Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 34: Zabójcza demografia Nomadii

Co drugie posiedzenie rządu gubernatora Barrasa Blawatsky’ego poświęcone było demografii. Sefardi, uważnie śledzący jego poczynania, dwukrotnie zapoznał się ze stenogramem ostatniego posiedzenia gabinetu. Nie mogąc zrozumieć wszystkich zdarzeń, odczytał go po raz trzeci.

„Posiedzenie stenografowano, nagrano i autoryzowano. Zagaił gubernator. Chodził po gabinecie, machając najświeższym raportem urzędu statystycznego. Był wzburzony sytuacją demograficzną. Scharakteryzował ją jako piekielnie trudną, wielostronną i wieloraką. Dokonano analizy efektów działań naprawczych. Odbył się kongres demograficzny. Komitet Prognoz opracował prognozę 2100, zaraz potem 2200. Po gubernatorze głos zabrał minister ds. demografii. Mówił o prognozach i wskaźnikach. Stwierdził, że sytuację demograficzną należy przyjąć jako daną i że konieczna jest poprawa spójności społecznej. Podkreślił, że dwadzieścia milionów obywateli nie jest największym nieszczęściem, że można to nadrobić trochę jakością, trochę migracją, że zasadniczym problemem jest zwężanie się piramidy ludnościowej oraz sprawność wspólnotowa, dynamika intelektualna i inwencyjna. Uznał, że demografia kraju będzie przyczyną ostrych konfliktów, co wymaga pochylenia się nad tym, co robić dalej.

Na słowa ministra gubernator wściekł się i krzyknął, że nie będzie pochylać się nad demografią, bo robił to setki razy i nic to nie przyniosło i że teraz jest czas na twórcze działanie, nie na pochylanie się.

– Nie jestem żadną wańką-wstańką! – krzyknął gubernator, aż twarz mu się zaczerwieniła.

Po nieoczekiwanym wybuchu gubernatora nastąpiła nagła erupcja energii. Dyskusja ożywiła się i weszła na nowe tory. Uczestnicy ze swadą i łatwością przerzucali się określeniami naukowymi, nurzali w terminologii statystycznej i demograficznej.

Sefardi zastanowił się. Zapis dyskusji wyglądał na farsę, w której pełna frazesów gadanina kamuflowała niemoc rozwiązania problemu demograficznego. Czytał dalej. Przemawiał kolejny minister.

– Bezrobocie wzrasta lawinowo. Jest coraz więcej ludzi niepracujących. To jest przerażające – Głos mówiącego był pełen niepokoju. – Młodzi, dobrze wykształceni ludzie uciekają za granicę w poszukiwaniu pracy, bo grozi im nędza. Oni nie wyjeżdżają, ale uciekają! Rozumiecie powagę sytuacji!? Kto będzie zarabiać pieniądze na utrzymania rosnącej liczby emerytów, rencistów, inwalidów, ludzi upośledzonych umysłowo, chorych? Siedzimy na bombie demograficznej!

Przekaz upowszechnił się błyskawicznie jakby rozmowę podsłuchiwano. Wszyscy obywatele mówili teraz o bombie. Eksperci wymieniali dworce lotnicze, kolejowe i autobusowe oraz wielkie ośrodki handlowe, stadiony, budynki publiczne i szkoły jako miejsca najbardziej zagrożone. Następnego dnia rzeczniczka gubernatora, kobieta z twarzą przestraszonego królika, określiła dyskusję rządową jako „niezwykle udaną” i zdementowała pogłoski o bombie. W rządzie zapanował popłoch; obawiano się wzrostu niepokoju społecznego i gwałtownego spadku notowań Partii Konserwatywnej.

Nic takiego nie nastąpiło. Gubernator odetchnął z ulgą i z radości kupił swojemu królikowi nową obróżkę, sztuczną marchew do gryzienia oraz kilka solidnych porcji świeżej koniczyny, które schował na zapas do lodówki. Obawiał się, że jeśli sytuacja polityczna pogorszy się, to jego ulubione zwierzęta domowe mogą ucierpieć.

*****

Kilka dni później znowu rozgorzała dyskusja o demografii. Doszło do niej spontanicznie, ponieważ program dnia nie przewidywał tego tematu. Ministrowie przekrzykiwali się, jakby się zmówili, że wywołają burdę. Nie chodziło o słowa, o to, co mieli do powiedzenia, ale o uczucia. Wszyscy byli poruszeni zagrożeniem, niepokój i wzburzenie parowały z nich. Atmosfera zgęstniała.

– To jakiś absurd! – Głos zazwyczaj opanowanego ministra infrastruktury wybił się nad inne. – To tak, jakby mieć potężną lokomotywę, ale nie mieć maszynisty do jej obsługi ani wagonów do przewozu ludzi i towarów.

– Oczywiście! Słusznie! – Przekrzykiwano się. Najskuteczniej komunikowali się najwyżsi wzrostem, osoby o doniosłym głosie oraz stojące najbliżej gubernatora. Tylko jego ucho się liczyło.

Gubernator podniósł do góry dłoń stanowczym gestem. Nie imponował wzrostem, lecz potrafił to zrekompensować. Wszyscy zauważyli jego gest, pilnowali się. Ci, którym zdarzyło się w przeszłości nie zauważyć najważniejszej ręki w kraju, udawali się wkrótce na wygnanie, jak określano dymisję.

– Podsumuję dyskusję. Nie musimy jej dalej prowadzić. Sytuacja nie jest wesoła, ale też nie jest najgorsza – gubernator mówił urywanymi zdaniami, chrapliwie, jego głos napotykał opór wydostając się z gardła.

– Co pan mówi, panie gubernatorze? – Odezwały się głosy. – Sytuacja jest zła. Jest tragiczna, wręcz przerażająca.

– Chcę podsumować. Proszę mi nie przerywać – szef rządu rozejrzał się po twarzach z wysokości fotela stojącego u końca stołu konferencyjnego. Fotel z boku miał dźwignię, podnoszącą go do góry. Gubernator jednym ruchem decydował, jak wysoko chce wywindować swoje ciało i autorytet. Poznał tę sztuczkę studiując historię starożytnego Egiptu, kiedy pierwszy raz zauważono, że wysokość usytuowania faraona a nie jego wzrost daje mu przewagę nad otoczeniem.

– Mamy za mało ludzi, społeczeństwo się kurczy, brak mu energii witalnej. Wszystko się wali – rozkrzyczeli się ministrowie. – To porażka.

– Za mało powiedziane. To nie porażka, to prawdziwa zapaść demograficzna. Zapaść to prawie zgon – podsumował z przekonaniem minister propagandy. Usłużnie mu przytaknięto.

Minister zdrowia poczuł skurcz serca, że sam nie wpadł wcześniej na równie zgrabne, medyczne podsumowanie debaty. Po chwili uznał, że jednak dobrze, że tak się nie stało, ponieważ gubernatorowi mogło się to nie podobać. Był szefem, najwyższą władzą. On sam był zwyczajnym konowałem z małomiasteczkowego szpitala i nie miał szansy, aby przebić się do szeregu osób najważniejszych w państwie. Zdawał sobie z tego sprawę. Cieszył się takimi przywilejami, o jakich nawet nie marzył. Był szczęśliwy, że gubernator, kolega z ławy szkolnej, zwrócił na niego uwagę, na jego nadzwyczajną lojalność, oddanie i podziw, jakim go darzył.

– Nikt w gabinecie nie jest bardziej lojalny ode mnie wobec ciebie – dawno już oświadczył swemu dobroczyńcy. Teraz, kiedy rozejrzał się wokół i zobaczył twarze pełne entuzjazmu i uwielbienia, stracił pewność. Uświadomił sobie, że żyje w kraju, gdzie lojalność wobec władzy dominuje nad rozumem i uczuciami. Do niedawna wierzył, że to Bóg jest najwyższą formą władzy. Z chwilą zostania ministrem zrozumiał, że gubernator zdetronizował Stwórcę. Był o tym całkowicie przekonany. Dałby się pociąć na kawałki dla gubernatora.

Po zapoznaniu się z najnowszym spisem ludności, rząd uznał, że dwadzieścia milionów to idealna liczba ludności dla rozwoju społeczno-gospodarczego Nomadii.

– Ani za dużo, ani za mało, w sam raz – prawie wykrzyknął minister gospodarki. Polubił tę liczbę. Była łatwa do analizy statystycznej, prezentacji i dyskusji.

Parlament przyjął ustawę demograficzną. Dwadzieścia milionów mieszkańców uznano za optimum społeczno-gospodarcze. Rząd miał utrzymywać ten poziom regulując skalę emigracji i imigracji. Część opozycji w głosowaniu poparła projekt. Posłowie tłumaczyli się potem stanem zaciemnienia umysłowego, ostatecznie przypisując winę partii rządzącej. Obarczanie jej winą za wszystkie nieszczęścia, niską wydajność krów mlecznych, ubóstwo umysłowe części społeczeństwa czy marną pogodę było stałą strategią opozycji.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *