Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 85: Szaleństwa w szkole dramatu

W przebłysku opamiętania Sefardi zaczął uważniej obserwować wydarzenia na sali. Każdy epizod wydawał się mieć jakiś schemat. Istniała pewna sekwencja zdarzeń, której nie rozumiał, ale wyczuwał. Były to mini spektakle, składające się z trzech części. Najpierw ktoś anonimowy wykrzykiwał hasło, potem pojawiała się postać aktora, a następnie rozwijała się akcja.

– To jest ta kolejność: hasło, postać, akcja. – Był tego pewien.

Postanowił sprawdzić słuszność swojej obserwacji. Na dobrą sprawę nie miał nic lepszego do roboty, ponieważ zajścia na sali następowały i tak bez jego udziału. Wyglądały na spontaniczne zachowania się studentów.

Incydent, jaki akurat się rozgrywał, o którym był już przekonany, że nie jest wyreżyserowany przez panią Gabrielę, zbliżał się do końca. Sefardi wiedział, że zaraz zacznie się nowa akcja. Czekał na nowy okrzyk, nowe hasło. I rzeczywiście. Ktoś anonimowy krzyknął: „Co w sercu, to na języku”. Był to kobiecy głos. Z wysokości sceny Sefardi był w stanie zlokalizować miejsce, skąd pochodził, a przynajmniej kierunek. Patrząc na audytorium ocenił, że było to po lewej stronie w głębi auli. Wcześniej podzielił ją sobie w myśli na cztery części, cztery kwadraty i ponumerował. Był to kwadrat numer jeden.

– Za chwilę pojawi się osoba aktora. – Mruknął do siebie. Mógłby powiedzieć to głośno i tak nikt by go usłyszał. Jego przewidywanie spełniło się dokładnie. W miejscu, które obserwował, wstała z krzesła studentka, o zgrabnej sylwetce choć nienadzwyczajnej urody. Miała płaską twarz i włosy w nieładzie, nie wiadomo, celowym czy przypadkowym. Przyglądał jej się z zainteresowaniem; była konkretem, pierwszą osobą na widowni, której zachowanie rozumiał, co dawało mu satysfakcję i poczucie rosnącej kontroli. Przyglądał się dziewczynie notując szczegóły: średniego wzrostu, szczupła, blond włosy, ubrana w niemodny już standardowy strój uczniów i studentów pierwszego roku – granatową spódniczkę i białą bluzkę z wykładanym kołnierzykiem. Dziewczyna miała na głowie czapkę studencką.

– Chce podkreślić swój status. – Doszedł do wniosku. Skoncentrował się na milczącej obserwacji i opisie tego, co się działo. – Stoi, rozgląda się na prawo i na lewo, obraca głową dookoła, chce, aby ją zauważono. Obraca się dookoła, aby wszyscy ją dostrzegli i docenili. Sefardi czuł, że to szczególne doświadczenie będzie mógł wykorzystać w swojej twórczości. Była to praktyczna lekcja opisu i charakterystyki postaci. Widowisko zaczynało mu się podobać.

–Teraz wygłosi swoją kwestię i zagra swoją scenę. Ledwo to pomyślał, już słyszał jej słowa, wyraźne, głośne, teatralne: „Mam serdecznie dosyć cnotliwego życia. Chcę się oddać. Nie nauce, ale mężczyźnie. Nie chcę być dłużej dziewicą, bo to mnie męczy. Pragnę jak najszybciej pozbyć się cnoty, tego przeżytku współczesnej młodej kobiety”

– Reklamuje się, jakby chciała się sprzedać. – Uznał Sefardi. Mimo, iż wiedział, że jest to gra, nie podobało mu się wrażenie, jakie wywołała swoimi słowami. Było w niej coś fałszywego. Przywołał się do porządku przypomnieniem, że to tylko teatr. Skoncentrował się, znowu uważnie słuchał i obserwował. Dziewczyna dodała głośno: „Wierzę głęboko w moją prawdę!”, po czym wykonała gest połączonych rąk płynący od piersi na zewnątrz. Sefardi nie zrozumiał go, lecz domyślił się, że dziewczyna symbolicznie wyjmuje miłość z serca i podaje komuś siedzącemu obok, po czym wygłasza kwestię: „To jest moja prawda”.

Nikt siedzący obok nie zareagował. Wszyscy pozostali nieruchomi jakby byli sparaliżowani lub nie rozumieli, o co chodzi.

– To koniec jej aktu. – Doszedł do wniosku Sefardi.

Na moment zagubił się, nie miał pojęcia, co teraz nastąpi. Słowa i gra młodocianej aktorki miały jednak sens; jakiś inny, tym razem męski głos, zawołał: „Wiara czyni cuda”. Stało się oczywiste, że słowa „Wierzę głęboko w moją prawdę” miały na celu zainicjować następny akt teatralny, który zaczynał się właśnie od słów „Wiara czyni cuda”.

Sefardi zapragnął, aby męczące widowisko wreszcie się skończyło.

– Jeszcze się dobrze nie rozkręciło, a on już myśli o zakończeniu. – Przedrzeźniająco stwierdził osobnik przypominający ubiorem i wyglądem belfra szkoły średniej, który nagle pojawił się w pierwszym rzędzie na sali na wprost Sefardiego. Wykładowca był pod wrażeniem, że nieznajomy usłyszał jego głos wewnętrzny. Był to nauczyciel łaciny zatrudniony na pół etatu w Zakładzie Filologii Obcojęzycznej.

Dziwactwa nie skończyły się, gdyż za chwilę z sali dobiegły słowa: „Finis coronat opus”. Sefardi nie zdziwił się, że był to głos anonimowy. Znał już mechanizm zdarzeń.

„Finis coronat opus” znaczy „Koniec wieńczy dzieło” – przetłumaczył łacinnik podkreślając słowa okrągłym, przesadnym ruchem prawej dłoni. Rzeka skojarzeń, haseł, interpretacji i tłumaczeń popłynęła wartkim nurtem dalszych wypowiedzi.

– „Opus w liczbie mnogiej to opera”. – Zawołał z dumą jakiś domorosły znawca łaciny, gołowąs w markowym dresie, podkreślającym jego wysportowaną sylwetkę.

– Opera? Jeśli opera, to Puccini. Niech żyje Puccini! Niech żyją wielcy kompozytorzy! Niech żyje córka opery, operetka. – Bezsensowne okrzyki mnożyły się jak grzyby po deszczu, wywołując nieoczekiwany efekt: na scenie, obok Sefardiego, pojawiło się sześć tancerek. Wcześniej musiały chyba zażyć jakiegoś narkotyku, gdyż ich ruchy były dziwnie płynne i rozmazane jak na zwolnionym filmie.

– Są wyraźnie nabuzowane. – Uznał Sefardi. Po chwili, urzeczony delirycznymi wygibasami tancerek, milcząco pochłaniał symbolikę ruchów ich ciał, nóg, rąk i głów. Było to pasjonujące, pragnął zapamiętać jak najwięcej. Miał wrażenie, że uczestniczy w najdoskonalszym spektaklu tanecznym, jaki oglądał w życiu. – Nadzwyczajne! – Z trudem powstrzymał się, aby nie wykrzyczeć swego entuzjazmu.