Ostatni dzień

W ostatnim dniu przygotowań do Turnieju o Złoty Puchar, sceneria i zdarzenia nabrały teatralnych wymiarów. Pojawiły się nowe symptomy i symbole. Wszystko tego dnia było nadzwyczajne: postacie, słowa, emocje, tłumy, rzeczywistość. Nawet małe dzieci były większe i bardziej kolorowe. Co miało nastąpić, nikt jednak nie wiedział, bo od pewnego czasu pańska łaska na pstrym koniu jeździła. Dlatego też modlono się usilnie ze wszystkich stron o błogosławieństwo, życząc sobie zwycięstwa i ciężkiego niedowładu nóg przeciwnikom.

Obóz, gdzie Dobro i Zło odmieniano przez przypadki, wymodlił zmienną pogodę, ulewy słońca i ciche burze, aby dodać kolorytu ostatnim wystąpieniom turniejowym swego zawodnika. Na ten dzień przybrał on nowe, odświętne imiona: Adadu, Colombini i Chuchu,  wyrażającymi bogactwo jego myśli i uczuć, rozciągających się od miłości, poprzez pogardę do nienawiści.

Dzielny Adadu był pewien zwycięstwa. Pokazywały to słupki, przekazywane sobie z rąk do rąk, z oczu do oczu, z ust do ust. Dla pewności, spotkał się w ostatniej chwili ze swym protektorem, Potężnym Szamanem zza Wielkiej Wody, i poprosił go o błogosławieństwo. Starzec, broń Boże jeszcze nie zgrzybiały, jak twierdzili o nim jego przeciwnicy (Kto ich nie ma?), położył swe cudotwórcze ręce na głowę Dzielnego Adadu, aby odczynić zło i wymodlić błogosławieństwa. Po zakończonej ceremonii nazwał Adadu przyjacielem i wiernym giermkiem, po czym pożegnał go serdecznymi słowami God bless you, I love you, see you later. Oczy Adadu zalśniły  łzami, że to właśnie z nim w tak trudnym czasie powszechnej zarazy spotkał się Potężny Szaman. Wzruszony wyszeptał: God bless you, too, Potężny Szamanie! Obyśmy zdrowi byli w czasach zarazy i dzikich oszołomów!

Po powrocie z podróży, odświeżony błogosławieństwami Adadu przemianował się na Chuchu i natychmiast uruchomił Szczwanego Lisa, który drogą magii i przemyślnych ekranów umiał odczyniać rzeczywistość: pomniejszać przeciwników, wykoślawiać ich postacie i wypowiedzi, wkładać im w usta bezeceństwa i robaczywe przekleństwa.

Tego dnia Chuchu wygłosił niezliczoną ilość przemówień. Był w wielu miejscach na raz, dwoił się i troił, natężał głos, w końcu krzyczał, tyle miał w sobie pary i miłości. Nieprzerwanie głosił zwycięstwo dobra nad złem, zwłaszcza nad podłym Kardamonem, powszechny dobrobyt, kieszenie tak wypełnione pieniędzmi, że urywały się pod ciężarem, zamożność w domach i zagrodach, wyższą mleczność bydła rogatego i przebogate zbiory kukurydzy. Wierni giermkowie otaczali go obracając się twarzami w kierunku tłumów, uzbrojeni w jastrzębie oczy oraz broń krótką, aby móc odeprzeć niespodziewany atak. Ukryci w tłumie krzykacze, po każdej wypowiedzi Chuchu, sławiącego własne czyny, rozgrzewali tłumy entuzjastycznymi krzykami: Chuchu twoim zbawicielem! Popieraj go, jeśli nie chcesz piekła! Tylko Chuchu ochroni twe dzieci przed złem, a starców przed nędzą!

Wieczorem wszyscy, jak świat długi i szeroki, zasznurowali usta. Zapadła niewiarygodna cisza, pełna oczekiwania i sposobienia się do nadzwyczajności. Modlono się i czekano. Nawet najodważniejszym zwolennikom Chuchu zimne ciarki pełzały po plecach, co będzie dalej.

0Shares

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *