Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 6: Ghaty nad rzeką Bagmati.

Obudziła go seria dźwięków łomotania blachy o coś bardzo twardego. Iwan Iwanowicz popatrzył w kierunku rzeki. Na drugim brzegu, na blaszanym dachu osłaniającym dogasający ogień na ghacie, siedziała małpa i w napadzie zwierzęcego amoku tłukła o dach naderwanym kawałem blachy. Iwan Iwanowicz przyglądał jej się jakiś czas i widząc, że nie zamierza skończyć, przeniósł wzrok na rzekę.

Przed jego oczami pojawił się nowy obraz. Bagmati okazała się wielkim burym ściekiem. Było w niej tak mało wody, że widać było sterczące z dna szczapy nadpalonego drewna. Woda była płytka, rozlazła i nieświeża jak stęchła zupa warzywna. Dwa jaśniejsze ostre kształty przypominały nadwątlone ogniem ludzkie kości udowe. Iwan Iwanowicz żałował, że nie zabrał ze sobą lornetki.

Nad powierzchnią rzeki, na ghacie numer dwa, dogorywały płomienie stosu kremacyjnego.

Po zakończeniu palenia, kiedy ogień już tylko tlił się, mężczyźni obsługujący stos kremacyjny zaczęli spychać ostrymi drągami jego pozostałości do rzeki. Czynili to z wyrachowaniem, kawałek po kawałku, bez pośpiechu. W wodzie lądowały dymiące jeszcze kawałki drewna jak i niekształtne fragmenty kości. W zetknięciu z wodą głośno syczały buchając parą.

Po usunięciu resztek stosu mężczyźni schodzili po schodach na sam brzeg rzeki, zanurzali w niej wiadra i czerpali wodę, aby po chwili polać nią rozgrzaną powierzchnię płyty betonowej. Wywoływało to natychmiast ogromną chmurę pary wodnej. Nie przeszkadzało im to w czyszczeniu ghaty szeroką, szorstką szczotką umocowaną na długim kiju.

Iwan Iwanowicz poczuł odpychający zapach spalenizny w nosie, oczach i ustach. Zafascynowany sprzątaniem ghaty po kremacji podszedł bliżej i zauważył, że zajmowali się tym mężczyźni pochodzący z najniższej kasty, dobrze zbudowani i krępi. Z tyłu głowy sterczały im na środku brudne i cienkie kosmyki włosów; był to ich znak rozpoznawczy.

Z tyłu za sprzątaczami teren wznosił się lekko w górę; na długiej ławie osłoniętej daszkiem zebrała się tam grupka kobiet, dzieci i mężczyzn w różnym wieku. Iwan Iwanowicz domyślił się, że była to rodzina, przyjaciele i znajomi zmarłej osoby. Zebrani rozmawiali spokojnie ze sobą, na ich twarzach nie było widać smutku, skupienia czy napięcia.

Po inspekcji prawobrzeżnej ghaty, gdzie kilkadziesiąt minut wcześniej płonął stos z ciałem okrytym białym prześcieradłem, Iwan Iwanowicz razem z przyjaciółmi wrócił na lewy brzeg, aby zrobić sobie spacer w górę rzeki.

Wkrótce napotkali dwóch braminów siedzących w pozie lotosu na dwóch okrągłych betonowych płytach ustawionych między krawędzią wody a wąską uliczką.

Każdemu z nich towarzyszy im zwyczajnie ubrane osoby. Bramini mieli kolorowy sznur przewieszony przez prawe ramię i wchodzący pod pachę. Odprawiali oni ciche modły razem z najbliższą rodziną zmarłego.

Ceremoniałowi towarzyszyły krzyki małp skaczących po drugiej stronie uliczki, ukrytych w poskręcanych chaszczach i drzewach.

– W tym, co widzę, mało jest chyba religijnego obrządku, a więcej rutyny wypełniającej czas oczekiwania na spalenie zmarłego na stosie. – Iwan Iwanowicz nie mógł wstrzymać się od komentarza. 

Nikt z towarzyszących mu osób nie potwierdził ani nie skomentował jego obserwacji; ich milczenie przyjął jako formę niezgody wobec jego opinii.

W hotelu w swoim notatniku podróżnym Iwan Iwanowicz dokonał krótkiego wpisu: Palenie zwłok w tradycyjny sposób na rzecznych ghatach to ważna część tradycji Indii i Nepalu. Trwa ona od wieków. Kiedyś nie miało to znaczenia dla rzeki, ponieważ pochówków było mało. Teraz, kiedy ich ilość powiększyła się wielokrotnie, nabrało to zupełnie innego wymiaru. Niegdyś żywa i naturalnie piękna rzeka Bagmati wpływająca do miasta Patan stała się obrzydliwym i martwym ściekiem. Mogę to zaświadczyć osobiście, a nawet udokumentować to zdjęciami.

Po kolacji w restauracji hotelowej Iwan Iwanowicz otrzymał nieoczekiwaną propozycję od współlokatora pokoju, miłośnika i zbieracza inkrustowanych kindżałów, aby udać się do jednego z pokoi.

– To wezwanie sponsora imprezy rozrywkowej „No, to teraz chłopcy po małym kieliszeczku”- Wyjaśnił przyjaciel uśmiechając się tajemniczo.

Pokój, gdzie mieli się spotkać, mieścił się na czwartym piętrze hotelu, gdzie tego dnia nocowali. Aby wejść, trzeba było zapukać trzy razy w określony sposób.

Rozmowa zeszła na wrażenia dnia. To, co mieli okazję obejrzeć, były to najprawdziwsze ghaty, miejsca palenia zwłok, oraz ceremoniał przebiegu kremacji. Tego dnia, w czasie ich pobytu na rzeką, odbyły się dwie kremacje.

0Shares

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *