Upalny dzień powszechnej radości. Groteska abstrakcyjna z serii „Szyderstwem w dyktaturę”.

Dzień 19 października okazał się bardziej upalny niż piec kaflowy mroźną zimą. Iwana Iwanowicza spotkałem na torach tramwajowych. Zagadaliśmy się, w ostatnim momencie uskoczyliśmy przed tramwajem. Uniknęliśmy nieszczęścia. To był dobry znak. Wdaliśmy się w rozmowę. Entuzjazm rozsadzał nam piersi. Wokół towarzystwo rozgrzane słońcem podobnie jak my. Jedna dziewczyna z nogami aż po pachy, ale to tak głęboko, że poza tym nie było widać nic więcej tylko głowę. Nogi miała ubrane we wzorzyste rajstopy, zakończone na dole długimi butami. Wszyscy domyślali się, że piersi też miała, ale nikt nie wiedział dokładnie gdzie. Ona sama na ten temat milczała.

– Czyste piękno – krzyknęliśmy zgodnie w tym samym momencie.

Na mężczyzn nie zwracaliśmy uwagi, to był inny gender. Bawiliśmy się jak dzieci. Od ręki zorganizowaliśmy Hyde Park przy chodniku, aby każdy mógł mówić, co mu się podoba. Zakazana była tylko polityka.

– W kraju i bez tego panuje zamieszanie. – Rzucił Iwan Iwanowicz z lekkością zjadacza tanich jabłek. – Słychać głosy, że robi to jakiś chudy facet i to podobno wysokiej rangi, Podejrzewam, że to wojskowy. Jego zwolennicy tłumaczą, że on nie kłamie, tylko nie mówi prawdy.

– Nagrywał się na taśmę, aby się przekonać, jaki naprawdę jest w słowach i w sumieniu. -Dodała przechodząca obok staruszka w okularach Hugo Boss Sunglasses Free Shipping. Wyglądała niebiańsko. Towarzyszył jej mężczyzna, niezwykle poważny, cały w czerni. Mówił, że prawdą jest, że niektórzy jego koledzy cudzołożą, a inni strasznie przeklinają.

– Ja sam tego nie robię. Najwyżej powiem k…a mać, ale to nie przekleństwo, tylko przecinek. Teraz inaczej nikt nie mówi, nawet dzieci. Czują, że rodzice lepiej rozumieją dziecko, kiedy używa brzydkich słów. Proste słowo nie porusza już nikogo.

– Każde dziecko na miarę złota! – Krzyknęła niewiasta pchająca przed sobą wózek z jarzynami.

To nam się podobało. Zaczęliśmy namawiać ludzi na ulicy, aby dziecinnieli, dla dobra kraju i ojczyzny. Chodziło nam o to, aby przestali być oseskami wyciągającymi chciwą rękę po obfitą matczyną pierś i świeże mleko, by w końcu spoważnieli, zadbali o rozum i zaczęli budować wielkie obiekty, porty lotnicze na tysiące samolotów i miliony dronów, oraz nabywali świeżość intelektualną opartą na tym, co mówią głosy u samej góry zalecające, aby oderwać się od bytów wyimaginowanych.

Nieoczekiwanie na chodniku pojawił się rumiany mężczyzna. Popatrzył w prawo, w lewo, uśmiechnął się rozkosznie i przedstawił się.

– Jestem Głowa. Stoję na czele wszystkiego. Jestem tu najważniejszy. – Jest źle – powiedział. Trzeba wszystkich poważnie ubranych ludzi zwolnić ze stanowisk.

– To chyba jakiś prezydent? Mówi tak dziwnie. Chyba nie myśli tego poważnie? Co on będzie nas straszyć? Czy my nie mamy własnego rozumu i nie wiemy jak się koła toczą? – Pytania padały gęsto jak wiosenny deszcz jesienią.

Okazało się, że był to prezydent Związku Wszystkich Nafciarzy.

– Co to za różnica, kim on jest?! Odezwały się głosy. – Taka Głowa to zawsze coś palnie, czy zrobi coś głupiego. To nieudacznik. Nie będzie nafciarz wciskać nam głupoty w brzuch. Niech się wreszcie weźmie do solidnej roboty, murarki, sprzątania, a nie jeździ tam i z powrotem. – Rozkrzyczeli się ludziska.

Zaraz po zniknięciu Głowy na chodniku pojawił się chudy osobnik w garniturze i okularkach w cienkiej oprawie. Zebrał się w sobie, zsynchronizował wąskie usta i zaczął obiecywać, że wkrótce będzie padać manna z nieba i żądał, aby ludzie patrzyli do tyłu, a nie do przodu jak koń. Swoją gadką tak wyprowadził z równowagi pasażerów wysiadających z tramwaju, że motorniczy krzyknął oburzony:

– Chudy cwaniaczku, co ty chcesz ukręcić? Lepiej byś przyznał się do grzechów przeszłości i wyspowiadał. Na dwóch koniach nie będziesz wiecznie jeździć. I Bogu świeczkę i diabłu zegarek!

Chudy wymamrotał spod okularów jakieś złe słowa, prawdopodobnie przekleństwa, bo powietrze zagotowało się wokół. Widać było po jego wykrzywionej facjacie, że nie zamierza do niczego się przyznawać i nie zrezygnuje z manii wielkości, która każe mu wmawiać innym, że wie najlepiej, gdzie kwitną róże.

Scenę skomentował duchowny podobny do pobożnej grubej szychy w filmie, który każdy ogląda z wyjątkiem tych, którzy nie wierzą w Boga.

– W kraju jest burdel i my to wiemy. Chodzi o naprawę, ale my nie mieszamy się do ideologii. Nam jest dobrze. Niech to rozstrzygną wybory.

– Jakie? Kiedy? – pytano. Nie umiał tego wytłumaczyć. – Nie będę mieszać się do ideologii. – Powtarzał.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 91: Śmierć w sypialni

Anastazja przeraziła się.

– Tego nie było w scenariuszu! – Wyszeptała zmartwiałymi ustami. Jej przerażenie nie było udawane. Nie grała już przypisanej roli, zachowywała się naturalnie. Na jej twarzy malowało się przerażenie, osiągając apogeum w momencie, kiedy ciało kochanka, bezsilne i bezwładne, opadło na nią całym swoim ciężarem. Leżała oniemiała, w szoku, wiedząc, że Sefardi już nie żyje. Patrzyła w górę niepewna, co robić.

– Miał umrzeć na fotelu w salonie po zażyciu tabletek, a nie na mnie! A to drań! – Wykrzyknęła, po czym zawstydziła się, przypominając sobie, że nie można odmówić umierającemu ostatniej przysługi, jaką sobie wymarzył.

Po chwili niepewności zepchnęła na bok wciąż ciepłe, lecz już sztywniejące ciało i usiadła na krawędzi łóżka, aby ochłonąć. Dochodziła do siebie. Kiedy uspokoiła się trochę, wstała i udała się do łazienki. Wyciągnęła z szafki ulubiony włochaty ręcznik w czerwone kwiaty i wzięła prysznic. Strumień gorącej wody zagłuszył na chwilę przeżycia i niepokój. Skoncentrowała się, starając się nie myśleć o strasznym wydarzeniu. Czuła presję czasu. Nie mogła się ociągać, musiała jak najszybciej wezwać pogotowie ratunkowe lub zawiadomić kogoś o śmierci. Chciała nałożyć na siebie inny, ładniejszy i bogatszy szlafrok, była przecież pora nocna i miała do tego prawo, zmieniła jednak zamiar i ubrała się jak najszybciej, aby przystąpić do realizacji pozostałej części umowy zawartej z Sefardim, jak też ratować się przed oskarżeniami, że natychmiast nie wezwała pomocy.

– Wygląda jak chłopiec. – Wyszeptała do siebie, po czym zamilkła, zdając sobie sprawę, że w obliczu śmierci nie ma czasu na słowa ani improwizacje. Ułożyła ciało w pozycji siedzącej, przypominającej naturalny efekt zabójczego zawału serca. Wiedziała, jak zachowują się w takich okolicznościach naoczni świadkowie takich zdarzeń; wcześniej obejrzała dwa filmy na YouTube. Była dobrze przygotowaną amatorką. Chwilę później dzwoniła na pogotowie ratunkowe pełna niepokoju i częściowo udawanego przerażenia. Nie była to zwyczajna rozmowa telefoniczna, wcześniej przemyślała sobie scenę wzywania pomocy, co mówi i jak się zachowuje.

– Proszę natychmiast przysłać karetkę pogotowania. Sefardi Baroka, mój przyjaciel, miał zawał serca. Jest nieprzytomny, może nawet już nie żyje. W ogóle nie porusza się.

Na prośbę operatora podała swój numer telefonu, nazwisko i adres. Był to adres budynku przyległego do domu pogrzebowego. Anastazja nie informowała o tym operatora, aby nie wywoływać złych skojarzeń. – Dom pogrzebowy nie jest umieralnią, tylko miejscem pożegnania zmarłego z rodziną i przyjaciółmi. – Tak zawsze uważała i mówiła.

*****

Po zakończeniu rozmowy telefonicznej rozejrzała się po pokoju, czy wszystko jest w porządku. Musiała się pilnować, była przecież konspiratorką, osobą świadomą sprowokowanej śmierci. Dopiero teraz ogarnęło ją przerażenie. Była sama, Sefardi był już przeszłością. Podeszła do stolika w salonie. Stała na nim szklanka z wodą, którą miał popić lekarstwo wywołujące zawał serca. Rozejrzała się niespokojnie szukając wzrokiem fiolki lub pudełeczka.

– Nigdzie nie ma żadnego lekarstwa! Oszukał mnie! – Ogarnął ją gniew, rozżalenie i niepokój, jakie będą konsekwencje. Jeszcze raz spojrzała na bibeloty na stoliku i dopiero teraz zauważyła małą kopertę. Otworzyła ją i znalazła wewnątrz karteluszek papieru zapisany łatwym do rozpoznania pismem.

Droga Anastazjo! Wszystko, co zdarzyło się tutaj zostało zarejestrowane przez dwie kamery. To dla ciebie i dla sądu, jeśli nie usuniesz zapisu. Jedna kamera jest zamontowana w sypialni w rogu pokoju, najbardziej oddalonym od łóżka, pod paskiem gzymsu. Znajdziesz ją łatwo. Druga znajduje się nad twoją głową, w rogu salonu, gdzie teraz przebywasz. Aby je zdemontować wystarczy wyciągnąć wtyczki z miejsca ich podłączenia. Nie zostawi to żadnego śladu, a jeśli zostawi to tak nieznaczny, że nikt niczego się nie domyśli. Nikt zresztą nie będzie ciebie o nic posądzać. Zawał serca był jak najbardziej prawdziwy. Nigdzie nie znajdziesz żadnego lekarstwa, bo nie zamierzałem niczego brać oprócz podwójnej dawki viagry i extasy. Dwie kasety z nagraniami z kamer są w szafce pod telewizorem. Są podarkiem ode mnie na wieczną pamiątkę. Możesz je zniszczyć i zapewne dobrze zrobisz na wypadek, gdyby sprawą miała zainteresować się policja. Twój na zawsze, Sefardi. 

– A to drań. Przewrotny degenerat! Nagrał wszystko, co miało być intymne i miało pójść w zapomnienie. Myśli, że to zniszczę ze strachu przed policją, prokuratorem i sądem. Tym razem jednak się pomylił. Niedoczekanie twoje! – Wyszeptała, zdając sobie sprawę, że kamery wciąż pracują, po czym dodała. – Omyliłeś się tym razem. Zatrzymam kasety dla siebie, mam dosyć kryjówek, aby je ukryć. Nikt nie będzie szukać w starym piecu kremacyjnym. – Ucieszyła się z własnej przebiegłości i decyzji, jakby wygrała szczęśliwy los na loterii.

*****

Pogotowie ratunkowe przyjechało z opóźnieniem. Lekarz stwierdził zgon wskutek rozległego zawału serca. Anastazja znała lekarza, wiedziała, że lubił alkohol. Wcześniej wystawiał już świadectwa zgonu osób zgłaszanych przez klientów jej firmy. Mieszkał blisko jej zakładu. Sprawdziła, że to on będzie na dyżurze tego dnia. Kilka dni wcześniej wysłała mu paczkę z dwiema butelkami dobrego koniaku. Okazją były jego imieniny, pamiętała datę. Podziękowała mu za pomoc.

– Czy nie potrzeba wezwać policji? – zapytała Anastazja. Słowa wyrwały jej się, pytanie było niepotrzebne. Natychmiast zdenerwowała się, jak zareaguje medyk. Oczekiwała jego spojrzenia, podejrzliwości, dlaczego o to pyta. Pytanie nie zdziwiło go w najmniejszym stopniu. Odpowiedział spokojnie. – Nie ma potrzeby. Objawy są tak oczywiste, nie ma tu żadnych wątpliwości, nie ma więc potrzeby sekcji zwłok. Chyba, że pani ma jakieś podejrzenia i chciałaby je wyjaśnić?

Poprosiła o świadectwo zgonu. Zapytał, czy jest osobą spokrewnioną lub rodziną zmarłego. Wyjaśnił, że tylko najbliższa rodzina może uzyskać świadectwo. Przekazał formularz i poinstruował, jak trzeba wypełnić. – Proszę tylko wpisać imię i nazwisko zmarłego. Reszta to moja rola: przyczyna śmierci, data zgonu, miejsce zgonu, nazwa cmentarza, gdzie zmarły zostanie pochowany. Po chwili wahania, zdecydował się sam wypełnić i podpisać dokument.

– Zrobię to od ręki, przekażę do urzędu, skąd uprawniona osoba będzie mogła odebrać świadectwo po przedstawieniu dowodu tożsamości. Ciało chyba zostanie do pogrzebu w chłodziarce zakładu pogrzebowego?