Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 26: Isabela odwiedza Sefardiego w gabinecie

Głośne pukanie przerwało Sefardiemu myśli o zbliżającym się spotkaniu przy krawężniku. Chwilę później Isabela wtargnęła w jego męskie zagubienie. Kierowało nią przeznaczenie albo kobieca intuicja. Kiedy znalazła się w gabinecie, próbował zgadnąć cel jej pojawienia się: dostarczyć gorącej herbaty, zadać pytanie, zawsze miała ich pod dostatkiem, czy też posprzątać pokój. Nic innego nie przychodziło mu do głowy.

Coś leżało na podłodze, jakiś drobiazg, gdyż schyliła się, aby to sprawdzić. Kiedy stała przechylona, miał czas przyjrzeć się jej pośladkom ciasno opiętym sukienką w zielone grochy zdobne kroplami połyskliwej rosy. Poczuł ciepło rozlewające się po ciele i pragnienie sięgnięcia po owoc znajdujący się prawie w zasięgu ręki, co groziło protestem i awanturą, a może i czymś gorszym. Kultura wzięła górę nad naturą, żądającą szczerości i rozładowania namiętności. Pohamował się, koncentrując się tylko na patrzeniu.

Kiedy Isabela wyprostowała się, zobaczył ją jakby od nowa. Była proporcjonalnie zbudowana, z wyraźnie zarysowanymi biodrami, dużymi piersiami i powabnymi oczami Mulatki. Była obfitsza niż większość kobiet podobnej postury. Sefardi był pewien, że przyciąga uwagę i wzbudza pożądanie niejednego mężczyzny. Nabrał przekonania, że była tego świadoma i celowo schyliła się po papierek leżący na podłodze, aby przetestować swój niewieści wdzięk na nim. Teraz, trzymając świstek papieru w ręku, stała wyprostowana, z szeroko otwartymi oczami i patrzyła na niego. Wyglądała na zdziwioną. Przypomniała mu obraz Botero, malarza wybujałości cielesnej, którego niezwykle barwne obrazy oglądał w Muzeum Fernando Botero, kiedy podróżował za granicą. Po chwili niemego wpatrywania się w siebie, ona z perspektywy malarskiej, on z wysokości anonimowego widza, Isabela wyszła z ram obrazu, a następnie z pokoju.

Kilka godzin później ponownie pojawiła się w drzwiach gabinetu, ubrana w strój, którego nigdy wcześniej nie widział. Zawierał w sobie mieszankę egzotycznych kolorów wyciszanych plamami łagodnego brązu i szarości przypominając ubarwienie ptaka nieznanego pochodzenia.

– Znowu coś wymyśliła – Sefardi był niezdecydowany, czy powinien ją zganić, pochwalić, czy zachować obojętność. 

– O czym pan tak myśli, don Sefardi? – zapytała niewinnie kobieta i nie czekając na odpowiedź, dodała życzliwie obdarzając go zwyczajową dawką niewieścich przemyśleń: – Niech się pan nie przemęcza. Rano myślenie niewiele daje. Ja na przykład najlepiej myślę po południu, bo jestem sową od urodzenia, a nie skowronkiem. Znam pana dostatecznie dobrze i wiem, że wczesne myślenie nic panu nie da, jeśli nie napije się pan mocnej kawy i nie obudzi się ze swoich zbereźnych snów. Mówię o tym kawałku powieści, który dał mi pan ostatnio do poczytania.

Isabela postawiła kawę na biurku, po czym bezceremonialnie, nie pytając zainteresowanego o zdanie, wsypała do kubka dwie czubate łyżeczki brązowego cukru.

Sefardi nie interweniował. Jej postępowanie uznał za część odwiecznej kobiecej opiekuńczości, która wie doskonale na podstawie obserwacji i intuicji, co służy podopiecznemu, za którego Isabela go uważała. Zaobserwował już wcześniej, że objęła go protektoratem bezinteresownej pomocy w sprawach zdrowia oraz odżywiania.

Kiedy spróbował słodkiej kawy, postanowił rzucić jej rękawicę.

– Myślałem o tym, jak rozwiązać wątpliwość, czy naprawdę coś łączy człowieka z Bogiem i Boga z człowiekiem. Męczy mnie to.

– A jakie to ma znaczenie czy pan zna czy nie zna odpowiedzi na to pytanie? Niech pan nie komplikuje sobie życia. Mało to jest pytań, na które nie umiemy odpowiedzieć. Człowiek by zwariował, gdyby chciał znać wszystkie odpowiedzi.

– Isabelo! To tylko wymówka, bo nie wie pani, co odpowiedzieć. Osobiście lubię znać odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mi się nasuwają. Pomyślałem sobie, że jeśli nie umiałbym odpowiadać na takie pytania, to byłbym skończony jako zegarmistrz, wynalazca i jako człowiek. Moje życie nie byłoby warte funta kłaków i powinienem je skończyć. Wszyscy wokół oczekują jednak, że ze śmiercią trzeba poczekać na pana Boga, a nie podejmować własnej decyzji. Chodzi mi o eutanazję. Ciekaw jestem, co pani o niej sądzi?

– A, eutanazja. Słyszałam o niej. W pana przypadku nie widzę takiej potrzeby. Pański rozum i ciało pracują dostatecznie dobrze. A jeśli nie, to niech się pan napije kawy albo koniaku, to poczuje się pan lepiej. Niech mi pan nie komplikuje życia. Nie mam chęci uczestniczyć w pańskim przedwczesnym pogrzebie – kobieta popatrzyła na niego z politowaniem. Coś jej się przypomniało.

– Co do pańskiego pytania, co odpowiedziałby panu Bóg, to znam odpowiedź. Powiedziałby: Nie musisz na mnie czekać, jeśli tak się spieszysz. Przyjdź, kiedy zechcesz. Myślisz, że zajmuję się takimi sprawami. Przecież miliony ludzi na świecie w każdej chwili pytają mnie o coś, proszą, błagają, polecają siebie i swoich najbliższych. Gdybym tego wszystkiego słuchał, to bym zwariował. Wie to każda kobieta, która wychowuje dziecko zadające setki pytań. Jedno dziecko! A tutaj miliardy ludzi! Tak myśli pan Bóg.

Isabela wyszła z pokoju, wzruszając ramionami. Sefardiemu wydało się, że w drzwiach mruczała słowa „…nie słucha niemądrego pastucha”, nie zamierzał jednak tego sprawdzać wszczynając dochodzenie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *