brutalne. Ludzie, o których Prezes Belka mówił, mogliby go szczerze znienawidzieć. Jako prezes wielkiej i ważnej organizacji fatalnie odegrał swoją rolę przywódcy, człowieka, który ma nadawać kierunek, dawać przykład, motywować i dbać o zwartość organizacji.

Język Ministra Sienkiewicza jest groteskowo niezrozumiały: „Wiemy, że jest buch…”. „Ale na razie nie bucha”. „Mamy du** pogłębiającą się na poziomie budżetu państwa”. … „Idziemy wariantem czysto finansowym…”

Jeśli chodzi o meritum spotkania, nie rozumiem, jak i dlaczego znalazł się tam Minister Spraw Wewnętrznych Sienkiewicz. Jego stanowisko w rządzie i zakres kompetencji (o wiedzy nie wypowiadam się, bo nie wiem, jaką wiedzą on dysponuje) nie uzasadniają ani nie wyjaśniają jego misji. Piękne, historyczne nazwisko, czarny i niezrozumiały charakter.

Temat rozmów mnie nie zaskoczył. Nie uważam za rzecz nadzwyczajną, że członkowie władz dużych instytucji prowadzą między sobą rozmowy, które są poufne i jako takie z zamysłu nie mają ujrzeć światła dziennego. Czy istnieje organizacja, firma czy jakaś inna instytucja, gdzie wszystko jest przejrzyste w wymianie informacji i poglądów wewnątrz lub na zewnątrz? Wątpię, czy taki byt istnieje.  Nie sądzę, aby opozycja w postaci PiS była bardziej otwarta i uczciwa w swoich poufnych rozmowach; czy na przykład nie dyskutuje, jak wysadzić rząd i partię rządzącą z siodła. Ważne jest, czy prowadzone rozmowy i ustalenia są zgodne z literą i duchem prawem.

Reakcja opozycji była histeryczna. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że nie wysunięto konkretnych zarzutów. Konkret jest zabójczy, totalna krytyka nie ma natomiast większej wartości, ponieważ PiS z zasady totalnie krytykuje rząd i PO za wszystko. Wszyscy się już do tego przyzwyczaili, jeśli nie wszyscy, to większość obywateli. Jeśli ktoś bez przerwy krzyczy: „Na gałąź z nimi” przy każdym wydarzeniu, to przy kolejnym, dużo bardziej znaczącym, ludzie już słabiej reagują na okrzyki. Są już przyzwyczajeni do nich, dokładnie takich samych jak poprzednie i dlatego nudnych.

Kto wykonał podsłuch, pozostaje wciąż pytaniem bez odpowiedzi. To ważna sprawa, ponieważ podsłuchiwanie jest niezgodne z prawem. W sumie rzecz cała jest tak złożona, że społeczeństwo pozostanie podzielone na obrońców i krytyków. Rozumienie i poczucie prawdy i racji mogą być czasem tak różne, jak lato i zima.

Wniosek, jaki nasuwa mi się jako osobie parającej się językiem literackim, szukającym w nim piękna i skuteczności, jest prosty: Podstawą więzi międzyludzkich jest komunikacja. W pierwszej kolejności nauczmy się więc mówić: jasno, zrozumiale, rzeczowo, bez przekleństw i beznadziejnych insynuacji. Potem uczmy się, tak jak starożytni Grecy, etyki, polityki, gospodarki.

Coś jeszcze? Zalecam czytanie dobrej literatury ignorując szaloną politykę. Proste organizmy nie czytają. Dbajmy także o zdrowie zgodnie z zasadą „Mens sana in corpore sano” (w zdrowym ciele zdrowy duch). Nawet proste organizmy starają się dobrze odżywiać i zażywać ruchu. Nie dajmy się wyprzedzić istotom prymitywniejszym. Nie dajmy się oszołomić.

 

 

Pean prawdy o kobiecie

Postanowiłem zostać peanistą czyli osobnikiem piszącym peany. Jeśli nie ma takiego wyrazu w słowniku języka polskiego, to czas, aby zaistniał.

Chodzi o pean na cześć kobiet, gatunek literacki często uprawiany w przeszłości w celu wyrażenia podziwu oraz –podejrzewam – ocieplenia relacji damsko męskich. Są to sprawy wielkiej miary, godne wysiłku pisarskiego i cennej uwagi czytelnika.

Moje myśli o kobietach są dwoistej (jeśli nie troistej) natury: pozytywne i szlachetne, ale także krytyczne i mroczne. Taki jest mój świat: we wszystkim upatruję dualizm charakteryzujący się warunkami krańcowymi, ekstremami. Jestem osobnikiem miotającym się między krańcowościami: z jednej strony – uwielbieniem i szacunkiem dla płci pięknej, z drugiej strony – jej niezrozumieniem i niechęcią. Zastanawiałem się nad tym, czy jest to postawa sensowna i doszedłem do wniosku, że i tak, i nie. Jeśli moje rozważania wydają ci się pokrętne, to posłuchaj posłów debatujących dowolną kwestię przekraczającą elementarne umiejętności czytania, pisania i mówienia.

Wracam do zagadnień feministycznych.

W życiu codziennym kobiety tematem „Numero Uno” jest czystość, w szczególności zaś kurz rozumiany przez nią jako waga, na której ważą się szale życia przyzwoitego i szacownego. Wiąże się to ze szczególnym wzrokiem kobiety, wyostrzonym przez samego Stwórcę do wzroku orła dostrzegającego z odległości kilometra malutką myszkę przykucniętą pod nawisem trawy. Kobieta dostrzeże pyłek nawet tam, gdzie go nie ma. To znaczy nie ma dla mężczyzny, ale jest dla kobiety. Dyktuje to niezwykła wrażliwość kobiety na piękno, której pan Bóg pozbawił mężczyznę, czyniąc go przykładowo włochatym tam, gdzie aksamit skóry kobiety odbija srebrne światło księżyca w momentach uniesienia, czyli na piersiach. Jakże wzruszającym przykładem miłości kobiety do czystości jest całodzienny zakaz wydany dzieciom przez matkę unikania salonu, gdzie podłoga została świeżo wypastowana i wypolerowana. Objawia się w tym bezwzględny priorytet czystości nad domownikami, nawet dziećmi. Niech się uczą czystości!

Co do dzieci, to kobieta uwielbia je dotykiem, wzrokiem, słowem i uczuciem. Jest to uwielbienie autentyczne i głębokie, w odróżnieniu od męskiego, które wydaje mi się omalże prostackie i mało rozróżniające. Słowa i uczucia! Fiodor Dostojewski w „Idiocie” dal dowody finezji słownej wyrażania uczuć i myśli osób dorosłych, zwłaszcza zaś księcia Myszkina cierpiącego na epilepsję. Nieśmiało uzupełnię to delikatnymi jak eolska bryza obserwacjami dotyczącymi niewiast oraz dzieci biegających po gołej podłodze i łomocących tak, że sąsiadom z dołu wypadają sztuczne zęby. Kobieta widzi ten problem prosto i jasno: moje dziecko – inne dzieci. – Mój Jasiu to ideał, dziecko spokojne i inteligentne, dziecko sąsiadów z góry to bachor i smarkacz bez wychowania!

Kobieta widzi świat w sposób bardziej konkretny, wyrafinowany oraz … na wskroś sprawiedliwy. Nic tego nie zilustruje lepiej niż historia z życia wzięta. Pewien mężczyzna przyniósł na życzenie żony garnek z piwnicy. Następnego dnia pani domu gotowa w nim mleko. Pech chciał, że mleko i garnek fatalnie się przypaliły. – To twoja wina! – Wykrzyknęła nieszczęśliwa żona. To ty przyniosłeś ten garnek z piwnicy!

Znamienny fakt winy męża powtarzający się w historiach wielu małżeństw i podobnych związków wyjaśnia (przynajmniej częściowo), dlaczego w Stanach Zjednoczonych 70 000 mężczyzn wychodzi z domu do kiosku po zapałki, traci orientację i … już nigdy nie wraca. Rozmarzyłem się myśląc w tym kontekście o moim ulubionym aktorze dramatycznym. Czy nie byłoby cudownie, gdyby Jarosław K. ożenił się, wyszedł do kiosku po „Głos Nawiedzonych”, stracił orientację i nigdy nie wrócił do domu, uszczęśliwiając tym nie tylko żonę, ale i setki tysięcy obywateli kochających ojczyznę w sposób mniej patriotyczny niż on sam?

Myślę, że to dobre zakończenie blogu. Zacząłem od kobiety, która wedle znaków na niebie i ziemi jest istotą doskonałą, i skończyłem na mężczyźnie, który jest również doskonałością w swej nieskończonej wierze w zwycięstwo, miłość do ojczyny oraz nienawiść do przeciwników politycznych.

Wzorem – świat zwierzęcy

Wczorajszy film o zwierzętach na kanale Planet wywarł na mnie wrażenie. Oglądałem wiele takich filmów, ten uznałem jednak za przełomowy. Okazał się brakującym ogniwem łańcucha mojej wiedzy, jak utrzymać się w doskonałej formie i zdrowiu do końca życia. Jedynym dobrym wzorem są zwierzęta. Po nich dopiero idzie Jane Fonda i podobni pasjonaci fitness.-– Wiktor rozpoczął filozoficzno-zwierzęce refleksje nad tematem, którym obydwaj się pasjonujemy. Nie jest to pasja przypadkowa.

Już wcześniej wspomniałeś, Wiktorze, o analogii życia ludzi i zwierząt, i dawałeś przykłady, kiedy te dwa nurty życia się rozeszły.

Zgadza się. Rozeszły się w sposób zgubny dla człowieka. Kiedy obserwujesz żyjące dziko zwierzęta (nie zwierzęta domowe, którym człowiek narzucił własna sposób odżywiania i tryb życia) to w oczy się rzuca natychmiast ich piękno: sylwetki, futerka, sprawności, kondycji, zdrowia. Tam nie ma cherlaków, istot upośledzonych fizycznie, zbyt tęgich i niezgrabnych. Nie jest to sprawą przypadku. Decyduje o tym przyroda. Jest ona nie tyle okrutna, ile bezwzględna. Nie utrzymujesz się w doskonałej kondycji fizycznej i psychicznej – odpadasz, przegrywasz. Z ludźmi jest inaczej. Mówię o tym, ponieważ współczesny świat razi mnie deformacją ludzkiego ciała. Wygląda tak, jakby straciło ono walor dla jego posiadacza.

Mogę ci tylko przytaknąć, Przyglądałem się kiedyś na deptaku w Adelajdzie przechodniom i doszedłem do wniosku, ze ludzie są fatalnie zaniedbani fizycznie. Nie dotyczy to tylko starszych osób. Dzisiaj nawet młodzi chłopcy i dziewczęta są nieforemni: platfusowaty chód, niezgrabne sylwetki, opadające ramiona, otyłość. I to wszystko w Australii, która kojarzy się ze słońcem, zamożnością i fantastycznymi warunkami uprawiania sportów. Nasunął mi się wtedy nieodparty wniosek, że jako społeczeństwo Australijczycy odeszli zdecydowanie od ideału pięknego ciała, a tym samym i zdrowia.

Wiktor wysłuchał mnie z uwagą, pokiwał głową na znak zgody, po czym wrócił do zwierzęcia, które oglądał w telewizji. – Życie tego wspaniałego zwierzaka, coś w rodzaju borsuka, którego oglądałem w telewizji, tym różni się od naszego, że jest pasmem nieprzerwanego wysiłku fizycznego, nieprzejadania się, ale także swoistej przedsiębiorczości. Zwierzę musi utrzymać się w nadzwyczajnej formie fizycznej i psychicznej, aby przeżyć. Najpierw władował mu się do nory jeżozwierz, którego borsuk zdecydował się „wykurzyć”. Wykazał w tym niezwykłą wytrwałość. Nieprzerwanie go „molestował”, że tak powiem, zbliżając się doń tak blisko, jakby chciał go zaatakować. Nie szukał jednak bezpośredniej konfrontacji, walki. Był mądry, ostrożny i wytrwały. Osiągnął sukces, gdyż jeżozwierz opuścił jamę. Ale to nie wystarczyło. Borsuk tak długo go męczył pozorowanymi atakami, że ten opuścił jego rejon. Godnych podkreślenia jest kilka cech jego postepowania: wytrwałość, koncentracja uwagi, dążenie do pełnego, nie połowicznego sukcesu, działanie na długą metę. Czy nie są to cechy, które przypisujemy gatunkowi ludzkiemu?

Następna kwestią okazało się pożywienie. Borsuk przeszedł węsząc setki metrów, zanim wykrył norę z myszami. Wykonał kawał solidnej roboty, dokopując się do niej. Okazało się to nieudanym przedsięwzięciem: mysz uciekła. Po znalezieniu drugiej nory z „posiłkiem”, borsuk po kolejnej kopaniu zdobył wreszcie kawałek mięsa. Zjadł je, i chyba nic więcej. Żadnych ciasteczek, torcików, czekoladek, kawy czy kieliszka alkoholu. Super proste pożywienie. Żadnego dojadania ani popijania. Zwierzę, kiedy je, nie popija pokarmu wodą ani niczym innym. Pokarm jest trawiony „na czysto”.

Wiktorze, może przedstaw jakąś konkluzję, aby twoja relacja nabrała przejrzystości.

Nasuwa mi się kilka wniosków. Pierwszy jest taki: Jako ludzie, jako jedyny „ucywilizowany” gatunek zwierząt, odeszliśmy w sposób szokujący od naturalnego, przypisanego każdemu gatunkowi sposobu życia: ciągły wysiłek fizyczny, dużo ruchu, naturalne pożywienie w ograniczonej ilości, niezbyt urozmaicone, bez popijania lub dojadania. Urozmaicenie to wynalazek człowieka.

Czy sądzisz, że takie proste jedzenie jest smaczne? Ludzie kochają smakować jedzenie. Lubią różnorodność, ponieważ to zaspokaja wyrafinowane podniebienie.

Nie mam cienia wątpliwości, że proste jedzenie jest smaczne, ale pod pewnym warunkiem. Gdybyś widział, z jakim apetytem borsuk zjadał swoje danie. To było lepsze niż frykasy. Prawda jest taka. Zwykłe jedzenie będzie ci nadzwyczajnie smakować, pod warunkiem, że jesteś głodny. Natura nieprzerwanie przypomina o tym, co my znamy z przysłowia, ale ignorujemy: Fames optimus cocus. Głód jest najlepszym kucharzem. Pozwól mi zrobić podsumowanie: Jeśli chodzi o utrzymanie się w idealnej formie fizycznej, sprawności, pięknego wyglądu, dobrego samopoczucia, zdrowia, to moim ideałem jest dziko żyjące zwierzę, nie człowiek. Nawet nie zwierzę domowe, bo ono zmuszone jest żyć tak, jak jego pan czy właściciel.

Zadaję sobie pytanie: dlaczego odeszliśmy od takiego trybu życia? Nie to, ze odeszliśmy w jakiś sposób szczególny, ale w sposób totalny, całkowity, zaprzeczający normom żywienia wyznaczonym przez miliony lat istnienia przyrody i milion czy dwa miliony lat istnienia człowieka.

Nie przesadzasz, Wiktorze?

A skadże! Jedyny wyjątek jaki widziałbym, to to, że zwierzęta jedzą wszystko na surowo, my moglibyśmy stosować obróbkę żywności w formie gotowania lub pieczenie. Tylko to. Wiem, że brzmi to szokująco, ale w tym tkwi prawda. Musimy ją jeszcze rozwałkować. Tego nie da się przełknąć za jednym razem. Co za dużo, to niezdrowo. Muszę sobie wbić do głowy tę maksymę, ponieważ nie jestem bez winy.

Syndrom Niespokojnych Nóg

Rzadko ostatnio widuję Wiktora, ucieszyłem się więc, kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Stał za nimi mój przyjaciel w stroju wskazującym gotowość pójścia na spacer lub powrotu z takowegoż.

Cześć spacerowi! Rzucił Wiktor nonszalancko i wyjaśnił. Nie mówię „Cześć pracy”, bo ty jak zwykle pracujesz, zamiast chodzić na spacer.

Bez pracy nie ma kołaczy, Wiktorze.

Oczywiście. Zgadzam się z tobą co do ostatniego okrucha. Nie myśl, że ja nie pracuję. Zaraz przedstawię ci mój debiut literacki, który na wzór Henryka Sienkiewicza napisałem ku pokrzepieniu serc rodaków. Gotów jesteś wysłuchać mojego opowiadania? Nie jest zbyt długie. Jest o rzucaniu.

O rzucaniu? – Moje pytanie było chyba jak najbardziej uzasadnione.

Wiktor zaczął bez dalszych wstępów.

Starszy facet zjawił się u doktora i wyjaśnił, że nie może spać, ponieważ nie może znaleźć dobrej pozycji w łóżku. Mam niespokojne nogi. – Dodał.

Proszę pana! Sytuacja jest prosta jak drut nawijany na transformator.- Lekarz z entuzjazmem postawił diagnozę. To syndrom niespokojnych nóg, choroba, która szerzy się u nas jak pożar buszu australijskiego. Nie przesadzę, jeśli powiem, że połowa moich pacjentów boryka się z tym problemem. A jak to się objawia u pana?

No właśnie, panie doktorze. Wyszedłem wczoraj na spacer i nogi moje oszalały. Latały na wszystkie strony jak łyżwy na lodowisku. W pewnym momencie rzuciłem jedną z nich tak energicznie, że poleciała w krzaki. Beznadziejna sytuacja. – Pomyślałem. Zacząłem szukać, ale bez skutku. Krzaki były niezwykle gęste, ani znaleźć zguby. Pół godziny później odzyskałem nogę prawie cudem. Facet przechodził z psem i ten mi ja przywlókł. Byłem wdzięczny zwierzęciu, a równocześnie zły.

Dlaczego miałby pan być zły?

Bo był mocno pogryziona. Fatalnie wyglądała. Nie byłem nawet pewien, czy to moja, ale poznałem po nogawce i pantoflu.

No to miał pan szczęście. W czym ja mogę teraz panu pomóc?- Lekarz zadał pytanie, które w dobie nieprzerwanego postępu przyklejają sobie do ust pracownicy sektora usług obsługujący klientów: sprzedawcy, aptekarki, lekarze, mechanicy samochodowi, dorabiacze kluczy, naukowcy i sprzątaczki.

Nich mi pan zapisze jakieś lekarstwo, abym drugi raz nie odrzucił mojej nogi w krzaki.

Zapiszę panu lek, który złagodzi problem. Dodam, że i tak miał pan szczęście.

Ja? Jak to?

Słyszał pan o Iwanie Miczurinie, wielkim naukowcu radzieckim?

Słyszałem. To ten, który krzyżował rośliny, aby je uszlachetnić i zaadaptować do trudnych warunków klimatycznych byłego Związku radzieckiego.

No właśnie. Też miał syndrom niespokojnych nóg. Wykonując proste ćwiczenie jogi, tak nieszczęśliwe skrzyżował nogi, że nie mógł się załatwić. Nogi mu się poplątały. To było przyczyną jego zgonu.

Wiktor skończył opowiadanie i spojrzał na mnie pytająco. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Postanowiłem być umiarkowanie pozytywny.

Początek utworu był niezły; interesujący i zachęcający do dalszego czytania. Zakończenie było również dobre, niespodziewane i zaskakujące. Co do środka, to nie umiem tego dobrze sklasyfikować. W sumie, wykazujesz się znajomością tematu i masz zalążki talentu narracji. Znasz również świat nauki. Jak na debiutanta, to nieźle. Gratuluję ci, Wiktorze. A poza tym, to czemu piszesz takie głupoty?

Jeśli to są głupoty, to jest u nas wiele rzeczy głupich. Parlamentarzyści, którzy głosują przeciw własnej partii, ośrodki zdrowia, gdzie recepcja odmawia wykonywania fotokopii recept, chyba dlatego, aby ich nie fałszowano, kiedy bez przeszkód możesz zrobić sobie fotokopię sto metrów dalej, opiekunki starszych osób, odmawiające umycia patelni, ponieważ jest to dla niej „poniżające” czy też dyrektor szpitala, który wbrew prawu odmawia dokonania aborcji płodu, który nie ma mózgu. W tym kontekście moje opowiadanie jest zupełnie do przyjęcia.

