Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 65: Hibernacja klasy politycznej

Kolejny dzień zapoczątkował ciąg zdarzeń przypominających długi i dziwny sen. Wypadki następowały jak w kalejdoskopie, oszołamiały i dopiero drugiego lub trzeciego dnia ustabilizowały się na poziomie przyzwoitości. Przeżywając je na jawie jak we śnie, Sefardi rejestrował spostrzeżenia i zadawał pytania, na które nikt nie odpowiadał. Wydarzenia opóźniły jego własne plany, gdyż nie sposób było zrealizować cokolwiek w czasie naszpikowanym niepokojącymi napięciami. W pamięci Mistrza pozostały kapryśne wyobrażenia szaleństw losu, wywołując fale zimna na przemian z falami gorąca. Nawiedzały go nocą potęgując uczucie umierania. Była to próba generalna rozstawania się z życiem oferowana przez los, umierania, które kiedyś musiało nastąpić, a które serce Sefardiego oprotestowywało skowytem przerażenia w ciemnościach nocy.

*****

Pamiętnego dnia temperatura spadła nagle i niespodziewanie poniżej zera. Była wczesna jesień i nikt się nie spodziewał takiego obrotu spraw. W mroźny poranek, o godzinie ósmej zero sześć, radio podało niewiarygodną wiadomość: zginęła cała klasa polityczna, ocaleli jedynie prezydent i gubernator. Obydwie izby parlamentu, wyższa i niższa, uczestniczyły we wspólnym posiedzeniu, kiedy wskutek nagłej awarii systemu klimatyzacyjnego zamarzły na kość, ponieważ ktoś zablokował wszystkie drzwi wyjściowe. Prezydent był nieobecny z powodu choroby. Gubernator był w delegacji zagranicznej.

Wydarzenie było ciosem w serce narodu. Jeden z malarzy prymitywnych jeszcze tego samego dnia namalował wielki symboliczny obraz sztyletu rzucającego błyski rozdzierające budynek parlamentu Nomadii.

******

Prezydent, mimo choroby, bez wahania podjął decyzję, którą jego rzecznik określił jako jedyną i słuszną: budynek parlamentu otoczył natychmiast wojskiem, kazał wstawić dodatkowe sprężarki dla utrzymania niskiej temperatury, a następnie szczelnie zamknąć wszystkie pomieszczenia. Oznaczało to poddanie parlamentarzystów natychmiastowej hibernacji i przejściową zamianę parlamentu w mauzoleum.

– W ten sposób uratujemy ich do czasu, kiedy naukowcy wymyślą sposób skutecznego odmrażania hibernantów. – Oświadczył kategorycznie po konsultacji z naukowcami od niskich temperatur i krioterapii.

W ciągu dwóch dni ukazał się dekret, na podstawie którego prezydent przejął pełnię władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Otworzyło to możliwość natychmiastowego i skutecznego działania głowy państwa dla dobra kraju i obywateli. Wszyscy oczekiwali, że natychmiast ogłosi się despotą. Miał ku temu wszelkie warunki. Był wykształcony, co stwarzało szansę despotyzmu oświeconego, o jakim marzyli wszyscy obywatele wierzący, że mądrość rządzenia można pogodzić ze skutecznością i szybkością. Sefardi uważał osoby tak myślące za naiwniaków.

Następnym krokiem prezydenta było rozwiązanie wszystkich partii politycznych. W ich miejsce założył nową partię polityczną, którą postanowił kierować osobiście. Wyjaśnił to w orędziu do narodu.

– Partia, która jest nie jest niczym skompromitowana, oferuje nową jakość i daje pełną gwarancję sukcesu w dzisiejszym, wyjątkowo trudnym czasie.

Ten fragment jego wypowiedzi uspokoił obywateli, których znakomita większość udzieliła mu poparcia. Jedynie stale mu nieżyczliwa prasa opozycyjna, która nazywał brukową, pisała, że był szybki jak koń wyścigowy na narkotykach, przyznając jednak niechętnie, że istniały ku temu nadzwyczajne okoliczności.

Dalsze decyzje i działania prezydenta naród przyjmował bez słowa skargi, wielu obywateli nawet z dużym aplauzem. Jedynie zaprzysięgli przeciwnicy szeptali po kątach, że to niegodziwe. Nie wyrażali jednak swoich poglądów na głos z obawy, że odpowiedzią byłyby zsyłka w nieznanym kierunku. W tym czasie działała już cenzura wprowadzona trzecim dekretem prezydenta.

Prezydencka kampania ratowania kraju z opresji oznaczona była kryptonimem „Natychmiast” i była tajna. Środki masowego przekazu dowiedziały się jednak o niej wyjątkowo szybko. Jak zwykle w takich przypadkach, podzieliły się; jedne ganiły, inne chwaliły poczynania głowy państwa. Najbardziej krytyczna okazała się prasa popierająca Partię Liberalną, dotychczasowy sprzymierzeniec pałacu prezydenckiego, i wściekle atakowała prezydenta w imię prawdy i wolności. Prasa popierająca opozycję zachowała umiar licząc na to, że prezydent zmieni swoją orientację i będzie szukał porozumienia, aby odsunąć na bok gubernatora Barrasa i rządzić w sojuszu z liberałami.

Nic takiego nie nastąpiło. Prezydent, zachowujący się wcześniej wobec partii rządzącej jak idące na rzeź jagnię wobec swego oprawcy, pokazał lwi pazur. Dotychczas ustępliwy, usztywnił swoje stanowisko. Zmienił się także fizycznie. Przytłoczony masą nowych obowiązków zaniedbał się i przestał uprawiać jogging dla zdrowia, ćwiczenia utrzymujące go w dobrej kondycji. Dla komentatorów sportowych, którzy przekwalifikowali się szybko na sprawozdawców politycznych, ponieważ wobec głębokiego kryzysu sport przestał ludzi interesować, było to o tyle zrozumiałe, że Prezydent nigdy nie był typem sportowca, tylko molem książkowym stroniącym od wysiłku fizycznego. Uprawianie joggingu było mu potrzebne jedynie dla zachowania prestiżu. Jego pokojówka twierdziła, że tak bardzo nie znosił wysiłku fizycznego, że nawet wbicie gwoździa w ścianę dla zawieszenia obrazu stanowiło dla niego problem. Kiedy powtórzono mu tę opinię, nie zdenerwował się, tylko spokojnie wyjaśnił, że prezydent nie jest od wbijania gwoździ.

*****

Prawda o hibernacji parlamentarzystów i działaniach prezydenta ujawniała się stopniowo. Okazało się, że kilka miesięcy wcześniej komisja parlamentarna odkryła, że prezydent, będąc także naczelnym dowódcą sił zbrojnych, nadużył władzy udzielając firmie zagranicznej zlecenia na dostawę przestarzałego sprzętu lotniczego w zamian za ogromną łapówkę. Dochodzenie prowadziła Komisja Specjalna, która utajniła się do czasu zebrania dostatecznej informacji i przygotowania oskarżenia prezydenta do oceny parlamentu. Po zebraniu obciążający dowodów komisja miała przygotować procedurę zwolnienia prezydenta z urzędu.

Prezydent dowiedział się wszystkiego od swojego człowieka w komisji. To właśnie stało się podstawą decyzji wyłączenia klimatyzacji w parlamencie, w wyniku czego parlamentarzyści poddani zostali hibernacji z wyjątkiem Komisji Specjalnej. Prezydent trzymał członków komisji pod strażą, aby ustalić, jak daleko zaszli w śledztwie. Kiedy dowiedział się, że nikt poza komisją nie jest zorientowany w sprawie, zawarł porozumienie z „rebeliantami” jak określił aresztowanych, że odstąpi od hibernacji członków parlamentu, jeśli komisja odda mu całą dokumentację i zobowiąże się solenną przysięgą do zaniechania śledztwa. Powodem ich decyzji miała być „przedwczesna omyłkowa ocena stanu technicznego zakupionego sprzętu wojskowego”. Dla pewności prezydent zażądał od członków Komisji Specjalnej udzielenia mu indywidualnych gwarancji majątkowych, że nigdy nie upowszechnią posiadanych informacji ani nie podejmą nowej próby impeachmentu.

– Jestem naczelnym dowódcą sił zbrojnych i każdy problem rozwiążę siłą, jeśli wy sukinsyny, zechcecie pójść ze mną na udry. – Powiedział im wprost prezydent, zanim ostatecznie zawarto porozumienie.

Wspólne zdjęcie w Białym Domu

Prezydent Duda skomentował swoje zdjęcie z prezydentem Trumpem w Białym Domu. Cytuję: „Szyderstwa i napad lewackich mediów oraz niektórych polityków i komentatorów, o znanych poglądach, pokazują sukces wizyty Waszyngtonie. Gdyby tak nie było to by ją przemilczeli jako nieważną. Dziękuję za te wyrazy uznania!”.

Drugi jego wpis dotyczył tekstu zamieszczonego przez „Deutsche Welle”, której komentatorzy wskazywali na jego spryt. Cytuję: „W Niemczech piszą jednak też o „chłopskim sprycie Dudy”. Są więc i komplementy ;-)”.

W związku z dwuznacznymi i błędnymi interpretacjami szef kancelarii prezydenta Dudy opublikował oficjalną listę alternatywnych wyjaśnień do jego wspólnego zdjęcia z prezydentem Trumpem:

  • To tylko złudzenie, pic na wodę i lewacki fotomontaż. W istocie rzeczy pan prezydent Duda siedzi przy biurku i to bardzo wygodnie.
  • Pan prezydent siedzi, ale tego nie widać, bo zasłania go wielkie biurko. Niezwykły rozmiar mebla reprezentuje miarę potencjału gospodarczego i militarnego Stanów Zjednoczonych.
  • Pan prezydent stał tylko dlatego, że go o to poprosił gospodarz Białego Domu. Powiedział mu: „Andrew, wytykają mi, że się wynoszę, a o tobie mówią, że jesteś skromny. Stań obok mnie, abym choć przez chwilę pozostał w twoim cieniu”.
  • Pan prezydent otrzymał krzesło od prezydenta Trumpa, który powiedział: „Andrew, this chair is for you”. Pan prezydent Duda zrozumiał, że to upominek i od razu odesłał je kurierem do Polski.
  • Na takim krześle, na jakim siedział prezydent Trump, to nawet ubogi królik z Podkarpacia wstydziłby się siedzieć. Dlatego pan prezydent Duda wolał stać, aby zachować godność.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 64: Osobniki alfa i instruktor szkolenia.

Swoje leśne odkrycia Sefardi zdecydował się przedstawić na zebraniu przy krawężniku. Spodziewał się otwartej dyskusji. Było jasne, że partia rządząca ćwiczy nie tyle utrzymanie swojej pozycji, ile wydarcie resztek władzy i wpływów innym grupom partyjnym i społecznym.

 – To obozy pracy przymusowej, lżejsza wersja obozów koncentracyjnych. W lesie, w naturalnym środowisku, biologiczna natura polityki i przewodnictwa w stadzie ujawniła się w pełnym wymiarze i krasie. Przywództwo! To jest siła. – Powiedział to bardziej do siebie niż do towarzysza wyprawy, skoncentrowanego na wyciąganiu gumiaka z bagiennego podłoża.

– Na samej górze stada partyjnego znajdują się samce i samice alfa, rwące do przodu, dominujące nad pozostałymi członkami. Niżej stoją samce i samice beta, uległe wobec osobników alfa, lecz górujące nad osobnikami gamma. – Przedstawiając leśniczemu układ wszechwładzy biologicznej Sefardi liczył na jego zrozumienie, a może i akceptację własnego poglądu, że nie cywilizacja, ale ewolucyjnie ukształtowany popęd dominacji wciąż rządzi społeczeństwem.

Przed oczami wyrósł mu Barras, wróg osobisty numer jeden. Widział w nim wyraźnie samca alfa, podporządkowującego sobie partię i społeczeństwo. Czując, że nie pokona go w bezpośrednie walce doszedł do wniosku, że wystarczy zadać mu cios dostatecznie silny, aby dobili go rywale z własnej lub konkurencyjnej partii. Poczuł w żyłach gorący płomień nienawiści. Przyśpieszył kroku, nie oglądając się za przewodnikiem. W momencie prymitywnego uniesienia gotów był zostawić go za sobą, aby zgnił w bagnie.

– Bagienny las w tym miejscu wydziela wapory, które dodają człowiekowi energii i sprzyjają jasności myślenia. – Odezwał się niespodziewanie przewodnik. Jego głos rozmył się w wilgotnym powietrzu jaśniejącego porannego nieba. Sefardi popatrzył na zegarek. Była godzina piąta czterdzieści pięć. Biologiczny chronometr w mózgu bezdźwięcznym tykaniem przypomniał mu pozostałe do spełnienia obowiązki.

Przed rozstaniem się, przewodnik zaproponował, aby następnego dnia odwiedzić ostatni obiekt szkoleniowy. Sefardi zaakceptował, mimo iż nie miał zamiaru pozostawać dłużej w Casi. Wiedział już dostatecznie dużo, więcej niż się spodziewał.

*****

Ostatni obóz rządowy znajdował się w lesie głębiej niż dwa poprzednie. Instruktorem szkolenia był młody, wysportowany mężczyzna. Stał pośrodku drewnianej platformy w lekkim rozkroku, szopa ciemnoblond włosów zakrywała mu uszy. Wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Kształtna twarz, wyraźne usta i gładko wygolone policzki nadawałyby mu chłopięcy wygląd, gdyby nie szrama na policzku i zimne niebieskie oczy. Podłużny, wyrazisty nos i skąpy, poważny uśmiech, co raz to pojawiający się na twarzy, sugerowały bezwzględność a nawet okrucieństwo. Sefardi nie miał co do tego wątpliwości. Znał ten typ człowieka.

– Nie jesteście prostakami wychowanymi do prowadzenia przeciętnego życia. Zostaliście powołani do spraw wielkich. Aby je realizować, musicie pamiętać, że rządzenie jest nieprzerwaną, bezwzględną walką o rząd dusz. Waszą świętą powinnością jest bić się o nie z determinacją dzikiego zwierzęcia walczącego o samicę, gotowego oddać własne życie.

– To jakaś mafijna indoktrynacja sprzed lat. – Półgębkiem wycedził Sefardi w kierunku przewodnika. – Ten typ mówi jak faszysta.

– Ludzie słuchają go jednak z uwagą i biorą poważnie. – Odpowiedział szeptem przewodnik. – Niech pan popatrzy. W tym, co mówi, jest wiele prawdy. Biologicznie rzecz biorąc jesteśmy zwierzętami, pan i ja również. Świat przyrody jest okrutny; wiem, jak zachowują się dzikie zwierzęta. Znam to z doświadczenia i obserwacji.

Sefardi nie słuchał go, starając się zapamiętać jak najwięcej ze słów trenera.

– Nie musicie być mięczakami, wsłuchującymi się we wszystkie życzenia społeczeństwa. Ci ludzie w większości nawet nie wiedzą, czego chcą. Są otumanieni przez opozycję albo własną głupotę. Każda grupa społeczna ciągnie w swoim kierunku chcąc uszczknąć dla siebie jak najwięcej pieniędzy, przywilejów i uwagi rządzących. Wasza opozycja to zakała społeczeństwa. Waszą rolą jest jej unicestwienie wszelkimi środkami. Nie dajcie się zwieść nikomu, nie dajcie się przekonać, że zwyczajny szary człowiek wie naprawdę, co jest dla niego najlepsze. Co może wiedzieć mieszkaniec wiochy zabitej deskami, zwykły robotnik czy nawet inteligent, w obliczu ciągłych zmian i zagrożeń cywilizacji, nowych technologii, powszechnego terroryzmu? Nic albo bardzo niewiele! – Mówca był bezwzględny, wyrafinowany, intelektualny. Kontrolował swoje słowa i gesty.

– On jest niesamowity! Sam chyba dałbym się przekonać. Skąd oni wytrzasnęli takiego fantastycznego trenera? – Zapytał przewodnik półgłosem, nie oczekując odpowiedzi.

Wśród zebranych na podwórku nastąpił ruch, ludzie zaczęli się niecierpliwić, ktoś krzyknął, aby zrobić przerwę.

– Zamilczcie i słuchacie. Za chwilę skończę. – Brutalnie przerwał trener podnosząc głos. Głosy zamilkły, ludzie uspokoili się. Zachowanie trenera nie podobało im się, podporządkowali się jednak bez szemrania.

– Na szczęście macie przywódcę, który ma wizję i odwagę, aby kierować partią, zdolną do narzucenia swojej woli narodowi, który zawsze, powtarzam to, zawsze, wymaga przywództwa. Żeby to się ziściło, wy, członkowie partii, musicie się zmienić. Wasze pojęcia o demokracji są miękkie jak psie gówno na deszczu. Wasze poglądy na rzeczywistość rozczulają mnie. Wybaczcie mi, że jestem brutalny, aby muszę przemówić do waszego poczucia bezwzględności i siły. Demokracja to ustrój, w którym władzę bierze najsilniejszy, nie najsprawiedliwszy. Tylko bezwzględny, charyzmatyczny przywódca wie, co jest dobre dla społeczeństwa, dla większości obywateli i tylko to ma znaczenie. Waszą rolą jest umocnić społeczeństwo w przekonaniu, że wasze działania są słuszne i konieczne. Instruktor spojrzał dyskretnie w kierunku siedzącego z boku mężczyzny, który niezauważalnie dla innych, skinął głową aprobująco.

– Moim zadaniem jest pomóc wam w przekształceniu się w twardych i nieustępliwych działaczy partii nowej generacji. To będzie wasza decyzja, ja tylko wam pomogę. Musicie stać się członkami godnymi nowoczesnej partii demokratycznej, partii niekwestionowanej władzy. Powiedźcie mi, co to dla was znaczy?

Zapadło milczenie. Jedni patrzyli po sobie, inni opuścili głowy, jeszcze inni intensywnie myśleli albo udawali, że to czynią. Po chwili wahania odezwały się głosy, padały propozycje i sugestie.

– Zgnieść opozycję, nie dopuścić jej do głosu! Opanować media, zniszczyć przeszkody instytucjonalne! Zreorganizować instytucje, które stoją nam na drodze!

– Tak! Doskonale! – Entuzjastycznie odpowiedział instruktor. – Waszym celem jest dyktatura, ale dyktatura demokratyczna, mądra, nie okrutna, ale podporządkowująca, bardziej kontrolująca niż eliminująca. Nie musicie usuwać przeciwników z gry, ale przekonać ich do siebie, do waszych racji, pokazać, co jest dla nich najlepsze, a jeśli trzeba, zgnieść ich opór, zniechęcić do własnych poglądów. Na końcu, jest to absolutnie konieczne, musicie zadbać o własne interesy. Dobra partia szczodrze wynagradza swoich członków, ich wierność, oddanie ideałom, bo są niezbędnymi narzędziami jej strategii. Należą się wam przywileje, stanowiska, wysokie uposażenia. Tylko w ten sposób partia rządząca jest w stanie zachować zwartość i siłę. Pamiętajcie o zasadzie: Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam! Czy są jakieś pytania?

Podniosło się kilka rąk. Sefardi liczył. Zgłosiły się trzy osoby.

– Proszę podać imię, nazwisko i przedstawić pytanie. Według regulaminu szkolenia, wypowiedź nie może trwać dłużej niż dwie minuty. To wystarcza na przedstawienie tematu. Mój chronometr będzie dzwonić po upływie dwóch minut. Proszę pierwszą osobę. Towarzyszka w szarym sweterku, ta po lewej stronie – instruktor wskazał ręką.

Kobieta zebrała się w sobie i wyraziła wątpliwości, co do treści i formy szkolenia. Dwie inne osoby, mężczyźni w średnim wieku, też wypowiedzieli się krytycznie o szkoleniu. Instruktor stał w lekkim rozkroku i uważnie słuchał. Nie komentował, nie wdawał się w dyskusję, nie udzielał odpowiedzi. Po każdej wypowiedzi dziękował i wskazywał następną osobę. Zachowywał się tak, jakby pamiętał wszystkie wypowiedzi. Po upływie sześciu minut podsumował krótko:

– Przeanalizujemy wasze wątpliwości i natychmiast udzielimy odpowiedzi. Znowu zerknął na Barrasa. Ten, niewidoczny dla innych osób, prawie nie poruszając głową, dał znać, aby kończyć.

Sefardi zafascynowany przebiegiem zebrania obserwował rozchodzący się tłum. Był ciekaw, czy zdarzy się jeszcze coś ważnego. Do kobiety i dwóch mężczyzn, którzy zadawali pytania, podchodził kolejno mężczyzna o twarzy rzezimieszka, szeptem zamieniał kilka słów i wyprowadzał ich na zewnątrz. Razem poszli w kierunku małego autobusu czekającego na parkingu. Sefardi skierował urządzenie nasłuchowe na te grupkę. Ochroniarz zachowywał się spokojnie. Przed wejściem do autobusu zakomunikował im:

– Zostaliście usunięci z partii. To jest ostateczna decyzja. Nie ma od niej odwołania. 

– Dlaczego? Co takiego zrobiliśmy? Będziemy się odwoływać! – Upierała się kobieta w szarym sweterku. Mężczyźni też coś szemrali.

– Róbcie, co chcecie. I tak nic nie wskóracie. Żarty się skończyły. Koniec, kropka. Nie pasujecie do nas. Taka jest decyzja partii, jedyna i ostateczna. Nawet Bóg wam nie pomoże!

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego (powieść) : https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 63: Skryte przelewy i cicha indoktrynacja.

W nagraniu z Barrasem Blawatsky’m w roli głównej znalazła się wzmianka o przysiędze. Odsłuchujący domyślili się, że płacący dziesięcinę przysięgali dozgonną wierność partii i zachowanie milczenia do końca swojego życia. Sprawa nie miała szans wyjść na jaw nawet w części. Konsekwencje wyłamania się z umowy były tak poważne, że nikt nie śmiałby tego zrobić w żadnych okolicznościach. Nikt nie miał zresztą obaw uczestnictwa w grze, ponieważ każdy obywatel miał prawo przekazywać pieniądze nas rzecz wybranej przez siebie organizacji bez obowiązku deklaracji darowizny. Tylko obdarowana organizacja mogła ponosić konsekwencje, jeśli nie ujawniła uzyskanych wpłat.

Przysłowiowy diabeł tkwił w jednym szczególe. Udowodnienie Konserwie, że wpłaty nastąpiły było praktycznie niemożliwe z uwagi na formę przekazu darowizn. Wszystko było starannie przemyślane. Wpłaty nie przechodziły przez żadne konta bankowe, nie wydawano ani nie przyjmowano pokwitowań, wszystko odbywało się na słowo i oparte było na zaufaniu do Barrasa. W szeregach swoich zwolenników cieszył się on nieskończonym zaufaniem, ponieważ nigdy ich nie zawiódł. Dla pewności stworzono zakaz rozmawiania o tych sprawach przez telefon, ponieważ rozmowy mogły być podsłuchiwane i nagrywane.

Wyniki obserwacji miejsca schadzek partyjnych tak rozochociły Sefardiego i przewodnika, że wracali jeszcze kilkakrotnie, aby obserwować dom i zebrać dalsze informacje. Liczyli na szczęście. Ich cierpliwość została nagrodzona, kiedy zobaczyli, jak trójka wysokich urzędników, obdarowanych wysokimi stołkami, reguluje swoje zobowiązania.

Był w tym pewien rytuał. Urzędnicy byli ubrani w garnitury w paski, koszule w paski oraz identyczne muszki. Ubiór był częścią ceremoniału, nadawał mu uroczysty charakter. Kobiety miały na sobie identyczne sukienki też w paski, wyróżniało je tylko obuwie, naszyjnik z szarych pereł lub broszka z wielką perłą w środku. Przekazujący i przyjmujący pieniądze robili to w białych rękawiczkach, aby nie zostawiać śladów. Płatnicy podchodzili kolejno do skarbnika, wysokiego mężczyzny o wyglądzie głodomora i wręczali mu płócienny worek. Odbiorca wysypywał jego zawartość do wyściełanej atłasem kuwety. Pieniądze wypadały szeleszcząc, ponieważ danina była przekazywana wyłącznie w banknotach powiązanych gumkami, w dokładnej kwocie należności. Kasa nie przyjmowała monet, nie było takiej potrzeby, należności zaokrąglano w górę do pełnych dziesiątek. Oprócz trójki wpłacających obecni byli tylko skarbnik i Barras, który z lubością przyglądał się czynnościom wsłuchując się w szelest wypadających paczek banknotów, sapanie skarbnika-kasjera, strzelanie zdejmowanej z paczek gumki oraz szum maszyny przeliczającej banknoty.

Sefardi i jego towarzysz z wielką uwagą i zainteresowaniem przyglądali się przepływowi pieniędzy pochodzących ze skarbu państwa do kasy Fundacji Powszechnej Dobroczynności, która przekazywała je dalej do Abenaki. Były one inwestowane w akcje firmy. Szczegóły znał tylko ścisły zarząd firmy oraz Barras.

– Partia i naród to jedno. – Wyrwało się leśniczemu. Przez moment czuł żal, drażniące szczypanie w sercu, że to nie on otrzymuje sążniste wynagrodzenie, z którego chętnie wpłacałby co miesiąc dwadzieścia procent do kasy dobroczynności.

*****

Następnego dnia przybysze zastali zmienioną scenerię obozową. Z lewej strony, przed wielką werandą zdobiącą front budynku, przypominającą oszklony boks, stała grupa ludzi, co najmniej kilkadziesiąt osób. Czekali na wejście na werandę. Zachowywali się swobodnie, rozmawiali i gestykulowali, śmieli się i żartowali, nie rozglądając się na boki ani nie wpatrując się w twarze rozmówców. Niektórzy nawet jedli kanapki. Sefardi rejestrował obserwacje, komentując po cichu krótkimi zdaniami to, co widzi przez lornetkę.

– To ludzie prości i dosyć prymitywni w zachowaniu. Mówią to, co myślą, witają się z innymi bez czołobitności, reagują bez skrępowania i emocji. Nie oglądają się na boki. Patrzą rozmówcom w oczy, spokojnie, nienachalnie. Zupełnie jak zwierzęta, które czując się bezpiecznie w swoim stadzie, zachowują się swobodnie, nic nie udają i nie pilnują się. Ogarnęła go fascynacja, zapomniał się i łamiąc swoje wcześniejsze postanowienie pełnej koncentracji na zdarzeniach, zwrócił się do leśniczego:

– Wie pan, ci ludzie nie kłamią, nie udają, nie pozorują. Zachowują się bardzo naturalnie.

Nie dostrzegając zainteresowania ze strony towarzysza, skoncentrował się ponownie na obserwacji. Po chwili wyjął z kieszeni spodni cienki notatnik z długopisem i zaczął zapisywać osoby wchodzące na werandę z jednej strony i wychodzące z drugiej strony. Był to rodzaj rejestru. Nie znając imion ani nazwisk identyfikował każdą osobę lakonicznie opisując sylwetkę, wzrost, posturę, fryzurę lub inną podobną cechę wyraźnie rzucającą się w oczy. Między wejściem każdej osoby a jej wyjściem upływała mniej więcej jedna godzina. Na tyle czasu ludzie znikali we wnętrzu werandy, po czym wynurzali się i dołączali go drugiej grupy.

Wychodzący zachowywali się zdecydowanie inaczej niż wchodzący: byli bardziej uważni, można by powiedzieć wyostrzeni, bardziej skoncentrowani, inaczej się poruszali, mówili i reagowali. Mniej się śmieli, za to serdeczniej się witali, niekiedy bardzo wylewnie; gratulując sobie coś nawzajem kiwali głowami z wielką powagą. Ich zachowanie zmieniło się najwyraźniej w stosunku do przełożonych, starszych stanowiskiem lub wiekiem. Kiedy przemawiał zwierzchnik lub ktoś wyższy rangą, ludzie chętniej wyrażali uznanie a często i podziw z powodu jego nawet prostej wypowiedzi. Starali się być także pomocni, podbiegali, aby pomóc nieść teczkę, kłaniali się głębiej. Ich twarze oblekały półuśmiechy bardziej niż uśmiechy, widać było w tym pewien wysiłek. Kiedy na sztywnych nogach podchodzili do osób znaczniejszych od siebie, pochylali z szacunkiem głowę, kobiety całowali dłużej w rękę, niektórzy wyciągali zza pleców kwiaty i obdarowywali je wychwalając ich urodę, doświadczenie lub biżuterię. Odwracając się spluwali czasem dyskretnie za plecami rozmówcy lub pokazywali palcem komuś znajomemu pukając się w czoło, sugerując niedwuznacznie, że coś jest nie w porządku ze wskazaną osobą.

*****

– To ludzie wysublimowani. – Uznał Sefardi. – Przeszli wyraźną przemianę, krótko mówiąc indoktrynację. Stali się posłuszni i służalczy, efekt nauczenia się karności. Stracili naturalność, nabrali zdolności udawania i kłamania. Mistrz przewrócił kilka kartek notatnika, aby upewnić się, że jego zapisy właściwie identyfikują osoby wchodzące i wychodzące.

– Zgadza się – mruknął do siebie po chwili analizy. – Ten sam gruby, wysoki osobnik, ta sama chuda działaczka około czterdziestki w słomkowym kapeluszu, ten sam typ w zielonym garniturze w paski. Sefardi nie miał wątpliwości, że precyzyjnie identyfikował i opisywał członków Konserwy na wejściu i na wyjściu.

Nie miał też wątpliwości, że uczestnicy obozu szkoleniowego oduczali się dotychczasowych zachowań oraz nabywali nowych manier: niechęci wobec odmiennych opinii, zaprzeczania faktom, kłamania w żywe oczy. Nasuwał mu się tylko jeden wniosek: rządowy obóz szkoleniowy służył rozwojowi nowej osobowości, wytwarzając wśród członków partii poczucie oblężenia, gotowość obrony tylko własnych interesów oraz niechęć do kompromisu.

– To wyraźna indoktrynacja. Zamiast działać w interesie wszystkich obywateli, ludzie Konserwy będą teraz występować przeciwko innym obywatelom – wywnętrzył się przewodnikowi. Nie był pewien, czy został dobrze zrozumiany.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 62: Konspiracja. Tajemnica komunikacji i przekazów.

Sefardi nie pytał, dokąd zmierzają, zdał się na przewodnika, jego wiedzę i intuicję. Po przekroczeniu leśnej drogi natknęli się na siatkę ogrodzenia zamocowaną na stalowych słupkach, starannie wykonaną i napiętą. Kiedy posuwali się wzdłuż siatki w poszukiwaniu bramy, furtki lub jakiegokolwiek innego otworu, pojawił się przed nimi zadbany dom, przypominający willę, a przed nim akcesoria świadczące, że może to być obóz szkoleniowy. Wewnątrz ogrodzenia było tak cicho, że na początku nie zauważyli ludzi, małą grupkę osób zatopionych w rozmowie. Ich głosy były przytłumione, jakby tylko poruszali ustami lub nosili niewidoczne opaski wyciszające. Przez kieszonkową lornetkę podsuniętą usłużnie przez leśniczego Sefardi rozpoznał kilku bliskich współpracowników Barrasa Blawatsky’ego i zaczął przyglądać im się z uwagą. Chwilę później rozeszli się na boki i wtedy zauważył pomnik Barrasa, a pod nim jego samego siedzącego na ogrodowym krześle.

Pomnik był naturalnej wielkości. Wyciosany z jednego pnia drzewa przedstawiał gubernatora w lekkim rozkroku, ze stopami zanurzonymi w metalowych misach z brązu. Jedna symbolizowała władzę, druga pieniądze. Symbole berła i dolara były zbyt czytelne, aby można było zinterpretować je inaczej. Nikt z otoczenia gubernatora nie patrzył na pomnik; oczy wszystkich skoncentrowane były na nim samym.

Po lewej stronie właściciela i przywódcy Konserwy stał dyrektor jego gabinetu, po prawej minister spraw wewnętrznych. Mistrz rozpoznał ich od razu. Pochyleni nad gubernatorem, słuchali go z uwagą. Wkrótce dołączyły do nich inne osoby i zaczęły ustawiać się w dwa równoległe szeregi, jeden przy dyrektorze, drugi przy ministrze. Byli to członkowie Partii Konserwatywnej. Gubernator podniósł rękę i dał sygnał. Coś mówił. Kiedy skończył, kiwnął głową i stojący przy nim funkcjonariusze rządu odwrócili się i zaczęli przekazywać uzyskane informacje osobom ustawionym w szeregach.

– Działają na zasadzie głuchego telefonu – pomyślał Sefardi, przypominając sobie dzieciństwo.

Czynności powtarzały się jak w automacie: Barras przekazuje informacje przybocznym, daje znak głową, przyboczni przekazują treść każdy swojemu szeregowi członków partii.

Po kilku próbach technikę zmieniono. Zamiast przekazu ustnego przyboczni przekazywali swoim szeregom informację zapisaną na kartkach, jakie obydwaj otrzymali od Barrasa. Na końcu każdego z dwóch łańcuchów ludzkich stał funkcjonariusz sprawdzający ostateczną treść przekazu. Obydwa szeregi ćwiczyły tak długo, aż treść odbierana przez ostatniego członka partii w jednej i drugiej kolejce była w pełni zgodna z treścią nadaną przez Barrasa.

Sefardi odetchnął z zadowoleniem. Wiedział już teraz dobrze, w jaki sposób Partia Konserwatywna osiąga całkowitą zgodność poglądów swoich członków. Podzielił się obserwacją z przewodnikiem, który doszedł do identycznego wniosku.

Wkrótce przed domem nastąpiła kolejna zmiana. Na plan dostarczono hełmofony, które ludzie w dwóch szeregach założyli sobie na głowy. Najpierw testowano głośniki wewnętrzne i mikrofony, po czym Barras nadawał wszystkim próbny przekaz elektroniczny. Metoda okazała się o wiele skuteczniejsza, widać to było po reakcjach uczestników szkolenia. Przekaz instrukcji wodza następował błyskawicznie i nie budził wątpliwości, co do dokładności odbioru.

*****

Sefardi i przewodnik wrócili na miejsce następnego dnia. Czekali cierpliwie, zanim ktokolwiek zjawił się na placyku przed domem. Obok Barrasa, który przybył pierwszy, pojawiło się kilku księży i zakonników ubranych w ciemne habity. Skupieni w grupkę wyglądali, jakby naradzali się ze sobą. Jeden z nich ukląkł na gołej ziemi, aby się modlić. Nie trwało to zbyt długo. Kiedy wstał, podszedł do towarzyszy i wszyscy podali sobie ręce przekazując znak pokoju.

Rozmowa duchownych wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Sefardi tracił resztki cierpliwości. Kiedy rozeszli się, na placu przed domem pozostał samotny Barras, patrzący w ziemie w zamyśleniu. Wkrótce dołączyła się niego gwardia osobista, jak nazywano członków jego gabinetu. Zaczęli naradzać się. Sefardi pomyślał, że niczego innego nie umieją. Barras mówił szeptem, mimo tego przewodnikowi udało się go nagrać słowa urządzeniem podsłuchowym. Mówili o budżecie; poruszyło to Sefardiego, skoncentrował się.

*****

Po powrocie do kwatery dwaj zwiadowcy, jak siebie określili, odtworzyli treść nagrania. Wśród wielu wątków Sefardi znalazł fragmenty odpowiedzi na dręczące go pytania. Odtworzenie z fragmentów całej treści wypowiedzi i jej uporządkowanie zajęło im sporo czasu.

Sefardi aż gwizdnął po cichu, kiedy zrozumiał mechanizm wzrostu zadłużenia państwa i rosnącej zasobności Abenaki. Rząd mianował setki i tysiące członków swojej partii, wybierając tych najwierniejszych, na wysokie stanowiska w urzędach i przedsiębiorstwach państwowych przyznając im niebotyczne uposażenia, odprawy i emerytury. Nie potrzebowali przypomnień, że mają zwracać do kasy części swoich dochodów, anonimowo i z pełnym przekonaniem. Była to forma dziesięciny, z tym, że wpłacana co miesiąc kwota wynosiła dwadzieścia a nie tradycyjne dziesięć procent dochodów. Przekazy nie wpływały na konto partyjne, tylko na konto Fundacji Powszechnej Dobroczynności, organizacji stworzonej i zarządzanej przez Partię Konserwatywną. W ten sposób partia była zwolniona z odpowiedzialności; sama fundacja stała się kanałem przepływu funduszy między państwem a firmą Abenaki, która podejmowała dziesiątki akcji dobroczynnych. Była tak wielkim darczyńcą, że wielu obywateli uważało, że została ona powołana wyłącznie dla celów charytatywnych, a działalność gospodarczą prowadzi jedynie dla zdobywania pieniędzy na pomoc społeczną. Sefardi domyślał się, że o wszystkim decyduje Barras.

Powieść. Laboratorium Szyfrowanych koni. Cz. 61: Leśny rządowy obóz przetrwania.

Po zejściu z wyasfaltowanej, dziwnie wąskiej drogi, posuwali się bez słowa przez iglasty las przetykany brzozami i porośnięty mchem tak bujnym, że gumowe buty zapadały się prawie do połowy. W powietrzu wisiała mgła i zduszona cisza. Sefardi ze zdziwieniem patrzył na drzewo, z którego zwisały niezrozumiałe kształty, jakby symbole, trudne do określenia, półprzezroczyste, ociekające kroplami wilgoci. Im głębiej wchodzili w las, tym więcej ich się pojawiało.

– Czy to pańskie lekarstwo nie zaburza mi wzroku? Czuję, jakbym miał przywidzenia. Na drzewach widzę jakieś symbole przypominające plamy wilgoci.

Przewodnik skrzywił usta w tajemniczym, dwuznacznym uśmiechu i odpowiedział uspokajająco, co tylko wzmogło niepokój Mistrza.

– Nie, nie zaburza wzroku. Widzi pan prawidłowo. Proszę zwrócić uwagę także na to, co stoi za ziemi i co lata w powietrzu. Jeśli pan to zauważy, to znaczy, że zbliżamy się do obozu przetrwania. Nie wiem, czyj to będzie obóz, bo oni ciągle zmieniają położenie.

Sefardi miał na ustach następne pytanie, kiedy otworzyła się przed nimi mała polanka, jakby celowo wycięta w środku lasu, a na niej, pod plastikowym zadaszeniem, obozowisko z namiotami, kuchnią i jakimiś urządzeniami. W głębi majaczył wielki hangar lotniczy. Na środku polanki, na postumencie z grubych desek, mógł to być parkiet, znajdowała się konstrukcja, doskonale znana Sefardiemu z telewizji. Była to sala posiedzeń rządu, a właściwie jej atrapa. Dobrze oświetlona, z wielkim prostokątnym stołem w kształcie litery „U” i krzesłami ustawionymi byle jak po obydwu stronach, jakimiś tablicami i dwoma skrzynkami wyglądała na zagraconą.

Coś zmieniało się w powietrzu, które wyraźnie gęstniało przypominając budyń rozpylony na miliony cząsteczek. Przewodnik wskazał palcem kierunek, skąd napływała lepka mgła. Był tam niewielki stawik śródleśny, otoczony roślinnością wodną, z kikutami szarych gałęzi sterczącymi nad powierzchnią. Znowu pojawiły się symbole różnego kształtu i wielkości; wyłaniając się z cienia sadzawki łączyły się na tle drzew. Z boku, przy brzegu zbiornika wodnego, stały przedmioty codziennego użytku: rower, taczka i narzędzia ogrodnicze. Mistrz kiwnął przewodnikowi głową na znak, że zrozumiał jego wcześniejszą zapowiedź, widzi to, o czym wspominał i rozpoznaje symbole.

– To jest obóz rządowy. Dokładniej, rządowy obóz szkoleniowy typu survival. – Szepnął przewodnik, starając się nie zakłócić nastroju miejsca. – Społeczeństwo, Mistrzu, podzieliło się na obozy. Każdy ciągnie w swoją stronę, szuka zwolenników, obiecuje im złote góry. Niektórzy ludzie w to wierzą, choć u nas nie ma złota. Ten tutaj to jeden z obozów obietnic nie do spełnienia.

*****

– Szkoleniowy obóz rządowy? Na takim odludziu? – zdziwił się Sefardi. – Co to za bzdura?

Ledwo to powiedział, kilkadziesiąt kroków przed nimi pojawiła się wicegubernatorka, w ciężkich sportowych butach, czarnej sukni do kostek i grubych okularach. Na twarzy wyglądała jak zapaśniczka. Stanęła przy stole ustawionym na murawie i przywołała ręką kilku mężczyzn i kobietę. Byli to członkowie jej gabinetu. Sefardi mógł ich wymienić z imienia i nazwiska. Nieco dalej, oparci o wielką sosnę, stali dwaj mężczyźni wpatrując się w milczeniu w przestrzeń nad głowami rozmawiających. W przyciemnionych okularach i kaszkietach z długimi daszkami wyglądali na ochroniarzy. Obydwaj trzymali w rękach wykrywacze metali.

– Co oni robią? – Sefardi nie mógł powstrzymać się od okrzyku zdumienia.

– Proszę zachowywać się ciszej! – Poprosił przewodnik przytłumionym głosem. – Szukają środków wybuchowych lub podsłuchów. Chodzi o przewody ukryte w ziemi. Chyba niedawno założyli ten obóz. Inne urządzenia podsłuchowe z pewnością już usunęli.

Ledwie skończył mówić, przemówiła wicegubernatorka. Ton i tembr głosu nie pozostawiały złudzenia. To była ona we własnej osobie.

– Mieliście patriarchat, teraz macie matriarchat. Teraz ja tu rządzę, matka narodu, nie gubernator. On teraz zajmuje się budżetem, ja wypełniam bardziej przyziemne obowiązki. Moja rolą jest wychować naród dając mu przykłady, jak należy wypełniać obwiązki obywatelskie.

Jej słowa brzmiały twardo, nie pozostawiały wątpliwości, kto dzierży władzę. Słuchający milczeli. Rozbudzone macierzyńskie uczucia, jakimi darzyła podwładnych i naród, były znane nie tylko w jej najbliższym otoczeniu. Była osobą z charakterem i kiedy trzeba było, potrafiła przywalić pięścią w stół.

– Mama ma kopyto. – Skomentowała kiedyś jej córka, wspominając, że matka była w młodości aktywną członkinią klubu bokserskiego kobiet.

Na sukni, powyżej zdecydowanej w kształcie i rozmiarach lewej piersi kobiety, widoczna była dwujęzyczna przywieszka. Było na niej tylko pięć lakonicznych słów: „I am tough” i „Soy dura”. Sefardi nie musiał sprawdzać w elektronicznym słowniczku w smartfonie, co znaczy druga linijka, gdyż przewodnik pośpieszył z wyjaśnieniem.

*****

– Ten napis znaczy: „Jestem twarda”. W obydwu językach, angielskim i hiszpańskim. Coś mu to przypomniało. – Czy zna pan kawał o penisie i życiu? Czym różnią się od siebie? – Zapytał przewodnik ni z tego, ni z owego. Nie czekając na odpowiedź zaczął się głośno śmiać, bez najmniejszego skrępowania, jakby byli na bezludziu. Mistrz miał wrażenie, że jego towarzysz odreagowuje napięcie po silnej dawce wrażeń.

– Daj spokój, człowieku. Nie mamy czasu na żarty. – Upomniał go. W głowie zaszumiało mu, jakby miał tam komputer przetwarzający w pośpiechu bogactwo wzrokowych, słuchowych i zapachowych bodźców dotyczących miejsca, symboli, niezwykłej atmosfery obozu, sali posiedzeń rządu, wicegubernatorki i członków jej gabinetu oraz dwóch goryli z wykrywaczami metalu.

– Życie jest twardsze! – Przewodnik nie wytrzymał i gruchnął serdecznym śmiechem, który musiał dotrzeć do grupki ludzi, gdyż wicegubernatorka odwróciła głowę. Sefardi był pewien, że słyszała bardzo wyraźnie śmiech a może i słowa leśniczego. Obydwu ogarnął strach. Bez zastanowienia, przerażeni jak sztubacy przyłapani z papierosami w ustach, zanurkowali w głąb lasu, aby uniknąć ujęcia przez ochroniarzy rządu. Z tyłu dobiegł ich silny kobiecy głos: – Nie myślcie sobie, gnojki, że wam daruję! Dorwiemy was jeszcze! Nie martwcie się! Sekundę potem, bardziej domyślili się niż słyszeli, kobieta wydawała polecenia ochroniarzom.

Po obłąkańczym biegu przed siebie ślepo przez las, kiedy poczuli się w miarę bezpiecznie, ochłonęli z emocji i zatrzymali się. Mistrza ogarnęło uniesienie, poczucie triumfu, prawie szczęścia. Był wdzięczny przewodnikowi za lekarstwo i zaciągnięcie go do lasu. To, co widzieli i słyszeli, wzbogaciło jego pogląd na rzeczywistość i wzmogło determinację dalszych poszukiwań. Postanowił wrócić jeszcze do obozu rządowego, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Czuł, że kryją się tam ważne tajemnice.

Michael Tequila w księgarniachhttps://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 60: Kto okrada państwo? Sefardi wyrusza do Casi.

Informacja była poufna: Barras Blawatsky i jego najbliżsi współpracownicy spotykają się po cichu w prywatnym survivalowym ośrodku szkoleniowym ukrytym głęboko w lasach. Sefardi podjął natychmiastową decyzję wyjazdu. Poprzez zaufanego członka z lokalnego fan clubu wynajął przewodnika, byłego leśniczego. Ostrzeżono go, że bywa prostacki i wulgarny, ale jest skuteczny. W dodatku, ryzykując wiele, brał niewygórowaną opłatę za swoje usługi.

– Jest po naszej stronie. – Podkreślił człowiek z fan clubu, sugerując, że może warto byłoby zebrać więcej informacji o przewodniku.

Wulgaryści brutalnie sprowadzali zagadnienie do pytania, kto i jak okrada kraj. Oskarżano o to różne grupy nacisku, włącznie z organizacjami lobbingowymi, „dbającymi wyłącznie o interesy swoich zleceniodawców i okradających kraj poprzez zawyżanie kosztów, ukrywanie dochodów i unikanie podatków”. Najczęściej wymieniano jednak masonów, twierdząc, że wszędzie mają swoich przedstawicieli, nawet w toaletach publicznych, i są „niesamowicie wyrafinowali i wytrwali, ćwicząc do upadłego sprawność przemawiania, przekonywania i odpierania argumentów”. Sefardi ignorował takie bzdury i uproszczenia.

Sprawa wypłynęła jak zwykle na spotkaniu przy krawężniku. Dyskusja była chaotyczna. Krytykowano liberałów jak i rządzących konserwatystów. Tych ostatnich oskarżano, że udają patriotów, najchętniej pracują nocą, kiedy opozycja jest rozespana i nieuważna, mydlą oczy swoimi gadkami i rozwlekle przemawiają, aby nie dopuścić oponentów do głosu. Przy okazji rząd oskarżano o nepotyzm, zatrudnianie rodzin i przyjaciół na wysokich stanowiskach, przekupywanie posłów opozycji i kolesiostwo. Przewodniczący zebrania uznał dyskusję za nieproduktywną jałową i zaproponował jej zakończenie. Uczestnicy zgodzili się jedynie, że w rządzie istnieje utajniona grupa ludzi, którzy okradają państwo. Kim konkretnie byli ci ludzie i jakimi metodami działali, nie wyjaśniono.

W parlamencie Konserwa wyśmiewała stawiane jej zarzuty. W ostrej wymianie zdań, jej przedstawiciele szyderczo zaproponowali dopisanie do słownika parlamentarnego wyrażeń takich jak żłób, nieposkromiona chciwość władzy, szalbierstwo, stanowisko prezesa dla prostej sprzątaczki, mnożenie wiceprezesów i premie świąteczne.

*****

Cel wyjazdu Sefardiego do Casi był prosty: dowiedzieć się, co robią członkowie rządu w ukrytym na odludziu ośrodku survivalowym. Sefardi podejrzewał, że ich spotkania mają związek z powiększającą się dziurą budżetową. Był to gorący temat, drugim było bogacenie się Abenaki. Zaśmiał się, kiedy przyszło mu do głowy, że nazwa koncernu brzmi jak imię japońskiej kobiety. – Abenaki! – powtórzył kilka razy. Tkwił w sprawie po uszy.

Po przyjeździe do Casi Mistrz udał się śpiesznie do wynajętej prywatnie kwatery. Pilnował się, czy ktoś go nie śledzi. Na miejscu sprawdził tylko drzwi i okna, rozpakował walizkę i wziął prysznic. Potrzebował wypocząć. Z przewodnikiem zamierzał skontaktować się później, kiedy będzie w pełni sił. Wynajmujący mu pokój właściciele domu, małżeństwo z psem myśliwskim, u których się zatrzymał, nie znali jego tożsamości ani celu wizyty. Wiedzieli tylko tyle, ile im powiedział: przyjechał do Casi, aby wypocząć spacerując i napawając się urokami lasu.

Popołudnie przyniosło niespodziankę, uniemożliwiając Mistrzowi sjestę. Nieoczekiwanie zgłosił się przewodnik i zaczął go przekonywać, aby natychmiast udać się do lasu, gdzie dzieją się przedziwne rzeczy.

– Czas nam wyjątkowo sprzyja. Zbliża się wieczór i narasta mgła. Od czasu do czasu przechodzi mżawka. To ułatwia poruszanie się bez zwracania czyjejkolwiek uwagi. Zobaczy pan coś zaskakującego, czego nikt nie spodziewa się w lesie. Będzie mi pan za to dziękować. – Stwierdził usprawiedliwiająco zauważając grymas niechęci na twarzy gościa niechętnego zagłębić się natychmiast w mroczny las w czasie złej pogody.

Przewodnik okazał się młodym i szczupłym mężczyzną. Sefardi patrzył na niego z podejrzliwością, gdyż oczekiwał starszego i raczej tęgiego mężczyzny. Kiedy o tym wspomniał, przybysz potwierdził, że był dużo tęższy, lecz stracił na wadze dzięki intensywnym ćwiczeniom fizycznym i ograniczaniu posiłków. Dostrzegając na twarzy Sefardiego cień zwątpienia wyjaśnił, że rodzina jego byłej żony rozpowszechnia o nim podłe plotki i pogłoski.

– Tutaj ludzie chętnie kłamią, szczególnie alkoholicy i degeneraci, całe to potomstwo ubóstwa, ograniczeń i tępoty. – Mężczyzna uniósł się. – To dlatego tajne obozy survivalowe rozpanoszyły się po lasach. Mało kto o nich wie, bo okoliczni mieszkańcy ukrywają prawdę. Organizatorzy obozów i dostawcy zaopatrzenia zmuszają ich do tego. Pracownicy są wyrzucani z pracy lub szantażowani, jeśli coś wspomną na ten temat. Panuje powszechny strach. Kłamstwo dezorientuje wszystkich. Może pan mówić o sobie, że jest pan rewolucjonistą i tak panu nikt nie uwierzy.

Sefardi nie słuchał przewodnika. Uważał, że przesadza lub zmyśla, zastanawianie się nad jego wynurzeniami odłożył na później. Był trochę przeziębiony i rozmawiając kichał od czasu do czasu. Gość wyciągnął zza pazuchy piersiówkę i nalał z niej jakiś alkohol do dwóch metalowych kieliszków, stanowiących nasadkę. Niezrażony odmową natychmiastowego udania się do lasu, przekonywał Sefardi do zmiany planu. Kiedy ten kichnął, podał mu kieliszek wyjaśniając, że jest to lekarstwo.

– Nie jest mocne, choć jest na spirytusie. Kicha pan, to lepiej chronić się przed przeziębieniem i lub inną zarazą. Wilgoć na tym bagiennym terenie, zwłaszcza w lesie, bywa zabójcza dla ludzi z miasta.

Mistrz był nieufny. Chciał wiedzieć, co to za specyfik.

– Lekarstwo. Niech pan wypije. O razu poczuje się pan lepiej. To moja własna nalewka i to dobrego gatunku. – Wyjaśnił leśniczy, po czym duszkiem wychylił swój kieliszek i wstrząsnął głową.

– Gdybyś wiedział, człowieku, co to za piorunująca mieszanka, to nigdy nie wziąłbyś tego do ust. – Pomyślał niechętnie o Sefardim, gdyż nalewka zrobiona była z dzikich owoców leśnych z dodatkiem narkotyku podrzuconego mu przez znajomego celnika.

Mistrz poczuł się znacznie lepiej po wypiciu kieliszka. Wróciła mu wiara w siebie, animusz i chęć działania. Był gotów przyznać, że lekarstwo mu pomogło, gdyby nie perspektywa mrocznego, przesiąkniętego wilgocią lasu. Ostatecznie zdecydował się wyruszyć na wyprawę.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 59: Miłość i wolność na rozdrożu.

Spotkali się w biurze Anastazji Godano. Na ścianach wisiały wielkie kolorowe zdjęcia pogrzebów znanych osobistości i szarych ludzi.

– Mój zakład nie czyni różnicy między ludźmi, gdyż śmierć wszystkich traktuje jednakowo. Po prostu zrównuje – wyjaśniła właścicielka strzepując malutki kłaczek pajęczyny z ramy dużego kolorowego obrazu. Popatrzyła na Sefardiego gotowa wysłuchać, co ma do powiedzenia.

Opowiedział jej dziwaczne, nocne widzenie pogrzebu. Wysłuchała go z uwagą. Wolała, aby kolejny raz nie przekonywał jej do swoich racji. Poczuła zamęt w głowie i niepewność w kolanach, kiedy zdała sobie sprawę, że dla niej, kobiety doświadczonej boleścią setek pogrzebów jego plan był fanaberią, dziwacznym i niepotrzebnym pragnieniem wyrwania się ze społeczności, którą dobrze znał i która znała jego, i zburzeniem ich dobrego samopoczucia. Równocześnie była prawie pewna, że jego przykład utoruje drogę śmiałkom, że pojawią się oni wkrótce i pójdą w jego ślady. Jego plan nie naruszał dobrych zasad i wartości obywatelskich, obecnych od wieków, takich jak sprawiedliwość, wolność, uczciwość czy niezależność. Nikomu niczego nie odbierał, nikogo nie krzywdził swoją odmiennością. Zmieniał tylko formę pogrzebu, a nie jego istotę. Spojrzeli sobie w oczy i uśmiechnęli się równocześnie, łagodząc napięcie. Poczuli w sobie zdolność neutralizowania sytuacji, która każdej parze może wymknąć się spod kontroli.

Sefardi usiadł wygodniej na krześle. Chciał wytłumaczyć Anastazji i przekonać ją, że to tylko sprawa czasu, kiedy pogrzeby będą traktowane jak każda inna impreza rozrywkowa, mecz sportowy, koncert lub podobne widowisko. Tylko osoby, którym zmarły był bliski, będą traktować pogrzeb inaczej. Pozostali, dziesiątki, setki a nawet tysiące osób, będą oglądać go jak imprezę rozrywkową. Coraz więcej ludzi będzie to robić. Nie będą chcieli iść na pogrzeb, ponieważ będą mogli obejrzeć go w telewizji, na komputerze lub smartfonie. Chciał też jej powiedzieć, że on, Sefardi Baroka, ma szczególne prawa, ponieważ jest znanym wynalazcą i indywidualnością, tak jak rozumieją to Anglosasi, dla których jednostka wyróżniająca się z tłumu to ktoś niezwykły i ważny.

Pomyślał, że powinna zaakceptować jego plan właśnie dlatego, że przysługują mu specjalne przywileje, ludzie go szanują, wyróżniają, niektórzy nawet uwielbiają. Mógł pozwolić sobie na rzeczy, jakie innym nie uszłyby na sucho: być oryginałem, pozytywnym dziwakiem, podobnym do wybitnego malarza, który umieszczał nagie stopy w miednicy z wodą i siedział z kotletem na głowie w trakcie wykładu dla studentów. Akceptowano go, bo był geniuszem. Wprawdzie on, Sefardi, nie uważał siebie za geniusza, to jednak z pewnością był doskonałym zegarmistrzem i wynalazcą. Tego nikt nie mógł mu odmówić. Tyle razy go wyróżniano. Podsumował to głośno stwierdzając, że ma prawo zorganizować sobie pogrzeb, który będzie jak najlepsza powieść, po prostu fantastyczny.

Anastazja przyjrzała mu się uważnie. To, co mówił, miało ręce i nogi, było przekonywujące. Sama nie zrobiłaby tego, co planował, ale uznała jego prawo do ekstrawagancji.

– To nie wszystko – Sefardi poczuł w sobie siłę perswazji. – Bądźmy świadomi, że nastały czasy hedonizmu, życia dla przyjemności, choć nie wszyscy jeszcze przyswoili sobie ten pogląd. Wcześniej nie było to możliwe, bo ludzie byli zbyt ubodzy. Nie było ich stać na przyjemności. Dzisiaj jest inaczej i ja pragnę to wykorzystać.

– Co jeszcze wymyśliłeś, Sefardi? Dobrze to sobie poukładałeś w głowie, dorobiłeś ideologię. – Słowa kobiety brzmiały poważnie. Sefardi wyczuł w nich żal z odrobiną szyderstwa, delikatnego, mimo to zauważalnego.

– To nie jest ideologia, tylko obraz narastającej teraźniejszości. Wiesz, ilu na świecie jest miliarderów, tych, którzy mają ponad miliard dolarów? Nie milion dolarów, a miliard! Mnie wystarczy kilkaset tysięcy, aby zafundować społeczeństwu imprezę na cztery fajerki. To tylko kwestia wyobraźni i odwagi. Przez lata kochałem innych, choć oni mnie nie kochali, teraz pokochałem siebie. Czy to znaczy, że jestem egoistą? Absolutnie nie! Nie zaniedbuję rodziny. Zostawiam jej dużo, przede wszystkim prawa autorskie do moich wynalazków. I do sławy. Stoją za tym pieniądze, o których wiele osób mogłoby jedynie marzyć. Nie jestem egoistą, jestem najwyżej narcyzem. Kiedy przyglądam się sobie w lustrze, widzę buntownika, starzejącego się wesołka, zwariowany produkt współczesności. Taki właśnie jestem ja, Sefardi Baroka, i tak zamierzam pokazać się w telewizji, w prasie i w Internecie.

Sefardi zamilkł, czując, że za bardzo dał się ponieść uczuciom, przestraszył się, że wzleci jak nadęty balon. Wolał tego uniknąć, nigdy wcześniej tak się nie zachowywał, to nie był jego styl, nie leżało to w jego charakterze. Niepewny spojrzał na Anastazję. Jego oczy zdawały się pytać: – Co sądzisz o tym, kochanie?

Anastazja nie wyraziła żadnej opinii, zaakceptowała tylko to, co wyjaśnił. Wyglądała na przekonaną. Po chwili dodała niepewnie: – Mam tylko jedno pytanie. A co z tradycją? Zawsze podkreślałeś znaczenie tradycji. Chcesz teraz wyłamać się z niej?

– Nie! – odpowiedział. Jego oczy skierowały się w górę, jakby szukał tam pomocy lub kryjówki. Ręką oparł się mocniej o krzesło, przy który stał już od kilku minut. – Myślałem nad tym. Niektóre tradycje są dobre, inne są przegrane, skazane na stracenie. Nie niszczę żadnych tradycji, one same ulegają erozji pod presją czasu i zmian. Robię tylko wyłom w tradycjach pogrzebowych. To kwestia mojego, swobodnego wyboru. Mógłbym powiedzieć ludziom: Uznaliście mnie za celebrytę, więc teraz macie, co chcecie.

Niespodziewanie przerwał i zapytał ni z tego, ni z owego: – Co byś się napiła? Bo ja zafunduję sobie gin and tonic. Zaschło mi w gardle.

Anastazja nie wyglądała na zaskoczoną. Wybrała czerwone wino. Chwilę później doszły ją przekleństwa z kuchni, gdzie stała lodówka.

– Coś mu upadło lub wylało się – pomyślała, zastanawiając się, co to mogło być. Nie zdziwiło ją to, wiedziała, że nie znosił drobnych niepowodzeń, niezgrabności, jakie zdarzały mu się coraz częściej. Z rąk wypadały mu długopisy i sztućce kuchenne, wylewała się herbata z kubka, przewracał kieliszek z winem, on sam niespodziewanie uderzał ramieniem o framugę drzwi. Jego mózg prawdopodobnie źle oceniał odległość i zapominał, co miał zrobić lub czego nie robić. Sefardi wściekał się wtedy, wybuchał przekleństwami. Nie potrafił zaakceptować przejawów starzenia się. Rozumiał dobrze, że jest ono nieuniknione, ale nie mógł pogodzić się z nim także dlatego, że zawsze dbał o sprawność, chcąc zasłużyć sobie na łaskę dobrego samopoczucia, jakiej oczekiwał, a która nie nadeszła w rozsądnym wymiarze. Była to jedna z wielu przyczyn jego decyzji, pokazania sobie, ludziom i Bogu, że nie jest całkowitym nieudacznikiem, który się zjawia, kiedy dopada go depresja. Wrócił uśmiechnięty i wyraźnie zadowolony. Na tacy niósł dwa kieliszki.

– Z czego tak się cieszysz? – zapytała go Anastazja.

– Ze wszystkiego. Zaraz wypijemy za powodzenie, twoje i moje, jesteś przecież moją wspólniczką. Piję także za piękne udo, które obnażyło się spod sukienki.

– Ty bezwstydniku. Idź precz, szatanie! – Zaczęła śmiać się, radośnie, spontanicznie, jak dziecko. Jej radość, zupełnie nagle, bez ostrzeżenia, przeszła w szloch, bolesny spazm rozpaczy, kiedy zdała sobie sprawę, że stojący przed nią mężczyzna, który w krótkim okresie znajomości stał się jej niezwykle bliski, już wkrótce odejdzie na zawsze. Łzy pociekły jej po policzkach. Odwróciła się, aby ukryć rozpacz.

Sefardi widział jej ramiona wstrząsane płaczem, a chwilę potem żałosnym łkaniem. Chciał ją przytulić, pocieszyć, lecz powstrzymał się. Wytłumaczył sobie z niechęcią, że każdy musi przejść własną drogę krzyżową. Ta droga zawsze kojarzyła mu się z nieskończonym cierpieniem. I odkupieniem. Nie wiedział, czy miało to sens w przypadku kobiety, która go zrozumiała i zaakceptowała w chwili najtrudniejszej decyzji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 58: Spotkanie na Placu Concordia

Po wyjściu z restauracji, gdzie spotkał się z przyjaciółmi, Sefardi zauważył wielki falujący tłum po drugiej stronie Placu Concordia. Wiedziony ciekawością podszedł bliżej. Był to wiec poparcia dla rządowego projektu regulacji demograficznej. Wśród zgromadzonych spostrzegł Isabelę; stała oparta ramieniem o drzewo i przysłuchiwała się dyskusji. Ubrana inaczej niż zwykle, w ciemną sukienkę, z naszyjnikiem z pereł i pantoflami na niezbyt wysokim obcasie, wyglądała jakby wracała z teatru lub opery. Opierając się niedbale o pień wydała się mu dużo młodsza i wyższa, przypominała dziewczynę czekającą na chłopaka.

Przyjrzał jej się uważnie. Ubiorem przypominała połyskliwego żurawia koroniastego brodzącego po płyciźnie jeziora, którego widział na wyprawie turystycznej do Afryki Wschodniej, półoswojonego, nieunikającego ludzi. Wrażenie było tak silne, że Sefardi przetarł oczy ze zdumienia. Suknia Isabeli, ciemniejsza na plecach, kontrastowała z nieskazitelnie białymi wyłogami okrywającymi jej ramiona i boki, nabierającymi złoto-brązowego zabarwienia w dolnej partii. Jej włosy były wymyślnie ufryzowane; z boku i z tyłu głowy przykrytej kapeluszem spływały na boki jak miękkie, aksamitno-czarne pióra. Jej policzki pokrywał puder koloru kości słoniowej, oczy otoczone były jasnobłękitnym makijażem. Na odsłoniętej szyi zwisały dwa zwoje jaskrawoczerwonych korali. Uwagę patrzącego przyciągnął kapelusz przypominający pióropusz cienkich połyskliwych piór. Złocąc się w promieniach zachodzącego słońca stwarzały nieodparte wrażenie korony lub diademu. Poniżej krawędzi sukni widoczne były nogi wyszczuplone ciemnymi pończochami, zakończone złotymi pantofelkami na średnim obcasie.

Sefardi przyglądał się urzeczony. Przyszło mu na myśl, że nie jest osobą, ale prawdziwym ptakiem zachowanym w jego wyobraźni. W pewnym momencie Isabela oderwała się od drzewa, wyprostowała się i lekko wzniosła ramię okryte luźnym rękawem sukni. Pozdrawiała kogoś. Wydało mu się, że kobieta rozpoczyna fascynujący taniec zupełnie jak żuraw. Wytwornie wygięła szyję i popatrzyła w kierunku nieznanego mężczyzny, po czym obróciła się i zniknęła za grupką młodych krzykliwych osób.

Kiedy wspomniał o jej wyglądzie następnego dnia, zdziwiła się. Zaprzeczyła twierdząc, że nigdy nie miała na sobie takiego stroju. Patrzyła na niego szelmowsko, z ukosa, zachowując wyraz powagi na twarzy. Sefardi pomyślał, że drwi sobie z niego. Oddaliła się w głąb mieszkania, zanim zdążył zareagować, cokolwiek powiedzieć lub choćby przyjrzeć się jej dla upewnienia się, że poprzedniego dnia to też była ona, a nie inna łudząco podobna kobieta.

Jeszcze tego samego dnia, po południu, kiedy przyniosła mu herbatę do gabinetu, Sefardi nie omieszkał nawiązać do wiecu poparcia rządu i zapytał ją, co tam robiła.

– Nic szczególnego. Przyszłam na spotkanie, bo mnie zaproszono.

– Jest pani zwolenniczką Blawatsky’ego?

– Dlaczego miałabym być? – Odpowiedziała wyzywająco pytaniem na pytanie.

– Kiedyś była pani na spotkaniu z przywódcą Partii Liberalnej, opozycyjnej wobec Barrasa, a kiedy indziej na wiecu wyborczym Partii Komunistycznej Nomadii, choć to żadna partia, tylko grupka zagubionych ludzi.

Nie wypierała się związku z żadną partią. Poszła, bo była ciekawa, co oni myślą i proponują, chciała wiedzieć, co się dzieje wokół, aby nie dać sobie wcisnąć kitu, kiedy przyjdzie czas głosowania do parlamentu, referendum lub wyborów do władz lokalnych.

Na pytanie, co sądzi o partii Barrasa i o nim samym, odpowiedziała, że mają sporo racji, ale tak naprawdę to interesuje ich tylko władza i takie zmiany w kraju, które będą sprzyjać ich ciemnym interesom i umacniać ich poglądy. – Gubernator Barras mało mówi, lecz dobrze manipuluje opinią publiczną – zakończyła niechętnie.

Poglądy Isabeli zaskoczyły Sefardiego. Dostrzegł w nich dojrzałość, nieobecną na co dzień. Kiedy odchodziła zastanawiał się, czy rzeczywiście to ją widział poprzedniego dnia i czy ją w ogóle ją zna, mimo że rozmawiał z nią dziesiątki razy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 57: Maski i spór Barras-Sefardi.

Na Placu Centralnym Afary pojawiły się nowe lustra deformujące sylwetkę Sefardiego. W ciągu kilku dni jego nieobecności rządowa prasa nie pozostawiła na nim suchej nitki. Przypisano mu zgubny wpływ na młodych, niedoświadczonych ludzi, odwracanie swoimi wynalazkami uwagi od spraw dzieci i rodziny, a w dodatku zachęcanie ich do konsumpcji dóbr luksusowych.

Wynalazca postanowił nie pozostać dłużny gubernatorowi. Czekał na okazję. Kiedy otrzymał zaproszenie do zwiedzenia zakładu wyrobów gumowych i środków pirotechnicznych, nie miał jeszcze żadnego planu. Zaproszenie dostarczył goniec firmy, mężczyzna o skromnej posturze i twarzy tak nabrzmiałej czerwienią, jakby zaraz miała wybuchnąć. Zapraszającym był członek Fan Clubu Sefardiego, miłośnik jego twórczości, niejaki Asturias. Zachęcał Sefardiego do odwiedzenia swojego zakładu w dowolnym czasie obiecując niespodziankę. – Będzie dla mnie zaszczytem osobiście oprowadzić Pana po zakładzie i pokazać nasze osiągnięcia. Jestem pewien, że będzie Pan zadowolony – wykaligrafował odręcznie kończąc wyraźnym podpisem. Zaproszenie miało kształt i wygląd maski ludzkiej twarzy.

*****

Zakład mieścił się w budynkach dawnej manufaktury dywanów. Zaraz za bramą wjazdową, na której figurował wielki napis „Bania Spółka Rodzinna”, z niskiego fundamentu po lewej stronie drogi wewnętrznej wyrastał wielki komin; wyglądał, jakby zaraz miał zacząć dymić. Za nim rozciągał się długi budynek z przybrudzonej czerwonej cegły z frontową ścianą wypełnioną drobnymi oknami. Była to hala produkcyjna. Wewnątrz siedzieli w długim rzędzie pracownicy ubrani w białe fartuchy i sprawdzali gumowe maski przesuwające się przed nimi na taśmie. Dalsze pomieszczenie służyło za suszarnię. Rozwieszone na dolnym fragmencie ściany maski imitowały twarz Barrasa. Był to ten sam wizerunek, ale w wersjach demonstrujących różne uczucia: gniewu, zdziwienia, strachu, smutku i radości. Sefardi nie krył zaskoczenia.

Właściciel zakładu wyjaśnił, że maski cieszą się szczególną popularnością wśród młodzieży, ale nie tylko. Męski i żeński wizerunek twarzy gubernatora sprzedawał się równie dobrze. Ludzie używali masek na publicznych demonstracjach i wiecach, spotkaniach prywatnych, albo dla zabawy, albo dla demonstracji swych uczuć wobec gubernatora. Co dziwne – wyjaśnił Asturias – nabywały je dwie różne grupy obywateli: zwolennicy szefa rządu w celu okazania mu poparcia, przeciwnicy – w celu ośmieszania go. – Nie sposób to zrozumieć, ale tak jest. Sprawdziliśmy. Ta sama maska może być oceniana w różny sposób. Przez moment Sefardiemu wydawało się, że jego nazwisko brzmi Onegiras. Zwodniczość masek udzieliła się na moment jego własnej pamięci.

– Czy produkuje pan może podobizny głów zwierząt przypominające głowę człowieka? – Pytanie Sefardiego podobało się Asturiasowi. Zbliżała się pora obiadowa i właściciel firmy zaprosił gościa do pobliskiej restauracji dla przedyskutowania pomysłu.

Kilka dni później na ulicach pojawiły się „zwierzęce twarze gubernatora”. Były to egzemplarze próbne: dwa zwierzątka, żaba i lis, które po nadmuchaniu powiększały się do rozmiarów ludzkiej głowy. Doskonale przypominały twarz gubernatora w obszarze oczu, nosa i ust.

Zabawa z gumowymi zwierzątkami szalenie się podobała. Po kilku dniach we wszystkich zakątkach stolicy setki dzieci dmuchały ustnie, pompkami rowerowymi lub elektrycznymi, nowe, wciąż ulepszane wersje zwierząt z podobizną gubernatora, do której dodano wizerunki czołowych postaci jego gabinetu. Zwierzątka były poruszane małym urządzeniem na bateryjkę, skakały do przodu, niektóre wydawały ostre piski, rechot lub naśladowały śmiech Barrasa. Asturias wprowadził wkrótce innowacje; niektóre zwierzątka po zderzeniu ze ścianą przyklejały się do niej, inne wybuchały jak przekłute balony, jeszcze inne rozpadały się w powietrzu zostawiając niemiły zapach.

Produkty zostały zakwestionowane jako obrażające godność osobistą gubernatora. Rząd nie czekając na wyrok sądu uznał zabawki za pozbawione gustu, obrażające uczucia publiczne, a zabawę nimi za perwersyjną rozrywkę propagandową inspirowaną przez opozycję i wydał zakaz ich produkcji. Wkrótce produkcję i publiczne demonstrowanie także masek z podobizna gubernatora uznano za działalność antypaństwową.

Zakaz i nałożone kary wywołały sabotaż. Nieznani sprawcy wypuszczali w miejscach publicznych nowe, udoskonalone zwierzaki i eksplodowali je na odległość, kiedy zbliżał się policjant, strażnik miejski lub inny przedstawiciel władzy. Śledztwo okazało się trudne. Policji nie udało się udowodnić, kto zlecał, sponsorował lub opłacał produkcję lub dystrybucję. Wszyscy oskarżeni tłumaczyli się, że kupowali zabawki na bazarze, rynku lub lokalnym targu. Sprzedający natychmiast znikali ze sceny lub wymieniali się niepostrzeżenie po sprzedaży małej ilości egzemplarzy. 

Napięcie między Gubernatorem a Mistrzem stało się sprawą publiczną, kłopotliwą dla obydwu. Pojawili się mediatorzy, usiłujący załagodzić spór i zaproponowali, aby zainteresowani spotkali się i spróbowali dość do porozumienia. Nie była to inicjatywa ani Gubernatora, ani Mistrza, ale anonimowej wysokiej osobistości Kościoła Hierarchicznego, niemogącej pogodzić się z tym, że dwaj znani obywatele walczą ze sobą.

Wedle informacji prasowych, Mistrz oskarżał Barrasa o niszczenie sztuki i tradycji zegarmistrzostwa, zegara tradycyjnego oraz o wyrażanie krytycznych opinii o branży i o nim samym. Nie był to pogląd kompletny, gdyż spór był znacznie głębszy. Rzecznik rządu twierdził, że oskarżenia Sefardiego są całkowicie niesłuszne, ponieważ gubernator Barras nie jest przeciwnikiem sztuki zegarmistrzowskiej, rozumie i docenia osiągnięcia Mistrza Baroki, tylko inaczej widzi przyszłość zegarmistrzostwa w Nomadii; nie jako supernowoczesną technologię, lecz jako specjalizację zawodową opartą na tradycji. – Nasza tradycja zegarmistrzowska ma i będzie miała wielkie znaczenie także w przyszłości, ponieważ jest fundamentem tożsamości narodowej – kilkakrotnie powtarzał rzecznik gubernatora.

Do spotkania długi czas nie dochodziło, ponieważ gubernator był niezwykle zajęty. W odpowiedzi na nieustępliwość Barrasa, Sefardi skonstruował zegarek prześmiewczy. Na jednej połowie cyferblatu pokazywał on czas uniwersalny, a na drugiej czas Barrasa. Przesunięcie daty o jeden dzień do przodu na skali zegarka uniwersalnego, powodowało cofnięcie daty o jeden dzień na drugiej skali. Jedna część cyferblatu wskazywała czas posuwający się do przodu, druga cofający się.

Spotkanie nie doprowadziło do porozumienia, ani nawet zbliżenia stanowisk. Mężczyźni rozstali się chłodno.

– Mamy dwa różne charaktery. – Wyjaśniał Sefardi w gronie przyjaciół. – Jego zegarek wskazuje przeszłość, mój teraźniejszość. Ja patrzę w przód, on ogląda się za siebie, do tyłu. Ja chciałbym, aby społeczeństwo było nowoczesne i postępowe, on, aby trwało w historii i tradycji. Nic na to nie poradzimy, mamy oczy z przeciwnej strony głowy i w związku z tym zupełnie inne wizje świata. Rzecznik rządu, do którego dotarła ta informacja, odpowiedział, że sytuacja jest dokładnie odwrotna.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 56: Straszny sen Sefardiego.

Po kilku dyskusjach spiskowcy doszli do porozumienia, co i jak należy uczynić, aby pogrzeb udał się pod każdym względem. Kiedy już wszystko ustalili, Sefardi zaśmiał się niefrasobliwie jak dziecko. Zdarzało się to tylko wtedy, kiedy naprawdę coś go zachwyciło.

Założenie było proste. Pogrzeb miał dostarczyć rozrywki jego uczestnikom i ludziom, którzy będą go oglądać w telewizji i na nagraniach video. Sefardi wyjaśniał to ożywiony. Dla Anastazji było nie do pojęcia, że wkrótce ten człowiek przestanie istnieć. Miała wrażenie, że uczestnicy w czymś nieprzyzwoitym, nawet zbrodniczym. Nie usiłowała już nawet wyperswadować mu szalonego pomysłu, bo i tak postawiłby na swoim, wybierając inną firmę pogrzebową.

– Tobie to łatwo mówić – podjęła kobieta – dla ciebie to będzie koniec wszystkiego, ale ja zostanę z bólem i kłopotami. Jestem przecież twoją wspólniczką. Będą prowadzić śledztwo i mnie szarpać pytaniami i podejrzeniami, a może nawet i oskarżeniami. – Jaka była pani rola? Co pani wie o tym czy o tamtym? Dlaczego pomagała pani denatowi w popełnieniu samobójstwa?

Sefardi nic nie odpowiedział. Miała swoją rację. On też miał swoją rację, nie odzywał się więc, czekał, aż wyrzuci z siebie żale, wygada się i uspokoi.

Najmniej czasu poświęcili na personalizację pogrzebu, nadanie mu cech specyficznie związanych z osobą zmarłego. Stawało się to coraz bardziej popularne, było modne. Rozmawiali o kwestiach takich jak video, kolaż zdjęć, muzyka, memorabilia w rodzaju ulubionych zegarków czy wydanej powieści.

*****

Następnego dnia obudził Sefardiego głos fanfar, uporczywy i głośny jak maszyna piekielna. Wstał z łóżka i wyjrzał przez okno. W mieście trwała jakaś wielka uroczystość. Był zbyt śpiący, aby go to zainteresowało. Wrócił do łóżka. Znowu zapadł w sen, lecz pokrzepienie nie trwało długo. Kiedy się obudził, zobaczył siebie stojącego w tłumie przy głównej ulicy miasta czekającego na przejazd karawanu. Wiedział dokładnie jak on wygląda, był tylko ciekaw, jak wygląda w ruchu, ciągniony przez ogiery, które sam wybrał w stadninie koni. Stał cierpliwe w cieniu drzewa, ponieważ słońce przygrzewało. Wolał także, aby nikt go nie zobaczył. Wreszcie pojazd ukazał się. Jechał wolno, choć konie ponosiły. Wyglądały jak rumaki z filmu Ben Hur, pyszne, parskające, ubrane w kolorowe czapraki. Piana toczyła im się z pysków. Zachowywały się tak, jakby ruszały na wojnę, rozpierała je energia, wytwór długiej ewolucji, nieprzerwanych ćwiczeń i dobrego wyżywienia.

Mistrz przyglądał im się z ciekawością, nawet z dumą. Skulił się nagle, kiedy z ukosa, z drugiej strony ulicy rozległa się seria strzałów z karabinu maszynowego, potem druga, potem dwie równocześnie. Strzelano w kierunku karawanu, na którym stała urna przymocowana do czarnej, błyszczącej platformy. Posypały się drzazgi i kawałki szkła, pociski uderzały o powierzchnię ulicy odbijając się rykoszetami w kierunku budynków. Na chodnikach wybuchła panika. Obserwatorzy konduktu pogrzebowego i przechodnie rzucili się do ucieczki; ktoś upadł, krzyczał, wkrótce krzyk przerodził się w skowyt bólu i strachu.

– To łajdak! – Krzyknął Sefardi i zaczął rozglądać się dookoła. Sam nie wiedział, czego szuka: kamienia, grubego kija, kawałka metalowego pręta czy może granatu.

– Kogo miał pan na myśli nazywając go łajdakiem? – Z boku pojawił się nieznany, dobrze ubrany mężczyzna.

– Jak to, kogo? Tego drania, Barrasa Blawatsky’ego!

– Jeśli tak, to zgadzam się z panem. – Nieznajomy rzucił się na Sefardiego i zaborczo zaczął go ściskać.

– Zachowuje się jak matka witająca powracającego z wojny syna – pomyślał Sefardi. Zrobiło mu się mdło z wrażenia. Nieznajomy obejmował go energicznie metodą „na niedźwiedzia”. Sefardi zbudził się spocony, stłamszony, ale szczęśliwy, że udało mu się wyrwać maszkarze sennej. Postawił nogi na ziemi, popatrzył na pustą ścianę, z której nie wiadomo, dlaczego spadł obraz, i uspokoił się. Za chwilę myślał już pozytywnie. – Dobrze, że mam bogate sny, bo nie miałbym o czym pisać.

Podsumowanie zamknęło koło marzeń, widziadeł sennych, pragnień i niepokojów człowieka, którego ostatnią misją miało być zakończenie życia w sposób niosący radość rzeszom zwykłych ludzi spragnionych rozrywki. Mistrz udał się do kuchni, aby uczcić szczęśliwe przebudzenie kubkiem mocnej, czarnej kawy bez odrobiny cukru.

Kup książkę z bardzo dobrymi recenzjami dla siebie lub na upominek dla bliskiej osoby: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 55: Spiskowcy i plan pogrzebu.

Swój plan przyśpieszonego zakończenia życia Sefardi zachowywał w ścisłej tajemnicy. Był to plan przewrotny. Jego punktem centralnym, prawdziwym clue programu, był pogrzeb Sefardiego, obliczony na osiągnięcie efektów całkowitego zaskoczenia. Była to najgłębsza część tajemnicy.

Pierwszym krokiem realizacji planu był wybór odpowiedniego zakładu pogrzebowego. Okazało się to niezwykle łatwe, ponieważ zakład taki już istniał i to w idealnej postaci. Sefardi znał od lat jego właścicielkę i dyrektorkę, Anastazję Godano. Przyjaźnił się z nią od lat, żałując, że nie poznał jej wcześniej. Była to szczera i głęboka przyjaźń. Anastazję poznał przypadkowo, bynajmniej nie na pogrzebie, co byłoby naturalnym zbiegiem okoliczności, ale na prelekcji, jaką wygłaszał w muzeum techniki na temat historii pomiaru czasu.

Umówili się w kawiarni na obrzeżu miasta, na tarasie z widokiem na las i małe jezioro, po którym pływały kolorowe kaczki i dostojne białe łabędzie. Oboje lubili otwartą przestrzeń, zieleń i dzikie ptactwo. Wybrali wczesną porę dnia, kiedy w kawiarni nie było jeszcze gości. Sefardi jechał na spotkanie niepewny jego przebiegu i wyniku. Wiedział, że najtrudniej będzie przekonać Anastazję do idei wcześniejszego zakończenia życia. Była osobą rozsądną i jej reakcja na pomysł Sefardiego była raczej łatwa do przewidzenia; był prawie pewny, że kobieta, świadek niejednej tragedii ludzkiej, bólu i cierpienia, nie będzie entuzjastką wyręczania stwórcy w jego odwiecznej roli. Chodziło przecież o eutanazję, wymagającej pomocy drugiej osoby. Liczył jednak na to, że wzajemny szacunek i rozsądek przeważą, jeśli nie od razu, to po kilku dniach rozmów i przemyśleń.

Było pogodnie i słonecznie. Był to ten rodzaj dnia, kiedy wszystko wydaje się łatwiejsze: rozmowa o zdrowym odżywianiu się, zrywanie jabłek, podejmowanie trudnych decyzji, rozwiązywanie konfliktów rodzinnych. Siedząc przy kawie, uzgodnili najpierw ogólny plan, a potem omawiali szczegóły, punkt po punkcie.

Przedsięwzięcie było złożone. Sefardi przygotował scenariusz określający dni i zdarzenia, co będzie wykonywane, w jakiś sposób i przez kogo. Temat sprowadzał się do jednego, ostatecznego wymiaru – pożegnania Sefardiego z życiem, pogrzebu i stypy. Sprawny przebieg zdarzeń wymagał koordynacji i dyscypliny. Nietypową częścią pogrzebu było zapewnienie oprawy teatralnej, inscenizacji zdarzeń, akcesoriów i aktorów, tak jak wymarzył to sobie autor i główny bohater tragedii. Sefardi był postacią pierwszoplanową pod każdym względem. Był autorem scenariusza, reżyserem i producentem spektaklu oraz jego głównym aktorem.

Anastazja zdała sobie sprawę, co oznacza dla niej zgoda na taki plan. Sefardi żądał od niej niemożliwego; że przyłoży ona rękę do jego śmierci, a następnie – jak gdyby nigdy nic – zajmie się jego pogrzebem. Rozumiała i szanowała intencje przyjaciela, który nade wszystko cenił sobie wolność wyboru, ale wzdragała się przed przyjęciem roli, o którą ją prosił, ponieważ darzyła go głębokim uczuciem. Sefardi zasugerował, aby decyzję odłożyła na później. Dał jej czas, licząc na to, że ją przekona.

Od strony organizacyjnej największym wyzwaniem było zachowanie się osób biorących udział w pogrzebie, począwszy od rodziny i zaproszonych gości, poprzez przypadkowych uczestników, orkiestry, mediów publicznych, a skończywszy na koniach ciągnących karawan, którym też przychodzą do łbów różne fanaberie. Sefardi obawiał się w szczególności zachowań swoich wrogów jak i gorących zwolenników. Nie dzielił się tymi obawami z Anastazją. Nie był z nią uczciwy, nie tylko w tym szczególe, obawiając się, że całkowita szczerość może tylko pogorszyć sytuację.

Pogrzeb miał być wydarzeniem o charakterze teatralnym, mimo tragedii, jaką ludzie widzą w rzeczywistej, a nie udawanej śmierci. Sama lista osób uczestniczących w uroczystości była imponująca: księża, biskupi, oficjele i ich ochroniarze, rodzina, przyjaciele i znajomi, pracownicy firmy pogrzebowej i pracownicy cmentarza, prasa, radio i telewizja, woźnica karawanu, w końcu policja i kościelne służby porządkowe. Potencjalnie do gry włączyć się mogli także ludzie Barrasa, chcący wykorzystać pogrzeb, aby się zemścić pośmiertnie na swoim wrogu lub ktoś inny, kto miał na pieńku z Sefardim. Anastazja uznała, że sprawa w ogóle nie jest podobna do Sefardiego, którego znała.

– On chyba oszalał! Coś go napadło! – myślała z przerażeniem, szukając w sobie nadziei, że obłąkany pomysł opuści Sefardiego zanim nastąpi tragedia.

*****

Misterium umierania reżyserował i główną rolę obsadził sam zainteresowany. Mówiąc o tym Sefardi był nad wyraz poważny, jak nigdy. Dla rozładowania napięcia żartował, aby przełamać w Anastazji schematy myślenia o śmierci. Twierdził, że sypialnia, mająca być zarazem sceną i widownią, jest za mała, a widzowie i tak nie są potrzebni, ponieważ ujmowaliby tylko niezwykłości misterium umierania.

Był to teatr dramatu skąpego organizacyjnie. Przygotowanie scenariusza umierania nie mogło być prostsze, ponieważ upraszczanie ma też granice: jedna i ta sama osoba była autorem scenariusza, reżyserem sztuki oraz wykonawcą głównej roli. Całość charakteryzowała prostota obsady aktorskiej i rekwizytów; obejmowały one Sefardiego, Anastazję, łóżko i viagrę. Powściągliwość i bezpretensjonalność sztuki nawiązywała do tragedii starogreckich.

Po sprawdzeniu ostatecznej wersji scenariusza, Sefardi wręczył go Anastazji i podał jej okulary, aby łatwiej było jej czytać tekst z naniesionymi odręcznie poprawkami. Scenariusz był ascetyczny, napisany w czasie teraźniejszym. Nie pozostawiał niedopowiedzeń; wszystko było jasne, przejrzyste, bez półprawd czy niespodzianek. Czytając go, kobieta starała się panować nad emocjami i głosem.

– W akcie miłosnym wszystko jest intensywne i okazałe: gra wstępna, uniesienie partnerów, uczucie zbliżającego się rozstania. Viagra działa zgodnie z planem, bohater odczuwa błogosławione efekty podniecenia. Gra wstępna jest krótka; mężczyzna, w obecności nagiej kochanki i pod wpływem przyjętego leku jest zbyt roznamiętniony, aby trwała ona dłużej. Akt miłosny jest zarazem grą jak i rzeczywistością. Po jego zakończeniu kochankowe leżą w łóżku i odpoczywają, po czym mężczyzna odchodzi do kuchni, gdzie popełnia samobójstwo przyjmując – w tajemnicy przed kochanką – lek wywołujący rozległy zawał serca. Gdyby z jakichkolwiek względów zgon nie nastąpił natychmiast, scena musiałaby być powtórzona. Aktorka, jego partnerka, wie o tym; wcześniej zgodziła się na taką opcję.

W pewnym momencie Anastazja zmarszczyła brwi i wykrzywiła usta.

– To bardzo obcesowy opis. Piszesz, jakbym dokonywała zakupów perfum w outlecie „Markus i Spółka”. Nie udzielam tak łatwo zgody na uczestnictwo w tej grze. – Jesteś łajdakiem – stwierdziła, dodając zaraz szeptem: – kochanym łajdakiem. Przetarła okulary i po chwili czytała dalej.

– Mężczyzna zagłębia się jak szaleniec w ciało kochanki, aż wydaje ona jęk bólu i niepokoju. Pojękiwanie i stękanie pozostają ważnymi składnikami gry aż do momentu zakończenia aktu miłosnego”.

– Chyba trochę przesadziłeś z tym jęczeniem, Sefardi. Będę jęczeć, bo to jest gra, a zarazem prawdziwe przeżycie miłosne, ale orgazm kobiety nie trwa przecież w nieskończoność. Piszesz tak, jakby to miało trwać i trwać. Bądź realistą – Anastazja czekała na reakcję, spodziewając się zaprzeczenia, komentarza lub wyjaśnienia. Milczenie Sefardiego skłoniło ją do kontynuacji czytania. Po zakończeniu poprosiła o wyjaśnienia.

– Musisz mi powiedzieć, jak działa lek wywołujący zawał serca, od którego nie ma ucieczki. Co to jest za lek, jak działa i czy jego użycie pozostawia możliwe do wykrycia ślady. To w przypadku, gdyby ktoś zażądał autopsji po śmierci denata. Przepraszam cię bardzo, fatalnie to określiłam, chodzi oczywiście o głównego bohatera scenariusza, a nie żadnego denata, który jest drętwym określeniem. Chyba powinnam to wiedzieć?

Sefardi odmówił w możliwie najbardziej łagodny sposób. – To nie jest wiedza, którą musisz posiąść. Jakie to zresztą ma znaczenie? Lepiej nawet, abyś tego nie wiedziała w przypadku jakichś nieprzewidzianych okoliczności.

– Jakiejś wpadki, tak? Ty coś wiesz, o czym nie chcesz mi powiedzieć! Ukrywasz to przede mną, choć to właśnie ja ponoszę pełne ryzyko uczestnictwa w twoim samobójstwie. Nie daj Boże, gdyby odkryto, że ci w nim pomagałam, że uczestniczyłam w eutanazji, albo jeszcze gorzej, gdyby padło podejrzenie, że ja ciebie celowo uśmierciłam! Mój Boże, ja tu sobie siedzę i rozmawiam spokojnie z tobą, moim teatralnym i rzeczywistym kochankiem, a tam czekają na mnie lata za kratami!

– Skarbie! Nie ma potrzeby denerwować się. Nie będzie żadnej wpadki. Ten lek nie pozostawia żadnego śladu oprócz symptomów typowych dla zawału serca. Przestudiowałem literaturę wzdłuż i wszerz, i to jest pewne. Wiesz dobrze, że umiem analizować przyczyny i skutki wydarzeń. Bez tego nie byłbym wynalazcą ani pisarzem. Pokłócili się. Wydało jej się podejrzane, że tak bardzo podkreśla konieczność zachowania tajemnicy. Przed opuszczeniem jej tego wieczoru, powtórzył kilka razy. – Najważniejsza jest dyskrecja. Błagam cię o to. Kiedy wyszedł, znalazła na stole czystą kartkę. Odwróciła ją dla sprawdzenia, czy nie ma nic na odwrocie. Był tylko lakoniczny tekst: – Ściśle tajne x 3! Ja będę milczeć jak grób!

Anastazja rozpłakała się. W nocy głęboko zasnęła i spała do samego rana. Zmęczenie wzięło górę nad przeżyciami i emocjami. Mądry organizm wyegzekwował swoją potrzebę.

Trzy dni zajęło Sefardiemu przekonanie Anastazji, że nie ponosi nadmiernego ryzyka jako potajemna kochanka i właścicielka zakładu wykonującego obowiązki związane z pogrzebem klienta zmarłego na zawał serca

Powieść. Laboratorium szyfrowanych uczuć. Cz. 54: Sefardi udoskonala Boga

Było to w nocy. Po raz kolejny, boleśniej niż kiedykolwiek, Sefardi zdał sobie sprawę, że wraz z ostatnim oddechem całkowicie i nieodwołalnie straci wszystko, dom, rodzinę, wspomnienia, miłość, a nade wszystko świadomość i pamięć. Szok gasnącej świadomości był tak wielki, że zawył rozpaczliwie jak konające zwierzę. Było to tak potworne, że usłyszeli go wszyscy domownicy. Nawet Isabela, skłonna do krytyki Sefardiego, rano milczała jak grób, o nic nie pytając ani nie czyniąc najmniejszej wzmianki o jego zachowaniu.

Następnej nocy, po kolejnej próbie nawiązania kontaktu z Bogiem, ustalenia choćby śladu jego istnienia, Sefardi zbuntował się. Był to akt nieskończonej desperacji – buntu przeciwko wszystkiemu, w co wierzył i wiedział o Bogu, w całą prawdę istnienia. Kiedy już raz spojrzał na niego krytycznie, dostrzegł jego liczne zaniedbania. Pierwszym był moment przejścia człowieka z doczesności do wieczności, pojęć tak różnych w rozumieniu i znaczeniu, że nie sposób było je zaakceptować. 

To wszystko spowodowało, że Sefardi sformułował postulaty ulepszeń pod adresem Boga. Po pierwsze uznał, że śmierć człowieka powinna mieć bogatszą oprawę, odbywać się w poczuciu wzniosłości, dumy i zasługi, może nawet w poczuciu bohaterstwa, przy muzyce, i to takiej, którą odchodzący lubi, a nie byle jak, w łóżku, w domu lub w nędznym szpitaliku w stanie podłączenia do urządzenia respiracyjnego. Wyobraził sobie siebie, na wygodnej kanapie, opartego na wielkiej poduszce, w otoczeniu rodziny, z poczuciem dumy, w scenie wręczania mu orderu za udane życie. Chodziło o wzniosłość, dumę dobrych lat, poczucie, że odchodzi w chwale. Krew zaczęła mu żywiej krążyć, serce zabiło mocniej, poczuł skrzydła wyrastające mu u ramion, wznoszące go do najlepszych chwil i wspomnień.

Bóg, podobnie jak kobiety, zawsze sprawiał mu problemy. Nigdy nie mógł ich zrozumieć. Miał wrażenie, a potem nabrał przekonania, że ani On, ani one też go nie rozumieją.

Jego relacje z Bogiem psuły się przez lata. Nie było w tym nic gwałtownego, tylko stopniowe pogarszanie się, kroczek po kroczku. Kiedy Sefardi był dzieckiem, były one doskonałe: poważał i szanował Boga, w okresach świąt religijnych wielbił go, paląc świece, śpiewając nabożne pieśni i uczestnicząc w procesjach dookoła kościoła. Nie zdawał sobie wtedy sprawy, że jest to relacja jednostronna, że to on okazywał zainteresowanie i uczucia wobec Stworzyciela, ten natomiast pozostawał milczący, może nawet i obojętny, w najlepszym wypadku stonowany w okazywaniu mu zrozumienia.

W miarę upływu lat narastały w Sefardim żal i pretensje do Boga, nie jakieś tam znowu wielkie, może nawet bardziej żal i smutek niż pretensje o cokolwiek. Bolało go, że Bóg pozostawał obojętny wobec nadużywania Jego imienia przez ludzi, wycierania sobie Nim ust, niegodziwego powoływania się na Niego w drobnych sprawach, różne ludzkie bluźnierstwa, krzywoprzysięstwa i czynienie krzywdy bliźnim w chwilę po opuszczeniu kościoła.

– Wszyscy, w pierwszym rzędzie duchowni i politycy, wykorzystują Ciebie do głoszenia prawd, które prawdami nie są, do zwalczania swoich przeciwników, mamienia prostych ludzi, a Ty zachowujesz się, jakbyś tego nie widział i nie słyszał – tak wyglądały w przybliżeniu pretensje, jakie Sefardi zgłaszał Stwórcy w ciszy swojej sypialni, chłodnym ogromie kościoła czy niezmiernej zieloności lasu.

Po wielu latach, Sefardi zdał sobie sprawę, że Bóg w ogóle nie reaguje na jego myśli, słowa i prośby, jakby nie były do niego kierowane albo gorzej, jakby go w ogóle nie było. Czuł że obydwaj oddalali się od siebie coraz bardziej, że Bóg stawał się coraz bardziej niekonkretny, rozmywał się. W końcu, kiedy był najbardziej potrzebny, zostawił Sefardiego samemu sobie, na pastwę losu, zagubionego w niezdolności rozumienia spraw i ludzi, a nawet siebie samego. To ostatnie było najgorsze, ponieważ uniemożliwiało mu odczuwanie szczęścia. W końcu Stwórca pozostawił go w totalnej niewiedzy, co stanie się z nim po śmierci i jaki sens ma życie, skoro śmierć wszystko niweczy bez odrobiny namacalności, że coś istnieje po drugiej stronie.

Obojętność Najwyższego zradykalizowała Sefardiego. Nie bez wahań doszedł do wniosku, że Bóg nie jest doskonałością, choćby dlatego, że nieprzerwanie się ukrywa, jakby się wstydził, jakby był zbyt wielki i ważny, aby pokazać się w towarzystwie zwykłego człowieka, a co gorsza, że tworzył rzeczy niedoskonałe, wbrew temu, co o nim powszechnie głoszono. Stało się to oczywiste, kiedy zdał sobie sprawę, że sam jest wybrakowanym tworem bożym. To właśnie wtedy zawładnęły nim najgorsze uczucia: rozpacz, przerażenie i gniew.

Tak ważnych spraw Sefardi nie mógł pozostawić samych sobie. Był na to zbyt przedsiębiorczy i niezależny. Był przecież artystą, znanym wynalazcą i mistrzem. Podjął decyzję udoskonalenia Boga.

Pierwsze kroki były proste: przemyślał sobie kryteria, a następnie zapisał się na warsztat rzeźbiarski, aby nauczyć się podstawowych technik. Będąc teraz samemu twórcą, Sefardi nie ograniczał się, pracował na luzie, był kreatywny. Najpierw ulepił wzorzec z gliny i pozwolił mu wyschnąć. To był pierwszy krok – nadać Najwyższemu cechy fizyczne.

Na drugim etapie zdefiniował cechy osobowości, inaczej mówiąc psychiki Boga. To było bardziej skomplikowane i wymagało więcej czasu. Musiał dużo się naczytać i studiować.

Trzeci etap był najtrudniejszy; chodziło o nadanie Bogu cech duchowych, pierwiastków boskości. Sefardi uznał, że doskonalszy Bóg, niż ten jakiego znał, to taki, który komunikuje się – choćby raz na kilkaset lat – z ludźmi i przekazuje im cząstkę swojej mądrości, a przynajmniej nadziei. Eksperymentując, stworzył poemat o Bogu, krótki, kilkunastosekundowy, po części pochlebczy, ale nie za bardzo, aby poszerzyć swoją wyobraźnię twórczą.

Przyglądając się powstającemu dziełu, doszedł do wniosku, że forma fizyczna Boga nie ma większego znaczenia. Była to istota rodzaju męskiego, przeciętnego wzrostu, dobrze zbudowana, lekkoatletycznej muskulatury, przyjemna w widoku, taka, jaka generalnie ludziom się podoba, sprawia im przyjemność. Trudniejsze było nadanie Bogu cech ideału. Musiał to być ideał praktyczny, łatwy do zrozumienia, inaczej mówiąc, Bóg konkretny, dający się ogarnąć ludzkimi zmysłami. Nad tym myślał najdłużej.

Inni uczestnicy warsztatu przyglądali się jego pracy, oceniali ją, wyrażali wątpliwości, zadawali pytania. Sefardi nie pozostał obojętny. Objaśniał im wątpliwości i odpowiadał na krytyki, jak potrafił najlepiej.

– Co mi z Boga, którego nie mogę ogarnąć myślą, wzrokiem, słuchem czy jakimkolwiek innym zmysłem? Bóg musi być dostępny. Taki, którego można zobaczyć, posłyszeć, nawet dotknąć. Widzieć, że to on, a nie kto inny. Zwykły, a zarazem przerastający ludzkie możliwości i wyobraźnię. Bez takiego Boga ludzie szukają ideałów zastępczych, wodzów, dyktatorów, proroków.

– A co z Jego wiecznością? – Pytanie było zbyt oczywiste, aby się nie pojawiło.

– Bóg musi być niezniszczalny. To warunek konieczny. Może nie wieczny, ale odnawialny, zapewniający ciągłość istnienia lub choćby tylko pamięci. W przeciwnym wypadku ludzie go wykorzystają, będą starać się go unicestwić lub co najmniej ograniczyć. Jest w nas przecież dostatecznie dużo łajdactwa.

W końcu Sefardi podjął próbę ożywienia Boga. Tchnąć w niego życie – był to imperatyw. To jedno mu się nie udało. Zastanawiał się, dlaczego. Doszedł do wniosku, że wyłącznie dlatego, że nie ma narzędzi niezbędnych do dokonania tej sztuki: nie zna początku ani końca, czasu ani przestrzeni, nieskończoności. Rozumiał tylko skończoność ludzkiego życia. Ostatecznie uznał, że dopóki on albo ktokolwiek inny na ziemi, ludzkość jako zwierzęta myślące i czujące, nie zrozumieją tych pojęć, Bóg pozostanie dla nich niedostępny, a oni sami pozostaną zagubieni, ekstremalnie agresywni i niezwykle łagodni, raz głupi, innym razem mądrzy, nieskończenie dobrzy i krańcowo podli. To go uspokoiło. Od tego czasu budził się rano bardziej spokojny i wypoczęty.

Bóg stworzony przez Mistrza okazał się jak najbardziej prawdziwy. Kilkakrotnie zjawiał się w jego sypialni nocą i podejmował rozmowę. Nie były to łatwe rozmowy, ponieważ obydwaj zadawali pytania, na które druga strona nie chciała lub nie umiała odpowiedzieć. Zupełnie jak między ludźmi. Stwórcy podobało się to, że Sefardi nazwał go Bogiem uczłowieczonym. Był bardzo bezpośredni. Mówił zwyczajnym językiem, po ludzku.

– Dotychczas wznosiliście się w górę, w kierunku mego ideału, twierdząc, że jesteście podobni do mnie, na mój wzór i podobieństwo stworzeni, tego rodzaju dyrdymałki, które nigdy by mi przez myśl nie przeszły, patrząc czym mogą być ludzie, to znaczy zarówno wspaniałymi istotami jak i skończonymi łajdakami. Myślę o różnych Hitlerach, Stalinach, Pol Potach i podobnych kreaturach, których święta ziemia musiała i musi znosić. To z pewnością nie byłem ja. Co innego Bóg uczłowieczony: istota bliska człowiekowi, pozytywna, zrozumiała dla każdego, praktyczna na swój sposób. Nie lubię innych określeń, bo tracę na boskości. Dobrze mnie ująłeś.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 53: Spowiedź Sefardiego.

Wnętrze kościoła zaskoczyło wchodzącego chłodną ciszą starych murów i światłem kandelabrów zawieszonych wysoko w górze dla przypomnienia wielkości Boga i małości człowieka. Sefardi poczuł niezmierną powagę marmurowych rzeźb, ozdobnych gzymsów, tablic pamiątkowych o złoconych krawędziach oraz obrazów stanowiących jedno wielkie „memento mori”. Zdał sobie sprawę, że powaga i skupienie są częścią aktu spowiedzi i skruchy. Sceneria była ważna, podobnie jak w powieści. Ukląkł przy konfesjonale i czekał rozmyślając o pisarstwie. Było dla niego tym samym, co spowiedź w kościele: wyznaniem sumienia i aktem wiary autora, dzieleniem się sobą.

– Witam cię, synu! – ksiądz Terrano zaskoczył Sefardiego niecodziennym powitaniem.

W trakcie spowiedzi ksiądz zwracał się do wiernych „synu” lub „córko”. Brzmiało to śmiesznie zwłaszcza wtedy, kiedy ten „syn” czy „córka” byli starsi od „ojca”. Każde kolejne pokolenie wiernych szybko przyzwyczajało się do archaicznej formy spoufalenia. Dla Sefardiego, wynalazcy i pisarza, była to sytuacja zabawna jak i drażniąca, pobudzała jego wyobraźnię. Czuł się petentem wyznającym grzechy przed bożym urzędnikiem, który zadaje pytania i poucza. Spowiedź była dla niego teatrem z dwoma aktorami, formą dramatu, opartego na konwencji religijnej. Przypominała mu minioną dyktaturę, mającą ambicję ukształtowania lepszego społeczeństwa.

– Drogi Amizgao, spowiedniku i przyjacielu! – Słowa Sefardiego zabrzmiały górnolotnie i fałszywie. Nie zamierzał ich powiedzieć. Nie był to udany prolog spowiedzi. Poczuł się sprowokowany. Była w tym i jego wina – chęć pokazania się w roli utalentowanego improwizatora.

– Drogi Amizgao! – Wrócił do naturalności. – Znasz mnie dobrze. Zwracam się do ciebie bezpośrednio, w sposób naturalny jak do przyjaciela, bo nie chcę, aby moja spowiedź była czymś prostacko zwyczajnym, jak to kościół praktykuje wobec maluczkich. Dla mnie taka spowiedź jest przeżytkiem, bo wierni dziś nie potrzebują wyliczania grzechów.

Ksiądz, w pierwszej chwili zaskoczony inwokacją, odzyskał pogodę ducha. Nie mógł powstrzymać się, aby nie odpowiedzieć w podobny sposób. Odwrócił twarz w kierunku kratki, zza której dochodził głos Sefardiego, lecz słowa skierował do Boga.

– Panie, modlę się do ciebie. Oto klęczy przede mną człowiek, którego obdarzyłeś talentem, a on na tym żyznym gruncie wyhodował tupet. Wybaczam mu pychę tutaj, na ziemi i proszę, abyś ty wybaczył mu w niebie. Wiem, że bardziej niż spowiedzi potrzebna jest mu rozmowa, refleksja nad jego zagubieniem, która przyniosłaby ulgę jego niespokojnej duszy.

Ksiądz przerwał, aby zwrócić się do przyjaciela. – Witam cię, Sefardi. Nie martw się o formę powitania. Nie mogłem potraktować ciebie lepiej niż innych, choć zaliczasz siebie do wybrańców. Powiedz, czy nie jest to prawdą?

– Tak, to prawda. – Westchnął mężczyzna. Ale jest to zarozumiałość umiarkowana, nie ma w niej nadmiernej przesady ani kłamstwa. Cieszę się, Amizgao, że to ty mnie spowiadasz, a nie kto inny. Dlatego od razu przyznaję się do winy. Pomyślałem niesłusznie, że zechcesz spowiadać mnie wedle tradycyjnego wzorca, słowami zapożyczonymi z Ewangelii, a nie wedle prostych zasad komunikacji myślącej części społeczeństwa.

– Sądzisz, że ta druga część społeczeństwa nie myśli?

– Tak. Tak właśnie myślę. Nie muszę kłamać.

– Może i masz rację. Dajmy spokój przekomarzaniom. Staram się nie pytać ludzi, kiedy, ile razy i jak zgrzeszyli. Nie jest to potrzebne ani mnie, ani im, ani Bogu. Ważniejsze niż przyznawanie się do czegokolwiek jest zrozumienie siebie samego, swoich wad i słabości. Kiedy człowiek wierzący to potrafi, nie musi iść do konfesjonału, może wyspowiadać się sam, sobie i Bogu, skorygować swoje zachowania i jeśli trzeba, także wyznaczyć sobie pokutę. I może sam ją odbyć w więzieniu własnego serca lub wyjść na wolność, zależnie od wyroku. Jestem pewny, że to rozumiesz, bo masz wyobraźnię.

Sefardi z życzliwością odbierał słowa przyjaciela. Amizgao był księdzem, lecz mówiono o nim, że bardziej jest psychologiem niż namiestnikiem pana Boga, o którym na dobrą sprawę nikt nie miał najmniejszego pojęcia, jaki naprawdę jest. Przypomniał sobie, że w młodości ksiądz miał podobne marzenia jak on sam. Chciał być artystą; aktorem lub reżyserem. Obydwaj znali się od lat i szanowali.

*****

Ksiądz wysłuchał informacji o zamiarze Sefardiego wcześniejszego zakończenia życia, planie czterdziestu dni. Zareagował żywiej niż zawsze.

– Człowieku! Chcesz skrócić sobie życie, ale naprawdę nie rozumiem, dlaczego. Dlatego, że masz wyrzuty sumienia? To nonsens, bo wszyscy ludzie musieliby się pozabijać, gdyby myśleli tak jak ty. Czy oczekujesz, że udzielę ci dyspensy? Oznaczałoby to, że uczestniczę w eutanazji.

– Mam pełne prawo do podejmowania takiej decyzji. Dając mi życie, Bóg dam mi prawo dysponowania moim ciałem. Jedni niszczą je paląc papierosy, nadużywając alkoholu lub zażywając narkotyki, ja wybrałem swoją drogę.

– A co z duszą?

– Popełniając samobójstwo, nie zabijam duszy. Dusza jest przecież nieśmiertelna.

– Jesteś trudnym dyskutantem. Pozwól, że przedstawię ci moją opinię. Nieoficjalną, taką od serca. Jesteś tyranem dla siebie, choć pragniesz być Matką Teresą z Kalkuty, serdeczną, ciepłą i stanowczą w czynieniu dobra. Jesteś znanym wynalazcą, pisarzem i marzycielem, który spełnił marzenia, lecz wciąż marzy o więcej. Ta zachłanność aż wylewa się z ciebie. Mówię to na podstawie uważnych obserwacji. Jesteś zachłanny i niespokojny jak dziecko z ADHD, nadpobudliwe psychicznie i ruchowo, niezdolne do koncentracji, zakłócające natrętnym tupaniem sen sąsiadów z niższego piętra o godzinie szóstej nad ranem, kiedy nawet korytarze śpią. Nie czujesz, że jesteś chory?

Sefardi nie czuł się chory, lecz zgodził się w duchu, że słowa księdza zawierają sporo prawdy, która go męczy i utrudnia mu życie. Ksiądz kontynuował: – Ludzkie życie wedle zamysłu bożego ma być aktywne i sensowne. Ale nie może być wypełnione po brzegi. Mam wrażenie, że zjada cię nadmiar pomysłów. Czujesz się niespełniony. Z trudem wykonujesz dłuższą pracę, przeskakujesz z pomysłu na pomysł, zaczynasz kolejną sprawę nie kończąc pierwszej. A teraz skokiem na taśmę chcesz zakończyć całe swoje życie w ciągu czterdziestu dni! Uważam to za objaw chorobliwej ambicji i braku umiejętności zwykłego odpoczynku.

Sefardi nie przyjął słów księdza do wiadomości. Zbagatelizował je, pomniejszył. – Moja żona też tak uważa. Przypomniała mi ostatnio, że kiedy jeździliśmy na urlop, to ona zabierała ze sobą jedną książkę do czytania, a ja cztery lub pięć. – I żadnej nie kończyłeś. – Tak mi powiedziała.

– Nie ma lepszej diagnozy niż opinia kobiety, która zna ciebie najlepiej. To musi być dla niej męczące; patrzeć na fanaberie męża, którego energia rozłazi się bezproduktywnie w pięciu różnych kierunkach. Wybacz mi twarde słowa.

– Szkodliwości fanaberii, jak ją nazwałeś, nie da się łatwo ocenić. – Sefardi usiłował bronić się. Miał wprawę w roztrząsaniu błahostek. – Przyznaję, że jest to rzecz z pozoru niewinna i śmieszna, w gruncie rzeczy dezorganizująca, niepokojąca i bezproduktywna.

– Jaka jest korzyść z pięciu książek w walizce, jeśli w praktyce nic z tego nie wynika? Dlaczego to robisz? – Ksiądz zadał pytanie oczekując nie odpowiedzi, ale refleksji słuchającego. Zapadło milczenie. – Może on zasnął? Ciężko pracuje, to i może być zmęczony- ksiądz zaniepokoił się. – Czy nie myślisz czasem o zamordowaniu kogoś, Sefardi? – zapytał ni z tego, ni z owego, aby ożywić rozmowę. Spodziewał się, że zakwestionuje sens jego postępowania.

– Mnie? Prawie codziennie. Skończyłem z wynalazczością, jestem teraz pisarzem. Uśmiercanie to prawie mój zawód. Rozmowa zeszła na eutanazję. Sefardi zarzucił księdzu, że ucieka od tego tematu. – Co o niej sądzisz? – tym razem zamierzał uzyskać odpowiedź.

– To męcząca i bardzo kontrowersyjna sprawa. Ludzie patrzą na eutanazję i jedni widzą w niej tylko zło, drudzy tylko dobro. Zbrodnia dla jednych, akt dobroczynności dla drugich – wyjaśnił Amizgao. Nie zamierzał unikać tego tematu. To trudne zagadnienie.

– Czy chciałbyś porozmawiać ze mną o tym?

– Bardzo chętnie, ale nie teraz. Nie mogę. W kolejce do spowiedzi są jeszcze inne owieczki, które uparły się, że będą jadły trawę tylko z mojej ręki.

– Czy to dlatego, że inni spowiednicy oferują im siano?

– Nie bądź zarozumiały, Sefardi. Zadzwoń do mnie któregoś dnia, to umówimy się na rozmowę o eutanazji. Na pewno chcesz mieć głębszy pogląd w tej sprawie. Pisarze mają misję do spełnienia: edukacyjna, moralną, społeczną.

– Czy pisarz jest wybrańcem Boga?

– Jedynie dobry pisarz. Marny jest tylko grafomanem.

– Czy Bóg pogardza grafomaństwem?

– Tego to nie wiem, ale będę się modlić, aby mnie oświecił. Ty chyba grasz ze mną w jakąś sztuczkę, Sefardi? Nie ciągnij mnie za język, bo muszę już kończyć.

– To ja zakończę pierwszy. Poproszę o pokutę.

– Sam sobie ją zadaj! Sięgnij do sumienia i pomyśl, czy w ogóle jej potrzebujesz, czy też wystarczy ci tylko otrzeźwienie i kilka dobrych uczynków. Masz przecież plan czterdziestu dni czynienia dobra.

– Dziękuję ci, Amizgao.

– Bóg z tobą, Sefardi. Następna osoba, proszę. – Ksiądz wychylił się z konfesjonału, aby go słyszano. W kolejce były tylko dwie osoby.

– Coraz mniej ludzi uważa, że błądzi i popełnia grzechy. – Pomyślał i westchnął. Nie odczuwał braku chętnych do spowiedzi; uważał jedynie, że mówienie o sobie było formą terapii coraz bardziej potrzebnej ludziom zagubionym w społeczeństwie dobrobytu.

Michael Tequila w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 52: Ekscesy Abenaki, Sefardi i plan twórczego zakończenia życia.

Mimo spowolnienia gospodarki, firma Abenaki rozwijała się jak szalona. Jej obroty rosły tak szybko, że nie wystarczało miejsca na wykresach dla pokazania pełnego trendu wzrostu. Nomadyjczycy tak przyzwyczaili się do jej sukcesów, że oprócz maklerów giełdowych nikt nie zwracał na nią uwagi aż do momentu, kiedy zarząd giełdy oskarżył ją o podanie zaniżonych obrotów i zysków. Zaczęto analizować szczegóły. Okazało się, że obroty firmy rosły trzykrotnie szybciej niż przeciętne obroty całej branży. Abenaki zwiększała sprzedaż, niszcząc konkurencję niskimi cenami i tak rozległą reklamą swoich produktów, jakby dysponowała nieograniczonymi środkami. Co więcej, organizacje ochrony środowiska donosiły o szkodliwości jej produktów dla środowiska i człowieka.

Mimo poważnych oskarżeń, nikt nie był w stanie udowodnić niczego w sądzie. Firma zatrudniała najlepszych prawników i sprawy wygrywała albo skutecznie je odwlekała. Dziennikarze śledczy głowili się nieprzerwanie, skąd ma ona tyle pieniędzy. Pojawiły się podejrzenia o cichą pomoc ze strony rządu, sugerowano, że firma korzysta z jakichś niejasnych przywilejów, koncesji, dotacji, ulg podatkowych lub specjalnych zleceń. Byli tacy, co podejrzewali, że Abenaki jest wielkim producentem i dystrybutorem narkotyków za cichym przyzwoleniem rządu.

– Bez zewnętrznej pomocy i protekcji nie mieliby takich wyników. Nie ma innego wytłumaczenia. Urząd Kontroli Konkurencji, instytucja państwowa, udaje tylko, że stara się wyjaśnić oskarżenia – argumentowali dziennikarze.

Członkowie zarządu i wysocy funkcjonariusze Abenaki rozbijali się po drogach kosztownymi samochodami i kupowali bajeczne rezydencje z basenami i ogrodami na dachu. Prezes firmy ogrodził swoją rezydencję razem z jeziorem, do którego dotychczas mieli dostęp wszyscy obywatele. Twierdził, że musiał to zrobić, ponieważ złodzieje wykradali mu szczególnie rzadką odmianę karpia królewskiego. Dla uśmierzenia oburzenia publicznego dotyczącego tej sprawy biskup Kościoła Hierarchicznego odprawił trzy msze w prywatnej kaplicy prezesa pod figurą ukrzyżowanego Jezusa wykonaną ze złota i zdobioną rubinami.

Interpelacje opozycji w parlamencie w sprawach powiązań Abenaki z rządem rozpętały w końcu dyskusję narodową. Była ona tak pełna oskarżeń i kontroskarżeń, niuansów, wyjaśnień i zaprzeczeń, protestów i manifestacji, że wszyscy stracili orientację, co jest prawdą, a co kłamstwem.

Tajemnica ubożejącego państwa i bogacącej się wielkiej firmy do niedawna kierowanej przez gubernatora Blawatsky’ego odbierała sen Sefardiemu. Pragnął rozwikłać tę zagadkę za wszelką cenę. Miał poczucie, że nie ma na to za dużo czasu.

*****

Dla Sefardiego był to okres intensywnych kontaktów z księdzem Terrano i z Bogiem. Zamierzał śmiałym ciągiem pozytywnych działań nie tylko wyprostować pogięte fragmenty życia, ale także dać przykład twórczego życia w dojrzałym wieku. Gotów był nawet skrócić je, aby przeżyć je bardziej intensywnie.

Pokazać tylko, jak należy żyć, byłoby to jednak za mało. Wyglądałoby to jak niekompletny wykład. Sefardi-perfekcjonista nie mógł sobie na to pozwolić. Zaprzeczałoby to prawdzie, że człowiek został stworzony przez Boga po to, aby dążyć do doskonałości.

Swój punkt widzenia Sefardi przedstawił swemu najlepszemu przyjacielowi, doradcy i spowiednikowi, księdzu Amizgao.

– W tym jednym zgadzam się z tobą w pełni – Z powagą odparł Amizgao, wyznawca filozofii praktycznej. – Nieskończenie długa ewolucja życia na ziemi, mimo wahań, cofnięć, skrzywień i upadków, świadczy o dążeniu przyrody do doskonałości – ksiądz zjawiał się obok Sefardiego zawsze wtedy, kiedy ten najbardziej go potrzebował. Był jego duchem opiekuńczym. Prymitywny Indianin z urodzenia, szaman znad Amazonki, ostatecznie wyedukowany jako ksiądz i psycholog, Amizgao potrafił przenikać ściany i umysły.

*****

Niezłomne postanowienie wywołało w Sefardim wątpliwości już następnego dnia. Dalsza pomoc księdza okazała się nieunikniona i konieczna. Był jedyną osobą, która mogła mu pomóc: pasjonat psychologii, miłośnik literatury, rzecznik pisarzy i poetów. Także ludzi ubogich, jak często sam podkreślał.

Sefardi sięgnął po telefon i wybrał numer. Czekał, studiując portret „Kobiety w kraciastej czerni” wiszący naprzeciwko na ścianie, dopóki nie usłyszał spokojnego głosu księdza. Konferowali jakiś czas. Sefardi umówił się na spotkanie, aby zrzucić z siebie ostatnie wątpliwości. Nie wiedząc, jak Amizgao zareaguje na jego plan noszący cechy eutanazji, pozostał w niepewności.

Spotkali się na leśnym parkingu, otoczonym barierką z cienkich pni sosen, pozostałości po przecince lasu. Ksiądz zaproponował spacer; przyroda nastrajała go pozytywnie. Był Indianinem i brakowało mu naturalnego otoczenia. Jeśli pogoda sprzyjała, najchętniej wybierał właśnie to miejsce. Idąc, nic nie mówił, tylko słuchał, zerkając w górę, w korony drzew. Stwarzał wrażenie nieobecnego. Odezwał się dopiero po przejściu kilkuset metrów. Mówił powoli, zastanawiając się nad każdym zdaniem.

– Zaplanowałeś samobójstwo, Sefardi. Smuci mnie to oczywiście, bo jesteśmy przyjaciółmi. Uznaję jednak prawo do takiej decyzji, ponieważ twoje życie jest twoją wyłączną własnością. W odróżnieniu od moich braci duchownych, wykluczam z tej decyzji Boga. Ma zbyt wiele spraw na głowie, aby zajmować się każdym z nas. Martwi mnie tylko, czy twoja decyzja nie skrzywdzi osób najbliższych, rodziny i przyjaciół, czy nie poniosą oni konsekwencji. Boję się też, czy nie zechcesz wykorzystać tej sposobności do popełnienia jakiegoś złego czynu, na przykład zemsty. Możesz nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Umysł ludzki jest pokrętny, potrafi oszukać nawet właściciela. Wspominałeś, że masz wrogów. Możesz zechcieć ich wyeliminować. Uśmiercanie nie jest trudne. Pokazują to niezliczone wojny i przypadki milionów zabójstw. Wiesz to doskonale. Ludzie niejednokrotnie zabijają w myśli nawet najbliższe osoby.

Sefardi zastanowił się. Idea nie była obca. Autorzy powieści kryminalnych na przykład zabijali i to z premedytacją, dla czystej satysfakcji czytelników, którzy wynagradzali ich za to kupując ich książki. Coś musiał z tym zrobić. Szybko w myśli znalazł usprawiedliwienie.

– Amizgao to taki sam moralista jak ksiądz Brown Galbraitha, tego anglikańskiego przechrzty na katolicyzm. Sefardi skrzywił się, uznając, że była to nieuczciwa myśl. – Człowiek w mojej sytuacji, w sile wieku, niezależny finansowo, mający siebie za uczciwego, nie powinien mieć takich skojarzeń – upomniał sam siebie.

W drodze powrotnej Amizgao zachęcił przyjaciela do spowiedzi. Niechętnie, nie chcąc sprawić księdzu przykrości, Sefardi przyjął propozycję. Nie był jednak pewien, czy wyzna mu wszystkie grzechy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 51: Procesja na osiedlu Aura.

Raz w roku osiedle Aura organizowało uroczystą procesję dla uczczenia pamięci. Nie chodziło o zwykłą pamięć, ale o Pamięć Przeszłości, pisaną z dużej litery, jak w anglojęzycznych przewodnikach turystycznych. Co zawierała ta przeszłość, nikt nie pamiętał; jej najwcześniejsze wspomnienia zatarły się w ludzkich umysłach.

Gościem honorowym procesji był mężczyzna o cudzoziemskim nazwisku Christo Carrozza. Czy było ono prawdziwe, nikt tego nie wiedział. Mówiono o nim, że jest wielkim bogaczem i niezwykle utalentowanym przywódcą. Wśród zwolenników cieszył się niepoślednim uznaniem i zaufaniem; niejednokrotnie zwracali się do niego mówiąc: Wodzu, prowadź!

Carrozza uczestniczył w procesji każdego roku, przybywał bardzo punktualnie i zawsze szedł w drugim szeregu. Krążyła pogłoska, że był to człowiek nieszczęśliwy, przyjeżdżający tylko dlatego, że na osiedlu mieszkała jego córka jedynaczka. Niektórzy mówili, że była to jego kochanka i że przyjeżdżał on po to, aby w ruinach przeżyć szukać śladów zagubionej miłości. Był małomówny, przeważnie milczał. Jeśli otwierał usta, to głównie ze zdumienia, kiedy zobaczył lub usłyszał coś dziwnego, albo po to, aby kichnąć, co zdarzało się raczej rzadko. Iwan Iwanowicz niezbyt uprzejmie twierdził, że Carrozza kichał, kiedy zapomniał języka w gębie.

Carrozza przyjeżdżał na procesję opancerzonym samochodem w obstawie wysportowanych, ubranych na czarno osiłków, trzymających prawą rękę za lewą pazuchą, w ciemnych okularach, przez które przebijał wzrok wyczuwający najmniejszy ruch w tłumie. Ochroniarze nosili marynarki z połami dyskretnie podpiętymi agrafkami. Kiedy samochód wjeżdżał na osiedle ziemia drżała, przeszywając czekających dreszczem ekscytacji i niepokoju; jedno skrzydło szlabanu dygotało nerwowo jakby doznając spazmów bólu lub rozkoszy. Stojący najbliżej ludzie słyszeli w tym dygotaniu kwilenie, przypominające płacz małego dziecka. Większość świadków wjazdu bogacza odrzucało takie wyjaśnienia, nawet jeśli coś słyszeli, uznając je za niezgodne z zasadami fizyki oraz fizjologii zdrowego samopoczucia.

W pierwszej kolejności witały bogacza dzieci, uwielbiające tajemnicze samochody, monstrualnie opancerzone, z piekielnie czarnymi szybami. O samochodzie wiedziały wszystko: znały jego markę, rok produkcji, wagę, pojemność silnika i szybkostrzelność karabinów maszynowych, choć takich nie było, ale one w nie wierzyły; kiedyś objawił im to kierowca samochodu, kiedy wyszedł na zewnątrz, aby przetrzeć szybę irchową szmatką. Zagadywany o to i owo przez dorosłych nie odpowiadał, pozostając – podobnie jak jego pasażer – milczący i uważny. Konwersował jedynie z dziećmi i to tylko wtedy, kiedy nikt tego nie widział, ponieważ nie chciał przynosić ujmy pryncypałowi, który nade wszystko cenił tajemnicę.

Carrozza ubrany był zawsze tak samo. Niektórzy domyślali się, że to z oszczędności, inni, że nie chce wyróżniać się w tłumie, jeszcze inni, że ma swój styl i charakter. Po wyjściu z pojazdu otrzepywał z lekka ramiona płaszcza lub marynarki, w zależności od tego, jaka była pogoda, po czym włączał się do procesji zajmując centralne miejsce w drugim szeregu. Szedł miarowym krokiem nie rozglądając się na boki, czasem tylko uśmiechając się zagadkowo, jakby dla pogłębienia swojej tajemniczości, która i tak była już niezmierna.

Procesja obchodziła wszystkie budynki na osiedlu. Stały przed nimi wielkie zdjęcia tajemniczego mężczyzny niezwykle podobnego do Carrozzy; ten zatrzymywał się przed nimi, wyraźnie wzruszony możliwością okazania szacunku a może i miłości osobie na zdjęciu. Procesji przewodził jeden lub kilku księży, raz nawet na czele szedł biskup, obficie błogosławiąc wszystkich stojących na drodze. Carrozza przyjmował obojętnie, kto przewodzi procesji, zadowalając się najwyraźniej centralnym miejscem w drugim szeregu.

Jego miejsce w procesji uznawano za przejaw skromności jak i głębokiej rozwagi. Było dostatecznie eksponowane, mężczyzna był dobrze widoczny z przodu i z boków, a równocześnie bezpieczny, gdyż ewentualny atak z zewnątrz raziłby pierwszy szereg wypełniony przez mężczyzn, kobiety i dzieci.

Szóstego maja procesji przyglądał się Sefardi z okna swojego gabinetu na drugim piętrze. Carrozza wydał się mu łudząco podobny do Barrasa, z twarzy i postury. Sefardi uznał to za omam wzrokowy, ponieważ mężczyzna miał inną fryzurę, bardziej w stylu afro niż lokalnym, miał też twarz bardziej pergaminową, suchą, lekko łuszczącą się, choć podobnie okrągłą. W pewnym momencie Mistrz uległ profesjonalnej dewiacji, porównując sylwetkę mężczyzny do szpindla zegarowego tylko dlatego, że zachwyciła go niewzruszona powaga maszerującego, jego nieruchomy wyraz twarzy, rozjaśniany w równych odstępach czasu uśmiechem, wybiegającym z kącików ust ku zewnętrznym krawędziom oczu.

W procesji uczestniczyła masa leciwych osób obu płci, z przewagą kobiet, żyjących dłużej i chętniej dobywających się z mroku mieszkań i apartamentów na światło dzienne. Była to nauka dla młodszych pokoleń, że starość jest niezniszczalna i potrafi zachować religijną świeżość raz zdolność gorącej manifestacji uczuć, niesłusznie przypisywaną tylko dzieciom i młodzieży. Dla osób spoza osiedla Aura procesja miała wymiar statystyczno-religijny, ujawniając rozmiary mas emerytalno-rentowych oraz ich przywiązanie do przywództwa, wiary i Boga.

Z biegiem czasu Carrozza zyskał miano męczennika. Zapytany, co o tym sądzi, odparł, że wcale go to nie dziwi, ponieważ rzeczywiście umartwia się stanem umysłowości narodu, który z jednej strony spełnia jego oczekiwania i pragnienia, z drugiej zaś gardzi nim odrzucając jego szlachetne intencje. Pytany o to, czy jego umartwianie się nie odzwierciedla filipińskiego zwyczaju cierpienia na wzór Jezusa, przez wbijanie sobie haków i kotwiczek w ciało, odparł, że jest to w istocie zwyczaj w pełni chrześcijański, godny upowszechnienia w innych krajach. W naśladowaniu wyznawców Jezusa widział głęboką symbolikę, co skłaniało ludzi do mniemania, że chodzi o świętość pochówku i mogiły, na co Carrozza reagował słowami:

– Nie! Nie! Tu chodzi o świętość zwykłego człowieka, obywatela, takiego jak pan i ja.

Niejasności związane ze Świętym Mężem, za jakiego uznawała go coraz większa rzesza rodaków, doczekały się niejednej dyskusji, także przy krawężniku. Zaczęło się to od oficjalnej rejestracji –”Klubu Wielbicieli Świętego Męża”, którego nazwę dla potrzeb obcokrajowców przetłumaczono jako „Saint Husband Fan Club”. Otwarcie klubu zainaugurował sam Carrozza, określając siebie jako podmiot i przedmiot miłości wszystkich zwolenników prawdy, wiary i tradycji. Słowa te wypowiedział – zauważyły to nawet niechętne mu media – w sposób żartobliwy, świadczący o tym, że będąc już prawie świętym nadal pozostawał człowiekiem z krwi kości, któremu powaga i dostojeństwo są równie bliskie jak humor i serdeczność.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 50: Wspomnienia miłosne i spotkanie w Katakumbach.

Do tematu miłości Isabela wracała niechętnie, może jeszcze raz albo dwa razy. Miała swoją teorię miłości, którą stopniowo dzieliła się z Sefardim. Słuchał jej chętnie, gdyż oprócz pewnej dziwaczności przemawiała przez nią odwieczna kobiecość, płodna i szczera.

– Teraz miłość już mnie mniej interesuje, nie tak, jak dawniej. Może w ogóle mnie nie interesuje? Chyba jestem za stara. – Kiedy to mówiła jej oczy błądziły gdzieś na zewnątrz, po pokoju albo za oknem, połyskując zielenią dalekich nadrzecznych łąk.

– Nie jest pani jeszcze stara, Isabelo. – Mistrz usiłował ją pocieszyć. – Ile pani ma lat? Czterdzieści pięć? Pięćdziesiąt?

Śmiała się, kiedy to mówił, lecz nie korygowała ocen swojego wieku.

Sefardi obserwował ją, jej zachowania i reakcje. Potrafiła go zaskakiwać. W rozmowach zachowywała się niekiedy tak, jakby czas istniał obok niej, nieistotny, bez znaczenia albo w ogóle przestał istnieć. Potrafiła nieoczekiwanie wyłączyć się z rozmowy i zamknąć się w sobie, innym razem głęboko zaangażować się w dyskusję, traktując ją jak wspaniałą zabawę, której oddawała się jak dziecko, szczerze i entuzjastycznie. Nic innego wówczas dla niej nie istniało. To była ona, dziecięco naturalna a zarazem dojrzała.

*****

Pod koniec maja Sefardi spotkał się przy krawężniku z Iwanem Iwanowiczem, Wiktorem i kilku innymi osobami, aby pogadać o wpływie fatalnej pogody na zachowanie się społeczeństwa i jednostki. W spotkaniach uczestniczył regularnie. Przywiązywał do nich wielką wagę, gdyż osiedle Aura reprezentowało miniaturę kraju, odzwierciedlając wszystko, co działo się na zewnątrz. Stały się już tradycją, odbywały się regularnie, raz w tygodniu, przy krawężniku drogi wewnętrznej osiedla, o ile tylko pogoda na to pozwalała. Kiedy padał deszcz organizowano je w podziemnym garażu budynku mieszkalnego o nazwie Katakumby, nawiązującej do spotkań pierwszych chrześcijan.

Tego dnia pogoda była nienośna, mroczne chmury zaciemniały horyzont. Przybywający witali się serdecznie, obejmowali się, całowali się w policzki i ściskali sobie dłonie. Nieliczni, bardziej szarmanccy całowali kobiety w rękę. Nie przyjmowały tego mile, ponieważ było to niehigieniczne, ponadto gubernator lubił całować kobiety w rękę, zwłaszcza leciwe. Mimo, że osiedle reprezentowało mieszankę demograficzną, przez co nazywano ich niekiedy zbieraniną, łączyła ich wspólnota przekonań. Byli zdeklarowanymi zwolennikami nieposkromionej wolności jednostki, krytycznymi wobec rządu, skłonnego ją ograniczać. Rekrutowali się spośród liberałów, wolnomularzy, anarchistów i innych grup społecznych zwanych szumowiną przez przedstawicieli rządu.

Pytany, dlaczego całuje kobiety w rękę, choć to niepraktyczne i niegodne z poziomem ich emancypacji, Gubernator odmawiał odpowiedzi. Kiedyś prywatnie miał wspomnieć, że jest to tradycja rodzinna, że tak od wieków postępowali jego przodkowie. Jego przywiązanie do historii było znamienne. Przeciwnicy polityczni mówili, że żyje w przeszłości, wielbi ją i kiedy tylko może wzoruje się na niej.

Na spotkanie kobiety przyniosły ciasta i herbatniki, mężczyźni zaś alkohol, przeważnie w małych buteleczkach zwanych szczeniaczkami, ewentualnie w piersiówkach, oraz soki. Panowała atmosfera komuny z pierwszych lat chrześcijaństwa, kiedy zebrani dzielili się wiarą w ocalenie mimo otaczającego ich bezprawia i okrucieństwa. Rząd Barrasa podejrzewano, że po cichu inwigiluje zbierających się aktywistów osiedlowych. Za rządów Partii Liberalnej atmosfera niepewności i zagrożenia nie była tak silna.

W czasie przeznaczonym na wolne wnioski głos zabrał Sefardi. Nowym uczestnikom zebrania przedstawił się jako zegarmistrz-wynalazca z aspiracjami pisarskimi, zbierający materiały do powieści obyczajowo-kryminalno-politycznej. Z trudem powstrzymał się od przedstawienia fabuły planowanego utworu. Prowadził w tej sprawie śledztwo dziennikarskie i nie był jeszcze pewien jego rezultatów. 

– Fabuła powieści jest poważna i rozwojowa – podsumował Sefardi, natychmiast żałując, że użył słowa „rozwojowa”, ponieważ był to termin używany przez kolejne rządy kraju do rozmydlania kłopotliwych tematów i wyzwań. „Rozwojowy” znaczyło mniej więcej tyle, że dochodzenie jest w rękach policji i prokuratury, że zakres śledztwa jest jeszcze niezbyt jasno określony, że będzie ono kontynuowane, ale nie wiadomo jak długo i co z niego wyniknie, że w ogóle nie jest jasne, czy warto je kontynuować i że społeczeństwo z całą pewnością będzie na bieżąco informowane o rozwoju dochodzenia. Minister Sprawiedliwości Castello opracował definicje terminów „sprawa rozwojowa” i „śledztwo rozwojowe” i zamierzał wprowadzić je do nowej ustawy o prawie karnym, cywilnym i administracyjnym, jednej z tysięcy, nad którymi pracował rząd.

W dyskusjach nie dało się uniknąć ostrych ocen Konserwy i opozycji, choć aktywiści starali się zachować umiar i rozwagę. Unikali zaciętych dyskusji o polityce, ponieważ wyzwalały one gniew i sprzeciwy wobec działań rządu, wywołując wzburzenie graniczące niekiedy z szaleństwem.

Kiedy ktoś zwrócił uwagę, że rząd manipuluje społeczeństwem bardziej niż poprzedni, Wiktor zdecydowanie zaprotestował. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że Wiktor jest wtyczką rządu interesującego się krytycznie myślącymi obywatelami.

Michael Tequila – dzieła literackie: : https://tinyurl.com/y7cza5nc

Aforyzmy i abstrakcje

W pewnej wsi na znak sprzeciwu krowa stanęła dęba. Kiedy lokalny ważniak usiłował ją wydoić, odwróciła się i zdzieliła go kopytem w coś okrągłego. Wtedy zdał sobie sprawę, że nie była to jego głowa, tylko łeb, a krowa nie była dojna, tylko zbuntowana.

Do uzdrowienia świata nie jest dziś konieczna bomba atomowa. Wystarczy Trump, Putin, Kaczyński, Orban, Le Pen i Kim Il Dzong. Los obdarzył szczęściem równo wszystkie kontynenty. Afrykę pominął, bo jest czarna i mało widoczna. Ale i tam też sobie radzą.

Pies oddał szesnaście strzałów do swojego właściciela. Sprawa trafiła do sądu, pies dostał dwa lata z zawieszeniem za marnotrawstwo naboi. Sąd uznał niską szkodliwość społeczną czynu. Sponsorem wyroku był Minister Powszechnej Sprawiedliwości.

Pewna zasłużona kobieta, która samotrzeć wygrała mecz 27 do 1, odwiedziła miejscowość, gdzie kiedyś gasiła pożary, bo znała się na pompach. Jej dobra znajoma zapytała ją publicznie: Co pani tu robi? Myślałam, że pani jest w stolicy. To gdzie właściwie jest pani miejsce, babo?

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 49: Sefardi i zebranie przy chodniku

W nocy Sefardi na przemian zasypiał i budził się. Kiedy wstawał, poruszał się jak lunatyk. To, że jest meteopatą, szczególnie wrażliwym na zmiany pogody, zakomunikowała mu z właściwą sobie nonszalancją Isabela. Potem wyjaśniała mu jeszcze inne szczegóły, o których rzekomo mówił lekarz. W stanie odrętwienia w pierwszym momencie nie zwracał uwagi na jej słowa. Zareagował żywiej dopiero wtedy, kiedy przyniosła kubek gorącej herbaty z żurawiną, przyjrzała mu się uważnie i stwierdziła:

– Wygląda pan, jakby pan stygł. Zresztą, co ja gadam, wiadomo, że każdy mężczyzna stygnie już od dwudziestego piątego roku życia, kiedy osiąga dojrzałość seksualną. Niech się pan nie przejmuje tym, co ja mówię, bo to prawda, a z prawdą nikt nie może wygrać oprócz dyktatora lub innego, podobnego kretyna.

Zaskoczony bezceremonialnym zachowaniem kobiety Sefardi nie był w stanie wydobyć z siebie odpowiedzi. Isabela zamierzała coś jeszcze powiedzieć, zrezygnowała jednak widząc wyraz zniecierpliwienia wykrzywiającego mu twarz. W końcu przetrawił jej wypowiedź, doceniając oryginalność jej obserwacji, nie podjął jednak rozmowy. Zdobył się tylko na krótką odpowiedź.

– Dziękuję pani za herbatę, Isabelo. Chętnie ją wypiję. Porozmawiajmy może o stygnięciu następnym razem, bo dzisiaj jakoś nie jestem w formie. Chyba dlatego, że stygnę.

*****

Temat rządu szalejącego na punkcie demografii pojawił się w dyskusji przy krawężniku. Na zebranie przyszło niewiele osób; dwie z nich Sefardi widział po raz pierwszy. Byli to mężczyźni, jeden ciemny blondyn, drugi rudzielec. Sefardi przyglądał się dyskretnie blondynowi zgadując, kim jest i co go sprowadziło na spotkanie, kiedy tuż obok zupełnie niespodziewanie pojawił się rudzielec, osobnik średniego wzrostu, mocnej budowy, niedbale ubrany. Wyglądał jakby właśnie zszedł z budowy.

– Co sądzi pan o sprawach demografii, którymi zajmuje się teraz rząd?

Sefardi domyślił się, że pytającemu nie tyle chodzi o odpowiedź, ile o nawiązanie rozmowy. Kilka minut wcześniej widział go nudzącego się samotnie na ławce osiedlowej.

– Zgaduję, że jest pan nowy na naszym osiedlu. Czy mam rację? – Sefardi wolał odpowiedzieć pytaniem na pytanie niż udzielać odpowiedzi, nie mając pojęcia, co to za człowiek. Zapytany wybrał podobną taktykę. Zamiast odpowiedzieć, przedstawił się. Rozmowa rozkręciła się. Zgodzili się łatwo, że rząd oszalał na punkcie demografii.

– O potrzebie zwiększenia liczby mieszkańców kraju bębnią teraz aż do znudzenia, jakby wszystkie jej problemy sprowadzały się tylko do demografii – zagaił rudy.

Po kilku minutach temat znudził Sefardiego do tego stopnia, że spróbował zainteresować rozmówcę tematem wynalazków, nie znalazł jednak zrozumienia. Rudzielca bardziej interesował ostatni mecz piłki ręcznej. Sefardi zamilkł i słuchał.

Kiedy do grupy przy krawężniku dołączyli ostatni maruderzy, Iwan Iwanowicz przejął inicjatywę i poprosił o uwagę. W ręku trzymał program spotkania. Najwięcej czasu zajęła prezentacja nowych mieszkańców osiedla. Proszeni o przedstawienie się, mówili rozwlekle, skąd przyjechali, czym się zajmują i dlaczego uczestniczą w zebraniu. Kiedy blondyn popatrzył w jego kierunku, Sefardi nabrał dziwnego przekonania, że razem z rudzielcem zostali przysłani, aby go śledzić. Postanowił zachować ostrożność. Pilnował się.

Wracając do domu, w windzie spotkał sąsiada z klatki schodowej.

– Było to najbardziej jałowe spotkanie, w jakim uczestniczyłem – oświadczył. Żal mu było zmarnowanego czasu.

Sefardi, jak tylko znalazł się w mieszkaniu, zapomniał o nieznajomych i wrażeniu, jakie na nim zrobili. W nocy śnili mu się dwaj osobnicy, jak rozbierali jego samochód w garażu w poszukiwaniu jakichś dokumentów, a potem szperali po mieszkaniu. To go obudziło. Niespokojny, wyjął po cichu latarkę z szafki nocnej i podszedł do drzwi, aby sprawdzić, czy nie ma na nich śladów włamania. Kiedy nic nie znalazł, poczuł się rozczarowany.

*****

Rano Isabela przyniosła Sefardiemu herbatę z cytryną. Przyglądała mu się chwilę z boku uważnie jak pies, po czym powiedziała:

– Dziwnie się pan zachowuje. Powinien pan chyba pójść do lekarza. – Zapytana, nie umiała albo nie chciała wyjaśnić, dlaczego tak sądzi. Sefardi uznał, że to żona wysłała ją na przeszpiegi. Przypomniał sobie, że gospodyni kolejny raz przynosi mu herbatę nieproszona. Po jej wyjściu sprawdził biurko, czy czasem nie zginęły mu jakieś notatki. Nie był pewny, czy coś nie znikło, ponieważ na biurku leżał cały ich stos.

Wspomnienie snu popsuło mu cały ranek. Otrząsnął się dopiero około godziny jedenastej po wypiciu dwóch kaw z dużą ilością cukru i brandy. 

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 48: Dziwna choroba Sefardiego

Sefardi trzymający się dzielnie w dniu gwałtownej zmiany pogody, w południe następnego dnia doznał duszności. Penelopa wezwała lekarza, lecz nikt się nie zjawił. Tego dnia był to najbardziej poszukiwany człowiek w mieście. Sefardi czuł się coraz gorzej. Popadł w stan odrętwienia i bezwładu, prawie nie reagował na bodźce, dotyk ani słowa. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Okazał się meteopatą do kwadratu, nie mając o tym wcześniej najmniejszego pojęcia. Potwierdził to lekarz wezwany przez Penelopę.

– Wygląda mi to na torpor – określił medyk po zbadaniu chorego. – To dziwne. Powiedział to tak beznamiętnie, jakby stwierdzał, że długopis upadł mu na podłogę.

– Co takiego wydaje się panu dziwne? – Zaniepokoiła się Penelopa, która odwiedziła sypialnię męża tylko dlatego, że poważnie zachorował. Towarzyszyła jej Isabela. Nie proszono ją o to, przyciągnęła ją ciekawość.

– Torpor to stan przejściowego, kontrolowanego obniżenia temperatury ciała przez zwierzęta stałocieplne. Spadek temperatury spowalnia pracę serca oraz większość innych czynności fizjologicznych. W stan torporu zapadają nietoperze oraz niektóre małe ptaki. Nie słyszałem jednak, aby zdarzyło się to człowiekowi.

– Czy don Sefardi mógł się zarazić tą chorobą od nietoperza? – Zapytała Isabela, patrząc w kierunku sufitu.

– Skąd przyszła pani do głowy taka nonsensowna myśl? – Oburzył się lekarz. 

– Na strychu widziałam kilka nietoperzy, pomyślałam więc, że don Sefardi mógł mieć z nimi styczność. Jest tam dużo książek, mógł czegoś szukać. Albo chciał odłożyć kilka książek. Ostatnio, kiedy tutaj sprzątałam, mówił mi, że ma ich za dużo, że nie mieszczą się już na regałach i musi część odłożyć. Zastanawiał się nawet, gdzie je umieścić. Myśleliśmy o tym wspólnie. Ja mu sugerowałam strych, on natomiast uważał, że tam książki bardzo się kurzą. Osobiście bardzo nie lubię kurzu, bo potem mam tyle sprzątania, że … Nerwowe chrząknięcie lekarza i niechętne spojrzenie Penelopy powstrzymały jej dalsze wyjaśnienia.

– Jak długo to może trwać? Czy ten torpor jest bardzo niebezpieczny? – Niepokoiła się Penelopa. Wolała nie mieć kłopotów z chorobą pod własnym dachem. Miała swoje problemy.

– Torpor to krótkotrwały okres obniżenia temperatury i odrętwienia ciała. U ptaków trwa on od kilku godzin do kilku dni. Stan ich odrętwienia może przeciągnąć się, jeżeli nie mają sprzyjających warunków do normalnej aktywności, kiedy na przykład opady deszczu uniemożliwiają im żerowanie. Dłuższe okresy odrętwienia zimą nazywane są hibernacją, a latem – estywacją. To wszystko oczywiście dotyczy zwierząt, nie ludzi, jednak objawy widoczne u don Sefardiego zdumiewająco przypominają torpor. Sam nie wiem, co o tym myśleć.

– Skąd pan to wszystko wie? – Zainteresowała się nagle Isabela. Nabrała podejrzeń.

– Wszystko, to znaczy, co? Co pani ma na myśli? Znajomość fizjologii organizmu? To mój zawód.

– Ale to wszystko, co pan mówi o zwierzętach?

– A, o to pani chodzi. Studiowałem weterynarię, zanim poszedłem na medycynę. Zresztą organizm człowieka nie różni się tak bardzo od organizmu zwierzęcia. Wszyscy jesteśmy spokrewnieni ze zwierzętami.

– Ale po co zwierzętom ten stupor? – Dociekała Isabela.

– Nie stupor, tylko torpor. To nie to samo. Zwierzęta obniżając temperaturę ciała, oszczędzają w ten sposób energię, której organizm potrzebuje do normalnego funkcjonowania – wyjaśnił spokojnie lekarz aplikując Sefardiemu zastrzyk wzmacniający.

Widząc, że Isabela szykuje się do zadania kolejnego pytania lub wygłoszenia jakiejś opinii, lekarz i Penelopa porozumieli się wzrokiem, uznając, że czas kończyć wizytę. Isabela zaproponowała, że zostanie przy pacjencie.

– Na wszelki wypadek. – Wyjaśniła, obdarzona przez lekarza niechętnym spojrzeniem. – Od razu bym pana zawiadomiła, gdyby stan don Sefardiego pogorszył się. 

*****

Kiedy Sefardi doszedł do siebie po zastrzyku, rozejrzał się po pokoju.

– Czuję się znacznie lepiej. – Stwierdził przyglądając się Isabeli. – Co pani tu robi? Co się stało?

– Nic, oprócz tego, że był tu lekarz i dał panu zastrzyk na wzmocnienie. Powiedział też, aby za żadne skarby nie pił pan alkoholu. – Isabela wymyśliła na poczekaniu ostrzeżenie, które wydało jej się konieczne dla ratowania chorego. – Wszyscy martwiliśmy się o pana, kiedy był pan nieprzytomny, bo nie wiadomo było, dlaczego jest z panem tak źle. Ludzie owszem, mogą czuć się gorzej lub lepiej, ale zaraz być nieprzytomnym? Na początku lekarz myślał, że ma pan jakiś tam torpor jak u ptaków, a potem doszedł do wniosku, że objawy są podobne do zatrucia czadem. Badał pana dwa razy lub więcej. Nie pamiętam już …

Sefardi nie uwierzył w opowiadaną mu historię. Był jednak przekonany, że gosposia nie zamierza skończyć relacji z przebiegu badania, czyniąc wciąż nowe dygresje, ale nie miał siły, aby z nią walczyć. Uznał, że jest niepokonana w swoim uporze.

– Aha, przypomniałam sobie! Miał pan zawroty i bóle głowy, duszności, trudności z oddychaniem oraz nudności. Lekarz powiedział, że objawy są podobne jak przy zatruciu czadem, który jest bezwonny, bezbarwny i trujący, i zapytał, czy przypadkiem nie chciał pan popełnić samobójstwa, czy nie ma pan takich skłonności, ale wszyscy zaprzeczyli. To znaczy pańska żona.

– To niemożliwe – powiedziała. – Czasem jest narwany, ale na ogół to rozsądny człowiek! Wykluczone! – Chyba dokładnie tak powiedziała. A może powiedziała nawet, że jest pan mądrym i rozważnym człowiekiem. Nie pamiętam już.

– A co pani zrobiła?

– Sprzeciwiłam się. Powiedziałam, że samobójstwo popełnić może każdy, głupi czy mądry, to nie ma znaczenia. Ja wiem, że pan mógł chcieć popełnić samobójstwo. Czuję to przez skórę. Zrozumiałam to od razu, jak tylko pierwszy raz na pana spojrzałam. Pamiętam ten moment. Stałam wtedy przy biurku…

Sefardi przerwał jej ruchem ręki.

– Chcę panią o coś zapytać. – Wydusił z siebie. Śpieszył się, aby mu nie przerwała- Skąd pani przyszło do głowy, że mógłbym chcieć popełnić samobójstwo?

– Jest pan typem samobójczym, don Sefardi. – Odparła Isabela z przekonaniem. – Niech pan spojrzy na siebie. Wysoki, szczupły, przygarbiony. Sterczy pan ciągle przed komputerem i pisze te swoje powieści o ludziach, których nazywa pan bohaterami, a którzy nie są żadnymi bohaterami. Czytałam kilka pana tekstów, to wiem. Zaraz potem, jak zbadał pana lekarz pytając o samobójstwo, pańska żona kazała sprawdzić piece i przewody kominowe, i wywietrzyć mieszkanie, choć na dworze było bardzo zimno.

– Co do bohaterów książkowych, to musi pani wiedzieć, Isabelo, że mogą oni być tacy sami, jak ludzie w życiu, których uznajemy za bohaterów i odznaczamy. Albo też można sobie wymyśleć jakąś postać nie z tej ziemi, czysto fikcyjną, nierealną, która będzie bohaterem powieści lub opowiadania.

– To po co nazywać ich bohaterami, jeśli nimi nie są. To jakaś teoria, którą chce mi pan wcisnąć, aby odwrócić uwagę od swoich skłonności samobójczych. – Isabela kontynuowała swoją narrację. – Kiedy się wszystkim sprzeciwiłam i powiedziałam, że pan mógłby popełnić samobójstwo, to lekarz wtedy powiedział… nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska. Jakieś takie krótkie, chyba na literę „b”.

Sefardi znowu interweniował. – To nie ma znaczenia, jakie ma nazwisko. Miała pani powiedzieć, co on mówił, a nie jak się nazywa.

– Tylko proszę mi nie przerywać, bo nigdy nie skończę. Powiedział wtedy, że moja opinia to tylko jakieś „votum separatum” i niczego nie zmienia. Ja wiem dobrze, że samobójcą może być każdy człowiek, prosty czy garbaty, uczciwy czy łajdak. To nie ma znaczenia.

– No właśnie, Isabelo. Ja mam słaby charakter, pani ma silny, niech więc pani zakończy to opowiadanie, bo chciałbym jeszcze trochę pospać.

– Pan jak zwykle o spaniu. Chciałbym troszkę pospać. Chciałbym ociupinkę poleżeć. Lubi się pan pieścić. To jest właśnie to. To wskazuje, że ma pan bardzo słaby charakter i jest naprawdę typem samobójcy. Jest pan niebezpieczny dla siebie.

Sefardi nie miał pojęcia, jakimi drogami krążyło rozumowanie Isabeli, lecz nie mógł odmówić jej intuicji.

– Zakichany domowy psychiatra. – Usiłował bagatelizować. Isabela denerwowała go, a równocześnie zastanawiała i imponowała. Znowu poczuł się zmęczony.