Bolesne wspomnienia Bey Tschubaschek. Opowiadanie psychodeliczne.

Bea Tschubaschek westchnęła ciężko. Wszystko przestało jej się podobać, sala konferencyjna, miasto i samo Bractwo Kontynentalne. Uczestniczyła w spotkaniach już kilkanaście dni i nikt jeszcze jej nie zauważył. A przecież bywała tu wcześniej i to ważnej roli. Teraz podchodzili do niej różni ludzie, patrzyli pytająco, wyciągali rękę na powitanie i przedstawiali się, jakby nigdy nie widzieli jej na oczy. Mówili coś niezrozumiale. Jakieś guten morgen, bonjour toujour, good morning. Domyśliła się, że to po niemiecku. Dziwne było tylko, że nikt do niej nie powiedział „Frau Tschubaschek”. Lubiła te słowa.

– Ci ludzie zachowują się po prostu okropnie. Uśmiechają się, ale jakoś tak półgębkiem. Niby uprzejmi, a w rzeczywistości jacyś obcy – pomyślała. Rozejrzała się po sali konferencyjnej. Była wielka jak boisko. Na żadnej ścianie nie było krzyża! To ją zszokowało.

– Nienormalni ludzie. Istna wieża Babel. Jakieś niereligijne niemoty, czy co? Nikt nie mówi ludzkim językiem. To okropne – żaliła się w duchu. Z braku towarzystwa rozmawiała sama ze sobą.

Po południu, kiedy doszło do głosowania, aby ustalić, kto co będzie robić, za każdym razem głosowano przeciwko niej. W przerwie przed głosowaniem chodziła i mówiła po kolei każdemu delegatowi, wręczając plastikową torebkę z upominkiem w postaci makatki ludowej:

– Hej! To ja, Bea Tschubaschek, prawa ręka Naczelnika Kukuły. No, Ptacha! Teraz to chyba przypominasz mnie sobie!

Wieczorem, w apartamencie hotelowym, Bea pomyślała, że nikt jej nie poznaje, ponieważ bardzo się zmieniła. Wstała z krzesła i przeszła do sypialni, aby przejrzeć się w dużym lustrze. Zobaczyła wściekłą kobietę z wykrzywionymi ustami i prawą dłonią zaciśniętą w pięść. Z trudem poznała siebie.

W głębi lustra dostrzegła rozmazane postacie. Była to cała procesja. Na przodzie szedł mężczyzna. Poznała go natychmiast. To był Rudy, wróg Ptacha. Przyglądał jej się dziwnym wzrokiem. Na szczęście oddalił się szybko. Następny był młody człowiek, stał przy samochodzie z migającymi światłami. Po nim pojawili się chłopcy na wózkach inwalidzkich. Na końcu ktoś wniósł flagę Bractwa Kontynentalnego przypominającą kształtem usta wykrzywione sardonicznym śmiechem. Zdenerwowało ją to, ten cały korowód absurdalnych postaci i zdarzeń. Dobrze wszystko pamiętała. Aby zatrzeć niemiłe wrażenie, znowu popatrzyła na siebie.

– Ależ ja się zmieniłam. Strasznie utyłam! To dlatego tak na mnie patrzyli. Tak, to tłumaczy całą sytuację – pomyślała.

Potrzebowała porozmawiać z kimś bliskim. Zadzwoniła do Namiestnika Kukuły.

– Już wiesz, Ptachu?

– Tak, odrzucili cię – wybuchł Ptachu. – To dranie. On cię nienawidzą, Jesteś pobożną kobietą, chrześcijanką i katoliczką, chodzisz regularnie do kościoła, modlisz się gorąco, a oni takich nie lubią. Znasz trzydzieści modlitw na każdą okazję. Pamiętasz, jak modliłaś się o obfity deszcz? Spadł jeszcze tej samej nocy! Nie to, co ci ludzie, oni nie wierzą nawet we własną kieszeń. To odmieńcy, bezbożnicy i zaprzańcy. Nie to co my, ty i ja. Dlatego nas nienawidzą.

– Co robić?

– Próbuj aż do skutku. Jest Bóg na niebie, może on coś wymyśli.

Rozmowa z Ptachu nie uspokoiła jej. Liczyła na niego. Zawsze umiał coś wymyśleć, zaradzić. Była przecież jego prawą ręką. Przypomniała sobie uroczystość powitania na lotnisku. Wróciła właśnie z meczu i utonęła w kwiatach, jakie na nią czekały. Zapach był tak odurzający, że musiano ją cucić. Mało co nie umarła. Przypomniała sobie późniejszą uroczystość, nieformalną, w gabinecie Namiestnika. Wręczył jej nagrodę za niezłomną postawę, za przeciwstawienie się Rudemu.

– To jest odlew mojej prawej ręki – powiedział wzruszony.

Kiedy to sobie przypomniała, sięgnęła do walizki, częściowo tylko rozpakowanej, stojącej na dnie szafy i po chwili trzymała odlew w ręku. Położyła go na stoliku i przyglądała się. Był piękny, idealnie oddawał kształt mocnych palców Ptacha. Artysta doskonale odtworzył też złoty pierścień na palcu prawej ręki. Zrobiło jej się smutno.

– Tutaj nie mają dla mnie uznania, za to co zrobiłam i osiągnęłam, za moje oddanie sprawie. Mam za sobą przeszłość, której ta dzicz nie akceptuje.

Zrozumiała, że jej przeszłość nie pasuje do atmosfery i oczekiwań Bractwa Kontynentalnego. Zastanawiała się, co robić. Wyciągnęła z szuflady nuty, teksty pieśni i piosenek, i z tęsknoty za ponowną akceptacją i kwiatami zaczęła ćwiczyć chwyty na gitarę. Zapragnęła znowu doznać uczucia słodkiej duszności jak na lotnisku w chwili największej chwały.

0Shares

Ptachu ujawnia swoją tożsamość. Opowiadanie psychodeliczne

Wieczorem spotkała mnie niespodzianka. Ptachu udzielił wywiadu telewizyjnego, w jedynej stacji, która filtruje wiadomości i oddziela dobre od złych. Dziennikarz prowadzący wywiad przedstawił go krótko i podał kilka danych biograficznych: Leon Krzepki-Kukuła. Namiestnik. Swoją karierę zawodową zaczynał od stanowiska Naczelnika Wioski i Torów Kolejowych.

Ptachu był w dobrym nastroju, rozgadał się i nie patrzył na zegarek, wyjaśniając początki swojej kariery.

– Tory kolejowe normalnie należą do kolei, ale akurat pewien ich odcinek razem ze stacją kolejową, budką dróżnika, szlabanem i ubikacją wskutek zmian administracyjnych znalazł się na terenie wioski. To był tak mały fragment majątku kolei, że dyrekcja nawet nie zauważyła, że przeszedł pod naszą administrację. Kiedy się zorientowali, przysłali mi list wyrażając wdzięczność za zaoszczędzenie im kosztów.

Namiestnik mówił dłużej, lecz nie zdołałem wiele zapamiętać z wyjątkiem tego, że wcześniej był dyrektorem cyrku.

– Pasjonowałem się wtedy tresurą, przede wszystkim niedźwiedzi, małp i koni. Niedźwiedzi uczyłem chodzić w wyprostowanej postawie, kiedy palił im się grunt pod nogami, małpy uczyłem wykonywania na komendę nagłych zwrotów w lewo, w prawo i do tyłu, inaczej mówiąc ekwilibrystyki użytkowej, konie zaś przysposabiałem chodzić w równym szeregu i nie wydawać z siebie głosu, kiedy głośno trzaskałem z bata. Jestem wdzięczny losowi, że dał mi okazję nabycia solidnej wiedzy na temat tresury. Teraz wykorzystuję ją do szkolenia kadr kierowniczych.

Prośbę o przedstawienie czegoś więcej na interesujące tematy Ptachu zbył krótkim gestem mówiącym – jak to zinterpretowała tłumaczka wywiadu na język Braille’a – „powiem o tym więcej, ale kiedy indziej, bo teraz już jestem za bardzo zmęczony i nie dam się wciągnąć głupimi pytaniami w niepotrzebną dyskusję”.

Postanowiłem czekać na inną sposobność poznania jego zamysłów, pragnień i planów. Wciągnęło mnie to do głębi. Chciałem też poznać jego hobby, zainteresowania i pasje, podejrzewając, że jest człowiekiem namiętnym. Sugerował to jego rześki sposób poruszania się, mówienia i gestykulacji, zwłaszcza kiedy opowiadał żarty. Był człowiekiem pełnym wylewnego humoru. U ludzi tego pokroju pasja jest równie pewna jak kradzież pieniędzy z tacy zapomnianej w lesie przez roztargnionego kleryka.

Takie zdarzenie miało rzeczywiście miejsce. Duchowny tłumaczył się potem, że zapomniał o tacy, ponieważ szukał ważnego obiektu, który miał poświęcić, nie mógł go znaleźć, w dodatku po drodze zapodziało mu się gdzieś kropidło. Kiedy ze zmartwienia się zachwiał, zaczepił nogą o korzeń, upadł i wtedy zgubił tacę z datkami oraz wylał całą święconą wodę.

Historia ta wydała mi się mało prawdopodobna. W rozmowie z rodziną i przyjaciółmi uznałem jednak, że w kraju zachodzi tyle zmian, że jest to jak najbardziej możliwe. Napisałem o tym tylko dlatego, że Namiestnik Kukuła kojarzy się powszechnie z wiarą, kościołem, hierarchią i pobożnością. Potwierdził to mój siostrzeniec, uważny obserwator życia religijnego.

– Krzepki-Kukuła jest tak pobożny, że dostrzeże bliźniego nawet w chomiku. On by każdemu nieba przychylił, nie tylko kobietom w ciąży i kobietom rokującym nadzieję, że zasilą kraj w nowe pokolenia, ale także matkom karmiącym i rodzinom wielodzietnym, nawet jeśli przewodzą im ojcowie alkoholicy. Do kościoła Namiestnik chodzi tak często, że wydeptuje posadzkę i musi regularnie przydzielać dotacje na remont kościoła. Proboszcz z wdzięczności udostępnia mu ambonę, kiedy on z kolei potrzebuje wygłosić przemówienie patriotyczne.

W wywiadzie z Namiestnikiem wyszło na jaw, że on sam hoduje w domu chomika i uważa go za ósmy cud świata. Określenie „cud świata” w odniesieniu do chomika był to oczywiście żart z jego strony, podobno tak dobry, że wizytująca go grupa aktywistów partyjnych śmiała się serdecznie przez pół godziny.

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4597586/niezwykla-decyzja-abuelo-caduco-humoreski-i-inne-opowiadania

0Shares

Zacząłem obserwować Ptacha. Opowiadanie psychodeliczne, zaktualizowane.

Najpierw przedstawię się.

Jestem skromnym urzędnikiem, dawniej zwanym skrybą, umiejącym trzymać pióro w garści i widelec w ręku. Urodziłem się w rodzinie kancelistki i magazyniera cenionego przez zwierzchników za posłuszeństwo. Były to czasy państwa opiekuńczego i popędliwego alkoholizmu, transparentów krzyczących – podobnie jak dzisiaj – Partia z Narodem i Naród z Partią, na których nieznani sprawcy dopisywali „Jeśli Bóg tak zechce”, także bonów na pralkę i lodówkę oraz cebuli dostarczanej w workach bezpośrednio na stanowisko pracy. Partia, Bóg, Kościół, to były hasła, jakie zapamiętałem szczególnie mocno.

Z natury jestem introwertykiem psychodelicznym, poszukującym wzorca, jak żyć, co myśleć i dokąd zmierzać. Wszystkie ważne cechy osobowe, edukację w czasach państwa opiekuńczego, samogonu, uwielbienia władzy centralnej i kościoła, sloganów piękniejszych niż jeleń na rykowisku, cichej psychodelii oraz skromnej siwizny, śmiało dzielę dzisiaj z Ptachem, urodzonym i edukowanym w tych samych okolicach czasowych. To one zbliżyły mnie do niego.

Dotychczasowy wpływ Ptacha na moje życie, człowieka spokojnie żeglującego z prądem czasu i zdarzeń, nie tak, jak ci młodzi i piękni od ambicji, smartfonów, szybkich samochodów i nowych mieszkań, był mało widoczny. A może po prostu jestem mało spostrzegawczy? Nie jestem tego pewien. Mam na myśli to, że nie wszystko, co się dzieje dookoła, rozumiem, zwłaszcza zaś szybkości działań władz, nocnego pośpiechu, pracy do godziny drugiej rano oraz zawiłości strategicznego myślenia Ptacha. Pocieszam się, że pragnie on w swoim pędzie do gwiazd uczynić nasz naród jeszcze doskonalszym i jeszcze dumniejszym, choć dumą i ambicją przerastamy od dawna inne dumne nacje. Podziwiam go za to, że należąc do kategorii dojrzałych emerytów, umysł ma bardziej giętki niż nowy skórzany bat na leniwego pracownika. Ptachu imponuje także swoją wrażliwością społeczną i chęcią pomocy.

Jeśli używam wobec niego nazwy „Ptachu”, a nie imienia i nazwiska lub stanowiska, jakie zasłużenie zajmuje, to tylko dlatego, że jest ona powszechna i wygodna w użyciu. Nie bez znaczenia jest również, że kojarzy mi się ona z Garudą, boską krzyżówką człowieka i orła, krótko mówiąc z ptakiem.

Ostatecznego olśnienia wielkością i złożonością Ptacha doznałem u lekarza. Wizytę miałem wyznaczoną na godzinę dziesiątą piętnaście. Kiedy wchodziłem do jego gabinetu zbliżała się godzina czternasta. Był to już okres upiększania rzeczywistości, dlatego nie zdziwiło mnie to, co ujrzałem. Gabinet był bogato zdobiony, każda ściana miała inny kolor, u sufitu wisiał rozsądnych rozmiarów kandelabr wzbogacony wisiorkami z kryształu górskiego mieniącego się kolorami tęczy. Biurko lekarza odnalazłem za dwoma kształtnymi filarami połączonymi jedwabną zasłoną z wizerunkami słoni indyjskich. Lekarz siedział na rzeźbionym krześle ubrany w biały fartuch o kroju kimona. Był to mężczyzna w pełni rozkwitu, podobnie jak Ptachu i ja. To skojarzenie mnie wzmocniło. Lekarz wstał, kiedy wszedłem, podał mi rękę i przeprosił za trud czekania. Widocznie zauważył, jak długo czekałem albo po prostu chciał się zwierzyć.

– Ptachu, ten nasz kochany Ptachu, pomaga nam finansowo jak tylko może, ale to wciąż jest za mało, dlatego upiększamy rzeczywistość we własnym zakresie jak kto umie i lubi. Mimo to ludzie się skarżą na niego i na rząd, czego zupełnie nie rozumiem. Jeśli pan mówi, że wyznaczono panu termin prześwietlenia nogi za trzy miesiące, to znaczy, że pan kłamie podobnie jak inni pacjenci.

Popatrzyłem na niego zdumiony, ponieważ nikt nigdy tak bezkompromisowo nie potraktował moich słów co do terminu badania. Równocześnie zauważyłem, że „Ptachu, ten nasz ukochany Ptachu”, jest ulubioną formułą uwielbieniową lekarza. Postanowiłem ją zapamiętać.

– Minister Zdrowia mówi, że kolejki się zmniejszają, a ja jako lekarz, muszę wierzyć jemu a nie pacjentom, którzy często utrudniają nam życie przychodząc zbyt często z problemami, jakich powinni zdecydowanie unikać, aby nie komplikować życia sobie i innym.

– Ptachu ma w sobie tyle dobroci. – Podjął medyk i zamyślił się. – Szerokim gestem rozdaje pieniądze obywatelom najbardziej potrzebującym, sponsoruje dzieci narodzone i nienarodzone, rodziny wielodzietne, matki opuszczone i samotne z własnej woli, kobiety przy nadziei. Nie żałuje też pieniędzy rzeszom bogobojnych członków aparatu państwowego, przyznając im wysokie stanowiska w przedsiębiorstwach państwowych, aby przysparzali im sukcesów a narodowi chwały.

Jego wypowiedź wydała mi się cyniczna, ale powstrzymałem się od krytyki, tym bardziej, że podjęliśmy ciekawą dyskusję, czy pacjent-cukrzyk nie powinien sam dokonywać amputacji swojej nogi z powodu gangreny, kiedy szpital wyznacza mu odległy kilkumiesięczny termin operacji. Powołując się na literaturę piękną i bogatą w fakty, głównie „Chłopów” Reymonta, byłem zdania, że tak.

– Potrzeba jest matką wynalazków. – Podsumowałem.

Lekarz rozwinął wątek samoleczenia, dokładniej definiując wyzwanie i przedstawiając szczegóły.

– Jest to kwestia decyzji medyczno-życiowej, wyważenia plusów i minusów, czy zrobić to teraz, bez zwłoki, stosując proste narzędzie chirurgiczne w postaci siekiery ze znieczuleniem ogólnym czy też później, dużo później, stosując nowoczesne narzędzie w postaci elektrycznej piły tarczowej o ostrzu schładzanym wodą, aby uniknąć przegrzania ciętego materiału. Widzę korzyści pierwszego rozwiązania: taniość. szybkość, prostota rozwiązania.

Kiedy lekarz snuł swoje wyjaśnienia przyszło mi na myśl, miałem takie wrażenie, że jest on filozofem niepozbawionym umiejętności trafnego i lapidarnego opisu rzeczywistości cierpliwie budowanej przez władzę.

Pod koniec szczęśliwego dnia postanowiłem śledzić losy Ptacha, rejestrować jego decyzje oraz analizować problemy, z jakimi się boryka, jak również notować jego marzenia. Pragnąłem wspomagać go na tyle, na ile ten szlachetny starzec zechce skorzystać z mojej pomocy. Myślałem o pracy wolontariusza przy rozwieszaniu ulotek w okresach gorących potrzeb reklamy władzy, rąbaniu drewna na zimę na ogrzewanie jego daczy, a nawet o głośnym wyrażaniu aplauzu, kiedy będzie przemawiać publicznie.

To pragnienie stało się dla mnie objawieniem. Patrzę teraz w przyszłość z ufnością, wręcz radośnie.

0Shares

Podobieństwo Ptacha do Garudy. Opowiadanie psychodeliczne.

Ptachu okazał się jednostką wybitną, większego pokroju niż myślano, symboliczną, przerastającą zwyczajnych ludzi podobnie jak maszt telewizyjny przewyższa zwykły domek. Miał imię i nazwisko, lecz powszechnie zwano go Ptachu, co brzmiało poręczniej, było bardziej ludzkie, bliższe szaremu obywatelowi. Na obrazach przedstawiano go w formie dostojnika poważnego na obliczu i w ubiorze, w świątecznym, ciemnym garniturze w paski, płaskim kaszkiecie i elegancko wypastowanych pantoflach zawiązywanych na sznurówki. Opozycja szydziła z niego twierdząc, że wygląda jak szczęśliwy ślusarz na kościelnej procesji w intencji obfitego deszczu.

Wkrótce` po ogłoszeniu zwycięstwa Ptacha naukowcy odkryli jego podobieństwo do Garudy, mitycznego ptaka, bóstwa znanego w hinduizmie i buddyzmie tybetańskim, przedstawianego jako złoty lub czerwony orzeł o ciele człowieka.

– Ptachu to mityczny Garuda. Nie miejmy co do tego wątpliwości. – Taki tytuł ukazał się w czołowej gazecie.

Odkrycie, czy raczej jego opis, tak serdecznie ujęły obywateli, że pojawiły się poważne propozycje, aby od dnia dojścia Ptacha do władzy liczyć czas, pozmieniać kalendarze i inaczej patrzeć na życie. Okazało się to niepraktyczne.

– Wielu zwolenników Ptacha umie czytać i pisać, ale trudno jest im zrozumieć – prawdopodobnie z głębokiego wzruszenia – teksty historyczne traktujące o naturze bóstw i ludzi. Jest ona całkowicie odmienna. To, co można odnieść do Garudy, istoty nie z tej ziemi, nie można przykleić do Ptacha, istoty przypisanej do ziemi podobnie jak pień drzewa, roślina czy zwierzę. – Tłumaczył psycholog społeczny.

Podobieństwo odkrył zespół specjalistów zatrudnionych w Ministerstwie Masowej Edukacji przeszukując archiwa historyczno-geograficzne. Odkrycie przypadło do gustu zwolennikom Ptacha przede wszystkim dlatego, że Garuda miał śmiertelnych wrogów, Nagów.

– Każda wybitna jednostka musi mieć wrogów. Tak też jest w przypadku Ptacha. Jego wrogiem jest Rudy. To demon. To podobieństwo przemawia do nas najsilniej.

Kiedy naukowcy wyjaśnili, że w hinduizmie Garuda jest wierzchowcem boga Wisznu, bratem Aruny, woźnicy Surji, boga słońca, symbolizuje nauki tajemne Wed i jest malezyjską odmianą Feniksa, na widowni wybuchły oklaski i okrzyki.

– To cudownie się zgadza. Ta mistyka, tajemniczość, skrzydlatość, krzyżówka człowieka i orła. To on, nasz Ptachu!

Opozycja zdewastowana przegraną twierdziła, że odkrycie podobieństwa Ptacha do Garudy chyba padło ludziom na umysły, skoro uwierzyli w boskość zwykłego wybrańca losu na Loterii Państwowej.

Zwykli ludzie nie zgadzali się z tym. Argumentowali, że Ptachu jest jedynym przywódcą, który ich rozumie i umie wskazać, kto jest winien ich niepowodzeń i życiowych nieszczęść.

– To przyniosło nam wielką ulgę. – Twierdzili zgodnie, odmawiając odpowiedzi na pytania, dlaczego tak sądzą.

Zwycięstwo Ptacha i jego boskie parantele głęboko zmieniły naród. Ludzie uświadomili sobie, że Ptachu nie jest zwykłym obywatelem, ale kimś niepomiernie większym, jest symbolem wielkości narodu. Przypisywano mu różne atrybuty, na jego cześć fundowano wotywa, idealizowano go, nazywano Słoneczkiem, Pasterzem Tysięcy Ociemniałych i Patronem Złotego Runa.

0Shares

Nocą odwiedza Ptacha nieznajomy mężczyzna. Opowiadanie psychodeliczne.

W nocy Ptacha znowu odwiedził Siwy. Był to już któryś raz z rzędu. Ptachu nie wiedział, jak intruz się nazywa, więc nazwał go Siwy. Potem ktoś zadzwonił do Siwego i Ptachu posłyszał jak ten ktoś mówi do niego „Zyga, sprawdź go dokładnie. To dziwny  człowiek”. 

Mężczyźni rozmawiali po angielsku, w języku obcym, trudnym do określenia. Ich angielski miał jakiś płaski niemiecki akcent, jakby mówiący pochodzili z nizin, z których wyrosły góry, aby wszystko zmienić. Ich słowa były bardziej dźwięczne niż niemieckie. Ptachowi kojarzyły się z ostrymi dźwiękami fanfar przeplatanymi słodkim drżeniem harfy.

Siwy krępował Ptacha. Przychodził nocą, kiedy Ptachu był sam jak oko w głowie cyklopa Polifema, centralnie położone, ale samotne. Nocą był też nagi jak niemowlę, bo spał bez piżamy, przez co czuł się  bezbronny. Krępował go też zbyt duży brzuch, choć wiedział, że Siwego takie rzeczy nie interesują.

Pasjonowało go co innego. Badał Ptacha, ankietował, sprawdzał, mierzył i oceniał jego wnętrze. Interesowało go wszystko, jakby obiekt jego zainteresowań stanowił muzeum, w którym sztukę starożytną pomieszano z nowoczesną. Ten ostatni wyraz źle się kojarzył Ptachowi, brzmiał modernistycznie i jakoś sztucznie. Wolałby wyraz historyczny, tradycyjny, z przeszłości. Uświadomił mu to Siwy, który traktował Ptacha jak pacjenta.

– Chcę panu pomóc. Ma pan problemy. Z niektórych zdaje pan sobie sprawę, z innych nie. To pana męczy. Tym bardziej, że zajmuje pan niezwykle wysoką pozycję społeczną.

Ptachu nie protestował. Nawet ucieszył się, że Siwy mu to powiedział. To tak, jakby upewnił go w czymś, co było dla niego ważne, ale sam nie był tego zbyt świadomy. 

W ostatecznym rozrachunku, Ptachu nie cierpiał Siwego. Był jedynym człowiekiem, który miał nad nim przewagę i chciał wydrzeć jego tajemnicę, dlaczego jest taki, jaki jest sugerując w dodatku swoimi pytaniami, że Ptachu cierpi na jakąś dolegliwość psychiczną. Coś musiało w tym być, czego nie rozumiał. Nie rozumiał choćby tego, dlaczego w rozmowie z Siwym staje się bezwolny jakby rozmawiał z własnym sumieniem. Kiedy Siwy kazał mu coś robić, robił to, kazał mu opowiadać o sobie, opowiadał. Czuł się wtedy zagubiony i bezsilny. Tak, jakby Siwy był nie tylko jego sumieniem, ale matką i ojcem, którzy zadają mu pytania dla jego dobra, sprawdzając jak czuje się ich pociecha i co jej potrzeba.

*****

Tej nocy Siwy przytachał ze sobą kozetkę. Jak to zrobił, nie wiadomo, bo na siłacza nie wyglądał. Kiedy ustawiał mebel, Ptachu przyjrzał mu się dokładniej. Mężczyzna miał na sobie kaszkiet, marynarkę, białą koszulę z krawatem i bryczesy. Na nogach miał czarne pantofle. Ptachu zwrócił też uwagę na jego okulary z nietypowo okrągłymi szkłami.

Kozetka była wygodna i zielona jak świeża trawa. Ptachowi wydało się, że pachnie późnym latem i sianokosami. Położył się na niej na brzuchu i wtedy Siwy się zaśmiał.

– Nie będę panu robić lewatywy. Czy to przyszło panu na myśl, kiedy kładł się pan na kozetkę? – Zapytał i kazał przewrócić się na plecy.

Zadawał pytania, niektóre były wręcz bezczelne. 

– Dlaczego lubi pan podejmować decyzje, które wielu ludziom sprawiają przykrość? Jak pan ocenia siebie? Jako osobę społeczną, aspołeczną czy typ mieszany? Robił też testy, na których Ptachu oceniał swoje postępowanie w skali od jednego do dziesięciu lub jednego do pięciu. Notował i zapisywał. Zawsze był uprzejmy i usłużny.

– Może podłożyć panu pod głowę poduszeczkę? Może podać szklaneczkę wody?

Mężczyzna miał już swoje lata. Wyglądał jakby wyjęto go z końca dziewiętnastego lub początku dwudziestego wieku, i używał właśnie takich zdrobnień jak poduszeczka, szklaneczka i podobne. To łagodziło jego wizerunek w oczach Ptacha.

Michael Tequila – publikacje własne:  https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Rzeczywistość w przededniu zmian. Opowiadanie psychodeliczne.

Rozbuchany indywidualizm zaskoczył wszystkich. Nikt, z wyjątkiem proroków, rozpoznających znaki czasu z dużym wyprzedzeniem, nie spodziewał się takiego wysypu wybitnych jednostek. Nie potrzeba było zresztą wielu, wystarczyłaby jedna, dostatecznie duża i uduchowiona, wódz nad wodze, aby uszczęśliwić masę ludzi. Okazał się nim mąż opatrznościowy znany powszechnie pod imieniem Ptachu. Z twarzy i charakteru był podobny do orła, stąd ta nazwa. Jego pojawienie się było kwestią czasu, a ten pędził do przodu. 

*****

Do chwili objęcia władzy przez Ptachu obowiązywała przeciętność, rządziło bylejactwo, można by nawet powiedzieć pospólstwo, prostactwo, arogancja i gruboskórność. Były to czasy rządów Ottara Nepomucena, który wkrótce zbiegł do ciepłych krajów, aby pławić się w luksusie i szkodzić własnemu krajowi. 

Masę społeczną czasów Nepomucena urozmaicali ludzie bez znaczenia, delikatni jak podmuch letniej bryzy, powszechnie zwani delikatesami. Trzymając się na uboczu wielkich wydarzeń, nurzali się w czystym intelekcie, dyskutowali i przedstawiali projekty naprawy świata, myśląc o gwiazdach, niebieskich migdałach, filozofii, dobroci i porozumieniu. Umieli tylko organizować demonstracje.

Byli to ludzie wyobcowani, sieroty po wybitnych jednostkach przeszłości, kryjące się po bibliotekach, muzeach, filharmoniach i kawiarniach. Pojawiali się także w salonach i na bulwarach spacerowych, poruszając się po cichu, w skupieniu, z nazwiskami geniuszy, Leonardo da Vinci, William Szekspir, Platon, Arystoteles, Wolfgang Amadeusz Mozart i podobnymi na swoich inteligenckich ustach przypominających kolorem zwiędłą różę.

Nic dziwnego, że żyjąc w atmosferze zastoju i martwoty naród oczekiwał cudu. Obywatele wychodzili przed domy, patrzyli w niebo, bili się w piersi, przysięgając, że są uczciwi, pracowici i mobilni, co miało uzasadnić, że zasługują na pozytywną, radosną i wszechobejmującą zmianę. Męczyli się, wciąż pamiętając dawniejsze dobre czasy, kiedy krajem rządzili władcy zapewniający im stabilne zatrudnienie, cebulę w workach dostarczaną w miejscu pracy, oraz vouchery na wczasy, pralki i samochody, których sam widok pod oknem bloku już człowieka cieszył.

Taka była rzeczywistość w przededniu wielkich zmian, jakie miały odmienić kraj.

0Shares

Czas i ludzie. Opowiadanie psychodeliczne.

Nikt nie miał czasu. Było to widoczne jak na dłoni, nawet tej porośniętej kaktusem. Zegarki były coraz większe, żeby łatwiej było obserwować godziny i minuty. Biedniejsi musieli oszczędzać czas, aby starczyło go na wszystko. W niezamożnych rodzinach kobiety udzielały mężom prostych zleceń.

– Idź do supermarketu, kup sobie dobre piwo, mnie tusz do rzęs, ten najczarniejszy, marki Sigmund VII, a Zuzi ciasto marcepanowe.

Mąż wracał i mówił:

– Nie wystarczyło mi czasu. Spiesząc się kupiłem sobie pierwsze z brzegu tanie piwo, tobie tusz do rzęs marki Specific, a Zuzi słodką bułeczkę.

Bogaci mieli lepiej, stać ich było, aby nabywać tony czasu. Gromadzili go gdzie się dało, w piwnicach, hangarach i szopach, aby tylko był pod dachem. Wtedy mniej korodował, dłużej można było go użytkować.

Był też czas sztuczny, najmniej wartościowy, ponieważ zaśmiecał pamięć i rozum. Produkowano go z niezliczonych momentów bezmyślności powstałych, kiedy użytkownicy smartfonów czytali dyrdymały lub prowadzili drętwe rozmowy. Niektórzy z nich oglądali w dodatku w telewizji cudne romanse o tym, jak to dojrzałe małżeństwa nagle odkrywają, że mają dzieci, o których nigdy nie słyszały, staruszkowie wskutek upadku odzyskują dawno utraconą pamięć, a pewna matrona odkrywa w lesie książkę z instrukcjami, jak przeprowadzić dietę odchudzającą „Pogrom cellulitu”.

Jedna z teorii mówiła, że najbardziej kradły ludziom czas pustosłowie i przekleństwa. Mało kto w to wierzył. Mało kto wierzył w cokolwiek.

Doba się skurczyła. Nominalnie wciąż miała dwadzieścia cztery godziny, w rzeczywistości zaś … Otóż to. Rzeczywistość też się zmieniła, zindywidualizowała się. Dla jednej osoby doba miała dwadzieścia cztery godziny, dla innej dwadzieścia trzy godziny i trzydzieści minut, jeszcze dla kogoś innego tylko szesnaście godzin. Poniżej szesnastu godzin nikt nie schodził, to było minimum. Związki zawodowe stanęły okoniem i zażądały nie więcej niż osiem godzin na pracę i nie mniej niż osiem godzin na sen. To minimum/maksimum gwarantowała także konstytucja, gwarancja była jednak coraz mniej pewna.

– Dawniej była ona żelazna, potem brązowa, teraz chyba nawet robią ją ze słomy. – Powiedział mi sąsiad w zaufaniu.

– Tej, co im z butów wyszła? Zapytałem, bo nie byłem pewny.

– O to, to. Lecę. Nie mam czasu. Muszę być w domu, zanim zapadnie zmrok. -Wyjaśnił mi kierując się do drzwi.

– Gdzie pan się tak śpieszy? Przecież to w drugiej klatce piersiowej.

Sąsiad popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem. Natychmiast zreflektowałem się. Omyliłem się. Miałem na myśli klatkę schodową. Nie miałem już czasu mu wyjaśnić, bo wyszedł.

– Szczęściarz. – Pomyślałem. – Ma tak gęste włosy. Nie miał czasu, aby wyłysieć, bo jest zajęty przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jak to jest możliwe, Bóg raczy wiedzieć.

Na śmietnikach pojawiało się coraz więcej odpadów czasu, mimo że ludziom go brakowało. Odpady te włączono do recyklingu poszerzając segregację śmieci: szkło, metal i plastik, odpady zielone do przemiału na nawóz, pozostałe resztki, na końcu czas. Pojemnik na czas zamknięty był na kłódkę, aby ludzie nie kradli zawartości. Niepotrzebny i zużyty czas darto na mniejsze kawałki, maksimum był to kwadrans, i wrzucano przez otwór do pojemnika. Pojemnik na odpady czasu wydzielał niemiły zapach, przypominający tęsknotę za czymś minionym, poprzednim ustrojem, może nawet za aktualną władzą.

Wszyscy za czymś tęsknili, a czas kurczył się lub uciekał. Taka to była ludzka tęsknota i filozofia czasu. Jedno zazębiało się z drugim, tworząc chmury na horyzoncie. Te zmiany nic dobrego nie wróżyły.

– Jestem pesymistą. – Pomyślałem i zamilkłem, bo czas na dzisiaj mi się skończył.

0Shares

Pierwszomajowe anatomiczne spojrzenie Iwana Iwanowicza na świat

Iwana Iwanowicza spotkałem jak zwykle przy chodniku. Stał zamyślony i gapił się przed siebie. Spojrzał na mnie spode łba i powiedział:

– Pierwszy maja zaczął mi się wrednie, choć niesamowicie. O godzinie szóstej piętnaście, jak w pysk strzelił, zrobiłem sobie kawy, cały kubek, i wyszedłem na balkon. Wstawał słoneczny dzień. Najpierw usłyszałem głosy ptaków, potem głośne szuflowanie lub zamiatanie chodnika szczotką wykonaną z żelaznych wiórów, następnie dzwony kościelne, a jak te umilkły, głośne krakanie znad rzeczki. Chwilę potem, jak wielka tęcza ukazała mi się na całej szerokości nieba ogromna, goła dupa.

W tym momencie zdałem sobie sprawę: takie jest życie! Jeśli tego głośno nie powiedziałem, to tylko z obawy, że mi ludzie nie uwierzą. Mogą oglądać gołe pośladki codziennie i to większej ilości, a starszemu, doświadczonemu człowiekowi nie uwierzą!

Dziś tylko mogę wierzyć samemu sobie i nielicznym innym osobnikom, interesującym się wszystkim, co ważne w życiu: astronomią, genetyką, sztuczną inteligencją, Kim Dzong Unem, który jednym naciśnięciem grubego palucha może postawić pod ścianą 10 milionów ludzi w Korei Południowej, literaturą kryminalną, filozofią, psychologią, polityką, sztuką, transhumanizmem, milionami ludzi umierających z głodu w Afryce czy choćby erotycznymi marzeniami I Prezesa.

Jeśli nie masz szerszych zainteresowań i wrażliwego sumienia, to jesteś zakuty łeb. I nawet o tym nie wiesz. To jest smutne!

Iwan Iwanowicz był wyraźnie rozdrażniony. Krytyczny i niedwuznaczny. Patrząc na mnie swymi zmęczonymi od niewyspania oczami, kontynuował tyradę:

– Na przykład czytelnictwo w naszym kraju. Czyta zaledwie 37 czy też 38 procent dorosłych osób. Co to jest za liczba!? To czysta nędza, jeśli weźmie się pod uwagę, że są to osoby, które przeczytały co najmniej jedną książkę w roku! Wyobraża pan sobie!? Jedną książkę w roku! Tych którzy przeczytali ponad dziesięć książek w roku jest tylko zaledwie dwanaście procent. A wie pan, jaka część społeczeństwa czyta w Czechach? Około dziewięćdziesięciu procent Jesteśmy w większości analfabetami i prymitywami a uważamy się za dumny i mądry naród, bo mamy osiągnięcia ekonomiczne, ładne domy i samochody. Okropność. To gorsze niż kret w sypialni, który powyrywał ci wszystkie klepki na podłodze.

Współczesność, drogi panie, parcieje na potęgę. Wokół widzi się ludzi zaślepionych obrazkami, jak nerwowo przebiegają palcami po smartfonie, oglądając zdjęcia swoje, swoich dzieci, przyjaciół i idoli. Narcystyczne samozapatrzenie!

Zupełne PRL tylko w nieco innym kierunku. Demokracja dała nam wszystko, a my co? Zamiast spojrzeć szerzej na świat, patrzymy samym sobie w oczy i zastanawiamy się: czy ja jestem OK, czy jestem ładna, czy jestem zgrabna, czy jestem mądry, dostatecznie bogaty, czy moje dziecko umie pływać, jeździć na koniu, na łyżwach i na rowerze, tańczyć w balecie, grać mistrzowsko w szachy i układać klocki Lego we wzory matematyczne! Orzą w te biedne dzieci, aby tylko zaspokoić swoje niezaspokojone ambicje. Albo czy zrobiłem sobie dostatecznie dużo zdjęć selfie?

– Wie pan co? – Iwan Iwanowicz spojrzał smutno na mnie. Wyglądał jak łotr z krzyża zdjęty.

To chyba dlatego powiedział:

– Czy mogę się dziwić, że w tych warunkach świat jawi mi się dzisiaj jak ogromna biała dupa? Absolutnie nie. I Sekretarza partyjnego zastąpił nam I Prezes, obydwaj uwielbiają władzę niezależną do ludzi, stanie na piedestale i wskazywanie kierunku marszu pod dyktando. Dzisiaj wszystko to kojarzy mi się anatomicznie.

Malkontent splunął na dłoń, uderzył kantem drugiej dłoni, i powiedział:

– Jeśli ślina poleci w prawo, to się powieszę, jeśli w lewo, to się utopię. Tak czy inaczej coś zrobię. Może nawet pójdę na marsz pierwszomajowy, aby przypomnieć sobie jak wyglądają czerwone flagi i lewica.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Ślepy koń, który handlował ludźmi na ulicach Ułan Kator / fragmenty

Stolica Kongolii, Ułan Kator, w tłumaczeniu znaczy „Czerwony Bohater”. Miasto zagubiło się na krawędziach świata, przez co było mało znane. Rozsławił je dopiero Koń, zwany Ślepym, który handlował ludźmi. Tak po prostu, na ulicach, jak zwykły straganiarz. Kiedy dał się zatrzymać, a było to wydarzenie międzynarodowej wagi, nazwę Ułan Kator zmieniono na „Stolica Koni”. Szczęśliwcom los nie odmawia przysług. Zanim Ślepego ujęto, a stało się to w roku dwutysięcznym, spowodował on wiele zła. Był genialny, przewrotny i zepsuty aż do szpiku kości. Tak o nim pisano. Dla jednych był uosobieniem nikczemności, dla drugich, a było ich dużo więcej, okazał się bohaterem narodowym. Każde społeczeństwo potrzebuje bohatera jak przysłowiowa ryba wody. Jeśli go nie ma, to go sobie wymyśli lub wynajdzie. Tak też się stało w przypadku Kongolii i Ślepego Konia.
W roli bohatera Ślepy objawił się sam, przewrotnie doprowadzając do pościgu i swego aresztowania, a następnie aktywnie uczestnicząc w dochodzeniu prokuratorskim. Tkwiła w tym bolesna sprzeczność logiczna: policja ścigała jak przestępcę ideał, który powinien być obnoszony paradnie w lektyce przez wiwatujący tłum, wśród orgii kwiatów i szalejących fanfar. Ujęcie Konia nie odbyło się bez pościgu i strzelaniny. Było to czyste szaleństwo. Heroiczne zwierzę, jak nazwał Ślepego dziennikarz magazynu „Świat przyrody kongolskiej”, pokazało klasę, zaskakując prześladowców niepospolitą inteligencją, elegancją zachowania, w końcu encyklopedyczną wiedzą o handlu żywym towarem. Ślepy wiedział o nim wszystko.
– Nigdy wcześniej nie ujęliśmy tak niesamowitego przestępcy – z dumą oświadczył Udo Udonsky, naczelnik Więzienia dla Wybitnych Przestępców. Fakt aresztowania Ślepego był dla niego ważniejszy niż narodziny dwojaczków u starszej córki Bolormaa, której imię
w języku kongolskim znaczy „Kryształowa Matka”. O policyjnym osiągnięciu naczelnik wypowiedział się następująco:
– Schwytać Ślepego Konia to tak, jakby nabyć dziesięciotomową encyklopedię przestępczości zorganizowanej. On posiadł całą tę wiedzę i szczerze dzieli się nią z nami. Jego aresztowanie
oznacza wielki sukces dla naszego kraju. […]

[…] Przyszedł czas, kiedy śledztwo utknęło w martwym punkcie. Z litości dla naczelnika i jego nieudolnego podejścia do przesłuchania wybitnego przestępcy, za którego został uznany, Ślepy zdecydował się wyłożyć całą prawdę bez ogródek. Przedstawił ją w formie teorii.
Prezentację ożywiał krótkimi i długimi zdaniami.
– Sprawa wygląda następująco. Seks jest piękny, ale tylko wtedy, kiedy masz władzę i pieniądze. Wtedy samice lgną do ciebie jak muchy do lepu. Każda istota żeńska lubi bogactwo i władzę. Kupuje sobie wtedy do woli podków w różnych kolorach, na wysokim lub niskim podbiciu, z długimi lub krótkimi hufnalami, także grzebienie do zaczesywania
grzywy i pachnące szampony do mycia.
– Może nawet zrobić sobie lifting – podrzucił śledczy niby dla żartu, gdyż nie spodziewał się życzliwej reakcji.
– Absolutnie – uznał z podziwem przesłuchiwany. Śledczy w jednej chwili zyskał jego uznanie, jako człowiek inteligentny i światowy. – Sądziłem, że to burek, który męczy konie głupimi pytaniami o karierę zawodową, pracę i przyjaciół. A tu niespodzianka! – Ślepemu
zrobiło się przykro, że go tak niesprawiedliwie potraktował.
– Proszę, aby podejrzany opowiedział jeszcze … – W tym momencie towarzyszący naczelnikowi oficer zawahał się – …O osobach, err … osobnikach dokooptowanych do oddziału mafii prowadzącego dystrybucję osób porwanych.  […]

Powyższe fragmenty pochodzą z tomu opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

0Shares

Idealne państwo / fragmenty

Wydarzenie z pozoru było mało znaczące. Poseł opozycji, stojąc przy mównicy, wyznał miłość przewodniczącemu parlamentu. Powiedział, że go kocha. Kiedy to mówił, trzymał w ręku kartkę świąteczną z życzeniami dla dziennikarzy, którym rządząca Partia Dobroczynności pragnęła poszerzyć korytarze dla ułatwienia poruszania się w parlamencie. Przewodniczący udzielił adoratorowi najpierw upomnienia, potem ostrzeżenia, w końcu wręczył mu czerwoną kartkę. W parlamencie innego cywilizowanego kraju wyznanie miłości mężczyźnie przez mężczyznę lub kartka z życzeniami dla jakiejś grupy zawodowej nikogo by specjalnie nie zdziwiły, ale nie tutaj.

Parlament nie był zwyczajną instytucją ustawodawczą, jednym z trzech filarów władzy. Powstał on z woli ludu zmęczonego poprzednią władzą polityków zepsutych do szpiku kości, którzy, mówiąc – łgali, budując – kradli, jedząc za państwowe pieniądze – także pili. Robili to wprawdzie dyskretnie, nie rzucając się w oczy, ale czy było to znowuż tak wielką cnotą? Następcy nazywali ich partią oszustów i malwersantów. Do tego czasu słowo „malwersant” było prawie nieznane.[…]

[…]  Incydent w parlamencie pokazano w telewizji; wywołał on gwałtowną reakcję. Postępowanie przewodniczącego nie podobało się wielu osobom, które uznały, że nie ma serca, brutalnie reagując na oferowaną mu miłość, że jest okrutny. Na ulice miasta wyległy wielkie tłumy, ludzie partyjni i bezpartyjni, młodzi i starzy. Liczba protestujących nieprzerwanie rosła. Zebrani skandowali hasła, śpiewali pieśni, a nawet wygłaszali krótkie, dosadne przemówienia, unikając jednak nieparlamentarnych słów pod adresem przewodniczącego. W końcu zablokowali wyjazd z parlamentu członków partii rządzącej. Interweniowała policja, usuwając demonstrantów uniemożliwiających przejazd.                                                                                                 – Okupacja sali posiedzeń parlamentu oraz blokada przejazdu grożą załamaniem porządku prawnego kraju, ruiną gospodarki, naruszeniem przyjaznych stosunków z sąsiadami, innymi słowy: totalną klęską. Nie owijając spraw w bawełnę, zapytajmy, kto buntuje się przeciwko nam, legalnej władzy. Są to szumowiny i elementy aspołeczne, zwolennicy poprzedniej skorumpowanej partii, której odebraliśmy władzę. – Przewodniczący rozwinął długą listę przewinień poprzedniego rządu, po czym dodał. – Demonstranci na ulicy buntują się przeciwko nam, partii rządzącej sprawiedliwie i rozważnie, pragnącej dobra całego społeczeństwa, a nie elit. Niedoczekanie ich! – Jego przemówienie wywołało kolejną burzę w parlamencie. Opozycja gorąco protestowała

[…  ]  Obywatele zgromadzeni na ulicy nie przyjęli dobrze słów prezesa partii rządzącej. – Mamy własny rozum i serce. Nie możecie za nas decydować! Mamy was dość! – krzyczeli zbiorowo i indywidualnie, i wciąż gromadzili się, powiększając swoje siły.               Na żądanie przewodniczącego parlamentu w ciągu nocy na ulicach pojawiła się policja i żandarmeria w mundurach oraz agenci w niewidzialnych garniturach cywilnych, wszyscy bez wyjątku dobrze odżywieni, mocno wywatowani w ramionach, ostre rysy na marsowych twarzach. Nawet przez moment żaden z nich nie uśmiechnął się, kiedy tworzyli kordon odgradzający demonstrantów od parlamentu. Tak twierdzili obywatele. Przedstawiciele władzy przekonywali, że było odwrotnie: policja i żandarmeria byli osobnikami nierzucającymi się w oczy, drobnymi, prawie chłopcami, schludnie umundurowanymi i skromnie uzbrojonymi. Zaangażowano ich, aby zdobyli trochę doświadczenia w pracy na nocnej zmianie, a nie dla rozpędzania tłumu.                                                                                                       Rankiem następnego dnia wszystkie wejścia do parlamentu były zablokowane, a ulice odgrodzone stalowymi płotami. Przywódcy opozycji i niezależni komentatorzy sugerowali, że rolą sił porządkowych było zastraszenie obywateli. Niektórzy ludzie w to wierzyli, inni nie.                                                                                        Dzięki zdecydowanej akcji rządu sytuacja została opanowana. Prezes partii rządzącej miał powody do zadowolenia. Obronił legalnie wybraną władzę przed obywatelami. Ze wszystkich ludzi w kraju tylko on jeden uśmiechał się tego dnia.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą z tomu opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

0Shares

Hysio-35 / fragmenty

[…]  W warunkach układu słonecznego hysio występuje najczęściej nocą około godziny 23.15, ale w Galaktyce Rozdrażnień panują zupełnie inne warunki. Przeważają tu silne prądy równoległego wzbudzania i hamowania aktywności organizmów żywych i nie ma podziału na dzień i noc. Czas dobowy liczony jest metodą przeskoków: redukcji – od godziny 24 do godziny 0, i wzrostu – od godziny 0 do godziny 24. Ta doba była dobą rosnącą. Kapitan spokojnie podchodził do załogantów, którzy ustawili się na zbiórce w tradycyjnej gwiezdnej formacji, nagle podskoczył, podniósł obydwie ręce do góry i popędził w kierunku mostku sterowniczego. Tam czaił się chwileczkę, po czym zręcznie wdrapał się na pulpit nawigacyjny, skąd jednym susem przeskoczył na tablicę świateł ostrzegawczych i wydał z siebie nieartykułowany dźwięk. Zaraz potem oznajmił donośnym głosem:
– Jestem kapitan Nemo K, niestrudzony badacz galaktyk i układów gwiezdnych. […]                                                                                 […]  Załoga zbaraniała. Marynarze widzieli już różne rzeczy, ale czegoś takiego jeszcze nie oglądali. Ale co mogli powiedzieć na niezwykłe zachowanie przełożonego? Na pokładzie statku kosmicznego Hysio-35 kapitan był pierwszy po Bogu. Gdyby ktoś miał wątpliwości co do jego uprawnień, to mógł to łatwo sprawdzić u źródła. Znajdowali się na wysokości dwóch lat, dwóch miesięcy i czternastu dni powyżej Ziemi. Niebo było widać jak na dłoni. Niebo przestało być pojęciem religijnym, a stało się pojęciem naukowym, astronomicznym,
od czasu, kiedy odkryto i oznaczono obszar kosmosu, gdzie koncentrowały się niewytłumaczalne siły energetyzujące wszechświat, wcześniej określane mianem Boga, Demiurga, Stwórcy lub podobnie. Bliski widok Nieba powodował, że niepotrzebne były parametry lokalizacji statku podawane na żądanie przez Biuro Namiarów Bliskości Nieba, słynne BNBN.[…]

[…] – Przyrzekłem wyjaśnić, to wyjaśnię, jestem człowiekiem honoru. – odpowiedział kapitan.
– Jeszcze przed startem nazywaliśmy się Hysio-35, ale wyniknął problem. Ksiądz kapelan odmówił poświęcenia statku. Powiedział, że nazwa jest nieważna, że nie ma takiej nazwy ani w księgach parafialnych, ani w wieczystych, ani w katalogu nazw obiektów kosmicznych. Zaglądaliśmy nawet do dzieła Kopernika „O obrotach ciał niebieskich” oraz przejrzeliśmy archiwalny stos dokumentów pozostałych po Giordano Bruno, szukając wskazówek dotyczących nazewnictwa kosmicznego odpowiadającego naszej działalności. I nic.Pomyślałem sobie wtedy: „W żadnym wypadku nie wylecę niepoświęconym statkiem. Musimy pójść na kompromis”.
– Czy ksiądz kapelan ma może jakiś pomysł lub sugestię?- zapytałem. Kapelan pomyślał chwilę,potem zasugerował:                                                                                            – A może by tak coś biblijnego?
Tak właśnie narodziła się Arka Noego. Kapelan był przekonany, że to historyczna, poważna i opatrznościowa nazwa, w dodatku zgodna z naturą ładunku, który nazwał menażerią. Oburzyłem się wtedy – dodał kapitan.
– Wiezie pan przecież ze sobą wspaniały zestaw okazów fauny, prawdziwą menażerię – wyjaśnił kapelan. Był człowiekiem prawdomównym, wiedziałem, że mówi to szczerze, co najwyżej żartuje. – Uznałem, że nas lubi i szanuje – kontynuował wyjaśni. – Tym mnie przekonał. Zgodziłem się, ale tylko czasowo. Dlatego zmieniliśmy poprzednią nazwę. Ale przemalować Hysia-35 i tak musicie.
– Kapitanie! – Zdzisio odzyskał oddech i werwę. – Ale dlaczego mamy zmieniać nazwę z Hysio-35 na Hysio-36? Co za różnica?
– Jak to dlaczego? – zdziwił się kapitan. Przecież kilkanaście minut temu dostałem hysia i był to kolejny trzydziesty szósty raz. Uważnie rejestruję wszystkie ważne zdarzenia. Jest to część tradycji wypraw kosmicznych, które prowadzę już od lat. Dlatego tak chętnie podróżują ze mną politycy, zawsze żądni poznania nowych sztuczek i manewrów oraz doznawania silnych wrażeń.

– Tam na ziemi, w parlamencie, posiedzenia zieją pustką i jest nudno jak flaki z olejem. Na statku u pana mamy nieprzerwany ubaw po pachy – przekrzykiwali się jeden przez drugiego, kiedy ich zapytał o powody zainteresowania podróżą na jego statku. – Nie tylko zresztą oni lubią podróżować w kosmosie. O, popatrzcie, tam przez okno, po prawej stronie! Jakiś turysta na hulajnodze kosmicznej. Nie widzę dokładnie tabliczki rejestracyjnej, za duża odległość, trudno więc powiedzieć, co to za model. Kierowca nie zabrał ze sobą kasku ochronnego! Musi to być jakiś nowicjusz. Zabawnie wygląda, siedzi sztywno jak urzędnik zszokowany żądaniami podwyżek emerytur i rent. Chyba zapomniał, że tu nie ma atmosfery! Niech mu
tam będzie! Każdy bawi się, jak umie – Kapitan Nemo K pogodnie podsumował wydarzenie. Jego wyrozumiałość dla ludzkich fanaberii nie miała granic.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą z tomu opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

1Shares

Wypożyczalnia psów / fragmenty

[…]    Klaudiusz pół siedział, pół leżał na grubym, kolorowym swetrze przy drzwiach wejściowych budynku i rozmyślał. Było mu wygodnie. Głowę i barki miał oparte o ścianę, prawy łokieć spoczywał na najniższym stopniu schodów. Stopa prawej nogi była finezyjnie ułożona na kolanie podgiętej do góry lewej nogi. Mężczyzna trzymał w ręku butelkę toniku Schweppes ze słomką w środku. Dawno niestrzyżone włosy, lekko rozczochrana broda o nieokreślonym kolorze, koszula w jasnoszare pasy, ciemne spodnie i tenisówki bez sznurowadeł uzupełniały jego wizerunek wolnego od trosk człowieka, mającego prawo ubierać się i zachowywać bez żadnego skrępowania. Obuwie nie spadało mu z nóg, co sprawiało mu nieustającą satysfakcję.Niebo rozjaśniło się na tyle, że Klaudiusz mógł dostrzec wyraźnie krawężnik po drugiej stronie ulicy. Rozmyślał o tym, co ostatnio stracił, a co zyskał. Snuł wspomnienia przeszłości, kiedy miał rodzinę oraz psa wabiącego się Ami, którego imię było pamiątką po innym czworonogu. Razem z żoną kochali Amiego jak własne dziecko. Żona w szczególności, dopóki nie urodziła im się córeczka. […] 

      […]  Biegając po lesie, Klaudiusz spotykał zarówno ludzi z psami, jak i samotnych spacerowiczów, osoby w różnym wieku, młode małżeństwa, dziadków i babcie z małymi dziećmi oraz samotne matki z niemowlakami. Chętnie z wszystkimi rozmawiał, szukając pomysłów, jak rozreklamować swój biznes. Łatwiej przychodziła mu rozmowa z kobietami niż z mężczyznami, mimo negatywnych wspomnień związanych z Anastazją. Stosował różne odzywki, aby nawiązać kontakt.
– Panią to ma kto wyciągnąć z domu na spacer – mówił, wskazując psa. – Są ludzie, którzy sami muszą to robić, zwalczając lenistwo. Albo sugerował: – Oprócz urody ma też pani sympatycznego zwierzaka. Można tylko zazdrościć. Kiedy pierwsze lody były już przełamane, rozmowa toczyła się jak z górki: o psach, zdrowiu, spacerach, potrzebie świeżego powietrza, pracy, wypoczynku. Przy okazji Klaudiusz wspominał o swojej firmie, zapraszał do jej odwiedzenia albo obejrzenia na stronie internetowej. Rozdawał także wizytówki.
Biznes nosił nazwę prostą jak promień słońca: „Wypożyczalnia psów wyciągowych”. Na początku ludzie dziwili się nieco określeniu „pies wyciągowy”, lecz bardzo szybko chwytali sens i akceptowali. Idea „bycia wyciąganym” na spacer przez psa okazała się chwytliwa.
Wiadomość o psach do wynajęcia przechodziła szybko z ust do ust metodą poczty pantoflowej. Była to najbardziej skuteczna i najtańsza forma reklamy. Klaudiusz żartował często na temat ludzi i psów, tworzyło to swobodną, życzliwą atmosferę. Nigdy nie zdarzyło
mu się, aby ktoś zareagował negatywnie. Kto mógłby mieć coś przeciwko mężczyźnie w średnim wieku kochającemu i adoptującemu bezdomne psy ze schronisk dla zwierząt, aby pomagały ludziom spragnionym spaceru i serdeczności? […] 

                Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

 

1Shares

Dry Creek Story / fragmenty opowiadania

[…]    Za zakrętem zaskoczył go widok pierwszego z eukaliptusów. Z dolnych gałęzi zwisały kolorowe girlandy, wirujące w prawo i w lewo w słabiutkich powiewach wiatru. Ich pasmo schodziło prawie do ziemi, niczym kurtyna otaczając drewnianą ławkę z wysokim oparciem. Lou podszedł bliżej i dotknął ją palcami tak ostrożnie, jakby mogła go sparzyć. Usiadł i zadumał się. Zwisająca przed nim girlanda rozchyliła się zapraszająco na dwie strony i Lou bez namysłu wszedł do środka. Nie pożałował tego. Rozciągający się przed nim widok strumienia i towarzyszącego mu szlaku spacerowego oszołomił go. Słońce przelewało się promieniami przez korony eukaliptusów. Melancholia dnia wyparowała jak zaczarowana. Radość i optymizm wstąpiły w serce malarza. Nogi same niosły go w kierunku zakrętu strumienia. Widział już żółte plamy piasku, połyskliwe kolory większych kamyków i zbrązowiałą ziemię stromego brzegu ze sterczącymi z niej fragmentami korzeni. Lou zatrzymał się, aby nacieszyć oczy słonecznym widokiem, i dopiero wtedy spostrzegł w oddali potężne zwierzę. Stało nieruchomo, zajmując całą szerokość szlaku spacerowego.Jego wielki, nisko zwieszony łeb, szeroko rozstawione rogi, masywny tułów i ciemna jak groźba maść skojarzyły się malarzowi z mitologicznym bykiem, który – zionąc ogniem – pustoszył Kretę. Zwierzę imponowało a zarazem przerażało swoim wyglądem. Skręcone rogi sterczały do przodu jak dwa sztylety, rozdęte chrapy i podniesiony ogon zdradzały gotowość do natychmiastowego ataku. Byk parskał i uderzał niecierpliwie racicą o żwirowatą ziemię. Drobne kamyki i grudki pryskały na boki, połyskując w słońcu iskrami. Mityczny pokaz pierwotnej siły zachwycił artystę. Lou zamarł w bezruchu wstrząśnięty grozą i pięknem widoku.[…]

[…] „To będzie rozpaczliwa walka o przeżycie. Oby tylko ta bestia reagowała na moją bluzę i atakowała ją, a nie mnie. Może uda mi się ją zmęczyć tak, jak to robią matadorzy na arenie? Może pośliźnie się na mokrej trawie lub żwirze ścieżki? Dobrze byłoby zwabić ją w kierunku pochyłości, aby w rozpędzie spadła z wysokiego brzegu do strumienia – myśli napędzane niepokojem o życie gorączkowo przewijały mu się przez głowę. Aktorzy niewiarygodnego spektaklu coraz bardziej zbliżali się do siebie przyciągani niewidzialną siłą przeznaczenia. Lou maszerował jak w hipnozie. Ani przez chwilę nie tracił z oczu obiektu swej artystycznej adoracji, która przerodziła się w atawistyczny strach. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Patrząc na byka z odległości już nie większej niż kilkanaście metrów, Lou nie wierzył własnym oczom. Najpierw ogarnęło go zdumienie, potem niepokój,     a następnie panika.                                                                                 – To jakaś potworność! – szepnął Lou, czując, jak serce wali mu w piersi w obliczu czegoś niezrozumiałego i budzącego grozę. W miarę zbliżania się ku człowiekowi, byk kurczył się. Był nadal wielki, ale już nie potężny jak kilkanaście sekund wcześniej. Wyglądało to tak, jakby zwierzę zapadało się w sobie pod wpływem ogromnego ciśnienia z zewnątrz. Kurczenie się żywego stworzenia sprawiało malarzowi psychiczny ból. Byk wyraźnie malał w oczach. Lou uznał, że jest to jakaś sztuczka ze strony zwierzęcia, prowadzącego z nim niepokojącą, niezrozumiałą grę. Poczuł się podle oszukany. W głowie mu zaszumiało, zacisnął zęby i pięści. Rozsierdzony nie wiedział, co z sobą zrobić. Byk zbliżał się coraz bardziej. Odległość zmniejszyła się już do kilku metrów. Powiał nagły wiatr i Lou poczuł ohydny przyprawiający o mdłości zapach wilgotnej sierści zwierzęcia.Kiedy uczestnicy koszmarnego widowiska zrównali się ze sobą, Lou popatrzył z góry na mijające go pod nogami zwierzę i wybuchnął:        – Ty skurczybyku! […]

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”.

1Shares

Hanuman Bóg-Małpa / fragmenty

 

[…] Z Bogiem-Małpą Hanumanem los zetknął go dopiero w Nepalu, zupełnie niespodziewanie,w przysypanym pyłem historii miasteczku Patan, dawniej zwanym Lalitpur, gdzie nad rzeką płonęły stosy pogrzebowe. Gordo przypomniał sobie, co czytał o nim wcześniej, w kraju, kiedy jeszcze był chłopcem. Teraz bóg zmaterializował się przed nim w całej okazałości, dobrze zbudowany, niezbyt wysoki, krępy. Wzrostem podobny był do Eduardo. Emanowała z niego siła fizyczna powiązana z nieokreśloną, ale wyczuwalną mocą wewnętrzną. W wyobraźni podróżnika zaroiło się od nadzwyczajnych czynów Hanumana. Zapachniały lasy na Cejlonie, gdzie Bóg-Małpa przebywał w czasie dziesięcioletniej wyprawy, która przyniosła mu sławę króla małp, odważnego i przebiegłego. Jego sukces, wyrwanie Sity z rąk dziesięciogłowego demona Rawany, zjednał mu wdzięczność i przyjaźń jej męża, Ramy, księcia o niebieskiej karnacji. Rama był siódmym wcieleniem boga Wisznu, tego, który zawiera w sobie wszystkie dusze.Hanuman stojący przed Eduardo był zły, marszczył czerwoną twarz, robił miny, choć dłoń miał uniesioną pokojowo do góry. To było mylące. Świeżo upieczony adept sztuki interpretacji gestów bogów hinduskich nie wiedział, co o tym sądzić. Sięgnął odruchowo do zasobów intuicji i podał Bogu-Małpie duży, żółty banan, który zabrał na drugie śniadanie. Podając, wykonał gest „Namaste” składając dłonie na wysokości serca z palcami wskazującymi do góry i lekko pochylając głowę. Zarówno dar, jak i pozdrowienie zostały jednoznacznie odrzucone.Bóg-Małpa zareagował pomrukiem zbliżonym do dźwięku wydawanego przez osobnika usiłującego przypomnieć sobie człowieczeństwo, które obluzowało się w nim przy kolejnym upadku na ziemię w stanie upojenia. Olśniony nagłą myślą Gordo wyjął z kieszeni szeleszczące pięćdziesiąt rupii i podał Hanumanowi. Ten schwycił je z wyraźnym zadowoleniem. Gordo pomyślał, że podobał mu się szelest. Sam lubił szelest suchych liści pod stopami kolorową jesienią.[…]

[…]    Kiedy już go wyraźnie rozpoznał, zrobił minę podobnie jak Hanuman, rozszerzając nozdrza i obnażając dwa białe kły. Spodobał mu się ten gest. Na próbę uderzył się kilka razy w owłosioną pierś, dobywając z niej głuchy dźwięk. Poczuł w sobie prawdziwego mężczyznę, prymitywnego osobnika rodem z Afryki, który poprzez Indie rozprzestrzenił się po całym świecie, aby w końcu objawić się w łazience, w jego własnych oczach. Gordo miał nieprzeparte wrażenie, czuł to ponad wszelką wątpliwość, że doskonale teraz siebie rozumie i akceptuje.                                                                                               – Lepiej późno niż wcale – mruknął z satysfakcją spełnionego odkrywcy. Był szczęśliwy, że dostrzegł w sobie pełną, ludzko-zwierzęcą, samczą naturę gatunku. Eduardo stał się wolną i szanowaną istotą, ludzko-zwierzęcą. Mógł zachowywać się jak człowiek lub jak małpa, w zależności od sytuacji, a nawet widzimisię. Korzystał z przywileju, który sam sobie nadał, i czerpał z życia pełnymi rękami. Męczyła go tylko świadomość, że niektórzy ludzie odczuwają do niego niechęć, a nawet wrogość. Ponieważ nie był w stanie zaradzić ich uczuciom, któregoś wieczoru skopał swoją świadomość tak gruntownie, że więcej do niego nie wracała. Umiał postępować na miarę potrzeb. Ostatecznie i w pełni zaakceptował w sobie całą trójcę: boga, człowieka, małpę. Nocami śnił mu się Darwin, mocno obrośnięty, z szeroką twarzą, który – nie mogąc zasnąć – schodził z drzewa, aby pisać traktat o pochodzeniu gatunków. Pisał go nie z głowy, lecz z głębi serca i trzewi, wiedząc doskonale, że nie rozum, ale kod genetyczny i samcza intuicja grają pierwsze skrzypce w życiu każdego prawdziwego mężczyzny.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”.

1Shares

Jeden dzień w życiu Prezydenta Lulu Uribe / fragmenty

[…]” Po śniadaniu prezydent wyszedł na taras, aby gospodarskim okiem ogarnąć kraj i rzeczywistość. W dni powszednie nosił obcisły, wzorzysty strój. Górna część wyglądała, jakby była założona tył na przód. Tak go opisywali szydercy, których nie brakuje ludziom na wysokich stanowiskach .Kiedy prezydent to przeczytał, zdenerwował się. Siedział wtedy przy śniadaniu razem z żoną.
– To oczywista bzdura, bo guziki i rozporek są z przodu – wyjaśnił żonie. Mówił głośno,ponieważ siedziała daleko, po drugiej stronie długiego, pałacowego stołu. Przyjęła to spokojnie i z godnością. Rozumiała, że niektórzy obywatele zechcą i będą wieszać na nim psy. Sama zresztą była świadoma, że mąż nie jest ideałem. Podobały mu się kobiety młodsze od niej, nawet brzydkie. Uważała, że od czasu ślubu jego gust zmarniał. Wiedziała też, że żartuje o niej w swoim towarzystwie, mówiąc: „Nie mam za złe mojej żonie, że się postarzała, tylko dlaczego inne są takie młode?”. Nie podobało jej się to. Była jednak mądra i rozumiała słabości męskiego charakteru. Pomyślała o mężu, że też nie jest taki jak dawniej. W towarzystwie pań też sobie kiedyś zażartowała:
– Nie mam za złe mężczyznom, że są jurni, ale dlaczego mój mąż jest tylko męski? To niesprawiedliwe.[…]

[…] „- Lubię ją, ale nie piję nawet, kiedy odczuwam największe pragnienie – zażartował kiedyś na przyjęciu. Lubił żartować, zachowywał się naturalnie. Widząc, że żart nie został zrozumiany przez wszystkich, dodał wyjaśniająco: – Niektórzy ludzie popadają w alkoholizm i piją nawet wodę kolońską i denaturat. Znałem takiego jednego. Był magazynierem. Pamiętam jego nazwisko i wygląd. Niestety, oślepł – prezydent zamyślił się nad losem człowieka. Jeszcze tego samego dnia prezydent przyjął paradę. Sekretarz wcisnął ją między czas wypoczynku a przyjęcie listów akredytacyjnych od ambasadora Gabonu. Prezydent lubił parady, odprawy wart, pokazy, przemarsze i defilady. Pokazywał się na nich chętnie, z najlepszej strony. Była to lewa strona ciała, nieco bardziej wysunięta do przodu. Nie przeszkadzało mu to, że żartowano z tego szczegółu. Wiedział, że ludzkie ciało nie jest idealnie symetryczne. Miał chód sprężysty, wojskowy. Ukończył szkołę kadetów i celował w ćwiczeniach z musztry. Był zawsze prymusem. Już wtedy wiedział, że tylko najlepsi zdobywają najwyższe stanowiska.
Z bocznego tarasu prezydent przeszedł się spokojnie, bez pośpiechu, po innych pomieszczeniach pałacu i po ogrodach. Sprawdził, czy wszystko jest w porządku. Pilnował spraw, nie tak jak jego poprzednik, któremu rzeczy kradziono, a on nawet o tym nie wiedział. „Albo wiedział i przymykał na to oko”. – Pomyślał prezydent i zadrżał. Nie wiedział, czy drży z zimna, czy ze zgrozy. Bardzo przejmował się sprawami kraju, pałacu i narodu. Był młody, przystojny i naród go wielbił, a Dyrektor Departamentu Terenów Zielonych bardzo cenił. Kiedyś, na placu wielkości morza wypełnionego po brzegi ludźmi, pewna niewiasta ze Stowarzyszenia Kobiet Adorujących wznosiła okrzyki o błogosławionym łonie, które wydało na świat prezydenta, i o błogosławionych piersiach, które go wykarmiły. W takich momentach prezydent odczuwał szczególnie głęboką więź z narodem, który był dla niego narodem wybranym, podobnie jak on dla narodu, który go wybrał.

– Czego mi więcej potrzeba? – prezydent zadał sobie pytanie, ale nie odpowiedział na nie. Był zajęty innymi ważnymi sprawami. Po południu prezydent czytał prasę. Była mu życzliwa, choć nie cała. Polecił Sekretarzowi zapisać, kto nie życzył mu wszystkiego najlepszego.

. Wieczorem prezydent pozwolił dziennikarzom zrobić sobie zdjęcie razem z całą grupą członków Comité de Asuntos Importantes. Wspólne zdjęcia ładnie wypadały w gazetach telewizji i na portalach społecznych. Każdy lubi dobre fotografie. Kiedy jednak zobaczył
siebie w otoczeniu członków komitetu, zaniepokoił się.
[…]

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”.

3Shares

Pasje i cierpienia Aleksandra N / fragmenty

            […] „Aleks miał dostatecznie bogate doświadczenia, aby wiedzieć, co mówi. W przeszłości był w bliskiej zażyłości z niejedną kobietą. Związki rozpadały się jednak wcześniej lub później. Za każdym razem zastanawiał się, dlaczego tak się dzieje. Nie umiał dojść przyczyny, bo w żadnym z nich nie pojawiło się poważniejsze nieporozumienie lub kłótnia. Ostatecznie doszedł do wniosku, że w grę wchodziła trudna do zrozumienia niestałość. I to po jego stronie. Gdzieś wewnątrz czuł, że odpycha od siebie uczucie głębszej zażyłości i miłości ze strony kobiet, ponieważ boi się, że zostanie zdradzony lub porzucony. W każdym takim momencie przypominał sobie dzieciństwo i niepewność, co się z nim stanie po rozejściu się rodziców.
Co mu pozostało z licznych związków i przyjaźni, to uwielbienie kobiecego ciała. Ale nie tylko ciała, bo naprawdę uwielbiał całą kobietę. Podziwiał i kochał jej zapach, włosy, jedwabistość skóry, zmienność barwy oczu, sposób poruszania się, łagodność, śmiech. To ostatnie miało pewien wyjątek. Chodziło o dziewczynę, która rżała jak koń. Jej śmiech był niemiły, raził go. Wolał o tym zapomnieć. Poza tym była wspaniała. „Nieważne” – pomyślał Aleks. Po co rozgrzebywać nieprzyjemne przeżycia!
Od pewnego czasu nie umawiał się już na randki i nie spotykał z kobietami, zaczął je
natomiast podpatrywać. Sprawiało mu to wyjątkową przyjemność.
– To coś więcej niż patrzeć na kobiety – powtarzał sobie za każdym nowym doświadczeniem.
– Inni chodzą do kina, aby oglądać piękne i poruszające sceny, ja widzę je w rzeczywistości – cieszył się zdolnością przeżywania żywego piękna.” […]

     […] „Przyszło lato z gorącymi dniami i upojnymi nocami. Aleksander upatrzył sobie pewną atrakcyjną, fantastycznie zbudowaną szatynkę. Po raz pierwszy ujrzał ją na plaży. Ciepło mu się robiło, kiedy patrzył na nią. W wyobraźni dotykał, pieścił i całował jej ciało. Miała cudowne biodra, ciemne jak głębokie jezioro oczy i władcze usta. Wszystko było w niej rewelacyjne. W trakcie rozmowy usłyszał, jak zwracały się do niej koleżanki. Na imię miała Joanna.
Dziewczyna zauroczyła go totalnie. Nie mógł oderwać się od niej. Śledził ją bez przerwy, a kiedy znikała z jego pola widzenia, wyobrażał sobie, że jest tuż obok, a on przygląda jej się, rozmawia z nią i dotyka. Najbardziej cieszyła go jej kąpiel, ale tylko w domu, nie w morzu. Wchodził z nią razem pod prysznic, obejmował jej ciepłe mokre ciało i całował zmysłowo.
– Joasiu, zwariowałem na twoim punkcie – szeptał w zachwycie oblewany strumieniem wody z prysznica.

– Przerastasz ludzkie wyobrażenie. Jesteś czystą radością – pragnął krzyczeć z rozkoszy, lecz bał się ją wystraszyć. Po kąpieli kładł się razem z nią do łóżka. Gorąco mu się robiło, ogarniała go namiętność, przeżywał ekstazę. Czasem doznawał orgazmu, ale przeżywał to dyskretnie, aby nie niepokoić cudownej leżącej obok istoty.
– Mężczyzna potrafi poświęcić się kobiecie – myślał wtedy i cieszył się odkryciem w sobie pokładów cierpliwości, delikatności i wrażliwości. Ona chyba też coś czuła, jakieś gilganie lub łaskotki, bo szeptała przez sen: – Przestań wariacie. Kocham cię, jesteś cudowny.
Niezwykłe uczucia Aleksandra wobec Joanny trwałyby w nieskończoność, gdyby nie pewne wydarzenie. Rano do portu zawinął statek towarowy. Na jego maszcie powiewała nieznana flaga, na burcie widniała nazwa „Omen”. Aleksander wzdrygnął się, kiedy odczytał nazwę statku. Źle mu się skojarzyła.
– Mama zawsze mówiła, że taki znak zapowiada, że zdarzy się coś niedobrego – zamruczał na wspomnienie matki. – Nic nie dzieje się bez przyczyny. Trzeba tylko umieć dostrzec znak, który zapowiada nieszczęście. – Aleksander był pewien, że wisi ono w powietrzu. Jego uczucia wobec Joanny zostały brutalnie zdeptane wieczorem, kiedy pod prysznic razem z Joanną wszedł typ z obrośniętymi plecami i kotwicami wytatuowanymi na masywnej piersi. W kabinie prysznicowej nie było miejsca na trzy osoby.
– Jak ona mogła zawrzeć znajomość z takim indywiduum, nie mówiąc już o intymności?
– zadał sobie pytanie, nie mogąc pogodzić się z trójznaczną sytuacją pod prysznicem, a jeszcze bardziej z ciasnotą. Tak bardzo wyprowadziło go to z równowagi, że skończył podglądanie Joanny. ” […]

Powyższe fragmenty pochodą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”

1Shares

Hrabina de Polo / fragment opowiadania

„…Po zakończonych podróżach zapragnąłem odwiedzić panią Hrabinę. Zachowałem ją we wdzięcznej pamięci czciciela kobiet dojrzałych ciałem i cnotą. Była wiosna i pani Hrabina zaoferowała mi gościnę w pokoiku w swoim obszernym domu przy ulicy Via Caccia 17 w Wiecznym Mieście.
Pierwszego dnia rozmawialiśmy dużo i szczegółowo o podróżach, moich i arystokracji za czasów młodości pani Hrabiny. Drugiego dnia do rozmowy, która odbyła się w kawiarni, zaproszona została Inez, aby – pani Hrabina ujęła to bardzo zgrabnie – otarła się o świat wielkich podróży i idei. Stało się wtedy coś niezwykłego. Wyjątkowo ciepły zmierzch zbudził do lotu zaspane do nieprzytomności nietoperze, a te, trzepocząc błoniastymi skrzydłami, musiały chyba zbudzić natchnienie Inez do wyznań. Dziewczyna otworzyła się jak kielich kwiatu, aby opowiedzieć o sobie. Mówiła z taką szczerością, że aż prawie zwątpiłem w szczerość samej szczerości, którą przecież można udawać, jak to czynią aktorzy w teatrze, gdzie pozór jawi się prawdą, a prawda pozorem.
– Z natury jestem osobą zamkniętą – Inez przyznała to po pewnym wahaniu wyrażającym się w odpychaniu rękami niewidzialnej przeszkody- z zadatkami na staropanieństwo, co nie jest skłonnością szczególnie miłą, ale też i nie obciążeniem. Młode istoty, takie jak ja, nie powinny wstydzić się mówić o swym głęboko ludzkim zagubieniu, kiedy nadejdzie godzina szczerości.

– Chyba pod wrażeniem uroczystej spowiedzi Inez kilka razy nabierała powietrza w usta, aby dotlenić płuca i odświeżyć pamięć.
– Czasami mam wrażenie, tak jak dzisiaj, że jestem uduchowioną Cyganką, zdolną do intuicyjnego przeniknięcia istoty człowieczeństwa i przepowiadania przyszłości. Jest to domena osób o wyższej niż przeciętna wrażliwości, do której skromnie zaliczam także siebie.
– Powiedziawszy to, Inez zapragnęła złagodzić wrażenie zarozumialstwa wywołane nietypową autoprezentacją, i zażartowała. – To chyba wpływ kombinacji słodkiej bułeczki i gorzkiej herbaty Ulung Tabuki. – Wymawiając z łatwością chińskie słowa, uśmiechnęła się kącikami ust i dołeczkami w policzkach. – Nadzwyczajny smak potraw i nastrój wieczoru skłaniają mnie do powiedzenia o sobie więcej i szerzej. Byłam dzieckiem delikatnym i drobnym, szaleńczo kochanym, wręcz ubóstwianym, przez rodziców i to pozostawiło we mnie ślad w postaci podwyższonej wrażliwości.
– W czym wyraża się pani wrażliwość, droga Inez? – Zapragnęła wiedzieć Hrabina, osoba również wrażliwa, lecz wychowana w warunkach rządów despotycznych, kiedy nauczycieli, wychowawców, opiekunów, rodziców i generalnie zwierzchników osób młodocianych i młodych obowiązywała rzeczowa i zimna bezpośredniość.
– Wyraża się ona, szanowna pani Hrabino, w trójkącie równoramiennym. Proszę mi wybaczyć, że posłużę się figurą geometryczną, której bokami są dokładność, higiena i delikatność. Lubię pieścić się rzeczami, które trzymam w ręku oraz tymi, które pozostają w mym bezpośrednim zasięgu. Jeśli obieram jabłko to bardzo grubo, co nie jest objawem niedokładności, ale wrogością wobec zarazków, które są niebezpieczne. Tak, więc gotowa jestem wyrzucić jabłko, choćby było niezauważalnie nadgniłe. Jeśli zmywam naczynia ręcznie, co czynię chętnie, to wykonuję to dłużej niż inni, ponieważ powierzchnia naczynia musi lśnić jak lustro odzwierciedlające dokładność kobiecej natury i umiłowanie czystości.
Jest to czynność, którą wykonuję attentivement et proprement, czyli uważnie i starannie. Nie lubię ani nie umiem czynić niczego łapu-capu, choćby okoliczności nawet wymagały tego ode mnie. Widzę w tym mądrość i piękno życia. …”

– Cóż może pani, droga Inez, wiedzieć o życiu, w tak młodym wieku? – Hrabina westchnęła na wspomnienie przeszłości podnosząc brwi w pełnym zdumienia oczekiwaniu, co może powiedzieć o brutalnym spektaklu życia osoba wychowana w ustroju obdarzającym kobietę pieszczotami nieporównywalnie częściej niż kuksańcami.
– W życiu nie lubię się śpieszyć. Bardzo mi odpowiada przysłowie festina lente, którego wyuczyłam się na pamięć i przypominam sobie w myślach. Śpiesz się powoli – wyjaśniła Inez, delektując się słowami. – Na wszystko potrzebuję więcej czasu niż inni, na przykład na ubieranie się, czynność ważną dla niewiasty w każdym wieku. Osobiście przepadam za przebieraniem się, ponieważ lubię wyglądać dobrze, widzieć siebie jako kobietę zadbaną.

Powyższy fragment pochodzi ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”

1Shares

Drodzy Czytelnicy!

Do 3 kwietnia 2019 rok pod moją nieobecność w Internecie na blogu ukazywać się będą fragmenty opowiadań z tomu : „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” . Publikację kolejnych odcinków powieści „Laboratorium szyfrowanych koni” podejmę zaraz po powrocie.

0Shares

Konio / opowiadanie-fragmenty

„…  Tak było przynajmniej na początku, gdy zaczęliśmy od pytań o zawód, hobby i przyjaciół. Skończyliśmy, niestety, na wymianie ciosów, ale to nastąpiło później. Nie używaliśmy wulgarnych wyrazów takich jak „hucpa”, „happening” ani innych zaczynających się na „h”,choć niektórzy ludzie zaczynają je na „ch”. Domyślny wyraz jest zbyt osobisty i ktoś mógłby się obrazić. Poza tym w pełnej, bezimiennej postaci nie musi on wywoływać niemiłych skojarzeń zwłaszcza u kobiet oraz tych mężczyzn, którym myli się płeć i strony ciała. Bóg tak nas stworzył i z pewnością miał w tym swój cel. Dawno już postanowiłem, że nie będę wchodzić z nim na drogę dyskusji, gdyż za mało się znamy. Wiem tylko, że jest ostatecznym autorytetem i to mi wystarcza.
– W czym robisz, Konio? – Przejąłem inicjatywę, zadając pytanie, które pozwoliłoby mi zdefiniować profil osobniczy gościa. Profil fizyczny widziałem jak na dłoni. Był imponujący.
– Wyścigi konne? Dorożkarstwo? Przenoszenie ciężarów na odległość metodą mistrza Dzianowskiego? Biegi kłusaków? Gra w polo? Szwoleżerka, nie daj Boże? Bo chyba nie praca w polu? – Jak kierownik niegdysiejszego działu kadr dużej firmy hodowlanej
wykazałem się znajomością zawodów pracowników czworonożnych.
– Próbowałem wszystkiego po trochu. Imałem się różnych zajęć. Raz nawet na preriach amerykańskich przyłączyłem się do dzikiego stada mustangów. Ogólnie rzecz biorąc, byłem raczej niezdecydowany. Już taki jestem od maleńkości. – Konio wyjaśnił z pewnym
zażenowaniem, co objawiło się markotnym wydłużeniem pyska.
– Czyli od źrebaka.
– Dokładnie. Czy ty, Michu, nie jesteś przypadkiem weterynarzem? – Pytanie padło zupełnie  nieoczekiwanie.
– Dlaczego pytasz? Coś ci dolega?
– Nie. Pomyślałem tylko, że jeśli nie jesteś weterynarzem, to mógłbyś być koniem. Znasz terminologię fachową jak mało kto.
– Też jestem koniem. Może nie dosłownie, ale jestem.
– Co ty bredzisz!? Z taką klatką piersiową i z takim grzbietem? A twój łeb?! Gdzie grzywa? Przecież to byłby wstyd dla konia. Pęciny to masz może sensowne, ale gdzie kopyta?
– Mam nogi w butach, to nie mogę mieć kopyt.
– To jak mogą cię podkuć? Słyszałeś kiedyś o koniu bez podków? Podkowa jest potrzebna nawet na szczęście. A co z bieganiem?
Nie zaskoczyłem, o co mu chodzi. Widocznie głupio to wypadło, gdyż gość zaczął mnie pouczać. Widać było, że odczuwa wielkie zadowolenie. Oczy mu zabłysły i głos się zmienił.
– Nie kojarzysz, co?! Pytam o to, jak mógłbyś ruszyć z kopyta, nie mając takowego. Nie będę cię niszczyć pytaniami. Lepiej wytłumacz, dlaczego uważasz się za konia. – Mój rozmówca zarżał z cichej satysfakcji, czując przewagę nade mną.
– Rzecz w tym, że Dzień Mężczyzny i Dzień Konia są w tej samej dacie! Reszta to czysta dedukcja. „

„ …Była to dobra okazja, aby zaproponować coś do wypicia dla poprawy nastroju. Konio odmówił alkoholu, więc zaproponowałem mu szklankę wody. Źródlanej, niefiltrowanej – zaznaczyłem w nadziei, że doceni postawę proekologiczną.
– Koń by się uśmiał! – Jego rżenie przybrało formę drwiny. – Czyś ty oszalał? Chcesz, abym umarł ze śmiechu. Szklanka wody! To dla królika czy dla kota? Ja piję z wiadra! Słyszysz? A bucket of water, please. – Przeszedł na angielski równie łatwo jak z trawy na koniczynę.
– Nie przesadzaj, Konio. – Udzieliłem mu życzliwej rady. – Lekarze i weterynarze zalecają picie dużej ilości wody, ale nie dziesięć litrów za jednym zamachem! Od tego żaby mogą ci się zalęgnąć w brzuchu. – Stwierdziłem w nadziei, że perspektywa śliskiego płaza w żołądku powstrzyma Koniego przed spożyciem nadmiernej ilości płynu. – Zupełnie jak człowiek. Pije na umór. – Po raz nie wiadomo który zdałem sobie sprawę z fatalnego nawyku nadużywania płynów. – On postępuje podobnie jak alkoholik, który nie zna umiaru i pije na umór, a potem siada za kierownicą. Moja wyobraźnia produkowana koszmarne epizody pasujące tylko do filmów z horrorem.
Efekt wchłonięcia wiadra wody przegryzionej bochenkiem suchego chleba, gdyż tylko taki miałem w domu, nie dał na siebie długo czekać. Konio rozejrzał się najpierw na boki, jakby strach go ogarnął, a następnie zapytał szeptem, czy mógłby pójść do łazienki.
– Odczuwam pilną potrzebę przejrzenia się w lustrze! – dodał usprawiedliwiająco.”

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”

1Shares

Wypożyczalnia psów. Odcinek 6 (ostatni)

Najbardziej trafiony okazał się pomysł klubu sportowego. Kombinacja człowiek – zwierzę była idealna.

Między uczestnikami, ludźmi i psami, nie pojawia się nawet cień rywalizacji, tylko czysta przyjemność biegania razem i testowania, kto jest szybszy lub bardziej wytrwały. Klub otrzymał nazwę „Razem ze swoim psem”. Wkrótce, zgodnie z powszechną praktyką, do nazwy rodzimej Klaudiusz dodał nazwę w języku angielskim „Together with your dog” oraz hiszpańskim „Junto con su perro”. Zanim się spostrzegł, pojawili się obcokrajowcy chętni zapisać się do klubu i uczestniczyć w zajęciach. Byli to głównie zagraniczni studenci oraz pracownicy ambasad, konsulatów, firm i organizacji zagranicznych. Bliskość stolicy kraju sprzyjała rekrutacji nowych członków.

„Szczęście ma zawsze początek i koniec” – pomyślał Klaudiusz, kiedy otrzymał pismo od byłego właściciela działki i budynku, na której znajdowała się jego firma. Po drugim, dokładnym zapoznaniu się z treścią pisma ogarnęła go smutna refleksja. Po głowie chodziły mu te same nieporadne myśli: takie jest życie, nawet planety i galaktyka mają swoje granice, tylko Bóg jest wieczny, a i to nie wiadomo. Idea wieczności Boga była dla niego pocieszeniem, ale tylko połowiczym, bo filozoficznym. Takie pocieszenia czasem na niego działały, częściej jednak nie, wywołując jedynie ból żołądka, podobnie jak alkohol.

„Jak długo jesteś nim upojony, wszystko jest w porządku. Potem jest już tylko kac i kac” – Klaudiusz miał wiele wspomnień z okresu bezdomności. „Bez domu jest gorzej niż bez alkoholu” – pomyślał i skurczył się, jakby zrobiło mu się zimno.

Działka, którą kupił wraz z budynkiem, była własnością wieczystą. To było mu wiadome. Kiedy ją kupował, do końca dzierżawy wieczystej pozostawało jeszcze siedemdziesiąt pięć lat. Było jednak coś, czego nie był świadomy. W momencie podpisywania umowy zakupu istniały już plany budowy autostrady przecinającej teren działki, choć sprzedający zapewniał go solennie, że nikt na tym terenie nie planuje żadnych inwestycji. Opowieść sprzedającego była kłamstwem, lecz winą kupującego było niesprawdzenie zapewnień. Był to fatalny błąd, ponieważ w przypadku realizacji inwestycji państwo miało prawo pierwokupu. Na swoich warunkach oczywiście. Kilka tygodni później Klaudiuszowi zaoferowano cenę dużo niższą od tej, jaką sam zapłacił.

Formalnie mógł dochodzić w sądzie wyższej ceny. Było to jednak ryzykowne i kosztowne; sądy działały przewlekle, a adwokaci wysoko cenili swoje nawet przeciętne usługi. Jeden z jego klientów, ten, który pożyczał beagla, był adwokatem i Klaudiusz zasięgnął jego opinii. Wydała mu się wyważona i sensowna. Adwokat sugerował poddać się.

– W najlepszym wypadku pańska sprawa będzie w sądzie nie wcześniej niż za pół roku, ze wskazaniem na przegraną, gdyby odwoływał się pan od wyroku. Odwołanie na nic by się zresztą nie zdało, bo z przeciwnikiem raczej pan nie wygra, skoro jest to państwo, nie osoba fizyczna lub przedsiębiorstwo prywatne – adwokat nie używał słowa „na pewno” tylko „raczej”, choć miał na myśli „na pewno”. „Lepiej być ostrożnym i zachować odrobinę niepewności” – tak myślał, lecz nie mówił tego głośno.

Klaudiusz nie miał powodów, aby mu nie wierzyć. Ostatecznie „nieudany inwestor i biznesman”, jak określiła go Anastazja, stracił działkę, budynek i biznes, otrzymując w zamian niepełną rekompensatę. Pomyślał o sobie, że tym razem rzeczywiście miała rację. Zabolało go to podwójnie. Nie była to ocena obiektywna, gdyż w każdym biznesie istnieje ryzyko niedopatrzenia czegoś istotnego mimo wykazania pełnej staranności.

Zabolała go nie tylko strata finansowa, ale i opinia osób bliskich, przede wszystkim zaś Anastazji, z którą łączyła go malutka Nuczka. Anastazja uznała, że była to w stu procentach jego wina. Wobec wspólnego znajomego nazwała go bałwanem i obdarzyła jeszcze kilkoma innymi epitetami. Zachowywała się tak, jakby ją cieszyło, że nie będzie mógł teraz płacić alimentów na córkę.

Była to sprawa, którą sam skierował do sądu. Chciał zawrzeć ugodę z żoną, że będzie nadal płacić alimenty, ale w mniejszej wysokości, ponieważ jego sytuacja materialna znacznie się pogorszyła. Sąd nie uznał jego argumentów, uważając, że może podjąć pracę. Kiedy Klaudiusz zdał sobie sprawę, że wkrótce nie będzie mieć żadnych środków ani dochodów, przestało go to martwić.

– Nic mi nie pozostanie, bo wszystko zabierze bank na spłatę kredytu hipotecznego zaciągniętego przy zakupie działki – podsumował ze smutkiem.

Kiedy dopadło go nieszczęście, wydało mu się, że wszyscy, rodzina, przyjaciele, znajomi, mieli mu za złe jego „psi” biznes. Dołączył do nich niespodziewanie Związek Ochrony Zwierząt Domowych, już wcześniej występując przeciwko Klaudiuszowi do sądu. Odbył z nimi kilka rozmów wyjaśniających.

– Prowadził pan hodowlę psów bez zezwolenia – to był poważny zarzut. Klaudiusz bardzo źle go odebrał, uważał, że postępował uczciwie. Po ostatniej rozprawie w sądzie, która miała być pojednawcza, doszedł do wniosku, że Temida naprawdę jest ślepa, a oskarżający go ludzie są sukinsynami tak samo ślepymi, jak ona na rzeczywistość i głuchymi na rozsądne argumenty.

– Nie prowadzę ani nie prowadziłem hodowli psów, tylko wypożyczalnię psów – tłumaczył cierpliwie.

– A te dwie suki, które się oszczeniły? Sprzedał pan wszystkie szczeniaki. I zapewne nawet nie wykazał pan dochodu do urzędu skarbowego! – tego rodzaju argument Związku Ochrony Zwierząt Domowych był podwójnie przykry. Był kłamliwy, w dodatku groził dochodzeniem ze strony urzędu skarbowego.

Szczeniaki Klaudiusz rozdał bezpłatnie, gdyż nie miał czasu czekać, aż wyrosną z nich psy, które mógłby wypożyczać. Rozdał je z wyjątkiem jednego, za którego klientka uparła się mu zapłacić. Nie zamierzał przyjąć zapłaty, ale ona nalegała.

– Musi pan przyjąć, bo prowadzi pan nabożne dzieło, dba pan o zwierzęta, a mnie nie brakuje pieniędzy – przyjął, kiedy ustalili, że jest to forma podziękowania, którą obdarowana szczeniakiem wyrazi w postaci puszek z żywnością dla psów. Tak się stało. Do głowy mu nie przyszło, że dokonuje transakcji handlowej i powinien ją zgłosić jako darowiznę.

Sprawy w sądzie Klaudiusz przegrywał jedna po drugiej. Miał adwokata z urzędu, bo nie stać go było na własnego. Adwokat, poniekąd przyzwoity człowiek, starał się zrobić dla niego jak najwięcej, ale miał zbyt wiele innych zajęć, aby poświęcić mu tyle czasu, ile wymagało osiągnięcie korzystniejszych wyroków. Z Regionalnym Urzędem Dróg i Mostów przegrał sprawę wyższej ceny za działkę, z żoną sprawę o alimenty, ze Związkiem Ochrony Zwierząt Domowych o hodowlę psów, w końcu także sprawę dochodu rzekomo ukrytego przed urzędem podatkowym. Nie trafiła ona nawet do sądu, gdyż urząd podatkowy wydał mu nakaz natychmiastowej zapłaty zaległego podatku wraz z urzędowymi odsetkami.

Zobowiązania wobec dłużników, opłaty i koszty sądowe oraz różne inne wydatki znacząco przekroczyły wartość majątku Klaudiusza. Goły jak święty turecki dostał w dodatkowym, ostatnim już procesie, wyrok skazujący go na więzienie za niepłacenie długów. Nie walczył już o nic, wszystko wydało mu się zbyt skomplikowane, całkowicie zobojętniał. Zanim fizycznie stał się bezdomnym, był już nim w sercu i w umyśle.

*****

Po wyjściu z więzienia, było to wczesne lato, Klaudiusz udał się prosto pod most na rzece, gdzie niegdyś koczował. Od czasu do czasu zjawiał się w mieście, kiedy potrzebował coś kupić lub choćby przejść się i zobaczyć, jak wygląda bogaty świat. Nikt go nie poznawał, nikt nie pamiętał.

Miał tylko jeden moment prawdziwej satysfakcji. Któregoś dnia nad rzekę trafił przewodniczący Związku Ochrony Zwierząt Domowych, który oskarżał go o nielegalną hodowlę psów. Klaudiusz upewnił się, że przybysz go poznaje, po czym ze sportową energią i rozkoszą sprał go po pysku, a na pożegnanie poczęstował zdrowym kopem w siedzenie. Zdarzenie to zachował w sercu jako pamiątkę dobrych czasów.

*****

Teraz rozmyślał, pół siedząc, pół leżąc na starym grubym swetrze przy drzwiach wejściowych nieznanego domu. Wszystko mu się przypomniało. Naprzeciwko znajdowało się schronisko dla bezdomnych, gdzie mieszkał od tygodnia. Było mu wygodnie. Głowę i barki miał oparte o mur budynku, prawy łokieć spoczywał na najniższym stopniu schodów. Stopa prawej nogi była finezyjnie ułożona na kolanie podgiętej do góry lewej nogi. W ręku nie trzymał jednak plastykowej torebki owiniętej wokół butelki toniku Schweppes, tylko torebkę papierową, z której wyjmował resztki obiadu, aby karmić psa-przybłędę, podobnego wygnańca losu, jak on sam. Mimo że był to kundel, był dla niego źródłem radości motywującej do myślenia o innym, lepszym życiu.

Ktoś podszedł i rzucił dwa piątaki do rozpostartej na ziemi czapki. Głośno zadźwięczały. Chwilę potem podszedł ktoś drugi, a potem podchodzili jeszcze inni ludzie. Byli w różnym wieku, różnie ubrani, nie przyglądał im się. Wszyscy oni przypatrywali się jednak uważnie Klaudiuszowi i wrzucali pieniądze. Nie były to drobniaki. Ostatni darczyńca powiedział głośno:

– Tworzycie wyjątkowo fotogeniczną parę.

Klaudiusza olśniło. Do głowy przyszedł mu fantastyczny pomysł. Poczuł, jak serce żywiej mu bije, a krew szumi w żyłach. Wstał z głębokim postanowieniem, że tym razem nie da się zjeść w kaszy.

Koniec opowiadania

5Shares