Powieść „Cezarea”. Odc. 8: Kronikarz Taranta ma wątpliwości

Wirgil Taranta miał zły dzień. Na początku pełen entuzjazmu, po kilku dniach poczuł, że nie radzi sobie z kroniką Cezarei i okolic, nie pisze jej z takim rozmachem, jak to sobie wyobrażał i obiecywał. Zastanawiał się, czy potrafi być bezstronny w opisywaniu rzeczywistości, widzieć rzeczy takimi, jakie są, a nie takimi, jakie ludziom dyktują uprzedzenia i ich własne wartości. Trudno mu było czasem zdecydować, co jest ważne, co warto zapisać, a o czym należałoby zapomnieć. Błądził po labiryntach niepewności. Widział to i czuł.  

Zamiast pisać historię Cezarei, zastanawiał się, czy nie dałoby się jej opowiedzieć, scena po scenie. Postanowił podzielić się wątpliwościami z Edwardem Teu, znajomym z osiedla, prawie sąsiadem. Widział go często przez okno. Właściwie to nawet przyjaźnili się. Myślał o nim czasem, że mógłby być jego sobowtórem, jakimś alter ego. Reprezentowali podobne poglądy na wiele spraw. Zadzwonił do Teu.

– Proszę wpaść do mnie. – Usłyszał w odpowiedzi.

– To szekspirowska decyzja w rodzaju „Być albo nie być”. – Wirgil przyznał otwarcie.

Miał obwódki pod oczami, wyglądał na zmęczonego.

– Czuję się tak, jakbym pchał całą noc taczkę wyładowaną kamieniami. – Nieprzespana noc w jakiś sposób usprawiedliwiała go przed samym sobą. –  Opowiadanie dziejów Cezarei byłoby okazją do przetestowania siły fabuły oraz atrakcyjności głównych postaci.

Teu myślał z życzliwością o Wirgilu. Znali się od dawna, można by powiedzieć, że od zawsze. Też miał wrażenie, że przypominają braci zmieniających się w rolach. Raz jeden wydawał się być starszy i bardziej doświadczony, innym razem było odwrotnie.

Teu radził najlepiej, jak umiał.

– Proszę się nie tłumaczyć. Każdemu zdarza się być na rozstajach. Teraz częściej niż niegdyś, bo czasy są zwariowane. Każdy pędzi jak szalony. Niech pan pisze, panie Wirgilu. Z czasem nabierze pan wprawy. Opuszczą pana wątpliwości. Historia zdarzeń jest dobra tylko w momencie, kiedy ją opowiadamy, bo zaraz wyparowuje. Verba volant, scripta manent. Słowa ulatują, to co zapisane, pozostaje. To prawda stara jak świat. Kroniką wystawi pan pomnik sobie, współczesności, Cezarei i pańskiemu Namiestnikowi.

*****

Następnego dnia kronikarz znowu zadzwonił do Teu. Rozgadał się.

– Byłem na spotkaniu Wspólnoty Osiedlowej. Tutaj, blisko, w salce parafialnej kościoła. Od czasu likwidacji trzepaków to miejsce stało się punktem spotkań, rodzajem klubu dyskusyjnego połączonego z think-tankiem i ośrodkiem decyzyjnym. Chciałem przewietrzyć swoje poglądy. Rozmawiałem z ludźmi z osiedla. To w większości ludzie młodzi, zapracowani i zaganiani. Nie rozumieją mnie. Pana też by nie zrozumieli. Dzieli nas przepaść generacyjna, smartfonu, komputera i dwukołowej hulajnogi elektrycznej. Ja wprawdzie używam tylko dwa pierwsze urządzenia, ale nie jestem do nich przywiązany tak jako oni. Dla nich i dla ich dzieci te wynalazki wydają się być sensem i sednem życia. Przynajmniej dla większości z nich. Ci ludzie żyją w przestrzeni wirtualnej. W każdej wolnej chwili serfują po Internecie, spotykają się z przyjaciółmi i rodziną, konwersują, szukają wakacji, płacą rachunki, składają sobie życzenia imieninowe i robią zakupy. Na ziemię zstępują tylko wtedy, kiedy komputer lub telefon ulegnie uszkodzeniu, kiedy kierują samochodem jadąc do pracy lub wpadają na chwile do sklepu na rogu, aby kupić bułeczki i ser na śniadanie. Podejrzewam, że nagrywają się na smartfonie, kiedy figlują w łóżku.

Wirgil przerwał na chwilę, jakby dla nabrania oddechu.  

– Najgorsze, że w Internecie nie ma prawdziwego lasu, prawdziwego powietrza, niczego, co można dotknąć lub powąchać. Mimo to stwarza on nieprzeparte poczucie rzeczywistości. Jest rzeczywistością, a zarazem nią nie jest, Jest prawdą a zarazem fałszem. Co tu mówić! To mnie męczy, bo Internet przypomina mi władze Cezarei, o których z konieczności muszę pisać. Ale jak to robić? Co jednemu wydaje się czarne jak sadza, dla drugiego może być białe jak śnieg. – Wirgil pomyślał już o polityce, konkretnie o premierze Chudym.

W jego głosie brzmiała niepewność.

– Na spotkanie w salce parafialnej poszedłem, bo czuję się samotnie. Najczęściej nie mam do kogo gęby otworzyć. Mógłbym to robić, gdybym miał papugę, ale nie mam. Czasem trzeba o sprawie podyskutować, zanim się o niej napisze. Dlatego chciałbym złożyć panu propozycję. Niech pan zostanie moim mentorem. – Ostatnie słowa Kronikarz wypowiedział bardziej zdecydowanie.

– Co ma pan na myśli, panie Wirgilu? Kim dla pana jest mentor?

– Kimś, kto życzliwie choć krytycznie będzie opiniować to, co mam do napisania. Co dwie głowy, to nie jedna.

Propozycja wydała się Teu sensowna. Nie było to skomplikowane i zapewne nie wymagało wiele czasu. To było ważne. Miał swoje obowiązki, nie mógł ich zaniedbywać. Zgodził się. Kiedy powiedział tak, pomyślał, że życie lubi płatać figle, a natura ludzka bywa czasem nieobliczalna.

Kronikarz pomyślał coś bardzo podobnego. Nie wymienili się jednak poglądami.

0Shares

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *