Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 80: Niezwykłe spotkania i puchnące wargi

Spotkanie z Tedem było planowane od dawna. Po latach niewidzenia Sefardi odwiedził swego serdecznego przyjaciela z lat dziecinnych. Mimo dojrzałości wiekowej, mężczyźni zachowali ciepło chłopięcych imion z dzieciństwa. Ted zwracał się do niego Eddy. Na spotkaniu Sefardi poznał żonę Teda, niewiastę pobożną, sfatygowaną trudami życia, które uwidoczniły się na twarzy głębokimi zmarszczkami i wyrazem rzetelnego smutku. Zaczęli rozmawiać zupełnie luźno na tematy obojętne, kiedy żona przyjaciela oświadczyła:

– Wie pan, nie miałam lekkiego życia. Ted nie jest łatwym człowiekiem, jak pan zauważył prawdopodobnie już czterdzieści lat temu, a mnie los, oprócz małżeństwa dotknął także chorobą. Musiałam przejść kilka operacji na szczęście bardzo udanych. To nie znaczy, że jestem teraz szczęśliwa. Chodzi o mastektomię, którą przeprowadził doktor Corduro w lokalnym szpitalu. Szpital jak szpital, ale doktor był w porządku. Musieliśmy dać mu dużą kopertę, bo był przecież ordynatorem działu chirurgii. Doktor Corduro usunął mi prawą pierś, bardzo skutecznie, ponieważ od lat nic mnie już nie trapi. Nie było to wszystko. Miałam jeszcze inne okropne przeżycia. W zeszłym roku zatrudniłam się na czarno u pewnego biznesmena, pracowałam w jego restauracji, gdzie smażyłam naleśniki. To była straszna praca, gorąco, w dymie, pod presją czasu. Ale wytrwałam, bo byłam sumienna, zaangażowana i miałam pozytywne nastawienie, tak jak oczekiwali. Smażyć to ja umiem bardzo dobrze, nauczyła mnie tego mama. Ten drań jednak mnie oszukał.

W długim opowiadaniu kobieta otworzyła Sefardiemu wrota do dziesiątków nadzwyczajnych przeżyć i doświadczeń. Nie mógł przerwać potoku jej słów zważywszy, że rozmówczyni traktowała go niezwykle poważnie, jak spowiednika z kwalifikacjami psychoterapeuty, więcej – jak powiernika, z racji wieloletniej przyjaźni z jej mężem. Ted protestował, miał inne zdanie, głos jego nie brzmiał jednak dostatecznie głośno, aby wywołał jakiś skutek.

– Moje zatrudnienie u tego łajdaka biznesmena, oby ziemia go pochłonęła, im szybciej tym lepiej, skończyło się moim odejściem. Do dzisiaj wisi mi dwie miesięczne pensje. Przeżyłam to jakoś, ale żal w sercu pozostał.

Za wyznaniem kobiety poszły dalsze, poczynione przez innych mieszkańców wsi. Obserwacje ludzkich zachowań u fundamentów społeczeństwa, pozwoliły Sefardiemu pogłębić swoje zrozumienie wiejskiej polityki. Tego wieczoru wyłożył przyjacielowi po wypiciu kilku kieliszków wina, których nie mógł odmówić z uwagi na gościnność, swoje poglądy na demokrację, podkreślając jej prymitywny charakter.

 – Widzisz, Ted, ludzie mają poglądy, które ich dzielą, co nie wychodzi nikomu na dobre. Upierają się przy tych poglądach, często przestarzałych i zgubnych, bronią ich, w końcu biją się z ludźmi myślącym inaczej, widząc w nich wrogów raczej niż zwyczajnych obywateli, często im życzliwych, mających tylko inny pogląd na świat. W efekcie, w kraju nastąpiły podziały, pogłębiły się niesnaski, społeczeństwo poszatkowało się na grupy, z których wyłoniły się trzy wielkie trzy nurty myślenia i działania. Sefardi nie zdążył wyłożyć więcej, ponieważ żona Teda nakazała mu pomóc w kuchni przy obieraniu ziemniaków, co uniemożliwiło dalszą dyskusję.

– Wiele rzeczy trzeba zmienić, wiele nowych stworzyć i wiele się jeszcze nauczyć. To zadanie dla nas wszystkich, dla społeczeństwa – zdążył jeszcze podsumować Sefardi.

Po latach Sefardi nie był nawet pewien, czy poglądy te wyłożył w rozmowie z Tedem czy może z Enrique, z którym czasem konwersował przez telefon. Był to drugi przyjaciel z dzieciństwa mieszkający na przeciwległym krańcu Nomadii.

*****

W trakcie rozmowy z Isabelą Sefardi zauważył, że jego wargi niepokojąco puchną. Czuł to nabrzmiewanie fizycznie, kiedy dotykał ust. Zjawisko powtarzało się za każdym razem, kiedy z kimś rozmawiał, potem znikło, potem znowu wróciło i występowało ze zmienną częstotliwością. Wizyta Sefardiego u lekarza niewiele przyniosła. Lekarz nie umiał rozpoznać choroby. Tym niemniej zalecił pacjentowi zagraniczne serum, zapewniając, że jeśli ono nie pomoże, to z pewnością nie zaszkodzi. Była to znana formuła medyczna służąca poprawie samopoczucia pacjentów.

Nabrzmiałe wargi Sefardiego wywoływały różne reakcje. Zdarzało się, że w trakcie rozmowy ludzie nieoczekiwanie wybuchali śmiechem, twierdząc, że właśnie przypomnieli sobie coś bardzo zabawnego. Inni wpadali w panikę i pod byle pretekstem opuszczali towarzystwo Sefardiego z obawy o nagłe zarażenie się, mimo że z góry wszystkich zapewniał, że opuchlizna nie jest zaraźliwa ani niebezpieczna. Dla niego samego najdziwniejsze było to, że wszyscy pytali go, czy jest świadomy, że puchną mu wargi i sugerowali pilne udanie się do lekarza.

Przez pewien czas Mistrz podejrzewał, że jego problem kosmetyczno-zdrowotny jest efektem jakieś sztuczki Barrasa, usiłującego wyeliminować go jako krytyka jego rządu. Podejrzenia te miały swoje uzasadnienie, gdyż od pewnego czasu Sefardi miał wrażenie, że ktoś za nim chodzi i śledzi każdy jego krok. Czując to bardziej niż będąc pewnym, zastanawiał pułapki, aby sprawdzić podejrzenia, niczego nie udało mu się jednak odkryć. Umówił się wtedy ze znajomym, aby obserwował, co dzieje się wokół niego, kiedy idzie ulicą w centrum miasta, czy ktoś nie towarzyszy mu po cichu. Nikt mu nie towarzyszył.

Dla pewności, spróbował tej samej metody weryfikacji, czy nie jest śledzony, na wystawie sztuki rzemieślniczej, kiedy przesuwał się między straganami, zatrzymując się od czasu do czasu, aby o coś zapytać, kupić lub zrobić zdjęcie. Tym razem rzeczywiście go śledzono. Znajomy nagrał to kamerą video z drugiej strony ulicy. W ślad za Sefardim poruszał się w stałej odległości nieznany, szczupły mężczyzna, z wąsem, o twarzy wieśniaka, wyglądający podobnie jak tysiące innych osób przybyłych na wystawę rzemiosła artystycznego. Był to złodziej. Jego twarz Sefardi rozpoznał kilka dni później na zdjęciu w gazecie. Osobnik okazał się sprytnym i niezwykle skutecznym złodziejem aparatów fotograficznych, którego w końcu ujęto. Nic mu się nie stało. Wkrótce go wypuszczono z aresztu z braku dostatecznych dowodów i niskiej szkodliwości społecznej. Sefardi uspokoił się na tyle, że wiedział już teraz na pewno, że nie był to człowiek nasłany przez Barrasa.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *