Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 66: Cud powrotu parlamentarzystów i fronty atmosferyczne

Przywrócenie parlamentarzystów społeczeństwu uznano za cud. Jego wytłumaczenie zajęło prezydentowi i jego gabinetowi sporo wysiłku.

– Co to za problem, kiedy ma się za sobą prasę, radio, telewizję i kontrolę nad dostawcami usług internetowych, aby zapewnić zgodną współpracę między panem prezydentem a rządem. – Oświadczył Blawatsky na spotkaniu swojego gabinetu, wybranego spośród najwierniejszych członków Partii Konserwatywnej. Była to grupa podziwiająca gubernatora, szczególnie jego zdolność zapewnienia im szybkich awansów w aparacie państwowym. Krytycy Barrasa twierdzili, że najbliższe otoczenie nazywa go „Słońcem Narodu” i wierzy, że w Nomadii gubernator stoi przed Bogiem.

Po przebudzeniu się z koszmaru zdarzeń parlamentarnych, Sefardi umył się, ogolił i zjadł śniadanie, po czym usiadł do biurka, aby spisać przeżycia. Czynił to w pośpiechu wystukując na klawiaturze wyrazy, co do których nie miał nawet pewności, czy piszą się przez „u” otwarte czy „ó” kreskowane, dużą czy małą literą. Rejestrując obserwacje pozostawiał tekst do późniejszego automatycznego sprawdzenia pisowni. Nie potrafił obyć się bez technologii wspomagającej zapis jego przeżyć.

*****

Doniesienia ośrodka meteorologicznego były tak niepokojące, że stacje radiowe i telewizyjne przerywały transmisje, aby dyżurny meteorolog mógł na bieżąco relacjonować to, co widzi z wieży obserwacyjnej, satelitów i sond pogodowych zawieszonych w kosmosie. Nad miastem pojawiły się dwa fronty atmosferyczne przypominające monstrualne wieloryby. Różniło je wszystko, temperatura, gęstość i wilgotność powietrza. Zderzenie tych frontów groziło eksplozją o mocy przekraczającej milion bomb wodorowych. Meteorolog był przerażony, a zarazem zachwycony niezwykłością zjawisk zachodzących w atmosferze.

Większy stwór wypełniony był gorącym powietrzem, jego przeciwnik, niewiele mu ustępujący rozmiarem, był zimny, bez serca i uczuć. Nie mogąc znieść się wzajemnie gotowe były do starcia. Agresorem okazał się front rozpalony powietrzem pustyń, które go zrodziły. Uniósł do góry wielki pysk i rzucił się na oszronionego przeciwnika. Natychmiast uległ ochłodzeniu, para buchnęła strumieniem z ogromnego łba skraplając się z wielkim sykiem i tworząc chmurę przykrywającą pół kontynentu.

W przedniej części układu atmosferycznego, na wysokości dziesięciu kilometrów nad ziemią, zgromadziły się chmury Cirrus, wysokie, pierzaste, przypominające delikatne włókna i pajęcze nici waty cukrowej, zbudowane z kryształków zmrożonego lodu.

Piętro niżej, chmury Altostratus stworzyły szaroniebieską powłokę przetykaną rudym pasem rażącym jak fałsz, przysłaniając niebo na wysokości kilku kilometrów.

Na samym dole panoszyły się Nimbostratusy, niskie, warstwowo-deszczowe, ciemnoszare chmury, wypełnione kropelkami wody i kryształkami lodu. Nasączona wodą gąbka polewała ziemię w pasie szerokości kilkudziesięciu kilometrów.

Fatalna mieszanka wilgoci, zmian ciśnienia i mrocznych wiadomości stały się źródłem nieszczęść: ludzie dusili się, reumatyczny ból wykręcał im stawy do granic możliwości, serca biły jakby samobójczo pędziły pod stromą górę. Szczęście mieli tylko ludzie w stanie upojenia alkoholowego; było im obojętne, co dzieje się na zewnątrz. Rosnące przygnębienie, niepokój i rozdrażnienie owocowały depresjami, samobójstwami i zabójstwami.

*****

– Meteorolog mówi jawne kłamstwa – twierdzili ludzie prości, nie rozumiejący, że podobnie jak poeta upojony narodzeniem się długo oczekiwanego potomka, potrafi on widzieć rzeczy istniejące w skromniejszym wymiarze lub nie istniejące w ogóle. Relacja meteorologiczna była tak przekonywująca, że kilku słuchaczy usiłowało popełnić samobójstwo. Gdyby nie fakt, że ich odratowano, meteorolog poniósłby okropne konsekwencje. Dyrektor ośrodka meteorologicznego, porywczy biurokrata, usiłował zepchnąć nieszczęśnika z wieży obserwacyjnej; powstrzymano go w ostatniej chwili.

Po południu z chmur opadła mgła i skondensowała się na zimnym podłożu i roślinach wydzielając z siebie mieszaninę spalin samochodowych, dymu z kominów i innych okropności cywilizacji. Sefardi wyszedł na ganek i poczuł nienawiść do gatunku ludzkiego.

2Shares