Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 70: Awantura na przystanku autobusowym

Coś trzeba było zrobić z samochodem. Próbowali znaleźć pomoc drogową w Internecie korzystając z telefonu komórkowego. Okazało się to niemożliwe z braku zasięgu lub jakiejś innej przyczyny. Wypadało zostawić samochód na miejscu i udać się po pomoc. Sefardi wahał się; miejsce było położone za miastem i wyglądało odludnie. W oddaleniu widać było dwa domy, lecz w obejściach nie było żywej duszy. Nie martwił się o kradzież samochodu; miał sflaczałe trzy opony i nie można było nim jechać. Kradzież była praktycznie niemożliwa, chyba że złodziej miałby ze sobą platformę transportową. Ktoś mógłby jednak usiłować włamać się do środka.

Po naradzie postanowili, że Iwan Iwanowicz zostanie przy pojeździe, zaś Sefardi i Wiktor udadzą się w kierunku widocznych dalej dwóch domów, aby szukać pomocy. Wrócili z dobrą wieścią, że znaleźli miejsce, gdzie można bezpiecznie zostawić samochód do następnego dnia. Trzeba było tylko przejechać kilkadziesiąt metrów w kierunku budynku z rudawej cegły. Po wymianie tylnej uszkodzonej opony na zapasową wyjętą z bagażnika, Sefardi przejechał samochodem na dwóch sflaczałych oponach. Pojazd zostawili na podwórku, w otoczeniu zabudowań gospodarczych.

Właścicielka gospodarstwa stała przed drzwiami wejściowymi swojego domu i przyglądała się. Sefardi usiłował wręczyć jej pieniądze, wydawało mu się to obowiązkiem, bo widać było, że gospodarze żyją skromnie. Odmówiła przyjęcia zapłaty, powtarzając kilka razy „nie” i wyjaśniając, że byłoby nieuczciwe wykorzystać kogoś w nieszczęściu. Nie przeszkadzało jej to, że samochód częściowo blokował drogę na podwórko. Poprosiła tylko o zabranie go do końca niedzieli. Od poniedziałku przejazd był potrzebny. Dla pewności Sefardi zaproponował, że zostawi kluczyki do samochodu. Kobieta zawahała się, po czym przyjęła je prosząc jeszcze raz, aby samochód został zabrany nie później niż w niedzielę. 

– Nie ma obawy, zrobię to z pewnością. Samochód jest mi potrzeby. Serdecznie pani dziękuję, Sefardi był wylewny.

– Nie musi pan. Jestem chrześcijanką. Ludziom trzeba pomagać.

*****

Nie musieli zastanawiać się, jak dostać się do miasta. Przystanek znajdował się dwieście metrów dalej. Był to najzwyklejszy przystanek autobusowy, ani nowy, ani stary, oszklony z tyłu i po bokach, z daszkiem nad głową. Naprzeciw metalowo-szklanej konstrukcji sterczał słup z przewodami elektrycznymi, po prawej i po lewej stronie znajdowały się – wydało im się to dziwne – dwa wielkie betonowe kosze na śmieci. Z tyłu widoczny był skwer z trawnikiem, krzewami i drzewami.

Na miejscu zastali sporą grupę ludzi, głównie starsze osoby. Niektóre przestępowały z nogi na nogę, jakby niecierpliwiły się lub pilnie potrzebowały pójść do toalety. Iwan Iwanowicz wyraził zdziwienie zadając po cichu pytanie, skąd na tak odległym przystanku znalazło się tyle osób. Wśród zgromadzonych wyróżniał się tęgi, wysoki mężczyzna, byle jak ubrany. Jego czyste wypolerowane buty kontrastowały z pozostałą częścią ubioru. Wyglądały jakby je komuś ukradł. Był pijany i głośno przeklinał. Czekający na przystanku nie zwracali na niego uwagi.

– Co się gapicie? – rzucił zaczepnie. Nie widzieliście ludzi na przystanku? Wyraźnie szukał pretekstu do wywołania awantury, prowokował nowoprzybyłych. Nie odpowiedzieli na zaczepkę. Pozostałe osoby przyglądały im się, jakby przyjechali z innej planety, uważnie i taksująco. Ich spojrzenia były niechętne, wręcz napastliwe. Chuda, starsza niewiasta, w ciemnym płaszczu i berecie na głowie, nie wytrzymała milczenia. Podeszła do nich, przyjrzała się każdemu z osobna i zatrzymała przed Sefardim.

– Ty bezbożniku! Chcesz wpędzić do grobu swoją starą matkę?! Ty bezduszny potworze! – Krzyknęła i zaczęła żgać go parasolką w piersi i brzuch. Tłum zacieśnił się wokół nich. Sefardi poczuł na plecach uderzenia jakimś niezbyt twardym, kanciastym przedmiotem. Odwrócił się. Leciwa, tęgawa kobieta okładała go torebką, oddychając ciężko przez szeroki nos. Jej srebrno-blond fryzura miała przedziałek pośrodku głowy, ujawniający ciemniejszy, naturalny kolor włosów. Kiedy otwierała usta ujawniała się szpara między dolnymi zębami. Po wydaniu okrzyku, usta jej się zaciskały, dolna warga odstawała na zewnątrz, wydatny biust podnosił się i opadał. Ubrana w staromodną suknię energicznie wymachiwała palcem przed jego twarzą.

– Dlaczego niszczysz kraj prześladując porządnych ludzi, którzy dla niego coś robią? Nie to, co ty, pasożycie! Ty pismaku!

Sefardi domyślił się, że go rozpoznała, że wie kim jest. Wciąż naciskany ze wszystkich stron i atakowany, nie wiedział, co robić. Wiedział już natomiast, że wypadek samochodowy i agresywny tłum na przystanku to był ukartowany plan. Nie było w tym żadnego przypadku.

– Ludzie! O co wam chodzi? – Zapytał rwącym się głosem, zerkając w kierunku skąd miał nadjechać autobus. To naturalne pytanie okazało się niefortunne, dolał nim oliwy do ognia. Ze wszystkich stron padały w jego stronę okrzyki i pytania. Zorientował się natychmiast, że otaczający go ludzie znali go, a teraz oskarżali, że jest zagranicznym sługusem i wrogiem ojczyzny. Słowa kobiety z parasolką skojarzył z manifestacją na Placu Centralnym, gdzie krytykował gubernatora Barrasa za finansową dewastację kraju.

– Może powiecie mi, kim jesteście i czego chcecie? – Wydusił z siebie, niepewny, czy pytanie jeszcze bardziej nie rozeźli tłumu.

– Komu mamy się przedstawiać? Tobie łachudro? Jesteś taki gniot, że pierwszy lepszy wieśniak przy tobie to pan. – Padły obraźliwe słowa. Świdrując go gniewnymi oczami, po każdym zdaniu kobieta powtarzała „No!” „No!” a jej podbródek podnosił się do góry jeszcze bardziej zaokrąglając nalaną twarz.

Tłum stawał się coraz bardziej nieprzyjazny, gęstniał, osaczał go. Mistrz chciał zawołać przyjaciół na pomoc, lecz ich rozdzielono. Kątem oka zauważył, że Iwan Iwanowicz ma na karku swoich napastników. Atakujący stawali się bardziej agresywni. Zaczęły się poszturchiwania, padały coraz ostrzejsze epitety. Nie wiedział, jak się bronić, tym bardziej, że byli to tylko starsi ludzie. Gdyby w obronie własnej uderzył którąkolwiek z atakujących go osób, wywołałby Bóg wie jaką reakcję. Wyraźnie go prowokowano. Opędzając się od napastników usłyszał, jak ktoś woła:

– Gdzie są ci dwaj, co mieli dać mu nauczkę. Niech ktoś zadzwoni. Już dawno powinni tutaj być!

– Te dwa osiłki? Ci ochroniarze? – Dopytywał się jakiś mężczyzna.

Nastąpiło najgorsze. Jedna z kobiet rzuciła się na niego z pięściami i zaczęła okładać go po głowie, piersi i ramionach. Chwilę później leżał powalony na ziemię. Przerażony usłyszał, jak ktoś krzyczy spazmatycznie: – Zabić tego zaprzańca! Zabić go!

*****

To go wyrwało z odrętwienia. Zwinął się w kłębek i przeturlał się kilka metrów w kierunku małego parku, po czym, bez zastanowienia, nie oglądając się do tyłu ani na boki, nie oceniając, co się dzieje, zerwał się na nogi i zaczął uciekać. Ktoś rzucił się za nim w pościg. Sefardi słyszał krzyki, lecz był już w zaroślach i pędził przed siebie. Zwolnił, kiedy tracił już oddech.

Znalazł się na terenie zabudowanym. Kilka luźno stojących domów przypominało małą osadę. Był nawet urząd pocztowy. Zatrzymał się, aby zastanowić się, co robić dalej. Przypomniał sobie telefon komórkowy. Sięgnął do kieszeni, na szczęście telefon nie był uszkodzony. Zastanawiał się do kogo dzwonić, Wiktora czy Iwana Iwanowicza. Wybrał numer Wiktora. Odpowiedział mu obcy, męski głos. – Słucham. Nie przedstawiając się Sefardi powiedział, że chce rozmawiać z Wiktorem?

– Wiktor jest teraz zajęty. Proszę poczekać. W chwilę później nieznany głos dodał, jakby po krótkiej konsultacji: – Wiktor pyta, gdzie pan jest teraz. Sefardi domyślił się, że chcą go namierzyć. Natychmiast wyłączył telefon.

Do domu dotarł późnym wieczorem. Przywiózł go przypadkiem spotkany mężczyzna, który wsiadał do samochodu przy domu na osiedlu i za opłatą zgodził się zboczyć ze swojej stałej trasy. Na pytanie, co się z nim stało, czy ktoś go pobił, Mistrz wyjaśnił tylko, że miał wypadek, uderzył w drzewo, wydostał się z samochodu, potem chyba przysnął albo stracił przytomność, potem zabłądził.

Do domu trafił w nocy. Najpierw wziął gorący prysznic, ubrał się w strój domowy, zjadł coś naprędce i usiadł w fotelu, aby zastanowić się nad tym, co się stało i dlaczego. Po raz pierwszy w życiu poczuł się zagrożony. Sprawę, zawiadomić policję czy nie, zostawił na później. Nie umiał podjąć natychmiastowej decyzji. Najpierw musiał spotkać się z Iwanem Iwanowiczem i Wiktorem. Ich telefony nie odpowiadały. Postanowił czekać wiedząc, że Barras wypowiedział mu podstępną wojnę. Wydarzenia na przystanku wziął sobie mocno do serca. Postanowił pilnować się, ale nie ograniczać swoich działań. Zastanawiał się, jak najlepiej się zemścić na Barrasie. Nie dawało mu to spokoju. Wkrótce inna sprawa przysłoniła mu horyzont. Miał ważny, dobroczynny cel do spełnienia.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *