Gdzie jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

Na pierwsze pytanie odpowiadam: Nie wiem. Na drugie odpowiadam: Też nie wiem.

Od czasu jak wróciłem z sanatorium, obserwuję dziwne zmiany w sobie i w kraju. To mnie skłania do przedstawienia tezy, że dzisiaj wszystko jest fantasy.

Piszę to głównie pod wpływem Iwana Iwanowicza Iwanczyna, który opowiedział mi historię swoich ostatnich trzech dni.

Cytuję:

Patrzę przez okno i widzę siebie idącego chodnikiem. Lewa noga osobno, prawa noga osobno. Lewa ręka wskazuje rząd, prawa wskazuje nauczycieli. Widzę, że oczy nie tylko moje, stają w słup i pozostają w tym stanie do wieczora, kiedy trzeba już iść spać. W tym przejściowym dziennym stanie zagubienia odkrywam w sobie uczucie niezmiernej miłości do świata, że dał nam taki rząd a wraz z nim tyle szczęścia. Kocham go, jak żaden inny. Mądry, dostojny, przewidujący. Społeczeństwo ciągnie kraj na manowce, a on je sprowadza na drogę cnoty i prawości. Mówię o tym otwarcie, stać mnie na to, gdyż zhardziałem w ogniu wiadomości płynących z prasy, radia, telewizji i mediów ulotnych, gdzie każdy może pluć do woli.

Z niechęcią myślę o nauczycielach. Są zawistni wobec zwierząt. Też chcieliby żyć jak one, ale rząd pilnuje, aby się nie zezwierzęcili opływając w dobrobycie. To prawdziwe niebezpieczeństwo. Widzę to w miejscach publicznych. W restauracjach, barach, pubach i kafejkach pełno jest teraz zwierząt. Wymachują banknotami; krowy – pięćset złotowymi, świnie – stuzłotowymi. Słyszę ich głosy:

– Nastały dla nas dobre czasy. Będziemy chlać do upadłego. Dzisiaj stać nas na to. Nie to co za poprzedniego rządu. Sami żarli i pili, nie dzielili się z nami. Ten rząd jest inny. To dobre pany.

Iwan Iwanowicz przerywa swoją relację, pochyla się nade mną i wyznaje jak na spowiedzi:

Cytuję:

Też chciałbym być zwierzęciem. Może nawet to zrealizuję. Kiedy zobaczycie mnie leżącego wygodnie w rynsztoku albo okrążającego wielki słup ogłoszeniowy wykrzykując „Zamknęli mnie! Zamknęli!” to wiedzcie, że to ja, Iwan Iwanowicz Iwanczyn, człowiek który zapragnął być zwierzęciem, istotą zamożną, wolną i myślącą.

Obudziła mnie Wyobraźnia. Nie samą literaturą człowiek żyje. Koszula bliższa ciału.

Rano obudziła mnie Wyobraźnia. Zastukała wskazującym paluchem do mojej głowy najpierw z zewnątrz, potem od wewnątrz, w końcu popukała mnie w czoło.

– Co o tym wszystkim myślisz? – zapytała.

Nic nie odpowiedziałem, bo akurat pojawiła się przede mną ogólna sala obrad Parlamentu Europejskiego. Beata Szydło stała na fladze unijnej i wygłaszała płomienne przemówienie. Ściany były prawie gorące od żaru jej słów. Mówiła po polsku. Zauważyłem, że żaden poseł Unii Europejskiej nie ma słuchawek na uszach a kabina tłumaczy jest pusta.

– Co jest? – Zapytałem.

– Weszliśmy do Parlamentu Europejskiego i od razu zmieniamy Unię, tak jak obiecaliśmy. – Odpowiedziała pani Beata z promiennym uśmiechem. Był szeroki i szczery. Zaimponował mi. – Najpierw nauczyliśmy ich mówić naszym językiem. To teraz pierwszy język unijny. Po drugie wprowadziliśmy klęczniki, aby wygodniej było im wstawać z kolan. Po trzecie, po kolei organizujemy sprawy Unii, tak jak to sobie wyobraziliśmy.

– Jak panią i PiS odebrano w Unii? – Zapytałem onieśmielony jej osiągnięciami.

– Bardzo dobrze. Doskonale wręcz. Wszyscy posłowie pamiętali moją walkę w czasie reelekcji Tuska. Podchodzili do mnie i mówili: – Ty, Bea, i ten twój PiS jesteście cudowni. Pierwsi na świecie wystąpiliście przeciwko kandydatowi swojego kraju. Na to trzeba charakteru i odwagi. Dwadzieścia siedem krajów go chciało a wy powiedzieliście „Nie”. I wygraliście. To nie ten sam Tusk teraz. Utarliście mu nosa. No a wasz kandydat, ten Saryusz-Wolski, to gigant. Rewelacja! Powszechnie znany. Podobno to najlepszy disk-jockey w waszej partii. Rewelacja!

Chwilę później Wyobraźnia wyświetliła kolejny obraz parlamentu Europejskiego. Beata Szydło siedziała obok Theresy May, premier Wielkiej Brytanii, która jej udzielała wskazówek, jak zorganizować Polexit.

– Ty, Bea, zrobisz to lepiej. Ja popełniłam poważne błędy. Chcieliśmy to zrobić na chała-drała, wy to robicie powoli i systematycznie. Ale co będziemy gadać o exitach! Opowiedz mi o sobie, o swoim dorobku dyplomatycznym.

Pani Beata wyciągnęła przybornik i pokazał jej dużą sikawkę strażacką.

– Mój poprzednik miał większą, ale nie umiał się nią posługiwać. Zamiast jej użyć zorganizował referendum na temat Brexitu. – Wtrąciła Theresa May.

– Kiedyś dowodziłam strażakami. To były moje najlepsze lata. – Kontynuowała pani Beata. – Oni poszliby za mną w ogień i dym. To była prawdziwa walka. Cały czas kryzysy. Gaszenie pożarów. To wtedy nauczyłam się zarządzać krajem. Ale opłaciło się. Teraz widzisz sama jak Polskę szanują w Unii. Zmieniamy całą Unię, tak jak obiecaliśmy. Dzisiaj PiS stanowi największe ugrupowanie polityczne w Unii. Razem z Węgrami trzęsiemy tą organizacją. Decydujemy o wszystkim. Pieniędzy będziemy mieli teraz jak lodu. Martwię się tylko, gdzie my je wszystkie upchamy. Nie ma takiego wielkiego siennika!

– Macie na pewno wielkie potrzeby. Każdy je ma.

– Pewnie! Mamy nauczycieli. Ale ten problem rozwiążemy inaczej. Zaproponowaliśmy zmniejszenie ich liczby i zwiększenie uposażeń pozostałych nauczycieli o zaoszczędzoną kwotę wynagrodzeń. Dyskutujemy teraz, jaki procent ma odejść. Coś za coś. Większa wydajność, więcej pieniędzy! Zrobimy to samo z pielęgniarkami, niepełnosprawnymi, pracownikami sądów i administracji. Tylko górników oszczędzimy, bo to ciężko pracujący ludzie. Potrzeba nam więcej węgla, bo będziemy produkować miliony samochodów z napędem elektrycznym.

– Ależ on ma łeb! – Wykrzyknęła Tera. – Mam na myśli twojego szefa, pana Kaczyńskiego. Premiera zresztą też. Zawsze ich podziwiałam. Oni są tacy postępowi, wszystko widzą w perspektywie. No i te wasze reformy aparatu sprawiedliwości. Sędziowie to złodzieje i oszuści. Ufać możesz tylko parlamentarzystom i to tylko ze swojej partii. Wiem coś o tym. – Entuzjazmowała się Tera.

– Mój szef to nasz skarb narodowy. Jego imieniem nazwaliśmy salę konferencyjną w Unii Europejskiej. Druga będzie nosić imię jego brata, ale najpierw musimy odkręcić tabliczkę z nazwiskiem Wałęsy. Mało kto już go pamięta. To niepopularna postać. Dlatego musimy zmienić podręczniki historii – Westchnęła pani Beata i zaczęła składać sprzęt pożarniczy do przybornika.

W tym momencie Wyobraźnia wygasła. Zdążyła jeszcze tylko postukać mnie palcem w czoło. Nie wiedziałem dlaczego akurat mnie. Poczułem się jednak wyróżniony i dumny, że to my przewodzimy Europie.  

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco – 40% taniej. Skorzystaj i kup!  http://tinyurl.com/yxt5v8zm 

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

Ślepy koń, który handlował ludźmi na ulicach Ułan Kator / fragmenty

Stolica Kongolii, Ułan Kator, w tłumaczeniu znaczy „Czerwony Bohater”. Miasto zagubiło się na krawędziach świata, przez co było mało znane. Rozsławił je dopiero Koń, zwany Ślepym, który handlował ludźmi. Tak po prostu, na ulicach, jak zwykły straganiarz. Kiedy dał się zatrzymać, a było to wydarzenie międzynarodowej wagi, nazwę Ułan Kator zmieniono na „Stolica Koni”. Szczęśliwcom los nie odmawia przysług. Zanim Ślepego ujęto, a stało się to w roku dwutysięcznym, spowodował on wiele zła. Był genialny, przewrotny i zepsuty aż do szpiku kości. Tak o nim pisano. Dla jednych był uosobieniem nikczemności, dla drugich, a było ich dużo więcej, okazał się bohaterem narodowym. Każde społeczeństwo potrzebuje bohatera jak przysłowiowa ryba wody. Jeśli go nie ma, to go sobie wymyśli lub wynajdzie. Tak też się stało w przypadku Kongolii i Ślepego Konia.
W roli bohatera Ślepy objawił się sam, przewrotnie doprowadzając do pościgu i swego aresztowania, a następnie aktywnie uczestnicząc w dochodzeniu prokuratorskim. Tkwiła w tym bolesna sprzeczność logiczna: policja ścigała jak przestępcę ideał, który powinien być obnoszony paradnie w lektyce przez wiwatujący tłum, wśród orgii kwiatów i szalejących fanfar. Ujęcie Konia nie odbyło się bez pościgu i strzelaniny. Było to czyste szaleństwo. Heroiczne zwierzę, jak nazwał Ślepego dziennikarz magazynu „Świat przyrody kongolskiej”, pokazało klasę, zaskakując prześladowców niepospolitą inteligencją, elegancją zachowania, w końcu encyklopedyczną wiedzą o handlu żywym towarem. Ślepy wiedział o nim wszystko.
– Nigdy wcześniej nie ujęliśmy tak niesamowitego przestępcy – z dumą oświadczył Udo Udonsky, naczelnik Więzienia dla Wybitnych Przestępców. Fakt aresztowania Ślepego był dla niego ważniejszy niż narodziny dwojaczków u starszej córki Bolormaa, której imię
w języku kongolskim znaczy „Kryształowa Matka”. O policyjnym osiągnięciu naczelnik wypowiedział się następująco:
– Schwytać Ślepego Konia to tak, jakby nabyć dziesięciotomową encyklopedię przestępczości zorganizowanej. On posiadł całą tę wiedzę i szczerze dzieli się nią z nami. Jego aresztowanie
oznacza wielki sukces dla naszego kraju. […]

[…] Przyszedł czas, kiedy śledztwo utknęło w martwym punkcie. Z litości dla naczelnika i jego nieudolnego podejścia do przesłuchania wybitnego przestępcy, za którego został uznany, Ślepy zdecydował się wyłożyć całą prawdę bez ogródek. Przedstawił ją w formie teorii.
Prezentację ożywiał krótkimi i długimi zdaniami.
– Sprawa wygląda następująco. Seks jest piękny, ale tylko wtedy, kiedy masz władzę i pieniądze. Wtedy samice lgną do ciebie jak muchy do lepu. Każda istota żeńska lubi bogactwo i władzę. Kupuje sobie wtedy do woli podków w różnych kolorach, na wysokim lub niskim podbiciu, z długimi lub krótkimi hufnalami, także grzebienie do zaczesywania
grzywy i pachnące szampony do mycia.
– Może nawet zrobić sobie lifting – podrzucił śledczy niby dla żartu, gdyż nie spodziewał się życzliwej reakcji.
– Absolutnie – uznał z podziwem przesłuchiwany. Śledczy w jednej chwili zyskał jego uznanie, jako człowiek inteligentny i światowy. – Sądziłem, że to burek, który męczy konie głupimi pytaniami o karierę zawodową, pracę i przyjaciół. A tu niespodzianka! – Ślepemu
zrobiło się przykro, że go tak niesprawiedliwie potraktował.
– Proszę, aby podejrzany opowiedział jeszcze … – W tym momencie towarzyszący naczelnikowi oficer zawahał się – …O osobach, err … osobnikach dokooptowanych do oddziału mafii prowadzącego dystrybucję osób porwanych.  […]

Powyższe fragmenty pochodzą z tomu opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

Idealne państwo / fragmenty

Wydarzenie z pozoru było mało znaczące. Poseł opozycji, stojąc przy mównicy, wyznał miłość przewodniczącemu parlamentu. Powiedział, że go kocha. Kiedy to mówił, trzymał w ręku kartkę świąteczną z życzeniami dla dziennikarzy, którym rządząca Partia Dobroczynności pragnęła poszerzyć korytarze dla ułatwienia poruszania się w parlamencie. Przewodniczący udzielił adoratorowi najpierw upomnienia, potem ostrzeżenia, w końcu wręczył mu czerwoną kartkę. W parlamencie innego cywilizowanego kraju wyznanie miłości mężczyźnie przez mężczyznę lub kartka z życzeniami dla jakiejś grupy zawodowej nikogo by specjalnie nie zdziwiły, ale nie tutaj.

Parlament nie był zwyczajną instytucją ustawodawczą, jednym z trzech filarów władzy. Powstał on z woli ludu zmęczonego poprzednią władzą polityków zepsutych do szpiku kości, którzy, mówiąc – łgali, budując – kradli, jedząc za państwowe pieniądze – także pili. Robili to wprawdzie dyskretnie, nie rzucając się w oczy, ale czy było to znowuż tak wielką cnotą? Następcy nazywali ich partią oszustów i malwersantów. Do tego czasu słowo „malwersant” było prawie nieznane.[…]

[…]  Incydent w parlamencie pokazano w telewizji; wywołał on gwałtowną reakcję. Postępowanie przewodniczącego nie podobało się wielu osobom, które uznały, że nie ma serca, brutalnie reagując na oferowaną mu miłość, że jest okrutny. Na ulice miasta wyległy wielkie tłumy, ludzie partyjni i bezpartyjni, młodzi i starzy. Liczba protestujących nieprzerwanie rosła. Zebrani skandowali hasła, śpiewali pieśni, a nawet wygłaszali krótkie, dosadne przemówienia, unikając jednak nieparlamentarnych słów pod adresem przewodniczącego. W końcu zablokowali wyjazd z parlamentu członków partii rządzącej. Interweniowała policja, usuwając demonstrantów uniemożliwiających przejazd.                                                                                                 – Okupacja sali posiedzeń parlamentu oraz blokada przejazdu grożą załamaniem porządku prawnego kraju, ruiną gospodarki, naruszeniem przyjaznych stosunków z sąsiadami, innymi słowy: totalną klęską. Nie owijając spraw w bawełnę, zapytajmy, kto buntuje się przeciwko nam, legalnej władzy. Są to szumowiny i elementy aspołeczne, zwolennicy poprzedniej skorumpowanej partii, której odebraliśmy władzę. – Przewodniczący rozwinął długą listę przewinień poprzedniego rządu, po czym dodał. – Demonstranci na ulicy buntują się przeciwko nam, partii rządzącej sprawiedliwie i rozważnie, pragnącej dobra całego społeczeństwa, a nie elit. Niedoczekanie ich! – Jego przemówienie wywołało kolejną burzę w parlamencie. Opozycja gorąco protestowała

[…  ]  Obywatele zgromadzeni na ulicy nie przyjęli dobrze słów prezesa partii rządzącej. – Mamy własny rozum i serce. Nie możecie za nas decydować! Mamy was dość! – krzyczeli zbiorowo i indywidualnie, i wciąż gromadzili się, powiększając swoje siły.               Na żądanie przewodniczącego parlamentu w ciągu nocy na ulicach pojawiła się policja i żandarmeria w mundurach oraz agenci w niewidzialnych garniturach cywilnych, wszyscy bez wyjątku dobrze odżywieni, mocno wywatowani w ramionach, ostre rysy na marsowych twarzach. Nawet przez moment żaden z nich nie uśmiechnął się, kiedy tworzyli kordon odgradzający demonstrantów od parlamentu. Tak twierdzili obywatele. Przedstawiciele władzy przekonywali, że było odwrotnie: policja i żandarmeria byli osobnikami nierzucającymi się w oczy, drobnymi, prawie chłopcami, schludnie umundurowanymi i skromnie uzbrojonymi. Zaangażowano ich, aby zdobyli trochę doświadczenia w pracy na nocnej zmianie, a nie dla rozpędzania tłumu.                                                                                                       Rankiem następnego dnia wszystkie wejścia do parlamentu były zablokowane, a ulice odgrodzone stalowymi płotami. Przywódcy opozycji i niezależni komentatorzy sugerowali, że rolą sił porządkowych było zastraszenie obywateli. Niektórzy ludzie w to wierzyli, inni nie.                                                                                        Dzięki zdecydowanej akcji rządu sytuacja została opanowana. Prezes partii rządzącej miał powody do zadowolenia. Obronił legalnie wybraną władzę przed obywatelami. Ze wszystkich ludzi w kraju tylko on jeden uśmiechał się tego dnia.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą z tomu opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

Hysio-35 / fragmenty

[…]  W warunkach układu słonecznego hysio występuje najczęściej nocą około godziny 23.15, ale w Galaktyce Rozdrażnień panują zupełnie inne warunki. Przeważają tu silne prądy równoległego wzbudzania i hamowania aktywności organizmów żywych i nie ma podziału na dzień i noc. Czas dobowy liczony jest metodą przeskoków: redukcji – od godziny 24 do godziny 0, i wzrostu – od godziny 0 do godziny 24. Ta doba była dobą rosnącą. Kapitan spokojnie podchodził do załogantów, którzy ustawili się na zbiórce w tradycyjnej gwiezdnej formacji, nagle podskoczył, podniósł obydwie ręce do góry i popędził w kierunku mostku sterowniczego. Tam czaił się chwileczkę, po czym zręcznie wdrapał się na pulpit nawigacyjny, skąd jednym susem przeskoczył na tablicę świateł ostrzegawczych i wydał z siebie nieartykułowany dźwięk. Zaraz potem oznajmił donośnym głosem:
– Jestem kapitan Nemo K, niestrudzony badacz galaktyk i układów gwiezdnych. […]                                                                                 […]  Załoga zbaraniała. Marynarze widzieli już różne rzeczy, ale czegoś takiego jeszcze nie oglądali. Ale co mogli powiedzieć na niezwykłe zachowanie przełożonego? Na pokładzie statku kosmicznego Hysio-35 kapitan był pierwszy po Bogu. Gdyby ktoś miał wątpliwości co do jego uprawnień, to mógł to łatwo sprawdzić u źródła. Znajdowali się na wysokości dwóch lat, dwóch miesięcy i czternastu dni powyżej Ziemi. Niebo było widać jak na dłoni. Niebo przestało być pojęciem religijnym, a stało się pojęciem naukowym, astronomicznym,
od czasu, kiedy odkryto i oznaczono obszar kosmosu, gdzie koncentrowały się niewytłumaczalne siły energetyzujące wszechświat, wcześniej określane mianem Boga, Demiurga, Stwórcy lub podobnie. Bliski widok Nieba powodował, że niepotrzebne były parametry lokalizacji statku podawane na żądanie przez Biuro Namiarów Bliskości Nieba, słynne BNBN.[…]

[…] – Przyrzekłem wyjaśnić, to wyjaśnię, jestem człowiekiem honoru. – odpowiedział kapitan.
– Jeszcze przed startem nazywaliśmy się Hysio-35, ale wyniknął problem. Ksiądz kapelan odmówił poświęcenia statku. Powiedział, że nazwa jest nieważna, że nie ma takiej nazwy ani w księgach parafialnych, ani w wieczystych, ani w katalogu nazw obiektów kosmicznych. Zaglądaliśmy nawet do dzieła Kopernika „O obrotach ciał niebieskich” oraz przejrzeliśmy archiwalny stos dokumentów pozostałych po Giordano Bruno, szukając wskazówek dotyczących nazewnictwa kosmicznego odpowiadającego naszej działalności. I nic.Pomyślałem sobie wtedy: „W żadnym wypadku nie wylecę niepoświęconym statkiem. Musimy pójść na kompromis”.
– Czy ksiądz kapelan ma może jakiś pomysł lub sugestię?- zapytałem. Kapelan pomyślał chwilę,potem zasugerował:                                                                                            – A może by tak coś biblijnego?
Tak właśnie narodziła się Arka Noego. Kapelan był przekonany, że to historyczna, poważna i opatrznościowa nazwa, w dodatku zgodna z naturą ładunku, który nazwał menażerią. Oburzyłem się wtedy – dodał kapitan.
– Wiezie pan przecież ze sobą wspaniały zestaw okazów fauny, prawdziwą menażerię – wyjaśnił kapelan. Był człowiekiem prawdomównym, wiedziałem, że mówi to szczerze, co najwyżej żartuje. – Uznałem, że nas lubi i szanuje – kontynuował wyjaśni. – Tym mnie przekonał. Zgodziłem się, ale tylko czasowo. Dlatego zmieniliśmy poprzednią nazwę. Ale przemalować Hysia-35 i tak musicie.
– Kapitanie! – Zdzisio odzyskał oddech i werwę. – Ale dlaczego mamy zmieniać nazwę z Hysio-35 na Hysio-36? Co za różnica?
– Jak to dlaczego? – zdziwił się kapitan. Przecież kilkanaście minut temu dostałem hysia i był to kolejny trzydziesty szósty raz. Uważnie rejestruję wszystkie ważne zdarzenia. Jest to część tradycji wypraw kosmicznych, które prowadzę już od lat. Dlatego tak chętnie podróżują ze mną politycy, zawsze żądni poznania nowych sztuczek i manewrów oraz doznawania silnych wrażeń.

– Tam na ziemi, w parlamencie, posiedzenia zieją pustką i jest nudno jak flaki z olejem. Na statku u pana mamy nieprzerwany ubaw po pachy – przekrzykiwali się jeden przez drugiego, kiedy ich zapytał o powody zainteresowania podróżą na jego statku. – Nie tylko zresztą oni lubią podróżować w kosmosie. O, popatrzcie, tam przez okno, po prawej stronie! Jakiś turysta na hulajnodze kosmicznej. Nie widzę dokładnie tabliczki rejestracyjnej, za duża odległość, trudno więc powiedzieć, co to za model. Kierowca nie zabrał ze sobą kasku ochronnego! Musi to być jakiś nowicjusz. Zabawnie wygląda, siedzi sztywno jak urzędnik zszokowany żądaniami podwyżek emerytur i rent. Chyba zapomniał, że tu nie ma atmosfery! Niech mu
tam będzie! Każdy bawi się, jak umie – Kapitan Nemo K pogodnie podsumował wydarzenie. Jego wyrozumiałość dla ludzkich fanaberii nie miała granic.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą z tomu opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

Wypożyczalnia psów / fragmenty

[…]    Klaudiusz pół siedział, pół leżał na grubym, kolorowym swetrze przy drzwiach wejściowych budynku i rozmyślał. Było mu wygodnie. Głowę i barki miał oparte o ścianę, prawy łokieć spoczywał na najniższym stopniu schodów. Stopa prawej nogi była finezyjnie ułożona na kolanie podgiętej do góry lewej nogi. Mężczyzna trzymał w ręku butelkę toniku Schweppes ze słomką w środku. Dawno niestrzyżone włosy, lekko rozczochrana broda o nieokreślonym kolorze, koszula w jasnoszare pasy, ciemne spodnie i tenisówki bez sznurowadeł uzupełniały jego wizerunek wolnego od trosk człowieka, mającego prawo ubierać się i zachowywać bez żadnego skrępowania. Obuwie nie spadało mu z nóg, co sprawiało mu nieustającą satysfakcję.Niebo rozjaśniło się na tyle, że Klaudiusz mógł dostrzec wyraźnie krawężnik po drugiej stronie ulicy. Rozmyślał o tym, co ostatnio stracił, a co zyskał. Snuł wspomnienia przeszłości, kiedy miał rodzinę oraz psa wabiącego się Ami, którego imię było pamiątką po innym czworonogu. Razem z żoną kochali Amiego jak własne dziecko. Żona w szczególności, dopóki nie urodziła im się córeczka. […] 

      […]  Biegając po lesie, Klaudiusz spotykał zarówno ludzi z psami, jak i samotnych spacerowiczów, osoby w różnym wieku, młode małżeństwa, dziadków i babcie z małymi dziećmi oraz samotne matki z niemowlakami. Chętnie z wszystkimi rozmawiał, szukając pomysłów, jak rozreklamować swój biznes. Łatwiej przychodziła mu rozmowa z kobietami niż z mężczyznami, mimo negatywnych wspomnień związanych z Anastazją. Stosował różne odzywki, aby nawiązać kontakt.
– Panią to ma kto wyciągnąć z domu na spacer – mówił, wskazując psa. – Są ludzie, którzy sami muszą to robić, zwalczając lenistwo. Albo sugerował: – Oprócz urody ma też pani sympatycznego zwierzaka. Można tylko zazdrościć. Kiedy pierwsze lody były już przełamane, rozmowa toczyła się jak z górki: o psach, zdrowiu, spacerach, potrzebie świeżego powietrza, pracy, wypoczynku. Przy okazji Klaudiusz wspominał o swojej firmie, zapraszał do jej odwiedzenia albo obejrzenia na stronie internetowej. Rozdawał także wizytówki.
Biznes nosił nazwę prostą jak promień słońca: „Wypożyczalnia psów wyciągowych”. Na początku ludzie dziwili się nieco określeniu „pies wyciągowy”, lecz bardzo szybko chwytali sens i akceptowali. Idea „bycia wyciąganym” na spacer przez psa okazała się chwytliwa.
Wiadomość o psach do wynajęcia przechodziła szybko z ust do ust metodą poczty pantoflowej. Była to najbardziej skuteczna i najtańsza forma reklamy. Klaudiusz żartował często na temat ludzi i psów, tworzyło to swobodną, życzliwą atmosferę. Nigdy nie zdarzyło
mu się, aby ktoś zareagował negatywnie. Kto mógłby mieć coś przeciwko mężczyźnie w średnim wieku kochającemu i adoptującemu bezdomne psy ze schronisk dla zwierząt, aby pomagały ludziom spragnionym spaceru i serdeczności? […] 

                Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

 

Dry Creek Story / fragmenty opowiadania

[…]    Za zakrętem zaskoczył go widok pierwszego z eukaliptusów. Z dolnych gałęzi zwisały kolorowe girlandy, wirujące w prawo i w lewo w słabiutkich powiewach wiatru. Ich pasmo schodziło prawie do ziemi, niczym kurtyna otaczając drewnianą ławkę z wysokim oparciem. Lou podszedł bliżej i dotknął ją palcami tak ostrożnie, jakby mogła go sparzyć. Usiadł i zadumał się. Zwisająca przed nim girlanda rozchyliła się zapraszająco na dwie strony i Lou bez namysłu wszedł do środka. Nie pożałował tego. Rozciągający się przed nim widok strumienia i towarzyszącego mu szlaku spacerowego oszołomił go. Słońce przelewało się promieniami przez korony eukaliptusów. Melancholia dnia wyparowała jak zaczarowana. Radość i optymizm wstąpiły w serce malarza. Nogi same niosły go w kierunku zakrętu strumienia. Widział już żółte plamy piasku, połyskliwe kolory większych kamyków i zbrązowiałą ziemię stromego brzegu ze sterczącymi z niej fragmentami korzeni. Lou zatrzymał się, aby nacieszyć oczy słonecznym widokiem, i dopiero wtedy spostrzegł w oddali potężne zwierzę. Stało nieruchomo, zajmując całą szerokość szlaku spacerowego.Jego wielki, nisko zwieszony łeb, szeroko rozstawione rogi, masywny tułów i ciemna jak groźba maść skojarzyły się malarzowi z mitologicznym bykiem, który – zionąc ogniem – pustoszył Kretę. Zwierzę imponowało a zarazem przerażało swoim wyglądem. Skręcone rogi sterczały do przodu jak dwa sztylety, rozdęte chrapy i podniesiony ogon zdradzały gotowość do natychmiastowego ataku. Byk parskał i uderzał niecierpliwie racicą o żwirowatą ziemię. Drobne kamyki i grudki pryskały na boki, połyskując w słońcu iskrami. Mityczny pokaz pierwotnej siły zachwycił artystę. Lou zamarł w bezruchu wstrząśnięty grozą i pięknem widoku.[…]

[…] „To będzie rozpaczliwa walka o przeżycie. Oby tylko ta bestia reagowała na moją bluzę i atakowała ją, a nie mnie. Może uda mi się ją zmęczyć tak, jak to robią matadorzy na arenie? Może pośliźnie się na mokrej trawie lub żwirze ścieżki? Dobrze byłoby zwabić ją w kierunku pochyłości, aby w rozpędzie spadła z wysokiego brzegu do strumienia – myśli napędzane niepokojem o życie gorączkowo przewijały mu się przez głowę. Aktorzy niewiarygodnego spektaklu coraz bardziej zbliżali się do siebie przyciągani niewidzialną siłą przeznaczenia. Lou maszerował jak w hipnozie. Ani przez chwilę nie tracił z oczu obiektu swej artystycznej adoracji, która przerodziła się w atawistyczny strach. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Patrząc na byka z odległości już nie większej niż kilkanaście metrów, Lou nie wierzył własnym oczom. Najpierw ogarnęło go zdumienie, potem niepokój,     a następnie panika.                                                                                 – To jakaś potworność! – szepnął Lou, czując, jak serce wali mu w piersi w obliczu czegoś niezrozumiałego i budzącego grozę. W miarę zbliżania się ku człowiekowi, byk kurczył się. Był nadal wielki, ale już nie potężny jak kilkanaście sekund wcześniej. Wyglądało to tak, jakby zwierzę zapadało się w sobie pod wpływem ogromnego ciśnienia z zewnątrz. Kurczenie się żywego stworzenia sprawiało malarzowi psychiczny ból. Byk wyraźnie malał w oczach. Lou uznał, że jest to jakaś sztuczka ze strony zwierzęcia, prowadzącego z nim niepokojącą, niezrozumiałą grę. Poczuł się podle oszukany. W głowie mu zaszumiało, zacisnął zęby i pięści. Rozsierdzony nie wiedział, co z sobą zrobić. Byk zbliżał się coraz bardziej. Odległość zmniejszyła się już do kilku metrów. Powiał nagły wiatr i Lou poczuł ohydny przyprawiający o mdłości zapach wilgotnej sierści zwierzęcia.Kiedy uczestnicy koszmarnego widowiska zrównali się ze sobą, Lou popatrzył z góry na mijające go pod nogami zwierzę i wybuchnął:        – Ty skurczybyku! […]

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”.

Hanuman Bóg-Małpa / fragmenty

 

[…] Z Bogiem-Małpą Hanumanem los zetknął go dopiero w Nepalu, zupełnie niespodziewanie,w przysypanym pyłem historii miasteczku Patan, dawniej zwanym Lalitpur, gdzie nad rzeką płonęły stosy pogrzebowe. Gordo przypomniał sobie, co czytał o nim wcześniej, w kraju, kiedy jeszcze był chłopcem. Teraz bóg zmaterializował się przed nim w całej okazałości, dobrze zbudowany, niezbyt wysoki, krępy. Wzrostem podobny był do Eduardo. Emanowała z niego siła fizyczna powiązana z nieokreśloną, ale wyczuwalną mocą wewnętrzną. W wyobraźni podróżnika zaroiło się od nadzwyczajnych czynów Hanumana. Zapachniały lasy na Cejlonie, gdzie Bóg-Małpa przebywał w czasie dziesięcioletniej wyprawy, która przyniosła mu sławę króla małp, odważnego i przebiegłego. Jego sukces, wyrwanie Sity z rąk dziesięciogłowego demona Rawany, zjednał mu wdzięczność i przyjaźń jej męża, Ramy, księcia o niebieskiej karnacji. Rama był siódmym wcieleniem boga Wisznu, tego, który zawiera w sobie wszystkie dusze.Hanuman stojący przed Eduardo był zły, marszczył czerwoną twarz, robił miny, choć dłoń miał uniesioną pokojowo do góry. To było mylące. Świeżo upieczony adept sztuki interpretacji gestów bogów hinduskich nie wiedział, co o tym sądzić. Sięgnął odruchowo do zasobów intuicji i podał Bogu-Małpie duży, żółty banan, który zabrał na drugie śniadanie. Podając, wykonał gest „Namaste” składając dłonie na wysokości serca z palcami wskazującymi do góry i lekko pochylając głowę. Zarówno dar, jak i pozdrowienie zostały jednoznacznie odrzucone.Bóg-Małpa zareagował pomrukiem zbliżonym do dźwięku wydawanego przez osobnika usiłującego przypomnieć sobie człowieczeństwo, które obluzowało się w nim przy kolejnym upadku na ziemię w stanie upojenia. Olśniony nagłą myślą Gordo wyjął z kieszeni szeleszczące pięćdziesiąt rupii i podał Hanumanowi. Ten schwycił je z wyraźnym zadowoleniem. Gordo pomyślał, że podobał mu się szelest. Sam lubił szelest suchych liści pod stopami kolorową jesienią.[…]

[…]    Kiedy już go wyraźnie rozpoznał, zrobił minę podobnie jak Hanuman, rozszerzając nozdrza i obnażając dwa białe kły. Spodobał mu się ten gest. Na próbę uderzył się kilka razy w owłosioną pierś, dobywając z niej głuchy dźwięk. Poczuł w sobie prawdziwego mężczyznę, prymitywnego osobnika rodem z Afryki, który poprzez Indie rozprzestrzenił się po całym świecie, aby w końcu objawić się w łazience, w jego własnych oczach. Gordo miał nieprzeparte wrażenie, czuł to ponad wszelką wątpliwość, że doskonale teraz siebie rozumie i akceptuje.                                                                                               – Lepiej późno niż wcale – mruknął z satysfakcją spełnionego odkrywcy. Był szczęśliwy, że dostrzegł w sobie pełną, ludzko-zwierzęcą, samczą naturę gatunku. Eduardo stał się wolną i szanowaną istotą, ludzko-zwierzęcą. Mógł zachowywać się jak człowiek lub jak małpa, w zależności od sytuacji, a nawet widzimisię. Korzystał z przywileju, który sam sobie nadał, i czerpał z życia pełnymi rękami. Męczyła go tylko świadomość, że niektórzy ludzie odczuwają do niego niechęć, a nawet wrogość. Ponieważ nie był w stanie zaradzić ich uczuciom, któregoś wieczoru skopał swoją świadomość tak gruntownie, że więcej do niego nie wracała. Umiał postępować na miarę potrzeb. Ostatecznie i w pełni zaakceptował w sobie całą trójcę: boga, człowieka, małpę. Nocami śnił mu się Darwin, mocno obrośnięty, z szeroką twarzą, który – nie mogąc zasnąć – schodził z drzewa, aby pisać traktat o pochodzeniu gatunków. Pisał go nie z głowy, lecz z głębi serca i trzewi, wiedząc doskonale, że nie rozum, ale kod genetyczny i samcza intuicja grają pierwsze skrzypce w życiu każdego prawdziwego mężczyzny.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”.

Jeden dzień w życiu Prezydenta Lulu Uribe / fragmenty

[…]” Po śniadaniu prezydent wyszedł na taras, aby gospodarskim okiem ogarnąć kraj i rzeczywistość. W dni powszednie nosił obcisły, wzorzysty strój. Górna część wyglądała, jakby była założona tył na przód. Tak go opisywali szydercy, których nie brakuje ludziom na wysokich stanowiskach .Kiedy prezydent to przeczytał, zdenerwował się. Siedział wtedy przy śniadaniu razem z żoną.
– To oczywista bzdura, bo guziki i rozporek są z przodu – wyjaśnił żonie. Mówił głośno,ponieważ siedziała daleko, po drugiej stronie długiego, pałacowego stołu. Przyjęła to spokojnie i z godnością. Rozumiała, że niektórzy obywatele zechcą i będą wieszać na nim psy. Sama zresztą była świadoma, że mąż nie jest ideałem. Podobały mu się kobiety młodsze od niej, nawet brzydkie. Uważała, że od czasu ślubu jego gust zmarniał. Wiedziała też, że żartuje o niej w swoim towarzystwie, mówiąc: „Nie mam za złe mojej żonie, że się postarzała, tylko dlaczego inne są takie młode?”. Nie podobało jej się to. Była jednak mądra i rozumiała słabości męskiego charakteru. Pomyślała o mężu, że też nie jest taki jak dawniej. W towarzystwie pań też sobie kiedyś zażartowała:
– Nie mam za złe mężczyznom, że są jurni, ale dlaczego mój mąż jest tylko męski? To niesprawiedliwe.[…]

[…] „- Lubię ją, ale nie piję nawet, kiedy odczuwam największe pragnienie – zażartował kiedyś na przyjęciu. Lubił żartować, zachowywał się naturalnie. Widząc, że żart nie został zrozumiany przez wszystkich, dodał wyjaśniająco: – Niektórzy ludzie popadają w alkoholizm i piją nawet wodę kolońską i denaturat. Znałem takiego jednego. Był magazynierem. Pamiętam jego nazwisko i wygląd. Niestety, oślepł – prezydent zamyślił się nad losem człowieka. Jeszcze tego samego dnia prezydent przyjął paradę. Sekretarz wcisnął ją między czas wypoczynku a przyjęcie listów akredytacyjnych od ambasadora Gabonu. Prezydent lubił parady, odprawy wart, pokazy, przemarsze i defilady. Pokazywał się na nich chętnie, z najlepszej strony. Była to lewa strona ciała, nieco bardziej wysunięta do przodu. Nie przeszkadzało mu to, że żartowano z tego szczegółu. Wiedział, że ludzkie ciało nie jest idealnie symetryczne. Miał chód sprężysty, wojskowy. Ukończył szkołę kadetów i celował w ćwiczeniach z musztry. Był zawsze prymusem. Już wtedy wiedział, że tylko najlepsi zdobywają najwyższe stanowiska.
Z bocznego tarasu prezydent przeszedł się spokojnie, bez pośpiechu, po innych pomieszczeniach pałacu i po ogrodach. Sprawdził, czy wszystko jest w porządku. Pilnował spraw, nie tak jak jego poprzednik, któremu rzeczy kradziono, a on nawet o tym nie wiedział. „Albo wiedział i przymykał na to oko”. – Pomyślał prezydent i zadrżał. Nie wiedział, czy drży z zimna, czy ze zgrozy. Bardzo przejmował się sprawami kraju, pałacu i narodu. Był młody, przystojny i naród go wielbił, a Dyrektor Departamentu Terenów Zielonych bardzo cenił. Kiedyś, na placu wielkości morza wypełnionego po brzegi ludźmi, pewna niewiasta ze Stowarzyszenia Kobiet Adorujących wznosiła okrzyki o błogosławionym łonie, które wydało na świat prezydenta, i o błogosławionych piersiach, które go wykarmiły. W takich momentach prezydent odczuwał szczególnie głęboką więź z narodem, który był dla niego narodem wybranym, podobnie jak on dla narodu, który go wybrał.

– Czego mi więcej potrzeba? – prezydent zadał sobie pytanie, ale nie odpowiedział na nie. Był zajęty innymi ważnymi sprawami. Po południu prezydent czytał prasę. Była mu życzliwa, choć nie cała. Polecił Sekretarzowi zapisać, kto nie życzył mu wszystkiego najlepszego.

. Wieczorem prezydent pozwolił dziennikarzom zrobić sobie zdjęcie razem z całą grupą członków Comité de Asuntos Importantes. Wspólne zdjęcia ładnie wypadały w gazetach telewizji i na portalach społecznych. Każdy lubi dobre fotografie. Kiedy jednak zobaczył
siebie w otoczeniu członków komitetu, zaniepokoił się.
[…]

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”.

Pasje i cierpienia Aleksandra N / fragmenty

            […] „Aleks miał dostatecznie bogate doświadczenia, aby wiedzieć, co mówi. W przeszłości był w bliskiej zażyłości z niejedną kobietą. Związki rozpadały się jednak wcześniej lub później. Za każdym razem zastanawiał się, dlaczego tak się dzieje. Nie umiał dojść przyczyny, bo w żadnym z nich nie pojawiło się poważniejsze nieporozumienie lub kłótnia. Ostatecznie doszedł do wniosku, że w grę wchodziła trudna do zrozumienia niestałość. I to po jego stronie. Gdzieś wewnątrz czuł, że odpycha od siebie uczucie głębszej zażyłości i miłości ze strony kobiet, ponieważ boi się, że zostanie zdradzony lub porzucony. W każdym takim momencie przypominał sobie dzieciństwo i niepewność, co się z nim stanie po rozejściu się rodziców.
Co mu pozostało z licznych związków i przyjaźni, to uwielbienie kobiecego ciała. Ale nie tylko ciała, bo naprawdę uwielbiał całą kobietę. Podziwiał i kochał jej zapach, włosy, jedwabistość skóry, zmienność barwy oczu, sposób poruszania się, łagodność, śmiech. To ostatnie miało pewien wyjątek. Chodziło o dziewczynę, która rżała jak koń. Jej śmiech był niemiły, raził go. Wolał o tym zapomnieć. Poza tym była wspaniała. „Nieważne” – pomyślał Aleks. Po co rozgrzebywać nieprzyjemne przeżycia!
Od pewnego czasu nie umawiał się już na randki i nie spotykał z kobietami, zaczął je
natomiast podpatrywać. Sprawiało mu to wyjątkową przyjemność.
– To coś więcej niż patrzeć na kobiety – powtarzał sobie za każdym nowym doświadczeniem.
– Inni chodzą do kina, aby oglądać piękne i poruszające sceny, ja widzę je w rzeczywistości – cieszył się zdolnością przeżywania żywego piękna.” […]

     […] „Przyszło lato z gorącymi dniami i upojnymi nocami. Aleksander upatrzył sobie pewną atrakcyjną, fantastycznie zbudowaną szatynkę. Po raz pierwszy ujrzał ją na plaży. Ciepło mu się robiło, kiedy patrzył na nią. W wyobraźni dotykał, pieścił i całował jej ciało. Miała cudowne biodra, ciemne jak głębokie jezioro oczy i władcze usta. Wszystko było w niej rewelacyjne. W trakcie rozmowy usłyszał, jak zwracały się do niej koleżanki. Na imię miała Joanna.
Dziewczyna zauroczyła go totalnie. Nie mógł oderwać się od niej. Śledził ją bez przerwy, a kiedy znikała z jego pola widzenia, wyobrażał sobie, że jest tuż obok, a on przygląda jej się, rozmawia z nią i dotyka. Najbardziej cieszyła go jej kąpiel, ale tylko w domu, nie w morzu. Wchodził z nią razem pod prysznic, obejmował jej ciepłe mokre ciało i całował zmysłowo.
– Joasiu, zwariowałem na twoim punkcie – szeptał w zachwycie oblewany strumieniem wody z prysznica.

– Przerastasz ludzkie wyobrażenie. Jesteś czystą radością – pragnął krzyczeć z rozkoszy, lecz bał się ją wystraszyć. Po kąpieli kładł się razem z nią do łóżka. Gorąco mu się robiło, ogarniała go namiętność, przeżywał ekstazę. Czasem doznawał orgazmu, ale przeżywał to dyskretnie, aby nie niepokoić cudownej leżącej obok istoty.
– Mężczyzna potrafi poświęcić się kobiecie – myślał wtedy i cieszył się odkryciem w sobie pokładów cierpliwości, delikatności i wrażliwości. Ona chyba też coś czuła, jakieś gilganie lub łaskotki, bo szeptała przez sen: – Przestań wariacie. Kocham cię, jesteś cudowny.
Niezwykłe uczucia Aleksandra wobec Joanny trwałyby w nieskończoność, gdyby nie pewne wydarzenie. Rano do portu zawinął statek towarowy. Na jego maszcie powiewała nieznana flaga, na burcie widniała nazwa „Omen”. Aleksander wzdrygnął się, kiedy odczytał nazwę statku. Źle mu się skojarzyła.
– Mama zawsze mówiła, że taki znak zapowiada, że zdarzy się coś niedobrego – zamruczał na wspomnienie matki. – Nic nie dzieje się bez przyczyny. Trzeba tylko umieć dostrzec znak, który zapowiada nieszczęście. – Aleksander był pewien, że wisi ono w powietrzu. Jego uczucia wobec Joanny zostały brutalnie zdeptane wieczorem, kiedy pod prysznic razem z Joanną wszedł typ z obrośniętymi plecami i kotwicami wytatuowanymi na masywnej piersi. W kabinie prysznicowej nie było miejsca na trzy osoby.
– Jak ona mogła zawrzeć znajomość z takim indywiduum, nie mówiąc już o intymności?
– zadał sobie pytanie, nie mogąc pogodzić się z trójznaczną sytuacją pod prysznicem, a jeszcze bardziej z ciasnotą. Tak bardzo wyprowadziło go to z równowagi, że skończył podglądanie Joanny. ” […]

Powyższe fragmenty pochodą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”

Hrabina de Polo / fragment opowiadania

„…Po zakończonych podróżach zapragnąłem odwiedzić panią Hrabinę. Zachowałem ją we wdzięcznej pamięci czciciela kobiet dojrzałych ciałem i cnotą. Była wiosna i pani Hrabina zaoferowała mi gościnę w pokoiku w swoim obszernym domu przy ulicy Via Caccia 17 w Wiecznym Mieście.
Pierwszego dnia rozmawialiśmy dużo i szczegółowo o podróżach, moich i arystokracji za czasów młodości pani Hrabiny. Drugiego dnia do rozmowy, która odbyła się w kawiarni, zaproszona została Inez, aby – pani Hrabina ujęła to bardzo zgrabnie – otarła się o świat wielkich podróży i idei. Stało się wtedy coś niezwykłego. Wyjątkowo ciepły zmierzch zbudził do lotu zaspane do nieprzytomności nietoperze, a te, trzepocząc błoniastymi skrzydłami, musiały chyba zbudzić natchnienie Inez do wyznań. Dziewczyna otworzyła się jak kielich kwiatu, aby opowiedzieć o sobie. Mówiła z taką szczerością, że aż prawie zwątpiłem w szczerość samej szczerości, którą przecież można udawać, jak to czynią aktorzy w teatrze, gdzie pozór jawi się prawdą, a prawda pozorem.
– Z natury jestem osobą zamkniętą – Inez przyznała to po pewnym wahaniu wyrażającym się w odpychaniu rękami niewidzialnej przeszkody- z zadatkami na staropanieństwo, co nie jest skłonnością szczególnie miłą, ale też i nie obciążeniem. Młode istoty, takie jak ja, nie powinny wstydzić się mówić o swym głęboko ludzkim zagubieniu, kiedy nadejdzie godzina szczerości.

– Chyba pod wrażeniem uroczystej spowiedzi Inez kilka razy nabierała powietrza w usta, aby dotlenić płuca i odświeżyć pamięć.
– Czasami mam wrażenie, tak jak dzisiaj, że jestem uduchowioną Cyganką, zdolną do intuicyjnego przeniknięcia istoty człowieczeństwa i przepowiadania przyszłości. Jest to domena osób o wyższej niż przeciętna wrażliwości, do której skromnie zaliczam także siebie.
– Powiedziawszy to, Inez zapragnęła złagodzić wrażenie zarozumialstwa wywołane nietypową autoprezentacją, i zażartowała. – To chyba wpływ kombinacji słodkiej bułeczki i gorzkiej herbaty Ulung Tabuki. – Wymawiając z łatwością chińskie słowa, uśmiechnęła się kącikami ust i dołeczkami w policzkach. – Nadzwyczajny smak potraw i nastrój wieczoru skłaniają mnie do powiedzenia o sobie więcej i szerzej. Byłam dzieckiem delikatnym i drobnym, szaleńczo kochanym, wręcz ubóstwianym, przez rodziców i to pozostawiło we mnie ślad w postaci podwyższonej wrażliwości.
– W czym wyraża się pani wrażliwość, droga Inez? – Zapragnęła wiedzieć Hrabina, osoba również wrażliwa, lecz wychowana w warunkach rządów despotycznych, kiedy nauczycieli, wychowawców, opiekunów, rodziców i generalnie zwierzchników osób młodocianych i młodych obowiązywała rzeczowa i zimna bezpośredniość.
– Wyraża się ona, szanowna pani Hrabino, w trójkącie równoramiennym. Proszę mi wybaczyć, że posłużę się figurą geometryczną, której bokami są dokładność, higiena i delikatność. Lubię pieścić się rzeczami, które trzymam w ręku oraz tymi, które pozostają w mym bezpośrednim zasięgu. Jeśli obieram jabłko to bardzo grubo, co nie jest objawem niedokładności, ale wrogością wobec zarazków, które są niebezpieczne. Tak, więc gotowa jestem wyrzucić jabłko, choćby było niezauważalnie nadgniłe. Jeśli zmywam naczynia ręcznie, co czynię chętnie, to wykonuję to dłużej niż inni, ponieważ powierzchnia naczynia musi lśnić jak lustro odzwierciedlające dokładność kobiecej natury i umiłowanie czystości.
Jest to czynność, którą wykonuję attentivement et proprement, czyli uważnie i starannie. Nie lubię ani nie umiem czynić niczego łapu-capu, choćby okoliczności nawet wymagały tego ode mnie. Widzę w tym mądrość i piękno życia. …”

– Cóż może pani, droga Inez, wiedzieć o życiu, w tak młodym wieku? – Hrabina westchnęła na wspomnienie przeszłości podnosząc brwi w pełnym zdumienia oczekiwaniu, co może powiedzieć o brutalnym spektaklu życia osoba wychowana w ustroju obdarzającym kobietę pieszczotami nieporównywalnie częściej niż kuksańcami.
– W życiu nie lubię się śpieszyć. Bardzo mi odpowiada przysłowie festina lente, którego wyuczyłam się na pamięć i przypominam sobie w myślach. Śpiesz się powoli – wyjaśniła Inez, delektując się słowami. – Na wszystko potrzebuję więcej czasu niż inni, na przykład na ubieranie się, czynność ważną dla niewiasty w każdym wieku. Osobiście przepadam za przebieraniem się, ponieważ lubię wyglądać dobrze, widzieć siebie jako kobietę zadbaną.

Powyższy fragment pochodzi ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”

Konio / opowiadanie-fragmenty

„…  Tak było przynajmniej na początku, gdy zaczęliśmy od pytań o zawód, hobby i przyjaciół. Skończyliśmy, niestety, na wymianie ciosów, ale to nastąpiło później. Nie używaliśmy wulgarnych wyrazów takich jak „hucpa”, „happening” ani innych zaczynających się na „h”,choć niektórzy ludzie zaczynają je na „ch”. Domyślny wyraz jest zbyt osobisty i ktoś mógłby się obrazić. Poza tym w pełnej, bezimiennej postaci nie musi on wywoływać niemiłych skojarzeń zwłaszcza u kobiet oraz tych mężczyzn, którym myli się płeć i strony ciała. Bóg tak nas stworzył i z pewnością miał w tym swój cel. Dawno już postanowiłem, że nie będę wchodzić z nim na drogę dyskusji, gdyż za mało się znamy. Wiem tylko, że jest ostatecznym autorytetem i to mi wystarcza.
– W czym robisz, Konio? – Przejąłem inicjatywę, zadając pytanie, które pozwoliłoby mi zdefiniować profil osobniczy gościa. Profil fizyczny widziałem jak na dłoni. Był imponujący.
– Wyścigi konne? Dorożkarstwo? Przenoszenie ciężarów na odległość metodą mistrza Dzianowskiego? Biegi kłusaków? Gra w polo? Szwoleżerka, nie daj Boże? Bo chyba nie praca w polu? – Jak kierownik niegdysiejszego działu kadr dużej firmy hodowlanej
wykazałem się znajomością zawodów pracowników czworonożnych.
– Próbowałem wszystkiego po trochu. Imałem się różnych zajęć. Raz nawet na preriach amerykańskich przyłączyłem się do dzikiego stada mustangów. Ogólnie rzecz biorąc, byłem raczej niezdecydowany. Już taki jestem od maleńkości. – Konio wyjaśnił z pewnym
zażenowaniem, co objawiło się markotnym wydłużeniem pyska.
– Czyli od źrebaka.
– Dokładnie. Czy ty, Michu, nie jesteś przypadkiem weterynarzem? – Pytanie padło zupełnie  nieoczekiwanie.
– Dlaczego pytasz? Coś ci dolega?
– Nie. Pomyślałem tylko, że jeśli nie jesteś weterynarzem, to mógłbyś być koniem. Znasz terminologię fachową jak mało kto.
– Też jestem koniem. Może nie dosłownie, ale jestem.
– Co ty bredzisz!? Z taką klatką piersiową i z takim grzbietem? A twój łeb?! Gdzie grzywa? Przecież to byłby wstyd dla konia. Pęciny to masz może sensowne, ale gdzie kopyta?
– Mam nogi w butach, to nie mogę mieć kopyt.
– To jak mogą cię podkuć? Słyszałeś kiedyś o koniu bez podków? Podkowa jest potrzebna nawet na szczęście. A co z bieganiem?
Nie zaskoczyłem, o co mu chodzi. Widocznie głupio to wypadło, gdyż gość zaczął mnie pouczać. Widać było, że odczuwa wielkie zadowolenie. Oczy mu zabłysły i głos się zmienił.
– Nie kojarzysz, co?! Pytam o to, jak mógłbyś ruszyć z kopyta, nie mając takowego. Nie będę cię niszczyć pytaniami. Lepiej wytłumacz, dlaczego uważasz się za konia. – Mój rozmówca zarżał z cichej satysfakcji, czując przewagę nade mną.
– Rzecz w tym, że Dzień Mężczyzny i Dzień Konia są w tej samej dacie! Reszta to czysta dedukcja. „

„ …Była to dobra okazja, aby zaproponować coś do wypicia dla poprawy nastroju. Konio odmówił alkoholu, więc zaproponowałem mu szklankę wody. Źródlanej, niefiltrowanej – zaznaczyłem w nadziei, że doceni postawę proekologiczną.
– Koń by się uśmiał! – Jego rżenie przybrało formę drwiny. – Czyś ty oszalał? Chcesz, abym umarł ze śmiechu. Szklanka wody! To dla królika czy dla kota? Ja piję z wiadra! Słyszysz? A bucket of water, please. – Przeszedł na angielski równie łatwo jak z trawy na koniczynę.
– Nie przesadzaj, Konio. – Udzieliłem mu życzliwej rady. – Lekarze i weterynarze zalecają picie dużej ilości wody, ale nie dziesięć litrów za jednym zamachem! Od tego żaby mogą ci się zalęgnąć w brzuchu. – Stwierdziłem w nadziei, że perspektywa śliskiego płaza w żołądku powstrzyma Koniego przed spożyciem nadmiernej ilości płynu. – Zupełnie jak człowiek. Pije na umór. – Po raz nie wiadomo który zdałem sobie sprawę z fatalnego nawyku nadużywania płynów. – On postępuje podobnie jak alkoholik, który nie zna umiaru i pije na umór, a potem siada za kierownicą. Moja wyobraźnia produkowana koszmarne epizody pasujące tylko do filmów z horrorem.
Efekt wchłonięcia wiadra wody przegryzionej bochenkiem suchego chleba, gdyż tylko taki miałem w domu, nie dał na siebie długo czekać. Konio rozejrzał się najpierw na boki, jakby strach go ogarnął, a następnie zapytał szeptem, czy mógłby pójść do łazienki.
– Odczuwam pilną potrzebę przejrzenia się w lustrze! – dodał usprawiedliwiająco.”

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”

Nie samym chlebem człowiek żyje. Studiuję najnowszą historię Partii Wielkich Nadziei. Na zakończenie trochę humoru.

 Day dreams by Godward.

Dziś jest niedziela. Postanowiłem poluzować sobie jak furtka zawiasom w dobrze naoliwiony dzień. Tyle otwartych pytań i odpowiedzi, ile unosi się obecnie w atmosferze, i mnie zachęca do otwartości. Co to zresztą za otwartość? To tylko śledzenie i obserwowanie dziejów Partii Wielkich Nadziei. I napisanie od czasu do czasu zwięzłego przeglądu dziejów ludzi i organizacji kochających cień i uroki w nim pozostawania. Historię opowiedział mi przyjaciel z osiedla.

*****

Iwan Iwanowicz rozmawiał z Królem Jaro. Król wyglądał trochę przygaszony. Chciał być cesarzem, a tu nagle kłody same zaczęły mu się rzucać pod nogi. Na pytanie Iwana Iwanowicza, co słychać, odpowiedział:

– Jest nieźle, ale mogłoby być lepiej. Miałem plan, który spalił na panewce. Nie! Nie! Nie na panewce, ale na kapiszonie, w dodatku wilgotnym. Miałem plan i szukałem wykonawcy, kogoś młodego i ambitnego. Kuzyn naraił mi innego kuzyna, Austriaka. Polak i Austriak dwa bratanki. I od wieży, i od szklanki, jak mówią. Na imię ma Josef Birkemaier. Albo Hohenzollern. Nie pamiętam. Czasem pamięć mnie zawodzi. – Józiek! – Mówię. – Zbudujesz mi dwa pomniki? – Czemu nie? A w jakim kształcie? – Zapytał. – Dwóch wież z głowami wybitnych ludzi na szczycie.

– Jak wysokie mają być te wieże? – Dwieście – trzysta metrów. Nie mniejsze niż w Dubaju. Co ważne, muszą być skonstruowane jak koń trojański. Z zewnątrz nie widać, co jest wewnątrz. Chcę zrobić wszystkim niespodziankę. – Daj mi tylko upoważnienie. – Powiedział kuzyn. Wyciągnąłem kartkę i od ręki wypisałem mu upoważnienie. Ustaliśmy, co ma robić i kiedy.

– I co? – Zapytał Iwan Iwanowicz.

– Nic. – Wyjaśnił Król. – Kilka dni temu Józiek przyszedł do mnie z rachunkiem grubości książki telefonicznej za wykonaną robotę. Powiedziałem, że nie zapłacę, bo suma jest wyższa nawet niż te dwie wieże. Kiedy się zdziwił, wyjaśniłem, że żartowałem, dając mu to zlecenie. Jakaś umiarowa kwota, sto lub dwieście złotych, to tak, ale nie półtora miliona złotych.

– A jak chciałbyś mi zapłacić po wykonaniu wszystkich prac? To byłoby ponad jeden miliard. – Zapytał kuzyn. – To nie jest problem. – Odpowiedziałem. – Ja i moi przyjaciele znamy kilka firm. W większości to fundacje. Zrobią zrzutki. To dobrzy ludzie, pobożni, solidni. Chętnie robią darowizny. – Jak byś ich przekonał do zapłacenia takiej kwoty? Mogliby nie chcieć. – Zapytał Józiek. – Może to głupie pytanie, ale mnie to interesuje. My Austriacy lubimy dociekać sedna sprawy. – Te firmy i fundacje są skonfigurowane na kształt konia. A ja trzymam lejce. Rozumiesz? – Wyjaśniłem kuzynowi kryjąc uśmiech za okularami, które ostatnio zacząłem nosić. Więcej nie rozmawialiśmy, bo przyleciał goniec i powiedział, że ma dla mnie wiadomość od mego przyjaciela z prokuratury, który ma chwilę wolnego czasu i zaprasza mnie na kawę i kieliszeczek wina.

– Jak ktoś jest królem, to ma wszędzie przyjaciół. Szczęściarz! – Westchnął Iwan Iwanowicz.

Ciekawskim udostępniam kilka linków:

https://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/kuzyn-kaczynskiego-to-nie-ja-nagralem-prezesa/56gsf4q

https://onet100.vod.pl/i/news/matczak-o-tasmach-kaczynskiego-lekcewazenie-tej-sytuacji-jest-niepowazne/ex36f1

https://onet100.vod.pl/http://onet100.vod.pl/i/news/borowski-o-kaczynskim-on-unika-jakiejkolwiek-odpowiedzialnosci/5kzez2

https://onet100.vod.pl/i/news/onet24-kaczynski-i-50-tys-zl-dla-ksiedza/e392h5

Na zakończenie, dla poprawy humoru, znakomity i dowcipny (szkoda, że tak krótki) występ kabaretowy kilku moich ulubionych artystów.

 

Prezydent Duda i konsensusy

Prezydent Duda powiedział ostatnio:

„Ja nie wiem, na ile w rzeczywistości człowiek przyczynia się do zmian klimatycznych. Głosy naukowców są bardzo różne, mamy do czynienia też ze skrajnościami. Zmiany klimatu były w historii świata i przyczyny były naturalne – nie było wtedy na świecie człowieka i ta emisja musiała następować w inny sposób”.

Oto komentarz Microsoft News – Wiadomości:

Każdy naukowiec to indywidualna osoba i zawsze znajdą się tacy, którzy mają opinię różniącą się od innych. Istnieje jednak zasada naukowego konsensusu – czyli takiego poglądu, który wyznaje większość świata nauki, i który jest poparty odpowiednimi badaniami oraz wyjaśniającymi wyniki tych badań teoriami (nie mylić z hipotezami). Przykłady takich consensusów w świecie nauki:

Konsensus w tej sprawie obejmuje następujące podstawowe fakty:

  • Zmiany organizmów w dużej skali na Ziemi wyjaśnia mechanizm doboru naturalnego.
  • Powstanie wszechświata w wyniku Wielkiego Wybuchu.
  • Bakteryjne i wirusowe pochodzenie chorób.
  • Organizmy dziedziczą swoje cechy po przodkach dzięki mechanizmowi genetycznemu.

Kolejnym z takich powszechnych consensusów jest właśnie powszechna zgoda na temat tego, że obserwowaną zmianę klimatu spowodowała działalność człowieka. Konsensus w tej sprawie obejmuje następujące podstawowe fakty:

  • Ziemski klimat uległ znaczącemu ociepleniu od końca 19. wieku
  • Główną przyczyną są gazy cieplarniane, z dwutlenkiem węgla na czele, pochodzące z działalności człowieka
  • Dalsza emisja na tym poziomie może mieć katastrofalne skutki dla naszej planety

Możemy zapobiec tym skutkom poprzez zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery.

Iwan Iwanowicz, nasz ekspert osiedlowy uważnie śledzący wielką politykę światową, przytoczył słowa publicznej spowiedzi prezydenta, jaką odbył on wkrótce po wypowiedzi o zmianach klimatycznych:

„Tak bardzo się zmieniłem, że kiedy stanąłem przed lustrem, to zobaczyłem innego człowieka.

Zacząłem z nim konwersację, jak to ja, niezwykle rozważną i uczciwą. Zapytałem go o datę urodzenia oraz imiona rodziców. Kiedy podał mi te dane, zorientowałem się, że to przecież jestem ja. Wtedy zrozumiałem, że jestem rozdwojony. Nie wiem tylko jeszcze, co to za rozdwojenie. Czasem coś słyszę, ale jakbym nie słyszał. Wiem, że gdzieś dzwonią, ale nie wiem w jakim kościele”.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 158: Kobiety i sny Josefa.

Josef nie utrzymywał bliższych kontaktów z kobietami, choć miał wśród nich sporo znajomych, z niektórymi – jak sam twierdził – szczerze się przyjaźnił. Szczególnie serdeczne relacje łączyły Josefa tylko z bibliotekarką. Pomagała mu w wyborze literatury i poszukiwaniu interesujących go informacji w Internecie. Lubił z nią konwersować.

– Jest to mężatka z dwojgiem dzieci. Nic ich nie łączy, oprócz wzajemnej życzliwości i rozważnych relacji, które ona określa jako czysto służbowe. – Obserwacja opiekuna dała trochę do myślenia psychoterapeucie, oceniającemu sytuację Josefa w szerszym kontekście. Podejrzewał on możliwość negatywnego wpływu różnych zdarzeń i zjawisk na relacje Josefa z płcią odmienną.

*****

Od pewnego czasu męczyły Josefa stany dwuznacznej świadomości, ni to marzenia senne, ni to przeżycia na jawie. Pojawiały się nieregularnie. Josef nie umiał sobie z nimi poradzić; wracały i ponownie go męczyły. Któregoś dnia zauważył, że chudnie i razem z opiekunem Danielem udał się do psychologa. Ten przeprowadził z nim długi wywiad, wysłuchał dokładnie i poprosił o relacjonowanie mu snów każdego ranka, kiedy Josef jeszcze pamiętał je dobrze.

W pierwszym, szczególnie intensywnym śnie, jaki Josef zapamiętał, Laboratorium sprzedało go prywatnej firmie transportu konnego. Firma bardzo potrzebowała pieniędzy na dalsze badania i eksperymenty i uczyniła to z konieczności. Josef stał się własnością Bur Burego Wałacha, który prowadził biznes transportowy przejęty od furmana, kiedy ten przeszedł na emeryturę.

Wałach, do złudzenia przypominający ciężkiego, prymitywnego perszerona, zaprzągł Josefa do ogumionego wozu, włożył mu chomąto na szyję oraz munsztuk do ust. Chwilę potem chwycił wodze w jedną rękę, wyglądającą jak kopyto, a w drugie siarczysty bat.

– Teraz jesteś koniem pociągowym, Josefie. Zapamiętaj to sobie – Powiedział Wałach. – Ciągnij – ryknął, kiedy już ze swoją partnerką, o trudnym do wymówienia imieniu Ifigenia, podobną do kobyły, wygodnie usadowili się na koźle.

Josef nie od razu zrozumiał polecenie. W Laboratorium nie było koni, które odzywałyby się do niego, nie miał więc możliwości nauczenia się sprawnego rozpoznawania głosów i rozumienia końskiej mowy. Rozumiał tylko fragmenty tego, co mu mówili nowi właściciele, a i to było trudne, bo głos Wałacha brzmiał chrapliwie, wyjątkowo niewyraźnie, zaś w głosie kobyły Ifigenii dominował dyszkant, też nie ułatwiający rozumienia.

– A dołóż temu człapakowi batem! – Wyrzuciła z siebie Ifigenia, tuląc się do Bur Burego, oboje poruszeni poczuciem, że w końcu nadeszła wichura sprawiedliwości dziejowej, która zmieniła pozycję człowieka wobec konia.

Wałach, nie zastanawiając się, ścisnął mocniej bat i przylał zdrowo Josefowi. Poczuwszy piekący ból i rosnącą pręgę na plecach Josef już miał bluznąć „Wy wałachy syberyjskie”, w ostatniej chwili powstrzymał się jednak, kierowany błyskiem intuicji, jaką nabył w momencie uderzenia bata. Naprężył się i pociągnął wóz z całej siły. Był on tak ciężki, że człowiekoń z wielkim trudem ruszył do przodu. Szło mu słabo, pocieszał się jednak, że początki są trudne. Ciągnąc wóz przed siebie, obserwował otoczenie. Musiał polegać na sobie w wyborze kierunku jazdy, ponieważ Wałach nie dał mu żadnych wskazówek, co, kiedy, gdzie i jak wykonywać.

– Świat zmienił się nie do poznania – pomyślał Josef. Przejeżdżając obok jeziorka widział jak kudłaty kundel imieniem Marty rzucił w górę kijek i kazał go raportować niemłodej już kobiecie ubranej w czerwoną bluzkę, obcisłe getry i sportowe obuwie, która bez wahania podskoczyła jak sarna, popędziła za kijkiem i za chwilę przyniosła go w zębach. Szminka trochę jej się rozmazała przy niesieniu kijka; chciała ją poprawić, ale nie zdążyła, bo w drodze był już następny patyk. Chwytając rzucane przedmioty wracała szybko do Marty’ego, aby zasłużyć na ciasteczko, jakim kiedyś sama go karmiła wyrabiając w nim nawyki raportowania.

Nieco dalej, za płotem farmy hodowlanej, Josef zauważył kozła Ozona, jak uderzał rogami mężczyznę celując w jego najbardziej wrażliwe miejsce. Znał Ozona z imienia, ponieważ kiedyś przyniósł mu wiązkę trawy.

– Rusz się gnojku i podaj mi wodę – zabeczał kozioł do właściciela farmy.

Pół godziny później przejeżdżali koło wielkiego namiotu cyrkowego. Josef nigdy wcześniej go nie widział, nie zdziwił się jednak, gdyż zdał sobie sprawę, że patrzy z innej czasowej i geograficznej perspektywy. Przed namiotem niedźwiedź Misza brał się za bary z prezydentem Uti, znanym z umiejętności siłowych i sprawnościowych, o których rozpisywała się prasa. Uti zawsze takie zmagania wygrywał, dzięki czemu utrzymywał się w roli bohatera narodowego imperium, któremu przewodził, szczycąc się, że jest ono mocno osadzone na ziemi dzięki nowoczesnym czołgom i zdalnie sterowanym rakietom typu woda-powietrze. Niedźwiedź przypomniał sobie, jak Uti dwukrotnie upokorzył go powalając na matę w czasie Mistrzostw Świata w Zapasach i mściwie mruknął „Niedoczekanie twoje” i jednym ruchem wielkiej łapy przewrócił go dysząc mu prosto w twarz:

– Widzisz, sobaczy synu, jak to przyjemnie upadać wbrew swojej woli! Nawet narkotyki i odmładzający botoks ci nie pomogły.

Josef przestał obserwować cyrk. Było to dla niego zbyt bolesne. Przypomniał sobie Darwina, któremu pokręciło się, że ludzie są zwierzętami. Josef miał teraz znacznie lepsze rozumienie ewolucji, zjawiska opartego na duecie bata i marchewki. Jadąc dalej nie za bardzo mógł obserwować, co dzieje się wokół, gdyż musiał skupić się na drodze i pośpieszyć, ponieważ co raz to dosięgał go ostry bat i głośny okrzyk:

– Ruszaj się, łajzo, bo jak nie, to oddamy cię na wędliny.

Pod wpływem wspomnienia dymu i wędzarni kojarzącej mu się z obozem pracy przymusowej, Josef poczuł mdłości i nie odzywał się już nawet do siebie. Kiedy po zakończeniu roboty stanął przy pełnym żłobie, nie myślał o nim jako źródle szczęścia, gdyż wewnątrz znalazł żarcie z supermarketu „Tania pasza dla zwierząt” a obok wiaderko zimnej wody.

Nocne refleksje Iwana Iwanowicza

Iwan Iwanowicz otulony jeszcze mroźną mgłą wczesnoranną podzielił się ze mną swoimi nocnymi przeżyciami.

– Nocą poruszam się po mieszkaniu w sposób zdumiewający mnie samego, cicho i bezszelestnie. Kot przy mnie to słoń w składzie porcelany. Zachowuję się tak, ponieważ mieszkańcy domu są diabolicznie wyczuleni na wszelkie szmery i mikroskopijne stuknięcia. Myślę czasem, że szemranie wiosennej rosy spływającej z kwiatu niezapominajki mogłoby ich obudzić. Albo też mysz pogryzająca w milczeniu kawałek sera szwajcarskiego, który sam lubię, ale tylko w wersji sera koziego. Czy wiesz, drogi przyjacielu, że ser kozi jest nadzwyczajny smakowo i wartościowy pod względem składników. Kupowany przeze mnie ser pochodzi prosto z Francji, tego cudownego kraju nadzwyczajnych stoków śnieżnych i perwersyjnych zboczeńców, i jest bez konserwantów, różnych podpuszczek i podobnej zarazy.

Iwan Iwanowicz kontynuowałby prezentację dobrodziejstw sera i piękna Francji, gdybym nie zawrócił go z drogi niekończących się dywagacji przypomnieniem, o czym rozmawiamy.

– Przygotowując sobie nocny napój, kawę parzoną, herbatę zwykłą czy ziołową, czy choćby najprostszy napój wody cytryną, żongluję garnkiem do gotowania wody, słoiczkiem z używką oraz kubkiem równie cicho i sprawnie jak ten nieszczęśnik z opowieści buddyjskiej, który idąc ruchliwą ulicą niósł miseczkę wypełnioną po brzegi oliwą. Gdyby uronił choćby jedną kroplę, idący obok mężczyzna z mieczem natychmiast ściąłby mu głowę. I to podobno dla wyrobienia w człowieku koncentracji. – Iwan Iwanowicz zasmucił się, po czym odświeżony nową myślą zakończył.

– Ja bym ten marsz z miseczką oliwy i mieczem poruszającym się obok zaordynował tym … Zrozumiałem go, że w długim ciągu złorzeczeń i – co tu ukrywać – przekleństw chodziło mu o partię rządzącą, której delikatność postępowania z obywatelami i krajem porównywał do małpy bonobo w drucianych okularach.

Na moje zdumione spojrzenie Iwan Iwanowicz wyjaśnił, że bonobo to szympans karłowaty, łacińska nazwa „pan paniscus”, gatunek małpy człekokształtnej z rodziny człowiekowatych (hominidae), bliski nam ludziom swoją serdecznością i podobieństwem zachowań.

– Co do wody z cytryną – Iwan Iwanowicz wrócił do wątku pitnego – to jest to podobno prawdziwy nektar niebiański doprowadzający do rozkoszy wątrobę. Jest on równie złożony w działaniu jak kombinacja lotu nietoperza, słuchu muzyka wyczulonego na najmniejszy fałsz świata dźwięków oraz – śmiem twierdzić – puchu unoszącego się bezszmerowo w przestrzeni.

Byłem tak wdzięczny memu przyjacielowi za podzielenie się ze mną swoimi świeżymi przeżyciami nocnymi (zawsze to człowiek nauczy się czegoś nowego), że opowiedziałem mu w skrócie swój sen o tym, jak dosypywałem sobie do kawy jadu kiełbasianego, aby ją wzmocnić. 

– Mocna kawa jest moja słabością. – Zakończyłem aforycznie.

Nocą myślę współczująco

– Myślę współczująco – Tak mi powiedział Iwan Iwanowicz po źle przespanej nocy, po czym kontynuował swoją historię.

– Kiedy nie mogę spać wymyślam sobie rozrywki. Kładę na przykład trzy dorodne winogrona przed sobą na talerzyku i wpatruję się w nie z pożądaniem. Skręca mnie wewnątrz, a ja nie, odmawiam sobie ich zjedzenia. W końcu odchodzę od stołu z satysfakcją, że podarowałem im życie. Albo wychodzę na balkon o godzinie czwartej nad ranem i stąpam bosymi nogami po zmrożonej powierzchni, aby przeszło mi drętwienie stóp. Kiedy czuję, że marzną mi już ręce w łokciach, schodzę z balkonu po rynnie na ziemię, okrążam budynek trzynaście razy i wracam do mieszkania. Kiedy pomylę się z liczeniem, jeszcze raz okrążam trzynaście razy. Zeszłej zimy wróciłem raz do domu dopiero w porze obiadowej następnego dnia, tak często się myliłem. 

Ostatnio zmodernizowałem moje postępowanie na miarę naszych czasów i myślę współczująco. Najpierw o panu Prezesie, że budzi się w nocy spocony z myślą niespokojną jak burza „Czy nakarmiłem wieczorem kota”, albo „Czy Zbyszek oskarży KNF o wywiezienie ze Skoków trzech czy trzydziestu ciężarówek banknotów stuzłotowych i czy zrobi to jutro czy pojutrze”. Potem łączę się duchowo z panem Premierem, w którego głowie myśli skaczą szybciej niż rozbawione króliki przez płot kolczasty, kombinując, co by tu powiedzieć nowego, jacy wspaniali jesteśmy jako pierwszy naród w Europie i jak ogromniaste będzie to lotnisko, które rozbudujemy w Radomiu. Będzie ono mogło pomieścić tysiąc zwykłym samolotów  pasażerskich i pięćdziesiąt tysięcy dronów, które wszystkie będą wyprodukowane w kraju. 

– Myślę o nich współczująco – Iwan Iwanowicz oblekł twarz w welon smutnej radości – i to mnie uspokaja do tego stopnia, że kładę się spać do zimnego łóżka o godzinie szóstej nad ranem i zasypiam spokojnie jak zegarek, który przeszedł na emeryturę po czterdziestu latach i pięciu dniach nieprzerwanego tykania.

Przeżycia krótkie a głębokie. Widziałem dziś anioła.

– W centrum handlowym widziałem dziś Anioła. – Iwan Iwanowicz był poruszony, kiedy to mówił. Zrozumiałem, że to ważne. Ostatecznie nie każdy ma widzenie w biały dzień. Mimo wzruszenia kontynuował:

– Podszedłem do niego i przyjrzałem się. Był to anioł rodzaju żeńskiego. Będę trzymać się jednak nazwy Anioł, bo anielica brzmi nieelegancko, jak topielica, czy sekutnica.

– A, fe! – Obruszyliśmy się równocześnie.

– Anioł miała na sobie powiewną białą suknię, ubożuchną aureolkę nad głową i dwa skromniutkie skrzydełka jak u większego kurczaka. Pomyślałem: – Anioł, ale zabiedzony. – Kontynuował Iwan Iwanowicz. – Nabrałem odwagi w usta i zapytałem:

– Czy pani jest prawdziwym aniołem?

Niebiańska istota popatrzyła na mnie uważnie i odpowiedziała: – Tak, ale w ludzkiej skórze.

Popatrzyłem uważnie. Rzeczywiście wyglądała na ludzką. Nie przyglądałem się dłużej Aniołowi, choć na to zasługiwała, jak wszystkie anioły, bo mogłoby to ją krępować. Życzyłem jej powodzenia. Odszedłem z radością.

Był to drugi anioł mego życia. Pierwszy to premier Morawiecki, który dzisiaj w Radio Maryja zawierzył także i mnie Matce Boskiej, patronce nie tylko rozgłośni, ale i Polski słowami:

– Miej w opiece naród cały. Także tych, którzy nie kochają jeszcze Polski tak jak my tutaj, jak rodzina Radia Maryja.

– To od niego, pana premiera – ponieważ nie jestem spokrewniony z Ojcem Rydzykiem i rodziną Radia Maryja – dowiedziałem się, że nie kocham jeszcze Polski tak jak on, członek rodziny radiowo-maryjnej.

Smutno mi się zrobiło na duszy. – Podsumował Iwan Iwanowicz. – Chyba znowu wybiorę się do centrum handlowego, aby zbliżyć się do sfer anielskich i być bliżej także pana premiera.

Głowa. Dykteryjka abstrakcyjna z serii „Opowiadanie krótsze niż świst bata”.

Ludzie ją lubili. Wśród masy innych głów wyróżniała się wielkością i kolorem. Była celebrytką i miała różowe policzki. Pokazywała je chętnie obracając się raz w prawo, raz w lewo.

Tego dnia miała ważne wystąpienie. Mówiła o żarówce. W nawale spraw mało ważnych, bezpieczeństwa światowego, zatrucia środowiska, ubóstwa, imigracji, ona jedna pamiętała o żarówce. Tęskniła do żarówki, takiej zwykłej, dawnej, prostej jak deska. Wypowiedziała się o niej otwarcie patrząc w oczy czającym się wokół wyzwaniom. Nikt jej nie rozumiał, z wyjątkiem narodu, za którym się ujęła.

– Naród mówi o zwykłej żarówce. Idzie do sklepu, a tam żarówki zaawansowane. A oni tęsknią, tak jak ja, za zwykłą żarówką, naturalną, prosto od krowy. Dlaczego nie ma takiej żarówki w sklepie? Choćby jednej. – Zapytała głowa i od razu zawyrokowała: – Bo ci podlece z …tu głowa wskazała palcem Brukselę – nam nie pozwalają.

Oprócz żarówki głowa zajmowała się także innymi ważnymi sprawami. Przemawiała, tańczyła, spotykała się z grajkami ulicznymi, całowała bochenki chleba na dożynkach, korespondowała z młodzieżą żeńską na Fejsie, czasem uderzała samochodem w inny samochód, jeśli akurat napatoczył się niepotrzebnie, spotykała się z innymi głowami. Wielu ją podziwiało, bo była to głowa państwa.

– Nie wiem tylko po co ona istnieje? Czy państwu nie wystarczyłby korpus, kończyny oraz wnętrze? Po co mu zaraz głowa? – zapytał pewien anatom gnany jesiennym niepokojem. Mówiono o nim, że jest wścibski i zadaje niepotrzebne pytania.

Niefrasobliwie o życiu niedzielnym. Groteska nie tak znowuż abstrakcyjna.

Ciepły wiosenny dzień jesienny rozchybotał mnie, rozhuśtał. Idąc zwyczajnie ulicą uniosłem się w powietrze, lewitowałem, patrzyłem z góry na wykopy, samochody, ludzi i zwierzęta. Doznałem niezwykłego uczucia lekkości, w piesiach mi grało utwory Mozarta, najpierw Marsz Turecki, który mnie wyprostował szybciej i dokładniej niż ewolucja małpę zeszłą tydzień wcześniej z drzewa.

Przywrócony do pionu, już po zejściu na ziemię, doznałem dalszych niezwykłych przeżyć. W piekarni sprzedawczyni odezwała się do mnie po angielsku, bardzo szykownie i elegancko: – How are you today, sir? Szybko odnalazłem język w gębie i uprzejmie odpowiedziałem: – I am fine, indeed. Thanks a lot for your kind welcome.

Krótka, stymulująca konwersacja przywróciła mi pamięć, przypomniałem sobie po co przyszedłem i poprosiłem: – Two wheat rolls and one rye bread, please.

To nas zbliżyło do tego stopnia, że omówiliśmy sprawy wagi państwowej, o których nie wolno w niedzielę dyskutować, ustaliśmy, że kraj idzie we właściwym kierunku, że przepaść jedna i druga jest wprawdzie przed nami, ale to małe piwo, bo mamy na szczęście gumiaki, które uchronią nas przed szaleństwem ludzi nieczułych, lubiących przemawiać zza okularów z cienkimi oprawkami, z podnóżka lub przez kask narciarski.

Po wyjściu z piekarni usłyszałem ciepły głos kobiety, która wiedziała wszystko o muzyce, grała na harfie i kilku innych instrumentach, znała się na nich jak mało kto, a przy tym śmiała się tak serdecznie i radośnie, że zimą śnieg topniał wokół a wiosną piekarze piekli słodkie praliny i śliwki w czekoladzie zamiast powszedniego chleba, o który wszyscy proszą od czasów Adama i Ewy oraz Biblii.

Przyszło mi do głowy, aby chwytać ten radosny śmiech, pakować go w eleganckie woreczki zdobne kwiatami i wstążeczkami i sprzedawać ludziom spragnionym pocieszenia. Zapytałem kilka osób, czy potrzebują pocieszenia. Jedna kobieta spojrzała na mnie podejrzliwie, druga niecierpliwie odpowiedziała, że opiekuje się trojką małych dzieci i nie w głowie są jej uniesienia duchowe. Mężczyźni byli bardziej życzliwi i odpowiadali poważnie, że pocieszenie znajdują w zimnym piwie i ciepłych wspomnieniach, oraz słowach prawdy płynących obficie z ust ich żon, kochanek oraz szefa. Jeden z nich popatrzył nawet do góry i dodał: – Niech mu zima lekką będzie!

Te przyziemne wzmianki o życiu otrzeźwiły mnie, nie czułem już ciepła ani nie słyszałem muzyki w piersiach, co uznałem za powrót do normalności, której mi brakuje od czasu do czasu.

Drogi Czytelniku! Jeśli podoba Ci się moje pisanie, zachęcaj rodzinę, przyjaciół i znajomych do wchodzenia na tę stronę, abym widział, że rosnę, co mnie uwznioślili do jeszcze większych wysiłków na rzecz porozumienia autorsko-czytelniczego, pozwalając zapomnieć o garbieniu się i samotności siedzenia przed ekranem.