Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 27: Historia rządów kraju i barykady

Historia barykady zaczęła się kilkanaście lat wcześniej, kiedy do władzy doszli liberałowie. To oni swoją absurdalną polityką ogłupili naród na dobre. Interesowały ich tylko sprawy konstrukcyjne; to była ich obsesja. Oszaleli na punkcie infrastruktury, wielkich konstrukcji, gigantycznych lotnisk, dziesięciopasmowych autostrad, mostów nad przepaściami i tuneli odpornych na bombę atomową, parkingów na tysiące samochodów, stacji benzynowych wielkości małego miasta, gigantycznych muzeów i luksusowych pałaców. Burzyli lub sprzedawali, często za bezcen to, co stare, i na jego gruzach budowali wszystko od nowa, zupełnie bezsensownie, jakby dla żartu lub na wiwat. Nikt w rządzie o niczym innym nie myślał i nie mówił, wszędzie słychać było tylko: więcej, więcej, więcej. Członkowie rządu bez wyjątku reprezentowali postawy stachanowskie, dawno już przeżyte. Byli ponadto skorumpowani do szpiku kości. Działania rządu liberałów otaczały same afery. Rozdęte do wielkości balonu pękały teraz, za rządów konserwatystów, z hukiem nad głowami obywateli. Zamieszanie było tak wielkie, że obywatele – zaniedbując obowiązki służbowe i rodzinne – nic innego nie robili, tylko czytali, słuchali i dyskutowali o aferach i korupcji.

Oceny moralne władzy podzieliły społeczeństwo barykadą nie do pokonania.

– Nastały ciężkie czasy – narzekali ludzie z jednej strony barykady, wyobrażając sobie przyszłość w kształcie ciemnego tunelu, bez oświetlenia, za to z dziurami w jezdni, nad którymi hulał zimowy wiatr, choć był zaledwie początek jesieni.

– To niepoprawni pesymiści – zżymali się osobnicy po drugiej stronie barykady. – Mamy przecież fantastyczną infrastrukturę, bez której nie istnieje nowoczesne społeczeństwo. Nigdy nie było lepiej, w dodatku perspektywy rozwoju kraju są wyjątkowo korzystne. Wyobraźnia kierowała ich ku egzotycznym miejscom, gdzie wprost ze słonecznej plaży można było nurkować między rafy koralowe, a na nadmorskim bulwarze kupić za półdarmo przepyszne lody Maraska i owoce liu-tsi w likierowej polewie.

Uczestnicy obydwu obozów widzieli się bardzo dobrze, ponieważ dzieląca ich barykada była wytworem ich własnej wyobraźni. Świadomość ta prześladowała Sefardiego. Dla oderwania się od posępnej rzeczywistości, sięgał myślą do kosmosu, gdzie czas i odległości mierzy się latami świetlnymi, a nie dniami kalendarzowymi i kilometrami. Myślał o Bogu, żyjącym w samotności i podarowaniu mu pięknego, wielofunkcyjnego zegarka zdobnego kamieniami szlachetnymi, które rozjaśniłyby mu wieczność.

Po chwilach filozoficznej zadumy, Mistrz wracał do rzeczywistości. Bolesny podział kraju pochłonął go tak daleko, że zaniedbał, a w końcu porzucił zegarmistrzostwo, swoją pasję, aby poświęcić się naprawie uczuć społeczeństwa.

Po dwudziestu pięciu latach demokracji Nomadia przeżywała problemy wolności. Kraj nie nadawał się do rządzenia. Wyglądało to tak, jakby młody człowiek zaczął nagle odczuwać nieznośny bóle ząbkowania. Rozkwitły egoizmy i egocentryzmy. Obywatele, przez rządzących polityków zwani podmiotami, ciągnęli sukno demokratycznego stołu każdy w swoją stronę.

Historia zaczęła się w prostym baraku koszarowym na południu kraju, gdzie reprezentacja zbuntowanych obywateli spotkała się na ringu z reprezentacją despotycznego rządu. Buntownicy mieli za sobą miliony desperatów; ich szeregi powiększały się na podobieństwo wiosennej rzeki przyjmującej strumienie wody spływające ze wszystkich stron.

Despoci dysponowali aparatem państwowym i armią oraz doświadczeniem podstępnej manipulacji narodem. Walka była trudna i wyczerpująca. Jednej stronie chodziło o zdobycie tytułu mistrzowskiego i niezależności, drugiej o wtopienie się w nurt przemian, których nie byli w stanie okiełznać siłą perswazji ani wojska. Porozumienie osiągnięto ostatecznie drogą negocjacji. To podzieliło naród. Po latach wolność okazała się mniej ważna niż sposób, w jaki ją zdobyto.