Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 143: Urodziny i prezentacja Josefa

Kiedy laboranci spekulowali na temat uroczystości urodzin Josefa a zarząd na temat jego praw i bezpieczeństwa, on sam borykał się z problemem tożsamości. Zadawał sobie pytanie, kim właściwie jest, koniem czy człowiekiem. Pytany kim jest, odpowiadał:

– Czuję się jak koń, choć myślę jak człowiek.

Dwoistość samopoczucia i tożsamości Josefa Laboratorium przypisywało psychice i instynktom przejętym od dwóch gatunków jak i wpływowi sztucznej inteligencji, w jaką został wyposażony. W tym sensie Josef stanowił niewiadomą; można było tylko zgadywać, w jakim kierunku pójdzie jego rozwój intelektualny, emocjonalny i duchowy. Na wczesnym etapie rozwoju był już zagadką. Trudno go było nawet zdefiniować. Najwięcej obserwacji na temat Josefa miał jego opiekun Gabriel.

– Biorąc pod uwagę wiek, Josef ma zaledwie kilka tygodni. U koni byłby on odpowiednikiem sysaka, ssącego mleko matki. Powyżej szóstego miesiąca życia odpowiadałby on odsadkowi odstawionemu od mleka matki, a po skończeniu pierwszego roku życia – źrebakowi. Zakwalifikowanie Josefa, a właściwie końskiej połowy jego natury, do którejś z tych kategorii jest jednak bezsensowne, ponieważ reprezentuje on o niebo wyższy poziom rozwoju, gdyż ma w sobie potencjał dorosłego konia. Podobnie rzecz się ma z jego ludzką połową.

Gabriel widział podopiecznego jako istotę o przyjaznym usposobieniu, lubiącą ludzi i konie, kontakt z którymi traktował jako wyróżnienie. Pytany o niedostatki charakteru pupila, Gabriel podejrzewał, że Josef może mieć słabości charakteru, ale nie umiał ich bliżej określić.

– To tylko intuicja i ostrożna spekulacja, a nie obserwacja – tłumaczył członkom zarządu. – Wszystko pokaże czas. Zachowajmy cierpliwość – dodawał, patrząc gdzieś w przestrzeń, jakby kryły się tam odpowiedzi na troski i niepokoje dotyczące Josefa.

*****

Niotse kolejny raz czytała zaproszenie na urodziny Josefa Półkonia nie mogąc się nadziwić, że to ona wymyśliła Dzień Sądu Ostatecznego jako nazwę tej uroczystości.

Chwilę zastanawiała się, jak dzień powszechnej radości mógł jej się skojarzyć z sądem ostatecznym, po czym mruknęła:

– Nieważne. To już jutro.

Wielką salę konferencyjną przygotowano na miarę wydarzenia. Kiedy zdemontowano przepierzenia i sztuczne ścianki, wyniesiono parawany i rozsunięto zasłony, aby stworzyć więcej przestrzeni i światła, pomieszczenie okazało się wielkie jak stadion lekkoatletyczny. Takie przynajmniej stwarzało wrażenie. Telebim umieszczony na ścianie głównej miał rozmiary dziesięć metrów na dwadzieścia, po jego obydwu stronach stały na podłodze na regulowanych podstawach białe plansze elektroniczne. Wszystkie ekrany były wygaszone. Nieco z boku, bliżej audytorium, szybko wypełniającym się laborantami, widoczny był zagadkowy kształt przykryty czerwoną materią. Przypominał nieforemny pomnik prawie dwumetrowej wysokości. 

O godzinie ósmej rano wszyscy laboranci byli już na miejscu. Szef Zespołu Bezpieczeństwa przeliczył dyskretnie zebranych, po czym dał znak, aby zamknąć wszystkie drzwi do sali konferencyjnej. Profesor Kary odczekał, aż audytorium uspokoi się. Kiedy to nastąpiło, wielki ekran telebimu rozjarzył się błękitnym światłem ukazując obraz konioczłowieka oznaczony złotym napisem „Josef” umieszczonym nad jego głową. Asystentka profesora podeszła do ukrytego pod materiałem kształtu i powolnym, wystudiowanym ruchem ręki ściągnęła przykrycie odsłaniając stojącego na piedestale konioczłowieka. Josef, w całej swej masywnej okazałości, tkwił nieruchomo w miejscu, jakby bał się spłoszyć przyglądających mu się ludzi.

Przed osobami zgromadzonymi na sali pojawiła się przewodnicząca zarządu Laboratorium. Od czasu zawarcia związku małżeńskiego kilka dni wcześniej, bardzo się zmieniła. Znikła dziewczęca Niotse, pojawiła się Nina Aleman, kobieta dojrzała i szykowna. Przemiana wyrażała się nie tylko w zmianie imienia, z kwiecistego Niotse, oznaczającego pachnący kwiat w orientalnym języku matki, na artystycznie brzmiące imię Nina. Była ubrana inaczej niż zawsze, bardziej okazale i uroczyście. Miała na sobie ciemnozieloną, atłasową suknię z długimi rękawami zdobnymi mikroskopijnymi wzorkami koni, prawie niewidocznymi dla osób siedzących w dalszych rzędach foteli. Przemówiła.

– Witam państwa! To już dzisiaj. Stworzyliśmy nowy gatunek, jej pierwszego przedstawiciela, konioczłowieka Josefa. Dzisiejszy dzień obchodzimy jako dzień jego urodzin. To pamiętna data. Dla mnie jest to także Dzień Sądu Ostatecznego. Mam na myśli to, że wraz z narodzinami Josefa zapadł wyrok, który poznamy dopiero za jakiś czas, czy opatrzność darowała mu życie szczęśliwe i ciekawe czy też pomieszane z niepokojem, a może nawet potępieniem i bólem. Josef jest inny niż my wszyscy, a zarazem taki sam jak my. Jego los zależy od tego, jak zostanie przyjęty i jak będzie traktowany przez społeczeństwo.

Przemowa nie trwała długo. Jej cel został osiągnięty w momencie, kiedy wszyscy zdali sobie sprawę, że nastąpił prawdziwy cud: po raz pierwszy w historii świata człowiek stworzył życie i to w najbardziej dojrzałej postaci – konioczłowieka, który uratuje przyrodę przed zagładą, konie przed eksterminacją, a ludzi przed samounicestwieniem.

– Josef reprezentuje to, co jest w nas, ludziach i zwierzętach, najlepsze. Możemy sobie wzajemnie pogratulować uczestnictwa w tym szlachetnym przedsięwzięciu.

Po słowach przewodniczącej zapadło milczenie zakończone wybuchem niesamowitego entuzjazmu, jakby eksplodowała bomba długo tłumionego niepokoju, gorączki i namiętności.

Josef zręcznie zeskoczył z piedestału i natychmiast został otoczony przez tłum. Każdy pragnął przyjrzeć mu się z bliska i dotknąć, jakby był wielkim pluszowym misiem, a nie solidną, żywą istotą z krwi i kości. Nikomu z obecnych nie przyszło nawet do głowy, że jest on kimś innym niż zebrani na sali. Wszyscy czuli, co naprawdę znaczy jedność i braterstwo ludzi i zwierząt.

Nina Aleman, w swej niezwykłej, atłasowej sukni, stała z boku i przyglądała się laborantom otaczającym Josefa. Cieszyła się razem z nimi, dopóki nie nastąpiło otrzeźwienie. Zdała sobie sprawę, że rzeczywistość na zewnątrz laboratorium nie będzie taka radosna. Była przygotowana do dalszej walki. 

4Shares