Wakacyjno-patriotyczne uniesienia majowe. Cz. 1: Rozmowy przy ognisku.

Krótkie jak senne marzenie wakacje spędziłem w gospodarstwie agroturystycznym; odświeżyły mnie one bardziej niż pół tuzina butelek zimnego piwa chmielowego z Lubelszczyzny. Wieś była tak mała, że na mapie jej nazwa była wielkości łebka od szpilki. Dojazd był zaszyfrowany; mogę zdradzić tylko, że po drodze była stara i nowa gorzelnia, sześćdziesiąt znaków drogowych, trzy ostre zakręty, zielony dach i dwa dęby. Jadąc, aby nie zagubić się, liczyłem domy. Naliczyłem co najmniej trzy.

Na miejscu zastałem szlaban z solidną kłódą i łańcuchem przy wjeździe, a za nimi dobrze utrzymane obejście. Agro było więcej niż turystyki. Wokół sama przyroda; z techniki zauważyłem tylko kilka samochodów osobowych, potem także naczynia kuchenne i siekierę. W centrum posiadłości, usytuowanym na jej początku, stał stuletni drewniany dom, nieco dalej stajnia z drewutnią, a w stajni boksy dla koni wielkości małych boisk. Koni nie było. Właścicielka majątku wyjaśniła, że konie tak się rozbisurmaniły luksusem, że pewnej księżycowej nocy wybrały wolność. Z jej słów wynikało, że koń to zwierzę z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Nie głoszę tego powszechnie, bo kościół mógłby się sprzeciwić.

Przed wjazdem do posiadłości znajdował się staw, wyglądał tajemniczo, porośnięty drzewami i pokryty żabim skrzekiem. Żaby dawały bezpłatny koncert.

Mnie się wydało, że słyszałem dźwięk malutkich organów i utwory Haendla, Bacha

i Brahmsa, wyłącznie muzyka poważna, inni, że było to tylko kumkanie, wprawdzie artystyczne, ale nieporównywalne z trzema wielkimi kompozytorami, w dodatku Niemcami, co mogło by nie spodobać się rządowi.

Towarzystwo było nieliczne, ale doborowe. Wkrótce rozpalono ognisko, zaczęło się pieczenie kiełbasek i niesamowite opowiadania. Wszyscy opowiadali o swoich przeżyciach, niektóre z nich tak mroziły krew w żyłach, że poczułem dreszcze. Skojarzyłem to sobie z nagłym oziębieniem atmosfery, nie wiem czy słusznie.

Najciekawiej i najwięcej opowiadał kapitan żeglugi dalekomorskiej, podwodnej i nawodnej oraz rybackiej, obwieszony orderami i medalami. Jak się okazało, był to książę krwi spokrewniony z maharadżą Udaj Singh Dygnijmy z północnych Indii. Potwierdziła to pani, która rozmawiała z kucharzami księcia. Była w księciu zakochana, chciała nawet popełnić samobójstwo, kiedy dowiedziała się, że jest żonaty i ma sześcioro dzieci. Aby odwieść ją od tego strasznego planu, który oprócz jej życia mógłby zrujnować także jego nieposzlakowaną reputację, książę oddał jej najcenniejszy order. Powiedziała, że nosi go nieprzerwanie na sercu, choć jest nieco ciężki i uwiera ją w pierś.

– Kobieta jest zdolna znieść w wszystko – oświadczyła z dumą, wspominając także pewną wybitną kobietę polityczną, prawdziwego męża stanu, która na piersi nosiła niezliczone kilogramy broszek, medalionów i kotylionów.

Panie obecne przy ognisku potwierdziły, że cierpienie jest ulubioną formą rozrywki każdej dojrzałej kobiety, podając liczne przykłady cierpienia, które je uszlachetniło. Wzruszeni mężczyźni nagrodzili to oklaskami; trwałyby one znacznie dłużej, gdyby nie zmęczenie, jakie wzięło górę nad duchowym uniesieniem.

Wśród gości objawiły się też inne talenty. Właścicielka majątku była osobą nie tylko przemiłą, ale tak pracowitą, że okoliczne mrówki uznały, że odbiera im reputację.

– Ona wstaje wcześniej niż my, idzie później spać niż my, i wykonuje w ciągu dnia znacznie więcej pracy niż my! Były wyraźnie rozżalone.

Inna z kolei pani, też osoba niezwykłej dobroci, tak udanie modulowała głos, mimikę i ruchy naśladując znajomego geja, że kiedyś jej powiedział:

– Och! Och! Och! Pani robi to tak cudownie, że wydaję się sobie nieautentyczny. Byłbym jeszcze lepszym gejem, gdybym to potrafił!

Zaproponował jej prowadzenie za dobrym wynagrodzeniem szkoleń dla gejów w zakresie chodzenia, gestykulacji i użycia głosu, ale odmówiła z powodu braku czasu. Nie podobało jej się także to, że proponował szkolenia dla gejów, nie wspominając nawet lesbijek, co było jawnym przykładem dyskryminacji.

Dyskusja zeszła na tory normalności i nienormalności, inności, odmiany i estetyki zachowań.

Większość skłaniała się do tego, że całujące się kobiety wyglądają bardziej estetycznie niż całujący się mężczyźni, co wprowadziło do dyskusji wątek wyborów prezydenckich, którego nie zrozumiałem do końca, ponieważ nie widziałem nawet na zdjęciu całujących się prezydentów, z wyjątkiem św. pamięci tow. Breżniewa, przywódcy Związku Radzieckiego serdecznie całującego w usta św. pamięci tow. Honeckera, przywódcę Niemieckiej Republiki Demokratycznej, gdzie obecni przy ognisku kupowali ciżemki, łyżki wazowe, maszynki do przecierania buraków i podobne rewelacyjne zdobycze kultury materialnej komunizmu.

Była to dyskusja tak wszechstronna, że wszyscy wyszliśmy ubogaceni, jak mówił pewien duchowy purpurat, niższy wzrostem za to wysoki rangą, czemu się sprzeciwiłem i sprzeciwiam, ponieważ należy mówić wzbogacony, a nie ubogacony, skoro prefiks „u” jest umniejszający, choć nie zawsze, jak na przykład umniejszać, uciąć, upodlić, natomiast prefiks „w” jest powiększający, choć nie zawsze, jak na przykład wzbierać, wywyższać. Ktoś podał przykład „wzwód”, co wszyscy podchwycili jako niezwykle trafny, dobitny i życiowy.

Na tym skończyła się dyskusja przy ognisku, robiło się późno i baliśmy się, że w ciemności rozmowy zejdą na bagno, co byłoby niebezpieczne nawet dla osób umiejących pływać. Ponadto mogłoby się to nie spodobać łabędziom i dzikim kaczkom, które tak jak ludzie stanowią część przyrody ożywionej, z wyjątkiem osób nie mających własnych poglądów na rzeczywistość w kraju, która mogłaby być lepsza, a jest taka, jaka jest, czyli kojarząca się z bagnem.

C.d. w przygotowaniu

Wycieczka do Egiptu Cz. 6 Przeprawa przez śluzę na Nilu

Statek nazywał się „A. Sara”.

 Statek pasażerski A Sara

W niiedzielę 25 marca późno w nocy przepływamy przez śluzę na Nilu z drodze z Luksoru (starożytne Teby) do Edfu (Idfu).

 Kolosy Memnona

Operacja trwa kilka godzin. Śluza jest tak wąska, że po obu burtach statku widocznego przed nami pozostaje nie więcej niż pół metra przestrzeni. Stoimy, kilku pasażerów, na górnym pokładzie na dziobie i czekamy na wejście do śluzy. Śluza mieści jednorazowo dwa statki. Różnica poziomu wody wynosi siedem metrów. Wieje chłodna bryza.

Pierwsze urozmaicenie: z pachołka na nabrzeżu spada gruba lina cumownicza, marynarze spieszą się, aby jak najszybciej ją zamocować. Nie trwa to długo. Wkrótce od strony lewej burty z dołu, z poziomu rzeki, słyszymy krzyki. W ciemnościach na wodzie ledwie widoczna jest mała łódka z dwiema osobami. Jeden mężczyzna nieprzerwanie wiosłuje, ponieważ rzeka spycha go w tył dosyć intensywnie, drugi wrzeszczy do osób stojących na pokładzie. To sprzedawca, Egipcjanin, zachęcający pasażerów na pokładzie do kupienia strojów egipskich: sukienek, galabiji, koszul wyglądających na nocne i podobne rzeczy. Mówi chyba wszystkimi językami, bo odpowiada na każde zawołanie w dowolnym języku.

Zainteresowanie wykazuje grupka Hiszpanów. Śledzę przebieg ich rozmów, znam hiszpański. Egipcjanin identyfikuje Carlosa, nazywa go Carlo. Rozmawiają krzycząc do siebie. Wkrótce sprzedawca nieproszony rzuca na pokład zawiniątko w plastiku. Trafia bez pudła, choć pokład jest na wysokości kilkunastu metrów nad wodą i jest bardzo ciemno. Potem rzuca po dalsze rzeczy, trafia bez problemów, do obejrzenia i przymierzenia. Rzuca i rzuca, łącznie osiem sztuk. Grupa Hiszpanów liczy chyba też osiem osób. Oglądają, przymierzają i konwersują. Nieprzerwanie trwają negocjacje. Widzę i słyszę to wszystko, jestem tuż obok w odległości kilku metrów. Szlafrok kosztuje 40 Euro, po dłuższych negocjacjach cena schodzi do 5 Euro. Egipcjanin spręża się, negocjuje tanio sprzedaż kilku sztuk pod razu. Carlos przekazuje decyzję zakupu w ręce żony, Marty.

– To ja decyduję o pieniądzach – krzyczy w dół Marta.

Sprzedawca coś jej odkrzykuje, nazywa ją Mardą. Kupuje nie tylko ona, ale i inni Hiszpanie. Wszyscy młodzi i szpuli, jakby niedożywieni, dziewczyny drobne. Ściągają bluzeczki i przymierzają. Potem widziałem, jak paradowali po korytarzu ubrani w długie białe stroje. Taki męski strój jest tradycyjny, sam myślałem, aby go sobie kupić, nazywa się galabija. Ma też inne podobne nazwy.

 Galabija

Do śluzy wpływamy nocą po zejściu z pokładu do kabin pasażerskich.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Wycieczka do Egiptu. Cz. 5: Moja grupa wycieczkowa

Grupa wycieczkowa, ponad 30 osób, okazała się sympatyczna i rzeczowa.

 Wycieczka łodzią po Nilu.

W gorącym klimacie ludzie otworzyli się jak kwiaty; każdy opowiadał o sobie, o swojej rodzinie, przeszłości i radościach, jakie będziemy wspólnie przeżywać w Egipcie. Ponieważ powietrze było bardzo suche, na twarzach nie było widać łez wzruszenia. Uczestnicy nawzajem pokazywali sobie paszporty, aby pochwalić się, ile kto ma lat, że jest starszy niż na to wygląda i nie taki mądry, jak to wynikałoby z fizjonomii i słów, jakimi serdecznie dzielili się z innymi. Każdy chciał pokazać swoją skromność.

Pragnienie, aby wypaść w jak najlepszym świetle i mnie się udzieliło, kiedy zauważyłem, że nie jestem już taki urodziwy, jak niegdyś. Patrząc na zdjęcie paszportowe sam się dziwiłem, jak bardzo się zmieniłem upodabniając się do dojrzałego, przystojnego sfinksa.

Myślałem tak jednak tylko do momentu, kiedy mi wytłumaczono, że była to fatamorgana.

O polityce nie dyskutowaliśmy. Wszyscy byli zgodni, że mamy cudowny rząd, jest wspaniale, będzie jeszcze lepiej, pod warunkiem, że rząd wprowadzi jeszcze więcej ograniczeń, aby ludzie się nie zbisurmanili, a minister sprawiedliwości zbuduje więcej więzień dla osób chodzących lewą stroną ulicy w czasie poważnych demonstracji śpiewanych. Przy temacie demonstracji ktoś zasugerował zwiedzenie choćby jednego więzienia egipskiego, na co przewodnik zaproponował zwiedzanie grobów faraonów, przekonując, że tam też jest ciasno, nie ma okien ani możliwości ucieczki.

– Spoko. Poczujecie się jak w więzieniu – zapewniał.

Tak bardzo to nas rozpaliło, że natychmiast chcieliśmy zwiedzać piramidy, świątynie i groby.

Po przybyciu na miejsce i zakwaterowaniu w hotelu, zjedliśmy wspólnie pierwszą kolację. Zwyczajem mieszkańców pustyni uczestnicy wycieczki wkładali sobie nawzajem do ust najsmaczniejsze kąski, gratulując udanych dzieci oraz życząc szczęśliwego przebiegu rozstroju żołądka, które hotel i cały kraj oferowali bezpłatnie każdemu turyście, i w ogóle wszystkiego najlepszego, w tym minimum dwudziestu centymetrów papieru toaletowego w najbliższej toalecie bez wody.

Przy ciasteczkach i słodyczach rozmawialiśmy o tym, czy nie warto byłoby przebrać się za Beduinów i wsiąść na wielbłądy. Mogło być też odwrotnie, ale nie pamiętam, bo piłem wtedy trzeci kieliszek spienionego białego wina, aby zabić nienawiść do samotności. Oprócz mnie były w grupie jeszcze tylko dwie samotne dziewczyny; też na pewno cierpiały tak, jak ja. Najgorsza była noc, kiedy zapadały egipskie ciemności:

 Ciemności egipskie.

mnie śniły się gołe egipskie niewiasty z zasłoniętymi twarzami, a dziewczynom nadzy Egipcjanie z czarnymi brodami, w tradycyjnych strojach egipskich galabiji, wznoszący do góry rękę i pytający:

Z jakiego kraju jesteś, dziewczynko? oraz: Czy chciałabyś za jednego dolara kupić wisiorek ode mnie?

 Beduini egipscy.

Miasta, jakie odwiedzaliśmy, okazały się niesamowicie czyste. Na ulicach nie było widać żadnych puszek po napojach, starych opakowań czy kolorowych zdjęć największego lokalnego amanta filmowego (którego widok wywoływał niezmiennie cierpnięcie ust dziewcząt dojrzałych i niedojrzałych), a w powietrzu nie latały żadne papiery, luźne odpadki ani nie unosił się kurz.

 Typowa ulica w Hurghada.

To, że brodziło się w pyle, okazało się nieprawdą. Nie wiem, kto szerzył takie wiadomości, ale nie był to miłośnik Egiptu i jego odwiecznych tajemnic.

Sprzedawcy uliczni okazali się niezwykle mili. Podchodzili do nas bardzo powściągliwie, z szacunkiem, bynajmniej nie zachwalając swojego towaru.

 Sprzedawca prażonych ziemniaków.

Oferowali od razu niezwykle atrakcyjną cenę, tylko jednego dolara i to za towar wart piętnaście dolarów wyjaśniając, że jest to zwykle barachło nie warte złamanego szeląga i oni chętnie jeszcze bardziej opuszczą cenę, a w ostateczności oddadzą łach za darmo, aby tylko zadowolić klienta. My, uczestnicy wycieczki, oczywiście nie negocjowaliśmy zbyt mocno, aby nie puścić sprzedawcy z torbami, pamiętając, że trzy dolary za ładną koszulkę z dobrej bawełny to cena tak szalenie wysoka, że biedny Egipcjanin mógłby się rozpić lub co najmniej rozpuścić jak dziadowski bicz. Ekonomiczna argumentacja stron owocowała radością rozstań oraz cichymi, lecz serdecznymi życzeniami: Niech cię Bóg błogosławi za twoją dobroć! Byłem pod wrażeniem, że pod tym względem Polacy i Egipcjanie to dwa bratanki, co mnie bardzo ucieszyło.

Wycieczka do Egiptu. Cz 4: Dwie opinie o tej samej wycieczce, przewodniku i hotelu

Pod adresem jak niżej (https://r.pl/egipt-potega-poludnia/zakwaterowanie-egi/opinie-4?f=118–egipt-potega-poludnia_118_56246_39331_1920x730&gclid=EAIaIQobChMIhYS3nf-p2gIVgquyCh3xQQAFEAEYAiABEgLMmfD_BwE Opinię dodał: Mirosław, 56-65 lat, ze znajomymi, termin pobytu: Marzec 2017. 138 z 169 osób uznało tą opinie za pomocną), znalazłem opinie sprzed roku odnoszącą się do identycznej wycieczki, jak ta w której ja uczestniczyłem. Cytuję:

„Podczas wycieczki objazdowej najważniejszy jest pilot, który ma decydujące znaczenie na jej ocenę. Nam trafił się Adel Zidan, który najpewniej wywodzi się z miejscowych biur organizujących wycieczki dla Polaków. Świadczy o tym jego komercyjne podejście do zawodu. Zanim dojechaliśmy z lotniska do hotelu zebrał od wszystkich obowiązkowe 145$ mimo, że o 20.00 wyznaczył spotkanie organizacyjne podczas którego można było to zrobić w sposób bardziej cywilizowany. Później było podobnie – przede wszystkim biznes, czyli sprzedaż wycieczek fakultatywnych, płyt DVD o historii Egiptu (własna działalność gospodarcza), agitowanie do zakupu kartuszy, wyrobów jubilerskich (od znajomych) czy wreszcie do zakupu wody od kierowcy w cenie 1$ za dwie półlitrówki (średnio w sklepie woda 1,5 l kosztuje 4-5 funtów). Zazwyczaj podczas takich wycieczek pilot mówi tak dużo, że czasami tęskni się za błogą ciszą, tutaj było odwrotnie – trzeba było czekać na informacje od pilota, ale tak już maja przewodnicy komercyjny. Tylko zapytany odpowiadał na pytania dotyczące zwyczajów, codziennego życia czy innych ciekawostek z życia Egipcjan.  Osobnym problemem była jego znajomość języka polskiego. Była wystarczająca w autokarze, gdzie było dobre nagłośnienie i można było się domyślić wyrazu którego się nie zrozumiało a było ich trochę. Pan Adel nie wymawia spółgłosek i podczas zwiedzania, gdzie nie zawsze można stanąć blisko przewodnika były duże problemy żeby zrozumieć co mówi. Wystarczyło zgubić jeden wyraz kolejnego nie zrozumieć i klops. Przykład – „podzim” oznacza „pod ziemią” ale wiem to dopiero teraz. Podczas sprawdzania obecności gdy okazało się że nie potrafi wymówić większości nazwisk sprawdzał nas numerami pokojów. W czasie przejazdu z Assuanu do Hurgady który trwał ok. 9 godzin nie odzywał się prawie wcale – dla niego było już po wycieczce więc po się wysilać. Rozdał ankiety i na tym zakończył działalność. Był to najgorszy pilot jakiego spotkałem dotychczas a ponieważ to moja pierwsza wycieczka z Rainbow nieprędko kupię tutaj następną. Program wycieczki: Program nastawiony przede wszystkim na wycieczki fakultatywne. Pilot: Opisałem wyżej – tragedia. Transport: Statek Sarah II niezły ale autokary to rozklekotane gruchoty. Jedyny plus to to że miały sprawna klimatyzację. Siedzenie same sie rozkładały nie pozwalając się normalnie oprzeć. Zakwaterowanie: Na statku OK ale w hotelu Three Corners Royal Star już gorzej. Okna na remontowany szpital, w pokoju ciemniej niż na korytarzu a w łazience przydałaby się latarka tak tam ciemno. Pierwszy raz spotkałem sie aby w czterogwiadkowym hotelu mięso było wydawane przez kucharza w ramach szwedzkiego stołu”.

Mój komentarz: Opinia jest w zasadniczej mierze nieprawdziwa, bo zbyt negatywna.  Odrzucam takie opinie. To dobra zasada: jeśli masz więcej opinii do zapoznania się, odrzuć te najbardziej krańcowe: najgorszą i najlepszą.

 Przewodnicy egipscy: Nagi (po lewej) i Ziedan (po prawej)

Ziedan (prawidłowa pisownia) był sensownym przewodnikiem. Jego język polski jak na Egipcjanina był przyzwoity, choć rzeczywiście przewodnik używał nieco orientalnych sformułowań typu „responilu” (rejs po Nilu) czy „bramidy” (piramidy). Określenia „podzim” nie słyszałem. Co do sprzedaży drobnych wyrobów egipskich w autobusie, uważałem to za błogosławieństwo. Były to drobiazgi wartości jednego lub dwóch dolarów USA (3,5 – 7 zł); w spokoju w autobusie można było kupić je nie będąc nagabywanym prze sprzedawców, którzy potrafili być natrętni. Wodę w autobusie sam kupowałem chętnie podobnie jak i inni uczestnicy wycieczki; butelki były przechowywane w lodówce a sam zakup był bardzo poręczny i tani: dwie lub trzy butelki półlitrowe za 1 dolara w kraju otoczonym pustyniami, to nie jest wygórowana cena.

 Widok z tarasu Royal Star na morze Widok z tarasu na hotel

Hotel Royal Star (patrz zdjęcia) bardzo sobie chwaliłem: przestrzenny, czysty, szerokie korytarze, wygodny pokój z małym balkonem, piękny taras przed hotelem z basenem, parasole, leżanki, dostęp do bezpłatnych ręczników kąpielowych. Jedzenie (duży wybór, trzy posiłki) było bardzo dobre, dużo lepsze niż w Hiszpanii, gdzie byłem rok wcześniej.

Dostęp do morza nie był nadzwyczajny (meduzy, kamienie), ale po dwóch dniach odkryłem, że są drabinki prowadzące od razu do głębokiej wody. Mało ludzi zresztą pływało. Większość opalała się. Towarzystwo międzynarodowe: Holendrzy, Belgowie, Norwedzy, Niemcy, Amerykanin mieszkający w Australii. Oprócz pracowniczki recepcji pani Magdy (Guest Relations) oraz pana Przemka (animator zespołu ABS Entertainment), spotkałem jeszcze tylko jedną Polkę, panią Elżbietę, zamieszkałą w Niemczech, która przyjechała na wypoczynek. Z wieloma osobami rozmawiałem.

Ja miałem inne problemy. Zlew mi się zatkał w łazience, zgłaszałem, nie naprawili przez dwa dni. W żaden sposób nie można było dodzwonić się do Polski. Łącza telefonicznie nie działały, nie było zasięgu, diabeł tasmański chyba mieszał palce w tej egipskiej niemocy.

W podsumowaniu: jak chce się psa uderzyć, to i kij się znajdzie. Najlepsze są wycieczki z idealnymi złotoustymi przewodnikami, autokarami wysłanymi perfumowaną trawą morską i pokojami typu „royal lounge” za drobne grosze. Może przesadzam, ale chyba nie.

 Kościół koptyjski w Hurghada.  Byłem tam na mszy (zupełnie przypadkiem). Przy wejściu siedział uzbrojony policjant, sprawdzano torby i plecaki, ulica był kompletnie zablokowana z obydwu stron. Wewnątrz mężczyźni siedzieli po lewej stronie, kobiety osobno po prawej.

 Wnętrze kościoła koptyjskiego w Hurghadzie (Orthodox Coptic Church).

Wycieczka do Egiptu. Cz 3: Starożytny Egipt, okresy historyczne i zdjęcia

Właściwa wycieczka zaczęła się w Luksorze, gdzie zamustrowaliśmy się  na statku, aby przez cztery noce i pięć dni podróżować Nilem w górę rzeki w kierunku Asuanu.

Nasi przewodnicy mówiący po polsku: Nagi (po lewej), wyznania koptyjskiego,  i Zienadine (po prawej), wyznania muzułmańskiego. Około 80 % Egipcjan to muzułmanie.

 Sklep tekstylny w Hurghada. Własność pana Gomaa. Kupowałem u niego szale z pashminy na upominki. Właściciel mieszka w Kairze, biznes prowadzi w Hurghadzie. Ma swoją stronę na Facebooku..

Grupa wycieczkowa, głównie Polacy, ale także jedna para z Litwy i jedna z Czechosłowacji.

Zadałem sobie niezbyt udany trud uporządkowania zdjęć świątyń i zabytków egipskich wedle okresów historycznych, w jakich powstały. Różne źródła nawet na samej Wikipedii podają niezbyt zgodne ze sobą dane. Wybrałem jedno z nich, wydawało mi się najbardziej uporządkowane i konsekwentne w prezentacji.

5500 – 3350 p.n.e. Okres predynastyczny

3350 – 3150 p.n.e. Okres protodynastyczny

3150 – 2886 p.n.e. Okres wczesnodynastyczny

2686 -2181 p.n.e. Stare Państwo

2181 – 2133 p.n.e. Pierwszy Okres Przejściowy

2133 – 1786 p.n.e. Średnie Państwo

1786 – 1567 p.n.e. Drugi Okres Przejściowy

1550 – 1085 p.n.e. Nowe Państwo

1085 – 664 p.n.e. Trzeci okres przejściowy

664 – 332 p.n.e. Okres późny

332 – 30 p.n.e. Epoka grecka – dynastia Lagidów

30 p.n.e.–395 n.e. Okres rzymski

Na górnym pokładzie zwanym słonecznym.

Na niektóre „pomniejsze” wycieczki, jak na przykład do wioski nubijskiej, wieziono nas łodzią motorową mieszczącą kilkanaście osób. .

Hotel Royal Star w Hurghadzie, w którym mieszkałem ostatnie cztery dni. Podobał mi się.

 

Zespół świątynny Abu Simbel. Pojechaliśmy tam autobusem, trzy godziny jazdy, wyruszając w drogę z Asuanu o godzinie czwartej rano.

Mniejsza świątynia Abu Simbel poświęcona bogini Hathor.

Główna część świątyni Abu Simbel poświęcona faraonowi Ramzesowi II oraz bogom Ra, Ptah i Amun.

Bugenwilla rosnąca przy drodze prowadzącej bezpośrednio do Świątyni Abu Simbel. To niezwykle piękny i popularny krzew w ciepłym klimacie. W moim ogrodzie w Australii rosła czerwona bugenwilla. To, co widać na krzewie, to nie kwiaty, ale liście które nabierają barwy i wyglądają jak kwiaty. Bugenwilla czyli kącicierń to roślina pnąca z rodziny nocnicowatych, gatunków roślin pnących i płożących wywodzących się z Ameryki Południowej.

Dodatkowym problemem były zdjęcia. Pomysł robienia zdjęć w Egipcie aparatem komórkowym nie był dobry, mimo że mam jeden z nowszych smartfonów (Lenovo K5) i wydawało mi się, że powinien robić w miarę dobre zdjęcia. Wyszła jedna wieka lipa. Dokonałem rzezi, dziesiątkując je. Byłem w tym nieporównywalnie mniej okrutny niż Egipcjanie, którzy wystrzelali kilkadziesiąt tysięcy krokodyli po zbudowaniu Wielkiej Tamy Asuańskiej! Moje zdjęcia zastąpiłem w większości bezpłatnymi zdjęciami wyszukanymi na Wikimedia Commons. Okazałem się być nie tylko zabójczym, ale i pracowitym facetem. Dałem sobie w duchu jednego lajka za ten heroicznie użyteczny czyn. Oto pierwsza seria 10 zdjęć.

Podróż do Egiptu Cz 2: Egipska historia RWPG

W trakcie wycieczki mieliśmy niezwykłe szczęście zwiedzić piramidę, nieoznaczoną na żadnej mapie i poznać tajemnicę, o której słyszałem już wcześniej z zaufanych ust. Niestety szczegółów nie mogę ujawnić, gdyż złożyliśmy uroczystą przysięgę milczenia. Jest to tak wielka tajemnica, że nie powierzyłem jej nawet sobie samemu. Powiem tylko, że wydarzenie miało miejsce w pobliżu wioski nubijskiej blisko Asuanu.

Przybyliśmy tam nocą w kompletnych ciemnościach (zwanych egipskimi) na wielbłądach z zawiązanymi oczami. W takiej sytuacji nie można ufać wielbłądom tym bardziej, że podejrzewaliśmy, że są pijane albo na narkotykach, bo miały nierówny chód.

Zwiedziliśmy piramidę sprzed czterech tysięcy lat o kształcie rogatego zwierzęcia, w której uczeni z krajów demokracji ludowej odkryli po II Wojnie Światowej niezwykłą izbę z dostępem świeżego powietrza. Przebywały w niej żywe zwierzęta. Był to wielki byk oraz pięć małych ptaszków. Pytaniem było, jak udało im się przeżyć w dobrym zdrowiu kilka tysięcy lat. Okazało się, że korzystały one z wilgoci skraplającej się na ścianach pomieszczenia, a jeśli chodzi o jedzenie, to ptaszki żywiły się tym, co pozostawił po sobie byk, a byk tym, co pozostawiały po sobie ptaszki. Dało to pomysł założenia RWPG, organizacji mającej na celu przyśpieszenie postępu technicznego, wzrost wydajności pracy i zwiększenie dobrobytu państw członkowskich. Ponieważ korzystałem z tego dobrobytu, piszę o tym wszystkim z wielkim wzruszeniem. Domyślam się, że ptaki odkryte w piramidzie były ibisami.

Dlatego na pamiątkę kupiłem sobie ibisa z onyksu. Zaoferował mi go z zaskoczenia za jednego dolara pewien Egipcjanin, po czym przekonał mnie, że rzeźba wart jest trzydzieści dolarów, co w końcu drogą wzajemnej łagodnej perswazji (niezwykle cywilizowanej, bo bez przekleństw), sprowadziliśmy do dziesięciu dolarów, czym uszczęśliwiliśmy siebie nawzajem. Korespondujemy teraz ze sobą, planując założyć Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Egipskiej im. Ptaka Ibisa.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Wycieczka do Egiptu. Cz 1: Wioska nubijska, wielbłąd i hodowla krokodyli.

Już w pociągu z Warszawy do Gdańska przystąpiłem do przygotowania opisu pierwszego fragmentu mojej dwutygodniowej wycieczki do Egiptu. Podjąłem to z energią wielbłąda, który usiłował zrzucić mnie na ziemię w wiosce nubijskiej, jaką zwiedzaliśmy w czasie podróży statkiem po Nilu. Mimo, że na imię miał Rambo, był dziewczyną, ciemniejszą niż inne wielbłądy i bardziej włochatą. Rambo miała rozmiar kopyta 66 i rzęsy dłuższe i bardziej zalotne niż najpiękniejsze kobiety, jakie śnią się mężczyznom w Egipcie po nocach. Była pieszczochą; zamiast patrzeć pod nogi, aby dowieźć mnie bezpiecznie do celu, kładła kudłaty łeb na kolana jadącej przede mną pani.

Siodło na wielbłądzicy było tak umieszczone, że przechylałem się nadmiernie do przodu, w związku z czym dla utrzymania równowagi wychylałem się do tyłu. Poganiacz wielbłądów zauważył widocznie moje cierpienie, gdyż podszedł i życzliwie sugerował mi przesunięcie się jeszcze bardziej do przodu. Ani z nim ani z wielbłądem nie doszedłem jednak do porozumienia. Na szczęście podróż karawany wkrótce skończyła się, gdyż przybyliśmy do wioski.

Szkoły figurującej w programie zwiedzania nie udało nam się obejrzeć; była zamknięta z powodu wyborów prezydenckich. Przez metalowy fragment bramy obejrzałem tylko duże zdjęcie obecnego prezydenta Egiptu w charakterze kandydata na nowego prezydenta. Podobał mi się, też głosowałbym na niego, zwłaszcza jak pomyślę o innym, lepiej mi znanym prezydencie, który nie wygląda tak poważnie jak ten egipski.

W wiosce zwiedziliśmy typowy dom nubijski, powierzchnia na oko 300 m kwadratowych, pokoje elegancko wysypane drobnym żółtym piaskiem, ciepłe. Dach był z liści palmowych, pod nim obracał się wentylator. Na ścianie namalowany był wielki słoneczny obraz z wodą i drzewami. Na stole pojawiła się przekąska, był to chleb domowego wypieku, obok stały miseczki z miodem.

W programie wycieczki była też hodowla krokodyli. Miała ona postać jednego krokodyla, długości około 90 cm, umieszczonego wewnątrz domu w dużym zlewie. Krokodyl miał podwinięty ogon i wazową łyżkę wody przed pyskiem. Zwierzak nie ruszał się, ale żył. Poznałem to po tym, jak łypnął na mnie okiem; wydawało mi się, że porozumiewawczo. Nie wiem, czy go dobrze zrozumiałem. On milczał, to i ja milczałem. Na wszelki wypadek nie podałem mu ręki na powitanie, niepewny, czy właściwie zrozumiałby gest przyjaźni polsko-egipskiej.

Potem gospodyni wniosła drugiego krokodyla, właściwie krokodylka, miniaturkę długości 30 cm. Uczestnicy wycieczki podchodzili i brali go na ręce, zwłaszcza panie, które mają w dłoniach więcej pieszczot. Nawet córeczka gospodyni wzięła krokodylka na ręce. Dzieci mają w sobie tyle miłości.

Było gorąco, piaszczyście, w sumie bardzo fajnie. Wioska nubijska podobała mi się. Po raz pierwszy zapragnąłem być Egipcjaninem.

Pozdrawiam serdecznie uczestników wycieczki oraz osoby zainteresowane podróżą do Egiptu.

Hiszpania 7: Refleksje o ludziach i życiu szersze niż bary zapaśnika

Dzisiaj postanowiłem napisać coś na luzie, relaksującego, pozytywnego, nie uciekając jednak od realiów współczesności i codzienności, która nierzadko wiąże się z przykrościami, o czym chętnie świadczy krajowa i światowa polityka.

Na Costa Brava przed oczami obserwatora przetaczają się tysiące turystów. Językowo to istna wieża Babel. Najbardziej popularne języki znajdują odzwierciedlenie w info sklepów i menu restauracji. Obok języków, że tak powiem oczywistych, czyli angielskiego, niemieckiego i francuskiego, najbardziej popularny jest rosyjski. Polskiego nie widziałem w żadnej pisanej reklamie. Moje samopoczucie uległo jednak poprawie, kiedy okazało się, że właścicielem ładnego sklepu „Vladimir” w Malgrat de Mar jest mężczyzna, którego babcia była Polką. Rozmawialiśmy, mówił wyjątkowo dobrze po polsku.

Wracam do turystów zagranicznych w Hiszpanii. Dobrobyt, wcześniejszy na Zachodzie, rosnący u nas, nie poprawił gatunku ludzkiego. Nie ma wyjątków. Dominuje otyłość i raczej mało kształtne sylwetki, niektóre zdeformowane. Chyba nie widziałem osoby, o której mógłbym z czystym sumieniem powiedzieć, że jest kształtna lub zgrabna, jak niegdyś ludzie bywali. To nie tylko kwestia jedzenia, ale i trybu życia, przede wszystkim ruchu czy raczej jego braku, preferencji spędzania czasu, a obecnie chyba także już dziedziczenia niedobrych cech. Twierdzenie, że człowiek został stworzony na wzór i podobieństwo boże coraz bardziej obraża Stwórcę, jeśli w ogóle zwraca on na to uwagę.

Na plaży widać setki osób: znakomita większość, powiedzmy 90 % na piasku, leżących, siedzących lub stojących, pozostałe 10% w wodzie. Mało kto pływa, większość zanurzonych utrzymuje się tylko na wodzie lub leniwie porusza w prawo i w lewo. Życie stało się męczące.

Obraz zaniedbania fizycznego naszego gatunku uzupełniają obserwacje osób jedzących śniadania i obiadokolacje w hotelu. Sam lubię zjeść, ale to co widziałem na talerzach, zdumiewa. Niektórzy turyści, zwłaszcza ci tężsi, jedzą tak, jakby potrzebowali zgromadzić zapasy ciała na kilka lat naprzód.

Kiedy o tym piszę myślę o alienacji cywilizacyjnej, sytuacji, w której cokolwiek człowiek stworzy, co mu służy, obraca się także przeciwko niemu. Jesteśmy zasobni, mamy obfitość jedzenia, samochodów, rozrywki i telefonów komórkowych, równocześnie mamy otyłość, bylejakość cielesną i choroby cywilizacyjne.

Wzorów zdrowia i piękna żywego organizmu upatruję już tylko w przyrodzie. Czy widzieliście brzydkie, niesprawne lub nieforemne zwierzę żyjące na wolności? Ja nie widziałem. Za to zwierzęta żyjące razem z ludźmi i karmione przez nich, nierzadko już upodabniają się do nas. W moim filozoficznym stuporze twierdzę, że człowiek nie jest ani najpiękniejszym, ani najmądrzejszym gatunkiem na ziemi. Na pewno ma największy mózg, ale nie jestem pewien, czy to jest najlepszy wyróżnik gatunku. O okrucieństwie, głupocie i niszczycielskich zdolnościach człowieka nie piszę.

Nie usprawiedliwiajmy się, jaki jest koń nie każdy widzi. Myślenie ma za sobą piękną przeszłość. Pozdrawiam.

Jak zwykle dla zachęty zakupu mojej książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania” , fragment kolejnego opowiadania:

„Idea pytania psa wydała jej się takim nonsensem, że odrzuciła ją natychmiast z obrzydzeniem. Pokazała to jej twarz, skrzywiona i niechętna. Myśl o psie obserwującym człowieka była utkana jednak z mocnej i lotnej materii, gdyż wracała do niej jak bumerang. Zmęczona zagadką Berenika podjęła kamień z ziemi. Nie po to, aby rozprawić się ze zwierzęciem, lecz aby, odrzucając go, wyzbyć się wraz z nim natarczywych myśli. Był to efekt taniej kalkulacji, że kamień da się związać z myślą. Powiodło jej się, rzut był udany. Berenika poczuła się lepiej.

Wkrótce niepokój jednak powrócił i rozwinął się w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Pies nie tylko przyglądał się Berenice, lecz w dodatku wykazywał dziwne podniecenie i napięcie. Szczekając intensywnie, biegał wokół niej, jakby chciał jej coś zakomunikować. Zachowywał się jak małe dziecko, które wiele już rozumie, lecz nie potrafi jeszcze niczego powiedzieć. Niemoc ekspresji uwidoczniła się w niespokojnych reakcjach zwierzęcia, hipnotycznych oczach i mordce skrzywionej w dziwny sposób. Wiadomo, że pies reaguje przekrzywieniem głowy w prawo lub w lewo i uważnym spojrzeniem, kiedy coś go zafrapuje: śmiech, melodia, muzyka lub gwizdanie. Pod wieczór niepokój Hektora sięgnął zenitu i tak zakończył się dzień. Berenika wyłączyła się ze świata psich zachowań, perorując nieprzerwanie przez komórkę”.

Hiszpania 6: Korzystanie z telefonu i smartfonu. Biblioteka publiczna.

Połączenia telefoniczne z Hiszpanii do Polski kosztują teraz tyle samo, co lokalne w Polsce, jeśli ma się wykupiony abonament u operatora (tak jest przynajmniej w moim przypadku). Łącząc się z Hiszpanii moim smartfonem z numerem w Polsce wypowiedź rozmówcy słyszałem czasem podwójnie, raz nawet potrójnie. Życzenia imieninowe składano mi trzy razy. Pomyślałem, że mój rozmówca stracił pamięć. Nie mam pojęcia, w czym rzecz. Moim znajomym też się to zdarzyło. Miałem również wrażenie, że dzwoniąc z pokoju hotelowego na siódmym (najwyższym) piętrze rozmowy telefoniczne łatwiej ulegały zakłóceniom. Prawdopodobnie dlatego, że na poddaszu znajdują się urządzenia elektryczne – silniki wind i klimatyzacji).

Komputer jest dostępny w hotelu lub w kawiarence internetowej. Koszt typowo 3 Euro za pół godziny. Nie jest to mała kwota, zważywszy, że to, co zrobiłbym w piętnaście minut na moim komputerze w domu, na obcym mogę nie skończyć nawet w godzinę lub dłużej. Korzystałem więc z komputera w bibliotece publicznej.

Z lokalną biblioteką warto się zapoznać. Usługi są bezpłatne, jest dostęp do książek, czasopism, komputerów i informacji. Turyści na ogół tam nie zaglądają, a jest to znakomite miejsce do zasięgnięcia informacji na dowolny temat. W Malgrat de Mar, gdzie mieszkałem, oznaczenia i opisy w komputerach były niestety w języku katalońskim. Znam hiszpański, lecz nie miałem pojęcia, co znaczą katalońskie słowa w komputerze, gdyż jest to język bardzo odmienny. Poza tym system komputerowy był zupełnie inaczej zorganizowany, nie mogłem odnaleźć symboli (ikon) aplikacji, folderów, poczty elektronicznej, wyszukiwarki, przeglądarki. Plusem jest to, że panie z biblioteki chętnie pomagają.

Mały fragment czwartego opowiadania z "Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania":

"Hanuman stojący przed Eduardo był zły, marszczył czerwoną twarz, robił miny, choć dłoń miał uniesioną pokojowo do góry. To było mylące. Świeżo upieczony adept sztuki interpretacji gestów bogów hinduskich nie wiedział, co o tym sądzić. Sięgnął odruchowo do zasobów intuicji i podał Bogu-Małpie duży, żółty banan, który zabrał na drugie śniadanie. Podając, wykonał gest „Namaste” składając dłonie na wysokości serca z palcami wskazującymi do góry i lekko pochylając głowę. Zarówno dar, jak i pozdrowienie zostały jednoznacznie odrzucone. Bóg-Małpa zareagował pomrukiem zbliżonym do dźwięku wydawanego przez osobnika usiłującego przypomnieć sobie człowieczeństwo, które obluzowało się w nim przy kolejnym upadku na ziemię w stanie upojenia.

Olśniony nagłą myślą Gordo wyjął z kieszeni szeleszczące pięćdziesiąt rupii i podał Hanumanowi. Ten schwycił je z wyraźnym zadowoleniem. Gordo pomyślał, że podobał mu się szelest. Sam lubił szelest suchych liści pod stopami kolorową jesienią. Zafascynowany odruchem obdarowanego, Gordo przyglądał się Hanumanowi z uwagą, kiedy zdarzyło się coś, czego się nie spodziewał. W oczach małpy z postury i boga z natury dojrzał samego siebie, wizerunek niekompletny, niezbyt wyraźny, ale niewątpliwie prawdziwy: wysokie czoło, brązowe oczy, nieco odstające uszy".

Hiszpania 5: Gerona, zabytki, historia i lwica do całowania

Gerona (j. hiszpański, wym.: cherona) lub Girona (j. kataloński, wym.: dżirona). Girona me emociona – to tytuł broszurki informacyjnej. Miasto założone przez rzymskiego wodza Pompejusza około roku 79 p.n.e., 103 km na północ od Barcelony i 60 km od granicy francusko-hiszpańskiej. Na wycieczkę do Gerony pojechaliśmy autobusem.

W pamięci zapadły mi:

• Katedra NMP (Catedral de Santa María), budowa od XI do XVIII wieku, posiada jedną nawę o największej rozpiętości na świecie, jeśli chodzi o architekturę gotyku i drugą największą w świecie chrześcijańskim po bazylice św. Piotra w Rzymie. Do katedry prowadzą ogromne schody, 99 stopni, na których nakręcano, jak sobie przypominam, jeden z filmów Gwiezdne Wojny.

• Mury obronne z czasów rzymskich (Muralla Romana), rozbudowywane w wiekach późniejszych, można po nich chodzić. Rozpościera się z nich imponujący widok na miasto. To kilkudziesięciometrowy, chyba najwyższy mur, jaki widziałem.

• Przez miasto płyną cztery rzeki: Ter, Onyar, Galligants i Güell. Rzeka Onyar ma wody tyle, co kot napłakał, z mostu widać w niej wielkie karpie, wedle słów przewodniczki najgorsza i najtańsza ryba w tym regionie.

• System rowerów miejskich Girocleta, ma kilkanaście punktów wynajmu i przyjmowania rowerów wokół centralnej części miasta. Rozmawiałem z pracownikiem. Korzystanie z roweru jest bardzo proste: zarejestrowanie się i wyrobienie karty abonamentowej. Karta jednodniowa kosztuje 2 Euro (zastaw zwrotny 150 Euro).

• Lwica z Gerony. Wedle starego zwyczaju, aby zapewnić sobie szczęśliwy powrót do miasta, trzeba wspiąć się na kolumnę i pocałować lwicę w tyłek. Stałem pod posągiem z dumą, bo i my mamy podobny zabytek, z tym, że jest to lew żywy, przywódczy, którego duszę całują wierni wyznawcy oraz rodziny wielodzietne, za łaski, jakie im okazał.

Hiszpania 4: Costa Brava we wrześniu. Obserwacje niedouczonego turysty.

Osobliwością Costa Brava, a konkretnie miejscowości Malgrat de Mar, był brak owadów. Moje drzwi balkonowe na siódmym piętrze hotelu Reymar Playa (w głębi na zdjęciu od strony morza – nie mylić z hotelem Reymar, który jest kilkaset metrów dalej w kierunku Santa Susanna), mogły być otwarte przez całą noc, a do pokoju nie wtargnęła ani jedna muszka, komar czy podobne stworzenie. Mógł to być efekt bliskości mocno zasolonego Morza Śródziemnego, wiatru, pory roku, może także jakichś innych czynników. Tylko w jednym miejscu, na otwartej przestrzeni restauracji/baru/kawiarni przy promenadzie, gdzie zatrzymaliśmy się wczesnym popołudniem, aby napić się Sangrii i zjeść crepes, zauważyłem i odczułem małe muszki. – Oby je ziemia pochłonęła – niereligijnie o nich pomyślałem.

Jeśli jechać na Costa Brava, to chyba najlepiej we wrześniu lub maju. Byłem we wrześniu. Idealna pora. Dużo mniej turystów, prawie w ogóle nie ma dzieci (skończyły się wakacje), spokojniej, nie tak gorąco. Pogoda była doskonała, temperatura powietrza idealna, choć woda w morzu nieco zbyt rześka jak na mój gust. Nie znoszę zimnej wody. Samo wejście do morza zajmowało mi minutę lub dwie. Rano i około południa morze było mało sfalowane, później po południu, około godziny 17-18, fale robiły się większe i kłopotliwe.

Lubię pływać. W przeszłości mieszkałem wiele lat w Australii i dużo pływałem. 29 września, w dzień moich imienin, udało mi się przepłynąć wzdłuż brzegu około 1,5 km. Zacząłem na wysokości przejścia pod ulicą na plażę w Malgrat de Mar w miejscu, gdzie Francuzi regularnie grają w kule, do hotelu stojącego przed hotelem Caprici w Santa Susanna. To mój rekord życiowy. Było to możliwe dlatego, że woda jest silnie zasolona i łatwo unosi ciało na powierzchni, wiatr był niewielki, niska fala, a ja chciałem uczcić ten dzień. Miałem okulary pływackie, bez których trudno jest pływać w słonej wodzie. Płynąłem bez pośpiechu, wyznaczając sobie kolejne cele, a to koniec kompleksu brązowych hoteli, zielony parasol, żółty parasol, duże głazy na brzegu. Płynąłem dalej tylko dlatego, że wyjątkowo dobrze mi szło. Innego dnia był tak silny wiatr, że nie udało mi się pokonać nawet dystansu dwustu metrów.

Dla nieumiejących pływać kąpiel w morzu w Malgrat de Mar wiąże się, jeśli nie z ryzykiem, to z pewnością z niedogodnością. Plaża wchodzi dosyć stromo w morze i w odległości półtora/dwa metry od brzegu dno załamuje się raczej gwałtownie, dalej nie można już sięgnąć dna. Jeśli nie umie się pływać, przebywanie w odległości do dwóch metrów od brzegu jest trudne, zwłaszcza jeśli jest akurat większa fala.
Po wycieczce do Tossa de Mar (patrz zdjęcie), przyszedłem na plażę około godziny 18.30. Było jeszcze jasno, ale plaża była prawie całkowicie pusta, w morzu nie było już nikogo. Mimo wielkiej chęci, aby wykąpać się, nie zdecydowałem się wejść do morza tego wieczoru; było po prostu nieprzyjemnie. Wróciłem do hotelu, aby wykąpać się w basenie hotelowym na otwartym powietrzu. Nie był to kąpielowo udany dzień; basen w Reymar Playa zamykają o godzinie 19.00. W innych hotelach jest lepiej, basen jest otwarty dłużej.

Nie będę się odgrażać, ale w dalszych blogach zamierzam napisać jeszcze m. in. o korzystaniu z komputera, o bibliotece publicznej, wymianie waluty, znalezieniu restauracji z ulubioną potrawą, rynku lokalnym (mercado), wynajmie roweru i języku.

Na koniec, jak zwykle, dodatek w postaci fragmentu trzeciego opowiadania z mojej ostatniej książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”.

„Lou maszerował jak w hipnozie. Ani przez chwilę nie tracił z oczu obiektu swej artystycznej adoracji, która przerodziła się w atawistyczny strach. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Patrząc na byka z odległości już nie większej niż kilkanaście metrów, Lou nie wierzył własnym oczom. Najpierw ogarnęło go zdumienie, potem niepokój, a następnie panika. – To jakaś potworność! – szepnął Lou, czując, jak serce wali mu w piersi w obliczu czegoś niezrozumiałego i budzącego grozę. W miarę zbliżania się ku człowiekowi, byk kurczył się. Był nadal wielki, ale już nie potężny jak kilkanaście sekund wcześniej. Wyglądało to tak, jakby zwierzę zapadało się w sobie pod wpływem ogromnego ciśnienia z zewnątrz. Kurczenie się żywego stworzenia sprawiało malarzowi psychiczny ból. Byk wyraźnie malał w oczach. Lou uznał, że jest to jakaś sztuczka ze strony zwierzęcia, prowadzącego z nim niepokojącą, niezrozumiałą grę. Poczuł się podle oszukany. W głowie mu zaszumiało, zacisnął zęby i pięści. Rozsierdzony nie wiedział, co z sobą zrobić. Byk zbliżał się coraz bardziej. Odległość zmniejszyła się już do kilku metrów. Powiał nagły wiatr i Lou poczuł ohydny, przyprawiający o mdłości zapach wilgotnej sierści zwierzęcia.”

Hiszpania 3: Flamenco Show w hotelu Reymar Playa, Costa Brava

W środę 27 września oglądam w hotelu „Flamenco Show”. Zdjęć nie zamieszczam, bo smartfon nawet z 12 pikselami jest zbyt słaby, aby zrobić dobre zdjęcia. Tańczy jeden mężczyzna i dwie kobiety. Jedna wydaje mi się jak najbardziej wymiarowa jako tancerka flamenco, druga to ładna na buzi, lecz tęga jak smok bufetowa.

– Muszę dorabiać. W Katalonii nie jest łatwo – Rzuca niezbyt głośno siedzącym najbliżej gościom hotelowym.

Była ubrana w suknię w białe grochy na czarnym tle, u dołu czerwone falbany. Muzyka z płyty, okrzyki „Ole!”. Kiedy masywna i zamaszysta bufetowa trzasnęła bucikiem to podłoga drżała. Nie dziw, że mężczyzna tańczył jak trzeba. On sam ubrany był w czerwoną kamizelkę, miał na sobie czerwony krawat w białe grochy, białą koszulę oraz czarne spodnie. Był to brunet o twarzy Słowianina, z kilkudniowym zarostem na twarzy. Dobrze naśladował byka wykonując taconeo.

Tancerze co raz zmieniali ubiory. Tańczenie flamenco to wielki wysiłek. Mężczyzna po tańcu miał plamy wilgoci pod pachami i na plecach. Widać je było wyraźnie na białej koszuli. Muzyka była odtwarzana z płyty, operowa i operetkowa, w ruch szły kastaniety.

W kolejnym podejściu bufetowa wyszła w eleganckiej czarnej sukni, czerwony kwiat we włosach, tańczyła solo z kastanietami. Potem wystąpił mężczyzna, też tańczył solo, z pozycji byka płynnie przechodząc w łabędzia z Jeziora Łabędziego.

Bufetowa występowała jeszcze kilka razy, solo i z drugą tancerką. Duża i obfita przybierała pozy motylka, machała chustą i cały czas zachowywała poważny wyraz twarzy jakby mąż ją rzucił. Domyśliłem się, że Hiszpanie potrafią być niewierni. W sumie kobieta tańczyła ładnie, dobrze jej szło. Życzyłem jej wszystkiego najlepszego krzycząc razem ze wszystkimi „Ole!”

Poniżej fragment drugiego opowiadania ze zbioru „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”:

„Zaprosiłem Koniego do środka i zaproponowałem krzesło przy stole. Podziękował, odsunął je na bok i usiadł na zadzie. Oczy mi się otworzyły szeroko ze zdumienia.

– Chyba pracowałeś w cyrku, Konio? Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Niesamowita sztuczka.

Popatrzył na mnie od niechcenia i spokojnie wyjaśnił: – Żadna sztuczka, tylko lata ćwiczeń. To nasza joga, siad w pozycji końskiego lotosu.

– Musiałeś być kiedyś w Indiach! – Stwierdziłem podekscytowany odkryciem i dodałem wyjaśniająco: – Sam nie byłem, ale bardzo chciałbym tam pojechać. Wiem, że są tam święte krowy.

– Daj spokój krowom. To zwykłe bydło. Rozmawiajmy o czymś szlachetniejszym. Tematy bydlęce mnie nie interesują”.

Hiszpania 2: Katalonia i niepodległość

Costa Brava, Barcelona i Gerona to Katalonia. Dziś odbywa się tam referendum niepodległościowe.

W Milgrat de Mar rozmawiałem z panią w bibliotece miejskiej. Wyjaśniła mi kilka kwestii. Przedstawiam je w skrócie i w uproszczeniu.

70 % Katalończyków chce niepodległości. Rząd hiszpański ma jeszcze zapędy imperialistyczne, niektóre nazwiska w rządzie łączą się z ludźmi, którzy rządzili za czasów Generała Franco. Kiedy Katalończycy budowali pierwszą linię kolejową z Mataró do Barcelony, przewozili towary, kiedy zbudowano pierwszą linię kolejową w Hiszpanii, łączyła ona jeden pałac królewski w Madrycie z drugim.

Problem wolności Katalonii jest głębszy. Historycznie Katalończycy byli już niezależnym narodem europejskim, mieli swój parlament i swoje państwo.Cytuję artykuł z The Washington Post https://www.washingtonpost.com/news/worldviews/wp/2017/09/30/catalonia-independence-referendum-spain/?utm_term=.8df5f1c3e108:

„Dla “independistas,” walka o wolność to przedsięwzięcie ciągnące się przez trzy wieki, sięgające roku 1714, kiedy Filip V, król Hiszpanii, zdobył Barcelonę. Od tego czasu katalońscy nacjonaliści konsekwentnie dążą do uniezależnienia się od Hiszpanii. W roku 1932 przywódcy regionu zadeklarowali utworzenie Republiki Katalońskiej, rząd hiszpański zgodził się na jej autonomię. Kiedy generał Francisco Franco doszedł do władzy w 1939, zdobycze te utracono. Franco systematycznie niszczył katalońskie instytucje i eliminował język, w czystkach dokonano egzekucji tysięcy Katalończyków. Nie było rodziny katalońskiej, która przeżyłaby ten okres bez szwanku”.

Sprawa niezależności Katalonii jest raczej skazana na niepowodzenie. Unia Europejska i rządy innych krajów są przeciwne. Powstanie niezależnej Katalonii rozpętałoby tendencje separatystyczne w niejednym kraju: Szkocji – uniezależnienia się od Wielkiej Brytanii, Flandrii – od Belgii. We Włoszech mocno prawicowa Północna Liga chce zyskać więcej niezależności dla północnych regionów kraju. Są też jeszcze Baskowie.

My, katalońscy Słowianie, rozumiemy Katalończyków Śródziemnomorskich. Oni chcą być niezależni od Hiszpanii, my od Unii Europejskiej. Dlatego powstaliśmy z kolan, idziemy w górę i jesteśmy już chyba na wysokości pasa.

Viva Polonia, viva España e viva Catalonia!

Wiadomości dnia bieżącego i minionych czternastu dni

Czas biegnie tak szybko, że nawet nie zauważyłem, kiedy przekłusowały obok mnie ostatnie dwa tygodnie. Przyczyną były przeżycia, które wypełniły mnie bardziej niż pragnienie czynienia dobra przez obecny rząd (oby służył nam wiecznie!). Byłem w Perle Roztocza czyli w Zwierzyńcu na Lubelszczyźnie, gdzie przez dziesięć dni odbywał się pokazy Letniej Akademii Filmowej, w skrócie LAF.

W Zwierzyńcu widziałem cuda, a co najmniej rzeczy dziwne. Mężczyzna, obserwowałem go dłuższy czas, dał psu lody w waflu do lizania. Kiedy pies skończył, on zaczął lizać, potem znowu pies lizał, a potem jego właściciel. To jest miłość zwierząt! W drodze na Floriankę, urocza i wygodna trasa rowerowa, dosyć długa, dziesiątki ludzi na rowerach. Jedna grupka, sześć osób, szła pieszo. Milczeli. Zapytałem ich: – Dlaczego milczycie? – Zachowujemy energię. Chcemy wrócić do domu przed wieczorem.

Widziałem też mężczyzn i kobiety na rowerach ciągnących za sobą dzieci w klateczkach na kółkach. Przyzwyczajali ich do małych zamkniętych przestrzeni. Kiedy dorosną i winda zatnie się na 24 godziny między ścianami, odporność na klaustrofobię jak znalazł.

Pierogi z jagodami, moje ulubione, dostępne były tylko do godziny 13 maksimum 14. Towar reglamentowany, podobnie jak inne – tylko do określonej godziny. Potem możesz zęby wbić w ścianę z tęsknoty za ulubionym daniem, nie dostaniesz.

Dwa lata temu w Zwierzyńcu były dwie firmy organizujące spływy kajakowe po Wieprzu, tego roku co najmniej sześć, choć mówiono mi, że jest kilkanaście. Wersje spływu: 4 km, 6 km, 8 km, 11 km, 23 km, ile zechcesz. Żyć nie umierać. W spływie uczestniczyłem dwa lata temu, doświadczenie piękniejsze niż niejeden film na festiwalu. Sporo filmów było „odgrzewanych” – sprzed kilkunastu a nawet sprzed kilkudziesięciu lat, jeszcze z PRL-u. Obejrzałem Wajdy „Piłat i inni”, nie przypadł mi do gustu, choć reżyser genialny, mój ulubiony.

Michael Tequila – poezje.

Pozwalam sobie przedstawić Państwu dla urozmaicenia dwa wiersze mojego autorstwa (wybrane w kolejności alfabetycznej z tomiku „Klęczy cisza niezmącona”), którego drugie wydanie ukazało się właśnie dzisiaj w sprzedaży. Niektórzy uważają, że poezja to najlepsza część mojej twórczości. Faktem jest, że ten zbiór poezji (pierwsze wydanie, opublikowane w 2000 roku jeszcze pod moim prawdziwym nazwiskiem) znajduje się w ośmiu bibliotekach uniwersyteckich w Polsce. Uważam to za wyróżnienie.  

Moje poezje przedstawiałem wielokrotnie na spotkaniach autorskich w różnych miejscach i miejscowościach jako uzupełnienie prezentacji slajdów z Australii, gdzie mieszkałem dwadzieścia lat. Sporo wierszy powstało w ciągu pięciomiesięcznej podróży samochodem z przyczepą kempingową przez cztery stany Australii. Te pięć miesięcy to najwspanialsza część mojego życia. Każdy z wierszy jest opatrzony datą i miejscem jego powstania.

Ballada o bohaterze

Niby spokojny…on drży cały,
lęk pierś przeszywa i sercem targa,
w otchłań się zwala spopielały,
ciszę rozrywa krzyku skarga.

Myśl rwie na strzępy paroksyzm strachu,
cień się otula czarniejszym cieniem
i w dół go spycha z potwornego dachu,
dręczy złowrogim, kamiennym tchnieniem.

Jakżeż on chciałby być bohaterem,
trzepot przemienić w serce lwa
i stanąć śmiało nad kraterem,
i runąć w przepaść, sięgając dna!

Sopot, 24 października 1997

 

Burza nad lasami

Burza krąży nad lasami,
płoszy jezior chmurną toń,
werbli bije tysiącami,
strąca kwiatów słodką woń.

Chmura słońce w szal spowija,
ptakom nuty deszcz rozmywa,
przestrzeń smuci się niczyja,
jasność w szarą dal odpływa.

Pnie drzew wodą omroczniały,
liść schłodzony patrzy w dół,
krople w nim się rozszeptały;
pół ich spija, zrzuca pół.

Deszcz za deszczem płynie falą,
w strużki pereł las obleka,
przyszła bujność gra fanfarą,
w ziemię wsiąka życia rzeka.

Karri Valley Resort, Pemberton, 30 listopada 1996

 

Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”. Poezje. Cena z rabatem 20%: https://goo.gl/2arNrI

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Powieść. W sprzedaży: Matras, Empik, wszystkie księgarnie internetowe. Ebook można kupić okazyjnie za 9,12 zł (rabat 40 %) : http://upolujebooka.pl/oferta,38398,sedzia_od_swietego_jerzego.html

 

Indie i Nepal, refleksje i podsumowania. Część 1.

Wycieczka do Indii (a przy okazji do Nepalu) była spełnieniem moich marzeń. Buddyzmem interesuję się od ponad trzydziestu lat, fascynuje mnie wielość religii i duchowość tego ogromnego kraju, ilustrujące bogactwo i zawiłości ludzkiej duszy. Dla pisarza to raj.

Indie potwierdziły mój stosunek do tradycji: część tradycji koniecznie i z wytrwałością trzeba kultywować, bo stanowią one jedyny bezpośredni związek z naszą historią, inne części należy odrzucać, wykorzeniać, ponieważ degradują przyrodę i ludzkie życie.

Palenie zwłok w tradycyjny sposób, na przyrzecznych ghatach, to fatalna część tradycji Indii i Nepalu. Żywa, piękna rzeka staje się ściekiem, obrzydliwym i martwym, tak jak to widziałem w całej okazałości w mieście Patan w Nepalu.

Według Wikipedii „Patan, niegdyś zwany Lalitpur, czyli dosłownie ‘Miasto Piękna’, to jedna z trzech dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Obecnie liczy ponad 200 tysięcy mieszkańców i jest pod tym względem trzecim, największym po stolicy i Pokharze miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je przede wszystkim po to, aby zwiedzić piękny Plac Królewski i jego okolice. To z uwagi na wyjątkową wartość znajdujących się właśnie tutaj obiektów Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi takimi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO”.

Kultywując tradycję ludzie zabijają rzekę, źródło życia. Dziesięć wieków wcześniej, kiedy w Indiach było kilkadziesiąt razy mniej mieszkańców i odpowiednio mniej kremacji, rzeka była w stanie odnowić się, oczyścić się. Dzisiaj jest to niemożliwe. Współczesny człowiek to największy wróg przyrody i własnego gatunku. Jest on symbolem alienacji wyrażającej się w tym, że wytwory jego własnej cywilizacji obracają się przeciwko niemu. To, co ma mu służyć, służy mu, równocześnie go niszczy. Samochód, który ułatwia mu poruszanie się na wielkie odległości, doprowadza go poprzez brak ruchu do zaniedbania własnego ciała. W Adelajdzie, w pięknej i rzekomo usportowionej Australii, przyglądałem się przechodniom w wielkim ośrodku handlowym i doszedłem do wniosku, że nie ma już osób harmonijnie zbudowanych, zachwycających piękną budową ciała. Widziałem osoby nadmiernie otyłe, platfusowate, o niekształtnych brzuchach, nieumięśnione i niezgrabne.

Życzenia Świąteczne i Noworoczne

Dzisiaj jest dzień wigilijny. Robimy sobie wspólne zdjęcie pod wielką choinką na Durbar Square w Gdańsku. Trzymam w ręku transparent: Polscy Hindusi z Indii i Nepalu. Wszyscy uczestnicy wycieczki stoją wypasieni upominkami: kolorowe naszyjniki, bawełniane koszulki ze słonikami, małe rzeźby, duże kolorowe albumy, magnesy na lodówkę, dywany i dywaniki, koszule dzienne i nocne.

Nastrój jest radosny. Przewodniczka wycieczki w pięknym zimowym sari liczy uczestników. Są wszyscy. Siwy, szczupły sadhu pokazuje sąsiadowi kindżały, inny, wysoki opowiada dykteryjkę o babie u lekarza, jeszcze inny rozwija jedwabny dywan, jeszcze inny rozdaje cukierki dzieciom, trzech mężczyzn i dwie kobiety robią sobie wspólne zdjęcie z grupą tubylców.

Wszyscy są szczęśliwi, zarówno ludzie jak i zwierzęta. Obok dwie krowy z chustami przewiązanymi przez szyję obgryzają gałęzie wielkiego świerku z bombkami i światełkami, na pierwszym piętrze budynku za nami biegają krzycząc trzy małpy, pod nogami leżą śpiące psy. Otaczają nas tubylcy w malowanych rykszach, słychać klaksony i dzwonki rowerowe, ciężarówka wiezie górę paczek ułożonych jedna na drugiej, w powietrzu oprócz spalin czuć słodkawy dym z ghat płonących nad Radunią. Od ziemi bije ciepło. To efekt papierów, puszek po piwie, plastykowych opakowań i resztek jedzenia rozrzuconych gęstą warstwą w celu zmniejszenia zużycia energii dla ochrony środowiska naturalnego.

Życzę wszystkim Polskim Hindusom, uczestnikom zimowej wycieczki przybyłym do Polski z Indii i Nepalu, oraz Wszystkim Czytelnikom mojego blogu najbardziej radosnych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia oraz pomyślnego Nowego Roku 2015.

Namaste!

Michael Tequila

0491073156

Wspomnienia z Indii i Nepalu

Myślę (co mi się zdarza od czasu do czasu, kiedy organizm jest w dobrym humorze), że skoro to czynię, to jestem, a skoro jestem, to piszę, zwłaszcza wtedy i tym gorliwiej, jeśli ktoś mnie czyta. Ten wpis jest przeznaczony przede wszystkim do współtowarzyszy podróży.

Dochodzę do siebie po długiej, męczącej, lecz owocnej podróży. Przeziębiłem się, podobnie jak i kilka innych osób, co jest zapewne efektem także wchłonięcia większej ilości kurzu i spalin samochodowych w miejscu, gdzie pojazdy zachowują się jak ludzie, ludzie jak zwierzęta i zwierzęta jak pojazdy. Każdy robi, co chce.

Zdjęć jeszcze nie przeładowałem z aparatu fotograficznego, ale zacznę to jeszcze dzisiaj, jak tylko od odbiorę od wnuczki kabelek służący temu celowi. Kiedy już to nastąpi, chętnie podzielę się zdjęciami, gdyż część z nich wykonałem, aby udokumentować nie tylko Hindusów i ich stan fizycznego i duchowego posiadania, ale także nasze, obcokrajowe reakcje, na azjatycką rzeczywistość. Zdjęcia pozowane traktuję raczej jak sztuczną biżuterię i dlatego z przyjemnością rejestrowałem sceny uwidoczniające naturalne i niepozowane zachowania.

Sam wpadłem w nurt chciwości zapisania jak najwięcej na zdjęciach. Żartowałem nawet, że prawdziwego szoku doznam nie tyle w trakcie wycieczki, lecz dopiero wtedy, kiedy zacznę ogladać i analizować zdjęcia w domu. Sprzyja temu pogoda na Wybrzeżu, dzisiaj wyjątkowo hinduska, lekko wilgotna i ciepła: 12 stopni Celsjusza.

Waranasi nad Gangesem zobaczyłem pierwszy raz siedemnaście lat temu odwiedzając cmentarz na Lubelszczyźnie, gdzie leżą pochowani moi rodzice, snując refleksje na temat ostateczności, która łączy wszystkich bez wyjątku: polityków, ludzi grubych i chudych, mądrych i głupich, biednych i bogaczy, a także cesarza Indii z dynastii

Wielkich Mogołów, ,Akbar, Emperor of India, 1542 -1605 Młody Akbar, Emperor of India, 1542 - 1605

Akbara (1542 – 1605), miłośnika literatury, architektury i sztuki, który pozostał analfabetą (prawdopodobnie był dyslektykiem), twórcy królewskiego miasta Fatehpur Sikri,

Fatehput_Sikiri_Buland_Darwaza_gate_2010

wspaniałego zabytku architektonicznego chronionego przez UNESCO. Na zdjęciach Akbar na rycinie i obrazie oraz fragment Fatehpur Sikri.

Oto mój wiersz z 1997 roku.

Wesoły cmentarz

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryto nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność … spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie dam się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchach reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników.

India & Nepal Inc. Powrót z wakacji.

Wróciłem z podróży wakacyjnej po Indiach i Nepalu, głęboko odmieniony, fizycznie podobny do pierwowzoru, który wyjechał, lecz duchowo odmienny w każdym calu, a może nawet i głębiej.

Zmiany zauważyłem późno, dopiero na dworcu kolejowym w Gdańsku. Wyszedłem z wagonu pociągu ekspresowego z Warszawy i zasmuciłem się. Było to uczucie zrozumiałe, gdyż wokół panowała cisza, niedostępna za żadną cenę w miastach Indii i Nepalu. W Gdańsku poczułem się samotnie jak palec środkowy wzniesiony do góry, ponieważ nikt do mnie nie podbiegał, aby zaoferować mi choćby skromną torebkę z bawełny, słonika, kolorową książeczkę ze zdjęciami, naszyjnik z kamieni półszlachetnych czy choćby nawet i sztucznych, magnes na lodówkę, figurkę jednego z wielu bogów nie mówiąc o sztylecie, który może służyć nie tylko jako ozdoba ścienna. Niemile zaskoczyła mnie czystość na dworcu i na ulicy, a jeszcze bardziej brak zwierząt swobodnie poruszających się między ludźmi i odważnie śpiących między straganami. Straganów też mi brakowało, podobnie jak i wielkiego gara lub patelni, w którym lub na której coś wrzało, gotowało się lub smażyło.

W Indiach i Nepalu pokochałem zwierzęta, które przez dwa tygodnie cieszyły nie tylko moje oko: krów, kóz, psów, małp i małpek, świń, kur, pawi a nierzadko i wielbłąda. Raz nawet widziałem konia, co mnie ośmieliło do porównania tych krajów z Polską. Słonie na tamtych terenach wiodły bardziej ekskluzywne życie wybierając – jak to słonie – spokój Parku Narodowego Chitwan oraz chłód wielkich zamków i pałaców. W miłości do pałaców, ale tylko w tym, sam jestem podobny do słonia, niezbyt szybkiego, ale solidnego narzędzia zbrodni i transportu. Wspominając zbrodnię mam na myśli rozdeptywanie głów śmiałków, którzy wyrazili życzenie niezgodzenia się z lokalnym cesarzem lub królem mogolskim.

Aby dobić się ostatecznie, dodam jeszcze brak w Gdańsku ryksz rowerowych i motorowych zwanych tuk-tuk, ciężarówek, półciężarówek i autobusów oraz samochodów osobowych, które przejeżdżają z wielką umiejętnością w odległości dziesięciu lub mniej centymetrów od przechodnia, aby sprawić mu przyjemność bliskością metalu i spalin.

W atmosferze nocnego Gdańska pełnej ciemnych uczuć mimo blasku świateł ulicznych, zabrakło mi też towarzyszy wycieczki, osób bez wyjątku przemiłych, podróżujących tak wiele, że wpadałem w zachwyt większy niż dziury w indyjskich jezdniach i chodnikach. Zapytałem jednego z nich, mężczyznę, czy jest jeszcze jakiś kraj, którego nie odwiedził. Mój rozmówca, postawny jak mało który mędrzec sadhu, po głębszym zastanowieniu się wyznał z żalem, że są jeszcze dwa lub trzy takie kraje. Odmówił jednak określenia, jaki noszą one nazwy i uczynił to chyba tylko ze wstydu. Tak jak on wstydził się niebycia w dwóch miejscach na świecie, tak ja wstydziłem się przed sobą samym, że dopiero w fazie opóźnionego dojrzewania odwiedziłem Indie i Nepal, źródło bezpłatnej i jakżeż skutecznej terapii z poczucia niemocy i pesymizmu.

Po wylądowaniu w domu byłem zawiedziony czystością, tym zimnym uczuciem, którym karzą człowieka wrażliwego kraje skandynawskie, północnoeuropejskie, a ostatnio i Polska.

Przyznam się Ci, Czytelniku droższy mi niż pieniądze (które zamierzam zarobić na mojej ostatnio oszalałej twórczości literackiej), i to z bólem w sercu, które wbrew opiniom rodziny posiadam i od czasu do czasu staram się okazać jako uzasadnienie mego istnienia, że myślę wciąż o pobycie w krainie Indie & Nepal Inc., gdzie wiara w bogów i ich wcielenia, pragnienie wielu kąpieli w Gangesie a następnie jednorazowej kremacji w jego bliskości, oraz walka o byt codzienny zajmują ludziom więcej uwagi i czasu niż nam zajmują wszyscy politycy oraz myślenie o seksie, pieniądzach i władzy.

Podróż; północne Indie i Nepal (I)

Od sześciu dni jestem w podroży, w tej chwili siedzę przy komputerze w hotelu w Nagarkot wioski położonej u podnóża Himalajów z widokiem na Mount Everest. Jest bardzo zimno.
mount-everest-df297a421efc05bc68,630,0,0,0-001

W Nepalu wieki średnie mieszają się z teraźniejszością. Magiczna stolica Kathmandu, Patan, zabytki z XV -XVII wieku, pałace władców Nepalu, świątynie poświęcone bogom i boginiom hinduizmu, buddyzmu, sikhizmu ( jednej z najmłodszych, monoteistycznych i uniwersalistycznych religii ) wyglądają jakby wyjęto je nietknięte  prosto z magazynu, są w tak idealnym stanie. Ich piękno jest niebywale, podobnie jak niebywałe jest bogactwo duchowe tutejszych religii w których jest miejsce dla bogów i bogiń oraz ich wcieleń, postaci mitologicznych i rzeczywistych, kobiet, mężczyzn i dzieci, zwierząt, duchów dobrych i demonów.

Obok współczesność, ludzie z komórkami, stragany i sprzedawcy, motocykle i samochody, ruch uliczny bez zasad, bieda i bród.
Mam już za sobą pobyt i zwiedzanie New Delhi, Patanu, Katmandu, Passu Patinat, Bhaktapur – miasta królów pełnego zabytków, Nagarkot i Parku Narodowego Chitwan.

W Patan oglądaliśmy ghaty, miejsca palenia zwłok. Jest to rodzaj platformy nad brzegiem rzeki gdzie na stosie z drewna umieszcza się ciało zmarłego owinięte białym prześcieradłem. Akurat odbywały się dwie takie kremacje. Po prawie zakończonym paleniu mężczyzna zajmujący się kremacją spychał ostrym drągiem kawałek po kawałku pozostałości  stosu do rzeki. W wodzie lądowały nadpalone kawałki drewna jak i niedopalone do końca części zwłok.  Spadając dymiły a w zetknięciu z wodą buchały parą.
Sama rzeka  wygląda jak jeden wielki ściek, jest w niej mało wody i wokół
leża kawały nadpalonego drewna. Po zakończonym paleniu mężczyzna zalewał
rozgrzana gathe woda, wiadro po wiadrze, buchały kłęby dymu, i oczyszczał
miejsce czymś w rodzaju szczotki. Wokół stała rodzina i znajomi
jakby przyglądali się ruchowi ulicznemu. Podszedłem bliżej i zauważyłem, ze w istocie było dwóch mężczyzn obsługujących gathę. Obydwaj byli  z najniższej kasty, dobrze
zbudowani i krępi. Na łysych głowach na samym czubku, środku i z tyłu sterczały im cieniutkie kosmyki włosów, był to ich znak rozpoznawczy.

Kilkanaście minut później nad ghata usłyszałem łomotanie. To małpa tłukła oderwanym kawałkiem blachy na dachu, jakby na alarm. Małpy i psy włóczyły się wzdłuż nabrzeża, cześć lokalnego folkloru pogrzebu w stylu hinduskim.