Lista i daty publikacji opowiadań

Drodzy Czytelnicy!
Aby wybrać konkretne opowiadanie, proszę zapamiętać datę jego publikacji a następnie kliknąć ją na kalendarzu po prawej stronie ekranu. Mechanizmy zmiany miesiąca i roku są tuż pod kalendarzem. Na stronie opowiadania najłatwiej poruszać się przesuwając suwak (mały kwadracik) znajdujący się tuż przy prawej krawędzi ekranu. 
Życzę miłej lektury,
Michael Tequila

03 04 2020 Wirus i sukcesja. O wpływie Wirusa YZ i walki o władzę na społeczeństwo i obywatela. Opowiadanie. Odc. 1 – 13 i 14 dodany 06 04 2020 godz 13.30 oraz 15 dodany 07 04 2020 godz 13.00. Kolejne odcinki w drodze. 
26 03 2020. Dziewczyna z pieskiem. Opowiadanie jednoczęściowe. O miłości do ludzi i zwierząt. 1540 wyrazów.
22 03 2020 Aleksander Cumagin Sake. Opowiadanie, wszystkie odcinki (1-3). O prezydencie, który marzył o koronie imperatora. 2640 wyrazów.
20 03 2020 Jalapo Umota, Inuit z charakterem. O niezwykłych losach autochtona z Labradoru. Opowiadanie science-fiction. Odcinki 1 – 11, wszystkie.
05.03.2020 Goryl. O partii i człowieku przypominającym małpę. Opowiadanie, wszystkie odcinki (1 – 5), 3850 wyrazów.
01.03.2020 Miniatura z kolibrem. O pocieszeniu w codziennym życiu. Opowiadanie jednoodcinkowe.
28.02.2020 Wypożyczalnia psów. O zmiennych losach kynologa kochającego psy. Opowiadanie, wszystkie odcinki (1 – 6). 5900 wyrazów. Opowiadanie jest fragmentem książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania).
26.02.2020 Instrukcja obsługi pejcza. O walce arystokraty francuskiego z bólem i bezsennością. Opowiadanie, wszystkie odcinki (1 – 9). 6800 wyrazów.
05 02 2020 Niedziela z Alberto. O miłości i ludzkich postawach. Opowiadanie erotyczno-kryminalne. Wszystkie odcinki (1 – 4). 3718 wyrazów.
29 01 2020 Dziwna noc mieszańca etnicznego. O szalonych przeżyciach nocnych starszego mężczyzny. Opowiadanie jednoodcinkowe.
21 01 2020 Głowy w autobusie do Jaipuru. Egzotyczna wyprawa do Indii i Nepalu. Opowiadanie do uzupełnienia i aktualizacji.
16 01 2020 Nowy wymiar ewolucji. O technologii zastępującej ewolucję. 
14 01 2020 Sierżant Baba. O wojskowym szkoleniu dzieci.  
12 01 2020 Znak pokoju. O relacjach małżeńskich i rodzinnych. 
06 01 2020 Patriarcha Anastasio Gerylas. O walce hierarchy kościelnego z Trójcą Zła. 
20 12 2019 Pies gończy słowa mówionego. O społeczeństwie bliskiej przyszłości. 
11 12 2019 Automat. O człowieku bez poczucia czasu i woli.
10 12 2019 Galeria handlowa. O wzrastaniu mężczyzny na widok kobiety.
07 12 2019 Nienawiść organiczna. O nienawiści do własnego ciała. 
20 10 2019 Przebudzenie w przyszłości. O pokoleniu śmieciowym roku 2040.
25 09 2019 Pamiętnik dojrzałego świrusa. O dostosowywaniu się do rzeczywistości. 
16 09 2019 W nocy wymyśliłem sobie diabła. O diable podobnym do człowieka.
07 09 2019 Broda. O męskim życiu bez miłości i uwielbienia.

Pod tym linkiem znajdziecie Państwo wszystkie moje książki w Empiku, także w wersji ebookhttps://tinyurl.com/y52br67b 

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 8: Iwan Iwanowicz snuje wspomnienia.

Alkohol na czwartym piętrze hotelu wzbudził w Iwanie Iwanowiczu wspomnienia. Przypomniał sobie pierwsze spotkanie z uczestnikami wycieczki na stołecznym lotnisku przed odlotem do Indii. Grupa liczyła trzydzieści osób, jak nożem ciął. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, czy ten fakt ma jakieś szczególne znaczenie, ale zarzucił rozmyślania wobec bogactwa innych bodźców. Grupę podzielił na kategorie. To był nawyk, z którym bezskutecznie walczył, coś liczyć, dzielić, komponować lub dekomponować. Był mocny w statystyce, lubił liczby. Uważał, że kwantyfikują one rozumienie świata, zapewniają jego dokładniejsze poznanie. Pytany, dlaczego to robi, przedstawiał dowody.

– Mówimy na przykład, że większość Nomadyjczyków to ludzie wierzący. Co to znaczy większość? Równie dobrze może to być pięćdziesiąt jeden jak i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Dopiero jak ustalisz, że wierzący stanowią osiemdziesiąt trzy procent społeczeństwa, to wiesz na czym stoisz. Statystyka to liczby, fundament rozumienia świata.

Kiedy to mówił, niektórzy wycieczkowicze widzieli kolorowe pawie pióra wyrastające mu z pleców. Dwóch mężczyzn z grupy gotowych było nawet przysiąc, że to prawda. Gdyby tak się stało, reputacja Iwana Iwanowicza uległaby co najmniej zachwianiu. Miał szczęście; w jego obronie nieoczekiwanie wystąpiła Wysoka z Kokiem.

– Jeśli mężczyzna ma czymś się chwalić, nie można mieć mu za złe, że sygnalizuje to kolorowym upierzeniem. Wolę opierzonego dziwaka, jak go nazywacie, z pawimi piórami, niż intelektualnego gołodupca bez pawich piór. Spojrzała przy tym na krytyków Zegarmistrza w taki sposób, że zrezygnowali z dalszego podawania w wątpliwość jego nawyków i manier.

O Wysokiej z Kokiem mówiono, że zagłodziła na śmierć swego męża, kiedy dowiedziała się, że przegrał w karty większą część majątku, jaki w posagu wniosła do małżeństwa. Mówili to ci dwaj, którzy pawimi piórami usiłowali podać w wątpliwość statystyczne nawyki Iwana Iwanowicza. Tak czy inaczej, mąż Wysokiej z Kokiem już nie żył, nie było więc możliwości zweryfikowania, co jest, a co nie jest prawdą.

Od czasu obrony swojej reputacji przez Wysoką z Kokiem, Iwan Iwanowicz pamiętał już jej imię: Anita. Był jej to winien.

– Moja pamięć otrzymała stymulującego kopa. To jeszcze jedna lekcja, jak skojarzyć sobie imię z osobą. Nie tylko wygląd i twarz człowieka, ale i czyn, tworzą mocne połączenia neuronowe w mózgu. – Iwan Iwanowicz niby to żartobliwie wywnętrzał się wieczorem w pokoju licząc na Kindżała, że podejmie rozmowę. Nie miał szczęścia, zbieracz zdobnych sztyletów pochłonięty był oglądaniem pod lupą finezyjnego wykończenia kolejnego nabytku. Nieco zdegustowany brakiem zainteresowania przyjaciela, Iwan Iwanowicz zauważył, tym razem tylko na własną potrzebę, że nigdy nie jest wiadome, co jest fikcją a co rzeczywistością w głowach ludzi, których los połączył wspólną podróżą do Indii.

– Ludzie to bajarze i zmyślacze – zasugerował Kindżałowi i ten się zgodził.

*****

Pierwsza kategoria uczestników grupy trzynastej obejmowała osoby powyżej lat sześćdziesięciu i zawierała się w liczbie dwudziestu pięciu. Była to grupa dominująca. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, jak to było możliwe. Czyżby tylko ludzie starsi byli ciekawi świata? W kategorii do lat sześćdziesięciu było tylko pięć osób, w tym trzy nieprzyzwoicie młode, w wieku około trzydziestki. Miał wrażenie, że społeczeństwo potraktowało je jak wyrzutków.

– Zamiast docenić i zatrudnić w gorącej końcówce roku ten rezerwuar młodości, wysyłają go w delegację na odległy kontynent, gdzie ludzie umierają młodo. Tak jakby chciano ich nastraszyć, aby szybciej wpłacali składki emerytalne, ponieważ nie zostało im wiele do przeżycia – tłumaczył Kindżałowi.

Uczestnicy wycieczki stopniowo dopasowali się nawzajem do siebie. Polubili się nawzajem, może dlatego, że nie musieli spędzać ze sobą pozostałej części życia, tylko kilkanaście dni. Atmosfera była pozytywna, oparta na wzajemnym szacunku. Jak się potem okazało, jego fundamentem była wspólna pasja zwiedzania zabytków i dokumentowania tego maksymalną ilością zdjęć. Krytykując innych, Iwan Iwanowicz nie dostrzegał belki we własnym oku.

– Mam wrażenie, że dla naszego towarzysza podróży, Rasputina, ważniejsze jest uwiecznianie się na zdjęciach na tle świątyń, świętych krów, świętej rzeki Ganges, tubylców, czy nawet ciekawszego słupa ogłoszeniowego, niż zwiedzanie zabytków i słuchanie ciekawych historii opowiadanych przez Przewo – oświadczył Kindżałowi, z którym los każdego wieczoru łączył go wspólnotą pobytu w jednym pokoju hotelowym. Tolerancja wzajemnych odrębności pozwoliła obydwu zachować spokój ducha.

*****

Zapamiętanie imion i nazwisk kilkudziesięciu uczestników było niemożliwe, choć Przewo odczytywał je każdego dnia dla sprawdzenia, czy wszyscy są obecni. Osoba, której nazwisko wyczytano, odpowiadała lakonicznym „Jestem”, ewentualnie „Obecny”, rzadziej „Przewo, dlaczego stale pytasz mnie o to samo? Przecież widzisz, że jestem!”. Iwanowi Iwanowiczowi przyszło na myśl, że w Indiach to zgodne potakiwanie „ Jestem”, „Obecny” czy rzadziej słyszane „Do usług” lub „Całuję nóżki waćpana”, stanowi formę spadku po imperialistach brytyjskich, usiłujących zrobić z podbitego narodu potakiwaczy i służalców. Myśl wydała mu się przesadna i niestosowna; porzucił ją z obawy, że skazi jego umysł jakąś nieznaną psychiczną toksyną.

Przewo z uwagą i powagą każdorazowo sprawdzał obecność, czyniąc to może z nawyku, a może z potrzeby serca. W rzeczywistości robił to z ostrożności.

– Woli dmuchać na zimne – zaopiniował ktoś zza pleców innych osób. Jak się okazało, kiedyś jeden z uczestników jego grupy zgubił mu się i odnalazł dopiero po latach, tak bardzo odmieniony, że ani rodzina ani krajanie go nie poznali. Wedle jego wyjaśnień, lata nieobecności spędził na ulicach i w aśramie, dzięki czemu z gwałtownika i pijaka stał się uduchowionym ascetą. Po krótkim pobycie w kraju ojczystym wrócił do Indii, legitymując to ciekawym wyjaśnieniem:

– Nie pasuję już do naszego społeczeństwa, rozbudzonego i pozytywnego w ogólności, lecz zatrutego pesymizmem i narzekaniem, w dodatku łatwego do kupienia tanimi obietnicami.

0Shares

Dziwna noc mieszańca etnicznego. Groteska.

Trwała zimowa noc. Iwan Iwanowicz zasnął po raz pierwszy. Śniła mu się bezsenność, jak go męczy a nawet torturuje. Postanowił uczynić z niej siłę twórczą, okiełznać jak dzikiego mustanga, zmusić do pracy w kieracie własnych poleceń, aby posłusznie zmieniała nieudolne i abstrakcyjne myśli w użyteczne życiowo konkrety. Tej nocy Iwan Iwanowicz stworzył kilka krótkich Teorii Życia Dobowego, nadając im nazwy stosowne do treści.

Teoria czynnościowa doby: Sen, budzenie się, życie na jawie, usypianie, sen. Teoria dobowa miejsca: Człowiek w łóżku – czas bez butów, człowiek na jawie – czas w butach, przerywany krótkimi fragmentami chodzenia boso po domu, w łazience oraz po zimnym balkonie. Teoria fizjologiczna doby: sen, budzenie się, wchłanianie dowolnej ilości pokarmów, metaboliczna przemiana pokarmów w energię i nawóz naturalny a czarnej kawy w dobre samopoczucie, wchłanianie napojów głównie z plastikowych pojemników, w końcu wykonywanie czynności użytecznych dla siebie, domu i świata.

Po namyśle Iwan Iwanowicz uznał wymyślone teorie za jedną wielką bzdurę, złożył ją w czworokąt, potem w trójkąt i jeszcze raz w trójkąt. Składanie przypomniało mu Talesa z Miletu, twórcę geometrii nazwanej później euklidesową, wynalazcę takich pojęć jak punkt, prosta, płaszczyzna, twierdzenie i teoria. Kiedy zdał sobie sprawę, że miało to miejsce w VI wieku przed naszą erą, żachnął się, po czym wyrzucił Milesa do kosza zużytych myśli i wspomnień. Czyniąc to myślał:

– Po jaką cholerę mi wiedza w czasach masowego ogłupiania człowieka i cichego mordowania przyrody.

Po odrzuceniu zbędnego balastu Iwan Iwanowicz ułożył się wygodniej i po raz drugi zasnął. Wkrótce naszła go obfitość rekwizytów i wydarzeń teatralnych. Najpierw przyśniły mu się figury geometryczne, figi i stringi w ciapki, fajfus średnich rozmiarów oraz tajemnicze akcesoria damskie ukryte w półcieniu rudego uwłosienia. Iwan Iwanowicz uznał te elementy za przejaw mocy teorii Freuda i jego nobliwych kontynuatorów.

Potem ukazała mu się zmora nocna, chwilę go hipnotyzowała oczami zapożyczonymi od bazyliszka, po czym zaczęła go dusić. Iwan Iwanowicz postawił dać jej odpór stosując na początek krzyk bojowy Krysi P. „Podejdź, chamie, to dam ci w mordę”. Zmagali się jedną rundę, w czasie której Iwan Iwanowicz zyskał przewagę. W drugiej rundzie był już górą, założył zmorze chwyt Nelsona i ją udusił. Słysząc, jak charczała, cieszył się jak dziecko. Co zrobił z truchłem nie pamiętał.

W nagrodę ukazał mu się prezydent Uti w kostiumie Człowieka Skały, i pokazał mu jak trzema uściskami zdławić na zawsze białego niedźwiedzia polarnego, jak nurkować na głębokość dwustu sześćdziesięciu metrów z pingwinami oraz jak skutecznie rządzić krajem rozbudzając w społeczeństwie miłość do II Wojny Światowej oraz siły militarnej opartej na zimnej bombie i popisach tężyzny fizycznej.

– Siłą, brachu, pokonasz głód, brak butów i spadek ciśnienia gazu w rurze – krzyknął pod koniec pokazów prezydent Uti, po czym wstąpił na czerwony dywan w Dziennym Pałacu Władzy i znikł za Wielkimi Drzwiami. Były one tak intensywnie złocone, że można by z nich zrobić sześć tysięcy obrączek dla kobiet z palcami grubości parówki lub osiem tysięcy obrączek dla kobiet z palcami drobnej pianistki.

Iwanowi Iwanowiczowi podobały się wschodnie metody rządzenia. Dodał do nich jeszcze metodę Krzywego Napoleona określającą nowe zasady sprawiedliwego rozdziału przywilejów i uprawnień. Polegała ona na przywiązywaniu sędziów do zwycięskiego rydwanu, nakładaniu im uździenicy z napisem „My, tu, tego, panie, sprawiedliwość” i wykręcaniu głów w stronę, skąd padało światło mądrości oświeconej władzy.

Iwan Iwanowicz postanowił wykorzystać metody obydwu władców już przy najbliższej okazji w celu lepszego zarządzania niesfornymi snami.

– Nie będą kosmate sukinsyny mną rządzić! – krzyknął z przekonaniem, po czym zmiękł zdając sobie sprawę z niestosowności krzyków po nocy.

Z postanowieniem rychłego i pełnego wykorzystania cudownych metod zasnął po raz trzeci, nie zauważając nawet, że usta ma suche jak wiór i należałoby je zwilżyć. Obudził się dopiero o godzinie szóstej rano, kiedy wierny sygnalista w głowie odtrąbił pobudkę na poranną kawę, dla pewności pukając także kilka razy od strony wewnętrznej w kość skroniową.

0Shares

Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 7: Miasto Patan i Bhatapur.

Na ulicach Patan rządził transport. Ludzie i towary przemieszczały się w tysięcznych kierunkach. Nie było osób, które by gdzieś nie jechały,ani towarów, których by ktoś gdzieś nie przewoził.

Transport masowy, do czterech osób, odbywał się na motocyklu. Motocyklista plus trzy osoby z tyłu to była najwyższa forma ekwilibrystyki. Zagraniczni turyści patrzyli i podziwiali. Ulicami pędzili ludzie na rowerach, ryksze nożne i motorowe wyposażone terkoczący i śmierdzący silniczek, wózki ciągnięte przez człowieka-kulisa oraz wózki ciągnięte przez konie lub wielbłądy.

Nie było też problemu, kiedy coś się zepsuło. Co jakiś czas mijali kawałek ziemi, mały placyk, wnękę w budynku lub garaż ze stojącymi i leżącymi rowerami, motorowerami, motocyklami i rykszami. Były to uliczne warsztaty naprawcze urządzeń technicznych,

Iwan Iwanowicz jak zwykle miał coś do powiedzenia. Jednym się to podobało, inni pozostali obojętni, jeszcze inni milczeli wymownie, ponieważ wyraził tę samą myśl już wcześniej, nad rzeką Bagmati, kiedy zwiedzali świat ręcznych krematoriów na ghatach.

– Tylko ludzie i środki komunikacji są współczesne w Patan, reszta to średniowiecze i wieki wcześniejsze.

Co do zabytków historycznych, była to czysta prawda. W odróżnieniu od Indii, zabytki Nepalu przypominały cacuszka świeżo wyjęte z pudełka, w nienaruszonym stanie, idealnie utrzymane.

 

Iwan Iwanowicz tłumaczył to sobie oddaleniem Nepalu od zaborczego Imperium Brytyjskiego. Niewielki górski, ubogi kraj nie interesował wielkiego imperium; Anglicy skolonizowali Indie i tym się zadowolili. Nepal pozostał na uboczu. Nawet walki między lokalnymi władcami nie spowodowały większych zniszczeń w dorobku materialnym kraju.

Iwanowi Iwanowiczowi historyczny i buddyjski Nepal podobał się o niebo bardziej niż Indie. Cieszył się, że prawie połowa czasu wycieczki przypadła na zwiedzanie Nepalu.

Większość uczestników robiła w mieście zdjęcia lub nagrywała na kamerze video. Czyniono to w pośpiechu, nikt się nie wyróżniał. W najciekawszym miejscu Iwanowi Iwanowiczowi wysiadł aparat fotograficzny, prawdopodobnie wyczerpała się bateria. Kiedy to stwierdził, gorzko złorzeczył, zupełnie niepotrzebnie i niewspółmiernie do problemu. Nie przeklinał jednak martwego przedmiotu, o którym mógł powiedzieć, że jest bezduszny i głupi jak but, ale siebie, że nie zabrał zapasowej baterii.

Późnym popołudniem oglądali misy lecznicze zwane singing bowls, śpiewające misy, wykonane z siedmiu metali i stopów metali, ręcznie kute.

Uderzone drewnianym młoteczkiem misy wydawały z siebie niesamowicie długi, przejmujący i pulsujący metaliczny dźwięk. Po napełnieniu wodą, obwodzenie misy po wewnętrznej krawędzi drewnianą rolką powodowało, że woda burzyła się, tworząc żywe rozpryski, prawie przelewając się na zewnątrz.

****

W hotelu oceniali, jak przeżyli dzień. Grupa wiekowo stanowiła kwiat dojrzałości, a ten jak wiadomo, ma skłonności więdnięcia i podobne przypadłości. Jeden z mężczyzn, nazywali go Alko, nałykał się miejskiego powietrza i słaniał się podtruty.

– Każdemu świeże górskie powietrze może uderzyć do głowy – wyjaśnił, przysiadając po kolacji w hallu na ozdobnym kominku. Twierdził, że czyni to dla relaksu. Na początku myśleli, że mówi prawdę. Wyglądał blado, co przyjęto za oznakę powagi. Niektórzy rodacy, nawet jeśli uważali, że jego wyjaśnienie i organiczna słabość maja się do siebie jak pięść do nosa, woleli zinterpretować to zdarzenie na jego korzyść.

– Nikt nie lubi być krytyczny wobec krajana w obcym kraju zwłaszcza wśród Hindusów, dla których alkohol nie jest najwyższym osiągnieciem cywilizacji. To byłoby niepatriotyczne.

Sytuacja z samopoczuciem rodaka w mieście Patan, gdzie na człowieka działają różne siły przyrody i cywilizacji, była dwuznaczna. W kuluarach rozwinęła się dyskusja na temat moralności, alkoholu, miłości bliźniego i palenia na stosie. Niektórym skojarzyło się to z Inkwizycją. Temat nie podobał się, uznano go za zbyt bolesny w kraju, gdzie ludzie są na ogół tolerancyjni i bez kłopotów respektują odmienne postawy etyczne i religijne.

– Takiego zamieszania postaw i poglądów nie sposób rozwikłać. – Iwan Iwanowicz zdobył się na ubogie podsumowanie sytuacji. Poczuł się analfabetą, a nawet ślepcem błądzącym po omacku w gęstwinie ludzkich słabości, zbuntowanych sumień i zdeformowanych przekonań. Usiłując zakończyć mroczny temat Inkwizycji Iwan Iwanowicz przedstawił wiersz zatytułowany „Francisco Goya”:

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

0Shares

Nowy wymiar ewolucji. Opowiadanie. Odc. 1 z 4.

W poczekalni przychodni protetyki dentystycznej Iwan Iwanowicz znalazł się nieprzypadkowo. Kiedy poruszał szczęką, u podstawy lewego ucha skrzypiało mu wiązadło. Trwało to już dostatecznie długo, aby zwrócić uwagę na jawną nieprawidłowość funkcjonalną i estetyczną ciała. On jednak tego jakby nie zauważał. Skrzypienie stawało się coraz wyraźniejsze. Tak wyraźne, że żona zwróciła mu uwagę.

– W końcu musisz coś zrobić w tej sprawie.

Na jego wymowne spojrzenie, czy aż tak bardzo jej przeszkadza cichy dźwięk trących nieprawidłowo wiązadeł, odrzekła bez wahania.

– Tu nie chodzi o skrzypienie, tylko o twoje własne zdrowie. I nikt inny nie może o nie zadbać tylko ty.

Było to kilka dni wcześniej. To go zmusiło do podjęcia działań i umówienia wizyty u stomatologa w specjalistycznym ośrodku medycznym,

*****

Naprzeciw wejścia do budynku znajdowała się recepcja. W lewo szło się do szatni, gdzie urzędowała kobieta z uszkodzonym lewym okiem, skośnym i zabielonym. Z boku recepcji, naprzeciw szatni, znajdowała się mała poczekalnia. Jedna długa ława do siedzenia wytyczała brzeg korytarza ciągnącego się w głąb budynku, gdzie mieściły się gabinety dentystyczne z aparaturą. Nad wejściem do korytarza widniała tablica „Pracownia protetyki stomatologicznej”, a pod spodem „Przychodnia Implantoprotetyki”.

Na szarokremowych ścianach poczekalni w oczy rzucały się wielkie czarne tablice ze zdjęciami absolwentów Academia Medica Geparda, Subfacultas Stomatologica. Pierwsza z nich poświęcona była Absolventes A.D. 1989/1990. Łącznie były to cztery identyczne tablice, każda poświęcona innemu rocznikowi dyplomantów wydziału stomatologii. Wyglądały jakby przywieziono je z mauzoleum. Iwan Iwanowicz zamyślił się. Szukał w głowie skojarzeń. Przyszły mu do głowy: parzystość, łacińskie napisy oraz czerń obrazów.

Na każdej tablicy, nad sześćdziesięcioma ośmioma małymi prostokątnymi zdjęciami absolwentów, można było zobaczyć pięćdziesiąt dwie postacie profesorów ubranych po cywilnemu, w tym czworo w togach akademickich. Było to staromodne towarzystwo: korpulentne sylwetki, rozdęte twarze, zaciśnięte usta. Wśród mężczyzn dominowali osobnicy z wąsami tęgimi jak u zbójców.

– Wyglądają jak wczesna rekompensata za coraz skromniejsze uwłosienie późniejszych pokoleń ciała profesorskiego – skonkludował Iwan Iwanowicz bez cienia złośliwości.

Zdjęcia absolwentów umieszczone u dołu tablicy były mniejsze, choć to zasadniczo im była poświęcona tablica, mająca upamiętnić ich szczęśliwe zakończenie studiów. Iwan Iwanowicz uznał to za pijany przekaz tamtych czasów: „to my, ciało profesorskie, jesteśmy ważniejsi, niż ci, którym należy się pamięć, cztery roczniki absolwentów studiów medycznych”.

Absolwentami byli staromodnie ubrani, wystraszeni młodzi ludzie; niektórzy z nich z pewnością nie przekroczyli dwudziestu trzech lat życia, choć wyglądali na osiemnaście. Mieli wytrzeszczone oczy, może przerażone błyskiem silnych fleszy, jakich wtedy używano.

– Ciekawe, że tylko jedna osoba, mężczyzna, jest w okularach – Iwan Iwanowicz zanotował sobie w myślach.

0Shares

Sierżant Baba. Groteska.

Koniec października przyniósł złotą jesień. Tak podała telewizja. To nastroiło mnie bardziej niż pozytywnie.

Idę wydeptaną piaszczystą drogą przez las i rozglądam się wokoło, aby nasycić oczy oczekiwanym pięknem zasypiającej na zimę przyrody. Nic z tego. Złota tyle, co kot napłakał, czyli żałośnie mało. Ale jest za to sucho i ciepło.

Na środku drogi widzę kobietę z dzieckiem. Maluch ma nie więcej niż trzy lata. Schodzą oboje na krawędź lasu ciągnącego się po obydwu stronach drogi. Kobieta zdejmuje z ramienia wielką wypchaną torbę, wyciąga z niej kraciasty kocyk i sadza na nim chłopczyka. Przygląda mu się, całuje go w policzek i coś szepcze poprawiając mu ubranko. Następnie wyjmuje niekształtny pakunek z torby i wchodzi do lasu.

Po minucie lub dwóch wraca ubrana w uniform wojskowy. Widzę naszywki sierżanta. Sięga po torbę i chowa coś do niej. Domyślam się, że jest to ubranie, jakie miała na sobie. Z bocznej kieszeni uniformu wyciąga smartfon i podłącza do uszu słuchawki. Przewód jest dwukolorowy niebiesko-żółty. Chłopiec wstaje z kocyka i czeka. Stoję z tyłu i patrzę. Kobieta mnie nie widzi. Jestem nieco wyżej na wzgórku. Po chwili słyszę jej głos.

– Baaczność!

Widzę jak dziecko wyprostowuje się i sztywnieje w żołnierskiej pozie.

– Spocznij!

Ma rumianą buzię, gości na niej rubaszny uśmiech. Matka zakłada mu mały hełm na głowę. Z sosny rosnącej przy drodze spada szyszka. Słyszę metaliczny dźwięk uderzenia o hełm. Kobieta patrzy na synka i skrywa uśmiech za wąsami (tak mi się wydaje) po czym mówi:

– Dobrze to robicie, szeregowy Szczeniak.

Domyślam się, że to jego matka. Nie mam czasu zastanawiać się, bo Szczeniak odpowiada.

– Ku chwale ojczyzny, pani sierżant Baba.

Sierżant nie patrzy na podwładnego, słucha smartfonu, jakby stamtąd czerpała komendy i instrukcje. Czekam, co będzie dalej. Chłopiec stoi wciąż w uważnej gotowości.

– Padnij!

Szeregowy Szczeniak posłusznie pada opierając się przy ziemi na rękach. Ćwiczenia wykonuje stojąc cały czas na kocyku.

– Powstań!

Chłopiec podnosi się na nogi. Robi to sprawnie.

– Teraz przećwiczymy to na tempa, szeregowy Szczeniak. – Zapowiada Baba.- Liczę do trzech i zaczynamy.

– Raz, dwa, trzy. Padnij! Powstań! Padnij! Powstań! Padnij! Powstań!

Komendy padają coraz szybciej. Szczeniak rytmicznie pada i powstaje. Na jego rumianej buzi nadal gości uśmiech, ale wkrótce pojawia się zmęczenie. Jego ruchy stają się wolniejsze a uśmiech blednie.

-Wystarczy – komenderuje sierżant Baba. – Spocznij! Możecie rozejść się.

Szczeniak rozgląda się dookoła i dostrzega mnie. Oprócz niego i matki na drodze jestem tylko ja. Patrzy na mnie wyczekująco. Rozumiem, że i mnie to dotyczy.

Sierżant Baba odwraca się, przygląda mi się z uwagą i przyzywająco kiwa do mnie ręką. Pochodzę do szeregowego Szczeniaka i zatrzymuję się obok.

– Słyszeliście komendę? – Mówi sierżant Baba.  Możecie rozejść się!

Rozchodzimy się, on idzie w lewo od drogi, ja w prawo. Obydwaj siadamy na ziemi prawie równocześnie jakby kierowała nami niewidzialna siła powinności. W wybranym przeze mnie miejscu ziemia jest chłodna i nie całkiem sucha. Nie jest mile siedzieć na takim podłożu.

– Trudno – myślę. – Służba nie drużba.

Po chwili pada komenda:

– Zbiórka w dwuszeregu! – ręka sierżanta Baby wskazuje miejsce Szczeniakowi i mnie. On jest pierwszy, ja jestem za nim. –  Niższy staje z przodu, aby był widoczny. To logiczne – myślę.

Stoimy i czekamy. Sierżant Baba patrzy na nas. Ocenia mnie od góry do dołu.

– A wy? – wskazuje palcem na mnie – To kto?

– Ochotnik, pani sierżant.

– To dobrze – odpowiada patrząc na zegarek. – Od dawna jesteście ochotnikiem?

– Od trzydziestu sekund.

– Ja jestem sierżant Baba. Matka tego tu szeregowego Szczeniaka. Ćwiczymy musztrę. Dziś trzeba być przygotowanym na wszystko. Mówię prawdę. Jesteście szeregowym, jak się domyślam? A wasze nazwisko?

– Tequ. Adam Tequ.

Sierżant Baba przygląda mi się jakby chciała zapamiętać moją twarz. Rusza przy tym wąsikiem, taki delikatny ciemniejszy puszek nad górną wargą typowy dla niektórych żołnierek.

– Widzę, że jesteście zorganizowani i zdyscyplinowani, Tequ. Należy wam się pochwała za to, bo dzisiaj młodzi ludzie to ciapciaki i fajtłapy. Nie to co szeregowy Szczeniak i wy.

– Ku chwale ojczyzny! – krzyczymy równocześnie ze Szczeniakiem. Jesteśmy coraz bardziej zgrani. Obydwaj czujemy, że jesteśmy miłośnikami ojczyzny twardej, zdyscyplinowanej, zbrojnej. W ustach słyszę mocną, rytmiczną muzykę. To marsz Radetzky’ego w wykonaniu młodzieżowej orkiestry dętej.

Zdobywam się na odwagę.

– Sierżancie Baba! Myślałem, że jeszcze przećwiczymy czołganiem naprzód.

– Następnym razem, szeregowy Dechu. Widzę, że jesteście równy chłop. Dzisiaj nie będziecie czyścić latryn, bo to przestarzała metoda wychowania żołnierza. Dzisiaj mamy wszędzie aseptyczny sprzęt, wszystko jest aseptyczne.

Patrzę na nią w niepewności, o co chodzi. Sierżant Baba uśmiecha się nieznacznie i wyjaśnia.

– To był oczywiście żart. Nie poznaliście się na nim. Nie zaprzeczajcie, to oczywiste. Nie wszyscy mają poczucie humoru. Tego trzeba się nauczyć.

Uśmiecham się, aby zatrzeć na sierżancie złe wrażenie.

– Mów mi Baba, Dechu. To krótsza forma, mniej zużywasz tlenu.

– Przepraszam Baba. Nazywam się Tequ, nie Dechu. Przykro mi, że zwracam uwagę.

– Nie szkodzi. W naszych szeregach jest miejsce i dla Dechu, i dla Tequ. Koniec ćwiczeń, możecie się rozejść.

Rozchodzimy się po lesie. Szczeniak idzie w przeciwnym kierunku. Po chwili dołącza do mnie Baba. Czuję, że chce mi coś wyznać. 

– To świat kobiet, Tequ. Jest nas więcej i jesteśmy mocniejsze niż kiedyś. Wy, mężczyźni, spieprzyliście go. Prawie doprowadziliście do trzeciej wojny światowej. Dzisiaj my rządzimy. Musicie się z tym pogodzić. Na końcu powiem wam coś, co może was zaboleć, ale muszę to zrobić. Nazwisko to moglibyście sobie zmienić. Tequ nie brzmi dobrze. Jest jakieś tureckie; sugeruje jakbyście tylko w kucki umieli siedzieć i to w szarawarach. Nie znoszę tego rodzaju gaci. Kułła mać!

Kiedy mówi, patrzę na jej usta. Poruszają się rytmicznie, jak w marszu wojskowym. Czuję jak testosteron we mnie buzuje.

– Fajna baba – myślę. – Zwarta w sobie, piersi wysunięte do przodu, biodra jak marzenie, czarne kamaszki na grubej podeszwie, szeroki pas ze świńskiej skóry. Czuję, jak rośnie we mnie patriotyzm, ale jakiś inny, niewojskowy.

Patrzę na nią, a ona patrzy na mnie. Ma długie rzęsy i czarne, naprawdę piękne oczy. Dopiero teraz to zauważam. Ogarnia mnie straszny smutek. Ona, taka szalona wariatka z dzieckiem, na pewno mężatka, a ja taki samotny. Chce mi się wyć.

Autor: Michael (Michał) Tequila
www.MichaelTequila.com
Gdańsk, 14.01.2020

0Shares

Znak pokoju. Całe opowiadanie.

W wieku czterdziestu pięciu lat Karol Zendra zwątpił w sens życia. Zastanawiał się, skąd się to wzięło, znaczy się, od kiedy przestał się czuć dobrze we własnej skórze. Odpowiedź nie pojawiła się od razu, jak na zawołanie, nie musiał jednak czekać zbyt długo. Zrozumiał swój niepokój po obejrzeniu filmu o małżeństwie, jak do niego dochodzi, jak się rozwija i jak najczęściej się kończy.

Zdał sobie wówczas sprawę, że początek jego zwątpienia sięgał dnia, kiedy do jego domu, gdzie żył spokojnie z żoną Penelopą, wprowadziła się jej siostra Lucyna. Pamiętał nawet ten dzień; był to sam początek ponurej jesieni, zimnej i deszczowej; w nocy wiał tak porywisty wiatr, że bali się czy dach domu wytrzyma. Z niczym złym wtedy to mu się nie kojarzyło.

Od dnia wprowadzenia się Lucyny Penelopa stała się nie do zniesienia. Nie była łatwa w małżeństwie, teraz przechodziła już samą siebie. Nabrała nowych nawyków. Polegały one głównie na tym, że intensywniej starała się go ulepszyć, usprawnić jego działania, nadać jego życiu więcej rozmachu. 

Pierwszym obszarem nieporozumień stał się sposób odżywiania. On i kobiety reprezentowali krańcowo odmienne punkty widzenia. Kiedy Karol zaczął jeść więcej warzyw, ograniczając konsumpcję mięsa, usilnie przekonywały go, że powinien jeść więcej kurczaków, bo to nie jest mięso. Kiedy mówił im o wegetarianach, dając jako przykład Morarji Desai, który został premierem Indii w wieku osiemdziesięciu jeden lat i przez kilka lat z powodzeniem rządził wielkim krajem, nie wierzyły mu. Podobnie jak Desai Karol preferował warzywa, orzechy, owoce, nabiał. Wyjaśniał i przekonywał, że warzywa są łatwo strawne, zawierają błonnik, są absolutnie niezbędne dla organizmu.

– To dzięki nim Desai zachował tak fantastyczny stan zdrowia i ja tylko idę w jego ślady. Podobnie jak on nie palę też papierosów, nie piję alkoholu i ćwiczę jogę. Przynajmniej staram się.

Przykład premiera Indii jako wzorca dobrego odżywiania tylko pogorszył sytuację Karola. Penelopa, korzystając z pomocy siostry biegłej w korzystaniu z Internetu, wyszperała informacje, która go pogrążyła.

– Czy ty wiesz, znawco zdrowego odżywiania Hindusów, że Desai, kiedy został premierem, od pięćdziesięciu lat nie miał kontaktu seksualnego z kobietą a każdy dzień rozpoczynał od modlitwy i wypicia szklaneczki moczu?

Był to skuteczny cios, ale Karol nie ustępował.

– Kiedy nie jem większej ilości warzyw, czuję się podle. Warzywa to podstawa odżywiania się współczesnego człowieka. Chyba, że jest się kanibalem i kocha się ludzi. To inna sprawa.

Obracanie drażliwego tematu w żart było jego sposobem rozładowywania napięcia. Na Penelopę to jednak nie działało. Nie dzieliła z nim poczucia humoru. Kiedy mówił coś żartobliwego, ona traktowała to jako zasłonę dymną, za którą Karol pragnął ukryć bezradność, niechęć do natychmiastowego działania lub jakiś defekt charakteru.

Drugim obszarem nieporozumień i kontrowersji stała się czystość mieszkania, konkretnie zaś podłogi. Szwagierka była pedantką, nie akceptowała najmniejszego okruszka. Karol nie czuł się człowiekiem wiekowym, niezdarnym czy wyjątkowo roztargnionym, zdarzało mu się jednak upuścić jakiś okruch chleba na podłogę i nie zauważyć tego. Najczęściej następowało to w trakcie ożywionej dyskusji przy stole albo nocą, kiedy nachodziło go niepowstrzymane pragnienie zjedzenia choćby jednej kromki chleba, suchej, z masłem lub z miodem.

Lucyna, przez siostrę zwana Lusią, regularnie chodziła po mieszkaniu i sprzątała. Lubiła sprzątać. Najczęściej robiła to, kiedy były same w pokoju, przy okazji delikatnie sugerując siostrze, że Karol jest bałaganiarzem. Właśnie z tego powodu Karol i szwagierka utrzymywali rozejm, pilnując się, aby nie przekroczyć granicy tolerancji strony opozycyjnej.

Kolejnym spornym tematem okazały się prace dla domu, wykonanie czegoś dla wspólnego dobra, naprawa sprzętu lub choćby zawieszenie obrazu na ścianie. Penelopa oczekiwała, że Karol wykona to natychmiast, przynajmniej bez większej zwłoki, on jednak zwlekał, tłumacząc się innymi pilnymi obowiązkami i sprawami. Jego wyjaśnienia były często nieprzekonujące, nawet dla niego samego, dlatego Karol nie wahał się przyznawać żonie racji i przepraszać. Zapewniał przy tym, że pragnie być inny, bardziej sprawny i szybszy, tak jak ona sobie to wyobrażała, on zresztą też, ale nie potrafi wykrzesać w sobie motywacji do takiej zmiany.

Dopuszczając, że nie jest ideałem męża i współlokatora, Karol walczył o zachowanie minimum niezależności.

– Niech to będzie niezależność nawet częściowa, ale niech będzie. Nie mogę czuć się jak człowiek obcy, wygnaniec we własnym domu. Mam prawo być człowiekiem niedoskonałym – tłumaczył Zenobiuszowi, serdecznemu przyjacielowi, kiedy spotykali się, aby porozmawiać przy piwie lub kawie o sporcie, pracy i życiu.

Denerwując się, kiedy groziła mu kolejna konfrontacja z żoną, Karol zdecydował się przyjąć najbardziej racjonalną postawę: ustępować w sprawach mniej znaczących, nigdy w sprawach zasadniczych. Mimo zmiany strategii nieporozumienia domowe nie kończyły się; były jak woda lejąca się strumieniem z oberwanej chmury.

Karol zastanawiał się nad tym wielokrotnie. W końcu doszedł do wniosku, że tkwi po uszy w dylemacie relacji męsko-damskich, czyli wiecznej sprzeczności charakterów mężczyzny i kobiety, stanowiącej źródło wszelkich konfliktów. 

Kiedyś, nie mogąc dojść do porozumienia z Penelopą, Karol krzyknął w zdenerwowaniu w obecności szwagierki:

– My, mężczyźni, i wy, kobiety, pochodzimy od zupełnie innej małpy.

Jego wypowiedź dolała oliwy do buzującego już ognia. Okazała się fatalna. Dla świętej zgody, Karol musiał przeprosić żonę i szwagierkę dwukrotnie za wyjątkowo niefortunne porównanie człowieka z odległym przodkiem, który w opinii kościoła, Penelopy i Lucyny nie wiadomo kim był w ogóle.

*****

W pewnym okresie życia żona kojarzyła się Karolowi z komendantem obozu koncentracyjnego. Potem zarzucił ten pogląd, uznając go za oderwany od wiary w człowieka i małżeństwo. Nie bez znaczenia była też refleksja, że jeśli ona jest komendantem, to on jest ofiarą. Coś w tym było, skoro przyszło mu to do głowy. Swoją słabość wobec Penelopy Karol tłumaczył ukrytą w sobie wadą genetyczną i wychowaniem. Taki już był; zawsze szukający wytłumaczenia spraw niewytłumaczalnych.

Na pochyłe drzewo każda koza skacze. Kiedy przypominał sobie to porzekadło, serce w nim twardniało. Czuł wtedy potrzebę rozwinięcia w sobie odporności uczuciowej.

Lucyna, siostra Penelopy uważała, że Karol jest niedomiarowy, inaczej mówiąc niepełny, w swoim postępowaniu, podczas gdy Penelopa jest nadmiarowa, ponieważ jest towarzyska, szczera i otwarta. Wszyscy ją lubili. Karol zresztą też, tylko go czasem męczyła swoją przewagą bitewną i wytrwałością. Uważał, że z ich dwojga ona była lepiej uzbrojona od początku małżeństwa. Na temat tej instytucji zgromadził liczne przemyślenia.

– Życie małżeńskie to walka o prymat: kto decyduje, kto rządzi, kto gra na fortepianie, a kto śpiewa pod takt muzyki, kto nosi spodnie, a kto pyta. – Takie myśli nasuwały mu się nie tylko w chwilach przygnębienia. Pocieszał się myślą, że zachowanie Penelopy wobec niego jest uzasadnione, ponieważ każdy żonaty mężczyzna potrzebuje przypominania, jak należy postępować w trudnych sytuacjach życiowych.

Któregoś dnia Karol przeczytał artykuł o wiktymologii; to mu bardzo pomogło, zaczął lepiej siebie rozumieć. Wkrótce potem uznał, że powinien okazywać Penelopie więcej zrozumienia i jako wyraz dobrej woli i pojednania przekazywać jej znak pokoju. Było to rozumne i błogosławione w skutkach postanowienie. Od tej pory Karol czuł się dużo lepiej. Przekazywanie znaku stało się ważną czynnością, stanowiło także formę zastępczą chodzenia do kościoła.

Karol wyobrażał sobie, że znak pokoju wymyślili i zaczęli stosować pierwsi chrześcijanie, a on tylko go zapożyczył i udoskonalił. „Przekazuję ci znak pokoju” uznał za skuteczną formę łagodzenia napięcia oraz wyrażania pozytywnej postawy. Te słowa miały znaczyć: „Nie jestem twoim wrogiem. Życzę ci jak najlepiej. Tylko okazuj mi trochę więcej zrozumienia”. To było sedno jego przekazu, narracji i zachowań.

Po krótkim czasie przekazywanie znaku pokoju weszło mu w krew. Kiedyś śniło mu się nawet, że uczynił to na ruchliwej ulicy zaraz po tym, jak o mało co nie wpadł pod samochód. Dla uspokojenia nerwów wybrał w tłumie przechodniów człowieka, podszedł do niego, zatrzymał życzliwym gestem ręki, objął ramieniem i powiedział uroczyście:

– Przekazuję ci znak pokoju. Czy zechcesz przyjąć? Może nawet zechcesz odwzajemnić, co by ukoiło moją rozhuśtaną niepokojem duszę, co się stanie ze mną, kiedy już odejdę w zaświaty. Cholernie mało wiem o tym miejscu.

Używając określenia „Znak pokoju”, Karol zakładał, że każdy rozumie, że jest on symbolem pojednania a nie konkretu obejmującego podłogę, ściany i sufit oraz kilku dodatkowych elementów w rodzaju lampy, łóżka, stołu czy szafki nocnej.

*****

Na początku grudnia, kiedy spóźniona zima szykowała się do nadejścia, w małżeństwie Karola i Penelopy nastąpiło przesilenie. Krytyczny dzień rozpoczął się słonecznie, narzucając charakter wszystkim innym zdarzeniom. Słońce wstało znad horyzontu i bryznęło plamą jasności na ścianę, stół i podłogę apartamentu Zendrów. Oprawione w drewniane ramy obrazy popstrzyły się plamami, australijski pejzaż pierwszego obrazu przecięła ukośnie smuga cienia padającego z ramy okiennej. Dzień zapowiadał się sympatycznie. Pobudzony nieoczekiwaną obfitością słońca Karol zapragnął wyrwać się z domu i pobiec w słoneczną przestrzeń, nawet krzyczeć.

Tego dnia czuł się szczególnie szczęśliwy. Rano był sam w kuchni, przygotowywał sobie śniadanie. Był samowystarczalny. Na nogach był już od godziny szóstej rano. Tak wczesne wstawanie bardzo mu odpowiadało, ponieważ nauczył się poruszać po ciemku ciszej niż mysz pod kołdrą. Prawie nie wydawał dźwięków.

O godzinie ósmej z minutami do pokoju weszła Penelopa razem ze swoją siostrą i przerwała panującą ciszę. Miała dla niego komunikat. Jej komunikaty były zawsze suche i krótkie. Słuchając ich myślał, że powinna pracować na poczcie przy nadawaniu telegramów, gdzie oszczędność słów jest cnotą, a nie w kopalni węgla, gdzie była księgową i miała do czynienia z tysiącami liczb. Liczby – uważał – podobnie jak węgiel mogą być bardzo różnej jakości i nie ma co na nich oszczędzać.

– Kupiłam wczoraj szynkę. Nazywają ją polędwicą łososiową. Jest krucha, lśniąca i delikatna jak puch. Zjedz ją na śniadanie. To tylko cztery plastry. My będziemy jeść inną szynkę.

– Wspaniale! – krzyknął ucieszony Karol. Postanowił i chciał być optymistyczny. Słońce i propozycja Penelopy nastroiły go niezwykle pozytywnie. Po wysłuchaniu informacji żony skończył krojenie pomidora, dodał przygotowaną wcześniej cebulkę i szczypiorek, całość posolił i popieprzył. Miał przed sobą ciesząca oko i podniebienie sałatkę warzywną.

Po zakończeniu śniadania, syty i szczęśliwy, Karol zapragnął podzielić się z kobietami swoją radością i poczuciem szczęścia. Zawsze tego pragnął.

– Pozwólcie, że z samego rana przekażę wam znak pokoju – powiedział Karol, po czym podszedł do Penelopy, objął ją ramieniem i pocałował w policzek.

– Pokój z tobą – odpowiedziała żywo Penelopa, umacniając przekonanie o wyjątkowości dnia i krążącym po mieszkaniu duchu miłości.

– Lucyno, tobie także przekazuję znak pokoju.

Zajęta czymś przy kuchni szwagierka nie zareagowała na jego słowa. Dopiero kilka minut później, przechodząc obok stołu, życzyła Karolowi smacznego.

– Dziękuję bardzo – odpowiedział głośno i wyraźnie, aby go usłyszała. Zależało mu na dobrych relacjach także z siostrą żony.

– Na zdrowie – zakończyła szwagierka nie patrząc na niego. Była zajęta oglądaniem kolorowych zdjęć na smartfonie. To była jej prawdziwa pasja.

Ucieszył się, że nie patrzyła na podłogę, gdzie spadło mu kilka okruchów.

Autor: Michael (Michał) Tequila
www.MichaelTequila.com

Gdańsk, 12.01.2020

0Shares

Szopka świąteczno-noworoczna. Odc. 4: Aktorzy i publiczność

Sala teatralna przypominała gigantyczną patelnię zakończoną długim uchwytem w postaci korytarza znikającego w głębi budynku. Rozdzielone tylko zasłoną rozsuniętą na boki, widownia i scena były na tym samym poziomie. W wysokich, wąskich fotelach, przypominających krzesła, siedzieli aktorzy, przypominający ubiorem urzędników. Mężczyźni mieli na sobie dobrze skrojone garnitury, dobrane kolorystycznie koszule oraz krawaty lub muszki, kobiety zaś sukienki, przeważnie sięgające kolan, lub bluzki ze spódnicą lub spodniami. Nieliczne miały na sobie dwuczęściowy kostium. Dominowały poważne, ciemne i szare kolory.

W części scenicznej, długie rzędy foteli obrzeżały stoły ustawione w kształt podkowy.

Ich blaty, przykryte zieloną materią, zastawione były butelkami z zimnymi napojami, szklankami, kanapkami i zakąskami. Z boku, na mniejszym stoliku, stały dzbanki z gorącą kawą, herbatą oraz filiżanki i spodeczki.

Przy stołach trwał nieprzerwany ruch. Ludzie rozmawiali, wertowali jakieś dokumenty, pisali notatki, wymieniali się uwagami i dyskutowali, większość na siedząco, niektórzy na stojąco. Dwaj mężczyźni, pochyleni ku sobie, kłócili się podniesionym głosem.

Zanurzona w łagodnym cieniu widownia reprezentowała inny świat. Mimo, że była zapełniona, panowała w niej cisza. Siedzący w fotelach mężczyźni i kobiety przypominali manekiny. Ich usta były pozaklejane szeroką brązową taśmą. Znieruchomiali, patrzyli w kierunku sceny. Niektóre twarze były blade i wystraszone, inne wyrażały mieszankę uczuć: zagubienia, niepokoju, gniewu, nawet wściekłości.

– Dlaczego ci widzowie mają zakneblowane usta? Czy coś jest z nimi nie w porządku? – wyrzuciła z siebie reporterka.

– To są widzowie, którzy są równocześnie aktorami. W moim teatrze wszyscy są sobie równi, aktorzy i publiczność. Panuje tu pełna demokracja, aktor jest widzem, widz jest aktorem. Oni razem tworzą spektakl, grają sztukę. To, co pani widzi, to wielki eksperyment. Wszyscy aktorzy zgodzili się na niego. Gdyby się nie zgodzili, nie byłoby ich tutaj; każdy może stąd wyjść w dowolnej chwili. Ci zakneblowani to aktorzy nie zgadzający się z porządkiem ustalonym dla tej sztuki. Jej tytuł to „Poszukiwanie wspólnych korzeni”. Jako dyrektor nie mogę zaakceptować sprzeciwu aktorów, bo to oznaczałoby akceptację buntu, Gdybym na to pozwolił, zapanowałaby anarchia. Oni uparli się jednak, aby forsować swoje przekonania. 

– Ale dlaczego kazał pan ich zakneblować? To szokujące.

– Muszę pani przypomnieć, że to jest teatr, a nie manifestacja publiczna. Ci ludzie mają grać określone role i podporządkować się moim poleceniom. Jest kilka przyczyn, dla których zakneblowano im usta. Niektórzy mówią za dużo lub niezupełnie to, co przewiduje scenariusz. Kiedy nadchodzi ich czas, zdejmujemy im plaster z ust na jedną minutę i pozwalamy wypowiedzieć się. Tyle mają czasu. To dostatecznie dużo, jeśli aktor zna swoją rolę. Ograniczony czas zmusza go do maksymalnej koncentracji. Uczymy w ten sposób publiczność, że każdy musi wiedzieć dokładnie, co ma powiedzieć i jak to uczynić w najkrótszym czasie. Bóg nie dał nam ust po to, abyśmy chlapali językiem. Dlatego aktorzy mają ograniczony czas wypowiedzi. To bardzo egzystencjalne, uczciwe podejście. Niektórzy z nich mówią od siebie, dlatego lepiej jest, aby w ogóle nie zabierali głosu. To jest tak beznadziejne, że sami nie byliby w stanie tego słuchać.

Dzięki kneblowi aktor uczy się uczestniczyć w wielkiej sztuce teatralnej, która jest niczym innym jak szkołą życia. Uczy się słuchać, a nie tylko mówić. Chyba zgodzi się pani ze mną, że to słuszne podejście? – Zapytał dyrektor Kukuła, zwracając głowę w kierunku reporterki.

Iza poczuła się nieswojo. Zlękła się, że dowie się jeszcze czegoś, co ją całkiem zdezorientuje. Eksperyment dyrektora Kukuły przekraczał ramy jej rozumienia teatru. Było to jak pokazywanie nieboszczyka w celu zniechęcania ludzi do przedwczesnego umierania. Sztuka zawierała w sobie ładunek jakiejś bolesnej abstrakcji, której nie była w stanie pojąć. Niespokojnie szukała w głowie właściwego określenia.

0Shares

Sen bez granic. Groteska. Wersja podstawowa + Komentarz + Dodatek 1.

To była najdziwniejsza kobieta, jaką znałem. Nazywała się Vardy lub Valdy, jakoś tak. Rok temu zasnęła i już się nie obudziła. Dziś jest rocznica jej zaśnięcia. Była ciepła, więc zostawiono ją w spokoju. Potem ktoś wpadł na pomysł, aby postawić ją jako pomnik niezłomności charakteru. Ustawiono ją w Forum w Gdańsku, gdzieś na uboczu. Gdzie dokładnie, nie wiadomo, bo każdy, kto jej dotknął, zasypiał i tracił pamięć. Tego dnia w Gdańsku straciło pamięć trzydzieści pięć osób, nie do ustalenia więc było, kto.

Znałem Vardy tylko pięć godzin, a i tak mi zaimponowała. Mam na to certyfikat. To wszystko.

PS 1. Dodam jeszcze tylko, że swoją niezłomnością Vardy przewróciła mi gruntownie w głowie. Nie wiem teraz, co myśleć. Czy senność jest dobra, czy zła? Czy jest błogosławieństwem, czy przekleństwem? To jest ten sam dylemat, który miał Szekspir: „Być, czy nie być?” Dla mnie brzmi on lepiej i współcześniej jako: „Spać, czy nie spać?”

PS 2: Oto jest pytanie.

Komentarz:

Kiedy już napisałem wersję podstawową groteski, pomyślałem, że potraktuję ją jako eksperyment. Po prostu będę dopisywać, zachowując dotychczas stworzoną treść, nowe odcinki, nie kierując się żadnymi wcześniejszymi założeniami. Ot, swobodna gra wyobraźni bez planu podobnie jak robią to politycy. Mam na myśli tych potworów, którzy trzymając w rękach władzę trzymają także siekierę, z którą nie wiemy, co zrobią. Ja siekiery nie mam, więc jestem bezpieczny. 

Bój się polityka; mnie możesz spokojnie przytulić do serca.

Sen bez granic. Groteska. Dodatek 1

Od czasu zniknięcia pomnika Vardy dręczył mnie dylemat „Spać czy nie spać?”. Marzyłem, aby być Szekspirem, umieć nie tylko zadać pytanie głębokie jak ocean, trafnością przyszpilające myślącego człowieka do ściany, ale i umieć na nie odpowiedzieć. Gdyby mi się to udało, moje imię zastąpiłoby imię Szekspira. Przynajmniej na niektórych tablicach, bo jest on powszechnie znany i wielbiony.

Aby znaleźć rozwiązanie, musiałbym najpierw porozmawiać z Vardy, poznać jej tajemnicę. Było to możliwe, skoro tylko spała; najpierw trzeba by jednak odnaleźć jej pomnik.

Podjęcie decyzji szukać – nie szukać zajęło mi dwie godziny. Moje myśli krążyły po głowie jak szarańcza na ostatnim polu kukurydzy. Potrzebny był dobry plan poszukiwań. Musiałem także przemyśleć, co zrobię, kiedy już ją odnajdę. Dotknąć jej byłoby niebezpiecznie, zasnąłbym i utraciłbym pamięć. Byłbym trzydziestą szóstą ofiarą na liście utracjuszy pamięci (tak ich nazwałem). Przedtem chciałbym oczywiście poznać, co dokładnie powodowało utratę pamięci, bo sam sen nie mógł być przyczyną takiego nieszczęścia.

Myślenie o wyzwaniu, jakie sobie rzuciłem, skołowało mnie jak rozkwiecona łąka wygłodzoną pszczołę. Zacząłem zastanawiać się, jakiego rodzaju utrata pamięci mogłaby mnie dotknąć i jakie byłyby tego konsekwencje.

Sporządziłem listę. Opcji było sporo: stan pomroczny jasny, zapominanie, przejściowa utrata pamięci, przed którą można ratować się stosując Mefedron, amnezja dysocjacyjna, amnezja organiczna, zespół Korsakowa, zaburzenie pamięci świeżej (występujące przykładowo przy alkoholowym zespole abstynencyjnym), zaniki pamięci, niepamięć następcza.

Nie sposób było w tych warunkach podjąć decyzji. Musiałem odłożyć to na później. Mogłem to sobie wybaczyć, bo sam sobie jestem żeglarzem, sterem i okrętem. 

0Shares

Ciąg dalszy o psach, krowie, łóżku i pieszczotach. Humoreska.

Wracam do krowy, która mi się przyśniła.

– Co ty gadasz, chłopie? – tak mnie zapytała. – Ja to mam ciężkie życie. Wiesz ile wymiona ważą, ile to muszę mleka nosić ze sobą, zanim mnie wydoją. A co to za przyjemność być dojonym mechaniczną dojarką, bez pieszczot i łagodności dotyku damskiej ręki?

Popatrzyłem na nią zdziwiony. Wtedy mi wyjaśniła:

– Mężczyźni też to czasem robią, ale nie reprezentują tej samej aksamitnej delikatności, jaką dysponuje kobieta.

Obydwaj z Iwanem Iwanowiczem wzruszyliśmy się możne nie tyle z powodu ciężaru wymion, bo co my możemy o tym wiedzieć, ile łagodności damskiej ręki, która potrafi uszczęśliwić dzieciątko w kołysce, dorosłego mężczyznę a nawet – jak się okazuje – zwierzę domowe.

– Eh, te kobiety! – wyrwało się z piersi Iwanowi Iwanowiczowi.

Ustaliliśmy, że ostatecznie będę pisać o psach i ich właścicielach, nie rozwodząc się nadmiernie nad częściami damskiego ciała. Martwiła mnie tylko skarga wielu osób, że pies lubi spać z nimi w łóżku, a oni nie potrafią temu zaradzić.

– On wtedy patrzy na mnie takimi oczami, że łzy wprost cisną się do oczu a kołdra sama zapraszająco odchyla się na bok. Mężowi bym odmówiła, ale nie mogłabym zgodzić się, aby mój ukochany Pimpuś spał na twardej podłodze!

– A propos łóżka i psa, to zdarzyła się taka historia – Iwan Iwanowicz przerwał nasze rozważania. – Mąż wraca do domu i zastaje w swoim łóżku …Wyobrażasz to sobie!? … żonę z jakimś obcym mężczyzną.

– Co on robi w moim łóżku? – ryczy ze wściekłości.

– Cuda, kochanie, cuda! – odpowiada entuzjastycznie żona.

– A jaki to ma związek z psem? – zapytałem nierozważnie.

– Ten facet to był pies na kobiety – wyjaśnił Iwan Iwanowicz, patrząc mi w oczy, jakby chciał mnie o coś oskarżyć.

-Sam miałem kiedyś podobne ambicje, ale wyperswadował mi je duchowny, z którym czasem rozmawiałem w zakrystii o życiu, psach i kobietach. Niestety posłuchałem go, zamiast się sprzeciwić. Kto mógł się wtedy oprzeć księdzu? Chyba tylko ministranci i biskupi, jeżeli jeszcze istnieją hierarchowie posiadający sumienie.

If you like this short story, read Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania: https://www.wyczerpane.pl/michael-tequila,n.html?name=Michael+Tequila 

0Shares

W nocy wymyśliłem sobie diabła. Humoreska.

Kilka dni temu, w nocy, nie mogąc zasnąć, poczułem się tak samotny, że wymyśliłem sobie diabła. Chciałem mieć kogoś do towarzystwa, kogoś użytecznego, przydatnego, tylko na własny użytek. Był to, jest właściwie, diabeł współczesny, podporządkowany, o wyglądzie zwykłego mężczyzny, czyli raczej niekształtny, nie żaden Apollo, tylko lekko łysiejący, zgodnie z ewolucyjną zasadą stopniowej utraty uwłosienia, z tradycyjnymi atrybutami, różkami, ogonem, niezbyt wybujałą kosmatością, mało ruchliwy. Nie jest to okaz piękności, rozczulił mnie jednak naturalnością i podobieństwem do człowieka.

Wydało mi się, że ma chęć rozbrykać się, wziąłem go więc na smycz i założyłem mu kaganiec. Aby się usprawiedliwić w moim okrucieństwie, uznałem, że jest to postępowanie normalne, powszechnie przyjęte.

– Ostatecznie ludzie traktują tak swoich pupilów, własne psy, które kochają, dobrze karmią i chodzą z nimi na spacer do lasu, albo na łąkę. – Wytłumaczyłem mu, kiedy popatrzył na mnie niepewnie.

Do łapy dałem mu smartfon, aby mógł połączyć się ze mną w każdej chwili i wyjaśniłem z grubsza, jak to działa. Od razu zagłębił się w konwersację nawet nie wiem z kim, potem oglądał jakieś obrazki i diabelsko chichotał. Była to prawdopodobnie pornografia, czemu się nie dziwiłem, bo ostatecznie jest sam, młody i prawdopodobnie czuje tak zwany zew natury.

Siedzę teraz przed komputerem i piję czarną kawę, którą mi przygotował, z trzema rodzynkami w środku, aby złagodzić gorycz, i myślę, jak go nazwać. Chciałbym, aby było to coś urokliwego, oddającego sens przewrotności, a równocześnie człowieczego, bo tak sobie spekuluję, że jesteśmy chyba, przynajmniej mężczyźni, z diabłem spokrewnieni. Nie wyobrażam sobie bowiem diablicy, istoty żeńskiej, takiej z białymi piersiami rozczulającymi nawet dziecko, i pełniejszymi biodrami, i tak dalej, nie będę wnikać w anatomiczne szczegóły, ale kosmatej, z ogonem i czarnymi różkami. Zastanowię się jeszcze nad tym.

„Cztery portrety:cudze i jeden własny” w księgarni:  https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

0Shares

Z czego się śmiać, nad czym płakać, o czym dyskutować w supermarkecie

W supermarkecie „1000 i więcej próżności” przemówiła do mnie ekspedientka, przefarbowana na rudo blondyna, niegdyś brunetka, jak mi wyznała. Imponowała postawą górnej części ciała. Jak tylko usłyszałem jej wyrazisty głos, uruchomił się dzwonek alarmowy. Temat wybrała sama.

– Z księży – proszę pana, powiedziała mi ściszając głos – wolno się dzisiaj śmiać, ponieważ spowszednieli podobnie jak i inni kawalerowie. Mamy ku temu śmiechowi odpowiednie urządzenia, chętnie panu zademonstruję – oświadczyła, ruszając w kierunku półki w głębi sklepu. Przestraszyłem się. Zatrzymała się, aby mnie uspokoić i wyjaśnić, o co chodzi.

– Zwykły obywatel zrozumiał, że ksiądz nie stoi już między nim a panem Bogiem, a jeśli stoi to może przesłaniać słońce, też twór boży, i przeszkadzać w komunikacji z Najwyższym przez telefon komórkowy, dziś w powszechnym użytku. Dlatego my oferujemy nowatorski smartfon zwany „Komunikatorem Niebiańskim”, zastępujący osoby duchowne w tej komunikacji. Mamy do niego różne aplikacje. Chętnie je pokażę.

Powiedziała to w taki sposób, jakby chciała się rozebrać. Przestraszyłem się nie na żarty, bo rozbieranie się w miejscach publicznych to obraza moralności, możliwość bycia aresztowanym a nawet zhejtowanym przez niesfornych urzędników państwowych. Sytuację uratował czarno ubrany mężczyzna, przystojny, o gładkim obliczu.

– Spoko – powiedział – ja to wszystko objaśnię. W czasach wolności my też zrzuciliśmy okowy uprzedzeń i zacofania. Mamy osobiste słabości oraz prawo do ich posiadania, podobnie jak inni obywatele, ale się do nich nie przyznajemy, też podobnie jak inni obywatele. Lubimy politykę, pieniądze i dziewczynki oraz oglądanie na stadionie lub na plaży elegancko zbudowanych lekkoatletów. Bardziej postępowi i przedsiębiorczy z nas dla ratowania ukochanej parafii przed ubóstwem zwanym z góralska bryndzą, użyczają ambony elokwentnym ludziom, którzy nas bezpłatnie ostrzegają przed obcymi mówiącymi innymi językami tylko po to, aby cię zagadać, wywieść w pole i w mig pozbawić cię portfela oraz godności wiążącej się z jego posiadaniem. Ludzie nieznajomi – proszę państwa – kontynuował niemłody elegant – mogą mieć ubrania w różnych kolorach i odcieniach, czarnym, szarym, żółtym, czerwonym, jednym słowem w dowolnym kolorze tęczy.

Zastanawiałem się, czy nie jest to aby członek jakiejś nowej sekty, kiedy wybuchła dyskusja, do której włączyli się inni klienci supermarketu. Zrobiło się bardzo pozytywnie. Wszyscy wzajemnie siebie słuchali, a jeśli nie zgadzali się ze sobą to oferowali gruszkę, jabłko, lub inny owoc, a nawet butelkę piwa na pojednanie.

Ekspedientce przebarwionej z blondu na rudość zaoferowano nawet listek figowy, ale nie przyjęła, nie wiadomo dlaczego, choć wszyscy byli zgodni, że wyglądałaby w nim uroczo.

W końcu dnia ożywionej debaty zdecydowaliśmy spotykać się regularnie w supermarkecie, określiliśmy go jako supermiły, aby kontynuować dyskusję, która otworzyła nam oczy na świat może nawet kosmos. Jak szeroko je otworzyła, pozostało do ustalenia.

0Shares

Piszę tylko dla tych, co nie mają czasu.

To moje postanowienie. Ponieważ dzisiaj nikt nie ma czasu, będę pisać dla nikogo. Sposób pisania: zwięźle, dosadnie i niegłupio. To mój zamiar. Ponieważ piszę dużymi literami, możesz czytać blog na smartfonie, jadąc tramwajem, autobusem, stojąc w kolejce po sanki dla dziecka lub czekając na dzienną dawkę pieszczot od żony albo kochanki. Wystarczą Ci dwie minuty czasu. Nie na pieszczoty oczywiście, tylko na czytanie.

Piszę prawdę, samą prawdę i tylko prawdę. Kłamię tylko wtedy, kiedy pewien intelektualista w złotych okularach zachęci mnie do tego dobrym przykładem. To zasady, od których nie odstępuję bez uzasadnienia. Jeśli trzeba, uzasadnienie zawsze się znajdzie. 

Język mam bogaty. Dziś rano w łazience, kiedy oceniałem jego stan przed użyciem, zauważyłem na nim pięćset dolarów amerykańskich, w jednym banknocie z wizerunkiem prezydenta Trumpa. Konsultowałem ten fakt ze znajomym księdzem, poważnym, brodatym, ze wzrokiem wbitym w niebo, nie w dół na sprawy cielesne. Potwierdził mi jak na spowiedzi, że są takie banknoty. Są bardzo rzadkie i mają wartość kolekcjonerską.

– Prezydenta Trumpa każdy ci wymieni na butelkę dobrego koniaku lub trzy butelki wina mszalnego. Taki banknot to rarytas. – Ksiądz zachwycił się, zaczął cmokać i cytować fragmenty Biblii o uprawie winorośli. Wyszedłem, aby nie zostać świętym.

Jego wypowiedź poruszyła mnie tym bardziej, że słyszałem, że prezydent Trump jest bliskim krewnym prezesa Kaczyńskiego; obydwaj używają tych samych słów, tak samo myślą, a nawet mają te same sny o potędze i rodzinie. Z tym, że prezydent jest żonaty, a prezes pozostaje w stanie starokawalerskim, co mu się chwali, bo niejeden mężczyzna też chciałby być w takim stanie, mimo że jest żonaty.

Zszedłem na niebezpieczne tory. Mogę nie zauważyć, kiedy nadjedzie pociąg i uwiezie mnie w nieznane, gdzie nie będą grać Błękitnej Rapsodii ani opery Porgy nad Bess Gershwina, mimo że będzie to już amerykański raj.

Zakończę apelem: Pobieraj tutaj codzienną dawkę rozrywki, a nastroi cię to optymistycznie, nie będziesz myśleć o braku czasu ani szefie, który grzebie ci w sumieniu lub komputerze.

To moja najnowsza powieść Cztery portrety cudze i jeden własnyhttps://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

A to jej pierwsza bardzo pozytywna recenzja: 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4898774/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny/opinia/53663296#opinia53663296 

0Shares

Gdzie jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

Na pierwsze pytanie odpowiadam: Nie wiem. Na drugie odpowiadam: Też nie wiem.

Od czasu jak wróciłem z sanatorium, obserwuję dziwne zmiany w sobie i w kraju. To mnie skłania do przedstawienia tezy, że dzisiaj wszystko jest fantasy.

Piszę to głównie pod wpływem Iwana Iwanowicza Iwanczyna, który opowiedział mi historię swoich ostatnich trzech dni.

Cytuję:

Patrzę przez okno i widzę siebie idącego chodnikiem. Lewa noga osobno, prawa noga osobno. Lewa ręka wskazuje rząd, prawa wskazuje nauczycieli. Widzę, że oczy nie tylko moje, stają w słup i pozostają w tym stanie do wieczora, kiedy trzeba już iść spać. W tym przejściowym dziennym stanie zagubienia odkrywam w sobie uczucie niezmiernej miłości do świata, że dał nam taki rząd a wraz z nim tyle szczęścia. Kocham go, jak żaden inny. Mądry, dostojny, przewidujący. Społeczeństwo ciągnie kraj na manowce, a on je sprowadza na drogę cnoty i prawości. Mówię o tym otwarcie, stać mnie na to, gdyż zhardziałem w ogniu wiadomości płynących z prasy, radia, telewizji i mediów ulotnych, gdzie każdy może pluć do woli.

Z niechęcią myślę o nauczycielach. Są zawistni wobec zwierząt. Też chcieliby żyć jak one, ale rząd pilnuje, aby się nie zezwierzęcili opływając w dobrobycie. To prawdziwe niebezpieczeństwo. Widzę to w miejscach publicznych. W restauracjach, barach, pubach i kafejkach pełno jest teraz zwierząt. Wymachują banknotami; krowy – pięćset złotowymi, świnie – stuzłotowymi. Słyszę ich głosy:

– Nastały dla nas dobre czasy. Będziemy chlać do upadłego. Dzisiaj stać nas na to. Nie to co za poprzedniego rządu. Sami żarli i pili, nie dzielili się z nami. Ten rząd jest inny. To dobre pany.

Iwan Iwanowicz przerywa swoją relację, pochyla się nade mną i wyznaje jak na spowiedzi:

Cytuję:

Też chciałbym być zwierzęciem. Może nawet to zrealizuję. Kiedy zobaczycie mnie leżącego wygodnie w rynsztoku albo okrążającego wielki słup ogłoszeniowy wykrzykując „Zamknęli mnie! Zamknęli!” to wiedzcie, że to ja, Iwan Iwanowicz Iwanczyn, człowiek który zapragnął być zwierzęciem, istotą zamożną, wolną i myślącą.

0Shares

Obudziła mnie Wyobraźnia. Nie samą literaturą człowiek żyje. Koszula bliższa ciału.

Rano obudziła mnie Wyobraźnia. Zastukała wskazującym paluchem do mojej głowy najpierw z zewnątrz, potem od wewnątrz, w końcu popukała mnie w czoło.

– Co o tym wszystkim myślisz? – zapytała.

Nic nie odpowiedziałem, bo akurat pojawiła się przede mną ogólna sala obrad Parlamentu Europejskiego. Beata Szydło stała na fladze unijnej i wygłaszała płomienne przemówienie. Ściany były prawie gorące od żaru jej słów. Mówiła po polsku. Zauważyłem, że żaden poseł Unii Europejskiej nie ma słuchawek na uszach a kabina tłumaczy jest pusta.

– Co jest? – Zapytałem.

– Weszliśmy do Parlamentu Europejskiego i od razu zmieniamy Unię, tak jak obiecaliśmy. – Odpowiedziała pani Beata z promiennym uśmiechem. Był szeroki i szczery. Zaimponował mi. – Najpierw nauczyliśmy ich mówić naszym językiem. To teraz pierwszy język unijny. Po drugie wprowadziliśmy klęczniki, aby wygodniej było im wstawać z kolan. Po trzecie, po kolei organizujemy sprawy Unii, tak jak to sobie wyobraziliśmy.

– Jak panią i PiS odebrano w Unii? – Zapytałem onieśmielony jej osiągnięciami.

– Bardzo dobrze. Doskonale wręcz. Wszyscy posłowie pamiętali moją walkę w czasie reelekcji Tuska. Podchodzili do mnie i mówili: – Ty, Bea, i ten twój PiS jesteście cudowni. Pierwsi na świecie wystąpiliście przeciwko kandydatowi swojego kraju. Na to trzeba charakteru i odwagi. Dwadzieścia siedem krajów go chciało a wy powiedzieliście „Nie”. I wygraliście. To nie ten sam Tusk teraz. Utarliście mu nosa. No a wasz kandydat, ten Saryusz-Wolski, to gigant. Rewelacja! Powszechnie znany. Podobno to najlepszy disk-jockey w waszej partii. Rewelacja!

Chwilę później Wyobraźnia wyświetliła kolejny obraz parlamentu Europejskiego. Beata Szydło siedziała obok Theresy May, premier Wielkiej Brytanii, która jej udzielała wskazówek, jak zorganizować Polexit.

– Ty, Bea, zrobisz to lepiej. Ja popełniłam poważne błędy. Chcieliśmy to zrobić na chała-drała, wy to robicie powoli i systematycznie. Ale co będziemy gadać o exitach! Opowiedz mi o sobie, o swoim dorobku dyplomatycznym.

Pani Beata wyciągnęła przybornik i pokazał jej dużą sikawkę strażacką.

– Mój poprzednik miał większą, ale nie umiał się nią posługiwać. Zamiast jej użyć zorganizował referendum na temat Brexitu. – Wtrąciła Theresa May.

– Kiedyś dowodziłam strażakami. To były moje najlepsze lata. – Kontynuowała pani Beata. – Oni poszliby za mną w ogień i dym. To była prawdziwa walka. Cały czas kryzysy. Gaszenie pożarów. To wtedy nauczyłam się zarządzać krajem. Ale opłaciło się. Teraz widzisz sama jak Polskę szanują w Unii. Zmieniamy całą Unię, tak jak obiecaliśmy. Dzisiaj PiS stanowi największe ugrupowanie polityczne w Unii. Razem z Węgrami trzęsiemy tą organizacją. Decydujemy o wszystkim. Pieniędzy będziemy mieli teraz jak lodu. Martwię się tylko, gdzie my je wszystkie upchamy. Nie ma takiego wielkiego siennika!

– Macie na pewno wielkie potrzeby. Każdy je ma.

– Pewnie! Mamy nauczycieli. Ale ten problem rozwiążemy inaczej. Zaproponowaliśmy zmniejszenie ich liczby i zwiększenie uposażeń pozostałych nauczycieli o zaoszczędzoną kwotę wynagrodzeń. Dyskutujemy teraz, jaki procent ma odejść. Coś za coś. Większa wydajność, więcej pieniędzy! Zrobimy to samo z pielęgniarkami, niepełnosprawnymi, pracownikami sądów i administracji. Tylko górników oszczędzimy, bo to ciężko pracujący ludzie. Potrzeba nam więcej węgla, bo będziemy produkować miliony samochodów z napędem elektrycznym.

– Ależ on ma łeb! – Wykrzyknęła Tera. – Mam na myśli twojego szefa, pana Kaczyńskiego. Premiera zresztą też. Zawsze ich podziwiałam. Oni są tacy postępowi, wszystko widzą w perspektywie. No i te wasze reformy aparatu sprawiedliwości. Sędziowie to złodzieje i oszuści. Ufać możesz tylko parlamentarzystom i to tylko ze swojej partii. Wiem coś o tym. – Entuzjazmowała się Tera.

– Mój szef to nasz skarb narodowy. Jego imieniem nazwaliśmy salę konferencyjną w Unii Europejskiej. Druga będzie nosić imię jego brata, ale najpierw musimy odkręcić tabliczkę z nazwiskiem Wałęsy. Mało kto już go pamięta. To niepopularna postać. Dlatego musimy zmienić podręczniki historii – Westchnęła pani Beata i zaczęła składać sprzęt pożarniczy do przybornika.

W tym momencie Wyobraźnia wygasła. Zdążyła jeszcze tylko postukać mnie palcem w czoło. Nie wiedziałem dlaczego akurat mnie. Poczułem się jednak wyróżniony i dumny, że to my przewodzimy Europie.  

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco – 40% taniej. Skorzystaj i kup!  http://tinyurl.com/yxt5v8zm 

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Ślepy koń, który handlował ludźmi na ulicach Ułan Kator / fragmenty

Stolica Kongolii, Ułan Kator, w tłumaczeniu znaczy „Czerwony Bohater”. Miasto zagubiło się na krawędziach świata, przez co było mało znane. Rozsławił je dopiero Koń, zwany Ślepym, który handlował ludźmi. Tak po prostu, na ulicach, jak zwykły straganiarz. Kiedy dał się zatrzymać, a było to wydarzenie międzynarodowej wagi, nazwę Ułan Kator zmieniono na „Stolica Koni”. Szczęśliwcom los nie odmawia przysług. Zanim Ślepego ujęto, a stało się to w roku dwutysięcznym, spowodował on wiele zła. Był genialny, przewrotny i zepsuty aż do szpiku kości. Tak o nim pisano. Dla jednych był uosobieniem nikczemności, dla drugich, a było ich dużo więcej, okazał się bohaterem narodowym. Każde społeczeństwo potrzebuje bohatera jak przysłowiowa ryba wody. Jeśli go nie ma, to go sobie wymyśli lub wynajdzie. Tak też się stało w przypadku Kongolii i Ślepego Konia.
W roli bohatera Ślepy objawił się sam, przewrotnie doprowadzając do pościgu i swego aresztowania, a następnie aktywnie uczestnicząc w dochodzeniu prokuratorskim. Tkwiła w tym bolesna sprzeczność logiczna: policja ścigała jak przestępcę ideał, który powinien być obnoszony paradnie w lektyce przez wiwatujący tłum, wśród orgii kwiatów i szalejących fanfar. Ujęcie Konia nie odbyło się bez pościgu i strzelaniny. Było to czyste szaleństwo. Heroiczne zwierzę, jak nazwał Ślepego dziennikarz magazynu „Świat przyrody kongolskiej”, pokazało klasę, zaskakując prześladowców niepospolitą inteligencją, elegancją zachowania, w końcu encyklopedyczną wiedzą o handlu żywym towarem. Ślepy wiedział o nim wszystko.
– Nigdy wcześniej nie ujęliśmy tak niesamowitego przestępcy – z dumą oświadczył Udo Udonsky, naczelnik Więzienia dla Wybitnych Przestępców. Fakt aresztowania Ślepego był dla niego ważniejszy niż narodziny dwojaczków u starszej córki Bolormaa, której imię
w języku kongolskim znaczy „Kryształowa Matka”. O policyjnym osiągnięciu naczelnik wypowiedział się następująco:
– Schwytać Ślepego Konia to tak, jakby nabyć dziesięciotomową encyklopedię przestępczości zorganizowanej. On posiadł całą tę wiedzę i szczerze dzieli się nią z nami. Jego aresztowanie
oznacza wielki sukces dla naszego kraju. […]

[…] Przyszedł czas, kiedy śledztwo utknęło w martwym punkcie. Z litości dla naczelnika i jego nieudolnego podejścia do przesłuchania wybitnego przestępcy, za którego został uznany, Ślepy zdecydował się wyłożyć całą prawdę bez ogródek. Przedstawił ją w formie teorii.
Prezentację ożywiał krótkimi i długimi zdaniami.
– Sprawa wygląda następująco. Seks jest piękny, ale tylko wtedy, kiedy masz władzę i pieniądze. Wtedy samice lgną do ciebie jak muchy do lepu. Każda istota żeńska lubi bogactwo i władzę. Kupuje sobie wtedy do woli podków w różnych kolorach, na wysokim lub niskim podbiciu, z długimi lub krótkimi hufnalami, także grzebienie do zaczesywania
grzywy i pachnące szampony do mycia.
– Może nawet zrobić sobie lifting – podrzucił śledczy niby dla żartu, gdyż nie spodziewał się życzliwej reakcji.
– Absolutnie – uznał z podziwem przesłuchiwany. Śledczy w jednej chwili zyskał jego uznanie, jako człowiek inteligentny i światowy. – Sądziłem, że to burek, który męczy konie głupimi pytaniami o karierę zawodową, pracę i przyjaciół. A tu niespodzianka! – Ślepemu
zrobiło się przykro, że go tak niesprawiedliwie potraktował.
– Proszę, aby podejrzany opowiedział jeszcze … – W tym momencie towarzyszący naczelnikowi oficer zawahał się – …O osobach, err … osobnikach dokooptowanych do oddziału mafii prowadzącego dystrybucję osób porwanych.  […]

Powyższe fragmenty pochodzą z tomu opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

0Shares

Idealne państwo / fragmenty

Wydarzenie z pozoru było mało znaczące. Poseł opozycji, stojąc przy mównicy, wyznał miłość przewodniczącemu parlamentu. Powiedział, że go kocha. Kiedy to mówił, trzymał w ręku kartkę świąteczną z życzeniami dla dziennikarzy, którym rządząca Partia Dobroczynności pragnęła poszerzyć korytarze dla ułatwienia poruszania się w parlamencie. Przewodniczący udzielił adoratorowi najpierw upomnienia, potem ostrzeżenia, w końcu wręczył mu czerwoną kartkę. W parlamencie innego cywilizowanego kraju wyznanie miłości mężczyźnie przez mężczyznę lub kartka z życzeniami dla jakiejś grupy zawodowej nikogo by specjalnie nie zdziwiły, ale nie tutaj.

Parlament nie był zwyczajną instytucją ustawodawczą, jednym z trzech filarów władzy. Powstał on z woli ludu zmęczonego poprzednią władzą polityków zepsutych do szpiku kości, którzy, mówiąc – łgali, budując – kradli, jedząc za państwowe pieniądze – także pili. Robili to wprawdzie dyskretnie, nie rzucając się w oczy, ale czy było to znowuż tak wielką cnotą? Następcy nazywali ich partią oszustów i malwersantów. Do tego czasu słowo „malwersant” było prawie nieznane.[…]

[…]  Incydent w parlamencie pokazano w telewizji; wywołał on gwałtowną reakcję. Postępowanie przewodniczącego nie podobało się wielu osobom, które uznały, że nie ma serca, brutalnie reagując na oferowaną mu miłość, że jest okrutny. Na ulice miasta wyległy wielkie tłumy, ludzie partyjni i bezpartyjni, młodzi i starzy. Liczba protestujących nieprzerwanie rosła. Zebrani skandowali hasła, śpiewali pieśni, a nawet wygłaszali krótkie, dosadne przemówienia, unikając jednak nieparlamentarnych słów pod adresem przewodniczącego. W końcu zablokowali wyjazd z parlamentu członków partii rządzącej. Interweniowała policja, usuwając demonstrantów uniemożliwiających przejazd.                                                                                                 – Okupacja sali posiedzeń parlamentu oraz blokada przejazdu grożą załamaniem porządku prawnego kraju, ruiną gospodarki, naruszeniem przyjaznych stosunków z sąsiadami, innymi słowy: totalną klęską. Nie owijając spraw w bawełnę, zapytajmy, kto buntuje się przeciwko nam, legalnej władzy. Są to szumowiny i elementy aspołeczne, zwolennicy poprzedniej skorumpowanej partii, której odebraliśmy władzę. – Przewodniczący rozwinął długą listę przewinień poprzedniego rządu, po czym dodał. – Demonstranci na ulicy buntują się przeciwko nam, partii rządzącej sprawiedliwie i rozważnie, pragnącej dobra całego społeczeństwa, a nie elit. Niedoczekanie ich! – Jego przemówienie wywołało kolejną burzę w parlamencie. Opozycja gorąco protestowała

[…  ]  Obywatele zgromadzeni na ulicy nie przyjęli dobrze słów prezesa partii rządzącej. – Mamy własny rozum i serce. Nie możecie za nas decydować! Mamy was dość! – krzyczeli zbiorowo i indywidualnie, i wciąż gromadzili się, powiększając swoje siły.               Na żądanie przewodniczącego parlamentu w ciągu nocy na ulicach pojawiła się policja i żandarmeria w mundurach oraz agenci w niewidzialnych garniturach cywilnych, wszyscy bez wyjątku dobrze odżywieni, mocno wywatowani w ramionach, ostre rysy na marsowych twarzach. Nawet przez moment żaden z nich nie uśmiechnął się, kiedy tworzyli kordon odgradzający demonstrantów od parlamentu. Tak twierdzili obywatele. Przedstawiciele władzy przekonywali, że było odwrotnie: policja i żandarmeria byli osobnikami nierzucającymi się w oczy, drobnymi, prawie chłopcami, schludnie umundurowanymi i skromnie uzbrojonymi. Zaangażowano ich, aby zdobyli trochę doświadczenia w pracy na nocnej zmianie, a nie dla rozpędzania tłumu.                                                                                                       Rankiem następnego dnia wszystkie wejścia do parlamentu były zablokowane, a ulice odgrodzone stalowymi płotami. Przywódcy opozycji i niezależni komentatorzy sugerowali, że rolą sił porządkowych było zastraszenie obywateli. Niektórzy ludzie w to wierzyli, inni nie.                                                                                        Dzięki zdecydowanej akcji rządu sytuacja została opanowana. Prezes partii rządzącej miał powody do zadowolenia. Obronił legalnie wybraną władzę przed obywatelami. Ze wszystkich ludzi w kraju tylko on jeden uśmiechał się tego dnia.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą z tomu opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

0Shares

Hysio-35 / fragmenty

[…]  W warunkach układu słonecznego hysio występuje najczęściej nocą około godziny 23.15, ale w Galaktyce Rozdrażnień panują zupełnie inne warunki. Przeważają tu silne prądy równoległego wzbudzania i hamowania aktywności organizmów żywych i nie ma podziału na dzień i noc. Czas dobowy liczony jest metodą przeskoków: redukcji – od godziny 24 do godziny 0, i wzrostu – od godziny 0 do godziny 24. Ta doba była dobą rosnącą. Kapitan spokojnie podchodził do załogantów, którzy ustawili się na zbiórce w tradycyjnej gwiezdnej formacji, nagle podskoczył, podniósł obydwie ręce do góry i popędził w kierunku mostku sterowniczego. Tam czaił się chwileczkę, po czym zręcznie wdrapał się na pulpit nawigacyjny, skąd jednym susem przeskoczył na tablicę świateł ostrzegawczych i wydał z siebie nieartykułowany dźwięk. Zaraz potem oznajmił donośnym głosem:
– Jestem kapitan Nemo K, niestrudzony badacz galaktyk i układów gwiezdnych. […]                                                                                 […]  Załoga zbaraniała. Marynarze widzieli już różne rzeczy, ale czegoś takiego jeszcze nie oglądali. Ale co mogli powiedzieć na niezwykłe zachowanie przełożonego? Na pokładzie statku kosmicznego Hysio-35 kapitan był pierwszy po Bogu. Gdyby ktoś miał wątpliwości co do jego uprawnień, to mógł to łatwo sprawdzić u źródła. Znajdowali się na wysokości dwóch lat, dwóch miesięcy i czternastu dni powyżej Ziemi. Niebo było widać jak na dłoni. Niebo przestało być pojęciem religijnym, a stało się pojęciem naukowym, astronomicznym,
od czasu, kiedy odkryto i oznaczono obszar kosmosu, gdzie koncentrowały się niewytłumaczalne siły energetyzujące wszechświat, wcześniej określane mianem Boga, Demiurga, Stwórcy lub podobnie. Bliski widok Nieba powodował, że niepotrzebne były parametry lokalizacji statku podawane na żądanie przez Biuro Namiarów Bliskości Nieba, słynne BNBN.[…]

[…] – Przyrzekłem wyjaśnić, to wyjaśnię, jestem człowiekiem honoru. – odpowiedział kapitan.
– Jeszcze przed startem nazywaliśmy się Hysio-35, ale wyniknął problem. Ksiądz kapelan odmówił poświęcenia statku. Powiedział, że nazwa jest nieważna, że nie ma takiej nazwy ani w księgach parafialnych, ani w wieczystych, ani w katalogu nazw obiektów kosmicznych. Zaglądaliśmy nawet do dzieła Kopernika „O obrotach ciał niebieskich” oraz przejrzeliśmy archiwalny stos dokumentów pozostałych po Giordano Bruno, szukając wskazówek dotyczących nazewnictwa kosmicznego odpowiadającego naszej działalności. I nic.Pomyślałem sobie wtedy: „W żadnym wypadku nie wylecę niepoświęconym statkiem. Musimy pójść na kompromis”.
– Czy ksiądz kapelan ma może jakiś pomysł lub sugestię?- zapytałem. Kapelan pomyślał chwilę,potem zasugerował:                                                                                            – A może by tak coś biblijnego?
Tak właśnie narodziła się Arka Noego. Kapelan był przekonany, że to historyczna, poważna i opatrznościowa nazwa, w dodatku zgodna z naturą ładunku, który nazwał menażerią. Oburzyłem się wtedy – dodał kapitan.
– Wiezie pan przecież ze sobą wspaniały zestaw okazów fauny, prawdziwą menażerię – wyjaśnił kapelan. Był człowiekiem prawdomównym, wiedziałem, że mówi to szczerze, co najwyżej żartuje. – Uznałem, że nas lubi i szanuje – kontynuował wyjaśni. – Tym mnie przekonał. Zgodziłem się, ale tylko czasowo. Dlatego zmieniliśmy poprzednią nazwę. Ale przemalować Hysia-35 i tak musicie.
– Kapitanie! – Zdzisio odzyskał oddech i werwę. – Ale dlaczego mamy zmieniać nazwę z Hysio-35 na Hysio-36? Co za różnica?
– Jak to dlaczego? – zdziwił się kapitan. Przecież kilkanaście minut temu dostałem hysia i był to kolejny trzydziesty szósty raz. Uważnie rejestruję wszystkie ważne zdarzenia. Jest to część tradycji wypraw kosmicznych, które prowadzę już od lat. Dlatego tak chętnie podróżują ze mną politycy, zawsze żądni poznania nowych sztuczek i manewrów oraz doznawania silnych wrażeń.

– Tam na ziemi, w parlamencie, posiedzenia zieją pustką i jest nudno jak flaki z olejem. Na statku u pana mamy nieprzerwany ubaw po pachy – przekrzykiwali się jeden przez drugiego, kiedy ich zapytał o powody zainteresowania podróżą na jego statku. – Nie tylko zresztą oni lubią podróżować w kosmosie. O, popatrzcie, tam przez okno, po prawej stronie! Jakiś turysta na hulajnodze kosmicznej. Nie widzę dokładnie tabliczki rejestracyjnej, za duża odległość, trudno więc powiedzieć, co to za model. Kierowca nie zabrał ze sobą kasku ochronnego! Musi to być jakiś nowicjusz. Zabawnie wygląda, siedzi sztywno jak urzędnik zszokowany żądaniami podwyżek emerytur i rent. Chyba zapomniał, że tu nie ma atmosfery! Niech mu
tam będzie! Każdy bawi się, jak umie – Kapitan Nemo K pogodnie podsumował wydarzenie. Jego wyrozumiałość dla ludzkich fanaberii nie miała granic.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą z tomu opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

1Shares

Wypożyczalnia psów / fragmenty

[…]    Klaudiusz pół siedział, pół leżał na grubym, kolorowym swetrze przy drzwiach wejściowych budynku i rozmyślał. Było mu wygodnie. Głowę i barki miał oparte o ścianę, prawy łokieć spoczywał na najniższym stopniu schodów. Stopa prawej nogi była finezyjnie ułożona na kolanie podgiętej do góry lewej nogi. Mężczyzna trzymał w ręku butelkę toniku Schweppes ze słomką w środku. Dawno niestrzyżone włosy, lekko rozczochrana broda o nieokreślonym kolorze, koszula w jasnoszare pasy, ciemne spodnie i tenisówki bez sznurowadeł uzupełniały jego wizerunek wolnego od trosk człowieka, mającego prawo ubierać się i zachowywać bez żadnego skrępowania. Obuwie nie spadało mu z nóg, co sprawiało mu nieustającą satysfakcję.Niebo rozjaśniło się na tyle, że Klaudiusz mógł dostrzec wyraźnie krawężnik po drugiej stronie ulicy. Rozmyślał o tym, co ostatnio stracił, a co zyskał. Snuł wspomnienia przeszłości, kiedy miał rodzinę oraz psa wabiącego się Ami, którego imię było pamiątką po innym czworonogu. Razem z żoną kochali Amiego jak własne dziecko. Żona w szczególności, dopóki nie urodziła im się córeczka. […] 

      […]  Biegając po lesie, Klaudiusz spotykał zarówno ludzi z psami, jak i samotnych spacerowiczów, osoby w różnym wieku, młode małżeństwa, dziadków i babcie z małymi dziećmi oraz samotne matki z niemowlakami. Chętnie z wszystkimi rozmawiał, szukając pomysłów, jak rozreklamować swój biznes. Łatwiej przychodziła mu rozmowa z kobietami niż z mężczyznami, mimo negatywnych wspomnień związanych z Anastazją. Stosował różne odzywki, aby nawiązać kontakt.
– Panią to ma kto wyciągnąć z domu na spacer – mówił, wskazując psa. – Są ludzie, którzy sami muszą to robić, zwalczając lenistwo. Albo sugerował: – Oprócz urody ma też pani sympatycznego zwierzaka. Można tylko zazdrościć. Kiedy pierwsze lody były już przełamane, rozmowa toczyła się jak z górki: o psach, zdrowiu, spacerach, potrzebie świeżego powietrza, pracy, wypoczynku. Przy okazji Klaudiusz wspominał o swojej firmie, zapraszał do jej odwiedzenia albo obejrzenia na stronie internetowej. Rozdawał także wizytówki.
Biznes nosił nazwę prostą jak promień słońca: „Wypożyczalnia psów wyciągowych”. Na początku ludzie dziwili się nieco określeniu „pies wyciągowy”, lecz bardzo szybko chwytali sens i akceptowali. Idea „bycia wyciąganym” na spacer przez psa okazała się chwytliwa.
Wiadomość o psach do wynajęcia przechodziła szybko z ust do ust metodą poczty pantoflowej. Była to najbardziej skuteczna i najtańsza forma reklamy. Klaudiusz żartował często na temat ludzi i psów, tworzyło to swobodną, życzliwą atmosferę. Nigdy nie zdarzyło
mu się, aby ktoś zareagował negatywnie. Kto mógłby mieć coś przeciwko mężczyźnie w średnim wieku kochającemu i adoptującemu bezdomne psy ze schronisk dla zwierząt, aby pomagały ludziom spragnionym spaceru i serdeczności? […] 

                Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

 

1Shares

Dry Creek Story / fragmenty opowiadania

[…]    Za zakrętem zaskoczył go widok pierwszego z eukaliptusów. Z dolnych gałęzi zwisały kolorowe girlandy, wirujące w prawo i w lewo w słabiutkich powiewach wiatru. Ich pasmo schodziło prawie do ziemi, niczym kurtyna otaczając drewnianą ławkę z wysokim oparciem. Lou podszedł bliżej i dotknął ją palcami tak ostrożnie, jakby mogła go sparzyć. Usiadł i zadumał się. Zwisająca przed nim girlanda rozchyliła się zapraszająco na dwie strony i Lou bez namysłu wszedł do środka. Nie pożałował tego. Rozciągający się przed nim widok strumienia i towarzyszącego mu szlaku spacerowego oszołomił go. Słońce przelewało się promieniami przez korony eukaliptusów. Melancholia dnia wyparowała jak zaczarowana. Radość i optymizm wstąpiły w serce malarza. Nogi same niosły go w kierunku zakrętu strumienia. Widział już żółte plamy piasku, połyskliwe kolory większych kamyków i zbrązowiałą ziemię stromego brzegu ze sterczącymi z niej fragmentami korzeni. Lou zatrzymał się, aby nacieszyć oczy słonecznym widokiem, i dopiero wtedy spostrzegł w oddali potężne zwierzę. Stało nieruchomo, zajmując całą szerokość szlaku spacerowego.Jego wielki, nisko zwieszony łeb, szeroko rozstawione rogi, masywny tułów i ciemna jak groźba maść skojarzyły się malarzowi z mitologicznym bykiem, który – zionąc ogniem – pustoszył Kretę. Zwierzę imponowało a zarazem przerażało swoim wyglądem. Skręcone rogi sterczały do przodu jak dwa sztylety, rozdęte chrapy i podniesiony ogon zdradzały gotowość do natychmiastowego ataku. Byk parskał i uderzał niecierpliwie racicą o żwirowatą ziemię. Drobne kamyki i grudki pryskały na boki, połyskując w słońcu iskrami. Mityczny pokaz pierwotnej siły zachwycił artystę. Lou zamarł w bezruchu wstrząśnięty grozą i pięknem widoku.[…]

[…] „To będzie rozpaczliwa walka o przeżycie. Oby tylko ta bestia reagowała na moją bluzę i atakowała ją, a nie mnie. Może uda mi się ją zmęczyć tak, jak to robią matadorzy na arenie? Może pośliźnie się na mokrej trawie lub żwirze ścieżki? Dobrze byłoby zwabić ją w kierunku pochyłości, aby w rozpędzie spadła z wysokiego brzegu do strumienia – myśli napędzane niepokojem o życie gorączkowo przewijały mu się przez głowę. Aktorzy niewiarygodnego spektaklu coraz bardziej zbliżali się do siebie przyciągani niewidzialną siłą przeznaczenia. Lou maszerował jak w hipnozie. Ani przez chwilę nie tracił z oczu obiektu swej artystycznej adoracji, która przerodziła się w atawistyczny strach. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Patrząc na byka z odległości już nie większej niż kilkanaście metrów, Lou nie wierzył własnym oczom. Najpierw ogarnęło go zdumienie, potem niepokój,     a następnie panika.                                                                                 – To jakaś potworność! – szepnął Lou, czując, jak serce wali mu w piersi w obliczu czegoś niezrozumiałego i budzącego grozę. W miarę zbliżania się ku człowiekowi, byk kurczył się. Był nadal wielki, ale już nie potężny jak kilkanaście sekund wcześniej. Wyglądało to tak, jakby zwierzę zapadało się w sobie pod wpływem ogromnego ciśnienia z zewnątrz. Kurczenie się żywego stworzenia sprawiało malarzowi psychiczny ból. Byk wyraźnie malał w oczach. Lou uznał, że jest to jakaś sztuczka ze strony zwierzęcia, prowadzącego z nim niepokojącą, niezrozumiałą grę. Poczuł się podle oszukany. W głowie mu zaszumiało, zacisnął zęby i pięści. Rozsierdzony nie wiedział, co z sobą zrobić. Byk zbliżał się coraz bardziej. Odległość zmniejszyła się już do kilku metrów. Powiał nagły wiatr i Lou poczuł ohydny przyprawiający o mdłości zapach wilgotnej sierści zwierzęcia.Kiedy uczestnicy koszmarnego widowiska zrównali się ze sobą, Lou popatrzył z góry na mijające go pod nogami zwierzę i wybuchnął:        – Ty skurczybyku! […]

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”.

1Shares