Wirus i sukcesja. Opowiadanie. Odc. 1 – 15.

Wydarzenia ostatnich miesięcy skłoniły mnie do pisania opowiadania odzwierciedlającego rzeczywistość, a przy okazji pokazania fikcji, jaka rozgrywa się równolegle do faktów. Po głowie chodzą mi scenariusze, w jakim kierunku zmierza rzeczywistość. Myślę o pisaniu tego opowiadania jako ciągu kolejnych odcinków.

Odc. 1

Wirus YZ przewrócił ludziom w głowie, pozmieniał myśli i zdeformował wyobrażenia. Nie od razu oczywiście. Pierwsze dni minęły bez większych sensacji, odpływając w przeszłość spokojnie niczym oliwa z przechylonej butelki. Mało kto je zapamiętał. Zaplątani w sieci codziennego życia ludzie żyli obowiązkami: dom, dzieci, samochód lub autobus, praca, zakupy, gotowanie, sprzątanie, wyprowadzanie psa, łóżko. Czasem przeżywali jakąś drobną pieszczotę lub przekleństwo w zależności od tego, jak im się ułożyło.

Minister zdrowia ogłosił w telewizji pierwszy przypadek zakażenia wirusem YZ. Oczekiwano, że to nastąpi prędzej czy później, nie wiadomo było tylko kiedy, dokładnie gdzie i ile osób będzie dotkniętych tym nieszczęściem. Telewidzowie odetchnęli z ulgą; zakażonymi okazali się ludzie obcy. Nikt o nich wcześniej nie słyszał. Przeżywanie  nieszczęścia człowieka, którego się nie zna, mniej boli albo nie boli w ogóle. 

– Choroba wirusowa w rodzinie to co innego. – Mówili z przekonaniem. Wielu im potakiwało. 

Po pięciu dniach – trochę mniej, trochę więcej, jaka to różnica – pojawiła się w społeczeństwie niepewność. Przyczyną była niepomyślna informacja. Ktoś rozpuścił w Internecie i ludzie zaczęli to powtarzać, że wirus najpierw atakuje głowę.

– Ludzie głupieją. Nie wszyscy oczywiście. I nie w jednakowym stopniu – pocieszano się. Faktem było, że od czasu zwrócenia uwagi na to zjawisko, dało się dostrzec coraz więcej dziwnych zachowań. Ludzi zaczęli przyglądać się sobie nawzajem. 

Alfero Cantora, „Nieszczęsny Włoch”, jak nazywał sam siebie, też nie wiedział, co o tym sądzić. Inni myśleli podobnie. 

– Czy ten wirus to coś poważnego? – Zadawano pytania, rozglądając się na boki, jakby niebezpieczeństwo czaiło się gdzieś w kącie. Bardziej rzutcy obywatele wysyłali petycje o więcej informacji, najbardziej agresywni ostrzegali władze: – Lepiej nas nie straszcie!

Zanim rząd zdążył udzielić odpowiedzi, zjawiła się śmierć. Był to początek nowego etapu w historii wirusa, społeczeństwa i rządu. Zmarła kobieta i mężczyzna, małżeństwo w wieku wyższym niż średni.

– Zarazili się od siebie tylko dlatego, że trzymali się za ręce, kiedy jeździli na nartach. Żadnych bliższych kontaktów – wyjaśniali sąsiedzi, którzy ich dobrze znali. – To było straszne. Patrzyliśmy na nich z bliska. Na początku nieznaczna gorączka, uczucie duszności, potem wymioty, drgawki i koniec.

W ciągu kilku dni statystyki zgonów znacznie wzrosły. Najpierw było to kilkanaście, wkrótce potem kilkadziesiąt osób. Rząd, dotychczas niedostrzegający lub bagatelizujący, co działo się w innych krajach, nagle się obudził.

– Ten wirus to znacznie poważniejsza sprawa niż sobie myślałem – zagaił premier Chudy otwierając posiedzenie gabinetu poświęcone sytuacji w kraju. Musimy wziąć to sobie do serca, bo inaczej może być z nami źle. Mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi.

Nie musiał więcej wyjaśniać, bo wszyscy ministrowie wiedzieli, co szef rządu miał na myśli. Popatrzyli po sobie i odpowiedzieli jednym głosem:

– Chodzi o naszą przyszłość, naszą władzę, nasz dobrobyt.

Na posiedzeniu podjęto pierwsze kroki przeciwdziałania wirusowi. Przede wszystkim ustalono, że członkowie rządu będą przybierać poważniejszy wyrazy twarzy w trakcie wystąpień publicznych.

Najgorzej było z ministrem spraw wewnętrznych; na pierwszym wystąpieniu publicznym razem z premierem i ministrem zdrowia wyglądał smutniej niż grabarz w dniu potrójnego pogrzebu.

Premier zapytał go przyczynę i upomniał.

– Nie możesz siać defetyzmu swoją twarzą. Ludziom może ona paść na umysł, a my musimy dobrze się kojarzyć. Nadchodzą ważne wybory i musimy ich do tego przygotować, wirus nie wirus. Nie może on być powodem, abyśmy cały czas byli smutni. Sprzedajemy dobre pomysły na życie, a nie trumny.

Monit premiera zapadł ministrowi w serce. Myślał, jakby się zmienić.

Rząd zdopingował się i częściej organizował odprawy w telewizji na temat wirusa YZ. Premier i ministrowie podawali i pokazywali liczby, mówili i przekonywali, ostrzegali i pocieszali.

– Przede wszystkim musimy myć ręce. Będziemy wam o tym przypominać. Jak na razie, to stoimy nieźle w rodzinie europejskiej. Jesteśmy nawet lepsi od innych – mówiąc to premier wypiął pierś do przodu. Guzik odpadł mu na wysokości serca. Nie przejął się tym, strzepnął tylko nitkę, aby spokojnie kontynuować.

– Nigdy nie był atletą, ale to dzielny człowiek – chwalili go zwolennicy rządu.

Minister zdrowia pokazał statystyki. Okazało się, że najstarsi obywatele mrą jak komary w upale pustynnym. Porównanie podobało się, statystyka nie. Prezentacje rządowe robiły coraz większe wrażenie. Obywatele zaczęli odczuwać strach; coraz mniej rozumieli z tego, dokąd to zmierza.

– Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ wielu z nas umie tylko mówić przez telefon, mało czyta, a nawet jak czyta, to mało rozumie. – wyjaśnił w telewizji socjolog. Nazywał się Jan Humana i rozumiał więcej niż inni, co się dzieje na świecie.

Ludzie mało czytający okazali się najszczęśliwsi. Przynajmniej na początku, Spotykali się, klepali po plecach, całowali. To wśród nich pojawiły się kolejne ofiary.

– Los, ślepy los, który podobno nie umie pisać ani czytać, mści się na swoich – Myślał ze współczuciem Alfero Cantora.

Rząd nie mógł sobie pozwolić na dalszą zwłokę. Ogłosił alarm antywirusowy. Odbyło się to głośno, wszyscy usłyszeli fanfary. Od tego dnia premier Chudy i najbliżsi ministrowie, uroczyście ubrani w ciemne garnitury, spotykali się codziennie z narodem przed kamerami telewizji, aby informować, co, ile, gdzie, kto i kiedy. Ponowiono zalecenia. Myć ręce. Kilka razy dziennie.

– Jak myć? – pytano, skoro w sklepach i aptekach nie ma środków do dezynfekcji, mycia, kąpieli, a czasem nawet płynu do płukania zębów.

– Wiemy o tym, zapewniał premier, i czuwamy nad tym. Szukamy dostawców, wyznaczyliśmy dwóch producentów. Jeden z nich to wielka firma państwowa. Mamy tam swoich ludzi. To daje nam pewność, że wszystko pójdzie dobrze, bo to ludzie dobrze opłacani.

Mało kto go słuchał i zastanawiał się, dlaczego powierzono produkcję środków antyseptycznych i czyszczących tylko dwom firmom, a nie tysiącu. Ludzi interesowały inne ważne sprawy.

– Jak się witać? – pytano. – A co z tymi, którzy mają protezę zamiast ręki.

Sprawa była poważna. Obywatele coraz tłumniej zbierający przed telewizorami czekali na odpowiedź. Tego dnia wszyscy patrzyli na minister kultury, dużą, postawną, powolną w ruchach kobietę z lekkim wąsem pod solidnym nosem. Minister zastanowiła się, zanim udzieliła odpowiedzi.

– Łokciami – wyjaśniła. – Ale nie obydwoma, tylko jednym.

– Podejdź do mnie – mrugnęła do ministra spraw wewnętrznych. Jak zwykle miał smutną twarz. Miał powody. Ktoś na Twitterze użył wobec niego określenia, że został obłaskawiony przez prezydenta, aby uzyskać spokój ducha. Nieco zdezorientowany podszedł do minister. Ta trąciła go łokciem w łokieć.

– Tak należy się witać – powiedziała do kamery z zachęcającym uśmiechem.

Ludziom się to podobało. Próbowali przed telewizorami. Minister kultury dłuższą chwilę myślała – jak to miała we zwyczaju, aby nie chlapnąć czegoś niepotrzebnego – po czym zapowiedziała:

– Opracujemy nowy protokół antywirusowego savoir-vivre. Jak się witać, jak żegnać, jak porozumiewać się bez słów i jak oddychać, aby nie wchłonąć wirusa. Nasz rząd dba o obywatela. Nie zapominajcie o tym – zachęciła na zakończenie. 

Odc. 2

Sprawę zagrożenia wirusem YZ ktoś musiał niepotrzebnie rozdmuchać, bo w sklepach zabrakło wszystkiego, co niezbędne do życia. Przede wszystkim artykułów spożywczych.

– Jest źle, będzie jeszcze gorzej – przekazywano sobie komunikat z ust do ust.

Panika ruszyła ulicami. Po południu tłum pchał się drzwiami i oknami do sklepów i magazynów. W nocy nastąpiły pierwsze włamania. Brano, co kto mógł. Domy pęczniały, sklepy pustoszały, tylko Wirus YZ pozostał niewzruszony.

– Jaka może być przyczyna tak szybkiego upowszechniania się go? I dlaczego atakuje on w przede wszystkim głowę? – pytali obywatele.

Dyskusje toczyły się wszędzie, w domach, w telewizji, na ulicy. Każdy wysilał umysł, aby swoim tłumaczeniem przyczynić się do poprawy wiedzy o wirusie. Najprostsze wyjaśnienie oferowały starsze kobiety na rynku. 

– Winni są obcokrajowcy, te diabły wcielone. To oni przywlekli go z Afryki. Ten potwór jest zupełnie niepodobny do innych wirusów i bakterii. Jest kompletnie dziki. Zjada ciało zanim zauważysz, że je w ogóle miałaś.

Blady strach, jaki już wcześniej padł na naród, stał się wyraźniejszy. Sytuacja ulegała pogorszeniu. W sklepach półki straszyły pustką. Ekspedientki chowały się za ladą z obawy przed klientami, gotowymi wyładować na nich gniew na brak towaru, panoszenie się wirusa, złe samopoczucie czy nawet problemy rodzinne. Wirus stał się okazją, aby brać odwet za wszystko. Także na rządzie za to, który nie potrafił spowolnić jego przenikania do kraju.

Korzystniejsza była tylko sytuacja prezydenta. Przerwał kampanię wyborczą, aby dwojąc się i trojąc, na wiecach, spotkaniach i konferencjach, dawać ludziom dobre rady, namawiać do wstrzemięźliwości towarzyskiej. Na spotkania prezydent Lambrekin przyjeżdżał w polowym mundurze generalskim, wyglądał i przemawiał bardzo oficjalnie i przekonywująco.

– Myjcie ręce – nawoływał. To było jego stałe zawołanie.

Na spotkania z nim tłumnie stawiali się strażacy, gospodynie wiejskie, rolnicy i zespoły ludowe, ludzie spragnieni symboli władzy. Widzieli w nim majestat.

– Za mundurem panny sznurem – wzdychały starsze niewiasty patrząc z uwielbieniem na rumianą twarz prezydenta.

Jego przeciwnicy twierdzili, że wzywa ludzi do pozostawania w domu, ale sam gromadzi tłumy, narażając je na ryzyko zarażenia się wirusem. Mówili także o stałej obecności przy nim kolumny sanitarnej z lekarzami dyżurnymi, oraz o rezerwacji łóżek w szpitalu zakaźnym w pobliżu miejsc jego spotkań.

Słysząc takie oskarżenia prezydent wydymał usta i dumnie odpowiadał.

– Bylem, jestem i będę patriotą. Gotów jestem poświęcić życie dla mojej ojczyzny. Tam, gdzie chodzi o miłość do ojczyzny, koszt nie gra roli.

Nastał piątek. Dzień jak dzień, o tyle odmienny od poprzednich dni tygodnia, że zapowiedziano mróz nocą. Alfero Cantora, mężczyzna z poczuciem nieszczęścia osobistego, jak siebie nazywał, przeklinając dzień swoich urodzin i księdza, który nadal mu imię,  poszukiwał spirytusu do odkażania. W piątek odwiedził wszystkie sklepy alkoholowe i inne, gdziekolwiek w oknie wystawowym widać było obraz butelki, kapsla, nakrętki lub napis „Alkohol”. Nigdzie nie było spirytusu. W ostatnim sklepie alkoholowym, wielkim jak hala fabryczna, zapytał sprzedawcę:

– Kiedy będzie najbliższa dostawa spirytusu?

– Nie mam pojęcia. Nic nam nie mówią. Są braki w hurtowniach. To artykuł pierwszej potrzeby – wyjaśnienia sprzedawcy brzmiały jak reklama.

Po odwiedzeniu dwóch sklepów z alkoholem, Cantora udał się do piekarni przy ulicy Łowieckiej. Była godzina dwunasta w południe. Mimo nieudanych prób zakupu spirytusu, był nastawiony pozytywnie, że przynajmniej kupi coś rodzinie na pocieszenie.

W sklepie panowały pustki, nie licząc osamotnionych czterdziestu pszennych bułeczek dowiezionych kilka minut wcześniej. W bród było tylko ciastek i ciast, pierniczków, faworków i podobnych wyrobów.

Alfero patrzył na półki z wyrobami cukierniczymi. Przed oczami stanął mu napis „Cukrzyca”, zaraz potem wyświetlił mu się w głowie obraz gangreny i operacja amputacji nogi. Dwie ekspedientki patrzyły na niego z niepewnością na twarzy. Wzrokiem uciekały w bok w kierunku bocznych drzwi.

Mężczyzna otworzył usta, aby wylać z siebie uczucia niedowierzania, niepewności i zawodu.

– To wy za to odpowiadacie. Tu nie ma niczego oprócz ciastek, czyli cukru, mąki i niezdrowego oleju palmowego. Powiem szczerze. Jestem spokojnym człowiekiem, ale wrócę jutro i jeśli nadal nie będzie chleba na półkach, to wyciągnę was zza lady i …  nie wiem, co zrobię.

Po wyjściu ze sklepu zatrzymał się, rozpiął kurtkę pod szyją, aby przewiał go chłodny wiatr. Musiał ochłonąć. Zastanawiał się, co się z nim dzieje.

– Jestem chyba nienormalny! Ten amok jest naprawdę zaraźliwy.

Obiecał sobie kontrolować swoje zachowanie, nie dać się sprowokować brakiem towaru do sklepie. Po wyjściu ze sklepu piekarniczego skierował się do sklepu mięsnego. Miał kupić kawałek świeżego mięsa. Przed wejściem przypomniał sobie polecenie:

– Indyk, wołowina, wieprzowina … Cokolwiek, byle nie wędlina czy kurczak.

W sklepie przy ulicy Łowieckiej półki były puste, tylko pod szkłem szerokiej lady chłodniczej widać było kilka wędlin w kolorze filetowym. Pod ścianą stały bezczynnie trzy czarno ubrane ekspedientki.

– Dlaczego panie są ubrane na czarno? Nie obchodzimy przecież dnia żałoby czy klęski narodowej – Cantora odezwał się pojednawczo.

– Czarno widzimy przyszłość. I nie jest żart. Po trzech dniach szturmu na sklep padamy z nóg ze zmęczenia. Ludzie oszaleli i kupują wszystko, co tylko mamy. Widzi pan sam, że nie mamy już prawie nic do zaoferowania.

– A co będzie jutro?

– Otwieramy sklep o godzinie siódmej trzydzieści. Jeśli przyjdzie pan o tej godzinie i będzie mieć pan szczęście, to może uda się panu coś kupić, bo będzie kolejka.

Ekspedientka nachyliła się w kierunku klienta i dodała poufnie:

– Klienci zachowują się jak szarańcza! Widzi pan tych ludzi. Niby tacy normalni a kupują wszystko na pniu, bez zastanowienia. Niektórzy to nawet zaczynają jeść wędlinę w sklepie, jakby bali się, że ktoś im ją odbierze w drodze do domu. Ten cholerny wirus wszystkim pomieszał zmysły!

Odc. 3

Alfero wstał o świcie, aby udać się na zakupy. Na dworze panowała cisza. Każdego dnia jest coraz głębsza – pomyślał. Poprzedniego dnia pojawiła się pogłoska jakoby służby oczyszczania miasta wysyłały swoje śmieciarki po to, aby robiły hałas i utrzymywały ludzi w przekonaniu, że cisza jest złudna bo wszystko jest w porządku. W drodze po zakupy Alfero wyobraził sobie sceny głodu, same wyskakiwały mu przed oczy.

W nocy spadł śnieg, na chodniku i na ulicy leżała warstwa około trzech milimetrów.

– Utrzymuje się, bo zimno. Temperatura przy ziemi jest poniżej zera – pomyślał Alfero.

Z osiedla „Rześkie Powietrze” wyjechał traktor z pługiem śnieżnym. Alfero odnotował ten fakt w pamięci.

– Będzie chyba zbierać śnieg na pamiątkę. Każdemu mieszkańcowi osiedla po garści śniegu. Niech pamiętają, że była zima.

W sklepie mięsnym przy ulicy Łowieckiej, gdzie pracują kobiety w czerni, Alfero kupił udziec indyka. Przypomniał sobie, że żona coś mu mówiła o piersiach indyczych. Kupił więc drugi kawałek mięsa.

W drodze powrotnej sprawdził, gdzie można kupić spirytus. Nigdzie. W osiedlowym sklepie alkoholowym zapytał, dlaczego nie ma spirytusu.

– Tak chciałbym się napić – wyjaśnił. Świadomie mówił teraz częściej jakby lekceważąco, dla rozładowania narastającego napięcia.

Ekspedientka, młoda ciemnooka kobieta z kokardą we włosach i dojrzałym uśmiechu na twarzy, odpowiedziała.

– Podobno ziemniaki wymarły.

– A zboże? – pyta Alfero.

– Myszy zjadły. A to, co zostało, zatruły własnym wirusem. Żeby ludzie nie mieli. Podobnie jak my one kierują się przysłowiem „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Myszy też mają własny rozum, chociaż malutki.

– Malutkie rozumy to nie tylko myszy mają – z przekonaniem wyjaśnił Alfero. – To jest coś, co łączy nasz gatunek z niżej stojącymi gatunkami zwierząt. Na przykład, i my i one, znaczy się zwierzęta, jesteśmy atakowani przez wirusy.

Oboje zaśmiali się ostrożnie, bo nie wiadomo, do czego to wszystko zmierza, włącznie z poczuciem humoru.

Następnym etapem porannej wędrówki Alfero była apteka. Przed apteką stały cztery osoby. Dwie z nich, mężczyzna i kobieta, trzymały się za ręce.

– Wyraz solidarności w obliczu nieszczęścia – pomyślał Alfero. Postanawia nie myśleć o wirusie. 

Czekał na wejście do apteki. To jego ulubiona apteka. Zna wszystkie farmaceutki, a one znają jego. Ma to praktyczne znaczenie. Teraz, kiedy lekarka rodzinna wystawia receptę z dużą ilością leków, dla niego lub dla żony, bierze tylko część leków i zostawia receptę w aptece. Jest to konieczne także dlatego, że najczęściej apteka musi zamówić leki w hurtowni.  Na stanie ma zazwyczaj nie więcej niż kilka opakowań. Czekając na swoją kolejkę, przypomniał sobie, co jest ważne: zapisać sobie numer recepty oraz dzień, kiedy ją realizuje. To ważne, w razie potrzeby aptekarka może szybko odszukać receptę. Sam numer czy nazwisko nie wystarczą. 

W aptece widać zmiany i ograniczenia. Wzdłuż lady w odległości jednego metra biegnie szeroka niebieska linia. Aptekarki mają na sobie maseczki. Wyglądają jak laborantki.

– Czy są już środki antyseptyczne, płyn do mycia rąk, chusteczki i maseczki ochronne na twarz – Alfero zadaje to pytanie od ponad tygodnia.

– Nie ma.

– A kiedy będą. Tak z grubsza, w przybliżeniu.

– Nie wiemy. Premier Chudy mówił w telewizji, że jest dobre zaopatrzenie aptek, ale nie mówił o naszej.

Alfero nie lubi premiera bo nie zawsze mówił prawdę. Kiedy ją mówił, to zdarzało mu się niedopowiedzieć czegoś albo odpowiedzieć na okrągło. Na pytanie na ile dni wystarczy oddziałom zakaźnym sprzętu antyseptycznego, kombinezonów, maseczek, okularów i obuwia, premier odpowiedział: 

– Rządowe Biuro Rezerw Materiałowych intensywnie gromadzi to wszystko, aby niczego nie zabrakło. 

Odc. 4

Kiedy podejmował pieniądze w bankomacie koło supermarketu „Coccinella”, tuż obok, przed sklepem mięsnym, stała już kolejka. Nigdy nie była taka długa. Z ciekawości Alfero policzył czekających; dwadzieścia pięć osób. Wszyscy stali i gapili się bezmyślnie w przestrzeń z wyjątkiem trzech osób patrzących w smartfon. Nikt nie miał książki w ręku.

– Bo i po co? – Pytały ich niewidzące oczy i nieme twarze. Czy my czytać nie umiemy? – literacko wyobraził sobie scenę Alfero.

Kiedy sam musiał gdzieś czekać, był na to przygotowany, zawsze miał książkę ze sobą, w plecaku lub w torbie na zakupy. Dla niego czas czekania nigdy nie był stracony ani bezwartościowy. Kiedykolwiek myślał o tym, ile jest cudownych książek do przeczytania, włos mu się jeżył z rozpaczy, że nie zdąży tego zrobić. W kolejkach nadrabiał zaległości lektury. Czas oczekiwania wzbogacał jego życie. Sens życia widział w znaczącym jego przeżywaniu; czytanie czegoś wartościowego było znaczące, bezmyślne oczekiwanie – nie. Był apodyktyczny w tym względzie.

Życie kraju skupiło się wokół jednego punktu. Nic nie dyktowało rytmu życia jednostki i społeczeństwa bardziej niż Wirus YZ. Wszyscy o nim myśleli i mówili. Jego nieustępliwa ekspansja wywoływała masę informacji w mediach publicznych. Ujawniały one rozmiar ludzkich możliwości intelektualnych, od mądrości i rozwagi do głupoty i bezmyślności, od spraw ważnych do banalnych. Informacje nie płynęły równymi, dającymi się wyodrębnić strumieniami, lecz wpadały na siebie, kołowały, pędziły i zawracały, mieszając się ze sobą. Przekazy były tak skonstruowane, że często nie było wiadome, co jest prawdą a co zmyśleniem, półprawdą, ćwierćprawdą czy też prawdą niekompletną jak człowiek bez nogi, ręki lub ucha.

– Nie sposób połapać się w tym galimatiasie. Świat kołowacieje, goni jak pies za swoim ogonem – Alfero myślał o narastającym gubieniu się człowieka w wytworach własnej cywilizacji. To tylko umacniało jego determinację utrzymania się na powierzchni. 

Wieczorem w telewizji gruby rolnik z oczami wygłodniałego lisa i policzkami przekarmionego wieprzka z przejęciem opowiadał, wyobrażając sobie przyszłość, jak to pod wpływem mutującego Wirusa YZ z farm hodowlanych i gospodarstw rolnych masowo uciekają indyki, bażanty, kury, kaczki i inne ptactwo.

– Za nimi pędzi grubsza zwierzyna, krowy, świnie, konie i owce. Na miejscu pozostają tylko kozy; są odporne na wszystko. W okresach powszechnego głodu koza przeżyje karmiąc się suchą trawą, kolczastymi badylami a nawet papierem. 

– Pędzimy do lasu. Nie chcemy iść na przerób przez człowieka lub wirusa – takie komunikaty wysyłają uciekające zwierzęta – zakończył grubas.

Czy jest to prawdą, co mówi wiejski tłuścioch odnośnie przyszłości, nie jest pewne. Chyba raczej nie, choć nikt nie wie, co rzeczywiście przyniesie przyszłość. Ze zwierzętami jednak też jest coś nie w porządku. Nikt nie jest pewny, czy nie jest to wpływ Wirusa YZ – podsumował Alfero.

Przechodząc koło przystanku autobusowego Alfero zatrzymał się, aby popatrzeć na rozkład jazdy. Uczynił to odruchowo, z ciekawości, czy w czasie kryzysu jeździ znacznie mniej autobusów. Kilka kroków dalej, w bezpiecznej odległości od niego, stały dwie młode kobiety i rozmawiały. Zaczął je słuchać, ich rozmowa wydała mu się ciekawa.

– Dzisiaj psy też się leczą, proszę pani. Ja ze swoim Reksem chodziłam kiedyś do weterynarza, bo pies nie miał siły biegać, był apatyczny, nie chciał jeść. Okazało się, że miał depresję. Poszłam z nim wtedy do psychologa zwierząt i ten stwierdził, że pies musi zmienić swoje nawyki spania, jedzenia, ruchu, spacerów. Skierował mnie do behawiorysty zwierzęcego. Była to kobieta, bardzo miła zresztą. Siedziałam sobie w poczekalni, kiedy usłyszałam hałas. Jak się okazało mój Rex dostał szału. Behawiorystka nie miała pojęcia dlaczego. Mówiła tylko, że sama źle się czuje i może to udzieliło się psu. Teraz Reks chodzi już ze mną do innej behawiorystki. Dużo z nim rozmawia. Ja mogę stać obok i nic z tego nie rozumiem. Kiedy Rex wychodzi z jej gabinetu, jest bardzo zadowolony. Merda ogonem, chce mnie lizać, jakby w podziękowaniu za to, co dla niego robię. Tak sobie myślę, że dzisiaj jest łatwiej o porozumienie zwierzęcia z człowiekiem, niż człowieka z człowiekiem.

Wieczorem Alfero rozmawiał telefonicznie z przyjacielem. Spotkali się po wielu latach zagubienia w dżungli życia, która tylko wydaje się być miłą równiną pokrytą domkami, ogródkami, ulicami oraz kolorowymi fragmentami pól i lasów zdobnych wstążkami rzek i kotylionami jezior. Poruszali sprawy bieżące związane z nieszczęściem, jakie spadło na świat i kraj: malejące zatrudnienie, lawinowo rosnące problemy gospodarcze, nakazy i zakazy, co robić a czego nie robić, aby ochronić się przed wirusem.

W telewizji dominował zwarty front władzy. Premier Chudy, MinZdro, którego nazwiska nikt nie pamiętał, tak silnie kojarzyło się ze szpitalem, oraz prezydent Lambrekin, zgodnie głosili, że trzeba myć ręce i nie gromadzić się.

– To podstawa wszystkiego – przekonywali. Bez tego jesteśmy jak śnięta ryba na pustyni; leży sobie wygodnie w ciepłym piachu ale nie ma czym zaspokoić pragnienia.

Rząd wprowadził zakaz organizowania zgromadzeń, stanowiących niezdrowy choć naturalny odruch stadny u ludzi, wyższej ewolucyjnej formy rozwoju zwierząt. Z polecenia rządu zamykano wszystko, co ma drzwi i zamek lub kłódkę.

Prezydent Lambrekin – nie była to jego jedyna identyfikacja, bo różnie go nazywano, także Adadu – też to mówił, z tym, że wbrew własnym słowom sam organizował spotkania z ludźmi, aby ich przekonywać, że bez niego padną z głodu i pragnienia. Robiono mu z tego tytułu zarzuty. Nawet jego własne otoczenie zwracało mu na to uwagę.

– Wiem, że tłumaczę obywatelom, aby się nie gromadzili się w jednym miejscu, ale ja tak bardzo lubię przemawiać. Podnieca mnie to, co mówię i jak mówię. Usta mi się wtedy układają jak do pocałunku i czuję, jak się unoszę w górę. Ludzie mnie oklaskują, cokolwiek nie powiem. Kiedyś mówiłem o żarówce, coś mnie wtedy strzeliło, chyba było ciemno, i to się bardzo podobało ludziom. W dobrym stylu jest być krytycznym, wytykać błędy innym, wyzywać oponentów od łajdaków, zachęcać i gromić. Ja to robię właśnie na spotkaniach i słupki mi rosną. Czy chcielibyście, abym odszedł i abyście wy stracili pracę i przywileje? – zwrócił się go otaczających go ludzi. 

– Ależ nigdy, panie prezydencie! – krzyczeli. – Pan jest najlepszy. Nikt tak nie przewodzi narodowi jak pan! Jest pan wzorem dla nas wszystkich! Reprezentuje pan cały naród, a nie tylko partię rządzącą. Pan tu o wszystkim decyduje!

Po ostatnim zdaniu prezydent Lambrekin przerwał strumień zachwytów. Uznał, że ludzie przesadzają.

– To było niesmaczne – poskarżył się żonie po zakończonym spotkaniu.

Odc. 5

Zgodnie z oficjalnymi rozporządzeniami dotyczącymi Wirusa YZ Alfero pozostał w domu. Serce w nim skowyczało z żalu, ale postanowił trzymać je na wodzy. Znając swoje niezdyscyplinowanie założył sobie munsztuk i cugle. Obejrzał się w lustrze. Nie wyglądało to najlepiej, postanowił jednak nie załamywać się.

– Najważniejsze to skutecznie kierować sobą – zanucił starą jak świat pieśń, do której słowa napisał podobno filozof Seneka. Przerwał, jak tylko przypomniał sobie, że głos ma marniejszy od pijanej orki.

Nie mając nic lepszego do roboty, rozpoczął pisanie pamiętnika. Pisze na luzie, tak jak czuje się większość ludzi w schronach domowych, w poczuciu bezpieczeństwa czterech ścian, kuchni i ubikacji. Samotność i izolacja wpływają pozytywnie również na jego psychikę. Nie czuje się podminowany. Po pokonaniu pierwszych wątpliwości, jest czy nie jest więźniem, nie męczy go niemożność wyjścia na zewnątrz i rzucania kamieniami w psy i koty. Brak ruchu fizycznego nadrabia obserwując, co dzieje się w kraju i na świecie. Notuje swoje obserwacje.

Wniosek pierwszy: sytuacja jest dynamiczna jak na froncie, znaczy się wybuchowa. Ludzi coraz mocniej ogarnia amok, pojawiła się aberracja, życie staje się abstrakcją. Jest w nim coraz więcej sztuki, wręcz artyzmu. Rzecz w tym, że wirus wkręcił się w tryby wszystkiego, czym zajmowała się dotąd cywilizacja ludzka. W psychice, najbardziej zaniedbanej z dziedzin ludzkich zainteresowań, wirus naprawia wszystko co można, czyni to tym intensywniej, im bardziej była ona zwichrowana wcześniej.

Jest masa faktów do przeanalizowania.

Alfero analizy przeprowadza sam, czasem konsultuje ze specjalistami. Jednego odkrył niedawno. To kolega ze studiów nad istotą młodzieńczego życia z akademikiem i tanią stołówką. Teraz jest mistrzem obserwacji, specjalistą od interpretacji historii. Trzeźwość jego spojrzenia jest imponująca, przebija z łatwością mury wątpliwości, odsłania żywą prawdę.

Z historii przyjaciel ma czarny pas. Wisi na ścianie w salonie.

– Używam go tylko wtedy, kiedy mi spodnie spadają – mówi.

Oczywiście żartuje, co trzeba wyjaśnić, aby nie było wątpliwości w czasach, kiedy żart staniał. Właściwie to nikt nie chce go kupować a nawet brać bezpłatnie. Trzeba go wciskać ludziom siłą, tacy stali się poważni.

Alfero też stara się żartować, ale idzie mu nie najlepiej. Zauważył, że ludzie stracili poczucie humoru. Dobitnym przykładem jest przedwcześnie posiwiały staruszek ukazujący się w telewizji z okazji świąt narodowych i podobnych okazji, czasem bez przyczyny. To osoba czcigodna i natchniona, prowadzi wykłady na temat „W jakim kierunku należy rozwijać władzę”.

W żartach najlepszy jest prezydent Lambrekin zwany też Ubu. Różnie go nazywają. Przeważnie krótkie, czteroliterowe wyrazy, poręczne i łatwe do zapamiętania. Jego najlepszy żart jest o ludożercach, którzy zjedli pasażerów z rozbitego samolotu. Wysoko postawiony uczony, któremu Lambrekin opowiedział żart publicznie, dostał zawału serca, kiedy dowiedział się, że tylko jego ludożercy oszczędzili. To straszne – powiedział. – Wszystkich zjedli, tylko mnie oszczędzili, i to tylko dlatego, że razem z naczelnikiem plemienia uczęszczałem cztery lata na ten sam kurs polowania na lisy.

W żartach prezydent Lambrekin wyróżnia się również dlatego, że po opowiedzeniu kawału śmieje się pierwszy. Wyjaśnił dlaczego.

– Śmieję się bardzo wyraziście. Ćwiczę to w domu, znaczy się, w pałacu. Wyrazisty śmiech, szczery aż do bólu, to sygnał i zachęta do tego, aby ludzie zaczęli się śmiać. Bo czasem się nie śmieją i to mnie boli. O, tu! – pokazał na serce.

Wedle źródeł zbliżonych do sfer wyższych prezydent Lambrekin jest wybitnym przejawem wirusowych czasów – zapisał w pamiętniku Alfero.

Życie w kraju coraz bardziej staje się abstrakcją. Są jeszcze miejsca, gdzie pozostało skostniałe jak dawniej, ale to wyjątki.

– Abstrakcyjność dzisiejszego życia to pewnik – twierdzą logicy. Abstrakcja to czysty byt. Coś, co istnieje a zarazem nie istnieje. Identycznie jak atom w teorii kwantowej. Istnieje, ale nie w sposób tak konkretny i wyrazisty jak kawał mięcha, które możesz odgryźć i zjeść. Logicy i ich duchowe dzieci są niestety na wymarciu, bo świat kieruje się coraz bardziej uczuciami, a nie rozumem.

– Ależ tu chodzi o to, aby kierować się mieszanką uczuć i rozumu, a nie wyłącznie jednym lub drugim – bronią się logicy.

Nikt im nie wierzy, bo uczucia są najważniejsze. W rozum i w prawdę wierzą już tylko zboczeńcy.

– A co jest prawdą? – wołają ludzie pustynnej aberracji.

Prawdą jest fakt. Fakt to konkret, filar, znak drogowy dla wędrowcy spragnionego wody życia.

– Jaki fakt? – uparcie drążą ludzie pustynnej aberracji. I chwała im za to – myśli Alfero.

– Zwykły, ale może być też żelazny – odpowiadają logicy.

Nic nie jest w stanie zbić ich z tropu. Może tylko siwy dziadunio w telewizji, symbol władzy bezimiennej i absolutnej.

Na zachodzie bez zmian. W Wielkiej Brytanii zrobiło się ciepło. Ludzie zwani obywatelami wylegli masowo na ulice, ruszyli na place, miejsca zabaw, do galerii handlowych, aby odetchnąć świeżym powietrzem, pojeździć na wrotkach i pospadać z betonowych ramp, gdzie ćwiczą.

– Takie uderzenie o beton dobrze mi robi. Potrzeba mi wstrząsu mózgu od czasu do czasu bo inaczej życie jest nudne – wyjaśnił w telewizji młodzieniec, pseudonim Lumbago, celebryta mimo młodego wieku. Jest mistrzem w jeździe na wrotkach.

– Jeżdżę na wrotkach tylko po twardej powierzchni, poręczach, schodach i kamieniach. Mnie nawet wirus nie dogoni. Taki jestem szybki – przechwala się. Wiele osób mu wierzy, młodzież w szczególności.

Coraz więcej ludzi zachowuje się naturalnie. To są ci idący z prądem czasu.

– Idziemy tam, dokąd zmierza wirus. Wirus wychodzi na ulice, my wychodzimy razem z nim, pojawia się w parku, my razem z nim, pojawia się w centrum handlowym, tam też mu towarzyszymy. Nic nas nie wystraszy. Nikt nie będzie nam mówić, co robić a czego nie robić, ostrzegać, zakazywać.

W parku nad Tamizą wielki tłum zamienił się w chór. Dyryguje się sam, spontanicznie. Śpiewa pieśni rewolucyjne, religijne i buntownicze. Zaczyna od „Boże, chroń króla albo królową, w zależności od tego, kto jest na tronie”, następnie międzynarodową pieśń o wielkiej pożodze „My ze spalonych miast, my z głodujących wsi, my zbuntowani”. Pieśń znajduje odzwierciedlenie w podziale chóru na trzy grupy: miasto, wieś i reszta, czyli zbuntowani. 

Brytyjczycy zawsze dawali przykład inicjatywy i przedsiębiorczości.

– Kiedyś mieliśmy Imperium, wczoraj mieliśmy Brexit, dzisiaj mamy wolność konfrontacji z Wirusem YZ na wolnym powietrzu – słychać na ulicach.

Na Zachodzie bez zmian. Jest to film uwspółcześniony, pokazujący to, co żywe i znaczące. Idzie wszędzie, choć kina są pozamykane. Nie przeszkadza to niczemu, bo można go wyświetlać na murach, ścianach domów, plandekach zwisających z wielkich ciężarówek, nawet prześcieradłach. Potrzebna jest tylko taśma z nagraniem i silna latarka z przełącznikami: start, muzyka, komentarz, stop.

W Niemczech mężczyzna o wyraźnym podbródku lizał biletomat w tramwaju. Uznano go za oryginała. Podbródek miał świadczyć o jego silnej woli. Ludzie oklaskiwali go, choć sami nie zdecydowali się lizać. Pytano go, dlaczego to robi.

– Chcę upowszechnić wirusa. Kocham go. Kiedyś kochałem kobiety, potem mężczyzn, potem – co tu będę oszukiwać – sam sobie sprawiałem przyjemność. Dzisiaj kocham Wirusa YZ – powtórzył i chlasnął językiem po biletomacie, potem zrobił to samo kilkakrotnie z uchwytami do trzymania się w czasie jazdy. Mężczyzna rozglądał się, szukając wzrokiem metalowych przedmiotów w pobliżu. Nie było niczego, oprócz panelu kierowniczego, ale ten był zamknięty na kłódkę.

– Dajcie mi więcej metalu. Lubię jego chłód. Wirus trzyma się go najdłużej – wołał, ale nikt mu nie pomógł. Ludzie stali się nieczuli.

Po incydencie samotnego artysty zaczęto zastanawiać się, czy nie stworzyć listy miłośników Wirusa YZ zapisując na niej, włącznie z adresami i numerami telefonów, osoby wyróżniające się sposobem myślenia i zachowania w stosunku do wirusa. Reakcja społeczeństwa była pozytywna. Pojawiło się wezwanie, aby rząd stworzył fundusz poparcia dla kulturalnych inicjatyw społecznych wyłaniających się w okresie wielkich epidemii. W Internecie zbierane są podpisy.

Odc. 6

W kraju rodzi się nowa fala aktywności społecznej pod hasłem „Naprzód mimo wirusa”. Rzecz jest poważna. Okazuje się, że wirus jest bez znaczenia w sprawach najważniejszych. W telewizji publicznej znowu ukazał się siwy człowiek. Może nawet był to jego duch, bo wyglądał raczej smutno. Różnie go nazywają: Namiestnik, Dobroczyńca, Kurdu. On sam nie wypowiada się, czy te ksywy mu się podobają czy nie, więc ludzie się tylko domyślają. Jedni mówią, że tak, inni że nie, Inni zadają pytanie: Czy to takie ważne?

Na ekranie telewizora Namiestnik miał przylizane włosy. Na świeżym powietrzu widziano go z bardziej rozwichrzonymi. Ręce trzymał splecione ze sobą, aby nie rozbiegły się po stole. Prawą dłoń unosił od czasu do czasu do góry, powolutku, prawdopodobnie po to, aby nią walnąć w razie potrzeby i zaskoczyć wszystkich. Obywatele lubią  mocne gesty. Mówił powoli. Stwarzał wrażenie, że nie jest mu łatwo myśleć, ale jeszcze ciężej jest nie myśleć. Mówił o wybieraniu i to już niedługo bo w maju. Alfero domyśla się, że prawdopodobnie chodziło mu o wybór dobra nad złem. Nie był jednak tego pewny. Tak czy inaczej starszy pan zachęcał do udziału w jakichś wyborach. W końcu przemówienia rzucił hasło. Było mocne, choć wypowiedziane nieco słabowitym głosem. Był chyba głodny; w każdym razie nie wyglądał na przejedzonego.

– Idźcie na wybory. Macie szansę wybrać najlepszego kandydata dla kraju a równocześnie koronawirusa dla siebie i dla rodziny. To niezwykła okazja. Ja sam nie pójdę głosować, bo urnę wyborczą na jeden głos przywiozą mi do domu. Mam skromne wymagania, a chodzić specjalnie nie lubię. W życiu już dosyć się nachodziłem. Mam swoje lata i nie przesadzam, zwłaszcza że obecnie nie wolno wychodzić z domu.

Ludzie bardzo go podziwiają za jego pomysły i inicjatywy. Klika lat wcześniej zaczął wskrzeszać postępową organizację społeczną „Folwark Zwierzęcy im. George’a Orwella”. Podobno idzie mu nieźle.

W czasie wystąpienia telewizyjnego Namiestnik zachęcał do odważnych działań powołując się na prawa wyższego rzędu. 

– Postępujcie zgodnie z rozrządzeniami rządu, podkreślił, bo prawo jest najważniejsze. Sam te rozporządzenia redagowałem, więc wiem najlepiej, co dobre, a co złe. Jestem osobą głęboko wierzącą. Możecie mi więc wierzyć. W końcu chodzi o wybór najlepszego kandydata. Jest ich wielu, ale tylko jeden jest najlepszy. Sami musicie się domyślić, który to jest i jak wygląda. Ja też nie wiem, domyślam się tylko, że to może być ten rumiany na twarzy i rozważnie żonaty. Rumieńce na policzkach i piękna żona to dzisiaj majątek. Rzucam więc hasło „ Idźcie i wybierzcie”. Taka jest logika czasu, że musimy głosować mimo zakazu gromadzenia się, a nawet wychodzenia z domu. Nie musicie się martwić, że popełniacie grzech. Znam pewnego bardzo wpływowego księdza, to za niewielką opłatą zwolni was od winy. Może nawet zrobi to za darmo, jak z nim pogadam. To mój kolega z seminarium duchownego. Znaczy się, ja tam nie studiowałem, ale byłem raz na korytarzu i tam go poznałem. Siedział samotnie przy stoliku pod palmą i pił kawę, więc się przysiadłem, aby nie było mu smutno. 

Namiestnik długo jeszcze przemawiał. Wydobywał z siebie ciepły usypiający głos. Zrobiło się późno, ludzi poczuli się szczęśliwi, bo ich usypiał. Chyba to dostrzegł, bo zdecydował się zakończyć wystąpienie. Złożył obietnicę.

– Będę występować w telewizji w programie wieczornym, aby was uspokajać, że w dobie panoszącego się wirusa wszystko jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Będę też zachęcać was do chodzenia do kościoła i głosowania, ale tylko w słusznej sprawie. Nie gromadźcie się w żadnym miejscu w liczbie większej niż jeden, bo to niebezpieczne, oczywiście z wyjątkiem urn wyborczych. Wyraz „urna” brzmi dobrze i dobrze się kojarzy. 

Po pokrzepieniu się kilkoma łykami wody, namiestnik przyśpieszył.

– Czuję w sobie misjonarskiego ducha. To rodzinne. To nawoływanie do czynienia dobra. Mój dziadek był taki, moja babka była taka, cała moja rodzina była taka. W przyszłości, oprócz przekazywania treści patriotycznych i religijnych, będę też mówić o zasadach, jak dobrze i mądrze żyć. Najlepiej za państwowe pieniądze, bo wiadomo, że jest to pieniądz czysty, a nie z pralni brudnych pieniędzy. Ludzie lubią mnie słuchać, bo mówię o sprawach ważnych, o kraju mlekiem i miodem płynącym. Nie to, co mój poprzednik, ten burak, złodziej i cham. Wybaczcie mi, że się uniosłem, ale to w słusznej sprawie.

Odc. 7

W telewizji trwały debaty. Stała się ona centrum wymiany poglądów w czasach wielkiej zarazy i samotności. Uwaga społeczeństwa zawisła na ustach analityków, doradców i ekspertów, od których oczekiwano odpowiedzi na trudne pytania: – Co dalej? Jak rozumieć to, co się dzieje? Dokąd zmierzamy?

W budynkach stacji telewizyjnych co chwila pojawiali się eksperci od spraw wirusa, zdrowia, gospodarki, religii, filozofii, a nawet sztucznego mózgu zdolnego do gry w pokera za małe pieniądze. Korytarzami przewalały się tłumy wchodzących i wychodzących ekspertów, wśród których zdarzali się nawet prorocy i zbawiciele. Zapraszano tylko największe autorytety.

– Magister u nas nic już nie znaczy. Zapraszamy od doktora nauk wzwyż– wyjaśniała przed kamerą reporterka telewizyjna.

W pomieszczeniach stacji telewizyjnych panowały prawdziwe upały mimo chłodu na zewnątrz. Na początku podejrzewano o sabotaż palaczy kotłowni, którzy czuli się pokrzywdzeni, ponieważ mówiąc o wirusie nikt nie wspomniał o nich nawet marnym słowem.

– A przecież mamy swoją godność – argumentowali, myśląc o pracy z szuflą i węglem.

Dochodzenie wykazało, że przyczyną wysokiej temperatury były kamery telewizyjne grzejące się od ciągłej pracy.

– U nas wirus nie ma najmniejszej szansy, w tym upale zdechłby jak marny robak – żartował operator kamery telewizyjnej, stojący na stanowisku pracy trzeci dzień z kolei z powodu choroby zmiennika. Były to tylko pozory łagodności; w jego otwartych ustach ukazały się kły wściekłości.

Alfero oglądał telewizję w ograniczonym zakresie. Szybko przesuwające się obrazy, reklamy, dwa rzędy pasków informacyjnych, słowa osób biorących udział w dyskusjach na temat wirusa, cały ten szum medialny tak działał mu na nerwy, że drżały mu nogi i rwały się, aby komuś dokopać.

Były też inne przyczyny. Zdenerwowało go pokazanie w telewizji filozofa, historyka idei, i pytanie go o sprawy gospodarcze, o wpływ wirusa na gospodarkę i społeczeństwo. Profesorowi, żyjącemu od lat na odludziu w lesie razem z trzema psami i dwoma kotami, dano do rozwiązania węzeł gordyjski tematów zjadliwych jak kłębowisko żmij.

– Przydałby mi się Aleksander Wielki, aby rozciął ten węzeł – nerwowo myślał profesor zanim podjął wyjaśnienia, jakie przyszły mu przypadkiem do głowy. Wiedział, że nikogo nimi nie przekona, musiał jednak ratować honor własny, profesury i osób żyjących na uboczu. Nic nie powiedzieć albo przyznać się, że niewiele wie na obcy mu temat uznał za niedopuszczalne.

– Nie tędy droga – wołali zdegustowani widzowie i słuchacze.

Alfero słyszał ich głosy i postanowił zrobić coś w tej sprawie. Czuł, że ma wiele do zaoferowania ze swojej wiedzy i przemyśleń.

W rozmowie telefonicznej z Erazmem, szczęśliwie odnalezionym kolegą z okresu studiów nad człowieczeństwem wspieranym tanią stołówką studencką i akademikiem, Alfero poruszył sprawę wiedzy i charakteru. Mówił z przekonaniem, stwarzając wrażenie człowieka porażonego pasją dobroczynnego dokształcania społeczeństwa.

– Nocą miałem sen. To wtedy przyszło do mnie natchnienie. Śniło mi się, że stoję na wysokim słupie, tym samym, z którego w starożytności przemawiał Szymon Słupnik Starszy. Ten słup mnie zmotywował. Przychodzili pod niego pielgrzymi z Arabii, Persji i Rzymu, aby słuchać kazań Szymona i prosić go o nauki, rady i modlitwę wstawienniczą. Z wysokości tego wspaniałego obiektu dojrzałem sekwencję spraw  najważniejszych w dobie wielkich zagrożeń. Nazwałem ją świętą trójcą współczesnego człowieka. Są to: Wirus YZ, wisząca nad nami recesja gospodarcza oraz sukcesja władzy.

– Wirus i jego zabójcza siła to wielka tragedia – kontynuował Alfero – ale przeminie ona dosyć szybko. To kwestia tygodni, może miesiąca lub dwóch. A nawet jeśli nie przeminie całkowicie, to osłabi się znacząco. Wtedy, nawet wcześniej, pojawi się coś straszniejszego i długofalowego, co nie zniknie po kilku tygodniach. Będzie to recesja gospodarcza na niespotykaną skalę, bankructwo tysięcy firm, utrata dochodów przez miliony ludzi. W odróżnieniu od wirusa, kiedy śmierć jednego człowieka nie pociąga za sobą śmierci innego człowieka, w recesji gospodarczej upadek jednej firmy pociąga za sobą fatalne konsekwencje dla wielu podmiotów: pracowników, którzy wylądują na bruku, dostawców, którym bankrut nie zapłaci długów, skarbu państw, do którego nie trafią podatki, banki – którym upadła firma nie zwróci pożyczonych pieniędzy. To jeden wielki strumień wzajemnie powiązanych nieszczęść.

Wypowiedź wyczerpała Alfero; nie miał już chęci rozwodzić się nad trzecim wyzwaniem – sukcesją władzy; jaka będzie następna władza.

– Recesja gospodarcza oznaczać będzie wielki kryzys społeczny. Także polityczny. Co stanie się z obecnie rządzącymi partiami i ludźmi, to wielki temat.

Alfero czuł w sobie ogień niegłębionych pragnień ulepszenia świata. Pomyślał, że jest to ten sam żywioł, jaki trawi Namiestnika.

– Mamy chyba podobne paleniska i korzystamy w podobnego paliwa. Nie mogę jednak porównywać się z tym niezwykłym człowiekiem. On działa na nieporównywalnie większa skalę, pociągając sznurki sterujące ludźmi władzy. Ja tylko myślę, piszę i wygłaszam poglądy. Jeśli chodzi o sznurki, to mogę jedynie pociągać w pamięci za linkę w do spuszczania wody w zdezelowanej kolejowej toalecie.

Prymitywna toaleta przypomniała Alfero jego młodość w latach sojuszu robotniczo-chłopskiego i partii stanowiącej przewodnią siłę narodu. Były to zjawiska równie naturalne jak krzyżówka dwugarbnego wielbłąda z odporną na mrozy jabłonką wielkiego Iwana Miczurina.

Odc. 8

W okresie nasilającej się epidemii wirusa Alfero chętnie przedstawiał swoje poglądy na ten temat. Jego przemówienia miały charakter wizji.

– Przewiduję, drodzy obywatele, kobiety, mężczyźni i wy, trzecia kategorio osób nieokreślonych, rozproszonych i zagubionych, że staniemy przed kolejnymi wielkimi wyzwaniami. Każde z nich będzie miało kształt drzewka, na którym będzie można zawieszać owoce lub robaki, które będą je żarły. Drzewkami opiekować się będą fenomeni.

Nie było łatwo domyśleć się, co miał na myśli. Podejrzewano, że wysłał go rząd dla zmylenia przeciwnika politycznego. Coś w tym jednak było, ponieważ rzeczywiście pojawili się fenomeni. Pierwszym okazał się Namiestnik Kurdu. Jego zwolennicy okrzyknęli go jasnowidzem. On jeden bezbłędnie typował, co się stanie, kto wygra, a kto przegra, kto zostanie aresztowany, a kto wyróżniony kosmiczną pensją lub astronomiczną odprawą już po czterech miesiącach pracy. To robiło mu renomę i przyciągało do niego rzesze ludzi ambitnych pragnących realizować przyśpieszoną karierę zawodową i zasłużyć się dla kraju.

Namiestnik śnił się ludziom po nocach. Widziano go, siwego, dojrzałego męża,  idącego równym krokiem przez pola, łąki i lasy do celu, który tylko jemu był znany. Nazywano go Feniksem wyrosłym z popiołów oraz pomnikiem jeszcze nie zbudowanym a już widocznym na horyzoncie. Pisano na jego cześć poezje, wygłaszano hymny pochwalne, organizowano festyny. Kluby wioślarzy chwaliły go za to, że umie płynąć pod prąd, a krajowe zrzeszenie grabarzy, że zmierza do celu po trupach.

– Nie widzimy w tym nic specjalnego – twierdzili spokojnie, kiedy zwykli ludzie oburzali się na deptanie świętości. – Nieboszczyk nie przedstawia wartości materialnej ani finansowej, co najwyżej wartość uczuciową.

Psychiatrzy i psychologowie z kolei dostrzegli w Namiestniku autentyczny talent wyzwalania ludzi od bólu, niepokoju i gniewu. Cytowano jego słowa:

– Nie powodzi ci się dobrze, nie dorobiłeś się domu czy dużego samochodu, jesteś alkoholikiem, to może to tylko znaczyć, że ktoś jest za to odpowiedzialny i ja pomogę ci go znaleźć.

Przenosząc niezadowolenie za swoją sytuację na innych ludzi Namiestnik uwalniał obywateli z bólu i niepokoju. Całowano go za to po rękach, szczególnie ludzie prości i wierzący w cuda. W małych miejscowościach i na wsiach mieszkańcy chłonęli słowa Namiestnika jak pożywienie.

–  Jego święte słowa to nasz pokarm, odżywiamy się nimi. Im więcej mówi, tym lepiej, bo mniej wydajemy w sklepie. Zawsze to taniej. No i wygodniej w czasach tego cholernego wirusa.

– A co pan sądzi o poglądach Namiestnika? – zapytano kiedyś zwolennika Namiestnika.

– Czy ja muszę coś sądzić w ogóle? Wystarczy, że go słucham. To nasz guru, prorok i źródło mądrości. Wystarczy, że on myśli za nas. Ktoś to musi robić.

W telewizji wystąpił premier Chudy i też chwalił Namiestnika. Ktoś podpatrzył, że nosił jego medalion na piersiach i całował w wolnych chwilach. Zapytany o to, odpowiedział z przekonaniem.

– Inni czytaj książki, a ja całuję medalion. Namiestnik to także mój dobroczyńca.

Pytany o ilość testów przeprowadzanych na Wirusa YZ i ich wpływ na statystyki, wyjaśniał.

– Sprawa testów i statystyk zachorowań jest złożona, piekielnie złożona. Nie każdy prosty umysł to pojmie. Na szczęście mnie i mojemu rządowi nie brakuje intelektualnego potencjału i zdolności mówienia prawdy – premier wypiął pierś z dumą, widać było jak napinają się guziki na piersi, po czym kontynuował.

Nie możemy robić za dużo testów, ponieważ testowanie po prostu osłabia i dezorientuje obywateli. Im więcej ludzi dowiaduje się, że są zarażeni wirusem, tym gorzej dla nich. Mogliby żyć sobie w niewiedzy i spokoju, a tu masz babo pasztet! To dlatego nie robimy więcej testów, choć moglibyśmy. To dla dobra społeczeństwa.

Odc. 9

W końcu marca spadł śnieg. Zrobiło się jeszcze ciszej. Premier nie spał całą noc. Ciążyło mu poczucie obowiązków wobec partii i społeczeństwa w związku z bezczelnie panoszącym się Wirusem YZ. Nie mógł zasnąć, obmyślał plany. Rano obudził się z podkrążonymi oczami, bledszy niż Dziewica Orleańska na obrazie pijanego malarza El Cardulo. Ostry nos premiera rzucał jeszcze ostrzejszy cień. Mężczyzna był w wisielczym humorze.

– Chyba mógłby służyć za wskazówkę zegara słonecznego – mruknął do kota. Zwierzę popatrzyło na niego spode łba. Na niego też działała atmosfera niepewności i strachu. 

– Mówią, że mój nos jest wyostrzony od kłamstwa. A to po prostu zmartwienia – pocieszył się premier.

Kłamstwa mu nie ciążyły, bo musiał tak postępować. Takie reguły obwiązywały w organizacji. Regularnie spowiadał się, dawał też w kościele na ofiarę i wznosił oczy do nieba. To go ratowało przed utratą poczucia własnej wartości.

Sytuacja była trudna, stawała się coraz trudniejsza a dnia na dzień. Ilość zachorowań i ofiar śmiertelnych rosła lawinowo mimo drastycznych środków podejmowanych przez rząd, różne organizacje i obywateli. Wirus YZ szalał niby pijany wiatr po ulicach dopadając tych, którzy nierozważnie znaleźli mu się na drodze. Dopadał w domach, w podróży, choć mało kto podróżował, na służbie, w nielicznych środkach lokomocji. Drwił sobie z ludzkiej ostrożności. 

Narada w gabinecie premiera rozpoczęła się o godzinie dziesiątej rano. Wnętrze oddawało atmosferę panującą w kraju. Sekretarka ustawiła czarne kwiaty w dwóch wazonach i włączyła cichą muzykę. Grano marsz żałobny, wykonanie stłumione oddechami ludzi uciekających przed nieszczęściem. Premier wyraźnie je słyszał. Mimo to marsz podobał mu się. Niektórzy ministrowie wybijali takt nogami, inni palcami ręki. Stali już w szeregu na baczność, kiedy wszedł premier. Witał się z każdym serdecznym uściskiem dłoni. Zbliżając się do swego miejsca wyjaśnił.

– Obowiązuje powszechny zakaz zgromadzeń, ale nas to nie dotyczy. Jesteśmy awangardą narodu. Jesteśmy chronieni bardziej niż ktokolwiek inny, bo jesteśmy ważni. Mamy oczywiście problem. Jest to zagadka z trzema niewiadomymi: Jak zachowa się wirus? Jak zachowa się społeczeństwo? jak zachowa się świat? Czwarta niewiadoma to my sami. Też nie wiemy, jak się zachowamy. Co jest dla nas największym zagrożeniem? – Liczył na twórcze wypowiedzi.

Wszyscy patrzyli na niego. MinSpra obserwował wyzywająco członków gabinetu. Nie znali odpowiedzi, on ją znał. Był pewny swego. Trwało milczenie. Zastanowił się dlaczego. Dopiero po chwili zorientował się, że czekają na niego. Odczuł satysfakcję, że tym razem to on jest najważniejszy. Nie MinZdro, nie MinFin, nawet nie sam premier, tylko on, minister sprawiedliwości. Włączył się ze swoim wytłumaczeniem.

– Zabić nas może tylko szpitalnictwo; zbyt mała ilość miejsc w szpitalach, zbyt mało sprzętu. Lekarze czują się zagrożeni, uważają, że mają za mało masek, gogli, kombinezonów ochronnych, wszystkiego. Jeśli w szpitalach będzie nawet dwadzieścia tysięcy miejsc, a ilość osób zarażonych tym cholernym wirusem czterdzieści tysięcy, to co wtedy? Wtedy zechcą nas ukrzyżować jak Chrystusa.

– Módlmy się bracia i siostry, aby do tego nie doszło – pomyślał premier Chudy. Zadrżał wewnętrznie. Wiedział, że poszedłby pod sąd, gdyby sprawy potoczyły się niepomyślnie. Nie tylko za wirusa i szpitale, ale za inne sprawy. Za afery, jakie rządowi udało się ukryć, nie dopuszczając do prokuratury czy sądu. Nawet do dyskusji w parlamencie, nie mówiąc o otwartej dyskusji publicznej.

Premier poczuł się niepewnie. W gardle mu zaschło. Myślał intensywnie.

– Wtedy władza przeszłaby w ręce opozycji, a my stalibyśmy się ofiarami. Zobaczył siebie na wygnaniu, w dziurze zabitej dechami, w jurcie na pograniczu Pustyni Gobi, z kawałkiem suszonej koniny w lewej ręce i szklanką kumysu w prawej. Wstrząsnęło nim.

– Dosyć – powiedział głośno. Nie poznał swego głosu. Brzmiał jakoś chrapliwie. Dosyć myślenia. Wypowiadajcie się, co należy zrobić. Scenariusz numer sześć, ten ostatni, nie jest niezmienny. Mówcie, jakie macie pomysły. Wszyscy jedziemy na jednym wozie i wolałbym, aby opozycja lub ktoś inny nie włożył nam kija w szprychy.

Dyskusja trwała do wieczora. Premier zamówił pizzę. Nikt nie usiłował wymówić się, aby wyjść wcześniej. W pewnym momencie padło pytanie, czy można uśmiercić wirusa. Pojawiły się złe skojarzenia. Rozmowa zeszła na historię upadku monarchii, gilotyny i stryczka na szyi. W sali powiało chłodem. MinSpra rozejrzał się. Miał dobry dzień. Podszedł do okna i zamknął je z trzaskiem. Zrobił to celowo, aby wystraszyć ludzi. Okazał brutalność.

– To chłód od przeciągu. – Wyjaśnił. – Nie martwcie się. Poradzimy sobie. Zawsze radziliśmy sobie. Członkowie gabinetu premiera poczuli się raźniej. Premier upewnił się w przekonaniu, że ma rywala. Przestał o tym myśleć, bo miał na głowie przemówienie wczesnym popołudniem.

Odc. 10

Premier przemawiał na Placu Ostatniego Ratunku. Sam wybrał to miejsce, uważał, że jest symboliczne, że w dobie wielkiej epidemii Bóg go tutaj wysłucha i szybko zakończy epidemię. Miejsce było bezpieczne. Ludzi przed nim nie było. Przemawiał publicznie na otwartej przestrzeni tylko po to, aby nadać powagi swoim słowom. Specjaliści od mediów dodadzą tło. Nie był to jego pomysł, polecenie przyszło z góry. Nie mógł przecież sprzeciwić się.

Czuł, że mimo wysiłków, jakie podejmuje jego rząd społeczeństwo oceni go negatywnie. Opozycja stale mu coś zarzucała. Przede wszytkom skąpienia pieniędzy na ochronę służby zdrowia w czasie epidemii, na niekorzystanie ze środków Unii Kontynentalnej. Sytuacja z Unią była skomplikowana; raz mówił o niej źle, innym razem pozytywnie. Sam już się w tym gubił, czy są dobroczyńcami czy też wrogami krępującymi jego kraj. Namiestnik ciągnął Unię w dół, jemu nie pozostawało nic innego jak iść w jego ślady.

Bał się, że nie podoła wszystkim oczekiwaniom Namiestnika. To była ręka, która go karmiła. Nie mógł jej uszczypnąć nawet drobną uwagą, że ma inny pogląd.

– Wszyscy kłamiemy, to i ja muszę. – Powtarzał to sobie, stale wracając do tego samego punktu wyjścia.

W trakcie przemówienia używał słów człowieka wykształconego, aby zaimponować swoją wiedzą. Uważał, że i tak niewiele osób rozumie sprawy budżetowe i jak pracuje rząd. Nie miał pewności, jak przyjmą jego przemówienie. Mówił powoli i wyraźnie: Wyciągnęliśmy przesłanki. Będziemy uważnie obserwować. Zrobimy wszystko. Zagadnienia o charterze fiskalnym. Globalny kryzys. W sumie jest sześć rodzajów kryzysu. Wymienił je po kolei.

Ludzie słuchali go z uwagą, bo mówił o pomocy dla firm, przedsiębiorców i pracowników. Był z siebie zadowolony, mówił tak, aby powiedzieć jak najmniej i aby można to było w razie potrzeby odwołać lub inaczej zinterpretować To był styl jego formacji politycznej. W okresie napięcia takiego jak epidemia była to ważna taktyka: mówić tak, aby nie powiedzieć za dużo i aby zrobić ludziom wodę z mózgu. Nie za wiele oczywiście, tylko tyle, aby myśleli o wirusie, a nie o skuteczności pracy rządu i środkach jakie podejmuje. W końcu powiedział: otulina gospodarcza, stawiamy na scenariusz, przyjmujemy założenie.

Miał przekonanie, że z jego słów wieje otucha, a nawet powiew odległego zwycięstwa. Wzmocnił się w swojej determinacji walki z wirusem i walki o utrzymanie władzy. Był pewien, że kiedy kryzys zdrowotny będzie ustępować, rozpacznie się bezwzględna walka o władzę w jego własnym obozie.

Wyjął telefon i wybrał numer. Kiedy usłyszał męski głos, wyprostował się, mimo woli przybierając postawę na baczność. Słuchał uważnie każdego słowa. Odpowiadał, pilnując się, aby nie zaprzeczyć. Dopiero pod koniec rozmowy, wtórując rozmówcy, potwierdził:

– Tak, rozumiem. To pierwsza i najważniejsza sprawa. Nie dopuścić opozycji do głosu. Niech mówią, krytykują i przedstawiają poprawki do naszych propozycji. Będziemy ich ignorować. Obiecuję.

Odc. 11 

Pierwszego dnia kwietnia wszystko układało się Namiestnikowi nie tak, jak trzeba. Wydawało mu się, że martwe przedmioty nabrały własnego życia i przeciwstawiały mu się.

– Stają dęba jak ten pajacowaty … – Nie dokończył myśli nie chcąc pognębiać się jeszcze bardziej myślą o człowieku, któremu zapewnił awans życiowy, o jakim by nawet nie marzył. Nie znosił oporu z jego strony, tych nieoczekiwanych głupich zagrań jakby dla demonstracji, że może się uniezależnić.

Jedzenie kleiło się Namiestnikowi do łyżki, a potem do podniebienia. Herbata wypełniająca kubek do połowy, ni z tego ni z owego rozlewała się na obrus. Kiedy gospodyni mu powiedziała, że rozsypał w kuchni cukier na podłodze, uwierzył jej bez chwili wahania. Tylko częściowo zaakceptował kaprysy losu, kiedy mu przypominała, że to prima aprilis. Czuł, że się starzeje i nie jest już taki sprawny i bystry jak niegdyś. To go coraz bardziej gnębiło.

Zły na siebie i na świat, postanowił odegrać się na kimś lub na czymś. Musiał gdzieś rozładować złe przeżycia. Postanowił zwołać naradę. Zastanawiał się nad godziną, w końcu ustalił godzinę trzynastą. Miał w planie to spotkanie, ale wcześniej nie określił dnia. Zrobił to teraz.

Zasadniczo narad w swoim domu nie urządzał. Ta była pierwsza, od kiedy pojawił się wirus i zrobiło się groźnie. Wirus szalał prawie bez zahamowań. Namiestnik czuł się o tyle bezpiecznie, że ludzie którzy mieli do niego przyjechać regularnie poddawani byli testom, czy nie są zakażeni wirusem. Nawet gdyby stało się nieszczęście, to i tak mieli zapewnioną natychmiastową opiekę szpitalną. Rząd dysponował własną pulą łóżek i niezbędnego wyposażenia.

– Ostatecznie jesteśmy grupą ludzi decydujących o wszystkim. „Ja to państwo” oraz „rząd się zawsze wyżywi” – Namiestnik przypomniał sobie stare powiedzenia. W jego wypadku były prawdziwe. Był jedynowładcą, dysponując wszystkim, czym dysponowało państwo.

Spojrzał przez okno. Pogoda nie była specjalna, ale też i nie najgorsza.

– Jakie to zresztą ma znaczenie ? – niepotrzebnie zadał sobie to pytanie.

Wiedział, że wszyscy przyjadą bez względu na porę dnia i okoliczności, czy był to dzień czy noc. W nocy starał się nie urządzać spotkań. Współpracujących z nim ludzi urobił sobie i podporządkował. O to mu chodziło – społeczeństwo podległe jego woli. Nie dopuszczał do władzy osób, które wykazywały zbyt wielką samodzielność i zdolność niezależnego myślenia, a już nie daj Boże byli skłonni przeciwstawić mu się. Poczuł się panem życia i śmierci.

– Kiedyś do tego dojdzie – mruknął do siebie pod nosem,

Patrząc w lustro przy goleniu zobaczył potwierdzenie wszystkiego, o czym myślał w swoich oczach. Były zimne i zdecydowane. W łazience zachowywał się swobodnie. Nikt go nie widział i nie słyszał, mógł być całkowicie sobą. W głowie poczuł charakterystyczną blokadę, coś jak twardy kłąb waty, niejasne przeżycia i wspomnienia z przeszłości. Znał to uczucie. To coś budziło w nim bezwzględność i nieoglądanie się na innych.

Godzinę przed naradą usiadł w fotelu i zaczął myśleć, czy nie powinien zwiększyć swego bezpieczeństwa. Wyobrażał sobie, co i jak można by poprawić. Nowoczesne technologie. Wszystko było możliwe. Myślał o Chinach. Byli najbardziej zorganizowani, władza praktycznie w jednym ręku. Tylko gigantycznie większe środki materialne i finansowe. Chiny to potęga.

Myślał, co mógłby zmienić w samym domu. Zamienić go w twierdzę nie do pokonania. Wszystko szyfrowane: zamki drzwi, nawet płyty chodnikowe przesyłające sygnały, kiedy ktoś idzie po nich. Miał obsesję bezpieczeństwa. Wiedzil o tym ale był z tego zadowlony. Nadzwyczajne środki ostrożności były konieczne i nieuniknione. Jestem namiestnikiem dużego kraju, jestem zbyt cenny, aby cokolwiek mi się stało, a zło nie śpi.

Znowu popatrzył przez okno. Wyobraził sobie, jak osoba wysiadająca z podjeżdżającego samochodu wchodzi bezpośrednio do rękawa, takiego samego jak na lotniskach, przez który pasażerowie przechodzą z samolotu do hali lotniska.

– Myśleliśmy o budowie podkopu – powiedział mu kiedyś specjalista od bezpieczeństwa. Namiestnik nie potraktował tego poważnie. – Samochód zatrzymuje się przed pańskim domem, pod samochodem jest właz do tunelu, pasażer schodzi do włazu i przechodzi podziemnym tunelem do pańskiego domu.

Kurdu oderwał się od tego pomysłu. Był zbyt prymitywny w dobie sztucznej inteligencji, masowej inwigilacji i służb specjalnych dysponujących odpowiednimi środkami technologicznymi, pieniędzmi i ludźmi.

Odc 12

W przewidywaniu, że fala epidemii w końcu przewali się przez kraj, rząd sporządził rejestr strat i zysków. Była to praktyka wprowadzona przez Namiestnika.

– Nie ma takiej sytuacji, nawet najgorszej, kiedy oprócz strat nie doliczymy się zysków. Ludzie niech sobie patrzą na straty, to jest normalne, my patrzmy także, jakie mamy lub możemy mieć z tego zyski. Niektórzy mogą powiedzieć, że to cynizm. Nie zgadzam się z tak pesymistycznym poglądem. Dla mnie to czysta matematyka, a ta jak wiadomo jest obiektywna czyli neutralna, ani dobra ani zła. Ważne są statystyki, abyśmy wiedzieli na czym stoimy. Wszyscy wiemy, że musimy stać na gruncie twardszym niż beton, bo tylko my jedyni jesteśmy ostoją demokracji i dobrobytu. Dlatego musimy porozmawiać też o zbliżających się wyborach, które dają nam wielką szansę na lepsze jutro.

Na naradzie premier i MinZdro przedstawiali statystyki na tablicach: zakażeni, ilu zmarło, nowe zakażenia, ilość osób w szpitalach, na kwarantannie i objętych nadzorem. Zaczął MinZdro, blady, zmęczony, ale pełen pozytywnej determinacji.

– Nie podajemy tylko liczby osób, które wyzdrowiały z wirusa. Są one tak liczne, że aż mnie to oszałamia. Nie podajemy tych statystyk, aby nie stwarzać wrażenia, że więcej osób zdrowieje niż choruje, bo taki właśnie wyłania się obraz. Jestem pełen ostrożnego optymizmu.

– A jakie zyski? – zwrócił się do premiera MinWew, odpowiedzialny za rozpędzanie zgromadzeń przekraczających dwadzieścia osób.

– Wyjaśnię to za chwilę, bo teraz muszę pilnie pozdrowić naszych ukochanych obywateli, naszego suwerena, aby Bóg miał go w niezmiennie w swojej opiece – premier odwrócił się do czekającej na niego kamery i podziękował wylewnie widzom za uwagę. Wyraził nadzieję, że wszystko ułoży się szczęśliwie, dziękował za zrozumienie i obywatelską postawę.

– Muszę szczerze powiedzieć, że nikt tak serdecznie nie zajmował się wami, siłą przewodnią narodu, jak nasz rząd. My wszyscy tutaj pracujemy dla was, obywateli naszego ukochanego kraju, osób starych i młodych, samotnych i niesamotnych matek, wiernych widzów nasze stacji telewizyjne, osób wierzących i niewierzących. Nie zapominamy o nikim, nawet o tak drobnych grupach jak wodzireje, bywalcy kin czy radiowcy i gołębiarze.

Na pytanie, ile konkretnie kombinezonów, masek, obuwia ochronnego i podobnego sprzętu zamówiono dla lekarzy i pozostałego personelu medycznego w szpitalach, premier uśmiechnął się, że pytają go o tak proste i oczywiste sprawy. Mówił z pamięci i to imponowało. Sam nawet krótko podziwiał siebie, że wykazuje tyle energii, pamięci i entuzjazmu poświęcając się sprawie ratowania obywateli przed wirusem.

– Zadbaliśmy o wszystko. MinReze, minister rezerw, wszystko skrupulatnie liczy, ewidencjonuje, rozdziela, dystrybuuje, zamawia a nawet antycypuje. Aprowizacja to jest to słowo. W aprowizacji szpitali jesteśmy dużo lepsi niż inne kraje, nawet te najbogatsze. Uczestniczyłam dzisiaj w telekonferencji z siedmioma innymi premierami. Rozmawiamy bardzo serdecznie i szczerze wymieniamy się poglądami. My, jako kraj, wypadamy najlepiej w Europie. Przodujemy, mamy najlepsze metody, inni biorą nas za przykład. Tak się cieszę! Tak się cieszę! – krzyknął i schwycił za ręce swoich najbliższych dwóch współpracowników.

– Jemu chyba też padło na rozum – komentowali widzowie w telewizji. Jak tak można ściskać się publicznie, kiedy wirus czyha nawet w rękawie niewinnej sieroty.

– Co ty robisz? – zaniepokoił się MinSpra. Przecież nie wolno dotykać się rękami.

– Daj spokój. To nas największy zysk. Kiedy mówmy, zapewniamy, zachęcamy, dziękujemy i solidaryzujemy się publicznie, nikt nas nie pyta o to, jak rządzimy. Ten wirus to nasze wybawienie, O ile tylko nie osiągniemy poziomu,  kiedy w szpitalach zakaźnych zabraknie leków, lekarzy i łóżek. To byłaby nasza klęska.

Natchnieni duchem jedności Namiestnika Kurdu wszyscy obecni zgodzili się z tym poglądem. Premier podsumował.

– Na razie nie martwmy się o to. Mamy inne zmartwienia. Ludziom wirus pada na rozum, zaczynają się gubić, gonią w piętkę. Starzy ludzie chodzą do sklepu nawet trzy razy dzienne po małe zakupy. Te sytuacje są tak częste jak krótkie nogawki spodni celebrytów czy brudne nogi bezdomnych.

Premier zrozumiał swój nietakt i spojrzał w kamerę. — Proszę mi wybaczyć, ale wszyscy używają takich określeń. Wszyscy widzą, że sprawy idą nie tak jak trzeba. Temat, w jaki sposób wirus wpływa na ludzką umysłowość i psychikę staje się coraz poważniejszy. Będziemy musieli poświęcać mu w przyszłości więcej czasu. Teraz lepiej, abyśmy koncentrowali się na myciu rąk i unikaniu zgromadzeń. To jest ten komunikat, który chciałbym utrwalić w społeczeństwie. Sam też czuję się jakoś nieswojo. – Mówiąc to, premier wyjął z kieszeni chusteczkę i kichnął. Stojący obok ministrowie, mężczyzna i kobieta, odsunęli się od niego.

Odc. 13

Rząd przeżywał problemy. Premier Chudy wrócił z narady z Namiestnikiem i wybuchł gniewem już na progu gabinetu:

– Do groma! Mamy problemy, a wy mi nic nie mówicie. Dowiaduję się wszystkiego od Namiestnika. Dlaczego?

Ministrowie patrzyli po sobie zdezorientowani. O jakie problemy chodzi? – szeptali miedzy sobą?

– Służba medyczna nam wymiera. Już dwadzieścia pięć procent jest zarażonych Wirusem YZ. Ludzi mówią, ze w pobliżu szpitali słychać wołania o pomoc. Nie pytam dlaczego, bo już wiem od Namiestnika. Bo nie robimy im regularnych testów na wirusa i nie zapewniamy dostatecznej ochrony przeciwko wirusowi.

Premier wyciągnął kartkę z bocznej kieszeni, rozprostował ja i czytał: maseczki, hełmy, fartuchy, odczynniki, obuwie antyseptyczne, odczynniki. Do Namiestnika docierają skargi, ze mają zaopatrzenie tylko na jeden dzień lub dwa. A czas płynie. Musimy coś z trym począć. Nie robi to nam dobrej reklamy.

Porozmawiaj o tym z ministrem zdrowia. Pamiętaj tylko, ze to nie on powinien mieć ostatnie sławo. On będzie myśleć o zwalczaniu wirusa i zdrowiu, ty musisz myśleć o kontynuacji naszych rządów. Liczę na ciebie i wierzę w ciebie. Nie zawiedź mego zaufania.

Dwie godziny później premier wezwał do siebie członków gabinetu, aby wspólnie dokonać oceny rozwój epidemii i jej skutków zdrowotnych, społecznych i gospodarczych. MinZdro przedstawił dane na tablicach i wykresach: liczba zakażonych zakażeni, ilu zmarło, nowe zakażenia, ilość osób w szpitalach, ilość osób na kwarantannie oraz objętych nadzorem sanitarnym. Minister, blady i zmęczony, był pełen pozytywnej determinacji.

– Nie podajemy tylko liczby osób, które wyzdrowiały z zakażenia wirusem. Są one tak liczne, że aż mnie to oszołamia. Nie podajemy tych statystyk, ponieważ więcej osób zdrowieje niż choruje; taki wyłania się obraz. Nie wiem jeszcze z czego się to bierze. Szpitale są pod presją, lecz dyrektorzy pokazują optymistyczne statystyki. Rozumieją, że tego od nich oczekujemy. Po co komu obraz pogarszającej się sytuacji? Każdy woli wesele niż pogrzeb. Nie ukrywając pogrzebów, musimy dać społeczeństwu trochę wesela. 

– A jakie daje nam to zyski? – zwrócił się do premiera MinWew, odpowiedzialny za rozpędzanie zgromadzeń przekraczających dwadzieścia osób.

– Wyjaśnię to za chwilę, bo teraz muszę pilnie pozdrowić naszych ukochanych obywateli, naszego suwerena, aby Bóg miał go w niezmiennie w swojej opiece.

Premier odwrócił się do czekającej na niego kamery i podziękował wylewnie widzom za uwagę. Wyraził nadzieję, że wszystko ułoży się szczęśliwie, dziękował za zrozumienie i obywatelską postawę.

– Muszę szczerze powiedzieć, że nikt tak serdecznie nigdy nie zajmował się wami, suwerenem, jak nasz rząd. My wszyscy tutaj pracujemy dla was, obywateli naszego ukochanego kraju, osób starych i młodych, samotnych i zamężnych matek, widzów naszej  telewizji osób wierzących i niewierzących. Nie zapominamy o nikim, nawet o tak drobnych grupach jak wodzireje, bywalcy kin czy radiowcy i gołębiarze.

Na pytanie, ile konkretnie kombinezonów, masek, obuwia ochronnego i podobnego sprzętu zamówiono dla lekarzy i pozostałego personelu medycznego w szpitalach, premier uśmiechnął się dając wyraz pobłażliwości, że pytają go o tak proste i oczywiste sprawy. Udzielił odpowiedzi, mówiąc z pamięci. To imponowało. Sam nawet krótko podziwiał siebie, że wykazuje tyle energii i entuzjazmu poświęcając się sprawie ratowania obywateli przed wirusem.

– Zadbaliśmy o wszystko. MinReze, minister rezerw materiałowych, wszystko skrupulatnie liczy, ewidencjonuje, rozdziela i kupuje, Aprowizacja to jest to słowo. Jesteśmy dużo lepsi niż kraje sąsiednie i i nie tylko. Uczestniczyłam dzisiaj w telekonferencji z siedmioma innymi premierami. Rozmawialiśmy bardzo serdecznie i szczerze wymienialiśmy się poglądami. Wypadamy najlepiej w Europie. Przodujemy, mamy najlepsze metody. Inni biorą nas za przykład. Tak się cieszę! Tak się cieszę! – krzyknął i schwycił za ręce swoich najbliższych dwóch współpracowników.

– Jemu chyba też padło na rozum – komentowali widzowie w telewizji. Tego wieczoru nikt nic innego nie mówił jak tylko o skutecznej walce rządu z wirusem.

– Co ty robisz? – zaniepokoił się MinSpra. Przecież nie wolno dotykać się rękami.

– Daj spokój. Tu chodzi o nasz rząd. Kiedy mówmy, zapewniamy, zachęcamy, dziękujemy i solidaryzujemy się, nikt nie zastanawia się nad tym, jak skutecznie rządzimy. Ten wirus to nasze wybawienie, o ile tylko nie osiągniemy poziomu, kiedy w szpitalach zakaźnych zabraknie leków, lekarzy, respiratorów lub łóżek. To byłaby nasza klęska.

Ministrowie bez wahania zgodzili się z tym poglądem. Premier podsumował.

– Na razie nie martwmy się o to. Mamy inne zmartwienia. Wirus zmienia ludzi także psychicznie i mentalnie. Jest coraz większym obciążeniem. Ludzie fiksują, stają się agresywni, zachowują irracjonalnie, zaczynają się gubić. Sam czasami gonię w piętkę. Nawet sposób, w jaki opisujemy te zdarzenia, jest nienormalny. Nasza walka w wirusem przypomina mi krótkie nogawki spodni celebrytów lub brudne nogi bezdomnych.

Premier poczuł się niezręcznie.

Odc. 14

W parlamencie toczyła się walka o teraźniejszość i przyszłość kraju równocześnie na dwóch frontach: walki z wirusem YZ i walki o sukcesję władzy. Jedno pole walki wiązało się z drugim. Stratedzy wojskowi nazywali to teatrem wojennym. Nie było to określenie negatywne.

Do każdego kolejnego posiedzenia parlamentu starannie przygotowywały się partia rządząca jak i opozycja. Każda ze stron miała dwóch wrogów: wirusa YZ oraz przeciwników politycznych po drugiej stronie sali parlamentarnej. Chodziło o najwyższą stawkę: kto będzie sprawować władzę w kolejnej kadencji. Namiestnik i jego sojusznicy walczyli o sukcesję, o zachowanie władzy. Starali się jak tylko mogli, stosując wybiegi i podstępy polityczne znane z historii jak i własne, świeżo opracowane. Walczyli bohatersko, nie szczędząc sił ani zarwanych nocy.

W parlamencie spiker partii rządzącej przekazał partiom opozycyjnym tylko niektóre punkty porządku dnia. Poprzedniego dnia premier Chudy uspokoił swoich ministrów na odprawie zwołanej w celu omówienia zasad postępowania z opozycją.

– Zafundujemy im jak zwykle zimny prysznic. Mogą nam naskoczyć, powołując się na regulamin parlamentu, bo i tak mamy większość. Nasz kierunek działania to utrudnianie im zabierania głosu, skracanie czasu wypowiedzi, odrzucanie przedstawionych przez nią poprawek oraz oskarżanie o brak współpracy. Nasi spikerzy mają doświadczenie w takim postępowaniu, otrzymali też instrukcje od Namiestnika. My nie musimy więc się wysilać. Mamy być tylko obecni i głosować jak Bóg i partia przykazują.

Obydwie strony podejrzewały, że niektórzy posłowie mogą mieć ze sobą ostre narzędzia i inne środki ataku lub obrony osobistej. Typowano przede wszystkim tych znanych z używania siły w relacjach domowych, nadużywania alkoholu, krewkości oraz zaburzeń psychicznych.

– Na zachowanie parlamentarzystów może też wpływać wirus YZ. Jego działania dobrze jeszcze nie znamy, wiemy jednak, że wywołuje stan podwyższonego napięcia. Jeśli wcześniej przebywałeś dużo na świeżym powietrzu i uprawiałeś sport, to obecne siedzenie w domu źle na ciebie wpływa. Sam odczuwam czasem chęć przywalenia komuś słownie a nawet fizycznie. Niektórzy ludzie mnie wkurzają. Dlatego musimy się pilnować – ostrzegał premier swoich kolegów partyjnych.

*****

Na posiedzenie parlamentu wszyscy przyszli osłonięci maseczkami na twarzy i w rękawiczkach ochronnych. Maseczki były najwyższej klasy; tylko nieliczni lekarze dysponowali takimi. To ich zbulwersowało; publicznie uznali parlament za grupę ludzi uprzywilejowanych. Mówili otwarcie:

– Rząd nie boi się ani wirusa ani Boga.

Opozycję zbulwersowała wiadomość, że Ministerstwo Rezerw sprzedało wielką partię maseczek ochronnych twarzy w czasie, kiedy było już wiadome, że światem owładnął wirus YZ. Pojawiły się głosy lekarzy, że jeśli zostaną zakażeni z powodu braku środków ochronnych, to będą odmawiać leczenia przedstawicieli rządu i władz lokalnych, które im nie pomagają. Wśród lekarzy zawiązał się tajny związek, rodzaj spisku, o nazwie OLW; nikt nie wiedział, kto do niego konkretnie należy ani jakie ma cele. Była to organizacja ekstremistyczna. Wedle doniesień prasy brukowej jej hasłem było „Oko za oko, ząb za ząb” z kodeksu Hammurabiego.

– Wobec władz musimy zapomnieć o przysiędze Hipokratesa, kiedy rzucają nam w twarz wirusa. Hammurabi jest dzisiaj bardziej stosowny – motywowali się nawzajem członkowie OLW.

*****

W przyszłym posiedzeniu parlamentu ma uczestniczyć również prezydent Palankin. To jeden z jego licznych pseudonimów używanych dla dezorientacji przeciwników i zapewnienia mu bezpieczeństwa. Niechętni mu ludzie zamiast najwyższym urzędnikiem nazywają go urzędasem. Prezydent wie o tym i mówi, że mu to nie przeszkadza.

– Wszyscy coś udają – stwierdził Alfero w rozmowie z Czarną Łanią ze sklepu mięsnego. Tak nazywał ekspedientki ubierające się na czarno. Mówiły mu, że im to odpowiada.

– Siedzimy w sklepie od rana do wieczora. Nie dziw, że twarze nam wyblakły stając się białe jak opłatki. Czerń nadaje im blasku. Dlatego ubieramy się na czarno. Jest to również wyraz naszego protestu przeciwko wirusowi szalejącemu bardziej niż roznamiętniony do czerwoności seksoholik.

– Każdy lubi seks, ale nie w takich rozmiarach. Znaczy się wirusowaty – dodała stojąca obok Alfero klientka.

W trudnych czasach, kiedy wirus mógł pojawić się nawet na wędlinie wyjętej prosto z wędzarni, ekspedientek w czerni nie opuszczał wisielczy humor. Ten styl postępowania, filozofia konfrontacji z przeciwnościami piętrzącymi się jak ściana, podobał się Alfero. Miał swoje skojarzenia. Dobrze pamiętał wisielca-samobójcę dyndającego na wietrze w lesie, kiedy razem z przyjaciółmi zbierał grzyby w latach chłopięcych, jak i pogryzionego przez szczury samotnego mężczyznę, o którym głośno było w okolicy, gdzie mieszkał. Nie były to obrazy wydumane ale rzeczywistość.

– Wisielczość jest częścią naszego życia, zwłaszcza w czasach klęsk żywiołowych i zarazy. Wirus YZ tylko to przypomniał – podsumował w duchu Alfero.

Odc. 15

Prezydent Palankin wsiadł do windy w podziemnym garażu parlamentu, aby udać się na drugie piętro, gdzie miało odbyć się uroczyste przyjęcie. Po zamknięciu się drzwi zauważył, że jest sam w windzie. Zdziwił się, że nikt mu nie towarzyszy. Nie był do tego przyzwyczajony, zawsze miał wokół siebie ochroniarzy. Tak ich polubił, że czasem nawet myślał, że są mu bliżsi niż żona.

– Nigdy mnie nie krytykują. Nie znoszę tego.

Przejechał tylko dwa piętra, kiedy drzwi otworzyły się nagle i przed prezydentem ukazało się trzech mężczyzn w zamszowych kurtkach. Byli masywnie zbudowani, ich twarze ukryte były za maseczkami antyseptycznymi. Nic nie mówili tylko chwycili go za ramiona. Opierał się zdecydowanie, siłą wyciągnęli go z windy. Szli korytarzem. Trzeci mężczyzna, przypominający czołg, postępował z przodu torując drogę.

– To na pewno jakaś organizacja terrorystyczna – pomyślał Palankin pełen najgorszych obaw. Po chwili zmienił zdanie, uznając że porwanie mogło być dokonane dla uzyskania okupu.

Zapytał porywaczy, o co im chodzi, lecz pytanie uwięzło w ciszy. Żaden z agresorów nawet nie mruknął. Wlekli go korytarzem przez całe piętro. Prezydent był przekonany, że chcą go zamordować. Strach żywym ogniem palił jego świadomość, z przerażenia oczy zaszły mu mgłą. Pocieszał się, że każdy zareagowałby podobnie w takiej sytuacji. Był bezsilny, pocił się, serce waliło mu młotem, brakowało mu oddechu.

W końcu korytarza prześladowcy wepchnęli go do okrągłej sali, której ściany zdobiły portrety elegancko ubranych mężczyzn i kobiet z medalami i orderami na piersiach. Większość mężczyzn miała na sobie wyjściowe mundury wojskowe, kobiety ubrane były w suknie wieczorne. W obszernym i jasnym pomieszczeniu panował spokój. Widząc się w otoczeniu uroczyście wyglądających postaci, prezydent Palankin nabrał na moment otuchy. Trwało to bardzo krótko, gdyż pojawiła się przed nim – jakby wyrosła spod ziemi – męska postać. Nie poznał jej od razu. Był to Namiestnik Kurdu, dziwnie jeśli nie dziwacznie ubrany. Z prawej strony wyglądał jak fanfaron, bohater filmowy, z lewej przypominał nobliwą postać sędziego w todze z łańcuchem na piersi. Prezydent usiłował zgadnąć, na czym polega symbolika jego ubioru.

Namiestnik podszedł do prezydenta, podał mu rękę i po ojcowsku pocałował go w czoło.

– Nie dziw się, drogi Palankinie, tej maskaradzie począwszy od pozorowanego porwania cię z windy a skończywszy na moim stroju. Przyznam, że czuję się w nim trochę niezręcznie. Uznałem jednak, że ten teatr był konieczny, aby poszerzyć twoją wyobraźnię, zanim złożę ci propozycję nie do odrzucenia, wymagającą dużej elastyczności umysłu oraz powagi. Zajmując się na co dzień praktyczną polityką, realpolitik, tracimy z oczu często teatralną stronę życia. Mówię to tobie i sobie dla przypomnienia.

– Teraz powiem ci o co chodzi. Ten moment to koniec twojej osobistej wolności. Przestajesz być mężem, ojcem, kolegą. To dlatego, że przedstawiam ciebie jako naszego kandydata na prezydenta na kolejną kadencję. Wkrótce mamy wybory. Nie są one konieczne, ale to część naszej tradycji, więc je organizujemy. Organizujemy je specjalnie dla ciebie, aby cię wybrano. Będziesz prezydentem już do końca życia. Musisz w związku z tym wyrzec się swoich praw i wolności. Będziesz mieć tylko obowiązki, ale nie za duże, bo to ja będę pociągać za sznurki. To ogromnie ułatwi ci życie, nie będziesz musiał główkować, jak pokonywać przeszkody ani podejmować ryzyka. Ja będę to wszystko robić w imieniu własnym, partii i twoim.

Prezydent wyobraził sobie, że Namiestnik wyciągnął do niego rękę zakończoną hakiem z pazurami, aby wyszarpać z niego przyrzeczenie posłuszeństwa. Przetarł oczy i hak z pazurami zniknął. Prezydent uspokoił się, ale tylko trochę, ponieważ nie wszystko było dla niego jasne w tym, co usłyszał.

Namiestnik kontynuował.

– Będziesz mieć wszystkiego w bród. Niczego ci nie zabraknie. Chcesz jeździć na mecze ping ponga, twego ulubionego sportu, będziesz jeździć do woli. Także kobiet będziesz mieć do woli. Jakie tylko zechcesz: Kreolki, Metyski, proste i garbate. Nie mów tylko o tym nikomu. Rób z nimi, co tylko przyjdzie ci do głowy. Solidaryzuję się z tobą. Każdy musi mieć jakieś przyjemności w życiu. Ja mam władzę, tym masz sławę i popularność. Wiem, że czułość wobec kobiet to twoja słabość. Widziałem zdjęcie tej piegowatej góraleczki z Tybetu; to mnie umocniło w przekonaniu, że i kobiety cię lubią. Żarcia będziesz mieć też do woli. Wódy również, ale z umiarem. Będziemy cię sprawdzać. Ponadto, dla twojego dobra, jak i dobra wszystkich obywateli kraju, których będziesz godnie reprezentować, będziesz regularnie badany, czy nie zaraziłeś się koronawirusem lub chorobą weneryczną. W razie potrzeby otrzymasz bezpłatne leczenie. Do dyspozycji będziesz mieć najlepszych specjalistów, to sami profesorowie. Co do choroby wenerycznej, oby do tego nigdy nie doszło, to leczenie nie jest bolesne, ale szczypie. Nie powiem w co, sam tego możesz doświadczyć, jeśli będziesz nieostrożny. Pamiętaj tylko, że nie masz prawa złamać przyrzeczenia wierności, jakie mi złożysz. Jeśli je złamiesz, będziemy łamać cię kołem. Sam to zrobię. Wiesz, że dotrzymuję słowa.

– Przynieść koło! – krzyknął Namiestnik. – Minutę później przed prezydentem Palankinem stało koło z uchwytami i kolcami.

– Tu jest instrukcja, jak odbywa się łamanie. Poczytaj sobie, to ci dobrze zrobi. To stara ale bardzo bolesna tortura. Oczywiście nie dla torturującego, ale dla łamanego. To koło jest pewne jak amen w pacierzu do utrzymania każdego w ryzach porządku prawnopartyjnego. Stosowano je w czasie wielkiej inkwizycji. Łamany nie od razu umiera. Może to potrwać dwa tygodnie, a nawet dłużej. To zależy, jak będziesz się zachowywać, czy twoje przewinienie będzie małe czy duże i jak będziesz się odżywiać. Im lepiej będziesz się odżywiać, tym będziesz zdrowszy, tym dłużej będziesz cierpieć. Nie znaczy to, że sugeruję ci, abyś słabo się odżywiał, w przypadku gdybyś chciał bryknąć i nie wykonał czegoś, co ci poleciłem. Nie rób tego. Ostrzegam cię! – krzyknął namiestnik.

Krzyk przebudził prezydenta z koszmarnego snu. Był cały spocony, nie mógł uspokoić się, czuł, że coś się w nim zmieniło. Rozbolał go żołądek, musiał biec do ubikacji. Dziwił się temu, bo żołądek miał zawsze jak struś. Kiedyś połknął kawałek metalu ukryty w chlebie, innym razem wypił przez omyłkę denaturat, myśląc, że to sok. I nic. A teraz brał środki zapobiegawcze i nic mu nie pomagały. Prezydent bardzo źle przeżywał niezwykły sen.

 

0Shares

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *