Do Pana Szymona

Przez formularz kontaktowy strony autorskiej otrzymałem dzisiaj email od pana Szymona. Był tak sympatyczny, że postanowiłem go przytoczyć z pewnymi skrótami i odpowiedzieć na niego pozwalając sobie zachować tylko imię nadawcy.

„Spotkaliśmy się dzisiaj w tramwaju na Powstańców Warszawskich. Chciałem Panu podziękować za wizytówkę, którą od Pana otrzymałem. Spodobały mi się Pana opowiadania. Nie czytałem jeszcze wiele, ale na pewno to zrobię. Dziękuję jeszcze raz. Szymon”

Drogi Panie Szymonie,

Pański email to miła niespodzianka i motywacja dla mnie. Proszę do mnie pisać. Może ma pan jakiś ulubiony temat na opowiadanie? Mam kilkadziesiąt projektów. Rozkręcam się. Chcę stworzyć duży zbiór opowiadań, dobrą rozrywkę, dostępną bezpośrednio także ze smartfonu, wartościową literacko (mam nadzieję), pokazującą obecne i rodzące się czasy. Głos każdego czytelnika jest dla mnie cenny.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,
Michael Tequila

PS 1. Pisząc to zachęcam wszystkich Czytelników do przedstawiania swoich opinii bezpośrednio w formie komentarzy do blogów lub poprzez formularz kontaktowy do mnie. Także do stawiania lajków. Są dla mnie ważne, kiedy wybieram opowiadania do publikacji książkowej.

PS 2. Pisać to i tak będę niezależnie od ilości lajków, ponieważ uparłem się zostać znanym pisarzem. Popularność pisarza, to oprócz konsekwentnie dobrej jakości utworów, jedynie dotarcie do dużej ilości Czytelników.

PS 3. Liczę w szczególności na mieszkańców Gdańska, nie wspominając dzielnicy Piecki-Migowo, a konkretnie ulicy Myśliwskie Wzgórze i Osiedla Klimaty, gdzie mieszkam i włóczę się po nocach, kiedy nie mogę spać. 

Bądź patriotą!
Popieraj lokalnego pisarza!
Think globally, act locally!

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 15: Katmandu. Abstrakcja i historia.

Następnego dnia temperatura i ciśnienie zmieniły się, niebo rozjaśniło swój błękit, inaczej pachniało powietrze, wydawało się, że czas uległ przyśpieszeniu i sprawy toczą się szybciej. Uświadomił im to Młody, kiedy zapytał:

– Czy nie sądzicie, że dzisiaj nawet Kantyna jest bardziej przytomny i porusza się szybciej?

Wszystkim udzieliła się atmosfera przyśpieszenia. Rozmowy stały się luźniejsze i jakby ekstrawaganckie. Nagle wzięli sobie do serca lokalną rzeczywistość. Była drastycznie inna niż w Nomadii. Wiedzieli to już wcześniej ale dopiero teraz ją odczuli, jakby tu żyli od lat i doświadczali jej w każdym momencie. To był zupełnie inny świat. Wyłaniał się z chaosu i nie mógł sobie z tym poradzić. Było coś, co pędziło go naprzód, coś, co go cofało do przeszłości, i coś, co trzymało go w miejscu. Nic nie podlegało porządkowi. Chodniki na ulicach stawały dęba, śmieci nie chciały się sprzątać, autobusy nie przyjeżdżały po dzieci, aby zabrać je do szkoły.

Kwitła bieda, ale jej kwiaty nie wydawały słodkich zapachów, tylko stęchły zaduch. Ludzie dniem i nocą koczowali na otwartym powietrzu. Na ulicach sprzedawano, gotowano, rozmawiano, wykonywano prace użytkowe, załatwiano sprawy. Urzędy działały opieszale i byle jak. Mieszkańcy przemieszczali się nieprzerwanie, setkami i tysiącami z miejsca na miejsce niby uparte mrówki. Miasto stanowiło jedno wielkie pole bitwy, gdzie ludzie toczyli bezwzględną walkę z losem o przeżycie do następnego dnia.

Podsumował to Dobroczyńca. Nikogo to nie zdziwiło, ponieważ zawsze był rzecznikiem lokalnych społeczności, zwłaszcza dzieci. W czasie przerwy w zwiedzaniu miasta zebrało mu się na przemówienie.

– W Indiach i w Nepalu wszystko jest święte. Krowy, małpy, szczury, Ganges, bogowie i boginie, ich wcielenia, świątynie. Najbiedniejsi to też święte krowy. Nikt ich nie atakuje, ale też nikt im nie pomaga. Nie sprzedałeś kilku naszyjników, nie użebrałeś, nie przewiozłeś pasażera rykszą, to nie masz co włożyć do ust. To jest ich prawda.

To samo jest z edukacją, opieką lekarską, mieszkaniem i transportem. Nikt się nie przejmuje, że ktoś zachorował i umiera, z wyjątkiem osób najbliższych. A i to nie jest pewne. To okropne!

Po przerwie na odpoczynek i posiłek znowu przyśpieszyli. Przewo mówił krótszymi zdaniami. Ciął je na kawałki, częściej używał równoważników zdań.

– To bardzo stare miasto. Zostało założone w siedemset dwudziestym trzecim roku przez króla Gunakamadevę. O tym królu powiem później, jeśli zostanie mi trochę czasu. Stare miasto jest znane ze świątyń, Obok siebie koegzystują świątynie hinduistyczne, buddyjskie i chrześcijańskie, chociaż chrześcijan jest tu jak na lekarstwo. To tylko kilka kościołów protestanckich i sal Królestwa Świadków Jehowy.

– To my jesteśmy w Katmandu większą grupą chrześcijan? – Inżynier uniwersalny usiłował wtrącić swoje dwa grosze. – Ale co to za chrześcijanie! – popatrzył wymownie na Kantynę usiłującego na uboczu dolać sobie kawy z termosu, o którym wszyscy wiedzieli, że mieści tylko alkohol.

Adresat inżynierskich uwag nie tylko nie poczuł się urażony, ale wyprostował się jakby przywrócono mu godność. W swojej pomrocznej rzeczywistości or również uczestniczył w grze wymiany myśli i opisów lokalnej rzeczywistości. Rozmawiali na luzie, tak jakby sprawy życia i śmierci, losu jednostki, boskich wyroków, brudu i czystości, choroby i zdrowia były równie ważne jak ołówek, stara kanapka z szynką, gumka do majtek czy ulotne spojrzenie przechodnia na ulicznego sprzedawcę.

Powaga wróciła do nich, kiedy zwiedzali niezwykłe zabytki starej części Katmandu: Durbar Square z pałacem królewskim Hanuman Doka,

Patarn Durbar Square (zdj), Bhaktapur oraz stupę Swayambhunath.

Stupa znana była także jako Świątynia Małp, których wiele żyło w jej północno-zachodniej. Przewo wyjaśnił, jest stupa to budowla sakralna symbolizująca oświecony stan Buddy.

– Na terenie Sri Lanki stupy buddyjskie noszą nazwę dagoby, w Tajlandii – czedi, w Indonezji – candi, w Bhutanie, Nepalu i Tybecie – czortenu, w Mongolii – suburganu. Czy nie jest to ciekawe? – zapytał oczekując z nadzieją, że ktoś zechce się z nim zgodzić.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 14 Katmandu

W drodze do Katmandu autobus zatrzymał się, aby uczestnicy wycieczki mogli zrobić zakupy w wielopiętrowym domu towarowym Bhat-Bhati Supermarket and Departamental Store. Jego pełen opis był niezwykle bogaty i zawierał w sobie określenia w rodzaju global, international, imperial, gigantic i futuristic. Właścicielem domu był Baba Ditto, Hindus z Varanasi, posiadacz wielkiej fortuny, człowiek o nieprzeciętnych zdolnościach, marzyciel i twórca idei łańcucha wznoszących się reinkarnacji, z których każda następna jest doskonalsza niż jej poprzedniczka.

Ditto pokazywał się niekiedy przy wejściu głównym do Bhat-Bhati, w garniturze z jedwabiu, z krzaczastą brodą i wąsami skutecznie ukrywającymi dolną część twarzy, oraz złotym sygnetem na ręce, aby rozdawać ulotki i rozmawiać z klientami. Jeśli rozmowa sprawiała mu przyjemność, częstował osobę wyróżnioną gorącą kawą w malutkiej filiżaneczce i oferował autograf z swoim zdjęciem dużego formatu. Ich zapas nosił za nim służący, biały Europejczyk, w liberii, płynnie mówiący czterema językami. Był to Anglik zatrudniony przez Babę dla upamiętnienia czasów Imperium Brytyjskiego, kiedy Anglicy zatrudniali Hindusów w roli służących. 

Dom towarowy Bhat-Bhati cieszył się sławą największego sklepu na kontynencie i na świecie. Był doskonale zaopatrzony; najdrobniejszy produkt nie mógł być ustawiony  na półce jeśli nie był dostępny w co najmniej w pięciu odmianach.

Uczestnicy wycieczki szybko wymienili się informacją, że na czwartym piętrze, w południowym skrzydle, jest niesamowity wybór herbat ekologicznych zwanych tu organicznymi. Były one w różnych opakowaniach, od prostego do najbardziej luksusowego, były bardzo dobrej jakości i miały rozsądne ceny. Wszyscy zaopatrzyli się w większą ilość herbat jako upominki dla rodziny i przyjaciół.

Czas zakończenia zakupów ustalono na godzinę piętnastą piętnaście. Zbliżała się już godzina szesnasta, a część podróżnych wciąż robiła zakupy. Pozostali, czekający już w autobusie, niecierpliwili się coraz bardziej. Kiedy zauważono, ze nie ma też Kantyny, zdenerwowanie pogłębiło się. Zaczęto przeklinać.

– Zaraz go przyprowadzę – zaoferował się Dobroczyńca.

Po kilku minutach, szybciej niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać, wrócił razem z alkoholikiem.

– Skąd wiedziałeś, gdzie go szukać? – padały pytania.

– To nie było trudne. W dziale alkoholi. Siedział i gapił się na sprzedawcę, czekając na zapakowanie trzech butelek “Desi Daru”, najbardziej popularnego alkoholu na Półwyspie Indyjskim. Kantyna wie, co jest dobre. Wiedzy o alkoholach nie można mu odmówić. To coś rewelacyjnego! To najlepszy na świecie absynt – wyciąg z kwiatów i liści piołunu, anyżu oraz kopru włoskiego z niewielkim dodatkiem innych ziół. Otrzymuje się go w procesie ekstrakcji.

Zasięgnąłem języka i kupiłem do przetestowania absynt o nazwie Gogoo-Loo, produkowany z dodatkiem wydzieliny jakiegoś egzotycznego robaka. To najmocniejszy alkohol na świecie, ma osiemdziesiąt czystego alkoholu. Jest zakazany w wielu krajach. Po kilku kieliszkach można już mieć urojenia, a z całą pewnością następnego dnia. Nigdy jeszcze nie przeżyłem delirium, dlatego musiałem go kupić – w miarę opowiadania Dobroczyńca ożywiał się coraz bardziej.

– Po wypiciu Gogoo-Loo nie można już pić innego alkoholu, jeśli chce się dożyć następnego dnia. To przeżycie na miarę reinkarnacji.

To, co mi powiedziano tak mnie poruszyło, że nabyłem dwie butelki. Inne trunki wyglądają przy nim jak bezalkoholowy szampan dla dzieci. Jak tylko ruszymy, zaczynam rozlewać. Możecie już ustawiać się w kolejce.

Wieczorem, po kolacji, grupa oglądała tańce newarskie w restauracji Nepali Chudo w hotelu Northcrop. Mieścił się on w dwupiętrowym budynku zbudowanym z czerwonej cegły, bardzo przyjemnej dla oka. Każde piętro otaczał balkon osłonięty metalową barierką. Od podstawy ściany frontowej strzelał w górę blaszany komin; kończyła go konstrukcja przypominająca dziwaczną budkę dla ptaków.

Większość czasu tańczył mężczyzna o twarzy, uśmiechu i wdzięku kobiety; każdy gest jego ramion i dłoni wyrażał delikatność. Przygrywała mu dwuosobowa orkiestra. Goście siedzieli przy długich stołach i smakowali sake serwowane w mikroskopijnych kieliszkach.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 13: Problem Kantyny

Wysoki, dobrze ubrany chudzielec o wiecznie zamglonych oczach, od początku wycieczki miał sławę moczymordy, która prawie natychmiast przysporzyła mu ksywę Alkoholik. Zastąpiła ona dziwne imię Baraku, jakie sam zainteresowany podał Przewo – w rzadkiej chwili półprzytomności – w obecności kilku członków grupy. Nikt mu jednak nie uwierzył, ponieważ oczy miał zeszklone niby maślaki wyjęte z octu.

Pierwszy wypowiedział się Fotograf.

– To nie jest dobry pseudonim. Wprawdzie dokładnie określa samego zainteresowanego, ale rzuca negatywne światło na nas wszystkich, ponieważ jest jednym z nas, obywatelem tego samego kraju. Mnie to krępuje. 

Kilka osób poparło Fotografa również uznając ksywę za niezręczną. Zaproponowali w zamian Alko, argumentując, że jest to określenie prostsze, doskonale zrozumiale dla grupy, niezrozumiałe natomiast dla ludzi z zewnątrz, przede wszystkim recepcjonistów, kelnerów i barmanów oraz innych pracowników obsługi w hotelach, gdzie się zatrzymywali, kimkolwiek by oni nie byli.

Nowa ksywa też napotkała opór. Kilka osób uznało, głównie kobiety, że Alko brzmi zbyt łagodnie.

– Ten pijus nie przysparza nam sławy i nie musimy go oszczędzać.

Ktoś natychmiast zaproponował Szynkwas, uzasadniając, że jest to określenie wyraziste, historyczne i niezrozumiałe dla tubylców. Odbyła się dyskusja, zanim wszyscy zgodzili się, że wprawdzie jest to nazwa historyczna, to jednak bardzo już zdezaktualizowana i zaprzeczająca godności człowieka, choćby nawet podłego gatunku.

– Psa tak można nazwać. Nie pasuje to jednak do człowieka. W ogóle mi ona nie leży – był to głos Ateisty, inżyniera z górnej półki, o tyle nietypowy, że on sam otwarcie deklarował się jako nieprzejednany wróg alkoholu i pijaków.

Nie był to koniec ewolucji pseudonimu. Dyskusja trwała jeszcze przy kolacji. Ostatecznie przyjęła się ksywa Kantyna; uznano ją za najbardziej wyważoną.

*****

Wymyślenie ksywy niczego nie rozwiązywało oprócz problemu komunikacji między członkami grupy. Już z samego rana następnego dnia Kantyna pojawił się na śniadaniu z twarzą zaciemnioną pustką alkoholowego wyczerpania. Chodził między stolikami zwracając na siebie uwagę innych gości hotelowych i obsługi. Po zakończeniu posiłku, kiedy szli do autobusu, wlókł się milcząco za grupą na gumowych nogach, zupełnie jak robot, tylko bardziej miękko, mniej mechanicznie. Wszyscy już wiedzieli, że potrafi trwać w stanie nieustannego upojenia, dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– A nawet dłużej. On jest po prostu niezniszczalny – dodawali kiwając z niechęcą głowami ci, którzy mieszkając w sąsiednich pokojach w hotelu widywali go najczęściej.

*****

Sytuacja okazała się podlejsza niż można było przewidywać. Rozmawiali o tym z Przewo, odpowiadającym za grupę z ramienia firmy turystycznej, organizatora wyjazdu, oraz między sobą; nikt jednak nie widział rozwiązania.

Kantyna okazał się przekleństwem grupy wycieczkowej. Trzeba było nieprzerwanie go pilnować, ponieważ zgodnie z regulaminem wycieczki grupa miała podróżować razem. Istniał ponadto dobry zwyczaj i praktyka, że członkowie grupy pomagali sobie i wzajemnie się pilnowali, na ile tylko było to praktyczne.

Z Kantyną było inaczej. Nikt nigdy nie wiedział, gdzie jest i co robi. Starał trzymać się grupy, najczęściej jednak to mu się nie udawało. Dobroczyńca, sam nie wylewający za kołnierz, przypisywał mu demoniczne możliwości. Twierdził, że opiera je na obserwacjach.

– Kantyna to prawdziwy prestidigitator; on potrafi wydobyć alkohol nawet z podłogi. Sam wczoraj widziałem, miał akurat uchylone drzwi do pokoju, jak przykucnął przy fotelu, włożył do ust rurkę wyjętą chyba ze szpary w podłodze, i pił. Nie mam pojęcia, jak on to robi.

Zła sława Kantyny rosła z dnia na dzień. Jedynym i niezaprzeczalnym plusem było to, że był on niezwykle spokojny, a nawet uczynny, nie podnosił głosu, nie awanturował się.

– On jest jak z waty, miękki i wyciszony. Dotkniesz go i nic nie czujesz. – Darczyńca miał o Kantynie więcej wiedzy niż inni. Przyciśnięty wyjawił, że usiłował zbliżyć się do niego, zaprzyjaźnić i zrozumieć, aby móc na niego wpływać.

– Mam wrażenie, że on uważa siebie za kogoś duchowo zbliżonego do sadhu, ascety i cierpiętnika. Błądzi we mgle zadumy duchowej, jaką w Indiach nazywają stanem błogosławionego zamyślenia. Powiedział mi to kiedyś, kiedy wydawało mi się, że uda mi się zaprzyjaźnić się z nim.

Na prośbę grupy Darczyńca zobowiązał się zebrać więcej informacji o Kantynie. Dostarczył mu ich telefonicznie brat jego serdecznego przyjaciela ze studiów. Jak się okazało, to żona Kantyny wysłała go na wycieczkę.

– Już nie daję sobie rady. Wreszcie będę mieć trochę wolnego czasu dla siebie. Nie będę musiała pilnować go, aby nie wpadł pod samochód, autobus lub tramwaj. To alkoholik, który nie chce się leczyć, uważając, że nic mu nie jest. Wielka szkoda, że u nas nie ma więzienia za alkoholizm i przymusowego leczenia! Kiedy Baraku jest sam, pije mniej, twierdząc, że nie podoba mu się samotny obraz w lustrze; woli patrzeć ma inne twarze. Ma przebłyski świadomości, zrobi nawet zakupy, ale nie mogę go nigdzie wysłać, bo mając pieniądze kupuje alkohol w dużych ilościach. O godzinie czwartej mój rabbi krząta się po kuchni, niespokojna dusza, sprząta, słyszę szuranie, przestawia butelki. Bardzo to lubi. On potrafi wszystko, nawet przeżyć delirium trzy razy dziennie, kiedy idzie w tan z kolegami.

W czasie spotkania grupy po kolacji, ktoś nazwał Kantynę makabrą i upiorem. Kindżał, sam oryginał nieokiełznany w poglądach, zaprotestował.

– Takie słowa gwałcą logikę horroru i strachu, która intensywne opisy rezerwuje dla zdarzeń gwałtowniejszych niż włóczenie się gdzieś po pijanemu, mianowicie do scen ociekających posoką i krwią przegryzionego gardła. Tak nie powinniśmy mówić.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 12: Inżynier uniwersalny.

Po zakończeniu zwiedzania Parku Narodowego Chitwan, późnym popołudniem grupa wyruszyła w drogę powrotną do Katmandu. Podróżowali jak zwykle autobusem. Był to już ósmy z kolei dzień podróży, dostatecznie długo, aby wszyscy poczuli się zmęczeni zanim dotarli do celu. 

Wieczorem spotkali się na kolacji odświeżeni kąpielą lub prysznicem oraz drzemką, w zależności od tego, na co kto miał ochotę. Po posiłku nikomu nie chciało się wychodzić na zewnątrz, siedzieli więc przy stolikach, mając przed sobą kawę, herbatę, sok lub jakiś drink. 

– Przypomina to relaks po wątpliwej sesji obżarstwa – Iwan Iwanowicz żonglował słowami próbując sformułować jakąś myśl. Czuł się syty i rozleniwiony. Siedział między Kindżałem a Rasputinem, mężczyzną o czarnej brodzie, którego ze słynnym pierwowzorem łączyło jedynie imię skojarzone z krzaczastym bogactwem zarostu twarzy.

Rozglądając się, Iwan Iwanowicz zauważył, że wszystko zdawało się być określone trójkowo, okna na ścianach restauracji, kelnerzy dyskutujących między sobą na drugim końcu sali, nawet potrójne drzwi wejściowe do pomieszczenia. Towarzystwo siedzące po drugiej stronie stołu prowadziło ożywioną rozmowę. Siedzący w środku mężczyzna przypominał kształtem gruszkę; tęższy w siedzeniu, zwężał się ku górze na kształt trójkąta z przyciętym płasko szczytem. Widać było, że nie sportuje się nadmiernie, zagubiony w morzu ludzkich potrzeb i problemów. Iwan Iwanowicz bezskutecznie usiłował przypomnieć sobie jego imię; w końcu poprosił Kindżała o podpowiedź.

– Nie siedzieliśmy jeszcze z nim przy jednym stole. To inżynier, chyba specjalności gazowniczej. Jak sobie przypominam, nazywają go Ateistą. Słyszałem, jak mówił o sobie, że jest inżynierem uniwersalnym z górnej półki inżynierskiej. Tak, tak właśnie powiedział. Mówił też, że wierzy w Boga, ale z zasady jest ateistą. To jakiś dziwak. Tylko tyle wiem  – zakończył Kindżał, po czym obrócił się w kierunku Dobroczyńcy siedzącego dalej po prawej stronie, aby poprosić go o podanie cukiernicy.

Iwan Iwanowicz przyglądał się Ateiście. Męczyła go  jego nietypowa sylwetka. Zastanawiał się, czy bardziej przypomina mężczyznę o wyglądzie kobiety czy też kobietę o wyglądzie mężczyzny. Zaintrygowany, zaczął wsłuchiwać się w rozmowę tocząca się po drugiej stronie stołu. Ateista mówił wyraźnym, lekko podniesionym głosem; własne słowa i słuchające go otoczenie wyraźnie go ekscytowały. Iwan Iwanowicz pomyślał, że był to człowiek kochający mówić, aby go podziwiano i uwielbiano. Przyszło mu do głowy, że potrzebuje uznania innych osób, ponieważ nie znajduje go w sobie. Poprzez szmer innych rozmów dobiegły go wyraźnie słowa:

– Ja, proszę państwa, w sprawach zawodowych zawsze mam rację No, powiedzmy, prawie zawsze. Po prostu, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – Ateista przerwał, aby pyknąć z fajki, którą chwilę wcześniej włożył w usta.

W głębi restauracji trzech śniadych mężczyzn, jeden w białym fartuchu i  czepku kucharskim, kelner w liberii oraz mężczyzna w garniturze, prawdopodobnie kierownik sali, nie zwracali uwagi, że ktoś pali na sali. Czekali wyłącznie na oznaki zainteresowania nimi, prośbę o wyjaśnienie lub pomoc, podanie potrawy lub napoju, lub jakikolwiek inny znak, który pozwoliłby im wykazać się inicjatywą. Z boku po prawej stronie grupki stały stoły z podgrzewanymi metalowymi pojemnikami, w których dymiły potrawy.

– Ja, proszę państwa, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – powtórzył inżynier dostatecznie głośno, aby słyszano go także przy innych stolikach. – Kiedy mają problemy z hydrauliką, to przychodzą do mnie. Walą do mnie jak w dym. Jestem dobry, nie chwaląc się. Jak tylko jakiś problem, to oni od razu do mnie.

– Z wszystkim? – podchwycił siedzący obok Fotograf.

– No ….. Może nie we wszystkim, ale w bardzo szerokim zakresie spraw wymagających wiedzy naukowej i doświadczenia – wyjaśnił trójkątny od podstawy Inżynier-Ateista. – Z cała pewnością w takich dziedzinach jak hydraulika, chłodnictwo, dużo elektryczności i spor mechaniki. Jestem, co tu dużo mówić, mistrzem w tych sprawach. Bywa tak, że do mnie dzwonią, pogubili się, nie wiedzą, co robić. Dzwonią i mówią:

– Panie inżynierze, pogubiliśmy się. Niech pan nas ratuje. Bez pana nie damy rady. To będzie klęska! Przyjeżdżam, patrzę, siedzą w kilku po obydwu stronach korytarza w piwnicy budynku, z tymi wszystkimi rurami na ścianach i pod sufitem, głowy zwieszone. Normalnie pogubili się. Widzę to wyraźnie i od razu, z kopyta, jak to mówią, przystępuję do roboty. Mnie nie potrzeba dużo czasu ani wysiłku, aby znaleźć przyczynę problemu i go rozwiązać. Dobry jestem. Nie mówię tego, aby się chwalić, ale po to, abyście po prostu wiedzieli.

– Poza tym jestem … Inżynier pochylił się do przodu dla wyjawienia sekretu, przyciągając ku sobie głowy osób siedzących wokół, aby głośnym szeptem wyjawić tajemnicę:

– Jestem abstynentem. Całkowitym i bezkompromisowym. – Wyprostował się i od razu dodał: – Jestem także agnostykiem. Nie jakimś tam bezbożnikiem, ateistą, jak czasem o mnie mówią, teistą, czy nawet deistą. W Boga nie wierzę, ale ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam jego istnienia.

– To dosyć wygodne. Nie sądzi pan? – Zaczepnie podjął Fotograf.

Inżynier uniwersalny popatrzył na niego uważnie, spod brwi, i nie tracąc rezonu, wyjaśnił spokojnym głosem.

– To jest bez znaczenia, co pan sądzi. Moja postawa jest naukowa. Zacząłem ją budować  za czasów chłopięcych, a później, już jako inżynier, osoba dojrzała, rozwinąłem i pogłębiłem. Dla mnie wyjaśnienie istnienia czy nieistnienia Boga jest szokująco proste. Po prostu, nie jest możliwe stwierdzić, że Bóg istnieje ani też, że nie istnieje. Tutaj, w Indiach i w Nepalu, mają pod tym względem łatwiejsze życie. Ich bogowie są o niebo łatwiejsi do zdefiniowania. 

Siedzący obok członkowie grupy nie podjęli dyskusji ani nie zachęcali Inżyniera do dalszych wynurzeń. Prawdopodobnie uznał, że sesja dyskusja jest zakończona i on, inżynier uniwersalny, nie ma co wywnętrzać się dalej przed ludźmi, laikami, o prostszej niż jego konstrukcji i zasobach wiedzy i doświadczeń.

Wieczorem Iwan Iwanowicz widział go z okna swojego pokoju, jak stał przed wejściem do hotelu przyglądając się obojętnie scenom ulicznym. Inżynier ożywił się jedynie na widok tubylca wiozącego stos paczek na rykszy-platformie tak wielki, ze wprost niemożliwe było, aby cała ta konstrukcja była w stanie zachować równowagę dłużej niż kilkanaście sekund.

Ateista palił nierozłączną fajeczkę; kółka dymu tworzyły wokół niego aurę zobojętnienia wobec wszelkich spraw nie dotyczących hydrauliki, chłodnictwa, elektryki i mechaniki.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 11: Park Narodowy Chitwan.

Na terenie Parku Narodowego Chitwan podróżnicy spędzili prawie dwa dni, doświadczając urzekającego piękna dziewiczej przyrody. Park należał do światowej klasy zabytków UNESCO. Położony między dwoma dolinami rzecznymi miał ponad dziewięćset kilometrów kwadratowych. Teren był pagórkowaty, przepływały przez niego trzy rzeki, Narayani, Rapti i Reu, zasilające i utrzymuje w dobrej kondycji obszary bagien i mokradeł. Większość terenu porastały drzewa damarzyka mocnego, na suchszych wzniesieniach rosły sosny, było także sporo palm. Na wilgotniejszych stokach zachwycała bogatą różnorodność gatunków bambusa.

Iwanowi Iwanowiczowi park zdał się być wielką, naturalną arką Noego, goszczącą sześćdziesiąt gatunków ssaków i trzysta pięćdziesiąt gatunków ptaków. Królem był tygrys bengalski, w parku żyło ponad trzysta tych zwierząt.

Drugim źródłem chluby administracji parku były nosorożce indyjskie, łącznie sześćset pięćdziesiąt sztuk, gatunek zagrożony wymarciem podobnie jak tygrysy bengalskie.

Od czasu do czasu przenikały na te tereny dzikie słonie z Valmiki National Park w poszukiwaniu damskiego towarzystwa.

Inne zagrożone gatunki zwierząt żyjące w parku to gawial gangesowy, hubarka bengalska, lampart, kotek cętkowany, gaur, suzu gangesowy, krokodyl błotny, sambar jednobarwny i wargacz leniwy. Gatunki wszystkich żyjących tu ssaków podawano tylko w języku angielskim i nepalskim. Iwan Iwanowicz zanotował je i po powrocie do Nomadii odszukał w Internecie rodzime nazwy. O większości tych zwierząt słyszał po raz pierwszy w życiu: jeleń Hyelaphus, mundżak, aksis czytal, kuna żółtogardła, cyweta, kot błotny, szakal, hiena pręgowana, lis bengalski, dzioborożec wielki, wężojad czubaty, rybożer białosterny. Za dnia zwierzęta były mało aktywne; tylko nieliczni turyści mieli szczęście zobaczyć jakieś zwierzęta. Z ptakami było łatwiej.

*****

Cała grupa numer trzynaście z samego rana zakwaterowała się w parkowym hotelu. Warunki zamieszkania były niewyszukane. Iwan Iwanowicz dzielił pokój z Kindżałem na parterze budynku.

Siedząc na tarasie pod dachem czekali na Przewo, kiedy nieoczekiwanie spadł deszcz. Krople wody głośno uderzały o liście palm przypominających wychudłe, szarozielone butelki. Nad ich głową, piętro wyżej, przebudził się rój pszczół zaczepiony pod krawędzią dachu jak gruba, ruszająca się, trójkątna chusta. W łazience przeciekała umywalka, nie dawała się naprawić nawet prowizorycznie, więc przestali o niej myśleć. W atmosferze oczekiwania, deszczu i narastającej wilgoci znikała chęć rozmowy o czymkolwiek.

– Nie ma co się przejmować. Przemieszkamy tu tylko jedną noc – pocieszali się nawzajem.

– Najważniejsze, aby nie ci zamokły sztylety. Mogłyby zardzewieć – ostrożnie sugerował Zegarmistrz.

– A tobie pamięć i notatki; nie dałoby się ich odzyskać, gdyby nie daj Boże rozmokły w wodzie – Kindżał nie pozostał dłużny. Zaśmiali się obydwaj.

Pierwszym punktem programu zwiedzania był spływ kajakowy. Płynęli rzeką Rapti po dwie osoby w kajaku. Oprócz ptaków, widzieli tylko dwa lub trzy gawiale wylegujące się na brzegu.

Dla ludzi nieobytych z dziką przyrodą była to niezwykła była bliskość; niebezpieczne zwierzęta żyjące na wolności kilkadziesiąt metrów od człowieka. Lokalny przewodnik wyjaśnił, że rzeka staje się coraz uboższa w wodę, klimat coraz bardziej suchy, a gleba bardziej pylista.

Następnego dnia, a może nawet tego samego, odbyli jeszcze jedną wyprawę, na słoniach, dumnie określaną mianem safari. Pobyt w parku zakończyła przejażdżka wozami ciągnionymi przez bawoły. Tę drugą imprezę Zegarmistrz zapamiętał jako niekończące wleczenie się prymitywnych dwukołowych wozów po zalesionych bezdrożach. Siedział na samym początku pierwszego wozu, mimowolnie obserwując grzbiety zwierząt pociągowych. Przyglądał im się, ich zachowaniu, sposobie poruszania się. Lewy był dużo wolniejszy. Woźnica, starszy, szczupły pan w okularach na twarzy profesora wyższej uczelni, łagodnie poganiał go, lekko dotykając batem końca jego grzbietu lub nasady ogona. Z dwóch zwierząt ciągnących wóz, ten jeden zawsze pozostawał z tyłu, podobnie jak jego jarzmo na grubym karku w stosunku do jarzma towarzysza. Siedząc obok poganiacza podróżnik chętnie wdałby się w pogawędkę, gdyby nie to, że profesor był prostym wieśniakiem bez znajomości choćby jakichkolwiek dwóch wyrazów obcych.

Przejażdżka na słoniach była nieporównywalnie ciekawsza. Kindżał, Zegarmistrz, Fotograf i Wysoka z Kokiem jechali razem. Na palankin umocowany na grzbiecie słonia wsiadali z drewnianej wieżyczki. Jej płaski szczyt miał postać małej platformy ogrodzonej barierką z czymś w rodzaju niskiej furtki, przez którą trzeba było fizycznie przesunąć się na palankin.

Słoń jako uniwersalny pojazd terenowy okazał się nadzwyczajny. Powoził nim mieszkaniec lokalnej wsi, jego właściciel, opiekun i poganiacz. Podróżnicy nie potrzebowali wiele czasu, aby zorientować się, że poganiacz i jego zwierzę w jakiś szczególny sposób komunikują się ze sobą kierując się podobnymi odczuciami. Obydwu sprawiało radość, kiedy zwierzę podchodziło pod stromy brzeg rzeki lub schodziło gwałtownie w dół po nierówności terenu.

Kiedy turyści przechylali się czując, że zaraz wypadną z palankinu, malutkie oczka słonia rozjaśniały się drobniutkimi iskierkami. Podobnie na niepokój podróżnych reagował poganiacz. Ich przywilejem był z kolei swobodny komentarz we własnym języku.

– Słoń i poganiacz chyba lepiej rozumieją się nawzajem, a może nawet są sobie bliżsi, niż my i on, choć jesteśmy przedstawicielami tego samego gatunku.

– Co to za gatunek, co wyrzyna się nawzajem jak barbarzyńcy a w krańcowych wypadkach głodzi bliźnich na śmieć lub upodla do granic możliwości, aby w końcu przepuścić ich przez komin obozu koncentracyjnego? – Reakcja Kindżała zaskoczyła towarzystwo. Nikt czegoś takiego się nie spodziewał. Kindżał nigdy tak nie reagował, miał raczej pogodne, filozoficzne usposobienie. Jego wypowiedź przecięła rozmowę jak najostrzejszy z jego sztyletów. Zamilkli wobec szokującego rozmiaru prawdy, jakim potworem potrafi być człowiek w porównaniu z najdzikszym zwierzęciem.

Na równym terenie jazda przypominała swobodne huśtanie się na grzbiecie słonia. Dla urozmaicenia drogi przez busz poganiacz demonstrował niezwykłe zdolności swego zwierzęcia. Rzucał jakiś przedmiot w górę i kiedy ten już upadł na ziemię, jego pupil go odszukiwał, chwytał koniuszkiem trąby i podawał mu do ręki. Zawiadamiał też trąbieniem, kiedy w pobliżu znajdowały się inne zwierzęta.

– Słoń trąbi w różny sposób, w zależności od tego, jakie zwierzę, a nawet ptaka, widzi w pobliżu. – wyjaśnił Nepalczyk.

Chodziło oczywiście nie o gatunek zwierzęcia, ale o jego wielkość. Niebezpieczny tygrys czy też spokojniejsze, ale duże zwierzę, wzbudzało w sposób naturalny inne odczucia kierującego się instynktem słonia.

-– O! Teraz na przykład sygnalizuje, że gdzieś w pobliżu jest krokodyl – przerwał ciszę poganiacz koncentrując wzrok na rzece Rapti, w kierunku której zmierzali. I rzeczywiście, chwilę potem zobaczyli gawiala wylegującego się na słonecznym skrawku ziemi po drugiej stronie rzeki.

Historiami o umiejętnościach i zachowaniu słonia podróżnicy dzielili się z innymi uczestnikami wyprawy w trakcie posiłku. Kindżał z poważną miną przedstawił historię okularów przeciwsłonecznych, które upadły mu na ziemię, kiedy nadmiernie wychylił się do przodu. 

– Słoń to zauważył, zatrzymał się, odszukał okulary w trawie, jaka tam rosła, chwycił je koniuszkiem trąby, niezwykle delikatnie i podniósł na wysokość mojej twarzy – Kindżał zamyślił się, co dalej zełgać, kiedy odezwał się czyjś niecierpliwy głos:

– Opowiadaj! Opowiadaj! Co dalej?

– Nic! Kiedy wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę, słoń wziął ją ode mnie, przetarł soczewki i nałożył mi okulary na nos. To było niesamowite.

Reakcja słuchaczy była mieszana.

*****

W trakcie wypraw po parku i okolicach Iwan Iwanowicz z wytrwałością godną lepszej sprawy notował nazwy sklepów, firm, szkół i organizacji. Wydawały mu się zbyt egzotyczne, aby powierzyć je tylko pamięci. Miały dla niego niepowtarzalny urok, podobnie jak żywa przyroda widziana oczami człowieka nawykłego do betonu, asfaltu, mechaniki i konstrukcji miejskiej natury jego cywilizacji. W istocie rzeczy były oryginalne: Jayamata Kalika Oil Store, Ratopul, Sipradi Autoparts, Gausala, Kalanki, Gaushala Internet Travel, Baidehi Guest House, Matrix Energy, Drinks Yeti Yatalat, Panchakanya, Pashupati Area, Shree Gansesh, Sipradi Shiva Ratin Palace.

Iwan Iwanowicz mimo dojrzałości swego wieku lubił bawić się podobnie jak dzieci. Tłumaczył to sobie naturalną skłonnością do dziecinnienia w miarę starzenia się. Było w tym jeszcze coś głębszego, mianowicie przekonanie, że naturalna ciekawość świata jest najpiękniejszą z cech dziecka, ideału człowieczeństwa, którą zbyt szybko i bezpowrotnie traci ucząc się kłamstw i manipulacji osób dorosłych.

0Shares

Niedziela z Alberto. Opowiadanie erotyczno-kryminalne. Wszystkie odcinki (1- 4)

Odc. 1

O godzinie szóstej rano dzień zapowiadał się zwyczajnie jak sałatka z dojrzałych pomidorów malinowych, którą jem co najmniej pięć razy w tygodniu. Była to niedziela, dziwnym trafem bez dzwonów, zaczynających dudnić już o godzinie piątej czterdzieści pięć. Nie wiem dlaczego uznałem to za coś niezwykłego, bo cisza nie jest czymś, co człowieka powinno szokować. Naszło mnie pragnienie, aby był to szczególny dzień, lepszy niż inne. Zdecydowałem się przeżyć go inaczej, szlachetniej. Na początek zafundowałem sobie kawę z goździkami i imbirem, celebrując proces jej przygotowania.

Jestem technikiem dentystycznym, mężczyzną żonatym i dzieciatym. Bez chęci przechwalania się dodam, że jestem namiętny, przede wszystkim uczuciowo i mam za sobą niemałe doświadczenia miłosne. W życiu, które uznaję za sztukę, mimo że przypomina mi czasami złamaną protezę dentystyczną, wyrobiłem sobie dobre nawyki służące zwalczaniu złych przyzwyczajeń. Uważam to za ważny dorobek i chętnie się nim dzielę.

Mam na to przykłady. W nocy długo siedzę przed ekranem komputera, źle potem śpię, więc rano piję morze kawy, aby się obudzić. Albo, późnym wieczorem najadam się chleba z szynką lub owoców, przepadam za jednym i drugim. Przejedzenie się męczy mnie potem przez całą noc; jestem niewyspany, więc rano parzę sobie zioła na uśmierzenie niepokoju. Oba środki, kawę i zioła, stosuję kiedy tylko mogę. Staram się być w tym konsekwentny, ponieważ poprawiają one jakość mojego życia.

O godzinie szóstej piętnaście z kubkiem kawy w ręce wyszedłem na balkon. Dom u dołu otoczony był zielenią, u góry ciszą, z rzadka przerywaną odległym warkotem samochodu lub niedalekim skrzeczeniem niespokojnej sójki. Byłem sam, a właściwie to z książką, cudownym zbiorem opowiadań Alberto M, w którym zakochałem się począwszy od piątej strony, kiedy ostatecznie pokonały mnie jego bujna wyobraźnia oraz niespotykany talent opowiadania o życiu.

Alberto poznałem kilka lat wcześniej na wakacjach w Rimini. Zadecydował o tym czysty przypadek, który ponuracy nazywają losem lub opatrznością, w zależności od charakteru wydarzenia. Lato było wtedy wyjątkowo chłodne. Stałem niezdecydowany nad wodą, wchodzić czy nie wchodzić, bo była dość zimna, a ja nie lubię chłodnych kąpieli. W rozwiązaniu problemu pomógł mi mężczyzna. Był opalony i przystojny. Wziął mnie za rękę, powiedział, abym się nie bał i weszliśmy razem do wody. Był to właśnie Alberto. Spędziłem z nim godzinę na rozmowie, podczas której patrzył mi w oczy. Nie było to niemiłe. Potem nasze drogi rozeszły się. Nawet nie wiedziałem, że jest pisarzem. Dowiedziałem się tego później, kiedy przypadkowo w księgarni zobaczyłem zbiór opowiadań z jego zdjęciem na okładce. 

Teraz to wszystko stanęło mi przed oczami. Lazurowy Adriatyk, piasek, leżaki, drobniutkie i ostre fragmenty muszelek na plaży. Zapamiętałem miejsce, gdzie się kąpaliśmy: kolorowe parasole, leżanki, piękna szeroka plaża ciągnąca się aż po horyzont. Za plecami mieliśmy budynki zaplecza, lekkie białe konstrukcje, schludne i czyste przebieralnie, kioski z napojami, restauracje, bary i kafejki, poprzedzielane zielonymi palmami. To wszystko widziałem w mej pamięci równie wyraźnie jak na zdjęciu.

Siedziałem na balkonie apartamentu i zastanawiałem się, skąd wzięło się u mnie upodobanie do wytworów wybujałej, niezwykle słodkiej i dusznej twórczości Alberto. Zauroczony jego opowiadaniami, popijałem kawę i wdychałem rześkie powietrze czekając na promienie słońca, mające pojawić się lada moment zza drzew.

To, że zakochałem się na zabój w Alberto, nie ulegało wątpliwości. Kiedy wstałem i oparłem się o balustradę balkonu, poczułem to w postaci ciepła narastającego w okolicy serca i sztywności ogarniającej moje ciało, szczególnie poniżej pasa. Pomyślałem, że szczęśliwy człowiek mógłby skoczyć w dół z balkonu piątego piętra, aby zachować na zawsze niepowtarzalność wielkiej miłości. Oczywiście tego nie zrobiłem. Nie zadawałem sobie trudu, aby to zrozumieć, ponieważ otaczająca mnie rzeczywistość nagle zgęstniała. Tak to odczułem.

Sytuacja miała swoje uwarunkowania. Chodziło o to, że były jeszcze dwie inne istoty, które darzyłem miłością pełną czułości i pożądania. Była to moja żona, śpiąca w największej sypialni, oraz jej przyjaciółka, Valeria, która przyjechała do niej w odwiedziny na kilka dni, a zatrzymała się na dłużej. Powód pozostania wyznała mi poprzedniego dnia na balkonie wypełnionym odurzającym zapachem maciejki płynącym z dwóch podłużnych donic.

– Jesteś najwspanialszym mężczyzną, Aldo. Pragnę ciebie. Nie gniewaj się, że to czynię, mimo, że przyjaźnię się od lat z Patrycją, która też cię kocha. To jest ode mnie silniejsze – wyszeptała, patrząc mi w oczy i dotykając mej dłoni.

Jej oświadczenie przyjąłem z wdzięcznością. Schlebiało mojej męskiej naturze. Zostałem doceniony. Jak się okazało, Valeria nie zaznała w życiu zbyt wiele miłości mimo wcześniejszych intymnych znajomości z trzema mężczyznami oraz jednego, bardzo intensywnego choć przelotnego romansu z kobietą.

– To nie to samo, co teraz, kiedy wdycham aksamitny zapach kwiatów maciejki razem z zapachem twojego ciała, nieskażonego tą dziwną wodą kolońską, jakiej używasz. Nie pasuje ona do żadnego aspektu twojej osobowości, ani karnacji, ani postawy, ani twego intelektu, który mnie podnieca jak żaden inny. Może z wyjątkiem Jean-Paul Sartre’a, którego uważam za niezwykłego pisarza. Zresztą, to nie ma akurat znaczenia, skoro już dawno odszedł z tego świata.

Jej przydługie i nieco egzaltowane wyjaśnienie sprawiło mi przyjemność. Przyjąłem je z wdzięcznością, dając się uwieść nastrojowi chwili, pustce otaczającej balkon oraz pragnieniu życia pełnego znaczenia, co mogło oznaczać tylko jedno: namiętną miłość.

Odc. 2

Wracając wieczorem wspomnieniami do balkonu, tego z poranną niedzielną kawą i książką pełną niezwykłych opowiadań autora, w którym się zakochałem, oraz do wyznania Valerii, zdałem sobie sprawę, że w moim życiu jest za dużo uczuć.

– Nie podołam trzem miłościom naraz. To po prostu za dużo. Nie jestem Herkulesem erotyki – tłumaczyłem sobie. Stopniowo nabierałem coraz większego przekonania, że moje zachowanie jest nie tylko przesadne ale i nieuczciwe. .

Ta myśl zaczęła mnie męczyć, wręcz mnie prześladowała, mimo że usilnie starałem się wyrugować ją z pamięci sięgającej minionych wspomnień, które mają to do siebie, że wracają do źródła jak węgorz do strumienia, gdzie się urodził. Przez chwilę moja uwaga skoncentrowała się nieoczekiwanie na rybie. Widziałem jej podłużny, opływowy i śliski kształt; fascynował mnie, czułem go w sobie w formie lubieżności właściwej chyba wszystkim namiętnym istotom.

Bezwstydna myśl zakończyła się osobliwą refleksją, czy ryby nie odczuwają pożądania równie intensywnie jak człowiek, tylko w inny, zwierzęcy, a dokładniej rzecz biorąc ichtiologiczny sposób. Roztrząsanie tego zajęło mi chwilę. Było to zrozumiałe, ponieważ jestem intelektualno-emocjonalnym typem człowieka, z natury skłonnym do zadumy i rozmyślań.

W wieku dziecięcym moje pożądanie seksualne, które stopniowo rozwinęło się w prawdziwą żądzę – później lubiłem ją nazywać chucią – pozostawało utajone. Pojawiło się i rozkwitło dopiero wtedy, kiedy zacząłem biegać za piłką. Całymi dniami graliśmy wtedy w piłkę nożną, co wzmacniało mnie fizycznie i rozwinęło kondycję. Gdy podrosłem, moja pożądliwość uległa pogłębieniu i nabrała cech jurności; zacząłem uganiać się za dziewczętami. Najpierw miało to miejsce w marzeniach, potem przyszło podglądanie, dotykanie i przytulanie się, w końcu prawdziwie szalone pożądanie, owa niepowstrzymana chuć.

Głównym celem mej miłości był teraz Alberto. Postanowiłem nie ujawniać jego nazwiska, aby nie narażać go na niepotrzebną przykrość oskarżeń, że jest obiektem miłości ze strony mężczyzny, który kocha dwie kobiety, a wcześniej kochał inne, nie mówiąc a dzieciach, jakie spłodził i wychowywał, które też miały poczesne miejsce w jego sercu. Myśl o dzieciach przywróciła mnie do pełnej przytomności. Pomyślałem, że sprowadziłbym na nie cierpienie, okrywając hańbą, gdyby wyszła na jaw moja miłość do dwóch odmiennych płci.

Ostatnia miłość była najświeższa i jeszcze nieskonsumowana, co mnie dodatkowo podniecało. Stanąłem wobec dylematu, jak poradzić sobie z trzema namiętnościami na raz. Z jednej strony czułem presję pożądania miłosnego wrodzonego każdej osobie, z drugiej krępowały mnie konwenanse społeczne kategorycznie odrzucające miłość z trzema osobami, a nawet marzenia o czymś takim. Zadałem sobie pytanie, jak zostałoby to przyjęte przez osoby zainteresowane, czy któraś z nich zrozumiałaby i zaakceptowała to, co myślę i czuję.

Osób, których mogło dotknąć moje postępowanie, było w rzeczywistości więcej. Oprócz żony, jej przyjaciółki, moich dzieci oraz Alberto, była też moja szefowa w pracy zbyt zainteresowana wynikami mojej pracy, aby było to czystym zainteresowaniem zawodowym. Ponadto było jeszcze moje rodzeństwo, rodzice oraz liczni krewni i kuzyni, z wujkami, ciotkami i ich dziećmi na czele, w końcu moi przyjaciele i znajomi.

Poza nimi wszystkimi był jeszcze biskup Montano, osoba wpływowa, dobrze znająca moją rodzinę, o niezwykle surowych poglądach na męsko-męskie relacje seksualne. Dwa dni wcześniej biskup wypowiedział się niezwykle ostro o osobach odmiennej orientacji, uczestniczących w paradzie równości. Porównał je do wynaturzonej czarnej róży o trujących kolcach. W przemówieniu kapłana znalazły się słowa budzące grozę, wszystko, co kojarzyło się z piekłem: czerń, czeluść, ogień piekielny, potępienie, grzech, perwersja, Sodoma i Gomora, i inne zboczenia, w końcu wołanie o pomstę do nieba.

Biskupowi współczułem serdecznie z powodu jego surowych napomnień przechodzących w bluźnierstwa. Uważałem, że pomylił on odmienną miłość do drugiej osoby z nienawiścią do wszelkiej odmienności, wrodzoną skłonność niektórych ludzi do osób tej samej płci – z przywoływaniem Boga, który sam przecież stworzył to bogactwo postaw i zachowań. Potępiające przesłanie biskupa było zupełnie niepotrzebne i zapewne niemiłe Najwyższemu, ponieważ wieczorem w podest stojący na zewnątrz katedry, z którego biskup publicznie wygłaszał swoją tyradę, uderzył piorun i wypalił znak szatana. Tak pisała prasa, a ja nie miałem podstawy, aby nie wierzyć, bo na zdjęciu pokazano wizerunek rzeczywiście przypominający czarne rogi i gniewne ślepia.

Miałem biskupowi za złe, że zapomniał, że to sam Najwyższy stworzył ludzką różnorodność, mężczyzn ze skłonnościami do mężczyzn i kobiet ze skłonnościami do kobiet. Hierarcha napominał i ganił społeczność LGBT tak, jakby człowieka urodzonego z krótszą nogą można było przekonać, że powinien mieć dłuższą, naturalnego rozmiaru. Zapominał on, że homoseksualizm istniał zawsze, od początku istnienia człowieka, także w społecznościach zwierzęcych, osobliwie wśród małp, tygrysów i kilku innych gatunków. Dyskutowałem to z moją żoną i Viktorią i obydwie zgadzały się ze mną co do tego, że biskup błądzi, a z całą pewnością przesadza w tych sprawach.

Pewnym argumentem w ich myśleniu był fakt, że uważały go za osobę mało użyteczną dla kobiet, choć niezwykle użyteczną społecznie. Dla nich nie był mężczyzną ale osobą duchowną o nieokreślonej tożsamości seksualnej.

Nie wchodziłem z nimi w dyskusję na ten temat, ponieważ miałem wrażenie, że arcybiskup mimo swej zaciętości jest w połowie po mojej stronie. Czułem to. W jego najbliższym otoczeniu widziałem głównie mężczyzn, przeważnie dobrze zbudowanych kleryków, przystojnych, niektórzy o twarzach wdzięcznych efebów. Biskup miał niewątpliwe poczucie piękna ludzkiego ciała, tego nie można było mu odmówić. Drażniła mnie tylko, a jeszcze bardziej martwiła, jego publiczna zawziętość wobec społeczności LGBT, szczególnie ludzi o biseksualnych zainteresowaniach.

Odc. 3

Sytuacja wymagała reakcji z mojej strony. Napisałem do Alberto list przypominając mu nasze pierwsze spotkanie, kiedy trzymał mnie za rękę i patrzył mi w oczy, oraz relacjonując moje odczucia w trakcie czytania jego boskich opowiadań. W końcu wyznałem mu miłość, błagając, aby zachował dyskrecję.

Czekałem na jego reakcję, choćby na potwierdzenie odbioru listu, ale nic takiego nie nastąpiło. Na pewien czas zapomniałem o wszystkim, ponieważ wybuchła bomba. Biskup Montano publicznie potępił Alberto za „wyuzdaną miłość wobec członka naszej lokalnej społeczności”, tak ostro i bezwzględnie, jakby nałożył na niego klątwę. W jaki sposób dowiedział się o nas i dlaczego mnie nie wymienił z nazwiska, nie miałem najmniejszego pojęcia. Wyszło to na jaw później. Jak się okazało, Alberto odpisał mi lecz jego list przejęła moja żona i poszła z nim prosto do biskupa, aby wyżalić się i prosić o radę. Dowiedziałem się tego od przyjaciółki mojej żony, Valerii, która na zakończenie oświadczyła:

– Jesteś zwyczajnym zboczeńcem, a w dodatku świnią. Mogę rywalizować o mężczyznę z inną kobietą, ale nie z mężczyzną.

Żona i biskup chyba wtedy uzgodnili, że potępi on Alberto zachowując dyskrecję, kim jest ów „członek naszej lokalnej społeczności”.

Kiedy Montano nakładał klątwę na Alberto z wysokości złotej ambony w katedrze, miał na sobie niezwykle piękną szatę liturgiczną, którą podobno sam projektował. Była ona niezwykle zdobna i dystyngowanie kolorowa, prawdziwe dzieło sztuki. Wyszyto na niej postacie biblijne, Adama i Ewę, jabłko, węża oraz symbol grzechu w postaci rozdwojonego języka. Kiedy biskup podchodził do ambony swoim dostojnym monarszym krokiem, postacie na szacie poruszały się jak żywe.

Wspomnienie o biskupie sprowadziło mnie ostatecznie na tory trzeźwości i gorącego pragnienia rozwiązania problemu.

– Nie możesz, zboczeńcu – napomniałem siebie z surową brutalnością – uczestniczyć w konstrukcji miłosnej tak skomplikowanej jak czworokąt miłosny. To ty ponosisz odpowiedzialność za jego istnienie i konsekwencje; jesteś jego motorem, fundamentem i Bóg wie jeszcze czym kojarzącym się z Sodomą i Gomorą! Ludzie to bardzo źle odbierają.

Ciężko mi się zrobiło na duchu. Wiedziałem, że muszę rozwiązać bolesny dylemat składając jakąś znaczącą ofiarę na ołtarzu poświęcenia. Żal mi było każdej z osób pokrzywdzonych moją zachłannością erotyczną. Kogoś musiałem wyeliminować, nie wiedziałem tylko kogo. W chwili rozpaczy pomyślałem o sobie, sprawcy zamieszania. Przyszło mi do głowy, że powinienem przestać zastanawiać się, tylko wyjść na balkon, przysunąć krzesło do barierki, wejść na nie, przełożyć nogę za metalową ramę, przechylić się i pozwolić bezwładnemu ciału sfinalizować dramatyczną decyzję. Było w tym coś teatralnego, ja czułem jednak tylko niemoc i rozpacz. Spojrzałem w dół w przepaść pięciu pięter wysłaną zieloną murawą i zdałem sobie sprawę, że byłby to haniebny czyn skutkujący krwawą plamą drgających szczątków, widok w najwyższym stopniu odrażający. Poczucie estetyki zawróciło mnie z egoistycznej drogi myślenia o sobie. Czas pilił. Myślałem intensywnie, poganiałem siebie.

– Raczej prędzej niż później wszyscy się dowiedzą, przede wszystkim  dzieci, dalsza rodzina i przyjaciele. Nie masz czasu. Musisz szybko podjąć jakąś decyzję. Nie możesz pozwolić sobie na odwlekanie decyzji.

Zrozumiałem, że muszę spotkać się i porozmawiać z Alberto, aby doprowadzi sprawy do ładu. Następnego dnia, aby nie czytać  opowiadań i nie rozdrapywać palących ran, oddałem książkę jako dar do biblioteki. Dwa dni później byłem już na lotniku w Rzymie i kilka godzin później w Rimini.

Poszedłem nas plażę. Tym razem było cieplej. Rozejrzałem się wokół, sporo się zmieniło, tylko piasek, plaża i fale były te same, podobnie jak niebo. Och! Jak ja kochałem to morze i to niebo! Patrzyłem na nie leżąc na piasku. Czekałem na Alberto. Wyraził chęć spotkania, jak tylko przypomniałem mu ciepły uścisk ręki, to, jak patrzył mi oczy i czego dowiedział się z mego ostatniego listu i z jego opowiadań. O klątwie nałożonej przez biskupa wiedział wszystko.

Rozpoznałem go z łatwością z oddali. Ta sama szlachetna sylwetka; nieco starszy niż ostatnim razem nic nie stracił z kształtu ciała i niewiele z urody. Był po prostu dojrzalszy i bardziej stateczny, podobnie jak ja. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, byliśmy trzydziestolatkami.

Alberto był już przebrany. Miał na sobie strój kąpielowy, modne, średniej długości granatowe spodenki w kolorze nieba w delikatnym ciemniejszym pasem na prawym udzie. Przywitaliśmy się podaniem sobie rąk, skinieniem głowy i ciepłym „buongiorno”. Tym razem to ja wziąłem go za rękę i poprowadziłem w kierunku morza. Cały czas rozmawialiśmy patrząc na siebie. Opowiedziałem mu o moich myślach i odczuciach przeżywanych w trakcie czytania książki, przypomniałem w szczegółach dwa doskonale zapamiętane fragmenty jego wspaniałych opowiadań. Niektóre zdania cytowałam z pamięci. Słuchał spokojnie, cieszył się. Potem weszliśmy do ciepłej wody, aby razem popływać.

Była spora, chyba rosnąca fala. Takie miałem wrażenie. Alberto nie pływał nadzwyczajnie, bał się wypłynąć na głębszą wodę. Byliśmy w miejscu, gdzie płaskie dno łagodnie i powoli schodziło w morze. Uspokoiłem go, zapewniając, że jestem dobrym pływakiem, kiedyś nawet pracowałem jako ratownik. Nie było to prawdą, ale zrobiłbym wszystko, aby czuł się dobrze. Kiedy znaleźliśmy się w wodzie sięgającej nam do szyi, płynęliśmy wzdłuż brzegu z dala od innych kąpiących się plażowiczów. Nie wiadomo kiedy niebo ściemniało i zrobiło się chmurno. Wyglądało na to, że zaraz spadnie deszcz. Z daleka widziałem ludzi schodzących w pośpiechu z plaży. Oni sami nie mogli nas widzieć z powodu znacznej odległości oraz coraz większych, choć wciąż bezpiecznych fal.

Odc. 4

W pewnym momencie Alberto wychylił głowę z wody, aby nabrać powietrza. Nieoczekiwana fala uderzyła go w prosto w twarz, Alberto zakrztusił się i zaczął tonąć. Płynąłem natychmiast do niego, aby mu pomóc. Kiedy zbliżyłem się, jego twarz obróciła się w moim kierunku. Trwało to tylko sekundę; wydała mi się jakaś inna, dziwna jak maska japońskiego teatru Kabuki, wyrażająca jednocześnie uczucia zdziwienia, gniewu i ironii. Wyciągnąłem prawą rękę w jego kierunku i nie wiem, co się stało. Czy fala uniosła go w górę, czy też rzuciła mną w taki sposób, że zamiast podtrzymać jego głowę od dołu pchnąłem ją w dół. Niemal natychmiast rozdzieliła nas nowa fala i straciłem orientację. Coś zapadło się we mnie, przestraszyłem się. Pomyślałem, że właśnie teraz los decyduje o jego i moim życiu, że muszę oddalić się, o ile nie chcę zginąć razem z Alberto. Zacząłem nerwowo płynąć wzdłuż plaży bez pełnej świadomości, co się ze mną dzieje.

Potem, kiedy o tym myślałem, przyszło mi do głowy, że uciekałem, pragnąc, aby nikt nie zauważył, że byłem obecny blisko tonącego. Chyba wtedy uznałem, że nie mogę dalej ryzykować i najlepiej zrobię zostawiając Alberto swojemu losowi. Rozpaczliwie szukałem usprawiedliwienia mojego postępowania. Bałem się, że ktoś zechce mnie zapytać o to, co się stało. Tłumaczyłem sobie, co wtedy powinienem powiedzieć, aby ratować się przed niesławą i osobistą klęską: że kiedy wypływaliśmy na głębszą wodę, Alberto skarżył się, że nie czuje się najlepiej, a ja radziłem mu nawet, aby nie wypływał ze mną, jednakże on uparł się, aby to uczynić. Popłynąłem naprzód i kiedy się zatrzymałem, już go nie widziałem. Pocieszyłem się myślą, że poradził sobie i popłynął w kierunku plaży. Sam to zrobiłem natychmiast, jak tylko zauważyłem, że ratownik na plaży wywiesza czarną flagę zakazującą kąpieli.

Przyszło mi też do głowy inne usprawiedliwienie: że Alberto pozostał na morzu, życząc sobie popływać kilka minut dłużej, a ja popłynąłem sam w kierunku plaży. Po wyjściu z wody siedziałem jeszcze trochę na mokrym piasku, zastanawiając się, dokąd udał się Alberto, i czy zechce jeszcze do mnie wrócić. 

Zanim rozwinął się tragiczny scenariusz wydarzeń, jeszcze przed wejściem do morza, poszliśmy we dwóch do kafejki przy plaży i długo rozmawialiśmy. On miał przyjaciela, ja byłem żonaty. Wyznaliśmy to sobie, ale to nic nie zmieniło. Obydwaj czuliśmy, że żaden z nas nie zrezygnuje z wielkiego i nieoczekiwanego uczucia, jakie pojawiło się między nami. Szukalibyśmy się nawzajem aż do upadłego. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nasz związek zakończyć się może tylko kompromitacją i tragedią, z całą pewnością dla mnie i dla mojej rodziny. Nie tłumaczyłem tego Alberto; wiedziałem, że tego nie zaakceptuje, nawet nie będzie starać się zrozumieć.

Odlatując z lotniska w Rzymie do kraju, rozmyślałem nad okrucieństwem losu, który nie pozwolił mi przeżyć wielkiej miłości, doznać uczucia odmienności, bycia bogatszym w cudowne, być może najlepsze w całym moim życiu, przeżycia i wspomnienia. Pocieszałem się tym, że skoro jedna czwarta mężczyzn to biseksualiści, żyjący zarówno z kobietą jak i z mężczyzną, to nie powinienem obwiniać się za to ani żałować, że nagle odczułem miłość do mężczyzny.

Co pisała prasa i podawały media włoskie i krajowe, nie wiem, ponieważ przez kilka następnych dni nic nie oglądałem ani nie czytałem. Nie miałem na to najmniejszej chęci. Faktem było, że nagła i dziwna śmierć Alberto Mora, jego nazwisko pojawiało się już wszędzie, była powszechnie komentowana. Był znanym pisarzem, bardziej niż sądziłem. A może po prostu jego nagłe i tragiczne odejście zrobiło mu dodatkową reklamę? 

Przyczyny zgonu pisarza nie były jasne. Ciało znaleziono w morzu, niezbyt daleko od brzegu, dopiero po dwóch dniach. Opinie były różne: że nieszczęśliwie utonął, że popełnił samobójstwo; spekulowano nawet, że został zamordowany. W prasie brukowej pojawiły się zdjęcia pokazujące jakieś ślady na jego szyi; autor artykułu sugerował, jakoby go duszono. Była to oczywiście kompletna bzdura. Tym niemniej lekarze medycyny sądowej nie byli zgodni w ocenie przyczyn zejścia Alberto z tego świata. Zwykli ludzie bardzo się interesowali tym zdarzeniem. Miałem wrażenie, jakby wszyscy go znali, podobne jak jego twórczość.

Czułem się teraz bardzo samotnie. Viktoria usnęła się całkowicie z naszego życia i wyjechała do swojej matki, żona wprawdzie pozostała w domu, lecz oddaliła się ode mnie i przeważnie milczała. Liczyłem na to, że w końcu życie nam się jakoś ułoży. Ostatecznie między mną a Alberto do niczego fizycznego nie doszło.

– Mówienie o miłości między mężczyznami, to nie znaczy to samo, co życie ze sobą – tłumaczyłem Patrycji, lecz nie wykazywała tym żadnego zainteresowania. Byłem przekonany, że moją miłość do Alberto uznała za rzecz spełnioną, nieszczęście, jakie niezasłużenie ją spotkało z mojej winy.

Któregoś dnia pomyślałem o biskupie Montano. Wkrótce po śmierci Alberto całkowicie zniknął z życia publicznego. Sam tego nie zauważyłem, ktoś mi o tym powiedział. Zacząłem rozpytywać, co się nim stało, nic się jednak nie dowiedziałem. Przedstawiciel kurii niechętnie to komentował, jakby za sprawą wyjazdu biskupa kryła się jakaś tajemnica, coś wstydliwego lub niemiłego. W końcu dotarłem do jego sekretarza osobistego. Opowiedział mi, że śmierć Alberto Mora ogromnie wstrząsnęła biskupem. Stało się to, kiedy zobaczył jego zdjęcie i dowiedział się, że pisarz popełnił samobójstwo pozostając samotnie w morzu, kiedy ze wszystkich stron widoczna była już czarna flaga ostrzegającą przed nadchodzącym sztormem. Sekretarz podejrzewał, że to spowodowało nagły wyjazd biskupa.

– Przygotowywał się do wyjazdu, jakby udawał się na koniec świata. Nie mam na myśli tego, jaki bagaż zabrał ze sobą. Po prostu w jego przygotowaniach widziałem wielki smutek i jakąś niezwykłą determinację.

Tajemnicę biskupa rozwiązał zwykły przypadek. Sam się wtedy dziwiłem, jak bardzo o niektórych sprawach decyduje proste zrządzenie losu. Byłem na wycieczce w Hiszpanii w okresie Świąt Wielkanocnych. Pojechaliśmy całą grupą z naszym przewodnikiem-opiekunem do San Vicente, gdzie od kilkuset lat odbywa się co roku procesja pokutników. Razem z innymi turystami stałem przy krawężniku. Przed nami przesuwała się procesja pokutnego Bractwa Najświętszego Krzyża, istniejącego od XV wieku. Byli to sami mężczyźni, wszyscy ubrani w białe tuniki. Ich głowy i twarze były osłonięte szpiczastymi kapturami, również białego koloru. Szli boso ubrani we włosienice, uderzając się po plecach biczami z powrozów, raz z lewej, raz z prawej strony. Zawiał wiatr i odsłonił twarz przechodzącego przede mną człowieka. Był to biskup Montano. Poznałem go prawie natychmiast, mimo że zapuścił brodę. Rzuciły mi się w oczy trzy szczegóły: niezwykła szczupłość twarzy i ascetyczność sylwetki, masywny nos, który był zawsze jego cechą charakterystyczną, oraz szeroki pas wykonany z tego samego materiału, co ornat, który hierarcha miał na sobie w dniu, kiedy rzucił klątwę na Alberto. Kolor i wzory materiału były tak znamienne, że rozpoznałbym je w każdych warunkach.

Ruszyłem pośpiesznie wzdłuż krawędzi ulicy usiłując zbliżyć się biskupa, aby go pozdrowić choćby tylko od mojej żony i zamienić kilka słów. Chyba mnie nie poznał, a jeśli poznał, to nie chciał ze mną rozmawiać. Popatrzył tylko na mnie takim wzrokiem, jakby chciał zapamiętać moją twarz, po czym odwrócił głowę i jeszcze bardziej pochylił się do przodu, wznawiając przygnębiający rytuał chłostania się biczem po plecach. Zrobiło mi się naprawdę smutno. Domyśliłem się, dlaczego nie chciał ze mną rozmawiać; ostatecznie to ja swoim postępowaniem przyczyniłem się do jego decyzji.

Doszedłem wtedy do wniosku, że życiem naprawdę rządzi przypadek i zawsze jest ono takie, jak je przeżywamy, a nie takie, jak marzylibyśmy sobie je przeżyć.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 5.02.2020

 

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 10: Widok na Himalaje

 

Nagarkot (w języku nepalskim नगरकोट) to wioska położona w środkowej części Nepalu na wysokości dwóch tysięcy dwustu metrów nad poziomem morza. Wioska liczyła sobie osiemset gospodarstw domowych i cztery i pół tysiąca mieszkańców, w równych częściach mężczyźni i kobiety. Przewodnik twierdził, że turyści z całego świata ściągają do niej, aby na cieszyć swe oczy najpiękniejszymi widokami gór.

W przejrzysty dzień można było zobaczyć nawet Mount Everest i inne ośnieżone szczyty wschodniego Nepalu. Sława Nagarkot wiązała się piękne widoki najbardziej ze wschodem słońca.

Do Nagarkot dotarli po długiej podróży autobusem wąską, w dużej części, marnej jakości nieasfaltowaną drogą. Na miejscu okazało się, że nie ma dla nich miejsc w hotelu, gdzie mieli rezerwację. Przez kilka minut Przewo wykłócał się z właścicielem hotelu. Ponieważ nie rokowało to żadnych nadziei, wspomagany przez kilka osób z grupy szybko zmienił decyzję:

– Jedziemy do drugiego hotelu. Mam tu adres.

Po nocy hotel – murowany surowy budynek na stoku góry – wyglądał z zewnątrz jak nowa szopa na sprzęt rolniczy.

Mieli szczęście, z trudem znaleźli odpowiednią ilość wolnych miejsc. Kolację zjedli w restauracji Kosmiczna Góra, po czym udali się do wyznaczonych pokoi. Było bardzo zimno. Łóżko Iwana Iwanowicza okazało się w dodatku twarde i płaskie jak worek z piaskiem przygnieciony płytą betonową. Aby nie przeszkadzać Kindżałowi paleniem światła, Iwan Iwanowicz robił notatki w łazience. W rurach woda wydawała dźwięki podobne do brzęczenia komara-wampira szukającego świeżej krwi. Do snu ułożył się w zielonej koszulce z długimi rękawami, na którą nałożył piżamę. Na goleń lewej nogi naciągnął ocieplacz z wełny przypominający rurę wykonaną z surowej wełny. W nocy zaczęły mu marznąć stopy, założył więc jeszcze skarpety.

Recepcjonista zbudził wycieczkę o godzinie piątej czterdzieści pięć, aby obejrzeli wschód słońca o godzinie szóstej piętnaście. Wszyscy przyszykowali sobie aparaty fotograficzne, kamery video i smartfony, i ostrzyli sobie z zęby na niesamowite widoki, jakie im obiecano. Droga ku słońcu wiodła przez schody, drabinę i dwa dachy. O godzinie szóstej rano byli już na punkcie obserwacyjnym: był to dach w formie tarasu z barierkami mogącego pomieścić nie więcej niż kilkanaście osób. Stał tam stolik, dwa kloce drzewa i jakieś graty. Wschód słońca miał nastąpić punktualnie o godzinie szóstej piętnaście. Czekali i czekali. Słońca zobaczyli tyle, co kot napłakał, gdyż niebo było zaciągnięte chmurami i zamglone.

Godzinę później jedli śniadanie w restauracji hotelowej. Przewo zdecydowanym głosem wydał polecenie kelnerom, aby zabrali Alko, chudemu facetowi z wiecznie zamglonymi oczami, butelkę piwa o pojemności trzy czwarte litra.

– Chłop urodził się na bagnach, to nie jego wina, że jego oczy nie mają blasku. Podobnie dziecko górnika nie może odpowiadać za to, że ma oczy czarne jak węgiel. – Iwanowi Iwanowiczowi łatwo przyszły te perwersyjne skojarzenia; rozważnie nie podzielił się jednak nimi z innymi osobami. – Jestem surowy i okrutny – myślał o sobie – jak otaczające nas Himalaje.

Alko obraził się i wyszedł zostawiając niedopite piwo w kuflu. Był nieprzerwanie intoxicated jak mówili o nim lokalni mieszkańcy. Poruszał się wodząc wokół błędnym wzrokiem, powoli i niepewnie stawiał nogi. Któregoś dnia zostawił w restauracji hotelowej torbę z dokumentami i pieniędzmi. Był jak ból głowy po przepiciu dla przewodnika i potencjalny kłopot dla całej grupy. Gdyby zagubił się, wszyscy musieliby czekać na jego odnalezienie, aby móc ruszyć dalej.

Opuszczając Nagarkot Iwanowi Iwanowiczowi wydało się, że budynki, wnętrza, wyposażenie, atmosfera i widoki tej miejscowości są siermiężne w swej surowości, podobnie jak otaczające ją zimne szczyty Himalajów.

Kiedy czekali na autobus, Rozmowa zeszła na temat lokalnych zwyczajów związanych z narodzinami dziecka. Wysoka z Kokiem wspomniała, że w Nepalu imiona nadawano dzieciom według daty kalendarza księżycowego, głowę dziecka golono, praktykowano też jakiś ceremoniał karmienia ryżem. W ciągu kilku dni po urodzeniu dziecka matce nie wolno przyjmować gości. Między czwartym a dwunastym dniem po urodzeniu rodzina świętowała „machu bu benkyu”, ceremonię, w czasie której dziecko przedstawiano ojcu i reszcie rodziny. Rodzice otrzymywali wtedy gratulacje i upominki.

Wracając z gór Iwan Iwanowicz poświęcił się rozważaniu, które nazwał egzystencjalno – filozoficznym. Chodziło o wolny czas. W takim sensie jak wolny jest człowiek bez obowiązków, dziecko na placu zabaw czy zwierzę na pastwisku. Dla uczestników grupy taki czas właściwie nie istniał. Rozmywał się w rutynie codziennych czynności i wielości odwiedzanych miejsc: z pokoju hotelowego, służącego jedynie za sypialnię, do restauracji lub baru na śniadanie, następnie do holu, z holu do autobusu, z autobusu do pierwszego zwiedzanego obiektu, potem kolejnego, potem przerwa na posiłek, potem kolejny obiekt i tak do wieczora, do chwili przyjazdu do nowego hotelu. Jedyny czas, jaki naprawdę dysponowali, to była długa obiadokolacja, rzadziej możliwość wyjścia na zewnątrz we własnym zakresie i powłóczenia się po ulicach.

Iwan Iwanowicz, jeśli miał szczęście, tylko wieczorem mógł napisać jeden lub dwa emaile z pozdrowieniami, lub połączyć się przez Skype z rodziną. Dalsze działania określał lakonicznie: po powrocie do pokoju rozebranie się, prysznic, lulu i od rana nowa rutyna dzienna.

W jego opinii Iwana myślenie o śnie było przesadą. Sen nie był czynnością, w której celował, wyróżniając się pozytywnie z wielomilionowego tłumu ludzi na świecie cierpiących na bezsenność. Prawda była taka, że źle sypiał, co odrabiał potem w autobusie w trakcie przejazdów z miejsca na miejsce.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 9: Mnemotechnika imion, ksyw i postaci.

Imiona i nazwiska uczestników wycieczki stanowiły dla Iwana Iwanowicza ogromne wyzwanie od początku wyprawy do Indii. Nigdy nie miał pamięci do twarzy ani imion. Jeśli pamiętał twarz, to imię uciekało jego pamięci, lub na odwrót, mimo że miał wrodzone pewne zdolności typowe dla fizjonomisty, człowieka umiejącego rozpoznawać cechy umysłu i emocje innej osoby z wyglądu jej twarzy i postaci.

Przy pierwszym spotkaniu Iwan Iwanowicz łatwo zapamiętał imiona tylko trzech uczestników, pozostałe zapomniał już po pięciu minutach, niektóre z nich ponadto mu się myliły.

– Moja pamięć psu na budę się zdała – zżymał się.

Aby nie pogubić się całkowicie, oznaczył wszystkie osoby pseudonimami nawiązującymi do ich cech zewnętrznych, wyglądu lub zachowań, których nie sposób było pomylić. Ksywy nie przypominały imion, posługiwanie się nimi zależało od ich akceptacji przez innych uczestników wycieczki, bez tego używanie ich mogło być niezręczne. Okazało się, że przyjęły się one wyjątkowo łatwo i szybko; może nie od razu, ale już po kilku dniach powszechnie je używano. Pomysł był skuteczny i to było najważniejsze.

Tak więc Iwan Iwanowicz przywoływał w pamięci towarzyszy podróży skojarzeniami, używając ich w rozmowach: Uśmiechnięta, Porywczy, Alko, Miłośnik Zdjęć, Młody, Przymglone Oko, Fotograf, Dobroczyńca, Kindżał, Wysoka z Kokiem, Rasputin, Półgębek. Siebie oznaczył kryptonimem Śnięty, nie ujawniając tego nikomu. Na szczęście nie było takiej potrzeby, gdyż wszyscy łatwo zapamiętali jego imię i tak się do niego zwracali. Kiedy ujawnił, że niegdyś zawodowo zajmował się zegarkami, nazywali go też Zegarmistrzem. Widzieli jego słabość do przysypiania po bezsennej nocy, lecz nikt mu tego nie wypominał, tym bardziej, że sami też jej ulegali, najchętniej w czasie jazdy autobusem. Pogodzili się, że Iwan ksywa Zegarmistrz jest zawsze śpiący jak suseł w Boże Narodzenie, kiedy na ziemi szaleje zima, a on leży zagrzebany w grubej pierzynie liści zgromadzonych przez wiatr w górskiej jaskini.

– Każdy ma prawo być oryginałem – usprawiedliwiał siebie Iwan Iwanowicz. Temat bycia ekscentrykiem był tak intrygujący, że postanowił poświęcić mu w przyszłości więcej uwagi, może nawet ująć go w pamiętniku.

Razem z grupą Iwan Iwanowicz poznał też przewodnika wycieczki. Podał on wszystkim swoje imię i nazwisko, nikt jednak nie starał się nawet ich zapamiętać. Pozostał Przewodnikiem, w skrócie Przewo. Nie zwracano się do niego inaczej. Czasem tylko mówiono Przewo 13. Był to numer grupy, do której należeli.

Dla Iwana Iwanowicza trzynastka była szczęśliwa. Pod tym numerem wygrał kiedyś na wielkiej loterii fantowej pierwszą nagrodę. Nie chciał jednak ujawnić, co to było, więc nie za bardzo wierzono w jego wygraną. Z samą trzynastką było inaczej. Tak bardzo w nią wierzył, że wkrótce większość uczestników była przekonana, że grupa nie mogła mieć szczęśliwszego numeru.

Przewodnik grupy nie mógł być lepszy. Był doskonale zorganizowany, pomocny, przewidujący najbardziej dziwaczne oczekiwania i sytuacje uczestników wycieczki, wiedział o Indiach i Nepalu prawie wszystko, był biegły w historii i zwyczajach zwłaszcza Indii.

– Więcej wiedzy o kraju, jego historii i tradycjach zawierają chyba tylko Wedy, święte księgi hinduizmu – już po kilku dniach pół żartem, pół serio mówili między sobą uczestnicy Trzynastki.

Od kilkunastu lat Przewo mieszkał w Indiach. Jego żoną była dawna mieszkanka Butanu, której przodkowie przenieśli się do Indii i przeszli na hinduizm.

Ślub hinduistyczny.

Była osobą majętną, z wyższym wykształceniem; nie była jednak zbyt urodziwa. Przewo pokazywał jej zdjęcie.

– Jest osobą niezwykle sympatyczną, nie mogłem znaleźć lepszej żony. Niektóre żony tutaj traktują mężów jak istoty wyższe. Walczyłem z tym bałwochwalstwem, lecz przestałem, kiedy teściowa powiedziała mi, abym poważnie zastanowił się nad tym, co robię.

– Nie musisz płynąć pod prąd naszych przekonań, że mężczyzna to istota bliższa ideału niż kobieta.

Korzystając z wysokiej pozycji społecznej żony i jej kontaktów Przewo zbudował solidną wiedzę o Indiach, stając się idealnym łącznikiem między skromną duchowością nomadyjską a nieokiełznaną religijnością hinduską. Dzięki jego wiedzy oraz bogatym doświadczeniom osobistym, uczestnikom wycieczki łatwiej było poznawać i rozumieć Indie. Nikomu to się zresztą nie udało; wszyscy wracali przekonani, że Indie są nie do zgłębienia.

W wolnych chwilach Przewo chętnie odpowiadał na pytania. Często widziano go razem ze Śmiejącym się Półgębkiem, jak siedzą w cieniu na ławce w porze odpoczynku i konwersują ze sobą, podobni do braci syjamskich, zanurzeni w poważną wymianę słów, gestów i znaczeń.

De lachende man, Rembrandt van Rijn, 1629-1630, Mauritshuis, The Hague

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 8: Iwan Iwanowicz snuje wspomnienia.

Alkohol na czwartym piętrze hotelu wzbudził w Iwanie Iwanowiczu wspomnienia. Przypomniał sobie pierwsze spotkanie z uczestnikami wycieczki na stołecznym lotnisku przed odlotem do Indii. Grupa liczyła trzydzieści osób, jak nożem ciął. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, czy ten fakt ma jakieś szczególne znaczenie, ale zarzucił rozmyślania wobec bogactwa innych bodźców. Grupę podzielił na kategorie. To był nawyk, z którym bezskutecznie walczył, coś liczyć, dzielić, komponować lub dekomponować. Był mocny w statystyce, lubił liczby. Uważał, że kwantyfikują one rozumienie świata, zapewniają jego dokładniejsze poznanie. Pytany, dlaczego to robi, przedstawiał dowody.

– Mówimy na przykład, że większość Nomadyjczyków to ludzie wierzący. Co to znaczy większość? Równie dobrze może to być pięćdziesiąt jeden jak i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Dopiero jak ustalisz, że wierzący stanowią osiemdziesiąt trzy procent społeczeństwa, to wiesz na czym stoisz. Statystyka to liczby, fundament rozumienia świata.

Kiedy to mówił, niektórzy wycieczkowicze widzieli kolorowe pawie pióra wyrastające mu z pleców. Dwóch mężczyzn z grupy gotowych było nawet przysiąc, że to prawda. Gdyby tak się stało, reputacja Iwana Iwanowicza uległaby co najmniej zachwianiu. Miał szczęście; w jego obronie nieoczekiwanie wystąpiła Wysoka z Kokiem.

– Jeśli mężczyzna ma czymś się chwalić, nie można mieć mu za złe, że sygnalizuje to kolorowym upierzeniem. Wolę opierzonego dziwaka, jak go nazywacie, z pawimi piórami, niż intelektualnego gołodupca bez pawich piór. Spojrzała przy tym na krytyków Zegarmistrza w taki sposób, że zrezygnowali z dalszego podawania w wątpliwość jego nawyków i manier.

O Wysokiej z Kokiem mówiono, że zagłodziła na śmierć swego męża, kiedy dowiedziała się, że przegrał w karty większą część majątku, jaki w posagu wniosła do małżeństwa. Mówili to ci dwaj, którzy pawimi piórami usiłowali podać w wątpliwość statystyczne nawyki Iwana Iwanowicza. Tak czy inaczej, mąż Wysokiej z Kokiem już nie żył, nie było więc możliwości zweryfikowania, co jest, a co nie jest prawdą.

Od czasu obrony swojej reputacji przez Wysoką z Kokiem, Iwan Iwanowicz pamiętał już jej imię: Anita. Był jej to winien.

– Moja pamięć otrzymała stymulującego kopa. To jeszcze jedna lekcja, jak skojarzyć sobie imię z osobą. Nie tylko wygląd i twarz człowieka, ale i czyn, tworzą mocne połączenia neuronowe w mózgu. – Iwan Iwanowicz niby to żartobliwie wywnętrzał się wieczorem w pokoju licząc na Kindżała, że podejmie rozmowę. Nie miał szczęścia, zbieracz zdobnych sztyletów pochłonięty był oglądaniem pod lupą finezyjnego wykończenia kolejnego nabytku. Nieco zdegustowany brakiem zainteresowania przyjaciela, Iwan Iwanowicz zauważył, tym razem tylko na własną potrzebę, że nigdy nie jest wiadome, co jest fikcją a co rzeczywistością w głowach ludzi, których los połączył wspólną podróżą do Indii.

– Ludzie to bajarze i zmyślacze – zasugerował Kindżałowi i ten się zgodził.

*****

Pierwsza kategoria uczestników grupy trzynastej obejmowała osoby powyżej lat sześćdziesięciu i zawierała się w liczbie dwudziestu pięciu. Była to grupa dominująca. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, jak to było możliwe. Czyżby tylko ludzie starsi byli ciekawi świata? W kategorii do lat sześćdziesięciu było tylko pięć osób, w tym trzy nieprzyzwoicie młode, w wieku około trzydziestki. Miał wrażenie, że społeczeństwo potraktowało je jak wyrzutków.

– Zamiast docenić i zatrudnić w gorącej końcówce roku ten rezerwuar młodości, wysyłają go w delegację na odległy kontynent, gdzie ludzie umierają młodo. Tak jakby chciano ich nastraszyć, aby szybciej wpłacali składki emerytalne, ponieważ nie zostało im wiele do przeżycia – tłumaczył Kindżałowi.

Uczestnicy wycieczki stopniowo dopasowali się nawzajem do siebie. Polubili się nawzajem, może dlatego, że nie musieli spędzać ze sobą pozostałej części życia, tylko kilkanaście dni. Atmosfera była pozytywna, oparta na wzajemnym szacunku. Jak się potem okazało, jego fundamentem była wspólna pasja zwiedzania zabytków i dokumentowania tego maksymalną ilością zdjęć. Krytykując innych, Iwan Iwanowicz nie dostrzegał belki we własnym oku.

– Mam wrażenie, że dla naszego towarzysza podróży, Rasputina, ważniejsze jest uwiecznianie się na zdjęciach na tle świątyń, świętych krów, świętej rzeki Ganges, tubylców, czy nawet ciekawszego słupa ogłoszeniowego, niż zwiedzanie zabytków i słuchanie ciekawych historii opowiadanych przez Przewo – oświadczył Kindżałowi, z którym los każdego wieczoru łączył go wspólnotą pobytu w jednym pokoju hotelowym. Tolerancja wzajemnych odrębności pozwoliła obydwu zachować spokój ducha.

*****

Zapamiętanie imion i nazwisk kilkudziesięciu uczestników było niemożliwe, choć Przewo odczytywał je każdego dnia dla sprawdzenia, czy wszyscy są obecni. Osoba, której nazwisko wyczytano, odpowiadała lakonicznym „Jestem”, ewentualnie „Obecny”, rzadziej „Przewo, dlaczego stale pytasz mnie o to samo? Przecież widzisz, że jestem!”. Iwanowi Iwanowiczowi przyszło na myśl, że w Indiach to zgodne potakiwanie „ Jestem”, „Obecny” czy rzadziej słyszane „Do usług” lub „Całuję nóżki waćpana”, stanowi formę spadku po imperialistach brytyjskich, usiłujących zrobić z podbitego narodu potakiwaczy i służalców. Myśl wydała mu się przesadna i niestosowna; porzucił ją z obawy, że skazi jego umysł jakąś nieznaną psychiczną toksyną.

Przewo z uwagą i powagą każdorazowo sprawdzał obecność, czyniąc to może z nawyku, a może z potrzeby serca. W rzeczywistości robił to z ostrożności.

– Woli dmuchać na zimne – zaopiniował ktoś zza pleców innych osób. Jak się okazało, kiedyś jeden z uczestników jego grupy zgubił mu się i odnalazł dopiero po latach, tak bardzo odmieniony, że ani rodzina ani krajanie go nie poznali. Wedle jego wyjaśnień, lata nieobecności spędził na ulicach i w aśramie, dzięki czemu z gwałtownika i pijaka stał się uduchowionym ascetą. Po krótkim pobycie w kraju ojczystym wrócił do Indii, legitymując to ciekawym wyjaśnieniem:

– Nie pasuję już do naszego społeczeństwa, rozbudzonego i pozytywnego w ogólności, lecz zatrutego pesymizmem i narzekaniem, w dodatku łatwego do kupienia tanimi obietnicami.

0Shares

Dziwna noc mieszańca etnicznego. Groteska.

Trwała zimowa noc. Iwan Iwanowicz zasnął po raz pierwszy. Śniła mu się bezsenność, jak go męczy a nawet torturuje. Postanowił uczynić z niej siłę twórczą, okiełznać jak dzikiego mustanga, zmusić do pracy w kieracie własnych poleceń, aby posłusznie zmieniała nieudolne i abstrakcyjne myśli w użyteczne życiowo konkrety. Tej nocy Iwan Iwanowicz stworzył kilka krótkich Teorii Życia Dobowego, nadając im nazwy stosowne do treści.

Teoria czynnościowa doby: Sen, budzenie się, życie na jawie, usypianie, sen. Teoria dobowa miejsca: Człowiek w łóżku – czas bez butów, człowiek na jawie – czas w butach, przerywany krótkimi fragmentami chodzenia boso po domu, w łazience oraz po zimnym balkonie. Teoria fizjologiczna doby: sen, budzenie się, wchłanianie dowolnej ilości pokarmów, metaboliczna przemiana pokarmów w energię i nawóz naturalny a czarnej kawy w dobre samopoczucie, wchłanianie napojów głównie z plastikowych pojemników, w końcu wykonywanie czynności użytecznych dla siebie, domu i świata.

Po namyśle Iwan Iwanowicz uznał wymyślone teorie za jedną wielką bzdurę, złożył ją w czworokąt, potem w trójkąt i jeszcze raz w trójkąt. Składanie przypomniało mu Talesa z Miletu, twórcę geometrii nazwanej później euklidesową, wynalazcę takich pojęć jak punkt, prosta, płaszczyzna, twierdzenie i teoria. Kiedy zdał sobie sprawę, że miało to miejsce w VI wieku przed naszą erą, żachnął się, po czym wyrzucił Milesa do kosza zużytych myśli i wspomnień. Czyniąc to myślał:

– Po jaką cholerę mi wiedza w czasach masowego ogłupiania człowieka i cichego mordowania przyrody.

Po odrzuceniu zbędnego balastu Iwan Iwanowicz ułożył się wygodniej i po raz drugi zasnął. Wkrótce naszła go obfitość rekwizytów i wydarzeń teatralnych. Najpierw przyśniły mu się figury geometryczne, figi i stringi w ciapki, fajfus średnich rozmiarów oraz tajemnicze akcesoria damskie ukryte w półcieniu rudego uwłosienia. Iwan Iwanowicz uznał te elementy za przejaw mocy teorii Freuda i jego nobliwych kontynuatorów.

Potem ukazała mu się zmora nocna, chwilę go hipnotyzowała oczami zapożyczonymi od bazyliszka, po czym zaczęła go dusić. Iwan Iwanowicz postawił dać jej odpór stosując na początek krzyk bojowy Krysi P. „Podejdź, chamie, to dam ci w mordę”. Zmagali się jedną rundę, w czasie której Iwan Iwanowicz zyskał przewagę. W drugiej rundzie był już górą, założył zmorze chwyt Nelsona i ją udusił. Słysząc, jak charczała, cieszył się jak dziecko. Co zrobił z truchłem nie pamiętał.

W nagrodę ukazał mu się prezydent Uti w kostiumie Człowieka Skały, i pokazał mu jak trzema uściskami zdławić na zawsze białego niedźwiedzia polarnego, jak nurkować na głębokość dwustu sześćdziesięciu metrów z pingwinami oraz jak skutecznie rządzić krajem rozbudzając w społeczeństwie miłość do II Wojny Światowej oraz siły militarnej opartej na zimnej bombie i popisach tężyzny fizycznej.

– Siłą, brachu, pokonasz głód, brak butów i spadek ciśnienia gazu w rurze – krzyknął pod koniec pokazów prezydent Uti, po czym wstąpił na czerwony dywan w Dziennym Pałacu Władzy i znikł za Wielkimi Drzwiami. Były one tak intensywnie złocone, że można by z nich zrobić sześć tysięcy obrączek dla kobiet z palcami grubości parówki lub osiem tysięcy obrączek dla kobiet z palcami drobnej pianistki.

Iwanowi Iwanowiczowi podobały się wschodnie metody rządzenia. Dodał do nich jeszcze metodę Krzywego Napoleona określającą nowe zasady sprawiedliwego rozdziału przywilejów i uprawnień. Polegała ona na przywiązywaniu sędziów do zwycięskiego rydwanu, nakładaniu im uździenicy z napisem „My, tu, tego, panie, sprawiedliwość” i wykręcaniu głów w stronę, skąd padało światło mądrości oświeconej władzy.

Iwan Iwanowicz postanowił wykorzystać metody obydwu władców już przy najbliższej okazji w celu lepszego zarządzania niesfornymi snami.

– Nie będą kosmate sukinsyny mną rządzić! – krzyknął z przekonaniem, po czym zmiękł zdając sobie sprawę z niestosowności krzyków po nocy.

Z postanowieniem rychłego i pełnego wykorzystania cudownych metod zasnął po raz trzeci, nie zauważając nawet, że usta ma suche jak wiór i należałoby je zwilżyć. Obudził się dopiero o godzinie szóstej rano, kiedy wierny sygnalista w głowie odtrąbił pobudkę na poranną kawę, dla pewności pukając także kilka razy od strony wewnętrznej w kość skroniową.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 7: Miasto Patan i Bhatapur.

Na ulicach Patan rządził transport. Ludzie i towary przemieszczały się w tysięcznych kierunkach. Nie było osób, które by gdzieś nie jechały,ani towarów, których by ktoś gdzieś nie przewoził.

Transport masowy, do czterech osób, odbywał się na motocyklu. Motocyklista plus trzy osoby z tyłu to była najwyższa forma ekwilibrystyki. Zagraniczni turyści patrzyli i podziwiali. Ulicami pędzili ludzie na rowerach, ryksze nożne i motorowe wyposażone terkoczący i śmierdzący silniczek, wózki ciągnięte przez człowieka-kulisa oraz wózki ciągnięte przez konie lub wielbłądy.

Nie było też problemu, kiedy coś się zepsuło. Co jakiś czas mijali kawałek ziemi, mały placyk, wnękę w budynku lub garaż ze stojącymi i leżącymi rowerami, motorowerami, motocyklami i rykszami. Były to uliczne warsztaty naprawcze urządzeń technicznych,

Iwan Iwanowicz jak zwykle miał coś do powiedzenia. Jednym się to podobało, inni pozostali obojętni, jeszcze inni milczeli wymownie, ponieważ wyraził tę samą myśl już wcześniej, nad rzeką Bagmati, kiedy zwiedzali świat ręcznych krematoriów na ghatach.

– Tylko ludzie i środki komunikacji są współczesne w Patan, reszta to średniowiecze i wieki wcześniejsze.

Co do zabytków historycznych, była to czysta prawda. W odróżnieniu od Indii, zabytki Nepalu przypominały cacuszka świeżo wyjęte z pudełka, w nienaruszonym stanie, idealnie utrzymane.

 

Iwan Iwanowicz tłumaczył to sobie oddaleniem Nepalu od zaborczego Imperium Brytyjskiego. Niewielki górski, ubogi kraj nie interesował wielkiego imperium; Anglicy skolonizowali Indie i tym się zadowolili. Nepal pozostał na uboczu. Nawet walki między lokalnymi władcami nie spowodowały większych zniszczeń w dorobku materialnym kraju.

Iwanowi Iwanowiczowi historyczny i buddyjski Nepal podobał się o niebo bardziej niż Indie. Cieszył się, że prawie połowa czasu wycieczki przypadła na zwiedzanie Nepalu.

Większość uczestników robiła w mieście zdjęcia lub nagrywała na kamerze video. Czyniono to w pośpiechu, nikt się nie wyróżniał. W najciekawszym miejscu Iwanowi Iwanowiczowi wysiadł aparat fotograficzny, prawdopodobnie wyczerpała się bateria. Kiedy to stwierdził, gorzko złorzeczył, zupełnie niepotrzebnie i niewspółmiernie do problemu. Nie przeklinał jednak martwego przedmiotu, o którym mógł powiedzieć, że jest bezduszny i głupi jak but, ale siebie, że nie zabrał zapasowej baterii.

Późnym popołudniem oglądali misy lecznicze zwane singing bowls, śpiewające misy, wykonane z siedmiu metali i stopów metali, ręcznie kute.

Uderzone drewnianym młoteczkiem misy wydawały z siebie niesamowicie długi, przejmujący i pulsujący metaliczny dźwięk. Po napełnieniu wodą, obwodzenie misy po wewnętrznej krawędzi drewnianą rolką powodowało, że woda burzyła się, tworząc żywe rozpryski, prawie przelewając się na zewnątrz.

****

W hotelu oceniali, jak przeżyli dzień. Grupa wiekowo stanowiła kwiat dojrzałości, a ten jak wiadomo, ma skłonności więdnięcia i podobne przypadłości. Jeden z mężczyzn, nazywali go Alko, nałykał się miejskiego powietrza i słaniał się podtruty.

– Każdemu świeże górskie powietrze może uderzyć do głowy – wyjaśnił, przysiadając po kolacji w hallu na ozdobnym kominku. Twierdził, że czyni to dla relaksu. Na początku myśleli, że mówi prawdę. Wyglądał blado, co przyjęto za oznakę powagi. Niektórzy rodacy, nawet jeśli uważali, że jego wyjaśnienie i organiczna słabość maja się do siebie jak pięść do nosa, woleli zinterpretować to zdarzenie na jego korzyść.

– Nikt nie lubi być krytyczny wobec krajana w obcym kraju zwłaszcza wśród Hindusów, dla których alkohol nie jest najwyższym osiągnieciem cywilizacji. To byłoby niepatriotyczne.

Sytuacja z samopoczuciem rodaka w mieście Patan, gdzie na człowieka działają różne siły przyrody i cywilizacji, była dwuznaczna. W kuluarach rozwinęła się dyskusja na temat moralności, alkoholu, miłości bliźniego i palenia na stosie. Niektórym skojarzyło się to z Inkwizycją. Temat nie podobał się, uznano go za zbyt bolesny w kraju, gdzie ludzie są na ogół tolerancyjni i bez kłopotów respektują odmienne postawy etyczne i religijne.

– Takiego zamieszania postaw i poglądów nie sposób rozwikłać. – Iwan Iwanowicz zdobył się na ubogie podsumowanie sytuacji. Poczuł się analfabetą, a nawet ślepcem błądzącym po omacku w gęstwinie ludzkich słabości, zbuntowanych sumień i zdeformowanych przekonań. Usiłując zakończyć mroczny temat Inkwizycji Iwan Iwanowicz przedstawił wiersz zatytułowany „Francisco Goya”:

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 6: Ghaty nad rzeką Bagmati.

Obudziła go seria dźwięków łomotania blachy o coś bardzo twardego. Iwan Iwanowicz popatrzył w kierunku rzeki. Na drugim brzegu, na blaszanym dachu osłaniającym dogasający ogień na ghacie, siedziała małpa i w napadzie zwierzęcego amoku tłukła o dach naderwanym kawałem blachy. Iwan Iwanowicz przyglądał jej się jakiś czas i widząc, że nie zamierza skończyć, przeniósł wzrok na rzekę.

Przed jego oczami pojawił się nowy obraz. Bagmati okazała się wielkim burym ściekiem. Było w niej tak mało wody, że widać było sterczące z dna szczapy nadpalonego drewna. Woda była płytka, rozlazła i nieświeża jak stęchła zupa warzywna. Dwa jaśniejsze ostre kształty przypominały nadwątlone ogniem ludzkie kości udowe. Iwan Iwanowicz żałował, że nie zabrał ze sobą lornetki.

Nad powierzchnią rzeki, na ghacie numer dwa, dogorywały płomienie stosu kremacyjnego.

Po zakończeniu palenia, kiedy ogień już tylko tlił się, mężczyźni obsługujący stos kremacyjny zaczęli spychać ostrymi drągami jego pozostałości do rzeki. Czynili to z wyrachowaniem, kawałek po kawałku, bez pośpiechu. W wodzie lądowały dymiące jeszcze kawałki drewna jak i niekształtne fragmenty kości. W zetknięciu z wodą głośno syczały buchając parą.

Po usunięciu resztek stosu mężczyźni schodzili po schodach na sam brzeg rzeki, zanurzali w niej wiadra i czerpali wodę, aby po chwili polać nią rozgrzaną powierzchnię płyty betonowej. Wywoływało to natychmiast ogromną chmurę pary wodnej. Nie przeszkadzało im to w czyszczeniu ghaty szeroką, szorstką szczotką umocowaną na długim kiju.

Iwan Iwanowicz poczuł odpychający zapach spalenizny w nosie, oczach i ustach. Zafascynowany sprzątaniem ghaty po kremacji podszedł bliżej i zauważył, że zajmowali się tym mężczyźni pochodzący z najniższej kasty, dobrze zbudowani i krępi. Z tyłu głowy sterczały im na środku brudne i cienkie kosmyki włosów; był to ich znak rozpoznawczy.

Z tyłu za sprzątaczami teren wznosił się lekko w górę; na długiej ławie osłoniętej daszkiem zebrała się tam grupka kobiet, dzieci i mężczyzn w różnym wieku. Iwan Iwanowicz domyślił się, że była to rodzina, przyjaciele i znajomi zmarłej osoby. Zebrani rozmawiali spokojnie ze sobą, na ich twarzach nie było widać smutku, skupienia czy napięcia.

Po inspekcji prawobrzeżnej ghaty, gdzie kilkadziesiąt minut wcześniej płonął stos z ciałem okrytym białym prześcieradłem, Iwan Iwanowicz razem z przyjaciółmi wrócił na lewy brzeg, aby zrobić sobie spacer w górę rzeki.

Wkrótce napotkali dwóch braminów siedzących w pozie lotosu na dwóch okrągłych betonowych płytach ustawionych między krawędzią wody a wąską uliczką.

Każdemu z nich towarzyszy im zwyczajnie ubrane osoby. Bramini mieli kolorowy sznur przewieszony przez prawe ramię i wchodzący pod pachę. Odprawiali oni ciche modły razem z najbliższą rodziną zmarłego.

Ceremoniałowi towarzyszyły krzyki małp skaczących po drugiej stronie uliczki, ukrytych w poskręcanych chaszczach i drzewach.

– W tym, co widzę, mało jest chyba religijnego obrządku, a więcej rutyny wypełniającej czas oczekiwania na spalenie zmarłego na stosie. – Iwan Iwanowicz nie mógł wstrzymać się od komentarza. 

Nikt z towarzyszących mu osób nie potwierdził ani nie skomentował jego obserwacji; ich milczenie przyjął jako formę niezgody wobec jego opinii.

W hotelu w swoim notatniku podróżnym Iwan Iwanowicz dokonał krótkiego wpisu: Palenie zwłok w tradycyjny sposób na rzecznych ghatach to ważna część tradycji Indii i Nepalu. Trwa ona od wieków. Kiedyś nie miało to znaczenia dla rzeki, ponieważ pochówków było mało. Teraz, kiedy ich ilość powiększyła się wielokrotnie, nabrało to zupełnie innego wymiaru. Niegdyś żywa i naturalnie piękna rzeka Bagmati wpływająca do miasta Patan stała się obrzydliwym i martwym ściekiem. Mogę to zaświadczyć osobiście, a nawet udokumentować to zdjęciami.

Po kolacji w restauracji hotelowej Iwan Iwanowicz otrzymał nieoczekiwaną propozycję od współlokatora pokoju, miłośnika i zbieracza inkrustowanych kindżałów, aby udać się do jednego z pokoi.

– To wezwanie sponsora imprezy rozrywkowej „No, to teraz chłopcy po małym kieliszeczku”- Wyjaśnił przyjaciel uśmiechając się tajemniczo.

Pokój, gdzie mieli się spotkać, mieścił się na czwartym piętrze hotelu, gdzie tego dnia nocowali. Aby wejść, trzeba było zapukać trzy razy w określony sposób.

Rozmowa zeszła na wrażenia dnia. To, co mieli okazję obejrzeć, były to najprawdziwsze ghaty, miejsca palenia zwłok, oraz ceremoniał przebiegu kremacji. Tego dnia, w czasie ich pobytu na rzeką, odbyły się dwie kremacje.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 5: Nad rzeką Bagmati.

Grupa wycieczkowa znalazła się w mieście Patan na rzeką Bagmati. Patan to nepalski odpowiednik hinduskiego Varanasi położonego nad Gangesem, uznawanego za święte miasto, dla wyznawców hinduizmu najodpowiedniejsze miejsce żegnania zmarłych przez spalenie na stosie.

Patan, niegdyś zwany Lalitpur, czyli „Miasto Piękna”, to jedna z dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Z dwustu trzydziestoma tysiącami mieszkańców jest trzecim, największym miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je głównie w celu zwiedzenia wspaniałego Pałacu Królewskiego i Durbar Square. Z uwagi na wyjątkową wartość zabytków historycznych Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi podobnymi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Siódmego grudnia wycieczkowicze udali się pieszo nad rzekę Bagmati, aby obejrzeć ghaty, kamienne stopnie schodzące ku rzece, na których na stosie drewna pali się ciała zmarłych. Szli wzdłuż rzeki wąską uliczką obrzeżoną kolorowymi sklepikami, promieniującymi średniowieczną atmosferą. Jej staromodny charakter naruszały produkty importowane z Chin, eksponowane na wystawach, w kolorowych, nowoczesnych opakowaniach, oraz ludzie trzymający w rękach smartfony, słuchający, mówiący lub klikający w klawiaturę. Dalej, tuż nad samym brzegiem rzeki, zobaczyli przytulone do skały trzy malutkie domki, prowizoryczne konstrukcje, obwieszone starymi workami dla ochrony przed deszczem i zimnem. Antyczność miejsc i zabudowań mieszała się z teraźniejszością ubiorów, towarów na sklepowych wystawach i smartfonów, naruszając estetyczne odczucia nieprzyzwyczajonych do takich kontrastów turystów z Nomadii. Idąc, rozmawiali o zwierzętach, jakich spodziewali się w czasie spaceru przy drodze, małpach, psach i jaszczurkach.

Iwan Iwanowicz zdenerwował się z nieokreślonego powodu.

– Ja to chromolę – zwrócił się do osób idących obok niego. – Pies, małpa, jaszczurka! – Jakie to ma znaczenie! Tu trzeba myśleć o zmianie pojęcia czasu, na takie, w którym mieściłoby się zarówno średniowiecze jak i współczesność, starocie jak i telefon komórkowy najnowszej generacji.

W szerszym miejscu drogi zatrzymali się i przysiedli na ławkach, aby wysłuchać wyjaśnień przewodniczki. Słońce świeciło prosto w oczy Iwana Iwanowicza, więc je przymknął. Słowa mówiącej kobiety brzmiały to silniej, to słabiej w jego uszach. Przez półprzymknięte powieki ujrzał scenę zaprzeczającą jego wiedzy o rzece Bagmati. Przypominało to odsłonięcie kurtyny w teatrze zbrodni, gdzie zamiast sceny morderstwa ukazuje się sielski widok dzieci swawolących na wolnym powietrzu. Iwan Iwanowicz skoncentrował się. Słuchał młodego, poważnego mężczyznę w okularach, z czarną brodą, i zasobnych biodrach dojrzałej matrony nepalskiej.

– Nasza rzeka Bagmati, płynąca z wysokich gór, to proszę państwa, jedno z najczystszych miejsc w Nepalu, o poziomie higieny, o jakim w Europie nikt nie ma nawet prawa marzyć. Nastąpiło to dzięki zmianom jakie wprowadziliśmy w ochronie środowiska naturalnego. Zachowaniu tej czystości nie przeszkadza nawet to, że palimy tutaj, na ghatach Bagmati, naszych ukochanych zmarłych.

Iwan Iwanowicz zauważył, że przewodniczka przyciszyła głos, aby nie płoszyć nastroju przemówienia o świętości kremacji. Po zakończeniu wyjaśnień przewodnik skinął ręką, pojawili się ludzie z tablicami reklamowymi, zachęcając mieszkańców i turystów do rezerwacji czasu i miejsca kremacji dla rodziny i dla siebie. Kiedy ludzie zastanawiali się, jak na życzenie zjawił się przedstawiciel miejskiego przedsiębiorstwa Zakład Kremacji Śniegi Himalajów, młody Hindus w stroju Boga Małp Hanumana, z bloczkiem formularzy rezerwacyjnych, pieczątką i dowodami wpłaty za kremację. Z torby przewieszonej przez ramię wyjął elektroniczny kalendarz pokazujący daty roku bieżącego i przyszłego.

Wezwanie przyciągnęło kilku chętnych klientów, w tym małżeństwo z wycieczki Iwana Iwanowicza. Po krótkich negocjacjach mężczyzna uzgodnił datę i koszt spalenia swego ciała na ghacie. Oboje przeliczyli to na walutę własną. Wydali pomruk zadowolenia, że cena usługi była nie wyższa ni koszt śniadania w restauracji hotelu „Świat Marzeń” w centrum stolicy Nomadii. Kiedy zdali sobie z tego sprawę, mężczyzna dopędził oddalającego się pracownika Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów i poprosił o podwójną usługę spalenia na stosie. Na pracowniku sprawiło to widocznie bardzo pozytywne wrażenie, ponieważ dodatkowo zaoferował bezpłatne zaproszenie dla dwóch uczestników stypy pogrzebowej przeznaczonej dla krewnych i przyjaciół zmarłego. Chwilę dyskutowali o menu, małżeństwo pytało jeszcze o listę alkoholi, jakie będą serwowane na stypie rodzinno-przyjacielsko-towarzyskiej, jak ją określał przedstawiciel Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów.

Z ławki, na której siedział, Iwan Iwanowicz widział wyraźnie rzekę płynącą czystym i rześkim nurtem. Stosy pogrzebowe płonęły tylko na dwóch ghatach obsługiwanych przez pracowników Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów. Mówiły to duże przywieszki imienne z nazwą i logo firmy przyczepione srebrnymi agrafkami do białych fartuchów. Jeden z pracowników, z oryginalnym zakończeniem plecionego warkoczem na czubku głowy, pozłacanymi grabkami spychał ze stosu popiół do rzeki. Tak się wydawało Iwanowi Iwanowiczowi, dopóki nie wstał i nie podszedł bliżej miejsca kremacji. Wtedy zauważył, że pod ghatą przyczepiona była na trzech żółtych skórzanych paseczkach czerwonoszara urna.

– Widać, że Śniegi Himalajów dbają o to, aby do rzeki nie wpadły nawet drobiny popiołu z płonącego stosu – powiedział głośno obracając się do tyłu, w przekonaniu, że razem z nim podeszli także inni uczestnicy grupy. Nikogo jednak nie zauważył.

Iwan Iwanowicz stał przy ghatach i patrzył na rzekę. Woda w niej była tak czysta, ze pracownicy firmy czerpali ją dłońmi i metalowymi kubkami i przykładali do ust, aby ugasić pragnienie.

Iwan Iwanowicz szedł w dół po schodkach bocznych ghaty zaczerpnął wody do termosu wyjętego z plecaka. Spróbował i uznał, że jest czysta i ożywcza w smaku.

– Jakiż ja byłem naiwny – pomyślał. – Uwierzyłem zdjęciom i opisom w Internecie, które pokazywały kawały niespalonego drewna w wodzie przypominającej brunatnoszary ściek.

Zdał sobie sprawę z siły złudzeń tworzonych przez sprytnie skonstruowane przekazy internetowe. Wyciągnął z plecaka zeszyt i długopis, i zaczął notować.

– Woda w Bagmati tuż przy ghatach jest doskonałej jakości. Wodę tę butelkuje się i rozsyła po całym świecie, ponieważ jest zaspokaja pragnienie lepiej niż słynna Coca-Cola. Kiedy to zanotował, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ukazał się przed nim napis: „Coca-Cola to przeżytek. Pij Bagmati Water, najzdrowszą wodę na świecie”.

Wkrótce do Iwana Iwanowicza dołączyła reszta wycieczki. Stanęli naprzeciwko drugiej ghaty, z właśnie podpalonym stosem drewna. W ciągu minuty płomień rozhulał się jak wielki pożar. Obok pracowników Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów stali członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi zmarłego, czekali cierpliwie zbici w kupki i milczący. Ból i cierpienie malowały się na ich twarzach. Zwracali się do siebie z pocieszeniem składając razem dłonie i pochylając lekko głowę w rytualnym pozdrowieniu „namaste”.

– A ja czytałem, że oni stoją jak na przystanku autobusowym, rozprawiają o polityce, opowiadają sobie kawały i czekają na stypę pogrzebową – Iwan Iwanowicz zwrócił się do towarzyszącego mu wysokiego członka wycieczki ubranego w kraciastą koszulę hawajską, jasne długie spodnie, trzymającego w ręku kosztowną kamerę fotograficzną.

Po kilku minutach przewodniczka dała znak chorągiewką i ruszyli w dalszą drogę. Posuwali się wzdłuż lewego brzegu rzeki wypatrując zabiedzonego psa i wychudłą rudą małpę, które tu rzekomo zamieszkiwały. Zobaczyli zwierzęta minutę później, dobrze odkarmione, spoczywające nie na stosie brudnych liści czy szmat, ale na porządnych słomiankach, zadowolone ze swego losu. Jeden z psów, starannie przystrzyżony biały pudelek, miał na szyi obrożę wysadzaną półszlachetnymi kamieniami. Obok stała miseczka ze świeżą kością i druga z czystą wodą.

– Mieszkańcy miasteczka wyraźnie dbają i kochają zwierzęta – Iwan Iwanowicz nie miał co do tego wątpliwości. Nie wyraził tego głośno, ponieważ był przekonany, że wiedzieli o tym także pozostali członkowie wycieczki idący tuż za nim.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 4: Nepal.

Po obudzeniu się rano Iwan Iwanowicz wykąpał się i umył zęby, po czym popukał je wodą z kranu. Żachnął się, kiedy przypomniał sobie, aby nie brać wody z kranu do ust, nawet po przegotowaniu. Chciał jak najszybciej zdezynfekować się alkoholem. Zapomniał, że w piersiówce ma spirytus zmieszany z wódką żołądkową gorzką, tą w najlepszym gatunku. Dusił się potem dłuższą chwilę nie mogąc złapać oddechu.

New Delhi to konfrontacja misternego piękna z niewymowną brzydotą. – zapisał w notatniku. To zaprzeczenie samo w sobie, wyraz filozofii kontrastu i w pewnym sensie beznadziei. Ostatnie skojarzenie odnosił do losu ludzi najuboższych, bezdomnych, śpiących na chodnikach, często analfabetów, zagubionych, zdegradowanych do zera przez sam fakt urodzenia się w piwnicy hierarchii społecznej, zaniedbanych, walczących o przeżycie każdego dnia. Należeli oni do znakomitej większości ludzi na planecie, rzeszy osób nie mających własnego kąta zamieszkania i nie wiedzących, co będą jeść na obiad następnego dnia a nawet, czy w ogóle będą jeść jakiś posiłek.

*****

W trakcie lotu z Delhi do Katmandu jak zwykle drętwiały mu stopy. To było nie do zniesienia. Wstał i chodził przejściem między jedną a drugą toaletą w samolocie, tą na przodzie i tą z tyłu samolotu. Po wylądowaniu na międzynarodowym lotnisku w Katmandu, stolicy Nepalu i zakończeniu formalności paszportowo-wizowych udali się wynajętym autobusem do hotelu. W opisie wycieczki nazywano to transferem. Po zameldowaniu się w recepcji i przydziale pokoi mieli czas wolny na odpoczynek po podróży.

 

W notatkach Iwana Iwanowicza ten dzień w dziwny sposób się zagubił. Znalazł tylko uwagę, że na kolację i na nocleg pojechali autobusem, pokonując trasę trzydziestu kilometrów. Było to niejasne.

*****

Był piąty dzień grudnia, najlepszej pory roku na zwiedzanie północnych Indii i Nepalu. W dzień było ciepło, często słonecznie. Najważniejsze, że był to okres minimalnych opadów. Ten najgorszy przypadał na deszcze monsunowe, podróż wtedy mogła być przekleństwem. Tylko noce były chłodne, w górzystych okolicach Nepalu wręcz zimne. Iwan Iwanowicz był na to przygotowany. Wszyscy byli na to przygotowani.

Wbrew przedwycieczkowym oczekiwaniom, miał do czynienia z wytrawnymi podróżnikami. Kiedy po raz pierwszy spotkał się ze swoją grupą na stołecznym lotnisku w Nomadii, nie było czasu ani sposobności poznać się bliżej i wymienić informacjami. Byli obcymi sobie ludźmi z nielicznymi wyjątkami, kilku par przeważnie małżeńskich, oraz kilku singli, znających się wcześniej. Iwan Iwanowicz miał o sobie wyobrażenie, że dużo w życiu podróżował i ma za sobą więcej doświadczenia niż inni. Była to prawda tylko w stosunku do niewielkiej grupy towarzyszy podróży, pozostali mieli o niebo więcej doświadczenia.

Zanim się spotkali był też przekonany, że zobaczy ludzi w różnym wieku, spośród których będzie jedną z najstarszych osób.

– Nie daj, Boże, abym miał określać siebie mianem Matuzalema – spekulował, ciągnąc okrągły marynarski worek podróżny.

Ku swemu zaskoczeniu, prawie wszyscy byli w wieku emerytalnym. Tylko jedno małżeństwo wyglądało na czterdzieści lat, ponadto był tylko jeszcze jeden młody mężczyzna. Przyczyna była prosta, ale on się jej nie domyślił. Grudzień nie był okresem wakacji, kiedy masowo podróżują do Indii rodzice z dziećmi. Właściwie to Iwan Iwanowicz wiedział to wszystko, tylko umknęło to jego uwadze. Kiedy o tym myślał, tym pytaniu i dowiadywaniu się, pamiętaniu i zapominaniu, zdał sobie sprawę, że w Indiach uczy się także samego siebie.

*****

Głównym celem podróży, tym co go naprawdę skłoniło, aby zwiedzić Indie, był Budda.

Iwanowi Iwanowiczowi wychowanemu w tradycjach chrześcijaństwa, życie Buddy,  jego mądrość i jego nauki, niezwykle imponowały. Nie wzięło się to z niczego. W pewnym okresie swego życia, przeżywał głęboki kryzys; myślał wtedy nawet o samobójstwie. Z pomocą przyszedł mu wówczas Budda, objawiając się w formie książki „Prawdziwe nauczanie Buddy”, zaczynające się od wyznania, że życie jest cierpieniem. To był początek i esencja także prawdy Iwana Iwanowicza o życiu. Nie znaczy to, że Budda był cierpiętnikiem.

– O, nie! – Iwan Iwanowicz przypomniał sobie okrzyk, jaki wydawał, kiedy dzielił się swoją wiedzą z innymi o Buddzie i jego nauczaniu, oraz przekonaniem o jego mądrości. Iwan Iwanowicz chętnie o tym rozmawiał z innymi, jeśli tylko wykazali chęć otwarcia się na ten temat. Nie za często się to zdarzało, ponieważ ludzie reprezentują różne stopnie otwarcia na życie i religię, na inne poglądy i wykazują różną ciekawość świata, która okresami trawiła go jak gorączka. W ocenie Buddy cierpienie było wszechobecne wyrażając się w zdarzeniach takich jak narodziny, które niosą ze sobą ból matki i dziecka, wchodzącego w nieznany świat, choroba, starzenie się i umieranie. Także oddaleniem od tego, co kochamy i bliskością tego, czego nie znosimy, co nas męczy, jest niemiłe lub wrogie. Był to zbyt obszerny temat, aby można było go ująć w kilku prostych słowach, dlatego Iwan Iwanowicz unikał przypadkowych i zdawkowych dyskusji.

Północne Indie, leżące u podnóży Himalajów, to był kraj Buddy; tutaj urodził się, medytował, także poszcząc tak intensywnie, że żebra było widać jak na dłoni, aby zgłębić naturę życia. Zmarł w wieku ponad osiemdziesięciu lat, jak głosi przekaz ustny. Było to niezwykłe, ponieważ w tamtych odległych czasach ludzie nie dożywali nawet pięćdziesięciu lat. Iwan Iwanowicz miał do czynienia z Buddą wielokrotnie, stał się jego uczniem, oczywiście zaocznie. Było to przeżywanie intensywne i dostatecznie długie, aby w końcu uznał buddyzm za filozofię także swojego życia, wiarę najwyższej klasy. Dopiero po wgłębieniu się w nią zrozumiał, że każdy może być buddą. Sam wyraz, pisany z małej litery, ma ogólne znaczenie, oznacza kogoś, kto doznał olśnienia, jest oświecony, zna tajemnicę, której inni nie znają. Rzeczywisty, historyczny Budda nazywał się Budda Gautama i pochodził z książęcego rodu. Nigdy nie uważał się za boga ani żadną wyższą istotę, tylko za przewodnika i nauczyciela, przez swoich uczniów także za mędrca. Dopiero kilka wieków później cesarz jednego z księstw w północnych Indiach wyniósł go do rangi Boga, upowszechniając jego nauki jako oficjalną religię.

*****

Pochłonięty przestrzeganiem ustalonych norm czasu, pakowania się, rozpakowywania, transferów do i z hoteli, zbiórek przed zwiedzaniem ważnych zabytków, samym zwiedzaniem, kiedy trzeba było pilnować się, aby nie odłączyć się od grupy, słuchaniem przewodnika, oglądaniem ciekawostek i robieniem zdjęć, Iwan Iwanowicz myślał o tym rzadko. Uruchamiał się dopiero wtedy, kiedy przewodniczka wspomniała jakieś miejsce lub pamiątkę związaną z Buddą, jego wyznawcami lub jego nauczaniem. Było tego niemało, nie więcej jednak niż wiadro wody w stawie w porównaniu z hinduizmem, dominującą religią Indii.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 3: New Delhi.

Przylot do New Delhi nastąpił o godzinie piątej trzydzieści pięć rano. Po zakwaterowaniu się grupa ruszyła w miasto. Informacja była prosta: New Delhi to trzecia aglomeracja świata, dwadzieścia sześć milionów mieszkańców, wielki węzeł komunikacyjny, centrum przemysłu i kultury, miasto uniwersyteckie z licznymi teatrami, galeriami, muzeami i zabytkami z okresu Wielkich Mogołów. Jest co zwiedzać.

Tego dnia grupa obejrzeli sześć ważnych obiektów: Meczet Piątkowy Jama Masjid,

Czerwony Fort nad rzeką Jamuną, Grobowiec Humajuna, budynek Parlamentu, Bramę Indii

oraz świątynia Sikhów Gurudwara Bangla Sahib.

Był to intensywny dzień; przejazdy rikszami, autobusem, długie marsze pieszo. Iwan Iwanowicz czuł się jak na obozie wojskowym.

Jego wspomnienia poszatkował pośpiech. Oglądał Indie nie tak, jak sobie to wcześniej wyobrażał. Liczył na to, że będzie mieć trochę czasu ma refleksję, rozmowę jedną czy drugą w ciągu dnia, zapamiętanie tego, co najbardziej znaczące w historii i tradycji kraju. New Delhi nie dało mu tego luksusu. Nie było czasu zachwycić się czymkolwiek, przysiąść na ławce i popatrzyć na wodę. Zapamiętał niewiele, często nie to, co trzeba, jakieś fragmenty, urwane sceny, przypadkowe widoki.

Przed Grobowcem Humajuna widział grupę uczennic w jednolitych mundurkach szkolnych, w kolorze zielono-niebieskim: dobrze utrzymane dzieci, gładkie buzie, miłe uśmiechy, swobodne rozmowy. Był przekonany, że były to uczennice z zamożnych domów. Najbardziej podobało mu się ich zachowanie. Podchodziły do ich grupy i pytały, czy mogłyby zrobić sobie zdjęcie z jej uczestnikami.

– Zawsze było na odwrót. To my pytaliśmy Hindusów, czy moglibyśmy zrobić sobie z nimi zdjęcie. Te dziewczynki robią sobie zdjęcia z nami, turystami, traktując nas jak maskotki. – Skomentował ktoś z grupy. – W domu na pewno pokazują je rodzinie, rodzicom, przyjaciołom i mówią. O,  popatrz na tego z siwą głową! Jaki on śmieszny! Ta czarna kurtka, spodnie turystyczne, plecak, czapka, okulary przeciwsłoneczne i wąsy. Ci Europejczycy to prawdziwa egzotyka.

*****

Wieczorem kilka osób poszło przejść się, zwiedzić okolicę hotelu Gautam Deluxe. Wkrótce dotarli do większej ulicy z dziesiątkami sklepów i sklepików jubilerskich. Jeden z nich był wyjątkowo duży; wewnątrz było dwadzieścia osób personelu. Zakładu pilnowało dwóch strażników z karabinami. Iwan Iwanowicz razem z innymi wszedł do środka, aby nacieszyć oczy bogactwem oryginalnych w kształcie i misternych w wykonaniu wyrobów ze złota. Na zewnątrz przewalały się tłumy ludzi, wszędzie stragany i straganiki, sprzedawcy i ich klienci, turyści, rowery, riksze, samochody i autobusy. Nie to jednak zapadło mu w pamięć. Ulice w sąsiedztwie miały chodniki wyglądające tak, jakby ktoś chciał je specjalnie źle ułożyć; nieprzerwane nierówności, dziury i garby.

*****

Następnego dnia grupa miała wstać o godzinie piątej rano, znieść bagaż do recepcji o godzinie piątej trzydzieści, potem zjeść śniadanie i o godzinie szóstej rano pojechać na lotnisko, skąd mieli udać się do Katmandu.

Kilka minut przed poranną pobudką Iwan Iwanowicz zszedł do recepcji, aby zrobić sobie zdjęcia na pamiątkę, jak wyglądał pierwszy hotel, oraz notatki. Nic z tego nie wyszło. W recepcji było ciemno. Na sofach spali dwaj recepcjoniści. Nie było nawet stolika, przy którym można było usiąść. Z hotelu zapamiętał potem, że naprzeciwko było wielki plac z samochodami autobusami i motocyklami, przypominający zatłoczony parking z małą stacją benzynową, a właściwie pompą do tankowania paliwa.

Wyszedł na dwór. Panował tam przyjemny chłód. Obok zauważył drugi budynek, Hotel Swarami De Luxe.

– Tutaj wszystko jest „deluxe” – mruknął, rozglądając się wokół.

Przed wejściem do hotelu na betonowych płytach spał rudy pies. Odchodzący w bok chodnik był przecięty poprzecznym wałem betonu wysokości co najmniej dwudziestu centymetrów. Umieszczono w nim dwie plastikowe rury z przewodami elektrycznymi. Podróżnik przypomniał sobie wcześniejszy spacer po mieście.

– Prostacka, chamska robota – pomyślał. – Chodniki w New Delhi ; jeśli można coś spieprzyć w ich wykonaniu, to ci artyści to zrobili. To jest po prostu niewiarygodne.

Nie mieściło mu się w głowie, że naród mający prawdziwych mistrzów rzemiosła wykonujących koronkową robotę jubilerską może równocześnie tak brutalnie traktować obiekty użyteczności publicznej, z których sami nieprzerwanie korzystają.

Po powrocie do pokoju pomyślał, że niesłusznie ocenia Hindusów. Sam nie był ideałem; jak większość ludzi potrafił obchodzić się misternie z jedną częścią rzeczywistości i brutalnie traktować inną. Uznał, że to kwestia podejścia. Nie był jednak pewien, czy to prawda. Rzeczywistość Indii nie dawała się zdefiniować w prosty sposób. Iwan Iwanowicz postanowił czekać na dalsze wrażenia.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 2. Stambuł.

Po drodze do New Delhi, pierwszego celu podróży w Indiach, była jeszcze przesiadka w Stambule.

Tłumy ludzi na lotnisku szybko oddzieliły Iwana Iwanowicza od jego grupy. W autobusie przewożącym pasażerów z hali lotniska do samolotu odlatującego do New Delhi poczuł się nieswojo i obco. Określił to na swój użytek jako rozmamłanie w kulturowej tożsamości.

Razem z innymi stał w autobusie mającym zawieźć pasażerów do samolotu i czekał. Autobus nie ruszał, mimo, że był pełny. Obok Iwana Iwanowicza, nieco z boku po lewej stronie, znalazł się wysoki mężczyzna o ciemnej karnacji, sądząc po wyglądzie Azjata. Jego głowa znajdowała się powyżej głowy Iwana Iwanowicza, co odczuł jak niezasłużoną przykrość. Nie mając nic lepszego do roboty, przyglądał się dyskretnie milczącemu współpasażerowi. Miał włosy podcięte pod donicę jak u Sarmaty i kolczyki w uszach, na przegubie prawej dłoni błyszczały cztery srebrne obrączki a z tyłu wygolonej czaszki widoczne były dwie ukośne szramy. Mężczyzna miał na sobie markowe spodnie dresowe. Iwan Iwanowicz uznał je za eleganckie, zadając sobie pytanie, czy mówiąc o dresie można w ogóle myśleć o elegancji. Czarna skórzana kurtka i białe spacerowe Adidasy na nogach dopełniały ubiór obcokrajowca.

Piętro niżej od głowy Iwana Iwanowicza znalazł się zupełnie inny osobnik, niski, drobny, z długą czarną brodą i obfitymi bokobrodami; na głowie miał zmyślnie ukształtowany różowy turban. Z uwagi na ten strój głowy Iwan Iwanowicz uznał go za Hindusa. Najbardziej zastanawiało jego spojrzenie, pusta łagodność jak u Wojaka z Sydney, dawnego przyjaciela Iwana Iwanowicza.

Hindus miał na sobie płaszcz z ciemnoszarego materiału w pasy, w ręku bagaż, kolorową plastikową torbę z adresem sklepu odzieżowego w Toronto. Iwan Iwanowicz domyślił się, że podróżny przybył z Kanady, choć torba mogła znaleźć się w jego ręku także przypadkiem.

Trzecią osobą stojącą w bezpośredniej bliskości Iwana Iwanowicza była kobieta. Wyróżniała ją twarz o niezbyt intensywnej, oliwkowej karnacji, oraz biust, sterczący przed nią jak taran do rozbijania męskiego pożądania a zarazem obiekt miłości osesków spragnionych mleka, ciepła i aksamitu. Iwan Iwanowicz, czując się swobodnie w cichych spekulacjach uznał, że wydatny biust nie określa jakości kobiety, a jedynie podkreśla fakt, że konstrukcyjnie wybiega ona przed inne co najmniej dwie miary kobiecości do przodu. W kwestii anatomii uznał jeszcze, że biustem znacznie bardziej może imponować niż biodrami, którym też nic nie można było ująć. Jej wiek oszacował między trzydzieści a trzydzieści pięć lat. Kobieta robiła sobie zdjęcia selfie telefonem komórkowym, aby zaraz po ich wykonaniu przeglądać je z uwagą, nie zwracając uwagi, że stojący za nią i obok niej dwaj mężczyźni również je oglądali z takim zainteresowaniem, jakby obraz na małym ekranie był ciekawszy niż jego pierwowzór.

Po kilku minutach obserwacji Iwan Iwanowicz zdał sobie sprawę, że fantazjuje, unosząc się jak duch między pasażerami i węsząc niby wampir za ludzkim ciałem, skórą i krwią. Zamierzał przejść nad tym do punktu dziennego, kiedy doszedł go głośny krzyk dziecka. Miało to miejsce gdzieś w głębi autobusu. Wszyscy obrócili głowy w tym kierunku. Krzyk przeszedł wkrótce w płacz, maleństwo płakało nieutulone w nierozpoznawalnym żalu. Słysząc bolesny płacz poczuł się niezręcznie; miał wrażenie, że nagle stał się ubogim krewnym gatunku ludzkiego.

Po starcie samolotu, była już noc, podróżnik patrzył przez okno na wielką przestrzeń w dole otaczającą lotnisko. Nigdy nie widział piękniejszego widoku miasta nocą. Zachwycały go pasma i pasemka oświetlonych ulic, różnej szerokości i kierunku, kwadraty placów i zaciemnione plamy parków. Większość świateł była jakby różowa. Wielopiętrowe budynki tworzyły białe pionowe ramy. W pewnym momencie pojedyncza, przypominająca rozczapierzoną dłoń, błyskawica rozświetliła niebo i chwilę później wszystkie światła zgasły jak no komendę. Iwan Iwanowicz pomyślał, że musiała nastąpić wielka awaria sieci energetycznej. Wkrótce okazało się, że była to wielka chmura, w którą zanurzył się samolot. Światła na ziemi pokryły się mgiełkami. Iwan Iwanowicz poczuł się rozczarowany.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 1: Podróż do Indii.

Podróż do Indii zawsze była dla Iwana Iwanowicza potrzebą ducha, marzeniem marzeń. Kraj wielkości kontynentu stanowił dlań ogromną, bogatą i kolorową, świątynię historycznej, społecznej i duchowej niezwykłości, łączącej różne religie, tradycje i zwyczaje. Sama mieszanka religijna mogła zamieszać w głowie; począwszy od hinduizmu, najstarszej i najbardziej powszechnej religii, przez buddyzm, sikhizm i dżinizm, po chrześcijaństwo. Był to kraj, gdzie od wieków miały miejsce zdarzenia przerastające ludzką wyobraźnię.

Iwan Iwanowicz śnił o tym i marzył. Indie układały mu się w korowód osobliwości: guru, fakirzy, grzechotniki tańczące na dźwięk fletu, święte krowy, panteon bóstw, bogiń i ich wcieleń, monstrualne bogactwo i niewiarygodna nędza. W jego pamięci wyróżniał się bóg Ganeśa, przypominający czteroręcznego mężczyznę o głowie słonia z jednym kłem, złośliwego, ale kiedy się go udobruchało, bardzo pomocnego.

Ganeśa posiadał cechy słonia, jego mądrość i siłę, a jego skóra była złota, czerwona lub niebieska. Iwan Iwanowicz pamiętał niektóre atrybuty jego boskości: księgę, kieł, topór i wielki brzuch jako znak dobrobytu.

Było tego znacznie więcej. Mangusta, zwierzątko, którego opis walki z grzechotnikiem, Iwan Iwanowicz znalazł w książce Norberta Wienera, ojca cybernetyki, jako ilustrację sprzężenia zwrotnego, reinkarnacja, kamienie szlachetne wielkości męskiej pięści, pracowite i spokojne słonie, które raził czasem atak szaleństwa. Był także mędrzec Sathya Sai Baba, głoszący jedność wszystkich religii, pogodzenie się z samym sobą, pomoc innym. Sathyę Sai Babę Iwan Iwanowicz pamiętał z jego zdolności materializowania z niczego, w pustej dłoni, jasnego świętego popiołu, którym posypywał głowy wiernych, poza tym joga i inne praktyki duchowo-fizyczne. Był jeszcze zwyczaj uroczystego palenia zmarłych na stosie suchego drewna i zrzucanie ich prochów do świętej rzeki Ganges, w której dla zdrowia regularnie zanurzały się rzesze wiernych. Także Mahatma Gandhi, który milczącym biernym oporem pokonał potężne imperium brytyjskie niosąc wyzwolenie swojemu narodowi.

Najbardziej jednak wyobraźnię Iwana Iwanowicza rozpalił Lotan Baba, w języku angielskim zwany Rolling Saint, człowiek o niespotykanej wprost wierze i wytrwałości. Iwan Iwanowicz oglądał film o nim kilkakrotnie z trudem wierząc, że jest to możliwe. Tocząc się po ziemi drogami polnymi i po asfalcie, w słońcu, deszczu i kurzu, Lotan Baba odbył podróż czterech tysięcy kilometrów z Ratlam do świątyni Bogini Vaishno Devi w Jammu. Towarzyszyła mu grupka jego wyznawców przygrywając dźwięcznie na bębenku i innych instrumentach. Jego nieludzka wytrwałość i odporność imponowały Iwanowi Iwanowiczowi tym bardziej, że sam podejmował niejedno „święte” przyrzeczenie, którego nie dotrzymał.

Wyjazd do Indii stał się życiową koniecznością, którą Iwan Iwanowicz musiał w końcu zrealizować. W biurze podróży wykupił wycieczkę, w której programie były dwa kraje: Indie i Nepal. Przygotowując się do wyjazdu, odczuwał dreszcz podniecenia. Starał się zapamiętać jak najwięcej faktów, zdarzeń i miejsc, ale niewiele mu to dało. Doszedł do wniosku, że aby coś zapamiętać, trzeba wszystko zobaczyć na własne oczy, doznać i przeżyć. Zanotował sobie tylko najciekawsze miejsca i zabytki wymienione w programie wycieczki, aby nic nie stracić.

Podróż rozpoczynała się w stolicy na lotnisku międzynarodowym. Tam miał się spotkać z pozostałymi uczestnikami wycieczki. Ich również był ciekaw. Był samotnikiem z natury, dawno już nie podróżował w większym towarzystwie.

*****

Na dworzec kolejowy, skąd pociąg ekspres miał do zabrać do stolica, trafił przed godziną piątą rano, pół godziny wcześniej niż trzeba. Było wyjątkowo dużo ludzi. Miał czas, więc ich policzył; razem z nim było czterdzieści osiem osób. Sam się zdziwił, czemu to uczynił, po co było mu to potrzebne. Od tego momentu nie mógł oderwać się od liczenia. W gorączce podróżnej odczuwał chyba potrzebę porządkowania rzeczywistości albo robił to bezwiednie, dla uspokojenia.

****

Przed wyjściem na peron sprawdził bilet. Miał miejscówkę w wagonie numer dwa. Zapamiętał numer wagonu i miejsca. Będąc już na peronie, nie słuchał zapowiedzi, gdzie znajdują się poszczególne wagony. Wydało mu się logiczne, że wagon numer dwa będzie blisko początku pociągu. Okazało się, że wagon numer sześć, siedem i osiem były na początku pociągu, a wagon jeden, dwa i trzy na końcu. Wagonów numer cztery i pięć nie było w ogóle. Kolej odwróciła porządek. Przeklinając, Iwan Iwanowicz pokonał dystans prawie biegiem w zdenerwowaniu i zażenowaniu, że nie słuchał zapowiedzi. W wagonie było ogółem czterdzieści pięć miejsc; większość była pusta, zajęte było łącznie z nim dziewięć miejsc. Szybko obliczył, że to tylko dwadzieścia procent. To było proste.

Z dworca głównego w stolicy miał pociąg na lotnisko, ale kasa biletowa nie wiadomo dlaczego była zamknięta. Czas naglił. Iwan Iwanowicz dowiedział się, że w kolejce dojazdowej nie można kupić biletu. W pośpiechu odszukał automat biletowy. Kupił także bilet nieznajomemu mężczyźnie, który prosił go o pomoc. Był zmęczony, nieogolony, mówił z nieznacznym obcym akcentem.

– Nie mam pieniędzy, nie wiem co zrobić. Muszę być na lotnisku. Mam się tam spotkać z przyjacielem. Przyjechałem tutaj do pracy, ale właśnie ją straciłem

Iwan Iwanowicz kupił mu bilet kierując się współczuciem. Nie wahał się, choć nie miał pewności, czy mówi on prawdę. Wydatek uznał za dobry uczynek. Chwilę potem, kiedy pomyślał o Indiach, za jałmużnę. Razem wsiedli do kolejki. W wagonie bez zastanowienia policzył pasażerów. Było czternaście osób razem z nimi dwoma. Postanowił więcej nie liczyć. Skoncentrował się w myślach na celu wycieczki. Przed oczami stanął mu toczący się święty, prosty, brodaty, skąpo ubrany mężczyzna o niezwykłej sile ducha. To mobilizowało podróżnika do wytrwałości, nie tylko w drodze do Indii.

Lotan Baba, the Rolling Saint, video 9 minut https://www.youtube.com/watch?v=QaCItcf2iSA

0Shares

Nowy wymiar ewolucji. Opowiadanie. Odc. 1 – 4, wszystkie.

Odc. 1

W poczekalni przychodni protetyki dentystycznej Iwan Iwanowicz znalazł się nieprzypadkowo. Kiedy poruszał szczęką, u podstawy lewego ucha skrzypiało mu wiązadło. Trwało to już dostatecznie długo, aby zwrócić uwagę na jawną nieprawidłowość funkcjonalną i estetyczną ciała. On jednak tego jakby nie zauważał. Skrzypienie stawało się coraz wyraźniejsze. Tak wyraźne, że interweniowała żona.

– W końcu musisz coś zrobić w tej sprawie. Nie możesz skrzypieć przy każdym posiłku jak nienaoliwiony rower.  

Na jego wymowne spojrzenie, czy aż tak bardzo jej przeszkadza cichy dźwięk trących nieprawidłowo wiązadeł, odrzekła bez wahania.

– Tu nie chodzi o skrzypienie, tylko o twoje własne zdrowie. I nikt inny nie może o nie zadbać tylko ty.

Iwan Iwanowicz poczuł się zobowiązany do działania: umówienia wizyty u stomatologa w specjalistycznym ośrodku medycznym,

*****

Recepcja znajdowała się dokładnie na wprost drzwi wejściowych do budynku. W prawo szło się do szatni, gdzie królowała gadatliwa i wszechwiedząca kobieta z uszkodzonym lewym okiem, skośnym i zabielonym. Z boku recepcji, naprzeciw szatni, znajdowała się mała poczekalnia. Jedna długa ława do siedzenia wytyczała brzeg korytarza ciągnącego się w głąb budynku, gdzie mieściły się gabinety dentystyczne z aparaturą. Nad wejściem do korytarza widniała tablica „Pracownia protetyki stomatologicznej”, a pod spodem „Przychodnia Implantologii”.

Na szarokremowych ścianach poczekalni rzucały się w oczy wielkie czarne tablice ze zdjęciami absolwentów Academia Medica Geparda, Subfacultas Stomatologica. Pierwsza z nich poświęcona była Absolventes A.D. 1989/1990. Łącznie były to cztery identyczne tablice, każda poświęcona innemu rocznikowi absolwentów wydziału stomatologii. Iwan Iwanowicz zamyślił się patrząc na tablice. Przerwał mu chrypiący głos mężczyzny w ciemnym garniturze o aksamitnym połysku:

– Te tablice na pewno przywieziono je z mauzoleum. Wiem coś o tym, bo zwiedzałem niejeden taki zabytek. To znaczy, przy okazji, bo normalnie to pracuję w mauzoleum. Pozwoli pan, że się przedstawię:  Cezary Kosko, starszy konserwator zwłok wybitnych postaci historycznych. Mógł pan o mnie słyszeć, bo to ja przywracałem do pełnej formy dwóch zabalsamowanych przywódców Alberii skradzionych dwa lata temu z mauzoleum w Androtil. Musi pan wiedzieć, że każda mumia, zwłaszcza znanego człowieka, na przykład bohatera narodowego, ma swoją godność jak każdy inny osobnik ludzkiego gatunku, żywy lub martwy. O zwierzętach nie będę mówić, ale im się też należy szacunek. Najciekawsze w tym wszystkim są zęby, bo to one stanowią dowód osobisty każdego umrzyka.   

Zapowiadało się na dłuższy wywód. Iwan Iwanowicz gotów był słuchać, dopóki nie wezwą go do sali zabiegowej. Relację mężczyzny w aksamitnym garniturze przerwała młoda kobieta w białym fartuchu wywołując jego nazwisko.

– Nie zdążę panu powiedzieć więcej, bo mnie wołają. Proszę zapamiętać: Cezary Kosko, starszy konserwator zwłok wybitnych postaci historycznych. Może pan o mnie poczytać. 

Iwan Iwanowicz wrócił do studiowania tablic. Szukał w głowie skojarzeń. Przyszły mu do głowy: parzystość, łacińskie napisy oraz czerń. Na każdej tablicy, nad sześćdziesięcioma ośmioma małymi prostokątnymi zdjęciami absolwentów, uwidoczniono pięćdziesiąt dwie postacie profesorów ubranych po cywilnemu, w tym czworo w togach akademickich. Było to staromodne towarzystwo: korpulentne sylwetki, rozdęte twarze, zaciśnięte usta. Wśród mężczyzn dominowali osobnicy z przyzwoitymi czuprynami i wąsami tęgimi jak u zbójców .

– Wyglądają jak wczesna rekompensata za coraz skromniejsze uwłosienie późniejszych pokoleń ciała profesorskiego – bez cienia złośliwości skonkludował Iwan Iwanowicz.

Zdjęcia absolwentów umieszczone u dołu tablicy były mniejsze, choć to zasadniczo im była poświęcona tablica, mająca upamiętnić ich szczęśliwe zakończenie studiów. Iwan Iwanowicz uznał to za pijany przekaz dawniejszych czasów: „to my, ciało profesorskie, jesteśmy ważniejsi, niż cztery roczniki absolwentów studiów medycznych”.

Absolwentami byli staromodnie ubrani, wystraszeni młodzi ludzie; niektórzy z pewnością nie przekroczyli dwudziestu trzech lat życia, choć wyglądali na osiemnaście. Mieli wytrzeszczone oczy.

– To może być efekt błysku silnych fleszy, jakich wówczas używano. Ciekawe, że tylko jedna osoba, mężczyzna, jest w okularach – Iwan Iwanowicz zanotował sobie w myślach obydwie obserwacje. 

Odc. 2

Przy szatni stały trzy kobiety i głośno rozmawiały. Pierwsza z nich to starsza szatniarka z bielmem na oku, druga to kobieta w futrze i wysokich czarnych botach. Trzecia, najmłodsza, o wyglądzie produktu nijakiego czasu, trzymała za rękę potulną dziewczynkę, drobną istotę, cierpliwą, milczącą, zatopionią w sobie. Czekając na wezwanie i dawkę należnego mu cierpienia, Iwan Iwanowicz przysłuchiwał się rozmowie. Kobietę w futrze własnie zawiadomiono, że przyjechał po nią Mercedes.

– Zaraz, zaraz! Tylko wyślę SMS, że kupiłam nowe buty!

Po wysłaniu SMS-u kobieta kontynuowała swoją opowieść. Wyraźnie nie zamierzała iść do samochodu.

Iwan Iwanowicz słuchał nieprzerwanie. Nie krępował się, że podsłuchuje prywatną rozmowę. Miał uzasadnienie. Kobiety rozmawiały otwarcie, głośno, jakby życzyły sobie, aby je słyszano. Przypominały sobie fragmenty minionych dni, spotkania, czynności i rozmowy. Mężczyzna zdał sobie sprawę, że jest to rozmowa o wszystkim i o niczym, właściwie wymiana skojarzeń.

– Jakby ktoś wypowiadał dowolne słowa: piłka, lokomotywa, podróżować, buchalter, choinka, czarny. To współczesność, czas pomieszania – pomyślał. – Czy ja jestem inny? – naszła go refleksja. Był przyzwyczajony do wewnętrznych dialogów tego rodzaju. 

Jego rozmyślania przerwała dentystka, która założy mu mechanizm korygujący ruchy w osi szczęka – żuchwa. W trakcie zabiegu Iwan Iwanowicz przypomniał sobie niezliczone wizyty, rozmowy i interwencje dentystyczne; uznając z niechęcią, że stomatologia jest przedłużeniem ewolucji uzębienia.

Iwan Iwanowicz wracał do domu tramwajem, obserwując pasażerów. Siedząca po drugiej stronie matka patrzyła nieprzerwanie w smartfon. Dziecko zadało jej po kolei trzy pytania, lecz ona nie słyszała tego lub słysząc po prostu nie odpowiadała. Interweniowała sąsiadka.

– Przecież dziecko zadało pani trzy pytania!

Potem opowiedziała swojej towarzyszce historię syna.

– Nie pracuje. Ma trzydzieści dziewięć lat i siedzi osiem godzin dziennie w laptopie.

Czego nie wspomniała, to to, że sama jest też fanką smartfonu. Kiedy gotowała obiad, przerwała dwa razy, aby zrobić zdjęcie zupy. Wysłała te zdjęcia przyjaciółkom z odpowiednim komentarzem.

*****

Późnym popołudniem Iwan Iwanowicz udał się do neurologa. W przychodni przy ulicy Equilibrium (cóż to za nazwa!) o tej porze było już prawie pusto. Pacjent był spokojny, była to okresowa wizyta sprawdzająca. Przed gabinetem urologa czekało trzech mężczyzn, wszyscy w zawansowanym wieku. Dwaj z nich prowadzili cichą wymianę zdań. Z jej urywków wynikało, że rozmawiali o złożonościach własnych losów związanych z prostatą.

Z gabinetu wyszedł pacjent i jeden z mężczyzn wszedł do środka. Przy półotwartych drzwiach słychać było jak tłumaczy coś lekarzowi długo i nieskładnie. Drzwi nie były zamknięte ponieważ zainteresowany wszedł tam „tylko na chwilę, aby uzyskać informację”. Po długiej wymianie zdań, w trakcie której lekarz wychowawczo go beształ, kiedy ten usiłował mu przedstawić opinię swojego lekarza domowego.

Przebijając się przez słowa rozmowy można było nabrać wrażenia, że sytuacja była zawiła, termin przybycia pacjenta nie ten co trzeba, a sam lekarz nerwowy jak panna na wydaniu. Chyba nic z tego nie wyszło, ponieważ pacjent opuścił gabinet i mruknął do siebie:

– To kompletny baran!

Miał zaczerwienioną twarz i był przygnębiony, kiedy to mówił. Był ubrany na czarno, jakby udawał się na pogrzeb.

W recepcji przychodni panowała zgoła odmienna atmosfera. Obok siebie siedziały dwie starsze dziewczyny, symbolizujące różne postawy. Jedna z nich, wyższa, rosła blondyna, z zachęcającym dekoltem, rozsiadła się na krześle w pozie podpitej królowej w koronie. Patrząc wyzywająco w sufit śmiała się nieprzerwanie. Druga zawzięcie pisała coś na komputerze lewą ręką, trzymając w prawej smartfon, do którego mówiła, coś dyktując lub komentując pisany tekst. Była to scena leworęcznego realizmu społecznego.

Odc. 3

Dwie męczące wizyty u lekarzy dały się Iwanowi Iwanowiczowi we znaki. Prowadząc życie samotnicze, nie miał wiele rozrywki, za to sporo obowiązków. Tego wieczoru postanowił zrelaksować się, najpierw obejrzeć dziennik telewizyjny a potem jakiś ciekawy program publicystyczny, ewentualnie film. Z wygodnej perspektywy ulubionego fotela zobaczył inny świat, świat telewizji, i poczuł się jak widz na honorowej trybunie najsłynniejszego cyrku na świecie Shanghai Circus World. Był przekonany, że nie ma lepszego cyrku niż chiński.

Nie to było jednak najważniejsze, ponieważ inne ciekawsze myśli pchały mu się do głowy niby samobójcze ćmy do ognia. Słyszał nawet cichy szum skrzydlatych myśli. Iwan Iwanowicz oderwał się od ekranu, od dwóch dni pokazującego ginące w męczarniach zwierzęta, walące się domy i monstrualne pożary na kilku kontynentach. Jego własny świat w tym momencie był nie mniej, ale bardziej okrutny, z tym, że w innej perspektywie. Był bogatszy i bardziej zawikłany. Iwan Iwanowicz myślał o mężczyźnie, produkcie biologicznej ewolucji ulegającym teraz przyśpieszonej degradacji. Wniosek był tylko jeden i nie budzący wątpliwości: osobnicy reprezentujący męski nurt ludzkości kurczyli się i stopniowo zanikali. W długim tunelu swojej mrocznej wizji Iwan Iwanowicz dostrzegł nawet ostateczny zanik mężczyzny. Drugą wersją tego scenariusza, jego szlachetniejszą a przynajmniej łagodniejszą odmianą, był mężczyzna poddany recyklingowi. Brzmiało to okropnie, Iwan Iwanowicz postanowił jednak postawić prawdę na najwyższym piedestale, bez względu na konsekwencje.

– Mężczyzna degraduje się, starzejąc się oraz gatunkowo – zdecydował w sposób nie pozostawiający wątpliwości. Jego myśli układały się składniej niż świeże deski sosnowe sztaplowane w tartaku w latach młodości.

Swoją opinią podzielił się z mężczyzną w telewizorze. Wyobraził sobie, że go wysłucha i zechce podjąć z nim dyskusję.

– Bardzo mi się to podoba, co pan mówi – odpowiedział bez wahania prezenter wiadomości wieczornych, poruszając ustami bez wydawania głosu. Wyglądało to bardziej naturalnie niż kiedy mówił. Wstał zza stolika, obszedł go i zniknął za kulisami.

Iwan Iwanowicz wykorzystał ten moment, aby przynieść sobie z kuchni gorącej kawy. Miał kawę w kubku na stoliku przed sobą, ale już wystygła. Postanowił ją podgrzać w metalowym rondelku. Często to robił, lepiej mu wtedy smakowała. Kawy mógł pić do woli; jego organizm był stworzony do przetwarzania kofeiny w celu podniesienia się na duchu. Do kawy dolał sobie trochę brandy. To jeszcze bardziej go przywróciło go do życia.

Kiedy wrócił do salonu, w pobliżu kanapy stał już prezenter dziennika TV. Iwan Iwanowicz domyślił się, że dostał się tam przez ekran. Mężczyzna nonszalancko otrzepał spodnie z niewidocznego zabrudzenia i rozejrzał się po pokoju.

– Wygodnie tu u pana. Ta kanapa szczególnie mi się podoba. Jest naprawdę wygodna. Pozwoli pan, drogi Iwanie Iwanowiczu, że przysiądę sobie na niej i wypiję z panem mojego ulubionego drinka Gin and Tonic, w którym szalenie gustuję – zaczął, rozglądając się z ciekawością po pokoju. – Proszę mi nie pomagać, sam się obsłużę. Sprawdziłem już barek, jest gin, tonic a lód jest zapewne w zamrażalniku w kuchni. Znajdę bez problemu.

Gospodarzowi podobały się światowe maniery gościa. Uznał go za najmilszego prezentera wiadomości, jakiegokolwiek widział na oczy.

Kilka minut później Iwan Iwanowicz przedstawił rozmówcy swoją najnowszą teorię gasnącego mężczyzny.

– Rozumiem mężczyznę jako przedstawiciela męskiej linii gatunku ludzkiego – zaczął. Już od pierwszego zdania czuł, że idzie mu wyjątkowo dobrze.

Wiedzę do swoich teorii Iwan Iwanowicz czerpał głównie z doświadczeń. Był empirykiem. To określenie sprawiało mu przyjemność, dobrze mu się kojarzyło. Wywoływało niezwykle delikatny masaż serca zmęczonego długą drogą życia. W określeniu „empiryk” było coś starogreckiego; to go tym bardziej poruszało, że w jego żyłach płynęła krew wywodząca się z tamtych obszarów geografii i kultury. W morzu słowiańszczyzny Iwan Iwanowicz czuł się mieszańcem, czasami nawet prawie kundlem, tak niezwykle bogaty był zestaw cech dziedziczonych po przodkach z innych krajów i kultur. Płynęła w nim krew grecka, cygańska, rosyjska i polska. Przy swoich religijnych usposobieniach i skłonnościach podejrzewał nawet Żydów i Arabów, że stanęli twórczo na drodze przodków wytyczających jego linię rozwoju ewolucyjnego. Stanowiło to zachętę do empatii i bycia otwartym wobec bliźnich.

*****

Zasilony świeżymi doświadczeniami, teorię zanikania mężczyzny Iwan Iwanowicz oparł mocno na dwóch specjalistycznych nurtach ewolucji człowieka: ewolucji uzębienia oraz ewolucji prostaty.

– Pokarm, napoje i wydalanie to podstawa metabolizmu. Ewolucja długo nad tym pracowała. Bez pokarmu nie ma życia. To środek energetyczny. A ten nie jest możliwy do przyjęcia, jeśli człowiek nie jest w stanie go pogryźć i rozdrobić. Stad niesamowita ranga zębów.

Są one – Iwan Iwanowicz zawahał się – może i najważniejszym organem człowieka. A jeśli nie najważniejszym, to jednym z najważniejszych – zastrzegł się. Mówiąc gestykulował prawą ręką, w lewej trzymając szklankę z ginem i tonikiem. Jego twarz zarumieniła się.

Odc. 4

Po uważnym wysłuchaniu Iwana Iwanowicza prezenter nie tylko zgodził się z nim, ale przedstawił dodatkowy argument.

– Dużo podróżowałem, jak pan wie lub nie, Iwanie Iwanowiczu. Otóż widziałem na własne oczy szkielet ryby amazońskiej, wielkiej piranii, z zębami przerastającymi ludzkie wyobrażenie. Na samym początku pyska, z dolnej szczęki wyrastały dwa kły. Były tak wielkie, że przebijały górną szczękę i sterczały ponad nią. Cokolwiek żywego nadziało się na nie, kiedy ryba rozwarła pysk, było z gruntu przegrane. Co najciekawsze, tuż przy podstawie każdego kła, znajdował się kieł zastępczy; po prostu czekał sobie spokojnie ułożony poziomo wzdłuż dolnej szczęki. W przypadku, gdyby ryba straciła kieł, ten zastępczy natychmiast podnosił się gotów do działania. To najlepsza ilustracja pańskiej tezy o roli ewolucji w uzębieniu.

– No właśnie – podjął Iwan Iwanowicz. – Jeśli chodzi o zęby, w przypadku człowieka rola ewolucji niestety zakończyła się definitywnie Nie potrzebujemy już jej. Dziś uzębienie reperują nam, udoskonalają i rozwijają stomatolodzy. To oni przejęli pałeczkę od ewolucji. Jest ich cała armia. Wdziałem dwa długie szeregi foteli dentystycznych w przychodni protetyki. Może pan w ogóle nie mieć zębów, protetyka natychmiast zapewni panu kompletny zestaw. Nowiutkie protezy na implantach wmontowanych nawet w skromniutką kość, wyjałowioną jak sucha gleba, z której normalnie wyrastają zęby. Nawet jak straci pan szczękę lub żuchwę, to oni ją panu zrekonstruują. Tak, drogi panie! Stomatologia w pełni przejęła rolę ewolucji.

Iwan Iwanowicz popadł w uniesienie. Przemawiało przez niego natchnienie. Jego oczy promieniały entuzjazmem dla ludzkich osiągnięć. Prezenter dziennika nie myślał nawet o włączeniu się do dyskusji, było to niemożliwe.

– Podobnie jest, kiedy zepsuje się panu prostata, pęcherz lub przewód moczowy. Dostanie pan najpierw cewnik i torbę na mocz, a potem chirurg operacyjnie przywróci panu zdolności sikania jak młody Bóg. I tak to wygląda nasze ludzkie post-ewolucyjne życie. Sztuczna ręka, i noga, proteza oka, ucha, zębów, sztuczna skóra, sztuczne nerka, trzustka i serce, różnego rodzaju implanty, proteza penisa, sztuczny pęcherz moczowy, w końcu nawet sztuczna inteligencja. Dawna lewatywa, leczenie ziołami, zamawianie choroby i szamaństwo to już tylko skansen na drodze postępu. Wystarczy drukarka 3D. Czasem słyszę ją jak pracuje gdzieś za drzwiami sali nowoczesnego szpitala. To tylko, drogi panie, kwestia kosztów i modelu urządzenia, bo technologia już jest! Stoimy wobec ciągłej wymiany fragmentów i organów organizmu, uzdatniania go do dalszej pracy. Kiedyś, w nie tak odległej przyszłości, nigdy się pan nie skończy, bo to, co się zepsuje, zostanie wymienione na nowe, a pan zostanie podniesiony do najnowszej wersji sprzętu i oprogramowania.

Rozmowa o przyszłości nastroiła ich tak pozytywnie, że wznosili  toasty. Iwan Iwanowicz pilnował się, aby nie wypić za dużo. Miał ze sobą alkomat. O gasnącej roli ewolucji oraz kondycji człowieka w recyklingu rozmawiali aż do rana.

*****

Diana Carlos, zamężna córka Iwana Iwanowicza, zastała go rankiem następnego dnia w stanie głębszego niż zazwyczaj zatrucia alkoholowego, mimo to niezwykle pozytywnie nastawionego do życia. Dobry nastrój ojca nie udzielił jej się, mimo iż starała się być pozytywna. Zastąpiła go kobieca opiekuńczość.

– Jak możesz być tak nieodpowiedzialny w swoim wieku i kondycji? – zapytała, nie mogąc mieć niczego więcej na uwadze jak kumulację lat i oraz konieczność przyjmowania lekarstw. Iwan Iwanowicz szczycił się, że był w dobrej kondycji, choć życie czasem zaprzeczało jego życzliwej opinii na temat swego zdrowia i samopoczucia.

Kiedy zaczęła porządkować mieszkanie, Iwan Iwanowicz przedstawił jej historię minionej doby. Nie uważał, że popełnił jakieś bezeceństwo, wręcz przeciwnie. Chodziło o ważne fragmenty życia dojrzałego mężczyzny – spotkania ze stomatologiem i urologiem, kontynuatorami ewolucyjnego procesu uzdatniania męskiego gatunku w dwóch ważnych kwestiach.

O rozmowie z prezenterem z telewizji nie wspomniał. Wiedział, że córka oceniłaby go surowo. Znał słowa, jakie padłyby.

– To zwyczajne pijaństwo i czcza gadanina na temat ewolucji czy przyszłości człowieka jej nie usprawiedliwia. Powinieneś się wstydzić!

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, dnia 19.01.2020

0Shares

Sierżant Baba. Groteska.

Koniec października przyniósł złotą jesień. Tak podała telewizja. To nastroiło mnie bardziej niż pozytywnie.

Idę wydeptaną piaszczystą drogą przez las i rozglądam się wokoło, aby nasycić oczy oczekiwanym pięknem zasypiającej na zimę przyrody. Nic z tego. Złota tyle, co kot napłakał, czyli żałośnie mało. Ale jest za to sucho i ciepło.

Na środku drogi widzę kobietę z dzieckiem. Maluch ma nie więcej niż trzy lata. Schodzą oboje na krawędź lasu ciągnącego się po obydwu stronach drogi. Kobieta zdejmuje z ramienia wielką wypchaną torbę, wyciąga z niej kraciasty kocyk i sadza na nim chłopczyka. Przygląda mu się, całuje go w policzek i coś szepcze poprawiając mu ubranko. Następnie wyjmuje niekształtny pakunek z torby i wchodzi do lasu.

Po minucie lub dwóch wraca ubrana w uniform wojskowy. Widzę naszywki sierżanta. Sięga po torbę i chowa coś do niej. Domyślam się, że jest to ubranie, jakie miała na sobie. Z bocznej kieszeni uniformu wyciąga smartfon i podłącza do uszu słuchawki. Przewód jest dwukolorowy niebiesko-żółty. Chłopiec wstaje z kocyka i czeka. Stoję z tyłu i patrzę. Kobieta mnie nie widzi. Jestem nieco wyżej na wzgórku. Po chwili słyszę jej głos.

– Baaczność!

Widzę jak dziecko wyprostowuje się i sztywnieje w żołnierskiej pozie.

– Spocznij!

Ma rumianą buzię, gości na niej rubaszny uśmiech. Matka zakłada mu mały hełm na głowę. Z sosny rosnącej przy drodze spada szyszka. Słyszę metaliczny dźwięk uderzenia o hełm. Kobieta patrzy na synka i skrywa uśmiech za wąsami (tak mi się wydaje) po czym mówi:

– Dobrze to robicie, szeregowy Szczeniak.

Domyślam się, że to jego matka. Nie mam czasu zastanawiać się, bo Szczeniak odpowiada.

– Ku chwale ojczyzny, pani sierżant Baba.

Sierżant nie patrzy na podwładnego, słucha smartfonu, jakby stamtąd czerpała komendy i instrukcje. Czekam, co będzie dalej. Chłopiec stoi wciąż w uważnej gotowości.

– Padnij!

Szeregowy Szczeniak posłusznie pada opierając się przy ziemi na rękach. Ćwiczenia wykonuje stojąc cały czas na kocyku.

– Powstań!

Chłopiec podnosi się na nogi. Robi to sprawnie.

– Teraz przećwiczymy to na tempa, szeregowy Szczeniak. – Zapowiada Baba.- Liczę do trzech i zaczynamy.

– Raz, dwa, trzy. Padnij! Powstań! Padnij! Powstań! Padnij! Powstań!

Komendy padają coraz szybciej. Szczeniak rytmicznie pada i powstaje. Na jego rumianej buzi nadal gości uśmiech, ale wkrótce pojawia się zmęczenie. Jego ruchy stają się wolniejsze a uśmiech blednie.

-Wystarczy – komenderuje sierżant Baba. – Spocznij! Możecie rozejść się.

Szczeniak rozgląda się dookoła i dostrzega mnie. Oprócz niego i matki na drodze jestem tylko ja. Patrzy na mnie wyczekująco. Rozumiem, że i mnie to dotyczy.

Sierżant Baba odwraca się, przygląda mi się z uwagą i przyzywająco kiwa do mnie ręką. Pochodzę do szeregowego Szczeniaka i zatrzymuję się obok.

– Słyszeliście komendę? – Mówi sierżant Baba.  Możecie rozejść się!

Rozchodzimy się, on idzie w lewo od drogi, ja w prawo. Obydwaj siadamy na ziemi prawie równocześnie jakby kierowała nami niewidzialna siła powinności. W wybranym przeze mnie miejscu ziemia jest chłodna i nie całkiem sucha. Nie jest mile siedzieć na takim podłożu.

– Trudno – myślę. – Służba nie drużba.

Po chwili pada komenda:

– Zbiórka w dwuszeregu! – ręka sierżanta Baby wskazuje miejsce Szczeniakowi i mnie. On jest pierwszy, ja jestem za nim. –  Niższy staje z przodu, aby był widoczny. To logiczne – myślę.

Stoimy i czekamy. Sierżant Baba patrzy na nas. Ocenia mnie od góry do dołu.

– A wy? – wskazuje palcem na mnie – To kto?

– Ochotnik, pani sierżant.

– To dobrze – odpowiada patrząc na zegarek. – Od dawna jesteście ochotnikiem?

– Od trzydziestu sekund.

– Ja jestem sierżant Baba. Matka tego tu szeregowego Szczeniaka. Ćwiczymy musztrę. Dziś trzeba być przygotowanym na wszystko. Mówię prawdę. Jesteście szeregowym, jak się domyślam? A wasze nazwisko?

– Tequ. Adam Tequ.

Sierżant Baba przygląda mi się jakby chciała zapamiętać moją twarz. Rusza przy tym wąsikiem, taki delikatny ciemniejszy puszek nad górną wargą typowy dla niektórych żołnierek.

– Widzę, że jesteście zorganizowani i zdyscyplinowani, Tequ. Należy wam się pochwała za to, bo dzisiaj młodzi ludzie to ciapciaki i fajtłapy. Nie to co szeregowy Szczeniak i wy.

– Ku chwale ojczyzny! – krzyczymy równocześnie ze Szczeniakiem. Jesteśmy coraz bardziej zgrani. Obydwaj czujemy, że jesteśmy miłośnikami ojczyzny twardej, zdyscyplinowanej, zbrojnej. W ustach słyszę mocną, rytmiczną muzykę. To marsz Radetzky’ego w wykonaniu młodzieżowej orkiestry dętej.

Zdobywam się na odwagę.

– Sierżancie Baba! Myślałem, że jeszcze przećwiczymy czołganiem naprzód.

– Następnym razem, szeregowy Dechu. Widzę, że jesteście równy chłop. Dzisiaj nie będziecie czyścić latryn, bo to przestarzała metoda wychowania żołnierza. Dzisiaj mamy wszędzie aseptyczny sprzęt, wszystko jest aseptyczne.

Patrzę na nią w niepewności, o co chodzi. Sierżant Baba uśmiecha się nieznacznie i wyjaśnia.

– To był oczywiście żart. Nie poznaliście się na nim. Nie zaprzeczajcie, to oczywiste. Nie wszyscy mają poczucie humoru. Tego trzeba się nauczyć.

Uśmiecham się, aby zatrzeć na sierżancie złe wrażenie.

– Mów mi Baba, Dechu. To krótsza forma, mniej zużywasz tlenu.

– Przepraszam Baba. Nazywam się Tequ, nie Dechu. Przykro mi, że zwracam uwagę.

– Nie szkodzi. W naszych szeregach jest miejsce i dla Dechu, i dla Tequ. Koniec ćwiczeń, możecie się rozejść.

Rozchodzimy się po lesie. Szczeniak idzie w przeciwnym kierunku. Po chwili dołącza do mnie Baba. Czuję, że chce mi coś wyznać. 

– To świat kobiet, Tequ. Jest nas więcej i jesteśmy mocniejsze niż kiedyś. Wy, mężczyźni, spieprzyliście go. Prawie doprowadziliście do trzeciej wojny światowej. Dzisiaj my rządzimy. Musicie się z tym pogodzić. Na końcu powiem wam coś, co może was zaboleć, ale muszę to zrobić. Nazwisko to moglibyście sobie zmienić. Tequ nie brzmi dobrze. Jest jakieś tureckie; sugeruje jakbyście tylko w kucki umieli siedzieć i to w szarawarach. Nie znoszę tego rodzaju gaci. Kułła mać!

Kiedy mówi, patrzę na jej usta. Poruszają się rytmicznie, jak w marszu wojskowym. Czuję jak testosteron we mnie buzuje.

– Fajna baba – myślę. – Zwarta w sobie, piersi wysunięte do przodu, biodra jak marzenie, czarne kamaszki na grubej podeszwie, szeroki pas ze świńskiej skóry. Czuję, jak rośnie we mnie patriotyzm, ale jakiś inny, niewojskowy.

Patrzę na nią, a ona patrzy na mnie. Ma długie rzęsy i czarne, naprawdę piękne oczy. Dopiero teraz to zauważam. Ogarnia mnie straszny smutek. Ona, taka szalona wariatka z dzieckiem, na pewno mężatka, a ja taki samotny. Chce mi się wyć.

Autor: Michael (Michał) Tequila
www.MichaelTequila.com
Gdańsk, 14.01.2020

0Shares