Kronika pisarska. O pisaniu i wydawaniu książek.

Wielkanoc przyniosła mi natchnienie. Zmieniłem zainteresowania. Od dawna nosiłem się z tym zamiarem. Wznawiam także aktywność na portalu Lubimyczytac.pl. Data wznowienia jest przypadkowa. Zamierzałem to uczynić trzynastego dnia kwietnia, gdyż trzynastka jest dla mnie szczęśliwa.

Kronikę zacząłem rok temu, przerwałem jednak, ponieważ do głowy wpadł mi inny pomysł – uprawianie groteski politycznej; po kilkunastu miesiącach szybowania zawisł on w powietrzu podobnie do dronu. Pisanie o polityce okazało zajęciem niewdzięcznym. Straciłem cierpliwość.

Kronika jest o pisaniu i wydawaniu książek, o ich promocji jak również o promocji samego autora, jego twórczości. Ten punkt widzenia jest ważny; czytelnik wybierając coś do czytania kieruje się często autorem, którego zna i lubi.

Wcześniej rozumiałem pisanie jako podstawową działalność autora, teraz – kiedy klapki opadły mi z oczu – widzę to szerzej. Możesz napisać arcydzieło, pozostaniesz jednak w mroku, całkowicie ignorowany, dopóki nie zyskasz minimum rozpoznawalności i uznania, dopóki twoich książek nie będzie kupować i czytać ktoś więcej niż uczestnicy spotkań autorskich i klienci zabłąkani w labiryntach salonów księgarskich i Internetu.

Kiedy to piszę, jest godzina 5.15 rano. O tej porze nie mogę już spać, choć wciąż jestem niewyspany. Siadam więc do biurka i podejmuję pracę. Rano idzie mi średnio.

Popołudnie okazuje się dużo lepsze. Zyskuję motywację. Z drukarni przychodzi paczka z książkami. To już moje trzecie dzieło literackie. Tytuł: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania", format A5, miękka okładka, 108 stron. To druga książka, którą wydaję sam.

Wysłałem już kilkadziesiąt egzemplarzy do mojego dystrybutora (hurtowni książek), który rozprowadzi je po księgarniach. To tylko mała część pracy niezależnego, pragnącego umocnić swoją pozycję autora. Za kilka, kilkanaście dni książka ukaże się w księgarniach. Zarejestrowałem już ją w systemie ISBN, wysłałem także dwa obowiązkowe egzemplarze do Biblioteki Narodowej, aby ją skatalogowano. Wolałbym tego nie robić, ponieważ zabiera to cenny czas przeznaczony na pisanie, którego mi wiecznie brakuje.

Opowiadań jest w sumie czternaście. Przedstawiam pierwszą część tytułowego opowiadania dla rozrywki i oceny Czytelnika. Mam nadzieję, że mój styl przypadnie do gustu przynajmniej niektórym czytelnikom.

Przy okazji, składam serdecznie życzenia zdrowych i radosnych Świąt Wielkanocnych. Oby baranki, zajączki i pisanki wypełniły Ci się spełnionymi marzeniami.

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco

Punktualnie o godzinie 11.45 Abuelo Caduco zdecydował się umrzeć. To był piękny dzień, aby odejść – majowy, słoneczny, świeży. Ptaki śpiewały, dwa piętra niżej ludzie pokrzykiwali radośnie, grabiąc szarą ziemię pod nowy trawnik. Z oddali dochodził jęk piły tarczowej, za ścianą sąsiadka ubijała tłuczkiem mięso na kotlety.

Od czasu, kiedy Kacyk, twórca nowego rządu, zabrał mu marzenia i fatalnie go oszukał, dla Abuelo nic nie miało już znaczenia. Miał tylko jedno marzenie: umrzeć godnie. Z góry wybaczył sobie umieranie przed czasem, które ktoś mógłby nazwać samobójstwem. Abuelo rozmawiał o tym z Bogiem i On wszystko zaakceptował. Właściwie nie musiał nawet zawracać Mu głowy, bo i tak sam podjął wcześniej nieodwołalną decyzję.

Dojrzał do odejścia. Był już starym człowiekiem, czuł to w kościach. Tu go bolało, tam go strzykało, coraz bardziej dolegał mu kręgosłup. Z chodzeniem też nie było najlepiej. Miał coraz więcej bezsennych nocy. Pamięć go zawodziła, zdradzała jak pijana, bezwstydna kochanka, nie wiadomo z kim i po co. Raz zapomniał nawet swój adres zamieszkania.

Ludzie tego nie dostrzegali. Mówili:

– Każdy ma takie problemy, jak się starzeje. Dzisiaj to nawet młodzi mężczyźni łysieją. To jest dopiero problem. – Ich wyjaśnienia nie stanowiły dla Abuelo wystarczającego wytłumaczenia własnej sytuacji. Wierzył, że jego kondycja powinna być lepsza niż równolatków, bo całe życie dbał o siebie.

Tego przedpołudnia, mimo niewątpliwych zachęt do życia ze strony natury i sąsiadów, Abuelo wyraźnie opadł z sił. W głowie mu się kręciło, a ręce i nogi latały mu jak u paralityka. Był to nieudawany objaw syndromu niespokojnych nóg. Nabył go stosunkowo niskim kosztem, włócząc się godzinami po mieszkaniu z powodu bezsenności, a następnie umocnił, chodząc często do lekarza. Po drodze modlił się, aby go nie wyleczono, bo chciał umrzeć. Lekarz spełniał jego milczące życzenia nieudzielania mu pomocy, ponieważ wizyty u niego nie dawały skutku. Abuelo nie musiał go prosić ani przypominać się, co było bardzo miłe. Był zresztą zbyt dumny, aby poniżać się prośbami w tak trywialnej sprawie.

Oprócz niedomagań starości, była również inna ważna przyczyna, przez którą nie widział sensu dalszego życia. Przywódca partii rządzącej przez aklamację, Kacyk, obiecał mu złote góry, a on nie potrzebował złota. Abuelo myślał o biedakach, którym nic nie obiecano, choć bardzo prosili. To go dobijało, bo był człowiekiem współczującym.

Co do zakończenia życia, to chciał, aby było ono godne, aby go pamiętano, a pamięć po nim była życzliwa, nie byle jaka, kończąca się z chwilą wyjścia żałobników z cmentarza.

Wobec przeciwności losu Abuelo nie pozostawał bezczynny. Jak tylko poczuł, że go oszukano, podobnie jak jego rodzinę, przyjaciół, znajomych i tysiące innych obywateli, stworzył sobie plan. Chodziło o ratowanie społeczeństwa, całego, z wyjątkiem tych, którzy uczestniczyli w spisku. Wybory i ich rezultat uważał za spisek.

Plan traktował poważnie a zarazem radośnie. Żadne tam smutki, rozpacze, niepokoje, co się stanie i jak to będzie. Dla jego pomyślnej realizacji musiał zmienić się trochę, ale nie za dużo. Problemem było to, że miał ciemniejszą cerę, która wyróżniała go w tłumie. Niewiele ciemniejszą, tylko o jeden odcień. Musiał ją rozjaśnić. Znał się na kolorystycznych niuansach, bo lubił obrazy i sam malował w przeszłości. Ciemniejszej karnacji nie uznawał za przeszkodę, tylko za utrudnienie, coś, co daje się wyeliminować.

Podjął stosowne kroki. Oprócz tego, że unikał słońca, używał kremu rozjaśniającego skórę. Znalazł go w drogerii, nie kosztował nawet zbyt drogo. Pieniędzy zresztą mu nie brakowało. Miał rozsądną emeryturę i trochę oszczędności.

*****

Po podjęciu decyzji o odejściu, pozostało Abuelo tylko tyle czasu, aby usiąść do laptopa
i napisać zaproszenia na pogrzeb i stypę. Umiał korzystać z komputera. Nie był zacofanym jaskiniowcem, kryjącym się przed nowoczesnością. Wybrał elegancki format zaproszenia. Oświadczenia woli, kto i co będzie dziedziczyć, już nie pisał, bo zabrakło mu chęci i czasu.

– Trudno. Będą musieli podzielić się schedą zgodnie z prawem. – Powiedział głośno i ucieszył się, kiedy to usłyszał, bo nie zawsze słuch mu dopisywał. Wyobraził sobie, jaki wspaniały będzie pokaz wzajemnej miłości rodziny po otwarciu testamentu. Było w nim trochę przekory i przewrotności. Wiedział, że się pokłócą. Lubił teatr i cyrk; mimo wieku zachował dziecinną świeżość. Skończył już siedemdziesiąt lat, choć wyglądał poważniej, na dziewięćdziesiąt. Pamiętał o tym, bo poprzedniego dnia w urzędzie podatkowym składał deklarację i pytał, czy miała być na formularzu Pod-70, Pod-80, czy Pod-90. Cenił sobie powagę wieku; była dlań znakiem: ostoją i oazą dojrzałości.

Zaproszeń na pogrzeb i stypę nie wysyłał.

– Nie mam czasu, zrobię to w ostatniej chwili. – Zdecydował po chwili wahania. Wahał się krótko, bo nie miał czasu. Była to rozsądna decyzja.

– Obym tylko nie zapomniał. – Zaniepokoił się, ponieważ wcześniej przeoczył kilka ważnych zobowiązań, imienin, urodzin oraz jedną okazję do gorącej, namiętnej i szybkiej miłości z pewną pobożną niewiastą, która przyjechała na wakacje do jego miejscowości. Poznali się w kościele, kiedy śpiewali razem psalm, korzystając z jednego śpiewnika.

Abuelo oderwał się od laptopa, aby nastawić budzik, pilnujący jego zobowiązań. Słowa dotrzymał. Dla pewności nastawił dwa budziki. Ten większy ładniej dzwonił.

Wrócił do laptopa, natychmiast jak tylko sobie przypomniał, gdzie on stoi i dlaczego on, Abuelo, oderwał się od niego. Musiał działać szybko, ponieważ myśli uciekały mu z głowy niczym przestraszone króliki z otwartej klatki. Miał problemy z pamięcią; starzała się szybciej niż ciało. Sam to zdiagnozował, posługując się rozumem, chronometrem i specjalnym termometrem, szczególnie dokładnie mierzącym temperaturę ciała nocą. Metoda diagnozy była tak rewelacyjna, a wyniki tak ciekawe, że postanowił je opublikować. Nie doszło do tego, ponieważ redaktor miesięcznika medycznego „Lancet Pamięci” nie oddzwonił. Może dlatego, że Abuelo pierwszy do niego nie zadzwonił. Nie był tego pewien.

Szybsze starzenie się pamięci miało swoje plusy i minusy. Minus był taki, że Abuelo zapominał o wieku i na ulicy widział tylko młode kobiety. Zauważył, że noszą obcisłe getry, a w nich piękne ruchome pośladki, poruszające się uroczo w górę, w dół i na boki. Widać to było szczególnie wyraźnie, kiedy kobieta miała na nogach pantofle z wysokimi obcasami; unosiły one jej biodra na wysokość jego wzroku. To był plus. Oczu i piersi nie widział. Robiło mu się z tego powodu tak żałośnie, że mógłby zobaczyć łzy w swoich oczach, gdyby nie nosił ciemnych okularów.

Pomyślał, że może wzrost utrudnia mu pełne widzenie. Nie był tak niski, jak Kacyk pokazywany często w telewizji, który żył z ambicji rządzenia umysłami ludzkimi zamiast krajem. Abuelo nazwał go Kacykiem na własny użytek, inni tak go nie nazywali.

– Nieważne, jak się nazywa, ważne, że trzęsie wszystkim i wszystkimi. Jest najwyższą władzą w tym kraju. Ale nie na zawsze. – Abuelo tłumaczył sobie spokojnie, jakby dla zapamiętania, że nie może odstąpić od planu pod żadnym pozorem.

C.d.n.

Dzień niepokoju księdza proboszcza. Opowiadanie.

Ponownie, gwoli czystej rozrywki, dostarczanej nam ostatnio w większych ilościach przez polityków i Roberta Górskiego w „Uchu Prezesa”, przedstawiam fragment mojego opowiadania „Wypożyczalnia psów”, jakie ukarze się wkrótce w zbiorze „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”.

Dedykuję je w szczególności właścicielom i miłośnikom psów, dzięki którym świat widzi mi się bardziej serdeczny i radosny.

*****

Anastazja pamiętała jeszcze jeden incydent. Stanął jej przed oczami jak żywy. Aż wzdrygnęła się na samo wspomnienie, co się wtedy działo. Był to dzień, kiedy Klaudiusz ogłosił swój pogląd o niedopuszczalności eutanazji zwierząt domowych, w szczególności psów.

– Nie ma usypiania psa bez jego zgody. – Pod takim tytułem jego wypowiedź ukazała się w lokalnej gazecie. Za tytułem szły wyjaśnienia i szczegóły.

Celem Klaudiusza było poruszyć ludzi i wywołać dyskusję w obronie psów, aby w dłuższej perspektywie doprowadzić do zmiany prawa. Z informacji wynikało, że chodziło mu o pewne minimum, mianowicie o to, aby o decyzji uśpienia psa decydowało większe grono ludzi, a nie tylko sam właściciel.

Artykuł wymieniał przypadki, kiedy ludzie uśmiercali zdrowego psa dlatego, że był stary, albo uważali, że jego utrzymanie lub leczenie za drogo kosztuje, albo kiedy wyprowadzali się na drugi koniec kraju lub za granicę.

Wobec braku żywszej reakcji, Klaudiusz podjął akcję, która zbulwersowała miasteczko i groziła wybuchem niezdrowych sensacji. Przywiązał siebie i trzy psy, jeden własny, dwa pożyczone od przyjaciół podzielających jego poglądy, do betonowego słupa przed kościołem. Raban zrobił się tym większy, że na parafialnej tablicy ogłoszeń ukazał się afisz z podpisami kilkunastu obywateli protestujących przeciw bezmyślnemu uśmiercaniu psów.

Proboszcz miał problemy z sercem; na wiadomość o niezwykłym wydarzeniu o mało co nie zszedł z tego świata. Jak tylko wrócił do siebie, natychmiast wysłał organistę, jedyną osobę, do której miał zaufanie, aby nie zwracając niczyjej uwagi zerwał afisz. Nie chciał mieć awantury przed kościołem, bojąc się, że „ten wariat”, jak w duchu nazwał Klaudiusza, obróci swój gniew przeciwko kościołowi lub przeciw jemu samemu.

Po usunięciu afisza, proboszcz znalazł się zupełnie przypadkowo w pobliżu Klaudiusza przywiązanego łańcuchem do słupa. Zbliżył się i dyskretnie poprosił go o spotkanie. Rozmawiali, ale bardzo krótko, ponieważ proboszcz miał pilne obowiązki i bardzo się spieszył.

– Proszę przyjść do spowiedzi, synu. Będę na ciebie czekać. – Powiedział na zakończenie.

Klaudiusz stawił się w kościele o ustalonej godzinie i podszedł do konfesjonału. Zanim uklęknął, rozejrzał się, ile osób jest wewnątrz świątyni.

– Wolałbym, aby było więcej. To by nadało dodatkowy rozgłos sprawie. – Mruknął do siebie pod nosem.

Proboszcz od razu przystąpił do rzeczy. Był człowiekiem łagodnym z natury, tym razem postanowił być bardziej stanowczy. Życzliwy, pozytywny, ale stanowczy.

– Synu! W sercu zgadzam się z tobą, to bardzo ludzka postawa. Wiem, że jesteś kynologiem i sprawa psów leży ci na sercu. Ale robić takie zamieszanie? Ludzi to gorszy. Nie tylko mówić o eutanazji, ale i stawiać psa na równi z człowiekiem!?

– Ależ, księże proboszczu, przecież Święty Franciszek … – Usiłował protestować Klaudiusz.

– Wiem, wiem! Oczywiście, bracia mniejsi. Modlę się do niego każdego dnia podobnie jak i ty. Uwierz w moje dobre intencje! Ale tak nie można postępować. Może to pana Boga nie obraża, choć nie jestem tego pewien, ale ludzi na pewno. Postępujesz bardzo nierozważnie. To nie służy psiej sprawie. Przepraszam, nie służy sprawie opieki nad zwierzętami. – Patrzył na spowiadanego z uwagą. Serce bilo mu żywiej, co go dodatkowo niepokoiło.

Z oczu Klaudiusza biła uczciwość i powaga. Proboszcz zmieszał się. Nabrał pewności, że nie ma co rozmawiać, bo mężczyzna mu nie ustąpi. Słyszał o jego trudnym charakterze od jego żony, Anastazji. Pamiętał, że Klaudiusz uparł się i za żadne skarby nie chciał ustąpić, aby nie nadawać córeczce imienia Nuka, przy wymawianiu którego matka dziecka płakała rzewnymi łzami.

Zapytał Klaudiusza, czy chciałby coś jeszcze dodać lub wyznać jakieś grzechy. Słysząc w odpowiedzi milczenie, postanowił zakończyć przykry sakrament spowiedzi. W duchu pomyślał jeszcze „Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” i niepewnie podziękował Bogu. Miał do Niego trochę żalu, że dopuścił do takiej sytuacji. Po chwili refleksji uznał jednak, że byłoby bezsensowne oczekiwać, aby Najwyższy interweniował w tak dziwnej sprawie i to tylko dlatego, że jest ona kłopotliwa dla jakiegoś lokalnego proboszcza. Patrząc na klęczącego Klaudiusza przeszła mu przez głowę myśl, że być może Bóg wie lepiej, gdzie rezyduje prawdziwa wiara i dobroć.

Wracając do zakrystii proboszcz zdecydował, że nie będzie już prosić o boskie wstawiennictwo w sprawie Klaudiusza i psów niezależnie do tego, jak ona się rozwinie. Serce proboszcza jakby uspokoiło się.

Patrz recenzje i opinie – przyciski na górnym pasku menu Powieści i Poezje.

Idealne państwo, idealne społeczeństwo. Opowiadanie. Część 2, ostatnia.

– Dlaczego ludzie nabierają wody w usta, choć nikt ich do tego nie zmusza? – Nie było to pytanie szekspirowskie, mógł je zadać każdy przeciętny polityk, umiejący myśleć i powiedzieć coś sensownego. Różne były mniemania i teorie. Niektórzy obywatele bali się o pracę, szczególnie w urzędach państwowych, policji, szkołach, tam gdzie zwierzchnik miał nad sobą drabinę dalszych zwierzchników sięgającą szczytów władzy, czyli rządu. Inni milczeli z wygody lub zobojętnienia. Jeszcze inni, aby zapomnieć co im dolega, wpadali w szpony seksu, narkotyków, papierosów lub alkoholu. Ci, którzy nie lubili wody, wyjeżdżali za granicę do pracy lub na długie wakacje, jeśli mieli kogoś, kto chciał ich sponsorować.

Skutki milczenia społeczeństwa odbijały się coraz bardziej na gospodarce. Drastycznie spadło zapotrzebowanie na kawę i herbatę. Zaoszczędzone w ten sposób dewizy rząd przeznaczył na potrzeby armii. Po dwóch latach kraj był potężnie uzbrojony, a jego armia budziła szacunek u wrogów, zwłaszcza kiedy rozwinęła amatorską partyzantkę, zakwaterowaną w ziemiankach po lasach i kiedy trzeba przerzucaną na miejsce akcji. Była to formacja cichociemna, cicha jak milczenie i ciemna jak noc bez księżyca. Dzięki wzrostowi siły militarnej państwa wzrosło poczucie bezpieczeństwa obywateli, z czego się wszyscy cieszyli. Mając wodę w ustach wyrażali to błyszczącymi z radości oczami i radosnym bulgotaniem w gardle. Określenie „nabrać wody w ustach” upowszechniło się, natomiast określenia „suche usta” i „spieczone usta” przeszły do archiwum, w końcu do historii.

*****

Członkowie PD i przedstawiciele rządu mieli zapewnione zaopatrzenie w wodę z zasobów strategicznych kraju, w związku z czym nie musieli nabierać jej w usta. Prywatnie wyrażali pogląd, że jest to nieestetyczne i niesmaczne. Mając usta wolne do gadania, zachowywali powagę i nie poświęcali czasu na płoche rozmowy z opozycją, organizacjami społecznymi i obywatelami.

– Byłoby to niepoważne. My jesteśmy po to, aby kierować społeczeństwem, a nie rozmawiać z nim, bo jest to czas obustronnie zmarnowany. – Wyjaśniał rzecznik rządu na konferencjach prasowych. Dwóch dyżurnych naukowców i dyrektor rządowego ośrodka badania opinii publicznej poważnym potakiwaniem potwierdzali tę prawdę. Dziennikarzom nie pozwalano zadawać pytań; były one z zasady beznadziejne i rządowi szkoda było na nie czasu.

Zamiast prowadzenia czczych rozmów z dziennikarzami, rząd koncentrował się na krytyce wrogów narodu oraz udzielaniu instrukcji obywatelom, jak żyć i postępować. Niezależnie od okoliczności, rząd regularnie weryfikował listy indywiduów zanotowanych w Rejestrze Specjalnym.

*****

Rejestr Specjalny stworzył fantastyczne możliwości doskonalenia państwa, którego celem nadrzędnym było zapewnienie szczęścia obywatelom. Nie chodziło o szczęście w ogóle, byłoby to zbyt prozaiczne, ale o szczęście totalne. Ilość totalnego szczęścia należnego każdemu obywatelowi określały wskaźniki wyliczane przez Ministerstwo Informacji Publicznej. Prawo do totalnego szczęścia określał z kolei Regulamin Rządu, naczelny akt normatywny państwa. Szczęścia nauczano w szkołach na lekcjach wychowania patriotycznego pod hasłem: „Każdy obywatel ma prawo do totalnego szczęścia”. W nauczaniu szczęścia rząd kierował się doświadczeniami historycznymi i tradycją, jak również instrukcjami zawartymi w podręczniku „Proces” autorstwa Franza Kafki.

Wyraz „totalny” nabrał pozytywnego znaczenia i upowszechnił się w różnych formach i ujęciach: totalne szczęście, totalna władza, w końcu totalitaryzm rozumiany jako najwyższa forma szczęścia indywidualnego obywatela i całego społeczeństwa. Totalitaryzm stał się hasłem naczelnym Partii Dobroczynności i rządu.

*****

Mimo ogromnego postępu w kierunku totalitaryzmu, najwyższej formy szczęścia obywatelskiego, w kraju zaczęło panoszyć się kłamstwo i chamstwo, spokrewnione ze sobą pojęcia zezwierzęcenia wywodzące się z jednego pnia ewolucji społecznej. Indywidua wrogie i niechętne władzy sugerowały, że dwaj bracia pojęciowi są sponsorowani przez partię i rząd, lubiące wyprzeć się prawdy, kiedy była ona zbyt bolesna lub prawdziwa. Wedle indywiduów regularne używanie terminu „prawdziwa” było nadużyciem, gdyż nie każda prawda przedstawiana przez władzę nosiła takie znamię.

W ramach totalitaryzmu mnożyły się doniesienia na indywidua, gdyż wielu obywateli pragnęło dołożyć swoją cegiełkę do eliminacji osób wrogich władzy. Powody doniesień, przybierających często formę anonimów, były bardzo różne: ludzie wyciągali prywatne żale, ktoś komuś nadepnął na piętę lub spojrzał krzywo, albo nazwał świńskim ryjem, albo powiedział coś za plecami, albo skrytykował choćby nawet nieśmiało jakiś organ władzy państwowej. W ślad za doniesieniami szły dochodzenia, różnego rodzaju komisje śledcze, procesy sądowe oraz wezwania do składania zeznań, wręczane o godzinie szóstej rano lub dwudziestej trzeciej w nocy. Były to oficjalne godziny wręczania wezwań sądowych.

Na pytania indywiduów otrzymujących wezwania, dlaczego dostarczano je bardzo wcześnie rano lub nocą, przedstawiciele służb doręczeniowych, ubrani w czarne dresy i kominiarki odsłaniające tylko orli nos i penetrujące oczy, mocniej ujmowali broń z obawy, że pytający zechce ją wyrwać w celu siania terroru, przed którym przestrzegał rząd. Z reguły też wyjaśniali uprzejmie: „Taką mamy pracę”, albo, „Chcieliśmy mieć pewność, że jest pan w domu”, albo „Proszę o to pytać mojego szefa”, albo „Lubimy sprawiać obywatelom niespodzianki”.

*****

Wraz z upowszechnianiem się praktyki nabierania wody w usta w kraju robiło się coraz ciszej. Narastało milczenie. Przyszedł taki czas, kiedy zaległo ono parki i ulice, urzędy i place targowe, ośrodki handlowe i media. Było to milczenie poważne. Coraz rzadziej ludzie ważyli się rozmawiać w miejscach publicznych. Praworządni właściciele telefonów komórkowych sami prosili Ministerstwo Służb Specjalnych o nagywanie i odsłuchiwanie ich rozmów. Nie prowadzono już rozmów o sprawach banalnych, dzięki czemu ludzie mogli bardziej koncentrować się na pracy i poświęcać więcej czasu na naukę i czytanie. Zyskała na tym ogromnie kultura narodowa, wzrósł znacznie poziom czytelnictwa; co najmniej czterdzieści pięć procent społeczeństwa czytało już jedną książkę w ciągu roku. Często był to zbiór wierszy o wodzu narodu, ulubiona lektura obowiązkowa wszystkich uczniów.

*****

Pod koniec okresu rządów Partii Dobroczynności w kraju zapanowała prawie kompletna cisza. Nabieranie wody w usta przez obywateli stało prawie obowiązkiem, opisywanym słowami "very trendy". Partia i rząd podejrzewali, że była to zmowa milczenia wymyślona przez opozycję parlamentarną oraz indywidua wrogie i niechętne władzy. Społeczeństwo milczące stało się ponure, choć na zewnątrz wszystko wydawało się normalne: otwarte były sklepy, urzędy, żłobki i przedszkola, stacje kolejowe i autobusowe, stadiony, lotniska, a nawet wychodki, w dużych miastach zwane szaletami.

Komunikacja ustna tak skarlała, że w końcu całkowicie zanikła. Wywołało to niekończącą się lawinę nieszczęść. Firmy przestały produkować, sklepy sprzedawać, warsztaty reparować, szkoły uczyć, szpitale leczyć. Towary i usługi były powszechnie dostępne, ale były to tylko pozory. Skoro nikt nie otwierał ust i nie udzielał informacji, nie można było porozumieć się, nawet w prostych sprawach, kupna pieczywa, cukru, alkoholu (obojętnie etylowego czy metylowego), pasty do obuwia, nie wspominając o samochodzie czy nieruchomości. Zamknięte wodą usta blokowały wszystko. Sprzedawcy pytani o produkt lub cenę pokazywali palcem na wypełnione policzki. Firmy zagraniczne przestały przysyłać swoich przedstawicieli, aby importować towary, bo nikt z nimi nie rozmawiał. W drogę nie wyruszały ciężarówki ani pociągi, gdyż kierowcy i maszyniści nie mogli porozumieć się ze zleceniodawcami. Wyglądało to jak strajk generalny.

Nawet w parlamencie, gdzie zawsze miały miejsce kłótnie między rządzącymi a opozycją, zanikły debaty, gdyż opozycji oprócz problemu wody wypełniającej usta załamały się także ręce. Partia i rząd nie musieli rozmawiać między sobą. Dla nich wszystko było jasne, gdyż łączył je prezes pełniący rolę dawnego uniwersalnego sekretarza partii.

*****

Przyszedł czas, kiedy partia i rząd uznali, że mur obywatelskiego milczenia stał się przeszkodą nie do pokonania. Po plecach zaczęły im chodzić ciarki niepokoju i strachu, pogubili się. Kiedy przyszły Święta Bożego Narodzenia i Nowego Roku postanowili wypocząć, nabrać więcej tlenu w płuca i odnaleźć się. W tym celu zaczęli rozjeżdżać się na narty, do kurortów, do dacz w leśnych ostępach, na wycieczki do ciepłych krajów, gdzie kto mógł. Czynili to w milczeniu, aby nie zakłócać pozytywnego nastawienia umysłu.

Takie były przynajmniej spekulacje, bo ludzie wciąż nabierali wody w usta i coraz mniej wiadomości docierało do kogokolwiek. Zastój w kraju zbliżał się do dna, życie objawiało się wyraźniej już tylko tam, gdzie sprawy kręciły się w sposób naturalny z rozpędu jak koło zamachowe.

*****

Pełna prawda o stanie narodu wyszła na jaw wiosną. Kiedy śniegi stopniały i dłuższe dni przynosiły więcej światła, społeczeństwo zaczęło dostrzegać wychudłe postacie dziarskich do niedawna działaczy partyjnych i rządowych. Ich przerzedzone szeregi sugerowały, że wielu z nich odeszło na zawsze w różnych okolicznościach, między innymi popełniając samobójstwa lub udając się na banicję. Fakty te potwierdziła policja. Obudzona wiosennymi powiewami wiatru, z własnej inicjatywy zdecydowała się podjąć śledztwo w sprawie tych, którzy dotychczas im śledztwa zlecali.

Metody samobójstw działaczy były różne. Bardziej oczytani w literaturze, zwłaszcza orientalnej, odbierali sobie życie stosując seppuku lub harakiri, inni – z niechęcią, gdyż byli ludzmi religijnymi – wybierali eutanazję. Młodsi działacze lubiący skoki bungee na długiej linie, wybierali skok na druty wysokiego napięcia. Było też sporo takich, którzy pogubili się po lasach lub postrzelali na polowaniach. Niemało też zginęło w wypadkach drogowych lub zapiło się na śmierć. Przypadki zgonu z głodu oraz zamarznięcia we własnym domu wskutek braku dostaw energii cieplnej były rzadsze.

Historycy nazwali ten okres zimowiosną ludów, wyjaśniając, że rządzący potknęli się o własne nogi nie doceniając roli obywateli, którzy protestując przeciwko władzy z jakiegokolwiek względu nabierają wody w usta i popadają w całkowite milczenie.

W tragicznym okresie czasu jedynie papierosy i alkohol zyskały na znaczeniu. Niektórzy obywatele nie będąc w stanie wytrzymać bólu milczenia popadali w nałogi. – Dym tytoniowy skutecznie zastępuje opary otaczającego nas absurdu. – Twierdzili, zaciągając się dymem. Inni pili umór alkoholizowane środki kąpielowe, kierując się modą przybyłą ze wschodu podobnie jak koncepcja partii – jedynej przywódczej siły narodu.

Jeśli chodzi o prezesa Partii Dobroczynności, to zniknął on całkowicie z pola widzenia. Po pewnym czasie odnalazł się i to w kilku miejscach na raz. Mówiono, że zapuścił czarną brodę i zajął się nauczaniem początkowym patriotyzmu, ale kiedy okazało się, że nie ma papierów ani kwalifikacji, zwolniono go. Próbował pracy misyjnej w różnych miejscach, ale bezskutecznie. Kiedy mówił o winie drugiego człowieka, wymieniając czasem jakieś nazwisko, cytowano mu Pismo Święte: "A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz? ". Kiedy mówił o wierze w człowieka i potrzebie sprawiedliwości na ziemi, przypominano mu Boga i życie wieczne.

Pewien poważny zakonnik zaklinał się, że prezes zjawił się któregoś wieczoru w jego zakonie w kapturze na głowie i z małym stołeczkiem w ręku, wyrażając gotowość nawracania braci na prawdziwą wiarę. Nie uwierzono mu jednak i przepędzono go. Nigdy później już go nie widziano.

– Nie miał łatwego życia, dlatego zniknął. Wszędzie mu się sprzeciwiano, był z tego powodu nieszczęśliwy. Minęły już czasy, kiedy jego słowa przyjmowano bezkrytycznie. – Podsumował ze smutkiem zakonnik, po czym przeżegnał się.

Idealne państwo, idealne społeczeństwo. Opowiadanie. Część 1.

Wydarzenie z pozoru było mało znaczące. Poseł opozycji stojąc przy mównicy wyznał miłość przewodniczącemu parlamentu. Powiedział, że go kocha. Kiedy to mówił, trzymał w ręku kartkę świąteczną z życzeniami dla dziennikarzy, którym rządząca Partia Dobroczynności pragnęła zwęzić korytarze dla ułatwienia pracy w parlamencie oraz skrócić sztandar dziennikarski, dodatkowo utrudniający im poruszanie się po korytarzach. Przewodniczący udzielił adoratorowi dla ostrzeżenia dwa upomnienia, po czym wręczył mu czerwoną kartkę. W innym demokratycznym parlamencie wyznanie miłości mężczyźnie przez mężczyznę ani kartka z życzeniami dla jakiejś grupy zawodowej nikogo by specjalnie nie zdziwiła, ale nie w tym kraju. Z drobnej sprawy wynikła wielka hucpa.

Decyzja przewodniczącego podziałała na opozycję jak czerwona płachta na byka. Ci ludzie dosłownie oszaleli: zaczęli krzyczeć, tupać, protestować, chwilę później otoczyli mównicę i fotel przewodniczącego żądając przywrócenia ukaranego posła do gry. Zaniepokoiło to prezesa Partii Dobroczynności, który dorywczo pełnił również funkcję premiera. Poprosił kolegę o wyjaśnienie. Ten wytłumaczył krótko, o co poszło.

– Jestem rozżalony na niego. Spodziewałem się, że uczyni to w bardziej intymnym nastroju, że przyniesie kwiaty i że uklęknie przede mną. A tu taka publiczna żenada. Nie spodziewałem się tego po nim. Wyglądało to jak gruby żart. Samo oświadczenie miłości na pewno było miłe, ale poza tym to dno. Co więcej, on chciał mówić o muzyce i pieniądzach, a nie o miłości.

Prezesowi PD ledwo udało się uspokoić kolegę. Pocałował go w rękę. Nigdy nie całował mężczyzn w rękę, ale tym razem zrobił wyjątek. Przekonał go także do utrzymania czerwonej kartki w mocy.

Życzenie opozycji nie zostało spełnione. Przewodniczący parlamentu mógł im ustąpić, ale nie uczynił tego po wymianie serdeczności z prezesem partii. Pozostał nieugięty. Opozycja w odwecie uparła się, aby zablokować mównicę i jego fotel w sali posiedzeń. Okazała się również nieugięta.

Te trzy czy cztery z pozoru proste decyzje zapoczątkowały długi ciąg niezwykłych zdarzeń. 

*****

Incydent w parlamencie pokazano w telewizji, wywołał on gwałtowną reakcję. Postępowanie przewodniczącego nie podobało się wielu widzom, którzy uznali, że nie ma on serca, że odrzucił oferowaną mu miłość, że jest bezlitosny. Na ulice miasta wyległy tysięczne tłumy. Liczba protestujących nieprzerwanie rosła. Zebrani skandowali różne hasła, śpiewali poważne pieśni, wygłaszali krótkie, dosadne przemówienia, unikając jednak nieparlamentarnych słów. W końcu zablokowali wyjazd z parlamentu przedstawicieli partii rządzącej. Interweniowała policja, usuwając demonstrantów uniemożliwiających przejazd.

– Blokada sali posiedzeń parlamentu grozi załamaniem porządku prawnego kraju, ruiną gospodarki, naruszeniem przyjaznych stosunków z sąsiadami, innymi słowy totalną klęską. – Tak określił sytuację prezes Partii Dobroczynności. – Zapytajmy się otwarcie, nie owijając sprawy w bawełnę, kto buntuje się przeciwko nam, legalnej władzy? Są to szumowiny i elementy społeczne, zwolennicy poprzedniej skorumpowanej partii, której odebraliśmy władzę. – Przewodnicząc rozwinął długą listę przewinień poprzedniej władzy, po czym podsumował. – Demonstranci na ulicy buntują się przeciwko nam, władzy rządzącej sprawiedliwie i rozważnie, pragnącej dobra całego społeczeństwa, nie tylko elit. Niedoczekanie ich!

Członkowie PD słuchali przemówienia prezesa z uwagą i szacunkiem. Kiedy wpadł w gniew, uznali jego uczucie za jedyne i słuszne. Swoją aprobatę wyrażali energicznym potakiwaniem. Słychać było także okrzyki: – Udzielamy panu pełnego poparcia. To leży w interesie narodu i parlamentu. Jako demokratycznie wybrana reprezentacja narodu jesteśmy z nim tożsami. Partia to naród, naród to partia! – Zaczęli skandować patrząc w oczy sobie oraz widzom siedzącym przed telewizorami.

Obywatele zgromadzeni na ulicy nie przyjęli jednak łatwo słów prezesa, ani przewodniczego parlamentu, ani członków partii rządzącej. – Mamy własny rozum i serce. Nie musicie za nas decydować. Mamy was dość! – Krzyczeli zbiorowo i indywidualnie, i nadal gromadzili się jakby zbierając siły.

Przewodniczący parlamentu przy wsparciu prezesa PD podjął decyzję. W ciągu nocy na ulicach pojawiła się policja, żandarmeria oraz agenci w niewidzialnych garniturach, chłop w chłopa dobrze zbudowani, mocno wywatowani, ostre rysy na marsowych twarzach. Żaden z ich nie uśmiechnął się nawet przez moment, kiedy tworzyli kordon odgradzając demonstrantów od parlamentu. Rankiem następnego dnia wszystkie wejścia do parlamentu były już zablokowane, a ulice odgrodzone stalowymi płotami. Przywódcy opozycji i nieprawomyślni komentatorzy sugerowali, że rolą sił porządkowych było zaszokować i zastraszyć obywateli. Niektórzy obywatele w to wierzyli, inni nie wierzyli.

Dzięki zdecydowanej akcji rządu sytuacja została opanowana. Cel rządu został osiągnięty. Prezes PD był zadowolony. Obronił integralność parlamentu i legalnie wybranej władzy. Ze wszystkich ludzi w kraju tylko on jeden uśmiechał się.

*****

Po trzech latach rządów Partii Dobroczynności, zwanej także Partią Dobrobytu, powstało wymarzone przez naród idealne państwo, a w ślad za nim ukształtowało się idealne społeczeństwo. Wymagało to niezliczonych reform, aktów prawnych, rozwiązań instytucjonalnych, a nade wszystko nieprzerwanej perswazji.

Jednym z najważniejszych rozwiązań był Rejestr Specjalny, oznaczony kodem RS, narzędzie stanowiące podstawę każdego nowoczesnego państwa. Jego beneficjentami byli szarzy obywatele, o których nikt wcześniej nie mówił, albo mówił bardzo niewiele. Szarzy obywatele dzięki władzy Partii Dobroczynności w końcu poczuli się w kraju jak u siebie w domu, gdzie innym nie powodzi się lepiej niż im samym. Czerpali z tego satysfakcję większą niż z sukcesu osobistego.

Rejestr Specjalny podlegał bezpośrednio prezesowi PD, pełniącemu dorywczo rolę premiera. Rejestr przechowywano w podwójnie opancerzonej szafie ze złotym emblematem lwa ze skrzydłami orła. Szafa była wbudowana w ścianę dzielącą gabinet premiera i gabinet Ministra Służb Specjalnych. Dostęp do RS miały tylko trzy osoby: premier i minister służb specjalnych oraz jedna kobieta, której nazwisko było utajnione. Wiedziano o niej tylko tyle, że była mocno zbudowana, silna i miała tubalny głos i nawet w czasie największej trwogi wznosiła odważnie dłoń z palcami ułożonymi w symbol zwycięstwa. Była niezłomna. Układ dwóch mężczyzn plus jedna kobieta zapewniał równowagę płci, czego życzył sobie sam premier. – Jesteśmy demokratyczni do szpiku kości. – Powtarzał to wielokrotnie, aby nikt nie miał wątpliwości. W jego partii nie było to potrzebne, bo wszyscy jej członkowie myśleli identycznie. Tkwiła w tym ogromna siła.

RS był rejestrem indywiduów wrogich, podejrzanych o wrogość oraz niechętnych władzy. Nie państwu, nie społeczeństwu, ale właśnie władzy, która w ocenie prezesa Partii Dobroczynności była niczym innym jak sublimacją ideału, o którym pisał Platon dwa tysiące pięćset lat wcześniej. Prezes PD, uznawany już wtedy za geniusza politycznego, oparł zręby idealnego państwa na teorii Platona, geniusza filozoficznego, którego darzył wielkim zaufaniem z uwagi na jego niechęć do demokracji ludowej.

Jako symbol sił rządzących prezes był najbardziej zagrożony przez osoby wrogie i niechętne władzy. Zagrożenia te były traktowane przez rząd najpoważniej ze wszystkich. – Wiadomo, że jak umiera mózg, to umiera cały organizm. – Lapidarnie wyjaśniał Minister Zdrowia, były ekspert sądowy z ogromnym doświadczeniem w wystawianiu świadectw zgonu.

Jednostki wrogie i niechętne władzy Rejestr Specjalny określał generalnie jako indywidua. Usystematyzowano je hierarchicznie wedle skali ich negatywnych uczuć. Najwyższą kategorię stanowiły indywidua wrogie władzy, kod IWW. Do tej kategorii zaliczono także opozycję parlamentarną po zebraniu pełnej dokumentacji ich dywersyjnej pracy. Opozycja – jak się okazało – była ideologicznie sponsorowana z zewnątrz kraju i to na masową skalę.

Drugi, niższy poziom RS, stanowiły indywidua podejrzewane o wrogość, kod IPW. Chodziło o podejrzenia natury uniwersalnej, zarówno te niebudzące żadnych wątpliwości jak i budzące wątpliwości. Tak było bezpieczniej i taniej. Było to ważne, ponieważ bezpieczeństwo i ekonomia były głównymi hasłami rządu.

Najniżej w hierarchii zagrożenia, był to poziom trzeci, stały indywidua niechętne władzy, kod INW. Do ich teczek dostęp miała, prócz wymienionej już trójki, także policja. To samo indywiduum mogło znaleźć się na wszystkich szczeblach Rejestru Specjalnego. Znaczyło to, że jest ono niebezpieczne pod każdym względem.

Indywidua znajdujące się w Rejestrze Specjalnym były traktowane w sposób szczególny: policja, służba więzienna i służby specjalne mogły je aresztować bez oskarżenia i trzymać w areszcie przez trzy miesiące, który to termin był automatycznie przedłużany, a nawet torturować w „rozsądnych wymiarze”, jeśli zagrażały one bezpośrednio partii rządzącej, parlamentowi lub rządowi, czyli najwyższym organom władzy państwowej. Zasady strzelania do indywiduów przy próbie ucieczki były określone przez rząd w odrębnym akcie prawnym. Aresztowania indywiduów z list RS odbywały się głównie nocą, najpóźniej nad samym ranem, kiedy poszukiwani spali i nie stanowili nadmiernego zagrożenia dla sił porządkowych.

Dostęp do teczek RS premier i minister służb specjalnych mieli bezpośrednio ze swoich gabinetów poprzez wewnętrzne drzwiczki w sejfie pancernym. Sejf znajdował się za ich plecami, nie było więc mowy, aby ktokolwiek zbliżył się do niego niepostrzeżenie. W obydwu gabinetach oprócz wartownika ukrytego za zasłoną w rogu pokoju czuwał także pies wilczur.

Wbrew opiniom opozycji, rządowi nie chodziło o zastraszenie obywateli, ale o wychowanie społeczeństwa w duchu karności i porządku. Wyjaśnił to prezes, dorywczo pełniący również funkcję premiera, szczególnie wysoko ceniący ład społeczny.

– Bez karności i porządku nie ma kołaczy. – Mówił prawie nie rozciągając cienkiej linii uśmiechu usytuowanej nad górną wargą. Dolnej wargi nie angażował, gdyż była ona zarezerwowana na okazje specjalne, kiedy opozycja i krnąbrni obywatele usiłowali wyprowadzić go z równowagi.

*****

System rządzenia w oparciu o RS przyniósł krajowi wielkie korzyści, ponieważ obywatele nauczyli się karności i porządku. Z czasem okazało się jednak, że miał on także pewną słabość. Chodziło o to, że obywatele ukształtowali w sobie nawyk nabierania wody w usta, w związku z czym pojawiły się braki wody, zwłaszcza w dużych aglomeracjach. Ceny wody poszły w górę, ale nikt nie mógł się skarżyć, ponieważ miał wodę w ustach, w związku z czym rząd mógł zapomnieć o problemie. Przynajmniej przejściowo.

C.d. jutro.

Komiks polityczny. Czarna demonstracja. Odcinek 1.

ship-oar-frigate-la-rieuse-author-unknown-public-domain

Iwan Iwanowicz Iwanczyn, trybun ludowy, rzecznik nieskrępowanych poglądów politycznych, jak zwykle stał przy krawężniku wygłaszając prywatne orędzie o stanie państwa. Ucieszył się na mój widok. Opowiedział mi epizod z życia kapitana żeglugi wielkiej, niejakiego Jaroszki, entuzjasty, pasjonata i proroka filozofii czystego bytu.

– Kapitan Jaroszka, znam go doskonale z telewizji, gdzie z braku wiatru oceanicznego wietrzy swoją facjatę przed kamerami (Iwan Iwanowicz oprócz siły fizycznej dysponował także szorstkim językiem), najpierw zamarzył sobie, a potem zbudował żaglowiec wielki jak góra lodowa, symbol ochrony życia uniwersalnego, dobrego i złego, bogatego jak Krezus i nędznego jak marny robak, na którym to żaglowcu zamierzał wpłynąć w wiek następny, aby zyskać sławę żeglarza wszechczasów. Musi Pan wiedzieć, że dzielny Jaroszka, zwany też kapitanem ludzkich sumień, otrzymał podobno pełnomocnictwo od samego pana Boga na sterowanie sprawami życia na ziemi. Kapitan jest człowiekiem uniwersalnym, biologiem, lekarzem i uczonym (większym nawet niż słynny Miczurin), jak i niepohamowanym entuzjastą wszystkiego, co lata, pływa i biega, innym słowem życia, także tego najbardziej bolesnego, chromego i wegetującego.

Proszę sobie wyobrazić, że pokonawszy rafy szalonej pogody, o tej porze wyjątkowo niepewnej i niebezpiecznej, kapitan zamierzał bezpiecznie wpłynąć do portu, aby ogłosić światu swoje zwycięstwo, kiedy zjawiła się banda czarno ubranych niewiast, twardych, zapalczywych i przeciwnych pomysłowi kapitana, które w szale sprzeciwu podziobały czarnymi parasolami żagle i kadłub jego statku tak gruntownie, że stracił on orientację, wszedł na mieliznę i zatonął. Zanim to się stało, na pomoc kapitanowi rzucił się oficer statkowy, niejaki Brzuchal, który wyzwał oblegające statek kobiety od niepoważnych, bałamutnych i zwariowanych bab, oraz drugi oficer, administracyjny, równie ważny, a może i ważniejszy, który wysłał kapitanowi na pomoc wielu sprawnych ochroniarzy. W wyniku nieporozumień z uczestniczkami i uczestnikami demonstracji, nad czym można tylko ubolewać, zabrano ich do lazaretu, aby ocalić im resztki zdrowia.

Jednym słowem, wyprawa po złote runo kapitana Jaroszki i jego załogi zakończyła się poważną i smutną kompromitacją, ponieważ także w innych portach kontynentu kobiety demonstrowały determinację niedopuszczenia jakiegokolwiek kapitana, komandora czy nawet admirała do decydowania, jak ma wyglądać życie, o którym one, od czasów raju, Adama i Ewy decydują i opiekują się z uprawnienia Najwyższego.

Razem z Iwanem Iwanowiczem pochyliliśmy się nad losem ambitnego kapitana, jedynego żyjącego filozofa dysponującego pełnią wiedzy, jak myśleć o życiu i jak z nim postępować w wymiarach religijnych i etycznych, ludzkich i boskich, zmysłowych i pozazmysłowych. 

Oblicze zbrodni. Opowiadanie.

Nikanor! – Kim ja właściwie jestem?

Pytanie jak uparta, nieprzyjemna wilgoć powracało i rozmywało się niby mglista zjawa wywołana przez medium psychiczne. Zanurzony w natłoku wspomnień i niejasności, Nikanor analizował swoją przeszłość, aby zrozumieć materię i naturę ducha, z którymi miał na pieńku. Pierwsza nie była problemem. Druga wymykała mu się uparcie ciągiem lat coraz bardziej męczących, rozjaśnianych śmiechem jak błysk światła, wycieczkami na plażę, spotkaniami z przyjaciółmi przy winie i głaskaniem aksamitnej kotki.

Żywot swój uważał za marny, niepotrzebny i pozbawiony treści. Osadzony na dwóch nogach, podobnie do innych osobników rodzaju męskiego i małpy człekokształtnej, Nikanor dostrzegał w niej swoją odległą, ekscentryczną przeszłość, która mimo wszystko nie była aż tak daleka. Czasem miał wrażenie, jakby koczowała po drugiej stronie rzeki. Małpa żyła instynktem, a on, jej potomek, intelektualnie wyobcowany, miał go tyle, ile mieści się na końcu malutkiej łyżeczki od kawy. Reszta była ta sama, identyczne dziewięćdziesiąt dziewięć procent genomu. Mimo to, nie umiał żyć w sposób naturalny i spontaniczny jak żyją zwierzęta, kierując się instynktem, pragnieniami i dążeniem do ich natychmiastowego spełnienia. Tego mu brakowało w życiu obfitującym w wydarzenia, z wyjątkiem jednego, najbardziej pożądanego i niespełnionego. Nie umiał wydobyć z siebie esencji prawdy i realizmu, który przychodzi tak łatwo buddystom przenikającym wszystko, co dotyczy życia i cierpienia. Nie potrafił zdobyć się ani na zmianę ani na pogodną akceptację status quo.

Od dawna miał przeczucia, że jego związek nie jest kryształowy, gdyż wybranka jego serca szła własną drogą, wygody cichego i półświadomego egoizmu, który prawdopodobnie nie zawsze był egoizmem. Po latach, zbyt długich, aby się ich nie wstydzić, doszedł do wniosku, że nigdy go nie kochała. Jej miłosnym ulubieńcem był jego wizerunek, osoby oczytanej, dobrze ułożonej, ustępliwej, poddającej się jej myślom i pragnieniom. Lubiła iluzję, że go kocha. Była wygodna, gdyż stabilizowała jej życie pozbawiając je uciążliwości i niepokojów innych związków.

W wyboistym natłoku wspomnień równie niepotrzebnych, co nieustępliwych, Nikanor pędził żywot niejako obok siebie wykonując działania noszące pozory sensu, lecz w istocie przypominające puchatą kulkę służącą kotu do zabawy. Zajmującą i umilającą czas, lecz daleką od nerwu życia, głębokiego i pełnego przeżywania wszystkiego, co decyduje o szczęściu.

Z zewnątrz żywy i rozmowny, wewnątrz pozostawiał apatyczny i zgaszony, ofiara losu zagubiona w lesie, widząca drzewa lecz niezdolna odczuć ich dotyku, zapachu ani piękna. Nie ogarniał pełnego sensu istnienia, które jawi się srebrem równie gorącym jak pasja pożądania. „Zagubienie” było najtrafniejszym opisem jego osobowości, wielopłaszczyznowej i zagmatwanej dzieciństwem i dziedzicznością, której nie można pojąć, dopóki nie objawi się wybrykami blokującymi swobodne oddychanie.

Nikanor uprawiał nędzną fuszerkę, regularnie i wytrwale, nadmiernie kierując się pragnieniem zaspokajania wydumanych i prawdziwych potrzeb innych osób. Były one ważniejsze niż on sam, choć bardzo chciałby, aby i on coś znaczył. Był pomijany, bo sam siebie pomijał, nie umiał walczyć ani przeciwstawić się. Walka jest konfrontacją, a on unikał jej jak ognia. Był produktem nijakości, chorobliwym pacyfistą wśród milionów istot stworzonych do walki.

W życiu raz tylko stanął na ringu. Okazała się nim polna droga do szkoły, gdzie wspólnie z przyjacielem bili się na pięści z dużo silniejszym kolegą. Wracając do owej unikalnej chwili przebudzenia, nieodzownej każdemu samcowi, nie pamiętał nawet, o co poszło. Była to z pewnością sprawa honoru i godności, która objawiła się w sposób odpowiadający mądrości ślepej kury odnajdującej ziarno. W bezkrwawej, a jednak heroicznej walce Nikanora-chłopca ironicznie zintegrowały się instynkt, ślepota, kura, ziarno i przypadek. Jeden pozytywny incydent nie wystara jednak na obudzenie woli życia.

Piątkowy, słoneczny ranek wyciągnął wszystko z lamusa i podsumował. Początek był niewinny. Nikanor podszedł do stołu, popatrzył w okno rozświetlone przedwiosennym słońcem, spokojnie wyjął pigułkę z opakowania i podniósł do ust szklankę z wodą do popicia. Ni z tego, ni z owego zaczął dusić się, charczeć jak zarzynane zwierzę, odrażająco, rozpaczliwie i beznadziejnie. Wciągał w płuca powietrze, które blokowało się w gardle wydając syczące i głośne rzężenie „yyyyyyyyy”. Czuł, jak umiera.

Zdarzało mu się to od czasu do czasu przypominając po raz kolejny niedokończoną zbrodnię, jaka popełniła na nim natura. Lub opatrzność. Nigdy nie doszedł to zrozumienia, czym różnią się one od siebie. Raz łączyły się w całość niby dwie identyczne połówki jabłka, innym razem pasowały do siebie jak fanaberie Boga, łudząco podobne, a jednak całkiem różne.

Pigułka, którą przyjmował popijając wodą, była bezpośrednim wykonawcą wyroku, katem, który z niewiadomej przyczyny w ostatniej chwili zrezygnował z egzekucji. Być może ktoś wyższy i mądrzejszy obserwował z boku teatralną scenę umierania, aby w ostatnim momencie wydać krótkie polecenie: Dosyć! Na dzisiaj wystarczy!

Nikanor długo nie mógł uspokoić się. W gmatwaninie emocji, Nikanor przypisywał to zdarzenie opatrzności i jej eksperymentom na nim, przypadkowym tworem kryjącym się za horyzontem długiego ciągu nieznanych przodków. Pamiętał je wszystkie nadto dobrze, aby nie dać się uwieść wierze, że Bóg stworzył człowieka w sposób cudowny i bezbolesny. Sam był jednym z kolców, który stanął Stwórcy na drodze uszlachetniania człowieka w kierunku nieokreślonego przeznaczenia.

Po bolesnym wykrztuszeniu resztek płynu na podłogę Nikanor rozejrzał się wokół otępiałym wzrokiem, zagubiony i zgaszony. Kolejny raz zdał sobie sprawę, w sposób do znudzenia męczący, że jest ofiarą niedokończonej zbrodni, której wyrok kryje się w mrokach czasu i przestrzeni.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 22 (ostatni)

Rozmowę przerwały okrzyki. Drzwi budynku otworzyły się skrzypiąc i w progu ukazał się prezes zarządu Baron TV w asyście kobiety. Za ich plecami sterczała czujna głowa strażnika.
Przedstawiciel demonstrantów zwrócił się w kierunku zebranych przykładając wymownie palec do ust, podnosząc lewą rękę do góry i wskazując na zegarek.
Prosi o spokój. Chce, żeby im dać trochę czasu – ktoś w tłumie głośno zinterpretował gesty człowieka na schodach. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Ja już wiem! – śmiało zadeklarował młodzieniec w okularach z cienkimi oprawami. Dyrektor powie, że przyjmą Boskiego z powrotem do pracy.

Skąd to wiesz? To nie jest takie pewne.

Ja wiem, bo znam pewną babkę w telewizji i ona mi powiedziała przez komórkę, co zrobią. Są pod presją. Ale nie myślcie, że tylko naszą, demonstrantów. Tu chodzi o coś innego, nie tylko o opinię publiczną.

Nie bądź taki tajemniczy. Chyba możesz powiedzieć?

Mężczyzna przywołał ręką kilka najbliższych osób i schylił się wewnątrz ich kręgu, aby podzielić się sekretem.
Ten mur rozgrzewa się od płonącego stosu. Na zewnątrz jest dużo drewna, które pali się jak szczapa smolna.
No i co z tego? – przerwał niecierpliwy głos. Nie ma mowy, aby budynek się zapalił. To nonsens.
Oczywiście, że nie – odburknął z pogardą okularnik. Problem w tym, że za ścianą budynku w miejscu, gdzie hula ogień, stoją urządzenia elektroniczne wrażliwe na temperaturę i nie da się ich stamtąd szybko usunąć. Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby uległy awarii?. Telewizja wysiadłaby na kilka dni albo i dłużej.

Delegacje zbliżyły się do siebie i po wzajemnej prezentacji podjęto rozmowę. Trwało to jakiś czas. W pewnym momencie od grupy odłączyli się przewodniczący obu delegacji i stanęli przed masywnym łańcuchem okalającym podest schodów. Alfred Narożny tłumaczył coś swojemu rozmówcy wykonując ręką ruchy przypominające nawijanie nici na motek. Kiedy skończył, obydwaj obrócili się w kierunku tłumu. Przemówił rzecznik demonstrantów.

Sprawa wyjaśniła się szybciej, niż mogliśmy się spodziewać – głos wzmocniony przez podręczny megafon brzmiał sztywno i mechanicznie. Nie mam jednak dobrych wiadomości. Proszę Prezesa „Baron TV” o przedstawienie swojego stanowiska.

Proszę państwa, nie mogę powiedzieć nic więcej oprócz tego, że zarząd Baron TV prowadzi intensywne konsultacje w poszukiwaniu rozwiązania. W związku z tym mam do Państwa prośbę. Proszę dać nam jeszcze trochę czasu, aby wyjaśnić wszystkie prawne, organizacyjne i ludzkie aspekty powstałej sytuacji. Staramy się znaleźć rozwiązanie kompromisowe, które byłoby do przyjęcia dla państwa i dla naszej firmy. Dlatego też proszę o cierpliwość i czasowe zaprzestanie demonstracji przed naszym budynkiem.
Gwizdy i okrzyki przerwały przemówienie. Początkowo pojedyncze, wkrótce przerodziły się w jeden nieprzerwany ryk. Tłum zwarł się w sobie niby wielki i nieruchawy dinozaur, który atakiem broni się przed napaścią śmiertelnego wroga. Siły dodawała mu wiara w konieczność obrony człowieka, który pokonał strach przed publicznym wyszydzeniem i ośmieszeniem, aby w bliźnim rozpoznać Boga.
W tle rozwijającej się burzy niezadowolenia i gniewu dały się słyszeć wybuchy dochodzące od strony pożaru syczącego i trawiącego stos drewna i łatwopalnych materiałów przy południowej ścianie budynku. Z razu była to kanonada przypominająca eksplodujące silne petardy. Kiedy wydawało, że arsenał środków wybuchowych już się wyczerpał, niespodziewana, dziwna eksplozja wstrząsnęła budynkiem, wyrywając zeń fragment ściany jak kawał mięsa z żywego organizmu. Pod wpływem zwiększonej temperatury zwarły się przewody elektryczne, a ich iskrzenie doprowadziło do eksplozji gazu w miejscu, gdzie niewinne rozszczelnienie przewodów stworzyło mieszankę wybuchową.

To palec boży! To znak boży! Wszyscy jesteśmy grzesznikami skazanymi na zagładę! – nędznie ubrany mężczyzna, ze zwichrzonymi włosami, nieogolony i brudny, o wyglądzie żebraka, histerycznie krzyczał i tańczył wokół ognia. Część tłumu przyłączyła się do szaleńca jakby udzieliło im się przekonanie o końcu świata.

Kiedy na miejscu pojawiły się pierwsze samochody straży pożarnej i policji, południowa część budynku stała w ogniu. Wznoszące się w niebo płomienie trawiły wnętrze budynku czerwonymi jęzorami stając się symbolem bolesnej łączności człowieka z Bogiem.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 21.

Narada u Prezesa Alfreda Narożnego była burzliwa. Firma znalazła się w narożniku. Kiedy sekretarka powiadomiła go o przybyciu posłańca przynoszącego wiadomości od demonstrantów przed budynkiem, śpiesznie wyszedł z gabinetu i wysłuchał relacji?

Proszę im powiedzieć, że odbywam pilną naradę, lecz spotkam się z nimi. Ale nie od razu. Popatrzył na zegarek i dodał: za pół godziny, nie wcześniej. Nie mogę wcześniej, to zbyt ważna sprawa. Proszę koniecznie ich uspokoić, na ile to jest możliwe. Gdyby mimo wszystko nalegali na wcześniejsze spotkanie lub stawiali jakieś warunki, proszę starać się … Na twarzy strażnika pojawił się niepokój.

Cholera, on nie da sobie rady z tym posłaniem! – Prezes zaniepokoił się, po czym zaczął intensywnie rozważać, jakie mogą być inne opcje. Popatrzył jeszcze raz na strażnika. Niepewność i niepokój były wymalowane na jego twarzy. Po chwili wahania Prezes zmienił decyzję. Proszę informować moją sekretarkę, gdyby zdarzyło się coś ważnego – zakończył, podziękował strażnikowi i polecił wrócić na stanowisko przy drzwiach i zachować czujność..

Osobisty asystent Prezesa czekał już przy drzwiach do sali narad.

Pójdzie pan porozmawiać z delegacją demonstrantów. Pan sobie z tym poradzi. Proszę za mną do gabinetu, udzielę panu instrukcji. Zaraz potem wrócił go sali, gdzie byli zebrani pozostali członkowie zarządu i prawnicy.

Znaleźliśmy się między młotem a kowadłem. Nie możemy robić z gęby cholewy zwalniając pracownika i od razu przyjmując go do pracy, dlatego, że ktoś wywiera na nas presję – Prezes kontynuował naradę. Taka decyzja zależy od oceny, jakie to będzie miało długofalowe skutki. Musimy zyskać poparcie dla decyzji, jakakolwiek by ona nie była – Prezes rozejrzał się po pomieszczeniu i z tęsknotą spojrzał w okno pełne obietnic słonecznego dnia.

*****

Nie mogąc doczekać się prezesa „Baron TV”, kilku niecierpliwych manifestantów postanowiło przyśpieszyć rozwój wydarzeń.

Tam dalej, z prawej strony budynku są rusztowania, a obok na kupie leżą deski. Z drugiej strony budynku są wycięte drzewka, w miejsce których posadzono nowe. Tych starych jeszcze nie zabrano. Może je podpalić? – niedwuznacznie sugerował niepozornie wyglądający mężczyzna żywo gestykulując rękami. Kilku obecnych natychmiast postanowiło wcieli pomysł ć w życie.

Czyście oszaleli? Chcecie nas wszystkich wsadzić do więzienia? – protestowali zwolennicy pokojowych rozwiązań.

Co tak się boisz więzienia? To nie ty pójdziesz siedzieć, tylko my.

Dlaczego to robicie?

Nie będziemy tu siedzieć do usranej śmierci. Ten prezes tak się porusza, jakby mu nogi odjęło. Zobaczysz jak szybko zareaguje, jak tylko zapalimy ognisko. To go przyspieszy jak paliwo rakietowe – zapewniał brodaty osiłek w żółtej koszuli z krótkimi rękawami.

Skąd wiesz? Skąd masz tę pewność? – dochodziła kobieta zaniepokojona samozwańczymi działaniami miłośników szybkich rozwiązań.

Wiem, bo brałem udział w strajkach i demonstracjach. Poza tym znam tego prezesa. On też mnie zwolnił z pracy.

Aaa..To dlatego tu jesteś! Szukasz zemsty?

A co w tym złego? Ale to nie jest najważniejszy powód. Moja sprawa była inna niż Tomasza. On nie zasłużył na zwolnienie. Nie jesteśmy trybami w maszynie ani kołkami w płocie, tylko ludźmi. Nie ma takiego prawa, które karze cię zwolnieniem za to, że wyrażasz swoją opinię w miejscu publicznym. Im to oczywiście nie na rękę, że Tomasz powiedział to, co powiedział – mężczyzna z niechęcią wskazał głową w kierunku budynku stacji telewizyjnej. Zarząd telewizji to ludzie niewierzący, a jeśli nawet ktoś tam wierzy w Boga, to nie przyzna się do tego publicznie. To byłoby „niepoprawne politycznie”.

To dosyć elastyczne określenie. Co masz na myśli?

Oni uważają za niepoprawną każdą wypowiedź, która odnosi się do polityki, wiary lub obyczajów, jeśli mogłaby być źle skojarzona lub źle widziana przez większą grupę społeczną lub środowisko. „Telewizja jest neutralna i pracownicy nie wygłaszają poglądów za lub przeciw religii, szczególnie jeśli temat jest drażliwy lub zapalny społecznie” –Tomasz na pewno usłyszał coś podobnego od dyrektora lub prezesa. Ich polityka służy zarządowi, a nie widzom i społeczeństwu. Zasad postępowania nie da się zdefiniować jak instrukcji obsługi żelazka. Prosto i łatwo – zakończył mężczyzna wyraźnie zorientowany w zawiłościach funkcjonowania Baron TV.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 20.

Niedzielny słoneczny poranek zapowiadał spokojny dzień. Powietrze falowało nad rozgrzaną jezdnią i odpływało w nieznane pod wpływem łagodnego wiatru, choć w cieniu nadal dawał się odczuć ustępujący chłód. Mieszkańcy miasta wylegli na ulice. Wydawało się, że wszyscy chcą skorzystać z niezwykłej pogody, aby pójść na spacer, wyjechać za miasto, udać się do kościoła lub odwiedzić przyjaciół. Pogoda była zachwycająca; tylko na zachodniej części nieba nad horyzontem zalegały ciemne chmury, pełne mrocznej zadumy.

Jakie one mają fantastycznie dziwne kształty! – zachwycały się dwie wystrojone nastolatki siedzące na ławce w parku naprzeciw siedziby „Baron TV”. Czekały na pozostałą część rodziny, aby razem pospacerować wśród drzew, krzewów i kwiatów z perspektywą zakończenia przechadzki w ulubionej przez wszystkich lodziarni.

Czy myślisz, że chmury mogą coś oznaczać? Coś mogą zapowiadać? – dociekała młodsza z dziewcząt poprawiając zalotnie sukienkę zdobną w wielokolorowe kwiaty i rzucając ukradkowe spojrzenia na dopasowane kolorystycznie czerwone buciki.

Nie wiem, co one mogą znaczyć. Ale nie wszystko na ziemi ma znaczenie. Tak zawsze mówiła moja babcia. Kiedyś mi wyjaśniła, że ludzie nie mogą wszystkiego wiedzieć – starsza dziewczynka popisywała się wiedzą o naturze ludzkiej wiedzy.

Odpowiedź nie zadowoliła kolorowo ubranej koleżanki. Takie chmury na pewno coś znaczą! – odpowiedziała z przekonaniem. Nigdy takich nie widziałam. One są wyjątkowe. Na pewno coś się wydarzy. Ciekawa jestem, co? – pomyślała marzycielsko w dziecięcym oczekiwaniu, że życie jest pasmem intrygujących i miłych niespodzianek.

*****

O godzinie 9 rano przed okazałym trzypiętrowym budynkiem „Baron TV” pojawiła się kilkuosobowa grupa. Zatrzymali się u stóp schodów zdobiących wejście główne, rozejrzeli na wszystkie strony jakby oceniając miejsce i rozpoczęli rozmowę. Stopniowo przyłączali się do nich inni ludzie nadchodzący pojedynczo lub grupkami. Niektórzy znali się od dawna, pozdrawiali się entuzjastycznie, wymieniali informacje i żarty. Kilkadziesiąt minut później przed budynkiem stał już pokaźny tłum i wciąż się powiększał.

Punktualnie o godzinie dziesiątej, jak w dobrze wyreżyserowanym scenariuszu, z bocznej uliczki wyłoniła się hałaśliwa demonstracja i przyłączyła do zgromadzonych. Kobieta i dwóch mężczyzn oddzielili się od tłumu i skierowali w górę po schodach ku wejściu do gmachu. Ich młodość, energia i modne ubiory rzucały się w oczy. Jeden z mężczyzn niósł w ręku podłużny, opakowany przedmiot. Podest schodów otoczony barierą w postaci grubego czarnego łańcucha wyglądał jak rufa statku albo wielka ambona obudowana płytami z granitu podpalanego czerwienią żył i smużek. Masywny szlifowany kamień przywoływał na myśl luksus i dostojeństwo, władzę i panowanie.

Trójosobowa delegacja dotarła na podest i zbliżyła się do drzwi. Mężczyzna z pakunkiem zastukał masywną kołatką imitującą pysk lwa, lecz drzwi pozostawały zamknięte. Zastanawiali się, co zrobić, gdy zauważyli dzwonek z boku drzwi. Mężczyzna nacisnął przycisk dzwonka, niecierpliwie odczekał chwilę i znowu nacisnął go dwa razy z rzędu.

Chyba wszyscy w budynku założyli sobie wtyczki do uszu – mruknął zniecierpliwiony delegat tłumu oczekującego na wieści. Jak na rozkaz w drzwiach pojawił się strażnik w szarozielonym mundurze firmy ochroniarskiej.

Jak pan widzi za nami stoi tłum, ludzie, którzy przyszli zaprotestować przeciwko zwolnieniu z pracy w Baron TV redaktora Tomasza Boskiego – niecierpliwie wyrzucił z siebie mężczyzna w kierunku Bogu ducha winnego strażnika. Mimo interwencji i próśb telefonicznych, faksowych, e-mailowych i listownych zarząd firmy nie przywrócił do pracy redaktora ani nawet nie podjął dyskusji na ten temat. Redaktor Boski został zwolniony bezprawnie. Chcemy w tej sprawie rozmawiać z prezesem zarządu. Proszę o przekazanie naszej prośby panu prezesowi. My tutaj poczekamy.

Ochroniarz patrzył z niedowierzaniem. Wysiłek malował się na twarzy dobrze odżywionego mężczyzny prowadzącego życie dalekie od niepokojów społecznych. Popatrzył z niedowierzaniem na niespokojny tłum w oddali. Nie był pewien, co powinien zrobić.

Niech pan się nie ociąga. Nie do pana należy podejmowanie decyzji. Proszę tylko zawiadomić prezesa, że tutaj jesteśmy i czekamy.

Dobrze. Idę i zawiadomię pana prezesa. Nie wiem tylko, czy dzisiaj jest w biurze.

Niech o to pana głowa nie boli. Proszę tylko przekazać mu nasz postulat.

Ochroniarz zamknął i zaryglował za sobą wielkie drzwi wejściowe i skierował się do windy, aby zawiadomić zwierzchnika o niecodziennym żądaniu demonstrantów. Nie była to miła misja; nikt nie lubi przynosić złych wieści.

Postulat – żachnął się. Żądanie, nie postulat! Kretyni! Demonstracji im się zachciało!

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 19.

Jeszcze nigdy nie byliśmy w takim kotle zamieszania i obłędu wokół nie tak znowu nadzwyczajnego wydarzenia – prezes Baron TV rozpoczął kolejne spotkanie zarządu. Jesteśmy między młotem a kowadłem. Część opinii publicznej ostro nas krytykuje i żąda przywrócenia Boskiego do pracy, inni uważają, że on sam i jego spektakl telewizyjny pomieszali ludziom w głowach i popierają decyzję zwolnienia go z pracy. Sprawa stała się kontrowersyjna. Im szybciej urwiemy głowę tej hydrze, tym lepiej. To bardzo zła propaganda. Dzwonili już do mnie prezesi innych stacji telewizyjnych i pytali, co zamierzamy zrobić, bo to fatalna reklama także dla nich. „Telewizja – wróg jednostki i społeczeństwa” – obawiam się, że przypną nam taką łatkę.

W ciągu zaledwie kilku dni, wydawałoby się nawet godzin, sprawa Tomasza Boskiego jako ofiary wielkiej firmy medialnej nabrała rozgłosu. Stacje telewizyjne, redakcje gazet i magazynów, radiostacje i uznane autorytety otrzymywały a niekiedy i publikowały treść listów, wypowiedzi, emaili i faksów. Nie trzeba było długo czekać, zanim pojawiła się pierwsza interpelacja poselska w parlamencie. Opozycja była zachwycona okazją do zaatakowania rządu.

„Ten rząd łączą szczególnie ciepłe relacje ze stacją „Baron TV”. Oni nigdy nie mówią o was źle i zawsze są pierwsi wpuszczani na wasze salony. A teraz pokazali swój prawdziwy charakter zwalniając bez najmniejszego uzasadnienia człowieka, który ośmielił się mieć własny pogląd i przedstawić go publicznie. To wasze metody działania i efekt waszego negatywnego wpływu na media” – prezes największej partii opozycyjnej z satysfakcją wygłaszał z mównicy oskarżycielskie słowa wskazując palcem premiera.

Zarząd „Baron TV” prowadził intensywne konsultacje z prawnikami i specjalistami od public relations, aby ustalić dalszy tok postępowania. Brak natychmiastowej reakcji ze strony stacji działał na jej niekorzyść. W ciągu czterech dni powstał i natychmiast podjął działania Społeczny Komitet Obrony Tomasza Boskiego. Dwóch znanych prawników zaoferowało komitetowi swoje bezpłatne usługi.

Tomasz stał się modnym tematem dnia, podobnie jak jego niedawny pracodawca. Niemała część społeczeństwa z napięciem i rosnącym zniecierpliwieniem śledziła rozwój sytuacji i czekała na kolejne wydarzenia. Konfrontacja jednostki ze znaną stacją telewizyjną nabrała charakteru serialu, w którym pojawiło się kilka ciekawych wątków i różne możliwości zakończenia.

 

 

 

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 18.

Dyrektor Biura Programów Rozrywkowych siedział z zaciśniętą lewą dłonią i uderzał otwartą prawą dłonią w blat biurka. Czuł uderzenia krwi do głowy, co dodatkowo wyprowadzało go z równowagi.

Nie dość, że zachował się jak głupek, to jeszcze doprowadzi mnie do zawału serca! Lekarz i żona ciągle mi przypominają, że nie powinien się denerwować. Jak ja mam się nie denerwować, kiedy mój pracownik zachowuje się jak idiota! – gniew i złość mieszały się w nim z niepokojem i żalem. Zachowanie Tomasza uznał za szczególną formę niesubordynacji, gdyż było sprzeczne z wewnętrznymi zasadami firmy. Uczestnik dyskusji publicznej powinien zachować bezstronność i kierować się obiektywną oceną sytuacji. A on co zrobił? – myśl spontanicznie przerodziła się w pytanie, które dyrektor wypowiedział na głos. Był wściekły na Tomasza.

Co za głupek! Dać się sprowokować w tak prostacki sposób! Raptem zechciało mu się złożyć wyznanie wiary. Na oczach tysięcy telewidzów! A może on rzeczywiście wierzy, że przeprowadził dwa wywiady z Bogiem. We łbie mi się to nie mieści, ale może i …- nagle olśniła go myśl, która podziałała jak prąd elektryczny. Wstał z krzesła i podszedł do szafki, gdzie stał odtwarzacz DVD. Na dolnej półce znalazł nagranie programu dyskusyjnego z Telewizji Contigo. Przewinął dysk do miejsca, gdzie zaczynała się wypowiedź Tomasza. Wysłuchał ją z uwagą. I jeszcze raz. I jeszcze raz, zanim nie podjął ostatecznej decyzji.

Tak. Nie ma wątpliwości. Ten kretyn obwieścił wszystkim to, co myśli. Kto go o to prosił? Zamiast pozostawić niedopowiedzenie, aby widzowie sami udzielili sobie odpowiedzi na pytanie, on wykłada swoją zakichaną prawdę jak przysłowiową kawę na ławę. Na pewno znajdą się tacy, co mu uwierzą i będą go bronić. Nie tylko zepsuł dyskusję, ale i siebie i mnie wpędził w kłopoty.

*****

Konsekwencją zwolnienia Tomasza Boskiego z pracy była natychmiastowa burza pytań, opinii i protestów. Do „Baron TV” napłynęły setki listów, większość z nich w obronie redaktora. „Nie dość, że karmicie nas papką, to teraz zwalniacie z pracy człowieka, który miał odwagę szczerze przedstawić swój pogląd. Ja podzielam jego pogląd. Każdy ma prawo głoszenia tego, co uważa za słuszne. Konstytucja gwarantuje wszystkim swobodę wypowiedzi. Uważam, że powinniście przywrócić Tomasza Boskiego do pracy i przeprosić na bezprawne zwolnienie” – była to jedna z łagodniejszych, bardziej wyważonych wypowiedzi.

Zarząd „Baron TV” znalazł się w stanie oblężenia. Dziennikarze i reporterzy dobijali się z prośbami a potem wręcz z żądaniami udzielenia wywiadu, zorganizowania konferencji prasowej lub przynajmniej wydania komunikatu. Prezes zarządu wymykał się cichcem samochodem z zaciemnionymi szybami jak gangster obawiający się zemsty kolegów po fachu. Dla niego uruchomiono ponownie bramę umożliwiającą wyjazd na boczną uliczkę prosto z garażu. Paparazzi, którzy dotychczas istnieli w świecie artystów i celebrytów, stali się w jego wyobraźni złoczyńcami dybiącymi na jego profesjonalną cześć i honor.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 16.

Na dwie godziny przed dyskusją w Telewizji Contigo Tomasz siedział z żoną przy stole i pił herbatę. Filiżanka z napojem była tak gorąca, że odstawił ją w pośpiechu. Co ja robię? – zdał sobie sprawę, że myślami jest daleko od domu.

Wiesz, Aniu, męczy mnie, kim naprawdę jest Jakub Kowalski. Mogę udawać, że jest to tylko ciekawa postać i unikać wyjaśnień za kogo go uważam, ale to byłoby kłamstwo, a co najmniej fałszywa dwuznaczność. Nie mogę powiedzieć, że to jedynie niezwykły człowiek, ponieważ w głębi serca czuję, że jest on czymś więcej. On jest wysłańcem bożym, podobnie jak był nim Chrystus – Tomasz zdobył się na odwagę przyznając się do najbardziej skrytych myśli. Nigdy ci tego nie mówiłem, ale tak myślę – zaniepokoił się, że żona go wyśmieje. Ku jego wielkiej uldze, Anna przyjęła wyznanie spokojnie, nie okazując ani dezaprobaty, ani nawet szczególnego zdziwienia. Tomasz szczerze ucieszył się. Umocnił się w przekonaniu, że boska natura starszego pana jest czymś naprawdę naturalnym i oczywistym. Ale to nie rozwiązywało jego problemu.

Cały czas myślę o spotkaniu w telewizji. Spojrzał na zegarek. To już za dwie godziny – zaniepokoił się. A ja wciąż nie wiem, jak zachować się w czasie dyskusji? Mam dwa wybory, obydwa równie niefortunne: udawać i kłamać wbrew sobie lub być sobą i narazić się na ośmieszenie.

Twarz Anny zarumieniła się. Nie wiadomo, czy od gorącej herbaty czy pod wpływem wyznań męża. Wypiła ostrożnie długi łyk herbaty, aby odwlec choć na chwilę odpowiedź, która jej samej się nie podobała. Musiała jednak coś powiedzieć.

Nie umiem ci doradzić, Tomku, jak postępić w trakcie dyskusji. Zachować opanowanie, rzeczowość i powstrzymać się od wyrażenia szczerej opinii czy też powiedzieć od serca to, co czujesz i myślisz na temat Jakuba Kowalskiego. Wiesz, jaka byłaby reakcja ludzi w tym drugim przypadku. Większość z nich, łącznie z przedstawicielami kościoła uznałaby ciebie za amatora mocnych wrażeń lub pomyleńca, kogoś, kto nie wie, co mówi.

Tomasz rozumiał aż nadto dobrze. Bał się szczerości i prawdy sumienia, występował przecież w roli przedstawiciela stacji telewizyjnej, redaktora programu, który powinien być obiektywny i racjonalny. Równocześnie wiedział, jak podle będzie się czuł wewnętrznie wygłaszając nieprawdziwe, wyświechtane poglądy, których jedynym celem jest zaspokoić oczekiwania ludzi bez wiary i wyobraźni.

Niepokój nie opuścił go nawet wtedy, kiedy już pożegnał się z żoną. Prowadząc samochód w kierunku centrum miasta nieustannie zastanawiał się, co zrobić. Nic przekonywującego nie przychodziło mu do głowy. Tego nie da się tego załatwić na zasadzie: I Bogu świeczkę, i diabłu ogarek – doszedł do zdecydowanego wniosku. Nie mogę zadowolić konserwatywnej dyrekcji „Baron TV”, która oczekuje od swoich pracowników zachowania w dyskusjach publicznych neutralności w sprawach wiary i wyznania – rozumował z niechęcią. Marzyło mu się życie autentyczne, prawdziwe, kiedy jest się sobą i mówi się szczerze to, co leży na sercu. Zazdrościł ludziom prostym. „Ubogim w duchu” – przypomniał sobie cytat z pisma świętego. W windzie, w drodze na szóste piętro, Tomasz na siłę próbował zrelaksować się. Patrzył bezmyślnie na współpasażerów, oceniał ich wygląd, gust i stan zamożności. W końcu postanowił powierzyć sprawy losowi. Zobaczę, jak rozwinie się dyskusja – podjął decyzję, która chwilowo go uspokoiła.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 15.

Przed wejściem zaproszonych gości redaktor Telewizji Contigo wyjął z kieszeni chusteczkę i wytarł nią czoło i ręce. Za kilka minut miała rozpocząć się druga dyskusja telewizyjna na temat spektaklu „Rozmowy z Bogiem”. Przypomniał sobie poprzednie spotkanie i poczuł suchość w ustach.
Mam nadzieję, że tym razem będzie spokojniej – był zdecydowany nie dopuścić do ostrych starć, kiedy argumenty jednego dyskutanta wyprowadzają z równowagi innych. To mogło być problemem.
Czemu stoisz przy drzwiach zamiast usiąść wygodnie w fotelu? – rzucił przechodzący obok operator kamery. Przecież prowadziłeś ten program już wiele razy. Zrelaksuj się.
To nie takie proste. Denerwuje mnie, kiedy inteligentni ludzie zacietrzewiają się w dyskusjach na tematy religijne. Taka dyskusja wymaga tolerancji. Przerywanie sobie nawzajem stało się niestety nagminnym zwyczajem. Zachowują się jak dzieci w piaskownicy, krzyczą jeden przez drugiego i przerywają sobie nawzajem. Chyba cząstka psychiki dziecka pozostaje w dorosłych. Mężczyźni i kobiety nie różnią się w tym między sobą. Choć bywa z tym różnie – przypomniała mu się opinia wyrażona na serwisie internetowym „Faceci to kretyni”: „Mężczyzna rozwija się do lat sześciu, a potem już tylko rośnie”. Kobiety potrafią być dowcipne i złośliwe zarazem – dodał refleksyjnie. Popatrzył na zegarek i wrócił do zasadniczego problemu. Muszę zapanować nad dyskusją, aby nie zeszła na tory agresji, oskarżeń i złośliwości. Aby tylko nie doszło do rękoczynów! Takie rzeczy się zdarzają. To bym sobie wtedy piwa nawarzył! – przestraszył się tej możliwości. Pożegnał się z operatorem i ruszył w kierunku podestu, gdzie stały fotele dla dyskutantów. Starał uspokoić się koncentrując się na powolnym, regularnym oddychaniu.

*****

Tomasz siedział przed biurkiem dyrektora i zastanawiał się, czy naprawdę powinien wziąć udział w publicznej dyskusji na temat swojego spektaklu. Miało to swoje plusy i minusy. Spektakl wywoływał wielkie emocje, Tomasz bał się, że uniesie go fala gorącej dyskusji i nieopatrznie powie coś niestosownego, czego musiałby potem żałować. Ktoś z Baron TV miał obowiązek uczestniczyć, ale niekoniecznie on sam. Wahał się.
Brakuje mi dystansu wobec tego spektaklu. Jest jak moje własne dziecko. Nie wypada mi jednak odmówić uczestnictwa, jeśli dyrektor uzna to za konieczne – przekonywał sam siebie. Było jeszcze coś, co trudno mu było zaakceptować. Nie wiedział, jak traktować Jakuba Kowalskiego, nie mógł zrozumieć, kim on naprawdę jest.
To nie jest ktoś, kto udaje wysłańca bożego. To nie jest oszust ani aktor. To jest żywy autentyczny człowiek taki, jakim zapewne był Jezus w swoim czasie. Wiele osób też go nie rozumiało, włącznie z jego własnymi uczniami, późniejszymi apostołami – rozterki duchowe Tomasza przerwał głos zwierzchnika.
Nikt nie będzie dyskutować o nas bez nas! To jest nasz spektakl, który pan sam stworzył. Nie ma mowy o tym, aby ciebie tam nie było.
Też mu się udziela atmosfera – pomyślał Tomasz zauważając, że w jednym zdaniu dyrektor zwraca się do niego przez „pan”, a w następnym przez „ty”.
Ta dyskusja to poważna sprawa, obserwuje ją tysiące widzów – dodał zwierzchnik. Musisz tam być. Sprawa jest przesądzona.

 

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 14

Następnego ranka, a była to sobota, dzień wolności dla jednych i znoju dla innych, Jakub Kowalski spotkał się Piotrem, swoim niezastąpionym sekretarzem, pomocnikiem i towarzyszem. Potrzebował podzielić się wrażeniami z ostatnich wydarzeń. Myślał o tym, aby wycofać się z aktywnego życia. Przynajmniej na jakiś czas.
Powiedz mi, kochany Jakubie, o czym tak intensywnie myślisz? – Piotr patrzył na zamyśloną twarz mistrza.
O wczorajszym dniu i wywiadzie dla telewizji. Chciałem powiedzieć więcej, ale nie zdążyłem. Chyba pamięć mnie zawodzi. Niektóre sprawy umknęły mojej uwadze.
Opowiedz mi o nich. Wiesz, że lubię cię słuchać.
Jak sobie życzysz. Postąpię jak nauczyciel i je wyliczę. To belferski nawyk, logiczny, choć męczący, jeśli wylicza się zbyt często.
Po pierwsze, zdecydowałem się zmienić moje postępowanie. Będę przybierać postać ludzką nie tyle po to, aby objawić się innym ludziom, ale po to, aby lepiej zrozumieć ich punkt widzenia. Bóg stał się zbyt odległy i niepojęty dla wielu osób. Może dlatego wybierają własną drogą odchodząc od kościoła i przypisując sobie mądrość, której w istocie nie posiadają.
Religii i kościołów jest wiele. Który z nich powinni wybrać? – Piotra od dawna nurtowało pytanie, jak wiara jest najbliższa Bogu.
Pierwszym wyborem jest zazwyczaj wiara rodziców lub opiekunów. Po osiągnięciu dorosłości, człowiek decyduje sam, najczęściej pozostaje w kościele, do którego zawsze należał. Ale to się też zmienia, jak zmieniają się warunki życia. Czasem ludzie emigrują, łączą się w związki małżeńskie z osobą innej wiary, przestaje im odpowiadać ceremoniał kościelny lub sposób nauczania. Zmiana wiary jest możliwa, jeśli wynika z potrzeby serca a nie jest podyktowane wygodą, korzyściami materialnymi, naciskiem innych osób czy konwencją społeczną gdzie „wypada” coś zrobić. Tak, tak, Piotrze. Tu mogą wystąpić prawdziwe dylematy – westchnął Jan Kowalski. To są problemy na wskroś ludzkie. Ja mam swoje problemy.
Jakie ty, drogi Jakubie, możesz mieć problemy? Ty możesz mieć wszystko.
Mój problem polega na tym, że aby rozumieć człowieka współczesnego, nieokiełznanego w swoich dążeniach i rozwoju, muszę nauczyć się patrzeć na świat bardziej filozoficznie, bezstronnie. Tak jak obiektywny, bezinteresowny naukowiec, który obserwuje rzeczywistość, ale nie stara się jej zmienić.  Musze oduczyć się kontrolować wszystko.
Drogi Jakubie, szokujesz mnie swoimi nowymi poglądami. Chcesz chyba wywrócić świat do góry nogami? – Piotr był w najwyższym stopniu zaskoczony wypowiedziami mistrza i przyjaciela, nie otrzymał jednak odpowiedzi na swoje pytanie.
Po trzecie, dam ludziom nieograniczone prawo do eksperymentowania i popełniania błędów. Nie będę interweniować nawet, gdyby mieli zrobić coś nieodpowiedzialnego, coś bardzo złego. Mają możliwość wyboru, niech sobie radzą jak potrafią najlepiej. „I tak rzadko mnie słuchacie!”. To powiem im na zakończenie – Jakub niezrażony reakcją Piotra kontynuował swoją relację. Kiedy skończył, zamilkł i popadł w zamyślenie.
Kochany Jakubie – odparł Piotr, wierny i zawsze wdzięczny słuchacz. Znam ciebie tak długo, ale nigdy nie zrozumiałem cię do końca. Zawsze mnie czymś zaskoczysz. Jesteś nieodgadniony. Jesteś i pozostaniesz zagadką. Nie wiem, dlaczego podejmujesz takie decyzje.