Przerywnik literacki. Szekspirowskie „Bić czy nie bić”.

Lokomotywa polskiej polityki rwie naprzód jak koń wyścigowy o rozdmuchanej wyobraźni. Wie, że jak przegra, to do rzeźni, a jak wygra, to dobra emerytura i obrok. Kierunek lokomotywy to Nowa Europa, gdzie zwycięzców witać będą girlandy, zaszczyty, tytuły, duże pieniądze i zimna pogoda, jeśli przyśpieszą. O czym mało kto wie, lokomotywa ma także ambitny program artystyczny.

W południe stanął przed telewidzami duch Williama Szekspira. Chyba przebywał jakiś czas na Litwie, ponieważ w Polsce posługiwał się uproszczonym nazwiskiem. Normalnie to pisze się Shakespeare. Stanął, ale nie osobiście. Reprezentowali go Aleksander Kwaśniewski, Janusz Palikot, Marek Siwiec oraz Leszek Miller. Przedstawili oni mało znaną tragedię Szekspira „Chamlet Polski”. Sztuka przepiękna, choć skomplikowana i tragiczna. Prawdopodobnie tylko sami aktorzy rozumieli, o co w niej chodzi. Tym niemniej spektakl był tak fascynujący, że Szekspir aż dwa razy przewrócił się w grobie z żalu, że nie dożył późnej emerytury w Polsce anno domini 2013.

W wielkim skrócie treść dramatu:

Odsłona pierwsza. Na scenę wchodzą trzej tenorzy-aktorzy. Najdostojniejszy z nich, Prezydent Kwaśniewski, ze zmęczenia chwieje się na nogach i milczy swoim mistycznie zamglonym wzrokiem. Tworzy to głęboki nastrój tajemniczości. Wychudła twarz i duży nos drugiego tenora, Janusza Palikota, doskonale oddają uczucia zlewicowanych obywateli narodu. Okulary i szczecina trzeciego tenora, Marka Siwca, symbolizują niepokój. Bohater nie wie, co ze sobą zrobić, jak nawiązać do mistycyzmu byłego szefa. Z boku patrzy na nich Leszek Miller i czule stwierdza: „Nie będę tego komentować”. Uśmiech błąka się po jego poważnym obliczu i niby dym z kubańskiego cygara wsiąka za biust posłanki o śmiałych oczach, obfitych kształtach i niedożywionych strunach głosowych.

Odsłona druga. Leszek Miller zaprasza Prezydenta Kwaśniewskiego na Kongres Rozbitków; adresat zaproszenia wymownie milczy. Narasta strach. Miller z rozpaczy zaprasza Prezydenta Wałęsę, który przyjmuje zaproszenie. Niepokój opada, wszyscy oddychają z ulgą, z wyjątkiem nieobecnego na scenie Oleksego, który preferuje Kwaśniewskiego na Kongresie. Niepokój znowu idzie w górę. Nieoczekiwanie pojawia się kobieca postać o imieniu Dwuznaczność i pozostaje na scenie.

Czemu tu przylazłaś? Zamierzasz tu zostać?  – obcesowo zagaduje Leszek Miller. Tylko on umie rozmawiać z kobietami.

Daj spokój. Nigdzie mi się nie śpieszy – burczy gniewnie dwuwartościowa postać.

Odsłona trzecia, prawdopodobnie nie ostatnia (Szekspir zostawił w sztuce niedopowiedzenia co do ilości aktów i odsłon).

Scena przedstawia przeciętny polski dom, gdzie panuje bieda, ale wszyscy doskonale sobie radzą. Tylko nastrój jest fatalny. Czuć odór dyskusji na tematy polityczne i społeczne. Dom ma rozstrój żołądka na tle wydarzeń sejmowych.

To poważny, choć zapewne przejściowy problem – konkluduje pijany Chochoł, który nie wiadomo dlaczego i jak tu się znalazł.

Mój problem to mąż, dzieci i pieniądze – wyjaśnia żona przygotowując się do włączenia telewizora na dziennik telewizyjny.

A pański? – Chochoł zdobywa się na moment trzeźwości.

Moim problemem jest polityka, żona i alkohol. Nie potrafię odzwyczaić się od nich.

A dzieci?

Dziękuję, zdrowe. Nieczęsto je widuję. Żona zajmuje się nimi.

Polityka w Polsce wciąż przeżywa renesans. Jest bogatsza niż bajki Andersena. Nie lubię słuchać polskich polityków. Preferuję głaskanie mojej puszystej rudej kotki, kiedy mnie o to prosi. Przynajmniej jedna istota ma przyjemność.

Jedna myśl nt. „Przerywnik literacki. Szekspirowskie „Bić czy nie bić”.

  1. Raczej „Pić albo nie pić”! ( z rozpaczy?)

    Piszesz bardzo sugestywnie. Po przeczytaniu tego wpisu miałem wizję. Nie bardzo wiem czy to była jawa czy sen. Wielka lokomotywa ozdobiona na przodzie dużym czerwonym kwiatem o trójkątnych płatkach pchała przed sobą wielką lorę, platformę towarową wypełniona po brzegi tłumem pogrążonym w radosnym tańcu a na podwyższeniu grała orkiestra. Za lokomotywą ciągnął się sznur rożnego rodzaju wagonów towarowych zapełnionych pstrokato ubranymi osobnikami. Co chwila ktoś z platformy tracił równowagę i zeskakiwał na skraj nasypu, następnie biegnąc wzdłuż pociągu usiłował załapać się do jakiegoś wagonu, ale znajdujący się tam dziwnie ubrani ludzie odganiali ich deskami wyrywanymi z podłogi. Z góry wyglądało ta jak ogromna stonoga poruszająca się niezgrabnie ale szybko do przodu. Wróciłem do rzeczywistości kiedy ten dziwny pociąg miał wjechać do tunelu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *