Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 6: Kaznodzieje i inżynieria genetyczna

  Zwierzę i człowiek, by Max Frey.

Nie wszyscy mieszkańcy kraju uwierzyli w użyteczność i znaczenie inżynierii genetycznej. Wielu uważało tę nowoczesną technologię za niepotrzebne ryzyko, bali się jej. Pytano, dlaczego zmieniać cokolwiek w człowieku lub przyrodzie, skoro i tak jest nieźle. Jak zwykle, wywołało to podziały społeczne i ferment tak wielki, że w niektórych miejscach dał się odczuć zapach opuszczonego browaru, przypominający trochę zwarzony chmiel a trochę zleżałą padlinę.  

– Tam, gdzie w gę wchodzą wielkie pieniądze, ludzie gotowi są zrobić każde draństwo. Nie ma takiej świni, której nie byliby zdolni podrzucić bliźniemu. Możliwe jest, że do gry włączą się terroryści, co byłoby szczególnym zagrożeniem.

Tego rodzaju głosy nie były odosobnione. Pojawiły się w związku z nimi pytania, a wraz z nimi różne tłumaczenia i teorie. Wszyscy usiłowali ustalić, czy inżynieria genetyczna jest potrzebna, ponieważ może doprowadzić do tego, że świat będzie lepszy, albo też narobi takiego smrodu, że wszyscy otrzeźwieją dopiero na drugim świecie.

– To będzie piekło, jak zechcą skojarzyć małpę z kangurem, albo człowieka ze zwierzęciem. To czyste szaleństwo – mówili szczerze przerażeni ludzie.

Wśród teorii na pierwszy plan wysunęła się teoria alienacji. Miała ona tłumaczyć potrzebę szybkich i głębokich zmian w człowieku. Chodziło o to, że cokolwiek cywilizacja stworzyła dając ludziom korzyść, to równocześnie coś im odbierała lub psuła. Przeciwnicy globalizacji, anarchiści i jednostki ogarnięte tęsknotą za życiem pierwotnym na łonie przyrody, nazywali to pachnąco-śmierdzącym strumieniem postępu. Niektórzy mówili o alienacji, choć jej nie rozumieli.

Ponieważ natura nie znosi próżni, ktoś musiał w końcu wyjaśnić wątpliwości i złagodzić rozterki. Na ulicach pojawili się duchowni nazywający siebie kaznodziejami wiedzy i nadziei. Mówili, że przyszli pomóc, cytowali Pismo Święte, zwłaszcza fragmenty o dobrym samarytaninie. Kiedy już wyjaśnili swoją rolę i historię dokonań, zaczęli mówić o alienacji, potwierdzając, że każda forma postępu, nawet wynalazek tak drobny jak trzy atomy metalu połączone ze sobą niewidzialną nitką, coś dając, coś odbiera.

Brodaci, poważni, ubrani w czarne garnitury duchowni zjawiali się już z samego rana w miejscach publicznych, aby wykrzyczeć swoje prawdy. Byli też i młodsi, ci byli najbardziej nawiedzeni. Ubrani w żółte kurtki wzorem dróżników, z megafonami zawieszonymi na piersiach, chodzili po ulicach przestrzegając przechodniów przed złem i wołając „Obudźcie się”, potrząsając przy tym grzechotkami, które raz odsłaniały anioła, a raz diabła, raz pokazywały rozmarzone oczy, a raz zimne ślepia grzechotnika.

Wśród kaznodziejów zdarzały się też kobiety; wszystkie bez wyjątku były postawne, starannie ubrane i uczesane, o piersiach przypominających orzechy kokosowe. Ludzie, zwłaszcza mężczyźni, lgnęli do nich bardziej niż muchy do lepu, aby wsłuchiwać się w ich orędzia ilustrowane przykładami niczym książki dla dzieci. Niektóre kaznodziejki były wręcz brutalne w swoich objawieniach, ale tylko dlatego, że pragnęły wstrząsnąć bliźnimi do głębi, aby zrozumieli naturę rzeczy.

– Macie samojezdne samochody, tanie i wygodne, bez wysiłku docieracie do tysiąca i jednego miejsca, oglądacie zabytki, dziwnych ludzi i kolorowe pejzaże, i to was cieszy. Ale kiedy wracacie do domu, stwierdzacie ze zdumieniem, nie od razu i nie każdego dnia, ale coraz częściej i coraz wyraźniej, że wskutek nieużywania nóg powrastały wam one w pośladki, że mięśnie wam zwiotczały, skóra wygląda jak wyprawiona w taniej garbarni, a sami czujecie się jak worek zleżałego siana.

Ludzie rozumieli to coraz lepiej, ponieważ czuli jak w zastraszającym tempie tyją połykając w pośpiechu żywność wzbogacaną konserwantami i barwnikami, zawierającą głównie tłuszcze, cukier, sól i białko, bardziej przypominającą najtańszą paszę dla bydła niż żywność. Ponadto czuli się skołowani, ponieważ nieprzerwanie ktoś do nich dzwonił, lub oni dzwonili do kogoś, męczyły ich choroby wcześniej mało znane oraz ciągły stres, zabijający chęć do życia, a w mężczyznach także potencję.

Głosicieli prawd o alienacji wspierali kaznodzieje dualizmu, Mówili oni, że wszystko ma dobre i złe strony, że dobroć nie istnieje bez niegodziwości, radość bez smutku, miłość bez nienawiści.

– Im lepiej bawisz się na przyjęciu, tym większego masz potem kaca, im bardziej komuś pomagasz ciężko pracując na niego lub za niego, tym więcej okaże ci niewdzięczności na starość. Takie są prawa dualizmu – były to ich zawołania i zaklęcia.

Nauki te powtarzano tak długo, aż w końcu społeczeństwo zrozumiało, że inżynieria genetyczna jest uniwersalnym i najlepszym lekarstwem na jego bolączki, i że bez niej nie da się uratować człowieka, zwierząt ani środowiska naturalnego. Pod presją społeczeństwa parlament w abcugach stworzył jeszcze lepsze i dokładniejsze prawa ułatwiające rozwój inżynierii genetycznej. Wkrótce powstały nowe laboratoria i instytuty, i zaczęły prześcigać się pomysłach, budząc w ludziach nadzieję, że poprawią ich coraz bardziej dychawiczną kondycję.

Sprawy szybko ruszyły do przodu. W pierwszej kolejności nauczono się hodowli ludzkiej skóry i budowy szkieletu kostnego oraz przeszczepiania organów wewnętrznych, płuc, serca, nerek i wszystkich innych. Nie pisała o tym prasa codzienna, aby nie straszyć społeczeństwa wizją człowieka, któremu można wymieniać i instalować szkielet, kości, tkanki i organy wewnętrzne równie łatwo, jak części zamienne w rowerze lub samochodzie. Przykładem mogły być wcześniaki, które ratowano nawet wtedy, kiedy były zaledwie w połowie rozwinięte, aby potem usprawniać poszczególne organy i funkcje ciała. Celowały w tym szpitale, szczycące się ratowaniem najmniejszych dzieci. Na ścianie szpitala w Comotal wisiały zdjęcia dziesięciu uratowanych wcześniaków; najmniejszy ważył niecałe czterysta gramów, cała dziesiątka ważyła łącznie niecałe sześć kilogramów.

Którejś nocy mało znany portrecista Alain domalował dzieciom rączki i nagrał ich głosy wołające o ulżenie ich cierpieniom. Ujęty przez policję, wezwaną przez sprzątaczkę nocną, został zatrzymany razem z dowodami przestępstwa. W prokuraturze tłumaczył się, że chciał tylko – ze strachu przed możliwościami manipulacji genetycznej – wyrazić sprzeciw wobec ingerencji człowieka w naturę życia.

Rosaton, będąc dziennikarzem, postanowił poświęcić się obserwacji i opisowi nowej rzeczywistości. Miał ku temu szczególne warunki i powody. Dzięki mikroprocesorowi podłączonemu do dwóch pamięci, krótkotrwałej, podręcznej, w płacie czołowym mózgu, oraz do trwałej, znajdującej się w hippokampusie, części mózgu podobnej do konika morskiego z podwiniętym ogonkiem, jego mózg miał dużo większą pojemność i wyjątkowo sprawnie pracował. Z drugiej strony, ciarki mu przechodziły po plecach, że ktoś uzyska dostęp do jego mikroprocesora i będzie mógł rejestrować wszystko, co on myśli, mówi i czyni, mierząc mikroprądy pokazujące pracę serca, ciśnienie krwi, proces oddychania, jak się porusza, gdzie chodzi, co robi oraz odczytując to, co pisze czy na co patrzy.

Mimo obaw i ryzyka, inżynieria genetyczna stała się szybko symbolem nowoczesności, umieszczanym na najwyższych budynkach. Prawa do użytkowania symbolu nie można było kupić ani sprzedać. Rząd uznał inżynierię genetyczną za skarb narodowy i zezwalał na używanie symbolu tylko w święta państwowe oraz w dniach wielkich wydarzeń krajowych i międzynarodowych. Dla ułatwienia stosowania symbolu dopuszczono skróconą nazwę „Inż-gen”.

Partia Konserwatywna, zwana w skrócie Konserwą, i jej rząd byli głęboko przekonani, że inżynieria genetyczna wyzwoli społeczeństwo z przymusu opatrzności i przypadku. Premier Csudo własną ręką dopisał ją do listy priorytetowych dziedzin gospodarki, na której już wcześniej umieszczono technologię cyfrową oraz automaty i roboty, o które wołali wszyscy przedsiębiorcy mający coś do spawania, podnoszenia lub przycinania. Wszystko wiązało się ze sobą.

C.d.n

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *