Reguły gry. Opowiadanie „political fiction”. Odcinek 6: Przygotowania

To już dzisiaj – pomyślał Premier i wstał zza biurka, aby rozprostować nogi. Niepokój i troska mieszały się w jego głowie jak zupa gotująca się na wolnym ogniu. Miał wrażenie, że słyszy bulgotanie. Musiał przygotować się do największych rozgrywek w bieżącym sezonie. Wszyscy się przygotowywali. Założył krótkie spodenki, solidne ochraniacze na kolana i łydki, przez głowę naciągnął koszulkę. Zastanawiał się nad czymś przez chwilę, po czym machnął ręką. Obuwia nie wkładał. Miał je w bagażniku samochodu.

Założę je dopiero przed wyjściem na murawę – postanowił. Podszedł do lustra i ocenił się. Podobała mu się własna sylwetka; emanowała determinacją i duchem walki. Miał o co wałczyć, był przecież premierem rządu.

Walczyć, ale fair, a nie bezpardonowo i bez zasad, jak ten platfusowaty kołek – mruknął do siebie. Ten kreator oskarżeń i fałszywej rzeczywistości! Nie chciał wymawiać jego nazwiska. Mierziło go. Nie było zresztą potrzeby. I tak wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Było ich tylko dwóch. Dwóch rozgrywających. On i ten drugi. Reszta to płotki, drobiazg bez znaczenia.

Jego rozmyślania przerwał sygnał telefonu komórkowego, którego numer znali tylko najbardziej zaufani współpracownicy i żona. Premier słuchał uważnie przez kilkadziesiąt sekund.

Nie zapomnijcie tylko zabrać narzędzi i wszystko starannie przygotować. Kończę, bo nie mam już czasu. Do szybkiego zobaczenia. Nara – niedbale rzucił do mikrofonu jak papierem do kosza na śmieci.

Wychodząc z gabinetu umocnił w sobie przekonanie, że musi zadać swemu największemu przeciwnikowi ostateczny cios. Plany, myśli i ostre słowa zostawiał dla siebie; publicznie demonstrował spokój i opanowanie. Był oględny w słowach.

Chyba dlatego większość ludzi uznaje mnie za człowieka zrównoważonego i spokojnego. Ale to nie będzie trwało wiecznie – doszedł do wniosku wsiadając do samochodu, który czekał na niego przy krawężniku.

Na drugim końcu rozległego budynku sejmowego do rozgrywek przygotowywał się Kaczan, przewodniczący Partii Nowych Kreacjonistów, najostrzejszy krytyk rządu i Partii Ewolucjonistów.

PE! Pieprzone Elementy! – z gniewem wymawiał te słowa, kiedy myślał o Słabosilnym i jego partii. Nie znosił go. Jego buty, kłamstw, nieudolności. A przede wszystkim jego ostatniej wygranej. Kiedyś sam był wygrany, ale krótko. Tylko dwa lata.

To przecież tylko nędzne pół sezonu. Dobre i to – pocieszył się. Jego zespół był wtedy najlepszy.

Chętnie utopiłbym tego gnojka w kałuży brudnej wody deszczowej, gdybym tylko wiedział, że mnie nie złapią – nie była to myśl, którą dzieliłby się z kimkolwiek. Ale jego ludzie i przyjaciele i tak o tym wiedzieli. Wiedzieli i podzielali jego uczucia. Cieszyło go to, ponieważ jednoczyło to partię. Ale jak zdobyć zrozumienie i poparcie większości społeczeństwa? – pytanie to nieprzerwanie przewalało się w jego myślach jak worek ze starociami, z którymi niewiadomo co zrobić.

Nie idzie nam zbyt dobrze. Może dlatego, że nie mamy jeszcze rzetelnego programu politycznego. Tylko dobre hasła. Porzucił powracające automatycznie myśli i skoncentrował się. Z szafy wyjął duży pakunek zawierający strój do gry w polo i zaczął ubierać się. W pierwszym rzędzie włożył nowiutką koszulkę polo i spodnie do konnej jazdy, a następnie wysokie buty. Wszystkie akcesoria były najlepszej marki, zostały nabyte w specjalistycznym sklepie w Londynie. Poczuł się lepiej. Przerwał ubieranie się, sięgnął do szuflady biurka i wyjął z niej rewolwer. Przyjrzał mu się i uśmiechnął się. Sprawdził zawartość magazynka i sięgnął po dodatkowy magazynek. Nie wiadomo, co może się zdarzyć na takiej imprezie – mruknął do siebie uspokajająco. Po ubraniu się zaczął wciskać do wielkiej torby obły ciemny przedmiot o dużych gabarytach. Mocował się chwilę przeklinając. To przyda się później – mruknął w końcu z zadowoleniem, kiedy udało mu się pokonać oporny materiał. Mógł pakowanie zlecić swojemu pracownikowi lub ochroniarzowi, ale pewne rzeczy wolał robić osobiście. Nie należał do ludzi łatwo obdarzających innych zaufaniem.

Zbliżający się zmierzch zarzucał dyskretną sieć spokoju na rywalizacje i nienawiści polityczne. Rozglądając się po gabinecie, czy czegoś nie zapomniał, Kaczan nieprzerwanie roztrząsał pomysły i sytuacje, analizował i planował. Walka polityczna stała się wulgarna i prostacka – tak uważało wiele ludzi. Jak ją ucywilizować? – nikt nie znał na to odpowiedzi. Tego był pewien. Jego to nie męczyło. Wręcz przeciwnie. Dobrze czuł się w wirze oskarżeń, wątpliwości i niepewności. To był jego styl. Tylko tak mógł wygrać z przeciwnikiem: obudzić powszechną niepewność i niechęć społeczeństwa do rządzących i ich poczynań – pomyślał zamykając drzwi wyjściowe na trzy klucze. Kwestionować wszystko, co robią. Oskarżać. Obarczać winą – to dobra strategia.

Opuszczając gabinet nacisnął klamkę i sprawdził, czy dobrze zamknął. Ruszył w kierunku małego prywatnego parkingu, gdzie czekali na niego ludzie ochrony i zaufani współpracownicy. Zatrzymał się zanim doszedł do rogu budynku. Rozglądnął się. Wokół nie było nikogo. Wahał się. Po chwili zawrócił i jeszcze raz sprawdził, czy drzwi zostały dobrze zamknięte. Inspekcja wypadła pomyślnie. Przywódca Partii Nowych Kreacjonistów odetchnął z ulgą i uspokoił się.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *