Co mamy i co mieć będziemy. 2017 v. 2018.

Piszę po Świętach Bożego Narodzenia, czyli na trzeźwo, bez widoku krzywej mordy karpia. Dzięki temu wyraźniej widzę przyszłość. Jest różowa.

Mijający rok oceniam dobrze. Mamy osiągnięcia. Mnie najbardziej podobało się zwolnienie 90 generałów, niezakupione helikoptery oraz dotacje na wyrąb Puszczy Białowieskiej, jakie Unia nam obiecała. Ileż to zaoszczędzonych pieniędzy! Nie dziw, że nasza gospodarka rozwija się tak szybko. Jeśli chodzi o tempo rozwoju, to jesteśmy podobno na 14 miejscu w Europie. To nieźle, bo jakiś szczupły medalista w okularach straszył mnie w telewizji, że rozwijamy się najszybciej w Europie. To byłoby niebezpieczne.

W prasie znalazłem tekst o Japonii, który wezbrał we mnie uczuciem patriotycznej radości. Cytuję: „ … honorowy kodeks bushido, koncentrat konfuncjanizmu, zen i szinto, który niczym samurajski miecz ciosał dusze Japończyków całe dziesięć wieków i do dziś jest ich moralnym i mentalnym kompasem. Uczciwość, grzeczność, czystość, skromność, pracowitość, solidarność i lojalność – cnoty bushido są cechami Japończyków”.

– To tak jak i u nas – pomyślałem. Teraz wiem, dlaczego tęskniliśmy za drugą Japonią. Jesteśmy zdumiewająco podobni do nich. Nie wiem tylko, czy oni też mają tyle dumy narodowej i tak nie lubią być na kolanach jak my. 

Rok 2018 według horoskopu chińskiego to rok Psa, żywiołu Ziemi. Cytuję: „Rok Psa jest czasem przyjaźni oraz zacieśniania kontaktów międzyludzkich. To także czas współpracy i okazywania większej tolerancji sobie nawzajem. Teraz staniemy się bardziej wrażliwi, dzięki czemu wiele dotychczasowych nieporozumień oraz konfliktów może zostać zażegnanych. Wystarczy jedynie odrobina dobrej woli”.

Brzmi to bardzo zachęcająco. Liczę na rok Psa.

Podsumowując, jest nieźle, będzie jeszcze nieźlej, może nawet jeszcze lepiej. Tego oczekuję od losu, czyli łaski pańskiej, która – jak mówi przysłowie – na pstrym koniu jeździ. Ponieważ u nas dysponentem łaski pańskiej jest rząd, rok 2018 napawa mnie optymizmem.

Może jeszcze coś na ten temat napiszę. Radości nigdy za dużo.

Pierwszy dzień świąt. Ale jakich?

Zadaję pytanie w tytule i piszę nieco chaotycznie, aby dać wyraz mojemu rozczarowaniu, że tak właśnie piszę. Mam na to uzasadnienie.

Kilka razy wznosiłem dziś, pierwszego dnia świąt, toasty, choć to podobno raczej nie wypada, ale były one bardzo skromne, kieliszeczkami, góra 25 milimetrów wysokości, najpierw za zdrowie pań, potem za zdrowie rodziny, wśród której w dyskusji wyróżniały się dzieci, niezwykle skutecznie zabierające głos. Podejrzewam, że śledzą one z pasją debaty prowadzone w Sejmie przez miłosiernie panującą nam partię, w szczególności zaś wypowiedzi posła Suskiego, który mówi wolno, dostojnie i z błyskiem zęba mądrości. Otóż ten błysk zauważyłem u jednego z dzieciątek rodzinnych, śledzących – jak wspomniałem – dyskusje w Sejmie, na które opozycja otrzymała regularny przydział jednej minuty na osobę.

Kończąc sprawę toastów, ostatni mój toast był „Za zdrowie szampana”, imienia nie wymienię, bo było zagraniczne, czyli obce, co nie jest miłe.

Pierwszy dzień świąt był niezwykle udany. Były to najsmaczniejsze święta mojego życia: zupa grzybowa, karp smażony, tak dobry, że go ucałowałem z radości w wyimaginowany pysk, zanim go zjadłem, różne pierożki, sałaty i inne frykasy. Obserwując siebie uważnie przy stole zauważyłem, że cieszę się niezmiernie, że inni Polacy też się cieszą, że rząd się cieszy, ponieważ pierwszy dostrzegł światła naszej wspólnej wspaniałej przyszłości opartej na współpracy i serdeczności.

– Trzeba mieć oczy jak reflektory, aby je zauważyć – dziwnie zauważył Iwan Iwanowicz, mój sąsiad z osiedla, przewodniczący Komitetu Narad przy Krawężniku.

Z rzeczy mniej miłych, na które musimy być przygotowani, choć życie układa nam się jak po różach, bez kolców, wymienię informację, że pewien obcokrajowiec (co dobrze wiedzieć), niejaki Gene Sharp, napisał książkę po tytułem „Od dyktatury do demokracji”, którą można pobrać bezpłatnie ze strony http://www.aeinstein.org/free-resources/free-publications/polski/ (Albert Einstein Insititution). Nie wiem, po co komu taka książka, skoro na świecie, w Europie, nie mówiąc o naszym kraju, jest przecież bajecznie i nigdy nie było tak dobrze, mimo marnej pogody, i nie ma potrzeby myśleć o przechodzeniu stamtąd dotąd.

Uzupełnię jeszcze moje wcześniejsze życzenia świąteczne życząc Panu Prezesowi Kaczyńskiemu dużej podaży sensownych w cenie premierów do wymiany, zaś Panu Ministrowi Macierewiczowi świeżutkiego szampana „Russkoje Igristoje”, który nie tylko że jest smaczny, ale i głowa po nim nie boli.

Nowa gra, przemówienia, życzenia świąteczne i inne ciekawostki

Trwa przesilenie zimowe. Od jutra dni się wydłużają, ciemności ustępują i nadciąga superksiężyc. Tyle mówi proroctwo.

Gra, która się toczy wokoło, jest super, ponieważ jej reguły dają się zmieniać przez Rozgrywającego. Jego celem jest zdobyć władzę, jak najwięcej władzy i to w taki sposób, aby jego zwolennicy i adoratorzy dali się ująć uczuciom nieskończonej godności i szczęścia.

W telewizji przedstawiciele Rozgrywającego najpierw witali telewidzów, nazywali ich Drogimi, Szanownymi lub Szanownym Państwem, a potem kubłami argumentów wyjaśniali, że Wielki Brat Ruro grubo się myli, ponieważ jest super, rewelacyjnie, dużo dużo lepiej niż poprzednio, a będzie jeszcze lepiej. Mówili też: weryfikujemy i zamieniamy ludzi podłych, tych z przeszłości, na nowych ludzi, szlachetniejszych, których sami wybieramy zwracając uwagę na nieposzlakowany charakter i uczciwy wyraz twarzy.

W dzień Rozgrywający uczestniczy w pochodach, demonstracjach i w świątyniach, pokazując, jak jest poważny, jak ubrany w garnitury klęka, modli się i patrzy w kierunku ambony, znowu się modli i znowu klęka.

W ciągu dnia napłynęły dalsze życzenia. Życzono:

– Funkcjonariuszom i zwolennikom Rozgrywającego – pięknych pomników na każdym rogu ulicy i nazw upamiętniających właściwych bohaterów i świętych;

– Ministrowi M – worka teorii spiskowych pod choinką, kolorowych snów o odzyskaniu wraku, dziesiątek generałów do dymisji oraz nowego puszystego Misia-Aptekarza;

– Ojcu R – jeszcze gorętszych wód geotermalnych, bajecznych samochodów, kolejnych dotacji na walkę ze złem oraz wszelkich innych łask pieniężnych;

– Hierarchii – łaski zrozumienia, że Bóg nie mieszka w Toruniu ani na ulicy Nowogrodzkiej tylko w niebie i jest nieskończonej dobroci, ale niekoniecznie cierpliwości.

Niezwykłe zwycięstwo i strumień życzeń gorących jak lawa

Iwan Iwanowicz opowiedział mi dziwną historię. Przysnął w fotelu i śniło mu się, że ze szpitala psychiatrycznego po zażyciu narkotyków uciekła razem grupa pielęgniarzy i pacjentów, jednostek bardzo różnych, wierzących i niewierzących, wykształconych i po zawodówce, którzy odurzeni narkotykami mieli wizję, że wszyscy ludzie wokół, bez wyjątków, są nieszczęśliwi i oni muszą ich koniecznie uszczęśliwić.

Kiedy się obudził z dziwnego snu podawano w telewizji, że w grach zespołowych reprezentujemy poziom światowy i po dwóch latach ostrej rywalizacji nasza reprezentacja narodowa odniosła niesamowity sukces wygrywając z Wielkim Bratem Ruro, pokazując światu naszą dumę, odwagę i mądrość sportową. W uznaniu tego osiągnięcia Wielki Brat obiecał naszej reprezentacji cenne sankcje oferując dodatkowo trzy miesiące na doprowadzenie się do pełnej formy w rozgrywkach finalnych. Zwycięstwo naszej reprezentacji było tej miary, że rozpisała się o nim cała prasa światowa, a Amerykanie wysłali nawet grupę specjalnych obserwatorów do Warszawy.

Potem Dziennik TV podał, że do najwyższych władz szerokim strumieniem płyną życzenia świąteczne i noworoczne. Są one tak gorące, że strumień nie zamarza mimo ujemnych temperatur. Niektóre życzenia były bardzo egzotyczne:

  • Naszemu Wspaniałemu Premierowi – z okazji inauguracji nowiutkiego gabinetu – wielkiego powodzenia w Kochanej Europie, ocieplenia wizerunku, skutecznej akcji rechrystianizacji oraz wielu serdeczności ze strony Ministra Z i Ministra M;
  • Panu Prezydentowi – długich i udanych szusów narciarskich w dół, w kierunku palm i plaż tropikalnych, gdzie można wspaniale wypocząć, orderu za Prawdę i Niezłomność oraz serdecznych żołnierskich uścisków od Ministra M;
  • Rysiowi C z Brukseli – kolorowej, puchowej poduszki z wyszytymi na niej gorącymi ustami jego Ukochanego Bohatera, aby wygodnie trzymał na niej nocą swoją pracowitą siwą głowę, oraz szybkiego zimowego roweru do lotnego pokonywania dystansów Bruksela – Warszawa – Strasburg;
  • Zwolennikom i adoratorom partii rządzącej – pomyślności w załatwianiu spraw w sądach, coraz szybszych i sprawiedliwszych, w przychodniach lekarskich, coraz wygodniejszych i sprawniejszych, oraz w ZUS-e, nieskończonym źródle szybszych i tańszych emerytur.

Życzeń było tak dużo, że tego dnia telewizja nie mogła przedstawić ich więcej, mimo że była to telewizja publiczna o wielkiej przepustowości i obiektywności.

Dzień 20 grudnia. Świat opanowała gorączka.

Sytuacja jest skomplikowana. Toczy się wielka gra, tu i tam, w szerszym i węższym kontekście. Szerszy kontekst to trzy imperia: Zachodnie, Wschodnie i Dalekowschodnie. Pierwsze jest najbogatsze, drugie najbardziej agresywne, trzecie rośnie szybko w siłę i ma za sobą moc Ideologii. Niektórzy naukowcy nazywają ten okres Wielką Deformacją. Czy nazwa się utrzyma nie wiadomo, bo zasady gry są ustalone minioną tradycją, ale niestabilne. W ostatnich miesiącach na Dalekim Wschodzie pojawił się dodatkowy agent destabilizujący, tym bardziej niebezpieczny, że ma potężną broń zdolną napromieniować pół świata. Jest to państwo jednoosobowe.

Imperium Zachodnie zadeklarowało wczoraj nowe zasady gry. Pierwsza z nich brzmi: Pokój tak, a jeśli nie, to ustalimy go siłą. Na czele Imperium stoi stary człowiek z rudą brodą, która przesuwa się w górę, kiedy mu robią zdjęcie lub pokazują w telewizji. Jest to prawdopodobnie hazardzista. Nikt nie wie dokładnie, jak bardzo.

W kraju z samego rana cisza. To normalne, bo mróz. Pod pokrywką wielkiego gara przemian cały czas utrzymuje się ciśnienie. W nocy do rządowej sortowni poczty zwanej Kancelarią nadeszły życzenia z okazji Bożego Narodzenia i Nowego Roku.

Pierwsze było w ozdobnej kopercie: Przyszłemu Imperatorowi życzymy najserdeczniej nieprzerwanej podaży premierów, coraz lepszych i mądrzejszych, z coraz większą ilością języków i perspektyw rozwoju, oraz wielu pomysłów na odbudowę imperium z ruiny. Prywatnie także puszystych tygrysków, działających uspokajająco w trakcie głaskania. Podpisano: Naród. Pod podpisem figurują miliony paraf.

Sortownicy domyślają się, że nie wszyscy obywatele są szczerzy w tych życzeniach, wolą jednak trzymać język za zębami. Kierują się zasadą „Morda w kubeł”, która milcząco uwidacznia się w coraz większej ilości miejsc. 

W drugiej kopercie życzenia są bardziej uczuciowe. Koperta jest koloru intensywnie żółtego i wygląda jak kubraczek. Pani Ex-Premier życzymy od serca wypoczynku od minionych ciężkich obowiązków i oby jak najszybciej wyszła igła z worka, kto był lepszym premierem; Ona, zasłużona i wierna przyszłemu Imperatorowi, czy ten Nowy, któremu przyszły Imperator umeblował gabinet.

Problem z identyfikacją podpisu jest ten sam, co poprzednio. Nie wiadomo, kto podpisał szczerze, a kto z obowiązku.

Gra trwa.

Z 19 na 20 grudnia. Pierwsza noc. Gra o Przyszłość.

Temperatura nocą spada poniżej zera. W południe wymieniono gabinet. Nikt nie mówi czyj, ale wszyscy to wiedzą, jak i to, że stoi za tym przyszły Imperator. Nie widziano go od tygodnia.

W kącie budynku rządowego znaleziono pajęczynę. To zły znak. Ludzie szepczą o zbliżających się prześladowaniach. W powietrzu wisi zapach spalenizny. Nad ranem przychodzi smog i pogłębia swąd.

Na czele Komitetu Wykonawczego nowego rządu staje Perukarz, osobnik rosły i ociężały, z pozoru misiowaty. Mówi tak, że nikt go nie rozumie. Na nogach ma ciężkie buty. Podobno kiedy spotyka się z ludźmi, niby niechcąco nadeptuje na stopę tym, którzy mu się nie podobają, aż wyją z bólu. Ludzi trzymają się od niego z daleka.

Premier oferuje Wielkiemu Bratu Ruro pokój pod warunkiem, że ustąpi w kilku sprawach. Chodzi przede wszystkim o to, aby Wielki Brat Ruro dał spokój ze swoimi niedorzecznymi podejrzeniami. Wielki Brat milczy, potrzebuje czasu na przemyślenie.

Sytuacja jest dwuznaczna. Trwa czas domysłów i zgadywania, co dalej. 

Najkrótszy dzień roku i Święta Bożego Narodzenia

Najkrótszy dzień w roku na bliskiej perspektywie cieszy mnie, ponieważ potem wszystko idzie z górki, dni stają się coraz dłuższe, mogę też sobie wyobrazić, że coraz bardziej słoneczne. Zdaję sobie sprawę, że tworzę w ten sposób wyobrażenie, które ułatwia mi przetrwanie dni zimowych, ponurych, męczących i przygnębiających, jak obecna polityka.

Polityka i władza mnie znużyły; konsekwentnie ciągną nas w dół, w nieznanym kierunku; mam złe przeczucia, ponieważ kłamstwo zbyt często rozdziobuje prawdę, a duża część społeczeństwa jakby tego nie dostrzegała zachowując się tak, jakby kasza manna padała z nieba. Mojemu rozczarowaniu daję wyraz tweetując na Twitterze, którzy stał się dla mnie głównym forum wypowiedzi.

Przygotowałem sobie kilka wpisów z Twittera, głównie o charakterze aforyzmów, na jutrzejsze spotkanie autorskie o godzinie 18.30 w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku. Miejsce i czas spotkania przypominam także sobie, ponieważ jest to dla mnie ważne spotkanie. Myślę o nim od kilkunastu dni, zamierzam przedstawić fragmenty mojej twórczości, poezji, powieści, opowiadań, aforyzmów, blogów i tweetów, twórczości dosyć rozrzuconej gatunkowo, częściowo publikowanej, częściowo niepublikowanej.

Skończyłem właśnie czytać książkę Mariusza Szczygła: „Projekt prawda”, nietypową pod względem zawartości. Obok tekstów autora w książce zawarta jest powieść Stanisława Stanucha „Portret z pamięci”, wyróżniona nieco ciemniejszym kolorem kart, wydana pierwotnie w roku 1959, której autora porównywano – jak podaje M Szczygieł – do takich znakomitości jak Camus, Beckett, Sartre i Proust. Pierwsza część Stanucha podobała mi się, nawet bardzo, druga pisana techniką „strumienia świadomości” już nie. Obydwie części, ta stanuchowa i ta szczygłowa, godne są uwagi, przynajmniej częściowo.

Część szczygłowa zawiera krótkie opowiadana, rodzaj wspomnień i refleksji, każda na temat jakiejś lub czyjejś prawdy, człowieka, zdarzenia lub miejsca. Literatura zawsze sprawia mi przyjemność, ponieważ czytam teraz mniej, za to uważniej i rzeczy, o których jestem przekonany, że warto je przeczytać.

W świecie dzieje się tyle rzeczy.

W świecie dzieje się tyle ważnych i ciekawych rzeczy, a ja stoję w miejscu. Może dlatego, że stoję przy biurku i piszę. Mam biurko z ruchomym blatem.

Nasz dzielny premier Morawiecki szybko wyjechał i jeszcze szybciej wrócił z Brukseli. Miał ważne rzeczy do załatwienia. Mogę mu tylko zazdrościć; ma tylko ważne rzeczy –  przed sobą, za sobą i obok siebie. Może dlatego to zamożny człowiek. W telewizji podano, że kiedy był prezesem banku zarabiał 5000 zł. Dziennie. Też nieźle.

Przewiduję, że osiągnie ogromny sukces w Brukseli. Teraz UE będzie akceptować wszystko, co pan premier powie i napisze. Bardzo go tam lubią. Mówi biegle po angielsku i jeszcze jakimiś językami. W Polce również językiem swojej partii. To trudny język, nie zawsze go rozumiem.

W Sejmie jest bardzo dobrze. Ustawy, które PiS będzie głosować, Marszałek Karczewski określa jako uszczęśliwiające naród. Ja też się cieszę, niesamowicie, po prostu umieram z radości.

W Rosji też nie jest źle. Władza jest mocna jak tur, podobnie jak u nas. To każdego cieszy. Prezydent Putin będzie nadal rządzić, wiem to, choć jeszcze nie znam wyników wyborów. Wystarczy, że znam człowieka. Tam go wszyscy kochają, mimo że sportowcy rosyjscy używali środków dopingujących. Nie tak znowu dużo, spożywali je tylko zamiast śniadania. Podobno tylko dlatego, że raz bardzo ich pochwalił. Co ja piszę?! Nie używali żadnych środków dopingujących, nigdy, przenigdy, absolutnie! Czasem prawda jest ta podobna do nieprawdy, że trudno się połapać.

Przygotowuję się do spotkania autorskiego (poniedziałek godz. 18.30 Instytut Kultury Miejskiej Gdańsk, ul Długi Targ 39). Planuję przedstawić tam fragment mojej najnowszej powieści, nad którą pracuję od miesięcy.

Dzisiaj tylko krótki fragment (dla rozgrzewki umysłu).  

„Mistrz zapadł w odrętwienie, oczy przysłoniła mu mgła, zasnął. Zobaczył przed sobą Izabellę i Reksa, wpatrujących się w niego z nieprzyjemną ciekawością. Stali na straży, pilnowali go. Była w nich ciekawość i upór. Towarzyszyli mu podobni do nieruchomych głazów cierpliwie czekających na coś, czego nie rozumiał. Coś od niego chcieli. Coś kliknęło mu w świadomości i w jednej sekundzie zjawił mu się przed oczami plan radykalnego uporządkowania swojego życia. Bez zastanowienia sięgnął po długopis i w wielkim pośpiechu, nie zważając na błędy, szkicował postanowienia.

Kiedy skończył, powiększył kropki wyliczające przy hasłach, dziękując opatrzności za niespodziewany dar bezpłatnego natchnienia. Popatrzył na świadków i żachnął się ze zdumienia: Izabella i pies zamienili się rolami. Teraz kobieta klęczała na podłodze ze smyczą w zębach, z wydłużoną twarzą podobną do psiego pyska i uśmiechającymi się figlarnie oczami. Obok niej stał jego ukochany Reks, z ludzką fizjonomią, oczami otwartymi ze zdumienia, gładkimi policzkami i lekko upudrowanym nosem, z fartuchem kuchennym byle jak zawieszonym na wąskich paseczkach na szyi. Eduardo zdał sobie sprawę z absurdalności sceny i wybuchnął śmiechem. W tym momencie dwie istoty uporządkowały się: kobieta znowu stała się cierpliwą Izabellą, a pies radosnym Reksem, proszącym o wyjście na spacer”.

Zaproszenie na spotkanie autorskie

Serdecznie zapraszam na moje spotkanie autorskie w dniu 18 grudnia br. (poniedziałek), godz. 18.30, Instytut Kultury Miejskiej w Gdańsku, ul. Długi Targ 39/40.

Spotkanie będzie prowadzić redaktor Piotr Wyszomirski z portalu PomorzeCzyta. Treść ogłoszenia: http://pomorzeczyta.pl/spotkania/18-12-pomorze-czyta-michael-tequila-instytut-kultury-miejskiej/

W programie m. in. rozmowa o dorobku literackim, planach pisarskich i sztuce pisania.

Wszystkie recenzje i opinie dotyczące moich utworów literackich znajdziecie Państwo na górnym pasku menu.

Będę wdzięczny za zaproszenie także przyjaciół i znajomych; zawsze cieszą mnie twarze ludzi pięknych i inteligentnych. Jestem także przygotowany na pytania i krytykę, ponieważ ambitnemu pisarzowi nic nie sprawia większej przyjemności niż cierpienie.

Krótko mówiąc, każdy będzie mógł się kulturalnie wyżyć wedle swojego uznania.

Michael Tequila

Rechrystianizacja – ceny koni idą ostro w górę.

Ważne wydarzenie zawróciło mi w głowie do tego stopnia, że tylko o nim myślę. Chodzi o marzenie Premiera Morawieckiego o rechrystianizacji Europy. Sprawdziłem w Wikipedii. Jest tylko chrystianizacja, czyli proces wypierania pogańskich wierzeń przez wiarę chrześcijańską, zastępowanie oznak rodzimej wiary niechrześcijańskiej chrześcijańskimi symbolami, wznoszenie kościołów w miejscu świętych gajów i świątyń, ustalanie świąt kościelnych w dniach, w których obchodzono uroczystości religijne, zastępowanie lokalnych bóstw kultem świętych chrześcijańskich itp. Teraz, jak rozumiem, musimy dokonać powtórki chrystianizacji i rechrystianizować to, co wymaga odnowienia w duchu postępowego chrześcijaństwa Premiera Morawieckiego, jego rządu i partii.

Nie wiem jeszcze, jak to będzie wyglądać w szczegółach, ale chyba szykuje się krucjata, ponieważ ceny koni poszły ostro w górę. Co do mnie, to już zdecydowałem: będę Premierowi pomagać. Przygotowuję się, nabywając pośpiesznie brakujących mi umiejętności. Na koniu jeździć umiem, czyli wsiadać i zsiadać, popędzić i zatrzymać, oraz – o czym nie mogę za żadne skarby zapomnieć – jechać i to do przodu, nie do tyłu, bo taki jest kierunek rządowych działań. Gorzej jest ze spadaniem, bo i na to muszę być przygotowany, kiedy na przykład przyjdzie mi dobić osobnika uparcie opierającego się rechrystianizacji, czego nie można wykluczyć.

Muszę też nauczyć się rozpoznawać innowierców, ponieważ obawiam się, że jakbym natknął się gdzieś w Europie na Rysia Czarneckiego, to nie wiem, czy nie wziąłbym go za Turka, z tym jego okrągłym obliczem, szarawarami i orientalną mową. Myślę o nim, ponieważ nie jestem pewien, czy on jest prawdziwym chrześcijaninem, czy też udaje, bo złapałem go na kłamstwie. Na szczęście tylko raz, ale Bóg jeden wie, co w Rysiu siedzi. To straszne, jak poganie i innowiercy potrafią udawać!

Tak czy inaczej temat rechrystianizacji jest ważny. Nie będę jednak przygotowany do krucjaty przed Bożym Narodzeniem, ponieważ zbyt wolno myślę i chyba nie zdążę załapać się na pierwszą krucjatę. Zdaje się, że Premier Morawiecki jeszcze w tym tygodniu jedzie do Brukseli, aby zbadać grunt pod rechrystianizację. To dobrze. Życzę my wszystkiego najlepszego kończąc słowami: Boże dopomóż w zbożnym dziele!

Jakżeż ja się cieszę, że jesteśmy prawdziwie chrześcijańskim narodem!

Zaproszenie:

Serdecznie zapraszam na moje spotkanie autorskie w dniu 18 grudnia br. (poniedziałek), godz. 18.30, Instytut Kultury Miejskiej w Gdańsku, ul. Długi Targ 39/40.

Przyjaźń w poczuciu jesiennego relaksu

Spotkałem dzisiaj Iwana Iwanowicza na osiedlu. Prawie zderzyliśmy się ze sobą, tak było ciemno. Ucieszeni, że do wypadku nie doszło, wymieniliśmy uprzejmości. Ludzie wymieniają je zdawkowo, poszliśmy w ich ślady.

– Dlaczego młodsi mają naśladować starszych, a nie odwrotnie? – Zapytał Iwan Iwanowicz, na co ja zawtórowałem głosem poparcia. Przy okazji przyjrzałem się przyjacielowi uważnie i zdumiałem się, choć znam go od dawna. Jest bardzo podobny do mnie. On chyba zrobił to samo, ponieważ doszedł do tego samego wniosku, że jest podobny do siebie. Jego zręczna uwaga rozbawiła mnie do tego stopnia, że postanowiłem uczynić go bohaterem mojej powieści, jaką piszę w wielkim bólu tworzenia. Zgodził się, choć nie bez oporów. Bał się, że ludzie zaczną powszechnie czytać moją powieść i on, jej bohater, stanie się sławniejszy od autora. Zapewniłem go, że nie powinien się martwić, bo sława jest wyjątkowo powolna i skąpa w moim przypadku.

– To dlatego, że nie piszesz o sprawach nieprzyzwoitych, grubiańskich, morderstwach, sensacjach, spiskach i pedofilach, tylko o polityce i podobnych miłostkach. Napisz coś nieprzyzwoitego, rzuć kilka razy macią, dołóż seksu i zobaczysz, jak twoi czytelnicy się rozhulają.

Obiecałem zastanowić się nad jego propozycją. – Jest dobra, ale chyba zbyt mocna, może nawet i wulgarna. – Wyjaśniłem.

– No i co z tego? – Replikował przyjaciel. – Popatrz na otaczający cię świat. Kto tu jest przyzwoity? Dzisiaj nawet małe dzieci, wręcz dziateczki, w wieku dwóch – trzech lat, są agresywne fizycznie i słownie, krótko mówiąc przeklinają. Mówiła mi to pewna przedszkolanka. Nie jest to oczywiście ich zasługą, tylko rodziców. Dziecko uczy się manier od kogoś, bo przecież nie od premiera, który chodzi na palcach, mówi aksamitnym językiem i pieści słowami.

– Ani też od psa, który w najlepszym wypadku umie rozróżniać liczby od jednego do dziesięciu. Widziałem to w telewizji. – Uzupełniłem.

Iwan Iwanowicz zgodził się. Wydało mi się to podejrzane, bo starsi ludzie mają fatalne charaktery. Wiem to po sobie, kiedy patrzę w lutro i widzę czarne podniebienie i język rozdwojony kłamstwem.

– Ja jestem taki sam. – Odpowiedział szczerze przyjaciel, po czym padliśmy sobie w objęcia. – Tuś mi brat! – krzyczeliśmy z taką ochotą, że ludzie pootwierali okna, aby zobaczyć, kto hałasuje. Uspokoiliśmy się dopiero wtedy, kiedy jakaś kobieta wychyliła się nadmiernie i wypadła na zewnątrz.

Rozchodząc się, obiecałem Iwanowi Iwanowiczowi, że będę publikować fragmenty mojej nowej powieści, aby oswoić czytelników z arcydziełem, w którym i on będzie mieć niemałą rolę do odegrania.

Michael Tequila – fragment powieści w pisaniu: 

Oceny moralne władzy podzieliły społeczeństwo barykadą nie do pokonania.

– Nastały ciężkie czasy – narzekali ludzie z jednej strony barykady, wyobrażając sobie przyszłość w kształcie mrocznego tunelu, bez jakiegokolwiek oświetlenia, za to z dziurami w jezdni, nad którymi hulał zimowy wiatr, choć był zaledwie początek jesieni.

– To niepoprawni pesymiści – zżymali się osobnicy po drugiej stronie barykady. – Mamy przecież fantastyczną infrastrukturę, bez której nie istnieje nowoczesna gospodarka i sprawne społeczeństwo. Nigdy nie było lepiej, w dodatku perspektywy rozwoju kraju są wyjątkowo dobre. Wyobraźnia kierowała ich ku egzotycznym krajom, gdzie wprost ze słonecznej plaży można nurkować między rafy koralowe, a na nadmorskim bulwarze za półdarmo kupić przepyszne lody Maraska i soczyste owoce liu-tsi w likierowej polewie. 

 

 

Czas nie sprzyja normalności

Przypomniano mi, że zaniedbałem się w pisaniu blogów. Przyznaję to i biję się w piersi. Może nawet słyszycie to dudnienie. Jeśli nie, to czynię to niedostatecznie szczerze.

Zima jest podła. Kiedy wchodzę do mojego pokoju, aby popracować, coś napisać, czuję się jak samobójca szukający sznura. Pokój jest od strony północnej, jest ciemny. Przeklinam ludzi, którzy skrócili dzień po południu, kiedy najbardziej potrzeba człowiekowi światła. Co mi ze światła z samego rana, kiedy śpię?!

Wczoraj pojechałem PKM-em do Kartuz. Dla przyjemności. Miasto wydało mi się bardziej zaniedbane niż jakiekolwiek inne. Zwiedziłem Muzeum Kaszubskie im Franciszka Tredera. Bogactwo zbiorów, są ciekawe, ale i smutne. Eksponaty pokazują, jak ubogie było życie na tym terenie, jaki był też stan umysłowości. Motyczka z drewnianą rączką tak sękatą i nierówną ,jakby ktoś ją wymyślił specjalnie dla niewygody użytkownika. Lemiesz wykonany z drewna zamiast z metalu, jakby nie znano w ogóle żelaza ani nie było kowala. Konstrukcje żenująco proste i byle jakie. To nie jest krytyka, tylko uświadomienie sobie, jak nędzne było życie w minionych dwustu latach na tamtym terenie, stan możliwości, niemożliwości, ale i umysłowości. Na ścianach muzeum są listy z wykazem przedmiotów w pomieszczeniu, ale brak jest oznaczeń, który eksponat odnosi się do którego opisu. Wystarczyłoby doczepić malutki kawałek kartoniku z numerem do eksponatu, aby zwiedzający nie musiał zgadywać, co jest co.

– Myślimy nad tym – odpowiedziała mi panienka w biurze muzeum. – Jak długo trzeba myśleć? Muzeum ma już ponad 100 lat.

Kiedy wracałem, nad miastem wisiał śmierdzący smog. Na 50 miast UE z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem, 35 jest w Polsce. Co robi obecny rząd? Czy to zmieni, czy też powoła się na niedoróbki i zaniedbania poprzedniego rządu. Zawsze mi to brzmi okropnie, powoływanie się na  łajdactwa i podłości poprzednika jako wytłumaczenie własnej nieporadności czy zaniedbania.

Na zakończenie coś pozytywnego, jasnego jak słońce. Kupiłem sobie lampę zwaną antydepresyjną Lumie Arabica. Emituje światło zbliżone do naturalnego światła słonecznego. Wystarczą dwie sesje półgodzinne – jednogodzinne dziennie, aby poczuć się lepiej po kilku dniach. Zaczynam jej używać. Lamp tego rodzaju jest dużo, trzeba umieć jednak wybrać: moc co najmniej 10.000 luksów, wielkość i kształt lampy, barwa świata, cena, oceny użytkowników. Mnie to zajęło co najmniej 8 godzin, cały dzień. Kupić coś tańszego byłoby błędem.

Moja nadzieja jest w świetle. Patrzę w tamtą stronę, Czekam wiosny, od 21 grudnia dzień jest coraz dłuższy. Oby do wiosny, kiedy najpiękniej kwitnie demokracja!