Poezje refleksyjne. Zbiór „Oniemiałość”.

Drodzy Czytelnicy,

Poniżej przedstawiam wiersze powstałe w Australii lub inspirowane moimi przeżyciami w tym kraju. Zdecydowałem się je opublikować. Zbieram w tym celu fundusze. 

Wydałem już na własny koszt 3 książki, czwartą współfinansowałem. Publikacja książki przez oficjalne wydawnictwo to koszt około 10.000 zł, we własnym zakresie mogę to zrobić za 2 800 zł, trzy razy taniej.

Nie jestem w stanie dalej inwestować w publikację moich książek. Taka inwestycja praktycznie się nie zwraca, chyba że jest się powszechnie znanym autorem, dlatego też szukam pomocy w formie coraz bardziej popularnego crowdfundingu (publiczna zbiórka funduszy, potocznie –  zrzutka).

Będę wdzięczny za każdą pomoc: wpłatę, promocję zrzutki, umieszczenie linku na Facebooku, Instagramie, Twitterze, Linkedin, przesłanie linku emailem innym osobom.

Szczegóły zbiórki: https://zrzutka.pl/e64bet
Zrzutka kończy się 12 07 2020

Z góry dziękuję za pomoc,
Michael Tequila

A ja Cię błagam

A ja Cię błagam, Panie świata,
byś dał mi miłość, czułości lata
i spokój życia, obecność cudu,
a wszystko inne okrył ułudą.

Niech mnie obejmie i tkliwie dotknie,
darzy uśmiechem stojąc w oknie,
choć raz zatęskni za mną ogromnie
i nie zapomni od razu o mnie.

Alegorie

Z czyśćca niepokojów dusze wyjrzą płowe,
oniemiałość czynom odejmie znaczeń mowę,
w królestwie pięknej Wenus i chmurnego Marsa
Idea na tron zasiądzie. Wszystko inne to farsa.

Kiedy już dojdziesz, gdzie każdy dojść musi
i ciężar zmyślony na przejrzystość zmienisz,
ręce cię zaświerzbią i anioł podkusi
byś bezwstydnie dotknął poezji płomieni.

Anioł miłości

Anioł o rękach czystych jak kryształ
skrzydła ukrył w liściach jesieni,
ciała oplątał w nagości zmysłach,
w sercach rozniecił gorączkę płomieni.

Z nieba zstępują ideały,
w kwiatach nasturcji zapach dojrzewa,
mchy rdzawe schodzą z wilgotnej skały,
pierzasty kasztan zaczyna śpiewać.

Bałkany

Ziemia spalona, zszarpana darnia,
szczątki ciał w siebie chciwie zgarnia,
tysiące szczątków, bo niespokojna
nie spocznie, jak długo trwa wojna.

A inne nacje, gdzie luksus syty,
z wojny ściągają haracz obfity
śląc okrucieństwa broni i sprzętu;
nie ich obejmą fale zamętu.]

 

 

 

 

 

 

 

Białe motyle

Zamieć przybyła, dostojna i cicha,
ulicami chodzi, welonami oddycha,
z mroźnych ust białe wzlatują motyle,
fruwają rozbawione, prawią krotochwile.

Do świateł się garną istot miliardy,
w czapy ubierają prawdy i nieprawdy
gwarne ulice, dachy i zielone świerki,
czasem promień odzieją w niewinne iskierki.

W polu zając zdumiony staje w sztywny słupek,
spokojem bieli zachwyca filozof i głupek,
widząc jak ulotne i kruche istnienia
żyją bez niepokoju, wściekłości, łaknienia.

Bóg uczłowieczony

Prostotę życia chce zgmatwać w węzeł
chciwiec, co z bratem się kojarzy,
on chce inaczej, dalej, prędzej,
władza bez granic mu się marzy.

Boga odsunął, sam chce być Bogiem
w wieczny sobowtór powielony,
żywy swój obraz widzi za progiem,
sam sklonowany, chce rodzić klony.

Chemicznym snem zmorzył motyla,
rozsypał kropki wiotkich skrzydeł.
Kto teraz wdzięki będzie rozpylać,
esów floresów uczyć prawideł?

Burza 

Gdy wiatr na suszę się rozgniewa
burzę przyciąga i już ulewa
powietrze siecze w wodniste strugi,
chłoszcze biczami ciekłej szarugi.

Niebo lekkość w ciężarność zwiewa,
traci nagle, ziemię wodami zlewa.
Drzewo się miota w bezsilnym oporze,
gdy je przytłacza żywiołów morze.

Wiatr kubły wody w powietrzu niesie,
ciska na ziemię; ta jęczy, gnie się,
rącze strumienie tną ją żlebami,
ciało jej szarpią wód pazurami.

Wśród mokrych błysków widowiska
wicher rozgrywa gwałtów igrzyska,
a gdy się zdaje, że oszaleje,
nagle przycicha i pokornieje.

Busz australijski

Cichym istotom śpiącego buszu
natura skąpi żywych barw retuszu.
Choć w jej palecie kolorów wiele
tu niepodzielnie rządzą pastele.

Kontynent wyblakł już ze starości,
w słońcu ukochał wygrzewać kości.
Zmęczyły starca żywe kolory,
nęcą przymglonej zieleni wzory.

I tylko ziemia w rudę bogata
czerwień gromadzi wieki i lata,
a gdy barwności ma już do woli
twarz swą rozjaśnia wykwitem soli.

Ileż kontrastów ma buszu uroda,
czarne łabędzie, jezior słona woda,
skóra tubylców osmalona słońcem;
ono tu życia początkiem i końcem.

Chuć

W chłopie dusza żyje zwierza,
stąd mu baba nie dowierza.
Choć sama jej nie możesz czuć,
to wiedz, że to po prostu chuć.

Chuci chłopu nie narzucisz,
chuć to aż w trzewiach musisz czuć.
Bez chuci baby się nie zbałamuci,
choćby cię nawet psem miał kto szczuć.

Owa tajemna chucia to jest coś do odczucia,
coś głębokiego, aż do serca kłucia.
Gdyś sam i czujesz chuć, to lepiej idź i młóć,
bo lepiej jest już młócić niż sam się bałamucić.

A jeśli nadal dręczy cię chuć,
to weź i z siebie ubranie zrzuć,
i zdrowo po łbie się pięścią młóć,
aż zaprzestaniesz cokolwiek czuć.

A teraz, kobieto, zbudź się, zbudź
nie pytaj tylko czy to chuć!

Co mnie przeraża

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

To poezja protestu, także rozpaczy. W mojej twórczości jest jej więcej. Wiersz był pisany dwadzieścia cztery lata temu, w 1996 roku. Był on prawdziwy już wtedy; dzisiaj jest wielokrotnie prawdziwszy, jeśli można stopniować prawdę.

Wychowałem się na Roztoczu Lubelskim, w Zwierzyńcu, gdzie obecnie mieści się dyrekcja Roztoczańskiego Parku Narodowego. Moje doświadczenia z dzieciństwa to zbieranie grzybów, poziomek, malin, jagód, jeżyn, borówek, orzechów laskowych, kąpiele w rzece i w stawie kąpielowym, gra w piłkę nożną na łące i wielkiej polanie leśnej między sosnami, zimą jazda na nartach, sankach, także na łyżwach. W moim otoczeniu wszędzie była przyroda: wielki park, lasy, łąki, pola, rzeka Wieprz, w której górnym biegu żyły raki (i to jakie!), stawy otoczone drzewami, w tym staw kąpielowy z piaszczystą plażą, oraz zamieszkujące je zwierzęta, ptaki i owady. Doświadczałem przyrody na każdym kroku. Była i jest ona dla mnie czymś żywym, bogatym i znaczącym.

Jestem świadkiem, jak na przestrzeni lat człowiek ogranicza, niszczy i zabija przyrodę. Dzieje się to konsekwentnie od pokoleń, w ostatnich kilkudziesięciu latach uległo fatalnemu przyśpieszeniu.

Moim ideałem jest przyroda, nie człowiek. To tylko jeden z gatunków istot żywych, który przyzwyczailiśmy się uważać na najważniejszy, porównując się nawet z Bogiem (stworzeni na wzór i podobieństwo boże). Nie uważam gatunku ludzkiego, do którego sam należę, za wyjątkowy. Jako jednostki potrafimy być wspaniali i twórczy, jako zbiorowość jesteśmy bezmyślnymi chciwcami, grabieżcami i głupcami o skłonnościach samobójczych. Nadal nie rozumiemy, że przyroda (natura) jest czymś świętym, jest wspólnym domem wszystkich żywych istot na naszej planecie.

Człowiek i ptak

Upał. Ziemia płonie.
Popalone twarze, poparzone dłonie.
Uderzenia słońca. Kosmiczny wybuch gazu.
Puls żyły rozrywa. To z ognia nakazu.

Drzewo. Ptak zastygły. Dziób szeroko otwarty
żarem oddycha. Wzrok mgłą niezatarty.
Żyje. W cień spływa i szuka ochłody.
O, mądrości przyrody!

Plaża. Pełnia wolności. Nikt tu nie zapędza.
Przyjdziesz, twoja decyzja. Ignorancji nędza.
Być piękniejszym. Skóra koloru spragniona.
Plamki. Potem melanoma.

Znowu upał. Ziemia płonie i powietrze płonie.
Krew. Popalone twarze, poparzone dłonie.
Jakaś zabójcza zmiana. Jakaś przyczyna nowa.
To przestrzeni nowotwór – dziura ozonowa.

Klimat coraz gorętszy.
Czy to przeciw życiu słońce się sprzysięga?
To człowiek. Jego arogancja.
Atmosferyczny śmietnik. Pociągi dwutlenku węgla.

Ptak. Trwa. W cień spływa i szuka ochłody.
O, mądrości przyrody!
Człowiek. Ozonu destrukcja, słońca eksplozja
i rozpaczy rzeka. O, szaleństwo człowieka!

Droga do Europy

Rodacy!
Rozejrzyjmy się wokół przytomnie,
zapytajmy: Co nas tam ciągnie?
Europa jest za daleko!
Tam nie płyną razem i wóda i mleko!

Czy nam jest źle tu, w tym kraju?
Czy my naprawdę musimy do raju?
Czy musimy bić komuś pokłony?
Nasz prezydent da nam miliony!

Rozejrzyjmy się najpierw, gdzie schludniej!
Może lepiej na Wschód lub Południe?
Zapytajmy, gdzie blisko nam duchem?
Tam, gdzie dobrobyt tworzy się obuchem!

Bracia!
Nie dajmy się zbałamucić!
My ze złej drogi musimy zawrócić!

Droga przez wydmy

Biegnie przez wydmy. Ciągle w górę,
wyprzedza myśli, dogania chmurę,
słońce mu liże twarz promieniami,
dyszy zmęczone jak pies zziajany.

Przysiadł znużony na gorącym piasku,
ziemia paruje plamami blasków,
kobieta żywa, choć urojona,
wyciąga smagłe, tęskne ramiona.

W sercu jej przyniósł trzy tulipany,
skrył je głęboko, zakłopotany.
Dostojnie kroczą wzgórz wielbłądy;
miłość to radość – on jest przesądny.

Dzień zmarłych 

Świetliki nocy przywracają żywym
ojców i matki, dzieci i braci,
w słowach modlitwy i wzruszeniu tkliwym
wracają bliscy, których każdy traci.

Kamień nagrobny zwodzi pozorem
trwałości. Ileż wytrwa kruchy cement,
nim pod upartych dni naporem
w ziemię też zrzuci prochu brzemię?

Tu nie ma życia. Tam jest życie,
gdzie nie ma bólu i żalu rozstań,
w obliczu Boga, na jasności szczycie,
gdzie niepojęta, ostatnia przystań.

Francisco Goya

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

Fraszki

Ukochałem szczerze fraszki,
umysłu figlarne igraszki,
śpiewne jak kanaryjskie ptaszki,
wiotkie przezroczystością ważki.

Fraszka zwana figielkiem,
stworzonko żeńskie, niewielkie,
zabawne jak młoda kotka,
rodzimej mowy to trzpiotka.

Fraszki przedziwna władza
drętwotę języka rozsadza,
szorstkość ukwieca w aksamit,
trafność przemienia w dynamit.

Pozornie niewinna fraszka
to tylko aktorska maska,
co prawdę za słów poradą
za żartu ukrywa fasadą.

Gdy piękno cichnie

Istnieć przestańcie, marzycie zbyt skromnie!
Gdy piękno wokół cichnie bezpotomnie
a kruche ślady wątleją w złudzenie,
wy oczu tajemnic gasicie pragnienie.

Kiedy już, Panie, każesz mi

Kiedy już, Panie, każesz mi umierać,
pozwól się dojrzeć choć przez mgłę,
wtedy już wszystko możesz mi odbierać,
bo ja przemycę nadziei łzę.

Chciałbym Cię dotknąć choćby przez mgnienie
plamką, co błyszczy skrzydłem motyla,
zanim zapadnę w snu zapomnienie,
śniąc, że przemija wieczności chwila.

Wytrwale ścigam przez szorstkie rżyska
życie, co tylko rodzi tęsknotę i żal;
czemu ma droga niepewna i śliska,
gdy innym ścielesz jedwabiów szal?

Koniec świata

Góry się rozwierają, powietrze się burzy
i płonie czerwienią – barwą krwawej róży.
Słup ognia wystrzela, płomień się rozrasta
i w nicość obraca lasy, domy, miasta.

Los koniec odmienił w prapoczątek ziemi,
skały płyną stopione śród żółtych płomieni,
gaz zwęgla powietrze i pyły rozwleka,
życie kona rozdarte, duch z niego wycieka.

Rzeka unosi się w górę, obłokiem się wzbija,
przestwór ognia ją chłonie i chciwie wypija.
Niedostrzegalny atom w proch też się rozpada
czarny – światła wygasiła kosmiczna zagłada.

Z krańców galaktyki tajnej mocy ręka
zgniata kulę ziemską, która z hukiem pęka,
jej szczątki ulatują w Gwiazdozbiór Kangura
i nikną powoli – wsysa je czarna dziura.

Z odrobin i pyłów nowy byt się tworzy,
miliardy lat kołuje w pierścieniach przestworzy,
nim znów duch go scali – pan wszechświata,
co kryje się w kosmosu bezgranicznych latach.

Korzenie niepokoju

Ból jak drzewo korzeniami wrasta,
wiatru niespełnień rozsypała się struga,
łzy kochanka gubi milcząca niewiasta,
w inną przeistacza; odchodzi i druga.

Kwietne szaleństwo

Czy są wdzięczniejsze polne kwiaty
nad polskie chabry, maki, bławaty?
Kolory w zboża dziki wiatr wwiewa,
Stwórca ogrody swoje obsiewa.

Na niwach tańczą wonne storczyki
wiatru słuchając cichej muzyki.
Kolorem lila płoną ostróżki,
drżą drobne listki, łodyżek nóżki.

Kwiat łąk podmokłych – żółte kaczeńce
jak panny chylą swych płatków wieńce.
W rosie się kąpie z wczesnego rana
kaczęcość wiatrem rozkołysana.

Gdy ciepłym latem idziesz miedzą
i wonność wdychasz – kwiaty cię śledzą,
ich dzikie piękno wzrok twój omamia,
czarem cię wabi i w siebie wchłania.

Oddaj się cały, odwróć swą rolę,
zamień niewolę w kwietną swawolę,
wśród łąk i lasów pachnących alej
rzuć się przed siebie, kwietnie oszalej!

Milczę

Milczę. I ocean milczy, ponury, bez blasków,
bez pasm kolorowych w promieni potrzasku.
Wiatr fal rozmowy przemienił w westchnienia;
pragnę spełnienia marzeń, lecz nie ma spełnienia.

Przestwór zobojętniał, snuje się nijaki,
mewy lotność zgubiły, błądzą jak majaki,
plaża poszarzała, posmutniały piaski,
w rozpaczy umysł tonie, świat marnieje płaski.

Miłość utulona

Modry czas mija słońca spotkaniami,
śniegiem w górach i popiołem nocy,
czekam, aż się objawisz pieśnią nad pieśniami,
niewinnością, co nigdy nie znała przemocy.

Czuję i widzę, wciąż biegniesz przede mną,
obraz ciepły, tak bliski a taki daleki,
serce się buntuje skołtunioną wełną,
niepokornie wsiąka w dno zdradliwej rzeki.

Stąpasz wystrojona w kwiatów szaty wdzięczne,
to bzem pachniesz, to mamisz uśmiechem,
twe postacie tańczą ulotne, tysięczne
i błądzą zwiedzione pomylenia grzechem.

Czasem przychodzisz nagle, w usta mnie całujesz,
gubię się we wzruszeniu, tulę cię w ramionach,
wiem, że choć cię nie ma, to jednak mnie czujesz,
tyś miłość niedoznana, chociaż utulona.

Mosty z Awignonu

Mosty z Awignonu wychodzą z historii,
na skrzydłach melodii ożywa sukni czerń,
pod przęsłami wiosny płyną w euforii,
po gwiazdach nadchodzi rozpalony dzień.

Winnica, w której dłonie zanurzał Zbawiciel,
nie pachnie, z winogron kiści uleciało słońce
i z zieleni zdjęło rozblasków poszycie;
symboli czasu pilnują niewinne zaskrońce.

Zwykłe życie wzbiera falami pragnienia,
w ciszy się zamknęły sen i urojenia.
Serce szuka miłości, lecz znajduje słowa,
świat osacza mowa, niepojęta mowa.

Byłem w Awinionie w trakcie trzytygodniowej samochodowej wycieczki na południe Francji, przedłużonej do pięciu tygodni, w okresie maja i czerwca. Z Awinionem łączą mnie różne skojarzenia. Pierwsze, to pałac papieski, który wówczas zwiedzałem, ogromne zimne zamczysko, prawie puste, pozbawione wyposażenia, mebli, jakiegokolwiek ciepła. Drugie, to żebrak, z którym rozmawialiśmy na placu w pobliżu siedziby papieży. Jedyny żebrak, jakiego spotkałem we Francji, okazał się Polakiem. Przykro mi się wówczas zrobiło. Trzecie, to oczywiście most w Awinionie na Rodanie, z urwanymi przęsłami. Most wybudowano w 12-tym wieku łącząc miasta Avignon i Villeneuve-lès-Avignon.

Ciekawe wspomnienie związane z Awinionem to wspaniała piosenkarka Ewa Demarczyk, w czarnej sukni, śpiewająca piosenkę „Sur le pont d’Avignon”. Oglądałem ją i słuchałem w sali Olimpii w Paryżu, jedynej takiej imprezie w okresie mojej pracy w czasach PRL-u, kiedy pracując w handlu zagranicznym wyjeżdżałem służbowo za granicę. Piosenka opowiada o ludziach tańczących na moście. Oto link do jej wykonania pani Ewy https://www.youtube.com/watch?v=R76eQYTInA4

Na dworcu kolejowym

Kochajmy perony. Źdźbła w betonowiskach,
zagony kończyn ćwiczą biegów igrzyska,
oczy czarne nad ostrym obcasem
kołyszą biodrami podążając nóg lasem.

Tutaj samoistne dyżurują byty,
brzuchy roztyłe, papieros rozpity,
wąsy nad białych kart postumentem,
koczują w przestrzeń torów wciśnięte.

Czas w pudłach wjeżdża na perony,
wbiegają młodzieńcy, zstępują matrony,
graffiti za szybą obelgą ocieka,
mury zalewa bezsensu rzeka.

Noc na kempingu w Busselton

Lampa nocą – słońca ubogie złudzenie,
dziwak, co w niebo układa drzew cienie,
mroków gęste szaty mierzy promieniami,
biedak, co światła żyje mikrookruchami.

Opos krótkonosy, mały oprych nocy,
wyłazi ogłupiały i przeciera oczy;
nie widzi, co ukochał, czyli wora ciemni,
brzydzi go jasność, mało w niej tajemnic.

Białe płatki kwiatu pieprzowego drzewa,
noc im równie miła jak świateł ulewa,
spadają zapomniane miniaturki słońca,
bawią się wędrując, wirują bez końca.

Na niektórych duchownych

Kapłan, płatny urzędnik, obrzędy odprawia,
papierowym słowem z grzechem się rozprawia.
Apostolską pasją nie splami swej wargi,
milczy duch kaznodziei, płomiennego Skargi.
Pieśń intonuje żałosną plebejskiego tonu,
co skona nim dosięgnie Najwyższego tronu.

Na promenadzie

Na promenadzie wózek z lodami
bakaliowymi kroczy kołami,
korce słodyczy toczą się echem,
w oczach maluśkich lśnią uśmiechem.

Codzienność zdarzeń świeża i czerstwa,
w morzu topi codzienne oszczerstwa,
albo się wyrwie jak Filip z konopi,
by w gorzkiej wódce niepokój topić.

Na ławce urojeń samotnik się sądzi,
tłum przed nim w rozmowach brodzi,
on w zamyśleniu własnym zabłądzi,
z utartych ścieżek nad krawędzie schodzi.

W aureoli tęsknota skrzydlata
żyje i na spełnienie czeka,
ku Bogu rwie się zagubiona dusza,
prostaczych pragnień uwznioślona rzeka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nad Jeziorem Alberta

Jezioro wiatr omiata, spóźniony i chłodny,
dzień chmurny, deszczowy, wydarzeń niegodny.
Ptaki o tym nie wiedzą, łączą się w gromady
i na przekór pogodzie odbywają parady.

Czy widziałeś kiedyś pelikanów sznury,
jak spływają w jezioro spod nawisu chmury
na białoczarnych skrzydłach rozwartych jak żagle,
co nie drgną, nawet, gdy wiatr uderzy je nagle?

Żeglują nad jeziorem powietrzne okręty,
wielki dziób odchylony, przód zgrabnie wygięty,
przypominając z oddali węzłowate sznury
przesuwane w przestworzu prawami natury.

Kiedy wiatr je unosi tuż, tuż nad falami,
bryzgi wody muskają białymi brzuchami.
Myślisz, wdzięk bezgłośny szybuje w bezruchu;
to oczy chłoną piękno nie angażując słuchu.

Nadrzeczna mgła

Nie mogę powstrzymać się od komentarza, że jest to jeden z moich najulubieńszych wierszy, niezwykle nastrojowych. 

Mgła błękitnoszara rozwleka nastroje,
mota je w lepkości rozmazane zwoje,
dumny wiatr klei do nagiej skóry drzewa;
milczy, w liściach nie szemrze, nie śpiewa.

Mglistość drobiny światła przyciąga i chłonie,
przesącza powoli poprzez lepkie dłonie
i rozmiękłe na krzewy zwilgotniałe kładzie
równo, nie w słońca kontrastów nieładzie.

Rośliny milczą w pejzaż mgły wtopione,
kwiat oczy przymyka smutkiem podkrążone.
W pustkowiu ciszy zwilgły ptak zakwili,
jedyna kropla dźwięku w nostalgicznej chwili.

Nagrzane cienie

Na plażę strojne wbiegają blaski,
słońc zachodzących zapomnienie,
w wodzie spalają się iskier trzaski,
w morze nagrzane schodzą cienie.

Stąpam po grani kruchej ciszy,
zanurzam w falę odurzenia;
wzgórz cisza serca bicie słyszy,
serce słyszy wzgórz westchnienia.

W ręce chwytam naręcza promieni
– drgające, żywe, złotem tkane nici –
i na ołtarzu składam kamieni,
niech kamień życiem też się nasyci.

Chłodu arbuza smak słodko-winny
pełza po dłoni i do ust się lepi,
dotyk kropli odrywa się zwinny
i w piasek wsiąka nastrojem sepii.

Zapach kobiety płynie ponętny,
roznamiętnione budzi wejrzenie,
nastrojem ramion pełnych i chętnych
na ciepłym piasku splata dwa cienie.

Nie szukaj Boga

Nie szukaj Boga, on jest wszędzie,
w Matki Teresy miłosiernym czynie
i w spadających wód obłędzie,
to, co jest wielkie, nie przeminie.

Patrzę w światło, jak o chłodnym świcie
różanych kwiatów zapachy mnoży
i skrzące krople rozwiązuje skrycie;
milczę, mnie tylko godzi się ukorzyć.

Oczy zogromniałe w lazurowe niebo
błądzą po wzgórzach, gdzie lśni zamyślenie,
owad-czarodziej sieć misterną przędzie;
nie szukaj Boga, on jest wszędzie.

Od dzisiaj żłopię

Od dzisiaj żłopię jak ten cham,
upijam się na umór,
wódę kuflami od piwa chlam,
utrwalam szklankami rumu.

Kiedym wstawiony, poezją łkam,
serdecznym wzruszeniem szlocham,
pięknieję w oczach wrażliwych dam;
za tę wrażliwość je kocham.

Potocznej mowy odrzucam szlam,
wykwintne dobieram słowa,
oprawiam w rymy złoconych ram;
artysty kieliszka to mowa.

A gdy w delirium ostatnim drgam
i mózg dopala wzruszenie,
na mowy plebejskość po prostu plwam;
ja wieszcza już jestem wcieleniem.

Oli P.

Widzę Cię, Panno Młoda,
w białych muślinów powiewach,
ciesz się, Twoją dziewczęcość
sen o miłości rozwiewa.

Lecz nie zapomnij o sobie
oddając się uczuć niewoli,
bo rozpacz gorzką odkryjesz,
która Cię bardzo zaboli.

Życzę Ci pełni szczęścia
oraz miłości spełnienia,
a gdyby troski nadeszły,
daru ich zapomnienia.

Życzę powiewów wiosny,
słońca promiennych nastrojów
i dzieci, co szczęściem Ci będą
i źródłem niepokojów.

A jeśli smutek w Twym sercu
nie daj, Boże, zagości,
pociechą służyć Ci pragnę
mojej nieśmiałej miłości.

Panna młoda, Ahmedabad, Gujarat, Indie

Oto stoję na brzegiem

Oto stoję nad brzegiem, u skraju urwiska,
ocean huczy w dole, gejzerami tryska
i myśl upartą kuje; jakiż człek jest mały,
gdy go ocean otoczy i odwieczne skały.

Objął mnie mocarz szumnych fal ramieniem,
cichością się stałem i myśli skupieniem.
Gdy poczucie nicości w sercu już rozpalił,
odszedł milczący w zapomnienie fali.

O, rodzaju ludzki, co żyjesz złudzeniem,
że wieczność obdarzysz dumnych czynów mieniem,
niespokojnych pokoleń przeminą tysiące,
pozostaną tylko ocean i słońce.

Podróż w zapomnienie

Żegnajcie myśli doszczętnie przeżute,
dni przeżywane pod rozkazów nutę,
czasie mierzony zegarka godziną;
wasze obrazy w zapomnieniu giną.

Witajcie równiny, przestrzenie otwarte,
gwiazd księgi w nocy granacie otwarte,
witaj czasie bezkresny swobody podnietą,
pełnio obcowania z cielesną kobietą.

Duchu, co żyjesz w wielkomiejskim tłumie,
wolność uwięziłeś w bezwolnym rozumie,
odchodzę w nieznane, uciekam przed tobą,
by znów stać się sobą, po prostu sobą.

Rezerwat Onkaparinga

Busz, co okrutne słońca przemienia
w krwi pulsowanie żywego stworzenia,
kontynentowi pustyń i mitów
zielonych przydaje aksamitów.

Na lustrze rzeki wiatrów wachlarze
tchnieniami budzą faliste miraże,
albo jak ryba płetwą je mącą,
gdy zimnym skrzydłem mocniej potrącą.

Czerwonogrzbiete, rosłe kangury
skokami tłoczą śladów sznury.
Żwawo pną się dwunogi samcze
na wichrowatych wzgórz podzamcze.

Suche szpikulce, igły i drzazgi
rwą się do ciała żywej miazgi.
Tubylcy ostre mijają progi,
obcy boleśnie rani nogi.

Martwy pasożyt – czarna jemioła,
kształtami zwierząt i ptaków woła.
Życie fałszywe w konar tłoczy,
gdy go ozdabia w sękate oczy.
Żyje ptak buszu w konar zaklęty,
milczy, zdrewniałym snem śnięty.

Wdzięk ptasiej szyi oraz głowy,
tkwiący wśród sęków splątanej mowy,
wicher odrywa od tła błękitów,
na ziemię zwala z szumiących szczytów.

Garbatą krechą ścieżkę przeszywa
korzeń – żywej gałęzi alternatywa,
co ze współbraćmi w głąb się rozwiewa
w drugą, stężałą koronę drzewa.

Zaciąga nad nią barwną zasłonę
mikroskopijny, milczący dzwonek;
nadziały na się kolczaste krzaczki
zwielokrotnione, krwiste kubraczki,

W królestwie buszu poszumnej cisz
wrzask zgrzytliwością nagłą dyszy;
to ludzki wtargnął barbarzyńca,
by burzyć spokój duchów zwierzyńca.

Przyroda Australii, zwłaszcza jej roślinność, to temat szczególny, także mojej poezji. Cytuję Wikipedię: „Australia stanowi osobne państwo roślinne (Australis) o swoistej florze, z dużą liczbą endemitów (np. 750 gatunków eukaliptusów i 450 gatunków akacji)”. Endemit to gatunek rzadko spotykany, unikatowy dla danego miejsca, występujący na ograniczonym obszarze.

W Australii przeważa roślinność typowa dla klimatów suchych i gorących. Wnętrze kontynentu zajmują pustynie piaszczyste (bez roślinności) oraz półpustynie ze słonoroślami i kolczastymi krzewami (karłowate akacje, eukaliptusy, kazuaryny i inne) tworzące tzw. skrub.

Moje wspomnienia z Adelajdy i dużej południowej części Stanu Południowej Australii to upalne lata, przeważnie bez deszczu, pożółkła i zbrązowiała roślinność, dużo usychających drzew, ostre kolczaste krzewy, rośliny solniskowe (odporne na zasolenie), oczywiście także lasy eukaliptusowe. Mój dom stal przy parku, za którym był strumień Dry Creek wypełniony wodą po brzegi po intensywnym deszczu w okresie zimy, i kompletnie suchy latem, z brudnymi kałużami lub plamami wilgoci, z których sterczały poskręcane korzenie drzew.

Przypominam sobie też las w Second Valley, ponad sto km na południe od na południe od Adelajdy. Poczułem się tam jak na Roztoczu Lubelskim: wysokie sosny (gatunek kanadyjski) bardzo podobne do polskich, paprocie no i grzyby, rydze i maślaki. Pochodzę z rodziny grzybiarzy. Takich rydzów jak w Second Valley w życiu nie widziałem. Pierwszy raz to był szok: rosnące obok siebie rydze wielkości talerzyka deserowego, każdy z nich zdrowy, nienaruszony przez robaki lub ślimaki. W ogólne ich nie braliśmy, ponieważ było mnóstwo mniejszych. Podobnie z maślakami, tych było jeszcze więcej.

Australijczycy grzybów nie zbierali. Jeśli ktoś wychodził z lasu z wiaderkiem lub dużym koszem, było prawie pewne, że to Polak lub Czech. Mam też przed oczami scenę: las, głównie sosnowy, jak w Polsce, rydze, paprocie. Mógłbym spodziewać się zobaczyć sarnę lub zająca, a tu niespodzianka: dwa młode kangurki kicające bez pośpiechu po otwartej przestrzeni wyciętego fragmentu lasu.

Rozpacz

Troskę w niepokój przetwarza,
cierpienie cierpieniem pomnaża,
serce bólem rozdziera,
myśl o szaleństwo ociera,
udręką spływa i szarpie;
rozpacz – zmasowane harpie.

To obraz Vincenta van Gogha, który sam chorował na depresję..  

Ten wiersz to poetycka forma wyrazu uczuć depresyjnych. Depresja oznacza niemoc, sytuację, w której człowiek pragnie i chce coś zrobić, a równocześnie nie starcza mu woli i sił na wykonanie. Efektem jest frustracja. Cytuję fragmenty Wikipedii „ Frustracja to zespół przykrych emocji związanych z niemożliwością realizacji potrzeby lub osiągnięcia określonego celu… Czasem frustrację definiuje się jako każdą sytuację, która wywołuje nieprzyjemne reakcje: ból, gniew, złość, nudę, irytację, lęk i inne formy dyskomfortu… Frustracja prowadzi do próby pokonania przeszkody, jeśli się one nie powiodą pojawia się agresja, regresja lub apatia”.

Zachęcam do zapoznania się z teorią depresji-agresji, ponieważ jako społeczeństwo jesteśmy na drodze szybkiego rozwoju zaburzeń depresyjnych. To cena, jaką płacimy za dobrodziejstwa postępu cywilizacyjnego: szybciej, łatwiej, więcej. Epidemia koronawirusa tylko temu sprzyja.

Rozstrzelanie

Z deszczem i słońcem przyszło rozstanie,
Bóg drzewo skazał na rozstrzelanie
Piorun je ogniem z nieba poraża,
okrywa czarnym kirem cmentarza.

Nie całe życie ogień spopielił,
z korzenia młody pęd się oddzielił
i przyszła drzewa reinkarnacja,
ziemi nad niebem zwycięska racja.

Pożary lasów i buszu to stała cecha Australii. Przed kolonizacją kraju przez Brytyjczyków powodowane one były przez wyładowania elektryczne w czasie burzy, a także przez Aborygenów dla odnowienia życia biologicznego. Dzisiaj częściej wywoływane są przez człowieka, przypadkowo lub celowo. Piromaniaków nigdy nie brakowało.

W czasie podróży po Australii wielokrotnie widziałem spalone, nadpalone i osmalone drzewa. To niezwykły obraz: z czarnego spalonego pnia wyrastają młode, zielone pędy. Żywotność roślin w Australii jest nadzwyczajna. Nie jest to jednak cała prawda. Tylko nielicznym udaje się przeżyć. Jeśli dobrze sobie przypominam, na sto tysięcy nasion eukaliptusa, tylko z jednego wyrośnie dorosłe drzewo. Nasienie to zarodek życia. To przypomnienie dla tych, którzy myślą o zarodku jako świętości. Natura tego nie potwierdza.

Równina Nullarbor

Pora upalnej sjesty, milczenie zieleni,
na suchym pniu drzewa jasny pęd się pleni.
Cisza zastygła w bezruchu, głęboka zaduma,
odchodzenie z życiem pogodnie się kuma.

Drzemiącą równinę nagły krzyk ożywia
papug skrzekliwych; linia ich łamliwa
błękit oprawia w drżące ruchu ramki
i ubiera w skrzydeł kolorowe plamki.

Asfalt skwarem paruje i pnie się do góry,
z wyżyn zstępują pobielane chmury
i łączą się z drogą w tajemne istnienie;
ta przestrzeń nieznana … to me przeznaczenie.

Ten widok mam stale przed oczami. Jechałem samochodem po Eyre Highway w kierunku Australii Zachodniej. Powietrze intensywnie falowało nad rozgrzanym asfaltem. Widać to szczególnie wyraźnie, kiedy droga idzie nieco pod górę. Jezdnia w perspektywie jest wtedy na wysokości oczu. Moim domem był samochód i przyczepa kempingowa. Szeroka, pusta droga ciągnąca się w błękitną przestrzeń, upał, niebo, parujący asfalt i przypadkowe stadko papug to był cały świat. PS. Na trasie Adelajda – Perth jest najdłuższy w Australii prosty odcinek drogi, 280 km. bez najmniejszego zakrętu.

Siebie wykrzyczeć

Złote jaszczurki pełzają po krawędziach snu,
usta powieki budzą pieszczotami tchu;
miłość noc uwięziła za drzwi fortecami,
pytania odeszły oddechów krokami.

Pragnę siebie wykrzyczeć,
ból, nagość, tęsknienia,
odwołać prawdę, że nie ma
miłości spełnienia.

Skarżyła się

Skarżyła się pani Hania,
że tyle ma rozbierania:
pantofelki, rajstopki, bluzeczki,
koszulka, biustonosz, majteczki.

W końcu na pomysł wpadła,
fachową pomoc znalazła.
Dziś ją rozbiera pomocnik nowy,
od stóp aż do samej głowy.

Wielce szanowne panie,
nie męczcie się rozbieraniem,
nie błądźcie po ciała manowcach,
angażujcie zręcznego fachowca!

Stąpasz w nastroju

Stąpasz w nastroju śpiewnym, radosnym,
okruchy słońca depczesz stopami,
kasztan przytula ciepły cień wiosny,
a ja – w rozterce, potargany.

Miłość uniesień, czuwanie w ciszy,
świat obcy umilkł za oknami,
ja do cię mówię – ty nic nie słyszysz,
krzyczę – głos grzęźnie za kratami.

Tyle obietnic mi składałaś
czułością pieszczot i słów szeptanych,
lecz w sercu cicho gdzieś kłamałaś,
żyję tuż obok, zapomniany.

Szukanie myśli złotej

Przy lampie ściemnionej zsiadły się anioły,
toast wzniosły pogodny, życzliwie wesoły;
istoty zapomniane pogubiły zmysły,
w czarne symbole uciekły i jak bańka prysły.

Patrzysz na ręce, słońca odrobinki
wywabiły plamki, wybroczyły krwinki,
piękne palce zgubiły powaby smukłości;
byle co już nie cieszy, lecz byle co złości.

W uporze skrytości wciąż szukasz konkluzji,
myśli złotej, jedynej. Zamknięta w iluzji
prawd nieprostych mieni się barwami,
kot nieuchwytny, co chodzi własnymi drogami.

Talent

Mąż poślubiony czy wolny kochanek,
co blizny zostawia na ciele i duszy,
nim nowych zniewag nadejdzie poranek,
kwiatem obietnic łzy bólu osuszy.

Bodźcem do napisania tego wiersza była sytuacja kobiet w Australii, źle traktowanych przez mężów lub partnerów, które nie były zdolne od nich odejść wierząc w nadejście poprawy. Przeprosiny, kwiaty, upominki, zaproszenie na kolację do restauracji, obietnice „zmienię się”, „znowu będzie dobrze”, powodowały spadek determinacji wyrwania się z niedobrego, czasem wręcz fatalnego związku.  

Ty mi dzień dajesz 

Ty mi dzień dajesz, ja wybieram noce,
gdy serce z wyżyn schodzi i mniej już łomocze,
ty mi nadzieję dajesz, lecz ja pragnę ciebie,
w soli, w winie i w powszednim chlebie.

Ty pragniesz ciepła, ja ci daję słowa,
ciebie blask oczu cieszy, mnie cieszy twa mowa,
ty chcesz niewinność zachować, ja chcę cię dotykać;
tańczyć nie potrafię – dziwna ta muzyka.

Tyś mą miłością

Tyś mą miłością. Tylko ciebie widzę,
krucha jak promień biegniesz przez łąki,
fortuna z uczuć wzniosłych szydzi
i naigrawa z tęsknej rozłąki.

W górach nie musisz

W górach nie musisz siać piękna ni grozy,
one tam rosną od zarania,
ani skał rzeźbić w przepastne wąwozy
bo te się rodzą z dzikich wód szemrania.

Nikt nie jest w stanie wywyższyć kwiatów,
bo je maluje ktoś ponad nami,
ni słowem zgłębić ludzkiego dramatu,
bo ten się spełnia własnymi znakami.

Ja tutaj jestem nie wiadomo czemu;
taki miał kaprys Pan Opatrzności,
by dać mi szansę oddać się zdumieniu,
nastrojom smutku i chwilom wzniosłości.

W kościele żywych

W kościele żywych nie klękam, nie siadam,
bo konfesjonał bólu nie leczy,
czasem głos skryty do mnie zagada;
on jeden istotę zna rzeczy.

W końcu przychodzi anioł zbawienia,
przy ołtarzu klęka i gra na harfie,
aż z serca wypłoszy żale i złudzenia,
gdy strunę smutku ostatnią rozszarpie.

W rozmowie z guru

W rozmowie z guru doznaję olśnienia,
ile we mnie miłości, a ile pragnienia,
ile we mnie wolności, a ile niewoli,
co przed okiem skryte, a tak bardzo boli.

Przed samym sobą otwieram wnętrze,
a tam zeskorupiałe zjawy nieporęczne,
oczy przerażenia i maski chciwości,
kajdany urojeń miast blasków wolności.

Lecz oto olśnienie: zwierają się wrota,
w zapomnieniu płonie przeszłości martwota,
niepewna przyszłość uchodzi w nieznane,
ciepło miłości wraca rozśpiewane.

We dwoje czyli spacery z sobowtórem

Poranne słońce ziemię zalewa
powodzią promiennych błysków,
sobowtóra przy mnie prowadzi
jak dżokej konia przy pysku.

Gdy od światłości odchodzę
za cieniem kroczę wysokim,
w dal zmierzamy bezbrzeżną,
ścielącą się pod obłoki.

Kiedy słońce w zenicie chwały,
a ja pod nim prosty i słuszny,
cień chudnie i staje się mały,
dziwny pokurcz u nóg posłuszny.

W południe postać skromna
pod wieczór odwagi nabiera,
kończyny i tułów rozluźnia,
mroczny kształt rozpościera.

Naśladowca mój najwierniejszy,
kołysząc się lekko na boki
uważnie ruchy me śledzi,
to rośnie, to staje się szeroki.

Włócząc się z wiernym wcieleniem
jedną zjawą zdajemy się senną,
raz ja wędruję przed cieniem,
to znów on bieży przede mną.

Noc obojgu przynosi wytchnienie,
cień we mnie znajduje schronienie;
dobrze wie, że istnieje złudzeniem,
bo to ja jestem jego istnieniem.

Wegetuje więc wierny i pomny,
że kiedy sam stanę się cieniem,
on stworem zostanie bezdomnym,
własnego złudzenia złudzeniem.


Obraz „Ostatni”. Autor: Ernest Możdżeń

Wiatraki czasu

Srebrnego wiatraka migają cienie,
gdy wiatr bezdźwięk poruszy,
by wodą zrosić ziemi cierpienie
wyrosłe na skrzydłach suszy.

W zapomnieniu rdzewieją żelaza
kół wozów ciąganych przez woły,
co dawno już padły z wycieńczenia,
ich śladem traktów wądoły.

Czas przyśpieszony losy odmienia
czarnym mieszkańcom lądu,
w dwa stulecia z epoki kamienia
w wiek kosmicznych spycha przesądów.

Wieczór nad równinami

Kołyszą się traw przestrzenie,
rozgrzana ziemia drzemie,
ta sama, a jednak wciąż inna;
deszczem ciężarna, wiatrem zwinna.

Skruszonych błękitów drobiny
w trawiaste spadły równiny.
Kwiaty w nastrojach milczące
budzi i spać kładzie słońce.

Wieczór wydłuża cienie,
wzmacnia pagórków zielenie
i skrywa je do połowy
w welon błękitnomatowy.

Wiersz jest efektem kilkudniowego pobytu na kempingu w okolicach miejscowości Hawker (ok. 230 mieszkańców) w Górach Flindersa na terenie Australii Południowej. Ten łańcuch górski ma długość prawie 500 km i jest zbudowany głównie ze skał osadowych, bogatych w skamieliny. Góry porasta skrub i eukaliptusy, wczesną wiosną teren pokryty jest wielokolorowym dywanem kwiatów. Pamiętam oswojonego strusia stukającego dziobem w okno naszej przyczepy kempingowej, aby dać mu coś do zjedzenia. Mój przyjaciel z banku, gdzie pracowałem, uważał Góry Flindersa za ósmy cud świata. Jeździł tam corocznie na wypoczynek w okresie wiosennym.

Wyciągam ręce

Dzieci, gdzie są moje dzieci?
Milczą uwikłane w serca gęstej sieci;
rozrzucone loki, duże, czarne oczy,
odchodzą samotne w krainę niemocy.

Oczy spragnione, niewidzące, próżne,
błagają w milczeniu o życia jałmużnę,
pogubione błądzą po wyśnionej łące
tkliwe pocałunki i szepty gorące.

Wyciągam ręce, łza uwiera w krtani,
nikt mnie nie słucha, wszyscy rozbiegani
szukają uciech; ja – zasług u Boga,
On milczy – mnie ogarnia trwoga.

Zanurzam w sobie poranne jezioro

Zanurzam w sobie poranne jezioro,
oczy oddaję rozpylonej mgle,
niechaj połyski diamentów zbiorą,
do przejrzystości powrócić chcę.

Sznur drzew przesuwa żywe szeregi,
biegnie tuż obok uszczęśliwiony
i mnie wypełnia sobą po brzegi,
tak los się spełnia niedopełniony.

Wszystko ucieka w tył i na boki,
żwawo uchodzi poza krawędzie,
siedząc w miejscu też stawiam kroki,
nie będąc nigdzie jestem wszędzie.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, czerwiec 2020

W księgarniach jest pierwszy zbiór poezji Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona, wydanie książkowe i e-book – patrz  Empik https://tinyurl.com/y52br67b

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 15: Katmandu. Abstrakcja i historia.

Następnego dnia temperatura i ciśnienie zmieniły się, niebo rozjaśniło swój błękit, inaczej pachniało powietrze, wydawało się, że czas uległ przyśpieszeniu i sprawy toczą się szybciej. Uświadomił im to Młody, kiedy zapytał:

– Czy nie sądzicie, że dzisiaj nawet Kantyna jest bardziej przytomny i porusza się szybciej?

Wszystkim udzieliła się atmosfera przyśpieszenia. Rozmowy stały się luźniejsze i jakby ekstrawaganckie. Nagle wzięli sobie do serca lokalną rzeczywistość. Była drastycznie inna niż w Nomadii. Wiedzieli to już wcześniej ale dopiero teraz ją odczuli, jakby tu żyli od lat i doświadczali jej w każdym momencie. To był zupełnie inny świat. Wyłaniał się z chaosu i nie mógł sobie z tym poradzić. Było coś, co pędziło go naprzód, coś, co go cofało do przeszłości, i coś, co trzymało go w miejscu. Nic nie podlegało porządkowi. Chodniki na ulicach stawały dęba, śmieci nie chciały się sprzątać, autobusy nie przyjeżdżały po dzieci, aby zabrać je do szkoły.

Kwitła bieda, ale jej kwiaty nie wydawały słodkich zapachów, tylko stęchły zaduch. Ludzie dniem i nocą koczowali na otwartym powietrzu. Na ulicach sprzedawano, gotowano, rozmawiano, wykonywano prace użytkowe, załatwiano sprawy. Urzędy działały opieszale i byle jak. Mieszkańcy przemieszczali się nieprzerwanie, setkami i tysiącami z miejsca na miejsce niby uparte mrówki. Miasto stanowiło jedno wielkie pole bitwy, gdzie ludzie toczyli bezwzględną walkę z losem o przeżycie do następnego dnia.

Podsumował to Dobroczyńca. Nikogo to nie zdziwiło, ponieważ zawsze był rzecznikiem lokalnych społeczności, zwłaszcza dzieci. W czasie przerwy w zwiedzaniu miasta zebrało mu się na przemówienie.

– W Indiach i w Nepalu wszystko jest święte. Krowy, małpy, szczury, Ganges, bogowie i boginie, ich wcielenia, świątynie. Najbiedniejsi to też święte krowy. Nikt ich nie atakuje, ale też nikt im nie pomaga. Nie sprzedałeś kilku naszyjników, nie użebrałeś, nie przewiozłeś pasażera rykszą, to nie masz co włożyć do ust. To jest ich prawda.

To samo jest z edukacją, opieką lekarską, mieszkaniem i transportem. Nikt się nie przejmuje, że ktoś zachorował i umiera, z wyjątkiem osób najbliższych. A i to nie jest pewne. To okropne!

Po przerwie na odpoczynek i posiłek znowu przyśpieszyli. Przewo mówił krótszymi zdaniami. Ciął je na kawałki, częściej używał równoważników zdań.

– To bardzo stare miasto. Zostało założone w siedemset dwudziestym trzecim roku przez króla Gunakamadevę. O tym królu powiem później, jeśli zostanie mi trochę czasu. Stare miasto jest znane ze świątyń, Obok siebie koegzystują świątynie hinduistyczne, buddyjskie i chrześcijańskie, chociaż chrześcijan jest tu jak na lekarstwo. To tylko kilka kościołów protestanckich i sal Królestwa Świadków Jehowy.

– To my jesteśmy w Katmandu większą grupą chrześcijan? – Inżynier uniwersalny usiłował wtrącić swoje dwa grosze. – Ale co to za chrześcijanie! – popatrzył wymownie na Kantynę usiłującego na uboczu dolać sobie kawy z termosu, o którym wszyscy wiedzieli, że mieści tylko alkohol.

Adresat inżynierskich uwag nie tylko nie poczuł się urażony, ale wyprostował się jakby przywrócono mu godność. W swojej pomrocznej rzeczywistości or również uczestniczył w grze wymiany myśli i opisów lokalnej rzeczywistości. Rozmawiali na luzie, tak jakby sprawy życia i śmierci, losu jednostki, boskich wyroków, brudu i czystości, choroby i zdrowia były równie ważne jak ołówek, stara kanapka z szynką, gumka do majtek czy ulotne spojrzenie przechodnia na ulicznego sprzedawcę.

Powaga wróciła do nich, kiedy zwiedzali niezwykłe zabytki starej części Katmandu: Durbar Square z pałacem królewskim Hanuman Doka,

Patarn Durbar Square (zdj), Bhaktapur oraz stupę Swayambhunath.

Stupa znana była także jako Świątynia Małp, których wiele żyło w jej północno-zachodniej. Przewo wyjaśnił, jest stupa to budowla sakralna symbolizująca oświecony stan Buddy.

– Na terenie Sri Lanki stupy buddyjskie noszą nazwę dagoby, w Tajlandii – czedi, w Indonezji – candi, w Bhutanie, Nepalu i Tybecie – czortenu, w Mongolii – suburganu. Czy nie jest to ciekawe? – zapytał oczekując z nadzieją, że ktoś zechce się z nim zgodzić.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 14 Katmandu

W drodze do Katmandu autobus zatrzymał się, aby uczestnicy wycieczki mogli zrobić zakupy w wielopiętrowym domu towarowym Bhat-Bhati Supermarket and Departamental Store. Jego pełen opis był niezwykle bogaty i zawierał w sobie określenia w rodzaju global, international, imperial, gigantic i futuristic. Właścicielem domu był Baba Ditto, Hindus z Varanasi, posiadacz wielkiej fortuny, człowiek o nieprzeciętnych zdolnościach, marzyciel i twórca idei łańcucha wznoszących się reinkarnacji, z których każda następna jest doskonalsza niż jej poprzedniczka.

Ditto pokazywał się niekiedy przy wejściu głównym do Bhat-Bhati, w garniturze z jedwabiu, z krzaczastą brodą i wąsami skutecznie ukrywającymi dolną część twarzy, oraz złotym sygnetem na ręce, aby rozdawać ulotki i rozmawiać z klientami. Jeśli rozmowa sprawiała mu przyjemność, częstował osobę wyróżnioną gorącą kawą w malutkiej filiżaneczce i oferował autograf z swoim zdjęciem dużego formatu. Ich zapas nosił za nim służący, biały Europejczyk, w liberii, płynnie mówiący czterema językami. Był to Anglik zatrudniony przez Babę dla upamiętnienia czasów Imperium Brytyjskiego, kiedy Anglicy zatrudniali Hindusów w roli służących. 

Dom towarowy Bhat-Bhati cieszył się sławą największego sklepu na kontynencie i na świecie. Był doskonale zaopatrzony; najdrobniejszy produkt nie mógł być ustawiony  na półce jeśli nie był dostępny w co najmniej w pięciu odmianach.

Uczestnicy wycieczki szybko wymienili się informacją, że na czwartym piętrze, w południowym skrzydle, jest niesamowity wybór herbat ekologicznych zwanych tu organicznymi. Były one w różnych opakowaniach, od prostego do najbardziej luksusowego, były bardzo dobrej jakości i miały rozsądne ceny. Wszyscy zaopatrzyli się w większą ilość herbat jako upominki dla rodziny i przyjaciół.

Czas zakończenia zakupów ustalono na godzinę piętnastą piętnaście. Zbliżała się już godzina szesnasta, a część podróżnych wciąż robiła zakupy. Pozostali, czekający już w autobusie, niecierpliwili się coraz bardziej. Kiedy zauważono, ze nie ma też Kantyny, zdenerwowanie pogłębiło się. Zaczęto przeklinać.

– Zaraz go przyprowadzę – zaoferował się Dobroczyńca.

Po kilku minutach, szybciej niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać, wrócił razem z alkoholikiem.

– Skąd wiedziałeś, gdzie go szukać? – padały pytania.

– To nie było trudne. W dziale alkoholi. Siedział i gapił się na sprzedawcę, czekając na zapakowanie trzech butelek “Desi Daru”, najbardziej popularnego alkoholu na Półwyspie Indyjskim. Kantyna wie, co jest dobre. Wiedzy o alkoholach nie można mu odmówić. To coś rewelacyjnego! To najlepszy na świecie absynt – wyciąg z kwiatów i liści piołunu, anyżu oraz kopru włoskiego z niewielkim dodatkiem innych ziół. Otrzymuje się go w procesie ekstrakcji.

Zasięgnąłem języka i kupiłem do przetestowania absynt o nazwie Gogoo-Loo, produkowany z dodatkiem wydzieliny jakiegoś egzotycznego robaka. To najmocniejszy alkohol na świecie, ma osiemdziesiąt czystego alkoholu. Jest zakazany w wielu krajach. Po kilku kieliszkach można już mieć urojenia, a z całą pewnością następnego dnia. Nigdy jeszcze nie przeżyłem delirium, dlatego musiałem go kupić – w miarę opowiadania Dobroczyńca ożywiał się coraz bardziej.

– Po wypiciu Gogoo-Loo nie można już pić innego alkoholu, jeśli chce się dożyć następnego dnia. To przeżycie na miarę reinkarnacji.

To, co mi powiedziano tak mnie poruszyło, że nabyłem dwie butelki. Inne trunki wyglądają przy nim jak bezalkoholowy szampan dla dzieci. Jak tylko ruszymy, zaczynam rozlewać. Możecie już ustawiać się w kolejce.

Wieczorem, po kolacji, grupa oglądała tańce newarskie w restauracji Nepali Chudo w hotelu Northcrop. Mieścił się on w dwupiętrowym budynku zbudowanym z czerwonej cegły, bardzo przyjemnej dla oka. Każde piętro otaczał balkon osłonięty metalową barierką. Od podstawy ściany frontowej strzelał w górę blaszany komin; kończyła go konstrukcja przypominająca dziwaczną budkę dla ptaków.

Większość czasu tańczył mężczyzna o twarzy, uśmiechu i wdzięku kobiety; każdy gest jego ramion i dłoni wyrażał delikatność. Przygrywała mu dwuosobowa orkiestra. Goście siedzieli przy długich stołach i smakowali sake serwowane w mikroskopijnych kieliszkach.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 11: Park Narodowy Chitwan.

Na terenie Parku Narodowego Chitwan podróżnicy spędzili prawie dwa dni, doświadczając urzekającego piękna dziewiczej przyrody. Park należał do światowej klasy zabytków UNESCO. Położony między dwoma dolinami rzecznymi miał ponad dziewięćset kilometrów kwadratowych. Teren był pagórkowaty, przepływały przez niego trzy rzeki, Narayani, Rapti i Reu, zasilające i utrzymuje w dobrej kondycji obszary bagien i mokradeł. Większość terenu porastały drzewa damarzyka mocnego, na suchszych wzniesieniach rosły sosny, było także sporo palm. Na wilgotniejszych stokach zachwycała bogatą różnorodność gatunków bambusa.

Iwanowi Iwanowiczowi park zdał się być wielką, naturalną arką Noego, goszczącą sześćdziesiąt gatunków ssaków i trzysta pięćdziesiąt gatunków ptaków. Królem był tygrys bengalski, w parku żyło ponad trzysta tych zwierząt.

Drugim źródłem chluby administracji parku były nosorożce indyjskie, łącznie sześćset pięćdziesiąt sztuk, gatunek zagrożony wymarciem podobnie jak tygrysy bengalskie.

Od czasu do czasu przenikały na te tereny dzikie słonie z Valmiki National Park w poszukiwaniu damskiego towarzystwa.

Inne zagrożone gatunki zwierząt żyjące w parku to gawial gangesowy, hubarka bengalska, lampart, kotek cętkowany, gaur, suzu gangesowy, krokodyl błotny, sambar jednobarwny i wargacz leniwy. Gatunki wszystkich żyjących tu ssaków podawano tylko w języku angielskim i nepalskim. Iwan Iwanowicz zanotował je i po powrocie do Nomadii odszukał w Internecie rodzime nazwy. O większości tych zwierząt słyszał po raz pierwszy w życiu: jeleń Hyelaphus, mundżak, aksis czytal, kuna żółtogardła, cyweta, kot błotny, szakal, hiena pręgowana, lis bengalski, dzioborożec wielki, wężojad czubaty, rybożer białosterny. Za dnia zwierzęta były mało aktywne; tylko nieliczni turyści mieli szczęście zobaczyć jakieś zwierzęta. Z ptakami było łatwiej.

*****

Cała grupa numer trzynaście z samego rana zakwaterowała się w parkowym hotelu. Warunki zamieszkania były niewyszukane. Iwan Iwanowicz dzielił pokój z Kindżałem na parterze budynku.

Siedząc na tarasie pod dachem czekali na Przewo, kiedy nieoczekiwanie spadł deszcz. Krople wody głośno uderzały o liście palm przypominających wychudłe, szarozielone butelki. Nad ich głową, piętro wyżej, przebudził się rój pszczół zaczepiony pod krawędzią dachu jak gruba, ruszająca się, trójkątna chusta. W łazience przeciekała umywalka, nie dawała się naprawić nawet prowizorycznie, więc przestali o niej myśleć. W atmosferze oczekiwania, deszczu i narastającej wilgoci znikała chęć rozmowy o czymkolwiek.

– Nie ma co się przejmować. Przemieszkamy tu tylko jedną noc – pocieszali się nawzajem.

– Najważniejsze, aby nie ci zamokły sztylety. Mogłyby zardzewieć – ostrożnie sugerował Zegarmistrz.

– A tobie pamięć i notatki; nie dałoby się ich odzyskać, gdyby nie daj Boże rozmokły w wodzie – Kindżał nie pozostał dłużny. Zaśmiali się obydwaj.

Pierwszym punktem programu zwiedzania był spływ kajakowy. Płynęli rzeką Rapti po dwie osoby w kajaku. Oprócz ptaków, widzieli tylko dwa lub trzy gawiale wylegujące się na brzegu.

Dla ludzi nieobytych z dziką przyrodą była to niezwykła była bliskość; niebezpieczne zwierzęta żyjące na wolności kilkadziesiąt metrów od człowieka. Lokalny przewodnik wyjaśnił, że rzeka staje się coraz uboższa w wodę, klimat coraz bardziej suchy, a gleba bardziej pylista.

Następnego dnia, a może nawet tego samego, odbyli jeszcze jedną wyprawę, na słoniach, dumnie określaną mianem safari. Pobyt w parku zakończyła przejażdżka wozami ciągnionymi przez bawoły. Tę drugą imprezę Zegarmistrz zapamiętał jako niekończące wleczenie się prymitywnych dwukołowych wozów po zalesionych bezdrożach. Siedział na samym początku pierwszego wozu, mimowolnie obserwując grzbiety zwierząt pociągowych. Przyglądał im się, ich zachowaniu, sposobie poruszania się. Lewy był dużo wolniejszy. Woźnica, starszy, szczupły pan w okularach na twarzy profesora wyższej uczelni, łagodnie poganiał go, lekko dotykając batem końca jego grzbietu lub nasady ogona. Z dwóch zwierząt ciągnących wóz, ten jeden zawsze pozostawał z tyłu, podobnie jak jego jarzmo na grubym karku w stosunku do jarzma towarzysza. Siedząc obok poganiacza podróżnik chętnie wdałby się w pogawędkę, gdyby nie to, że profesor był prostym wieśniakiem bez znajomości choćby jakichkolwiek dwóch wyrazów obcych.

Przejażdżka na słoniach była nieporównywalnie ciekawsza. Kindżał, Zegarmistrz, Fotograf i Wysoka z Kokiem jechali razem. Na palankin umocowany na grzbiecie słonia wsiadali z drewnianej wieżyczki. Jej płaski szczyt miał postać małej platformy ogrodzonej barierką z czymś w rodzaju niskiej furtki, przez którą trzeba było fizycznie przesunąć się na palankin.

Słoń jako uniwersalny pojazd terenowy okazał się nadzwyczajny. Powoził nim mieszkaniec lokalnej wsi, jego właściciel, opiekun i poganiacz. Podróżnicy nie potrzebowali wiele czasu, aby zorientować się, że poganiacz i jego zwierzę w jakiś szczególny sposób komunikują się ze sobą kierując się podobnymi odczuciami. Obydwu sprawiało radość, kiedy zwierzę podchodziło pod stromy brzeg rzeki lub schodziło gwałtownie w dół po nierówności terenu.

Kiedy turyści przechylali się czując, że zaraz wypadną z palankinu, malutkie oczka słonia rozjaśniały się drobniutkimi iskierkami. Podobnie na niepokój podróżnych reagował poganiacz. Ich przywilejem był z kolei swobodny komentarz we własnym języku.

– Słoń i poganiacz chyba lepiej rozumieją się nawzajem, a może nawet są sobie bliżsi, niż my i on, choć jesteśmy przedstawicielami tego samego gatunku.

– Co to za gatunek, co wyrzyna się nawzajem jak barbarzyńcy a w krańcowych wypadkach głodzi bliźnich na śmieć lub upodla do granic możliwości, aby w końcu przepuścić ich przez komin obozu koncentracyjnego? – Reakcja Kindżała zaskoczyła towarzystwo. Nikt czegoś takiego się nie spodziewał. Kindżał nigdy tak nie reagował, miał raczej pogodne, filozoficzne usposobienie. Jego wypowiedź przecięła rozmowę jak najostrzejszy z jego sztyletów. Zamilkli wobec szokującego rozmiaru prawdy, jakim potworem potrafi być człowiek w porównaniu z najdzikszym zwierzęciem.

Na równym terenie jazda przypominała swobodne huśtanie się na grzbiecie słonia. Dla urozmaicenia drogi przez busz poganiacz demonstrował niezwykłe zdolności swego zwierzęcia. Rzucał jakiś przedmiot w górę i kiedy ten już upadł na ziemię, jego pupil go odszukiwał, chwytał koniuszkiem trąby i podawał mu do ręki. Zawiadamiał też trąbieniem, kiedy w pobliżu znajdowały się inne zwierzęta.

– Słoń trąbi w różny sposób, w zależności od tego, jakie zwierzę, a nawet ptaka, widzi w pobliżu. – wyjaśnił Nepalczyk.

Chodziło oczywiście nie o gatunek zwierzęcia, ale o jego wielkość. Niebezpieczny tygrys czy też spokojniejsze, ale duże zwierzę, wzbudzało w sposób naturalny inne odczucia kierującego się instynktem słonia.

-– O! Teraz na przykład sygnalizuje, że gdzieś w pobliżu jest krokodyl – przerwał ciszę poganiacz koncentrując wzrok na rzece Rapti, w kierunku której zmierzali. I rzeczywiście, chwilę potem zobaczyli gawiala wylegującego się na słonecznym skrawku ziemi po drugiej stronie rzeki.

Historiami o umiejętnościach i zachowaniu słonia podróżnicy dzielili się z innymi uczestnikami wyprawy w trakcie posiłku. Kindżał z poważną miną przedstawił historię okularów przeciwsłonecznych, które upadły mu na ziemię, kiedy nadmiernie wychylił się do przodu. 

– Słoń to zauważył, zatrzymał się, odszukał okulary w trawie, jaka tam rosła, chwycił je koniuszkiem trąby, niezwykle delikatnie i podniósł na wysokość mojej twarzy – Kindżał zamyślił się, co dalej zełgać, kiedy odezwał się czyjś niecierpliwy głos:

– Opowiadaj! Opowiadaj! Co dalej?

– Nic! Kiedy wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę, słoń wziął ją ode mnie, przetarł soczewki i nałożył mi okulary na nos. To było niesamowite.

Reakcja słuchaczy była mieszana.

*****

W trakcie wypraw po parku i okolicach Iwan Iwanowicz z wytrwałością godną lepszej sprawy notował nazwy sklepów, firm, szkół i organizacji. Wydawały mu się zbyt egzotyczne, aby powierzyć je tylko pamięci. Miały dla niego niepowtarzalny urok, podobnie jak żywa przyroda widziana oczami człowieka nawykłego do betonu, asfaltu, mechaniki i konstrukcji miejskiej natury jego cywilizacji. W istocie rzeczy były oryginalne: Jayamata Kalika Oil Store, Ratopul, Sipradi Autoparts, Gausala, Kalanki, Gaushala Internet Travel, Baidehi Guest House, Matrix Energy, Drinks Yeti Yatalat, Panchakanya, Pashupati Area, Shree Gansesh, Sipradi Shiva Ratin Palace.

Iwan Iwanowicz mimo dojrzałości swego wieku lubił bawić się podobnie jak dzieci. Tłumaczył to sobie naturalną skłonnością do dziecinnienia w miarę starzenia się. Było w tym jeszcze coś głębszego, mianowicie przekonanie, że naturalna ciekawość świata jest najpiękniejszą z cech dziecka, ideału człowieczeństwa, którą zbyt szybko i bezpowrotnie traci ucząc się kłamstw i manipulacji osób dorosłych.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 10: Widok na Himalaje

 

Nagarkot (w języku nepalskim नगरकोट) to wioska położona w środkowej części Nepalu na wysokości dwóch tysięcy dwustu metrów nad poziomem morza. Wioska liczyła sobie osiemset gospodarstw domowych i cztery i pół tysiąca mieszkańców, w równych częściach mężczyźni i kobiety. Przewodnik twierdził, że turyści z całego świata ściągają do niej, aby na cieszyć swe oczy najpiękniejszymi widokami gór.

W przejrzysty dzień można było zobaczyć nawet Mount Everest i inne ośnieżone szczyty wschodniego Nepalu. Sława Nagarkot wiązała się piękne widoki najbardziej ze wschodem słońca.

Do Nagarkot dotarli po długiej podróży autobusem wąską, w dużej części, marnej jakości nieasfaltowaną drogą. Na miejscu okazało się, że nie ma dla nich miejsc w hotelu, gdzie mieli rezerwację. Przez kilka minut Przewo wykłócał się z właścicielem hotelu. Ponieważ nie rokowało to żadnych nadziei, wspomagany przez kilka osób z grupy szybko zmienił decyzję:

– Jedziemy do drugiego hotelu. Mam tu adres.

Po nocy hotel – murowany surowy budynek na stoku góry – wyglądał z zewnątrz jak nowa szopa na sprzęt rolniczy.

Mieli szczęście, z trudem znaleźli odpowiednią ilość wolnych miejsc. Kolację zjedli w restauracji Kosmiczna Góra, po czym udali się do wyznaczonych pokoi. Było bardzo zimno. Łóżko Iwana Iwanowicza okazało się w dodatku twarde i płaskie jak worek z piaskiem przygnieciony płytą betonową. Aby nie przeszkadzać Kindżałowi paleniem światła, Iwan Iwanowicz robił notatki w łazience. W rurach woda wydawała dźwięki podobne do brzęczenia komara-wampira szukającego świeżej krwi. Do snu ułożył się w zielonej koszulce z długimi rękawami, na którą nałożył piżamę. Na goleń lewej nogi naciągnął ocieplacz z wełny przypominający rurę wykonaną z surowej wełny. W nocy zaczęły mu marznąć stopy, założył więc jeszcze skarpety.

Recepcjonista zbudził wycieczkę o godzinie piątej czterdzieści pięć, aby obejrzeli wschód słońca o godzinie szóstej piętnaście. Wszyscy przyszykowali sobie aparaty fotograficzne, kamery video i smartfony, i ostrzyli sobie z zęby na niesamowite widoki, jakie im obiecano. Droga ku słońcu wiodła przez schody, drabinę i dwa dachy. O godzinie szóstej rano byli już na punkcie obserwacyjnym: był to dach w formie tarasu z barierkami mogącego pomieścić nie więcej niż kilkanaście osób. Stał tam stolik, dwa kloce drzewa i jakieś graty. Wschód słońca miał nastąpić punktualnie o godzinie szóstej piętnaście. Czekali i czekali. Słońca zobaczyli tyle, co kot napłakał, gdyż niebo było zaciągnięte chmurami i zamglone.

Godzinę później jedli śniadanie w restauracji hotelowej. Przewo zdecydowanym głosem wydał polecenie kelnerom, aby zabrali Alko, chudemu facetowi z wiecznie zamglonymi oczami, butelkę piwa o pojemności trzy czwarte litra.

– Chłop urodził się na bagnach, to nie jego wina, że jego oczy nie mają blasku. Podobnie dziecko górnika nie może odpowiadać za to, że ma oczy czarne jak węgiel. – Iwanowi Iwanowiczowi łatwo przyszły te perwersyjne skojarzenia; rozważnie nie podzielił się jednak nimi z innymi osobami. – Jestem surowy i okrutny – myślał o sobie – jak otaczające nas Himalaje.

Alko obraził się i wyszedł zostawiając niedopite piwo w kuflu. Był nieprzerwanie intoxicated jak mówili o nim lokalni mieszkańcy. Poruszał się wodząc wokół błędnym wzrokiem, powoli i niepewnie stawiał nogi. Któregoś dnia zostawił w restauracji hotelowej torbę z dokumentami i pieniędzmi. Był jak ból głowy po przepiciu dla przewodnika i potencjalny kłopot dla całej grupy. Gdyby zagubił się, wszyscy musieliby czekać na jego odnalezienie, aby móc ruszyć dalej.

Opuszczając Nagarkot Iwanowi Iwanowiczowi wydało się, że budynki, wnętrza, wyposażenie, atmosfera i widoki tej miejscowości są siermiężne w swej surowości, podobnie jak otaczające ją zimne szczyty Himalajów.

Kiedy czekali na autobus, Rozmowa zeszła na temat lokalnych zwyczajów związanych z narodzinami dziecka. Wysoka z Kokiem wspomniała, że w Nepalu imiona nadawano dzieciom według daty kalendarza księżycowego, głowę dziecka golono, praktykowano też jakiś ceremoniał karmienia ryżem. W ciągu kilku dni po urodzeniu dziecka matce nie wolno przyjmować gości. Między czwartym a dwunastym dniem po urodzeniu rodzina świętowała „machu bu benkyu”, ceremonię, w czasie której dziecko przedstawiano ojcu i reszcie rodziny. Rodzice otrzymywali wtedy gratulacje i upominki.

Wracając z gór Iwan Iwanowicz poświęcił się rozważaniu, które nazwał egzystencjalno – filozoficznym. Chodziło o wolny czas. W takim sensie jak wolny jest człowiek bez obowiązków, dziecko na placu zabaw czy zwierzę na pastwisku. Dla uczestników grupy taki czas właściwie nie istniał. Rozmywał się w rutynie codziennych czynności i wielości odwiedzanych miejsc: z pokoju hotelowego, służącego jedynie za sypialnię, do restauracji lub baru na śniadanie, następnie do holu, z holu do autobusu, z autobusu do pierwszego zwiedzanego obiektu, potem kolejnego, potem przerwa na posiłek, potem kolejny obiekt i tak do wieczora, do chwili przyjazdu do nowego hotelu. Jedyny czas, jaki naprawdę dysponowali, to była długa obiadokolacja, rzadziej możliwość wyjścia na zewnątrz we własnym zakresie i powłóczenia się po ulicach.

Iwan Iwanowicz, jeśli miał szczęście, tylko wieczorem mógł napisać jeden lub dwa emaile z pozdrowieniami, lub połączyć się przez Skype z rodziną. Dalsze działania określał lakonicznie: po powrocie do pokoju rozebranie się, prysznic, lulu i od rana nowa rutyna dzienna.

W jego opinii Iwana myślenie o śnie było przesadą. Sen nie był czynnością, w której celował, wyróżniając się pozytywnie z wielomilionowego tłumu ludzi na świecie cierpiących na bezsenność. Prawda była taka, że źle sypiał, co odrabiał potem w autobusie w trakcie przejazdów z miejsca na miejsce.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 9: Mnemotechnika imion, ksyw i postaci.

Imiona i nazwiska uczestników wycieczki stanowiły dla Iwana Iwanowicza ogromne wyzwanie od początku wyprawy do Indii. Nigdy nie miał pamięci do twarzy ani imion. Jeśli pamiętał twarz, to imię uciekało jego pamięci, lub na odwrót, mimo że miał wrodzone pewne zdolności typowe dla fizjonomisty, człowieka umiejącego rozpoznawać cechy umysłu i emocje innej osoby z wyglądu jej twarzy i postaci.

Przy pierwszym spotkaniu Iwan Iwanowicz łatwo zapamiętał imiona tylko trzech uczestników, pozostałe zapomniał już po pięciu minutach, niektóre z nich ponadto mu się myliły.

– Moja pamięć psu na budę się zdała – zżymał się.

Aby nie pogubić się całkowicie, oznaczył wszystkie osoby pseudonimami nawiązującymi do ich cech zewnętrznych, wyglądu lub zachowań, których nie sposób było pomylić. Ksywy nie przypominały imion, posługiwanie się nimi zależało od ich akceptacji przez innych uczestników wycieczki, bez tego używanie ich mogło być niezręczne. Okazało się, że przyjęły się one wyjątkowo łatwo i szybko; może nie od razu, ale już po kilku dniach powszechnie je używano. Pomysł był skuteczny i to było najważniejsze.

Tak więc Iwan Iwanowicz przywoływał w pamięci towarzyszy podróży skojarzeniami, używając ich w rozmowach: Uśmiechnięta, Porywczy, Alko, Miłośnik Zdjęć, Młody, Przymglone Oko, Fotograf, Dobroczyńca, Kindżał, Wysoka z Kokiem, Rasputin, Półgębek. Siebie oznaczył kryptonimem Śnięty, nie ujawniając tego nikomu. Na szczęście nie było takiej potrzeby, gdyż wszyscy łatwo zapamiętali jego imię i tak się do niego zwracali. Kiedy ujawnił, że niegdyś zawodowo zajmował się zegarkami, nazywali go też Zegarmistrzem. Widzieli jego słabość do przysypiania po bezsennej nocy, lecz nikt mu tego nie wypominał, tym bardziej, że sami też jej ulegali, najchętniej w czasie jazdy autobusem. Pogodzili się, że Iwan ksywa Zegarmistrz jest zawsze śpiący jak suseł w Boże Narodzenie, kiedy na ziemi szaleje zima, a on leży zagrzebany w grubej pierzynie liści zgromadzonych przez wiatr w górskiej jaskini.

– Każdy ma prawo być oryginałem – usprawiedliwiał siebie Iwan Iwanowicz. Temat bycia ekscentrykiem był tak intrygujący, że postanowił poświęcić mu w przyszłości więcej uwagi, może nawet ująć go w pamiętniku.

Razem z grupą Iwan Iwanowicz poznał też przewodnika wycieczki. Podał on wszystkim swoje imię i nazwisko, nikt jednak nie starał się nawet ich zapamiętać. Pozostał Przewodnikiem, w skrócie Przewo. Nie zwracano się do niego inaczej. Czasem tylko mówiono Przewo 13. Był to numer grupy, do której należeli.

Dla Iwana Iwanowicza trzynastka była szczęśliwa. Pod tym numerem wygrał kiedyś na wielkiej loterii fantowej pierwszą nagrodę. Nie chciał jednak ujawnić, co to było, więc nie za bardzo wierzono w jego wygraną. Z samą trzynastką było inaczej. Tak bardzo w nią wierzył, że wkrótce większość uczestników była przekonana, że grupa nie mogła mieć szczęśliwszego numeru.

Przewodnik grupy nie mógł być lepszy. Był doskonale zorganizowany, pomocny, przewidujący najbardziej dziwaczne oczekiwania i sytuacje uczestników wycieczki, wiedział o Indiach i Nepalu prawie wszystko, był biegły w historii i zwyczajach zwłaszcza Indii.

– Więcej wiedzy o kraju, jego historii i tradycjach zawierają chyba tylko Wedy, święte księgi hinduizmu – już po kilku dniach pół żartem, pół serio mówili między sobą uczestnicy Trzynastki.

Od kilkunastu lat Przewo mieszkał w Indiach. Jego żoną była dawna mieszkanka Butanu, której przodkowie przenieśli się do Indii i przeszli na hinduizm.

Ślub hinduistyczny.

Była osobą majętną, z wyższym wykształceniem; nie była jednak zbyt urodziwa. Przewo pokazywał jej zdjęcie.

– Jest osobą niezwykle sympatyczną, nie mogłem znaleźć lepszej żony. Niektóre żony tutaj traktują mężów jak istoty wyższe. Walczyłem z tym bałwochwalstwem, lecz przestałem, kiedy teściowa powiedziała mi, abym poważnie zastanowił się nad tym, co robię.

– Nie musisz płynąć pod prąd naszych przekonań, że mężczyzna to istota bliższa ideału niż kobieta.

Korzystając z wysokiej pozycji społecznej żony i jej kontaktów Przewo zbudował solidną wiedzę o Indiach, stając się idealnym łącznikiem między skromną duchowością nomadyjską a nieokiełznaną religijnością hinduską. Dzięki jego wiedzy oraz bogatym doświadczeniom osobistym, uczestnikom wycieczki łatwiej było poznawać i rozumieć Indie. Nikomu to się zresztą nie udało; wszyscy wracali przekonani, że Indie są nie do zgłębienia.

W wolnych chwilach Przewo chętnie odpowiadał na pytania. Często widziano go razem ze Śmiejącym się Półgębkiem, jak siedzą w cieniu na ławce w porze odpoczynku i konwersują ze sobą, podobni do braci syjamskich, zanurzeni w poważną wymianę słów, gestów i znaczeń.

De lachende man, Rembrandt van Rijn, 1629-1630, Mauritshuis, The Hague

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 8: Iwan Iwanowicz snuje wspomnienia.

Alkohol na czwartym piętrze hotelu wzbudził w Iwanie Iwanowiczu wspomnienia. Przypomniał sobie pierwsze spotkanie z uczestnikami wycieczki na stołecznym lotnisku przed odlotem do Indii. Grupa liczyła trzydzieści osób, jak nożem ciął. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, czy ten fakt ma jakieś szczególne znaczenie, ale zarzucił rozmyślania wobec bogactwa innych bodźców. Grupę podzielił na kategorie. To był nawyk, z którym bezskutecznie walczył, coś liczyć, dzielić, komponować lub dekomponować. Był mocny w statystyce, lubił liczby. Uważał, że kwantyfikują one rozumienie świata, zapewniają jego dokładniejsze poznanie. Pytany, dlaczego to robi, przedstawiał dowody.

– Mówimy na przykład, że większość Nomadyjczyków to ludzie wierzący. Co to znaczy większość? Równie dobrze może to być pięćdziesiąt jeden jak i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Dopiero jak ustalisz, że wierzący stanowią osiemdziesiąt trzy procent społeczeństwa, to wiesz na czym stoisz. Statystyka to liczby, fundament rozumienia świata.

Kiedy to mówił, niektórzy wycieczkowicze widzieli kolorowe pawie pióra wyrastające mu z pleców. Dwóch mężczyzn z grupy gotowych było nawet przysiąc, że to prawda. Gdyby tak się stało, reputacja Iwana Iwanowicza uległaby co najmniej zachwianiu. Miał szczęście; w jego obronie nieoczekiwanie wystąpiła Wysoka z Kokiem.

– Jeśli mężczyzna ma czymś się chwalić, nie można mieć mu za złe, że sygnalizuje to kolorowym upierzeniem. Wolę opierzonego dziwaka, jak go nazywacie, z pawimi piórami, niż intelektualnego gołodupca bez pawich piór. Spojrzała przy tym na krytyków Zegarmistrza w taki sposób, że zrezygnowali z dalszego podawania w wątpliwość jego nawyków i manier.

O Wysokiej z Kokiem mówiono, że zagłodziła na śmierć swego męża, kiedy dowiedziała się, że przegrał w karty większą część majątku, jaki w posagu wniosła do małżeństwa. Mówili to ci dwaj, którzy pawimi piórami usiłowali podać w wątpliwość statystyczne nawyki Iwana Iwanowicza. Tak czy inaczej, mąż Wysokiej z Kokiem już nie żył, nie było więc możliwości zweryfikowania, co jest, a co nie jest prawdą.

Od czasu obrony swojej reputacji przez Wysoką z Kokiem, Iwan Iwanowicz pamiętał już jej imię: Anita. Był jej to winien.

– Moja pamięć otrzymała stymulującego kopa. To jeszcze jedna lekcja, jak skojarzyć sobie imię z osobą. Nie tylko wygląd i twarz człowieka, ale i czyn, tworzą mocne połączenia neuronowe w mózgu. – Iwan Iwanowicz niby to żartobliwie wywnętrzał się wieczorem w pokoju licząc na Kindżała, że podejmie rozmowę. Nie miał szczęścia, zbieracz zdobnych sztyletów pochłonięty był oglądaniem pod lupą finezyjnego wykończenia kolejnego nabytku. Nieco zdegustowany brakiem zainteresowania przyjaciela, Iwan Iwanowicz zauważył, tym razem tylko na własną potrzebę, że nigdy nie jest wiadome, co jest fikcją a co rzeczywistością w głowach ludzi, których los połączył wspólną podróżą do Indii.

– Ludzie to bajarze i zmyślacze – zasugerował Kindżałowi i ten się zgodził.

*****

Pierwsza kategoria uczestników grupy trzynastej obejmowała osoby powyżej lat sześćdziesięciu i zawierała się w liczbie dwudziestu pięciu. Była to grupa dominująca. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, jak to było możliwe. Czyżby tylko ludzie starsi byli ciekawi świata? W kategorii do lat sześćdziesięciu było tylko pięć osób, w tym trzy nieprzyzwoicie młode, w wieku około trzydziestki. Miał wrażenie, że społeczeństwo potraktowało je jak wyrzutków.

– Zamiast docenić i zatrudnić w gorącej końcówce roku ten rezerwuar młodości, wysyłają go w delegację na odległy kontynent, gdzie ludzie umierają młodo. Tak jakby chciano ich nastraszyć, aby szybciej wpłacali składki emerytalne, ponieważ nie zostało im wiele do przeżycia – tłumaczył Kindżałowi.

Uczestnicy wycieczki stopniowo dopasowali się nawzajem do siebie. Polubili się nawzajem, może dlatego, że nie musieli spędzać ze sobą pozostałej części życia, tylko kilkanaście dni. Atmosfera była pozytywna, oparta na wzajemnym szacunku. Jak się potem okazało, jego fundamentem była wspólna pasja zwiedzania zabytków i dokumentowania tego maksymalną ilością zdjęć. Krytykując innych, Iwan Iwanowicz nie dostrzegał belki we własnym oku.

– Mam wrażenie, że dla naszego towarzysza podróży, Rasputina, ważniejsze jest uwiecznianie się na zdjęciach na tle świątyń, świętych krów, świętej rzeki Ganges, tubylców, czy nawet ciekawszego słupa ogłoszeniowego, niż zwiedzanie zabytków i słuchanie ciekawych historii opowiadanych przez Przewo – oświadczył Kindżałowi, z którym los każdego wieczoru łączył go wspólnotą pobytu w jednym pokoju hotelowym. Tolerancja wzajemnych odrębności pozwoliła obydwu zachować spokój ducha.

*****

Zapamiętanie imion i nazwisk kilkudziesięciu uczestników było niemożliwe, choć Przewo odczytywał je każdego dnia dla sprawdzenia, czy wszyscy są obecni. Osoba, której nazwisko wyczytano, odpowiadała lakonicznym „Jestem”, ewentualnie „Obecny”, rzadziej „Przewo, dlaczego stale pytasz mnie o to samo? Przecież widzisz, że jestem!”. Iwanowi Iwanowiczowi przyszło na myśl, że w Indiach to zgodne potakiwanie „ Jestem”, „Obecny” czy rzadziej słyszane „Do usług” lub „Całuję nóżki waćpana”, stanowi formę spadku po imperialistach brytyjskich, usiłujących zrobić z podbitego narodu potakiwaczy i służalców. Myśl wydała mu się przesadna i niestosowna; porzucił ją z obawy, że skazi jego umysł jakąś nieznaną psychiczną toksyną.

Przewo z uwagą i powagą każdorazowo sprawdzał obecność, czyniąc to może z nawyku, a może z potrzeby serca. W rzeczywistości robił to z ostrożności.

– Woli dmuchać na zimne – zaopiniował ktoś zza pleców innych osób. Jak się okazało, kiedyś jeden z uczestników jego grupy zgubił mu się i odnalazł dopiero po latach, tak bardzo odmieniony, że ani rodzina ani krajanie go nie poznali. Wedle jego wyjaśnień, lata nieobecności spędził na ulicach i w aśramie, dzięki czemu z gwałtownika i pijaka stał się uduchowionym ascetą. Po krótkim pobycie w kraju ojczystym wrócił do Indii, legitymując to ciekawym wyjaśnieniem:

– Nie pasuję już do naszego społeczeństwa, rozbudzonego i pozytywnego w ogólności, lecz zatrutego pesymizmem i narzekaniem, w dodatku łatwego do kupienia tanimi obietnicami.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 6: Ghaty nad rzeką Bagmati.

Obudziła go seria dźwięków łomotania blachy o coś bardzo twardego. Iwan Iwanowicz popatrzył w kierunku rzeki. Na drugim brzegu, na blaszanym dachu osłaniającym dogasający ogień na ghacie, siedziała małpa i w napadzie zwierzęcego amoku tłukła o dach naderwanym kawałem blachy. Iwan Iwanowicz przyglądał jej się jakiś czas i widząc, że nie zamierza skończyć, przeniósł wzrok na rzekę.

Przed jego oczami pojawił się nowy obraz. Bagmati okazała się wielkim burym ściekiem. Było w niej tak mało wody, że widać było sterczące z dna szczapy nadpalonego drewna. Woda była płytka, rozlazła i nieświeża jak stęchła zupa warzywna. Dwa jaśniejsze ostre kształty przypominały nadwątlone ogniem ludzkie kości udowe. Iwan Iwanowicz żałował, że nie zabrał ze sobą lornetki.

Nad powierzchnią rzeki, na ghacie numer dwa, dogorywały płomienie stosu kremacyjnego.

Po zakończeniu palenia, kiedy ogień już tylko tlił się, mężczyźni obsługujący stos kremacyjny zaczęli spychać ostrymi drągami jego pozostałości do rzeki. Czynili to z wyrachowaniem, kawałek po kawałku, bez pośpiechu. W wodzie lądowały dymiące jeszcze kawałki drewna jak i niekształtne fragmenty kości. W zetknięciu z wodą głośno syczały buchając parą.

Po usunięciu resztek stosu mężczyźni schodzili po schodach na sam brzeg rzeki, zanurzali w niej wiadra i czerpali wodę, aby po chwili polać nią rozgrzaną powierzchnię płyty betonowej. Wywoływało to natychmiast ogromną chmurę pary wodnej. Nie przeszkadzało im to w czyszczeniu ghaty szeroką, szorstką szczotką umocowaną na długim kiju.

Iwan Iwanowicz poczuł odpychający zapach spalenizny w nosie, oczach i ustach. Zafascynowany sprzątaniem ghaty po kremacji podszedł bliżej i zauważył, że zajmowali się tym mężczyźni pochodzący z najniższej kasty, dobrze zbudowani i krępi. Z tyłu głowy sterczały im na środku brudne i cienkie kosmyki włosów; był to ich znak rozpoznawczy.

Z tyłu za sprzątaczami teren wznosił się lekko w górę; na długiej ławie osłoniętej daszkiem zebrała się tam grupka kobiet, dzieci i mężczyzn w różnym wieku. Iwan Iwanowicz domyślił się, że była to rodzina, przyjaciele i znajomi zmarłej osoby. Zebrani rozmawiali spokojnie ze sobą, na ich twarzach nie było widać smutku, skupienia czy napięcia.

Po inspekcji prawobrzeżnej ghaty, gdzie kilkadziesiąt minut wcześniej płonął stos z ciałem okrytym białym prześcieradłem, Iwan Iwanowicz razem z przyjaciółmi wrócił na lewy brzeg, aby zrobić sobie spacer w górę rzeki.

Wkrótce napotkali dwóch braminów siedzących w pozie lotosu na dwóch okrągłych betonowych płytach ustawionych między krawędzią wody a wąską uliczką.

Każdemu z nich towarzyszy im zwyczajnie ubrane osoby. Bramini mieli kolorowy sznur przewieszony przez prawe ramię i wchodzący pod pachę. Odprawiali oni ciche modły razem z najbliższą rodziną zmarłego.

Ceremoniałowi towarzyszyły krzyki małp skaczących po drugiej stronie uliczki, ukrytych w poskręcanych chaszczach i drzewach.

– W tym, co widzę, mało jest chyba religijnego obrządku, a więcej rutyny wypełniającej czas oczekiwania na spalenie zmarłego na stosie. – Iwan Iwanowicz nie mógł wstrzymać się od komentarza. 

Nikt z towarzyszących mu osób nie potwierdził ani nie skomentował jego obserwacji; ich milczenie przyjął jako formę niezgody wobec jego opinii.

W hotelu w swoim notatniku podróżnym Iwan Iwanowicz dokonał krótkiego wpisu: Palenie zwłok w tradycyjny sposób na rzecznych ghatach to ważna część tradycji Indii i Nepalu. Trwa ona od wieków. Kiedyś nie miało to znaczenia dla rzeki, ponieważ pochówków było mało. Teraz, kiedy ich ilość powiększyła się wielokrotnie, nabrało to zupełnie innego wymiaru. Niegdyś żywa i naturalnie piękna rzeka Bagmati wpływająca do miasta Patan stała się obrzydliwym i martwym ściekiem. Mogę to zaświadczyć osobiście, a nawet udokumentować to zdjęciami.

Po kolacji w restauracji hotelowej Iwan Iwanowicz otrzymał nieoczekiwaną propozycję od współlokatora pokoju, miłośnika i zbieracza inkrustowanych kindżałów, aby udać się do jednego z pokoi.

– To wezwanie sponsora imprezy rozrywkowej „No, to teraz chłopcy po małym kieliszeczku”- Wyjaśnił przyjaciel uśmiechając się tajemniczo.

Pokój, gdzie mieli się spotkać, mieścił się na czwartym piętrze hotelu, gdzie tego dnia nocowali. Aby wejść, trzeba było zapukać trzy razy w określony sposób.

Rozmowa zeszła na wrażenia dnia. To, co mieli okazję obejrzeć, były to najprawdziwsze ghaty, miejsca palenia zwłok, oraz ceremoniał przebiegu kremacji. Tego dnia, w czasie ich pobytu na rzeką, odbyły się dwie kremacje.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 5: Nad rzeką Bagmati.

Grupa wycieczkowa znalazła się w mieście Patan na rzeką Bagmati. Patan to nepalski odpowiednik hinduskiego Varanasi położonego nad Gangesem, uznawanego za święte miasto, dla wyznawców hinduizmu najodpowiedniejsze miejsce żegnania zmarłych przez spalenie na stosie.

Patan, niegdyś zwany Lalitpur, czyli „Miasto Piękna”, to jedna z dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Z dwustu trzydziestoma tysiącami mieszkańców jest trzecim, największym miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je głównie w celu zwiedzenia wspaniałego Pałacu Królewskiego i Durbar Square. Z uwagi na wyjątkową wartość zabytków historycznych Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi podobnymi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Siódmego grudnia wycieczkowicze udali się pieszo nad rzekę Bagmati, aby obejrzeć ghaty, kamienne stopnie schodzące ku rzece, na których na stosie drewna pali się ciała zmarłych. Szli wzdłuż rzeki wąską uliczką obrzeżoną kolorowymi sklepikami, promieniującymi średniowieczną atmosferą. Jej staromodny charakter naruszały produkty importowane z Chin, eksponowane na wystawach, w kolorowych, nowoczesnych opakowaniach, oraz ludzie trzymający w rękach smartfony, słuchający, mówiący lub klikający w klawiaturę. Dalej, tuż nad samym brzegiem rzeki, zobaczyli przytulone do skały trzy malutkie domki, prowizoryczne konstrukcje, obwieszone starymi workami dla ochrony przed deszczem i zimnem. Antyczność miejsc i zabudowań mieszała się z teraźniejszością ubiorów, towarów na sklepowych wystawach i smartfonów, naruszając estetyczne odczucia nieprzyzwyczajonych do takich kontrastów turystów z Nomadii. Idąc, rozmawiali o zwierzętach, jakich spodziewali się w czasie spaceru przy drodze, małpach, psach i jaszczurkach.

Iwan Iwanowicz zdenerwował się z nieokreślonego powodu.

– Ja to chromolę – zwrócił się do osób idących obok niego. – Pies, małpa, jaszczurka! – Jakie to ma znaczenie! Tu trzeba myśleć o zmianie pojęcia czasu, na takie, w którym mieściłoby się zarówno średniowiecze jak i współczesność, starocie jak i telefon komórkowy najnowszej generacji.

W szerszym miejscu drogi zatrzymali się i przysiedli na ławkach, aby wysłuchać wyjaśnień przewodniczki. Słońce świeciło prosto w oczy Iwana Iwanowicza, więc je przymknął. Słowa mówiącej kobiety brzmiały to silniej, to słabiej w jego uszach. Przez półprzymknięte powieki ujrzał scenę zaprzeczającą jego wiedzy o rzece Bagmati. Przypominało to odsłonięcie kurtyny w teatrze zbrodni, gdzie zamiast sceny morderstwa ukazuje się sielski widok dzieci swawolących na wolnym powietrzu. Iwan Iwanowicz skoncentrował się. Słuchał młodego, poważnego mężczyznę w okularach, z czarną brodą, i zasobnych biodrach dojrzałej matrony nepalskiej.

– Nasza rzeka Bagmati, płynąca z wysokich gór, to proszę państwa, jedno z najczystszych miejsc w Nepalu, o poziomie higieny, o jakim w Europie nikt nie ma nawet prawa marzyć. Nastąpiło to dzięki zmianom jakie wprowadziliśmy w ochronie środowiska naturalnego. Zachowaniu tej czystości nie przeszkadza nawet to, że palimy tutaj, na ghatach Bagmati, naszych ukochanych zmarłych.

Iwan Iwanowicz zauważył, że przewodniczka przyciszyła głos, aby nie płoszyć nastroju przemówienia o świętości kremacji. Po zakończeniu wyjaśnień przewodnik skinął ręką, pojawili się ludzie z tablicami reklamowymi, zachęcając mieszkańców i turystów do rezerwacji czasu i miejsca kremacji dla rodziny i dla siebie. Kiedy ludzie zastanawiali się, jak na życzenie zjawił się przedstawiciel miejskiego przedsiębiorstwa Zakład Kremacji Śniegi Himalajów, młody Hindus w stroju Boga Małp Hanumana, z bloczkiem formularzy rezerwacyjnych, pieczątką i dowodami wpłaty za kremację. Z torby przewieszonej przez ramię wyjął elektroniczny kalendarz pokazujący daty roku bieżącego i przyszłego.

Wezwanie przyciągnęło kilku chętnych klientów, w tym małżeństwo z wycieczki Iwana Iwanowicza. Po krótkich negocjacjach mężczyzna uzgodnił datę i koszt spalenia swego ciała na ghacie. Oboje przeliczyli to na walutę własną. Wydali pomruk zadowolenia, że cena usługi była nie wyższa ni koszt śniadania w restauracji hotelu „Świat Marzeń” w centrum stolicy Nomadii. Kiedy zdali sobie z tego sprawę, mężczyzna dopędził oddalającego się pracownika Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów i poprosił o podwójną usługę spalenia na stosie. Na pracowniku sprawiło to widocznie bardzo pozytywne wrażenie, ponieważ dodatkowo zaoferował bezpłatne zaproszenie dla dwóch uczestników stypy pogrzebowej przeznaczonej dla krewnych i przyjaciół zmarłego. Chwilę dyskutowali o menu, małżeństwo pytało jeszcze o listę alkoholi, jakie będą serwowane na stypie rodzinno-przyjacielsko-towarzyskiej, jak ją określał przedstawiciel Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów.

Z ławki, na której siedział, Iwan Iwanowicz widział wyraźnie rzekę płynącą czystym i rześkim nurtem. Stosy pogrzebowe płonęły tylko na dwóch ghatach obsługiwanych przez pracowników Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów. Mówiły to duże przywieszki imienne z nazwą i logo firmy przyczepione srebrnymi agrafkami do białych fartuchów. Jeden z pracowników, z oryginalnym zakończeniem plecionego warkoczem na czubku głowy, pozłacanymi grabkami spychał ze stosu popiół do rzeki. Tak się wydawało Iwanowi Iwanowiczowi, dopóki nie wstał i nie podszedł bliżej miejsca kremacji. Wtedy zauważył, że pod ghatą przyczepiona była na trzech żółtych skórzanych paseczkach czerwonoszara urna.

– Widać, że Śniegi Himalajów dbają o to, aby do rzeki nie wpadły nawet drobiny popiołu z płonącego stosu – powiedział głośno obracając się do tyłu, w przekonaniu, że razem z nim podeszli także inni uczestnicy grupy. Nikogo jednak nie zauważył.

Iwan Iwanowicz stał przy ghatach i patrzył na rzekę. Woda w niej była tak czysta, ze pracownicy firmy czerpali ją dłońmi i metalowymi kubkami i przykładali do ust, aby ugasić pragnienie.

Iwan Iwanowicz szedł w dół po schodkach bocznych ghaty zaczerpnął wody do termosu wyjętego z plecaka. Spróbował i uznał, że jest czysta i ożywcza w smaku.

– Jakiż ja byłem naiwny – pomyślał. – Uwierzyłem zdjęciom i opisom w Internecie, które pokazywały kawały niespalonego drewna w wodzie przypominającej brunatnoszary ściek.

Zdał sobie sprawę z siły złudzeń tworzonych przez sprytnie skonstruowane przekazy internetowe. Wyciągnął z plecaka zeszyt i długopis, i zaczął notować.

– Woda w Bagmati tuż przy ghatach jest doskonałej jakości. Wodę tę butelkuje się i rozsyła po całym świecie, ponieważ jest zaspokaja pragnienie lepiej niż słynna Coca-Cola. Kiedy to zanotował, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ukazał się przed nim napis: „Coca-Cola to przeżytek. Pij Bagmati Water, najzdrowszą wodę na świecie”.

Wkrótce do Iwana Iwanowicza dołączyła reszta wycieczki. Stanęli naprzeciwko drugiej ghaty, z właśnie podpalonym stosem drewna. W ciągu minuty płomień rozhulał się jak wielki pożar. Obok pracowników Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów stali członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi zmarłego, czekali cierpliwie zbici w kupki i milczący. Ból i cierpienie malowały się na ich twarzach. Zwracali się do siebie z pocieszeniem składając razem dłonie i pochylając lekko głowę w rytualnym pozdrowieniu „namaste”.

– A ja czytałem, że oni stoją jak na przystanku autobusowym, rozprawiają o polityce, opowiadają sobie kawały i czekają na stypę pogrzebową – Iwan Iwanowicz zwrócił się do towarzyszącego mu wysokiego członka wycieczki ubranego w kraciastą koszulę hawajską, jasne długie spodnie, trzymającego w ręku kosztowną kamerę fotograficzną.

Po kilku minutach przewodniczka dała znak chorągiewką i ruszyli w dalszą drogę. Posuwali się wzdłuż lewego brzegu rzeki wypatrując zabiedzonego psa i wychudłą rudą małpę, które tu rzekomo zamieszkiwały. Zobaczyli zwierzęta minutę później, dobrze odkarmione, spoczywające nie na stosie brudnych liści czy szmat, ale na porządnych słomiankach, zadowolone ze swego losu. Jeden z psów, starannie przystrzyżony biały pudelek, miał na szyi obrożę wysadzaną półszlachetnymi kamieniami. Obok stała miseczka ze świeżą kością i druga z czystą wodą.

– Mieszkańcy miasteczka wyraźnie dbają i kochają zwierzęta – Iwan Iwanowicz nie miał co do tego wątpliwości. Nie wyraził tego głośno, ponieważ był przekonany, że wiedzieli o tym także pozostali członkowie wycieczki idący tuż za nim.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 4: Nepal.

Po obudzeniu się rano Iwan Iwanowicz wykąpał się i umył zęby, po czym popukał je wodą z kranu. Żachnął się, kiedy przypomniał sobie, aby nie brać wody z kranu do ust, nawet po przegotowaniu. Chciał jak najszybciej zdezynfekować się alkoholem. Zapomniał, że w piersiówce ma spirytus zmieszany z wódką żołądkową gorzką, tą w najlepszym gatunku. Dusił się potem dłuższą chwilę nie mogąc złapać oddechu.

New Delhi to konfrontacja misternego piękna z niewymowną brzydotą. – zapisał w notatniku. To zaprzeczenie samo w sobie, wyraz filozofii kontrastu i w pewnym sensie beznadziei. Ostatnie skojarzenie odnosił do losu ludzi najuboższych, bezdomnych, śpiących na chodnikach, często analfabetów, zagubionych, zdegradowanych do zera przez sam fakt urodzenia się w piwnicy hierarchii społecznej, zaniedbanych, walczących o przeżycie każdego dnia. Należeli oni do znakomitej większości ludzi na planecie, rzeszy osób nie mających własnego kąta zamieszkania i nie wiedzących, co będą jeść na obiad następnego dnia a nawet, czy w ogóle będą jeść jakiś posiłek.

*****

W trakcie lotu z Delhi do Katmandu jak zwykle drętwiały mu stopy. To było nie do zniesienia. Wstał i chodził przejściem między jedną a drugą toaletą w samolocie, tą na przodzie i tą z tyłu samolotu. Po wylądowaniu na międzynarodowym lotnisku w Katmandu, stolicy Nepalu i zakończeniu formalności paszportowo-wizowych udali się wynajętym autobusem do hotelu. W opisie wycieczki nazywano to transferem. Po zameldowaniu się w recepcji i przydziale pokoi mieli czas wolny na odpoczynek po podróży.

 

W notatkach Iwana Iwanowicza ten dzień w dziwny sposób się zagubił. Znalazł tylko uwagę, że na kolację i na nocleg pojechali autobusem, pokonując trasę trzydziestu kilometrów. Było to niejasne.

*****

Był piąty dzień grudnia, najlepszej pory roku na zwiedzanie północnych Indii i Nepalu. W dzień było ciepło, często słonecznie. Najważniejsze, że był to okres minimalnych opadów. Ten najgorszy przypadał na deszcze monsunowe, podróż wtedy mogła być przekleństwem. Tylko noce były chłodne, w górzystych okolicach Nepalu wręcz zimne. Iwan Iwanowicz był na to przygotowany. Wszyscy byli na to przygotowani.

Wbrew przedwycieczkowym oczekiwaniom, miał do czynienia z wytrawnymi podróżnikami. Kiedy po raz pierwszy spotkał się ze swoją grupą na stołecznym lotnisku w Nomadii, nie było czasu ani sposobności poznać się bliżej i wymienić informacjami. Byli obcymi sobie ludźmi z nielicznymi wyjątkami, kilku par przeważnie małżeńskich, oraz kilku singli, znających się wcześniej. Iwan Iwanowicz miał o sobie wyobrażenie, że dużo w życiu podróżował i ma za sobą więcej doświadczenia niż inni. Była to prawda tylko w stosunku do niewielkiej grupy towarzyszy podróży, pozostali mieli o niebo więcej doświadczenia.

Zanim się spotkali był też przekonany, że zobaczy ludzi w różnym wieku, spośród których będzie jedną z najstarszych osób.

– Nie daj, Boże, abym miał określać siebie mianem Matuzalema – spekulował, ciągnąc okrągły marynarski worek podróżny.

Ku swemu zaskoczeniu, prawie wszyscy byli w wieku emerytalnym. Tylko jedno małżeństwo wyglądało na czterdzieści lat, ponadto był tylko jeszcze jeden młody mężczyzna. Przyczyna była prosta, ale on się jej nie domyślił. Grudzień nie był okresem wakacji, kiedy masowo podróżują do Indii rodzice z dziećmi. Właściwie to Iwan Iwanowicz wiedział to wszystko, tylko umknęło to jego uwadze. Kiedy o tym myślał, tym pytaniu i dowiadywaniu się, pamiętaniu i zapominaniu, zdał sobie sprawę, że w Indiach uczy się także samego siebie.

*****

Głównym celem podróży, tym co go naprawdę skłoniło, aby zwiedzić Indie, był Budda.

Iwanowi Iwanowiczowi wychowanemu w tradycjach chrześcijaństwa, życie Buddy,  jego mądrość i jego nauki, niezwykle imponowały. Nie wzięło się to z niczego. W pewnym okresie swego życia, przeżywał głęboki kryzys; myślał wtedy nawet o samobójstwie. Z pomocą przyszedł mu wówczas Budda, objawiając się w formie książki „Prawdziwe nauczanie Buddy”, zaczynające się od wyznania, że życie jest cierpieniem. To był początek i esencja także prawdy Iwana Iwanowicza o życiu. Nie znaczy to, że Budda był cierpiętnikiem.

– O, nie! – Iwan Iwanowicz przypomniał sobie okrzyk, jaki wydawał, kiedy dzielił się swoją wiedzą z innymi o Buddzie i jego nauczaniu, oraz przekonaniem o jego mądrości. Iwan Iwanowicz chętnie o tym rozmawiał z innymi, jeśli tylko wykazali chęć otwarcia się na ten temat. Nie za często się to zdarzało, ponieważ ludzie reprezentują różne stopnie otwarcia na życie i religię, na inne poglądy i wykazują różną ciekawość świata, która okresami trawiła go jak gorączka. W ocenie Buddy cierpienie było wszechobecne wyrażając się w zdarzeniach takich jak narodziny, które niosą ze sobą ból matki i dziecka, wchodzącego w nieznany świat, choroba, starzenie się i umieranie. Także oddaleniem od tego, co kochamy i bliskością tego, czego nie znosimy, co nas męczy, jest niemiłe lub wrogie. Był to zbyt obszerny temat, aby można było go ująć w kilku prostych słowach, dlatego Iwan Iwanowicz unikał przypadkowych i zdawkowych dyskusji.

Północne Indie, leżące u podnóży Himalajów, to był kraj Buddy; tutaj urodził się, medytował, także poszcząc tak intensywnie, że żebra było widać jak na dłoni, aby zgłębić naturę życia. Zmarł w wieku ponad osiemdziesięciu lat, jak głosi przekaz ustny. Było to niezwykłe, ponieważ w tamtych odległych czasach ludzie nie dożywali nawet pięćdziesięciu lat. Iwan Iwanowicz miał do czynienia z Buddą wielokrotnie, stał się jego uczniem, oczywiście zaocznie. Było to przeżywanie intensywne i dostatecznie długie, aby w końcu uznał buddyzm za filozofię także swojego życia, wiarę najwyższej klasy. Dopiero po wgłębieniu się w nią zrozumiał, że każdy może być buddą. Sam wyraz, pisany z małej litery, ma ogólne znaczenie, oznacza kogoś, kto doznał olśnienia, jest oświecony, zna tajemnicę, której inni nie znają. Rzeczywisty, historyczny Budda nazywał się Budda Gautama i pochodził z książęcego rodu. Nigdy nie uważał się za boga ani żadną wyższą istotę, tylko za przewodnika i nauczyciela, przez swoich uczniów także za mędrca. Dopiero kilka wieków później cesarz jednego z księstw w północnych Indiach wyniósł go do rangi Boga, upowszechniając jego nauki jako oficjalną religię.

*****

Pochłonięty przestrzeganiem ustalonych norm czasu, pakowania się, rozpakowywania, transferów do i z hoteli, zbiórek przed zwiedzaniem ważnych zabytków, samym zwiedzaniem, kiedy trzeba było pilnować się, aby nie odłączyć się od grupy, słuchaniem przewodnika, oglądaniem ciekawostek i robieniem zdjęć, Iwan Iwanowicz myślał o tym rzadko. Uruchamiał się dopiero wtedy, kiedy przewodniczka wspomniała jakieś miejsce lub pamiątkę związaną z Buddą, jego wyznawcami lub jego nauczaniem. Było tego niemało, nie więcej jednak niż wiadro wody w stawie w porównaniu z hinduizmem, dominującą religią Indii.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 3: New Delhi.

Przylot do New Delhi nastąpił o godzinie piątej trzydzieści pięć rano. Po zakwaterowaniu się grupa ruszyła w miasto. Informacja była prosta: New Delhi to trzecia aglomeracja świata, dwadzieścia sześć milionów mieszkańców, wielki węzeł komunikacyjny, centrum przemysłu i kultury, miasto uniwersyteckie z licznymi teatrami, galeriami, muzeami i zabytkami z okresu Wielkich Mogołów. Jest co zwiedzać.

Tego dnia grupa obejrzeli sześć ważnych obiektów: Meczet Piątkowy Jama Masjid,

Czerwony Fort nad rzeką Jamuną, Grobowiec Humajuna, budynek Parlamentu, Bramę Indii

oraz świątynia Sikhów Gurudwara Bangla Sahib.

Był to intensywny dzień; przejazdy rikszami, autobusem, długie marsze pieszo. Iwan Iwanowicz czuł się jak na obozie wojskowym.

Jego wspomnienia poszatkował pośpiech. Oglądał Indie nie tak, jak sobie to wcześniej wyobrażał. Liczył na to, że będzie mieć trochę czasu ma refleksję, rozmowę jedną czy drugą w ciągu dnia, zapamiętanie tego, co najbardziej znaczące w historii i tradycji kraju. New Delhi nie dało mu tego luksusu. Nie było czasu zachwycić się czymkolwiek, przysiąść na ławce i popatrzyć na wodę. Zapamiętał niewiele, często nie to, co trzeba, jakieś fragmenty, urwane sceny, przypadkowe widoki.

Przed Grobowcem Humajuna widział grupę uczennic w jednolitych mundurkach szkolnych, w kolorze zielono-niebieskim: dobrze utrzymane dzieci, gładkie buzie, miłe uśmiechy, swobodne rozmowy. Był przekonany, że były to uczennice z zamożnych domów. Najbardziej podobało mu się ich zachowanie. Podchodziły do ich grupy i pytały, czy mogłyby zrobić sobie zdjęcie z jej uczestnikami.

– Zawsze było na odwrót. To my pytaliśmy Hindusów, czy moglibyśmy zrobić sobie z nimi zdjęcie. Te dziewczynki robią sobie zdjęcia z nami, turystami, traktując nas jak maskotki. – Skomentował ktoś z grupy. – W domu na pewno pokazują je rodzinie, rodzicom, przyjaciołom i mówią. O,  popatrz na tego z siwą głową! Jaki on śmieszny! Ta czarna kurtka, spodnie turystyczne, plecak, czapka, okulary przeciwsłoneczne i wąsy. Ci Europejczycy to prawdziwa egzotyka.

*****

Wieczorem kilka osób poszło przejść się, zwiedzić okolicę hotelu Gautam Deluxe. Wkrótce dotarli do większej ulicy z dziesiątkami sklepów i sklepików jubilerskich. Jeden z nich był wyjątkowo duży; wewnątrz było dwadzieścia osób personelu. Zakładu pilnowało dwóch strażników z karabinami. Iwan Iwanowicz razem z innymi wszedł do środka, aby nacieszyć oczy bogactwem oryginalnych w kształcie i misternych w wykonaniu wyrobów ze złota. Na zewnątrz przewalały się tłumy ludzi, wszędzie stragany i straganiki, sprzedawcy i ich klienci, turyści, rowery, riksze, samochody i autobusy. Nie to jednak zapadło mu w pamięć. Ulice w sąsiedztwie miały chodniki wyglądające tak, jakby ktoś chciał je specjalnie źle ułożyć; nieprzerwane nierówności, dziury i garby.

*****

Następnego dnia grupa miała wstać o godzinie piątej rano, znieść bagaż do recepcji o godzinie piątej trzydzieści, potem zjeść śniadanie i o godzinie szóstej rano pojechać na lotnisko, skąd mieli udać się do Katmandu.

Kilka minut przed poranną pobudką Iwan Iwanowicz zszedł do recepcji, aby zrobić sobie zdjęcia na pamiątkę, jak wyglądał pierwszy hotel, oraz notatki. Nic z tego nie wyszło. W recepcji było ciemno. Na sofach spali dwaj recepcjoniści. Nie było nawet stolika, przy którym można było usiąść. Z hotelu zapamiętał potem, że naprzeciwko było wielki plac z samochodami autobusami i motocyklami, przypominający zatłoczony parking z małą stacją benzynową, a właściwie pompą do tankowania paliwa.

Wyszedł na dwór. Panował tam przyjemny chłód. Obok zauważył drugi budynek, Hotel Swarami De Luxe.

– Tutaj wszystko jest „deluxe” – mruknął, rozglądając się wokół.

Przed wejściem do hotelu na betonowych płytach spał rudy pies. Odchodzący w bok chodnik był przecięty poprzecznym wałem betonu wysokości co najmniej dwudziestu centymetrów. Umieszczono w nim dwie plastikowe rury z przewodami elektrycznymi. Podróżnik przypomniał sobie wcześniejszy spacer po mieście.

– Prostacka, chamska robota – pomyślał. – Chodniki w New Delhi ; jeśli można coś spieprzyć w ich wykonaniu, to ci artyści to zrobili. To jest po prostu niewiarygodne.

Nie mieściło mu się w głowie, że naród mający prawdziwych mistrzów rzemiosła wykonujących koronkową robotę jubilerską może równocześnie tak brutalnie traktować obiekty użyteczności publicznej, z których sami nieprzerwanie korzystają.

Po powrocie do pokoju pomyślał, że niesłusznie ocenia Hindusów. Sam nie był ideałem; jak większość ludzi potrafił obchodzić się misternie z jedną częścią rzeczywistości i brutalnie traktować inną. Uznał, że to kwestia podejścia. Nie był jednak pewien, czy to prawda. Rzeczywistość Indii nie dawała się zdefiniować w prosty sposób. Iwan Iwanowicz postanowił czekać na dalsze wrażenia.

0Shares

Poezja. W nijaką zimową noc nastrojowa Australia

Nie mam dziś nic więcej do zaoferowania jak dwa australijskie wiersze. Sam bardzo je lubię, mam dobre wspomnienia.

Temat pierwszego to pelikany. Żyje ich w Australii bardzo dużo, są wszędzie, gdzie jest trochę więcej słodkiej wody. Zasięg ich skrzydeł jest imponujący; sięga nawet 3,4 m. Jak podają fachowe źródła, kości tych ptaków są niezwykle lekkie, szkielet stanowi około 10% wagi ciała. Stado pelikanów może przekroczyć nawet tysiąc sztuk.

Nad Jeziorem Alberta

Jezioro wiatr omiata, spóźniony i chłodny,
dzień chmurny, deszczowy, wydarzeń niegodny.
Ptaki o tym nie wiedzą, łączą się w gromady
i na przekór pogodzie odbywają parady.

Czy widziałeś kiedyś pelikanów sznury,
jak spływają w jezioro spod nawisu chmury
na białoczarnych skrzydłach rozwartych jak żagle,
co nie drgną, nawet, gdy wiatr uderzy je nagle?

Żeglują nad jeziorem powietrzne okręty,
wielki dziób odchylony, przód zgrabnie wygięty,
przypominając z oddali węzłowate sznury
przesuwane w przestworzu prawami natury.

Kiedy wiatr je unosi tuż, tuż nad falami,
bryzgi wody muskają białymi brzuchami.
Myślisz, wdzięk bezgłośny szybuje w bezruchu;
to oczy chłoną piękno nie angażując słuchu.

Nadrzeczna mgła

W okolicach Adelajdy (gdzie mieszkałem), mgła jest rzadkością. Gęstą mgłę zdarzyło mi się widzieć tylko raz w ciągu kilkunastu lat, na równinie w pobliżu rzeki Murray. Dzień był niezwykle spokojny, bez wiatru. To wtedy napisałem ten wiersz.  

Mgła błękitnoszara rozwleka nastroje,
mota je w lepkości rozmazane zwoje,
dumny wiatr klei do nagiej skóry drzewa;
milczy, w liściach nie szemrze, nie śpiewa.

Mglistość drobiny światła przyciąga i chłonie,
przesącza powoli poprzez lepkie dłonie
i rozmiękłe na krzewy zwilgotniałe kładzie
równo, nie w słońca kontrastów nieładzie.

Rośliny milczą w pejzaż mgły wtopione,
kwiat oczy przymyka smutkiem podkrążone.
W pustkowiu ciszy zwilgły ptak zakwili,
jedyna kropla dźwięku w nostalgicznej chwili.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 1

W nocy, leżąc na łóżku w mojej sypialni, naszedł mnie sen. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdybym w trakcie tego snu nie śnił innego, w którym byłem lordem mieszkającym w wielkim pałacu, z komnatami każda wielkości całego mojego mieszkania, i pozłacanym Rolls-Royce’m „Golden Arrow” w garażu. Zawsze chciałem mieć taką limuzynę, podobno nigdy się nie psuje i jest w niej barek z alkoholami i kubełkiem lodu, a na przednim siedzeniu lokaj w liberii. Kiedy jechałem moim luksusowym Rolls Royce’m śniło mi się, że zwiedzam British Museum, stanowiącym konstrukcję pojemniejszą przestrzennie niż niejedna piramida egipska, gdzie niegdyś – znaczy się w muzeum, nie w piramidzie – kolonizatorzy brytyjscy trzymali w beczce z solą nienaruszone szczątki Aborygena australijskiego.

Ten fakt, jak najbardziej prawdziwy, uprzytomnił mi, że tkwię w piramidzie snów, w której każdy kolejny sen jest wewnątrz poprzedniego. Parter piramidy stanowi moje mieszkanie, pierwsze piętro pałac lordowski z Rolls Royce’m, a drugie British Museum ze swoimi niesamowitymi eksponatami. I cała ta konstrukcja spoczywa sobie w krainie senności równie pewnie jak kubek z zimną kawą na moim biurku.

W tym krytycznym momencie zdałem sobie sprawę, jak niezwykle skomplikowanym tworem jest rozespany człowiek; wydało mi się to tak bzdurne, że zdecydowałem się wrócić do rzeczywistości. Uczyniłem to, ale nie od razu, bo złamałbym logikę snu, co nie miało sensu, bo łamanie wywołuje hałas. Ostrzegłem siebie:

– Uważaj, chłopie! Sen to sen, logika to logika, a hałas to hałas, strasznie nieprzyjemny zwłaszcza nocą.

Tak więc wszystko odbyło się jak trzeba. Najpierw wybudziłem się ze snu w British Museum, przeszedłem do snu w pędzącym do Londynu pozłacanym Rolls Royce’m, który zawsze był moim marzeniem, a następnie do pałacu o wielkich salach i niewyobrażalnie wielkich oknach, a stamtąd do snu w moim własnym łóżku.

0Shares

Dzień weselny

Dzień weselny był kilkustopniowy. Najpierw była katedra i ślub kościelny. Państwo młodzi niezwykle sympatyczni. Panna młoda drobniutka jak motylek, pan mody wysoki, piękni razem i osobno. Siedzą samotni przed ołtarzem. Dobrze odżywiony ksiądz mówi o miłości i udziela im ślubu. Myślę, że o miłości to oni wiedzą więcej, on zaś więcej o ślubie.

Potem lektorka czyta fragmenty listu św. Pawła do Koryntian:  

„Gdybym mówił różnymi ludzkimi językami, a nawet językami aniołów, ale nie miałbym w sobie miłości, to nie różniłbym się od dźwięczącego gongu lub brzmiącego cymbału. Gdybym miał dar prorokowania, gdybym poznał wszelkie tajemnice i zdobył wszelką wiedzę, a do tego miał dar szczególnej wiary, która przenosi góry, to bez miłości i tak byłbym nikim. I nawet gdybym rozdał biednym cały majątek, a sam dał się żywcem spalić, to bez miłości nic bym przez to nie zyskał.”

Od księdza dowiaduję się, że te piękne słowa czytała babcia panny młodej.

Potem przyjęcie weselne. Uczestniczę, mając oczy szeroko otwarte. Napiszę krótko: jedzenia w bród, jest doskonałe, dużo mocnej muzyki. Sala tańczy. Nie umiem tańczyć, ale ośmielam się. Mam cudowną partnerkę, tańczy lekko i wdzięcznie jak powiew wiatru. Dzięki niej zdaję sobie sprawę, że nie tylko umiem tańczyć, ale tańczę wprost rewelacyjnie. To mnie oszałamia. Wpadam w nastrój radości, przez co jem więcej, niż powinienem. Potem piję zielonkawy koktajl „kiwisour”. Rewelacja. Oszałamia mnie. Potrzebuję napić się kawy. W ofercie kawa sypka i rozpuszczalna. Rozmawiam z baristą. Proszę o kawę z ekspresu.

– Taką, która mnie zabije. Chodzi oczywiście o moc, nie o truciznę. – To moja standardowa prośba. Mocna kawa jest moją słabością.

Jestem w dobrych rękach, barista praktykował w Italii. Rozmawiamy o Italii, konkretnie Rimini, kawie i książkach czyli o tym, co nas kręci. Chcemy zrobić sobie zdjęcie. Do towarzystwa zapraszamy urodziwą panienkę, która przygotowywała mi koktajl; ma piękne ciemne oczy. Razem tworzymy idealną kompozycję: dojrzałość, piękno i fachowość. Oceńcie sami. To my.

W niedzielę poprawiny. Nie wiem po co, skoro przyjęcie weselne udało się nadzwyczajnie i nie ma czego poprawiać. Zadaję sobie to pytanie, ale nie umiem odpowiedzieć. Wesele dostarcza mi tyle przeżyć, że gdyby je razem spakować, to wypełniłyby wielki namiot, a nawet balon. Może nawet Zeppelin. Coś ogromnego i imponującego.

Pozdrawiam wszystkich uczestników, szczególnie parę młodą, moją cudowną tancerkę, organizatorów wesela (niech im Bóg błogosławi finansowo), osoby na zdjęciach oraz rodzinę.

Czekam na kolejne zaproszenie weselne. Pójdę choćby na kolanach, jeśli nie będzie zbyt zimno. Niska temperatura specjalnie mi nie przeszkadza, ale trzeba się ciepło ubrać. To mi z kolei nie odpowiada, bo ludzie mogą wziąć mnie za niedźwiedzia i poszczuć psami. Odległość jest bez znaczenia. Taka jest we mnie moc weselna.

Empik. Wszystkie moje książki: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Byłem w sanatorium NFZ. Widziałem, przeżyłem, wróciłem.

Dzielę się przeżyciami, póki ciało jeszcze gorące. W sanatorium przeżyłem trzy tygodnie. Zabiegi były w porządku. Borowiny, magnetotron, naświetlania, ćwiczenia rozciągające, kąpiele, co kto sobie życzy. W ciągu 3 tygodni (18 dni zabiegowych), przeszedłem 61 zabiegów.

Panowała dyscyplina. Trzeba było przybyć na czas. Siódma czterdzieści pięć to siódma czterdzieści pięć. Spóźniłeś się, zabieg przepadał. Wszyscy ruszali się jak na mustrze sprężeni niby maszyna do druku inflacyjnych pieniędzy. Każdy pędził, aby zaznać jak najwięcej słodyczy. Jeden kuracjusz mówił, że podobnie było tylko w sanatorium w Egipcie. Pokazywał nawet zdjęcie. Niezbyt wyraźne, bo na papirusie.

Stołówkę też przeżyłem. Przy moim stole zorganizowały się od razu sekcje. Samobójcy (trzy osoby) byli najsympatyczniejsi. Mało jedli, dużo palili. Cienkie papieroski, podobno zdrowszy dym. Przy trzech posiłkach dziennie co najmniej trzy wyjścia na papieroska przed budynek. Był tam napis „Palenie zakazane”. Władzom sanatoryjnym to nie przeszkadzało. Wszyscy byli za.

Jem dużo, bo chcę być jeszcze większy, niż jestem. W stołówce dokarmiało mnie jedno małżeństwo. Jestem im wdzięczny. Bardzo zacni ludzie. Polubiliśmy się nawzajem. Oni palili, więc nie musieli tyle jeść. Odchudzali się zresztą. Mam wrażenie, że całe życie o tym marzyli.

Ja reprezentowałem sekcję sportową. Samotniczo. O godzinie 6.30 rano wychodziłem, aby pobiegać jak Robert Korzeniowski. 40 minut. Uparłem się i liczyłem czas. Dlatego mnie dożywiano. Inaczej bym nie przeżył. Biegając przez ogródki działkowe i po parku planowałem zabójstwo ofiary mojego kolejnego opowiadania. Czytajcie mnie, to dożyjecie momentu, kiedy ten człowiek padnie, zostanie poćwiartowany i zakopany. Nie piszę o szczegółach, ale będą krwawe.

Pozostałe cztery osoby przy stoliku były neutralne w zainteresowaniach. Innych stołów nie oceniałem.

Jedzenie było trafione jak rzadko. Zawsze to samo na śniadanie. Nikt nigdy się nie przejadł. To było cudowne. Chlebek, masełko, jakiś serek i większa ćwiartka pomidora. Zacna osoba żeńska, o której wspomniałem, nazwała go plastikowym. Mnie wydał się on papierowy, ale nie wdawałem się w spory. Poza tym był jeszcze obiad i kolacja. Nie mogę o nich pisać, bo łzy wspomnień cisną mi się do oczu.

Mieszkałem w jedynce. Dwa pokoje podwójne i dwie jedynki obok siebie w tak zwanym studio z jedną łazienką i jedną ubikacją. W ubikacji papier ciemnobrązowy i szorstki, jeszcze z czasów PRL.  

Rozrywek było w bród. Wycieczki, spacery, spotkania towarzyskie, wieczorki taneczne. Jeden pan rozrzedził sobie krew, poszedł na tańce, popił alkoholem, znowu rozrzedził i dostał krwotoku. Zabarwił łazienkę na czerwono. Sprzątaczka była zachwycona.

– Lubię żywe kolory. – Tak twierdziła sprzątając.

Za drugim razem zabrało go pogotowie. Podobało mu się to.

– Cholernie nie lubię chodzić na piechotę do szpitala. Kocham, jak mnie wożą. – Miał powiedzieć. 

Lubiłem go, bo w nocy głośno śpiewał, przeklinał i nie spuszczał wody w sedesie. To ostatnie także w dzień. Raz nawet myślałem przyłączyć się do niego z piosenką „My młodzi, my młodzi, nam wino nie zaszkodzi”, ale była ona zbyt słaba w stosunku do jego ambitnych marynarskich szant w rodzaju „Raz bosman Pipa miał wychodne”. Żwawy  kuracjusz miał 82 lata, ubierał się w garniturek, lakiereczki i chodził regularnie na tańce.

Ciekaw jestem, czy ja też będę mieć taki ładny garnitur w tym wieku. Zawsze marzyłem o bogactwie.

Dam Ci radę. Jedź do sanatorium. Poczujesz się dużo lepiej. Wróci ci młodość i błogostan z nią związany. Obyśmy tylko zdrowi byli.

0Shares

Dry Creek Story / fragmenty opowiadania

[…]    Za zakrętem zaskoczył go widok pierwszego z eukaliptusów. Z dolnych gałęzi zwisały kolorowe girlandy, wirujące w prawo i w lewo w słabiutkich powiewach wiatru. Ich pasmo schodziło prawie do ziemi, niczym kurtyna otaczając drewnianą ławkę z wysokim oparciem. Lou podszedł bliżej i dotknął ją palcami tak ostrożnie, jakby mogła go sparzyć. Usiadł i zadumał się. Zwisająca przed nim girlanda rozchyliła się zapraszająco na dwie strony i Lou bez namysłu wszedł do środka. Nie pożałował tego. Rozciągający się przed nim widok strumienia i towarzyszącego mu szlaku spacerowego oszołomił go. Słońce przelewało się promieniami przez korony eukaliptusów. Melancholia dnia wyparowała jak zaczarowana. Radość i optymizm wstąpiły w serce malarza. Nogi same niosły go w kierunku zakrętu strumienia. Widział już żółte plamy piasku, połyskliwe kolory większych kamyków i zbrązowiałą ziemię stromego brzegu ze sterczącymi z niej fragmentami korzeni. Lou zatrzymał się, aby nacieszyć oczy słonecznym widokiem, i dopiero wtedy spostrzegł w oddali potężne zwierzę. Stało nieruchomo, zajmując całą szerokość szlaku spacerowego.Jego wielki, nisko zwieszony łeb, szeroko rozstawione rogi, masywny tułów i ciemna jak groźba maść skojarzyły się malarzowi z mitologicznym bykiem, który – zionąc ogniem – pustoszył Kretę. Zwierzę imponowało a zarazem przerażało swoim wyglądem. Skręcone rogi sterczały do przodu jak dwa sztylety, rozdęte chrapy i podniesiony ogon zdradzały gotowość do natychmiastowego ataku. Byk parskał i uderzał niecierpliwie racicą o żwirowatą ziemię. Drobne kamyki i grudki pryskały na boki, połyskując w słońcu iskrami. Mityczny pokaz pierwotnej siły zachwycił artystę. Lou zamarł w bezruchu wstrząśnięty grozą i pięknem widoku.[…]

[…] „To będzie rozpaczliwa walka o przeżycie. Oby tylko ta bestia reagowała na moją bluzę i atakowała ją, a nie mnie. Może uda mi się ją zmęczyć tak, jak to robią matadorzy na arenie? Może pośliźnie się na mokrej trawie lub żwirze ścieżki? Dobrze byłoby zwabić ją w kierunku pochyłości, aby w rozpędzie spadła z wysokiego brzegu do strumienia – myśli napędzane niepokojem o życie gorączkowo przewijały mu się przez głowę. Aktorzy niewiarygodnego spektaklu coraz bardziej zbliżali się do siebie przyciągani niewidzialną siłą przeznaczenia. Lou maszerował jak w hipnozie. Ani przez chwilę nie tracił z oczu obiektu swej artystycznej adoracji, która przerodziła się w atawistyczny strach. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Patrząc na byka z odległości już nie większej niż kilkanaście metrów, Lou nie wierzył własnym oczom. Najpierw ogarnęło go zdumienie, potem niepokój,     a następnie panika.                                                                                 – To jakaś potworność! – szepnął Lou, czując, jak serce wali mu w piersi w obliczu czegoś niezrozumiałego i budzącego grozę. W miarę zbliżania się ku człowiekowi, byk kurczył się. Był nadal wielki, ale już nie potężny jak kilkanaście sekund wcześniej. Wyglądało to tak, jakby zwierzę zapadało się w sobie pod wpływem ogromnego ciśnienia z zewnątrz. Kurczenie się żywego stworzenia sprawiało malarzowi psychiczny ból. Byk wyraźnie malał w oczach. Lou uznał, że jest to jakaś sztuczka ze strony zwierzęcia, prowadzącego z nim niepokojącą, niezrozumiałą grę. Poczuł się podle oszukany. W głowie mu zaszumiało, zacisnął zęby i pięści. Rozsierdzony nie wiedział, co z sobą zrobić. Byk zbliżał się coraz bardziej. Odległość zmniejszyła się już do kilku metrów. Powiał nagły wiatr i Lou poczuł ohydny przyprawiający o mdłości zapach wilgotnej sierści zwierzęcia.Kiedy uczestnicy koszmarnego widowiska zrównali się ze sobą, Lou popatrzył z góry na mijające go pod nogami zwierzę i wybuchnął:        – Ty skurczybyku! […]

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”.

1Shares

Hanuman Bóg-Małpa / fragmenty

 

[…] Z Bogiem-Małpą Hanumanem los zetknął go dopiero w Nepalu, zupełnie niespodziewanie,w przysypanym pyłem historii miasteczku Patan, dawniej zwanym Lalitpur, gdzie nad rzeką płonęły stosy pogrzebowe. Gordo przypomniał sobie, co czytał o nim wcześniej, w kraju, kiedy jeszcze był chłopcem. Teraz bóg zmaterializował się przed nim w całej okazałości, dobrze zbudowany, niezbyt wysoki, krępy. Wzrostem podobny był do Eduardo. Emanowała z niego siła fizyczna powiązana z nieokreśloną, ale wyczuwalną mocą wewnętrzną. W wyobraźni podróżnika zaroiło się od nadzwyczajnych czynów Hanumana. Zapachniały lasy na Cejlonie, gdzie Bóg-Małpa przebywał w czasie dziesięcioletniej wyprawy, która przyniosła mu sławę króla małp, odważnego i przebiegłego. Jego sukces, wyrwanie Sity z rąk dziesięciogłowego demona Rawany, zjednał mu wdzięczność i przyjaźń jej męża, Ramy, księcia o niebieskiej karnacji. Rama był siódmym wcieleniem boga Wisznu, tego, który zawiera w sobie wszystkie dusze.Hanuman stojący przed Eduardo był zły, marszczył czerwoną twarz, robił miny, choć dłoń miał uniesioną pokojowo do góry. To było mylące. Świeżo upieczony adept sztuki interpretacji gestów bogów hinduskich nie wiedział, co o tym sądzić. Sięgnął odruchowo do zasobów intuicji i podał Bogu-Małpie duży, żółty banan, który zabrał na drugie śniadanie. Podając, wykonał gest „Namaste” składając dłonie na wysokości serca z palcami wskazującymi do góry i lekko pochylając głowę. Zarówno dar, jak i pozdrowienie zostały jednoznacznie odrzucone.Bóg-Małpa zareagował pomrukiem zbliżonym do dźwięku wydawanego przez osobnika usiłującego przypomnieć sobie człowieczeństwo, które obluzowało się w nim przy kolejnym upadku na ziemię w stanie upojenia. Olśniony nagłą myślą Gordo wyjął z kieszeni szeleszczące pięćdziesiąt rupii i podał Hanumanowi. Ten schwycił je z wyraźnym zadowoleniem. Gordo pomyślał, że podobał mu się szelest. Sam lubił szelest suchych liści pod stopami kolorową jesienią.[…]

[…]    Kiedy już go wyraźnie rozpoznał, zrobił minę podobnie jak Hanuman, rozszerzając nozdrza i obnażając dwa białe kły. Spodobał mu się ten gest. Na próbę uderzył się kilka razy w owłosioną pierś, dobywając z niej głuchy dźwięk. Poczuł w sobie prawdziwego mężczyznę, prymitywnego osobnika rodem z Afryki, który poprzez Indie rozprzestrzenił się po całym świecie, aby w końcu objawić się w łazience, w jego własnych oczach. Gordo miał nieprzeparte wrażenie, czuł to ponad wszelką wątpliwość, że doskonale teraz siebie rozumie i akceptuje.                                                                                               – Lepiej późno niż wcale – mruknął z satysfakcją spełnionego odkrywcy. Był szczęśliwy, że dostrzegł w sobie pełną, ludzko-zwierzęcą, samczą naturę gatunku. Eduardo stał się wolną i szanowaną istotą, ludzko-zwierzęcą. Mógł zachowywać się jak człowiek lub jak małpa, w zależności od sytuacji, a nawet widzimisię. Korzystał z przywileju, który sam sobie nadał, i czerpał z życia pełnymi rękami. Męczyła go tylko świadomość, że niektórzy ludzie odczuwają do niego niechęć, a nawet wrogość. Ponieważ nie był w stanie zaradzić ich uczuciom, któregoś wieczoru skopał swoją świadomość tak gruntownie, że więcej do niego nie wracała. Umiał postępować na miarę potrzeb. Ostatecznie i w pełni zaakceptował w sobie całą trójcę: boga, człowieka, małpę. Nocami śnił mu się Darwin, mocno obrośnięty, z szeroką twarzą, który – nie mogąc zasnąć – schodził z drzewa, aby pisać traktat o pochodzeniu gatunków. Pisał go nie z głowy, lecz z głębi serca i trzewi, wiedząc doskonale, że nie rozum, ale kod genetyczny i samcza intuicja grają pierwsze skrzypce w życiu każdego prawdziwego mężczyzny.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”.

1Shares

W piątek jak zwykle trochę poezji

Przedstawiam kolejne wiersze z mojego zbioru „Klęczy cisza niezmącona” (w sprzedaży w księgarniach za niewielkie pieniądze, bodaj że od trzynastu złotych wzwyż). To moja dawna twórczość, ale jej treść stała się chyba jeszcze bardziej aktualna niż w czasie, kiedy zajmowałem się poezją.

Jezioro w kraterze

Mocarz nieznany, w którego wierzę,
oko jeziora zatopił w kraterze
wśród brzóz i sosen; w płycizn szpary
tajemnym szeptom utkał szuwary.

Brzegi usypał strome jak granie,
by jak najpóźniej w chciwe władanie
człowiek wziął wodę, przeciął pomostem
i łódką zdeptał niewinności kosztem.

Czemuż ja milczę, pusty i święty,
niwecząc prawdę czystego sumienia,
czemuż bezwolny i obojętny
nie bronię piękna boskiego tchnienia?

Sopot, 3 maja 1998

Kalgoorlie

(Jest to miasto gorączki złota lat 1890-ych,
które umiejscowiło Australię Zachodnią
na mapie świata).

Miasto wyrosłe ze szlachetnej rudy
karmi przechodnia resztkami ułudy,
relikwiami budynków o szlachetnym kształcie;
przeszłość dogorywa przy szarym asfalcie.

Oczy wykłuwają rdzewiejące trupy,
szczątki postępu zwalone na kupy,
szare i nijakie, kryte warstwą pyłu:
technika – naprzód, krajobraz – do tyłu.

Górnik-dynamitard, rywal sił natury,
złotonośną ziemię odziera ze skóry,
wnętrze wyszarpują koparki czerpaki,
rozdrabniają walce i sieją przetaki.

Gdzie ręka kilofem podziobała wzgórza,
potężnych maszyn postępuje burza
i pejzaż bezbronny w pustynię hałd zmienia,
by gram złota wypłukać z pół tony kamienia.

Kalgoorlie, Australia, 22 października 1996

Kim jesteś Panie?

Nieskończonością jesteś niepojętą,
wszechświat jednoczysz wolą rozpiętą,
życie obdarzasz czarowną urodą,
losy naznaczasz kochania przygodą.

Tyś tym, co burze przetacza z łoskotem,
wiedzą, co było i co będzie potem,
Ty jesteś ciszą, co tworzy przestrzenie,
w Tobie myśl żyje, pulsowanie drzemie.

Choćbym się oddał na stos całopalny
Ciebie nie pojmę, boś niepoznawalny.
W sercu zachwycam się Tobą, o Panie,
bo Tyś jest prawdą, jam jest zakłamaniem.

Morphett Vale, Australia, 30 września 1996

1Shares

Dawne stolice Tajlandii: Sukothai (1238-143) i Ayutthai (1350-1767). Kobieca postać Buddy.

Pozostałości świątyń pierwszej historycznej stolicy Tajlandii Sukothai (lata 1238 – 1436) mieszczą się w parku historycznym. Zwiedzamy je na rowerach. Sama przejażdżka po rozległym terenie parku jest frajdą. Idealny dzień, idealna temperatura. Zdjęcia zamieszczam bez większych komentarzy.

Moją uwagę zwraca materiał, z jakiego wykonano wszystkie obiekty: wypalana cegła. Zastanawiam się, czy twórcy tej świątynie nie mieli wyobraźni, aby przewidzieć skutki nietrwałości tego materiału. Teren leży blisko rzeki, w okresie deszczów jest podmokły, mury świątyń są nierówne, często zwichrowane. Doskonałość Buddy dziwnie łączy się z niedoskonałością władców i wykonawców, którzy wierzyli w jego boską doskonałość i pragnęli ją uwiecznić.

To jedyny Budda o wyraźnie kobiecych kształtach, jakiego widziałem w Tajlandii. Jest to metalowy odlew. Musiał go wykonać artysta o miękkich rękach i płynnych ruchach.

  King_Ramkhamhaeng Monument

Why travel to Sukothai? Zainteresowanych przeczytaniem tekstu w języku angielskim kieruję pod link: https://traveloutlandish.com/blog/sukhothai-vs-ayutthaya-ancient-cities-thailand/

Po śniadaniu wyjeżdżamy z Kanchanaburi do Ayutthai, drugiej historycznej stolicy Tajlandii (lata 1350-1767).

Stupy buddyjskie zwane są w Tajlandii chedi. Dla buddystów stupa jest materialną reprezentacją doskonałego oświecenia. Obrazuje przekształcenie wszystkich emocji i żywiołów w oświeconą mądrość i pięć rodzin buddów. Pierwszym etapem budowy stupy jest złożenie pod fundamentem skarbów i przedmiotów odpowiadających jej funkcji. Jeśli stupa ma pełnić np. rolę „strażnika przed złymi siłami” składa się tam oprócz złota czy srebra także białą broń. We wnętrzu stupy umieszcza się relikwie Buddy lub sutry. Buddyści odwiedzają stupy jako symbole obecności samego Buddy, trzykrotne je okrążając zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara, aby gromadzić dobroczynne przyczyny karmiczne. (Wikipedia)

 Wiele posągów Buddy zostało pozbawionych głów przez najeźdźców z Birmy poszukujących złota w nich ukrytego.   Wizerunek głowy Buddy wyrzeźbionej w korzeniach drzewa.

.Miniaturowa rekonstrukcja świątyni w Ayuttayi.

3Shares

Tajlandia. Bangkok. Widowisko sceniczne Siam Niramit.

Nazwa widowiska Siam Niramit – Podróż do zaczarowanego królestwa Syjamu.

Przedstawiam trzy opinie na temat tego niesamowitego widowiska. Pierwszego recenzenta brzuch chyba bolał w czasie oglądania spektaklu. Zgadzam się z dwiema ostatnimi recenzjami. Spektakl był znakomity. Kiedy pod koniec w poprzek sali przeszedł wielki słoń z trzema osobami na grzbiecie, polał widzów wodą i triumfalnie zatrąbił, uznałem widowisko za fenomenalne.

Przedstawienie słabo oświetlone, sala ogromna, scena daleko. Jest przeładowane efektami, niepotrzebnie występują żywe słonie, kozy i kury, na scenie płynie prawdziwa rzeka, z góry pada deszcz. Całość wyreżyserowana na sposób żywych obrazów, mało dynamiczna. Bezpośrednio przed przedstawieniem wyświetlono film ku czci zmarłego króla i wysłuchaliśmy hymnu na stojąco.

Spektakl niesamowity. Najpierw pieśń o królu, potem hymn narodowy na stojąco. Wszyscy trochę zdziwieni. Potem niesamowity spektakl z padającym deszczem, z bogami i księżniczkami latającymi w powietrzu ze statkami pływającymi po rzece na scenie. Wyszliśmy oszołomieni. Warto poczytać zanim się tam pójdzie bo to spektakl narodowy. A scena – coś wspaniałego. Serdecznie polecam.

To chyba największy kulturalny show, jaki udało mi się widzieć na Dalekim Wschodzie. Ogromna scena, z potokiem przepływającym przez scenę, łodzie, słonie. Historia Syjamu, życie codzienne, tradycje. Wspaniałe stroje, znakomite nagłośnienie. A cały pokaz poprzedzony jest naprawdę bogatą kolacją będącą przeglądem klasycznych dań tajskich. Naprawdę warto.

Poniższy opis w języku angielskim i zdjęcia tutaj zamieszczone (z wyjątkiem jednego) pochodzą ze strony www.SiamNiramit.com: One of the largest stage productions in the world. Performed on the gigantic stage listed in the Guinness World Records. 100 performers with more than 500 costumes. Amazing special effects using the world’s most advanced technology. An excellent introduction to Thailand’s history and culture. Investment: 40 Million US$. Area:  10 acres. Theatre Capacity: 2,000 seats and 25 wheel chair spaces. Show Duration: 80 minutes.

    

Wiedziałem, ze kobiety lgną do mnie jak muchy do miodu, ale nie aż tak piękne  i w takiej liczbie! To artyści Siam Niramit popularyzujący spektakl. Zdjęcie kosztowało mnie 150 bahtów (czyli nieco ponad 15 zł).

PS. Słoń rzeczywiście przemaszerował w poprzek sali, ale to polewanie wodą i trąbienie to był tylko żart. 

4Shares