Przekonałeś mnie, Wiktorze. Jeśli napisałeś to miniopowiadanie dla pocieszenia serc, to mnie pocieszyłeś. Zasługujesz na dobrą kawę wzmocnioną alkoholem.

Rano? Kto pije alkohol rano? No dobrze, wypiję kawę z alkoholem. Nie czuję się dziś zbyt pewnie na nogach. Jakoś tak mi latają.

Prawdziwe grzybobranie? Tylko w Australii!  

Jeśli lubisz zbierać rydze, to zapomnij o polskim lesie. Prawdziwe rydze są już chyba tylko w Australii, a konkretnie w okolicach Adelajdy. Być może także w innych regionach Australii, tego nie wiem.

Pierwszy raz pojechałem na rydze z przyjaciółmi do lasu w Second Valley, ponad 100 km Las w okolicach Adelajdy, gdzie rosną rydze Rodzina rydzów Rydze z rusztu Stadko kangurów w okolicach Adelajdy To chyba maślaki Widoczek z miejsca grzybobraniana południe od Adelajdy. To było przeżycie. Rydzów było w bród. Najciekawsze, że nawet wiekowe „kapcie” wielkości małego talerza były zdrowe jak przysłowiowy rydz. Ale kto zbierałby takie wielkie grzyby, jeśli wokół było mnóstwo mniejszych okazów? Najbardziej zdumiewający dla mnie był las, gdzie rosły rydze. Wydawał mi się identyczny jak lasy na Roztoczu Lubelskim: takie same sosny, prawie takie same paprocie i poszycie lasu. Czekałem tylko, kiedy zobaczę zająca lub sarnę. I tu spotkała mnie prawdziwa niespodzianka: w niewielkiej odległości od skraju lasu, gdzie niedawno zrobiono wycinkę drzew, skakały sobie spokojnie dwa małe kangurki!

Co do smaku australijskich rydzów, to nie różnią się one niczym od polskich. Są znakomite do smażenia na patelni i marynowania w occie. Ciekawe, że rodowici Australijczycy grzybów nie zbierają i raczej nie znają. To przysmak Europejczyków, z całą pewności Wschodnich Europejczyków, oraz Chińczyków i prawdopodobnie innych nacji na północ od Australii.

Kiedy zbierałem rydze w okolicach Adelajdy i widziałem ludzi wychodzących z lasu z pełnymi wiaderkami, mogłem być prawie pewny: to Polak, Czech albo Słowak. Australijczycy boją się grzybów, że mogą być trujące. Nie ma tam tradycji zbierania i jedzenia grzybów. Leśniczy mówił mi, że pojawiają się czasem na jego terenie młodzi Australijczycy, ale ci zbierali grzyby halucynogenne. Co kraj, to obyczaj.

To było około trzydziestu lat temu. Od tego czasu rydze zbliżyły się do Adelajdy. Teraz można pojechać dziesięć lub dwadzieścia kilometrów za miasto, aby znaleźć je w obfitości. Najlepszym okresem zbiorów jest kwiecień i maj. Jest wciąż ciepło i coraz więcej opadów.

Jak rydze trafiły do Australii, Bóg raczy wiedzieć. Podejrzewam, że ktoś przywiózł z Polski grzybnię i „zasadził” ją w lesie. Co więcej, jak donosi mój „specjalny korespondent”, przyjaciel mieszkający w Adelajdzie, ostatnio pojawiły się tam również prawdziwki, których przedtem nikt nie widział. Gdzie one rosną, wiedzą tylko wtajemniczeni Polacy, którzy niechętnie dzielą się sekretem z innymi osobami. Typowa polska życzliwość.

Wracam do rydzów. W relacji przyjaciela tego sezonu było ich tyle, że „można je było kosą ścinać”. Dosłownie. Wraz z żoną nazbierał cztery wiaderka. „I nie zbieraliśmy wcale tych dużych, ale tylko średnie i małe”. – Wyjaśnił.

Jeśli na rydze i maślaki, to tylko do Adelajdy! Darz bór! Na wszelki wypadek dodam także: Boże dopomóż!