Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 120: Propozycja rozwiązania problemu koni

Na kolejnym spotkaniu klubu dyskutowano stosunek rządu do koni i środowiska naturalnego. Brak regulacji prawnych zapewniających koniom ochronę wyczerpał do dna cierpliwość członków klubu; byli zdecydowani podjąć drastyczne kroki. Podsumował to przewodniczący spotkania:

– Nie możemy tego ciągnąć w nieskończoność. Dwa dni temu pochowaliśmy kolegę Eryka Humusa, który popełnił samobójstwo z rozpaczy, że nie uczyniono niczego, aby ratować konie ginące na naszych oczach, najwspanialszy gatunek zwierząt.

Samobójca pozostawił zapis, rodzaj testamentu, świadczący o jego zagubieniu i rozpaczy. Koleżanki i koledzy wiedzieli, że był entuzjastą czworonogów, prawdziwym zapaleńcem, nie mieli jednak pojęcia, że na tym tle wywiązała się u niego głęboka depresja, ostateczna przyczyna tragedii. Był to dziwny człowiek, małomówny, w dodatku jąkał się, co go bardzo deprymowało. Nazywano go Nożownikiem, gdyż zawsze nosił nóż przy sobie. Zapytany kiedyś, jak to się dzieje, że nie może obejść się bez noża, odpowiedział:

– Próbowałem skończyć z sobą. Wisiałem już u sufitu z liną zaciskającą się wokół mojej szyi, kiedy nagle przeszła mi chęć odbierania sobie życia. Było to olśnienie lub coś podobnego. Moja babka mówiła, że to anioł stróż czuwał nade mną. Uratowałem się tylko dlatego, że w ostatniej chwili przypomniałem sobie, że mam nóż w kieszeni. Przeciąłem linę. To on mnie uratował. – Kiedy to mówił, jego twarz pozostawała kamienna. Nikt nie wiedział, czy mówi to poważnie czy żartuje. Stałe noszenie noża przy sobie sugerowało jednak, że to co opowiedział, było prawdą.

Przewodniczący odczytał list pożegnalny samobójcy.

– Nie mogę dłużej żyć w świadomości, że my, nie ja i wy osobiście, ale gatunek ludzki wpędza konie do grobu, zabierając im przestrzeń życiową, degradując je do roli bezrozumnych zwierząt pociągowych, poręcznego i taniego źródła energii, które można bezlitośnie eksploatować za wór owsa, wiązkę siana i wiadro czystej wody. Proszę was o rozwiązanie tego problemu. Przyjrzyjcie się mojej propozycji i podejmijcie decyzję. Wierzę, że im bardziej będzie ona radykalna, tym skuteczniejsza. Takie jest moje zdanie. Ostatecznie to anarchiści i zbuntowani ekolodzy uratują świat, a nie obłąkani politycy czy zagubieni w sobie naukowcy, dyskutujący w wygodnych fotelach sprawy bez znaczenia dla przyszłości kraju i świata.

List przedstawiał dane statystyczne oparte na najnowszych badaniach naukowych; były one bardzo wymowne. Biomasa całej ludności świata, mierzona ekwiwalentem węgla, stanowiącym jej główny składnik, wynosi 0,06 gigatony, inwentarz żywy 0,10 gigatony, podczas gdy wszystkie dzikie zwierzęta, konkretnie ssaki, tylko 0,007 gigatony. To oznaczało przytłaczającą przewagę człowieka nad zwierzętami żyjącymi na wolności. Obliczenia naukowców wskazywały też, że człowiek dosłownie pożera tereny zielone; od początków ludzkiej cywilizacji biomasa wszystkich roślin planety zmniejszyła się o połowę. Końcowy fragment listu brzmiał dramatycznie: „Musicie to zrobić, jeśli nie chcecie dopuścić do unicestwienia przyrody i sami stać się wygasłym gatunkiem”.

Wyliczenia tylko potwierdzały to, co członkowie Anarchii wiedzieli od dawna: człowiek stanowi śmiertelne zagrożenie dla koni i innych zwierząt. Także dla siebie, gdyż rozmnażając się jak szalony podcina gałąź, na której siedzi. Dyskutowali to wielokrotnie, nie było potrzeby nikogo przekonywać. Musieli tylko podjąć decyzję, która ostatecznie rozwiązałaby problem. Okazała się ona szaleńczo trudna.

W trakcie dyskusji największy radykał klubu, wysoki brodacz o posępnej twarzy i pseudonimie Anabaptysta, przedstawił zaskakującą propozycję integracji człowieka i konia. Proponował nazwać tę hybrydę Centaurem. Miało to być idealne zwierzę, łączące w sobie najlepsze cechy obydwu gatunków: myślenie, użyteczność, siłę, pracowitość, nieagresywność. Co najważniejsze, Centaur miał konsumować tylko tyle zasobów, ile potrzeba do godnego życia: utrzymania zdrowia, kondycji fizycznej i dobrego samopoczucia, bezpieczeństwa i zdolności reprodukcji.

– Centaur nie będzie potrzebować dużego mieszkania, deskorolek, samochodu, działki rekreacyjnej, rzęsiście oświetlonych ulic ani lotów na księżyc, alkoholu ani balów noworocznych, wakacji na Hawajach czy nawet kina, a mimo to będzie szczęśliwą istotą. – Podsumował Anabaptysta.

Pomysł wzburzył klubowiczów, mimo że nie brakowało wśród nich twardzieli, oswojonych z najbardziej szokującymi sytuacjami. Niektórzy uznali go za absurdalny, inni tylko za radykalny. Wszyscy byli jednak zgodni, że szedł on pod prąd uczuć społeczeństwa święcie wierzącego w wyższość człowieka nad zwierzętami. Było pewne, że napotka zdecydowany opór ze strony Kościoła Hierarchicznego, regularnie powołującego się na Biblię, źródło mądrości Stwórcy, poddającą zwierzęta panowaniu ludzi.

Zarządzono głosowanie, kto jest za, a kto przeciw. Członkowie klubu patrzyli na siebie niepewnie, ociągając się. Przewodniczący uspokoił ich, że będą głosować nieformalnie, tylko dla wyrażenia opinii, co sądzą o propozycji.

Wynik głosowania okazał się nierozstrzygający: tyle samo osób było za, ile przeciw, pozostali byli niezdecydowani. Żądano więcej czasu, aby wszystko przemyśleć. W końcu padło ważne pytanie:

– A jak ty, Anabaptysto, widzisz w praktyce stworzenie takiego Centaura w sensie produkcyjnym, medycznym czy technologicznym?

Anabaptysta odpowiedział bez wahania, wyraźnie wszystko przemyślał wcześniej.

– To będzie wymagać inżynierii genetycznej i to w skali, którą wielu obywateli Nomadii uzna za manipulację genetyczną. Stworzenie Centaura będzie łączyć się z wieloma ryzykami; nie umiem ich ocenić. Jest to projekt piekielnie skomplikowany i będzie budzić masę wątpliwości.

Szczerość Anabaptysty była przekonywująca. Wyzwań było więcej niż można było sobie wyobrazić. Członkowie Anarchii byli zgodni tylko w jednym: hybryda człowieka i konia była dla ludzkości jedynym rozwiązaniem.

– Nie mamy alternatywy. – Zreasumował Anabaptysta.

Opowiadanie orientalne. Wspomnienia odświeżonego premiera.

Na dobry początek dnia opowiadanie. Potem jak zwykle kolejny fragment powieści.

*****

Rano spotkałem przy osiedlowym wodopoju Iwana Iwanowicza. W przerwie między łykami wody źródlanej powiedział mi, że poprzedniego dnia uczestniczył w spotkaniu z odświeżonym premierem.

– Jakby ktoś po nim pojechał gorącym żelazkiem z parą. – Tak to określił.

Premier rozdawał w charakterze upominku nagranie swojej deklaracji miłości do władzy, narodu i rozumu. Iwan Iwanowicz mi je udostępnił. Osobiście nie podoba mi się, znaczy się nagranie. Sam premier to jednak co innego. Jest niezwykle wyrazisty. Oto jego słowa.

Rozpiera mnie orientalna władza, jej brutalna siła. Wielka, nieposkromiona jak gar surówy z mięchem na pełnym ogniu. Jestem członkiem rządu. Co ja mówię!? Członem rządu! I to nie byle jakim, bo premierem. Zostałem namaszczony przez Ważnego. To potężny kop w górę. Patrzę na siebie w lustrze. Nabrałem masy. Mój sflaczały brzuch wypełnił twardy sześciopak. Ręce, dotychczas ramiączka skrzydlate, przypominają teraz konary. Nawet oprawki okularów, cieniutkie jak nitka, nabrały kształtu masywnego stalowego pręta. Od chwili ich przemiany nazywam je okularychami.

 

W momencie namaszczenia zmieniłem się nie do poznania. Przestałem nieporadnie przebierać nogami. Rower rzuciłem w kąt, przesiadłem się do pancernej limo. Znaczy się do limuzyny. Teraz walę do przodu jak czołg. Na ulicach rozpędzam tłum na boki, patrzę na wszystkich z góry. Pluję na opozycję; nie będzie szumowina stawać mi na drodze. W parlamencie odsuwamy ich na bok wielką szuflą. Każdy członek rządu otrzymał ode mnie taką szuflę. Miałem ich cały komplet, osobiście wręczył mi je Wódz Ważny. Kocham go, nawet ten cień pod nosem zamiast wąsików.

Wódz jest niesamowity. Ciało jak ciało, ale łeb to ma wypchany szarą masą. Pofałdowaną jak się patrzy. Haruje jak lokomotywa. Myśli, produkuje wizje, kilka na raz. Tworzymy razem super team: on – intelekt i my – siła mięśniowa. Rwiemy do przodu jak wściekła kobyła. Razem też ćwiczymy dla zachowania kondycji. Ręce wyciągamy na Zachód, głowy kierujemy na Wschód. Tam, gdzie pojawia się słońce. Stanowimy rząd, najbardziej zwartą drużynę świata, jak to określa Gruba, moja prawa ręka. Sytuacja jest super. Podejmujemy w sekundę najtrudniejsze decyzje. Znaczy się, podejmuję ja. Czasem tylko kogoś zapytam o jakiś szczegół. Kupujemy za bezcen aktywa, pasywa, banki, samoloty, planety.

– Twierdzi pan, że planety nie!? – Bzdura! Kupujemy planety, tylko nikt tego jeszcze nie wie. Bo i po co? Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Umiemy być dyskretni. My to my. Przedtem to byli oni, teraz jesteśmy my. Zupełnie inny rząd, pany. Będziemy tak długo, aż się nażremy.

– Mówi pani, że jestem wulgarny!? Oczywiście! Tak jest najlepiej. To kwestia szczerości.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 118: Burzliwa dyskusja o ochronie przyrody.

Niezwykły napad na parlament sprowokował dyskusję między Sefardim a Isabelą na temat przyrody. Isabela miała wyrobiony pogląd na wydarzenia. W swojej falbaniastej, kloszowej sukni w zielono-niebieskie kółka żywo imitujące ptasie oczy Isabela przypominała wielkiego pawia. Na głowie miała toczek w jeszcze ostrzejsze wzory; jej strój drażnił Sefardiego.

– Jestem mieszkanką Afary, wielkiego miasta, i kocham przyrodę. Myślę o niej nieprzerwanie i dbam o nią razem z innymi mieszkańcami. Konie nie są dla nas takie ważne. Sadzimy drzewa, krzewy, zakładamy klomby i systemy podlewania, segregujemy śmieci, porządkujemy parki miejskie, robimy wszystko, aby przyroda miała jak najlepsze warunki rozwoju.

Jej słowa stały się iskrą inicjującą pożar. Twarz Sefardiego poczerwieniała, oczy zabłysły irracjonalnym gniewem.

– Miejska ochrona przyrody! Pusty śmiech mnie bierze. Co mieszkańcy wielkiego miasta Afara wiedzą o przyrodzie? Oni nawet nie mają pojęcia o tym, jak wygląda krowa! Przyroda to dla nich doniczka z kwiatkiem, obrazek na ekranie telewizora, martwa natura z bażantem starego mistrza flamandzkiego w muzeum sztuki zapomnianej oraz wypchany eksponat kozy na wystawie rolniczej na placu targowym, gdzie za czasów Inkwizycji palono czarownice na stosie! Gdyby ludziom poobcinać palce u nóg i u rąk, a potem stopy i ręce, to może wtedy zaczęliby rozumieć przyrodę i żyć zgodnie z jej rytmem, bo nie mogliby używać telefonów komórkowych, wypełniać szaf ubraniami wyrzucanymi po roku na śmietnik, chodzić do kina, gdzie kubeł z prażoną kukurydzą jest ważniejszy niż film, obżerać się nieprzytomnie, jeździć samochodem zatruwającym powietrze i zaśmiecać ulic do obrzydliwości – Sefardi wypowiedział to jednym tchem, prowokując falę nienawiści.

Isabela niby znarowiony koń rzuciła głową na znak niezgody.

– To podłe, co pan mówi, don Sefardi! Pan, niby taki kulturalny i sympatyczny człowiek, wielki celebryta, okazuje się być nie tylko szowinistą, przeciwnym poglądom skromnej, pracującej kobiety, ale i wrogiem wszystkich mieszkańców miasta szczerze dbającym o przyrodę – Isabelę uniosła fala oburzenia wywołanego szokującym potępieniem ze strony Sefardiego. – O szowinizm podejrzewałam pana od dawna i to jak najbardziej słusznie, bo koleżanki także o tym mi mówiły, ale ja w to nie wierzyłam i broniłam pana, a tu okazuje się, że jest pan także negatywistą, odmawiającym prawa do przyzwoitości kobietom i innym mieszkańcom miasta, w którym pan też mieszka.

Adresat tych słów chyba nie usłyszał krytyki, gdyż zagłębił się ponownie w nurt ciężkiej dezaprobaty.

– O czy my mówimy? Co mieszkańcy dużego miasta wiedzą o przyrodzie? Nic. Oni tylko umieją segregować śmieci i to najczęściej byle jak, i to jest wszystko, co robią dla przyrody. Od czasu do czasu posadzą też jakiś krzaczek, niedowarzone drzewko lub rachityczny lasek nazywając go Parkiem Centralnym Obrońców Przyrody i trąbią o tym od rana do wieczora. To są puste działania, bez znaczenia. Prawdziwa a nie udawana ochrona przyrody, droga Isabelo, nastąpi wtedy … – Mistrza ogarnęła pasja wyjaśniania – … kiedy wszystko, co wytwarza nasza cywilizacja, ludzie i przedsiębiorstwa, podlegać będzie recyklingowi bez żadnych pozostałości, tak jak to się dzieje w lesie, najpełniejszym uosobieniu przyrody. Cokolwiek tam powstaje, ulega rozkładowi i stanowi pożywkę dla przyszłych pokoleń roślin i zwierząt. To jest przyroda i mechanizmy jej ochrony!

Słowa Sefardiego, którego Izabela uważała dotychczas za człowieka w miarę rozsądnego, wywołały w niej poczucie rażącej niesprawiedliwości. Kobieta zamilkła chyba po raz pierwszy w życiu ułatwiając przeciwnikowi kontynuację oskarżeń.

– Człowiek to zabójca przyrody, Isabelo. Jej zaprzeczenie. Nie widzę w gatunku ludzkim nic pięknego! – wykrzyknął poruszony Sefardi.

Isabela odpowiedziała pięknym za nadobne. – Wbija pan nóż w piersi nie tylko mnie, ale i przyrodzie, o czym pan zapewne nie wie będąc typowym męskim szowinistą.

Mistrz przyzwyczaił się już na tyle do jej wrażliwości na punkcie męskiego szowinizmu, że nie zareagował. Spokojnie poczekał, aż dokończyła obronę przyrody i oskarżenia męskiego gatunku.

– A jak pani postępuje w swoim codziennym życiu? Czy żyje pani rytmem przyrody?

To rzeczowe pytanie zmieszało Isabelę tylko na moment. Szykowała się do udzielenia mu riposty, ale ją ubiegł. Nie pozwolił odebrać sobie inicjatywy.

– Jeśli chodzi o moje postępowanie, jak żyję, jak się odżywiam, jak postępuję, to od dawna wzorem dla mnie nie jest człowiek, tylko żyjące na wolności dzikie zwierzęta, ich styl życia i nawyki żywieniowe. Oby tylko można było stworzyć istotę łączącą ludzkie cechy z cechami zwierząt na wolności. Myślę o połączeniu rozumu i instynktu, cywilizacji i natury.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 117: Negocjacje z terrorystami

 

 

Rząd zachęcany przez większą część społeczeństwa do nieustępowania, kontynuował negocjacje. Nic to jednak nie dało, tylko rozjuszyło rebeliantów i zaostrzyło ich wymagania. Mimo ich żądań, w rozmowach nie mógł uczestniczyć gubernator Blawatsky. Miał problemy ze zdrowiem; napad na parlament tylko pogorszył jego stan. Gubernator wcześniej upadł na schodach i doznał wstrząśnienia mózgu, wskutek czego stracił władzę najpierw w jednej ręce, potem w drugiej; w końcu doznał paraliżu dolnej część twarzy. Mógł mówić, odczuwał jednak ostry ból w trakcie poruszania ustami. Mimo częściowego paraliżu twarzy i bezwładu prawej nogi zdecydował się spotkać z porywaczami, aby zakończyć kryzys. Spotkanie odradzali mu najbliżsi współpracownicy oraz lekarze, w szczególności opiekujący się nim profesor medycyny wojskowej, który osobiście przywoził mu próbki nowych protez nogi do domu.

Kiedy stan zdrowia gubernatora pogorszył się, zabrano go do szpitala. W separatce był starannie strzeżony przez antyterrorystów, obawiano się bowiem, że oddział okupujący parlament jest częścią większej organizacji przestępczej, która nie cofnie się przed niczym, aby wymusić ustępstwa.

Wychodzącego ze szpitala gubernatora, bladego i wycieńczonego, witały rzesze zwolenników. Podziwiano go za gotowość uczestnictwa w negocjacjach mimo poważnych problemów zdrowotnych. Opozycja usiłowała pomniejszyć jego popularność, upowszechniając złośliwą plotkę, że ilość kwiatów, jakimi go obdarowano, była tak wielka, że uniemożliwiła wyjazd samochodu opancerzonego, którym miano go przewieźć do specjalnego bunkra, skąd mógł bezpiecznie kierować partią i rządem, konsultować się ze społeczeństwem oraz prowadzić negocjacje.

Problem rozwiązał się tego samego dnia, kiedy gubernator opuszczał szpital. Znikło trzech członków grupy okupującej parlament. Pozostali czekali niezdecydowani, co robić. Kiedy do akcji wkroczyli antyterroryści rządowi, nikt nie stawiał im oporu. Okazało się, że okupanci nie mieli prawdziwej broni, tylko atrapy. Znikli jedynie napastnicy, pozostałe osoby okazały się zakładnikami. Wszczęto poszukiwania. Rząd postawił na nogi całą policję i wojsko, obiecał też wysoką nagrodę za pomoc w śledztwie.

Napad na parlament media uznały za test ekoterrorystów, jak długo rząd jest gotów trwać w swoim uporze.

– To tylko kwestia czasu. Gubernator będzie musiał w końcu ustąpić zapewniając pełną ochronę koni – podsumował ekspert od spraw terroryzmu, zastrzegając się, że jest to tylko jego prywatna opinia.

*****

Kiedy dowódca straży parlamentarnej ocknął się z nocnego koszmaru, rzecznik rządu przedstawił oficjalną wersję wydarzeń. W parlamencie faktycznie zdarzył się incydent; samotny mężczyzna wtargnął do budynku i żądał przeprowadzenia śledztwa w sprawie okrutnego traktowania koni w państwowej stadninie oraz opieki nad ich braćmi, którzy wcześniej stamtąd uciekli. Groził, że się wysadzi w powietrze, jeśli rząd odmówi jego żądaniom. Uznano to za bluff i siłą usunięto go z parlamentu.

Dowódca straży parlamentarnej bardzo przeżył obydwa tragiczne wydarzenia.

– Jesteś przewrażliwiony w sprawie koni i terroryzmu. To wszystko przeminie tak, jak każdy inny radykalny ruch – usiłowała pocieszyć go żona.

Pomyślał, że mogła mieć rację. Ostatnie szkolenia na temat zagrożeń terrorystycznych mogły go nadmiernie uwrażliwić. Miał jednak wątpliwości, ponieważ wypadki zaszłe na terenie parlamentu i jego przeżycia senne były jak najbardziej realistyczne. Czuł podświadomie, że były to wydarzenia prorocze i będą miały dalszy ciąg. Już wcześniej miał takie doznania, ukrywał je jednak skrzętnie przed otoczeniem. Miał zdolność jasnowidzenia, praktykował je w przeszłości. Dwa razy zdarzyły mu się potknięcia, kiedy jego przewidywania nie sprawdziły się. Musiał wtedy porzucić ulubione zajęcie i szukać pracy gdzie indziej. Karierę jasnowidza ukrywał przed administracją parlamentu. Wiedział, że nie byłoby to dobrze widziane.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 116: Dziwne widzenia dowódcy

Dowódca straży parlamentarnej przeżywał najgorsze dni swojego życia. Społeczeństwo Nomadii przygotowywało się już do letnich wakacji, kiedy nastąpiło wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, a jego dotknęło osobiście. Pomniejszyło ono wszystkie inne zdarzenia, spór w sprawie inżynierii genetycznej, zmiany klimatyczne czy masowe migracje ludzi zagrażające czystości rasowej i wierze w jednego Boga. Myśląc o tym wieczorem w łóżku dowódca straży popadł w odrętwienie, które przeszło w dręczący sen.

Nad ranem, około godziny piątej trzydzieści, kiedy straż parlamentarna była jeszcze rozespana, na portierni pojawiły się dwie sprzątaczki. Strażnicy pozwolili im wejść nie sprawdzając przepustek. Był to błąd, za który dowódca straży obarczał siebie, tak jakby mógł zaradzić temu, że jego ludzie nie byli dostatecznie czujni widząc te same kobiety codziennie od kilku lat. Na korytarzu pierwszego piętra sprzątaczki otworzyły okno, przez które niegdyś, jeszcze w czasach historycznych, wciągano meble, i wyrzuciły na zewnątrz liny. Na dole czekali już uzbrojeni mężczyźni i kobiety, którzy na teren parlamentu dostali się podkopem. Mieli ze sobą zakładników. Oddział błyskawicznie zajął korytarz i sąsiednie pomieszczenia, po czym zabarykadował się. Napastnicy byli uzbrojeni w pistolety wojskowe, pałki, paralizatory i inną broń podręczną. Część jej ukryli, ale tak, aby była łatwo dostępna.

Odtwarzając nagrania z kamer przemysłowych strażnicy zauważyli, że twarze intruzów były pokryte wizerunkami drzew i koni. Strażnikom wydawało się, że porywaczy jest dużo więcej niż zakładników. O godzinie dziesiątej rano okupanci zażądali widzenia się z ministrem leśnictwa i środowiska naturalnego.

– Co najmniej z ministrem, jeśli nie z gubernatorem. Nie zaakceptujemy nikogo poniżej tej rangi – taki był dokładny przekaz.

Nikt w parlamencie nie podejrzewał jeszcze niczego poważnego. Sądzono, że był to jakiś wygłup, maskarada lub fanaberia, ponieważ napastnicy cały czas utrzymywali, że chcą tylko porozmawiać, że ich intencje są pozytywne, że pragną jedynie zwrócić uwagę na niekorzystne zjawiska w ochronie środowiska naturalnego i koni. W końcu postawili ultimatum: albo rząd zapewni pełną ochronę koni i usunie zagrożenia środowiska naturalnego, albo koniec z zakładnikami. Do negocjacji przystąpili eksperci rządowi na czele z ministrem leśnictwa i środowiska naturalnego. Nie cieszył się on dobrą reputacją w kręgach fachowców. Hodowcy koni uważali, że nie ma żadnego zrozumienia dla nich, dla przyrody, ani dla zwierząt.

– On nie traktuje nas nawet jak konie, ale jak bydło, i to byle jakiego gatunku. – Była to opinia jednego z hodowców; inni hodowcy odżegnywali się od niej uznając ją za niewyważoną.

Zapewnienie ochrony koni przed wyginięciem i drastyczne ograniczenie eksploatacji przyrody stanowiły dla rządu ogromne wyzwanie. Rozmowy trwały wiele godzin. Na początku ich przebieg wskazywał możliwość porozumienia, do niczego takiego jednak nie doszło. W końcu napastnicy wręczyli ministrowi kartkę ze spisanymi odręcznie żądaniami. Minister obiecał ich uczciwe rozpatrzenie. Bezwzględność oczekiwań i groźby porywaczy nie zaskoczyły go. Wiedział z kim ma do czynienia. Dla niego byli to ekoterroryści. Taką też opinię przedstawił gubernatorowi i wicegubernatorowi. Kiedy gubernator w zaciszu swojego gabinetu zdobnego obrazami największych patriotów kraju zapoznał się z żądaniami, zgodził się, że są one całkowicie nieuzasadnione.

– Nie uważam, że traktujemy konie i przyrodę w sposób nierozsądny, gorzej niż w innych krajach – oświadczył tonem wskazującym, że minister nie powinien ustępować.

Tajnym służbom państwowym udało się sprawdzić w międzyczasie na podstawie nagrań z kamer, kim są napastnicy i wtedy wybuchła bomba. Okazało się, że były to osoby zrzeszone w stowarzyszeniu radykalnego ekologizmu działającego pod parasolem międzynarodowej organizacji Megan International Ecoterrorists, wymuszającej ustępstwa na rządach państw na rzecz nieograniczonej ochrony środowiska naturalnego.

Rząd podjął na nowo żmudne negocjacje. Ich przebieg transmitowano na cały kraj. Ustępując przed zbrojną przemocą, której siłowe zakończenie mogłoby przynieść fatalne skutki dla zakładników, rząd natychmiast opracował propozycję zaostrzenia przepisów i przeznaczenia większych środków na ochronę środowiska i koni zgodnie z żądaniami, zdając sobie sprawę, że przekracza granice zdrowego rozsądku.

Eksperci ministerstwa finansów przez dwa dni i dwie noce analizowali wszystkie wpływy i wydatki budżetowe. Sprawa była beznadziejna; nie było sposobu, aby jeszcze bardziej okroić wydatki, czy to na wojsko, czy na infrastrukturę, gdzie istniały pewne rezerwy, czy na inne cele, gdyż zmniejszyłoby to drastycznie zdolność bojową armii i pogrzebało szansę rozwoju gospodarczego. Niemożliwe było też podwyższenie podatków dla osób najbogatszych, ponieważ doprowadziłoby to szybkiego spadku akumulacji kapitału i inwestycji. Opozycja miała odmienne zdanie wskazując na bezsens wydatków dla wojska przeznaczonych na budowę interaktywnych ławek w całym kraju do prowadzenia tajnej korespondencji elektronicznej. Eksperci rządowi uznawali to rozwiązanie za hit technologiczny.

Negocjacje trwały kilka dni. Okupanci stali się agresywni, utrudniali życie służbom porządkowym, szarpali ochronę parlamentu bez przyczyny używając przy tym wulgarnych słów, żądali posiłków z najdroższych restauracji i trzymali rząd w szachu groźbą użycia środków wybuchowych ukrytych na terenie parlamentu. Dla dowódcy straży były to przeżycia tak koszmarne, że szczypał się po udach, aby upewnić się, czy jest to sen czy jawa. Pokazywał potem sine ślady na ciele.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 115: Autor i jego książka

Drodzy Czytelnicy,

Powieść „Laboratorium szyfrowanych koni” składa się z trzech części. Część I: „Sefardi i Isabela”. Odcinek numer 115 (poniższy) kończy tę część. Część II: „Josef i Laboratorium”. Zaczynam publikować ją od jutra. Część III: „Apokalipsa”.

Część ostatnia, zdecydowanie najkrótsza, to „Epilog”, łączący ze sobą wszystkie wątki powieści.  

Serdecznie zapraszam do czytania i równie serdecznie pozdrawiam,
Michael Tequila

Powieść „Wniebowstąpienie oszusta” znalazła się w sprzedaży w Afarze, a także w Nowym Jorku, Paryżu, Londynie oraz innych wielkich miastach już następnego dnia po konferencji prasowej. Jej tłumaczenia na języki obce zostały wykonane w tajemnicy i z wyprzedzeniem. Książkę drukowano nieprzerwanie dzień i noc, aby trafiła do księgarń w terminie. Pojawienie się Sefardiego na konferencji określano jako powrót z zaświatów lub powstanie z popiołów. Pogrzeb z oszalałym karawanem, stypa przypominająca festyn świąteczny oraz dziwny zamach na wiec polityczny, w końcu sama konferencja, okazały się znakomitą reklamą autora i jego książki. W Nomadii została ona uznana za najlepszą reklamę roku.

Przeciwnicy Sefardiego kwestionowali tę opinię argumentując, że w głosowaniu uczestniczyli wyłącznie obywatele Nomadii, że zabrakło głosów użytkowników telefonów komórkowych z innych krajów, że głosowanie powinno uwzględniać także opinie obywateli niekorzystających z telefonu komórkowego, ludzi starszych, niewidomych oraz inwalidów bez ręki, a nawet że sam konkurs nie był dostatecznie rozpropagowany. Zarzutom nie było końca.

Ostatecznie los autora i książki rozstrzygnęła Światowa Rada Pisarzy, która na wniosek Międzynarodowego Zrzeszenia Reklamodawców i Reklamobiorców uznała Sefardiego Barokę za najlepszego pisarza roku. W uzasadnieniu podkreślono, że on pierwszy odkrył i udowodnił, że wielka literatura nie istnieje bez wielkiej reklamy i że geniusz literacki wyraża się w integracji zdolności pisarskich z umiejętnościami promocji. Decyzja ucięła dyskusje toczące się wokół Sefardiego i zjednoczyła społeczeństwo. Nomadyjczycy uznali jego osiągnięcie za sukces narodowy, a jego samego za bohatera. Nikt nie miał wątpliwości, że Sefardi słusznie stanął na piedestale zwycięzcy.

*****

– Bardzo dobrze, że stało się to, co się stało – przyznał z radością ksiądz Terrano w wywiadzie, o który poproszono go jako spowiednika i przyjaciela Sefardiego. Był szczęśliwy, że po raz pierwszy w historii kraju społeczeństwo zjednoczyło się wokół wspólnej wartości. Uznał to za datę narodzin patriotyzmu solidarnego, nie dzielonego na kawałki. Jego radość była tym większa, że oznaczała koniec nagabywania go o informacje dotyczące Sefardiego Baroki. Miniony okres dał mu się bardzo we znaki; w telewizji ksiądz pojawił się nieogolony. Nawet krytyka biskupa, że wychudzony i zaniedbany duchowny nie powinien pokazywać się publicznie, nie poruszyła go.

– Wolałbym, aby ksiądz nabrał ciała i chodził nawet z brzuchem, niż pokazywał się chudy jak zagubiony na pustyni asceta. Jaki to tworzy wizerunek naszego kościoła? Kościoła ubogich proletariuszy czy kościoła reprezentującego zamożne społeczeństwo, jakim już prawie jesteśmy?

Księdzu nie sprawiło trudności zapomnienie gorzkich pouczeń przełożonego.

– To koniec mojej mordęgi. Dzięki ci, Panie – słowa wdzięczności Amizgao skierował do nieba natychmiast po wyjściu z budynku stacji telewizyjnej. Odczuł wielką ulgę z powodu zjednoczenia całego kraju w duchu miłości i pojednania. Jego wdzięczność nigdy nie była tak szczera, choć był najuczciwszym ze wszystkich uczciwych duchownych. Był przekonany, że jest ich niemało.

Koniec Części I

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 114: Sefardi Baroka. Spekulacje i podejrzenia.

Kiedy kilka dni po konferencji Sefardi zniknął, przestając odpowiadać na telefony i nie uczestnicząc w spotkaniach towarzyskich, pojawiły się podejrzenia, że coś się z nim stało. Rodzina podała do publicznej wiadomości, że żadne nieszczęście go nie spotkało, jest cały i zdrowy, tylko przebywa poza miastem, załatwiając swoje sprawy. Wtedy pojawiła się pogłoska, że coś ukrywa, może nawet knuje.

Zaczęto przypominać sobie ostatnie spotkania z nim. Okazało się, że już wcześniej wystąpiły u niego znaki dziwnych zachowań; kiedy kontaktował się z przyjaciółmi i znajomymi, czynił to w pośpiechu i zawsze pytał o stan zdrowia i sprawy rodzinne, co było podejrzane. Niewinne pytania o zdrowie czy też „Co u ciebie słychać?” lub „Jak tam twoja żona?” interpretowano jako nieuzasadnioną dociekliwość, podobną do pytań stawianych przez oficera śledczego prowadzącego dochodzenie w podejrzanie mętnej sprawie. Wkrótce pojawiła się plotka, że Sefardi od dawna prowadzi tajną kronikę towarzyską, w której notuje zdarzenia kompromitujące ludzi na świeczniku, zamierzając wykorzystać je w swojej powieści po opatrzeniu odpowiednimi komentarzami. To sprowokowało dalsze dociekania i spekulacje.

پرندگان بر روی تیر برق- زمستان- قم-ایران

– Po co miałby to robić? – Iwan Iwanowicz prostym pytaniem starał się odeprzeć nieuzasadnione jego zdaniem podejrzenia.

– Dla zyskania popularności i sławy. On przecież nie ma dorobku literackiego, a chciwy jest rozgłosu jak mało kto – wyjaśniali ludzie z branży wynalazczej, byli konkurenci Sefardiego, dodając, że taka książka sprzedawałaby się lepiej niż najcieplejsze bułeczki. – Byłby to istny biały kruk, na którym Sefardi mógłby zarobić krocie. Na podstawie takiej powieści z powodzeniem można by napisać scenariusz filmowy i nakręcić doskonały film. Był to kolejny wątek sensacyjny.

Sprawę scenariusza i filmu społeczeństwo potraktowało nad wyraz poważnie; spekulowano, która wytwórnia filmowa gotowa była kupić prawa autorskie do książki, scenariusza lub filmu, lub wszystkiego razem. Iwan Iwanowicz, bliski przyjaciel Sefardiego, przypomniał sobie, że jeździł on niedawno za granicę i spotykał się z ludźmi ze świata filmu. To z jego ust padła nazwa Hollywood; inni wspominali Bollywood.

Ścieżki posądzeń Sefardiego o łajdactwo gęstniały coraz bardziej prowadząc obywateli prosto w bagno kolejnych podejrzeń i piekło strachu o własną reputację, a nawet bolesną kompromitację. Dotychczasowi przyjaciele i znajomi oddalali się od Sefardiego. Ludzie spotykali się z ostrożności we dwójkę lub nieco większymi grupkami, aby wymieniać się niepokojącymi wieściami.

Iwan Iwanowicz na własną rękę przeprowadził rozeznanie, nazywając je śledztwem. Postępowanie Sefardiego podziałało na niego jak czerwona płachta na byka, ponieważ był z nim w zażyłych stosunkach i bezgranicznie mu ufał. Starzec zaczął wyobrażać sobie niestworzone rzeczy, choć od lat prowadził spokojne życie i nie było w nim niczego, co mogłoby go skompromitować. Była wprawdzie historia pewnej nieudanej schadzki z mężatką, ale nikt o tym absolutnie nie wiedział. Iwanowi Iwanowiczowi przywidziało się, że Sefardi zna wszystkie szczegóły, że musiał go podsłuchiwać i rozmawiać o nim z największymi plotkarzami.

– Pełna kompromitacja! – orzekł, święcie przeświadczony o grożącym mu niebezpieczeństwie.

W szeregach hierarchów kościoła jak i wiernych najwięcej niepokoju wzbudziło podejrzenie, że źródłem kompromitujących informacji o ważnych osobistościach mógł być ksiądz Amizgao Terrano, od lat pozostający w serdecznych stosunkach z Sefardim. Zapytany bardzo ostrożnie, czy mógłby być informatorem Sefardiego, ksiądz po raz pierwszy w życiu wpadł we wciekłość i zwymyślał pytającego najbardziej wyszukanymi słowami, że w ogóle przyszły mu do głowy takie podejrzenia.

– To tak, jakbyś człowieku podejrzewał swoje najukochańsze dziecko, że chce cię zamordować siekierą w biały dzień, a następnie wyrwać ci serce z piersi i zjeść na surowo. Spowiedź jest świętością i kapłani oddawali swoje życie, broniąc jej tajemnicy – po tych słowach ksiądz odwrócił się na pięcie i odszedł w stanie najwyższego wzburzenia.

Sprawa trafiła do Czarnej Eminencji, który zdecydowanie wsparł księdza Amizgao, cytując przykłady męczeństwa duchownych broniących tajemnicy spowiedzi. Nie uśmierzyło to jednak niepokojów. W tych warunkach przyjaciele Sefardiego uznali, że bezwzględnie powinni rozmówić się z nim. Nigdzie nie można było go jednak znaleźć. To rozpaliło podejrzenia do czerwoności. Kiedy w końcu go znaleziono okazało się, że rzeczywiście się ukrywał, ale tylko dlatego, że miał problemy ze zdrowiem i lekarz zalecił mu izolację i samotność. W istocie Mistrz leczył się uczęszczając na psychoterapię, aby pokonać ujawniające się z nową mocą przeżycia z przeszłości. Co do powieści, której – korzystając z nowych przemyśleń – chciał nadać jeszcze doskonalszy kształt, to pracował nad nią zrywami, lecz bez większego sukcesu.

Pod koniec okresu nieobecności dotarły do Sefardiego informacje, że w kręgach towarzyskich jest spalony i jest już prawie personą non grata. Najpierw go to zdziwiło, potem wręcz oburzyło, bo nie widział żadnych powodów, aby ktokolwiek mógł tak o nim myśleć. Miał oczywiście różne sprawy do załatwienia, nie musiał jednak nikogo w nie wtajemniczać, nawet przyjaciół. Leczenie się czy pisanie powieści mającej być niespodzianką, nie uważał za wieść, którą powinien dzielić się z kimkolwiek.

– Nie jestem zwariowanym ekstrawertykiem, który potrzebuje natychmiast podzielić się każdą myślą czy nowiną z całym światem – tłumaczył sobie na głos. Słyszał o takich ludziach i to denerwowało go jeszcze bardziej.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 113: Kontrowersje wokół Sefardiego

Przedstawiony przez Sefardiego plan fikcyjnego pogrzebu był imponujący. Reporterzy i dziennikarze usilnie starali się poznać szczegóły, zwłaszcza dramatyczne momenty, na których mogliby zbudować narrację dla czytelników, widzów i słuchaczy. Zadawano mu pytania na temat myśli przewodniej, jaka nim kierowała, kiedy tworzył plan trzech konduktów pogrzebowych, i po co to robił. Dziennikarka pragnąca mu zadać ważne pytanie usiłowała przebić się do Sefardiego przez tłum tak długo, że nie miała czasu, aby napić się wody, wskutek czego wargi jej wyschły i popękały. Twierdziła, że suche wargi ma od dziecka, ale nikt jej nie uwierzył. Były to paradoksalne sytuacje, w których ludzie łatwo tracili do siebie zaufanie. Na postawione pytanie Sefardi odpowiedział po długim zastanowieniu, powoli i z wyjątkową powagą.

– Potrójny pogrzeb miał być darem na rzecz wieczności, której nie rozumiem i której się boję, prawdopodobnie jak każdy z nas.

Nie wszyscy go rozumieli. Czarna Eminencja, ujęty religijnym przesłaniem pisarza-wynalazcy, wypowiedział się o nim pozytywnie. Poróżniło go to z Gubernatorem, zdecydowanym przeciwnikiem Sefardiego. Był to poważny zgrzyt w relacjach kościoła i państwa. Rozdźwięk usunięto, kiedy Gubernator i Czarna Eminencja po burzliwej rozmowie w cztery oczy rozgrzeszyli się nawzajem w interesie narodu i kościoła.

Konferencja Sefardiego, czy raczej jego wyznania, rozpętała publiczne dyskusje. Trwały one dniami i nocami, i wydawały się nie mieć końca. Pesymiści twierdzili, że będą trwały do końca świata. Ludzie zbierali się na ulicach, placach i podwórkach, starsi, o słabszych pęcherzach najchętniej w pobliżu szaletów publicznych, gdzie tylko było trochę wolnego miejsca. Najwyżej cenionym miejscem dyskusji był Hyde Park, wzorowany na londyńskim, z tolerancyjnym regulaminem, zezwalającym przeciwnikom na obrzucanie się błotem oskarżeń i oblewanie pomyjami pogardy. W Hyde Parku zbierali się najbardziej krewcy obywatele, aby rozładować negatywne uczucia. Swoją brutalnością dyskusje doprowadziły w końcu do radykalizacji społeczeństwa. Rzeczy nazywano po imieniu, ignorując normy i konwenanse.

Najwięcej kontrowersji budził spisek zorganizowany przez Sefardiego Barokę, aby zniszczyć tradycję, kościół i państwo. Tak prasa konserwatywna nazwała atak na wiec wyborczy przypisując Sefardiemu jego autorstwo. Dla jednych był to spisek rzeczywisty, dla innych urojony. Zwolennicy partii rządzącej uznali Sefardiego za niebezpiecznego anarchistę. Rozsądniejszych obywateli interesowały konkrety: imiona i nazwiska ludzi uczestniczących w spisku, sposób koordynacji uroczystości pogrzebowych, oraz jak zachowano w tajemnicy tak wielki happening.

Po zakończeniu konferencji do Sefardiego napływały emaile i listy z pytaniami i komentarzami w takich ilościach, że kilkakrotnie blokowały mu skrzynki poczty elektronicznej, a urząd pocztowy odmówił przyjmowania listów do niego z powodu braku dostatecznej liczby personelu. Sefardi zatrudnił trzy dodatkowe sekretarki, aby spisywały pytania i przygotowywały odpowiedzi. Wiele osób miało mu za złe, że nie odpowiada szybko i wyczerpująco. W końcu oskarżono go o to, że niepokoje i troski obywateli spływają po nim jak woda po gęsi.

Adepci pisarstwa, stając murem za Sefardim, uznali scenariusz pogrzebu i samo wydarzenie za niesamowite. Pytali o wszystko, co rzuciłoby na nie dodatkowe światło. Zadawano pytania, na które odpowiedź wymagała traktatu naukowego lub co najmniej eseju. Pytano, co było pierwsze, a co najważniejsze, fabuła czy bohaterowie spektaklu pogrzebowego, oraz jakie postacie autor wziął z sufitu, a jakie zapożyczył obserwując rodzinę, przyjaciół, znajomych i osoby publiczne. Po stronie Sefardiego stanęli także czytelnicy zorientowani w literaturze oraz studenci literaturoznawstwa, dociekający związków między siermiężną rzeczywistością a rozbuchaną fikcją literacką i teatralną. Intensywny wysiłek intelektualny społeczeństwa spowodował poważny wzrost zainteresowania literaturą, teatrem oraz sztuką pogrzebową.

Przywróconemu z zaświatów pisarzowi trudno było zadowolić wszystkich wyjaśnieniami, tyle było wątków, postaci, zmian akcji i detali. Aby uniknąć zamieszania, Sefardi koncentrował się na sprawie najprostszej i najważniejszej, na wyjaśnianiu, jak powstała powieść „Wniebowstąpienie oszusta” i co z tego wynikło.

*****

W trakcie konferencji część osób wyszła z Wielkiej Sali Teatralnej w dowód protestu, że nie można tolerować naigrywania się ze społeczeństwa, kościoła i rządu organizując fikcyjne pogrzeby z wygłupami. Krzyczeli oni „hańba”, „wstyd”, „oszustwo”. Założono komitet protestacyjny, który miał złożyć wniosek do prokuratury o domniemanym przestępstwie.

Następnego dnia na łamach głównego dziennika krajowego miał ukazać się obszerny wywiad z Sefardim Baroką. Nie opublikowano go, ponieważ był zbyt kontrowersyjny. Interweniowała nieistniejąca cenzura państwowa, uznając, że materiał wywoła niepokój społeczny, może nawet rozruchy. Dla rządu były to argumenty nie do odrzucenia. Dwa dni później rzecznik osób użyczających swojej tożsamości bohaterom powieści ujawnił szczegóły współpracy z pisarzem.

– Zrobiliśmy to z przyjemnością i premedytacją. To było fascynujące; widzieć siebie w postaci literackiej, bohatera pozytywnego czy nawet negatywnego. Czuliśmy się jak aktorzy użyczający swojego głosu postaciom filmowym. Nie wszystko oczywiście podobało nam się w postaciach, których byliśmy wzorcami, ale rozumiemy, że to autor decyduje o granicy między fikcją a rzeczywistością.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 112: Przygotowania do wielkiego happeningu

Poczucie odpowiedzialności i zwyczajny strach przed wyrządzeniem komuś krzywdy tak zaciążyły Sefardiemu na sumieniu, że rozchorował się poważnie. Kiedy bez widocznej przyczyny zemdlał na ulicy, trafił do szpitala; tam najpierw przywrócono go do zdrowia, a następnie poddano psychoterapii. W trakcie którejś z kolejnych sesji terapeutycznych wryło mu się w pamięć dziwne spojrzenie prowadzącej terapię kobiety, kiedy wyraził przypuszczenie, że być może cierpi on na jakieś zaburzenie psychiczne. Psychoterapeutka odrzuciła jego sugestię, tym niemniej pozostał w nim osad niepewności.

W krótkim czasie po zakończeniu terapii, powieść była gotowa do publikacji. Niespokojny duch Sefardiego, opanowany przez demona perfekcji, nie pozwolił mu jednak uznać tej wersji za ostateczną. Przeżywając wciąż rozterki, Sefardi wpadł na pomysł przetestowania powieści w formie wielkiego happeningu, czegoś w rodzaju teatru ulicznego, którego uczestnikami i świadkami miało być społeczeństwo, a treścią śmierć, pogrzeb i stypa pożegnalna.

– To nie ja miałem umierać, lecz bohater mojej powieści – wyjaśnił Sefardi ze smutnym uśmiechem.

W trakcie pracy nad happeningiem Sefardi częściej rozmawiał z Isabelą. Był pewien, że nie podzieli się z nikim treścią ich rozmów. Przetestował jej dyskrecję wcześniej i to kilka razy. Żaden szczegół powierzonych jej informacji nigdy nie przekroczył granic jego gabinetu. Nawet Penelopa nie wiedziała, o czym rozmawiali.

Plan Sefardiego przeraził Isabelę. Wyjaśniła mu potem, że na początku bała się go, potem przyzwyczaiła się, w końcu uspokoiła na tyle, żeby bez skrępowania wyrażać swoje opinie. Dla Sefardiego oznaczało to, że znowu stała się sobą, kobietą szczerą i otwartą. Jej poglądy wydawały mu się czasem szalone.

– Czytałam wspomnienia dyrektora szpitala wariatów, to mi pomogło zrozumieć wiele rzeczy. Wydaje mi się, don Sefardi, że rozumiem pana teraz dużo lepiej – gospodyni Penelopy jak zwykle bez żenady wygadywała historie, które Sefardi uznawał za bzdurne, choć nie odrzucał trafności niektórych jej obserwacji.

– Czy wspomnienia psychiatry pomogły także pani, droga Isabelo, w lepszym zrozumieniu siebie samej? – zapytał uszczypliwie, aby odreagować zwariowany komentarz, na jaki nie zasłużył, oraz skłonić rozmówczynię do refleksji nad samą sobą. Nie liczył jednak na wielki sukces.

*****

Dramat zawarty w powieści rozpisany był na wiele ról. Ogólny scenariusz pokazywał, jak wielkie i niezwykłe było to przedsięwzięcie. Sefardi przestraszył się, że bez zachowania ścisłej tajemnicy w trakcie realizacji happeningu cały plan mógł łatwo lec w gruzach. Zanim podjął ostateczną decyzję, dyskretnie wysondował opinię najpierw jednej, potem drugiej i kilku dalszych osób. Dopiero wtedy nabrał przekonania, że plan jest realny. Kontynuując jego realizację, Sefardi wytypował osoby niezbędne do przeprowadzenia widowiska. Byli to zawodowi aktorzy teatralni i filmowi, pozostający chwilowo bez zatrudnienia lub pracujący w ograniczonym zakresie. Zanim złożył im propozycję współpracy sprawdził, czy udział w projekcie, jaki zamierzał zrealizować, w ogóle ich interesuje i czy nadają się do ról, jakie miał do zaoferowania. Pomagała mu w tym agencja castingowa.

Niektórzy kandydaci od razu odrzucili propozycję Sefardiego uznając jego pomysł za przewrotny a nawet haniebny, przeciwny wierze w Boga i nauczaniu kościoła. Mimo dezaprobaty nie mogli nikomu ujawnić żadnych szczegółów jego planu, ponieważ każdorazowo przed rozmową zobowiązywali się na piśmie do zachowania tajemnicy. Szanse na zatrudnienie mieli tylko ci, którzy wierzyli w sens happeningu i pozytywne intencje autora.

Plan był sekretny. W pewnym momencie Sefardi zdał sobie sprawę, że zawiązuje rodzaj sprzysiężenia, spisku przeciwko dobrym obyczajom, być może nawet narusza prawo. Aby być pewnym powodzenia, Sefardi przekonał wspólników, że ujawnienie tajemnicy niosłoby najwięcej ryzyka dla nich samych, ponieważ każdy z nich miał swoje dobre imię i reputację, które z pewnością by utracił, gdyby sprawa wyszła na jaw. Najbardziej wątpiących przekonywał prostym pytaniem:

– Co by się stało, gdybym ujawnił wszystko, co wiem o tobie? – Sefardi nie pozostawiał złudzeń, że gotów był na wszystko. Niektórzy uczestnicy uznali jego postępowanie za próbę zastraszania. Mistrz ignorował takie głosy.

Aktorzy przystępujący do współpracy mieli otrzymać wynagrodzenie przewyższające uposażenia płacone im w teatrach. Dla dobra sprawy ustalono, że ujawnienie tajemnicy będzie pociągać za sobą karę finansową. Wszystkie kary miały iść do wspólnej puli, przeznaczonej do rozdzielenia między lojalnych uczestników happeningu. Zwiększało to szansę, że wszyscy będą pilnowali, aby ktoś nawet przypadkiem nie puścił farby, czy – jak sami to określali – nie chlapnął czegoś niepotrzebnie. Metoda okazała się skuteczna, nie zanotowano żadnej wpadki.

Uzgodnienie wszystkich szczegółów wymagało wielu rozmów i negocjacji. Zajęło to Sefardiemu sporo czasu, ale warte było zachodu. Kiedy wszystko zostało wyjaśnione, Sefardi zawarł z uczestnikami happeningu umowę notarialną. Podnosiło to poziom bezpieczeństwa. Oryginał umowy pozostał w sejfie u notariusza, kopie miały być wydawane tylko na żądanie.

Porozumienie było tak udane, a jego uczestnicy tak bardzo zaangażowali się osobiście, że w miarę prosty teatr uliczny, jaki Sefardi miał na uwadze, przerodził się w dobrze skoordynowane, poważne widowisko teatralne.

Michael Tequila, powieść „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 111: Konferencja w Pałacu Metropolitalnym

A.S. Proszę zwrócić uwagę, że dziś na stronie zamieściłem dwa wpisy, odcinek powieści i opowiadanie. Pozdrawiam, Michael Tequila

Konferencja miała odbyć się wyłącznie za zaproszeniami w nowym Pałacu Metropolitalnym, w Wielkiej Sali Teatralnej specjalnie przygotowanej na tę okazję. Datę i szczegóły wydarzenia zachowano w tajemnicy do ostatniego momentu. Wiadomo było tylko tyle, że będzie to uroczystość, na której podpisana zostanie umowa na pośmiertne wydanie powieści Sefardiego Baroki „Wniebowstąpienie oszusta”. Przed wejściem do budynku czekały dwie karetki pogotowia; wydarzenie zapowiadało się tajemniczo.

Wielka Sala Teatralna miała kształt trapezu. Przy jej krótszym równoległym boku, na scenie, na wyłożonej dywanami podłodze, ustawiono długi stół z mahoniu. Po jego lewej stronie – patrząc od strony widowni – stała mównica, po prawej wysoki orientalny dzban z kwiatami. Całe pomieszczenie, widownię i scenę, oświetlało pięć żyrandoli w kształcie ogromnych kul. Ściany i sufit były w kolorze żywej szarości, nadającej ton całości wnętrza. Oparcia i siedzenia foteli wykonane były w dwóch odcieniach łagodnego granatu i doskonale uzupełniały wystrój wnętrza.

Konferencję organizował Związek Bezimiennych, mało znana fundacja pomocy osobom indywidualnym i rodzinom znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej. Związek kierował się zasadą całkowitej anonimowości i świadczył pomoc bez oczekiwania na uznanie lub wdzięczność. Organizator konferencji był tak nietypowy, że dziennikarze zadali sobie sporo trudu, aby zebrać o nim jak najwięcej informacji. Okazało się, że fundację założyła grupka milionerów, osób głęboko wierzących i praktykujących, niosących pomoc bliźnim znajdującym się w wyjątkowo ciężkiej sytuacji życiowej. Jeden z dziennikarzy odkrył, że Związek Bezimiennych miał siedzibę ukrytą na farmie rolno-hodowlanej usytuowanej w trudno dostępnej partii gór. Jego pracownicy komunikowali się ze światem telefonicznie, pocztą elektroniczną lub przez gońca; korzystali też ze skrytki znajdującej się w urzędzie pocztowym w pobliskim miasteczku, z której w niezauważalny sposób ktoś regularnie wybierał korespondencję. Podejrzewano, że mógł to być goniec firmowy, listonosz lub pracownik urzędu pocztowego dysponujący uniwersalnym kluczem do skrytek.

Kiedy ciężka kotara rozsunęła się na boki, zgromadzonym na widowni ukazała się scena z długim, pustym stołem prezydialnym. Po chwili oczekiwania w milczącym napięciu, w głębi sceny pojawiła się postać oświetlona błękitnym światłem. W pierwszym momencie nie było wiadomo, czy był to efekt projekcji holograficznej czy też żywa osoba. Nagle zgasły wszystkie światła. Kiedy włączono je ponownie, za stołem stał Sefardi Baroka. Jego ręce spoczywały na krawędzi krzesła. W pierwszym momencie widzowie uznali, że to doskonale ucharakteryzowany aktor lub sobowtór znanego wynalazcy. Po chwili milczenia mężczyzna przemówił, witając zebranych, a następnie wyjaśniając, że swoim wystąpieniem pragnie zakończyć dramatyczne wydarzenia, będące niczym innym jak czystą fikcją.

– Zanim wyjaśnię tajemnicę, wyznam, że głównym powodem mojej obecności tutaj jest podpisanie – w obecności państwa, telewidzów oraz radiosłuchaczy – umowy z renomowanym wydawnictwem Prensa Nacional na publikację miliona egzemplarzy mojej najnowszej powieści „Wniebowstąpienie oszusta”.

Krótkie przemówienie nie pozostawiło wątpliwości; na jasno oświetlonej scenie stał Sefardi Baroka. Na widowni podniósł się szum, padały okrzyki niedowierzania i pytania. Reporterzy i kamerzyści rzucili się do przodu, aby znaleźć się jak najbliżej człowieka, który wywołał tyle zamieszania. Kilka osób upadło na podłogę. Zostałyby one poturbowane przez biegnących za nimi, gdyby nie zdecydowana interwencja rosłych ochroniarzy, którzy zjawili się wybiegając z różnych stron sali. Jeden z nich wzywał telefonicznie karetkę pogotowia, pozostali wprowadzali porządek na sali.

Kiedy zamieszanie ustało, do stojącego za stołem Sefardiego dołączyły dwie osoby. Sefardi przedstawił je. Pierwszy był dyrektorem wydawnictwa Prensa Nacional, drugi agentem literackim. Mistrz podniósł rękę, aby zwrócić na siebie uwagę i uciszyć szum na widowni. Przeprosił zebranych za zamieszanie, jakie wywołał nieoczekiwanym pojawieniem się, po czym przedstawił historię wydarzeń związanych z powieścią. Pisząc ją, wzorował jej bohaterów na osobach, jakie znał osobiście – przyjaciołach, znajomych, członkach rodziny, osobach publicznych, pracownikach sklepów, bibliotek i podobnych miejsc, gdzie bywał.

– Chciałem, aby bohaterowie mojej powieści wyglądali i zachowywali się jak osoby rzeczywiste, były do głębi przekonywujące – takie było jego podsumowanie.

Niektóre osoby z otoczenia Sefardiego zaczęły domyślać się, że mógł on na nich wzorować bohaterów pisanej potajemnie powieści. Wiedzieli, że pisze jakąś nową książkę, ale nie wiedzieli co. Byli zaniepokojeni, że autor przedstawi ich w niej, eksponując zarówno ich zalety jak i wady, czy też kłopotliwe fakty z ich życia. Zażyczyli sobie rozmowy z Sefardim. Nie mógł im tego odmówić. Niezręczną sytuację postanowił obrócić na swoją korzyść. W głowie miał przewrotny plan. Zamiast tłumaczyć się, dlaczego naruszył ich prywatność, zapytał, czy mogliby wyrazić opinię, jak widzą i oceniają swoje literackie odpowiedniki. Reakcje były bardzo różne, niektórzy odrzucili jego prośbę, inni zaakceptowali. Tych ostatnich Sefardi poprosił, aby szczegółowo zapoznali się z dotyczącymi ich fragmentami powieści, a następnie ocenili swoje literackie sobowtóry i zasugerowali zmiany, jeśli uważali to za słuszne.

Krytyka i komentarze pomogły Sefardiemu wzbogacić sylwetki bohaterów, uczynić je doskonalszymi. Było to dla niego bardzo cenne, gdyż mając wielkie doświadczenie wynalazcze, nie miał jeszcze dostatecznej wiedzy i umiejętności pisarskich; miał natomiast ambicję, aby jego powieść stała się prawdziwym arcydziełem podobnie jak jego zegarki. Czuł się jak chirurg plastyczny doprowadzający do perfekcji twarz prawie już doskonałą.

Nie wszystkie kontakty z żywymi wzorami postaci literackich były łatwe i twórcze. Niektóre osoby miały oczekiwania, a nawet pretensje, wychodząc z założenia, że skoro wzoruje na nich swoich bohaterów, to przysługują im jakieś prawa autorskie, a co najmniej prawo do zgłaszania uwag i oczekiwania korekty.

Przeżycia związane z pisaniem powieści spowodowały, że Sefardi nie spał po nocach, tracił apetyt i chudł. Nie umiał sobie z tym poradzić. Czuł, że znalazł się między młotem a kowadłem. Aby wyciszyć się i doprowadzić do ładu, włóczył się po mieście, najczęściej wieczorami, odwiedzając znajome kąty, chodził też nad rzekę, gdzie cumowały łodzie i jachty.

Męczyły go wyrzuty sumienia, że nadużywa zaufania znanych mu, niekiedy bardzo bliskich osób. Ich tożsamości zostały wprawdzie zmienione, aby nikt nie mógł zauważyć podobieństwa, nie dawało to jednak pewności, że czytelnicy nie odgadną, o kogo naprawdę chodzi. Konsekwencje ujawnienia szczegółów ich życia w powieści mogły okazać się dla nich bardzo kłopotliwe.

Sefardi wziął sobie tę możliwość poważnie do serca, kiedy przeczytał o procesie sądowym o naruszenie godności osobistej. Chodziło o autora, który w swojej powieści ujawnił tajemnicę romansu osoby publicznej. Pisarz zapłacił wtedy bardzo poważne odszkodowanie.

Spotkałem śpiącego osobnika. Opowiadanie fantastyczne.

Drodzy Czytelnicy!

To zwariowane opowiadanie to eksperyment późnopiątkowy. Podejrzewam, że nie wszystkim przypadnie do gustu, gdyż nie wszyscy lubią gatunek literacki fantastyki, a bardziej konkretnie podgatunek fantasy. Jeśli komuś opowiadanie się podoba, proszę kliknąć na „Like” (Lubię to). To zadecyduje, czy powinien kontynuować takie literackie miniaturki (nawiązujące do groteski i absurdu) do czy nie.

Pozdrawiam serdecznie,
Michael Tequila

Była niedziela, dzień, w którym wszyscy brali do ręki kartki i coś na nich skreślali. Widać to było wszędzie, w biurach, restauracjach, na boiskach i na placach budowy. Nawet chłopak pasący samotną krowę na skrawku zieleni przy ulicy też trzymał w ręku kartkę, zastanawiając się nad czymś.

Idąc chodnikiem zrównałem się z mężczyzną z wyciągniętymi do przodu rękami. Zachowywał się, jakby poruszał się w ciemności starając się dotykiem odkryć, czy nie stoi mu na drodze jakaś przeszkoda. Swoim zachowaniem przypominał niewidomego, poza tym wyglądał normalnie. Szedł w tym samym kierunku, dołączyłem więc do niego i zapytałem niepewnie, czy wie, co robi. Pytałem z czystej, ludzkiej ciekawości. W miarę jak opowiadał mi swoją historię, zanurzałem się w nią jak w ciemną noc wymieszaną z gęstą mleczną mgłą.

– Dobrze, że z mleczną mgłą, a nie na przykład ze smogiem, którego nie daje się łykać. Smog to trucizna, a mimo to ludzie go tworzą. Eh, ci ludzie! Co to za potwory! – Pomyślałem z niechęcią. Nieodpowiedzialne postępowanie ludzkości tak mnie wyprowadziło z równowagi, że przechyliłem się na prawą stronę. Korzystając z okazji odszedłem na bok, aby dyskretnie splunąć w krzaki. Od razu wróciłem, ponieważ wchłonęła mnie opowieść mężczyzny, który metodą niewidomych przemieszczał się chodnikiem.

Kiedy się odezwałem, że to znowu ja, podjął swoją opowieść. Zaczął od porannego snu, co mnie nie zdziwiło, ponieważ sypiając źle w nocy potrafię nagle usnąć, nawet kiedy powietrze wypełnia głośny świergot porannego ptactwa a słońce świeci prosto w oczy.

– Zasnąłem zaraz po śniadaniu i już się nie obudziłem. Nie przeszkadzało mi to w niczym. Wstałem o godzinie dziesiątej czterdzieści pięć, poszedłem do kuchni i wypiłem szklankę wody z cytryną. Nie była nadzwyczaj smaczna; ale jest podobno niesamowicie zdrowa, bo cudownie działa na wątrobę. Na pewno ucieszyła się z tego. Poczułem to bardzo wyraźnie, coś jakby lekkie mruczenie z zadowolenia. Musi pan wiedzieć, że organy wewnętrzne człowieka mają swoją własną pamięć jak i uczucia. Niektórzy ludzie w to nie wierzą, ale ja to wiem z pewnością. Takie jednostki jak ja, kierujące się intuicją rąk we mgle, są uzdolnione w tym kierunku. Znaczy się głębokiego czucia. – Mężczyzna przerwał na chwilę chyba zastanawiając się, czy przestrzeń przed nim stanowi przeszkodę czy nie, po czym wznowił swoją opowieść.

– Potem zrobiłem sobie kawę. To wątrobie na pewno nie podobało się, bo kawa zakwasza. Pies z nią zresztą tańcował – dodał po chwili zastanowienia. – Kawę piję zasadniczo nieprzerwanie, nie przeszkadza mi to spać. Takim już jestem organizmem. Zobojętniałym kompletnie na kofeinę po upływie nie więcej niż dziesięciu minut od momentu konsumpcji. Może to zależy od materiału z jakiego wykonany jest kubeczek? Mężczyzna pokazał mi kubeczek plastikowy z takąż rurką.

To mi przypomniało, że poprzedniego dnia oglądałem film o plastikach w oceanie i zacząłem rzucać fachowymi terminami: mikroplastik, nanoplastik, mikrozanieczyszczenia. Mikroplastik to drobina polimeru o średnicy mniejszej niż jedna milionowa milimetra, nano oznacza zaś jedną miliardową milimetra. Tego plastikowego łajdactwa jest w oceanach miliardy ton. – Wykrzyknąłem w uniesieniu na wspomnienie gniewnej fali niosącej na barkach polimeryczne zepsucie ludzkości w okolicach Wysp Polinezyjskich.

– Te cholerne mikroplastiki! Co je zeżre? – Mój towarzysz zmartwił się serdecznie, nie otwierając oczu. Czułem to w lekkim drżeniu jego głosu i grymasie, jaki pojawił się na jego twarzy, jakby zaraz miała spłynąć łzami. Doszedł szybko do siebie, bo jego głos zabrzmiał rezolutniej. Odwrócił swoją twarz z otartymi we śnie oczami w moim kierunku.

– Bakterie, wirusy i mikroorganizmy!? – Rzucił w przestrzeń ni to pytanie, ni to odpowiedź, po czym dodał. – To superciekawe, co pan wspomniał, bo ten mikroplastik dostaje się wcześniej lub później do krwi i ogłupia organizm. Z głupim organizmem nie da się zajść daleko. Właśnie przyszło mi na myśl, że mogłem nałykać się przez nieuwagę zanieczyszczonej mikroplastikiem morskiej wody, kiedy ostatnio kąpałem się w Adriatyku, i to właśnie ona utrzymuje mnie w stanie uśpienia.

– Czy pan nadal śpi? – Zapytałem dla sprawdzenia.

– Oczywiście. Mówię przez sen bez najmniejszych problemów. To mi w niczym nie przeszkadza ani w myśleniu, ani w mówieniu. Jestem wszystkiego świadomy. Teraz na przykład idę do biura, gdzie mają urny, a w nich zapewne spalone prochy. Muszę tam wrzucić kartkę, bo to dzień wyborów. Nie dam się spalić, znaczy się skremować. – Zapewnił. – Jestem pełnoprawnym obywatelem i znam swoje prawa. Sroce spod ogona nie wypadłem. Mówił coś jeszcze w podobnym stylu, pogłębiając moje zaniepokojenie do tego stopnia, że uznałem, że z wariatem nie będę gadać. Sam też chyba spałem, jak się okazuje, bo kiedy potrąciłem ramieniem mężczyznę na przejściu dla pieszych pchającego przed sobą rower z dwoma wielkimi worami ziemniaków, zapytał mnie gniewnie:

– Czy pan śpi, czy co, do cholery!?

Wtedy rozejrzałem się wokół. Wszyscy spali. Całe miasto. Tylko dwóch policjantów nie spało. Stali obok budki wartowniczej i patrzyli się przed siebie.

– Panowie nie śpią? – Zapytałem zdziwiony widokiem ludzi w mundurach z szeroko otwartymi oczami.

– Ktoś musi czuwać, k…a mać. Robimy to z obywatelskiego obowiązku, bo właściwie to jesteśmy chorzy, na zwolnieniach lekarskich i powinniśmy być w łóżkach. – Odpowiedzieli uprzejmie salutując do niczym nieosłoniętych głów, bo czapki trzymali przepisowo pod pachami. Oprócz nagich głów i obnażonych gumowych pał mieli także nagie telefony. Czułem, że nawiązują do jakiejś rzeczywistości, nie byłem jednak w stanie skojarzyć konkretnie do czego. Coś mi chodziło po głowie, ale niezbyt dokładnie.

– Nie tylko my nie śpimy, proszę pana. W mieście oprócz nas czuwa także dwóch strażaków, kierowca pogotowia ratunkowego oraz trzej chirurdzy naczyniowi, ale oni są pijani, bo praca przy naczyniach męczy. Mówił mi to pewien znajomy Anglik, który przyjechał do nas do pracy na zmywaku. W sposób naturalny sięga się wtedy po alkohol, a ten – jak wiadomo – przyjmowany w większej ilości usypia. Sprawdzę, czy ci chirurdzy naczyniowi już oprzytomnieli. – Przerwał policjant przypominając sobie regulamin każący zgłaszać każde domniemane przestępstwo.

Zadzwonił. Nikt nie odpowiadał.

– Chyba zasnęli. – Zwrócił się do mnie policjant. – Jeśli tak, to po ptakach. Nikt się teraz z niczego nie wyleczy. Praktycznie rzecz biorąc cały naród śpi, proszę pana. Jak inaczej można wytłumaczyć, że podzielił się nie wiadomo, kiedy i dlaczego. Ale zdaje się, że już budzi się z sennego marazmu. Najpierw w dużych miastach, bo tu powietrze jest najbardziej zabójcze i człowiek w końcu musi się obudzić, aby nie dać się zatruć do cna.

Nawet wiadomość o budzeniu się ludzi z uśpienia nas nie obudziła. Pozostaliśmy w stanie sennego zagubienia; mężczyzna we mgle, ja po wypiciu sześciu kaw, trzej chirurdzy naczyniowi i pozostałe towarzystwo z wyjątkiem dwóch policjantów, dwóch strażaków i kierowcy pogotowia ratunkowego. Co do Anglika pracującego u nas gościnnie na zmywaku, to nie byłem pewien, w jakim jest stanie.

Cz. 110: Burza medialna. Wrogowie i przyjaciele.

– Gdyby Sefardi, mój serdeczny przyjaciel, widział te niekończące się relacje, to by się wyrzygał – Iwan Iwanowicz zdenerwował się. Było to w knajpie „Pod Czarnym Buforem”, gdzie spotkał się ze znajomymi, aby ostatecznie pożegnać Sefardiego jako przyjaciela, patriotę, współobywatela i aktywistę lokalnej społeczności. Kiedy energiczny starzec wzniósł toast o pomyślność Sefardiego w niebie, przemówiła kolorowa papuga właściciela lokalu, milcząca od lat. Nikt nie był bardziej zszokowany niż on sam. Papuga wygłosiła kilkuzdaniowy panegiryk na cześć zmarłego. W jej pierwszym od lat wystąpieniu publicznym podejrzewano cichy udział właściciela. On sam przysięgał na dzieci i żonę, że kiedy pięć lat wcześniej przez niedopatrzenie podał papudze nieświeże ziarno, które spowodowało ciężki rozstrój ptasiego organizmu, gadatliwe czupiradło oświadczyło, że nie odezwie się więcej. Mimo jego przysięg i bicia się w piersi, bardziej wierzono papudze niż jemu.

Sefardi nie pozostawił suchej nitki na politykach. Jego pisemne przesłanie do parlamentu nadeszło w idealnym czasie, jakby w odpowiedzi na kąśliwe recenzje jego życia i śmierci. Zarzucił im ubóstwo rozumu, wrażliwości i etyki, złośliwie nawet niedorozwój penisów. Szydził z nich, okazał się niewybredny, wręcz chamski. W liście pożegnalnym, nadanym już przed śmiercią, przekazał klubom parlamentarnym sążnistą listę nazw członka męskiego, sugerując nauczenie się jej na pamięć, aby wiedzieli, co myśleć o sobie i swoich kolegach partyjnych. Rodzina i przyjaciele byli oburzeni, upierali się, że jest to jawne pomówienie, ponieważ Sefardi nigdy by się na coś takiego nie zdobył.

– To nie jest w jego stylu. Sefardi Baroka był zbyt kulturalny i wyrafinowany, aby zniżyć się do takiego poziomu. Wiadomo, że nie lubił polityków, ponieważ nie znosił prostactwa, bezguścia i wulgarności, z którymi niektórzy z nich obnosili się publicznie. To przesłanie to jednak zupełnie coś innego. To tak, jakby pomawiać jego, mistrza wynalazczości, o przyczepienie ciężkiego łańcucha do misternego zegarka kieszonkowego. Przesłanie do parlamentu z całą pewnością nie było jego dziełem. – Opinię tę wyraził na konferencji prasowej rzecznik rodziny, składając wniosek do prokuratury o podjęcie śledztwa w związku z przestępstwem. Prawda była tak oczywista, że nie użył nawet słowa „domniemany” w odniesieniu do przestępstwa.

Nie zmieniło to postaw członków partii rządzącej. – Sefardi Baroka to wariat i zboczeniec. – Napisał ktoś na tablicy ogłoszeń w korytarzu parlamentu. – Po co ten degenerat robi sobie taką reklamę? Przecież teraz do niczego mu się ona nie przyda!

Nieparlamentarna wypowiedź anonimowego posła wywołała powszechne oburzenie. Uznano, że oskarżanie kogokolwiek o szaleństwo, zboczenia i degenerację narusza cześć, jaka należy się każdemu zmarłemu, bez względu na jego przeszłość, na mocy uświęconej tradycji. Większość obywateli była zgorszona poselskim wandalizmem słownym. Nawet kościół przyłączył się do głosów krytyki, mimo iż Sefardi nie był obiektem jego uwielbienia, wręcz przeciwnie. Organizacje broniące praw obywatelskich żądały znalezienia sprawcy i oddania go pod sąd, choćby komisji etycznej parlamentu, o której mówiono, że standardy etyczne oparła na zasadzie „Kruk krukowi oka nie wykole”.

*****

Emitowany następnego dnia program telewizyjny nosił nazwę „Sztuka życia i umierania”. Uczestnicy zebrania przy krawężniku różnie go komentowali. Salman, pracownik działu zaopatrzenia dużego supermarketu, uznał program za ambitny, choć trochę na wyrost. Oglądał go razem z żoną, przygotowującą wieczorny posiłek w aneksie kuchennym przyległym do salonu, gdzie znajdował się telewizor. Program tak ich wciągnął, że odłożyli obiad na później, posilając się paczką chrupek, aby zabić głód. Byli młodym małżeństwem o nieokreślonych poglądach politycznych i społecznych. Oglądali program, ponieważ Salman zawsze marzył o poznaniu kogoś, kto naprawdę był mistrzem sztuki życia. Sam nie umiał tak żyć, często był wyrzucany z pracy i miał ciągłe nieporozumienia ze zwierzchnikami. W końcu zaczął wątpić, czy taki człowiek w ogóle istnieje.

Telewizja prywatna uznała pogrzeb Sefardiego Baroki za jego wielki triumf, a jego samego za bohatera narodowego. Wychwalano go za poświęcenie życia wynalazczości, której efekty szeroko rozsławiły kraj. Podkreślano jego odwagę oskarżenia gubernatora Barrasa o korupcję i barbarzyństwo polityczne. Tego samego wieczoru pokazano jeszcze film „Klęska satrapy”, dokumentujący dziwny zamach bombowy na zgromadzenie zwolenników Partii Konserwatywnej, którą Sefardi nazywał pseudodemokratycznym krzewicielem barbarzyństwa. Nie dziw, że przypisano mu autorstwo zamachu.

Od dnia pogrzebu, telewizja państwowa regularnie prezentowała i komentowała postać i życie Sefardiego Baroki. Redaktor prowadzący wstrzemięźliwie określił go jako ciekawego zegarmistrza i dobrze zapowiadającego się pisarza. Programy były pełne powagi, nostalgii, w konkluzjach raczej smutne. W trakcie dyskusji telewizyjnych pojawiały się jednak ostrzejsze wypowiedzi. Przedstawiciel Partii Konserwatywnej uważał, że gdyby nie fakt, że Sefardi Baroka jest już w grobie, to jego życie byłoby niewarte funta kłaków zważywszy jego nieuzasadniony, wrogi stosunek do demokratycznie wybranego rządu, zwłaszcza gubernatora.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 109: Ksiądz, pani Godano, media i oceny pogrzebu

Sefardi mówił mi o tym i o wielu innych sprawach. – Kontynuował ksiądz Terrano. – Zawarliśmy ciche porozumienie, że cokolwiek mi powie osobistego, będę to traktować jak spowiedź. Bardzo jasno to sobie wyjaśniliśmy. Wiedziałem o jego prawdziwych planach, nie tylko tych deklarowanych. Nie sądzi pani, że brała pani udział w eutanazji?

Anastazja zaprzeczyła spokojnie. Wszystko miała przemyślane, rozmawiała o eutanazji z Sefardim nie raz i nie dwa. Na początku idea ta męczyła ją; potem, kiedy sobie wszystko wyjaśnili, już nie. –

– Nawet gdyby to był akt eutanazji, a nie był, to i tak pomogłabym mu. Osoba świadoma, co to jest eutanazja, ma do niej prawo. 

– Zgadzam się z panią. – Poświadczył ksiądz z dziwnym zdecydowaniem. Ręka ułożona na czarnej, gęstej sutannie drgnęła i ledwo dostrzegalny tik poruszył kącik ust zamierając w dolnej części policzka. 

– A co ksiądz sądzi na ten temat? Na temat eutanazji? – Zapytała Anastazja zaskoczona jego akceptacją. Nie wyobrażała sobie, aby duchowny mógł wypowiedzieć się niezgodnie z oficjalnym stanowiskiem kościoła.

– To trudna sprawa. Może nie tyle trudna, ile budząca wielkie kontrowersje. Przemyślałem sobie ją do głębi, mnie już ona nie męczy. Mam swój pogląd i czuję się z nim szczęśliwy.

Anastazja patrzyła pytająco. Ksiądz uznał jej milczenie za prośbę o wyjaśnienie.

– Ludzie są niekonsekwentni. Zdecydowanie wypowiadają się przeciw eutanazji, czyli skróceniu życia, uważając to za przeciwstawienie się woli boskiej, a równocześnie z wielkim powodzeniem i gorliwością podtrzymują ludzkie życie w sytuacjach, kiedy Bóg podjął już inną decyzje. Mam na myśli ratowanie wczesnych noworodków, skazanych przez Stwórcę na odejście z powodu fatalnych wad lub schorzeń, których nigdy by nie przeżyły bez ludzkiej interwencji, bez intensywnej pomocy medycznej. To czysta manipulacja boską władzą. Przedłużać życie umierającemu wcześniakowi „tak”, skrócić życie osobie cierpiącej „nie”.

– Coś w rodzaju „i Bogu świeczkę, i diabłu ogarek” – Podpowiedziała rozmówczyni.

Amizgao Terrano życzliwie spojrzał na Anastazję. Nabrał już całkowitej pewności, że była powiernikiem, partnerką w miłości i pomocnicą Sefardiego w szalonym pędzie jego ostatnich dni. Poczuł jak pod wpływem wzruszenia krew napływa mu do mózgu. Skoncentrował się na kontroli oddechu, aby doprowadzić się do równowagi.

– My, Indianie, reagujemy z reguły spokojnie. Zbyt długo żyjemy bardzo blisko natury, w której wyraża się stwórca tego świata. – Wyjaśnił Amizgao Terrano i z ufnością popatrzył na Anastazję gotów kontynuować rozmowę o człowieku, który był jego przyjacielem. Jedynym nie licząc Boga.

Zebrani przy krawężniku mieszkańcy osiedla Aura złożyli milczący hołd Sefardiemu. Przemówił Iwan Iwanowicz; starannie przygotował się do tego wystąpienia. Mówił krótkimi urywanymi zdaniami. Tłumaczył się potem, że coś go drapało w gardle, prawdopodobnie z powodu przeziębienia.

– Sefardi był wspaniałym człowiekiem. Znałem go od lat, przyjaźniliśmy się. Zaskoczył mnie jednak. Nie mnie jednego zresztą. Okazał się niezwykłym oryginałem, ekscentrykiem. Zorganizował pogrzeb łamiący zasady powagi i smutku na rzecz czegoś bardziej przyszłościowego, konsumpcyjnego, a mianowicie szokującej rozrywki, którą ludzie będą długo pamiętali wspominając człowieka porzucającego niepewność i cierpienie na rzecz zabawy i radości.

Przemawiając, Iwan Iwanowicz miał poczucie, że nie mówi całej prawdy, nie potrafił jednak zachować się inaczej. Przyjaźnił się z Sefardim i nie mógł zaprzeczyć tej przyjaźni tylko dlatego, że Sefardi przesadził i zorganizował imprezę, którą on, Iwan Iwanowicz Iwanczyn, prywatnie ocenił jako przesadną i gorszącą. Ukrywając prawdę w imię przyjaźni, liczył na zrozumienie przynajmniej ze strony młodych ludzi, których cenił i w których widział nadzieję na przyszłość. I rzeczywiście, kiedy zakończył mowę wspominkową przez długi czas zbierał burzę oklasków. Starsi milczeli wyzywająco lub szeptali coś między sobą jak spiskowcy. W sercu miał do nich żal, ponieważ wiekowo sam należał do tej grupy i po cichu liczył na ich wsparcie z racji choćby pięknego przemówienia, jakie z wielkim nakładem czasu i trudu przygotował i wygłosił.

Media okazały się nieżyczliwe zmarłemu. Było tego niemało: gazety, dzienniki, tygodniki, miesięczniki, dwumiesięczniki, kwartalniki i jedno wydawnictwo nieregularne. W krytyce przodowała prasa związana z Partią Konserwatywną i Kościołem Hierarchicznym. Redaktor naczelny Noticiero Conservador zaczął nutą pozornej życzliwości przypominając, że odszedł powszechnie znany obywatel, człowiek zasłużony i światowy. Po chwili uznał, że pożegnał się on ze społeczeństwem w stylu zwariowanego malarza hiszpańskiego, który umieścił sobie na głowie kotlet siekany, dając tym wyraz błazeńsko-krytycznego stosunku do obywateli, kraju i świata. Na zakończenie artykułu redaktor nie szczędził krytyki.

– Pogrzeb Sefardiego był w złym stylu. Był dziwaczną kombinacją ciasta przekładańca i menażerii egzotycznych zwierząt.

Odmienny był stosunek środowisk i mediów otwartych na powiewy nowoczesności, nauki i technologii. Reprezentowały one lepiej wykształconą i młodszą część społeczeństwa.

– Pogrzeb był innowacyjny i niesztampowy. Był wspaniały.

Wieczorem w telewizji ukazały się wiadomości sponsorowane przez Sefardiego, który z wyprzedzeniem zadbał o relację o pogrzebie i stypie, oddzielającą prawdę od kłamstwa i bezstronność od uprzedzeń. Wiadomości przedstawiły oświadczenie Sefardiego, brzmiące jak credo życiowe: „Byłem sponsorem własnego życia, zgonu i pochówku”. W nagranych na video na YouTube „Ostatecznych zapiskach” zostawił wiadomość, że reklama w tym medium nie kosztowała go tyle, ile myślał. – „Ucieszyło mnie to, ponieważ zawsze byłem oszczędny”. – Podsumował swoje wystąpienie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 108: Testament. Pani Godano i ksiądz Terrano.

Śmierć Sefardiego Baroki przyniosła znaczące odszkodowanie jego najbliższej rodzinie. Okazało się, że był wysoko ubezpieczony od ponad dwóch lat. Nie była to kwota szokująca, ale na tyle duża, że można było za nią kupić dom w dobrej dzielnicy. Nie pałac czy dworek z wielkim parkiem, ale przyzwoity kilkupokojowy dom z ogrodem, ogrodzony i osłonięty gęstym żywopłotem przed oczami ciekawskich. Odszkodowanie przypadło drugiemu pokoleniu zstępnych, wnukom i wnuczkom zmarłego. Dokonując zapisu darczyńca zastanawiał się, czy osoby pominięte w testamencie nie rozpętają wojny domowej. Aby zmniejszyć ryzyko niesnasek rodzinnych, starał się nie dyskryminować ani nie wyróżnić nikogo, dając jedynie wyraz swojemu poczuciu sprawiedliwości. Sefardi nie byłby jednak sobą, gdyby nie użył sztuczki gwarantującej akceptację jego postanowień. Postawił prosty warunek. Wyjaśnił go z pewną wylewnością w liście do rodziny, stanowiącym formalny załącznik do testamentu.

„Nie jestem apodyktyczny, chciałem jak najlepiej, ustaliłem jak najmądrzej, kierując się rozumem, uczuciami jak i poczuciem sprawiedliwości. Nie jestem apodyktyczny i dlatego daję wam wybór: albo w ciągu trzech miesięcy od otwarcia testamentu zgodnie przyjmiecie jego zapisy, takie jakie one są, albo całość darowizny przeznaczona zostanie na cel dobroczynny. Na świecie jest tyle ubóstwa, że obdarowani będą całować ślady moich rąk na testamencie i stóp wyciśniętych na płycie Muzeum Sefardiego Baroki, które zafundowałem sobie z próżności”.

W imieniu rodziny głos zabrała Penelopa. Przyznała, że żyli obok siebie od wielu lat, często nie widząc się i nie kontaktując przez kilka tygodni z rzędu. Zachęciła członków rodziny do przyjęcia testamentu, określając go jako „okrutny wyrok niezrównoważonego świętej pamięci męża”. Po namyśle, którego długość zaczęła niepokoić zebranych, dodała: teraz rozumiecie, dlaczego unikałam tego człowieka mieszkając pod jednym dachem. Trudno mi nie nazwać go inaczej niż … Poszukiwanie właściwego słowa zajęło jej dostatecznie dużo czasu, aby siostrzenica zdążyła podejść do niej i ujmując ją za rękę, odwieźć od zamiaru składania dalszych wyjaśnień:

– Ciociu, to wszystko, co o nim powiesz, dostanie się do prasy. Chyba nie chcesz, aby i ciebie określono mianem potwora?

*****

Kiedy Anastazja Godano zadzwoniła i poprosiła o widzenie, ksiądz Terrano niezbyt chętnie zgodził się na spotkanie. Umówili się w salce katechetycznej przy plebanii. Kobieta zaskoczyła księdza podwójnie: była w pełnej żałobie i wyraziła pragnienie nawrócenia na wiarę katolicką, wiarę przodków, jak to określiła. Ksiądz uznał jej życzenie za niezwykłe; przez lata uważał ją za nieugiętą agnostyczkę, choć nie obnosiła się ze swoim niedowiarstwem. Oboje wiedzieli o sobie dużo, ponieważ oboje byli bliscy Sefardiemu. Do spotkania i prośby ośmielił ją fakt, że Sefardi mówił jej dużo dobrego o Amizgao.

– Uważał księdza za osobę godną najwyższego zaufania. – Podsumowała, schylając głowę z uznaniem. Wyznała to ze szczerością kobiety, która straciła więcej niż przyjaciela i poszukuje pocieszenia. – Sefardi mówił mi, że ksiądz uważa Boga za swego przyjaciela. On sam był księdza przyjacielem większym niż Bóg. – Pewne wahanie widoczne w jej głosie wynikało z niepewności, czy dostatecznie dobrze rozumie relacje między Bogiem a człowiekiem.

– To niezwykłe wyznanie. Sefardi był moim przyjacielem podobnie jak jest nim Stwórca, ale to inny rodzaj przyjaźni. Nasz wspólny, nieżyjący już przyjaciel był ciekawym i oryginalnym człowiekiem, bardzo nietuzinkowym. Łączyła nas miłość do literatury, a szerzej – do sztuki. Wie pani, szanowna pani Anastazjo – ksiądz ożywił się, oczy mu rozbłysły – on widział i rozumiał życie jako teatr, scenę, gdzie ludzie nie żyją naprawdę, tylko grają role. Tak to kiedyś określił. Najbardziej bliski był mu teatr groteski i absurdu. Spieraliśmy się nawet ot, oczywiście bardzo przyjaźnie, co oznaczają te dwa pojęcia. Sefardi uważał, że groteska i absurd najlepiej tłumaczą złożoność ludzkiego życia i postępowanie samych ludzi. A jeśli nie tłumaczą, to przynajmniej przybliżają i objaśniają. To go szalenie fascynowało. Miałem wrażenie, że jest bliski szaleństwa, a bardziej konkretnie, bliski choroby psychicznej. Bałem się o niego. Dlatego pogrzeb, jaki zainscenizował, nie zdziwił mnie nadmiernie.

Dziecinnym ruchem ręki rozmówczyni poprawiła sukienkę na kolanach, po czym zaśmiała się serdecznie.

– Nie mogę zgodzić się z księdzem. Sefardi miał tylko bardzo bogatą wyobraźnię. Jeśli coś mówił, co przypominało szaleństwo, to był to tylko wytwór płodnej wyobraźni wynalazcy. Obawiam się, że nie wyjawił księdzu swoich rzeczywistych poglądów na życie, tylko coś w rodzaju złożonych konstrukcji czasomierzy, które uważał za boski wytwór, a później także pomysłów powieści, jakimi się pasjonował. Wiem to najlepiej, ponieważ nikt nie był tak blisko niego jak ja. – Po przedstawieniu swoich racji Anastazja ścisnęła kolana i opuściła oczy. 

Ksiądz w milczeniu zaakceptował jej sprzeciw wobec swoich obserwacji, nie tylko dlatego, że był przyzwyczajony do sprzeciwu i odmienności opinii. W jednej chwili zrozumiał serdeczność relacji łączących siedzącą przed nim kobietę z Sefardim. Nie poświęcił tematowi więcej uwagi. Zdziwił się tylko pierwszemu odruchowi zniecierpliwienia, kiedy usłyszał opinię rozmówczyni.

– Pani mu pomagała w ostatnich dniach jego życia. – Zmienił temat rozmowy.

Brwi Anastazji uniosły się do góry. – Skąd ksiądz to wie?

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 106: Szopy i urny

Opis zgodnego z rytuałem hinduizmu spalenia zwłok na stosie policja znalazła w Internecie. Komisarz zadzwonił do zakładu pogrzebowego. Poinformowano go, że czynności związane z pogrzebem i stypą nadzorowała pani Godano, wykonawczyni testamentu. Rozmawiał z nią telefonicznie, chciał obejrzeć miejsce, gdzie spłonął stos.

– Teren jest ogrodzony, a brama jest zamknięta na kłódkę. Jeśli pan kogoś przyśle, to udostępnię klucz do bramy.

– Czy popiół po spaleniu stosu został w jakiś sposób …? Policjant nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa … zagospodarowany. – Zdał sobie sprawę z nietrafności określenia i przeprosił rozmówczynię.

– Nie szkodzi. – Odpowiedziała głosem, który wydał mu się sztywny. Był przekonany, że nie podobało jej się jego określenie.

– Zgodnie z testamentem popiół ze spalonego stosu został zebrany w wielką urnę. Jest tego bardzo dużo. Nie wiemy jeszcze, co z nim zrobić. Testament pomija ten szczegół. Urna jest w szopie na działce.

– Czy mógłbym zajrzeć do niej? Oczywiście, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu.

– Nie widzę przeszkód. Dam panu drugi klucz, do szopy. Proszę tylko mi go zwrócić.

Po zapisaniu adresu, policjant wprowadził go do systemu nawigacyjnego. – Nie będę musiał błądzić. – Mruknął, wkładając kluczyk do stacyjki. Nie spodziewał się wielkich odkryć. Jechał tam tylko z obowiązku.

Miejsce było odludne, niebo chmurzyło się, zerwał się lekki wiatr. Otworzenie bramy i szopy nie sprawiło komisarzowi trudności. Wykonywał swoje czynności bez pośpiechu, nie ociągając się jednak. Na działce stały dwie szopy. Skierował się do większej. Nie mógł jej otworzyć, wobec czego podszedł do mniejszej. Tym razem kluczyk pasował do kłódki.

Szopa była zagracona, głównie narzędziami i starymi meblami. Przesunął po rupieciach wzrokiem, lecz nie zauważył niczego, co przypomniałoby urnę, wrócił więc do większej szopy, aby jeszcze raz spróbować ją otworzyć. Kłódka była identyczna, jednakże klucz nie pasował. Zastanawiał się, co robić. Pierwsza myśl, jaka mu się nasunęła, to zadzwonić do właścicielki zakładu pogrzebowego. Pomyślał, że będzie to głupio wyglądało. Intuicja podpowiadała mu, aby wrócić do mniejszej szopy i jeszcze raz ją przeszukać. Był zły, że nie zrobił tego za pierwszym razem, ponieważ urna stała na taczce w prawym rogu w głębi pomieszczenia, zakryta cienką płytą gipsową. Podniósł ją.

– Cholera, powinienem zabrać latarkę – powiedział, po czym zaklął głośno, nie krępując się; wokoło nie było nikogo. Poszedł do samochodu, ale nie znalazł jej w schowku. Zaczął szukać w innych miejscach, denerwując się coraz bardziej. Był zły na siebie, na donosiciela, na właścicielkę salonu pogrzebowego, że nie powiedziała mu, że w szopie nie ma światła. Latarki nie mógł znaleźć. Musiał obejść się bez niej.

Po powrocie do szopy chwycił za rączki taczki, aby wyciągnąć ją na światło dzienne. Nie mógł jej ruszyć z miejsca. Przeszedł go dreszcz, kiedy pomyślał, że to zmarły utrudnia mu wykonanie zadania. W półmroku pomieszczenia wyobraził sobie chude, nagie, sine ludzkie nogi zapierające się w betonową podłogę, aby uniemożliwić przewiezienie popiołów w inne miejsce. Przypomniał sobie, co mówiono i pisano o zmarłym. Uparty, stary dziwak. Policjant jeszcze raz spróbował ruszyć taczkę. Ani drgnęła. Schylił się, aby zobaczyć, czy koło przypadkiem nie zaklinowało się w jakiejś szczelinie.

– Nie powinno, tu jest betonowa podłoga. – Wymamrotał do siebie objaśniająco. Sięgając ręką pod taczkę obmacał koło i poczuł metalowy pręt. – Albo ktoś go wcisnął, aby unieruchomić taczkę albo stało się to przypadkowo. – Przypomniał sobie przypadek mordercy usiłującego ukryć ciało ofiary, aby nie można było usunąć jej z kryjówki. Policjant zaśmiał się nerwowo. Po usunięciu pręta taczka wyjechała prawie bez oporu.

Urna była przykryta, pokrywa idealnie pasowała do otworu. Z boku widoczne były blokady przesuwane w dół dla uszczelnienia zamknięcia. Odsunął je i zajrzał do środka. Zawartość wyglądała normalnie: popiół po spalonym drewnie. Nałożył gumową rękawiczkę i nabrał garść, aby poczuć popiół pod palcami. Wyglądał jak najzwyklejsza pozostałość po ognisku, z kawałkami niespalonego drewna. Nieco głębiej był dużo drobniejszy, jakby przesiany przez sito, prawie pylisty.

– Drewno tak się nie spala. Popiół jest zbyt drobny. Wniosek nasuwał mu się w nachalny sposób.

Komisarz wrócił do szopy, czegoś szukał, nie wiedząc dokładnie czego. Zauważył niezbyt gruby pręt metalowy. Przyglądał mu się chwilę, po czym wziął go do ręki i wygiął na końcu tworząc hak. Wcisnął go w głąb urny usiłując wyczuć, czy nie ma tam nic twardszego, czy nie napotka oporu. Poruszając hakiem w dół i w górę wyciągnął więcej pylistego materiału na wierzch. Dopiero za piątym lub szóstym razem zauważył podłużny kształt, bardzo drobny, przypominający fragment odłamanej kości. Wyjął go na zewnątrz, obejrzał i schował do plastikowego woreczka do przechowywania materiału dowodowego. Nie szukał dalej. Przy wejściu do szopy stało wiaderko z niewielką ilością wody; wydawała się czysta. Umył ręce, wytarł je chusteczką do nosa i wyjął telefon komórkowy z bocznej kieszeni marynarki.

– Chyba coś znalazłem, szefie.

– Jeśli tak, to zleć od razu badania laboratoryjne próbek. Nie oddawaj klucza tej kobiecie. Nie mów jej nic, aby niczego nie zmanipulowano. Nie muszą wiedzieć, że coś podejrzewamy. Mówię w liczbie mnogiej, bo nie wiem, kto jeszcze może być zamieszany. Gdybyś jeszcze coś odkrył, daj znać. Wiem, że jest już późno, ale koniecznie wróć do komendy i przygotuj dokumenty niezbędne do wysyłki materiału dowodowego do badania. – Możesz to zrobić?

Zapytanemu nie bardzo podobał się plan, lecz nie protestował. Zamknął szopę i bramę, i wsiadł do samochodu. Przed wyjazdem zadzwonił do właścicielki salonu pogrzebowego.

– Powinienem zwrócić pani klucze, ale zrobiło się bardzo późno, a ja mam jeszcze pracę do wykonania. Nie mogę przyjechać teraz. Mam nadzieję, że nie będzie to problemem dla pani. Oczywiście jeśli jest to konieczne, to przyjadę i oddam klucze, ale znacznie później.

Na szczęście kobieta nie oponowała. Spodziewał się takiej reakcji. Wydawało mu się, że chwilę zastanawiała się nad jego słowami. Po tym, co zobaczył na działce, stał się podejrzliwy. Nawet gdyby prosiła go o zwrot kluczy tego samego dnia i tak by tego nie zrobił, znalazłby jakąś wymówkę. Życie nauczyło go, że łatwiej jest uzyskać wybaczenie, niż zgodę. Zbyt cenił mądrość rej zasady, aby jej nadużywać.

– To był właśnie taki przypadek. – Wytłumaczył sobie.

Jadąc, starał się zapomnieć o kremacji, prochach, szopie i salonie pogrzebowym. Bał się, że myślenie o tym może doprowadzić go do utraty koncentracji w czasie jazdy i wypadku.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 105: Dochodzenie w zakładzie pogrzebowym

Siedząc przy biurku, kapitan gapił się na kartkę z rysunkiem urny na katafalku. Poczuł głęboką niechęć do donosiciela, należącego do kategorii osób, którymi pogardzał. Kapusie i kolaboranci. To była jego definicja. Z formy i treści donosu domyślał się, że pisała go osoba, prawdopodobnie mężczyzna, która – podobnie jak wielu innych ludzi – serdecznie nie znosiła pisarza za jego przemądrzałość i zadzieranie nosa. Ważne było, jaki był cel donosu: uczciwie poinformować policję o niezwykłym przestępstwie czy tylko wywołać sensację publiczną. Miał wątpliwości czy donos jest w ogóle wart rozpoznania. W sprawie śmierci i pogrzebu pisarza policja miała już tyle anonimów, że nie wiedział, czy w ogóle zajmować się tym, który leżał przed nim. Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi.

– Zawsze przerywają mi, kiedy podejmuję decyzję w jakiejś sprawie – mruknął do siebie, po czym krzyknął „Proszę wejść”.

Po chwili zjawił się w pokoju komisarz, jego podwładny.

– Co sądzisz o tym donosie na denata, Sefardiego Barokę? – od progu zapytał przełożonego. Kapitan nic nie odpowiedział, tylko wyciągnął rękę po świstek papieru leżący przed nim na biurku, po czym wskazał koledze krzesło przy bocznym stoliku. Usiedli obok siebie i komisarz powoli i głośno sam przeczytał donos.

– Czy jest w nim coś, co może świadczyć o prawdziwości podejrzeń? Bo jeśli nic takiego nie ma, to musimy przyjąć, że to bujda wyssana z palca. Jakiś kawał. Nie brakuje przecież ludzi, którzy widzą we wszystkim oszustwo, kłamstwo, spisek, a jeśli go nie dostrzegają, to chętnie wymyślają swoją teorię spiskową.

– Uważam, że donos może być zgodny z prawdą. – Zdecydowanie oświadczył kapitan.

– Co cię skłania do takiego poglądu? Przed chwilą sam wątpiłeś, czy w ogóle warto tym się zajmować.

– Tu jest za dużo konkretów. Kiedy czytałeś na głos, mogłem się nad tym zastanowić. Dokładny czas rozpalenia stosu, liczba Hindusów obsługujących stos, no i najciekawsze, fragment czegoś białego, jakiegoś materiału wystającego spomiędzy kawałków drewna. Ten ktoś chyba dobrze wiedział, jak wygląda pogrzeb w Indiach. Pisze też, że zmarłych chowa się ubranych na biało. W Indiach biały kolor to kolor żałobny. Kto u nas wie coś takiego? To szczegół, który najbardziej mnie przekonuje. Moim zdaniem, w tej tajemnicy jest ziarno prawdy.

Po chwili namysłu komisarz milcząco zgodził się z przełożonym. – Zajmę się tym od razu. Sam pojadę do zakładu pogrzebowego, gdzie miała odbyć się kremacja.

Zakład pogrzebowy mieścił się na obrzeżu miasta na terenie ogrodzonym siatką metalową rozciągniętą między solidnymi słupkami na betonowej podmurówce. Posesja miała kształt wydłużonego prostokąta. W jednym końcu, od strony bramy wjazdowej, znajdowało się biuro obsługi klientów, gdzie stale obecna była sekretarka, a obok niego kwiaciarnia i salon akcesoriów pogrzebowych. Z tyłu budynku miały swoje biura właścicielka zakładu i skąpy personel administracyjny.

W drugim, dalszym budynku, oznaczonym przy wejściu tabliczką „Tylko dla personelu” były pomieszczenia dla pracowników, z szatnią, przebieralnią, prysznicami, ławkami oraz magazyn zaopatrzenia we wszystko, co tylko klienci i pracownicy mogli potrzebować, a więc kwiaty, wieńce, trumny, artykuły biurowe, środki czyszczące. Do budynku przylegały garaże; na wyposażeniu firmy były dwa klimatyzowane karawany. Autokary do przewozu żałobników zakład wynajmował od zaprzyjaźnionej firmy transportowej. Przewóz gości pogrzebowych nigdy nie nastręczał problemów; w miasteczku i sąsiednich miejscowościach znajdowało się kilka firm świadczących takie usługi.

Trzeci budynek był niewidoczny z dwóch pozostałych i nie bez powodu. Mieściła się tam chłodnia do przechowywania zwłok, salka przygotowania zwłok do pochówku, czyli wykonania kosmetyki pośmiertnej włącznie z balsamowaniem i ich ubrania. Na samym końcu znajdowało się małe nowoczesne krematorium. Budynek był przemyślnie ukryty wśród drzew. Jego drzwi zdobiła duża tabliczka: „Wejście wyłącznie dla pracowników”.

Na biurku sekretarki, chudej i wyniosłej, jakby reprezentowała bardziej świat zmarłych niż żywych, stała tabliczka „Obsługa klienta”. Komisarz zadał jej kilka pytań i przejrzał udostępnioną mu dokumentację. Potem zapoznał się z pozostałymi pomieszczeniami i porozmawiał z pracownikami. Nikt nie odmówił mu pomocy, czuł jednak niechęć personelu. Nie dziwił się temu, był intruzem zakłócającym normalny tok pracy. Zakład wydawał się być dobrze prowadzony i nic podejrzanego nie rzuciło mu się w oczy.

Pracownik zakładu odprowadzający go do samochodu, niemłody mężczyzna o twarzy niedożywionego cierpiętnika, podpowiedział mu, aby pojechał w miejsce uroczystości pożegnalnej.

– Może tam coś pan znajdzie.

Sugestia była uprzejma, zabrzmiała jednak jak uszczypliwość. Policjant pomyślał, że wyprowadził go z równowagi swoimi drobiazgowymi pytaniami, być może stwarzając wrażenie, że szuka dziury w całym. Z jego pytań pracownik mógł wywnioskować, że policja ma wątpliwości na temat kremacji, której on sam nie wykonywał, ale która nigdy nie budziła w nikim wątpliwości. Mężczyzna pracował tutaj wiele lat i szczycił się pracą w zakładzie uznawanym za najlepszy w mieście, raz nawet w kraju. Wracając do swoich obowiązków popatrzył na oprawione w złote ramki certyfikaty i dyplomy uznania wiszące na ścianie. Znał je na pamięć. Uważał je także za swoje osiągnięcie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 104: Diabeł i dochodzenie

Na kartce imitującej formularz zaproszenia diabeł wypisał wszystkie swoje imiona.

– Piekielnie długa lista. – Słowa wypowiedziane z namaszczeniem zabrzmiały w jego pysku omalże jak zaklęcie. Postanowił chodzić w sali audiencyjnej między zaproszonymi gośćmi z wypiętą piersią i rozczapierzonym na końcu ogonem, pyszniąc się całym sobą. Miał ku temu powody, dostarczyli mu je spowiednicy Sefardiego. Postraszył ich ogniem piekielnym tak przekonywująco, że bez większych ceregieli ujawnili mu grzeszki Sefardiego. Tylko jeden Amizgao Terrano nie ustąpił. Zachowywał się tak, jakby on, Diabeł, nie istniał. Był na klechę wściekły, ale też miał dla niego szacunek.

– Mam potężny materiał dowodowy i oskarżycielski na tego piekielnika Sefardiego Barokę – przechwalał się swojej służbie pomocniczej.

Kiedy Sefardiego miano już wnosić w zdobnej lektyce na uroczyście umajoną salę audiencyjną, Diabeł z dumą zaczął odczytywać wszystkie swoje imiona. Coś go do tego podkusiło; nigdy przedtem nie był tak próżny.

– Chcę, aby wszyscy lepiej mnie poznali. – Przekonywał sam siebie, po czym wyrecytował wszystkie imiona w porządku alfabetycznym. Inaczej nie było można, bo mógłby któreś opuścić. Ułożyły się w długi szereg: Antychryst, Belzebub, Bies, Boruta, Czart, Demon, Diabeł, Duch Nieczysty, Kaduk, Książę Ciemności, Kusy, Licho, Lucyfer, Lucyper, Mefisto, Rokita, Siła Nieczysta, Szatan, Władca Piekieł, Zły. Nie było to potrzebne, ponieważ mówił wieloma językami, łatwo nawiązywał kontakty i był powszechnie znany. Kiedy wszedł do sali audiencyjnej, pozdrowił wszystkich serdecznie nie wiadomo dlaczego po niemiecku słowami „Guten Abend”, po czym dodał „Ich gratuliere Ihnen”, gratuluję państwu, i zamyślił się szukając dalszych słów, które uszły mu z pamięci. Był elegancko ubrany, garnitur leżał na nim jak ulał, jakby zaraz miał udać się na cmentarz albo pogorzelisko.

– Zaraz odbędzie się spotkanie pisarza Sefardiego Baroki z Panem Bogiem. – Zapowiedział nieznany głos, ni to męski, ni to żeński.

Isabela przerwała pisanie, aby zastanowić się, kto to mówił i jaki będzie dalszy ciąg wydarzeń, kiedy w głębi domu zaskrzypiały drzwi. Słychać było liczne głosy, tylko częściowo tłumione przez ściany.

– Przyszła Penelopa, prawdopodobnie z wnukami – pomyślała. Zdecydowała się dokończyć pisanie następnego dnia.

– Muszę to zrobić! Dla niego! – Przyrzekła sobie.

Ogarnęły ją ciepłe wspomnienia. Zobaczyła Sefardiego jak żywego, dzielącego się przemyśleniami i doświadczeniami pisarskimi w trakcie tworzenia powieści, co zawsze wydawało jej się ciekawsze niż gotowy już utwór. Szybko zamknęła plik opowiadania, wyłączyła komputer i uporządkowała biurko, po czym wstała i przysunęła krzesło. Śpieszyła się, aby z roli adeptki pisarstwa, przygodnej towarzyszki człowieka poważnie traktującego swoją pasję i życie, przedzierzgnąć się w zwykłą pomocnicę, towarzyszkę i kucharkę pani domu. Lubiła swoją pracę, ale teraz, od dnia śmierci Mistrza nie czuła się szczęśliwa, z wyjątkiem czasu pisania.

Informacja, jakoby na stosie w trakcie uroczystej stypy pożegnalnej, w której uczestniczyły liczne osobistości ze świata kultury i polityki, miały spłonąć zwłoki Sefardiego Baroki, była jakimś dziwolągiem. Donos wpłynął do komisariatu policji w miejscu zamieszkania pisarza i miał postać karteczki wypełnionej nierównym pismem, bez daty i bez podpisu. Naczelnik komisariatu przekazał ją do komendy rejonowej. Nie był to koniec drogi służbowej dokumentu. Naczelnik komendy rejonowej zadzwonił do komendy głównej policji. Decyzja była jednoznaczna: przekazać do komendy głównej. Mężczyzna wezwał do siebie kancelistę.

– Wyślij to do nich z notatką, że sprawa jest ważna z uwagi na pozycję społeczną denata.

Miał powody, aby nadać dochodzeniu odpowiednią rangę. Był członkiem Partii Konserwatywnej i cichym zwolennikiem Blawatsky’ego. Osobiście nie miał wątpliwości, że donos to jakaś bzdura do kwadratu, ale zdecydowanie wolał uniknąć pomyłki. Zacierał ręce na myśl, że mógłby zemścić się za wszystkie krytyczne i złośliwe wypowiedzi i wywiady, w których Baroka oczerniał jego partię. Omalże sam poczuł się pokrzywdzony.

Kapitan policji, szef wydziału zabójstw, do którego trafiła koperta z donosem, namyślał się.

– Znany pisarz, którego spopielone resztki telewizja pokazywała w urnie stojącej na katafalku w salonie pogrzebowym, miałby być spalony na stosie drewna nad rzeką w obecności kilkuset osób? – Mężczyzna bezwiednie rysował na kartce papieru malutkie urny. Nie zamierzał zajmować się sprawą sam ani powierzyć jej któremuś z podwładnych. Był przekonany, że to kawał jakiegoś żartownisia mający na celu ośmieszenie policji. Zaczął zastanawiać się, czy informacja o anonimie mogła dotrzeć do mediów. Pytaniem było, czy autor donosu mógł poinformować o swoich podejrzeniach także inne osoby lub instytucje. Pomyślał o redakcji gazety, z którą donosiciel mógłby się skontaktować telefonicznie, aby przekazać tę samą informację.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 103: Przygotowania do audiencji

W niebie już wcześniej wydano dyspozycje. Wszystko było przygotowane. Zaproszenia rozesłane, stoły zastawione, orkiestra w komplecie. Ustalono, jakie utwory będą grane. Były to głównie marsze weselne, muzyka klasyczna. W wyborze kierowano się przede wszystkim tym, co lubi pisarz, serdecznie oczekiwany gość. Nie używano czasu przeszłego, form „lubił” i „nie lubił”, tylko teraźniejszego, zgodnego z nową rzeczywistością.

*****

Isabela przejrzała kartki z nazwiskami osób zaproszonych na uroczystość powitania Sefardiego w sali audiencyjnej. Stały równo ustawione na stole. Wśród zaproszonych nie dostrzegła nazwiska gubernatora Barrasa Blawatsky’ego. Dziwiła się, dlaczego myśl o gubernatorze w ogóle przyszła jej do głowy. Byłaby to absurdalna sytuacja, ponieważ obydwaj mężczyźni nie znosili się. Ponadto Barras okazał się gejem. Ukrywał się z tym przez lata. Geje byli jej obojętni, nie interesowali jej.

– Barras nie akceptował swojej seksualności. Dlatego ukrywał się ze swoimi znajomościami i relacjami. – Tym stwierdzeniem Isabela postanowiła zakończyć tę część opowiadania. W głowie szumiały jej koniak i kawa. W pokoju rozległ się chichot. Isabela poznała głos Sefardiego i wzdrygnęła się. Był tak wyraźny, jakby dobiegał zza pleców. Mimo woli obejrzała się do tyłu. W uchylonym oknie poruszyła się firanka. Była pewna, że jest zamknięte.

– Sefardi chichocze jak Barras – Skwitowała i sama zaśmiała się nerwowo. Może on też był gejem. Nigdy nie dobierał się do mnie. Zastanowiła się nad tym. Wstała i podeszła do lustra. Popatrzyła na siebie i pomyślała, że jest warta grzechu.

*****

– Z nieba pogrzeb wygląda zupełnie inaczej – Isabela opisywała orszak żałobników widziany z góry. –Widoczne są same głowy i ramiona, nie widać żadnych sylwetek. Karawan to kwadracik przesuwający się w dole, konie to pogrubiałe kreski. Kropki, setki kropek, to głowy ludzkie. Na końcu ukazuje się cmentarz, trochę nierówny w kształcie, nie jego płaski fragment, jak to widzą ludzie na ziemi.

Wróciła myślą do Sefardiego, który lada moment miał przybyć do nieba na spotkanie z Bogiem, kiedy nagle wątpliwość poraziła ją swoją realnością.

– A może do czyśćca? – Zadała sobie pytanie. W głowie nadal czuła szum, wypiła więc jeszcze jeden kieliszek koniaku, aby rozjaśnić myśli, po czym odpowiedziała samej sobie.

– Nie może iść do czyśćca, bo to skomplikuje spotkanie z Bogiem. Nigdy nie słyszałam, aby na takie spotkanie ktoś po drodze szedł do czyśćca albo on tam przebywał. Są zresztą ludzie, którzy twierdzą, że czyśćca nie ma, jest tylko niebo i piekło, a w nich dobro i zło, radość i rozpacz.

W czasie uroczystości pogrzebowej Sefardi był jakby nieobecny. Nie za bardzo wiedział, czy cieszyć się tym, czy martwić. Starał się zachowywać zgodnie z tradycją i wyobrażeniami o przyzwoitości pośmiertnej. Nie był sobą, był roztrojony. W urnach spoczywało jego spopielone ciało, dusza jednak pozostała nienaruszona, a on unosił się nad tym wszystkim. Patrzył na duszę, a ona na niego; również wyglądała osamotniona. Nie cieszyła ją nawet perspektywa wniebowstąpienia. Myślała o tym, jak zintegrować się z ciałem choćby częściowo, nawet przejściowo, jak rekwizyt pojawiający się w rękach aktora w teatrze.

– Jeśli to nie nastąpi, wypadnę głupio. Jestem taka mała i lekka, prawie niezauważalna. Muszę mieć jakieś ciało. – Przekonywała sama siebie.

Sefardi nie rwał się do jednania duszy i ciała. Uznał to za dylemat niemożliwy do rozstrzygnięcia. Tak go widzieli ojcowie i doktorzy kościoła, cała szesnastka, których dzieła czytał, a przynajmniej przewertował. Ich rozumienie i interpretacja spraw życia i śmierci stanowiły dla niego wytyczne myślenia i postępowania.

Diabeł cieszył się perspektywą przybycia Sefardiego na niebiańską audiencję bardziej niż ktokolwiek inny. Nie był aniołem, miał swoje za uszami, reputację zszarganą swoimi poglądami i sprzeciwem wobec legalnej władzy. On sam, rządca piekła w imieniu Szatana, który po stronie zła równoważył moc i dobroć Boga, uważał jednak, że był na swój sposób uczciwy, choć wielu się to nie podobało, zarzucając mu okrucieństwo.

– To tak, jakby zarządcy więzienia zarzucano odpowiedzialność za to, że trzyma w więzieniu, którego sam przecież nie zbudował, w warunkach, których sam przecież nie stworzył, ludzi bardziej lub mniej cierpiących. Potrafił też być obiektywny, tak mu się przynajmniej wydawało.

Jednego nie był pewien: jakie imię przybrać na czas uroczystości. Miało ono być zapisane na kartach ustawionych na stole w sali audiencyjnej. Nie mógł zdecydować się, które z jego licznych imion będzie najbardziej stosowne. Przedtem wybrał swój najlepszy wizerunek, przeglądając niezliczone obrazy powstałe na przestrzeni wieków. Najbardziej przypadł mu do gustu diabeł z szesnastego wieku anonimowego malarza portugalskiego. Ten wizerunek kosmatej, nagiej istoty z długim ogonem, rogami i ogniście czerwonymi oczami, uznał za najwłaściwszy. Z imieniem nie szło mu tak łatwo.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 102: Spotkanie z Bogiem

Szybkość zdarzeń oszałamiała Isabelę. Niebo, które widziała i opisywała, nagle okazało się piekłem, gdzie nikt nie był w stanie się zestarzeć.

– Możesz żyć w jednej miejscowości, na jednej ulicy, ba, w jednym domu miliony lat, będziesz mieć wszystkiego po dziurki w nosie, bo wieczność nie ma granic – napisała w natchnieniu.

Poczuła się następczynią Sefardiego. Postanowiła odszukać go. Spojrzała w górę i zobaczyła go. Sefardi zmienił się, rozpaczliwie i jakoś dziwacznie usiłował przedstawić Bogu i jego świcie sens swego życia, który utracił. Kładł się na ziemi, turlał, wykonywał dziwne przewroty, poruszał rękami, gestykulował, robił miny, przekonywał o czymś usilnie, w końcu zdenerwował się z braku porozumienia. Wkrótce sceneria zmieniła się. W niebie, które przybrało postać nieskończonej równiny, pojawił się wielki tłum ludzi, aby wziąć udział w uroczystości zwanej Purgatorium, czyli Czyściec. Każdy musiał oczyścić się z doczesności ziemskiego życia, przejść z życia do wieczności, rozprawić się z samym sobą i pogodzić ze wszystkim i z wszystkimi.

Zebrani ustawili się w jedną szeroką kolumnę. Każdy zawód miał swoją kolejkę, każda z nich dzieliła się na sekcje. Pisarze dołączali do pisarzy, prawnicy do prawników, rzeźbiarze, malarze, murarze, rzeźnicy, wszyscy mieli swoje kolejki. Kategorii przynależności było chyba trzy tysiące. Każdy z uczestników niósł plakietkę zawierającą jakąś sentencję podsumowującą życie, wiedzę lub mądrość, jaką sobie przyswoił. Isabela pomyślała, że gdyby to spisywano, to wyszłaby z tego cała encyklopedia. Było to bardzo podniosłe i niezwykle filozoficzne rozwiązanie; każdy musiał przeprowadzić refleksję nad swoim życiem, doczesnością i wiecznością. Zamiast opisywać Bogu swoje życie, najważniejsze wydarzenia, wszyscy odtwarzali je jak aktorzy na prawdziwej scenie teatralnej. Każdy miał rolę do zagrania; musiał w wielkim skrócie przedstawić, to co przeżył i zrobił, i to uczciwie, pokazać, co najbardziej nim wstrząsnęło i co go najbardziej ucieszyło, swoje wady i zalety, groteskę i powagę.

Dla niektórych były to sukcesy lub tragedie osobiste, rzadziej jedno i drugie, dla wszystkich zaś śmierć, która ich unicestwiła. Tę wszyscy przeżywali najbardziej. Presja godzenia się ze śmiercią była tak wielka, że niektóre osoby czekające w kolejce nie były w stanie jej wytrzymać. Starając się zrzucić ją z siebie jak najszybciej, przepychały się do przodu, przed innych, aby bezzwłocznie zeznać to, co mieli do zeznania, zupełnie jakby były na ziemi i starały się zdobyć deficytowy towar. Jeszcze inne w przerażeniu uciekały nie wiadomo dokąd. Były też i takie, którym napięcie lub czekanie tak się podobało, że wpadały w wisielczy humor i żartowały na wszystkie tematy, łącznie z Bogiem. Byli to przeważnie mężczyźni, co sprawiło Isabeli ulgę.

Prezentacja ostatniego momentu życia odbywała się wedle pewnego schematu. Podsądny musiał podać przyczynę lub sposób odejścia, zupełnie jak w urzędzie statystycznym: samobójstwo, śmierć w wypadku drogowym, zgon wskutek działań wojennych, rzadko wskutek starości, choroba, zabójstwo. W roli głównego jurora na trybunie honorowej siedział Bóg, oceniający wystąpienia. Nie był sam. To znaczy był sam, ale wielopostaciowy, jeden stwórca i tysiące wyobrażeń, jakie ludzie mieli o nim na ziemi. Reprezentował cały gigantyczny świat ludzkiej wiary, w podziale na religie, aby wszyscy obecni ostatecznie zrozumieli jego nadzwyczajną naturę.

Przedstawiała to wielka tablica świetlna. Najpierw były kategorie oczywiste dla każdego, z określeniem procentowym udziału każdej religii w ogólnej masie wierzących i niewierzących: chrześcijaństwo – trzydzieści trzy procent, islam – dwadzieścia cztery procent, hinduizm – czternaście procent, buddyzm – siedem procent. Trzy mniej liczebne religie, Sikhizm, Judaizm i Bahaizm miały razem mniej niż jeden procent, bezwyznaniowi natomiast ponad dziewięć procent. Pozostałe jedenaście procent stanowili przedstawiciele tak drobnych wyznań, że nawet Bóg się w nich nie rozeznawał. Isabela pomyślała, że świetlną tablicę wymyślił on po to, aby uświadomić ludziom, że Bóg jest tylko jeden, ale w wielu postaciach, tak jak to sobie wyobrażali każdy wedle swojej wiary.

Mimo ułatwień ze strony Boga, nastąpiło zderzenie dwóch rzeczywistości: doczesności, reprezentowanej przez śmiertelników oraz wieczności, reprezentowanej przez niego samego. Isabela nie widziała niczego bardziej fascynującego. Nazwała to wielką kontrowersją. Pisząc, dziwiła się, z jaką łatwością jej to przychodziło.

Naszła ją chęć zbliżenia się do Sefardiego, tak jak na ziemi, kiedy przynosiła mu kawę lub herbatę. Połączyła się z nim. Różnili się między sobą: on był eteryczny, ona bardziej wyrazista, jakby cielesna. Zdawało jej się, że śni. Jeśli była to prawda, to był to sen bardzo pożyteczny, ponieważ zrozumiała, że życie jest snem, w którym człowiek gra przypisaną mu rolę kilkadziesiąt, może nawet więcej lat; pozostała część to bezbrzeżna wieczność, nie zbliżająca się nawet do obrzeży czasu i przestrzeni.

Dla Boga pogrzeb Sefardiego Baroki był czystą rozrywką. W niebie patrzono na tę uroczystość zupełnie inaczej. Na ziemi było to pożegnanie, na górze – powitanie.

– Wreszcie poznam znanego pisarza osobiście. – Otoczony wielką świtą, wszystkimi świętymi, aniołami i personelem pomocniczym, Bóg cieszył się jak dziecko czekając w sali biesiadnej na przybycie Sefardiego.

– Bóg starzeje się bardzo wdzięcznie – zauważyła Isabela, niezwykle zadowolona z pierwszej części swojego opowiadania. Przeszedł ją dreszcz emocji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 101: Niebiańska historia Izabeli

– Co on robi w tej chwili? – Zadała sobie pytanie i natychmiast wyobraziła sobie Sefardiego, a zaraz potem zobaczyła na przyjęciu w niebie, jak Bóg go wita, nazywając go Czcigodnym Mistrzem. Zaczęła uderzać palcami w klawiaturę. Na początku pisanie szło jej powoli i opornie, nie zrażała się jednak. Po chwili pisała już swobodniej, jakby czuła obok siebie jakiegoś pomocnego ducha. Poruszyło ją to tak bardzo, że aż się wzdrygnęła. Wtedy uświadomiła sobie, że w pokoju jest już ciemno. Wstała, podeszła do kontaktu i włączyła oświetlenie u sufitu, aby kontynuować pisanie. Przy okazji nalała sobie koniaku do kieliszka i wypiła. Poczuła się śmielsza.

– O czym mam pisać? Jaka jest fabuła?

Kiedy wypowiedziała te dwa pytania, przypomniała sobie, co mówił Sefardi na temat tworzenia fabuły. Zaczęła z nim rozmawiać. Poczuła w sobie tyle serdeczności, że musiała zwracać się do niego po imieniu. Nazwała go wariatem, myślała o nim bardzo ciepło. Czuła, jak bardzo jej go brakuje. Był szalony, narwany, ale i ludzki.

– Musisz mi pomóc, bo piszę o tobie. Chodzi o fabułę. Jak ją opisać?

Wróciła wspomnieniami do rozmów o powstawaniu powieści. Fabuła to historia, która tworzy konstrukcję powieści.

– O czym chcesz pisać? – w uszach zadźwięczało jej pytanie. Nie była pewna, czy był to jej głos czy Sefardiego. – To proste, Isabelo. Najpierw odpowiedz sobie na pytanie, o czym chcesz pisać. To ty musisz to określić, nie ja. Isabela nie miała już wątpliwości, że jest on tuż obok, jak zawsze.

– O tym jak przyjmują cię w niebie! Kto czeka na ciebie oprócz pana Boga? Jego świta? Kim oni są? Co oni robią? Jak wyglądają?

– Dobrze myślisz! – Usłyszała zachętę pisarza. Straciła kompletnie świadomość, że Sefardi już nie żyje. Dla niej zmartwychwstał, był tuż obok. Podpowiadał jej.

– Oczywiście musi to być jakaś poważna historia, musi też być komplikacja, jak w każdej dobrej powieści.

Kobieta zastanawiała się. Jej wzrok padł na stary religijny obraz na ścianie przedstawiający mroczne postacie. – Diabeł! – Prawie wykrzyknęła. Przypomniała sobie wyjaśnienia Sefardiego, że dramat jest podstawą najlepszych dzieł literackich. – Dramat. – To było słowo, którego jej brakowało.

– Diabeł? Szatan? Bies? – Myślała chwilę, po czym połączyła ich razem w jedną postać, jednego wielkiego demona, rezerwując dlań imię Diabeł. Przypomniała sobie słowa używane przez Sefardiego w ich dyskusjach. Wymyślając i pisząc, cieszyła się, jakie to niesamowite.

Pół godziny później poprawiała tekst. Nie był zbyt długi. Odczytała go głośno, identycznie jak czynił to Sefardi. Była zachwycona, po chwili płakała, że nie ma już go w domu. To był taki wspaniały człowiek! Nie dałaby powiedzieć na niego marnego słowa. Czytała przez łzy. Czytała i śmiała się, bo tekst bardzo jej się podobał. Był fantastyczny. Czuła, że Sefardi jest tuż obok i cieszy się razem z nią.

Isabela poczuła głód i pragnienie. Nie mając pod ręką nic do jedzenia, sięgnęła do ruchomego barku, nalała sobie i wypiła jeszcze jeden kieliszek koniaku. Smakował jej, wypiła więc jeszcze jeden. W barku zauważyła też papierosy; wzięła paczkę do ręki. Marka była jej nieznana. Raz czy dwa razy widziała papierosy u Sefardiego. Zapytała go czy pali, z ciekawości, bo i tak wiedziała, że nie pali.

– Nie. – Odpowiedział znużonym głosem, jakby był bardzo zmęczony. – Tylko czasem, kiedy nie mogę zasnąć. Czy ja zresztą wiem? Mówił niewyraźnie, trochę bełkotliwie. Wyjaśnił, że poprzedniej nocy mało spał. Przeprosił ją, że nie może dłużej rozmawiać, bo musi się położyć.

Isabela wzięła jeden papieros, aby przyjrzeć mu się z bliska. Był bardzo cienki. Z ciekawości postanowiła zapalić. Kiedyś paliła, było to bardzo dawno, potem rzuciła. Papieros miał cierpki smak, ale nie był zły. Odurzył ją. Po chwili poczuła się uspokojona i mniej głodna. Kiedy zrelaksowana oparła głowę na oparciu fotela i popatrzyła w górę, zobaczyła Sefardiego udającego się na audiencję u Boga. Najwyższy siedział na tronie, otaczali go zbuntowani księża, fałszywi politycy i przerażający pochlebcy. Isabela rozpoznała ich od razu i żal mu się go zrobiło. Bóg się zestarzał. Od razu to zauważyła.

– On jest dokładnie taki, jaki powinien być, a nie taki, jak go sobie wyobrażamy tutaj na ziemi. – Wymamrotała przyglądając się z uwagą Bogu.

Przyciągnęła bliżej klawiaturę i zaczęła pisać. Pisała coraz szybciej, przypominając sobie ćwiczenia, jakie niegdyś wykonywała. Unoszona wizją przesuwającą się przed jej oczami, ilekroć podniosła oczy do góry, jej palce poruszały się po klawiaturze ze zręcznością wiewiórki przeskakującej wdzięcznie między gałęziami. Litery coraz łatwiej układały się w słowa, słowa w zwroty, zwroty w zdania, coraz bardziej udane i coraz lepiej odzwierciedlające to, co widziała na niebie nie patrząc już nawet w tym kierunku. Sefardi wydał jej się piękniejszy i szlachetniejszy niż za życia, a Bóg bardziej promienny niż mogła to sobie nawet wyobrazić, opisywała więc ich spotkanie z przekonaniem istoty przebudzonej do nowej, piękniejszej niż poprzednia, rzeczywistości.

Ogarniało ją coraz większe natchnienie i odwaga, w końcu bezczelność myślenia i wyrażania słowami wszystkiego, co przychodziło jej do głowy, a nachodziły ją myśli i pomysły nietuzinkowe. W zrywie bezwstydnego szaleństwa przeistoczyła się w mężczyznę, potem znowu w kobietę, aby w końcu stać się pijaczką i łajdaczką udającą uczciwość. Dla rozwiania wątpliwości, kim jest, dolała sobie jeszcze trochę koniaku, o mało nie przewracając kieliszka.

– Każdy z nas jest po trosze łajdakiem, tylko udaje lub chce wierzyć, że jest inny. To, czego nie możemy uczynić ze strachu w życiu, śmiało popełniamy w myślach, w zaciszu rozumu, z łatwością znajdującego usprawiedliwienie dla popełnianych przewinień. – Napisała w porywie niezaprzeczalnej uczciwości.

Czuła w sobie ogrom niezwykłych treści. Ogarnęła ją taka odwaga, rodzaj buntu, że z kury domowej przemieniła się w bywalczynię salonów literackich, znawczynię życia i ludzkich dusz. Myśląc coraz szybciej, rozhulała się, wręcz oszalała, stając się Janem Husem, potem Joanną d’Arc, o której czytała, że była lesbijką, potem Lutrem, w końcu Janem Kalwinem.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y7cza5nc