Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 224: Spotkanie w Szwajcarii

Spotkali się w górach, w Szwajcarii, nad jeziorem Otrata, parującym szarą mgiełką wilgoci. W dwóch zatokach ocienionych wysokim lasem utrzymywała się nad powierzchnią wody aż do południa. Pierwszy raz znaleźli się na innym kontynencie. Siedząc przy stoliku na tarasie kawiarni podziwiali niezwykły porządek panujący w miasteczku i zapamiętywali widoki. Budynek, gdzie mieściła się kawiarnia, wyglądał jak geometryczna bryła ustawiona przez olbrzyma na stromym zboczu wzgórza. Połyskujące w dole jezioro rozciągało się aż do podnóża skalistych gór.

Dopiero teraz, po kilku rozmowach, Barras, Sefardi i Eminencja widzieli, jak bardzo są do siebie podobni. Wszyscy byli leworęczni, co chętnie uznali za dowód wyjątkowych uzdolnień. Był to szczegół, odkryty zupełnie przypadkowo, jakby dla żartu, kiedy już wiedzieli ze stuprocentową pewnością, że są braćmi. To drobne świadectwo pokrewieństwa zachęciło ich do dalszych poszukiwań podobieństw i jak różnic. Niektóre z nich okazały się zabawne, jak to, że wszyscy trzej w dzieciństwie bawili się siusiakiem więcej niż inni chłopcy, co miało rokować szczególną wrażliwość uczuciową, jak twierdziła niania. Była siostrą przyrodnią gospodyni Czarnej Eminencji. To za jej pośrednictwem duchowny dowiedział się wielu szczegółów swego rodzinnego życia. Wszyscy trzej kochali dobre jedzenie, szczególnie owoce morza, wykazywali pewną skłonność do ascezy jak i jawne pragnienie dominacji i władzy. W końcu ich pokrewieństwo poświadczał także tik w lewym oku, pojawiający się tylko wtedy, kiedy byli bardzo zdenerwowani.

Byli sami na tarasie kawiarni. Było jeszcze zbyt wcześnie, aby pojawili się inni goście, przeważnie turyści, przyjeżdżający do Szwajcarii na rodzinny wypoczynek lub dla samotnych wypraw w wysokie partie gór. Bracia przyjechali tu, aby poznać się bliżej rozmawiając o koszmarze, jaki nawiedził ich pod koniec życia, o Wieży Babel, murze walących się książek oraz Świątyni Wiary i Prokreacji, o wszystkim tym, czego żaden z nich nigdy by się nie spodziewał. Byli już starsi i spokojniejsi, mieli czas i dużo wspomnień do snucia i wymiany. Pijąc powoli kawę spoglądali na siebie ukradkiem, udając, że przyglądają się jezioru, miasteczku i górom na horyzoncie.

Stojący w progu kelner obserwował ich kątem oka. Nie miał nic innego do roboty.

– To na pewno emeryci. Przyjechali tu dla wypoczynku i podratowania sobie zdrowia. Przychodzą najwcześniej, są zawsze pierwsi, chyba nie mogą spać – mruknął do kolegi zmieniającego obrus na stoliku. – Wyglądają nijako, jak bracia zakonni, żyjący razem przez tyle lat, że upodobnili się do siebie. Ta sama powolność w ruchach, to samo zamyślenie na twarzy.

*****

– Dzięki, Eminencjo, za zorganizowanie tego spotkania – Sefardi popatrzył na brata. Zastanawiał się nad czymś, chwilę błądził wzrokiem po jeziorze, zanim oprzytomniał. Zaśmiał się.

– Nawet nie wiem, jak masz na imię. Wszyscy zwracają się do ciebie Eminencjo, Wasza Wielebność albo Księże Arcybiskupie, ale ty przecież masz jakieś imię.

– Zawsze byłem Czarną Eminencją. Nigdy nie używałem imienia. Moje prawdziwe imię i nazwisko to Zeman Blara.

Bracia popatrzyli na niego z zainteresowaniem. Wyglądali tak, jakby widzieli go po raz pierwszy w życiu. Byli mu wdzięczni za to spotkanie. Nigdy wcześniej nie byli razem. Zaskoczył ich zaproszeniem, a jeszcze bardziej tym, co miał im do powiedzenia. Że są rodzonymi braćmi.

– To ty, Zemanie, przekonałeś Sefardiego i mnie, abyśmy sobie wybaczyli wzajemną niechęć. Dzięki ci za to. Pogodziłeś nas, to twoja zasługa. – Barras przerwał i wytężył wzrok.

– Czy mi się wydaje, że jezioro powiększa się albo podnosi się do góry? Jego powierzchnia jest teraz znacznie wyżej niż godzinę temu. Widzę to po linii brzegowej.

Wszyscy patrzyli przez chwilę we wskazanym kierunku, ale nic nie zauważyli. Szybko stracili zainteresowanie. Spotkanie było dla nich ważniejsze. Przyglądali się sobie, odkrywając się nawzajem. Pierwszy odezwał się Barras.

– Pomyśleć, że byliśmy najbardziej znanymi obywatelami kraju. Mieliśmy władzę i wpływy. Byliśmy popularni: gubernator, arcybiskup, wynalazca i pisarz.

0Shares

Pierwszomajowe anatomiczne spojrzenie Iwana Iwanowicza na świat

Iwana Iwanowicza spotkałem jak zwykle przy chodniku. Stał zamyślony i gapił się przed siebie. Spojrzał na mnie spode łba i powiedział:

– Pierwszy maja zaczął mi się wrednie, choć niesamowicie. O godzinie szóstej piętnaście, jak w pysk strzelił, zrobiłem sobie kawy, cały kubek, i wyszedłem na balkon. Wstawał słoneczny dzień. Najpierw usłyszałem głosy ptaków, potem głośne szuflowanie lub zamiatanie chodnika szczotką wykonaną z żelaznych wiórów, następnie dzwony kościelne, a jak te umilkły, głośne krakanie znad rzeczki. Chwilę potem, jak wielka tęcza ukazała mi się na całej szerokości nieba ogromna, goła dupa.

W tym momencie zdałem sobie sprawę: takie jest życie! Jeśli tego głośno nie powiedziałem, to tylko z obawy, że mi ludzie nie uwierzą. Mogą oglądać gołe pośladki codziennie i to większej ilości, a starszemu, doświadczonemu człowiekowi nie uwierzą!

Dziś tylko mogę wierzyć samemu sobie i nielicznym innym osobnikom, interesującym się wszystkim, co ważne w życiu: astronomią, genetyką, sztuczną inteligencją, Kim Dzong Unem, który jednym naciśnięciem grubego palucha może postawić pod ścianą 10 milionów ludzi w Korei Południowej, literaturą kryminalną, filozofią, psychologią, polityką, sztuką, transhumanizmem, milionami ludzi umierających z głodu w Afryce czy choćby erotycznymi marzeniami I Prezesa.

Jeśli nie masz szerszych zainteresowań i wrażliwego sumienia, to jesteś zakuty łeb. I nawet o tym nie wiesz. To jest smutne!

Iwan Iwanowicz był wyraźnie rozdrażniony. Krytyczny i niedwuznaczny. Patrząc na mnie swymi zmęczonymi od niewyspania oczami, kontynuował tyradę:

– Na przykład czytelnictwo w naszym kraju. Czyta zaledwie 37 czy też 38 procent dorosłych osób. Co to jest za liczba!? To czysta nędza, jeśli weźmie się pod uwagę, że są to osoby, które przeczytały co najmniej jedną książkę w roku! Wyobraża pan sobie!? Jedną książkę w roku! Tych którzy przeczytali ponad dziesięć książek w roku jest tylko zaledwie dwanaście procent. A wie pan, jaka część społeczeństwa czyta w Czechach? Około dziewięćdziesięciu procent Jesteśmy w większości analfabetami i prymitywami a uważamy się za dumny i mądry naród, bo mamy osiągnięcia ekonomiczne, ładne domy i samochody. Okropność. To gorsze niż kret w sypialni, który powyrywał ci wszystkie klepki na podłodze.

Współczesność, drogi panie, parcieje na potęgę. Wokół widzi się ludzi zaślepionych obrazkami, jak nerwowo przebiegają palcami po smartfonie, oglądając zdjęcia swoje, swoich dzieci, przyjaciół i idoli. Narcystyczne samozapatrzenie!

Zupełne PRL tylko w nieco innym kierunku. Demokracja dała nam wszystko, a my co? Zamiast spojrzeć szerzej na świat, patrzymy samym sobie w oczy i zastanawiamy się: czy ja jestem OK, czy jestem ładna, czy jestem zgrabna, czy jestem mądry, dostatecznie bogaty, czy moje dziecko umie pływać, jeździć na koniu, na łyżwach i na rowerze, tańczyć w balecie, grać mistrzowsko w szachy i układać klocki Lego we wzory matematyczne! Orzą w te biedne dzieci, aby tylko zaspokoić swoje niezaspokojone ambicje. Albo czy zrobiłem sobie dostatecznie dużo zdjęć selfie?

– Wie pan co? – Iwan Iwanowicz spojrzał smutno na mnie. Wyglądał jak łotr z krzyża zdjęty.

To chyba dlatego powiedział:

– Czy mogę się dziwić, że w tych warunkach świat jawi mi się dzisiaj jak ogromna biała dupa? Absolutnie nie. I Sekretarza partyjnego zastąpił nam I Prezes, obydwaj uwielbiają władzę niezależną do ludzi, stanie na piedestale i wskazywanie kierunku marszu pod dyktando. Dzisiaj wszystko to kojarzy mi się anatomicznie.

Malkontent splunął na dłoń, uderzył kantem drugiej dłoni, i powiedział:

– Jeśli ślina poleci w prawo, to się powieszę, jeśli w lewo, to się utopię. Tak czy inaczej coś zrobię. Może nawet pójdę na marsz pierwszomajowy, aby przypomnieć sobie jak wyglądają czerwone flagi i lewica.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares