Szczęśliwy kraj, szczęśliwi obywatele

Po dwóch wetach prezydenta kraj wypełniły postacie i zdarzenia. Każdy miał coś ciekawego do powiedzenia, jedni wzniośle, inni bardziej przyziemnie. Pani premier też przemówiła, była jakby większa i pełniejsza, bardziej uroczysta. Do „Radia Wiara” zadzwonił pan Józef z Lublina, wyraził troskę o wydarzenia i zaproponował demonstrację 500.000 osób, nazywając ją małymi Węgrami. Ministra obrony określił mianem największego patrioty i najprzedniejszego stratega w historii kraju. O godzinie szóstej rano następnego dnia biły dzwony, miarowo, potężnie, wzywając wierzących i niewierzących do wiary w przyszłość. Jedni uwierzyli, inni nie, trzeci tylko połowicznie.

Wydarzenia w kraju okazały się tak niezwykłe, że zainteresowały się nimi wszystkie media, nawet król Butanu, jedynego państwa na świecie, gdzie mierzy się poziom szczęścia obywatelskiego. Dziennikarze pisali tam, że ludzie w dalekim orientalnym kraju tak bardzo kochają swoją partię rządzącą i prezydenta, że chodzą wiecować pod wysokie budynki, zapalają świece i czyniąc wspomnienia śpiewają pieśni dziękczynne i wznoszą okrzyki.

Wielki nastrój panuje też w budynkach. Prezes partii rządzącej często się modli i radość czerpaną z modlitwy przenosi do Sejmu. Kiedy opozycja w swoim zagubieniu atakuje go, albo protestuje, że marszałek zbyt wolno prowadzi obrady, prezes odpowiada jej słowami otuchy i miłości: „Moje wy mordki łagodne, krzywe pyszczki, łajdaczki najukochańsze. Zamknijcie drzwi, bo straszny przeciąg się tu robi”. Potem ich przytula do serca i pieści słowami do tego stopnia, że robi im się przykro, że nie mogą mu się odwdzięczyć.

Całkiem ostatnio prezydent i prezes popatrzyli w odwrotne strony świata i ten niewinny z pozoru incydent tak zdezorientował społeczeństwo, że zamarło ono w oczekiwaniu. Na wszelki wypadek naród nabrał otuchy w piersi i słodyczy na usta i czeka, co będzie dalej.

Historia głowy, która nie wiedziała, czy się wybić

Chodzi o głowę nie byle jaką, pierwszą z brzegu, ale wysoko sytuowaną, głowę państwa średniej wielkości, targanego drgawkami niepewności, co to będzie.

Siedząc na tronie w swoim pałacu głowa słyszała dwa głosy. Jeden dochodził zza okna, wielkiego jak szafa gdańska, były to głosy skandujące: Wybij się! Wybij się! Zagłosuj 3 x Nie. Drugi głos był równie mocny, a może nawet i mocniejszy i dochodził z telefonu komórkowego. Nie wybijaj się! Nie wybijaj się! Głosuj 3 x Tak. Raz lub dwa razy ten głos nawet krzyczał. Głowa wahała się między pragnieniem wybicia się a obowiązkiem niewybijania się, który jej zaszczepiono, kiedy była jeszcze mała i umocniono, kiedy doszła do wysokości.

Ktoś zapytał dworzanina z pałacu, czy głowa widziała głosy za oknem. Okazało się, że nie, bo okno było z drugiej strony pałacu.

– To dlaczego głowa nie przejdzie na drugą stronę pałacu? Widok jest bardzo fajny, bo głosy machają światełkami, bardzo atrakcyjnymi i są ich tysiące.

– Głowa nie może chodzić, prawdopodobnie boli ją brzuch. – Odpowiedział dworzanin, niezwykle sprawny w wyjaśnianiu spraw zdrowotnych i innych. – Chcieliśmy głowę przenieść w lektyce, ale lektyka jest w naprawie. To wspaniała lektyka, wygodna – wyjaśnił i uśmiechnął się uroczo spod rzadkiej brody.

W sprawie były tzw. elementy krytyczne: potężniejące krzyki za oknem, uparta perswazja w telefonie oraz coś trudnego do określenia, wewnętrznego, szarpanego wątpliwościami dotyczącymi upadku popularności, reakcji zagranicy, strachu przed nieznanym, może jeszcze czymś innym. Chodziło prawodopodbnie o sumienie.

Wszystkie głosy czekały na decyzję głowy, czy zechce się wybić się czy nie, ale ona nie wiedziała, co zrobić, poszła więc spać. Czy miała sny i jakie, nie wiadomo, bo jeszcze się nie obudziła.

Donosiciel

Przed sklepem wędliniarskim Iwan Iwanowicz spotkał idiotę. Nie wiedział, że to idiota, bo mężczyzna wyglądał jak inni ludzie. Był normalnie otyły, dosyć nijaki z wyglądu, miał mordę zmęczonego dzika i przekrwione oczy. Stanął na podwyższeniu i przedstawił się, było to jakieś szeleszczące nazwisko. Opowiedział ludziom historię, jak donosił na las.

– Napisałem prosto do prokuratora. Ten las był parszywy. Wielki, stary i pół zgniły. Po co taki komu? Las musi być nowoczesny, młodniki, drzewa proste jak strzelił, wyprostowane, jednolite.

– Ten las! Co on zrobił złego? Starość i choroba to nie przestępstwo.

– Trzydzieści lat temu zbiesił się, złajdaczył, poszedł pod prąd postępu i zapisał do organizacji ochrony starożytnej zieleni. Słyszeliście kiedyś o starożytnej zieleni? Bo ja nie, choć jestem lekarzem. Teraz otoczył się robaczkami, którymi żywią się ptaki leśne. Mogą się od tego pochorować. Może nawet ma tasiemca. Niedoczekanie jego! – Wykrzykiwał. Teraz już wszyscy widzieli, że to człowiek psychicznie skrzywiony.

– Kim pan jest? – ktoś zapytał z ciekawości.

Dzika morda wydłużyła się jeszcze bardziej, zanim odpowiedział. Bełkotał. – Jestem chirurgiem leśnym. Umiem rozpoznać każdą chorobę u drzew, krzewów, a nawet małej jagódki. Tnę jak popadło, kiedy widzę drzewo na podpałkę. Las musi być nowoczesny. Po co nam stare zabytki!?

Kobieta w białym fartuchu wzięła go na bok i tłumaczyła mu łagodnie. – Nie powinien pan chwalić się na głos, że jest pan idiotą. To najcięższy przypadek zapaści umysłowej. Nikt tego nie robi. Wyglądałby pan całkiem normalnie, gdyby nie ten …

Nie zrozumiał jej i zaczął jeszcze głośniej krzyczeć, że jest ważniakiem, reprezentuje super ważną ekipę, idącą z postępem. -„Idziemy po progres” – powtarzał kilkakrotnie.

Eksperci, którzy potem komentowali dziwne zdarzenie w telewizji, uznali przypadek za ciężki. – Ma mordę dzika, coś bredzi, donosi. Prawdopodobnie to kłusownik. Niebezpieczny wariat. Trzeba go koniecznie leczyć – mówili pełni niepokoju.

Najlepszy teatr kontynentalny. Wygnanie i powrót do raju.

teatr-image-of-performance-thesis-author-ctpyjajoe-creative-commons-3

Kiedy znalazłem się za granicą, w kraju wiary nieskończenie głębokiej i niepodważalnej, podobnym do naszego, publicznie wyraziłem ubolewanie, że wyganiając z raju Adama i Ewę pan Bóg popełnił błąd.

Było to ryzykowne: kwestionować autorytet Boga, z którym hierarchia i władza narodu rozmawiają prawie codziennie! Mimo mojej niezręcznej śmiałości, odezwały się głosy poparcia: Tak jest! To prawda! Ma pan rację! Scena ta miał miejsce w sklepie spożywczym, gdzie prawda przemawia najsilniej, do żołądka, rozumu i portfela, powszechnych atrybutów człowieczeństwa. Żołądek i portfel mają wszyscy, co do rozumu, nie wypowiadam się, gdyż mało się znam na sprawach ezoterycznych, ulotnych.

Ośmielony okrzykami poparcia, wyraziłem przekonanie, że dzielny rząd kraju pod światłym przewodnictwem Wielkiego Wezyra przywróci raj, odebrany narodowi niesłusznie przez Boga, i dodatkowo popsuty przez poprzedni rząd, który zajmował się budową autostrad dla narodu, a nie samym narodem, spragnionym pieniędzy, pieszczot i pociechy.

– To najlepszy kawał polityczny, jaki słyszałam. – Odezwała się kobieta, wzrost średni, twarz zdecydowana. Popatrzyła mi w oczy. Skurczyłem się pod jej spojrzeniem bolesnym jak zastrzyk przeciwtężcowy. – Powinien wstydzić się pan! Mówi pan o teatrze, a nie o rządzie!

Słabo zorientowany w sprawach lokalnych, wieczorem wziąłem udział w warsztacie teatralnym, aby zrozumieć do głębi, co też niewiasta mogła mieć na myśli. Zrozumiałem wiele, przede wszystkim zaś teatr krajowy, zwany narodowym, odkąd został przeniesiony z budynku prostokątnego do budynku okrągłego, gdzie jest większa scena.

Jest to teatr abstrakcji, kierowany przez rzeczonego Wielkiego Wezyra, przywódcy a zarazem artysty orientalnego w pomysłach sztuk teatralnych, reżyserii oraz organizacji pracy teatru. Jest teraz najwybitniejszym reżyserem teatralnym na kontynencie. Jego wspaniały dorobek dyskutuje się za granicą, gdyż dzisiaj sława nie zna granic. Siwogłowy, z uroczo skośnym tkliwym uśmiechem, pełnym wyrozumiałości, płodny jak królik wciąż wymyśla nowe sztuki. Jego asystenci, sami zwący się skromnie pomagierami, też dają się zaskakiwać niezwykłymi pomysłami Wielkiego Wezyra. Patrzą wtedy na siebie w zdumieniu i pytają:

– Czy my jesteśmy paranoidalni? Nasi widzowie, ponad połowa widowni, wciąż oskarżają naszego dyrektora o słabości teatru i programu. Mówią o nas, że rządzenie teatrem traktujemy jak sądzenie, oskarżają nas o nepotyzm, a nawet o sterowanie końmi, które miały być wyścigowymi arabami, a okazały się pociągowymi perszeronami. Mówią także o niepotrzebnym kształtowaniu ducha wiary u osób już uduchowionych, zmiany starej historii na nową, a nawet wyrzucanie całkiem dobrych pomników na śmietnik.

Kiedy rozdyskutują się za bardzo i zapominają o obowiązkach, Wielki Wezyr patrzy im w oczy, a oni pod jego łagodnym spojrzeniem miękną w kolanach jak wosk. Robi im się słabo, ulegają jego twórczym wizjom i pomysłom jak pijana kobieta przystojnemu i zamożnemu mężczyźnie. Mówią wtedy pieszczotliwie „Tak, Boss!”, albo „Nie, Boss!”, w zależności od tego, w którą stronę kiwa palcem, i wspólnie dokazują na scenie, a kiedy jest w dobrym nastroju, pozwala im bawić się skakanką albo częstuje figami lub innymi łakociami, miłymi sercu miłośników, hołdowników i dworaków wielbiących prawdę i piękno teatru narodowego.

Publikacje i zapowiedzi:

Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona. Poezja. Nowy nakład w przygotowaniu. Przewidywany termin wydania: koniec 2016.

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Powieść. Wydanie w ciągłej sprzedaży: Matras, Dom Książki, wszystkie księgarnie internetowe. W przypadku braku książki w księgarni, prosić o ściągniecie z magazynu.

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco i inne opowiadania. Opowiadania i humoreski. Publikacja w trakcie negocjacji. Przewidywany termin wydania: koniec 2016.

Michael Tequila: Księga zdarzeń. Powieść. W przygotowaniu. Przewidywany termin wydania 2017.

 

Król Prezes całuje

Pierwszy pocałunek Adama i Ewy, by Salvador Viniegra y Lasso de la Vega, 1891, public domain.

Kiedy głos pachnący jaśminowym mydłem oznajmił w radio „Dzisiaj jest Światowy Dzień Pocałunku”, czas się rozśpiewał w Królu Prezesie; na dworze zazieleniło się soczyście. Przeciwnicy Króla (Kto ich nie ma?) dostali bolesnej czkawki z zawiści, że w nich nic nie śpiewa.

– Na zakończenie duży soczysty buziak. – Zaprosił pachnący głos w radio.

Słowa uniosły Króla w powietrze, uruchamiając mechanizm słodkiej dobroczynności. Monarcha zaczął rozdawać pocałunki na prawo i na lewo: całował kobiety, dzieci, starców. Radośnie, bez opamiętania. Popatrzył na siedzenie obok i ujrzał na nim skromnie ilustrowaną książeczkę. Ogarnęła go uczucie tkliwości; złożył pocałunek na okładce, tak gorący, że aż lekko zadymiło. Dłonią rozwiał dym i wtedy dostrzegł tytuł: Konstytucja. Poczuł bolesne palenie ust, oznakę głębokiego żalu z powodu nierozważnego błędu, który w sumieniu odezwał się okrzykami: Grzech! Grzech! Pan Prezes odrzucił książeczkę ze wstrętem, wytarł i zdezynfekował usta przyglądając się sobie w lusterku usłużnie podsuniętym przez wiernego wasala. Dostrzegł, że jego usta są mniejsze i mniej obfite niż myślał. To go nieco speszyło, ale tylko na chwilę, gdyż był człowiekiem prącym do przodu, nie oglądającym się na boki.

Usta Monarchy wołały o powiększenie. Był to organ – posługując się pewną przesadą – najważniejszy w Królu Prezesie: głosił nim prawdy, gromił, przemawiał, nade wszystko zaś całował osoby szczególnie miłe monarszemu sercu. Inne części ciała pełniły rolę drugorzędną lub żadną: Monarcha nie jeździł na nartach, nie grał w piłkę, nie odbywał podróży zagranicznych. Usta były najważniejsze.

Król Prezes kontynuował ustny przekaz uczuć. Całował dalej, skrzętnie przestrzegając kolejności: dłoń, przedramię, łokieć. Najpierw dużą Beatkę S, gorącą w okrzykach i hasłach, uległą politycznie, następnie mniejszą, choć nadal dużą, Beatkę K, dobrą w krzyżówkach pytań dziennikarskich, w sekundę odnajdującą odpowiedź na dowolne pytanie i wypowiadającą ją z wdziękiem pistoletu maszynowego. Zaraz po niej całował dużą Krysię, głośną, cudownie bezpośrednią. Miała wydatne, duże usta, wilgotne i lekko tłuste, pachnące pierożkami z kaszą i skwareczkami z polnej restauracji „Guciów Podlaski”. Przyjrzał się uważnie Krysi. Miała zasługi. Promowała „dobre żarcie” i zdrowe maniery partii obrzucając opozycję kalumniami i dźgając ją szpikulcem ostrych słów, a na końcu depcąc słowami flagę organizacji, do której sama się niegdyś zapisała. Flaga okazała się niedobra, nieżyczliwa, rozdyskutowana.

– Nie tolerujemy takich sojuszników. – Wyjaśnił Król Prezes w trakcie wcześniejszego instruktażu partyjnego, dając sygnał do wyrażania strachu, obaw a nawet słusznego gniewu z powodu niestosowności zachowań organizacji stojącej za obmierzłą flagą.

Instruktaż był potrzebny dla ukierunkowania wiernych szeregów pospolitego ruszenia, formacji rycerskiej ochoczo stającej w szranki boju o lepsze jutro, mocniejszą monetę, tańsze mieszkania, korzystniejsze pożyczki, droższy węgiel oraz szybkie, dobre i tanie usługi medyczne, a także niezłomną, wyprostowaną międzynarodową postawę polityczną, nie na kolanach jak ich poprzednicy. Król Prezes osobiście nie znosił pozycji „na kolanach”, nie miał natomiast za złe w swej niezmierzonej dobroci, aby czynili to wyżsi i niżsi sędziowie, urzędnicy, naród błędnie głosujący w wyborach, kobiety z niewłaściwymi potrzebami medycznymi oraz wciąż żywi miłośnicy żłobu i inni zaprzańcy, których nigdy nie brakuje w żadnym kraju.

Krótką refleksją nad marnością opozycji i rebelianckiej części społeczeństwa Król zakończył akcję łączenia warg z żywą materią z okazji Międzynarodowego Dnia Całowania.

Chwilę później zadumał się nad tematem: – Co dalej?

Na jego bladym, szlachetnym czole pojawiły się zmarszczki.

Cytat z www.kalbi.pl: „W pocałunkach drzemie wielka moc – można nimi wyrazić całą gamę uczuć, od sympatii, przez wdzięczność, miłość, aż po pożądanie. Nauka zajmująca się tym zjawiskiem to filematologia. Z przeprowadzonych dotąd badań wiemy między innymi, że całowanie pomaga zniwelować stres, pozytywnie wpływa na układ krążenia oraz przyczynia się do obniżenia cholesterolu, a całowanie „z języczkiem” angażuje aż 34 mięśnie twarzy. Rekord najdłuższego pocałunku ustanowiony został przez tajską parę w 2011 roku – Ekkachai i Laksana Tiranarat nie oderwali od siebie ust przez 46 godzin i 24 minuty”.

Obraz na blogu: Pierwszy pocałunek Adama i Ewy, autor: Salvador Viniegra.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

 

 

„Zbrodnia i kara” czyli „Bracia i siostra Karamazow”. Akt 1.

Na podstawie donosów prasowych powstaje scenariusz współczesnej sztuki teatralnej „Zbrodnia i kara” czyli „Bracia i siostra Karamazow”. Jest to tragedia nawiązująca do twórczości znanego pisarza Fiodora Dostojewskiego.

Sztuka przedstawia historię rodziny Karamazow, która w wyniku ciosów zadanych przez naród partii rządzącej obejmuje niepodzielną władzę w kraju. W przewrocie ważną rolę odegrały podsłuchy telefoniczne, wzrost gospodarczy, emigracja, uchodźcy i czynniki tzw. egzotyczne. Rodzina składa się z wielu braci i jednej siostry.

Przewodnie aspekty fabuły to niepodzielność władzy oraz najstarszy z braci Karamazow, niejaki Jaro, głowa rodziny.

Jest godzina 3.16 w nocy. Odczytuję to na pasku komputera. Trwa potworna cisza powyborcza. Nad krajem gromadzą się mroczne chmury telewizyjne, radiowe i prasowe. W powietrzu krąży upiór mrożący krew w żyłach. Nadszedl czas zemsty. Naród jest podzielony, pół narodu plus jeden jest za zemstą, drugie pół minus jeden drży z niepokoju i trwogi. Nikt nie wie, co się stanie.

Nadchodzi pierwszy donos prasowy. Cytuję: „Komitet polityczny braci Karamazow zdecydował, że kandydatem partii na premiera jest siostra Karamazow, Bea”. Zanim to się stało, potężny Jaro, spotkał się z siostrą w tak zwane „cztery oczy”. Trwało to (cytuję) „ponad godzinę i zdecydowało o jej ostatecznej nominacji”.

– Będziesz rządzić! – Rzucił twardo Jaro. Ktoś musi się poświęcić.

– Dlaczego ja? –Zapytała Bea. Jej głos owijała niepewność. – Przecież ty jesteś mądrzejszy i potężniejszy.

– Tak obiecałem narodowi! Nie kłóć się ze mną, wiesz przecież, że cię kocham. Dla twego bezpieczeństwa będę pociągać sznurki, abyś wiedziała, jak masz się poruszać.

– A co mam mówić? –Zapytała już śmielej siostra.

– Każdego dnia o świcie otrzymasz wytyczne emailem. Wszystko przemyślałem.

– Co robimy najpierw? Jakie priorytety, kochany bracie?

– Decyduję to właśnie w mojej głowie. Chcę, byście wszyscy wyłączyli się z myślenia. Ja jestem od tego.

– A co z poparciem miłościwie nam panującego Cesarza.

– Ha, ha, ha! – Zaśmiał się brat Jaro swobodnie jak ten wiatr pustynny. – Sam go wytypowałem na tron cesarski i udzieliłem poparcia w zdobyciu władzy. Będzie do mnie przyjeżdżać nocą, aby odbywać konsultacje.

– Dlaczego nocą?

– Bo w dzień razi go słońce.

– Mimo silnych okularów przeciwsłonecznych?

– Właśnie. Wszystko przewidziałem, włącznie z okularami.

Po skończonej audiencji siostra Karamazow wychodzi. Akcja dramatu wije się niby złowrogi wąż i nabiera przyśpieszenia. W najmniej spodziewanym momencie zjawia się opozycjoner polityczny niejaki Liro i oświadcza rzeczowo, jakby mówił o porcji zmrożonych ośmiorniczek (cytuję): „Chętnie domknę wieko trumny tym wszystkim ludziom”. Liczy na karierę podręcznego grabarza. Nad krajem pojawiają się chmury smolistych nietoperzy. Czuć zapach siarki i słychać pisk. Te dziwne niby ptaki chcą wkręcać się we włosy. Na widowni pozostają tylko łysi. Jedynie oni nie boją się nietoperzy.

Gubię się. Jest godzina 4.02. Trwa przejmująca cisza. Na dworze śmierdzący smog dusi noc. Jest strasznie. Myślę o narodzie. Przestaję myśleć, kiedy zdaję sobie sprawę, że myśli za nas i o nas wszystkich brat Jaro Karamazow. Uspokajam się. Jest mi smutno. Nie umiem przewidywać przyszłości. Jest godzina 4.07. Idę do toalety. To strach. Chodzę po pokoju. Godzina urasta do 4.30. Decyduję się wrócić do łóżka i głowę zakryć kołdrą. Będę czekać na donosy porannych mediów.

Sztuka teatralna z wieloma niewiadomymi

Tańce tropikalne ITB Berlin 2015W nocy poprzedzającej Dzień Powszechnego Milczenia napadły mnie sny. Jeden z nich zostawił mi pomysł; z nudów zacząłem go rozwijać. Jest to sztuka teatralna o zawodach sportowych, dobra także jako gra dla dzieci. Wybór sztuka czy gra zależy od widzimisię i zasady, co kto lubi. .

Siedzę już od kilkunastu godzin i kombinuję, jak by ją ulepszyć. Żeby się skoncentrować, nałożyłem sobie kaganiec pozwalający mi zachować milczenie. Nałożyłem go dlatego, że wcześniej przyśnił mi się przepis kurcharski mówiący, że jeśli chcę być zdrowy i silny, to lepiej, abym zafundowal sobie milczenie, co nic nie kosztuje, choć alternatywa jest kosztowna. Nie jest to milczenie długofalowe, trwa tylko tyle, ile wymaga przepis, czyli recepta na szczęście. Ćwiczenie to, „łeb w kaganiec” inaczej mówiąc „morda w kubeł”, zafundowałem sobie także dlatego, że zapragnąłem doświadczyć jak czują się zwierzęta, reprezentujące – moim zdaniem – wyższą formę człowieczeństwa. Rano biegałem dla zdrowia i zamieniłem kilka słów z dwoma psami oraz z ich właścicielami. I jedni i drudzy okazali się bardzo przyzwoici. Moje doświadczenia z ludźmi nie zawsze są tak radosne.

Milczenie w oczekiwaniu na wynik zawodów w mojej sztuce teatralnej jest męczące. Bez mówienia życie intelektualne zamiera, zwiększa się natomiast napięcie wewnętrzne i oczekiwanie, w dodatku nie za bardzo wiadomo na co, jak mi powiedział pewien łysy mężczyzna, któremu łysienie zapewniło mądrość i dobrobyt. Napięcie to każdy osobnik może stopniować, dawkować jak lekarstwo, alkohol ewentualnie jak narkotyk, aż do granicy albo wybuchu nerwowego, albo uspokojenia, zależy, co kto sobie wybierze. W grze dzieci nie mogą uczestniczyć, gdyż mało z niej rozumieją, podobnie zresztą jak wiele osób dorosłych, którzy swoją wiedzę o świecie czerpią z warg innych ludzi, pełniących dla nich role opiekunów i przewodników, a może i większą, gdyż oferują także interpretację tego, co jest słuszne, a co niesłuszne, oraz kogo klepać po plecach, a kogo ganić.

Aby popchnąć moją sztukę do przodu wymyśliłem jej nazwę. Musiała być w liczbie mnogiej, ponieważ chodzi o grę zespołową. Byli już Krakowiacy i górale, Bracia Karamazow, On i ona i podobne tytuły, więc zostało mi niewiele. Zgodnie z zasadami dramaturgii Kiczkoka, wybitnego reżysera amerykańskiego, nadałem jej nazwę „Rzeźnicy i ich ofiary”.

W mojej grze planszowej, albo teatralnej, zależnie od tego, czy wolisz przestrzeń czy płaszczyznę, bierze udział grupa zawodników, którzy starają się jak najlepiej dobiec do celu. Tu leży wyższość mojej sztuki nad innymi: nie chodzi o to, aby jak najszybciej dobiec do celu, tylko jak najlepiej.

W grze każdy chce być rzeźnikiem, bo to jest to korzystny zawód, gdyż wiąże się z wywijaniem tasakiem i przywilejami. Rzeźnicy są super dobrze opłacani, a każdy lubi pieniądze może z wyjątkiem tych, którzy już je mają, więc nie muszą ich lubić. Czasem lepiej jest coś mieć niż lubić. Krótko mówiąc, rzeźnik to osoba wygrana, pozostali to przegrani.

Gra jest tym ciekawsza, że liczba rzeźników jest ściśle reglamentowana. Reglamentacja była konieczna; bez niej mielibyśmy nieobliczalną rzeszę ludzi uprzywilejowanych, dobrze wynagradzanych i z tasakami.

Oczywiste jest oczywiście i to, że nikt nie wie, kto i z jakim rezultatem dobiegnie do mety. Pozostają tylko spekulacje oraz prognozy pogody prorokujące wyższe lub niższe uczestnictwo w zawodach, głównie po stronie widzów, którzy losują wygrane. Daje to asumpt do spekulacji, zakładów bukmacherskich, przekleństw, kłótni z rodziną, nadziei lub smutku. Sam założyłem się z samym sobą, ale nie upieram się przy żadnym wyniku, gdyż jestem człowiekiem elastycznym i potrafię się pogodnie dostosować. Z rodziną się już nie zakładam, bo wiem, że mam czarne podniebienie.

Ktokolwiek by nie wygrał, będę mieć o czym pisać, co mnie cieszy bardziej niż osuszone cukierkiem łzy rozjątrzonego dzidziusia. Już teraz wyobrażając sobie, kto wygra pozycję rzeźnika z tasakiem i solidnym uposażeniem, a kto nie, zastanawiam się, jakie kluby sportowe powstaną, aby popychać sport do przodu i co z tego wyniknie.

Poza tym i tak jest wszystko jest w rękach Pana Boga, który wie najlepiej, kiedy ludziom należy się nagroda, a kiedy kopniak. To mnie bardzo pociesza w wymiarze praktycznym i filozoficznym.

Informacja o zmianie miejsca blogowania. Ważne!

Pragnę poinformować Wszystkich Czytelników, że zmieniam miejsce blogowania. Odkryłem w sobie ducha dziennikarstwa społecznego i udzielam się teraz na portalu www.wiadomosci24.pl pod tym samym imieniem „Michael Tequila”.

Poniżej przedstawiam link do ostatniego (dzisiejszego) artykułu.

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/o_pragnieniu_zmiany_jako_sile_motorycznej_wyborow_prezydenckich_331303.html

Jeśli zechcecie Państwo mnie czytać i komentować, na co bardzo liczę, proszę zaglądać na www.wiadomosci24.pl wpisując w wyszukiwarce portalu (u góry po prawej stronie) „Michael Tequila”.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

 

PS. Zachęcam również do przeczytania mojej powieści, która przedstawia literacką, bardziej dramatyczną opcję wydarzeń zbliżonych do wyborów prezydenckich 2015. Powieść jest dostępna w księgarniach w wersji drukowanej i elektronicznej (ebooka).

Poniżej zamieszczam linki do dwóch najnowszych recenzji:

http://www.kolegaliterat.pl/michael-tequilla-sedzia-od-swietego-jerzego/

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/recenzja_sedziego_od_swietego_jerzego_michaela_tequili_329971.html

Iwan Iwanowicz i depresja. Część 2, ostatnia.

Kilka dni później, jak na ironię tuż przy budynku, gdzie wyrzuca się śmieci, los znowu mnie zetknął z Iwanem Iwanowiczem, osobnikiem twardym w dyskusji jak skala gibraltarska  hartowana wiatrami rządzącymi cieśniną między morzem a oceanem.

– Jak to jest możliwe? – Pyta pan, Michaelu Tequilowiczu. – Niech pan lepiej zapyta, jak to czynią? Już panu mówię. Tatuś pije, bije dzieci i żonę, krzyczy straszne słowa, przynosi wstyd sąsiadom i zakładowi pracy, nie wspominając ludzkości, zarzyga raz i drugi poczekalnię u lekarza jego samego nazywając konowałem od siedmiu boleści. Tak to się zaczyna. – Iwan Iwanowicz rześko podjął wątek urwany okolicznościami poprzedniego spotkania. – Albo, równe możliwe i tragiczne, mamusia chwali nieprzerwanie dziecko, kiedy wykazuje ono perfekcjonizm na przykład spędzając długie godziny nad kajetami, rysując precyzyjne obrazki, ucząc się, aby być pierwszym w klasie, żeby tylko oni, rodzice, byli szczęśliwi. I są szczęśliwi, że mają przykładne dziecko, które nie zrobi nic złego, nie rozbije nikomu okna, nie przeklnie brzydkim słowem, nie naruszy czyichś dóbr osobistych, nie bije się z rówieśnikami, aby pokazać, że jest samcem. Jest wyłącznie przykładnym uczniem żywiącym się pochwałami i radością rodziców, że jest takich udany.

– Co w tym złego, Iwanie Iwanowiczu? – Zapytałem z czystej ciekawości, ponieważ nie wierzyłem w przesadę spraw oczywistych.

– To, że owo pacholę wchodząc w życie, jest do niego kompletnie nieprzygotowane. Nie wie, co płeć przeciwna ma pod spódniczką, gdyż jest zbyt nieśmiały, aby to sprawdzić z czystej ciekawości lub z pierwszego miłosnego uniesienia, kieruje się oczekiwaniami innych a nie swoimi pragnieniami, przywiązuje chorobliwą wagę do wykonywania wszystkiego w sposób doskonały zamiast odwalać robotę, aby mieć ją z głowy, a nie wykonać w sposób zasługujący na pochwalę Najwyższego. To nie wszystko, drogi Michaelu Tequilowiczu! – Wykrzyknął samozwańczy ekspert medyczny widząc moje usta otwarte do następnego pytania.

– Czasy i ludzie sączą w dziecko filmy o okrucieństwach wojny, ociekających posoką potworach zgniatając w ten sposób jego wyobraźnię jak orzeszek laskowy, zamiast rzucić ją na otwarte przestrzenie piękna i słońca.

Zbliżaliśmy się do końca ulicy. Mój towarzysz zapewnił mnie szybko.

– Zmierzam do zakończenia opowiadania, ponieważ widzę już stragan z warzywami, gdzie muszę kupić sześć marchewek i trzy pietruszki, jeśli są mniejsze, lub dwie pietruszki, jeśli są większe. Takie otrzymałem polecenie. – Otóż taki młody człowiek staje się zaproszeniem in blanco do depresji czyhającej za rogiem z podniesioną pałką, jak policjant w komedii Charlesa Chaplina, aby wystąpić nagle jeden krok do przodu i uderzyć z cała mocą.

– Kończę już, rzekł Iwan Iwanowicz, zatrzymując się na krawędzi ulicy. – Jeśli ma pan dziecko i zauważy pan, że jest ono wyjątkowo spokojne, ulegle, nie ma oczekiwań, jest ideałem, to wiedz pan, że jest ono na najlepszej drodze do depresji. Życie dołoży mu jedno lub dwa cięższe przeżycia i depresja przyjdzie sama, nieproszona. Przeraź się więc pan jak najwcześniej i przeciwdziałaj! Mówi to panu obserwator życia, zdrowia i chorób, naturalnych i nienaturalnych, somatycznych, psychosomatycznych i psychicznych.

– Który wie, co mówi! – Dodałem od siebie, absolutnie szczerze.

Dokładnie tak. – Odparł Iwan Iwanowicz, po czym uścisnęliśmy sobie ręce serdecznie jak zrośnięci ze sobą bracia.

Tego dnia nie kupiłem nic na obiad, aby dokładnie przetrawić i przyswoić sobie wszystko, co powiedział mi Iwan Iwanowicz Iwanczyn.

Iwan Iwanowicz i depresja. Część 1.

Odkryłem Iwana Iwanowicza zanim on odkrył siebie. Nie odkryłem go w sensie dosłownym na przykład ściągając z niego kołdrę, co byłoby absurdem do kwadratu, lecz jako badacza, naukowca z powołania, pasjonata obserwacji i samoobserwacji.

– Widzisz pan. – Zaczął Iwan Iwanowicz, przyłączywszy się do mnie w drodze do sklepu, miejsca regularnych pielgrzymek wszystkich osób wierzących w konieczność jedzenia. – Depresja, ta straszna dolegliwość, która niszczy człowieka psychicznie zachowując go w stanie fizycznej nienaruszalności niczym mumię Ramzesa Któregoś z Kolei, jest wytworem jej właściciela. Rozumie pan? Nie istnieje ona obiektywnie, gdzieś w przestworzach, ale pojawia się na własne pańskie zaproszenie, kiedy uzna pan za stosowne je wysyłać.

– Zaprotestuję, szanowny Iwanie Iwanowiczu – odparłem z przekonaniem – zachowując głęboki szacunek dla pańskiego wieku i fantazji. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie zaprasza depresji, aby w nim zamieszkała! – Okazałem stanowczość, która mnie samego zdumiała, w obronie medycyny i psychiatrii.

– Dobrze pan to ujął, drogi myślicielu, wytwórco fikcji literackiej! – Pochwalił mnie rozmówca, co przyjąłem ostrożnie jako zapowiedź burzy argumentów, jaką zamierzał zwalić na mnie za chwilę. – O zdrowych zmysłach! Otóż to! Kiedy osobnik jest niedojrzały, aby rozumieć i poprawnie reagować na bodźce zewnętrzne – czasem w sposób kulturalny, czasem prymitywny, jak dyktuje mu jego ograniczony umysł – daje wówczas sygnał depresji, aby do niego przyszła. Zilustruję to tak: kiedy trzeba negocjować, negocjujesz, a kiedy trzeba dać w pysk, to nie ociągasz się jak kunktator, tylko dajesz w pysk oponentowi, chorobie lub samemu sobie, w zależności od potrzeby.

W czym, szanowny Iwanie Iwanowiczu, wyraża się owo niezrównoważenie, które pan tak śmiało diagnozujesz, jeśli wolno zapytać? – Rzuciłem w kierunku rozmówcy mając świadomość, że uprzejme słowa w rodzaju „szanowny panie”, „jeśli wolno zapytać” są ukrytą formą agresji, której przeciwnikiem jesteśmy wszyscy od dziecka. Jedynym zwolennikiem otwartej agresji, o jakim ostatnio słyszałem, był tylko dowódca konwoju z armatami przenikającego chyłkiem na Ukrainę w pomocą, której mieszkańcy sobie nie życzyli. Nie wyjaśniałem tego niuansu towarzyszącemu mi początkującemu, żywotnemu jak żeńszeń, starcowi.

– Dobry przykład! Dobry jak cholera! – Zakrzyknął w zachwycie Iwan Iwanowicz wzywając niebo na świadka oczami wzniesionymi w górę.

– Niezrównoważenie wyraża się w nadmiernej wrażliwości na innych ludzi, chęci spełnienia wszystkich życzeń mamusi i tatusia, a potem ukochanej dziewczyny, żony lub partnerki, staromodnie zwanej konkubiną, a także w pedantyzmie i nadmiernej układności. Jak pan się domyśla, nie jest to dorobek dziecka, które za moich czasów zwano pacholęciem, tylko jego rodziców. Nie wyrabiają oni w nich cech, które przeciwdziałają depresji, wręcz przeciwnie umacniają, pielęgnując i hołubiąc w nim słabości, pobłażając mu i chwaląc go nadmiernie, zamiast dać mu w kość trzeźwą oceną jego postępowania i osiągnięć, aby go uodpornić na wyzwania życia. Dopiero, kiedy depresja wybuchnie w nim jak świąteczna petarda powalając nieszczęśnika na matę nieskończonego smutku, wtedy dopiero dostrzegają, po niewczasie, że wyrządzili mu niedźwiedzią przysługę.

– No dobrze, Iwanie Iwanowiczu. – Poczułem, że tracę grunt pod nogami, że zręcznym fechtunkiem bojowniczy starzec wybija mi z rąk argumenty, będące mi tarczą i włócznią. – Ale jak to jest możliwe? – Zakrzyknąłem prawie w rozpaczy.

Nie skończyliśmy dyskusji, gdyż nasze drogi rozeszły się nagle jak szyny wysadzone w powietrze przez rewolucjonistę; ja poszedłem za głosem powonienia w kierunku skupu z kiełbasą bez dodatków chemicznych, Iwan Iwanowicz popędził w kierunku piekarni naglony wyciem żołądka spragnionego bułeczki z białej mąki. Zdołaliśmy tylko ustalić, że dokończymy temat, śmieszny dla mojego rozmówcy, lecz jakżeż bolesny dla milionów osób depresyjnie ciemiężonych.

Karykatura  

Zstąpił z obrazu z czarnymi ramami. Zrazu zszokowany zmianą, otrząsnął się, ukląkł i modlił się. Bóg tchnął w niego życie. Klatka piersiowa zaczęła miarowo podnosić się i opadać. Zebrani na sali patrzyli na przemianę jak urzeczeni. Zapytany, kim jest, przedstawił się rzeczowo: – Jestem karykaturą posła Xawerego M, człowieka określonego politycznie na tyle, aby mieć swoją karykaturę.

– Rzadko się zdarza, aby ktoś przyznawał się, że jest karykaturą kogoś znanego. – Skomentował mordziasty poseł z partii opozycyjnej.

Karykatura zamieszkał w sali parlamentarnej, gdzie się pojawił, w obrazie trójwymiarowym, tuż obok fotela swego oryginału czyli Xawerego M.

Postać Karykatury była raczej osobliwa jak na polityka. Bardziej spokojny i wyważony niż pierwowzór, niekiedy nawet milczący, starał się mówić niewiele, lecz mądrze. Sam oryginał, Xawery M, był bardziej karykaturalny niż Karykatura. Pasjonat, gadał jak najęty, plótł androny o spadających samolotach i nie znosił siebie samego, o czym świadczyły wybuchy gniewu, kiedy coś mu się nie udało. Przeciwnicy polityczni uważali go za opętanego. Xawery był pobożny i nie znosił rządu, pełnego pychy. Za to nieprzerwanie ich ostrzeliwał zjadliwymi słowy. W chwilach uniesienia rząd i premier jawili mu się bardziej nikczemni niż jawnogrzesznica Magdalena i bardziej godni kary niż dotknięty trądem Hiob na początku swej niezwykłej kariery oddania Bogu.

Xawerego wielu usprawiedliwiało w jego szalonym postępowaniu, ponieważ – oprócz przypadłości gorzko-cierpkiego języka – cierpiał także na syndrom niespokojnych nóg. Miał dom na wzgórzu, dokąd udawał się, aby swobodnie rzucać kończynami dolnymi, jak w napadzie padaczki; potrafił wtedy także rżeć jak mustang na prerii. Widok był na tyle niemiły, że sam nie znosił widzieć siebie w lustrze. Na dolegliwości kończynowe brał lek, który – na dobrą sprawę – był karykaturą medykamentu, ponieważ był przeznaczony zasadniczo do zwalczania choroby Parkinsona, i tylko uboczny skutek działania błogosławiąco łagodził rozbiegane kończyny.

W porównaniu z oryginałem, Karykatura charakteryzował się większym nosem i małym kotem, który siedział u jego stóp na obrazie. Miał poczucie wyższości, ponieważ obraz ten wyszedł spod ręki znanego artysty prowadzącego otwarty warsztat karykatury na deptaku Monte Cassino w Sopocie.

Xawery M miał nos pokaźny, nie za duży, lecz aspirujący do wielkości, lecz nie to było najważniejsze. Xawery nie cierpiał siebie, kiedy był sam, w domu, ponieważ wiele osób otwarcie wieszało na nim psy za jego poglądy. Dlatego też nadymał się do niemożliwości, kiedy występował na sali parlamentarnej. Mówiono, że również dlatego, aby rozmiarowo zbliżyć się do Karykatury.

Czasami Karykatura i Ksawery zamieniali się rolami. Mało kto to zauważał, tak doskonale grali swoje role. Nie można było rozpoznać, kto jest kto, z wyjątkiem nosa oczywiście.

Kiedy nadszedł czas i Xawery odszedł na emeryturę partyjną, Karykatura został jego następcą, repliką, cieniem, odzwierciedleniem i sobowtórem. Dokładną ilość tych ról określał testament Xawerego, który w swojej szczodrobliwości zapisał Karykaturze także swój wizerunek poselski, fotel parlamentarny i laptop, którego nie używał. Podmiany Xawerego na Karykaturę nikt nie zauważył.

W parlamencie nic się nie zmieniło, była ta sama postać, tylko nieco bardziej milcząca. Było ciszej i z mniejszą ilością przekleństw. Inni parlamentarzyści i goście, słabiej znający polityka, dociekali przyczyn zmian. – Dlaczego jesteś taki spokojny? Nie przeklinasz, nie cieszysz się, nie rzuca tobą po podłodze, mniej mówisz o obiektach latających.

– Zmieniłem się.- Odpowiadał z godnością Karykatura vel Xawery prostując plecy i gładząc intensywnie duży nos i siwą szpicbródkę w celu wzbudzenia tajemnych mocy przed kolejnym atakiem na rząd, państwo i podłą rzeczywistość.

 

 

Oda do starości

Starzec i pacholę– Starość jest wredna, proszę pana. – Odezwał się po chwili zamyślenia Iwan Iwanowicz Iwanczyn, daleki potomek Polki i Turka pobitego pod Wiedniem przez Jana Sobieskiego. Jestem zwyczajnym typem, borykającym się ze starością i wewnętrznymi słabościami. Idę tu z panem, żywo konwersuję i cieszę się, bo w domu to ja chodzę tylko we śnie lub przeklinam swój los.

Tu Iwan Iwanowicz otaksował mnie długim i uważnym spojrzeniem.- Nie to co pan, człowiek jędrny w sobie i energiczny nad miarę. Powiem panu w cichości, że staram się pana naśladować. Przynajmniej w kilku sprawach. Też piszę, bo to podbudza mój starczy umysł, który jak pan sam powiedział, starzeje się szybciej niż ciało i oddaję się ćwiczeniom cielesnym, które mają wzmocnić kondycję nader łatwą do zapomnienia w moich latach.

– Ile pan ma lat, jeśli mogę wiedzieć?. – Zapytałem z młodzieńczą wrażliwością godną naśladowania.

– Co ja będę pana straszyć liczbami! Dostatecznie dużo, aby łatwiej dostrzegać głupoty tego świata, oraz dostatecznie mało, aby jeszcze móc się lubieżnie podniecać i opowiadać kawały, zamiast mówić o chorobach.

– To na co pan się skarży? Wydaje się, że jest pan w dobrej formie.

– Mówi pan jak kat, aby pocieszyć skazańca. Skarżę się na wieczną senność, ospałość, zasypianie przed komputerem i na literki uciekające mi dziesiątkami w bok w tekście, który piszę.

– To okropne. – Usiłowałem wzmocnić buntowniczego starca życzliwym komentarzem. Każdy lubi współczucie.

– Na to mnie pan nie złapie. Ja nie jestem łasy na współczucie, mówienie o chorobach, chwalenie. To są pułapki prowadzące do uzależnienia. Jak to mówią, nie ze mną takie sztuczki, Bruner! – Rzucił młodzieńczo staruszek, potem pochylił się, podjął duży kamień i rzucił w moim kierunku krzycząc „Łap”, kiedy ten był już w powietrzu.

Złapałem.

– Tak bawiliśmy się, proszę pana, kiedy jako wyrostek pobierałem nauki w szkole średniej. To były czasy, szajba odbijała młodzieży męskiej, ale w mądry sposób, nie to, co dzisiaj.

Nie zdążyłem nic odpowiedzieć, ponieważ dzielny staruszek skręcił nagle w bok do sklepu zapominając o mnie i mamrocąc pod nosem listę zakupów.

Starość nie radość

Dzień Pożyczonych Imienin. Poprawiny.

Przyjęcie imieninowe nie spełniło oczekiwań; trzeba było je poprawić. Poprawianie jest zdrową polska tradycją. – Oświadczył mężczyzna zwany Jadowitym dopisując poprawiany obiekt do listy autostrad rozpoczętych, niezakończonych, zbyt kosztownych i zbyt tanich. Taniość nie gwarantuje jakości. A kto jest temu winien?. – Zapytał z odwagą, która wstrząsnęła nawet jego własnym ciałem. Działo się to wobec licznego audytorium osób ukrywających się za parawanem przeciętności.

Kirchner_-_Selbstbildnis_als_Soldat-800x894 Actor Arya Birthday Celebration 2013 Photos Gallery (2)

Czy pan, człowieku, nie jesteś przypadkiem z Twojego Ruchu? – Odezwał się mało gramatyczny głos zza parawanu, w który mało kto wierzy podobnie jak w kwadratowy stół.

-Twój ruch, mój ruch, nasz ruch!. Co za różnica? Dobrze, że coś się w ogóle rusza. Bezruch jest śmiercią. – Tym razem głos pochodził z jamy gębowej (jest to autentyczny termin biologiczny) śmiertelnie znużonego grabarza, który wpadł na spóźnione piwo imieninowe po zakończeniu codziennej sesji kopalnej.

– Ziemia była ciężka, glina przemieszana z kamieniami. – Wyjaśnił między łykami piwa Perła Zwierzyniecka. – Nie to jednak mnie zmęczyło, ale brak stymulacji intelektualnej w pracy. Tylko żałoba, wypadki, pochówki, groby, pomniki. Chyba wypiszę się z mojej firmy. Jest zbyt konserwatywna na mój gust. Szkoda mi tylko prezesa, osoby znanej i szanowanej za pamięć o tragicznej przeszłości.

Żołnierz je obrońcą ojczyzny. – Dobił się wreszcie do głosu mężczyzna zwany Jadowitym z odpowiedzią na pytanie: Czym je żołnierz? Łuska mieniła się na jego ciele różnokolorowo jak u kameleona z firmy medialnej „Zoo i Polityka”, która ostatnio zmontowała nową trójfilarową koalicję.

– Jadowity, ale dobry polityk. – Zawyrokował zwolennik wolnościowego Ruchu Wszyscy ze Wszystkimi, odłamu Twojego Ruchu.

– To nie jest tak. Nie chodzi o żołnierza-obrońcę, lecz o sposób spożywania posiłku. – Interweniowała kobieta, której tożsamości nie wypada mi zdradzać.

– Pani ma na myśli „Czym ji żołnierz?”. Ji łyżką, widelcem i nożem.

– Kogo? Kogo? – Na hasło „nożem” żywo zareagował stareńki Pierwszy Sekretarz Partii Komunistycznej narodu niegdyś stowarzyszonego. Przypomniały mu się pamiętne wydarzenia w restauracji „Ambasador Wschodu” w Waszyngtonie. Jadł wtedy rękami, a powinien użyć noża, narzędzia bardziej eleganckiego i częściej stosowanego w dyplomacji restauracyjnej niż grube paluchy. Były to czasy rakiet szmuglowanych na Kubę płacącą ciężką walutą w postaci cygar i cukru trzcinowego. Była to dobra kombinacja, pozwalająca na słodzenie raka cukrem. Wszyscy ucieszyli się tchnieniem zmurszałej już nieco historii mając na uwadze nową żelazną kurtynę szytą naprędce przy pomoc wyrzutni typu ziemia- powietrze.

– Na tablicy ogłoszeniowej figuruje tam napis. Budowniczy: Wielkie Mocarstwo. Inwestor: Też Wielkie Mocarstwo. Ta informacja nie jest potrzebna. Wszyscy wiedzą. Szkoda drewna. – Oświadczył ze znawstwem profesor Korwin Mikke wyróżniający się nadprzyrodzonym talentem objaśniania złożonych zjawisk prostymi słowami.

Korwin Mikke Roztrzepany

– Korwin Mikke powala naród na kolana. To największy prorok młodego pokolenia. Popiera go już osiem procent społeczeństwa. Porywa mnie krzykiem, hasłami, rześką analizą polityczną. Trudniej przychodzi mu wprawdzie wzdychanie na temat kobiet, ale po co mi to potrzebne? – Szepnęła mi do ucha młoda, urocza kobieta uczęszczająca na kurs przyspieszonej emancypacji w firmie „U Proroka”. Ucieszyło mnie jej podwóje zaufanie: do Korwina i do mnie..

Spór międzygatunkowy

Poszło o pierzynę puchową. Została wyprana w pralce, po raz któryś z rzędu. Rzędy bywają długie, prorokuję więc, że będzie jeszcze wielokrotnie prana.

Powyższa scena jest początkiem opisu odmienności widzenia świata przez mężczyznę i kobietę, strony odwiecznego sporu. Dokładniej, po stronie żeńskiej były w sporze pierzynowym nie jedna, ale dwie niewiasty, sprzężone poglądami jak siostry syjamskie widzące tylko na jedno oko. Przeciwwagą dla nich był osobnik rodzaju męskiego, gatunku podobno na wymarciu, pozostający sam jak palce w słusznym rozumieniu teorii i praktyki suszenia pierzyn.

Są to trzy dramatis personae, gdyż sprawa jest natury dramatyczno-teatralnej.

Suszenie pierzyny okazało się niełatwe. Pralko-suszarka włączała automatyczny program „Pranie delikatne” na dwie godziny, ni mniej ni więcej, co mężczyzna postanowił zmienić.

– Pranie przez dwie godziny zda się tylko psu na budę. It tak pierzyna będzie bardzo wilgotna i trzeba będzie suszyć ją na słońcu.- Wyjaśnił potomek odległego dziejowo Adama sympatycznie kojarzonego z rajem i panem Bogiem.

Wiedział, co mówi; miał doświadczenie. Dzień był gorący, trzydzieści stopni Celsjusza, słońce na balkonie sypało ogniem piekielnym, zmienił więc czas suszenia na piętnaście minut po konsultacji z instrukcją obsługi. Konsultację z kobietami uznał za niepotrzebnie wyczerpującą. Po zakończeniu aktu suszenia, wyjął pierzynę i rozwiesił na suszarce balkonowej na słońcu.

Wezwanie było krótkie. – Słuchaj przez minutę i nic nie mów. Jeśli perzyna nie wyschnie, to ty nie będziesz … Ostrzeżenie było podobnie zdecydowane jak pięćset osiemdziesiąte trzecie ostrzeżenie kierowane przez Chińską Republikę Ludową przeciwko Republice Indii w słynnym przed laty sporze granicznym.

Mężczyzna miał już coś powiedzieć, kiedy jedna z dwóch sprężonych ze sobą niewiast oświadczyła: – Lepiej, żeby pan nic nie mówił. A jeszcze lepiej, gdyby pan ugryzł się w język!

Sugestia była zwierzęca, a sytuacja nabrzmiała politycznie. Adresat podjął męską decyzję.

– Nie ugryzę się w język, a odgryzę sobie język! Co uczynił. Męska decyzja niekiedy bardziej świadczy o męskości niż genitalia.

Bohater opowiadania, do końca nie wiadomo dokładnie, pozytywny czy negatywny, czy też fifty-fifty, cieszy się teraz niebiańskim spokojem. Nagle odkrył, jak bardzo jest bogaty, zważywszy, że „milczenie jest złotem”. Ze światem zewnętrznym komunikuje się pisemnie, co znaczy, że bardziej rozważnie. Jest też powszechnie uznawany za osobę dyskretną.

–„ Nic nie wypapla, nie dyskutuje, nie kłóci się. Po prostu ideał” – tak mówią teraz nawet ci, którzy nie przepadali za nim w przeszłości.

Sądzę, że gdyby zapytać o zdanie kobiety, to większość z nich wyraziłaby podobne opinie. Sytuacja objaśnia też lepiej słowa Pisma Świętego definiujące mężczyznę: „Cichy, niepokornego serca”.

 

Historia głodu i miłości

W wiosce od wielu dni panował głód. Pożywienia było jak na lekarstwo, gdyż od dawna nikt nie zapuszczał się w te strony z uwagi na upały, komary i ostrzeżenia o kanibalach grasujących na rozstajach dróg i w buszu. Kanibale też muszą jeść.

W chacie na skraju wsi trwały przygotowania do wyprawy w dalsze okolice w poszukiwaniu żywności. W drogę ruszali ojciec z synem, lat osiem, dla którego nadszedł czas wtajemniczenia w arkana sztuki zdobywania pożywienia. Pani domu wyposażyła męża i syna w wodę, świeżo uprane przepaski na biodra oraz pożegnała czułymi pocałunkami: synka w czoło, a męża w usta. Kobieta i mężczyzna byli dobrym małżeństwem; wprost nie mogli oderwać się od siebie, tak wielką pałali do siebie miłością. Jak ja przeżyję to rozstanie? – Zamyśliła się żona kanibala. Podobne myśli, tylko bardziej intensywne i namiętne, kłębiły się w głowie męża.

Wyruszyli. Szli już trzeci dzień, jeszcze bardziej głodni i spragnieni niż w momencie wyprawy z domu. Nigdzie nie było widać śladów ani innych oznak życia ze strony potencjalnego pokarmu. Zbliżając się do rzeki mężczyzna zauważył w cieniu drzewa eukaliptusowego młodą kobietę. Natychmiast zwrócił na nią uwagę synkowi, aby ten przypadkiem okrzykiem radości nie wystraszył ofiary.

Przyglądając się jej z uwagą dzikus obmyślał technikę ujęcia ofiary. Był wrażliwy na piękno natury, a teraz miał do czynienia z wyjątkowym jego obiektem. Powabne piersi unosiły się i opadały w miarę oddychania, różane usta były rozchylone jak do pocałunku, biodra zachwycały swymi pełnymi kształtami ujawnianymi przez obcisły kostium kąpielowy.

– Jest to pewnie turystka z dużego miasta. – Spekulował mężczyzna czerpiąc idee ze skarbca kanibalskiej akademii życia. -Przybyła w te dzikie okolice, aby doznać prawdziwej samotności i pomedytować na łonie przyrody, ufna i niewinna. Zdał sobie sprawę, że i on sam jest osobą wrażliwą. Stłumił w sobie uczucie, zbyteczne i sprzeczne z obyczajami i tradycjami plemienia.

Przy zgrabnym nosku śpiącej niewiasty myśliwy zauważył kropelkę potu, która powolutku i urokliwie zbliżała się do namiętnych ust żeglując ku wardze koloru świeżej maliny. Ojciec i syn oblizali się z głodu. Obydwaj ubóstwiali świeże dzikie maliny, jakie nasadzili w buszu ich praprzodkowie przybyli z Azji. Ojciec patrzyłby zapewne dłużej w zamyśleniu, gdyby nie synek, który trącił go delikatnie w łokieć i wyszeptał. – Tato, na co my czekamy? Jestem strasznie głodny! Proszę cię. Zjedzmy ją tutaj, na miejscu!.

– Jak możesz być tak niewytrwały! – Ojciec wpadł prawie w gniew. Uczę cię sztuki polowania wymagającej cierpliwości i artyzmu ze strony myśliwego, a ty chcesz zepsuć wszystko! – Wykrzyknął ojciec i dodał wracając do opamiętania: Czy ty oszalałeś, synku? Zabierzemy ją do domu. Mamusię zjemy!

Wiktora Nikanora Władysławowicza poranny zapis z pamięci

Tylko nazwisko miał rosyjskie. Sam siebie tak ochrzcił dwie minuty wcześniej, dla rozrywki, w ramach ekwilibrystyki słownej, którą uprawiał jego umysł za łagodnym przyzwoleniem właściciela. Reszta organicznej postaci Wiktora Nikanora Władysławowicza była rodzimej, polskiej produkcji. Od stóp do głów, jak mówi porzekadło, którego treść można przekształcić, przetransponować, przerobić, zmodyfikować, zmienić, aby dostosować do pożądanej sytuacji zależnej wyłącznie od elastyczności umysłu i swobody logiki autora. Igraszki słowne były ulubioną poranną rozrywką Wiktora.

W jego życiu małe rzeczy stawały się wielkimi, ponieważ wielkie były w deficycie. – Tak chyba wygląda życie każdego z nas, z wyjątkiem ludzi z wyobraźnią i szczególnie uprzywilejowanych przez los. Małe rzeczy można nadmuchiwać do rangi wielkich, nadawać im nowe kształty, wymiary i wartości. Nie jest to przywilej tylko poety białych wierszy lub pisarza rzeczy drobnych, śniących o rzeczach wielkich. W istocie rzeczy, skoro o niej mówimy, Wiktor nie tylko o nich marzył o nich, ale i doprowadzał je do istnienia pisząc bardziej lub mniej znaczące treści.

Tupot nóg nad głową stał się wyraźniejszy, bardziej rytmiczny, trwał, upadał, powstawał z klęczek, znowu trwał i kończył się. Dzieciak biegał nad sufitem, piętro wyżej, demonstrując przywiązanie do ruchu bez zaangażowania umysłu. – To przyjdzie później, pomyślał Wiktor, albo i nie, w zależności od tego, czy rodzice pomogą mu nauczyć się odrobiny samotnosci, budząc i kształtując jego wyobraźnię, pamięć, uwagę i nawyki, krótko mówiąc – samoświadomość.

Aby wykoleić tupot nóg, jeśli nie stłumić, co byłoby najbardziej pożądane, Wiktor usiłował włączyć radio sięgając ręką głęboko za szafkę, na której tkwił jak przysłowiowy kołek w płocie telewizor broniony przez długą lampę stojącą na podłodze. Nieosiąganie pożądanych skutków było coraz częściej jego udziałem. Zwykłe przedmioty stawały mu na drodze przysłowiowym okoniem i odmawiały współpracy, podporządkowania się. To dorobek starzenia się, wątpliwego przywileju nadanego przez Boga każdemu z nas. Alternatywą dla korzystania z przywileju jest dobrowolne odejście do krainy spokojnych snów (lub wiecznych polowań, jeśli jesteś Indianinem).

Powyższe stanowi niezakończony zapis pamięci poczyniony między godzina 6.35 a 7.05 rano, przerwany i zakończony nerwowym brzęczeniem pszczoły na oknie za zasłoną. Wiktor wstał, otworzył okno z cichym hasłem w pamięci: Nie zabijaj!, milczącym pisemnym przypomnieniem Boga. Wypuścił owada na wolność. Przyniosło to ulgę jemu i temu drugiemu zwierzęciu, być może także i Bogu, jeśli miał czas to zauważyć w nawale spraw codziennych.

 

Dom Wariatów

 

W dniach 1 Maja i 3 Maja połączonych razem niby bracia syjamscy dniem wolnym od pracy, po którym wierni mogą swobodnie przechodzić od klarownej Monarchii Edwarda Gierka do niejasnej Demokracji Tuska i Kaczyńskiego, społeczeństwo nabyło prawo do nadziei i proroctw.

Wybory do parlamentu rozstrzygnęły losy narodu pewnego, że powinno i musi być lepiej. Powstała zupełnie nowa koalicja partyjna, z której wszyscy byli zadowoleni. Zapanował powszechny szał radości. Nieliczni malkontenci kryli się po lasach, lecz ich szybko wyłapano i rozstrzelano. Nowy rząd działał sprawnie i zdecydowanie. W kraju pozostali tylko ludzie pozytywni.

Pierwszym zadaniem rządu,  składającego się po raz pierwszy wyłącznie z ludzi uczciwych, była ocena zdrowia społeczeństwa niezbędna do wprowadzenia szybkiej i konkretnej reformy służby zdrowia. Żądali tego emeryci, renciści, ludzie mający bardzo dużo czasu oraz członkowie byłej opozycji, którzy poważnie zasłabli w wyniku wyborów parlamentarnych.

Na drzwiami wejściowymi do sali, gdzie zasiadło konsylium lekarskie, widniał wielkimi literami napis: „Dom Wariatów” z drugim mniejszym napisem poniżej „Sala Przyjęć” ( w skrócie DW SP). Przed budynkiem stały niezliczone tłumy i wiwatowały.

– Ilu tu ludzi! – ni to zdziwił się, ni to zapytał niepozorny osobnik z krzywymi ustami wyglądający na profesora robiącego za eksperta w słynnej Komisji Antoniego Macierewicza.

Otaczający go obywatele przyglądali mu się z niedowierzaniem, niektórzy wręcz z pogardą.

– Jedyny głupi, który nie wie. Cały naród, człowieku! – warknął przyćmiony osobnik z gębą od pługa i alkoholu.

Pierwszy trafił przed oblicze konsylium mężczyzna z brzuchem.

Niech pan wyjmie tę piłkę spod koszuli! – zażądał lekarz w białym kitlu. Musi pan wyprostować sylwetkę. To panu dobrze zrobi.

To nie piłka, to mój brzuch. – wyjaśnił zaskoczony i zdegustowany pacjent.

Rozumiem. Sprawa jest więc prosta. Ile pan waży i ile ma pan lat?

92 kilogramy i 55 lat. Chyba nie dożyję do emerytury.

Proszę się nie martwić. Niech pan się lepiej kłopocze, z czego pan będzie żyć na emeryturze. – lekarz zakończył poradę i odwrócił głowę w kierunku pielęgniarki.

Proszę wypisać receptę: sześć miesięcy diety z jedną szklanka wody dziennie. Tylko w niedziele pacjent może zjeść bułeczkę. – Lekarz odwrócił głowę i krzyknął: Następny proszę.

Przy stoliku pod ścianą rachmistrze medyczno-ekonomiczni obliczali oszczędności, jakie poniesie służba zdrowia: wartość zaoszczędzonego jedzenia, lekarstw i kosztów leczenia. Szło im to sprawnie dzięki komputerowi z programem „Obliczenia dla Mas” zakupionemu w Chinach.

Po zbadaniu pierwszych sześciuset osób, tłum przed budynkiem zaczął się poruszać i dyskutować, czy społeczeństwu rzeczywiste jest potrzebna reforma służby zdrowia. Ja tam nie narzekam. Ja też nie! I ja! I ja! – Ludzie zaczęli się licytować. Kiedy do sali odpraw wchodził pacjent numer trzy tysiące, wtargnęła za nim delegacja pozostałych trzydziestu pięciu milionów i 650 tysięcy obywateli z kategorycznym żądaniem zachowania służby zdrowia taką, jaka ona jest. Decyzja została podjęta rzez komitet strajkowy, kiedy dowiedziano się, że słabującym byłym członkom opozycji nr 2754 i 2755 na liście oczekujących pacjentów odebrano diety poselskie i zapisano lewatywę, aby zmniejszyć wysoki cholesterol utrudniający im nie tylko oddychanie ale i myślenie. Osoby z byłej i nowej opozycji, przedstawiciele Nowej i Starej Partii Rządzącej, których niesposób było odróżnić od siebie, i osoby niezaangażowane politycznie, czyli większość społeczeństwa, szybko doszli do porozumienia, że reforma służby zdrowia nie jest wcale potrzebna.

Potrzebne są tylko pieniądze! – krzyczeli jedni.

Skąd je wziąć? – pytali drudzy.

Z kieszeni podatnika! – odpowiedzieli trzeci, niezidentyfikowani, przytomnie kryjący się za plecami innych z obawy przed zlinczowaniem. Rachmistrze medyczno-ekonomiczni w pośpiechu obliczali koszty oszczędności.

Niezliczone tłumy zgromadzone przed budynkiem Domu Wariatów zaczęły się rozchodzić, Gratulowano sobie wzajemnie nowego rządu koalicyjnego i szybkiego rozwiązania problemu, którego poprzedni nieudolny i skorumpowany rząd nie chciał lub nie potrafił rozwiązać przez tyle lat.

C.d.n.

 

Lekka rozmowa o ptactwie

Dziś czuję się świeżo jak mięso u Zielińskiego. – Stwierdził poranny Ptaszek.

U nich mięso czasami nie jest świeże. – Zauważyła pani Zazula.

No właśnie. Z dziobu mi to pani wyjęła. – Dodał ptaszek pokazując długi lepki języczek, którym chwytał muszki, żuczki i robaczki. Poprawił się od czasu, gdy podjął pracę na etacie ochroniarza w Państwowym Instytucie Ochrony Roślin Figlarnych.

Pani Zazula niewiele wiedziała o Ptaszku. Pracował na akord. Specjalny licznik elektroniczny, który zawieszony miał na brzuszku, mierzył jego wagę w chwili połknięcia szkodnika, po czym dodawał wagę substancji odpadowej, która wypadała mu spod ogonka, oraz energii, którą zużywał na przeloty między miejscami pracy.

– Jakie zajmuje pan stanowisko? Czy to coś poważnego? – Pani Zazula z wrodzonym wdziękiem skrzywiła twarz w uśmiechu pod wpływem cichej myśli. – Co tam taki kurdupelek może mieć za pracę! Czy oni umieją pracować? – Ostatnie niewypowiedziane, ale pomyślane zdanie, pokazywało sceptycyzm wrodzony każdej kobiecie co do użyteczności i umiejętności rodzaju męskiego.

O pracy rozmawia się nie w kategoriach powagi, ale odpowiedzialności. Praca nie jest może poważna, ale jest odpowiedzialna – Proszę zwracać uwagę na semantykę. A propos, semantyka jest nauką o znaczeniu wyrazów.

– Ton głosu jak i sposób mówienia Ptaszka wyrażał ból egzystencjalny, jaki odczuł pod wpływem nieodpowiedzialnego odezwania się kobiety. Uraziła jego męska dumę, która wprawdzie jest rozciągliwie zdolna do akceptacji różnych przytyków i krytyk, ale ma granice wrażliwości, których przekroczyć nie wolno.

– Nie będzie mnie baba traktować, jakbym był wypchany i siedział sztywno na zielonej żerdce z oczami z guziczków i dziobem otwartym z podziwu. Ku! Mać! – Zaklął po męsku przedstawiciel gatunku wróblowatych.

– A co do stanowiska, jakie zajmuję, to jestem ochroniarzem-oblatywaczem. – Wysączył z godnością posiadacz dziobu, pary skrzydeł, pary nóżek i korpusu.

– Czy korpusik nie przeszkadza panu, panie Ptaszku, w szlachetnym obowiązku oblatywania roślinek i wyszukiwaniu robactwa do konsumpcji indywidualnej? – Jad sączył się z ust pani Zazuli wypełniając pokój zapachem niezwykłych słów i skojarzeń pomieszanych z perfumami marki Jojo Superieur z najwyższej półki sklepu kosmetycznego o niskiej powale, gdzie niegdyś sprzedawano artykuły żelazne.

C.d.n.

Świąteczny dzień odnowy.

Pogrzeb odbędzie się na koszt państwa – zadeklarował Premier ożywiony świątecznym nastrojem, duchem miłości bliźniego i ekologiczną wodą sodową, która nie uderza do głowy. Państwo jest ubogie, więc pochówek będzie tymczasowy, a ostateczny zorganizujemy w dniu wyborów parlamentarnych. Musimy ciąć wydatki – oświadczył energicznie polecając Ministrowi Skarbu zajrzeć do wielkiej torby służbowej, aby sprawdzić, ile rząd ma jeszcze pieniędzy.

Zaistniała obawa, że pochówek tymczasowy podyktowany potrzebą oszczędzania wywoła drugi potop, ale nic takiego nie nastąpiło. Pies ze złamaną nogą nie zainteresował się tym problemem – zauważył Minister Finansów wywołując ulgę na twarzach całego gabinetu nękanego troską o nieplanowane wydatki na opozycję.

Ofiary powodzi pochowano w skromnej, partyjnej (chciałoby się powiedzieć żołnierskiej) mogile, na której zasiano kwiaty: maciejkę, bo ładnie pachnie, czerwoną różę, bo to symbol miłości oraz bratki, bo były najtańsze. Pozostałej części kwatery nie zasiewano na prośbę ekologów, aby i inne rośliny miały szansę wybicia się. Była zima i trzeba było użyć kilofów, aby dokonać zasiewów. Wszyscy czekali na cieplejsze czasy.

Wiosna nadeszła spokojna jak rząd, któremu wystarcza kropidło i woda święcona pożyczona od postępowego proboszcza, aby bronić się przed oskarżeniami o niedołęstwo. Na działce, gdzie pochowano tragicznie zmarłych członków opozycji, pojawiły się kwiaty: maciejka, kojarząca się z bitwą pod Maciejowicami, róża radykalnie czerwona jak Róża Luksemburg, bratki, które nie kojarzyły się ani z bratem, ani z bliźnim.

Najbardziej intrygowały zalążki trzech nieznanych roślin ozdobnych, które rosły żywo w świetle wiosennego słońca i ciepłych deszczów. Nocami, w ukryciu i w przebraniu, kobiety i mężczyźni z pochodniami zraszali grządki łzami śpiewając pieśni o ojczyźnie błagając ją, aby wróciła z wygnania. W powietrzu unosiła się tęsknota silniejsza niż zapach perfum Chanel Nr 5. Tajemnicze i porywające misterium organicznie-polityczne przyciągało coraz większe tłumy. Ludzie zaczęli mówić o czarach i zjawiskach nadprzyrodzonych. Kwiaty nowych roślin przybierały kształty wywołując drżące szepty: Coś niebywałego! To prawdziwy cud!

Trzy kwiaty wyróżniały się ponad miarę, ich zapach upajał a kolory przyciągały wzrok jak na sznurku. Ludzie rywalizując z pszczołami i kolibrem-wędrowniczkiem pchali się do nich niby ćmy do światła, deptali sobie po piętach, zdarzało się, że i po plecach, jeśli ktoś nieodpowiedzialnie upadł na ziemię.

Pierwszy kwiat, masywny, przybierał wygląd skromnej wzrostem, lecz zdecydowanie marsowej postaci z poważną głową, wcześnie siwiejącą i korpusem odzianym w garnitur koloru granatu. U dołu, u samych korzeni, wyrastały pantofle w czarnym kolorze. Drugi kwiat był wysoki, też siwiejący w miejscu, gdzie pąk nabierał kształtu głowy, rósł szybciej niż pierwszy, lecz z powagą i szacunkiem pochylał głowę w kierunku mniejszego. Trzeci z kolei, najbardziej pulchny i pękaty, miał cechę charakterystyczną w postaci dużego otworu gębowego i gładkich lic. Pewien wybitny entomolog partii rządzącej zajmujący się zjawiskowymi owadami i roślinami nazwał go „Trzy w jednym!”.

Była jeszcze czwarta roślina, lecz budziła niezrozumiałe wątpliwości. Nie wiadomo dlaczego nazwano ja szpiegiem. Była rosła i miała wypustki opadające w dół bogatą kaskada jak włosy cherubina. Kobiety przechodzące obok spluwały na nią z odrazą, szepcząc zaklęcia lub złorzecząc.

Wszystko było tak niesamowite i tajemnicze, że wezwano naukowców znanych jako eksperci od kabały i zgadywania, oraz jednego egzorcystę, szczycącego się wysokimi stawkami za usługi. Grupę tę nazwano „Zespołem M” dla uczczenia pamięci pewnego wybitnego rewolucjonisty historycznego.

Praca zespołu nie przyniosła wyników. Musimy poczekać, co się z tego wykluje – oświadczyli jego członkowie wbrew sugestiom, że ich opinia nie spodoba się społeczeństwu.

Nieznana organizacja wykupiła teren nadprzyrodzonych zdarzeń, zanim komukolwiek innemu przyszło to na myśl, obudowała płotem z drutu kolczastego, a na zewnątrz ustawiła miny przeciwpiechotne. Przed bramą stanęła tablica: Rządowi wstęp surowo wzbroniony! Media przestały dmuchać w miechy niepewnych informacji i sprawa na jakiś czas przycichła. Ile czasu ważna wiadomość może siedzieć w kucki na zimnym gruncie? – tego rodzaju pytania dolewały oliwy do gasnącego ognia w okresie ciszy przed burzą.

Burza rozpętała się, kiedy przed odnowionym, powszechnie znanym budynkiem, pojawiła się błyszcząca, emaliowana tabliczka „Organizacja Odnowy Obywatelskiej”. Ulotki rozdawane w milionach, bogata reklama telewizyjna i prasowa, tysięczne bilbordy głosiły z radością: Nie upadaj na duchu! Powróciliśmy: Prezes, Wiceprezes, Rzecznik I Agent.

Naród szalał z radości. Głosowanie okazało się druzgocące dla partii rządzącej. Nastały lata szczęścia i dobrobytu. Kwitła turystyka. Chińczycy przybywali tłumnie samolotami i statkami, aby poznać kraj, który wyprzedził ich w rozwoju. Wyprzedzili nas, Chińczyków! – powtarzał z niedowierzaniem wysoki urzędnik partii, prowadzącej rejestr swoich członków w pamięci komputera, aby nie zabrakło papieru na codzienną kanapkę dla miliarda ludzi.

W kraju „Kwiecistej Rewolucji”, jak ochrzczono republikę rządzoną wreszcie przez mądrych i odpowiedzialnych polityków, każdy obywatel otrzymywał tyle, ile potrzebował. Nie było problemów z budżetem, wszyscy chętnie płacili wyższe podatki. Z zagranicy w trybie ekspresowym sprowadzono wraki, które ich dotychczasowi posiadacze oddawali ochoczo i z podziękowaniem ręki. Z półek zniknęła pornografia, z Internetui zdjęcia małoletnich, a z księgarni prace naukowe o homoseksualistach, lesbijkach, mniejszościach seksualnych, gender, in vitro, eutanazji. Rozstrzelano sześciu pedofilii, na znak czego kościół zjednoczył się z państwem w geście pojednania. Zamknięto jedyną internetową ambonę prawdy obiektywnej jako przeżytek okresu błędów i wypaczeń. Rozgrzanymi szczypcami wypalono korupcję, po czym nawiązano współpracę kulturalną z Koreą Północną, aby mieć gdzie przekazywać nadwyżki żywności i towarów przemysłowych produkowane przy stuprocentowym zatrudnieniu.

Powoli narastał kult Wybitego Przywódcy, którego jednomyślnie i jednogłośnie nieśli na piedestał wszyscy obywatele. Każdy naród potrzebuje silnej, ojcowskiej ręki!

Świąteczna dematerializacja Organizacji

Przyznam się, że moja ziemska wiara jest krucha, ale niezmiernie wierzę w to, co głosi Prezes zwany Starym, Wiceprezes zwany Nowym, Agent od Miłosnych Wynurzeń, Rzecznik od Pożyczek oraz inni funkcjonariusze Organizacji. Jest to zrzeszenie osób jednomyślnych, bez śladów schizmy, których usta poruszają się dokładnie w ten sam sposób dobywając z wnętrza te same słowa wcześniej podyktowane przez Prezesa.

Na konferencji prasowej transmitowanej przez telewizję Stary Prezes Organizacji składał narodowi życzenia świąteczne i noworoczne. Był to piękny gest myśliwego, gdyż niewielu polityków interesuje się dziś szaraczkami. Już, już miał skończyć, kiedy nagle i niespodziewanie, wyrwał mu z rąk mikrofon nie kto inny, jak Nowy Wiceprezes.

Dysponent mikrofonu przemawiał krótko i treściwie. Telewidzowie słuchali z taką uwagą, że słychać było muchę latającą w pokoju. Przy odbiornikach zebrali się ludzie biesiadujący świątecznie, inaczej mówiąc cały naród, gdyż mówca okazał się złotogęby. Miał aksamitny głos wdzięcznie skojarzony z siwą brodą, mówił wzruszająco i tak ślicznie, jakby motylki wylatywały z jego ust. To ostatnie nie jest czymś nadzwyczajnym, potrafi to każdy prestidigitator szkolony w Chinach. Zaskoczeniem były ostatnie słowa Nowego Wiceprezesa.

Wszystko, co dotychczas mówiłem na temat lotów kosmicznych, to wierutna bzdura. Dziś stać mnie na prawdę, ponieważ jestem w stanie świątecznego uniesienia religijnego, w które wprowadziły mnie (tu padły jakieś niewyraźne słowa) oraz rodzina. Temat kosmosu był zastępczy. Obiekty latające są nam równie potrzebne jak zmarłemu kadzidło. Dla nas najważniejsze to wygrać wybory, utworzyć rząd, i dokonać rzezi ….

W tym momencie wszyscy bez wyjątku, kamerzyści, asystenci kamerzystów, redaktorzy programu, Stary Prezes, Agent i Rzecznik, oraz ludzie przy odbiornikach, wstrzymali oddech. Mówca to zauważył i też wstrzymał na chwilę oddech w geście solidarności. Kiedy zaczął się już dusić z braku tlenu, dokończył monolog:

…aby unicestwić wszystkich nieudaczników, przestępców, ludzi przekupnych i skorumpowanych, członków rządu, złodziei i podobnej kanalii. Żałuję, że dotychczas kłamałem i odwracałem uwagę od rzeczy ważnych. Dziś usłyszeliście Państwo prawdę z moich ust. Niech skonam, jeśli skłamałem! Musiała to być prawda, bo nie skonał. Był to akt pokory i skruchy.

Nikt nie uwierzy, co stało się dalej. Spowiedź Nowego Wiceprezesa wywołała powszechny płacz w narodzie. Płakały istoty różnych proweniencji, niektóre nawet niefigurujące w Spisie Zawodów Użytecznych, zestawionym przez Umberto Eco: nauczyciel, strażnik, gladiator, myśliwy, donosiciel, ogrodnik, tkaczka, rozbójnik, pasterz, kursor, kapłan, król, harfista, rybak, kucharz, nosiwoda, głupiec, sługa, wściekły błazen, medyk, stolarz, pijak, wieśniak, człek smutny, sędzia, nierządnica oraz pani domu. Poza tym płakały liczne inne twarze, których nie wymienię z braku cierpliwości.

Poziom wilgoci tak się podniósł, że z zimowego nieba zaczął padać deszcz. Niesłabnące potoki łez i wody deszczowej zasiliły wody gruntowe, a potem zaczęły przelewać się do strumyków, rzek, stawów, jezior i systemu kanalizacyjnego docierając w niejednym bloku mieszkalnym aż na piąte piętro. Przyszła powódź, a potem wielki potop, który w pierwszej kolejności, w uznaniu administracyjnej hierarchii ważności, zalał Warszawę. Na początku wyglądało to niewinnie, ginęły kury, myszy, jamniki i świnki morskie, choć rozpleniała się zaraza. Nie wiem, czy to dobre skojarzenie, ale powodzie i potopy mnożą bakterie i wirusy workami jak zaraza. W końcu fala potopu sięgnęła budynku, w którym mieści się Organizacja razem z Prezesem, Wiceprezesem i pozostałymi notablami.

Działy się tam sceny dantejskie, których nie wymyśliłby sam Dante Alighieri. Potop był powolny i niesprawiedliwy, ponieważ najpierw zagroził życiu funkcjonariuszy mniejszych wzrostem, choć wysokich rangą. Siwiejący Prezes starał się ukryć pod pachą Nowego Wiceprezesa, ale niewiele mu to pomogło. Wiceprezes zaczął się śmiać jak szalony i wierzgać nogami jak koń, gdyż do bólu nie znosił łaskotek. Takie schronienie nie byłoby stosowne nawet dla chomika, wobec czego Prezes dając dobry przykład innym pierwszy poszedł na dno.

Rzecznik unosił się dłuższy czas na fali z głową na poduszce wypełnionej pożyczkami i mogłoby to trwać w nieskończoność, gdyby nie Wiceprezes, który pragnąc ostrzec go przed jakimś niebezpieczeństwem ostrym językiem niechcący przekłuł piękną powłokę cielesną Rzecznika. Powietrze zaczęło uchodzić z niego z wielkim sykiem; okazało się, że w środku był pusty.

Ostatni zszedł ze sceny w sensie przenośnym i dosłownym Nowy Wiceprezes, który objawiając prawdę uruchomił potop łez narodu doprowadzając tym samym własną Organizację do odejścia w wieczne ostępy. Nie wiadomo, co stało się z Agentem, ale ci jak wiadomo znikają bez śladu, aby ponownie pojawić się na scenie wydarzeń lub nie.

Moment odejścia w nieznane znanej Organizacji w okresie Świąt Bożego Narodzenia nie był zbyt fortunny. Był smutny, choć nie wszyscy poddali się niegodziwemu nastrojowi przygnębienia i zachowali wiarę w nieśmiertelność Prezesa, Wiceprezesa, Rzecznika i Agenta.

Naród potrzebuje bohaterów bez względu na święta.