Trzej królowie i przyrzeczenia noworoczne

Iwan Iwanowicz jest u mnie pierwszy po Nostradamusie. Przewiduje przyszłość. Zaproponował mi, abym notował jego proroctwa. Na razie opisał mi tylko widzenie, jakie miał w noc sylwestrową.

– Kiedy inni tańczyli Sylwestra z butelką szampana w ręce i paczką tanich fajerwerków w kieszeni, mnie ukazali się trzej królowie. Przywiodła ich do mnie żarówka samodzielnie poruszająca się po niebie. Mówili niewyraźnie, jakby języki przymarzły im do brody. Jak zrozumiałem, był to jakiś prezydent, jakiś prezes i jakiś premier. Co najciekawsze, wszyscy trzej mówili ludzkim głosem i to tak wyraźnie, że mój kot i pies aż zaniemówiły i porozumiewały się na migi.

Królowie uklękli we trójkę przed Ojcem Ryzykiem (lata 2019 i dalsze) i składali zobowiązania noworoczne, kolorowe jak rajski ptak z kopalni złota i diamentów w Afryce Południowej. 

Premier obiecał, że nie będzie kłamać, a jeśli nawet, to tak udanie, że nikt się na tym nie pozna.

Prezydent, że przetrze sobie oczy, bo ostatnio widział rzeczy wyimaginowane, a nie jest to przecież jego ulubiony punkt widzenia.

Prezes obiecał, że nie będzie wyglądać jak z krzyża zdjęty, ale weźmie się za siebie i odświeży sportowo ćwicząc na świeżym powietrzu jak ten Rudobrody z Brukseli, którego nie znosi.

– Ja im dobrze życzę, znaczy się tym i innym królom, nawet życzę im doskonale, aby tylko pozostali w swoim Muzeum Samowładztwa i Zamordyzmu i nie wyciągali rąk zbyt daleko do polityki, bo jak ktoś niechcący włączy młockarnię sprawiedliwości dziejowej to mogą stracić palce, a wiadomo, że bez palców to jak bez rąk, do gęby nie można nic włożyć. I klepsydra gotowa – podsumował Iwan Iwanowicz z wyraźnym smutkiem.

Na zakończenie podyktował mi sentencję. Wziąłem ją sobie do serca i polecam równie serdecznie jak rożki czekoladowe od Sowy:

„Głosując w wyborach parlamentarnych nie głosuj na tych, którzy kłamią więcej niż potrzeba”.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 126: Afery i zabójcze praktyki

Zdarzały się też afery. Najbardziej szokująca dotyczyła Borua w Afryce Środkowej. Csudo z porozumieniu z gubernatorem wysłał do tego kraju oficjalną delegację na uroczystość masowego pochówku zwierząt padłych w wielkim pożarze buszu w parku narodowym. Była to akcja jałowa jak wyschła na drewno tykwa, zupełnie niepotrzebna, ponieważ rząd tylko pozorował współczucie. Wyjechali ludzie, którzy nigdy nie byli w Afryce i nie znali żadnego języka obcego. Towarzyszyli im tłumacze, specjaliści od pożarów oraz ekolodzy, wszystko zaufani urzędnicy, których rząd wysyłając ich w taką delegację pragnął wynagrodzić za lojalność. Delegacja spotkała się z przedstawicielami rządu Borua, aby złożyć kondolencje z powodu wielkiej tragedii. Prasa rządowa Nomadii nazwała to umacnianiem więzi międzynarodowych, informując społeczeństwo, jak serdecznie delegację witano na czarnym lądzie i jak przy okazji przeprowadziła ona rzekomo niezwykle udane rozmowy o współpracy gospodarczej.

Dziennikarz, towarzyszący delegacji, życzliwy ekoanarchistom, o wszystkim poinformował Niotse w rozmowie telefonicznej:

– Pies z kulawą nogą nie zainteresował się delegacją rządową Nomadii, a psów tutaj nie brakuje. Ta delegacja to była jedna wielka fikcja, pic na wodę, fotomontaż. Oni przylecieli do Borua tylko po to, aby wziąć udział w safari i narobić sobie zdjęć. Mam to wszystko gruntownie udokumentowane.

Po zakończeniu rozmowy prosił, aby nie ujawniać publicznie źródła informacji, gdyż za ujawnienie prawdy zostałby wyrzucony z pracy.

Prawie każdego dnia Front ujawniał nowe, szokujące fakty. Wynikało z nich niezbicie, że rząd gubernatora Blawatsky’ego nie tylko nie troszczył się o los koni, ale tolerował praktyki prowadzące do wymierania koni. W lecznicach zwierząt pod byle pretekstem konie usypiano, wyleczone odsyłano często do cyrków, które Ministerstwo Edukacji uznało za najskuteczniejszą formę rozwoju wrażliwości młodzieży na sztukę, życie oraz szkolenie zwierząt, jak oficjalnie nazywano ich tresurę. Dla zwiększenia eksportu koni rząd obniżył podatek VAT i zniósł cła eksportowe. Co gorsze, Ministerstwo Rolnictwa po cichu rozpuszczało pogłoski o wściekliźnie wśród koni, co miało zagrażać innym zwierzętom i ludziom na niewyobrażalną skalę. Choć była to wierutna bzdura, wielu obywateli w nią uwierzyło. Sytuacja stawała się coraz bardziej paranoidalna.

Ekoanarchiści oskarżają gubernatora

Wrogość rządu wobec koni nie zmieniła znacząco postaw obywateli. Niektóre doniesienia o negatywnych działaniach władz obywatele uznawali za wątpliwe lub co najmniej budzące zastrzeżenia. Tylko nieliczne przyjęto od razu jako oczywiste i prawdziwe. Frontowi nie pozostawało nic innego jak wzmóc edukację społeczeństwa o tym, co naprawdę dzieje się w kraju.

Wczesną wiosną rząd wydał trzysta zezwoleń na wypalanie trawy, co doprowadziło do masowych niekontrolowanych pożarów łąk i pastwisk. Na odstrzał dziko żyjących chorych koni koła myśliwych otrzymały zezwolenia w takiej ilości, że stada zostały zdziesiątkowane, ponieważ nie było wyraźnego obowiązku wykazania, że zabity osobnik chorował i na co. Osoby ubiegające się o licencję na otwarcie sklepu mięsnego administracja państwowa przekonywała do intensywnego reklamowania koniny, podkreślając, że jest to niezwykle zdrowe mięso. Firmy fumigacyjne zachęcano do spryskiwania pastwisk i łąk środkami chemicznymi przeciwko ślimakom, o których inwazji pisała prasa w czasie, kiedy eksporterzy ślimaków ograniczali swoją działalność z braku surowca.

Wiosną na terenach rezerwatów koni pojawiły się tabuny królików, a wraz z nimi tysiące dziur, jam i nor, na których zwierzęta łamały nogi, często dogorywając w cierpieniu. Policja i prokuratura okazały się bezsilne, sprawców wypuszczania na wolność setki królików nigdy nie wykryto.

*****

Front uważnie analizował wszystkie takie zdarzenia. Odpowiedzialnością za nie ekoanarchiści obarczali rząd i gubernatora.

– To, co oni robią, to Armagedon, piekło, rzeź niewinnych zwierząt. Wszystkiemu winien jest ten zakichany wicegubernator Matteo Csudo, nieudacznik i szkodnik. Ten pozorant nigdy nie powinien zajmować tak wysokiego stanowiska – ekoanarchiści nie kryli oburzenia i nie szczędzili krytyki.

Aby lepiej zrozumieć postępowanie Csudo, ekoanarchiści zgłębili jego życiorys i sprawdzili fakty. Wyniki podano do publicznej wiadomości. Wicegubernator miał wyższe wykształcenie inżynierskie i muzyczne, grał na kilku instrumentach i śpiewał, miał delikatne dłonie i długie palce wirtuoza. Patrzył na świat innymi oczami niż ekoanarchiści, oczami wykształconego lalusia-intelektualisty, jak to określali.

W całym swoim życiu Csudo był w lesie tylko trzy razy, pierwszy raz z wycieczką w okresie szkoły średniej. Urodzony i wychowany w mieście nie znał przyrody ani zwierząt żyjących na wolności. Kiedy pierwszy raz znalazł się na wsi, miał wtedy prawie dwadzieścia lat, pokazano mu oborę oraz wyjaśniono i zademonstrowano, jak doi się krowę. Tam mu się to podobało, że sam spróbował ją doić i wpadł w zachwyt. Szybko mu to jednak przeszło, ponieważ obora śmierdziała gnojem, a po krowie chodziły muchy. Wcześniej ubrudził sobie ręce głaszcząc krowę, aby sprawdzić, czy jej skóra jest tak aksamitna, na jaką wyglądała. Ostatecznie Matteo całkiem stracił humor, kiedy zwierzę machnęło ogonem i uderzyło go w twarz.

– Wieś nie jest w moim stylu. Czuję się w niej obco – powiedział wówczas i więcej do tematu nie wracał.

Obrońcy wicegubernatora mieli o nim zupełnie inną opinię niż Front Wyzwolenia Koni i podobne organizacje. Był to fenomen, specyfika Nomadii: obywatele byli podzieleni w każdej sprawie publicznej. Krańcowo odmienne opinie stały się normalnością. Zwolennicy i przeciwnicy rządu żyli ze sobą jak pies z kotem, gotowi rzucić sobie do gardła.

4Shares