Z serii „Szyderstwem w dyktaturę”: Wielodzietność i alkohol.

Wpis okolicznościowy z okazji niekończących się zwycięstw partii rządzącej nad rozumem.

Iwan Iwanowicz przedstawił mi dzisiaj swoje poranne przeżycie.

– Stałem w kolejce do kasy w sklepie, kiedy wywiązała się dyskusja. Klient uważał, że należy mu się bon sklepowy na dzieci, ponieważ otrzymuje 500 Plus, na co ekspedientka zareagowała widokiem smutnych oczu i oświadczeniem, że zakup alkoholu jest wyłączony z bonu.

Iwan Iwanowicz nie uczestniczył w dyskusji z uwagi na wrodzoną wstrzemięźliwość, po chwili jednak prawda wezbrała w nim pełną piersią nakazując zabrać głos.

– Proszę pani, dzieci piją alkohol od małego, sam też mam w tej materii pewne życiowe doświadczenie. Coraz więcej kobiet w ciąży odżywia się alkoholem i takie dzieciątko, a jeśli ma ona ich więcej, to i dwójeczka a może nawet i trójeczka, sączy alkohol z piersi matczynej i uczy się w ten sposób życia. Niedużo tego wprawdzie jest, ale kropelka do kropelki a zbierze się miarka. Jest to zjawisko pozytywne, ponieważ alkohol jest łatwy w przygotowaniu i konsumpcji, a kobiety dzisiaj czasu nie mają. W przyszłości znajomość alkoholu, upojenia i rauszu okaże się dla potomstwa jak znalazł, ponieważ człowiek bywa w różnych towarzystwach, sytuacjach, a nawet krajach. Na Syberii na przykład nikt nie pije wody, bo szybko zamarza, alkohol zaś twardnieje dopiero w temperaturze minus osiemdziesiąt stopni. Według amerykańskiego Hemingwaya oraz naszego Żeromskiego nie zamarza on w ogóle, a przynajmniej nikomu pijanemu nic takiego się nie przydarzyło.

Na wzmiankę o nauce włączyła się młoda kobieta, pochodząca z nizin (w odróżnieniu do górali, jak wyjaśniła) deklarująca się jako samotna matka z czworgiem dzieci, która wcześniej studiowała dużo i ukończyła dwa fakultety, które na nic jej się nie zdały, dopóki nie otrzymała dodatku za wielodzietność. Na lewym przedramieniu miała wytatuowane udko pieczonego kurczaka, na drugim znak 500 Plus ze zdjęciem darczyńcy podpisanego jako Prezes.

– Proszę pani – śmiało zwróciła się do ekspedientki – ci dwaj panowie mają rację. Ja bez 500 Plus i regularnej buteleczki „Żytniej” – Boże błogosław jej istnienie – nigdy w życiu nie poradziłabym sobie z czeredką dzieci nawet przy pomocy ich tatusiów. Takiemu maluchowi wystarczy gałganek umoczony w spirytusie 96 procent, nie mocniejszym, lub kropelka z mojej błogosławionej piersi, aby poczuł się radosny i syty. Korzyść z tego jest również taka, że dzieci karmione alkoholem nie tyją w późniejszym wieku.

– A ile dzieci liczy sobie pani czeredka i ilu jest tych tatusiów do pomocy? – Zapragnęła wiedzieć ekspedientka ze znacznie skromniejszym wizerunkiem wampira z dwoma kłami wytatuowanym w pobliżu aorty szyjnej.

– Jest ich czwóreczka i każde ma na szczęście swojego tatusia, co jest bardzo pomocne w mojej sytuacji samotnej matki. Proszę mi wierzyć, że ten pan ma rację argumentując, że 500 Plus i alkohol idą ze sobą w parze i należą mu się towarowe bony na dzieci. Zresztą taka była intencja darczyńcy 500 Plus, człowieka o wielkim choć gołębim sercu, kochającego ojczyznę i kobiety, i nienawidzącego tylko tych gadów sądowych, o których teraz tak głośno. Nie oni będą decydować o tym, czy mnie i moim dzieciom wolno pić alkohol, czy nie. – Zakończyła rezolutnie i napięła mięsień z tatuażem udka pieczonego kurczaka.

Prezydent Nafciarzy Zjazdowych. Opowiadanie absurdalne, ale niekoniecznie urojone.

Francisco Goya: Prostak.

Prezydent Nafciarzy Zjazdowych obudził się. Coś mu ciążyło. Nie był to kask na głowie, w którym lubił się pokazywać podczas jazdy w dół. Była to imaginacja. Musiała pojawić się w nocy, bo wcześniej jej nie zauważył. Na wszelki wypadek zajrzał do słownika, aby sprawdzić, że nie jest to nic chorobliwego ani niebezpiecznego. Okazało się, że imaginacja to to samo co wyobraźnia. Prezydent poczuł się lepiej.

Postanowił podzielić się swoim odkryciem z innymi. Nie był egoistą. Zorganizował publiczną manifestację. Przyszli klakierzy i prości obywatele, którzy lubili jego krzyki. Krzyczał bardzo donośnie. Podniecał się przy tym.

Po części oficjalnej poświęconej dyskusji, jaki to on jest mądry, pracowity i nieustraszony, zebrał się w sobie, zaróżowił na twarzy i lekko wzdął policzki. Robił to zawsze, to go wyróżniało. Potem przemówił. Mówił o wyimaginowanym wspólnym domu. Mieszkał razem z rodziną i znał wyraz „wspólny”.

– Wspólnego domu nie ma! To znaczy jest, ale jest wyimaginowany! Prawdziwy musimy dopiero stworzyć. Tu u nas. Będzie to dom okratowany, bezpieczny, po którym będę mógł jeździć bez ograniczeń na białym koniu. Wspólnego domu nie ma! – Powtórzył głośno, aby go dobrze zapamiętano.

Otaczający go klakierzy i dwaj prości obywatele uwierzyli mu. Inni nie. Ktoś zapytał go z głupia frant:

– A te sto miliardów waluty netto, jakie otrzymaliśmy od wyimaginowanego wspólnego domu na przestrzeni kilkunastu lat, to co? Skąd się wzięły? Spadły z nieba?

Prezydenta zamurowało. Nie miał pojęcia o żadnych pieniądzach, netto czy brutto. Był prostym człowiekiem, wykształconym, ale prostym. W szkole mówiono mu nawet, że jest prymitywny, ale nie wierzył.

Zamurowany na beton stał tam jeszcze wieczorem. Ludzie przychodzili i oglądali go. 

– Ożyje jak ci kamienni rycerze z gór, kiedy przypomni sobie, czy wspólny dom istnieje czy nie – pocieszali się znajomi, którzy przyszli zrobić sobie zdjęcia z zamurowanym prezydentem. Rozsyłali je potem do przyjaciół w kraju i za granicą.

Wkrótce cały świat usłyszał o prezydencie Nafciarzy Zjazdowych. Powtarzano jego słowa, komentowano, a nawet oprawiono w złotą ramkę. Ukazały się wraz z ramką w Księdze Ginesa, pod hasłem „Bełkot polityczny”.

Miniopowiadanie: Przebudzenie dnia sobotniego

Obudził się osnuty tajemnicą życia, w dniu pogodnym, niesłonecznym, z temperaturą dwadzieścia jeden stopni Celsjusza, nad morzem sinym od żyjątek, w przekonaniu, że był to cud, ponieważ równie dobrze mógł się nie obudzić. Przypomniał sobie, że ma na imię Adam, co go ucieszyło, bo przecież mógłby we śnie doznać nagłej amnezji, nie takie rzeczy się zdarzały dojrzałym osobnikom.

Wyglądał na dziewięćdziesiąt lat, miał siedemdziesiąt, metabolicznie plasował się w przedziale wieku pięćdziesiąt pięć – sześćdziesiąt. Oświadczyła mu to kiedyś dietetyczka, która mu również podała, ile tłuszczu ma w organizmie, ile tkanki chudej, a ile kości, wszystko to w cenie sto dwadzieścia za usługę wróżenia z wagi ciała i oczu, bez pokwitowania.

Był niewyspany, rozpędził to kawą pędzoną wrzącą wodą. Tak zaczął kolejny dzień. Postanowił cieszyć się nim jak mops, a może nawet i bardziej w zależności od energii, jaka spłynie na niego z kosmosu, bo przecież nie z głupiejącego coraz częściej ciała.

W nocy wstawał kilka razy, z obowiązków pęcherza i męskiej frustraty powiększonej jak ego rządzącego satrapy, osobnika niewiele młodszego, ale bardziej ambitnego i religijnego, wyrażającego swą pobożność myśleniem o niezmierzonej boskiej władzy i jej ludzkich wcieleniach.

– Niech mu zima lekką będzie – pomyślał Adam, choć nie życzył mu dobrze jako że nie przepadał za osobnikami poszukującymi własnego szczęścia kosztem szczęścia innych.

Odziedziczył on, Adam, nie satrapa, piekarnię położoną tuż obok, w której wypiekało się pieczywo na kolejny dzień życia, musiał wstawać i dopilnowywać, aby się nie przypaliło, bo wywoływało to płacz i krzyk nocny piekarki, stąd jego zmęczenie, ale nie tylko stąd, bo takie jest życie.

Zdążył zanotować tylko tyle; goniły go inne obowiązki, jakie przypadają ludziom do wykonania z naturalnego porządku życia jak i z własnej głupoty, która wraz z życiem dana jest przez Boga, w którego wierzył, jako swego biblijnego stwórcę, ale z coraz większą niepewnością co do jego konkretności.

Skrót recenzji opowiadań Michaela Tequili „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”:http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Zabawka dla dewiantów i obsesjonatów. Przypowieść okolicznościowa.

W lipcu 2018 roku Światowa Rada Wynalazków ogłosiła wyniki konkursu na najlepszy wynalazek wszechczasów. Konkurs wygrał „Mechaniczny kraj”, zabawka dla dewiantów i obsesjonatów, najbardziej zaniedbanej kategorii obywateli wszystkich krajów. Jej sponsorem była fundacja „Zbłąkany umysł” zrzeszająca ludzi poszkodowanych ciężkimi przeżyciami. Promocja zabawki odbywa się pod hasłem „Dokopiemy wam”.

Konkurentem w konkursie był „Dmuchany Don”, ale po ostatnim pokazie publicznym otrzymał nienajlepsze recenzje nawet wśród swoich zwolenników. Recenzentom nie podobało się, że zbyt przekonywająco pozorował tak głęboki wstrząs mózgu, że jego leczenie mogło zrujnować nawet potęgę gospodarczą.

„Mechaniczny kraj” jest dosyć prosty i łatwy w obsłudze, zapewnia grającym niezwykłą satysfakcję, w dodatku bardzo rozwija intelektualnie. Światowa Rada Wynalazków dopuściła zabawkę do konkursu pod warunkiem, że nie zostanie ona opatentowana, aby każdy dewiant i obsesjonat na świecie miał prawo stworzenia własnej wersji bez opłat licencyjnych.

Zabawka ma kształt ostrosłupa posiadającego cztery boki w kształcie równoramiennych trójkątów i składa się z trzech niezależnych mechanizmów o nazwach Prezydent, Prezes i Premier. Są to automatyczni gracze, stanowiący grupę tak zwanych Ważniaków. Ich nazwy są zastrzeżone, inni gracze nie mogą ich używać. Użycie zabawki bez udziału Ważniaków nie jest możliwe.

Każdy z Ważniaków zawiera w sobie napęd i jest wyposażony w inteligencję, która utrzymuje zabawkę w stanie permanentnego ruchu, zawsze gotową do użytku. Formalnie Ważniacy są autonomiczni, niezależni od siebie, wiadomo jednak, że są oni sprzężeni ze sobą nicią skrytych powiązań cienką jak pajęczyna, lecz mocniejszą niż solidny drut kolczasty.

Zabawka porusza się we wszystkich kierunkach, najszybciej do tyłu i wydaje okrzyki takie jak „Dobrobyt”, „Uczciwość”, „Porządek”! „Dobre Żarcie”! „Historia”! „Radość”! W pewnych okolicznościach, kiedy Ważniacy są w dobrym nastroju, zabawka potrafi powiedzieć także „Cukier puder”! „Kum kum”! „Przepompownia” czy „Więzienie”. Są to zawołania, które podobają się graczom ze szczególnym poczuciem humoru.

Na pytanie, kto jest autorem tego niezwykłego wynalazku, Światowa Rada Wynalazków odpowiedziała, że zabawka wynalazła się sama. Pomysł podsunął Prezes, najbardziej przemyślna część zabawki, zaklepał Prezydent, a szczegóły ustalił Premier. Naukowcy zajmujący się zjawiskami nadprzyrodzonymi, twierdzą, że w wynalezieniu zabawki maczał palce także diabeł z piekła rodem. Pytany o to dowódca piekła, który w „Mechanicznym kraju” gra rolę zmilitaryzowanej jednostki szybkiego myślenia, miał podobno odpowiedzieć:

– Sam diabeł się w tym nie rozezna.

Prezydent, Prezes i Premier zastępują wszystkie instytucje, organizacje, zrzeszenia, opiekunów i kuratorów, jakie są normalnie potrzebne, aby bawiący się czuli się naprawdę szczęśliwi. Zasady działania „Mechanicznego kraju” nie są skomplikowane. Każdy rozumie je intuicyjnie patrząc na wizerunki Ważniaków wyświetlające się na trzech ścianach zabawki. Czwarta ściana pozostaje tajemnicą. Nikt nie wie, co ona oznacza, po co w ogóle jest. Powszechne przekonanie jest takie, że jest to rodzaj proroctwa do odgadnięcia, co w przyszłości stanie się z „Mechanicznym krajem” i jego otoczeniem.

Zabawka spełnia życzenia, trzeba tylko wyrazić je na głos, wysłać emailem lub opisać w liście do jednego z Ważniaków. Zabawka ma także właściwości lecznicze. Jeśli czujesz się nieszczęśliwy, bo masz za małą pensję, to Ważniacy przyznają ci natychmiastową podwyżkę, pod jednym tylko warunkiem, że przystąpisz do programu lojalnościowego.

Gracze mogą wyznaczać sobie dowolne role i nadawać sobie dowolne tytuły lub nazwy, o ile nie naruszają one zasad poprawności językowej. Przykładowe nazwy to Szary Obywatel, Demonstrant, Policjant, Sędzia, Prokurator, Lekarz, Czarna Wdowa, Polityk, Niepewny, Ksiądz i Zwykły Dziad. Zaleca się niestosowanie nazw takich jak Pedał, Dziwka czy Cham, ponieważ wywołują one nadmierną ekscytację i mogą zakłócać przebieg gry.

„Mechaniczny kraj” nie stawia ograniczeń wieku, doświadczenia czy rozwoju umysłowego; każdy może w nim znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Ponieważ jest to zabawka samodoskonaląca się, nie jest wiadome, w jakim kierunku rozwinie się ona ani jak mogą się zmienić zasady gry. Dla pewności natura wyposażyła Ważniaków w ograniczoną sztuczną inteligencję, aby nie mogli uzyskać całkowitej przewagi nad innymi uczestnikami gry. Nie jest jednak pewne, czy nie zechcą zmienić jej zasad, aby ostatecznie dokopać pozostałym graczom.

Zabawka zyskała natychmiastową popularność, jak tylko ukazała się na rynku. Najpierw zaczęły z niej korzystać osoby pragnące uniewinnienia, potem grzesznicy chcący pozbyć się wyrzutów sumienia, następnie ludzie z nieczystymi spojrzeniami, bogaci wytwórcy szybkich podwyżek cen, w końcu handlarze sumień. Z zabawki mniej korzystają osoby mające własne pomysły na zabawę, pragnący mieć więcej czasu na samodzielne czytanie literatury lub chodzenie na demonstracje, aby przewietrzyć sobie płuca na świeżym powietrzu.

Podsumowując, „Mechaniczny kraj” jest zabawką o szczególnych walorach rozrywkowych i poznawczych, wywołującą silne wrażenia, podobnie jak jeżdżenie samochodem pod prąd na autostradzie czy igraszki z nieznanymi dopalaczami.

Dzieje człowieka i narodu

Kiedy Bóg stworzył Adama i zobaczył, że jest on szczęśliwy, stworzył kobietę, aby poznał także, co to jest cierpienie. Kiedy naród poczuł się szczęśliwy, pojawił się Jarosław Kaczyński, aby mu przypomnieć, że Bóg nie tylko istnieje, ale i czuwa.

Dykteryjka o krótkości życia napisana na okoliczność paranoidalnych czasów

Życie przeminęło mu błyskawicznie. Kiedy zdał sobie sprawę z jego przelotności, było już po wszystkim. Dożył dziewięćdziesięciu lat.

W ostatniej chwili zdążył zastanowić się jednak nad krótkością i przemijaniem. Nie wszystko pamiętał. Przeleciał szybciutko dziesiątkami po tych dziewięćdziesięciu latach. Nie doliczył się lat dwudziestych, trzydziestych i pięćdziesiątych. Wypadły mu z pamięci jak klucze księdzu z rękawa sutanny. Z pomocą pośpieszył mu brat bliźniak, młodszy o pięć lat, przez co wszystko lepiej pamiętał. Nie był miły. Wywalił mu prosto z mostu:

– Miałeś przerwy w życiorysie, bo to albo więzienie, albo pijaństwo. Taki byłeś, nie da się zaprzeczyć.

Usłyszawszy te podłe słowa, naruszające głęboko jego godność osobistą, nie chciał wierzyć, że to istotnie jego brat bliźniak, w dodatku o pięć lat młodszy. Nie wierzył, ale mu wytłumaczyli, że są przecież podobni do siebie jak dwie krople wody. Co więcej, noszą to samo imię: Jarek.

– Dlaczego mamy to samo imię? – pytał chyba ze trzy razy z uporem maniaka. – Dlaczego tylko jedno imię?

– Daliśmy wam to samo imię, bo jesteście tak podobni do siebie, że sam diabeł by was nie rozpoznał – był to głos jego babci, miała wtedy grubo ponad sto lat. Nikt dokładnie nie znał jej wieku, bo jej dowód osobisty zapodział się gdzieś w czasie pierwszej wojny światowej.

Z wcześniejszych wydarzeń Jarek pamiętał, że urodził się w rodzinie uczciwych chrześcijan, osób głęboko wierzących w dobro, nie wylewających za kołnierz, jak się to wtedy mówiło, oraz że jak się urodził, to był strasznie rudy, co mu od razu pielęgniarka wypomniała. Ponieważ nie wierzył, pokazała mu jego rudość w lusterku.

Wszyscy byli zachwyceni płomienną czupryną. Uznali ją za ważniejszą okazję do wypicia niż same urodziny.

– Dzieci rodzi się do groma i trochę, ale mało wśród nich jest rudasów – odezwały się głosy.

Było to na sali porodowej. Towarzystwo zebrało się błyskawicznie, aby nie marnować czasu, bo już wtedy było wiadome, że czas to pieniądz. Przynieśli ze sobą wódkę, wino i piwo, i tylko jedna osoba litrowy słoiczek rydzyków w occie. Nikogo to nie zdziwiło, bo od dziwienia robią się zmarszczki. W służbie zdrowia alkoholu wtedy nie brakowało, bo dla pewności zaopatrzenia, na dole, w suterynie, w dawnej izbie przyjęć, zorganizowano małą bimbrownię.

Wody nikt nie przyniósł.

– Bo i po co? – mówili zebrani. – Czy człowiek jest polem ryżowym wymagającym nawadniania?

Jarek od razu wiedział, że nie lubią wyrazu ani pojęcia „irygacja”, bo był to wyraz obcy, dziwnie brzmiący.

Tylko ojciec zmartwił się jego włosami. Powiedział wtedy na głos, choć był głuchoniemy od urodzenia.

– Niedobrze, że jest rudy.

– Dlaczego? – pytano. – Chciałbyś, żeby urodził się łysy, w dodatku głuchoniemy tak jak ty? Przecież to głupio wygląda.

– Nie, chodzi mi o coś innego – odparł ojciec. – Będzie fałszywy. Wiadomo, rudy to fałszywy. Ja wprawdzie uczciwością nie grzeszę, ale tylko wtedy, kiedy jestem trzeźwy. W pijanym widzie jestem uczciwy jak mało kto. W dodatku u mnie w rodzinie nikt nigdy nie był rudy.

Jarek nie pamiętał dokładnie jak się urodził, bo strasznie się wtedy upił mlekiem matki. „Mleko”, był to pierwszy wyraz, który wymówił. Potem przez rok nic nie mówił. Mleko okazało się wzmocnione, bo mama Jarka wypiła kieliszeczek wódki na szczęście.

– Pamiętaj, gówniarzu, powiedziała wtedy do niego, że ważne zdarzenia trzeba uroczyście obchodzić. A jak się coś obchodzi, to wiadomo, z alkoholem, pompą i paradą.

Kiedy to wyrzekła, ksiądz, który przyjechał, aby Jarka ochrzcić, bo wyglądał blado i słabowicie, od razu solidnie polał go wodą z sikawki. Był to gest bardzo spontaniczny i naturalny, bo w szpitalu była drużyna strażacka, a on wszędzie widział ogień, przeważnie piekielny, tak głęboko wierzył w niebo, czyściec i piekło. Najgłębiej oczywiście w piekło.

W ostatnim momencie życia Jarka coś strasznie huknęło i było już po wszystkim. Ze zdarzenia zapamiętał tylko to, że czekał na niego pan Bóg z otwartymi ramionami. W jednej ręce trzymał gałązkę oliwną a w drugiej butelkę z okowitą. Całe pół litra. Uśmiechał się, ale nierówno, bo tylko jedną połową twarzy, na drugiej wyraźny był gniew.

– Czemu, Panie, jesteś na mnie półgniewny? – zapytał Jarek z głupia frant. – Byłem przecież pobożnym człowiekiem i chodziłem regularnie do kościoła. Wiedzą o tym nawet ludzie niewierzący.

– Bo mi przeszkadzasz. Graliśmy tu sobie spokojnie w wiścika, a tu raptem otrzymuję wiadomość, że zjawiasz się u nas i to bez zapowiedzi. Nie dość, że włazisz z kopytami do nieba, to jeszcze zadajesz głupie pytania. Mam prawo być gniewny. W niebie, musisz to wiedzieć, ordnung muss sein, jak mówią wszyscy kanclerze począwszy od Bismarcka. Panie, świeć and jego duszą – westchnął.

Jarek przyjrzał mu się dokładnie, lecz nie był pewny, czy był to rzeczywiście sam Stwórca, czy też jego patron, Święty Jarek, ale pod dobrą datą. Kiedy wypili w końcu na przywitanie, jak dobrzy krajanie, film mu się kompletnie urwał.

Taki był koniec życia Jarka, człowieka dobrej woli, ostatni dzień dziewięćdziesiątego roku licząc od dnia urodzin.

 

Opowiadanie „Mój życiorys” dwoma zdaniami pisane

Prolog

Wczoraj świętowałem okrągłą rocznicę ukończenia studiów, tak odległą, a może nawet jeszcze bardziej niż odległą, że wolałbym o tym zapomnieć, co nie przychodzi mi trudno, bo pamięć jak wiadomo starzeje się szybciej niż ciało. Otóż to świętowanie spędziłem w gronie przemiłych koleżanek i kolegów z czasów studiów w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Sopocie; niech im Bóg wybaczy, że nie znali mnie od strony pisarskiej, bo przecież od dawna umiem wysłowić się nie tylko gębą, ale i piórem czyli pisząc na komputerze.

Poniższe opowiadanie napisałem właśnie z myślą o nich, aby przypomnieć, kim jestem i jaki mam życiorys, a nawet porównać siebie z pewnym celebrytą, którego nazwisko kończy się identycznie jak moje. Jest to istotne, bo jak mówił znany polityk ważne jest, jak kto kończy, a nie jak zaczyna. Dla ułatwienia przypomnę, że ten polityk ma na imię Leszek i lubi nieśmiało się uśmiechać, i jest znany z tego, że nie tylko wynalazł ogórek rodzaju żeńskiego, ale też starał się go wypromować na prezydenta, choć miała ona nogi i biodra kojarzące się bardziej z erotyką niż z głową państwa. Co do piersi, to raczej nimi nie imponowała. Mówiła za to bezgłośnie.

Opowiadanie „Mój życiorys”

Nazywam się … pomyślałem sobie, co to kogo obchodzi, czy to takie ważne i co to komu powie, jak brzmi moje prawdziwe nazwisko, w każdym bądź razie kończy się ono na „ski” i to mnie martwi, bo znam takiego jednego, nawet bardzo popularnego faceta, pokazywanego w telewizji, który ma się za wielkiego wodza i przewodnika, choć nie jest znowu taki wielki wzrostem, skoro chodzi z przenośną drabinką lub na koturnach, którego nazwisko też kończy się właśnie na „ski”, przez co jest bardzo nielubiany, choć są też i tacy, co go uwielbiają, nazywają go geniuszem; ci pierwsi porównują go do ptaka, w dodatku samca, domowego czy też pływającego, jakie to ma znaczenie, bo na przykład w powiedzeniu „on ma ptaka” brzmi nuta wprawdzie dojrzałości, ale i seksu, który kojarzy się wielu, prawdopodobnie i tobie, z wyuzdaniem i to niemałym, to już chyba lepiej „on ma ptaszka”, bo to kojarzy się z dzieckiem i mlekiem matki, a przecież matka to i ziemia i ojczyzna, w ogóle robi się wtedy cieplej, ale nie zagadujmy się, że jeśli masz nazwisko kończące się na „ski” i rysują cię żółto na plakatach i transparentach jako ptaka w dodatku pieczonego w duchówce, to robi ci się od razu gorąco, podobnie jak i mnie, więc dlatego nie lubię być nazywany nazwiskiem na „ski”, krótko mówiąc powiem okrężnie, że nazywam się Michael Tequila z dodatkiem w środku Michał, co brzmi bardzo rodzimie, patriotycznie i religijnie, bo przecież Michał Archanioł, czyli wracając do rzeczy w sumie nazywam się Michael (Michał) Tequila; brzmi to jak nazwisko mocno alkoholizowane czyli dobrze się kojarzące, zupełnie inaczej jak w przypadku tego drugiego na „ski”, który jest abstynentem i kojarzy się z ptakiem, choć są i tacy, co obrzydliwie nazywają go palantem; mówiąc prawdę, która jest słodka nawet szanującemu się łajdakowi,  nie wydaje się to niesłuszne albo nietrafne, skoro tyle zamieszania, co on wprowadził w kraju i w Europie, a może nawet i częściowo na świecie, to i sam Pan Bóg by nie uczynił, choć też ma niemały dorobek w sianiu zamieszania, wynajdując na przykład starość, co nie wydaje mi się dobrym pomysłem, bo przecież kiedy masz imieniny albo nawet urodziny, to każdy przychylny i rozsądny człowiek życzy ci „Bądź zdrów” i „Żyj do woli”, a nie przypomina ci o tym, że życie nie trwa wiecznie. Ani też nie wspomina ci ptaka, co zło czyni.

Michael Tequila w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p

Wakacyjno-patriotyczne uniesienia majowe. Drugi dzień wypoczynku

 

Przed domem był też bocian. Dorodny, stał na straży i patrzył. Zaklekotał kilka razy. Kiedy podszedłem bliżej, zamilkł. Okazało się, że pełnił rolę stracha na żaby i właśnie rozpoczął dyżur.

– Dziś jest trzeci maja – powiedział, dosyć niewyraźnie, bo głos miał dziobowy, przez nos. – Jestem patriotą. Obowiązek przede wszystkim – dodał. Potem usiłował nam wytłumaczyć, jaki to mamy fantastyczny rząd, ale ani ja ani nikt inny mu nie uwierzył, więc zamilkł.

Następnego dnia rano wstałem wcześnie, aby pobiegać. Pies chciał się ze mną lizać. Był bardzo pozytywnie usposobiony, ale odmówiłem. Nie całuję się przed śniadaniem. W istocie rzeczy była to suczka Gaja. Wiadomo, istoty żeńskie są bardziej uczuciowe.

Drugi pies, imieniem Gajusz, był bardziej wstrzemięźliwy. Zachowywał się poważnie. – Rano jest za wcześnie na amory – rzucił mimochodem. Byłem tej samej opinii.

Wyruszyliśmy. Najpierw szedł Gajusz, potem ja, w końcu Gaja.

– Ubi tu Gaius, ibi ego Gaia – odezwała się. Zrozumiałem, bo też uczyłem się łaciny, że chodzi o to, że gdzie jest Gajusz, tam też jest Gaja. 

Kiedy wyszyliśmy na drogę między polami, cisza była taka, że słyszałem własne milczenie. Zagubiłem się w tej ciszy. Poprosiłem psy, aby się odezwały. Przyjęły to entuzjastycznie. Biegaliśmy we trójkę, z tym, że ja chyba najwięcej. Gaja zrozumiała, że jest to bieg sztafetowy, bo nieprzerwanie usiłowała wręczyć mi kijek, znaczy się pałeczkę.

Po południu był obiad, posiłek obfitszy i wspanialszy niż słynne „wielkie żarcie” Marco Ferreri z Marcello Mastroiannim w roli głównej. Zabrakło mi tylko orgii poobiedniej. Wszyscy udawali, że niby są tak najedzeni, że nie mają chęci na figle. – Może innym razem – sugerowali.

Przypomniało mi to historię tureckiego baszy. Po sutym, bardzo obfitym jedzeniu, przyniesiono mu na jednej tacy piękną, półnagą hurysę z haremu, a na drugiej wielkie, czerwone, pachnące jabłko. Basza przenosił kilka razy wzrok z jednej tacy na drugą, w końcu powiedział:

– Nie. Dzisiaj poproszę jabłko.

Najbardziej zapamiętałem krem ze szparagów z lanymi kluskami. Smakiem przerastał ludzkie wyobrażenie. Krem był tak bajeczny, że myślałem, że umrę z rozkoszy. Jeśli tego nie uczyniłem, to tylko dlatego, że nie wypadało wpadać w agonię przy stole z gośćmi. Odłożyłem to na później, ponieważ otrzymałem przepis na krem.

Będę szczery. Wszystkim zalecam pobyt w gospodarstwie agroturystycznym w maju, w dobrym towarzystwie, z dużą ilością opowiadań przy ognisku i alkoholu.

In vino et in spiritu veritas.

 

Świat zezwierzęcony. Opowiadanie Józef konieje

Wieczorem Józef przyglądał się swojej twarzy w lustrze, dostrzegając powoli zachodzące przemiany. Była to jeszcze twarz ludzka, ale już z pierwszymi, niezbyt wyraźnymi, można by powiedzieć nieśmiałymi rysami końskiego pyska. Jego nos wyraźnie się powiększał jednocząc się z ustami, przechodzącymi stopniowo w chrapy końskie, wypełniając wspólnie coraz większą powierzchnię twarzopyska. Wyobraził sobie chrapy końskie, rozwinięte, wilgotne i obfite. Myślenie o nich wzruszało go, bo kojarzyły mu się z czułością i całowaniem; pragnął wtedy, aby proces zmian był jak najszybszy.

Któregoś razu, stojąc przed lustrem zauważył zęby, powoli żółciejące i powiększające się do końskich rozmiarów, coraz bardziej imponujące. Pomyślał o dojrzałym garniturze końskich zębów, takich, które pozwoliłyby mu chwycić w pysk całą wiązkę siana i żuć ją z rozkoszą.

Do głowy, o której coraz częściej myślał jako o łbie, przychodziły mu także inne pomysły. W dzieciństwie przyglądał się jak ojciec oprawiał króliki i ściągał z nich skórę, a potem rozciągał na drewnianą ramkę, aby ją dobrze oczyścić, podsuszyć i zakonserwować na futerko. Oczywiście cały ten proceder znęcania się nad innym zwierzęciem, w dodatku puszystym i miłym w dotyku, był obrzydliwy i wywoływał w nim odruch wymiotny. Teraz jednakże chodziło mu tylko o to, czy nie dałoby się poprzyczepiać końcówek warg na malutkich haczykach, czy choćby nawet na gwoździkach, do podobnej drewnianej ramki, aby przyspieszyć ich rozciągnięcie do wielkości normalnych chrapów końskich, jakie widział już u siebie oczami wyobraźni rozbuchanej pragnieniem.

Gwoździki i haczyki to nie był jego pomysł, tylko filipiński, związany z uroczystościami udręczania ciała dla upamiętnienia ludzkiej męki. Józef wracał do tej myśli, ponieważ zdawał sobie sprawę, że chodzi o zagadnienie, którym będzie musiał się kiedyś poważnie zająć, a mianowicie o duchowość zwierzęcą.

W miarę jak coraz bardziej koniał (używał teraz częściej wyrazów z końskiego słownika), Józef z radością a nawet z uniesieniem ćwiczył różne ihaha i inne formy rżenia, przybliżające go do końskiego gatunku. Nie było to łatwe; odzwyczajać się od ludzkich nawyków i zwyczajów, które wydawały mu się coraz bardzie nienaturalne, wręcz chamskie, i przechodzić na bardziej szlachetne, zwierzęce, w szczególności końskie.

Podobało mu się samo zezwierzęcenie. Dostrzegał w nim tyle zalet, że wprost nie mógł się nadziwić, jak w przeszłości mógł być człowiekiem, wprawdzie też zwierzęciem, ale podlejszego, prostackiego gatunku. W momentach gniewu nazywał go bestią, gadziną, co najwyżej ssakiem, bo było to mniej obraźliwe.

C.d. w przygotowaniu

Adres strony autorskiej z recenzjami opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Wakacyjno-patriotyczne uniesienia majowe. Rozmowy przy ognisku.

Krótkie jak senne marzenie wakacje spędziłem w gospodarstwie agroturystycznym; odświeżyły mnie one bardziej niż pół tuzina butelek zimnego piwa chmielowego z Lubelszczyzny. Wieś była tak mała, że na mapie jej nazwa była wielkości łebka od szpilki. Dojazd był zaszyfrowany; mogę zdradzić tylko, że po drodze była stara i nowa gorzelnia, sześćdziesiąt znaków drogowych, trzy ostre zakręty, zielony dach i dwa dęby. Jadąc, aby nie zagubić się, liczyłem domy. Naliczyłem co najmniej trzy.

Na miejscu zastałem szlaban z solidną kłódą i łańcuchem przy wjeździe, a za nimi dobrze utrzymane obejście. Agro było więcej niż turystyki. Wokół sama przyroda; z techniki zauważyłem tylko kilka samochodów osobowych, potem także naczynia kuchenne i siekierę. W centrum posiadłości, usytuowanym na jej początku, stał stuletni drewniany dom, nieco dalej stajnia z drewutnią, a w stajni boksy dla koni wielkości małych boisk. Koni nie było. Właścicielka majątku wyjaśniła, że konie tak się rozbisurmaniły luksusem, że pewnej księżycowej nocy wybrały wolność. Z jej słów wynikało, że koń to zwierzę z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Nie głoszę tego powszechnie, bo kościół mógłby się sprzeciwić.

Przed wjazdem do posiadłości znajdował się staw, wyglądał tajemniczo, porośnięty drzewami i pokryty żabim skrzekiem. Żaby dawały bezpłatny koncert.

Mnie się wydało, że słyszałem dźwięk malutkich organów i utwory Haendla, Bacha

i Brahmsa, wyłącznie muzyka poważna, inni, że było to tylko kumkanie, wprawdzie artystyczne, ale nieporównywalne z trzema wielkimi kompozytorami, w dodatku Niemcami, co mogło by nie spodobać się rządowi.

Towarzystwo było nieliczne, ale doborowe. Wkrótce rozpalono ognisko, zaczęło się pieczenie kiełbasek i niesamowite opowiadania. Wszyscy opowiadali o swoich przeżyciach, niektóre z nich tak mroziły krew w żyłach, że poczułem dreszcze. Skojarzyłem to sobie z nagłym oziębieniem atmosfery, nie wiem czy słusznie.

Najciekawiej i najwięcej opowiadał kapitan żeglugi dalekomorskiej, podwodnej i nawodnej oraz rybackiej, obwieszony orderami i medalami. Jak się okazało, był to książę krwi spokrewniony z maharadżą Udaj Singh Dygnijmy z północnych Indii. Potwierdziła to pani, która rozmawiała z kucharzami księcia. Była w księciu zakochana, chciała nawet popełnić samobójstwo, kiedy dowiedziała się, że jest żonaty i ma sześcioro dzieci. Aby odwieść ją od tego strasznego planu, który oprócz jej życia mógłby zrujnować także jego nieposzlakowaną reputację, książę oddał jej najcenniejszy order. Powiedziała, że nosi go nieprzerwanie na sercu, choć jest nieco ciężki i uwiera ją w pierś.

– Kobieta jest zdolna znieść w wszystko – oświadczyła z dumą, wspominając także pewną wybitną kobietę polityczną, prawdziwego męża stanu, która na piersi nosiła niezliczone kilogramy broszek, medalionów i kotylionów.

Panie obecne przy ognisku potwierdziły, że cierpienie jest ulubioną formą rozrywki każdej dojrzałej kobiety, podając liczne przykłady cierpienia, które je uszlachetniło. Wzruszeni mężczyźni nagrodzili to oklaskami; trwałyby one znacznie dłużej, gdyby nie zmęczenie, jakie wzięło górę nad duchowym uniesieniem.

Wśród gości objawiły się też inne talenty. Właścicielka majątku była osobą nie tylko przemiłą, ale tak pracowitą, że okoliczne mrówki uznały, że odbiera im reputację.

– Ona wstaje wcześniej niż my, idzie później spać niż my, i wykonuje w ciągu dnia znacznie więcej pracy niż my! Były wyraźnie rozżalone.

Inna z kolei pani, też osoba niezwykłej dobroci, tak udanie modulowała głos, mimikę i ruchy naśladując znajomego geja, że kiedyś jej powiedział:

– Och! Och! Och! Pani robi to tak cudownie, że wydaję się sobie nieautentyczny. Byłbym jeszcze lepszym gejem, gdybym to potrafił!

Zaproponował jej prowadzenie za dobrym wynagrodzeniem szkoleń dla gejów w zakresie chodzenia, gestykulacji i użycia głosu, ale odmówiła z powodu braku czasu. Nie podobało jej się także to, że proponował szkolenia dla gejów, nie wspominając nawet lesbijek, co było jawnym przykładem dyskryminacji.

Dyskusja zeszła na tory normalności i nienormalności, inności, odmiany i estetyki zachowań.

Większość skłaniała się do tego, że całujące się kobiety wyglądają bardziej estetycznie niż całujący się mężczyźni, co wprowadziło do dyskusji wątek wyborów prezydenckich, którego nie zrozumiałem do końca, ponieważ nie widziałem nawet na zdjęciu całujących się prezydentów, z wyjątkiem św. pamięci tow. Breżniewa, przywódcy Związku Radzieckiego serdecznie całującego w usta św. pamięci tow. Honeckera, przywódcę Niemieckiej Republiki Demokratycznej, gdzie obecni przy ognisku kupowali ciżemki, łyżki wazowe, maszynki do przecierania buraków i podobne rewelacyjne zdobycze kultury materialnej komunizmu.

Była to dyskusja tak wszechstronna, że wszyscy wyszliśmy ubogaceni, jak mówił pewien duchowy purpurat, niższy wzrostem za to wysoki rangą, czemu się sprzeciwiłem i sprzeciwiam, ponieważ należy mówić wzbogacony, a nie ubogacony, skoro prefiks „u” jest umniejszający, choć nie zawsze, jak na przykład umniejszać, uciąć, upodlić, natomiast prefiks „w” jest powiększający, choć nie zawsze, jak na przykład wzbierać, wywyższać. Ktoś podał przykład „wzwód”, co wszyscy podchwycili jako niezwykle trafny, dobitny i życiowy.

Na tym skończyła się dyskusja przy ognisku, robiło się późno i baliśmy się, że w ciemności rozmowy zejdą na bagno, co byłoby niebezpieczne nawet dla osób umiejących pływać. Ponadto mogłoby się to nie spodobać łabędziom i dzikim kaczkom, które tak jak ludzie stanowią część przyrody ożywionej, z wyjątkiem osób nie mających własnych poglądów na rzeczywistość w kraju, która mogłaby być lepsza, a jest taka, jaka jest, czyli kojarząca się z bagnem.

C.d. w przygotowaniu

Świat zezwierzęcony. Opowiadanie Eksperyment genetyczny

To opowiadanie jest krótsze niż świst bata służącego edukacji zdeformowanych łajdaków rządzących krajami na pograniczu Azji, Unii Kontynentalnej i Pobożności. Napisałem je w chwili upojenia, jakie nawiedza mnie od czasu do czasu, jako zapowiedź proroctw o przyszłym powszechnym zdrowiu umysłowym zwierząt, ludzi i krajów. 

***

Sprawy nie poszły tak, jak trzeba, tylko dużo lepiej, choć bardziej nieprzewidzianie. Eksperyment genetyczny prowadzony w Laboratorium im. Świętej Pamięci, którym rządził wyjęty z szafy, dobrze odkurzony prokurator o twarzy popękanej długotrwałą amnezją, miał na celu przyśpieszenie ewolucji zwierząt domowych, zwłaszcza koni.

– My poszliśmy do przodu, a one zostały z tyłu, za nami i to tak bardzo, że nawet nie potrafią znaleźć się, jak trzeba. Nie umieją zaśmiecać ulic i oceanów, ani przeklinać, ani donosić, ani mścić się, nie wspominając nawet o podłożeniu świni bliźniemu lub zbudowaniu średniej mocy bomby atomowej – była to wypowiedź pewnego duchownego, osoby uczuciowej, wielodzietnej, nad wyraz rozwiniętej moralnie i sięgającej wzrokiem nieba, gdzie za firankami z muślinu i tiulu mieszkali Bogowie. Było ich kilku, bo każda religia miała swojego, którego uznawała za jedynego i właściwego, niechętnie odnosząc się do pozostałych.

Eksperyment udał się nadzwyczajnie, a nawet jeszcze bardziej; jego efekty przekroczyły zamierzone cele. Dzięki zastosowaniu sztucznej inteligencji z dodatkiem specjalnego katalizatora importowanego z Chin, produkujących i eksportujących każdy towar w ilościach przekraczających ludzkie wyobrażenie, konie w laboratorium wyewoluowały znacznie szybciej niż przewidywano. Podejrzewano, że maczała w tym palce małpa zatrudniona w charakterze pomocnika laboranta do przenoszenia cięższych próbówek i kawy w plastykowych kubeczkach.

Tak czy inaczej stało się. Nowe konie były tak udane, że widmo zawisło nad człowiekiem. Było to widmo obawy, że podobnie jak on przeznacza świnie, indyki, krowy, barany i inne zwierzęta na ubój, tak konie mogą przeznaczyć człowieka na produkty żywnościowe z dodatkiem konserwantów, albumin i substancji smakowych. Wprawdzie dodatki były pewnym pocieszeniem, ponieważ pozwalały oszczędzać podstawowy surowiec, to jednak nie rekompensowały nawet dziesięciu procent obaw, co zwierzęta mogą zrobić z człowiekiem.

Sprawy rozwijały się błyskawicznie. Dwa dni później konie stanowiące własność furmana Józefa Kutwy zaprzęgły go do dorożki, wkładając mu chomąto na szyję i

munsztuk do pyska. 

Potem kierujący dorożką wałach chwycił w jedno kopyto mocne wodze a w drugie siarczysty bat.

– Ciągnij – ryknął, kiedy już ze swoją partnerką, kobyłą Karą, usadowili się na koźle.

Furman Józef nie zrozumiał polecenia, gdyż rzadko kiedy zwierzęta odzywały się do niego i nie miał możliwości nauczyć się szybkiego i sprawnego rozpoznawania ich głosów. Nie było to nadmiernie trudne, bo głos Wałacha brzmiał nieco chrapliwie, w głosie zaś Kobyły było więcej dyszkantu. 

– A dołóż człapakowi batem! – Szepnęła kobyła, tuląc się do wałacha, oboje z grzywami wzburzonymi wichurą sprawiedliwości dziejowej wspomaganej genetyką.

Ten, nie wahając się, ścisnął mocniej bat i przylał zdrowo furmanowi. Pociągowy poczuł ból i rosnącą pręgę na plecach. Już miał bluznąć „Wy wałachy syberyjskie”, w ostatniej chwili powstrzymał się jednak, kierowany błyskiem intuicji, jaką nabył w jednej chwili po uderzeniu bata. Pociągnął. Szło mu słabiutko, pocieszył się jednak, że początki są zawsze trudne. Ciągnąc dorożkę prosto przed siebie, jak mu wskazywała świeżo nabyta intuicja (Wałach nie dał mu jeszcze wskazówek), obserwował najbliższe otoczenie.

– Świat zmienił się nie do poznania – pomyślał. Przejeżdżając obok jeziorka widział jak kudłaty kundel imieniem Martuś rzuca w górę kijek i każe go raportować niemłodej już kobiecie ubranej w czerwoną bluzkę, obcisłe getry i sportowe obuwie. Ta bez wahania podskoczyła jak sarenka, popędziła za kijkiem i za chwilę przyniosła go w zębach. Szminka trochę jej się rozmazała przy niesieniu kijka, chciała ją poprawić, ale nie zdążyła, bo w drodze był już następny patyk. Chwyciwszy rzucony przedmiot popędziła jak mogła najszybciej do Martusia, aby zasłużyć na słodkie ciasteczko, jakim kiedyś go karmiła dla wyrobienia w nim nawyków pościgowo-myśliwskich.

Nieco dalej, za płotem farmy hodowlanej, Józef zauważył koziołka Ozona, męża sarny Tlenowej, jak uderzał rogami mężczyznę celując w najbardziej wrażliwe miejsca. Znał oboje z imienia, ponieważ kiedyś dla żartu nakarmił ich papierem zawiniętym w pęk trawy.

– Rusz się gnojku i podaj mi wodę – zabeczał kozioł do właściciela farmy, teraz jednego z jej obiektów hodowlanych,

Później przejeżdżali koło cyrku. Józef nigdy wcześniej go nie widział, nie zdziwił się jednak, zdając sobie sprawę, że patrzy z innej czasowej i geograficznej perspektywy. Przed wielkim namiotem niedźwiedź Misza brał się za bary z prezydentem Uti, znanym z wielkich umiejętności siłowo -sprawnościowych, o których rozpisywała się imperialna prasa. Uti zawsze wygrywał, dzięki czemu utrzymywał się nieprzerwanie w roli gieroja imperium, szczycąc się, że jest ono najmocniej osadzone na ziemi dzięki nowoczesnym gąsienicom i zdalnie sterowanym rurom typu woda-powietrze. Niedźwiedź przypomniał sobie, jak Uti dwukrotnie powalił go upokarzająco na matę w trakcie Mistrzostw Świata w Zapasach, i mściwie mruknął „Niedoczekanie twoje” i jednym ruchem wielkiej łapy rzucił na matę dysząc mu prosto w oczy: – Widzisz, sobaczy synu, jak to przyjemnie upadać wbrew swojej woli! Nawet narkotyki i odmładzający botoks ci nie pomogły.

Józef przestał obserwować cyrk. Było to dla niego zbyt bolesne. Pomyślał o przywódcy swojego kraju, że i jemu też przyjdzie boleśnie upaść na ziemię, kiedy rzucą się na niego zwierzęta, nad którymi się znęca. Przypomniał mu się Darwin, któremu pokręciło się, że ludzie są także zwierzętami. Józef miał teraz do nich znacznie lepszy stosunek, oparty na duecie bata i marchewki, niż przed eksperymentem laboratoryjnym. 

Jadąc dalej zobaczył chlew a obok świnie podkładające sobie nawzajem ludzi w celach wyrządzenia przykrości. Nie obserwował długo, gdyż musiał skupić się na drodze i pośpieszyć, bo znowu dosięgł go ostry bat i głośny okrzyk:

– Ruszaj się, łajzo, bo jak nie, to oddamy cię na wędliny.

Pod wpływem widma dymu z wędzarni przypominającej dobrze utrzymany barak obozu ciężkiej pracy, Józef poczuł mdłości i nie odzywał się już nawet do siebie. Kiedy po zakończeniu roboty stanął przy żłobie, nie myślał o nim jako źródle szczęścia i dobrobytu, gdyż wewnątrz znalazł tandetne żarcie z supermarketu „Tania pasza dla zwierząt” a obok wiaderko zimnej wody.

Świat Kutwy zawalił się ostatecznie. Nie miał nic na swoją obronę. Ogromnie żałował, że nie zapisał się do żadnej partii politycznej, aby wejść do parlamentu i zyskać immunitet. Teraz by mu się naprawdę przydał. Było to bardzo bolesne przeżycie. Chciał jeszcze pomyśleć o czymś pozytywnym, a może nawet i pomarzyć, ale wędzidło tak bardzo uwierało go w pysk, że zapomniał, o co mu chodziło.

Następnego dnia Józef trafił na dawny targ koński, na którym teraz handlowano ludźmi. Między budkami z piwem, kioskami z prasą i sklepami z uprzężą, spacerowały konie poszukujące woźniców pociągowych. Józef został przywiązany do słupka niedaleko od bramy wejściowej, do szyi przyczepiono mu tabliczkę z promocyjną ceną i napisem „Sale”. Od samego rana podchodziły do niego konie, sprawdzały jego stan zdrowia, wiek i zadawały pytania. Nie wszystko w ich zachowaniu podobało mu się. Konie zaglądały mu w zęby odchylając górną i dolną wargę, sprawdzały pęciny i rozpinały koszulę, aby sprawdzić szerokość klatki piersiowej, a jedna kobyła nawet ściągnęła mu spodnie, aby sprawdzić zad. Pytano także, czy nie jest narowisty. Potencjalni nabywcy spluwali najczęściej z dezaprobatą, ganiąc Wałacha i Kobyłę, że wystawili na sprzedaż małowartościowy towar.

W miarę upływu czasu, Józef popadał w coraz gorszy nastrój. Mimo dwóch obniżek ceny, żaden koń nie wykazał zainteresowania jego kupnem. Słysząc szepty właścicieli, coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, co go czeka. Przed oczami stanęła mu rzeźnia, w której przerabiano takich jak on woźniców pociągowych na konserwy dla psów. Wyobraził sobie nędzę końcówki swego życia bez ostatniego papierosa i ostatniej szklaneczki bimbru. Zanim ostatecznie załamał się, podeszły do niego Wałach i Kobyła. Patrzyły mu długo w oczy, po czym zbadały puls. Po krótkiej wymianie spojrzeń między sobą Kobyła oświadczyła:

– Nie martw się, Józefie! Nie byłeś najlepszym furmanem, ale nas nie głodziłeś. Byłeś zwykłym łajdakiem jak każdy inny woźnica, którego poznałyśmy. Dlatego też postanowiłyśmy dać ci szansę. Nie oddamy cię na przemiał. Zajmiemy twój dom, a ty zamieszkasz w stajni i będziesz spokojnie żyć na naszym łaskawym chlebie. Jak będziesz się dobrze sprawować, podrzucimy ci świeże obierki, kilka jabłek lub pęk marchewki, może nawet wypuścimy na pastwisko. Będziemy o ciebie dbać; raz na dwa tygodnie zaprowadzimy cię do rzeki albo na miejscu umyjemy wodą ze szlaucha i wyczeszemy zgrzebłem. Za jakiś czas trzeba będzie cię podkuć.

– No i będziemy musieli cię wykastrować, abyś nie brykał za dużo. To byłoby niebezpieczne – dodał poważnie Wałach. Od czasu zapisania się na zawodowy kurs powożenia i higieny pracy transportowej na drogach publicznych czuł się odpowiedzialny za bezpieczeństwo pojazdu i pasażerów.

– Czy to znaczy, że przechodzę na emeryturę? – Józef nie mógł powstrzymać się od pytania.

– Niezupełnie. Będziesz wozić nas na targ i na zakupy do supermarketu, także do dentysty i do kina, tam gdzie będziemy potrzebować. Nie będzie ci źle. Musisz się tylko dobrze sprawować, aby udowodnić, że i człowiek potrafi być porządnym zwierzęciem.

Moje książki https://tinyurl.com/y895884p

Najnowsza teoria wybuchów lotniczych

Iwan Iwanowicz – płynący śmiało na fali sennych uniesień i przepowiedni – na zebraniu przy krawężniku zrelacjonował najnowszą teorię wybuchów lotniczych. Łącząc się telepatycznie z niejakim Frankiem Taylorem, brytyjskim ekspertem od wypadków lotniczych, dowiedział się o najnowszej teorii rozpadu samolotów, tłumaczącej wszystkie wypadki lotnicze od czasu wynalezienia sennika egipskiego.

– Powiadomiłem już przyjaciół o moim odkryciu – entuzjazmował się Frank. I kierownictwo waszego Folwarku Zwierzęcego im. George’a Orwella, prezydenta USA i King Konga z Hong Kongu. Chodzi o bomby geriatryczne.

Na początku Iwan Iwanowicz przeraził się, bo nikomu bomby nie sprawiają przyjemności, z wyjątkiem ich konstruktorów oraz podkładaczy, ale przytomnie zapytał:

– Jak one działają?

– Bomba geriatryczna wybucha dowolnym miejscu i czasie, na żądanie. Wystarczy, że ktoś krzyknie „bomba geriatryczna”. Najczęściej krzyczy o niej mój serdeczny przyjaciel Antoni.

– Jaki Antoni? – Iwan Iwanowicz nie kojarzył, choć powinien.

– No, ten tam, od was, z kozią bródką! Ten wynalazca taniej armii bez nowoczesnego sprzętu wojskowego i generałów!

Świadomość, że takie bomby istnieją, wprowadziła Iwana Iwanowicza w intensywne drżenie. Aby się uspokoić wypił koktajl „Exotic Antoni M” z szampana „Explosive Dry” oznaczonego „Grand Reserve Politique de Pologne” zmieszanego z gorącym mlekiem. Od razu poczuł się tak serdecznie, że zapragnął przytulić do siebie cały świat, co jest oczywiście niemożliwe. Przytulił więc do piersi wizerunek Świętego Prezesa, patrona ludzi zbłąkanych, wstających z kolan, na które nigdy nie upadli, zwolennika powszechnego, przymusowego dobrobytu społecznego.

Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości

Iwan Iwanowicz wybrał się na spacer po Folwarku Przyszłości. Opowiedział mi całą historię.

– Im bardziej zagłębiałem się w teren, tym głośniejsze stawały się wybuchy. Coraz głośniej szczekały też psy, ale inaczej niż w okresie świątecznych petard, bardziej entuzjastycznie. W końcu okazało się, że wybuchy dochodziły z dużej przydrożnej knajpy, a były to wybuchy autentycznej radości. Wewnątrz było pełno ludzi, wszyscy trzeźwi, niektórzy na klęczkach jakby szukali czegoś na podłodze, większość jednak wyprostowana, patrząca śmiało przed siebie, oczy rześkie, piersi wypięte do przodu jak u pijanego łabędzia lądującego na lodzie. Widać było, że rozpierała ich duma. Wznosili okrzyki:

– Żyjemy w kraju powszechnej szczęśliwości. Wszystko jest nasze. Niech żyje wielebny pan prezes! Niech żyje pani prezes trybunalska, kobieta wolności, nasz ukochany ideał.

Iwan Iwanowicz, człowiek starszej już daty i trochę już niecierpliwy, zapytał:

– Kim wy jesteście i co jest wasze, o czym tak głośno wrzeszczycie?

Obściskano go za to dwuznacznie, że niby taki mądry, a pyta o rzeczy oczywiste.

 Jesteśmy kwiatem narodu. Wszystko jest nasze – entuzjazmowali się zgromadzeni. – Mu tu rządzimy. Minister Sprawiedliwości jest nasz. Sędziowie są nasi. Sprawiedliwość jest nasza. Prezes, Premier i Trybunał są nasze. Parlament jest nasz, nasz wierny Marszałek decyduje tam o wszystkim. Prezydent jest nasz. Media są nasze, przynajmniej te najważniejsze. Do nas należy też Kościół, matka nasza. Nawet czarna noc jest nasza, dlatego pracujemy tylko nocą. Czy jest jeszcze coś, co nie jest nasze?

– Co to za knajpa? – zapytał Iwan Iwanowicz.

– To Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości – odkrzyknęli gremialnie zebrani zdmuchując pianę z kufli piwa prosto w twarz Iwana Iwanowicza.

– Robili to dla żartu, oczywiście – wyjaśnił Iwan Iwanowicz. Kiedy to mówił, oczy mu ściemniały, nie wiadomo czy z gniewu, czy z przerażenia.  

Folwark zwierzęcy modernizuje się

Po objęciu władzy folwarcznej po Wieprzach, wraz z którymi odszedł znienawidzony przez wszystkich Napoleon i jego wielkie i groźne psy, Barany umacniały swoją władzę modernizując się i przemeblowując swoje twarde łby.

W pierwszej kolejności zmieniły nazwę Folwark Zwierzęcy na Folwark Nadziei. Nie używali dat, ale odrzucając nędzę przeszłych rządów zapowiadali cudowną przyszłość, coś w rodzaju nomen-omen dobrobytu dla każdego zwierzęcia łącznie z małą myszką i jeszcze mniejszym żukiem. Wszystkim podobało się użycie tajemniczego terminu „nomen-omen” przez Wielkiego Tryka. Uznali, że jest nadzwyczajne i niezwykle trafnie odzwierciedla także ich uczucia. Sporo pozafolwarcznych zwierząt też łapało się na to, zwłaszcza te, które nie chcąc męczyć własnego rozumu zdawały się na zwierzchnika Folwarku Nadziei. Zgodzić się z nim przychodziło im z łatwością, ponieważ żyli jego myślami, pragnieniami oraz odwagą. Swoją odwagę odrzucili dla dobra wszystkich zwierząt, przeszłych, teraźniejszych i przyszłych.

Barany nie zdawały sobie sprawy, że mogą myśleć inaczej niż Wielki Tryk, ponieważ były jego klonami, wiernymi do upadłości. Nie analizowały tego, co mówi lub myśli, jego intencji ani efektów jego działań, tylko przyjmowały je na słowo i trwały w natchnionym pędzie ku cudom przyszłości, ponieważ tylko on wiedział w jakim kierunku mają ewoluować. Każdy z nich nosił na szyi, niektórzy nawet w sercu, jego wizerunek; był on dla nich talizmanem. 

Po wielu dyskusjach, czując, że ich światopogląd nie jest jeszcze całkiem jasny, chociażby dlatego, że składali obietnice nie zawsze nadające się do realizacji, Barany doszły do wniosku, że są modernistami. W związku z tym przygotowały wielki transparent o niezwykłe budującej treści: „Człowiek ma wrodzone tendencje do nadużywania swojej wiedzy i autorytetu, do czynienia siebie punktem odniesienia wszelkiej prawdy, do narzucania innym siłą i retoryką swego punktu widzenia”, pod którą dopisały: My, barany, myślimy tak samo.

Była to treść zaczerpnięta od przechodniego kaznodziei nurtu ewangelikalnego chrześcijaństwa, którego siłą były poglądy modernistyczne. Słuchając go Barany uznały, że mówi dokładnie tak, jakby zaglądał do czcigodnego łba ich przywódcy, niezwykle świątobliwego i wpływowego osobnika. Bardzo ich to cieszyło, ponieważ rzadko mogli znaleźć u innych istot potwierdzenie własnej prawdy wypowiedzianej z tak niezwykłą dokładnością.

Twórczość literacka Michaela Tequili: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania”. Najtaniej w księgarni https://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,86648,Niezwykla-decyzja-Abuelo-Caduco . Recenzja książki na górnym pasku menu. 

Drugi sen Iwana Iwanowicza, krótki i bolesny

– Znowu śnił mi się „Folwark zwierzęcy im George’a Orwella” – poskarżył się Iwan Iwanowicz na zebraniu przy krawężniku, gdzie w ramach lokalnej demokracji wzorowanej na starym zegarku szwajcarskim dyskutowano sprawy od Sasa do Lasa.

– Był to sen krótki i bolesny jak świst bata. Ale nie w powietrze, tylko na gołą skórę, w dodatku na moją własną. Nie mogłem zasnąć, liczyłem spokojnie barany, które rozbrykały się szalenie i zaczęły krzyczeć: nie damy się, nie będzie wróg ani przyjaciel pluć nam w twarz oskarżeniami i pomówieniami o niecne intencje. Mamy twarde łby i jesteśmy uparte, i to jest naszą cnotą.

Wtedy odezwały się głosy innych zwierząt:

– Wyświadczyliście niedźwiedzią przysługę całemu folwarkowi zwierzęcemu, bo teraz wszyscy będą doszukiwać się i liczyć, jaka w dawnych trudnych czasach była proporcja szlachetnych zwierząt do podłych, i nie daj Boże okaże się, że nie była ona 3 do 1, ale znacznie gorzej. Dotychczas byliśmy wyróżniani jako nacja dobrej woli, to teraz może wyjść na jaw, że podłych istot było znacznie więcej niż sądziliśmy, są na to dowody w postaci donosów, listów, relacji, zeznań i zapisów, i wszystkiemu można zaprzeczyć ale nie czarnym literom na białym papierze.

– Osiągnęliśmy skutek odwrotny do zamierzonego, my cnotliwe i szlachetne w intencjach istoty – odezwał się w gronie baranów głos równie samotny jak cnota w gronie przemiłych cichodajek.

Inne barany zaczęły ciskać w niego kamieniami z napisami ”idziemy w zaparte”, „hej, kto rodak na bagnety” oraz „nie będą obcy pluć nam w twarz”. Krzyczały także, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi, na co odezwały się inne zwierzęta folwarczne, że cnota jest prawdziwa dopiero wtedy, kiedy jest się cnotliwym od A do Z, a nie od A do L albo od L do Z, albo jeszcze inaczej. – Tak ostatecznie opowiedział resztkę krótkiego i bolesnego snu Iwan Iwanowicz, potomek dwóch narodów i trzech narodowości, co jest dzisiaj niepopularne zwłaszcza na folwarkach, gdzie preferuje się rasy czyste i jednoznaczne.

Barany pozostały dumnie uparte i szły za przewodnikiem stada do koryta niezaspokojonych pragnień, w którym woda robiła się coraz bardziej mętna, może dlatego, że zbliżała się wiosna i trawa uderzała baranom do głowy – ktoś skomentował, ale kto go tam chciał słuchać w ogólnej atmosferze niedźwiedziej przysługi.

Niezwykły sen Iwana Iwanowicza

Iwan Iwanowicz Iwanczyn miał tak niesamowity sen, że żadną miarą nie mógł się powstrzymać od podzielenia się nim z mieszkańcami osiedla.

– Rzecz się działa na folwarku zwierzęcym im. George’a Orwella. Śniło mi stado baranów, niezwykle mądrych i poważnych. Na jego czele stał przywódca, osobnik z podwójnie zakręconymi rogami. Jego marzeniem było doprowadzenie baranów i wszystkich innych zwierząt do stanu nieskończonej szczęśliwości. Cieszył się on tak ogromnym mirem, że kiedy mówił, wszystkie barany opuszczały łby i wsłuchiwały się nie tylko w jego słowa, ale także w to, co wokół niego w trawie piszczy. Ich miłość do przywódcy była tak wielka, że zapominali o jedzeniu, piciu a nawet o zwierzęcej godności granej przez dzwoneczki zawieszone na szyi.

Nocą, kiedy wszyscy spali, stado wydało dekret tak niezwykle udany i rozumny, że od samego rana ze wszystkich stron świata zaczęły napływać gratulacje. Był to dekret zaporowy, uniemożliwiający wyrządzenie jakiejkolwiek krzywdy – poprzez obmowę, pomówienie lub insynuację – zwierzętom żyjącym na całym folwarku.

– Będziemy ścigać oszczerców z całą bezwzględnością po całym świecie jak długi i szeroki – oświadczył rzecznik stada.

– W życiu baranów – promienne światło rozbłysło w oczach Iwana Iwanowicza, kiedy to wyjaśniał – nie jest ważna zielona trwa, świeża woda, wygodna podściółka w oborze, to owszem też, ale jakby na trzecim planie, ale właśnie sprawy ulotne, pełne delikatności i zadumy, których nikt inny nie dostrzega, jedynie oni poprzez swoją nadzwyczajną intuicję i wyczucie.

Iwan Iwanowicz chciał jeszcze opowiadać więcej o śnie, ale mu przerwano, uznając, że dekret wydany przez stado, jakie mu się śniło, jest jak najbardziej słuszny, taki, o jakim marzyły wszystkie barany, ich rodzice, dziadowie i pradziadowie, a nawet przodkowie, którzy w zamierzchłych wiekach schodzili z rajskich drzew, aby wspólnie śpiewać alleluja z tęsknoty za dobrym uczuciem i rozumem.

Twórczość literacka Michaela Tequili w księgarniach: powieść, poezja, opowiadania, najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

Szczęśliwy kraj, szczęśliwi obywatele

Po dwóch wetach prezydenta kraj wypełniły postacie i zdarzenia. Każdy miał coś ciekawego do powiedzenia, jedni wzniośle, inni bardziej przyziemnie. Pani premier też przemówiła, była jakby większa i pełniejsza, bardziej uroczysta. Do „Radia Wiara” zadzwonił pan Józef z Lublina, wyraził troskę o wydarzenia i zaproponował demonstrację 500.000 osób, nazywając ją małymi Węgrami. Ministra obrony określił mianem największego patrioty i najprzedniejszego stratega w historii kraju. O godzinie szóstej rano następnego dnia biły dzwony, miarowo, potężnie, wzywając wierzących i niewierzących do wiary w przyszłość. Jedni uwierzyli, inni nie, trzeci tylko połowicznie.

Wydarzenia w kraju okazały się tak niezwykłe, że zainteresowały się nimi wszystkie media, nawet król Butanu, jedynego państwa na świecie, gdzie mierzy się poziom szczęścia obywatelskiego. Dziennikarze pisali tam, że ludzie w dalekim orientalnym kraju tak bardzo kochają swoją partię rządzącą i prezydenta, że chodzą wiecować pod wysokie budynki, zapalają świece i czyniąc wspomnienia śpiewają pieśni dziękczynne i wznoszą okrzyki.

Wielki nastrój panuje też w budynkach. Prezes partii rządzącej często się modli i radość czerpaną z modlitwy przenosi do Sejmu. Kiedy opozycja w swoim zagubieniu atakuje go, albo protestuje, że marszałek zbyt wolno prowadzi obrady, prezes odpowiada jej słowami otuchy i miłości: „Moje wy mordki łagodne, krzywe pyszczki, łajdaczki najukochańsze. Zamknijcie drzwi, bo straszny przeciąg się tu robi”. Potem ich przytula do serca i pieści słowami do tego stopnia, że robi im się przykro, że nie mogą mu się odwdzięczyć.

Całkiem ostatnio prezydent i prezes popatrzyli w odwrotne strony świata i ten niewinny z pozoru incydent tak zdezorientował społeczeństwo, że zamarło ono w oczekiwaniu. Na wszelki wypadek naród nabrał otuchy w piersi i słodyczy na usta i czeka, co będzie dalej.

Historia głowy, która nie wiedziała, czy się wybić

Chodzi o głowę nie byle jaką, pierwszą z brzegu, ale wysoko sytuowaną, głowę państwa średniej wielkości, targanego drgawkami niepewności, co to będzie.

Siedząc na tronie w swoim pałacu głowa słyszała dwa głosy. Jeden dochodził zza okna, wielkiego jak szafa gdańska, były to głosy skandujące: Wybij się! Wybij się! Zagłosuj 3 x Nie. Drugi głos był równie mocny, a może nawet i mocniejszy i dochodził z telefonu komórkowego. Nie wybijaj się! Nie wybijaj się! Głosuj 3 x Tak. Raz lub dwa razy ten głos nawet krzyczał. Głowa wahała się między pragnieniem wybicia się a obowiązkiem niewybijania się, który jej zaszczepiono, kiedy była jeszcze mała i umocniono, kiedy doszła do wysokości.

Ktoś zapytał dworzanina z pałacu, czy głowa widziała głosy za oknem. Okazało się, że nie, bo okno było z drugiej strony pałacu.

– To dlaczego głowa nie przejdzie na drugą stronę pałacu? Widok jest bardzo fajny, bo głosy machają światełkami, bardzo atrakcyjnymi i są ich tysiące.

– Głowa nie może chodzić, prawdopodobnie boli ją brzuch. – Odpowiedział dworzanin, niezwykle sprawny w wyjaśnianiu spraw zdrowotnych i innych. – Chcieliśmy głowę przenieść w lektyce, ale lektyka jest w naprawie. To wspaniała lektyka, wygodna – wyjaśnił i uśmiechnął się uroczo spod rzadkiej brody.

W sprawie były tzw. elementy krytyczne: potężniejące krzyki za oknem, uparta perswazja w telefonie oraz coś trudnego do określenia, wewnętrznego, szarpanego wątpliwościami dotyczącymi upadku popularności, reakcji zagranicy, strachu przed nieznanym, może jeszcze czymś innym. Chodziło prawodopodbnie o sumienie.

Wszystkie głosy czekały na decyzję głowy, czy zechce się wybić się czy nie, ale ona nie wiedziała, co zrobić, poszła więc spać. Czy miała sny i jakie, nie wiadomo, bo jeszcze się nie obudziła.

Donosiciel

Przed sklepem wędliniarskim Iwan Iwanowicz spotkał idiotę. Nie wiedział, że to idiota, bo mężczyzna wyglądał jak inni ludzie. Był normalnie otyły, dosyć nijaki z wyglądu, miał mordę zmęczonego dzika i przekrwione oczy. Stanął na podwyższeniu i przedstawił się, było to jakieś szeleszczące nazwisko. Opowiedział ludziom historię, jak donosił na las.

– Napisałem prosto do prokuratora. Ten las był parszywy. Wielki, stary i pół zgniły. Po co taki komu? Las musi być nowoczesny, młodniki, drzewa proste jak strzelił, wyprostowane, jednolite.

– Ten las! Co on zrobił złego? Starość i choroba to nie przestępstwo.

– Trzydzieści lat temu zbiesił się, złajdaczył, poszedł pod prąd postępu i zapisał do organizacji ochrony starożytnej zieleni. Słyszeliście kiedyś o starożytnej zieleni? Bo ja nie, choć jestem lekarzem. Teraz otoczył się robaczkami, którymi żywią się ptaki leśne. Mogą się od tego pochorować. Może nawet ma tasiemca. Niedoczekanie jego! – Wykrzykiwał. Teraz już wszyscy widzieli, że to człowiek psychicznie skrzywiony.

– Kim pan jest? – ktoś zapytał z ciekawości.

Dzika morda wydłużyła się jeszcze bardziej, zanim odpowiedział. Bełkotał. – Jestem chirurgiem leśnym. Umiem rozpoznać każdą chorobę u drzew, krzewów, a nawet małej jagódki. Tnę jak popadło, kiedy widzę drzewo na podpałkę. Las musi być nowoczesny. Po co nam stare zabytki!?

Kobieta w białym fartuchu wzięła go na bok i tłumaczyła mu łagodnie. – Nie powinien pan chwalić się na głos, że jest pan idiotą. To najcięższy przypadek zapaści umysłowej. Nikt tego nie robi. Wyglądałby pan całkiem normalnie, gdyby nie ten …

Nie zrozumiał jej i zaczął jeszcze głośniej krzyczeć, że jest ważniakiem, reprezentuje super ważną ekipę, idącą z postępem. -„Idziemy po progres” – powtarzał kilkakrotnie.

Eksperci, którzy potem komentowali dziwne zdarzenie w telewizji, uznali przypadek za ciężki. – Ma mordę dzika, coś bredzi, donosi. Prawdopodobnie to kłusownik. Niebezpieczny wariat. Trzeba go koniecznie leczyć – mówili pełni niepokoju.