Dom Wariatów

 

W dniach 1 Maja i 3 Maja połączonych razem niby bracia syjamscy dniem wolnym od pracy, po którym wierni mogą swobodnie przechodzić od klarownej Monarchii Edwarda Gierka do niejasnej Demokracji Tuska i Kaczyńskiego, społeczeństwo nabyło prawo do nadziei i proroctw.

Wybory do parlamentu rozstrzygnęły losy narodu pewnego, że powinno i musi być lepiej. Powstała zupełnie nowa koalicja partyjna, z której wszyscy byli zadowoleni. Zapanował powszechny szał radości. Nieliczni malkontenci kryli się po lasach, lecz ich szybko wyłapano i rozstrzelano. Nowy rząd działał sprawnie i zdecydowanie. W kraju pozostali tylko ludzie pozytywni.

Pierwszym zadaniem rządu,  składającego się po raz pierwszy wyłącznie z ludzi uczciwych, była ocena zdrowia społeczeństwa niezbędna do wprowadzenia szybkiej i konkretnej reformy służby zdrowia. Żądali tego emeryci, renciści, ludzie mający bardzo dużo czasu oraz członkowie byłej opozycji, którzy poważnie zasłabli w wyniku wyborów parlamentarnych.

Na drzwiami wejściowymi do sali, gdzie zasiadło konsylium lekarskie, widniał wielkimi literami napis: „Dom Wariatów” z drugim mniejszym napisem poniżej „Sala Przyjęć” ( w skrócie DW SP). Przed budynkiem stały niezliczone tłumy i wiwatowały.

– Ilu tu ludzi! – ni to zdziwił się, ni to zapytał niepozorny osobnik z krzywymi ustami wyglądający na profesora robiącego za eksperta w słynnej Komisji Antoniego Macierewicza.

Otaczający go obywatele przyglądali mu się z niedowierzaniem, niektórzy wręcz z pogardą.

– Jedyny głupi, który nie wie. Cały naród, człowieku! – warknął przyćmiony osobnik z gębą od pługa i alkoholu.

Pierwszy trafił przed oblicze konsylium mężczyzna z brzuchem.

Niech pan wyjmie tę piłkę spod koszuli! – zażądał lekarz w białym kitlu. Musi pan wyprostować sylwetkę. To panu dobrze zrobi.

To nie piłka, to mój brzuch. – wyjaśnił zaskoczony i zdegustowany pacjent.

Rozumiem. Sprawa jest więc prosta. Ile pan waży i ile ma pan lat?

92 kilogramy i 55 lat. Chyba nie dożyję do emerytury.

Proszę się nie martwić. Niech pan się lepiej kłopocze, z czego pan będzie żyć na emeryturze. – lekarz zakończył poradę i odwrócił głowę w kierunku pielęgniarki.

Proszę wypisać receptę: sześć miesięcy diety z jedną szklanka wody dziennie. Tylko w niedziele pacjent może zjeść bułeczkę. – Lekarz odwrócił głowę i krzyknął: Następny proszę.

Przy stoliku pod ścianą rachmistrze medyczno-ekonomiczni obliczali oszczędności, jakie poniesie służba zdrowia: wartość zaoszczędzonego jedzenia, lekarstw i kosztów leczenia. Szło im to sprawnie dzięki komputerowi z programem „Obliczenia dla Mas” zakupionemu w Chinach.

Po zbadaniu pierwszych sześciuset osób, tłum przed budynkiem zaczął się poruszać i dyskutować, czy społeczeństwu rzeczywiste jest potrzebna reforma służby zdrowia. Ja tam nie narzekam. Ja też nie! I ja! I ja! – Ludzie zaczęli się licytować. Kiedy do sali odpraw wchodził pacjent numer trzy tysiące, wtargnęła za nim delegacja pozostałych trzydziestu pięciu milionów i 650 tysięcy obywateli z kategorycznym żądaniem zachowania służby zdrowia taką, jaka ona jest. Decyzja została podjęta rzez komitet strajkowy, kiedy dowiedziano się, że słabującym byłym członkom opozycji nr 2754 i 2755 na liście oczekujących pacjentów odebrano diety poselskie i zapisano lewatywę, aby zmniejszyć wysoki cholesterol utrudniający im nie tylko oddychanie ale i myślenie. Osoby z byłej i nowej opozycji, przedstawiciele Nowej i Starej Partii Rządzącej, których niesposób było odróżnić od siebie, i osoby niezaangażowane politycznie, czyli większość społeczeństwa, szybko doszli do porozumienia, że reforma służby zdrowia nie jest wcale potrzebna.

Potrzebne są tylko pieniądze! – krzyczeli jedni.

Skąd je wziąć? – pytali drudzy.

Z kieszeni podatnika! – odpowiedzieli trzeci, niezidentyfikowani, przytomnie kryjący się za plecami innych z obawy przed zlinczowaniem. Rachmistrze medyczno-ekonomiczni w pośpiechu obliczali koszty oszczędności.

Niezliczone tłumy zgromadzone przed budynkiem Domu Wariatów zaczęły się rozchodzić, Gratulowano sobie wzajemnie nowego rządu koalicyjnego i szybkiego rozwiązania problemu, którego poprzedni nieudolny i skorumpowany rząd nie chciał lub nie potrafił rozwiązać przez tyle lat.

C.d.n.

 

Lekka rozmowa o ptactwie

Dziś czuję się świeżo jak mięso u Zielińskiego. – Stwierdził poranny Ptaszek.

U nich mięso czasami nie jest świeże. – Zauważyła pani Zazula.

No właśnie. Z dziobu mi to pani wyjęła. – Dodał ptaszek pokazując długi lepki języczek, którym chwytał muszki, żuczki i robaczki. Poprawił się od czasu, gdy podjął pracę na etacie ochroniarza w Państwowym Instytucie Ochrony Roślin Figlarnych.

Pani Zazula niewiele wiedziała o Ptaszku. Pracował na akord. Specjalny licznik elektroniczny, który zawieszony miał na brzuszku, mierzył jego wagę w chwili połknięcia szkodnika, po czym dodawał wagę substancji odpadowej, która wypadała mu spod ogonka, oraz energii, którą zużywał na przeloty między miejscami pracy.

– Jakie zajmuje pan stanowisko? Czy to coś poważnego? – Pani Zazula z wrodzonym wdziękiem skrzywiła twarz w uśmiechu pod wpływem cichej myśli. – Co tam taki kurdupelek może mieć za pracę! Czy oni umieją pracować? – Ostatnie niewypowiedziane, ale pomyślane zdanie, pokazywało sceptycyzm wrodzony każdej kobiecie co do użyteczności i umiejętności rodzaju męskiego.

O pracy rozmawia się nie w kategoriach powagi, ale odpowiedzialności. Praca nie jest może poważna, ale jest odpowiedzialna – Proszę zwracać uwagę na semantykę. A propos, semantyka jest nauką o znaczeniu wyrazów.

– Ton głosu jak i sposób mówienia Ptaszka wyrażał ból egzystencjalny, jaki odczuł pod wpływem nieodpowiedzialnego odezwania się kobiety. Uraziła jego męska dumę, która wprawdzie jest rozciągliwie zdolna do akceptacji różnych przytyków i krytyk, ale ma granice wrażliwości, których przekroczyć nie wolno.

– Nie będzie mnie baba traktować, jakbym był wypchany i siedział sztywno na zielonej żerdce z oczami z guziczków i dziobem otwartym z podziwu. Ku! Mać! – Zaklął po męsku przedstawiciel gatunku wróblowatych.

– A co do stanowiska, jakie zajmuję, to jestem ochroniarzem-oblatywaczem. – Wysączył z godnością posiadacz dziobu, pary skrzydeł, pary nóżek i korpusu.

– Czy korpusik nie przeszkadza panu, panie Ptaszku, w szlachetnym obowiązku oblatywania roślinek i wyszukiwaniu robactwa do konsumpcji indywidualnej? – Jad sączył się z ust pani Zazuli wypełniając pokój zapachem niezwykłych słów i skojarzeń pomieszanych z perfumami marki Jojo Superieur z najwyższej półki sklepu kosmetycznego o niskiej powale, gdzie niegdyś sprzedawano artykuły żelazne.

C.d.n.

Świąteczny dzień odnowy.

Pogrzeb odbędzie się na koszt państwa – zadeklarował Premier ożywiony świątecznym nastrojem, duchem miłości bliźniego i ekologiczną wodą sodową, która nie uderza do głowy. Państwo jest ubogie, więc pochówek będzie tymczasowy, a ostateczny zorganizujemy w dniu wyborów parlamentarnych. Musimy ciąć wydatki – oświadczył energicznie polecając Ministrowi Skarbu zajrzeć do wielkiej torby służbowej, aby sprawdzić, ile rząd ma jeszcze pieniędzy.

Zaistniała obawa, że pochówek tymczasowy podyktowany potrzebą oszczędzania wywoła drugi potop, ale nic takiego nie nastąpiło. Pies ze złamaną nogą nie zainteresował się tym problemem – zauważył Minister Finansów wywołując ulgę na twarzach całego gabinetu nękanego troską o nieplanowane wydatki na opozycję.

Ofiary powodzi pochowano w skromnej, partyjnej (chciałoby się powiedzieć żołnierskiej) mogile, na której zasiano kwiaty: maciejkę, bo ładnie pachnie, czerwoną różę, bo to symbol miłości oraz bratki, bo były najtańsze. Pozostałej części kwatery nie zasiewano na prośbę ekologów, aby i inne rośliny miały szansę wybicia się. Była zima i trzeba było użyć kilofów, aby dokonać zasiewów. Wszyscy czekali na cieplejsze czasy.

Wiosna nadeszła spokojna jak rząd, któremu wystarcza kropidło i woda święcona pożyczona od postępowego proboszcza, aby bronić się przed oskarżeniami o niedołęstwo. Na działce, gdzie pochowano tragicznie zmarłych członków opozycji, pojawiły się kwiaty: maciejka, kojarząca się z bitwą pod Maciejowicami, róża radykalnie czerwona jak Róża Luksemburg, bratki, które nie kojarzyły się ani z bratem, ani z bliźnim.

Najbardziej intrygowały zalążki trzech nieznanych roślin ozdobnych, które rosły żywo w świetle wiosennego słońca i ciepłych deszczów. Nocami, w ukryciu i w przebraniu, kobiety i mężczyźni z pochodniami zraszali grządki łzami śpiewając pieśni o ojczyźnie błagając ją, aby wróciła z wygnania. W powietrzu unosiła się tęsknota silniejsza niż zapach perfum Chanel Nr 5. Tajemnicze i porywające misterium organicznie-polityczne przyciągało coraz większe tłumy. Ludzie zaczęli mówić o czarach i zjawiskach nadprzyrodzonych. Kwiaty nowych roślin przybierały kształty wywołując drżące szepty: Coś niebywałego! To prawdziwy cud!

Trzy kwiaty wyróżniały się ponad miarę, ich zapach upajał a kolory przyciągały wzrok jak na sznurku. Ludzie rywalizując z pszczołami i kolibrem-wędrowniczkiem pchali się do nich niby ćmy do światła, deptali sobie po piętach, zdarzało się, że i po plecach, jeśli ktoś nieodpowiedzialnie upadł na ziemię.

Pierwszy kwiat, masywny, przybierał wygląd skromnej wzrostem, lecz zdecydowanie marsowej postaci z poważną głową, wcześnie siwiejącą i korpusem odzianym w garnitur koloru granatu. U dołu, u samych korzeni, wyrastały pantofle w czarnym kolorze. Drugi kwiat był wysoki, też siwiejący w miejscu, gdzie pąk nabierał kształtu głowy, rósł szybciej niż pierwszy, lecz z powagą i szacunkiem pochylał głowę w kierunku mniejszego. Trzeci z kolei, najbardziej pulchny i pękaty, miał cechę charakterystyczną w postaci dużego otworu gębowego i gładkich lic. Pewien wybitny entomolog partii rządzącej zajmujący się zjawiskowymi owadami i roślinami nazwał go „Trzy w jednym!”.

Była jeszcze czwarta roślina, lecz budziła niezrozumiałe wątpliwości. Nie wiadomo dlaczego nazwano ja szpiegiem. Była rosła i miała wypustki opadające w dół bogatą kaskada jak włosy cherubina. Kobiety przechodzące obok spluwały na nią z odrazą, szepcząc zaklęcia lub złorzecząc.

Wszystko było tak niesamowite i tajemnicze, że wezwano naukowców znanych jako eksperci od kabały i zgadywania, oraz jednego egzorcystę, szczycącego się wysokimi stawkami za usługi. Grupę tę nazwano „Zespołem M” dla uczczenia pamięci pewnego wybitnego rewolucjonisty historycznego.

Praca zespołu nie przyniosła wyników. Musimy poczekać, co się z tego wykluje – oświadczyli jego członkowie wbrew sugestiom, że ich opinia nie spodoba się społeczeństwu.

Nieznana organizacja wykupiła teren nadprzyrodzonych zdarzeń, zanim komukolwiek innemu przyszło to na myśl, obudowała płotem z drutu kolczastego, a na zewnątrz ustawiła miny przeciwpiechotne. Przed bramą stanęła tablica: Rządowi wstęp surowo wzbroniony! Media przestały dmuchać w miechy niepewnych informacji i sprawa na jakiś czas przycichła. Ile czasu ważna wiadomość może siedzieć w kucki na zimnym gruncie? – tego rodzaju pytania dolewały oliwy do gasnącego ognia w okresie ciszy przed burzą.

Burza rozpętała się, kiedy przed odnowionym, powszechnie znanym budynkiem, pojawiła się błyszcząca, emaliowana tabliczka „Organizacja Odnowy Obywatelskiej”. Ulotki rozdawane w milionach, bogata reklama telewizyjna i prasowa, tysięczne bilbordy głosiły z radością: Nie upadaj na duchu! Powróciliśmy: Prezes, Wiceprezes, Rzecznik I Agent.

Naród szalał z radości. Głosowanie okazało się druzgocące dla partii rządzącej. Nastały lata szczęścia i dobrobytu. Kwitła turystyka. Chińczycy przybywali tłumnie samolotami i statkami, aby poznać kraj, który wyprzedził ich w rozwoju. Wyprzedzili nas, Chińczyków! – powtarzał z niedowierzaniem wysoki urzędnik partii, prowadzącej rejestr swoich członków w pamięci komputera, aby nie zabrakło papieru na codzienną kanapkę dla miliarda ludzi.

W kraju „Kwiecistej Rewolucji”, jak ochrzczono republikę rządzoną wreszcie przez mądrych i odpowiedzialnych polityków, każdy obywatel otrzymywał tyle, ile potrzebował. Nie było problemów z budżetem, wszyscy chętnie płacili wyższe podatki. Z zagranicy w trybie ekspresowym sprowadzono wraki, które ich dotychczasowi posiadacze oddawali ochoczo i z podziękowaniem ręki. Z półek zniknęła pornografia, z Internetui zdjęcia małoletnich, a z księgarni prace naukowe o homoseksualistach, lesbijkach, mniejszościach seksualnych, gender, in vitro, eutanazji. Rozstrzelano sześciu pedofilii, na znak czego kościół zjednoczył się z państwem w geście pojednania. Zamknięto jedyną internetową ambonę prawdy obiektywnej jako przeżytek okresu błędów i wypaczeń. Rozgrzanymi szczypcami wypalono korupcję, po czym nawiązano współpracę kulturalną z Koreą Północną, aby mieć gdzie przekazywać nadwyżki żywności i towarów przemysłowych produkowane przy stuprocentowym zatrudnieniu.

Powoli narastał kult Wybitego Przywódcy, którego jednomyślnie i jednogłośnie nieśli na piedestał wszyscy obywatele. Każdy naród potrzebuje silnej, ojcowskiej ręki!

Świąteczna dematerializacja Organizacji

Przyznam się, że moja ziemska wiara jest krucha, ale niezmiernie wierzę w to, co głosi Prezes zwany Starym, Wiceprezes zwany Nowym, Agent od Miłosnych Wynurzeń, Rzecznik od Pożyczek oraz inni funkcjonariusze Organizacji. Jest to zrzeszenie osób jednomyślnych, bez śladów schizmy, których usta poruszają się dokładnie w ten sam sposób dobywając z wnętrza te same słowa wcześniej podyktowane przez Prezesa.

Na konferencji prasowej transmitowanej przez telewizję Stary Prezes Organizacji składał narodowi życzenia świąteczne i noworoczne. Był to piękny gest myśliwego, gdyż niewielu polityków interesuje się dziś szaraczkami. Już, już miał skończyć, kiedy nagle i niespodziewanie, wyrwał mu z rąk mikrofon nie kto inny, jak Nowy Wiceprezes.

Dysponent mikrofonu przemawiał krótko i treściwie. Telewidzowie słuchali z taką uwagą, że słychać było muchę latającą w pokoju. Przy odbiornikach zebrali się ludzie biesiadujący świątecznie, inaczej mówiąc cały naród, gdyż mówca okazał się złotogęby. Miał aksamitny głos wdzięcznie skojarzony z siwą brodą, mówił wzruszająco i tak ślicznie, jakby motylki wylatywały z jego ust. To ostatnie nie jest czymś nadzwyczajnym, potrafi to każdy prestidigitator szkolony w Chinach. Zaskoczeniem były ostatnie słowa Nowego Wiceprezesa.

Wszystko, co dotychczas mówiłem na temat lotów kosmicznych, to wierutna bzdura. Dziś stać mnie na prawdę, ponieważ jestem w stanie świątecznego uniesienia religijnego, w które wprowadziły mnie (tu padły jakieś niewyraźne słowa) oraz rodzina. Temat kosmosu był zastępczy. Obiekty latające są nam równie potrzebne jak zmarłemu kadzidło. Dla nas najważniejsze to wygrać wybory, utworzyć rząd, i dokonać rzezi ….

W tym momencie wszyscy bez wyjątku, kamerzyści, asystenci kamerzystów, redaktorzy programu, Stary Prezes, Agent i Rzecznik, oraz ludzie przy odbiornikach, wstrzymali oddech. Mówca to zauważył i też wstrzymał na chwilę oddech w geście solidarności. Kiedy zaczął się już dusić z braku tlenu, dokończył monolog:

…aby unicestwić wszystkich nieudaczników, przestępców, ludzi przekupnych i skorumpowanych, członków rządu, złodziei i podobnej kanalii. Żałuję, że dotychczas kłamałem i odwracałem uwagę od rzeczy ważnych. Dziś usłyszeliście Państwo prawdę z moich ust. Niech skonam, jeśli skłamałem! Musiała to być prawda, bo nie skonał. Był to akt pokory i skruchy.

Nikt nie uwierzy, co stało się dalej. Spowiedź Nowego Wiceprezesa wywołała powszechny płacz w narodzie. Płakały istoty różnych proweniencji, niektóre nawet niefigurujące w Spisie Zawodów Użytecznych, zestawionym przez Umberto Eco: nauczyciel, strażnik, gladiator, myśliwy, donosiciel, ogrodnik, tkaczka, rozbójnik, pasterz, kursor, kapłan, król, harfista, rybak, kucharz, nosiwoda, głupiec, sługa, wściekły błazen, medyk, stolarz, pijak, wieśniak, człek smutny, sędzia, nierządnica oraz pani domu. Poza tym płakały liczne inne twarze, których nie wymienię z braku cierpliwości.

Poziom wilgoci tak się podniósł, że z zimowego nieba zaczął padać deszcz. Niesłabnące potoki łez i wody deszczowej zasiliły wody gruntowe, a potem zaczęły przelewać się do strumyków, rzek, stawów, jezior i systemu kanalizacyjnego docierając w niejednym bloku mieszkalnym aż na piąte piętro. Przyszła powódź, a potem wielki potop, który w pierwszej kolejności, w uznaniu administracyjnej hierarchii ważności, zalał Warszawę. Na początku wyglądało to niewinnie, ginęły kury, myszy, jamniki i świnki morskie, choć rozpleniała się zaraza. Nie wiem, czy to dobre skojarzenie, ale powodzie i potopy mnożą bakterie i wirusy workami jak zaraza. W końcu fala potopu sięgnęła budynku, w którym mieści się Organizacja razem z Prezesem, Wiceprezesem i pozostałymi notablami.

Działy się tam sceny dantejskie, których nie wymyśliłby sam Dante Alighieri. Potop był powolny i niesprawiedliwy, ponieważ najpierw zagroził życiu funkcjonariuszy mniejszych wzrostem, choć wysokich rangą. Siwiejący Prezes starał się ukryć pod pachą Nowego Wiceprezesa, ale niewiele mu to pomogło. Wiceprezes zaczął się śmiać jak szalony i wierzgać nogami jak koń, gdyż do bólu nie znosił łaskotek. Takie schronienie nie byłoby stosowne nawet dla chomika, wobec czego Prezes dając dobry przykład innym pierwszy poszedł na dno.

Rzecznik unosił się dłuższy czas na fali z głową na poduszce wypełnionej pożyczkami i mogłoby to trwać w nieskończoność, gdyby nie Wiceprezes, który pragnąc ostrzec go przed jakimś niebezpieczeństwem ostrym językiem niechcący przekłuł piękną powłokę cielesną Rzecznika. Powietrze zaczęło uchodzić z niego z wielkim sykiem; okazało się, że w środku był pusty.

Ostatni zszedł ze sceny w sensie przenośnym i dosłownym Nowy Wiceprezes, który objawiając prawdę uruchomił potop łez narodu doprowadzając tym samym własną Organizację do odejścia w wieczne ostępy. Nie wiadomo, co stało się z Agentem, ale ci jak wiadomo znikają bez śladu, aby ponownie pojawić się na scenie wydarzeń lub nie.

Moment odejścia w nieznane znanej Organizacji w okresie Świąt Bożego Narodzenia nie był zbyt fortunny. Był smutny, choć nie wszyscy poddali się niegodziwemu nastrojowi przygnębienia i zachowali wiarę w nieśmiertelność Prezesa, Wiceprezesa, Rzecznika i Agenta.

Naród potrzebuje bohaterów bez względu na święta.

Miniopowiadanie: Niewinne wygłupy i poważne wspomnienia

Dawno już nie widziałem Wiktora, przyjaciela z lat dziecinnych, objawiającego się cieleśnie a ostatnio najczęściej wizyjnie poprzez Skype’a. Kiedy zadzwonił i połączyliśmy się, powitał mnie radosnym okrzykiem „Cześć pracy” nielicującym z jesienną pogodą. Chyba wygrał większe pieniądze na loterii – ucieszyłem się bez wysiłku. Męczy mnie tylko dłuższe myślenie oraz ludzie, którzy myślą dłużej niż ja.

Powiem ci coś o kobietach, czego zapewne nie wiesz – zaproponował Wiktor bez wstępu. „Naga kobieta w łóżku jest jak liść osiki drżący przed jesiennym podmuchem wiatru, jakim jest mężczyzna zdolny do heroicznych czynów”.

Nie, tego nie znałem. Piękne to jest i poetyckie  – przyznałem chętnie. Rumienię się ze wstydu, Wiktorze, że tak urocza myśl nigdy nie zawitała w mojej głowie, choć różne idee i pomysły tam chadzają. Czasem bez mojego udziału. Od ręki zrewanżuję ci się krótkim żarcikiem. Chyba go nie znasz. Koncentruj się.

Pewien mężczyzna wraca wcześniej do domu z delegacji służbowej i zastaje żonę w łóżku z nieznanym facetem. Patrzy i oczom nie wierzy.

Co ten facet robi w moim łóżku? – krzyczy do żony.

Cuda, kochanie, cuda! – odpowiada entuzjastycznie kobieta głosem pełnym słodyczy.

Wiesz, jak kobiety potrafią słodzić głos, kiedy ogrania je zachwyt – dopowiadam zanim Wiktor wpadnie w euforię olśniony moją bajką o przewrotności kobiet i okrucieństwach losu spotykających mężczyzn w delegacji.

Nie podoba mi się twoja bajka. Nie lubię delegacji służbowych. Kiedyś lubiłem, teraz już nie. Chyba się starzeję.

Nie martw się, Wiktorze. Wszyscy znamy ten ból, a najbardziej ci, którzy mają dobrą pamięć. Mnie ona nie zawodzi – odpowiedziałem pewnie jak beton łamiący się pod ciężarem worka z kapustą. Czasem miewam wątpliwości, ale to szybko mi przechodzi. A propos, chciałem ci coś powiedzieć, ale nie pamiętam co. Nie wiesz przypadkiem, o co mi chodziło?

Wiktor odpowiedział przecząco. Miałem mu za złe, że w chwili potrzeby nie jest w stanie okazać mi życzliwości. Uczucie to przeminęło wraz z falą wielkodusznego przebaczenia, która zapomina o mnie tylko wtedy, gdy słucham dyskusji polityków w telewizji. Zamiast wybaczenia nachodzi mnie wtedy pytanie: Czym ich karmią? Musi to być żarcie marnej jakości i nieświeże. Toksyczność aż z nich promieniuje.

Tu myśl ma skoczyła w bok jak rozbawiony źrebak i zapytałem ni z tego ni z owego: Czy sądzisz Wiktorze, że politycy powinni otrzymywać lewatywę przed każdą dyskusją w telewizji?

Absolutnie tak. Przed, w przerwie i po dyskusji – odpowiedział przyjaciel bez wahania. Na koszt państwa – dodał po chwili zastanowienia, że jego też by to kosztowało.

Rozstaliśmy się w podniosłych nastrojach. Rzadko zdarza się, aby ludzie byli tak zgodni w przekonaniach politycznych.

Zając referendalny

Siedziałem i patrzyłem przez okno, co okazało się czynnością odkrywczą. W mieszkaniu naprzeciwko, na trzecim piętrze, poruszał się niezwykły cień. Miał dwie nogi, dwie ręce i tułów. Głowy nie miał. Nasunęło mi to spostrzeżenie, że jest niekompletny. Po dłuższej obserwacji doszedłem do wniosku, że jest to cień polityczny. Jak to bywa w polityce, ujawniły się dwie opcje. Albo był to prezes dużej partii opozycyjnej gimnastykujący się na autostradzie, gdzie lądują tajemnicze obiekty latające, albo rzecznik jego partii, który ostatnio stracił twarz, męskość i powonienie w wypadku referendalnym. Oczywiście nie oni sami byli obecni w mieszkaniu, tylko refleksyjne odbicia ich monstrualnych postaci, które co raz to pojawiają się w telewizji, na wiecach przed i poreferendalnych oraz we snach  – tak sobie spekulowałem zapijając mocną kawę szklaneczką brandy.

Kawę oraz brandy (ewentualnie gin z tonikiem bez cytryny; pal diabli cytryny, które hodowane na wyżynach Półwyspu Iberyjskiego po drodze do Polski jakościowo spadają poniżej poziomu morza), mieszam dla kurażu z ptasim mleczkiem Wedla, gdyż moc i słodycz idą ze sobą w parze jak para dobrych kochanków. Czynię to tylko wtedy, gdy bierze mnie w ramiona depresyjny smutek. Wedle najnowszych teorii nabytą rozpacz polityczną daje się rozpuścić w demonicznej mieszance kawy, alkoholu i lukrowanego cukru. Nie martwią mnie te niebezpieczne eksperymenty, ponieważ obserwuję wybitne polskie osobistości uprawiające podobny proceder. Mam na myśli przedstawicieli partii, która nie schodzi z ust rodaków zagubionych w oparach przeszłości, eksplozji samolotowych, mrzonek nie do spełnienia oraz przywódcy-pomnika, który mówi półgębkiem, ale tak skutecznie, że jego przekazy spędzają sen z oczu rządzących. To nadzwyczaj zdolny kucharz. Koktajle przez niego przygotowywane są mocno przyprawione tłumaczeniem, że czarne jest białe, a białe jest czarne. Tylko jeden raz, po ciężkich przeżyciach w tunelu bez oświetlenia, gdzie polityk ów zatrzasnął się na całą dobę, udało mu się powiedzieć prawdę o kolorach czarnym i białym, czego potem gorzko żałował.

Wszyscy pamiętamy ten moment. Polityk stał wtedy w lekkim rozkroku, aby nie utracić równowagi, popatrzył w górę, skąd Stwórca udzielił mu rozgrzeszenia słowami „możesz kłamać’, wziął głęboki oddech w płuca wentylowane na sali sejmowej i w lokalnym bufecie i wyrzekł pamiętne słowa: Rodacy! Obywatele! Mężczyźni i kobiety! Starcy i dzieci! Nie dajmy sobie wmówić, że czarne to czarne a białe to białe. Nie uwierzyli mu tylko kochający inaczej, ponieważ tacy dla niego nie istnieją, oraz urodzeni in vitro, ponieważ on dla nich nie istnieje.

W chwili sponsorowanego przez kawę rozjaśnienia umysłu, połączyłem wszystkie wątki w jedną całość i doszedłem do wniosku, że narodowi jest potrzeby zając referendalny, jedyne stworzenie, które rzetelnie potrafi opisać i wyjaśnić depresyjny charakter polskiego życia politycznego. Politycy, eksperci i socjologowie potrafią mówić tylko o fragmentach tego fenomenalnego zjawiska.

Rozpaczliwie potrzebujemy modernizacji politycznej. Niniejszym ogłaszam więc konkurs na powołanie do życia „Zająca referendalnego”. Sam podejmuję się opracować prostszą wersję zwierzęcia, które potrafi zinterpretować i „wyszczekać” to, co naprawdę czują, myślą i głoszą partie opozycyjne i partia rządząca.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 17.

Oprócz Tomasza Boskiego, twórcy programu „Spektakl”, do dyskusji zaproszono krytyka teatralnego, publicystkę zajmującą się sprawami religii i wiary oraz zakonnika z doświadczeniem duszpasterskim w krajach trzeciego świata. Dyskutanci, którzy nie znali się jeszcze, rzucali na siebie ukradkowe spojrzenia usiłując przeniknąć się nawzajem.

Po prezentacji zaproszonych gości prowadzący dyskusję zadał pytanie: Czy ostatnie spektakle „Rozmowy z Bogiem” podobały się państwu? Okazało się, że wszyscy je oglądali i wszyscy skinęli potwierdzająco głowami. Rozmowa szybko zeszła na główną postać spektaklu, Jakuba Kowalskiego.

To jest postać znakomicie, prawie idealnie, wyreżyserowana. Mężczyzna wspaniale zagrał swoją rolę. Nie dziw, że osobom mniej obeznanym z teatrem Jakub Kowalski skojarzył się z Bogiem. Niektórzy uwierzyli, że to naprawdę jest Bóg, który zstąpił na ziemię pod postacią człowieka – z przekonaniem deklarował krytyk teatralny. Poparła go publicystka kiwając potakująco głową. Jej włosy przetykane siwizną rozsypały się po bokach twarzy, co w połączeniem z brakiem uśmiechu nadało wyraz powagi jej zachowaniu.

Zstąpił na ziemię tak jak Jezus – podpowiedział zakonnik z fotelu usytuowanego nieco na uboczu.

Krytyk teatralny skierował ku mówiącemu swoją dużą, siwą głowę uwieńczoną okularami zsuniętymi na dolną część nosa, przyjrzał mu się bardzo uważnie i energicznie skinął głową. Tak, dokładnie tak jak pan mówi. Jakub Kowalski pojawił się w naszym mieście jak Jezus w Jerozolimie.

Jeśli widzi pan sytuację jako analogię do Jezusa, to dlaczego nie możemy uznać Jakuba Kowalskiego za jego odpowiednik, w naszym mieście i w obecnym czasie. Tu i teraz. Sytuacja jest podobna: tylko nieliczni mieszkańcy naszego miasta podobnie jak nieliczni mieszkańcy Jerozolimy dostrzegli w obcym syna bożego. Inaczej mówiąc wysłannika Boga na ziemi. Czy pan się z tym zgadza? –  zakonnik w brązowym habicie speszył krytyka spokojnym pytaniem i opanowaniem człowieka, który zdaje się wiedzieć więcej niż inni.

No…tak. Zgadzam się. Jest w tym analogia, ale to nie znaczy, że Jakub Kowalski jest Bogiem.

Czy chce pan przez to powiedzieć, że Jakub Kowalski nie jest Bogiem? – zakonnik jak sędzia na przesłuchaniu rzucił wyzwanie rozmówcy. Był szybki i zaskakiwał. Tak czy nie? Proszę o uczciwą odpowiedź.

W sali zapadła cisza. Wszyscy poczuli, że jest to moment przełomowy dyskusji, który odsłoni być może kulisy tajemnicy, jaką trudno sobie nawet wyobrazić. Milczenie, aczkolwiek krótkotrwałe, stawało się niezręczne. Zanim krytyk czy ktokolwiek inny z zaproszonych osób zdobył się na odpowiedź, prowadzący dyskusję przejął inicjatywę zadając pytanie Tomaszowi.

Panie Tomaszu! Pan jest reżyserem spektaklu, ale nie tylko. Pan prowadził również wywiady z Jakubem Kowalskim. Zna go pan osobiście. Czy wierzy pan, że prezentowany w spektaklu Jakub Kowalski może być wcieleniem samego Boga?

Tak. Wierzę, że Jakub Kowalski jest wcieleniem Boga na ziemi – redaktor silniejszym głosem podkreślił słowo „jest”. Bóg może występować pod różnymi postaciami i to jest jedna z tych postaci. Kiedyś Bóg objawił się ludziom w osobie Chrystusa, niektórzy dostrzegli w nim Boga, inni nie. To jest kwestia wiary. Moja wiara umocniła się po rozmowach z panem Jakubem Kowalskim. Mówię to otwarcie i z przekonaniem – Tomasz zdziwił się, jak łatwo przyszła mu odpowiedź. Jego głos brzmiał spokojnie i przekonywująco. Z piersi spadł mu ciężar niepokoju. Poczuł ogromną ulgę. Przechylił się do tyłu ruchem człowieka rozluźnionego i pewnego siebie. W głowie przemknęła mu myśl o możliwych konsekwencjach wypowiedzi, lecz natychmiast rozmyła się jak fala wywołana kamykiem, bezzasadna i niepotrzebna.

Skąd wzięło się w panu tak głębokie przekonanie? Jak pan je uzasadni? – publicystka pierwsza przyszła do siebie.

Nie muszę niczego uzasadniać – spokojnie wyjaśnił redaktor. Ludzie chodzą do kościoła, modlą się do Boga, wierzą w niego, ale nie są w stanie zauważyć go na ulicy. To dlatego, że w codziennym życiu kompletnie zapominają o jego istnieniu. Ja miałem szczęście.

Jest pan odważny. Nawet kościół wstrzymał się od opinii na ten temat.

Wstrzymał się, ale nie zaprzeczył, że Jakub Kowalski jest Bogiem. Ludzie dzisiaj w mało co wierzą. Chcieliby, aby na wszystko był dowód naukowy, żeby wszystko można było zmierzyć, zważyć, potwierdzić poprzez eksperyment. To nie jest możliwe – Tomasz emanował pewnością siebie.

 

 

Miniatura literacka: Jesienny dzień w życiu Michaiła Michaiłowicza

Wstał z łóżka wcześniej niż planował i od razu upadł na kolana, ale nie z pobożności. To niedożywiony umysł wypowiedział mu posłuszeństwo. U Michaiła Michaiłowicza mózg, który oprócz wody i dużej ilości pierwiastków z tablicy Mendelejewa prawdopodobnie mieści także pamięć i centrum zarządzania,  jak stary kawaler prowadził ostatnio samodzielne życie. Budzi się i idzie spać, kiedy chce, jest krnąbrny jak małolat odmawiając posłuszeństwa w najmniej oczekiwanym momencie, a czasem buntuje się jak opozycja sejmowa wobec obiektywnej rzeczywistości. Takie to przemyślenie nawiedzało coraz częściej naszego bohatera.

Znowu nie wypiłem kawy – skromniutka myśl błysnęła niby ognik świętojański i ogrzała trzy komórki zaspanego umysłu. Od błysku zatlił się ogień przytomności i zmusił organiczną całość do udania się do łazienki. Michaił Michaiłowicz otworzył drzwi i wykrzyknął: O, naga kobieta! Jej piersi lśniły blaskiem dojrzałego atłasu. Właścicielka tych cudowności przebywała chyba w innym świecie, gdyż ofuknęła niewinnego i jakżeż życzliwego jej obserwatora: Wyjdź i zamknij drzwi. Nie przeszkadzaj mi. Domyślił się, ze była to jego rodzona żona. Któż inny zresztą mógłby to być? – wydedukował bez większego wysiłku.

W kuchni przyległej do salonu uczynne dłonie bardziej wyrozumiałej istoty żeńskiej podały mu kawę. To już druga kawa– podpowiedział Michaiłowi zmysł matematyczny, jedyny, który zachował pamięć. Pierwsza, wypita o godzinie szóstej rano, prawie poszła w zapomnienie jak roztopione widziadło senne. Adresat dobroczynności nie wiedział, czy przyjąć kubek, czy z wdzięczności od razu całować rączki anioła. Słusznie czy nie słusznie wybiorę to pierwsze –zdecydował nie całkiem pewny moralności wyboru i czynu.

Dziękuję pani – odpowiedział i ni z tego ni z owego zadał pytanie: Czy z braku kawy można sobie samemu skopać tyłek dla dodania otuchy i energii? Oczy adresatki zrobiły się okrągłe jak dwa spodeczki, lecz nie straciły fasonu. Obawiam się, że ma pan za krótkie nogi, Michale Michaiłowiczu. Zainteresowany uznał odpowiedź za wiarygodną i nie kontynuował tematu. Krótkie, to krótkie. Dobrze, że w ogóle je mam – pocieszył się w strapieniu.

Ożywiony darem południowoamerykańskiego krzewu kawowego, wrzątku i kobiecej życzliwości Michaił Michaiłowicz podszedł do wielkich oszklonych drzwi balkonowych i wyjrzał na świat. Na dworze rządziła niepodzielnie mgła. Wiatr migotał listkami brzozy ubranej w październikowe lampki żółci, czerwieni, brązu i odchodzącej zieleni. Cóż za kalejdoskop – czule odnotował Michaił Michaiłowicz.

Ponaglany przez żonę słowami „Kochanie, przecież mi obiecałeś” Michaił Michaiłowicz ubrał się i wyszedł po zakupy. Po drodze odsłaniały się przed nim przedziwne sceny: a to zielona nieco spłaszczona żabka, która zdecydowała się na pochówek na środku chodnika, a to trzeźwy mężczyzna, normalnie ubrany i w obuwiu, a to srebrno-atłasowy kot, który dłuższy czas stał nieruchomo świdrując przechodnia żółtymi ślepkami.

Miłośnik zwierząt usiłował przywołać futrzaka ciepłymi słowami bogatymi w nazwy wyrobów mięsnych i suchego pokarmu dla kotów, jednakże ten pozostał nieufny jak dziewczyna mamiona przez adoratora na pachnące siano w celach niewinnej rozmowy. Po wyjściu za bramę „Kolorowego Osiedla” Michaił spotkał wzruszającą parę: trzyletnia dziewczynka z zapłakaną buzią osłoniętą granatową czapką dżokejką, siedząc w ramionach tatusia skarżyła mu się na coś przykrego, a ten pocieszał córeczkę ciepłymi i łagodnym słowami. Miłości nie da się opisać, można jej tylko doznać i zobaczyć – Michaił Michaiłowicz umacniał w sobie to przekonanie w drodze do sklepu. Kiedy to uczynił, bez kawy i bez wysiłku doszedł do nieodpartego wniosku, że nie musi czekać do zachodu słońca, aby uznać dzień za udany i szczęśliwy.

Miniopowiadanie: Wycieraczka Przewodniczącego

Objawienia są trwałym zjawiskiem parlamentarnym – autorytatywnie stwierdził Przewodniczący Parlamentarnej Komisji ds. Tajemnych, w skrócie PKT. Jego wysoka i chuda postać górowała nad członkami komisji zebranymi dla oceny faktu znalezienia skrzydła samolotu na wycieraczce.

Wyszedłem rano z mieszkania, aby zobaczyć, czy PO jeszcze żyje, patrzę, patrzę i oczom nie wierzę – rozpoczął Przewodniczący lekko dusząc się z nadmiaru emocji. Patrzę, a na mojej wycieraczce leży ogromne skrzydło samolotu. Podrapałem się po głowie i zadałem sobie pytanie: kto je tutaj podrzucił? Pierwszy przyszedł mi na myśl czarny kot, który przebiegł mi wczoraj drogę, a następnie baba z pustymi wiadrami, którą widziałem ostatnio późną nocą w Sejmie. Siedziała w ostatnim rzędzie i piła „Czystą Żytnią” z zakrętki pojemnika na płyn „Borygo”. Jak Państwu wiadomo, baba z pustymi wiadrami oznacza nieszczęście.

Kota od razu wyeliminowałem, ponieważ nie dałby on rady udźwignąć skrzydła. Z eliminacją baby było trudniej. Gdybym ją wyeliminował z listy podejrzanych, organizacje feministyczne oraz „Stowarzyszenie In vitro” zjadłyby mnie na śniadanie bez żenady i bez przypraw. Tym niemniej babę też wyeliminowałem kierując się moją niezawodną intuicją. Pozostał mi jeszcze pies sąsiada. To podłe zwierzę, proszę mi wierzyć. Sąsiad jest ogrodnikiem i jego pies sam nie zje i drugiemu nie da. Tak, pomyślałem, to on musiał podrzucić mi skrzydło, gdyż było dla niego za twarde. On ma sztuczną szczękę i nie poradziłby sobie z metalem. Posiadanie szczęki ukrywa przed społeczeństwem podobnie jak Tusk, które udaje, że ma naturalne zęby. Zauważyliście Państwo, jak on się sztucznie uśmiecha?

Jakby mu zęby ścierpły – zaobserwowała życzliwie członkini komisji odrywając się na chwilę od partyjki pasjansa, którą układała sobie pod fotelem.

Tak, to doskonała obserwacja. Dziękuję pani – Przewodniczący Macierewicz zaczął klaskać w dłonie z entuzjazmem, po czym wyjął malutki notesik i dyskretnie zanotował nazwisko posłanki pod hasłem „Kandydaci do PiS”.

Aby ostatecznie przyjąć lub odrzucić psa jako sprawcę podrzucenia skrzydła, zastosowałem metodę organoleptyczną i obwąchałem skrzydło. Pies już wcześniej kilka razy sikał mi na wycieraczkę, dając tym niezbity dowód, że gotów jest kontynuować proceder sprawiania mi wrednych niespodzianek. Podejrzewam go o przynależność do PO lub PSL, ewentualnie SLD. Niestety, nic nie wskazywało, że to on to zrobił. Możliwe, że było dla niego za wysoko, bo to zwykły wyżeł skoligacony z pudlem rasy niderlandzkiej.

No i jak ustalił pan w końcu, Panie Przewodniczący, kto podrzucił panu to skrzydło? – życzliwie zapytał członek komisji skoligacony politycznie z Przewodniczącym Macierewiczem.

Sprawa wyjaśniła się sama. Godzinę później otrzymałem SMS od przyjaciół. Przewodniczący wyjął telefon komórkowy z prawej kieszeni, odwinął go z celofanu i otworzył. Cytuję ich komunikat. Cześć Przewo! Skrzydło znaleźliśmy w lesie. Stop. Jest z drugiej wojny światowej. Stop. Pomyśleliśmy, że cię to zainteresuje. Stop. Zostawiliśmy na wycieraczce. Stop. Potwierdź odbiór. Stop. Pozdro. Stop. Ziutkowie. Tak to więc, proszę Szanownej Komisji, zdobyłem nowy dowód potwierdzający fakt eksplozji w samolocie w Smoleńsku. Zaraz go Państwo zobaczycie.

Przewodniczący nacisnął duży czerwony przycisk na telefonie komórkowym i za chwilę na salę wjechało na wielkiej platformie rozerwane wybuchem skrzydło samolotu. Z jednej strony podtrzymywał je pies sąsiada, z drugiej czarny kot, a środkiem szła baba z pustymi wiadrami. Za nimi postępował z powagą długi kondukt pogrzebowy.

 

Miniopowiadanie: Perwersja i niewinność

Wśród nadzwyczajnych wydarzeń światowych Chiny i referendum w Warszawie schowały się do mysiej dziurki a na plan pierwszy wysunęło się zdarzenie, które zaskarbiło sobie ciepłe miejsce w sercu każdego wrażliwego obywatela i obywatelki. Wydarzeniem tym były słowa Wysokiego Urzędnika „Bliskości z Bogiem”, wszechświatowej organizacji, która organizuje przepływ myśli i uczuć między człowiekiem a Stwórcą.

Ów Wysoki Urzędnik, dla porządku nazwijmy go WU, oświadczył z wielkim żalem, że źródłem zła w świecie ducha i ciała są nieletnie dzieci. Była to wypowiedź równie śmiała, co odkrywcza.
Czy możesz, Wielki Mistrzu, uchylić rąbka tajemnicy dotyczącej dochodzenia, jakie przeprowadziłeś w tej materii? – zapytał jeden z pomniejszych urzędników, też służących Panu Bogu.

Dzisiejsza dziatwa, która kochaliśmy zawsze i nade wszystko, jest zepsuta jak zegarek rozdeptany przez słonia – WU zawahał się, czy objawić całą czeluść piekielną – przez co skłonna do pedofilii – dodał opuszczając oczy ze wstydu. Znam to z relacji braci oraz moich własnych obserwacji – oświadczył z powagą poprawiając swoje okulary krótkowidza, aby dodać braciom otuchy.

Przykładem może być ośmioletnie pacholę męskie żyjące w gorącym klimacie. Patrzy ono pożądliwie na niewinnego kapłana i kiedy tylko znajdą się sam na sam, zagląda mu pod suknię, wślizguje się pod nią i dotyka bezwstydnymi rękami a nawet całuje jego ciało.
Bracia zamarli z przerażenia.

Gorzej, każe się fotografować i jeszcze mocniej dotykać. Nago! – potrafi taki krzyknąć na swą ofiarę, kiedy ta broni się przed rozbieraniem.

I cóż ma począć niewinny brat w takim momencie? – padło niespokojne, pełne troski pytanie.

Brat jest niepewny i zdezorientowany, tym bardziej, że może mieć problemy zawodowe, rodzinne i kucharskie.

Jak to kucharskie? – oczy słuchających wyrażały niezrozumienie.

Brat nasz, żyjąc w ubóstwie – cierpliwie wyjaśniał Wysoki Urzędnik – sam sobie musi naprawiać sandały, sprzątać oraz gotować potrawy na maszynce spirytusowej. Nie ma co się dziwić, że przypali je od czasu do czasu, co dla każdego jest wstrząsem – WU uronił łzę, a może nawet kilka, wielkich jak najurodziwsze perły hodowlane z Broom, i z wyraźnym bólem kontynuował opowieść. Brat nasz nie potrafi dać małoletniemu pedofilowi odporu, gdyż ten go szantażuje.

Ascetyczne twarze zebranych wydłużały się chłonąc każde słowo. Otóż ten mały potwór – kontynuował WU – szepcze bratu do ucha łagodnym jak puch głosem, że jeśli rzeknie komuś choćby słówko o dotyku i pieszczotach, to Bóg mu tego nie wybaczy; co gorsza, dowie się o tym jego przełożony. Wstyd, strach i niepewność ogarniają niewinną ofiarę, która nie ma innego wyjścia jak ulec małoletniemu lubieżnikowi.

Czy są jeszcze, Wielebny Wysoki Urzędniku, inne fakty świadczące o zgniłej moralności i wyuzdaniu małolatów? – pytania zalewały WU kaskadą troski o losy kapłaństwa.

O tak, trafiłeś bracie w 10-kę jak w grze w bierki lub 21-kę jak w grze w pokera. Takie z pozoru niewinne małolaty w wieku 8 czy 12 lat, przekupują swoje ofiary oferując im pieniądze na cukierki, gumę do żucia i zabawki, kiedy sami wożą swoje wypasłe brzuchy pięknymi samochodami w cieniu palm lub sosen.

WU nie był w stanie obnażać dalej strasznej prawdy, gdyż się rozpłakał. Cały naród rzucił się do piór, długopisów i klawiatur komputerowych, aby okazać znak solidarności z zagubionymi i zdezorientowanymi sługami bożymi wykorzystywanymi przez perwersyjne dzieci.

O tempora, o mores!

Miniopowiadanie: Mroczna historia życia Jara Jarosławowicza

Jar Jarosławowicz już od dziecka pożądał władzy. Kiedy inne maleństwa umilały sobie czas zabawkami, on śmigał na rowerku po „Parku Marzeń” w poszukiwaniu metod panowania nad światem. Z ambitnego dziecka wyrósł wkrótce dzielny młodzieniec, który dzięki wytrwałym ćwiczeniom ze sztangą ukształtował swe ciało na wzór niezbyt wyrośniętego kulturysty.
Pochodzenie Jara jest znane tylko do pierwszego pokolenia wstecz. Rzeczone wstecznictwo zakorzeniło się w nim głęboko, nie przeszkadzało mu jednak w prowadzeniu szczęśliwego życia. Wcześniejsze pokolenia Jara Jarosławowicza, dziadków, pradziadków, prapradziadków i praprapradziadków, otaczają mroczne tajemnice, głównie Wieków Średnich, kiedy żyły jeszcze czarownice powołane do istnienia przez Inkwizycję w celu palenia ich na stosie. JJ, jak pieszczotliwie nazywali go koledzy i koleżanki pasjonujący się literaturą amerykańską, zapożyczył sobie z owych czasów głęboką wiarę w Boga, wydarzenia katastroficzne, czarownice i stos, który ogniem oczyszcza niewiernych z niewłaściwych poglądów.
Infidele żyją nie tylko w świecie muzułmańskim, u nas ich także nie brakuje – zwykł mawiać nasz JJ.
Jar Jarosławowicz rozmawiał niekiedy o tych sprawach z czarnym kotem, swoim jedynym przyjacielem, który z przybłędy stał się jego adoratorem i konfidentem.
Chyba jutro założę partię polityczną – zdecydował JJ pewnego dnia patrząc z uwielbieniem w żółte kocie oczy przyjaciela.
Dopiero jutro? – czarny jak smoła zwierzak przypominający mroki Średniowiecza spytał powściągliwe, aby nie denerwować Założyciela Nowej Partii. Jestem zwolennikiem natychmiastowego działania – podkreślił kot masując delikatne wąsiki prawą łapką. Lewą łapką stawiał kabałę w celu obliczenia szans JJ zdobycia niepodzielnej władzy.
Brak mi jeszcze dobrej nazwy dla mojej formacji politycznej – odparł Jar wertując podręcznik ekonomii politycznej w poszukiwaniu idei, jaka to mogłaby być za partia.
A program partii już masz? – dociekał kot wyprowadzając z równowagi rozmówcę swym nieprzemyślanym pytaniem. Przyznajmy, że beznadziejnym w treści, o ile nie w formie.Po jaką cholerę mi program polityczny?! – oburzył się zapytany wznosząc ręce ku niebu w geście wzywającym Opatrzność na świadka, że jego partia nie potrzebuje programu. Nam wystarcza idea przewodnia: „Tylko my znamy prawdę”.

Po przygotowaniu transparentów i logo partia była gotowa. JJ nazwał ją Partią Rycerzy. W dyskusji z kotem, który wspierał go czterema łapami w budowie dobrobytu dla społeczeństwa gnębionego przez rząd Satrapy, Jar wyjaśnił szeptem: Z racji naszych rycerskich przyłbic i hełmów, przylgnęła do nas nazwa: Zakute Łby. Ma ona niewątpliwie swój urok i głębię, ale ja wolę oficjalną nazwę „Partia Rycerzy”.
Co o tym sądzisz? – zwrócił się Jar do czarnego futerka, lecz nie otrzymał odpowiedzi, gdyż zagłębiło się ono w marzenia senne o myszach, które w imieniu Partii Rycerzy uchronią naród przed myśleniem o dobrobycie i przyszłości.