Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 56: Straszny sen Sefardiego.

Po kilku dyskusjach spiskowcy doszli do porozumienia, co i jak należy uczynić, aby pogrzeb udał się pod każdym względem. Kiedy już wszystko ustalili, Sefardi zaśmiał się niefrasobliwie jak dziecko. Zdarzało się to tylko wtedy, kiedy naprawdę coś go zachwyciło.

Założenie było proste. Pogrzeb miał dostarczyć rozrywki jego uczestnikom i ludziom, którzy będą go oglądać w telewizji i na nagraniach video. Sefardi wyjaśniał to ożywiony. Dla Anastazji było nie do pojęcia, że wkrótce ten człowiek przestanie istnieć. Miała wrażenie, że uczestnicy w czymś nieprzyzwoitym, nawet zbrodniczym. Nie usiłowała już nawet wyperswadować mu szalonego pomysłu, bo i tak postawiłby na swoim, wybierając inną firmę pogrzebową.

– Tobie to łatwo mówić – podjęła kobieta – dla ciebie to będzie koniec wszystkiego, ale ja zostanę z bólem i kłopotami. Jestem przecież twoją wspólniczką. Będą prowadzić śledztwo i mnie szarpać pytaniami i podejrzeniami, a może nawet i oskarżeniami. – Jaka była pani rola? Co pani wie o tym czy o tamtym? Dlaczego pomagała pani denatowi w popełnieniu samobójstwa?

Sefardi nic nie odpowiedział. Miała swoją rację. On też miał swoją rację, nie odzywał się więc, czekał, aż wyrzuci z siebie żale, wygada się i uspokoi.

Najmniej czasu poświęcili na personalizację pogrzebu, nadanie mu cech specyficznie związanych z osobą zmarłego. Stawało się to coraz bardziej popularne, było modne. Rozmawiali o kwestiach takich jak video, kolaż zdjęć, muzyka, memorabilia w rodzaju ulubionych zegarków czy wydanej powieści.

*****

Następnego dnia obudził Sefardiego głos fanfar, uporczywy i głośny jak maszyna piekielna. Wstał z łóżka i wyjrzał przez okno. W mieście trwała jakaś wielka uroczystość. Był zbyt śpiący, aby go to zainteresowało. Wrócił do łóżka. Znowu zapadł w sen, lecz pokrzepienie nie trwało długo. Kiedy się obudził, zobaczył siebie stojącego w tłumie przy głównej ulicy miasta czekającego na przejazd karawanu. Wiedział dokładnie jak on wygląda, był tylko ciekaw, jak wygląda w ruchu, ciągniony przez ogiery, które sam wybrał w stadninie koni. Stał cierpliwe w cieniu drzewa, ponieważ słońce przygrzewało. Wolał także, aby nikt go nie zobaczył. Wreszcie pojazd ukazał się. Jechał wolno, choć konie ponosiły. Wyglądały jak rumaki z filmu Ben Hur, pyszne, parskające, ubrane w kolorowe czapraki. Piana toczyła im się z pysków. Zachowywały się tak, jakby ruszały na wojnę, rozpierała je energia, wytwór długiej ewolucji, nieprzerwanych ćwiczeń i dobrego wyżywienia.

Mistrz przyglądał im się z ciekawością, nawet z dumą. Skulił się nagle, kiedy z ukosa, z drugiej strony ulicy rozległa się seria strzałów z karabinu maszynowego, potem druga, potem dwie równocześnie. Strzelano w kierunku karawanu, na którym stała urna przymocowana do czarnej, błyszczącej platformy. Posypały się drzazgi i kawałki szkła, pociski uderzały o powierzchnię ulicy odbijając się rykoszetami w kierunku budynków. Na chodnikach wybuchła panika. Obserwatorzy konduktu pogrzebowego i przechodnie rzucili się do ucieczki; ktoś upadł, krzyczał, wkrótce krzyk przerodził się w skowyt bólu i strachu.

– To łajdak! – Krzyknął Sefardi i zaczął rozglądać się dookoła. Sam nie wiedział, czego szuka: kamienia, grubego kija, kawałka metalowego pręta czy może granatu.

– Kogo miał pan na myśli nazywając go łajdakiem? – Z boku pojawił się nieznany, dobrze ubrany mężczyzna.

– Jak to, kogo? Tego drania, Barrasa Blawatsky’ego!

– Jeśli tak, to zgadzam się z panem. – Nieznajomy rzucił się na Sefardiego i zaborczo zaczął go ściskać.

– Zachowuje się jak matka witająca powracającego z wojny syna – pomyślał Sefardi. Zrobiło mu się mdło z wrażenia. Nieznajomy obejmował go energicznie metodą „na niedźwiedzia”. Sefardi zbudził się spocony, stłamszony, ale szczęśliwy, że udało mu się wyrwać maszkarze sennej. Postawił nogi na ziemi, popatrzył na pustą ścianę, z której nie wiadomo, dlaczego spadł obraz, i uspokoił się. Za chwilę myślał już pozytywnie. – Dobrze, że mam bogate sny, bo nie miałbym o czym pisać.

Podsumowanie zamknęło koło marzeń, widziadeł sennych, pragnień i niepokojów człowieka, którego ostatnią misją miało być zakończenie życia w sposób niosący radość rzeszom zwykłych ludzi spragnionych rozrywki. Mistrz udał się do kuchni, aby uczcić szczęśliwe przebudzenie kubkiem mocnej, czarnej kawy bez odrobiny cukru.

Kup książkę z bardzo dobrymi recenzjami dla siebie lub na upominek dla bliskiej osoby: https://tinyurl.com/y7cza5nc