Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 138: Miłość, seks i tęsknota

 Kamasutra

Miłość, seks i tęsknota były tematami najczęściej dyskutowanymi przez laborantów. Skarżyli się, że nie mają możliwości zaspokojenia potrzeb seksualnych i miłosnych, tak jakby pracowali w podziemnej fabryce tajnej broni, na stacji kosmicznej czy w ukrytym w dżungli laboratorium wojskowym. Samotni mężczyźni, takich była większość, zwłaszcza wieczorami odczuwali tak wielki głód seksualny, że kobiety bały się wychodzić samotnie na spacer nawet przed zachodem słońca.

Laboratorium podejmowało i godziło się na wszystkie rozsądne inicjatywy pomagające rozładować napięcie seksualne pracowników, oferując między innymi diety obniżające popęd oraz środki uspokajające. Samoistnie powstawały kółka zwane onanistycznymi, na których nie uprawiano onanizmu, a jedynie rozmawiano i opowiadano sobie historyjki i fantazje erotyczne. Mężczyźni korzystali chętnie z pornografii dostępnej w formie czasopism w bibliotece Laboratorium oraz na niezliczonych stronach internetowych. Ze swoimi odczuciami nikt się oczywiście nie obnosił, ale też i nie krył się udając purytańsko, że problem nie istnieje. Zachowania pracowników były wyważone jak przystało na dojrzałych, otwartych i przyzwoitych ludzi. Mężczyźni i kobiety pomagali sobie służąc radą, sugestiami czy choćby wysłuchując drugiej osoby. W razie potrzeby pomocą służyli też psycholodzy i psychoterapeuci, spośród których jeden był także seksuologiem.

Laboratorium nie promowało, ale też nie krytykowało wolnej miłości. Każdy rozumiał, zarówno osoby wierzące jak i nie wierzące, że człowiek rodzi się z naturalnymi popędami, które muszą być w jakiś sposób zaspokojone lub rozładowane. Najciekawsze było to, że nie zanotowano żadnych zboczeń czy dewiacji, z wyjątkiem jednego incydentu ekshibicjonistycznego. Jeden z pracowników obnażył się przed koleżanką tłumacząc się potem, że uczynił do dla żartu.

Problem seksu, miłości i tęsknoty mógł łatwo stać się zmorą prześladującą pracowników, gdyż długotrwały pobyt i praca w Laboratorium w izolacji od świata zewnętrznego wymagały dużej odporności psychicznej. Planowany czas realizacji projektu Obiekt wynosił sześć miesięcy, liczono się jednak z możliwością jego wydłużenia. Z przyczyn bezpieczeństwa Laboratorium nie przewidywało urlopu na widzenie z rodziną lub najbliższymi. O urlop można było ubiegać się tylko w ściśle określonych okolicznościach. Każdą prośbę zarząd rozpatrywał indywidualnie.

Rodziny pracowników były wcześniej przygotowywane na ich dłuższą nieobecność. Zainteresowani informowali swoich najbliższych, że uczestniczą w nadzwyczajnych projektach. Każdy miał obowiązek wymyśleć swoją własną wersję, dokąd się udaje i czym będzie się zajmować. Najczęściej wymieniano eksperymenty naukowe na Arktyce i Antarktydzie, na pustyni oraz w podziemnych jaskiniach. Każdy miał swoją historię do opowiedzenia, często związaną z zainteresowaniem lub hobby, które było mu najbliższe. Ważne były konkrety. W Laboratorium nie nazywano tego kłamstwem, ale półprawdą, zmyłką lub ściemą, dostrzegając w każdym z określeń usprawiedliwienie służące sprawie ratowania konia i przyrody.

Laboranci wymieniali się między sobą technikami wymyślania i uzasadniania nieobecności; traktowano to bardzo poważnie. Była to sprawa życia i śmierci, ponieważ w grę wchodziła nie tyle kompromitacja jednej osoby, ale i zagrożenie dla całej firmy i jej uczestników. Wyzwanie okazało się tak poważne, że kierownictwo Laboratorium zorganizowało warsztaty psychologiczne, gdzie uczono się sztuki kamuflażu i kontrolowanego kłamstwa. Dla wielu laborantów nie były to łatwe doświadczenia. W trakcie zajęć organizowano testy, a na końcu egzamin. Kilka osób nie było w stanie znieść napięcia; twierdziły one, że doznają rozdwojenia jaźni.

Najbardziej zaskoczył wszystkich Niedźwiedź swoim drastycznym wyznaniem, nie wiadomo czy prawdziwym czy udawanym.

– Dla mnie skłamać to tak, jak innemu splunąć. Ale nie jest to bynajmniej to samo. Plucie jest umiejętnością fizjologiczną, zbierasz ślinę i wyrzucasz ją z siebie, im dalej tym lepiej. Kłamstwo jest natomiast sztuką, artyzmem, musisz mieć w tym kierunku talent, a co najmniej zadatki. – Niedźwiedź mówił z taką swadą i znajomością rzeczy, że nikt nawet nie zauważył, kiedy rozwinął teorię kłamstwa, cytując autorytety, literaturę fachową oraz przytaczając wpadki, jakie zdarzały się nawet mistrzom wprawionym w kłamstwie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 137: Organizacja pracy Laboratorium

Po podjęciu decyzji stworzenia konioczłowieka i nadania mu imienia Josef firma wpadła w rutynę szalonych spotkań, dyskusji i decyzji. Zasady współpracy laborantów celowo zostały określone w sposób ogólny, aby zachować elastyczność i nie krępować inicjatywy i inwencji twórczej. Wyglądało to, jakby zostały pozostawione żywiołowi.

Wzorując się na awangardowych firmach, traktujących pracowników jak współwłaścicieli, zarząd zapewnił laborantom całkowitą swobodę postępowania; mogli uczestniczyć w pracy dowolnego zespołu i włączać się do projektów, gdzie uważali, że wniosą znaczący wkład. Tworzyło to masę synergii. Pewne słabości, jakie wystąpiły, uznano za koszt uzyskania wysokiej wydajności pracy. Salki rozłożone wokół dużej sali konferencyjnej wyposażono w fotele i kanapy do wypoczynku w czasie pracy. Pracownicy mogli także korzystać bez ograniczeń z kawy, herbaty i innych napojów oraz papierosów.

Opór pracowników budziły na początku kamery przemysłowe, choć wszyscy zdawali sobie sprawę, że firma musi je mieć dla bezpieczeństwa. Były one wszędzie, na zewnątrz i wewnątrz budynków, we wszystkich pomieszczeniach z wyjątkiem toalet i przebieralni należącej do siłowni. Pracownicy pogodzili się z nimi dopiero po ustaleniu, że na żądanie każdy z nich będzie mieć dostęp do nagrania z dowolnej kamery. Po upływie trzech miesięcy nagrania niebudzące wątpliwości Działu Bezpieczeństwa i zarządu były kasowane. Było to bardzo demokratyczne i uspokajające.

W pracach Laboratorium uczestniczyli psycholodzy i psychoterapeuci. Ich rolą była integracja psychiczna konioczłowieka jako przedstawiciela dwóch różnych gatunków. W razie potrzeby mieli też pomagać pracownikom. W gronie naukowców i praktyków był także psychiatra. Zarząd firmy uważał, że jego pomoc raczej nie będzie potrzebna załodze. Gdyby wymagana był interwencja psychiatry, byłby to przypadek specjalny.

Przed zatrudnieniem wszyscy przeszli testy psychologiczne. Pracownicy mieli do siebie zaufanie, ale zachowywali czujność, licząc się nie tyle z nieuczciwością czy zdradą członków organizacji, ile ze słabością charakteru, nieuwagą czy nieostrożnością. System się sprawdzał, potwierdzały to informacje przekazywane zarządowi przez Zespół Bezpieczeństwa.

– Wszyscy jesteśmy w tym samym kotle jak na ognisku u dzikiego luda. Jeśli jeden z nas zechce podgrzać zawartość do temperatury wrzenia, sam także się ugotuje. To jest nasza gwarancja.

Dykteryjki tego rodzaju opowiadano dla rozładowania napięcia, nieuniknionego w przedsięwzięciach dużego ryzyka. Nie było to pozbawione naukowych podstaw.

Dla rozwiązywania konfliktów Laboratorium stosowało metodę kręgów naprawczych, obejmujących kręgi otwierające, wspólne i zamykające. Metoda dała zaskakująco pozytywne rezultaty. Zdarzało się, że pod koniec dnia pracy ludzie padali sobie w ramiona wybaczając sobie nawzajem niewłaściwe zachowania, przekleństwa, agresywność, niechęć, podszczypywanie i podglądanie, a nawet grzechy przeszłości. Kręgi naprawcze były odpowiednikiem spowiedzi, pokuty i wybaczenia; w sprawach najpoważniejszych miały zastąpić sąd.

Praca nad człowiekoniem wyzwoliła pokłady inicjatyw i wynalazczości. Ulepszono narzędzia prezentacji i analizy tworząc innowacyjne rysunki, schematy, projekcje, animacje, modele symulacyjne oraz bazy danych. Nad wszystkim czuwali instruktorzy, którzy nazywali siebie facylitatorami. Usprawniali oni komunikację między osobami i grupami, pomagając znaleźć wspólne rozwiązania, uściślając kody językowe, wyjaśniając intencje stron oraz motywując do osiągania wyznaczonych celów.

Podstawowe zasady pracy Laboratorium były przejrzyste i surowe. Z samego rana na sali konferencyjnej odbywała się dyskusja ogólna przy wielkim, okrągłym stole. Po jej zakończeniu uczestnicy łączyli się w zespoły do pracy przy mniejszych stołach. Każdy pracownik mógł w każdej chwili zmienić zespół, aby aktywnie uczestniczyć w dyskusji lub tylko po to, aby jej się przysłuchiwać. Po południu odbywała się ponownie dyskusja ogólna przy wielkim stole dla omówienia wyników prac w zespołach roboczych.

– I tak w kółko Wojciechu. W końcu dnia masz wszystkiego dosyć, ale równocześnie jesteś zachwycony. Jeśli odczuwasz zbyt dużo presji, wyłączasz się. Nikt nie pracuje ponad siły, byłoby to niebezpieczne. Wszyscy to rozumiemy i akceptujemy. – Była to opinia, którą można było słyszeć z niejednych ust.

Jeśli chodzi o wypoczynek, to oprócz spacerów, zajęć na wolnym powietrzu i ćwiczeń na wolnym powietrzu, laboranci mieli także inne możliwości rozrywki i relaksu: dwie biblioteki, kino, kluby dyskusyjne, telewizję. Po nocnym odpoczynku powracali rano do pracy w pełni zregenerowani. Pokoje odpowiadały standardem czterogwiazdkowemu hotelowi.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 135: Taksydermia i Centaur

Nadawanie odpowiedniego kształtu i pozy martwemu okazowi niegdyś żywego organizmu wymagało czasu i cierpliwości. Najwięcej uwagi trzeba było poświęcić oczom, uszom i nosowi. Musiały one harmonizować ze sobą. Każde zwierzę ma swoje proporcje, decydujące o jego wyjątkowym wyglądzie i pięknie. Na końcu Taksy podkreślił, że zwierząt się już nie wypycha, ale preparuje i że proces ma charakter naukowy.

Słuchając wynurzeń taksydermisty laboranci zdali sobie sprawę, jak niezwykle ważny jest dokładny obraz i opis Obiektu. Dynamika! To było właściwe słowo. Oznaczało dziesiątki sytuacji i tysiące form zachowań konioczłowieka, który musiał umieć stać prosto i zginać się, opuszczać i podnosić łeb, wyginać się na boki, przeciskać się przez wąskie przejścia, skradać, skakać, wylegiwać się, tarzać się po ziemi a nawet pływać. Wszystkie te czynności musiały być zakodowane w Obiekcie.

W trakcie wykładu Taksy’ego laboranci stworzyli listę czynności, jakie konioczłowiek będzie musiał wykonywać, dopisując je do tych, które przyszły im do głowy wcześniej: baraszkowanie, nastawianie uszu, kopanie, mruganie, klękanie oraz wszystkie formy chodu, łącznie z najbardziej wymyślnymi wykonywanymi w takt muzyki.

Laboranci dyskutują kategorie centaura, człowiekonia i konioczłowieka

Dyskusję o kształcie Obiektu udało się zawęzić do wzorców centaura, konioczłowieka i człowiekonia. Pierwsza padła propozycja stworzenia Centaura, takiego, jak go sobie wyobrażano w starożytnej Grecji: tors człowieka z ludzką głową i rękami osadzony na korpusie konia z czterema nogami i ogonem. Dyskusja nad Centaurem była obciążona silnymi przekonaniami.

– Centaur – argumentowali przedstawiciele grupy identyfikującej się z nim – ma jedną wielką zaletę: najpełniej łączy konia i człowieka. Jest niezwykle silny i ludzie są już do niego przyzwyczajeni. Każdy go zna z mitologii, obrazów, filmów i literatury.

Matematykom i logikom nic się nie zgadzało w modelu Centaura.

– Co mianowicie? – pytali o szczegóły jego zwolennicy.

– Nie zgadza nam się rachunek optymalizacyjny, a konkretnie ilość kończyn, organów wewnętrznych i dwa tułowia. Centaur ma sześć kończyn: cztery dolne, czyli nogi konia, oraz dwie górne w postaci rąk człowieka. Do tego dochodzą dwa tułowia, jeden ludzki i jeden zwierzęcy, oraz jedna ludzka głowa. Kiedy do anatomii dodaliśmy fizjologię, powstała prawdziwie diabelska kombinacja, przeszkoda nie do pokonania w konstrukcji hybrydy.

Temat Centaura wracał kilkakrotnie. Komplikował on sprawę dublowaniem systemów fizjologicznych: dwie wątroby, dwa serca, dwie trzustki, dwie pary płuc i tak dalej, wszystkie lub prawie wszystkie organy zdublowane i to należące do zupełnie odmiennych genetycznie organizmów. Zespół Matematyczno-Informatyczny poparli fizjolodzy i specjaliści od anatomii.

– Centaur to kocioł genetycznej mieszanki piorunującej, gotowej wybuchnąć przy pierwszej próbie manipulacji, zanim cokolwiek stworzymy. – Główny genetyk nie wahał się użyć określenia „manipulacja genetyczna” zamiast bardziej poprawnego politycznie „inżynieria genetyczna”, bo i tak wszyscy wiedzieli, że jest to manipulacja, w dodatku na niebotyczną skalę.

Sprawę przesądzili filozofka i psycholog społeczny uznając, że życie Centaura w realnym świecie byłoby niemożliwe. Było to środowisko dwóch skonfliktowanych gatunków, konia i człowieka, w którym jeden gatunek, człowiek, uważał drugi gatunek za niższego rzędu.

– Moim zdaniem Centaur jest kompletnie do dupy – brutalnie podsumowała filozofka Sofia. Była zła, miała bolesną miesiączkę, a w dodatku nie mogła napić się szampana, za którym przepadała. – Centaur jest tylko chorym wyobrażeniem kilku pijanych starożytnych kretynów. Wiemy, że gdyby naprawdę stanął przed nami, to my, tak jak tutaj jesteśmy, osoby ogarniające uczuciami i wyobraźnią przyszłość, uznalibyśmy go za potwora. Taki stwór miałby natychmiast przeciwko sobie tłumy wrogów. Jestem przekonana, że zostałby w ciągu kilku godzin, jeśli nie kilkunastu minut, zamordowany, najprawdopodobniej ukamienowany lub po prostu uduszony przez fanatyków religijno-politycznych wrzeszczących potwór, pokraka, maszkara, monstrum, chimera. Musimy to sobie szczerze powiedzieć i nie poświęcać czasu na kretyńskie mrzonki.

– Zgadzam się i popieram przedmówczynię. Centaur był dobry w mitologii greckiej, może jeszcze jakiejś innej, ale nie jest dobry dla mnie, nie na stole operacyjnym. Reprezentuję pragmatykę medyczną – dodał naczelny chirurg, po czym dłuższą chwilę przyglądał się swoim dłoniom przypominając sobie najtrudniejsze operacje, jakie nimi przeprowadził.

W nocy uczestnicy dyskusji, co do której istniała jednomyślność, że była płodna, przeżywali męczące, przerażające a nawet bolesne sny. Wszystkim śnił się Centaur, już nie jako postać mitologiczna, ale żywy stwór, dziwoląg, przerażający złożonością swojej anatomii i fizjologii, podstawowych wymiarów każdego żywego organizmu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 133: Lęk przed nieznanym

Przez wszystkie słowa, tony wypowiedzi i gesty przebijał się ludzki lęk przed nieznanym. W Niotse wezbrało współczucie. Nie zdawała sobie sprawy, że zachowuje się jak samica, dojrzała matka, która dostrzegła w potomstwie przerażenie czymś nieznanym.

– Skutków dokładnie nie znamy. Nikt ich nie zna. Możemy tylko je przewidywać, snuć spekulacje. Musimy liczyć na zdolność adaptacji konioczłowieka do nowego otoczenia i wzajemnej tolerancji dwóch gatunków. Trzech gatunków – poprawiła się po kilku sekundach. – Człowieka, konia i konioczłowieka. Dlatego przestańmy się zajmować tym, co jest niepewne. Jeśli będziemy kierować się lękiem przed nieznanym, to nigdy nie uratujemy koni ani przyrody! Ani ludzi, na dobrą sprawę.

Jej tłumaczenie, pozbawione rzeczowych argumentów, płytkie jak kałuża po deszczu, przemówiło jednak do audytorium. Ci, którzy się buntowali, uspokoili się, przynajmniej chwilowo. Niotse okazała się skutecznym spowiednikiem. Wybaczyła laborantom grzech ignorancji, zwolniła ich z poczucia winy i udzieliła przebaczenia. A oni to kupili! Niotse poczuła, że powinna kuć żelazo, póki gorące, aby ostatecznie rozprawić się z niepewnością i lękiem.

– Gdyby coś nie poszło tak, jak trzeba, zniszczymy Obiekt. To my będziemy Stwórcą, którego nikt nie rozlicza. Skoro zostaliśmy stworzeni na wzór i podobieństwo boże, to mamy także jego władzę.

Była to wypowiedź odważna, wręcz obrazoburcza. Niotse przestraszyła się, czy uzurpowanie sobie roli Stwórcy nie wywoła buntu osób najmocniej wierzących w Boga. Nic takiego nie nastąpiło. Konsternacja zebranych przemieniła się w zapał. Wątpiący zostali wciągnięci w wir pozytywnego myślenia. Pracownicy wstawali z foteli i klaszcząc w dłonie przyłączali się do rosnącego aplauzu. Był to odruch stadny, udzielania poparcia charyzmatycznemu przywódcy. Nie zdawali sobie z tego sprawy, mieli poczucie współuczestnictwa w wyzwolicielskiej rewolucji.

Niotse pozwoliła zebranym wyrazić radość odzyskania dobrego samopoczucia, po czym interweniowała. Chciała zakończyć spotkanie w najlepszym punkcie.

– Dobrze! Osiągnęliśmy porozumienie. To mnie bardzo cieszy. Wobec tego zamykam zebranie. Wracajcie do dyskusji panelowych. Zgodnie z zasadami, każdy może zmienić stół, grupę i temat w dowolnym momencie. Każdy zespół ma przewodniczącego i sekretarza. Jutro o godzinie ósmej rano, punktualnie jak na świątecznej mszy w kościele, zbieramy się tutaj, w tym samym miejscu, aby omówić wyniki spotkań grupowych. Poprowadzę również jutrzejsze zebranie.

Kiedy wychodziła z sali, laboranci podchodzili do niej i gratulowali. Znowu byli jedną, zgraną ferajną połączoną duchem sprzeciwu wobec niegodziwości społeczeństwa i pragnieniem naprawy rzeczywistości.

 

Konspiracja dawała się we znaki pracownikom laboratorium. Nieprzerwane pilnowanie się, używanie pseudonimów, kodowanie, szyfrowanie, strach przed zdradą któregoś z kolegów choćby wskutek beznadziejnej słabości czy głupoty, paraliżowała pracę twórczą i krępowała swobodę osobistą. Niotse nie mogła dłużej tego tolerować. Znowu pokierowała nią bardziej intuicja, instynkt i temperament niż rozum. Po kolejnym spięciu na temat wzajemnego zaufania i dyscypliny pracy podjęła decyzję.

– Rozumiem was. Myślałam o tym niejednokrotnie. Spisałam sobie wszystkie niedogodności konspiracji. To długa lista. Wymieniacie przykładowo podsłuchiwanie rozmów telefonicznych, rozbudowane instrukcje, szczegółowe regulaminy, częste szkolenia, jak zachować bezpieczeństwo osobiste i tajemnicę służbową, materiały ściśle tajne, tajne, poufne i inne. Skarżycie się też, że ktoś przegląda wasze szafki.

Zniecierpliwiony Niedźwiedź rzucił przykład, podtrzymany okrzykami poparcia.

– Nie mogę wyjść na cholerny spacer po terenie laboratorium, aby ktoś mnie nie szpiegował. Musimy poluźnić dyscyplinę. Konspiracja nie może nas przytłaczać, ograniczając zdolność i nastrój do twórczej pracy.

Niotse przerwała tok wynurzeń.

– Nie ma nic za darmo. Musicie to wiedzieć. Dla rozwiązania problemu, wprowadźmy prostą zasadę: za zdradę, nieuzasadnioną nieostrożność, drastyczne zaniedbanie, które narazi Laboratorium na poważne niebezpieczeństwo, winny odpowie głową. – Kiedy skończyła mówić, poczuła kołatanie serca i suchość w ustach. Zachowała się jak dyktator, decydujący o życiu i śmierci. Było to jednak konieczne, wręcz nieuniknione. Odpowiedziało jej milczenie. Uznała je za akceptację brutalnej zasady.

*****

Kolejne zebranie załogi zgromadziło wszystkich specjalistów, osoby kluczowe dla stworzenia konioczłowieka. Była to ogromna grupa: bioinżynierowie genetyczni, biotechnolodzy, genetycy molekularni, inżynierowe projektów, jakości i procesów, anestezjolodzy, cała plejada chirurgów, farmakolodzy, weterynarze, fizjolodzy, genetycy, neurobiolodzy, biochemicy. Po twarzach było widać, jak bardzo są sfrustrowani. Wywołali burzę.

– To, co osiągnęliśmy na poprzednich zebraniach, niewiele nam daje. Potrzebujemy dokładniejszego zrozumienia celu. Musimy w końcu naukowo uporządkować cechy Obiektu, jaki mamy stworzyć, ustalić definicję i opis nowego gatunku biologicznego.

Dyskusja o już istniejącej systematyce konia domowego i człowieka, z opisem domeny, królestwa, gromady, podgromady, rodziny, rodzaju i gatunku, była dla Niotse zbyt skomplikowana, aby zastanawiać się nad nią, ale rozumiała, że twórcy konioczłowieka muszą znać te szczegóły. Zdała sobie sprawę, że każdy specjalista i każdy zespół ma swoje oczekiwania, a jej rolą jest je zrozumieć, skoordynować i włączyć do programu pracy Laboratorium.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 129: Partia konsoliduje pogląd na konie

Kiedy Barras Blawatsky miał niewiele ponad rok życia rodzice kupili mu konia na biegunach. Stał się on jego namiętnością. Chłopiec nieprzerwanie bujał się na nim, dopóki nie zdarzył się wypadek. Na idealnie równej podłodze koń, zwykła drewniana zabawka, stanął dęba i przewrócił się do tyłu. Mały jeździec boleśnie uderzył głową o podłogę. Na szczęście nic mu się nie stało. Wypadek pozostawił jednak przykre wspomnienia.

Kilka lat później rodzice chłopca wynajęli domek wakacyjny nad morzem. W dzień po przyjeździe Barras zauważył przez okno konia pasącego się przed domem na soczystej trawie niestrzyżonego od wielu dni trawnika. Koń zachowywał się spokojnie; w pewnym momencie podniósł łeb i przerażająco zarżał, a potem parskał i prychał.

Tej nocy Barras nie mógł zasnąć i moczył się, co mu się wcześniej nie zdarzało, budzony wspomnieniem zwierzęcia rżącego jak szalone i przyglądającego się chłopcu stojącemu w oknie.

Niechętny stosunek Barrasa do koni pogłębił się, kiedy doszedł do władzy. Często odwiedzał wsie i małe miasteczka, aby rozmawiać z ludźmi i poznawać ich problemy i oczekiwania. Przeważnie były to udane spotkania, obustronnie satysfakcjonujące, ponieważ Konserwa nie żałowała pieniędzy na poczęstunek dla uczestników i upominki dla lokalnych aktywistów partyjnych. Do gubernatora docierały tam różne wieści o koniach. W miejscowości, której nazwy nie pamiętał, zaprzężona do wozu para koni wpadła w amok w rozgardiaszu jarmarcznym i stratowała trzy osoby. Gdzie indziej spokojny dotąd koń jednym uderzeniem kopyta zabił swojego właściciela. Ludzie dobrze pamiętali to wydarzenie, ponieważ w czaszce mężczyzny powstało wgniecenie dokładnie odpowiadające kształtowi podkowy. Na innym spotkaniu z wyborcami, hodowcy krów i owiec skarżyli się, że konie wyjadają trawę na pastwiskach, ograniczając możliwości produkcji mleka, skór i wełny.

W ocenach koni Blawatsky nie był bezkrytyczny. Odrzucił doniesienia o koniach wystraszonych pożarem, które stratowały stado owiec. Uznał zdarzenie za tragiczny zbieg okoliczności, wywołany instynktowną ucieczką przed śmiercią przerażonych zwierząt.

– Może jestem nadmiernie uczulony, a może za bardzo biorę do serca to, co niedobre i niepokojące, a nie to, co pozytywne i z czego należy się cieszyć. – Kiedy Barras wyrażał takie wątpliwości lekko przymykał oczy i popadał w zamyślenie, czasem do tego stopnia, że towarzyszący mu ochroniarze musieli dyskretnie budzić go z letargu, jak to nazywali między sobą. Tłumaczył im wtedy, że to tylko moment głębokiej zadumy; zgadzali się, jednakże w ich oczach widział nieufność. Któregoś dnia wspólnie ustalili, że to mikrosen, w który zmęczony człowiek może popaść w każdej chwili.

Odrazę do koni umocnił ostatecznie w gubernatorze jego zastępca, wicegubernator Matteo Csudo przekonując go, że to zwierzę jest przeżytkiem.

– Koń jako siła pociągowa blokuje postęp techniczny w gospodarce, w pracach polowych, w transporcie, trochę mniej w wojsku, gdzie kiedyś był powszechnie używany. Traktory, ciągniki polowe, kombajny i podobne urządzenia są bardziej wydajne i tańsze w eksploatacji, nie wymagają też tyle zachodu i opieki co konie, nawet gdyby same przyrządzały sobie strawę i oporządzały stajnię.

Rozmowy z ekspertami przekonały Barrasa, że postępu technicznego nie da się uniknąć i że konie są w stanie przeżyć jedynie w rezerwatach przyrody, jeśli w ogóle. Był już całkowicie pewien, że los koni jest przesądzony nie przez partię lub rząd, ale przez postęp techniczny i los, który wszystkich traktuje z jednakową bezwzględnością. Nie bez znaczenia były także mroczne wspomnienia, jakie wżarły się w jego mózg i wypaliły w nim dziurę odrazy, od której bezskutecznie uciekał, ponieważ zapisy mrocznych przeżyć zakodowały mu się w siatce neuronów miliardami połączeń elektrycznych i chemicznych.

W tej sytuacji ekoterroryści stali się dla Blawatsky’ego i Csudo bezwzględną oczywistością, ewidentnym zagrożeniem władzy, podobnie jak dla ekoterrorystów władza stała się śmiertelnym zagrożeniem dla koni, żywych istot, którym brakowało tylko bardziej pofałdowanego mózgu, aby skutecznie upominać się o swoje prawa.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 128: Deklaracja bezpieczeństwa

Niotse przedstawiła pracownikom sytuację i plany firmy, aby nikt nie miał najmniejszego złudzenia, w co jest zamieszany.

– Im świat mniej o nas wie, tym lepiej. Ideałem byłoby, aby nic o nas nie wiedziano. To, co zamierzamy zrobić, to coś więcej niż nawet bomba jądrowa. Chodzi o stworzenie hybrydy, żywej istoty łączącej w sobie dwa gatunki, konia i człowieka, która zapobiegnie zniknięciu konia jako gatunku i dalszej dewastacji przyrody. Człowiek jest najbardziej inteligentnym zwierzęciem na świecie, ale i najbardziej niebezpiecznym. Koń jest nie tylko niezwykle użytecznym zwierzęciem, ale i najmniej agresywnym wobec przyrody, ponieważ w minimalnym stopniu zużywa zasoby naturalne. Konioczłowiek to nasz ratunek. Praca nad nim jest nie tylko nielegalna, ale i niebezpieczna. Czasem myślę, że to prawie samobójstwo. Dlatego musimy otoczyć ją kompletną tajemnicą. Od tej chwili otaczamy wszystko całkowitą konspiracją. Możemy ufać tylko sobie, nikomu innemu. Gdyby ktoś z nas, ktokolwiek, zdradził naszą tajemnicę, może być pewny, że tego nie przeżyje. To nie jest groźba, to wspólna deklaracja bezpieczeństwa i przysięga. Jeśli ktoś się nie zgadza, niech to od razu oświadczy. – Niotse wypowiedziała te słowa z pełną powagą. Długo patrzyła na salę, jakby chciała upewnić się, że wszyscy ją dobrze zrozumieli i swoim milczeniem potwierdzają deklarację. Nikomu nigdy jej nie przypominano; ponieważ natychmiast znalazła się w krwioobiegu działań firmy.

*****

Pierwszym zadaniem Aarona było sprawdzenie wiarygodności wszystkich pracowników. Decyzję podjęto na posiedzeniu zarządu. Nie czyniono żadnych wyjątków.

– Twój życiorys, Niotse, też sprawdzę. Nie myśl, że twoje stanowisko zwalnia cię od tego obowiązku. Możecie też sprawdzić mnie, jeśli sobie życzycie – poważnie zaproponował mężczyzna.

Dwóch członków klubu nie przeszło weryfikacji. Aaron bez zwłoki poinformował ich o tym. Wytłumaczył im także, dlaczego zostali odrzuceni. Nie mieli wątpliwości. Co więcej, zobowiązali się do zachowania całkowitej tajemnicy w sprawach Laboratorium. Wiedzieli, jakie mogą być konsekwencje wygadania się z czymkolwiek – firma będzie bezlitosna, ponieważ były to sprawy życia i śmierci. Kiedy Laboratorium zmieniło siedzibę, po prostu znikło z ich pola widzenia. Pozostałych członków organizacji zobowiązano do zerwania z nimi wszelkich kontaktów.

*****

Tego wieczoru młodsi pracownicy Laboratorium tańczyli do rana wokół ogniska. Zabawa była spontaniczna, a tańce wymyślone. Była to pląsawica końska i salamandra hybrydzka.

Były także inne niezwykłe nazwy, przeważnie biologiczne i genetyczne, wyrażające sprawy, uczucia i wyobrażenia niewysłowione i nieprawdopodobne. Bawili się jak dzieci, trzymając się za ręce. Kucharz przyniósł w wielkim termosie gorący narkotyzowany napój i częstował szklaneczkami małymi jak naparstek. Nie czuli wyrzutów sumienia, że piją; przebaczenie spływało na nich falami cierpkiego smaku narkotyku oraz żywicznego dymu z tlącej się na ognisku gałęzi o dziwnym kształcie. Wymyśloną zabawą unicestwiali urazy złego traktowania koni przez człowieka oraz wyrażali tęsknotę za światem idealnym, w którym konie i ludzie żyją ze sobą w harmonii. Do namiotów rozchodzili się dopiero nad ranem. Pomagało im zmęczenie i biała mgła, zniechęcając do dalszej aktywności. Namioty pokryte były przezroczystymi kroplami rosy zawierającymi w sobie rozdrobnione promienie słońca wschodzącego gdzieś daleko za lasem. Ktoś powiedział na głos:

– Mamy cholerne szczęście, że znaleźliśmy rozwiązanie niewymagające okrucieństwa w walce o słuszną sprawę. Nie znoszę przemocy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 125: Ekoanarchiści mobilizują się

Stanowisko rządu dotyczące koni gubernator przedstawił w przemówieniu wygłoszonym w Centrum Spotkań Obywatelskich. Najpierw mówił o problemach i wyzwaniach, z jakimi boryka się rząd, o zasiewach zniszczonych przez dzikie konie, ilości osób, jakie doznały obrażeń ciała, a nawet zmarły spadając z koni w trakcie jazdy wierzchem. Potem cytował statystyki dotyczące tych ofiar, szły one w setki, podawał nazwy szpitali, gdzie je leczono, dziękował lekarzom za poświęcenie i wyniki leczenia, w końcu przedstawił kilka zdjęć osób najbardziej poszkodowanych. Niektóre zdarzenia ilustrował slajdami, pokazując, jak stado koni pędząc na pastwisko rozdeptuje stado owiec oraz jak znarowione konie blokują ruch uliczny w Afarze. Była też mowa o higienie.

– Czy wiecie państwo, że koń wypróżnia się osiem do dwunastu razy w ciągu doby? – Tym pytaniem gubernator przypomniał niebezpieczeństwo skażenia terenu pasożytami żyjącymi w jelitach zwierząt, wygodnie zapominając, że właściciele skutecznie odrobaczają swoje konie. Nie martwił się o to, ponieważ miał przygotowany kontrargument, że są przecież jeszcze dzikie konie zapomniane przez opatrzność i człowieka.

– Potrzeba nam krowiego mleka, a nie końskiego nawozu do hodowli pieczarek. Potrzebujemy krów, a nie koni. – Tym wezwaniem transmitowanym na cały kraj gubernator ostatecznie podsumował stanowisko rządu w sprawie koni.

Na czele Ekoanarchii stanęła kobieta przypominająca posturą dziewczynkę w szkolnym wieku. Nosiła ona egzotyczne, łagodnie brzmiące imię Niotse i była trzecim dzieckiem mieszanego małżeństwa. Jej matka pochodziła z wysp południowowschodniej Azji, ojciec był Nomadą z dziada pradziada. Nikt nie dawał Niotse więcej niż siedemnaście lat; w istocie miała dwadzieścia siedem. Wyglądała dziewczęco głównie dlatego, że była niezbyt wysoka, piegowata i nosiła dwa grube warkocze. Pozorny niedostatek kobiecości rekompensowało jej kształtne ciało krągłościami przypominające hinduską boginię płodności. Kiedy Niotse szła ulicą poruszając biodrami, mężczyźni otwierali usta z zachwytu, zamykając je tylko po to, aby uniknąć powiedzenia czegoś szalenie bezecnego lub intymnego.

Podziw mężczyzn i zazdrość kobiet nie imponowały Niotse. Żyła w świecie pragnień i idei związanych z końmi. Była urodzoną bojowniczką z wizją przyszłości i determinacją zwycięstwa. Nie było w tym przesady. W jej żyłach płynęła prawdziwa krew rewolucji; Niotse była wnuczką przywódczyni słynnej grupy partyzanckiej Ata Sorgoson, która wywalczyła wolność wyspie, gdzie urodziły się jej babka i matka. 

Z chwilą objęcia przywództwa przez Niotse bieg wydarzeń uległ przyśpieszeniu. Ekoanarchię przemianowano na Front Wyzwolenia Koni. Była to nazwa bardziej wyrazista i mobilizująca, nie wywołująca negatywnych skojarzeń związanych z anarchią. Wkrótce pojawiły się nazwy alternatywne, uproszczone: Front Eko lub po prostu Front.

Nowy manifest organizacji skutecznie integrował – mimo iż wydawało się to niemożliwe – cele i metody obrońców koni i anarchistów. Podstawowa zasada była prosta: zdecydowana opozycja wobec rządu, jego struktur i stanowionych przezeń praw. Celem Frontu było przywrócenie równowagi między człowiekiem a koniem, a w szerszym kontekście między cywilizacją a przyrodą. Organizacja dopuszczała każdą metodę działania koncentrując się na mobilizacji społeczeństwa dla realizacji swoich celów.

Zarząd Frontu zbierał się regularnie co tydzień, aby dokonywać przeglądu wydarzeń krajowych i zagranicznych o szczególnym znaczeniu dla koni. Bardzo szybko okazało się, że rząd Nomadii buduje wizerunek władzy wrażliwej na los tych zwierząt. W praktyce konsekwentnie je eliminował zastępując, gdzie tylko można, urządzeniami mechanicznymi i nowymi technologiami. Front skrzętnie dokumentował praktyki rządu. Ich publiczne ujawnienie Niotse uważała za niezwykle ważne; chodziło o zbudowanie świadomości obywatelskiej, że rząd postępuje nieuczciwie i jest dwulicowy. Nienawiść do władzy stanowiła podstawową siłę anarchii, u której podstaw leżało umiłowanie wolności i dobro wszystkich żywych istot. W odpowiedzi ideolodzy rządowi piętnowali postępowanie Frontu Wyzwolenia Koni nazywając je publicznym praniem brudów oraz kalaniem własnego gniazda.

Niektóre doniesienia Frontu brzmiały tak niewiarygodnie, że część obywateli odrzucała je od ręki. Ucząc się na błędach, ekoanarchiści doszli wkrótce do wniosku, że najbardziej bulwersujących wiadomości najlepiej nie publikować od razu i w całości, tylko je dawkować, kawałek po kawałku, aby łatwiej trafić z prawdą do osób darzących rząd ślepym zaufaniem. Erozję ich poglądów Niotse uważała za bardzo skuteczną metodę działania.

– Konkretnie, co rząd robi niedobrego? – pytali często uczestnicy spotkań organizowanych przez Front Wyzwolenia Koni. W odpowiedzi na takie pytania Front przygotował „Czarną Księgę Praktyk Rządu”. Zawierała ona tylko fakty.

Prawo pomiaru gruntów i sporządzania planów zagospodarowania zostało tak skonstruowane, że ludzkie siedliska ćwiartowały tereny leśne, rolne, pastwiska i nieużytki – miejsca niezbędne koniom do życia. Co więcej, w imię ochrony własności prywatnej państwo zezwalało grodzić wszystko, co tylko dało się oznaczyć słupkami. Obywatele mieli prawo nabywać grunty włącznie ze źródłami, strumieniami, stawami i jeziorami. Nabyte tereny właściciele otaczali murem lub stalową siatką, skutecznie blokując dostęp zwierząt do wody. Były to zabójcze praktyki.

Piątkowy dodatek: Myśli i aforyzmy własne

Liczenie na zrozumienie kobiety jest równie skuteczne jak drążenie kamienia w oczekiwaniu, że tryśnie z niego źródełko krystalicznej wody.

Aby zostać bohaterem narodowym, wystarczy czasem wyższe wykształcenie, wysokie stanowisko i udział w katastrofie lotniczej.

Był to pies miniaturka, tak mały, że wychodząc z nim na spacer właścicielka zabierała ze sobą szkło powiększające, aby go odnaleźć.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 122: Walne zgromadzenie udziałowców

W ogromnej sali Centrum Konferencyjnego Parobas, dwa razy większej niż boisko piłkarskie, wymownym świadku zasobności albo manii wielkości właściciela, trwało walne zgromadzenie udziałowców Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci, firmy z kilkudziesięcioma latami doświadczenia. Program zebrania przewidywał udzielenie absolutorium zarządowi za miniony rok, zmianę nazwy firmy oraz ustalenie kierunków dalszego działania.

Na sali spotkali się ludzie majętni, uporządkowani życiowo, głównie inwestorzy. Początkowo spokojna i rzeczowa dyskusja przekształciła się pod koniec zebrania w burzę, w której uczestnicy prawie obrzucali się wyzwiskami. Nie mogło zresztą być inaczej, skoro chodziło o pieniądze, a od dłuższego czasu sprawy firmy nie układały się najlepiej. Czasy były ciężkie, Laboratorium ponosiło straty, przyszłość stała pod znakiem zapytania. W ciągu jednego roku firma straciła dwóch najlepszych, doskonale opłacanych specjalistów. Odeszli rozczarowani stosunkami wewnętrznymi i brakiem motywujących projektów. Kilka eksperymentów genetycznych nie udało się, kilka było połowicznie udanych. Klienci wycofywali się z wcześniej obiecanych zleceń; w sumie wyglądało to na klęskę.

Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci było nazwą historyczną. Wymyślił ją założyciel firmy mając na uwadze konie zagrożone wyginięciem. Był nim sufragan, biskup pomocniczy, episcopus auxiliaris, z południa Nomadii, osoba głębokiej wiary, hodowca i szalony miłośnik koni, zasłużony dla kraju obrońca ginących gatunków zwierząt. Jego obsesją było zachowanie przy życiu choćby dwóch pierwotnych gatunków koni. Pod koniec życia sufragan traktował konie podobnie jak ludzi, mówiąc o nich i rozmawiając z nimi tak, jak rozmawia się z dziećmi czy wnukami. Wynajdywał im dziwne imiona, a nawet je chrzcił. Czynił to po cichu, aby nie zniszczyć swojej reputacji, jaką cieszył się w Kościele Hierarchicznym, którego był wyznawcą i aktywnym członkiem. Celibat obowiązujący w kościele nie przeszkodził mu mieć dwoje dzieci, o które troszczył się nie mniej niż o konie, stanowiące pasję jego życia.

W dniu walnego zgromadzenia firmą rządził wyjęty z szafy, dobrze odkurzony prokurator o twarzy jakby porażonej długotrwałą amnezją, praprawnuk założyciela firmy.

Wybrany przez udziałowców przewodniczący zebrania pozwolił mu tłumaczyć się przez kilka minut z dorobku zarządczego, zupełnie niepotrzebnie, bo i tak było wiadomo, że musi odejść. Konkurent prezesa firmy, jedyny zresztą, gdyż stanowisko to wymagało nadzwyczajnych kwalifikacji i doświadczenia, doktor genetyki, naukowiec z doświadczeniem pracy w różnych branżach związanych z hodowlą i wykorzystaniem zwierząt, wcześniej rozeznał, że ma poważne szanse zostania prezesem i aktywnie partycypował w dyskusji. Przedstawiając się, wspomniał, że jego dziadek był starszym koniuszym na dworze cesarskim, spodziewając się, że da mu to dodatkowy punkt za tradycję rodzinną.

Od czasu sufragana, założyciela Laboratorium, rządziło nim już czwarte lub piąte pokolenie. Prezes kwalifikujący się do zwolnienia był ostatnim, najmniej udanym reprezentantem rodu. Na początku Laboratorium utrzymywało się z badania i leczenia koni, operacji chirurgicznych oraz poradnictwa i pomocy w selekcji i hodowli. Kolejne pokolenia właścicieli oprócz pracy w firmie oddawały się dorywczo produkcji pomników dla koni, biznesem wolno rozwijającym się, ale lukratywnym.

Zebranie przerodziło się w kłótnię i to w najmniej oczekiwanym momencie. Chodziło o nazwę Laboratorium, a konkretnie o decyzję, czy ją zmienić czy nie, a jeśli tak, to na jaką.

– Nazwy nie zmieniajmy, bo to już jest tradycja. Może nawet nieco trąci myszką, ale taka tradycja jest najtrwalsza.

Tak sformułowaną propozycję wsparła jedna trzecia udziałowców. Podobna część była za zmianą nazwy, uważając, że nie oddaje już ona charakteru biznesu, jaki prowadzi firma i wręcz kłóci się z przyszłością, którą głosujący widzieli w inżynierii genetycznej. Pozostali udziałowcy wstrzymali się od głosu, co wywołało impas.

Rosaton uważnie przysłuchiwał się dyskusji. Będąc dziennikarzem łatwo otrzymał zaproszenie. Spodziewał się, że na walnym zebraniu będą się działy rzeczy ciekawe, może nawet niesamowite. Temat koni, ich hodowli i wykorzystania, stał w tym czasie na topie, co więcej, otaczały go kontrowersje. Do tego dochodziło rosnące zainteresowanie inżynierią genetyczną, zwłaszcza ze strony osób niezadowolonych ze sposobu, w jaki rząd Nomadii traktował zwierzęta i środowisko naturalne.

– Cholerny tradycjonalista – pomyślał Rosaton, słuchając wypowiedzi jakiegoś gaduły, gorącego obrońcy tradycji we wszystkich jej wymiarach, niewzruszonej i nieśmiertelnej. Siedząc z boku, z nudów przypatrywał się dużej rycinie ściennej przedstawiającej konia trojańskiego z płonącą grzywą, mającą prawdopodobnie symbolizować to, co stało się z historyczną Troją za jego przyczyną. Kiedy zbudził się z zamyślenia, usłyszał wypowiedź, której nie zrozumiał. Nie mogąc domyśleć się, czego dotyczy, zajrzał do programu zebrania pokazującego godziny rozpoczęcia i zakończenia każdej sesji; wciąż oceniano pracę zarządu minionej kadencji. Wkrótce zebrani przeszli do dyskusji o przyszłości.

O inżynierii genetycznej zarząd Laboratorium zaczął myśleć dużo wcześniej niż konkurenci. Pierwszy krok uczynił założyciel firmy, sufragan, przekonany, że wie o niej więcej niż inni, ponieważ osobiście znał ojca genetyki Gregora Mendla. Opisywał go z łatwością, jakby patrzył na niego: prosty nos, zwykłe okulary z cienkimi oprawkami, wzrok skierowany w prawo, duża fala włosów na prawej skroni, biały kołnierzyk. Brzmiało to jak opis postaci z portretu lub zdjęcia, ale nikt nie protestował, więc mu uchodziło. Przy innych okazjach sufragan mówił, że blisko przyjaźnił się z Mendlem, a później, w miarę jak popularność genetyki rosła, opowiadał i zachowywał się tak, jakby współuczestniczył w jego eksperymentach i rozumiał genetykę lepiej niż sam uczony, choć w okresie jego życia nie używano jeszcze nazwy genetyka. Może i coś w tym było, bo sufragan mówił zawsze bardzo rzeczowo o genialnym naukowcu-zakonniku, podawał szczegóły z jego życia, jak się ubierał, co lubił pić na śniadanie, i jakie miał nawyki.

W późniejszych latach wspominał go już jako zniewieściałego staruszka, który tylko z powodu niedowidzenia i pomylenia gatunków groszków pachnących, jakie przez siedem lat badał i na jakich eksperymentował, dzięki nadzwyczajnej wyobraźni poczynił cenne obserwacje o prawach rozmnażania się roślin i zasadach dziedziczenia cech. Na poparcie swojej tezy sufragan twierdził, że genialny Czech co najmniej dwa razy się pomylił: raz niewłaściwie skojarzył sobie konia z rośliną, uważając, że koniopłoch łąkowy, łacińska nazwa „silaum silaus”, roślina z rodziny selerowatych, dosyć rzadka, rosnąca na wilgotnych łąkach, wywołuje popłoch wśród koni. Czasem traktował genetyka jak człowieka łagodnie zaburzonego, raz nawet wspomniał, że był niespełna rozumu, nie odmawiał mu jednak zasług stworzenia podstaw genetyki, dziedziny wiedzy, w której przyszłość sam wierzył bez zastrzeżeń.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 120: Propozycja rozwiązania problemu koni

Na kolejnym spotkaniu klubu dyskutowano stosunek rządu do koni i środowiska naturalnego. Brak regulacji prawnych zapewniających koniom ochronę wyczerpał do dna cierpliwość członków klubu; byli zdecydowani podjąć drastyczne kroki. Podsumował to przewodniczący spotkania:

– Nie możemy tego ciągnąć w nieskończoność. Dwa dni temu pochowaliśmy kolegę Eryka Humusa, który popełnił samobójstwo z rozpaczy, że nie uczyniono niczego, aby ratować konie ginące na naszych oczach, najwspanialszy gatunek zwierząt.

Samobójca pozostawił zapis, rodzaj testamentu, świadczący o jego zagubieniu i rozpaczy. Koleżanki i koledzy wiedzieli, że był entuzjastą czworonogów, prawdziwym zapaleńcem, nie mieli jednak pojęcia, że na tym tle wywiązała się u niego głęboka depresja, ostateczna przyczyna tragedii. Był to dziwny człowiek, małomówny, w dodatku jąkał się, co go bardzo deprymowało. Nazywano go Nożownikiem, gdyż zawsze nosił nóż przy sobie. Zapytany kiedyś, jak to się dzieje, że nie może obejść się bez noża, odpowiedział:

– Próbowałem skończyć z sobą. Wisiałem już u sufitu z liną zaciskającą się wokół mojej szyi, kiedy nagle przeszła mi chęć odbierania sobie życia. Było to olśnienie lub coś podobnego. Moja babka mówiła, że to anioł stróż czuwał nade mną. Uratowałem się tylko dlatego, że w ostatniej chwili przypomniałem sobie, że mam nóż w kieszeni. Przeciąłem linę. To on mnie uratował. – Kiedy to mówił, jego twarz pozostawała kamienna. Nikt nie wiedział, czy mówi to poważnie czy żartuje. Stałe noszenie noża przy sobie sugerowało jednak, że to co opowiedział, było prawdą.

Przewodniczący odczytał list pożegnalny samobójcy.

– Nie mogę dłużej żyć w świadomości, że my, nie ja i wy osobiście, ale gatunek ludzki wpędza konie do grobu, zabierając im przestrzeń życiową, degradując je do roli bezrozumnych zwierząt pociągowych, poręcznego i taniego źródła energii, które można bezlitośnie eksploatować za wór owsa, wiązkę siana i wiadro czystej wody. Proszę was o rozwiązanie tego problemu. Przyjrzyjcie się mojej propozycji i podejmijcie decyzję. Wierzę, że im bardziej będzie ona radykalna, tym skuteczniejsza. Takie jest moje zdanie. Ostatecznie to anarchiści i zbuntowani ekolodzy uratują świat, a nie obłąkani politycy czy zagubieni w sobie naukowcy, dyskutujący w wygodnych fotelach sprawy bez znaczenia dla przyszłości kraju i świata.

List przedstawiał dane statystyczne oparte na najnowszych badaniach naukowych; były one bardzo wymowne. Biomasa całej ludności świata, mierzona ekwiwalentem węgla, stanowiącym jej główny składnik, wynosi 0,06 gigatony, inwentarz żywy 0,10 gigatony, podczas gdy wszystkie dzikie zwierzęta, konkretnie ssaki, tylko 0,007 gigatony. To oznaczało przytłaczającą przewagę człowieka nad zwierzętami żyjącymi na wolności. Obliczenia naukowców wskazywały też, że człowiek dosłownie pożera tereny zielone; od początków ludzkiej cywilizacji biomasa wszystkich roślin planety zmniejszyła się o połowę. Końcowy fragment listu brzmiał dramatycznie: „Musicie to zrobić, jeśli nie chcecie dopuścić do unicestwienia przyrody i sami stać się wygasłym gatunkiem”.

Wyliczenia tylko potwierdzały to, co członkowie Anarchii wiedzieli od dawna: człowiek stanowi śmiertelne zagrożenie dla koni i innych zwierząt. Także dla siebie, gdyż rozmnażając się jak szalony podcina gałąź, na której siedzi. Dyskutowali to wielokrotnie, nie było potrzeby nikogo przekonywać. Musieli tylko podjąć decyzję, która ostatecznie rozwiązałaby problem. Okazała się ona szaleńczo trudna.

W trakcie dyskusji największy radykał klubu, wysoki brodacz o posępnej twarzy i pseudonimie Anabaptysta, przedstawił zaskakującą propozycję integracji człowieka i konia. Proponował nazwać tę hybrydę Centaurem. Miało to być idealne zwierzę, łączące w sobie najlepsze cechy obydwu gatunków: myślenie, użyteczność, siłę, pracowitość, nieagresywność. Co najważniejsze, Centaur miał konsumować tylko tyle zasobów, ile potrzeba do godnego życia: utrzymania zdrowia, kondycji fizycznej i dobrego samopoczucia, bezpieczeństwa i zdolności reprodukcji.

– Centaur nie będzie potrzebować dużego mieszkania, deskorolek, samochodu, działki rekreacyjnej, rzęsiście oświetlonych ulic ani lotów na księżyc, alkoholu ani balów noworocznych, wakacji na Hawajach czy nawet kina, a mimo to będzie szczęśliwą istotą. – Podsumował Anabaptysta.

Pomysł wzburzył klubowiczów, mimo że nie brakowało wśród nich twardzieli, oswojonych z najbardziej szokującymi sytuacjami. Niektórzy uznali go za absurdalny, inni tylko za radykalny. Wszyscy byli jednak zgodni, że szedł on pod prąd uczuć społeczeństwa święcie wierzącego w wyższość człowieka nad zwierzętami. Było pewne, że napotka zdecydowany opór ze strony Kościoła Hierarchicznego, regularnie powołującego się na Biblię, źródło mądrości Stwórcy, poddającą zwierzęta panowaniu ludzi.

Zarządzono głosowanie, kto jest za, a kto przeciw. Członkowie klubu patrzyli na siebie niepewnie, ociągając się. Przewodniczący uspokoił ich, że będą głosować nieformalnie, tylko dla wyrażenia opinii, co sądzą o propozycji.

Wynik głosowania okazał się nierozstrzygający: tyle samo osób było za, ile przeciw, pozostali byli niezdecydowani. Żądano więcej czasu, aby wszystko przemyśleć. W końcu padło ważne pytanie:

– A jak ty, Anabaptysto, widzisz w praktyce stworzenie takiego Centaura w sensie produkcyjnym, medycznym czy technologicznym?

Anabaptysta odpowiedział bez wahania, wyraźnie wszystko przemyślał wcześniej.

– To będzie wymagać inżynierii genetycznej i to w skali, którą wielu obywateli Nomadii uzna za manipulację genetyczną. Stworzenie Centaura będzie łączyć się z wieloma ryzykami; nie umiem ich ocenić. Jest to projekt piekielnie skomplikowany i będzie budzić masę wątpliwości.

Szczerość Anabaptysty była przekonywująca. Wyzwań było więcej niż można było sobie wyobrazić. Członkowie Anarchii byli zgodni tylko w jednym: hybryda człowieka i konia była dla ludzkości jedynym rozwiązaniem.

– Nie mamy alternatywy. – Zreasumował Anabaptysta.

Opowiadanie orientalne. Wspomnienia odświeżonego premiera.

Na dobry początek dnia opowiadanie. Potem jak zwykle kolejny fragment powieści.

*****

Rano spotkałem przy osiedlowym wodopoju Iwana Iwanowicza. W przerwie między łykami wody źródlanej powiedział mi, że poprzedniego dnia uczestniczył w spotkaniu z odświeżonym premierem.

– Jakby ktoś po nim pojechał gorącym żelazkiem z parą. – Tak to określił.

Premier rozdawał w charakterze upominku nagranie swojej deklaracji miłości do władzy, narodu i rozumu. Iwan Iwanowicz mi je udostępnił. Osobiście nie podoba mi się, znaczy się nagranie. Sam premier to jednak co innego. Jest niezwykle wyrazisty. Oto jego słowa.

Rozpiera mnie orientalna władza, jej brutalna siła. Wielka, nieposkromiona jak gar surówy z mięchem na pełnym ogniu. Jestem członkiem rządu. Co ja mówię!? Członem rządu! I to nie byle jakim, bo premierem. Zostałem namaszczony przez Ważnego. To potężny kop w górę. Patrzę na siebie w lustrze. Nabrałem masy. Mój sflaczały brzuch wypełnił twardy sześciopak. Ręce, dotychczas ramiączka skrzydlate, przypominają teraz konary. Nawet oprawki okularów, cieniutkie jak nitka, nabrały kształtu masywnego stalowego pręta. Od chwili ich przemiany nazywam je okularychami.

 

W momencie namaszczenia zmieniłem się nie do poznania. Przestałem nieporadnie przebierać nogami. Rower rzuciłem w kąt, przesiadłem się do pancernej limo. Znaczy się do limuzyny. Teraz walę do przodu jak czołg. Na ulicach rozpędzam tłum na boki, patrzę na wszystkich z góry. Pluję na opozycję; nie będzie szumowina stawać mi na drodze. W parlamencie odsuwamy ich na bok wielką szuflą. Każdy członek rządu otrzymał ode mnie taką szuflę. Miałem ich cały komplet, osobiście wręczył mi je Wódz Ważny. Kocham go, nawet ten cień pod nosem zamiast wąsików.

Wódz jest niesamowity. Ciało jak ciało, ale łeb to ma wypchany szarą masą. Pofałdowaną jak się patrzy. Haruje jak lokomotywa. Myśli, produkuje wizje, kilka na raz. Tworzymy razem super team: on – intelekt i my – siła mięśniowa. Rwiemy do przodu jak wściekła kobyła. Razem też ćwiczymy dla zachowania kondycji. Ręce wyciągamy na Zachód, głowy kierujemy na Wschód. Tam, gdzie pojawia się słońce. Stanowimy rząd, najbardziej zwartą drużynę świata, jak to określa Gruba, moja prawa ręka. Sytuacja jest super. Podejmujemy w sekundę najtrudniejsze decyzje. Znaczy się, podejmuję ja. Czasem tylko kogoś zapytam o jakiś szczegół. Kupujemy za bezcen aktywa, pasywa, banki, samoloty, planety.

– Twierdzi pan, że planety nie!? – Bzdura! Kupujemy planety, tylko nikt tego jeszcze nie wie. Bo i po co? Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Umiemy być dyskretni. My to my. Przedtem to byli oni, teraz jesteśmy my. Zupełnie inny rząd, pany. Będziemy tak długo, aż się nażremy.

– Mówi pani, że jestem wulgarny!? Oczywiście! Tak jest najlepiej. To kwestia szczerości.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 118: Burzliwa dyskusja o ochronie przyrody.

Niezwykły napad na parlament sprowokował dyskusję między Sefardim a Isabelą na temat przyrody. Isabela miała wyrobiony pogląd na wydarzenia. W swojej falbaniastej, kloszowej sukni w zielono-niebieskie kółka żywo imitujące ptasie oczy Isabela przypominała wielkiego pawia. Na głowie miała toczek w jeszcze ostrzejsze wzory; jej strój drażnił Sefardiego.

– Jestem mieszkanką Afary, wielkiego miasta, i kocham przyrodę. Myślę o niej nieprzerwanie i dbam o nią razem z innymi mieszkańcami. Konie nie są dla nas takie ważne. Sadzimy drzewa, krzewy, zakładamy klomby i systemy podlewania, segregujemy śmieci, porządkujemy parki miejskie, robimy wszystko, aby przyroda miała jak najlepsze warunki rozwoju.

Jej słowa stały się iskrą inicjującą pożar. Twarz Sefardiego poczerwieniała, oczy zabłysły irracjonalnym gniewem.

– Miejska ochrona przyrody! Pusty śmiech mnie bierze. Co mieszkańcy wielkiego miasta Afara wiedzą o przyrodzie? Oni nawet nie mają pojęcia o tym, jak wygląda krowa! Przyroda to dla nich doniczka z kwiatkiem, obrazek na ekranie telewizora, martwa natura z bażantem starego mistrza flamandzkiego w muzeum sztuki zapomnianej oraz wypchany eksponat kozy na wystawie rolniczej na placu targowym, gdzie za czasów Inkwizycji palono czarownice na stosie! Gdyby ludziom poobcinać palce u nóg i u rąk, a potem stopy i ręce, to może wtedy zaczęliby rozumieć przyrodę i żyć zgodnie z jej rytmem, bo nie mogliby używać telefonów komórkowych, wypełniać szaf ubraniami wyrzucanymi po roku na śmietnik, chodzić do kina, gdzie kubeł z prażoną kukurydzą jest ważniejszy niż film, obżerać się nieprzytomnie, jeździć samochodem zatruwającym powietrze i zaśmiecać ulic do obrzydliwości – Sefardi wypowiedział to jednym tchem, prowokując falę nienawiści.

Isabela niby znarowiony koń rzuciła głową na znak niezgody.

– To podłe, co pan mówi, don Sefardi! Pan, niby taki kulturalny i sympatyczny człowiek, wielki celebryta, okazuje się być nie tylko szowinistą, przeciwnym poglądom skromnej, pracującej kobiety, ale i wrogiem wszystkich mieszkańców miasta szczerze dbającym o przyrodę – Isabelę uniosła fala oburzenia wywołanego szokującym potępieniem ze strony Sefardiego. – O szowinizm podejrzewałam pana od dawna i to jak najbardziej słusznie, bo koleżanki także o tym mi mówiły, ale ja w to nie wierzyłam i broniłam pana, a tu okazuje się, że jest pan także negatywistą, odmawiającym prawa do przyzwoitości kobietom i innym mieszkańcom miasta, w którym pan też mieszka.

Adresat tych słów chyba nie usłyszał krytyki, gdyż zagłębił się ponownie w nurt ciężkiej dezaprobaty.

– O czy my mówimy? Co mieszkańcy dużego miasta wiedzą o przyrodzie? Nic. Oni tylko umieją segregować śmieci i to najczęściej byle jak, i to jest wszystko, co robią dla przyrody. Od czasu do czasu posadzą też jakiś krzaczek, niedowarzone drzewko lub rachityczny lasek nazywając go Parkiem Centralnym Obrońców Przyrody i trąbią o tym od rana do wieczora. To są puste działania, bez znaczenia. Prawdziwa a nie udawana ochrona przyrody, droga Isabelo, nastąpi wtedy … – Mistrza ogarnęła pasja wyjaśniania – … kiedy wszystko, co wytwarza nasza cywilizacja, ludzie i przedsiębiorstwa, podlegać będzie recyklingowi bez żadnych pozostałości, tak jak to się dzieje w lesie, najpełniejszym uosobieniu przyrody. Cokolwiek tam powstaje, ulega rozkładowi i stanowi pożywkę dla przyszłych pokoleń roślin i zwierząt. To jest przyroda i mechanizmy jej ochrony!

Słowa Sefardiego, którego Izabela uważała dotychczas za człowieka w miarę rozsądnego, wywołały w niej poczucie rażącej niesprawiedliwości. Kobieta zamilkła chyba po raz pierwszy w życiu ułatwiając przeciwnikowi kontynuację oskarżeń.

– Człowiek to zabójca przyrody, Isabelo. Jej zaprzeczenie. Nie widzę w gatunku ludzkim nic pięknego! – wykrzyknął poruszony Sefardi.

Isabela odpowiedziała pięknym za nadobne. – Wbija pan nóż w piersi nie tylko mnie, ale i przyrodzie, o czym pan zapewne nie wie będąc typowym męskim szowinistą.

Mistrz przyzwyczaił się już na tyle do jej wrażliwości na punkcie męskiego szowinizmu, że nie zareagował. Spokojnie poczekał, aż dokończyła obronę przyrody i oskarżenia męskiego gatunku.

– A jak pani postępuje w swoim codziennym życiu? Czy żyje pani rytmem przyrody?

To rzeczowe pytanie zmieszało Isabelę tylko na moment. Szykowała się do udzielenia mu riposty, ale ją ubiegł. Nie pozwolił odebrać sobie inicjatywy.

– Jeśli chodzi o moje postępowanie, jak żyję, jak się odżywiam, jak postępuję, to od dawna wzorem dla mnie nie jest człowiek, tylko żyjące na wolności dzikie zwierzęta, ich styl życia i nawyki żywieniowe. Oby tylko można było stworzyć istotę łączącą ludzkie cechy z cechami zwierząt na wolności. Myślę o połączeniu rozumu i instynktu, cywilizacji i natury.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 117: Negocjacje z terrorystami

 

 

Rząd zachęcany przez większą część społeczeństwa do nieustępowania, kontynuował negocjacje. Nic to jednak nie dało, tylko rozjuszyło rebeliantów i zaostrzyło ich wymagania. Mimo ich żądań, w rozmowach nie mógł uczestniczyć gubernator Blawatsky. Miał problemy ze zdrowiem; napad na parlament tylko pogorszył jego stan. Gubernator wcześniej upadł na schodach i doznał wstrząśnienia mózgu, wskutek czego stracił władzę najpierw w jednej ręce, potem w drugiej; w końcu doznał paraliżu dolnej część twarzy. Mógł mówić, odczuwał jednak ostry ból w trakcie poruszania ustami. Mimo częściowego paraliżu twarzy i bezwładu prawej nogi zdecydował się spotkać z porywaczami, aby zakończyć kryzys. Spotkanie odradzali mu najbliżsi współpracownicy oraz lekarze, w szczególności opiekujący się nim profesor medycyny wojskowej, który osobiście przywoził mu próbki nowych protez nogi do domu.

Kiedy stan zdrowia gubernatora pogorszył się, zabrano go do szpitala. W separatce był starannie strzeżony przez antyterrorystów, obawiano się bowiem, że oddział okupujący parlament jest częścią większej organizacji przestępczej, która nie cofnie się przed niczym, aby wymusić ustępstwa.

Wychodzącego ze szpitala gubernatora, bladego i wycieńczonego, witały rzesze zwolenników. Podziwiano go za gotowość uczestnictwa w negocjacjach mimo poważnych problemów zdrowotnych. Opozycja usiłowała pomniejszyć jego popularność, upowszechniając złośliwą plotkę, że ilość kwiatów, jakimi go obdarowano, była tak wielka, że uniemożliwiła wyjazd samochodu opancerzonego, którym miano go przewieźć do specjalnego bunkra, skąd mógł bezpiecznie kierować partią i rządem, konsultować się ze społeczeństwem oraz prowadzić negocjacje.

Problem rozwiązał się tego samego dnia, kiedy gubernator opuszczał szpital. Znikło trzech członków grupy okupującej parlament. Pozostali czekali niezdecydowani, co robić. Kiedy do akcji wkroczyli antyterroryści rządowi, nikt nie stawiał im oporu. Okazało się, że okupanci nie mieli prawdziwej broni, tylko atrapy. Znikli jedynie napastnicy, pozostałe osoby okazały się zakładnikami. Wszczęto poszukiwania. Rząd postawił na nogi całą policję i wojsko, obiecał też wysoką nagrodę za pomoc w śledztwie.

Napad na parlament media uznały za test ekoterrorystów, jak długo rząd jest gotów trwać w swoim uporze.

– To tylko kwestia czasu. Gubernator będzie musiał w końcu ustąpić zapewniając pełną ochronę koni – podsumował ekspert od spraw terroryzmu, zastrzegając się, że jest to tylko jego prywatna opinia.

*****

Kiedy dowódca straży parlamentarnej ocknął się z nocnego koszmaru, rzecznik rządu przedstawił oficjalną wersję wydarzeń. W parlamencie faktycznie zdarzył się incydent; samotny mężczyzna wtargnął do budynku i żądał przeprowadzenia śledztwa w sprawie okrutnego traktowania koni w państwowej stadninie oraz opieki nad ich braćmi, którzy wcześniej stamtąd uciekli. Groził, że się wysadzi w powietrze, jeśli rząd odmówi jego żądaniom. Uznano to za bluff i siłą usunięto go z parlamentu.

Dowódca straży parlamentarnej bardzo przeżył obydwa tragiczne wydarzenia.

– Jesteś przewrażliwiony w sprawie koni i terroryzmu. To wszystko przeminie tak, jak każdy inny radykalny ruch – usiłowała pocieszyć go żona.

Pomyślał, że mogła mieć rację. Ostatnie szkolenia na temat zagrożeń terrorystycznych mogły go nadmiernie uwrażliwić. Miał jednak wątpliwości, ponieważ wypadki zaszłe na terenie parlamentu i jego przeżycia senne były jak najbardziej realistyczne. Czuł podświadomie, że były to wydarzenia prorocze i będą miały dalszy ciąg. Już wcześniej miał takie doznania, ukrywał je jednak skrzętnie przed otoczeniem. Miał zdolność jasnowidzenia, praktykował je w przeszłości. Dwa razy zdarzyły mu się potknięcia, kiedy jego przewidywania nie sprawdziły się. Musiał wtedy porzucić ulubione zajęcie i szukać pracy gdzie indziej. Karierę jasnowidza ukrywał przed administracją parlamentu. Wiedział, że nie byłoby to dobrze widziane.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 116: Dziwne widzenia dowódcy

Dowódca straży parlamentarnej przeżywał najgorsze dni swojego życia. Społeczeństwo Nomadii przygotowywało się już do letnich wakacji, kiedy nastąpiło wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, a jego dotknęło osobiście. Pomniejszyło ono wszystkie inne zdarzenia, spór w sprawie inżynierii genetycznej, zmiany klimatyczne czy masowe migracje ludzi zagrażające czystości rasowej i wierze w jednego Boga. Myśląc o tym wieczorem w łóżku dowódca straży popadł w odrętwienie, które przeszło w dręczący sen.

Nad ranem, około godziny piątej trzydzieści, kiedy straż parlamentarna była jeszcze rozespana, na portierni pojawiły się dwie sprzątaczki. Strażnicy pozwolili im wejść nie sprawdzając przepustek. Był to błąd, za który dowódca straży obarczał siebie, tak jakby mógł zaradzić temu, że jego ludzie nie byli dostatecznie czujni widząc te same kobiety codziennie od kilku lat. Na korytarzu pierwszego piętra sprzątaczki otworzyły okno, przez które niegdyś, jeszcze w czasach historycznych, wciągano meble, i wyrzuciły na zewnątrz liny. Na dole czekali już uzbrojeni mężczyźni i kobiety, którzy na teren parlamentu dostali się podkopem. Mieli ze sobą zakładników. Oddział błyskawicznie zajął korytarz i sąsiednie pomieszczenia, po czym zabarykadował się. Napastnicy byli uzbrojeni w pistolety wojskowe, pałki, paralizatory i inną broń podręczną. Część jej ukryli, ale tak, aby była łatwo dostępna.

Odtwarzając nagrania z kamer przemysłowych strażnicy zauważyli, że twarze intruzów były pokryte wizerunkami drzew i koni. Strażnikom wydawało się, że porywaczy jest dużo więcej niż zakładników. O godzinie dziesiątej rano okupanci zażądali widzenia się z ministrem leśnictwa i środowiska naturalnego.

– Co najmniej z ministrem, jeśli nie z gubernatorem. Nie zaakceptujemy nikogo poniżej tej rangi – taki był dokładny przekaz.

Nikt w parlamencie nie podejrzewał jeszcze niczego poważnego. Sądzono, że był to jakiś wygłup, maskarada lub fanaberia, ponieważ napastnicy cały czas utrzymywali, że chcą tylko porozmawiać, że ich intencje są pozytywne, że pragną jedynie zwrócić uwagę na niekorzystne zjawiska w ochronie środowiska naturalnego i koni. W końcu postawili ultimatum: albo rząd zapewni pełną ochronę koni i usunie zagrożenia środowiska naturalnego, albo koniec z zakładnikami. Do negocjacji przystąpili eksperci rządowi na czele z ministrem leśnictwa i środowiska naturalnego. Nie cieszył się on dobrą reputacją w kręgach fachowców. Hodowcy koni uważali, że nie ma żadnego zrozumienia dla nich, dla przyrody, ani dla zwierząt.

– On nie traktuje nas nawet jak konie, ale jak bydło, i to byle jakiego gatunku. – Była to opinia jednego z hodowców; inni hodowcy odżegnywali się od niej uznając ją za niewyważoną.

Zapewnienie ochrony koni przed wyginięciem i drastyczne ograniczenie eksploatacji przyrody stanowiły dla rządu ogromne wyzwanie. Rozmowy trwały wiele godzin. Na początku ich przebieg wskazywał możliwość porozumienia, do niczego takiego jednak nie doszło. W końcu napastnicy wręczyli ministrowi kartkę ze spisanymi odręcznie żądaniami. Minister obiecał ich uczciwe rozpatrzenie. Bezwzględność oczekiwań i groźby porywaczy nie zaskoczyły go. Wiedział z kim ma do czynienia. Dla niego byli to ekoterroryści. Taką też opinię przedstawił gubernatorowi i wicegubernatorowi. Kiedy gubernator w zaciszu swojego gabinetu zdobnego obrazami największych patriotów kraju zapoznał się z żądaniami, zgodził się, że są one całkowicie nieuzasadnione.

– Nie uważam, że traktujemy konie i przyrodę w sposób nierozsądny, gorzej niż w innych krajach – oświadczył tonem wskazującym, że minister nie powinien ustępować.

Tajnym służbom państwowym udało się sprawdzić w międzyczasie na podstawie nagrań z kamer, kim są napastnicy i wtedy wybuchła bomba. Okazało się, że były to osoby zrzeszone w stowarzyszeniu radykalnego ekologizmu działającego pod parasolem międzynarodowej organizacji Megan International Ecoterrorists, wymuszającej ustępstwa na rządach państw na rzecz nieograniczonej ochrony środowiska naturalnego.

Rząd podjął na nowo żmudne negocjacje. Ich przebieg transmitowano na cały kraj. Ustępując przed zbrojną przemocą, której siłowe zakończenie mogłoby przynieść fatalne skutki dla zakładników, rząd natychmiast opracował propozycję zaostrzenia przepisów i przeznaczenia większych środków na ochronę środowiska i koni zgodnie z żądaniami, zdając sobie sprawę, że przekracza granice zdrowego rozsądku.

Eksperci ministerstwa finansów przez dwa dni i dwie noce analizowali wszystkie wpływy i wydatki budżetowe. Sprawa była beznadziejna; nie było sposobu, aby jeszcze bardziej okroić wydatki, czy to na wojsko, czy na infrastrukturę, gdzie istniały pewne rezerwy, czy na inne cele, gdyż zmniejszyłoby to drastycznie zdolność bojową armii i pogrzebało szansę rozwoju gospodarczego. Niemożliwe było też podwyższenie podatków dla osób najbogatszych, ponieważ doprowadziłoby to szybkiego spadku akumulacji kapitału i inwestycji. Opozycja miała odmienne zdanie wskazując na bezsens wydatków dla wojska przeznaczonych na budowę interaktywnych ławek w całym kraju do prowadzenia tajnej korespondencji elektronicznej. Eksperci rządowi uznawali to rozwiązanie za hit technologiczny.

Negocjacje trwały kilka dni. Okupanci stali się agresywni, utrudniali życie służbom porządkowym, szarpali ochronę parlamentu bez przyczyny używając przy tym wulgarnych słów, żądali posiłków z najdroższych restauracji i trzymali rząd w szachu groźbą użycia środków wybuchowych ukrytych na terenie parlamentu. Dla dowódcy straży były to przeżycia tak koszmarne, że szczypał się po udach, aby upewnić się, czy jest to sen czy jawa. Pokazywał potem sine ślady na ciele.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 115: Autor i jego książka

Drodzy Czytelnicy,

Powieść „Laboratorium szyfrowanych koni” składa się z trzech części. Część I: „Sefardi i Isabela”. Odcinek numer 115 (poniższy) kończy tę część. Część II: „Josef i Laboratorium”. Zaczynam publikować ją od jutra. Część III: „Apokalipsa”.

Część ostatnia, zdecydowanie najkrótsza, to „Epilog”, łączący ze sobą wszystkie wątki powieści.  

Serdecznie zapraszam do czytania i równie serdecznie pozdrawiam,
Michael Tequila

Powieść „Wniebowstąpienie oszusta” znalazła się w sprzedaży w Afarze, a także w Nowym Jorku, Paryżu, Londynie oraz innych wielkich miastach już następnego dnia po konferencji prasowej. Jej tłumaczenia na języki obce zostały wykonane w tajemnicy i z wyprzedzeniem. Książkę drukowano nieprzerwanie dzień i noc, aby trafiła do księgarń w terminie. Pojawienie się Sefardiego na konferencji określano jako powrót z zaświatów lub powstanie z popiołów. Pogrzeb z oszalałym karawanem, stypa przypominająca festyn świąteczny oraz dziwny zamach na wiec polityczny, w końcu sama konferencja, okazały się znakomitą reklamą autora i jego książki. W Nomadii została ona uznana za najlepszą reklamę roku.

Przeciwnicy Sefardiego kwestionowali tę opinię argumentując, że w głosowaniu uczestniczyli wyłącznie obywatele Nomadii, że zabrakło głosów użytkowników telefonów komórkowych z innych krajów, że głosowanie powinno uwzględniać także opinie obywateli niekorzystających z telefonu komórkowego, ludzi starszych, niewidomych oraz inwalidów bez ręki, a nawet że sam konkurs nie był dostatecznie rozpropagowany. Zarzutom nie było końca.

Ostatecznie los autora i książki rozstrzygnęła Światowa Rada Pisarzy, która na wniosek Międzynarodowego Zrzeszenia Reklamodawców i Reklamobiorców uznała Sefardiego Barokę za najlepszego pisarza roku. W uzasadnieniu podkreślono, że on pierwszy odkrył i udowodnił, że wielka literatura nie istnieje bez wielkiej reklamy i że geniusz literacki wyraża się w integracji zdolności pisarskich z umiejętnościami promocji. Decyzja ucięła dyskusje toczące się wokół Sefardiego i zjednoczyła społeczeństwo. Nomadyjczycy uznali jego osiągnięcie za sukces narodowy, a jego samego za bohatera. Nikt nie miał wątpliwości, że Sefardi słusznie stanął na piedestale zwycięzcy.

*****

– Bardzo dobrze, że stało się to, co się stało – przyznał z radością ksiądz Terrano w wywiadzie, o który poproszono go jako spowiednika i przyjaciela Sefardiego. Był szczęśliwy, że po raz pierwszy w historii kraju społeczeństwo zjednoczyło się wokół wspólnej wartości. Uznał to za datę narodzin patriotyzmu solidarnego, nie dzielonego na kawałki. Jego radość była tym większa, że oznaczała koniec nagabywania go o informacje dotyczące Sefardiego Baroki. Miniony okres dał mu się bardzo we znaki; w telewizji ksiądz pojawił się nieogolony. Nawet krytyka biskupa, że wychudzony i zaniedbany duchowny nie powinien pokazywać się publicznie, nie poruszyła go.

– Wolałbym, aby ksiądz nabrał ciała i chodził nawet z brzuchem, niż pokazywał się chudy jak zagubiony na pustyni asceta. Jaki to tworzy wizerunek naszego kościoła? Kościoła ubogich proletariuszy czy kościoła reprezentującego zamożne społeczeństwo, jakim już prawie jesteśmy?

Księdzu nie sprawiło trudności zapomnienie gorzkich pouczeń przełożonego.

– To koniec mojej mordęgi. Dzięki ci, Panie – słowa wdzięczności Amizgao skierował do nieba natychmiast po wyjściu z budynku stacji telewizyjnej. Odczuł wielką ulgę z powodu zjednoczenia całego kraju w duchu miłości i pojednania. Jego wdzięczność nigdy nie była tak szczera, choć był najuczciwszym ze wszystkich uczciwych duchownych. Był przekonany, że jest ich niemało.

Koniec Części I

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 114: Sefardi Baroka. Spekulacje i podejrzenia.

Kiedy kilka dni po konferencji Sefardi zniknął, przestając odpowiadać na telefony i nie uczestnicząc w spotkaniach towarzyskich, pojawiły się podejrzenia, że coś się z nim stało. Rodzina podała do publicznej wiadomości, że żadne nieszczęście go nie spotkało, jest cały i zdrowy, tylko przebywa poza miastem, załatwiając swoje sprawy. Wtedy pojawiła się pogłoska, że coś ukrywa, może nawet knuje.

Zaczęto przypominać sobie ostatnie spotkania z nim. Okazało się, że już wcześniej wystąpiły u niego znaki dziwnych zachowań; kiedy kontaktował się z przyjaciółmi i znajomymi, czynił to w pośpiechu i zawsze pytał o stan zdrowia i sprawy rodzinne, co było podejrzane. Niewinne pytania o zdrowie czy też „Co u ciebie słychać?” lub „Jak tam twoja żona?” interpretowano jako nieuzasadnioną dociekliwość, podobną do pytań stawianych przez oficera śledczego prowadzącego dochodzenie w podejrzanie mętnej sprawie. Wkrótce pojawiła się plotka, że Sefardi od dawna prowadzi tajną kronikę towarzyską, w której notuje zdarzenia kompromitujące ludzi na świeczniku, zamierzając wykorzystać je w swojej powieści po opatrzeniu odpowiednimi komentarzami. To sprowokowało dalsze dociekania i spekulacje.

پرندگان بر روی تیر برق- زمستان- قم-ایران

– Po co miałby to robić? – Iwan Iwanowicz prostym pytaniem starał się odeprzeć nieuzasadnione jego zdaniem podejrzenia.

– Dla zyskania popularności i sławy. On przecież nie ma dorobku literackiego, a chciwy jest rozgłosu jak mało kto – wyjaśniali ludzie z branży wynalazczej, byli konkurenci Sefardiego, dodając, że taka książka sprzedawałaby się lepiej niż najcieplejsze bułeczki. – Byłby to istny biały kruk, na którym Sefardi mógłby zarobić krocie. Na podstawie takiej powieści z powodzeniem można by napisać scenariusz filmowy i nakręcić doskonały film. Był to kolejny wątek sensacyjny.

Sprawę scenariusza i filmu społeczeństwo potraktowało nad wyraz poważnie; spekulowano, która wytwórnia filmowa gotowa była kupić prawa autorskie do książki, scenariusza lub filmu, lub wszystkiego razem. Iwan Iwanowicz, bliski przyjaciel Sefardiego, przypomniał sobie, że jeździł on niedawno za granicę i spotykał się z ludźmi ze świata filmu. To z jego ust padła nazwa Hollywood; inni wspominali Bollywood.

Ścieżki posądzeń Sefardiego o łajdactwo gęstniały coraz bardziej prowadząc obywateli prosto w bagno kolejnych podejrzeń i piekło strachu o własną reputację, a nawet bolesną kompromitację. Dotychczasowi przyjaciele i znajomi oddalali się od Sefardiego. Ludzie spotykali się z ostrożności we dwójkę lub nieco większymi grupkami, aby wymieniać się niepokojącymi wieściami.

Iwan Iwanowicz na własną rękę przeprowadził rozeznanie, nazywając je śledztwem. Postępowanie Sefardiego podziałało na niego jak czerwona płachta na byka, ponieważ był z nim w zażyłych stosunkach i bezgranicznie mu ufał. Starzec zaczął wyobrażać sobie niestworzone rzeczy, choć od lat prowadził spokojne życie i nie było w nim niczego, co mogłoby go skompromitować. Była wprawdzie historia pewnej nieudanej schadzki z mężatką, ale nikt o tym absolutnie nie wiedział. Iwanowi Iwanowiczowi przywidziało się, że Sefardi zna wszystkie szczegóły, że musiał go podsłuchiwać i rozmawiać o nim z największymi plotkarzami.

– Pełna kompromitacja! – orzekł, święcie przeświadczony o grożącym mu niebezpieczeństwie.

W szeregach hierarchów kościoła jak i wiernych najwięcej niepokoju wzbudziło podejrzenie, że źródłem kompromitujących informacji o ważnych osobistościach mógł być ksiądz Amizgao Terrano, od lat pozostający w serdecznych stosunkach z Sefardim. Zapytany bardzo ostrożnie, czy mógłby być informatorem Sefardiego, ksiądz po raz pierwszy w życiu wpadł we wciekłość i zwymyślał pytającego najbardziej wyszukanymi słowami, że w ogóle przyszły mu do głowy takie podejrzenia.

– To tak, jakbyś człowieku podejrzewał swoje najukochańsze dziecko, że chce cię zamordować siekierą w biały dzień, a następnie wyrwać ci serce z piersi i zjeść na surowo. Spowiedź jest świętością i kapłani oddawali swoje życie, broniąc jej tajemnicy – po tych słowach ksiądz odwrócił się na pięcie i odszedł w stanie najwyższego wzburzenia.

Sprawa trafiła do Czarnej Eminencji, który zdecydowanie wsparł księdza Amizgao, cytując przykłady męczeństwa duchownych broniących tajemnicy spowiedzi. Nie uśmierzyło to jednak niepokojów. W tych warunkach przyjaciele Sefardiego uznali, że bezwzględnie powinni rozmówić się z nim. Nigdzie nie można było go jednak znaleźć. To rozpaliło podejrzenia do czerwoności. Kiedy w końcu go znaleziono okazało się, że rzeczywiście się ukrywał, ale tylko dlatego, że miał problemy ze zdrowiem i lekarz zalecił mu izolację i samotność. W istocie Mistrz leczył się uczęszczając na psychoterapię, aby pokonać ujawniające się z nową mocą przeżycia z przeszłości. Co do powieści, której – korzystając z nowych przemyśleń – chciał nadać jeszcze doskonalszy kształt, to pracował nad nią zrywami, lecz bez większego sukcesu.

Pod koniec okresu nieobecności dotarły do Sefardiego informacje, że w kręgach towarzyskich jest spalony i jest już prawie personą non grata. Najpierw go to zdziwiło, potem wręcz oburzyło, bo nie widział żadnych powodów, aby ktokolwiek mógł tak o nim myśleć. Miał oczywiście różne sprawy do załatwienia, nie musiał jednak nikogo w nie wtajemniczać, nawet przyjaciół. Leczenie się czy pisanie powieści mającej być niespodzianką, nie uważał za wieść, którą powinien dzielić się z kimkolwiek.

– Nie jestem zwariowanym ekstrawertykiem, który potrzebuje natychmiast podzielić się każdą myślą czy nowiną z całym światem – tłumaczył sobie na głos. Słyszał o takich ludziach i to denerwowało go jeszcze bardziej.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 113: Kontrowersje wokół Sefardiego

Przedstawiony przez Sefardiego plan fikcyjnego pogrzebu był imponujący. Reporterzy i dziennikarze usilnie starali się poznać szczegóły, zwłaszcza dramatyczne momenty, na których mogliby zbudować narrację dla czytelników, widzów i słuchaczy. Zadawano mu pytania na temat myśli przewodniej, jaka nim kierowała, kiedy tworzył plan trzech konduktów pogrzebowych, i po co to robił. Dziennikarka pragnąca mu zadać ważne pytanie usiłowała przebić się do Sefardiego przez tłum tak długo, że nie miała czasu, aby napić się wody, wskutek czego wargi jej wyschły i popękały. Twierdziła, że suche wargi ma od dziecka, ale nikt jej nie uwierzył. Były to paradoksalne sytuacje, w których ludzie łatwo tracili do siebie zaufanie. Na postawione pytanie Sefardi odpowiedział po długim zastanowieniu, powoli i z wyjątkową powagą.

– Potrójny pogrzeb miał być darem na rzecz wieczności, której nie rozumiem i której się boję, prawdopodobnie jak każdy z nas.

Nie wszyscy go rozumieli. Czarna Eminencja, ujęty religijnym przesłaniem pisarza-wynalazcy, wypowiedział się o nim pozytywnie. Poróżniło go to z Gubernatorem, zdecydowanym przeciwnikiem Sefardiego. Był to poważny zgrzyt w relacjach kościoła i państwa. Rozdźwięk usunięto, kiedy Gubernator i Czarna Eminencja po burzliwej rozmowie w cztery oczy rozgrzeszyli się nawzajem w interesie narodu i kościoła.

Konferencja Sefardiego, czy raczej jego wyznania, rozpętała publiczne dyskusje. Trwały one dniami i nocami, i wydawały się nie mieć końca. Pesymiści twierdzili, że będą trwały do końca świata. Ludzie zbierali się na ulicach, placach i podwórkach, starsi, o słabszych pęcherzach najchętniej w pobliżu szaletów publicznych, gdzie tylko było trochę wolnego miejsca. Najwyżej cenionym miejscem dyskusji był Hyde Park, wzorowany na londyńskim, z tolerancyjnym regulaminem, zezwalającym przeciwnikom na obrzucanie się błotem oskarżeń i oblewanie pomyjami pogardy. W Hyde Parku zbierali się najbardziej krewcy obywatele, aby rozładować negatywne uczucia. Swoją brutalnością dyskusje doprowadziły w końcu do radykalizacji społeczeństwa. Rzeczy nazywano po imieniu, ignorując normy i konwenanse.

Najwięcej kontrowersji budził spisek zorganizowany przez Sefardiego Barokę, aby zniszczyć tradycję, kościół i państwo. Tak prasa konserwatywna nazwała atak na wiec wyborczy przypisując Sefardiemu jego autorstwo. Dla jednych był to spisek rzeczywisty, dla innych urojony. Zwolennicy partii rządzącej uznali Sefardiego za niebezpiecznego anarchistę. Rozsądniejszych obywateli interesowały konkrety: imiona i nazwiska ludzi uczestniczących w spisku, sposób koordynacji uroczystości pogrzebowych, oraz jak zachowano w tajemnicy tak wielki happening.

Po zakończeniu konferencji do Sefardiego napływały emaile i listy z pytaniami i komentarzami w takich ilościach, że kilkakrotnie blokowały mu skrzynki poczty elektronicznej, a urząd pocztowy odmówił przyjmowania listów do niego z powodu braku dostatecznej liczby personelu. Sefardi zatrudnił trzy dodatkowe sekretarki, aby spisywały pytania i przygotowywały odpowiedzi. Wiele osób miało mu za złe, że nie odpowiada szybko i wyczerpująco. W końcu oskarżono go o to, że niepokoje i troski obywateli spływają po nim jak woda po gęsi.

Adepci pisarstwa, stając murem za Sefardim, uznali scenariusz pogrzebu i samo wydarzenie za niesamowite. Pytali o wszystko, co rzuciłoby na nie dodatkowe światło. Zadawano pytania, na które odpowiedź wymagała traktatu naukowego lub co najmniej eseju. Pytano, co było pierwsze, a co najważniejsze, fabuła czy bohaterowie spektaklu pogrzebowego, oraz jakie postacie autor wziął z sufitu, a jakie zapożyczył obserwując rodzinę, przyjaciół, znajomych i osoby publiczne. Po stronie Sefardiego stanęli także czytelnicy zorientowani w literaturze oraz studenci literaturoznawstwa, dociekający związków między siermiężną rzeczywistością a rozbuchaną fikcją literacką i teatralną. Intensywny wysiłek intelektualny społeczeństwa spowodował poważny wzrost zainteresowania literaturą, teatrem oraz sztuką pogrzebową.

Przywróconemu z zaświatów pisarzowi trudno było zadowolić wszystkich wyjaśnieniami, tyle było wątków, postaci, zmian akcji i detali. Aby uniknąć zamieszania, Sefardi koncentrował się na sprawie najprostszej i najważniejszej, na wyjaśnianiu, jak powstała powieść „Wniebowstąpienie oszusta” i co z tego wynikło.

*****

W trakcie konferencji część osób wyszła z Wielkiej Sali Teatralnej w dowód protestu, że nie można tolerować naigrywania się ze społeczeństwa, kościoła i rządu organizując fikcyjne pogrzeby z wygłupami. Krzyczeli oni „hańba”, „wstyd”, „oszustwo”. Założono komitet protestacyjny, który miał złożyć wniosek do prokuratury o domniemanym przestępstwie.

Następnego dnia na łamach głównego dziennika krajowego miał ukazać się obszerny wywiad z Sefardim Baroką. Nie opublikowano go, ponieważ był zbyt kontrowersyjny. Interweniowała nieistniejąca cenzura państwowa, uznając, że materiał wywoła niepokój społeczny, może nawet rozruchy. Dla rządu były to argumenty nie do odrzucenia. Dwa dni później rzecznik osób użyczających swojej tożsamości bohaterom powieści ujawnił szczegóły współpracy z pisarzem.

– Zrobiliśmy to z przyjemnością i premedytacją. To było fascynujące; widzieć siebie w postaci literackiej, bohatera pozytywnego czy nawet negatywnego. Czuliśmy się jak aktorzy użyczający swojego głosu postaciom filmowym. Nie wszystko oczywiście podobało nam się w postaciach, których byliśmy wzorcami, ale rozumiemy, że to autor decyduje o granicy między fikcją a rzeczywistością.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 112: Przygotowania do wielkiego happeningu

Poczucie odpowiedzialności i zwyczajny strach przed wyrządzeniem komuś krzywdy tak zaciążyły Sefardiemu na sumieniu, że rozchorował się poważnie. Kiedy bez widocznej przyczyny zemdlał na ulicy, trafił do szpitala; tam najpierw przywrócono go do zdrowia, a następnie poddano psychoterapii. W trakcie którejś z kolejnych sesji terapeutycznych wryło mu się w pamięć dziwne spojrzenie prowadzącej terapię kobiety, kiedy wyraził przypuszczenie, że być może cierpi on na jakieś zaburzenie psychiczne. Psychoterapeutka odrzuciła jego sugestię, tym niemniej pozostał w nim osad niepewności.

W krótkim czasie po zakończeniu terapii, powieść była gotowa do publikacji. Niespokojny duch Sefardiego, opanowany przez demona perfekcji, nie pozwolił mu jednak uznać tej wersji za ostateczną. Przeżywając wciąż rozterki, Sefardi wpadł na pomysł przetestowania powieści w formie wielkiego happeningu, czegoś w rodzaju teatru ulicznego, którego uczestnikami i świadkami miało być społeczeństwo, a treścią śmierć, pogrzeb i stypa pożegnalna.

– To nie ja miałem umierać, lecz bohater mojej powieści – wyjaśnił Sefardi ze smutnym uśmiechem.

W trakcie pracy nad happeningiem Sefardi częściej rozmawiał z Isabelą. Był pewien, że nie podzieli się z nikim treścią ich rozmów. Przetestował jej dyskrecję wcześniej i to kilka razy. Żaden szczegół powierzonych jej informacji nigdy nie przekroczył granic jego gabinetu. Nawet Penelopa nie wiedziała, o czym rozmawiali.

Plan Sefardiego przeraził Isabelę. Wyjaśniła mu potem, że na początku bała się go, potem przyzwyczaiła się, w końcu uspokoiła na tyle, żeby bez skrępowania wyrażać swoje opinie. Dla Sefardiego oznaczało to, że znowu stała się sobą, kobietą szczerą i otwartą. Jej poglądy wydawały mu się czasem szalone.

– Czytałam wspomnienia dyrektora szpitala wariatów, to mi pomogło zrozumieć wiele rzeczy. Wydaje mi się, don Sefardi, że rozumiem pana teraz dużo lepiej – gospodyni Penelopy jak zwykle bez żenady wygadywała historie, które Sefardi uznawał za bzdurne, choć nie odrzucał trafności niektórych jej obserwacji.

– Czy wspomnienia psychiatry pomogły także pani, droga Isabelo, w lepszym zrozumieniu siebie samej? – zapytał uszczypliwie, aby odreagować zwariowany komentarz, na jaki nie zasłużył, oraz skłonić rozmówczynię do refleksji nad samą sobą. Nie liczył jednak na wielki sukces.

*****

Dramat zawarty w powieści rozpisany był na wiele ról. Ogólny scenariusz pokazywał, jak wielkie i niezwykłe było to przedsięwzięcie. Sefardi przestraszył się, że bez zachowania ścisłej tajemnicy w trakcie realizacji happeningu cały plan mógł łatwo lec w gruzach. Zanim podjął ostateczną decyzję, dyskretnie wysondował opinię najpierw jednej, potem drugiej i kilku dalszych osób. Dopiero wtedy nabrał przekonania, że plan jest realny. Kontynuując jego realizację, Sefardi wytypował osoby niezbędne do przeprowadzenia widowiska. Byli to zawodowi aktorzy teatralni i filmowi, pozostający chwilowo bez zatrudnienia lub pracujący w ograniczonym zakresie. Zanim złożył im propozycję współpracy sprawdził, czy udział w projekcie, jaki zamierzał zrealizować, w ogóle ich interesuje i czy nadają się do ról, jakie miał do zaoferowania. Pomagała mu w tym agencja castingowa.

Niektórzy kandydaci od razu odrzucili propozycję Sefardiego uznając jego pomysł za przewrotny a nawet haniebny, przeciwny wierze w Boga i nauczaniu kościoła. Mimo dezaprobaty nie mogli nikomu ujawnić żadnych szczegółów jego planu, ponieważ każdorazowo przed rozmową zobowiązywali się na piśmie do zachowania tajemnicy. Szanse na zatrudnienie mieli tylko ci, którzy wierzyli w sens happeningu i pozytywne intencje autora.

Plan był sekretny. W pewnym momencie Sefardi zdał sobie sprawę, że zawiązuje rodzaj sprzysiężenia, spisku przeciwko dobrym obyczajom, być może nawet narusza prawo. Aby być pewnym powodzenia, Sefardi przekonał wspólników, że ujawnienie tajemnicy niosłoby najwięcej ryzyka dla nich samych, ponieważ każdy z nich miał swoje dobre imię i reputację, które z pewnością by utracił, gdyby sprawa wyszła na jaw. Najbardziej wątpiących przekonywał prostym pytaniem:

– Co by się stało, gdybym ujawnił wszystko, co wiem o tobie? – Sefardi nie pozostawiał złudzeń, że gotów był na wszystko. Niektórzy uczestnicy uznali jego postępowanie za próbę zastraszania. Mistrz ignorował takie głosy.

Aktorzy przystępujący do współpracy mieli otrzymać wynagrodzenie przewyższające uposażenia płacone im w teatrach. Dla dobra sprawy ustalono, że ujawnienie tajemnicy będzie pociągać za sobą karę finansową. Wszystkie kary miały iść do wspólnej puli, przeznaczonej do rozdzielenia między lojalnych uczestników happeningu. Zwiększało to szansę, że wszyscy będą pilnowali, aby ktoś nawet przypadkiem nie puścił farby, czy – jak sami to określali – nie chlapnął czegoś niepotrzebnie. Metoda okazała się skuteczna, nie zanotowano żadnej wpadki.

Uzgodnienie wszystkich szczegółów wymagało wielu rozmów i negocjacji. Zajęło to Sefardiemu sporo czasu, ale warte było zachodu. Kiedy wszystko zostało wyjaśnione, Sefardi zawarł z uczestnikami happeningu umowę notarialną. Podnosiło to poziom bezpieczeństwa. Oryginał umowy pozostał w sejfie u notariusza, kopie miały być wydawane tylko na żądanie.

Porozumienie było tak udane, a jego uczestnicy tak bardzo zaangażowali się osobiście, że w miarę prosty teatr uliczny, jaki Sefardi miał na uwadze, przerodził się w dobrze skoordynowane, poważne widowisko teatralne.

Michael Tequila, powieść „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 111: Konferencja w Pałacu Metropolitalnym

A.S. Proszę zwrócić uwagę, że dziś na stronie zamieściłem dwa wpisy, odcinek powieści i opowiadanie. Pozdrawiam, Michael Tequila

Konferencja miała odbyć się wyłącznie za zaproszeniami w nowym Pałacu Metropolitalnym, w Wielkiej Sali Teatralnej specjalnie przygotowanej na tę okazję. Datę i szczegóły wydarzenia zachowano w tajemnicy do ostatniego momentu. Wiadomo było tylko tyle, że będzie to uroczystość, na której podpisana zostanie umowa na pośmiertne wydanie powieści Sefardiego Baroki „Wniebowstąpienie oszusta”. Przed wejściem do budynku czekały dwie karetki pogotowia; wydarzenie zapowiadało się tajemniczo.

Wielka Sala Teatralna miała kształt trapezu. Przy jej krótszym równoległym boku, na scenie, na wyłożonej dywanami podłodze, ustawiono długi stół z mahoniu. Po jego lewej stronie – patrząc od strony widowni – stała mównica, po prawej wysoki orientalny dzban z kwiatami. Całe pomieszczenie, widownię i scenę, oświetlało pięć żyrandoli w kształcie ogromnych kul. Ściany i sufit były w kolorze żywej szarości, nadającej ton całości wnętrza. Oparcia i siedzenia foteli wykonane były w dwóch odcieniach łagodnego granatu i doskonale uzupełniały wystrój wnętrza.

Konferencję organizował Związek Bezimiennych, mało znana fundacja pomocy osobom indywidualnym i rodzinom znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej. Związek kierował się zasadą całkowitej anonimowości i świadczył pomoc bez oczekiwania na uznanie lub wdzięczność. Organizator konferencji był tak nietypowy, że dziennikarze zadali sobie sporo trudu, aby zebrać o nim jak najwięcej informacji. Okazało się, że fundację założyła grupka milionerów, osób głęboko wierzących i praktykujących, niosących pomoc bliźnim znajdującym się w wyjątkowo ciężkiej sytuacji życiowej. Jeden z dziennikarzy odkrył, że Związek Bezimiennych miał siedzibę ukrytą na farmie rolno-hodowlanej usytuowanej w trudno dostępnej partii gór. Jego pracownicy komunikowali się ze światem telefonicznie, pocztą elektroniczną lub przez gońca; korzystali też ze skrytki znajdującej się w urzędzie pocztowym w pobliskim miasteczku, z której w niezauważalny sposób ktoś regularnie wybierał korespondencję. Podejrzewano, że mógł to być goniec firmowy, listonosz lub pracownik urzędu pocztowego dysponujący uniwersalnym kluczem do skrytek.

Kiedy ciężka kotara rozsunęła się na boki, zgromadzonym na widowni ukazała się scena z długim, pustym stołem prezydialnym. Po chwili oczekiwania w milczącym napięciu, w głębi sceny pojawiła się postać oświetlona błękitnym światłem. W pierwszym momencie nie było wiadomo, czy był to efekt projekcji holograficznej czy też żywa osoba. Nagle zgasły wszystkie światła. Kiedy włączono je ponownie, za stołem stał Sefardi Baroka. Jego ręce spoczywały na krawędzi krzesła. W pierwszym momencie widzowie uznali, że to doskonale ucharakteryzowany aktor lub sobowtór znanego wynalazcy. Po chwili milczenia mężczyzna przemówił, witając zebranych, a następnie wyjaśniając, że swoim wystąpieniem pragnie zakończyć dramatyczne wydarzenia, będące niczym innym jak czystą fikcją.

– Zanim wyjaśnię tajemnicę, wyznam, że głównym powodem mojej obecności tutaj jest podpisanie – w obecności państwa, telewidzów oraz radiosłuchaczy – umowy z renomowanym wydawnictwem Prensa Nacional na publikację miliona egzemplarzy mojej najnowszej powieści „Wniebowstąpienie oszusta”.

Krótkie przemówienie nie pozostawiło wątpliwości; na jasno oświetlonej scenie stał Sefardi Baroka. Na widowni podniósł się szum, padały okrzyki niedowierzania i pytania. Reporterzy i kamerzyści rzucili się do przodu, aby znaleźć się jak najbliżej człowieka, który wywołał tyle zamieszania. Kilka osób upadło na podłogę. Zostałyby one poturbowane przez biegnących za nimi, gdyby nie zdecydowana interwencja rosłych ochroniarzy, którzy zjawili się wybiegając z różnych stron sali. Jeden z nich wzywał telefonicznie karetkę pogotowia, pozostali wprowadzali porządek na sali.

Kiedy zamieszanie ustało, do stojącego za stołem Sefardiego dołączyły dwie osoby. Sefardi przedstawił je. Pierwszy był dyrektorem wydawnictwa Prensa Nacional, drugi agentem literackim. Mistrz podniósł rękę, aby zwrócić na siebie uwagę i uciszyć szum na widowni. Przeprosił zebranych za zamieszanie, jakie wywołał nieoczekiwanym pojawieniem się, po czym przedstawił historię wydarzeń związanych z powieścią. Pisząc ją, wzorował jej bohaterów na osobach, jakie znał osobiście – przyjaciołach, znajomych, członkach rodziny, osobach publicznych, pracownikach sklepów, bibliotek i podobnych miejsc, gdzie bywał.

– Chciałem, aby bohaterowie mojej powieści wyglądali i zachowywali się jak osoby rzeczywiste, były do głębi przekonywujące – takie było jego podsumowanie.

Niektóre osoby z otoczenia Sefardiego zaczęły domyślać się, że mógł on na nich wzorować bohaterów pisanej potajemnie powieści. Wiedzieli, że pisze jakąś nową książkę, ale nie wiedzieli co. Byli zaniepokojeni, że autor przedstawi ich w niej, eksponując zarówno ich zalety jak i wady, czy też kłopotliwe fakty z ich życia. Zażyczyli sobie rozmowy z Sefardim. Nie mógł im tego odmówić. Niezręczną sytuację postanowił obrócić na swoją korzyść. W głowie miał przewrotny plan. Zamiast tłumaczyć się, dlaczego naruszył ich prywatność, zapytał, czy mogliby wyrazić opinię, jak widzą i oceniają swoje literackie odpowiedniki. Reakcje były bardzo różne, niektórzy odrzucili jego prośbę, inni zaakceptowali. Tych ostatnich Sefardi poprosił, aby szczegółowo zapoznali się z dotyczącymi ich fragmentami powieści, a następnie ocenili swoje literackie sobowtóry i zasugerowali zmiany, jeśli uważali to za słuszne.

Krytyka i komentarze pomogły Sefardiemu wzbogacić sylwetki bohaterów, uczynić je doskonalszymi. Było to dla niego bardzo cenne, gdyż mając wielkie doświadczenie wynalazcze, nie miał jeszcze dostatecznej wiedzy i umiejętności pisarskich; miał natomiast ambicję, aby jego powieść stała się prawdziwym arcydziełem podobnie jak jego zegarki. Czuł się jak chirurg plastyczny doprowadzający do perfekcji twarz prawie już doskonałą.

Nie wszystkie kontakty z żywymi wzorami postaci literackich były łatwe i twórcze. Niektóre osoby miały oczekiwania, a nawet pretensje, wychodząc z założenia, że skoro wzoruje na nich swoich bohaterów, to przysługują im jakieś prawa autorskie, a co najmniej prawo do zgłaszania uwag i oczekiwania korekty.

Przeżycia związane z pisaniem powieści spowodowały, że Sefardi nie spał po nocach, tracił apetyt i chudł. Nie umiał sobie z tym poradzić. Czuł, że znalazł się między młotem a kowadłem. Aby wyciszyć się i doprowadzić do ładu, włóczył się po mieście, najczęściej wieczorami, odwiedzając znajome kąty, chodził też nad rzekę, gdzie cumowały łodzie i jachty.

Męczyły go wyrzuty sumienia, że nadużywa zaufania znanych mu, niekiedy bardzo bliskich osób. Ich tożsamości zostały wprawdzie zmienione, aby nikt nie mógł zauważyć podobieństwa, nie dawało to jednak pewności, że czytelnicy nie odgadną, o kogo naprawdę chodzi. Konsekwencje ujawnienia szczegółów ich życia w powieści mogły okazać się dla nich bardzo kłopotliwe.

Sefardi wziął sobie tę możliwość poważnie do serca, kiedy przeczytał o procesie sądowym o naruszenie godności osobistej. Chodziło o autora, który w swojej powieści ujawnił tajemnicę romansu osoby publicznej. Pisarz zapłacił wtedy bardzo poważne odszkodowanie.

Spotkałem śpiącego osobnika. Opowiadanie fantastyczne.

Drodzy Czytelnicy!

To zwariowane opowiadanie to eksperyment późnopiątkowy. Podejrzewam, że nie wszystkim przypadnie do gustu, gdyż nie wszyscy lubią gatunek literacki fantastyki, a bardziej konkretnie podgatunek fantasy. Jeśli komuś opowiadanie się podoba, proszę kliknąć na „Like” (Lubię to). To zadecyduje, czy powinien kontynuować takie literackie miniaturki (nawiązujące do groteski i absurdu) do czy nie.

Pozdrawiam serdecznie,
Michael Tequila

Była niedziela, dzień, w którym wszyscy brali do ręki kartki i coś na nich skreślali. Widać to było wszędzie, w biurach, restauracjach, na boiskach i na placach budowy. Nawet chłopak pasący samotną krowę na skrawku zieleni przy ulicy też trzymał w ręku kartkę, zastanawiając się nad czymś.

Idąc chodnikiem zrównałem się z mężczyzną z wyciągniętymi do przodu rękami. Zachowywał się, jakby poruszał się w ciemności starając się dotykiem odkryć, czy nie stoi mu na drodze jakaś przeszkoda. Swoim zachowaniem przypominał niewidomego, poza tym wyglądał normalnie. Szedł w tym samym kierunku, dołączyłem więc do niego i zapytałem niepewnie, czy wie, co robi. Pytałem z czystej, ludzkiej ciekawości. W miarę jak opowiadał mi swoją historię, zanurzałem się w nią jak w ciemną noc wymieszaną z gęstą mleczną mgłą.

– Dobrze, że z mleczną mgłą, a nie na przykład ze smogiem, którego nie daje się łykać. Smog to trucizna, a mimo to ludzie go tworzą. Eh, ci ludzie! Co to za potwory! – Pomyślałem z niechęcią. Nieodpowiedzialne postępowanie ludzkości tak mnie wyprowadziło z równowagi, że przechyliłem się na prawą stronę. Korzystając z okazji odszedłem na bok, aby dyskretnie splunąć w krzaki. Od razu wróciłem, ponieważ wchłonęła mnie opowieść mężczyzny, który metodą niewidomych przemieszczał się chodnikiem.

Kiedy się odezwałem, że to znowu ja, podjął swoją opowieść. Zaczął od porannego snu, co mnie nie zdziwiło, ponieważ sypiając źle w nocy potrafię nagle usnąć, nawet kiedy powietrze wypełnia głośny świergot porannego ptactwa a słońce świeci prosto w oczy.

– Zasnąłem zaraz po śniadaniu i już się nie obudziłem. Nie przeszkadzało mi to w niczym. Wstałem o godzinie dziesiątej czterdzieści pięć, poszedłem do kuchni i wypiłem szklankę wody z cytryną. Nie była nadzwyczaj smaczna; ale jest podobno niesamowicie zdrowa, bo cudownie działa na wątrobę. Na pewno ucieszyła się z tego. Poczułem to bardzo wyraźnie, coś jakby lekkie mruczenie z zadowolenia. Musi pan wiedzieć, że organy wewnętrzne człowieka mają swoją własną pamięć jak i uczucia. Niektórzy ludzie w to nie wierzą, ale ja to wiem z pewnością. Takie jednostki jak ja, kierujące się intuicją rąk we mgle, są uzdolnione w tym kierunku. Znaczy się głębokiego czucia. – Mężczyzna przerwał na chwilę chyba zastanawiając się, czy przestrzeń przed nim stanowi przeszkodę czy nie, po czym wznowił swoją opowieść.

– Potem zrobiłem sobie kawę. To wątrobie na pewno nie podobało się, bo kawa zakwasza. Pies z nią zresztą tańcował – dodał po chwili zastanowienia. – Kawę piję zasadniczo nieprzerwanie, nie przeszkadza mi to spać. Takim już jestem organizmem. Zobojętniałym kompletnie na kofeinę po upływie nie więcej niż dziesięciu minut od momentu konsumpcji. Może to zależy od materiału z jakiego wykonany jest kubeczek? Mężczyzna pokazał mi kubeczek plastikowy z takąż rurką.

To mi przypomniało, że poprzedniego dnia oglądałem film o plastikach w oceanie i zacząłem rzucać fachowymi terminami: mikroplastik, nanoplastik, mikrozanieczyszczenia. Mikroplastik to drobina polimeru o średnicy mniejszej niż jedna milionowa milimetra, nano oznacza zaś jedną miliardową milimetra. Tego plastikowego łajdactwa jest w oceanach miliardy ton. – Wykrzyknąłem w uniesieniu na wspomnienie gniewnej fali niosącej na barkach polimeryczne zepsucie ludzkości w okolicach Wysp Polinezyjskich.

– Te cholerne mikroplastiki! Co je zeżre? – Mój towarzysz zmartwił się serdecznie, nie otwierając oczu. Czułem to w lekkim drżeniu jego głosu i grymasie, jaki pojawił się na jego twarzy, jakby zaraz miała spłynąć łzami. Doszedł szybko do siebie, bo jego głos zabrzmiał rezolutniej. Odwrócił swoją twarz z otartymi we śnie oczami w moim kierunku.

– Bakterie, wirusy i mikroorganizmy!? – Rzucił w przestrzeń ni to pytanie, ni to odpowiedź, po czym dodał. – To superciekawe, co pan wspomniał, bo ten mikroplastik dostaje się wcześniej lub później do krwi i ogłupia organizm. Z głupim organizmem nie da się zajść daleko. Właśnie przyszło mi na myśl, że mogłem nałykać się przez nieuwagę zanieczyszczonej mikroplastikiem morskiej wody, kiedy ostatnio kąpałem się w Adriatyku, i to właśnie ona utrzymuje mnie w stanie uśpienia.

– Czy pan nadal śpi? – Zapytałem dla sprawdzenia.

– Oczywiście. Mówię przez sen bez najmniejszych problemów. To mi w niczym nie przeszkadza ani w myśleniu, ani w mówieniu. Jestem wszystkiego świadomy. Teraz na przykład idę do biura, gdzie mają urny, a w nich zapewne spalone prochy. Muszę tam wrzucić kartkę, bo to dzień wyborów. Nie dam się spalić, znaczy się skremować. – Zapewnił. – Jestem pełnoprawnym obywatelem i znam swoje prawa. Sroce spod ogona nie wypadłem. Mówił coś jeszcze w podobnym stylu, pogłębiając moje zaniepokojenie do tego stopnia, że uznałem, że z wariatem nie będę gadać. Sam też chyba spałem, jak się okazuje, bo kiedy potrąciłem ramieniem mężczyznę na przejściu dla pieszych pchającego przed sobą rower z dwoma wielkimi worami ziemniaków, zapytał mnie gniewnie:

– Czy pan śpi, czy co, do cholery!?

Wtedy rozejrzałem się wokół. Wszyscy spali. Całe miasto. Tylko dwóch policjantów nie spało. Stali obok budki wartowniczej i patrzyli się przed siebie.

– Panowie nie śpią? – Zapytałem zdziwiony widokiem ludzi w mundurach z szeroko otwartymi oczami.

– Ktoś musi czuwać, k…a mać. Robimy to z obywatelskiego obowiązku, bo właściwie to jesteśmy chorzy, na zwolnieniach lekarskich i powinniśmy być w łóżkach. – Odpowiedzieli uprzejmie salutując do niczym nieosłoniętych głów, bo czapki trzymali przepisowo pod pachami. Oprócz nagich głów i obnażonych gumowych pał mieli także nagie telefony. Czułem, że nawiązują do jakiejś rzeczywistości, nie byłem jednak w stanie skojarzyć konkretnie do czego. Coś mi chodziło po głowie, ale niezbyt dokładnie.

– Nie tylko my nie śpimy, proszę pana. W mieście oprócz nas czuwa także dwóch strażaków, kierowca pogotowia ratunkowego oraz trzej chirurdzy naczyniowi, ale oni są pijani, bo praca przy naczyniach męczy. Mówił mi to pewien znajomy Anglik, który przyjechał do nas do pracy na zmywaku. W sposób naturalny sięga się wtedy po alkohol, a ten – jak wiadomo – przyjmowany w większej ilości usypia. Sprawdzę, czy ci chirurdzy naczyniowi już oprzytomnieli. – Przerwał policjant przypominając sobie regulamin każący zgłaszać każde domniemane przestępstwo.

Zadzwonił. Nikt nie odpowiadał.

– Chyba zasnęli. – Zwrócił się do mnie policjant. – Jeśli tak, to po ptakach. Nikt się teraz z niczego nie wyleczy. Praktycznie rzecz biorąc cały naród śpi, proszę pana. Jak inaczej można wytłumaczyć, że podzielił się nie wiadomo, kiedy i dlaczego. Ale zdaje się, że już budzi się z sennego marazmu. Najpierw w dużych miastach, bo tu powietrze jest najbardziej zabójcze i człowiek w końcu musi się obudzić, aby nie dać się zatruć do cna.

Nawet wiadomość o budzeniu się ludzi z uśpienia nas nie obudziła. Pozostaliśmy w stanie sennego zagubienia; mężczyzna we mgle, ja po wypiciu sześciu kaw, trzej chirurdzy naczyniowi i pozostałe towarzystwo z wyjątkiem dwóch policjantów, dwóch strażaków i kierowcy pogotowia ratunkowego. Co do Anglika pracującego u nas gościnnie na zmywaku, to nie byłem pewien, w jakim jest stanie.