Trzej królowie i przyrzeczenia noworoczne

Iwan Iwanowicz jest u mnie pierwszy po Nostradamusie. Przewiduje przyszłość. Zaproponował mi, abym notował jego proroctwa. Na razie opisał mi tylko widzenie, jakie miał w noc sylwestrową.

– Kiedy inni tańczyli Sylwestra z butelką szampana w ręce i paczką tanich fajerwerków w kieszeni, mnie ukazali się trzej królowie. Przywiodła ich do mnie żarówka samodzielnie poruszająca się po niebie. Mówili niewyraźnie, jakby języki przymarzły im do brody. Jak zrozumiałem, był to jakiś prezydent, jakiś prezes i jakiś premier. Co najciekawsze, wszyscy trzej mówili ludzkim głosem i to tak wyraźnie, że mój kot i pies aż zaniemówiły i porozumiewały się na migi.

Królowie uklękli we trójkę przed Ojcem Ryzykiem (lata 2019 i dalsze) i składali zobowiązania noworoczne, kolorowe jak rajski ptak z kopalni złota i diamentów w Afryce Południowej. 

Premier obiecał, że nie będzie kłamać, a jeśli nawet, to tak udanie, że nikt się na tym nie pozna.

Prezydent, że przetrze sobie oczy, bo ostatnio widział rzeczy wyimaginowane, a nie jest to przecież jego ulubiony punkt widzenia.

Prezes obiecał, że nie będzie wyglądać jak z krzyża zdjęty, ale weźmie się za siebie i odświeży sportowo ćwicząc na świeżym powietrzu jak ten Rudobrody z Brukseli, którego nie znosi.

– Ja im dobrze życzę, znaczy się tym i innym królom, nawet życzę im doskonale, aby tylko pozostali w swoim Muzeum Samowładztwa i Zamordyzmu i nie wyciągali rąk zbyt daleko do polityki, bo jak ktoś niechcący włączy młockarnię sprawiedliwości dziejowej to mogą stracić palce, a wiadomo, że bez palców to jak bez rąk, do gęby nie można nic włożyć. I klepsydra gotowa – podsumował Iwan Iwanowicz z wyraźnym smutkiem.

Na zakończenie podyktował mi sentencję. Wziąłem ją sobie do serca i polecam równie serdecznie jak rożki czekoladowe od Sowy:

„Głosując w wyborach parlamentarnych nie głosuj na tych, którzy kłamią więcej niż potrzeba”.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 163: Rozterki i  tajemnice Josefa

Najbardziej nurtowała zarząd Laboratorium – jak się okazało także samego Josefa – sprawa jego seksualności i rozrodczości. Zajęło mu wiele czasu, zanim zdecydował ujawnić swoje problemy i rozterki.

– Seks to moja największa porażka. Przez długi czas nie rozumiałem, dlaczego nie układa mi się życie intymne. Była to dla mnie tajemnica, ponieważ nigdy nie udało mi się znaleźć zadowalającego wytłumaczenia moich niepowodzeń.

Zaczynając opowieść o sobie Josef siedział wygodnie na kanapie w gabinecie psychoterapii Laboratorium w towarzystwie przydzielonego mu osobistego psychoterapeuty, Zenona, oraz profesora Karego, któremu po wielu staraniach udało się doprowadzić do tego spotkania.

Była to najtrudniejsza sprawa związana z Josefem, chlubą Laboratorium. Zarząd wielokrotnie zastanawiał się razem ze specjalistami, jak mu pomóc w kłopocie, który z miesiąca na miesiąc stawał się coraz bardziej oczywisty. Domyślali się, że Josef napotyka silny opór wewnętrzny, aby wyjawić im swoje problemy.

Josef rzeczywiście nie był w stanie zdobyć się na szczere wyznanie. Najbardziej przeszkadzała mu świadomość, że będzie musiał wypowiadać się na temat bardzo osobistych przeżyć oraz przyznać się do swoich porażek. Zgodził się dopiero wtedy, kiedy Zenon zapewnił go, że nikt nie będzie na niego naciskać i powie tylko to, co chce powiedzieć.

Na początku spotkania przedstawiciele Laboratorium wyjaśnili, że w pełni zdają sobie sprawę, że Josef jest hybrydą i że jego natura ludzka jest spleciona z naturą zwierzęcą.

– W twojej seksualności, Josefie, ale nie tylko, tkwi konflikt człowieka i zwierzęcia. Może to ogromnie komplikować sprawę, ponieważ zwierzęta nie znają pojęcia intymności, są w pełni naturalne, kierują się popędami i instynktem, a wszystko, co czują, uzewnętrzniają, człowiek zaś potrafi tłumić w sobie wiele uczuć i myśli, jest pod tym względem bogatszy, ale to nie znaczy, że mądrzejszy. Musisz pogodzić ze sobą te dwie sprzeczności, abyśmy mogli wspólnie dotrzeć do sedna sprawy.

Na początku spotkania Josef nic nie mówił, tylko słuchał. W pewnym momencie jego wzrok ześliznął się po poręczy schodów prowadzących na półpiętro i zatrzymał na figurce nagiej postaci, ni to mężczyzny, ni to kobiety, zdobiącej słupek balustrady. Była to kopia rzeźby sumeryjskiej sprzed tysięcy lat, wyrażającej wieloznaczną naturę seksualności człowieka i zwierzęcia, skłaniającej się w jedną lub kilka stron pożądania. Kiedy Zenon dostrzegł w oczach Josefa błysk zrozumienia, był już pewien, że otworzy się przed nimi jak pustynny kwiat przed burzą w oczekiwaniu na życiodajny deszcz.

– Jeśli chodzi o moją tożsamość seksualną – zaczął Josef patrząc rozmówcom w oczy – to zawsze ciągnęło mnie równocześnie w kilku kierunkach. Na początku pragnąłem bardziej kobiet niż mężczyzn, potem to się zmieniło. Były też takie chwile, że czułem pożądanie w stosunku do klaczy, ta skłonność się umacniała, im bardziej koniałem.

Lakshmana Temple in Khajuraho, India

Zmieniając się zewnętrznie, upodabniając się coraz bardziej do konia, stawałem się też atrakcyjniejszy dla klaczy. Do niczego jednak nie doszło. Moje zahamowania wewnętrzne były tak silne, że nigdy nie zdobyłem się na nawiązanie bliższych relacji z kimkolwiek.

Josef posługiwał się bogatym językiem, swobodnie opisywał swoje stany psychiczne i przeżycia. Laboranci wiedzieli, że namiętnie studiował wszystko, co go nurtowało uczuciowo i intelektualnie, co było jego pasją. W nauce był nienasycony. Jego zwierzęca natura hamowała go przed ekscesami cywilizacji, ale nie przed wiedzą. Uczenie się okazało się najsilniejszą cechą człowiekonia.

Po dłuższej rozmowie, nie bez wahania, psychoterapeuta zdecydował się zadać nurtujące go od dawna pytanie.

– Josefie! Jesteś dojrzałym człowiekoniem. Uczciwie należałoby dodać, że także osobnikiem atrakcyjnym fizycznie. Skąd więc twoje problemy w znalezieniu sobie partnerki? My tutaj w Laboratorium podejrzewaliśmy, że będziesz miał ich aż nadto!

Josef westchnął głęboko i zamyślił się. Widać było po nim, że wraca do niemiłych wspomnień. Na jego czole pojawiły się zmarszczki, ramiona lekko opadły, w oczach uwidocznił się smutek. Nikt nie przerywał milczenia. Po chwili Josef otrząsnął się, rzucił głową w dziwny, koński sposób i zaczął opowiadać.

– Nie było to tak, że kobiety dostrzegały moją atrakcyjność i chętnie ze mną przebywały lub szukały mego towarzystwa, czy też w jakiś inny sposób ujawniały, że są mną zainteresowane. Tego nie zauważyłem ani nie odczułem. Musiało być we mnie coś zniechęcającego, może nawet odstręczającego. To mnie męczyło. Zapytałem kiedyś bibliotekarkę, z którą przyjaźniłem się, co sądzi o mnie jako o mężczyźnie, o mojej urodzie czy wyglądzie. Była to mężatka z dwojgiem dzieci, osoba neutralna i bezstronna. Odpowiedziała mi szczerze, ale niechętnie, jakby bała się mnie zranić.

– Koleżanki mi mówiły, sama zresztą czułam to samo, że brak ci jest czegoś, czego przez dłuższy czas nie umiały określić.

– Feromonów? – zapytałem dla żartu.

Bibliotekarka zaśmiała się, zanim twarz jej spoważniała.

– Po prostu uważały cię, Josefie, za homoseksualistę zainteresowanego mężczyznami, nie kobietami. – To była jej odpowiedź. W tym tkwił cały problem, bo była to prawda. Moje pragnienia seksualne błądziły gdzieś między kobietami a mężczyznami, sam nie wiedziałem, czego chcę. Byłem niezdecydowany i zagubiony. Co do kobiet – Josef kontynuował po momencie wahania – to muszę wyznać pewien sekret, który mnie męczy od zawsze. Josef zawiesił głos, zbierał się w sobie.

– Mam bardzo duże przyrodzenie. Nie takie jak koń, ale zdecydowanie za duże. Tylko raz zobaczyła je kobieta i to wystarczyło. To był koniec. Przeraziła się. Uciekła z krzykiem i zrobiła mi w dodatku fatalną reklamę. Uznano mnie za zboczeńca. Byłem dyskryminowany, okazywano mi wrogość. Z tego powodu musiałem zmienić miejsce zamieszkania. To doświadczenie mnie zmroziło; więcej nie szukałem już kontaktów z kobietami.