Dzisiaj jestem pesymistą. Hurtem o Tajlandii.

Po wypiciu trzech mocnych kaw, intensywnym spacerze, obejrzeniu filmu o uzależnieniu od smartfonu i dostrzeżeniu trzech lajków na moim wczorajszym blogu na temat Tajlandii postanowiłem zaprotestować. Powodem jest uzależnienie. W Tajlandii, w samolocie, w hotelu i na ulicy widać tysiące osób uzależnionych od smartfonu. Wiele osób trzyma w ręku to urządzenie i klika, podobnie jak u nas. Takie społeczeństwo łatwo znajdzie sobie drogę do informacji w Internecie przedstawiających inny kraj. Dziś nie powinno się pisać blogów z wycieczki, tylko rzucić hasła i każdy sam znajdzie sobie odpowiednie teksty i zdjęcia do obejrzenia.

Tajlandia jest niezwykła, podobnie jak Indie i inne kraje Azji, ale bardzo zaśmiecona. Ilość śmieci i zaniedbania przerasta moje mieszczańskie polskie i australijskie wyobrażenia. Śmieci raziły mnie w Tajlandii. Przy kanałach prowadzących na targ wodny drzewa i krzewy bujnie rosną i kwitną na naturalnie nawadnianej, żyznej ziemi. W ich otoczeniu stoją domy. Widokowo byłby to raj na ziemi, gdyby nie brud. W miastach setki kabli kłębi się i zwisa żałośnie ze słupów i ścian; chodniki dla pieszych wykonane są jak pułapki, miejskie strumienie i niektóre kanały są mocno zanieczyszczone.

Apel do osób myślących o wycieczce do Tajlandii: Strzeżcie się! Napływa tam coraz więcej turystów z potężniejących gospodarczo Chin, chyba niewiele mniej z Indii. Za kilka lat Tajlandia, tańsza dzisiaj niż Polska, będzie dużo droższa, jeszcze bardziej zanieczyszczona i jeszcze bardziej zapchana ludźmi. Nie jestem dobrej myśli. Tym, czym dzisiaj cieszą się turyści, przyroda, naturalne widoki i pejzaże, będzie ulegać dalszej degradacji. Przewodnik wycieczki wspominał, jeśli go dobrze zrozumiałem, że w minionych stu dwudziestu latach wycięto w Tajlandii osiemdziesiąt procent dziewiczych lasów.

Rzeczywiście, jadąc wiele godzin autobusem na północ od Bangkoku, a potem kilkadziesiąt minut pociągiem wzdłuż rzeki Kwai nie przypominam sobie, abym widział zwartą ścianę lasu, ścianę zieleni, jedynie połcie poszatkowanej przez człowieka ziemi, działki monokultury, jakieś zabudowania. Obawiam się, że piękna już tam nie przybędzie, przybędzie natomiast turystów, wyższych cen, punktów sprzedaży tandety, garkuchni ulicznych, autobusów, śmieci oraz zatrutego powietrza w dużych miastach.

Zmęczyła mnie ta prognoza. Dla odmiany załączam nowe zdjęcia na różne tematy.

Fragment zdobień ściany świątyni buddyjskiej.

.Na targu. Pracownicy przygotowujący kwiaty do sprzedaży.

. Produkty tragowe.

 Też widoczek z tego samego targu.Podobnie jak kot. Ten lepiej się wyeksponował..

 Bogato zaopatrzone stoisko targowe.  Inne stoisko.    Widok z okna pociągu na rzekę Kwai.Most na rzece Kwai.

Na blasze u dołu uliczny sprzedawca oferuje pieczone polne szczury.

Widok z okna pociągu na trasie wzdłuż  rzeki Kwai.

Vicky. Nasza tajska przewodniczka, niepodobna do Tajki.

Ludzie różnie się fotografują ze strażnikiem Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku.

W drodze do Wielkiego Pałacu Królewskiego. Para idąca przede mną była tak nietypowa, że postanowiłem zrobić im zdjęcie. Kobieta w rzeczywistości była jeszcze większa niż widać to na zdjęciu.

Tego rodzaju maszkary zdobią wiele świątyń buddyjskich. Baśń łączy się tam nader łatwo z religią.

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku – część druga i ostatnia

Czas na zakończenie prezentacji pałacu królewskiego. To ogromny kompleks. Zwiedzaliśmy go w upalny i wilgotny dzień w niekończących się tłumach ludzi. U wyjścia z kompleksu pałacowego niektórzy turyści decydowali się robić sobie zdjęcie ze strażnikiem. Przedstawiam kolejne zdjęcia.

Świątynia Wat_Phra_Kaew. Widok zewnętrzny.

Phra Mondop. Jest to budynek mieszczący bibliotekę, w której przechowywane są święte pisma buddyjskie, zbudowany za czasów króla Ramy I. Drzwi wejściowe pokryte są masą perłową. Czterech wejść do budynku strzegą posągi demonów i mitycznych węży Naga o ludzkich twarzach podarowane królowi Ramie V przez władcę Jawy. Na rogach budynku Phra Mondop znajdują się cztery kolumny przedstawiające insygnia panującej dynastii Chakri. Każda z kolumn otoczona jest figurami białych słoni należących do poszczególnych władców.

  Świątynia Wat Phra Kaew, Garuda kariatydy. Kariatydy Garuda uosabiające postacie ludzi-orłów. Jest ich 112. Otaczają one Świątynię Szmaragdowego Buddy, do którego wolno zbliżyć się tylko królowi.

Prangi Świątyni Wat Phra Kaew. Na wschód od Panteonu Królewskiego znajduje się osiem prangów ustawionych w równych odstępach. Są one pokryte porcelanową mozaiką. Każdy z nich symbolizuje jakiś aspekt buddyzmu: biały symbolizuje Buddę, niebieski Dharma (prawo), różowy Sangha (mnichów buddyjskich) itd.

Tajlandia, Bangkok, Wielki Pałac Królewski, Świątynia Wat Phra Kaew, Szmaragdowy Budda i inne cudowności

PS. Będę jeszcze uzupełniać obrazy do tego wpisu.

 Plan kompleksu pałacowego

Wielki Pałac Królewski (pomnik narodowy) w Bangkoku to wielki kompleks budynków. Służył jako oficjalna rezydencja króla Tajlandii od XVIII wieku do połowy XX wieku. Po śmierci króla Anandy Mahidola w Wielkim Pałacu w 1946, król Bhumibol Adulyadej przeniósł królewską siedzibę w inne miejsce.

Kompleks pałacowy znajduje się na wschodnim brzegu rzeki Menam; otoczony jest murem obronnym o łącznej długości 1900 metrów. Teren kompleksu zajmuje powierzchnię 218 400 m². Budowa Wielkiego Pałacu rozpoczęła się w roku 1782, gdy u władzy był król Rama I.

Ważnymi częściami pałacu są: Wat Phra Kaew czyli Świątynia Szmaragdowego Buddy oraz Chakri Mahaprasad Hall, budowla w stylu włoskiego odrodzenia.

Turyści mogą zwiedzać teren kompleksu pałacowego i wybrane budowle. Wstęp na teren kompleksu jest płatny i możliwy tylko w wyznaczonych godzinach i w określonym stroju: w świątyniach tylko bez obuwia, długie spódnice i spodnie, zakryte ramiona).

 Golden Chedi czyli Złota Stupa

Budynki na górnym tarasie pałacu

Golden Kinon Świątyni Wat Phra Kaew

Nok Tantima strzegący Viharn Yod Światyni Wat Phra Kaew.

Wielki strażnik Thotsakan

 Szmaragdowy Budda to mała rzeźba z jaspisu umieszczona w świątyni na dużej wysokości.  Tajowie wierzą, że tak długo jak jest ona w kraju, kraj jest bezpieczny. Jest to skarb narodowy.

 Mural na terenie świątyni. Wyznawcy buddyzmu składający ofiarę  i modlący cię.

Tajlandia, Bangkok, Palace hotel, Świątynia Złotego Buddy. Odc 3.

Trzeci dzień podróży, konkretnie 21 stycznia 2019. Jesteśmy zakwaterowani w Palace Hotel w Bangkoku.

Figurka wewnątrz hotelu.

Bangkok to trzecie miasto na świecie o najbardziej zanieczyszczonej atmosferze. Kilka dni później premier w randze generała (rządzi junta woskowa) informował o działaniach rządu mających na celu zmniejszenie zanieczyszczeń powietrza i jego skutków, między innymi o ograniczeniu ruchu po mieście samochodów z silnikami diesla. Także o polewaniu jednej z głównych ulic miasta strumieniem wody z wysokości trzydziestego szóstego piętra. Można i tak walczyć z zanieczyszczeniem powietrza.  

Po śniadaniu w Palace Hotel w Bangkoku zwiedzamy Świątynię Złotego Buddy (Wat Pho zwana też Wat Prachetupon). Odpoczywający złoty Budda ma 46 m długości i 15 m wysokości. Ciekawe są zdobienia jego stóp. Poniższe zdjęcia wykonane zostały w świątyni.

Detal świątynnego dachu.

Postać powyżej to Farang. Tak Tajowie nazywają obcokrajowców.

 Portrety królów Tajlandii można zobaczyć w świątyniach i miejscach publicznych bardzo często.

Tajlandia, Kanchanaburi, rzeka Kwai, cmentarz, rynek pływający. Odc. 2.

Dziś mało piszę, więcej ilustruję.

Zwiedzamy Kanchanaburi (w języku tajskim pisze się to กาญจนบุรี), miasto 66 tysięcy mieszkańców położone na Nizinie Menamu, ośrodek administracyjny prowincji Kanchanaburi.

W mieście znajduje się Muzeum Kolei Tajsko-Birmańskiej oraz duży cmentarz zmarłych i zamordowanych jeńców wojennych,

a także słynny most na rzece Kwai,

przez którą przebiega linia kolejowa z Bangkoku do Nam Tok (historyczna kolej tajsko-birmańska o tragicznej historii), fragment dawnej Kolei Śmierci. Idę do końca mostem, i proszę spotkanego tam turystę, jak się okazuje kanadyjskiego żołnierza, o zrobienie mi zdjęcia. Wyglądam na nim jak aptekarz w szelkach sprzedający tanie środki na muchy. Nie wiem dlaczego Bóg mnie pokarał taką niwelowaną facjatą. 

W odległości ponad 20 km od Kanchanaburi znajduje się pływający rynek (floating market), na który zabiera nas szybka łódź motorowa. Sprzedawcy siedząc na łodziach sprzedają swoje towary. Część sklepów jest na stałym lądzie.

 Tędy płyniemy na rynek.

W drodze na rynek ogarnia mnie rozpacz. Nad kanałami stoją domy, przy każdym z nich widać kolorowo kwitnące rośliny. Gdyby tylko trochę odświeżyć te domy, niektóre być może fragmentami odmalować, brzegi kanałów wyglądałoby jak raj na ziemi. Problemem jest potworne śmietnisko: wielkie brudne szmaty zwisające z ogrodzeń, puszki, butelki, opakowania i wszelkiego rodzaju barachło rozrzucone na każdej posesji. To jakieś szyderstwo losu: piękno bogatej przyrody i konstrukcji zniweczone bezmyślnością i lenistwem człowieka.

 

Wycieczka, Tajlandia, Budda i Buddyzm, Pattaya. Odc. 1.

Rano obudziłem się już w Polsce ale z głową jeszcze w Tajlandii. Kiedy stało się to, co się stało, mam na myśli ową połowiczność przebudzenia, zrobiłem sobie mocnej kawy i zacząłem snuć wspomnienia. Wspominam bardzo dobrze dwutygodniową wycieczkę do Tajlandii,

 Godło Tajlandii.

przede wszystkim zaś uczestników wycieczki, potrawy bardziej chyba azjatyckie niż tajskie, świątynie Buddy, wspaniale owoce, szczególnie papaję, mango i ananasa, ostatni hotel Asia Pattaya w miejscowości Pattaya, a także dwie książki, jakie znalazłem na stoliku w moim pokoju hotelowym, dzięki którym mogłem zanurzyć się głębiej w buddyzm. To mnie zmieniło tak bardzo, że musiałem uszczypnąć się dwa razy, aby upewnić się, że to ja, kiedy po powrocie do domu zobaczyłem się w lustrze. Tajlandię (i program Bajeczna Tajlandia) wybrałem głównie z powodu zainteresowań buddyzmem, bo to najbardziej buddyjski kraj na świecie.

 Mnisi buddyjscy

Na zdjęciach zamieszczanych na tej stronie zobaczycie mnie w nowym, bogatszym kształcie katolika z rozbudzonymi ambicjami buddysty. Ten pierwszy to osoba głęboko wierząca w Pana Boga oraz rząd, jaki był łaskaw nam zafundować w ostatnich latach, ten drugi, to osoba bardziej zrównoważona, uważniej patrząca na świat bez owych woalek i zasłon, jakie nie-buddystom zaciemniają widzenie siebie i rzeczywistości.

Buddyzm nie jest religią w takim sensie jak katolicyzm, protestantyzm czy islam, z wyraźnie określonym Bogiem i doktrynami wiary. Jako religia buzyzm pojawił się dopiero w kilka wieków po śmierci Buddy. Buddyzm jest bardziej filozofią życia, edukacją na temat, jak żyć. Centralną postacią tej filozofii i wiary jest historyczny Budda Siakjamuni (ok. 563-483 p.n.e., właściwie. Siddhartha Gautama, który doznając oświecenia, stał się Buddą, od którego obecni aspiranci do szczęśliwego życia i przebudzenia oczekują wsparcia. Siddhartha to imię podchodzące od rodziców, Gautama to nazwa rodu (klanu).

Fragment muralu świątyni w Parku Centralnym w miejscowości Pattaya.

Zaskoczeniem było dla mnie forma prezentacji i wyobrażeń religijnych w Tajlandii i w Polsce. Tak jak my, Polacy, a także Europejczycy jesteśmy, oszczędni w prezentacji Boga i Jezusa w naszych świątyniach, gdzie jest niewiele ich obrazów i rzeźb, tak buddyzm jest pod tym względem niezwykle rozrzutny. W każdej świątyni można zobaczyć dziesiątki, jeśli nie więcej, rzeźb, odlewów, obrazów i wyobrażeń Buddy. 

Świątynia w Bangkoku

Dla ilustracji przedstawiam kilka zdjęć ze świątyni w Parku Centralnym w mieście Pattaya, gdzie zostaliśmy zakwaterowani na sześć dni (część pobytowa wycieczki). 

Pozdrawiam serdecznie wszystkie osoby, z jakimi brałem udział w rozmowach, spotkaniach i wędrówkach w czasie wycieczki, także w podróży pociągiem do i z Warszawy. Pozdrawiam także Iwana Iwanowicza, przyjaciela z osiedla, który przypadkiem znalazł się na Tajlandii w tym samym czasie co ja. Iwana Iwanowicza podejrzewam niekiedy, że jest moim sobowtórem, włóczącym się za mną jak cień. Plusem takich sytuacji jest możliwość otworzenia do kogoś gęby, a może nawet i duszy, kiedy czuję się samotny.

Wkrótce dalsze odcinki relacji z Tajlandii.

Wypożyczalnia psów. Odcinek 6 (ostatni)

Najbardziej trafiony okazał się pomysł klubu sportowego. Kombinacja człowiek – zwierzę była idealna.

Między uczestnikami, ludźmi i psami, nie pojawia się nawet cień rywalizacji, tylko czysta przyjemność biegania razem i testowania, kto jest szybszy lub bardziej wytrwały. Klub otrzymał nazwę „Razem ze swoim psem”. Wkrótce, zgodnie z powszechną praktyką, do nazwy rodzimej Klaudiusz dodał nazwę w języku angielskim „Together with your dog” oraz hiszpańskim „Junto con su perro”. Zanim się spostrzegł, pojawili się obcokrajowcy chętni zapisać się do klubu i uczestniczyć w zajęciach. Byli to głównie zagraniczni studenci oraz pracownicy ambasad, konsulatów, firm i organizacji zagranicznych. Bliskość stolicy kraju sprzyjała rekrutacji nowych członków.

„Szczęście ma zawsze początek i koniec” – pomyślał Klaudiusz, kiedy otrzymał pismo od byłego właściciela działki i budynku, na której znajdowała się jego firma. Po drugim, dokładnym zapoznaniu się z treścią pisma ogarnęła go smutna refleksja. Po głowie chodziły mu te same nieporadne myśli: takie jest życie, nawet planety i galaktyka mają swoje granice, tylko Bóg jest wieczny, a i to nie wiadomo. Idea wieczności Boga była dla niego pocieszeniem, ale tylko połowiczym, bo filozoficznym. Takie pocieszenia czasem na niego działały, częściej jednak nie, wywołując jedynie ból żołądka, podobnie jak alkohol.

„Jak długo jesteś nim upojony, wszystko jest w porządku. Potem jest już tylko kac i kac” – Klaudiusz miał wiele wspomnień z okresu bezdomności. „Bez domu jest gorzej niż bez alkoholu” – pomyślał i skurczył się, jakby zrobiło mu się zimno.

Działka, którą kupił wraz z budynkiem, była własnością wieczystą. To było mu wiadome. Kiedy ją kupował, do końca dzierżawy wieczystej pozostawało jeszcze siedemdziesiąt pięć lat. Było jednak coś, czego nie był świadomy. W momencie podpisywania umowy zakupu istniały już plany budowy autostrady przecinającej teren działki, choć sprzedający zapewniał go solennie, że nikt na tym terenie nie planuje żadnych inwestycji. Opowieść sprzedającego była kłamstwem, lecz winą kupującego było niesprawdzenie zapewnień. Był to fatalny błąd, ponieważ w przypadku realizacji inwestycji państwo miało prawo pierwokupu. Na swoich warunkach oczywiście. Kilka tygodni później Klaudiuszowi zaoferowano cenę dużo niższą od tej, jaką sam zapłacił.

Formalnie mógł dochodzić w sądzie wyższej ceny. Było to jednak ryzykowne i kosztowne; sądy działały przewlekle, a adwokaci wysoko cenili swoje nawet przeciętne usługi. Jeden z jego klientów, ten, który pożyczał beagla, był adwokatem i Klaudiusz zasięgnął jego opinii. Wydała mu się wyważona i sensowna. Adwokat sugerował poddać się.

– W najlepszym wypadku pańska sprawa będzie w sądzie nie wcześniej niż za pół roku, ze wskazaniem na przegraną, gdyby odwoływał się pan od wyroku. Odwołanie na nic by się zresztą nie zdało, bo z przeciwnikiem raczej pan nie wygra, skoro jest to państwo, nie osoba fizyczna lub przedsiębiorstwo prywatne – adwokat nie używał słowa „na pewno” tylko „raczej”, choć miał na myśli „na pewno”. „Lepiej być ostrożnym i zachować odrobinę niepewności” – tak myślał, lecz nie mówił tego głośno.

Klaudiusz nie miał powodów, aby mu nie wierzyć. Ostatecznie „nieudany inwestor i biznesman”, jak określiła go Anastazja, stracił działkę, budynek i biznes, otrzymując w zamian niepełną rekompensatę. Pomyślał o sobie, że tym razem rzeczywiście miała rację. Zabolało go to podwójnie. Nie była to ocena obiektywna, gdyż w każdym biznesie istnieje ryzyko niedopatrzenia czegoś istotnego mimo wykazania pełnej staranności.

Zabolała go nie tylko strata finansowa, ale i opinia osób bliskich, przede wszystkim zaś Anastazji, z którą łączyła go malutka Nuczka. Anastazja uznała, że była to w stu procentach jego wina. Wobec wspólnego znajomego nazwała go bałwanem i obdarzyła jeszcze kilkoma innymi epitetami. Zachowywała się tak, jakby ją cieszyło, że nie będzie mógł teraz płacić alimentów na córkę.

Była to sprawa, którą sam skierował do sądu. Chciał zawrzeć ugodę z żoną, że będzie nadal płacić alimenty, ale w mniejszej wysokości, ponieważ jego sytuacja materialna znacznie się pogorszyła. Sąd nie uznał jego argumentów, uważając, że może podjąć pracę. Kiedy Klaudiusz zdał sobie sprawę, że wkrótce nie będzie mieć żadnych środków ani dochodów, przestało go to martwić.

– Nic mi nie pozostanie, bo wszystko zabierze bank na spłatę kredytu hipotecznego zaciągniętego przy zakupie działki – podsumował ze smutkiem.

Kiedy dopadło go nieszczęście, wydało mu się, że wszyscy, rodzina, przyjaciele, znajomi, mieli mu za złe jego „psi” biznes. Dołączył do nich niespodziewanie Związek Ochrony Zwierząt Domowych, już wcześniej występując przeciwko Klaudiuszowi do sądu. Odbył z nimi kilka rozmów wyjaśniających.

– Prowadził pan hodowlę psów bez zezwolenia – to był poważny zarzut. Klaudiusz bardzo źle go odebrał, uważał, że postępował uczciwie. Po ostatniej rozprawie w sądzie, która miała być pojednawcza, doszedł do wniosku, że Temida naprawdę jest ślepa, a oskarżający go ludzie są sukinsynami tak samo ślepymi, jak ona na rzeczywistość i głuchymi na rozsądne argumenty.

– Nie prowadzę ani nie prowadziłem hodowli psów, tylko wypożyczalnię psów – tłumaczył cierpliwie.

– A te dwie suki, które się oszczeniły? Sprzedał pan wszystkie szczeniaki. I zapewne nawet nie wykazał pan dochodu do urzędu skarbowego! – tego rodzaju argument Związku Ochrony Zwierząt Domowych był podwójnie przykry. Był kłamliwy, w dodatku groził dochodzeniem ze strony urzędu skarbowego.

Szczeniaki Klaudiusz rozdał bezpłatnie, gdyż nie miał czasu czekać, aż wyrosną z nich psy, które mógłby wypożyczać. Rozdał je z wyjątkiem jednego, za którego klientka uparła się mu zapłacić. Nie zamierzał przyjąć zapłaty, ale ona nalegała.

– Musi pan przyjąć, bo prowadzi pan nabożne dzieło, dba pan o zwierzęta, a mnie nie brakuje pieniędzy – przyjął, kiedy ustalili, że jest to forma podziękowania, którą obdarowana szczeniakiem wyrazi w postaci puszek z żywnością dla psów. Tak się stało. Do głowy mu nie przyszło, że dokonuje transakcji handlowej i powinien ją zgłosić jako darowiznę.

Sprawy w sądzie Klaudiusz przegrywał jedna po drugiej. Miał adwokata z urzędu, bo nie stać go było na własnego. Adwokat, poniekąd przyzwoity człowiek, starał się zrobić dla niego jak najwięcej, ale miał zbyt wiele innych zajęć, aby poświęcić mu tyle czasu, ile wymagało osiągnięcie korzystniejszych wyroków. Z Regionalnym Urzędem Dróg i Mostów przegrał sprawę wyższej ceny za działkę, z żoną sprawę o alimenty, ze Związkiem Ochrony Zwierząt Domowych o hodowlę psów, w końcu także sprawę dochodu rzekomo ukrytego przed urzędem podatkowym. Nie trafiła ona nawet do sądu, gdyż urząd podatkowy wydał mu nakaz natychmiastowej zapłaty zaległego podatku wraz z urzędowymi odsetkami.

Zobowiązania wobec dłużników, opłaty i koszty sądowe oraz różne inne wydatki znacząco przekroczyły wartość majątku Klaudiusza. Goły jak święty turecki dostał w dodatkowym, ostatnim już procesie, wyrok skazujący go na więzienie za niepłacenie długów. Nie walczył już o nic, wszystko wydało mu się zbyt skomplikowane, całkowicie zobojętniał. Zanim fizycznie stał się bezdomnym, był już nim w sercu i w umyśle.

*****

Po wyjściu z więzienia, było to wczesne lato, Klaudiusz udał się prosto pod most na rzece, gdzie niegdyś koczował. Od czasu do czasu zjawiał się w mieście, kiedy potrzebował coś kupić lub choćby przejść się i zobaczyć, jak wygląda bogaty świat. Nikt go nie poznawał, nikt nie pamiętał.

Miał tylko jeden moment prawdziwej satysfakcji. Któregoś dnia nad rzekę trafił przewodniczący Związku Ochrony Zwierząt Domowych, który oskarżał go o nielegalną hodowlę psów. Klaudiusz upewnił się, że przybysz go poznaje, po czym ze sportową energią i rozkoszą sprał go po pysku, a na pożegnanie poczęstował zdrowym kopem w siedzenie. Zdarzenie to zachował w sercu jako pamiątkę dobrych czasów.

*****

Teraz rozmyślał, pół siedząc, pół leżąc na starym grubym swetrze przy drzwiach wejściowych nieznanego domu. Wszystko mu się przypomniało. Naprzeciwko znajdowało się schronisko dla bezdomnych, gdzie mieszkał od tygodnia. Było mu wygodnie. Głowę i barki miał oparte o mur budynku, prawy łokieć spoczywał na najniższym stopniu schodów. Stopa prawej nogi była finezyjnie ułożona na kolanie podgiętej do góry lewej nogi. W ręku nie trzymał jednak plastykowej torebki owiniętej wokół butelki toniku Schweppes, tylko torebkę papierową, z której wyjmował resztki obiadu, aby karmić psa-przybłędę, podobnego wygnańca losu, jak on sam. Mimo że był to kundel, był dla niego źródłem radości motywującej do myślenia o innym, lepszym życiu.

Ktoś podszedł i rzucił dwa piątaki do rozpostartej na ziemi czapki. Głośno zadźwięczały. Chwilę potem podszedł ktoś drugi, a potem podchodzili jeszcze inni ludzie. Byli w różnym wieku, różnie ubrani, nie przyglądał im się. Wszyscy oni przypatrywali się jednak uważnie Klaudiuszowi i wrzucali pieniądze. Nie były to drobniaki. Ostatni darczyńca powiedział głośno:

– Tworzycie wyjątkowo fotogeniczną parę.

Klaudiusza olśniło. Do głowy przyszedł mu fantastyczny pomysł. Poczuł, jak serce żywiej mu bije, a krew szumi w żyłach. Wstał z głębokim postanowieniem, że tym razem nie da się zjeść w kaszy.

Koniec opowiadania

Wypożyczalnia psów (Odc.5 )

Poszukując nowych psów, Klaudiusz śledził ogłoszenia. Czekał na okazję. Któregoś dnia pojawiło się ogłoszenie, które natychmiast wywołało jego zainteresowanie: „Oddam zdrowego i spokojnego boksera w dobre ręce”. Zadzwonił pod podany numer i zadał kilka pytań.

– Może pan być spokojny. Bokser jest w doskonałej kondycji, towarzyski i ma łagodny charakter. Uwielbia spacery – zapewniał kobiecy głos. Oferentka nie oczekiwała żadnego wynagrodzenia. Była to idealna okazja: pies krótkowłosy, idealnej wielkości, atrakcyjny wizualnie i łatwy w utrzymaniu, który szybko i łatwo wyciągnie klienta z domu. Właścicielka chwaliła swój towar. Rozmowa nie trwała długo.

Na pytanie, czy jest silny, odpowiedziała bez wahania: – Absolutnie tak. Także czysty, zadbany i zdrowy. Dla właściciela biznesu był to niezwykle ważny szczegół.

– Czy był szczepiony? – to było ostatnie pytanie Klaudiusza.

– A na co chciałby pan go szczepić? To dorosły osobnik, zdrowy, na nic nie choruje. Czy pan robił sobie ostatnio jakieś szczepienia? – nie była to miła odpowiedź, ale Klaudiusz mógł zrozumieć taką reakcję. Nie wahał się, śpiesznie udał się pod wskazany adres.

W poczekalni znajdowała się tylko jedna osoba. W rogu, na krześle, siedział masywny mężczyzna o głowie prawie kwadratowej i żuchwie przypominającej przemysłowe nożyce do cięcia blachy. Jego łagodne, nieco ospałe oczy stały w sprzeczności z dłońmi przypominającymi bochny razowego wiejskiego chleba.

– Pan też czeka na wejście do biura? – po chwili milczenia zapytał Klaudiusz.

– Nie – spokojnie odpowiedział mężczyzna. Miał mocny, tubalny glos. – Czekam na właściciela.

– Przepraszam, jakiego właściciela? – Klaudiusz nie zrozumiał.

– Jakiego właściciela? – powtórzył zdziwiony mężczyzna. – Jak to: jakiego? Na mojego właściciela – nieznajomy odpowiadał z takim spokojem, jakby rozmawiali o klockach Lego lub ładnej pogodzie.

– Ktoś jest pańskim właścicielem? – dopytywał się Klaudiusz, niepewny, czy zadaje właściwe pytanie. Spojrzał na nieznajomego z ukosa, niedowierzająco. Dziwna sprawa, pomyślał. Chyba chodzi o klub bokserski albo jakiś związek sportowy?

– Tak, mam nowego właściciela. Dzisiaj ktoś odpowiedział na ogłoszenie o mnie. Zaraz ten gość przyjedzie, to czekam.

– Klaudiusz zmartwiał. Twarz mu zbladła i serce zaczęło bić niespokojnie. Po chwili opamiętał się. Musiał jakoś wybrnąć z niezręcznej sytuacji.

– A gdyby właściciel nie przyjechał? – usiłował ratować się, negocjując.

– Nie szkodzi – ton głosu boksera nie zmienił się ani na jotę. – Wyświetlił się jego numer telefonu. Znajdziemy. Pożałowałby, gdyby nie przyjechał po mnie – żyły mówiącego nabrzmiały sinawo na dłoniach, szyi, twarzy i karku. Napięcie pokazywało wysiłek, jaki zadałby sobie, aby nie dopuścić do zerwania transakcji.

Klaudiusz pomyślał, że to jakiś głupi żart. Nie czekając na nic, zerwał się, krzyknął „przepraszam pana” i wparował do biura. Obok biurka stała kobieta z podciągniętą na prawym udzie spódnicą, poprawiała sobie właśnie podwiązkę pończochy. Przestraszyła się i zdenerwowała.

– Zachowuje się pan jak bezczelny pijak, którego przywieziono do izby wytrzeźwień!

Klaudiusz zignorował jej słowa.

– Przyjechałem po boksera z ogłoszenia, przywiozłem ze sobą klatkę, chyba wystarczy. Mam ją ze sobą.

– Chce pan wozić człowieka w klatce? Pan jest chyba nienormalny! Przecież powiedziałam panu wyraźnie: dużego boksera.

– Poznałem go właśnie, myślałem, że to jakiś kawał. Nie zamierzam go w ogóle zabierać.

– Musi go pan zabrać. Umowa jest umową. Skreśliłam go już z ewidencji naszego klubu. Zresztą on nie zamierza tu zostać. Jest zdecydowany odejść. Chociaż dobrze go karmimy, uważa, że żarcie u nas jest podłe i jest go za mało. Podłe i mało! Wyobraża pan sobie? Powiedział nawet, że wolałby już żarcie dla psa!

– Ma je u mnie jak w banku! – pomyślał mściwie Klaudiusz. Nie oponował już, wiedział, że sprawa jest fatalnie przegrana.

*****

Nowy nabytek okazał się niespodzianką i to najlepszą z najlepszych, jakich właściciel rozwijającej się firmy wynajmu psów mógłby oczekiwać od losu. Bokser, Klaudiusz nie zmieniał mu już imienia, okazał się wspaniałym pomocnikiem. Był pracowity i spokojny, co najważniejsze, kochał psy, a one wprost za nim przepadały. Bawił się z nimi, karmił je, szczotkował, pielęgnował, chodził na długie spacery. Jedyna rzecz, Klaudiusz śmiał się w duchu, to tylko to, że nie jadł razem z nimi, choć, jak mówił, dobre puszkowane żarcie dla psów jest lepsze niż konserwy mięsne dla ludzi. – Oni ładują ludziom dużo więcej chemikaliów do puszek. Rzekomo dla bezpieczeństwa. Ja w to nie wierzę.- Wyjaśnił z przekonaniem.

Zawsze kiedy coś układało się wyjątkowo pomyślnie, w głowie Klaudiusza pojawiał się niepokój, że jest to zbyt dobre, aby trwało wiecznie. Myśl nie męczyła go długo, powracała jednak regularnie w okresach największych sukcesów.

*****

Mając nowego pomocnika, Klaudiusz mógł poświęcić więcej czasu na rozwój biznesu. Obserwując Boksera biegającego z psami, doszedł do wniosku, że powinien założyć coś w rodzaju klubu sportowego, w którym młodzi ludzie mogliby porównywać swoją sprawność ruchową ze zwierzętami.

Najpierw pomyślał o sekcji „Rower i pies”, lecz szybko mu to przeszło z powodu współczucia dla zwierząt. Widząc kiedyś psa biegnącego obok roweru, na którym siedziała tęgawa kobieta w kasku i czerwonej koszulce, Klaudiusz pobiegł za nimi. Był w formie, chciał sprawdzić, co to znaczy biec w tempie wyznaczonym przez rowerzystę. Nie podobało mu się to doświadczenie, uznał, że układ nie jest fair. Po zakończeniu biegu zaproponował kobiecie, aby dała się pociągnąć na smyczy lub na lince, jeśli tak woli, za rowerem, którym on pojedzie. Zaskoczona, a nawet trochę oburzona, odmówiła. Potem jednak, po chwili refleksji, kiedy jej powiedział, że warto spojrzeć na bieganie przy rowerze z punktu widzenia zwierzęcia, zgodziła się. Przebiegła niewiele więcej niż sto metrów. Przyznała, że było to dla niej ważne i bardzo pouczające doświadczenie.

– Więcej nie będę już ciągnąć psa na smyczy za rowerem. To nic fascynującego – deklaracja rowerzystki głęboko usatysfakcjonowała Klaudiusza. Zawsze w takim przypadku wracała mu cząstka wiary w człowieka, zwłaszcza w kobiety. Ciągle jeszcze męczyła go pamięć o żonie, która go opuściła, zabierając ze sobą córeczkę.

W grudniu Klaudiusz otrzymał kartkę bożonarodzeniową z życzeniami. Było to właściwie zdjęcie. Figurowała na nim szczupła, opalona i radośnie uśmiechnięta kobieta w ciepłym zimowym dresie oraz pies. Klaudiusz nie rozpoznał kobiety, pies natomiast przypomniał mu się od razu, jamnik krótkowłosy z czarnymi mądrymi oczami i srebrną obróżką na szyi. Oprócz życzeń świątecznych na kartce był dopisek: Jestem szczęśliwa, że biegam teraz razem z moim Tuptusiem, a nie ciągnę go, jadąc na rowerze. Niech Bóg Pana błogosławi!

Następnym pomysłem Klaudiusza był klub spacerowicza. Idea wzięła szybko w łeb; była to zbyt spokojna forma rozrywki.

 

Wypożyczalnia psów (odc.4)

Po analizie korzyści i ryzyk, możliwości i ograniczeń, Klaudiusz zdecydował się, aby zamiast dzierżawić pomieszczenia na potrzeby firmy, kupić coś odpowiedniego. Miał trochę ukrytych oszczędności, trzymał je na oprocentowanym depozycie na czarną godzinę. To był jego wkład własny. Umożliwił on uzyskanie hipotecznego kredytu bankowego i nabycie opuszczonego budynku gospodarczego na działce przyleśnej w niewielkiej odległości od miasta. Musiało to być miejsce odosobnione z uwagi na hałas wywoływany przez szczekające psy. W jednym skrzydle budynku właściciel urządził sobie skromne mieszkanie, pokój, kuchnię, łazienkę i ubikację. Drugie skrzydło przystosował dla psów.

Na początku firma dysponowała tylko dwoma dogami nabytymi okazyjnie w schronisku dla zwierząt. Klaudiusz odkarmił je i regularnie przebywał z nimi na dworze, układając do świadczenia usług: wyprowadzania człowieka na spacer. Psy wyglądały wspaniale, były miłe i zawsze chętne do wyjścia na zewnątrz. Klaudiusz przyuczył je do wychodzenia o określonych godzinach. Nie było tu dowolności; pies musiał być zdyscyplinowany, aby przypominać klientowi o spacerze. Regularne wychodzenie spowodowało, że dogi nabrały nawyku punktualności: o godzinie siódmej rano, drugiej po południu i dziewiątej wieczorem brały smycz w pysk, podchodziły do opiekuna i prosiły o wyprowadzenie. Nie było możliwości, aby im odmówił; psy były cierpliwe, stały lub siedziały przy drzwiach tak długo, aż człowiek ustąpił. Jeżeli czekanie trwało dłużej niż piętnaście minut, psy szczekały. Na tym polegał urok i siła perswazji „pracowników” Klaudiusza: skutecznie wyciągali człowieka z domu.

Pierwsze ogłoszenie: „Dog silniejszy niż perszeron! Masz pełną gwarancję, że wyprowadzi cię na spacer!” Klaudiusz zamieścił w regionalnym wydaniu gazety ogólnokrajowej. Już następnego dnia dzwonił telefon i to kilka razy. W ciągu jednego tygodnia dwa dogi, a wkrótce także owczarek niemiecki, który trafił do Klaudiusza prosto z domu prywatnego właściciela, z powodzeniem służyły klientom. Była to ich praca.

Biznes prosperował, a jego właściciel był szczęśliwy. Klaudiusz potężnie awansował na drabinie powodzenia. Tak to odczuwał. Regularnie odbywając spacery z psami, utrzymywał się w doskonałej formie. Kiedy wszystkie były wypożyczone, biegał sam po lesie dla utrzymania kondycji. Jego biznes wywołał takie zainteresowanie, że pokazano go w telewizji razem z pupilami w programie edukacyjnym „Człowiek i zwierzę” i drugi raz w programie zdrowotnym „Aktywny wypoczynek”. Obydwa pokazy wywołały wielkie zainteresowanie i dziesiątki zapytań. Wydawało się, że co najmniej połowa ludzi niemających psów chce spróbować chodzenia na spacer z czworonogiem, który pomaga podjąć decyzję wyjścia na zewnątrz, pogoda czy niepogoda.

*****

Dwie potrzeby nowego biznesu stały się wkrótce oczywiste: zdobycie kolejnych psów, nie za wielu, bo trzeba było wszystko mieć pod kontrolą, oraz wynalezienie nowego, chwytliwego hasła reklamowego.

W schroniskach było dużo zwierząt, ale nie takich, które spełniałyby oczekiwania Klaudiusza. Ustalił kryteria. Pies powinien być dostatecznie duży, silny, spokojny, kochający ludzi i spacery. Także łatwy w utrzymaniu. Psy długowłose nie wchodziły w rachubę, ich czesanie i sprzątanie zrzucanej sierści było zbyt kłopotliwe. Ponieważ ludzie mają różne preferencje, potrzebne były psy różnej rasy. Na początek sfora Klaudiusza obejmowała dwa dogi, owczarka niemieckiego, dużego i łagodnego labradora, beagla będącego typem psa gończego oraz teriera Jack Russel, wytrzymałego i uwielbiającego przebywać na zewnątrz. Klaudiusz myślał jeszcze o bokserze; kilku klientów pytało go o psa tej rasy. Nowych „pracowników”, jak ich nazywał, szukał w schroniskach dla zwierząt, w ogłoszeniach o psach do oddania lub sprzedaży. Dał też ogólne ogłoszenie „Poszukuję psa”, licząc na zróżnicowane oferty.

*****

Biegając po lesie, Klaudiusz spotykał różnych ludzi, z psami i bez psów: starsze małżeństwa, dziadków i babcie z małymi dziećmi, samotne matki z niemowlakami, sportowców. Rzadziej spotykał samotnych mężczyzn. Ze wszystkimi chętnie rozmawiał, szukając pomysłów, jak rozreklamować własny biznes. Łatwiej przychodziło mu nawiązywanie rozmowy z kobietami niż z mężczyznami, mimo negatywnych wspomnień związanych z Anastazją. Stosował różne odzywki, aby nawiązać kontakt.

– Panią to ma kto wyciągnąć z domu na spacer – mówił, wskazując psa. – Są ludzie, którzy sami muszą to robić, zwalczając lenistwo. Albo sugerował: – Oprócz urody ma też pani sympatycznego zwierzaka. Można tylko zazdrościć.

Kiedy pierwsze lody były już przełamane, rozmowa toczyła się jak z górki: o psach, zdrowiu, spacerach, potrzebie świeżego powietrza, pracy i wypoczynku. Przy okazji Klaudiusz wspominał o swojej firmie, zapraszał do jej odwiedzenia albo obejrzenia na stronie internetowej. Rozdawał także wizytówki.

Biznes nosił nazwę jasną jak promień słońca: „Wypożyczalnia psów wyciągowych”. Na początku ludzie dziwili się nieco określeniu „pies wyciągowy”, lecz bardzo szybko chwytali jego sens i akceptowali. Idea „bycia wyciąganym” na spacer przez psa okazała się chwytliwa.

Wiadomość o psach do wynajęcia przechodziła szybko z ust do ust metodą poczty pantoflowej. Była to najbardziej skuteczna i najtańsza forma popularyzacji firmy i jej usług. Klaudiusz żartował często na temat ludzi i psów, tworzyło to swobodną, życzliwą atmosferę. Nigdy nie zdarzyło mu się, aby ktoś zareagował negatywnie. Kto mógłby mieć coś przeciwko mężczyźnie w średnim wieku kochającemu psy, adoptującemu bezdomne psy ze schronisk dla zwierząt, oferującemu pomoc ludziom spragnionym spaceru i serdecznego towarzystwa?

cdn…

 

 

Wypożyczalnia psów ( odc 3. )

Zawodowe defekty Anastazji uwidoczniły się wyraźnie w trakcie kłótni, kiedy pakowała rzeczy przed opuszczeniem domu razem z Nuką. Swoje małżeństwo nazwała tragicznym pasmem cierpienia. Wyliczyła mężowi wszystko, co go degradowało w jej oczach: jego głupotę, nieodpowiedzialne czyny, szaleństwa. Kiedy zapytał ją o konkrety, wyliczyła:

– Po pierwsze nadanie dziecku imię Nuka, po drugie próbę korekty teorii Darwina, że w łańcuchu ewolucji pies był przed człowiekiem, po trzecie twoja teoria śmierci psa i propozycja jej wprowadzenia do tanatologii zwierząt, po czwarte organizację demonstracji przeciwko usypianiu zwierząt jako formie eutanazji. Nie dość, że wymusiłeś na księdzu nadanie dziecku tego strasznego imienia, to jeszcze głosiłeś publicznie, na konferencjach kynologicznych, w wywiadach radiowych i telewizyjnych, te swoje kretyńskie teorie, przez co ośmieszyłeś mnie, bo noszę to samo nazwisko, co ty. Ty możesz być kretynem, ale ja nie jestem i nie podpisuję się pod twoimi wymysłami. Zostawiłeś fatalne dziedzictwo naszej córce. Nawet nie mogę wymienić jej imienia – Anastazję opanował głęboki szloch. Klaudiusz wystraszył się i chciał natychmiast wzywać pogotowie. To tylko spowodowało, że kobieta ponownie wyzwała go od kretynów i rzuciła w niego pierwszym przedmiotem, jaki miała pod ręką. Na szczęście nie było to nic ciężkiego ani wartościowego.

*****

Wraz z żoną odszedł drugi dochód gospodarstwa domowego. Był to cios powalający na deski. Klaudiusz nie był w stanie kontynuować spłaty kredytu za dom wyłącznie ze swojej pensji. Wkrótce bank go zlicytował. Nieszczęśnik podejrzewał, że mieszała w tym palce serdeczna przyjaciółka żony, pracująca w banku w dziale szkoleń.

Mężczyzna popadł w zniechęcenie, a potem w apatię, z której już się nie wydobył. Zaniedbał się w pracy, zwolniono go z trzymiesięcznym wypowiedzeniem. Dyrektor uznał je za akt łaski. Od tej pory Klaudiusz nie miał nawet środków na czynsz i utrzymanie. Został bezdomnym. Kilka tygodni przemieszkał u najlepszego przyjaciela, dopóki jego żona się nie zbuntowała, potem tułał się po znajomych. W końcu „usamodzielnił się”, zamieszkując w pustym domku na ogródkach działkowych. Kiedy nadeszły jesienne chłody, trafił do schroniska dla bezdomnych

*****

Zimne schody i trotuar otrzeźwiły Klaudiusza. Przerwał rozmyślania o przeszłości i wstał. Zbliżała się pora posiłku, wszedł więc do wnętrza schroniska. Stracił już nadzieję na powrót do normalności. Jedynym pocieszeniem było dla niego to, że nie popadł w alkoholizm.

*****

Kiedy wiosna ugruntowała swój stan posiadania ciepła i zieleni, Klaudiusz podjął regularne spacery do pobliskiego lasu. Chodził wśród drzew i przyglądał się śmieciom, których było więcej niż roślin, rozmawiał z ludźmi wychodzącymi z psami na spacer, jeśli tylko chcieli z nim rozmawiać. Któregoś dnia starszy mężczyzna poskarżył mu się:

– Nie ma mnie kto wyciągnąć z domu na spacer. Nie mam psa. Dzisiaj z trudem zwlokłem się z łóżka. To straszne!

Te proste słowa poruszyły bezdomnego; jemu też brakowało mobilizującego towarzystwa. Przypomniał sobie własnego psa i wtedy przyszedł mu do głowy pomysł. Wydał mu się niezwykle obiecujący. Po chwili Klaudiusza ogarnęły wątpliwości i uznał go za szalony; przesądziły o tym negatywne doświadczenia własnego życia. Nie zrezygnował jednak z niego całkowicie, postanowił tylko nie mówić o nim nikomu. Bał się, że ktoś go ubiegnie, że ukradną mu pomysł, a co najmniej wyśmieją.

W ciągu kilku dni Klaudiusz zmienił się. Myślał inaczej, bardziej optymistycznie. Zaczął też dbać o siebie. Cały czas obmyślał plan działania, intuicyjnie szukając jakiegoś mocnego punktu zaczepienia. Tak go to męczyło, że w końcu zdecydował się porozmawiać ze współmieszkańcem, grubym mężczyzną, o którym wiedział, że kiedyś pracował w urzędzie zatrudnienia. Podjął ryzyko, choć mu nie ufał, bo chodził notorycznie pijany. Mężczyzna wydający się być zdegenerowanym alkoholikiem w stanie trzeźwości okazał się całkiem sympatyczny i życzliwy. Klaudiusz przedstawił mu tylko samą ideę, bez żadnych szczegółów. Był ostrożny, powiedział tylko tyle, ile wymagało zorientowanie się, co powinien zrobić dalej. Były urzędnik zachęcił go do realizacji planu.

– Jesteś z zawodu kynologiem. Znasz się na psach. Pomysł wydaje mi się rozsądny. Jeśli opracujesz biznesplan, możesz ubiegać się o dofinansowanie ze strony państwa. Mogę ci w tym pomóc. Mam jeszcze trochę znajomości.

– Muszę to sobie przemyśleć – skwitował przedsiębiorca. Tak siebie określił w duchu. Bardzo mu to schlebiało.

Wieczorem zaczął zastanawiać się, czy nie warto byłoby mieć wspólnika. Przypomniała mu się Anastazja i od razu mu przeszło. Postanowił kontynuować w pojedynkę. Znowu skontaktował się z byłym urzędnikiem, który, jak się okazało, zajmował się konkretnie doradztwem zawodowym. Po rozmowie Klaudiusz wyszukał podany adres i zgłosił się do firmy, która była inkubatorem przedsiębiorczości. Rozmawiał z nimi kilka razy, w końcu się zarejestrował. Przyjaciel pomógł mu napisać biznesplan. Po dyskusjach wyjaśniających, uzupełnieniu dokumentów i dwumiesięcznym oczekiwaniu Klaudiusz otrzymał pożyczkę na stworzenie biznesu. Warunki były bardzo korzystne.

*****

Wkrótce Klaudiusz założył wypożyczalnię psów wyciągowych. Była to mała psiarnia, w której trzymał zwierzęta dostatecznie silne i łagodne, które można było wypożyczać ludziom bez obawy, że wyrządzą im jakąś krzywdę lub że same zostaną skrzywdzone. Idea była bardzo prosta. Klient wypożyczał psa, aby wyciągał go na spacer i to nie okazyjnie, od czasu do czasu, ale regularnie, trzy razy dziennie, o określonej porze. Było to warunkiem umowy.

– Klient może nie chcieć wyjść na zewnątrz, ale pies musi. Umowa między nami ustala, że pan lub ktoś z rodziny albo przyjaciół wychodzi z psem trzy razy dziennie. Musi pan podpisać takie zobowiązanie – tłumaczył Klaudiusz pierwszemu klientowi. Z okazji inauguracji biznesu udzielił mu wysokiego rabatu, pełne pięćdziesiąt procent.

Niektórzy ludzie nie za bardzo rozumieli sens jego biznesu. Nie przeszkadzało mu to, zdawał sobie sprawę, że będzie musiał pokonać mur ignorancji i niechęci do nowości. Wątpiącym cierpliwie tłumaczył.

– Nie każdy ma własnego psa. Nie każdy może go mieć, bo do tego potrzebne są odpowiednie warunki. Wypożyczenie psa rozwiązuje te problemy. Są ludzie, których okoliczności mogą zmusić, aby tylko przez pewien czas mieszkać z czworonogiem, mieć towarzystwo. Na przykład rekonwalescenci po ciężkiej chorobie, którym lekarz zalecił regularne spacery. W niektórych krajach lekarze zamiast recepty na lekarstwo zalecają pacjentowi psa do towarzystwa. Pies działa jak lekarstwo. Ja sam nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Najwięcej pytań wywoływała kwestia, co zrobić z psem, kiedy jest się dłużej nieobecnym w domu. Klaudiusz, teraz już dyrektor firmy, uspokajał klientów.

– Sytuacje i potrzeby ludzi zmieniają się. To jest zrozumiałe. Na przykład musi pani wyjechać na kilka tygodni do rodziny w innej części kraju albo na wycieczkę dookoła świata, albo, nie daj Boże, znajdzie się w szpitalu lub w sanatorium. Psa można wypożyczyć na określony czas, nawet na jeden dzień, choć to najmniej korzystne rozwiązanie, bo opłata jest wtedy najwyższa. Trzyma pani psa tak długo, jak długo pani go potrzebuje. Kiedy nie jest pani potrzebny, zwraca go pani mnie, firmie „Wypożyczalnia psów wyciągowych”, gdzie jest jego stały dom.

 

Wypożyczalnia psów (odc. 2 )

Anastazja pamiętała jeszcze jeden incydent. Stanął jej przed oczami jak żywy. Aż wzdrygnęła się na samo wspomnienie, co się wtedy działo. Był to dzień, kiedy Klaudiusz ogłosił swój pogląd o niedopuszczalności eutanazji zwierząt domowych, w szczególności psów. – Nie ma usypiania psa bez jego zgody. – Pod takim tytułem jego wypowiedź ukazała się w lokalnej gazecie. Za tytułem szły wyjaśnienia i szczegóły.

Celem Klaudiusza było poruszenie ludzi i wywołanie dyskusji w obronie psów, aby w dłuższej perspektywie doprowadzić do zmiany prawa. Z informacji wynikało, że chodziło mu o pewne minimum, mianowicie o to, aby o decyzji uśpienia psa decydowało większe grono osób, a nie tylko sam właściciel. Artykuł wymieniał przypadki, kiedy ludzie uśmiercali zdrowego psa dlatego, że był stary albo uważali, że jego utrzymanie lub leczenie za dużo kosztuje, albo kiedy wyprowadzali się na drugi koniec kraju lub za granicę.

Wobec braku żywszej reakcji Klaudiusz podjął akcję, która zbulwersowała miasteczko i groziła wybuchem niezdrowych sensacji. Przywiązał siebie i trzy psy, jednego własnego i dwa pożyczone od przyjaciół podzielających jego poglądy, do betonowego słupa przed kościołem. Raban zrobił się tym większy, że na parafialnej tablicy ogłoszeń ukazał się równocześnie afisz z podpisami kilkunastu obywateli protestujących przeciw eutanazji psów.

Proboszcz miał problemy z sercem; na wiadomość o niezwykłym wydarzeniu o mało co nie zszedł z tego świata. Jak tylko doszedł do siebie, natychmiast wysłał organistę, jedyną osobę, do której miał zaufanie, aby nie zwracając niczyjej uwagi, zerwał afisz. Nie chciał mieć awantury przed kościołem, bojąc się, że „ten wariat”, jak w duchu nazwał Klaudiusza, ściągnie gniew boży i ludzki na kościół lub na niego samego.

Po usunięciu afisza proboszcz znalazł się zupełnie przypadkiem w pobliżu Klaudiusza przywiązanego łańcuchem do słupa. Zbliżył się i dyskretnie poprosił go o spotkanie. Rozmawiali krótko, ponieważ proboszcz miał pilne obowiązki i bardzo się spieszył.

– Proszę przyjść do spowiedzi, synu. Będę na ciebie czekać – powiedział na zakończenie.

Klaudiusz stawił się w kościele o ustalonej godzinie i podszedł do konfesjonału. Zanim uklęknął, rozejrzał się, ile osób jest wewnątrz świątyni.

– Wolałbym, aby było więcej. To by nadało dodatkowy rozgłos sprawie – mruknął do siebie pod nosem.

Proboszcz od razu przystąpił do rzeczy. Był człowiekiem łagodnym z natury, ale tym razem postanowił być stanowczy. Życzliwy, pozytywny, ale stanowczy.

– Synu! W sercu zgadzam się z tobą, to bardzo ludzka postawa. Wiem, że jesteś kynologiem i sprawa psów leży ci na sercu. Ale robić takie zamieszanie? Ludzi to gorszy. Nie tylko mówić o eutanazji, ale i stawiać psa na równi z człowiekiem!?

– Ależ księże proboszczu, przecież Święty Franciszek… – usiłował protestować Klaudiusz.

– Wiem, wiem! Oczywiście, bracia mniejsi. Modlę się do niego każdego dnia, podobnie jak i ty. Uwierz w moje dobre intencje! Ale tak nie można postępować. Może to pana Boga bezpośrednio nie obraża, choć nie jestem pewien, ale ludzi na pewno. Postępujesz bardzo nierozważnie. To nie służy psiej sprawie. Przepraszam, nie służy sprawie opieki nad zwierzętami – patrzył na spowiadanego z uwagą. Serce zabiło mu żywiej, co go dodatkowo zaniepokoiło.

Z oczu Klaudiusza biła uczciwość i powaga. Proboszcz zmieszał się. Nabrał pewności, że nie ma co rozmawiać, bo mężczyzna mu nie ustąpi. Słyszał o jego trudnym charakterze od jego żony, Anastazji. Pamiętał, że Klaudiusz uparł się i za żadne skarby nie chciał ustąpić, aby nie nadawać córeczce imienia Nuka, przy wymawianiu którego matka dziecka płakała rzewnymi łzami.

Zapytał Klaudiusza, czy chciałby coś jeszcze dodać lub wyznać jakieś grzechy. Słysząc w odpowiedzi milczenie, postanowił zakończyć przykry sakrament spowiedzi. W duchu pomyślał jeszcze: „Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” i niepewnie podziękował Bogu. Miał do Niego trochę żalu, że dopuścił do takiej sytuacji. Po chwili refleksji uznał jednak, że byłoby bezsensowne oczekiwać, aby Najwyższy interweniował w tak dziwnej sprawie i to tylko dlatego, że jest ona kłopotliwa dla jakiegoś lokalnego proboszcza. Kiedy patrzył na klęczącego Klaudiusza, przeszła mu przez głowę myśl, że być może Bóg wie lepiej, gdzie rezyduje prawdziwa wiara i dobroć.

Wracając do zakrystii proboszcz zdecydował, że nie będzie już prosić o boskie wstawiennictwo w sprawie kynologa i jego psów niezależnie do tego, jak ona się rozwinie. Serce proboszcza uspokoiło się.

*****

Zdarzenia osiągnęły poziom masy krytycznej, kiedy pies Klaudiusza i Anastazji wystraszył się ciężarówki, uciekł i przepadł bezpowrotnie. Nigdy go nie odnaleźli. Wyglądało to jak klątwa. Od tej pory nieszczęścia spadały na Klaudiusza w sposób lawinowy; sytuację można było porównać do ładunku jądrowego, kiedy jedno rozszczepienie jądra atomowego wywołuje nieprzerwany łańcuch dalszych rozpadów.

Zniknięcie psa przelało kielich goryczy Anastazji. Potrzebowała tylko kilku godzin, aby wylać z siebie wszystkie żale i rozczarowania, zebrać i zapakować niezbędne klamoty, ubrać córeczkę i opuścić dom.

*****

Anastazja była nauczycielką. Klaudiusz uznał to za główną, jeśli nie jedyną przyczynę własnych nieszczęść. Swój żal wylał w knajpie przed mężczyzną, który słuchał go cierpliwie, pijąc fundowane piwo. Rozmówca wyglądałby na włóczęgę lub bezdomnego, gdyby nie nowiutka elegancka muszka zamocowana pod szyją na tle zużytego częstym praniem kołnierzyka.

– Nauczycielka nie jest istotą łatwą w pożyciu – zaczął Klaudiusz. – Kiedy wszystko układa się dobrze, zachowuje się poprawnie. Żeniąc się z Anastazją, nie wiedziałem, co to za zawód, jacy są ci ludzie. Teraz już wiem. Traktowała mnie jak dziecko w klasie, której była wychowawczynią. Była głośna i apodyktyczna, chciała mną sterować, odrzucała moje propozycje i krytykowała moje poglądy, nazywała je „zagraniami” albo „sztuczkami”. Reprezentowała postawę: ja wiem wszystko, ty nie wiesz nic. To było straszne – popatrzył na bezdomnego z kolorową muszką pod spłowiałym kołnierzykiem. Wydawało mu się, że tkanina rusza się razem z szyją. Trochę szumiało mu w głowie, ale był pewien trafności swoich obserwacji.

– Wszyscy nauczyciele mają podobne skrzywienia, ten zawód jest genetycznie obciążony defektami – dodał z przekonaniem. – Oni, kiedy mówią o czymkolwiek, wyliczają. Po pierwsze, po drugie, po trzecie i tak dalej, w nieskończoność. Po prostu nie umieją zachowywać się inaczej. To prawdziwe zboczenie!

*****

 

Wypożyczalnia psów ( odc.1 )

Klaudiusz pół siedział, pół leżał na grubym, kolorowym swetrze przy schodach wejściowych do budynku i rozmyślał. Było mu wygodnie. Głowę i barki oparł o ścianę, prawy łokieć ułożył na najniższym stopniu schodów. Stopa prawej nogi była finezyjnie oparta na kolanie lekko zgiętej drugiej nogi. W ręku trzymał butelkę toniku Schweppes ze słomką w środku. Dawno niestrzyżone włosy, lekko rozczochrana broda o nieokreślonym kolorze, koszula w jasnoszare pasy, ciemne spodnie i tenisówki bez sznurowadeł uzupełniały jego wizerunek człowieka wolnego od trosk, mającego prawo ubierać się i zachowywać bez skrępowania. Obuwie nie spadało mu z nóg, co było powodem dodatkowej satysfakcji.

Przyglądał się schronisku dla bezdomnych, gdzie mieszkał. Z drugiej strony ulicy wyglądało całkiem przyzwoicie. Podłużny budynek z różową ścianą parteru i żółtą pierwszego piętra, przed którym rosły drzewa z koronami przyciętymi na wiechy. Klaudiusz zagłębił się leniwie we wnętrze budynku: dwie wieloosobowe sale z piętrowymi pryczami, wspólna duża toaleta, kuchnia oraz pojemna, jasna stołówka z uchylanym do góry okienkiem, przez które kucharki podawały posiłki.

Na początku było mu trudno żyć w odmiennych warunkach, szybko się jednak przyzwyczaił. Pobyt w schronisku nic go nie kosztował; miał jedynie obowiązek, podobnie jak i inni mieszkańcy, udzielania bezpłatnej pomocy w utrzymaniu pomieszczeń i obejścia. Mieszkali tu przeważnie ludzie pogodzeni z życiem, niektórzy wręcz entuzjastyczni, a co najmniej pogodni. Odpowiadał im wypoczynkowy styl egzystencji. Ci, co nie potrafili osiągnąć stanu pogodnej nirwany, opuszczali zamknięte mury, aby zyskać więcej przestrzeni i świeżego powietrza pod mostem lub w niezajętym domku z nieszczelnym oknem na terenie jakiegoś ogródka działkowego.

Niebo rozjaśniło się na tyle, że Klaudiusz mógł dostrzec wyraźnie krawężnik po drugiej stronie ulicy. Rozmyślał o tym, co ostatnio stracił, a co zyskał. Snuł wspomnienia przeszłości, kiedy miał rodzinę oraz psa wabiącego się Ami, którego imię było pamiątką po innym czworonogu. Razem z żoną kochali Amiego jak własne dziecko. Żona w szczególności, dopóki nie urodziła im się córeczka.

*****

Stosunki Klaudiusza z żoną pogarszały się stopniowo, etapami. Nie umiał sobie wytłumaczyć tej cykliczności. Na początku było cudownie, kochali się, ona wierzyła w niego bardziej niż w siebie.

– Jesteś naprawdę dobry we wszystkim – mówiła.

Oboje tak uważali, przy czym ona, jak to niewiasta, myślała bardziej o czułościach i intymności, on zaś o pracy i okazywaniu dobroci rodzinie i zwierzętom, które stawiał na pierwszym miejscu, nawet przed człowiekiem, zgodnie z własną, szczególną teorią ewolucji. Było to o tyle zrozumiałe, że był kynologiem, który stracił wiarę w człowieka. Jego niechęć do własnego gatunku, jednego z wielu żyjących na ziemi, pogłębiła się pod wpływem coraz śmielszych technologii nakładających kaganiec intelektowi i refleksji człowieka oraz grożących zgubą przyrodzie ożywionej. W opinii Klaudiusza postęp technologiczny polegał przede wszystkim na tym, że człowiek mógł w coraz krótszym czasie produkować coraz większe ilości przedmiotów oraz opakowań i odpadów, potrzebujących setek lat, aby ulec rozpadowi.

– Popatrz wokół siebie! Las został już prawie całkowicie zasypany oponami, gruzem, opakowaniami szklanymi i plastykowymi, i innym świństwem! – zrozpaczony Klaudiusz ostrzegał bliźnich, ale mało kto go słuchał, bo ludzie mieli oczy i uszy przyklejone do telefonów komórkowych, tabletów i desek rozdzielczych samochodów. Niektórzy latali samolotami, i to tak wysoko, że nie mogli dostrzec nawet lasu.

*****

Poważne nieporozumienia z żoną zaczęły się od chwili, kiedy nadał córce imię Nuka. Uparł się i tyle.

– Albo akceptujesz to imię, albo rezygnujemy z chrztu. Nie jest najważniejszy – oświadczył stanowczo. Anastazja wiedziała, że mąż nie ustąpi za żadne skarby. Nie mogła się z tym pogodzić: dać dziecku imię psa! Kiedy dziewczynka się urodziła, od razu, już pierwszego dnia zaczął nazywać ją Nuka, po rudej suczce, swojej wielkiej miłości z okresu dzieciństwa.

– Chyba na rozum ci padło! – złorzeczyła żona. Było jej strasznie wstyd, że dziecko będzie już zawsze nosić garb imienia Nuka. Prosiła męża, błagała, on jednak pozostał nieugięty. Co najgorsze, kilka osób go poparło, twierdząc, być może obłudnie, że imię jest zupełnie przyzwoite i pytając, jakie to ma znaczenie, że ktoś tak kiedyś nazywał ulubioną suczkę.

– Ja sama znam pewnego pana, to mój dawny sąsiad, który nazwał swoją krowę Baśka, tak jak ja mam na imię. I co z tego? Pogodziłam się – uwagę tę nieopatrznie wyraziła szwagierka Klaudiusza.

– W twoim przypadku to absolutnie słuszne, że krowę nazwano Baśka, obydwie zasłużyłyście na to – Anastazja musiała wyładować swój gniew na siostrze.

Klaudiusz zachował spokój, nie uważał, że robi coś niewłaściwego. Patrzył na wspaniałe obrazy psów na ścianach swojego pokoju, kiwał głową i myślał: „Człowiek ma takie same wady i zalety jak pies. Pod wieloma względami te dwa gatunki są identyczne. Tak samo się rozmnażają, odżywiają, odczuwają ból i radość. Dlatego podoba mi się imię Nuka. Jak nasza Nuczka dorośnie, też tak powie. Jestem tego pewien”. cdn…

 

Ogłoszenie dla Czytelników blogu

Drodzy Czytelnicy!

Od jutra do dnia 4 lutego 2019 jestem na wakacjach za granicą (w Tajlandii) i z tego względu nie będę mógł publikować kolejnych odcinków powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”. Publikację podejmę zaraz po powrocie.

W zamian na blogu ukazywać się będą odcinki mojego opowiadania „Wypożyczalnia psów”, które stanowi część zbioru opowiadań Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”. Odcinki tego opowiadania będą ukazywać się co trzy dni. Mam nadzieję, że się Państwu spodobają. Sama książka „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” jest w powszechnej sprzedaży w księgarniach.

Moje najbliższe plany to publikacja w formie książkowej powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”, powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” oraz drugiego zbioru poezji zatytułowanego „Oniemiałość”. W sprawie publikacji tych utworów zwróciłem się już do kilku wydawców.

Pracuję teraz nad zbiorem opowiadań kryminalnych. Akcja jednego z nich dzieje się nie gdzie indziej tylko właśnie w Tajlandii. Będzie to zapewne moja kolejna książka.

Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie,

Michał Tequila

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 179: Myśli i medytacje gubernatora Blawatsky’ego

Gubernator wprowadził się w stan głębokiej medytacji. Potrzebował twórczej koncentracji. Gabinet zamknął od środka na klucz, aby nikt mu nie przeszkadzał. Było to jego ulubione miejsce, w którym łączył pracę z odpoczynkiem i medytacją. Stojąc pod ścianą, gdzie było nieco więcej miejsca, ogarnął wzrokiem swoje królestwo: duże białe drzwi, na ścianie wielka mapa kraju, historyczny kaflowy kominek w rogu, nieco dalej dziewiętnastowieczny obraz „Bunt patriotów” oraz masywny krzyż na ścianie. Właściwie to na niego na patrzył; był mu użyteczny, kiedy przyjmował przedstawicieli kościoła lub swoją bardzo religijną rodzinę, wpadającą raz na rok, aby złożyć mu życzenia świąteczne i noworoczne i obdarzyć świeżo uwędzoną szynką i kiełbasą.

Na podłodze pod obrazem leżał strzyżony dywan pakistański, na nim stały dwa fotele, trójosobowa sofa i stolik do kawy. Ściany w kolorze łagodnej zieleni na tle podłogi z twardego orientalnego drewna połyskującej odcieniami bordo działały uspokajająco na gubernatora. Na szerokim, rzeźbionym biurku stała flaga narodowa, telefon, notatki, przybory do pisania oraz kalendarz biurkowy i schludnie ułożony stosik dokumentów. Za biurkiem widoczne było wyściełane krzesło z wysokim oparciem podobnie rzeźbionym jak biurko. Przed biurkiem stały dwa krzesła przeznaczone dla gości. Pomieszczenie, urządzone w dobrym guście, dalekie było od wrażenia luksusu. Nie był to przypadkowy efekt.

Sekretarce i osobistemu ochroniarzowi gubernator wydał zakaz łączenia telefonów i wpuszczania kogokolwiek do jego gabinetu przez godzinę.

– Proszę pamiętać. Nikogo! Dosłownie nikogo. Żadnych telefonów, informacji, ludzi.

– Nawet gdyby pojawiło się nagłe zagrożenie państwa lub rządu? – usiłowała żartować sekretarka.

Gubernator zmarszczył brwi, twarz mu się zaczerwieniła, że robi sobie szutki z jego decyzji. Z reguły zrelaksowany i na luzie, odporny nawet na ogień pytań opozycji parlamentarnej lub agresywnych dziennikarzy, potraktował to poważnie.

– Proszę ze mną nie dyskutować. Nie płacę pani za opowiadanie kawałów.

Sekretarka zmieszała się głęboko. Wstała i stojąc na baczność, odpowiedziała: – Tak jest, panie gubernatorze. Będzie dokładnie tak, jak pan sobie tego życzy. Zbierało jej się na płacz, powstrzymała się jednak.

Osobisty ochroniarz gubernatora był w randze majora; niższej szarży gubernator nie zaakceptowałby, ponieważ musiał być pewny, że chroni go człowiek doświadczony, odpowiedzialny i sprawny. Ochroniarz wiedział, że świat się kręci wokół gubernatora i nie zamierzał o nic pytać ani niczego nie kwestionować. Rozkaz to rozkaz – mruknął pod nosem i zacisnął usta.

Gubernator wrócił do gabinetu i spokojnie rozłożył matę do medytacji, potem podszedł do szafy, wyjął z niej dres sportowy marki „Puma” i nałożył na siebie, po czym usiadł na macie w pozycji lotosu. Nie wychodziło mu to jeszcze całkiem sprawnie, było jednak dużo lepiej niż rok wcześniej. Po chwili myśli ułożyły u się w głowie, uporządkowały, płynęły równo jak wyćwiczone delfiny. Gubernator medytował o tym, że żadna, nawet największa instytucja czy organizacja, nie jest w stanie poradzić sobie sama z zarządzaniem państwem. Tylko rząd, dysponujący aparatem administracyjnym i środkami finansowymi oraz kościół dysponujący wiarą i zdolnością opiniotwórczą dawały gwarancję pełnego powodzenia. Rozum i racjonalność muszą iść ręka w rękę z wiarą i nadzieją.

Ostatnia myśl bardzo podobała się gubernatorowi. Brzmiała jak hasło, była trafna, miała w sobie siłę nośną. Aby nie umknęła mu z głowy, gubernator wstał, podszedł do biurka i zapisał ją w notatniku. Po chwili wrócił do maty, usiadł i podjął medytację. Wcześniej zjadł niepotrzebnie kanapkę z łososiem i o mało co nie zasnął. Otworzył okno, chcąc zapobiec senności. Na zewnątrz panowała chłodna cisza. Znowu myślał o sprawach państwowych. Marzyła mu się religia państwowa, kościół podporządkowany państwu i Czarna Eminencja podlegająca jego zwierzchnictwu. Postanowił nad tym pracować.

*****

Wydarzenia i efekty Apokalipsy dokumentowano obrazami, liczbami i opisami. Wielki gabinet gubernatora pokryły plansze, zdjęcia i wykresy. Centralne miejsce zajął obraz tornado, które nazywał trąbą powietrzną dla lepszego dotarcia do osób mniej wyrobionych w terminologii klimatycznej i meteorologicznej. Środek obrazu zajmował czarny lej rozszerzający się ku górze. Dla pokazania całej przerażającej prawdy, autorzy zdjęć zarejestrowali także dźwięki wydawane przez tornado, jego potępieńcze wycie, trzask drzew łamiących się jak zapałki oraz łomot spadających na ziemię dachów, samochodów i innych, niemożliwych do rozpoznania przedmiotów. Lewy bok stożkowatego leja trąby powietrznej rozjaśniała błękitna poświata, z prawego boku widoczne były trzy rachityczne drzewka jakby dławione potworną czkawką. Lej wypełniał przestrzeń aż po horyzont. Na pierwszym planie obrazu, na tle leja, sterczał jak na ironię wyzywający znak drogowy, biały poziomy pas na tle czerwonego okręgu, zakazujący wjazdu pojazdów mechanicznych.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 178: Raport zdarzeń Apokalipsy

Poczucie winy tak bardzo dokuczało gubernatorowi, że doznał uczulenia. Na jego skórze na piersiach i w okolicach pach pojawiły się żółtawe plamy. Początkowo myślał, że odwiedzając miejsca dotknięte powodziami zaraził się jakąś niebezpieczną, zakaźną chorobą, jedną z wielu, dewastujących ludność Nomadii. Lekarze uspokoili go, że jego życie nie jest zagrożone i zalecili stosować specjalną maść, wyciąg z rzadkiej palmy kokosowej, aż do pełnego wyzdrowienia.

– Pańska dolegliwość nie jest niebezpieczna – wyjaśniali uspokajająco, podając łacińską nazwę choroby brzmiącą tak groźnie, że zamiast uspokoić pacjenta pogłębili jeszcze jego niepokój.

Maść okazała się skuteczna. Po pięciu dniach gubernator poczuł się znacznie lepiej. Nieoczekiwana przerwa przywróciła mu nie tylko zdrowie, ale także energię. Przestał rozpaczać, odrzucając żałobne zgorzknienie. Aby ostatecznie otrząsnąć się z przygnębienia, odmawiał nawet uczestnictwa w pogrzebach znanych osobistości, w których wypadało mu wziąć udział. W kilka godzin powołał też specjalną komisję, zlecając jej odtworzenie ciągu tragicznych zdarzeń, aby w pełni zrozumieć przebieg i charakter nieszczęść Apokalipsy. Nad zleceniem pracował liczny zespół specjalistów. Korzystając z nowoczesnej technologii analizował on kilka dni i nocy doniesienia tworząc geograficzno-czasową mapę zdarzeń.

Raport uporządkował najważniejsze wydarzenia i przedstawił fakty. Po okresie intensywnej suszy przyszły wielkie powodzie trwające piętnaście tygodni. Rzeka Marena wylała obficie w następstwie niekończących się opadów deszczu w górnym dorzeczu na południu kraju.

Podniosły one poziom wód powyżej wszelkich przewidywań hydrologów wywołując potworne powodzie. Kiedy przekroczył on dziewięć metrów ponad przeciętny stan, woda wypełniła wszystkie

zbiorniki retencyjne, poprzerywała wały ochronne i zalała wszystkie kanały nawadniające sięgając nawet krawędzi pustyni. Setki tysięcy obywateli straciło dach na głową, dziesiątki tysięcy postradało życie.

Gnijące szczątki roślin i padłe zwierzęta, a nawet trupy ludzkie pozostające w wodzie, wywołały epidemię cholery. Wydawało się, że to już ostatnie nieszczęście, ale – zupełnie jak za czasów starożytnych – przyszła wielka klęska głodu. Gubernator otrzymywał doniesienia o przypadkach kanibalizmu, potwierdzały je zdjęcia. Przeprowadzenie natychmiastowych śledztw nie było możliwe, ponieważ policja miała na głowie setki innych dochodzeń i spraw. Na dobitek złego pojawiły się doniesienia o Asturio, wielkich zakładach chemicznych w dolnym biegu rzeki, które wskutek awarii zatruły wody gruntowe toksycznymi substancjami. Podejrzewano sabotaż, gdyż zakłady były tak nowoczesne, że samą sugestię awarii uważano za wymysł chorego umysłu.

Po zbadaniu, zatrucie gleby i wody okazało się niegroźne. Ludzie przejrzeli na oczy dopiero wtedy, kiedy warzywa, owoce i mięso pochodzące z tego regionu kraju zaczęły powodować choroby i zabijać ludzi. Przyszła klęska głodu, jakiej nikt nie pamiętał, tym bardziej bolesna, że zatrute tereny od zawsze uważane były za spichlerz kraju.

Choroby i głód dotknęły przede wszystkim dzieci. Wskutek niedostatku lekarzy, którzy rozpoznaliby chorobę i zaordynowali właściwe środki, padały one ofiarą z pozoru nawet niegroźnych schorzeń. Rząd szacował, że w ten sposób zmarło pół miliona dzieci. Lekarze podejrzewali, że więcej. Nie sposób było tego ustalić, gdyż sytuacja zmieniała się z dnia na dzień. Gubernator zlecał jedno śledztwo po drugim, lecz wkrótce zaniechał. Wymagały ono takiej ilości ludzi, sprzętu i pracy oraz odpowiednich procedur, że na wyniki można było liczyć nie wcześniej niż za kilka miesięcy, może nawet i lat. Wobec ogromu nieszczęść gubernator zarządził powszechną żałobę.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 177: Poczucie winy i obawy gubernatora

Gubernator nosił w sobie poczucie wielkiej winy. Czuł się osobiście odpowiedzialny za klęskę narodową. Jego rząd zawiódł; w czasie szalejących żywiołów nie zaoferował społeczeństwu dostatecznej pomocy. Nie nadeszła ona dostatecznie szybko, ponieważ rząd skąpił środków spodziewając się dalszego pogorszenia sytuacji. Centrum kryzysowe za późno ostrzegło mieszkańców przed wielką falą powodziową; wcześniejsze ostrzeżenie zaoszczędziłoby życie tysięcy istnień.

Był winien i nie mógł temu zaprzeczyć. Presja czasu i negatywne myśli pogłębiały jego przekonanie, że wszystko się załamie i straci sens, jeśli natychmiast nie znajdzie rozwiązania. Potrzebne były nadzwyczajne środki i nadzwyczajna skala działań. Po raz pierwszy w życiu gubernator poczuł się zagubiony; nie miał pomysłu, jak poradzić sobie z wyzwaniem, które uznał za śmiertelne dla społeczeństwa.

Szukając inspiracji, spotykał się z ludźmi z różnych środowisk. Każde z nich reprezentowało odmienny, wąski punkt widzenia, mało przydatny dla jego potrzeb. Jedyne, co przyszło mu do głowy, to zarządzić natychmiastową mobilizację, postawić wojsko i policję w stan najwyższej gotowości. Była to decyzja doraźna, akt rozpaczy raczej niż wynik solidnych przemyśleń.

Polecenie mobilizacji wywołało poczucie niejasności, o co chodzi; ludzie przyjęli za pewnik że kraj jest w stanie poważnego zagrożenia, możliwe są rozruchy społeczne, akty agresji, a co najmniej wandalizmu, może nawet zamachy terrorystyczne. Dowódca sił zbrojnych, generał Contess, przygotował deklarację stwierdzającą, że armia jest doskonale przygotowana i wypełni wszystkie zadania zlecone przez gubernatora i jego rząd.

– Jesteśmy gotowi oddać życie za ojczyznę. – Tak brzmiało zakończenie deklaracji. Na szczęście w ogólnym bałaganie, jaki od czasu Apokalipsy panoszył się w kraju, nie wystąpiła potrzeba poświęcania życia.

*****

Nie mogąc poradzić sobie ze złym samopoczuciem, gubernator zastanawiał się, czy przypadkiem winy nie ponosi także poprzedni rząd. Pamiętał jego rozrzutność. Jego poprzednicy nie żałowali pieniędzy i fundowali obywatelom wielkie, gorące pizze z pomidorami, serem i wędliną w trakcie ważnych imprez społecznych, mityngów i spotkań, na których organizatorzy czasami rozściełali na ziemi koce, aby ludziom było wygodnie. Rząd zbudował też tysiąc placów zabaw dla dzieci, wielkim kosztem pogłębiając rzeki tylko po to, aby wysypać biały, czysty piasek na te place.

Martwiło go, że wiele osób uważało, że za poprzedniego rządu wszystko było większe: taczki, bukiety kwiatów, bochenki chleba, a godziny dłuższe. On jednak pamiętał, że poprzedni rząd zawierał sojusze z zagranicą, które wprawdzie przynosiły korzyści, ale też wyrządziły wielkie zło, bo oddały naród w obce ręce. Gubernator mówił o tym niejednokrotnie przy różnych okazjach.

Wielu obywateli uznawało jego słowa za czystą prawdę, inni za zwykłą krytykę poprzedników, jeszcze inni za szkodliwą propagandę i samoreklamę. Gubernator obawiał się, że społeczeństwo gorzej go oceni, mając na uwadze skutki Apokalipsy, w czasie której wiele rzeczy w państwie nie zadziałało. Na szczęście ludzie tego nie spostrzegli albo o tym nie pamiętali, gdyż przestało ich interesować dobro wspólne. W jego miejsce kwitły teraz indywidualizm i egoizm. Gubernator ogromnie nad tym ubolewał.

W samotności swego wielkiego gabinetu, Barras wyobraził sobie społeczeństwo w postaci zubożałej i wychudłej kobiety.

Postanowił umieścić jej statuę na postumencie na środku gabinetu, aby nieprzerwanie przypominała jemu i współpracownikom zbożne dzieło przywrócenia rozkwitu społecznego. Wobec skurczenia się społeczeństwa, ważna była przyśpieszona prokreacja. W dłuższej perspektywie potrzeba było nowych rąk do pracy. Dla udokumentowania złożoności tego wyzwania do postaci kobiecej gubernator dodał po namyśle postać męską.

Macierzyństwo i ojcostwo symbolizowały figury biblijnych postaci Adama i Ewy, protoplastów wszelkiego rodzicielstwa. Ewa pozostawała jednak postacią centralną, ponieważ to ona ponosiła cały ciężar macierzyństwa i najtrudniejszych lat wychowania i opieki na dzieckiem. Pod presją wyzwania odbudowy prokreacji kobieta w okresie rozrodczym wyrosła w jego umyśle na boginię, może nawet złotego cielca. Zastanawiał się nad tym. To rosnące wyobrażenie roli kobiety w społeczeństwie utrzymywało go na prostej linii myśli i działań, nie pozwalając zejść im na manowce pomniejszych przedsięwzięć. Uznał to za zdrową obsesję.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 176: Dziwna kampania fiskusa

Na trzecią falę petycji i protestów, gubernator Blawatsky odpowiedział kampanią medialną pokazującą, że ludzie chętnie współpracują z fiskusem. Na wielkich telebimach, dwóch ustawionych w centrum miasta i jednym na krytym stadionie sportowo-rozrywkowym, wyświetlano klip video. Pokazywał on, jak do obywateli, osób różnej płci i wieku, siedzących na ławkach w parku, na przystankach autobusowych, na stacjach kolejowych, w pubach i restauracjach, podchodził rosły osobnik, przedstawiał się słowami „Jestem Valerio Fiskus z Państwowego Urzędu Resetu Długów” i lekko dotykał ich kieszeni elegancką laską zakończoną metalowym czujnikiem. Zaczynał od prawej kieszeni marynarki i prawej kieszeni spodni; dotykając słuchał, czy czujnik wydaje dźwięk wykrywając banknoty, które miały już wdrukowane metalizowane nitki. Jeśli nic nie dźwięczało, urzędnik dotykał lewej kieszeni i ponownie słuchał. Czasem prosił obywatela, aby wstał; dotykał wtedy tylnej kieszeni spodni. W przypadku kobiet laska kierowana była w kierunku torebki lub portmonetki.

Poborca podatkowy każdorazowo wyjaśniał, że zbiera środki na pomoc dla przeżywającego problemy budżetu państwowego, po czym zadawał pytanie, czy dana osoba chciałaby, aby państwo zbankrutowało. Prawie nieodmiennie odpowiedź była negatywna. Udzielając takiej odpowiedzi, obywatele – w opinii rządu – automatycznie godzili się wspomóc skarb państwa kwotą negocjowaną z urzędnikiem. Valerio Fiskus był osobnikiem wzbudzający zaufanie, dobrze odżywionym, masywnym, z pełnymi, różowymi policzkami i lekko obwisłą dolną wargą. Po zakończeniu filmu pojawiał się wielki napis: Rząd nie uderza obywateli po kieszeni, jak głosi opozycja, tylko prosi o pomoc i ją otrzymuje!

*****

Niecodzienne zachowania poborcy podatkowego skomentowano na spotkaniu przy krawężniku. Zostało ono zwołane w trybie przyspieszonym z uwagi na rangę sprawy.

– Dlaczego nagabywani nie odmawiają mu pieniędzy? Ja bym absolutnie odmówił! – Gardłował nieznany Sefardiemu mieszkaniec osiedla.

– Nieuważnie oglądał pan nagranie. Za Fiskusem stało dwóch drabów, nazwę ich rosłymi mężczyznami, bo to mniej odrażające. Zatrudniono ich po to, aby przerazić i skłonić ludzi do uległości. – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz, sam nie do końca przekonany do tej argumentacji. Starał się mówić ostrożnie, aby nie narazić się na donosy, że jest wrogiem rządu lub państwa. Był to już okres, kiedy zaczęły się pierwsze nagonki i oskarżenia obywateli o wrogość wobec państwa.

*****

Kilka dni po pierwszym wideoklipie do sądu wpłynęła sprawa o zniesławienie. W imieniu zainteresowanego, był nim obywatel o nazwisku Valerio Fiskus z miasteczka liczącego niecałe pięć tysięcy mieszkańców, wystąpił jego adwokat. Wyjaśnił on, że urząd skarbowy bezprawnie użył imienia i nazwiska jego klienta i że w związku z tym jest on poszkodowany. Nic to nie pomogło, ponieważ nikt nie wierzył w czystość intencji Fiskusa. Wszyscy uważali, że za użycie swego imienia i nazwiska otrzymał on dobrą zapłatę. Mieszkańcy miasteczka wytykali ziomka palcami, wyzywając go od naciągaczy i łajdaków.

Z uwagi na nagłośnienie sprawy, po interwencji partii opozycyjnych, rozprawa sądowa odbyła się wyjątkowo szybko. Ku zdumieniu obserwatorów wykonawcy nagrania video zostali skazani na zapłacenie dużego odszkodowania Valerio Fiskusowi, lecz nie zapłacili ani dolara, gdyż natychmiast złożyli pozew o kasację wyroku. Sprawa trafiała na wokandę sądową wielokrotnie ze zmienny szczęściem, raz wygrywała jedna, raz druga strona. Specjaliści przewidywali, że proces nie zakończy się szybko.

– Nikt jeszcze nie wygrał z rządem. – Twierdzili pesymiści.

Ku pamięci Prezydenta Miasta Gdańska Pawła Adamowicza

Zamieszczam wiersz z mojego niepublikowanego jeszcze zbioru „Oniemiałość”. Dedykuję go pamięci Prezydenta Miasta Gdańska, Pawła Adamowicza, zamordowanego przez szaleńca ukształtowanego – nie mam wątpliwości, że co najmniej w jakiejś mierze – przez mowę bezmyślności, głupoty i nienawiści intensywnie kwitnącą u nas od trzech lat. Nie jest to dobry czas; życzyłbym sobie, aby zmiana na lepsze nastąpiła jak najszybciej. Wiersz jest tylko przybliżeniem tego, co odczuwam.

Do wiersza dołączam link do artykułu „Prof. Janusz Czapiński o ataku na prezydenta Adamowicza: To była rozmyślna, intencjonalna napaść”. Warto przeczytać, nawet ktoś się nie zgadza z wszystkimi opiniami profesora.

http://wyborcza.pl/7,75398,24362309,prof-janusz-czapinski-o-ataku-na-prezydenta-adamowicza-to.html#a=190&c=8000

Co mnie przeraża

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

Australia, Morphett Vale, 18 marca 1996

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 175: Kościół przedstawia swoje stanowisko wobec Internetu

W celu sprostania wyzwaniu powołano kościelno-uczelniany zespół, o którym media sceptycznie pisały, że nigdy nie skończy swojej pracy.

– Paraliż przez niekończącą się analizę. – Taka była konkluzja liberalnego dziennika, ostro krytykującego poglądy głoszone przez kościół.

Dwa miesiące później arcybiskup Czarna Eminencja wygłosił słynną homilię, w której przedstawił pogląd Kościoła Hierarchicznego.

– U źródeł fatalnej pogody, owych tragicznych pięciu dni, tkwi Internet, w którym komputery i sieć połączeń elektronicznych oferują niewyobrażalną łatwość komunikacji międzyludzkiej. Ludzie przestali porozumiewać się ze sobą w sposób bezpośredni, naturalny. Nastąpiło wykoślawienie i deformacja komunikacji, wskutek czego zmieniły się także postawy i charaktery. Tydzień niszczycielskiej pogody był karą boską za odwrócenie się od Boga w kierunku ciemnych mocy Internetu, który okazał się technologią grzechu, choć to nie on stworzył zło i grzech. On tylko podniósł do dziesiątej potęgi możliwości grzeszenia oślepiając przeciętnego człowieka. Jedynie ludzie najgłębiej wierzący w Boga zachowali umiar w korzystaniu z Internetu.

Czarna Eminencja wskazał także na zjawiska wirtualne wypierające świat naturalny: gry internetowe, społeczności internetowe, zamykanie się ludzi młodych w skorupie własnych myśli, upadek autorytetów, możliwość powielania kłamliwych opinii na serwisach społecznościowych, oderwanie się młodzieży od rzeczywistości i rodziców, zachłyśnięcie się bogactwem oraz spędzanie nieskończonych godzin na rozmowach bez sensu i znaczenia.

– A co dzieje się w Japonii? – Tym pytaniem Eminencja zaskoczył wszystkich, ludzi wierzących i niewierzących. Było to pytanie retoryczne, ponieważ hierarcha sam udzielił odpowiedzi.

– Mężczyźni zapominają o tym, że są mężczyznami, stronią od kobiet i posiadania rodziny, istnieje dla nich tylko praca i gry komputerowe, prawdziwe hieny pożerające czas, uczucia i rozum. Arcybiskup dodał na zakończenie, że Internet jest bez wątpliwości wynalazkiem szatana.

– Choć ma też i pewne zalety – uzupełnił – niedostatecznie głośno, aby go słyszano.

O sytuacji w Japonii rozpisała się prasa. Dla potwierdzenia poglądu arcybiskupa poproszono o wypowiedź ambasadora Japonii, Nubuku Kirudze, który stwierdził, że nie może ani potwierdzić, ani zaprzeczyć zanim nie skonsultuje się ze swoim rządem. Zainteresowanie Japonią wzrosło w takim stopniu, że przez kilka dni łącza telefoniczne i internetowe ambasady pozostawały zablokowane.

Wypowiedź Czarnej Eminencji stała się wykładnią dla całego Kościoła Hierarchicznego i większej części społeczeństwa. Internet był tematem posiedzenia rządu już następnego dnia. Ministrowie byli wyjątkowo zgodni, że arcybiskup ma rację co do zgubnego wpływu Internetu. Gubernatora utrwaliło to w przekonaniu, że jedynie bliższa współpraca władz cywilnych i kościelnych rokuje nadzieję pomyślnego rozwoju społeczeństwa, ponieważ kościół był w stanie wyjaśnić problemy, w których gubiła się nauka. Swoje przekonanie zachował dla siebie nie tylko dlatego, że był człowiekiem skrytym. Miał dalekosiężne plany.

Kilka dni później Kościół Hierarchiczny opublikował listę siedmiu nowych grzechów głównych, związanych z komputerem i Internetem: miłość do zwierząt większa niż do człowieka, czego przykładem były ubranka dla psów i kotów, kosztowne jedzenie i kolorowe manicure, cudzołóstwo praktykowane za pośrednictwem serwisów towarzyskich, zaniedbywanie współmałżonka i dzieci na rzecz komputera, dorabianie się online na nieszczęściu innych, sprzedawanie podróbek firmowych w Internecie, unikanie formalnego małżeństwa z wygody oraz życie na Facebooku. Do ogłoszonej publicznie listy niektórzy dodawali jeszcze niechęć kobiet do rodzenia dzieci, nieszanowanie natury, niesegregowanie śmieci, obżeranie się niezdrowym jedzeniem, niepłacenie podatków należnych państwu oraz szaloną pogoń za pieniądzem.

Wkrótce arcybiskup wygłosił homilię, wzywającą społeczeństwo do głębokiego i powszechnego nawrócenia, wrażliwości na drugiego człowieka oraz pełnego poszanowania innych form życia.

*****

Wobec ogromu potrzeb rząd zmuszony był podnieść podatki. Jak można było się spodziewać, społeczeństwo nie odniosło się do tego entuzjastycznie. Po wielu naradach gabinetowych Gubernator zdecydował się uczynić to po cichu, ukrywając podatki pod zmienionymi lub nowymi nazwami. Przy okazji zmieniono sposób obliczania podatków, zwiększano odsetki karne za opóźnienia w ich płaceniu oraz wprowadzono opłaty za czynności urzędowe. Rząd się wycwanił i zaczął nazywać obywateli konsumentami, licząc na to, że w społeczeństwie, uznającym siebie za obywatelskie, zmiany i podwyżki będą przez to mniej dostrzegalne.

– Konsument to nie to samo, co obywatel. To jakby gorsza kategoria. Ludzie odczuwają więcej niechęci do konsumenta niż do obywatela. – Przekonywał swoich ministrów.

Wybieg nie podobał się, ale tylko tym obywatelom, którzy go zauważyli. Podatek paliwowy przemianowano na opłatę zapasową. Wprowadzono podwójną opłatę za blokadę kół większych samochodów, argumentując, że jeżdżą nimi majętne osoby. Zaraz potem pojawił się podatek od transakcji bankowych: był tak nieznaczny, że praktycznie nikt nie zwracał na niego uwagi, dzięki czemu setki milionów transakcji przynosiły rządowi poważne dochody. Podatek węglowy zmieniono na denudacyjny, przywrócono bykowe zwane także podatkiem starokawalerskim oraz opłaty za energię niewykorzystaną i zmarnotrawioną.

Część społeczeństwa mocno odczuwała te zmiany i głośno o nich mówiła. Krytykujących było jednak zbyt mało, aby osiągnąć pozytywny skutek. Udało im się tylko zorganizować tysiąc komitetów oporu obywatelskiego przeciw zmianom w systemie podatkowym. Skarżący się słali obszerne petycje do opozycji parlamentarnej, organizacji pozarządowych oraz do sądów.