Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 89: Ideał kobiety widziany z okna

Kiedy znaleźli się na zewnątrz, otoczyło ich nagrzane, łagodne powietrze, niosące słony zapach oceanu.

– Teraz zaprowadzę was na plażę dla nudystów, dobrze mi znaną. – Zapowiedział marynarz odrzucając ręcznik obwiązany wokół bioder i biorąc za rękę swoją towarzyszkę z rozwianymi przez wiatr włosami. Mistrz nie miał czasu myśleć o tym, co dzieje się dwa kroki od niego, gdyż roztoczyła się przed nimi rozległa plaża z piaszczystymi diunami, wyraźnie oznaczona na krańcach palikami z czerwonymi wstążkami. Uczestnicy przyglądali się sobie jak dzieci, w sposób naturalny, niekrępujący i niemęczący. Wkrótce zmieszali się z innymi nudystami, leżącymi, spacerującymi, grającymi w karty lub bawiącymi się.

Trzydzieści lub czterdzieści lat wcześniej, Sefardi nie pamiętał już dobrze tego okresu, z okna mieszkania zobaczył młodą kobietę, właściwie dziewczynę. Zakochał się w niej od pierwszego wrażenia. Była cudowna. Stała na chodniku kilkadziesiąt metrów od niego i przeglądała zawartość torebki. Ubrana była w letnią, plażową sukienkę w duże, stylizowane kwiaty podobne do róż, pod którą widoczna była ciemniejsza haleczka. Mistrz widział jej ciało jak na dłoni, ponieważ letni strój nie był w stanie niczego ukryć ani zniekształcić. Kwiaty były wyraziste i zdały mu się tak pachnące, że uchylił okno, aby wchłonąć choćby odrobinę niezwykłego zapachu. Były to róże i orchidee, wydzielały mieszankę słodko-duszących woni. W atmosferze kwiatów i zapachów dziewczyna natychmiast stała się jego ideałem, wrastając w pamięć, serce i wrażliwość artystyczną tak głęboko, że nigdy już nie wyrwał się spod jej uroku.

Szukała czegoś w torebce. Chyba nie mogła tego znaleźć, gdyż przerwała szukanie. Zbliżyła się do ławki, oparła na niej nogę i podciągnęła sukienkę, aby poprawić coś przy cienkiej jedwabnej pończoszce. W zbłąkanym strumyku porannego słońca, na złotobrązowej skórze uda zaiskrzyły błękitne żyłki i delikatnie zadrgał napięty nerw. Dziewczyna powtórzyła operację na drugim udzie, jakby piękne zdarzenia chodziły parami, nawet te najmniejsze, które tak naprawdę nie są zdarzeniami. Sefardiemu wydało się, a właściwie to zamarzył o tym, że uczyniła to specjalnie dla niego, aby sprawić mu radość i wyśpiewać delikatnymi gestami poezję kobiecego ciała. Kiedy schylała się najpierw do jednego, a potem do drugiego uda, zsunęło jej się ramiączko błękitnej haleczki. Poprawiając je, obnażyła idealnie opalone ramię, wprost napraszające się o pocałunki i pieszczoty.

Mężczyzna zachłannie studiował szczegóły jej ciała, bojąc się, że znajdzie to czego szukała i zaraz odejdzie. Była proporcjonalnie zbudowana, wyrazista w detalach jakby regularnie uprawiała sport, żadna kulturystka, po prostu dziewczyna z kształtnymi biodrami, piersiami i ciemnymi oczami.

Wybiegł z mieszkania, aby zapytać, czy mógłby jej w czymś pomóc, z cichą nadzieją, że zamieni z nią kilka słów lub choćby popatrzy na nią z bliska. Kiedy zbiegł po schodach na parter, nie było już jej, choć minęło zaledwie pół minuty. Zniknęła. Pytał się, ale nikt jej nawet nie widział.

Od tego dnia Sefardi nieprzerwanie poszukiwał ideału kobiecości. Objawiał się on w wielu żeńskich postaciach, zawsze był to jednak ideał niekompletny, czasem trudno było nawet określić, co mu brakowało. Pewnego wtorku, pracując od niedawna w poważnej firmie państwowej, Sefardi zobaczył na korytarzu wysmukłą dziewczynę, o delikatnej i uroczej buzi, i czarujących oczach. Jasna błyszcząca szminka podkreślała jej niezwykłe usta. Otaczali ją mężczyźni, patrzyli na nią z podziwem, niektórzy dotykali jej wzrokiem. Ona sama zachowywała się tak, jakby w ogóle nie odczuwała zamachów na swoje ciało. Sefardi pomyślał, że była przyzwyczajona do adoracji.

Okazało się, że była to sekretarka dyrektora, z którym Sefardi miał umówione spotkanie następnego dnia. Kiedy wszedł do sekretariatu, zmieszał się, nie spodziewał się bowiem spotkania z pięknością sam na sam. Wybąkał, że jest umówiony z dyrektorem. Kiedy podniosła głowę znad biurka, aby go powitać, z jej ust wydobył się wysoki, skrzekliwy głos, szokujący dla uszu, zaprzeczający wszystkiemu, co sobą reprezentowała. Czar jej urody prysnął w jednym momencie. 

Po otrząśnięciu się z osobliwej przykrości Sefardi kontynuował poszukiwanie ideału. Im dłużej to robił, tym silniejszej ulegał frustracji. Niewiasty, jakie napotykał, choćby najpiękniejsze, zawsze wykazywały jakiś niedostatki. Nie miał im tego oczywiście za złe, uważał to wręcz za naturalne, bo sam przecież nie był doskonałym tworem. Był to początek niejasnych przeczuć, że Bóg, którego potem zaczął utożsamiać z naturą, musi też mieć jakieś słabości.

Na przestrzeni lat Sefardi spotykał różne kobiety. Im bliżej je poznawał, tym częściej widział w nich cechy, których one same w ogóle nie dostrzegały. Niektóre kobiety poznał na tyle, aby wyraźnie dostrzec, że są uparte, kiedy powtarzały mu coś, co doskonale sam wiedział, czego był w pełni świadomy. Zajęło mu trochę czasu, zanim zrozumiał, że jest to cecha kobieca ujawniająca się jedynie w kontaktach z mężczyzną. Zżymał się wtedy.

– To tak, jakby kuternodze przypominać: pamiętaj, masz jedną nogę krótszą i musisz chodzić ostrożnie, aby nie upaść. Albo mówić komuś w podeszłym wieku: nie męcz się zbytnio, dużo wypoczywaj, nie przejadaj się, dbaj o siebie.

Wiele z kobiet, jakie spotkał, nie zdawało sobie sprawy, że są to banały, rzeczy tak oczywiste, że jest niemożliwe, aby rozmówca o nich nie wiedział lub nie pamiętał. Wydawały się być drobiazgami, które mógłby pominąć lub zignorować, gdyby mu nie przypominano. Jedna czy druga niewiasta, potencjalna kandydatka do ideału, potrafiła nagle zepsuć atmosferę budzącego się zaufania przypominając, że nie ma dla niej czasu, kiedy on odczuwał, że to ona nie ma dla niego, ponieważ pracuje w dni robocze i święta. Kiedy usiłował wyjaśnić, że jest to obustronna słabość, odpowiadała:

– Nie, to ty nie masz czasu dla mnie.

Szukając ideału kobiety, Sefardi nie rozumiał, czego one potrzebują. Dotarło do niego znacznie później, że i one poszukują swojego ideału. Po latach wiedział, że nie był nawet dostatecznie dobry dla żadnej z nich. Rzadko rozumiały, o co mu chodzi, dlaczego reaguje tak, a nie inaczej, a potrzebował raczej niewiele. Poświęcał się, oszczędzał, aby coś kupić swojej wybrance, starał się też całkowicie ją akceptować. Mimo, że nie był głupi, popełniał błąd za błędem. Nie potrafił być naturalny i wyrazisty, nie umiał jasno i zdecydowanie przedstawić swojego stanowiska, swojego punktu widzenia. Z innymi rzeczami radził sobie dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *