Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 172: Pierwsze skutki Apokalipsy

Apokalipsa przyniosła przynajmniej jeden pozytywny efekt: grad, deszcze i pioruny oczyściły powietrze i ziemię tworząc warunki odnowy przyrody. Perspektywa poprawy wyzwoliła dziwną energię w obywatelach Nomadii, rodząc Ruch Odnowy Społecznej. Była to inicjatywa oddolna, żądająca powrotu do wartości tradycyjnych. Pierwszą inicjatywą ROS-u było przywrócenie społeczeństwu Ciemnogrodu, pomnika przeszłości. Prawie cudem odnaleziono go na składowisku odpadów. Po oczyszczeniu okazało się, że wbrew temu, co o nim mówiono i pisano, reprezentował on wartości bardzo pozytywne. Z masywnych drzwi Ciemnogrodu odczytano przykazania, jakie w przeszłości doprowadziły Nomadię do rozkwitu: wiedza oparta na biblii, wiara w jednego, tego samego Boga, rodzina patriarchalna, niezmienne obyczaje, rządy silnej ręki. Pomnik został w szybkim tempie odrestaurowany przez rząd stając się narodowym symbolem walki z zabobonami i błędnymi przekonaniami. Ustawiono go na głównym placu stolicy kraju usuwając dwa inne pomniki.

*****

Kraj wciąż ubożał. Tydzień szalonej pogody wywołał wielkie straty finansowe. Sytuacja materialna społeczeństwa pogarszała się szybciej niż przewidywali to najwięksi pesymiści. Gospodarka kurczyła się, dochód narodowy spadał szybciej niż uczucia kochanka porzuconego nago na mrozie.

– To klęska narodowa! – Krzyczała opozycja, pokazując w parlamencie partii rządzącej kartki z liczbami i wykresami. – To wy jesteście winni. Nieudacznicy!

– Macie w tym swój udział. – Odparowywali rządzący. Przez lata zaniedbywaliście kraj, nie stworzyliście żadnego funduszu gwarancyjnego, nie budowaliście zbiorników retencyjnych, nie wprowadziliście nowoczesnego zarządzania antykryzysowego.

*****

Sytuacja społeczna komplikowała się. Coraz więcej rodzin nie radziło sobie finansowo i uczuciowo. Rosła przemoc i alkoholizm, ludzie zachowywali się coraz dziwniej, bali się wszystkiego, starości, śmierci, wojny, ubóstwa, niepewnej przyszłości, napływu imigrantów, epidemii wścieklizny, zamachowców. Niektórzy sporządzali sobie dla jasności mapy i drzewka strachu. Kiedy ten ich dopadał, opowiadali sobie nawzajem kawały, aby odreagować napięcie.

Problemów nagromadziło się tyle, że Iwan Iwanowicz organizował spotkania przy krawężniku nawet dwa razy w miesiącu. Pytania padały gęsto jak grad w czasie Apokalipsy. Najczęściej pytano o sprawy demograficzne i obyczajowe: rosnącą liczbę zboczeń w rodzinie, choć nie było statystyk potwierdzających ten fakt, także o homoseksualizm i biseksualizm.

Rosnącą popularność homoseksualizmu Iwan Iwanowicz wyjaśnił jednym zdaniem:

– Im jest po prostu łatwiej wiązać koniec z końcem.

Jego odpowiedź zabrzmiała bałamutnie, jakby był niepewny swoich poglądów. Przewodniczący tłumaczył się, że chodziło mu o brak pieniędzy pod koniec miesiąca i łatanie dziur w budżecie rodzinnym. Mógł to być nawet nieudany żart. Niektórzy tak właśnie go zrozumieli i śmieli się, jakby miłość dwóch osób tej samej płci była najlepszym tematem do żartów. Inni potraktowali temat poważnie i zastanawiali się nad swoją biseksualnością.

Dyskusja tak rozgrzała towarzystwo, że ludzie zaczęli otwarcie mówić o skłonnościach seksualnych, a nawet deformacjach i zboczeniach. Tematy tabu sypały się obficie niczym z rękawa. Kilka kobiet przyznało, że ich małżeństwa rozpadły się z powodu podwójnych zainteresowań męża. Były w stanie zrozumieć, a nawet wybaczyć, zdradę męża z inną kobietą, ale nie z mężczyzną. Nazywały to podwójnym standardem miłosnym i uważały za ohydztwo.

Biseksualność mężów przybrała takie rozmiary, że wkrótce żony zorganizowały demonstrację pod ratuszem na znak protestu. Tydzień później podobną demonstrację zorganizowali mężczyźni, kiedy zauważyli, że żony były niewiele lepsze i robiły to samo z przyjaciółkami.

Gubernator pytany w parlamencie, jak jego rząd zamierza przeciwdziałać podwójnym standardom wyjaśnił, że jest to problem złożony, wynikający z ubóstwa duchowego poprzedniego rządu.

– To się udziela i daje właśnie takie skutki. Podwójne standardy moralne.

Zwolennicy bili mu brawo, opozycja gwizdała. Prasa określiła zachowanie parlamentu mianem dziczenia i wezwała do jego bojkotu, dodatkowo nakręcając spiralę absurdu.

*****

Mimo zwiększenia środków na pomoc dla najbiedniejszych, ubóstwo pogłębiało się. Na murach pojawiły się graffiti, pokazujące najpierw symbole głodu, w końcu totalnej nędzy. Nauczyciele wychowania fizycznego martwili się coraz bardziej, że dzieci garbacieją, stają się apatyczne, a ich sprawność fizyczna spada jak z pieca na łeb. Szkoły podejmowały akcje dożywiania, lecz ze znikomymi skutkami. Ludzie zaczęli bać się własnego cienia i to do tego stopnia, że coraz rzadziej przebywali na słońcu, ponieważ – uważali paradoksalnie – że cień jest wtedy najsilniejszy. Wkrótce żartowano o nim z bolesnym wykrzywieniem ust, że staje się coraz chudszy i coraz bardziej cherlawy. Opozycja oskarżała rząd o wszystko; rząd niezmiennie przypisywał winę poprzedniej władzy.

– Opróżniliście skutecznie dzban zamożności państwa. Z pustego i Salomon nie naleje. – To były słowa gubernatora.

Ktoś z opozycji zapytał: – Skąd pan to wie? – Z Biblii, z Księgi Przysłów. – Odpowiedział gubernator. Członkowie jego partii poparli go natychmiast oklaskami.

– To bzdura. Nie ma takiego powiedzenia w Księdze Przysłów – oponował poseł opozycji, niedoszły ksiądz. Znowu rozgorzała dyskusja, w której strony oskarżały się nawzajem o ignorancję i bluźnierstwa.

Prezydent Duda i konsensusy

Prezydent Duda powiedział ostatnio:

„Ja nie wiem, na ile w rzeczywistości człowiek przyczynia się do zmian klimatycznych. Głosy naukowców są bardzo różne, mamy do czynienia też ze skrajnościami. Zmiany klimatu były w historii świata i przyczyny były naturalne – nie było wtedy na świecie człowieka i ta emisja musiała następować w inny sposób”.

Oto komentarz Microsoft News – Wiadomości:

Każdy naukowiec to indywidualna osoba i zawsze znajdą się tacy, którzy mają opinię różniącą się od innych. Istnieje jednak zasada naukowego konsensusu – czyli takiego poglądu, który wyznaje większość świata nauki, i który jest poparty odpowiednimi badaniami oraz wyjaśniającymi wyniki tych badań teoriami (nie mylić z hipotezami). Przykłady takich consensusów w świecie nauki:

Konsensus w tej sprawie obejmuje następujące podstawowe fakty:

  • Zmiany organizmów w dużej skali na Ziemi wyjaśnia mechanizm doboru naturalnego.
  • Powstanie wszechświata w wyniku Wielkiego Wybuchu.
  • Bakteryjne i wirusowe pochodzenie chorób.
  • Organizmy dziedziczą swoje cechy po przodkach dzięki mechanizmowi genetycznemu.

Kolejnym z takich powszechnych consensusów jest właśnie powszechna zgoda na temat tego, że obserwowaną zmianę klimatu spowodowała działalność człowieka. Konsensus w tej sprawie obejmuje następujące podstawowe fakty:

  • Ziemski klimat uległ znaczącemu ociepleniu od końca 19. wieku
  • Główną przyczyną są gazy cieplarniane, z dwutlenkiem węgla na czele, pochodzące z działalności człowieka
  • Dalsza emisja na tym poziomie może mieć katastrofalne skutki dla naszej planety

Możemy zapobiec tym skutkom poprzez zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery.

Iwan Iwanowicz, nasz ekspert osiedlowy uważnie śledzący wielką politykę światową, przytoczył słowa publicznej spowiedzi prezydenta, jaką odbył on wkrótce po wypowiedzi o zmianach klimatycznych:

„Tak bardzo się zmieniłem, że kiedy stanąłem przed lustrem, to zobaczyłem innego człowieka.

Zacząłem z nim konwersację, jak to ja, niezwykle rozważną i uczciwą. Zapytałem go o datę urodzenia oraz imiona rodziców. Kiedy podał mi te dane, zorientowałem się, że to przecież jestem ja. Wtedy zrozumiałem, że jestem rozdwojony. Nie wiem tylko jeszcze, co to za rozdwojenie. Czasem coś słyszę, ale jakbym nie słyszał. Wiem, że gdzieś dzwonią, ale nie wiem w jakim kościele”.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 171: Widzenie pustelnika

Kiedy już prawie zapomniano o powodziach, pożarach, zarazie i głodzie, nieszczęściach znanych od starożytności, i sytuacja zaczęła się stabilizować, nikomu nie przyszło do głowy, że czas niesie nową, podstępną plagę. Był nią zanik prokreacji, pragnienia posiadania potomstwa. Trauma przeżyta w czasie Apokalipsy dała fatalne skutki. Do tego doszły nowe technologie, przynoszące stres i brak czasu, oraz rosnący dobrobyt Nomadii oferujący obfitość jedzenia, prowadzącą do obżarstwa i chorób.

Pierwszy dostrzegł nadchodzące niebezpieczeństwo pewien pustelnik, kiedy na ścianie swojej pieczary zobaczył dwie kobiety objęte miłosnym uściskiem i stojącą obok na stoliku dużą butelkę Coca-Coli i dwa smartfony. Ujrzawszy złowróżbne postacie, nieszczęsny samotnik padł na kolana i zaczął się modlić do Świętego Aleksego Rzymianina, patrona pielgrzymów i wędrowców, orędownika czasów plag i epidemii, aby je oddalił. Modlił się sześć dni i sześć nocy, coraz bardziej wygłodniały i spragniony, zanim święty go wysłuchał.

– Dzisiaj jest niedziela. Należy ci się odpoczynek. Zauważyłem twoją prośbę wśród miliona innych. Masz chłopie szczęście. – Święty mówił prosto i zwyczajnie, aby złakniony posiłku i wody samotnik mógł go zrozumieć. Ten milczał onieśmielony.

– Pytaj o co chcesz, a ja będę ci odpowiadać. – Powiedział Święty. – Inaczej będę język strzępić wyjaśniając to, co zapewne już wiesz, bo przecież nie siedzę w tobie jak te bakterie i wirusy, które pustoszą ludzkie ciała w czasie zarazy i głodu.

Pustelnik chrząknął dyskretnie, aby dodać sobie animuszu, Święty Aleksy zaś kontynuował:

– Obecne plagi sami sobie stworzyliście.

Obfitość żywności prowadzi was prostą drogą do obżarstwa, otyłości i chorób, a nowe technologie przynoszą wam stres, pośpiech i godny pożałowania brak czasu. Wstyd, bo wyglądacie jak wieprzki, których wspomina Pismo Święte. Może nawet gorzej, bo kiedy nie jecie, to uprawiacie bezwartościową paplaninę przez smartfony. To prawdziwe plagi. To was doprowadziło do bezecnej miłości homoseksualnej i lesbijskiej.

– Panie! Zaradź coś na te nieszczęścia – błagał pustelnik w cichej nadziei, że święty zechce i będzie mógł pomóc.

– Nic nie mogę zrobić w tej sprawie. Bóg dał wam rozum i wolną wolę, a ja nie mogę mu się sprzeciwić, tym bardziej że obydwaj zwariowalibyśmy od miliardów próśb o wsparcie i pomoc.

Nie wiadomo, czy wskutek wysłania pustelnika do diabła przez zniecierpliwionego świętego, czy też własnej zgubnej myśli pustelnika podyktowanej głodem i pragnieniem, w pieczarze pojawił się diabeł z butelką oszronionej Coca-Coli w jednej ręce i nowym smartfonem w drugiej, aby kusić biedaka. Pokusa była tak silna, że pustelnik uległ, wyrażając szczery żal za grzechy. Zanim to uczynił popatrzył w górę, zobaczył tylko mroczne chmury układające się w kształt wielkich ust, mówiących „Nie”. Zrozumiał, że plagi obżarstwa, braku czasu, pośpiechu i nieczystej miłości zostaną już na ziemi.

Kiedy pustelnik, który okazał się być współpracownikiem tajnej policji, doniósł o tym Babochłopowi, ten wysłuchał go cierpliwie i odrzekł.

– Wszyscy o tym dobrze wiemy. I co z tego? Czy wiedząc to zmieniamy się? Nie! Tak samo z prokreacją. Wiemy, że jej zanik doprowadzi nas na dno piekła, ale i tak ludzie nie chcą się zmienić. Można od tego zwariować.

Odchodząc pustelnik nie był pewien czy jego rozmowy ze Świętym Aleksym Rzymianinem a potem z szefem policji nie były najdziwniejszym wydarzeniem jego życia, a on sam nie był ostatnim Mohikaninem samotności w czasach, kiedy ludzie chcą nieprzerwanie konwersować, czytać albo pisać, inaczej mówiąc, żyć na luzie, beztrosko i bez kłopotów. Zdecydował się nie wracać do miejsca swojego odosobnienia, tym bardziej, że był piękny dzień i pustelnik był prawie pewien, że gadatliwi i najedzeni do syta turyści całkowicie zaśmiecili mu wejście do pieczary. Żyjąc skromnie, jak na eremitę przystało, nie znosił brudu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 170: Objawy życia i mobilizacji

Pierwszy zmobilizował się kościół. O godzinie szesnastej powietrze rozdarły uderzenia dzwonów, jakie cudem przetrwały na wieżach kościelnych, wwiercając się w ciszę pozostawioną przez tornado i tsunami. Starsi ludzie masowo ruszyli do świątyń lub tego co z nich zostało, aby dziękować Bogu i wszystkim świętym za ocalenie im życia. Zbierali się razem w przekonaniu, że wspólna modlitwa przynosi większy pożytek. Świętej Scholastyce dziękowano za przywrócenie normalnej pogody. Kapłani odprawiali nabożeństwa dziękczynno-błagalne, przewodzili procesjom, na których śpiewano psalmy i modlono się o pomoc w odbudowie zniszczonych domów i kościołów oraz uratowanie tego, co pozostało ze zdewastowanych upraw. Nawet ateiści i gnostycy garnęli się do uroczystości religijnych.

– Nie wierzymy w Boga, ale chcemy posłuchać modlitw – wyjaśniali niepewnie.

Pragmatyczni duchowni zachęcali ludzi nie tyle do modlitwy, kajania się i rozważań nad marnością życia, ile do usuwania zniszczeń, odbudowy domostw i niesienia pomocy potrzebującym. Był to czas intensywnego testowania nakazu „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. W miarę postępu dnia coraz więcej osób wychodziło na światło dzienne wyrywając się ze stanu zamroczenia. Czuli, jakby urodzili się na nowo.

Następnego dnia słońce z samego rana wyległo na ulice, a wraz z nim setki a może i tysiące ludzi, pragnących odświeżyć się pierwszymi strumieniami świeżości. Rozchełstani staruszkowie pozdrawiali staruszków zawiniętych w ciepłe kurtki i zimowe czapy, blada dziewczyna tuliła do siebie szarego kota z wielkimi oczami mijając kobiety w czarnych koszulkach opinających piersi podobne do jabłek Champion, jędrnych, soczystych i słodkich. Między spacerującymi mieszkańcami miasta śmiałe hulajnogi uwoziły dzieci ku kolejnym przeżyciom i niedoznanym jeszcze radościom.

W domu Sefardi wypakował z torby zakupy: kalarepę wielkości młodocianej dyni, bułkę drożdżową i bułkę dwuwarstwową, kruchy rogal francuski, butelkę słodowego piwa o zawartości alkoholu zdolnej oszołomić przydeptaną muchę, dwie porcje szynki bez konserwantów oznaczonej skrótem „tradycyjna”, w końcu dwa dojrzałe banany.

*****

Wieczór przyniósł refleksje nad tym, co się stało. Pojawiły się głosy, że minione dni były karą za grzechy; inni mówili, że to tylko tragiczny zbieg anomalii pogodowych, jeszcze inni, że to skutek niszczenia środowiska. Kraj zamienił się w wieżę Babel, większą od starożytnej, w której, oprócz języków, mieszały się poglądy oraz przestawiały schody i drabiny, na której każdy mający coś do powiedzenia pragnął usytuować swój głos jak najwyżej.

Nomadia przeżywała najbardziej tragiczny okres swojej historii. Apokalipsa spowodowała śmierć tysięcy osób nakręcając spiralę dalszych niepowodzeń. Gospodarka przestała się rozwijać, dochód narodowy zmniejszał się drugi rok z rzędu, przedsiębiorcy przestali inwestować, zastraszająco wzrosło bezrobocie. Nocą coraz częściej ludzie poszukiwali pożywienia na śmietnikach. Co najgorsze, społeczeństwo kurczyło się tak szybko, że groziła mu śmierć demograficzna.

– Z silnego i zdrowego kraju pozostał tylko rachityczny szkielet obciągnięty skórą wspaniałej przeszłości – Blawatsky używał mocnych sformułowań, aby unaocznić ludziom skalę tragedii, jaka na ich oczach rozegrała się w domach, na ulicach i placach, w ośrodkach handlowych, szkołach i fabrykach.

*****

Gubernator tak często oblatywał helikopterem miejsca klęsk żywiołowych, jakby sama jego obecność mogła już pomóc. Na własne oczy widział, jak kraj pustoszeje. Wraz z ludźmi znikały uprawy, szarzały pola, rozsypywały się domostwa. Niepodlewana i nienawadniana ziemia marniała niby zwierzę zdychające z głodu i pragnienia. Żyzna gleba jałowiała, na polach pojawiły się brudne plamy piasku nawiewanego z pustyni.

Powszechną dewastację upraw potwierdzali warzywnicy, ogrodnicy oraz właściciele malutkich grządek przytulonych do drogi, płotu lub budynku. Wszyscy wysyłali rozpaczliwe wezwania do władz o pomoc. Kraj zmieniał się w pustynię zdobną – jak to okrutnie określił malarz Adany – kikutami drzew i krzewów, których nie miał kto pielęgnować i podlewać. Ogrody popadały w zaniedbanie. W zielonym ogrodzie botanicznym wyspy Kindera bujne drzewa umierały nie z braku wody, ale gleby zadeptanej przez ludzi szukających cienia.

Stacje i kanały telewizyjne pokazywały wyłącznie skutki Apokalipsy. Dzienniki stały się kroniką nieszczęść i wypadków. Gubernator wymienił dyrektora telewizji publicznej uznając, że nadmierne eksponowanie ludzkich nieszczęść zwiększa tyko ilość samobójstw. Wprowadzono nowy serial telewizyjny mający natchnąć nadzieją skołatane serca ludzi, sceny okazały się jednak zbyt bolesne. Życie filmowych bohaterów toczyło się na pograniczu rzeczywistości i fikcji. Ludzie biegali po ulicach i szukali się nawzajem, w nocy – z powodu awarii zasilania elektrycznego – poruszali się po omacku, trawieni bólem wymierania własnego gatunku. Zmieniły się tematy rozmów, dominowało w nich przerażenie, wyrażające się niekiedy groteskowymi komentarzami.

– Nikogo nie widziałem wychodzącego z budynku, kiedy dzisiaj rano wyjeżdżałem z garażu.

– Ja już od kilku dni nie słyszę sąsiadów zza ściany. Chyba uciekli, umarli lub przestali korzystać z toalety. On bardzo głośno sikał, to było straszne, teraz nic nie słychać. Wolałabym, aby było tak jak dawniej.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 169: Tsunami

Potworna siła żywiołu doprowadzała ludzi do szaleństwa, kiedy tracili rozum i opowiadali potem niestworzone historie. Mówili między innymi, że widząc własne domy rozpadające się w jedną sekundę pod uderzeniem tornada ludzie tak mocno załamywali ręce, że odpadały od ciała. Nie były to przypadki częste, ostatecznie jednak prawdziwe, skoro potem pokazywano w muzeum fragmenty rąk w charakterze eksponatów. Przerażające dowody tej tragedii budziły sprzeciw lekarzy argumentujących, że ludzie załamują ręce nie ze względów klimatycznych, ale z innych przyczyn, głównie osobistych. Ostatecznie budzące kontrowersję eksponaty wycofano z muzeum i zrobiono im chrześcijański pochówek we wspólnym grobie, na co nalegał kościół dostrzegający w nich dowody kary boskiej za ludzkie grzechy. Nocą w mieście panowały takie ciemności, że ludzie rozjaśniali mieszkania świeczkami, wyciągniętymi z lamusa lampami naftowymi, latarkami elektrycznymi, czym kto mógł. Niektórzy instalowali prowizoryczne oświetlenie podłączając się do akumulatorów samochodowych. 

Szalony żywioł pozostawił kraj w rozsypce, przedmioty porozrzucane po kątach, poukrywane przed ludzkim okiem. Odejście tornado mieszkańcy uznali za znak przesilenia, koniec nieszczęść i zaczęli gromadzić się w ocalałych kaplicach, kościołach i świątyniach, aby wspólnie dziękować Bogu za ocalenie.

Stan Sefardiego nie pogorszył się, ale i nie polepszył. Był przytomny, nie był jednak w stanie ruszyć nawet ręką, prawie zapadając w letarg. Czuwała przy nim rodzina i przyjaciele, pocieszając go i zachęcając do wytrwania.

Trzeciego dnia, o świcie rozjaśnionym pierwszymi promieniami słońca, nadeszło tsunami, jakiego nikt nie był w stanie sobie wyobrazić. W ciągu kilku godzin spustoszyło ono całe wybrzeże i przyległe tereny.

Śladem tsunami poszła przyroda, dokonując aktów szaleństwa na własną modłę. Ptaki pozbawione gniazd i piskląt, oszalałe z przerażenia, zwijały się w powietrzu w samobójczych lotach, cudem tylko unikając zderzenia i niechybnej śmierci. Dzikie kaczki, gęsi i łabędzie łączyły się razem w niezliczone stada, aby odlecieć do ciepłych krajów, choć pora była całkowicie przedwczesna, marzenia nowożeńców o szczęściu umierały na progu ich nowych wyśnionych domów, stopy zdrowych ludzi wyginały się na zewnątrz jakby porażone jakąś okropną chorobą, piasek rozgrzany w południe przez słońce nie parzył, ale chłodził, dziwaczne przywidzenia okazywały się rzeczywistością już kilka godzin później. Lekarze-psychiatrzy i seksuologowie notowali przypadki wysokich kobiet ubierających się na czarno, aby oddawać się miłośnie niskim mężczyznom oraz młodych mężczyzn tracących wigor wobec żon i kochanek patrzących im prosto w oczy. Wieczorem tego samego dnia psy wyły do księżyca skrytego po drugiej stronie kuli ziemskiej, a spokojne dotychczas koty napadały na groźne buldogi, omijając z daleka łagodne labradory. Nawet jeśli nie wszystkie z opisywanych zjawisk były prawdą, to zatrważające było to, że ludzie je wymyślali i powtarzali z takim przekonaniem, jakby sami tego doświadczyli.

Pod wpływem fali oceanicznej drzewa łamały się łatwiej niż zapałki lub gięły się do ziemi bijąc pokłony srożącemu się żywiołowi. Domy rozpadały się i znikały pod powierzchnią wody, ich szczątki ocean rozrzucał wokół jak prochy pozostałe po kremacji zmarłego. Około południa fala odeszła z sykiem piany, podobna do węża cofającego się do kryjówki po uśmierceniu ofiary. Dzień ten przeszedł do historii jako „Czarna Sobota” lub „Dzień Tsunami”.

Tsunami nie wyczerpało listy niespodzianek. Wkrótce po tym, jak ostatni fragment zmechaconej piany wtopił się w piasek plaży, a słońce oderwało się od południa i rozpoczęło drogę ku zachodowi, powietrze zaczęło odkupywać swoje grzechy. Złagodniało ono tak balsamicznie, że młodzi ludzie, mężczyźni i kobiety, zaniedbując swoje obowiązki porzucali stanowiska pracy, aby przechadzać się po parkach, nad strumieniami i stawami, zapominając o bożym świecie i otaczających ich zniszczeniach. Doprowadzało to do rozpaczy ludzi, widzących ogrom zadań do wykonania, nieczułych na cudowną pogodę oraz dezorientowało rodziców, którym bliższy był smutek i żal za grzechy niż uściski i miłosne objęcia.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 168: Dni powodzi i tornado

Następnego dnia, była to środa, woda pozostała po gradobiciu i ulewne deszcze padające w nocy oraz oberwanie chmury nad samym ranem spowodowały wielką powódź. Ulicami Afary płynęły samochody, zupełnie jak łódki, zatrzymując się na drzewach, znakach drogowych, murach i przypadkowych wzniesieniach. Woda rwała ulicami, podmywając budynki i wypełniając mętną cieczą piwnice, podwórka i mieszkania na parterze, w obniżeniach terenu sięgając nawet okien pierwszego piętra. W mieście co najmniej sześć domów zostało całkowicie pochłoniętych przez żywioł. Silnym opadom towarzyszyły gwałtowne porywy wiatru i skoki ciśnienia.

Ludzi ogarnęła panika większa niż pierwszego dnia.

Osoby starsze, matki i ojcowie rodzin, padali na klęczki i modlili się błagając Boga o zachowanie ich przy życiu, niektórzy umierali na miejscu na serce lub duszności, dodatkowo przerażeni niepewnością, dokąd trafią, do nieba czy do piekła.

Młodzi ludzie zachowywali się inaczej. Niepewni najbliższych godzin, jedni pili na umór, inni rozpaczliwie uprawiali miłość w nadziei, że spłodzą potomstwo, które cudem ich przeżyje. Domy publiczne pękały w szwach. Najnowszy z nich, o nazwie Cezarea, oddany do użytku tydzień wcześniej, miał zajęty cały parter, gdzie ceny pokoi i usług rywalizowały z niebywałym luksusem. Była to starannie odrestaurowana kamienica przy ulicy Larga, piękna i pachnąca świeżością jak kobieta od pewnego czasu śniąca się nieprzerwanie siostrzeńcowi Sefardiego. Pierwsze piętro, równie eleganckie i niewiele mniej kosztowne niż parter, jak również trzecie piętro, gdzie mieściły się pokoje z tabliczką „Samoobsługa” i wizerunkiem kształtnej męskiej dłoni, dysponowały dwom wolnymi pokojami wynajmowanymi na godziny.

Na drugim piętrze burdelu mieściła się dyrekcja, palmiarnia i siłownia z sauną. W dzień wielkiej powodzi gościli na siłowni tylko mężczyźni nieświadomi lub niepomni, że piętro wyżej i piętro niżej dostępne są rozrywki ciekawsze i milsze niż bieganie w miejscu po ruchomej taśmie lub uporczywe wyciskanie sztangi. Tych, którzy przeżyli, nazywano potem Narcyzami, ćwiczącymi tylko po to, aby napawać się w lustrze widokiem wymodelowanego czteropaku na brzuchu i wypchanych steroidami bicepsów. Na ulicy niedorostki drwiły z nich rzucając z bezpiecznej odległości uszczypliwościami w rodzaju „mały ptaszek w dużej klatce”.

W piątek nad miastem i okolicą przeciągnęło tornado, unicestwiając po drodze wszystko, co stawiało opór jego maniakalnej sile. W pierwszej kolejności ofiarą padały duże, przestrzenne obiekty, lżejszej konstrukcji budynki, samochody, stogi siana, stodoły, drzewa, czasami także słupy i stacje sieci energetycznej.

Wiatr nasilał się coraz bardziej, uderzał falami z taką furią, że ludzie musieli odwracać się frontem do niego i pochylać do przodu, aby nie dać się powalić i szukać schronienia pod drzewem lub murem, gdziekolwiek istniała osłona. Nie mogąc jej znaleźć padali na ziemię, aby tylko zmniejszyć uderzenia wiatru. Był on tak zimny, że ciarki ludziom chodziły po plecach, dreszcze chwytały ciała w żelazne obręcze, skóra kurczyła się boleśnie i dostawała gęsiej skórki. Wskutek strachu nawet najcieplej ubrani przechodnie nie czuli potu na skórze, ponieważ wichura przenikała najdrobniejsze szparki tkaniny usuwając wilgoć z ciała.

Na przystani jachtowej wiatr uderzył w rosłą dziewczynę z taką siłą, że uniósł ją w powietrze z szalem furkoczącym jak flaga i rzucił w spienioną wodę. Świadkowie zdarzenia zamarli z przerażenia. Jeden z nich sprawdził potem kroniki wypadków w poszukiwaniu informacji, kim była nieszczęsna ofiara, ponieważ chciał złożyć kwiaty i zapalić świeczki w miejscu wypadku. W tej sprawie ukazało się nawet ogłoszenie prasowe, nie odnaleziono jednak nikogo, kto zginąłby w czasie wichury tamtego dnia. Poszukiwacz tragicznej informacji odetchnął z ulgą, że chyba uległ złudzeniu, choć byłby gotów przysiąc lub założyć się o dużą sumę, że takie zdarzenie miało miejsce.

W mieście potężny wir powietrza porwał stojący przy drodze samochód osobowy, na szczęście bez pasażerów, i rzucił nim z taką siłą, że przebił świeży jeszcze mur wkomponowując weń pojazd. Najzdolniejszy rzeźbiarz nie wyśniłby tak udanej kompozycji, nie mówiąc o jej stworzeniu. Po ustaniu zabójczej pogody ludzie przybywali setkami, aby oglądać fenomen: samochód idealnie zawieszony wewnątrz muru, z drzwiami po obydwu jego stronach. Instalacja była tak niezwykła, że władze miasta zdecydowały się zbudować w tym miejscu Muzeum Żywiołów Atmosferycznych. Grupa artystów konstrukcyjnych proponowała nazwę Muzeum Sztuki Piekielnej, bardziej przemawiającą do wyobraźni i nawiązującą do diabelskiego charakteru dzieła. Powołano do życia komitet organizacyjny, który miał zająć się wykupieniem działki i sfinansowaniem inwestycji. Do transakcji nie doszło z uwagi na potrzeby odbudowy masowych zniszczeń kraju. Były one tak wielkie, że obywatele odmówili wsparcia idei budowy muzeum określając ją jako „wyrzucanie pieniędzy w błoto” oraz „zamurowywanie w ścianie”.

Diabelski sen, ponury dzień. Swawolna dykteryjka dla panien na wydaniu i mężczyzn spragnionych szaleństwa.

Noc była czarna i gęsta. Iwanowi Iwanowiczowi przyśnił się diabeł. Obudził go w środku nocy. Był straszny: kudłaty, długi ogon, rogi, oczy jak węgle.

– Wstawaj. – Krzyknął. – Dziś jest święto Trzech Króli. Ludziom należą się upominki. Masz robotę do wykonania. Będziesz złoczyńcą. Wybatożysz trzech osobników, moich konkurentów do sławy.

Wcisnął mu w rękę ośmiorzemienny harap i popędził do wyjścia. Przeszli ulicą kawałek drogi i weszli do dużego okrągłego budynku. Pilnowali go strażnicy, ale akurat posnęli; minęli ich niezauważeni. Na korytarzach przechadzali się ludzie. Odbywały się akurat jakieś obrady.

– Lej tego! – Diabeł wskazał brudnym paluchem inteligencika z cieniutkimi okularami.

– Za co? – Zapytał przytomnie Iwan Iwanowicz.

– Za kłamstwa. Łże jak najęty.

Wykonując diabelskie wskazanie Iwan Iwanowicz serdecznie przyłożył wskazanemu. Ten nawet nie drgnął. Odezwał się tylko szyderczo.

– Mnie kłamstwa ani baty nie ruszają. Jestem odporny. Mam skórę grubą na palec. Tacy jesteśmy, my, cała formacja.

Potem weszli go jakiegoś gabinetu. Siedział tam starszy mężczyzna, tęgawy, zastały w sobie, siwy. Patrzył spode łba.

– Przyłóż mu. To nic, że jest już prawie na emeryturze. To nie zwalnia go z obowiązku przyzwoitości. – Warknął diabeł i nie czekając na pytanie Iwana Iwanowicza wyjaśnił.

– To za piekielne pomysły. Nie wiem dokąd on zmierza, jaką nienormalność lub podłość chce jeszcze popełnić. To facet niezrównoważony.

Kiedy już Iwan Iwanowicz skończył swoją katowską robotę, przewodnik po piekle i okolicach powiedział:

– Idziemy dalej. Szukam gogusia, co lubi głośno i koślawie przemawiać. To krzywoprzysięzca.

Poznali go z daleka. Miał różowe policzki, a głowa mu latała z lewa w prawo w oczekiwaniu na aplauz. Przemawiając krzyczał; był to jego ulubiony styl prezentacji słownej.

– Temu przyłóż najmocniej. On jeden mógł zatrzymać falę niegodziwości, ale nie zatrzymał. – Powiedział diabeł, po czym dodał łagodniejszym głosem:

– Na tym zakończymy twój sen, Iwanie Iwanowiczu. – Powiedział to i wycofał się. Przedtem zaśmiał się piekielnie. Adresatowi diabelskiego śmiechu zrobiło się nijako na duszy.

*****

Po diabelskiej nocy nadszedł dzień tak ponury, że ludzie masowo popełniali samobójstwa. Wszędzie widoczne były gałęzie z grubymi sznurami. Mroźna cisza wwiercała się w uszy, samochody przymarzały do podłoża, kierowcy przymarzali do karoserii. Widoki były nie z tej ziemi.

– Co mi z takiego życia, kiedy nawet potrójna kawa, półnaga kobieta ani krzyk żony nie stawiają mnie na nogi. – Rozlegały się okrzyki.

Krzyczeli mężczyźni, kobietom było to nie na rękę; opiekowały się dziećmi i albo gotowały obiad, albo sprzątały zagrodę, albo snuły wizje przyszłości z dużymi pieniędzmi i miłością wypełniającą całe ich życie.

– Były jeszcze inne zajścia, przede wszystkim wypadki drogowe, kolejowe, lotnicze i pożarnicze. – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz. – Ale to nie ja będę je relacjonować. – Od tego jest telewizja.

Taka to była noc z piątego na szóstego stycznia 2019 oraz dzień szóstego stycznia tegoż roku, zwany Dniem Trzech Króli.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz.167: Początek Apokalipsy. Mezocyklon.


Picture: Cyclone_Monica, courtesy of University of Wisconsin–Madison.

Tego roku lato w Nomadii trwało równe sześć miesięcy. Zaczęło się w połowie wiosny, zabierając jej sześć tygodni wysokimi temperaturami i niezwykłą duchotą powietrza, po czym powtórzyło zamach zawłaszczając pierwszą część jesieni. Pewnego dnia temperatura wzrosła tak bardzo, że zdusiła wilgotność do zera. Ptaki, które uniosły się wyżej niż zawsze na falach rozgrzanego powietrza, znajdowano wieczorem na ziemi upieczone do połowy.

Mordercza pogoda trwała nieprzerwanie mimo procesji z krzyżami, obrazami i palmami organizowanych przez kościoły i wiernych wszystkich wyznań, a nawet bezbożników, którzy wygodnie uznali, że skoro ktoś zesłał te straszne nieszczęścia, to warto prosić go o amnestię, a co najmniej o częściową łaskę. Modlono się, aby Bóg strzegł ludzi i ich dorobku, szczególnie zasiewów i plonów, przed gradem, suszą, powodziami, ogniem, szarańczą i zarazą.

W pierwszy wtorek maja, w dzień Świętych Anatola i Atanazego, znad oceanu nadciągnął mezocyklon, niosąc ze sobą grad wielkości kurzych jaj. Kule gradowe były tak ciężkie, że pod ich uderzeniami ceramiczne dachówki pękały niczym skorupki jaj wydając metaliczny jęk. Jak twierdzili świadkowie zdarzenia, gradobicie dewastowało miasto i okolicę przez pełną godzinę a może i dłużej. Łomot był tak przerażający, że ludzie tracili pamięć, a zwierzęta rozbiegały się oszalałe we wszystkich kierunkach. Przechodnie na ulicach kryli się, gdzie kto mógł; przytulali się do pni drzew, pod byle daszkiem, na przystankach autobusowych, a nawet wczołgiwali pod zaparkowane samochody. Kierowcy pojazdów w ruchu usiłowali ratować je zatrzymując się wprost na ulicy, aby jak najszybciej przykryć je kocami, marynarkami i płaszczami a nawet spłaszczonymi pudłami tekturowymi. Niewiele to pomogło. Grad uszkodził tysiące samochodów, wiele z nich miało powybijane szyby i wgniecioną karoserię; z wnętrz niektórych pojazdów wyciekała nawet woda. Ulice wyglądały jak pobojowiska.

Pod uderzeniami piorunów wybuchały pożary i to z taką intensywnością, że zamieniały sypiący się z nieba grad w kłęby pary, tworząc chmury przesłaniające słońce oraz widoki na góry okalające miasto.

W zetknięciu się z żywym ogniem grad pękał na drobne kawałki z hukiem; takiego fenomenu natury nie notowano wcześniej w kraju.

Gradobicie trwało w istocie niecałe dwadzieścia minut. Tak twierdzili synoptycy. Większość ludzi zaklinała się jednak, że grad padał co najmniej godzinę. Właściciel dział hukowych, jedynych w okolicy, szczycący się nimi jako skuteczną bronią przeciwgradową, użył ich dopiero wtedy, kiedy nawałnica opuszczała już okolicę. Był przekonany, że to jego broń skutecznie ją przepędziła. Po zakończeniu gradobicia ratownicy ostrzegali, że może się jeszcze powtórzyć.

Po gradzie nadszedł deszcz. Gasząc palące się domy i lasy tworzył tak niesamowite widoki, że w ludziach budził się duch twórczej inspiracji, chwytali narzędzia, co kto miał pod ręką i malowali, rzeźbili lub komponowali muzykę, nawet symfonie i koncerty. Niewiele z nich się zachowało, z wyjątkiem zapisów nut ukrytych w wodoodpornych i ognioodpornych sejfach, ponieważ żywioł z niezwykłą wściekłością niszczył także płody ludzkiej twórczości. Z obrazów malarskich zachowały się jedynie dwa i to niezwykłej piękności: „Ogień bratający się z wodą” oraz „Siedem grzechów głównych”. Zostały one umieszczone na honorowym miejscu w galerii narodowej, aby przyciągać tłumy turystów, głównie z zagranicy. Było to jedyne dobrodziejstwo wynikłe z Apokalipsy. Pieniądze pozostawione przez turystów oraz darczyńców zagranicznych poruszonych nieszczęściem posłużyły odbudowie historycznych zabytków zniszczonych przez żywioły i podpalenia wywołane przez szaleńców.

Jeden z nich, lekarz, któremu wskutek błędów popełnionych w sztuce lekarskiej odebrano prawa wykonywania zawodu, wbił sobie do głowy hasła „chorobę leczyć tym samym”, „zło zwalczać złem”, „klin klinem” i podobne. To on dokonał kilkunastu podpaleń, po czym popełnił samobójstwo rzucając się w ostatni wzniecony przez siebie pożar. Jego częściowo spopielale szczątki usiłowano pochować po chrześcijańsku, święta ziemia odmawiała jednak ich przyjęcia uparcie wyrzucając je na powierzchnię. Ponieważ wydzielały one coraz bardziej przykry zapach, władze sanitarne i kościelne podjęły wspólnie decyzję ich spalenia i rozsypania prochów po oceanie. To też niewiele dało, gdyż w burzliwe dni nad wodą unosiły się kłęby brązowego pyłu i dopiero egzorcyzmy odprawiane równocześnie przez dwóch duchownych przyniosły ukojenie zbuntowanej duszy i spokój mieszkańcom.

W najstraszniejszym momencie gradobicia ludzie padali na kolana i modlili się korząc nie przed Bogiem, lecz szeleszczącą chmurą lodowych kul. W klasztorze Templariuszy Pobożnych młody zakonnik powtarzał w kółko słowa z Księgi Ezechiela: „Przeto tak mówi Pan Bóg: W zapalczywości mojej sprowadzę wicher gwałtowny, spadnie deszcz ulewny na skutek mojego gniewu i grad na skutek mego oburzenia, by wszystko zniszczyć… I zburzę mur, któryście pokryli tynkiem, powalę go na ziemię tak, że ukażą się jego fundamenty i upadnie, a wy pod nim zginiecie. Wówczas poznacie, że Ja jestem Pan”. Dla upamiętnienia niezwykłego wydarzenia modlitwę mnicha wyryto na tablicy z czarnego marmuru zdobnego krwawymi prążkami, przypominającymi żyły świętego męczennika. Właściciel kamieniołomu zarzekał się, że nigdy wcześniej nie widział u siebie takiego marmuru.

– Jego pojawienie się musiało być wynikiem cudu. Znam to miejsce jak własną kieszeń, albo i lepiej – zapewniał ludzi okazujących zwątpienie wobec jego słów. Nikt mu nie uwierzył, gdyż był człowiekiem łasym na pieniądze, gotowym popełnić największe bluźnierstwo dla dodatkowego dochodu.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 166: Zniknięcie Josefa

Spotkanie w gabinecie psychoterapeuty zakończyło okres ożywionych kontaktów i wizyt Josefa w Laboratorium. Człowiekoń pojawiał się coraz rzadziej, unikając odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie przychodzi, po czym całkowicie zniknął z horyzontu. Pracownicy Laboratorium wiedzieli, że ma się nieźle, ponieważ czasem dzwonił, przesyłał email lub wiadomość przez któryś z komunikatorów, ale to było wszystko. W końcu kontakty urwały się. Zespół Bezpieczeństwa podejrzewał, że Josef wyjechał za granicę, gdzie mu obiecywano złote góry. Cieszył się tam bardzo dużym zainteresowaniem, stał się celebrytą.

Władze przyznały mu nawet ochronę osobistą. Był na specjalnych prawach, strzeżony jak gubernator lub prezydent. Mówiono nawet, że traktowano go jak dobro narodowe ze względu na swoją unikalność i szansę poprawy losu koni i przyrody.

Wkrótce informacje o nim przestały pojawiać się w Nomadii, jakby całkowicie zapadł się pod ziemię. Ustalono tylko tyle, że Josef przyłączył się do nowo zreformowanego kościoła otwartego na jednostki o odmiennej orientacji seksualnej. Wkrótce go opuścił, aby stworzyć własną grupę wyznaniową promującą tabu pokarmowe, stroniącą od używek i substancji nadmiernie stymulujących zmysły. Nie były to jednak informacje pewne.

Laboratorium Szyfrowanych Koni wciąż pracowało nad nową wersją człowiekonia, postęp był jednak znikomy, praktycznie żaden. Laboranci dowiedzieli się o tym, kiedy jeden z czołowych chirurgów-genetyków na zebraniu załogi otwarcie wyraził swoje rozczarowanie mówiąc wręcz o zastoju.

Zarząd firmy przyznał z niechęcią, że stworzenie Josefa graniczyło z cudem sztuki inżynierii genetycznej, ponieważ mieli wyjątkowe szczęście na każdym etapie realizacji projektu. Profesor Kary i jego zastępca przewodzący zespołowi pracującemu nad stworzeniem Josefa Półkonia, a następnie Josefa Nowego, byli tego absolutnie pewni. Wyjątkowe powodzenie projektu przypisywali jednak nie szczęściu, ale umiejętnościom swojego zespołu oraz zrządzeniu opatrzności boskiej. Obydwaj byli bardzo religijni i – jak się okazało – mieli wcześniejsze wizje, bez których nie przystąpiliby do tak skomplikowanego przedsięwzięcia genetycznego. 

Brak postępu nad ulepszoną wersją człowiekonia Laboratorium uznało za koniec historii Josefa Nowego, jedynego przedstawiciela tego gatunku, ponieważ nie dorobił się on potomstwa. Nic nie wskazywało, że cokolwiek zmieni się w tym zakresie. Podejrzewano, że Josef nie tyle zniknął, ile zaszył się gdzieś w klasztorze, być może w Europie, być może w Indiach, prowadząc medytacje, oraz budując i propagując modele riksz konnych, które stały się jego pasją artystyczną.

Z uwagi na wiek nie angażował się już osobiście w charakterze siły pociągowej.

Koniec Części 2

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 165: Fantazje erotyczne Josefa. Apokalipsa.

Opowieść Josefa była tak bogata, że w końcu Zenon doszedł do wniosku, że Josef snuje fantazje erotyczne.

Nie było to do końca zrozumiałe. Chcąc dopomóc swemu pacjentowi, Zenon zasugerował mu w najbardziej oględny sposób, starannie dobierając słowa, że być może warto byłoby, aby przedstawił swój problem chirurgowi lub seksuologowi, osobom najbardziej kompetentnym i pomocnym.

Josef zmieszał się. Na początku udawał, że nie rozumie słów psychoterapeuty, po czym – nie udzielając odpowiedzi – przyśpieszył swoje opowiadanie. Mimo delikatnych zachęt do kontaktu z chirurgiem, Josef w żadnym momencie nie wykazał zainteresowania tematem, tłumacząc się, że nie jest w najlepszym nastroju, że to go bardzo krępuje i że chętnie uczyni to w przyszłości.

Ostatecznie Zenon wyzbył się wątpliwości, kiedy Josef mówiąc o penisie zaczął używać określenia fiut, a nawet fiutek. Stało się jasne, że prawdziwy problem Josefa to w istocie niedorozwój jego organu, i że jego opowiadania są czystą fantazją tworzoną podświadomie dla uzyskania rekompensaty psychicznej. Sprawę ostatecznie przesądził sam Josef wspominając, że kilka razy zaglądał na strony firm oferujących usługi chirurgicznego przedłużania członków męskich, twierdząc, że robił to z czystej ciekawości.

– Wchodziłem na ich strony, aby zrozumieć, jak czują się ludzie po drugiej stronie barykady, którzy mają małe członki. Przyniosło mi to ulgę, że nie jestem osamotniony w świecie członków nietypowych, nadmiarowych i niedorozwiniętych.

Od chwili tej deklaracji, rozmowa przestała się kleić. Rozmówcy stracili do siebie zaufanie. Zenon przestał wierzyć w szczerość Josefa. Josef z kolei chyba wyczuł, że Zenon odkrył jego tajemnicę i przejrzał go do końca. Po chwili milczenia, rozmowa zeszła na neutralny temat planów Josefa na przyszłość.

– Nie snuję żadnych planów. Żyję dniem dzisiejszym. Nic innego mnie nie interesuje.

Kategoryczny charakter wypowiedzi Josefa psychoterapeuta przyjął jako zakończenie rozmowy. Obydwaj w tym samym momencie spojrzeli na zegarki. Było to ostateczne poświadczenie, że spotkanie dobiegło końca. Obywaj uśmiechnęli się na znak przyjaznego rozstania się.

*****

Wiadomość o bezpłodności Josefa wywołała rozprzężenie wśród kadry kierowniczej i szeregowych pracowników Laboratorium. Ludzie zaczęli sarkać, stracili perspektywę i kierunek, niektórzy załamali się. Był to dla nich koniec świata, niepowodzenie w skali kataklizmu. Żądano zmian, przywilejów, wolności. Nina Aleman w końcu ustąpiła wobec buntujących się, było ich zbyt wielu, bała się ogólnego buntu. Ludzie żądali widzenia się z rodzinami, zmiany przepisów wewnętrznych, więcej dni świątecznych. Zarząd zaczął wydawać przepustki, starając się kontrolować i śledzić zachowanie pracowników na zewnątrz. Ostrzegano ich przed konsekwencjami.

Laboranci wracający z przepustek przynosili dziwne wiadomości. Nikt nie miał pojęcia, jak bardzo kraj został zdewastowany przez Apokalipsę, tydzień kataklizmów pogodowych, wyrządzając Laboratorium znikome szkody, zerwany dach i zapchane rury ściekowe oraz powodując przejściową przerwę w dostawie prądu, ponieważ firma miała własne zasilanie awaryjne. Ani grad, ani ulewne deszcze nie wyrządziły szkód, gdyż teren Laboratorium leżał na wzgórzach. Podobnie było z pożarami i tsunami, o których pracownicy Laboratorium nie mieli nawet pojęcia.

Najciekawsze wiadomości dotyczyły skutków Apokalipsy, zmian zachodzących w kraju, bliżej nieokreślonych fenomenów, chamienia społeczeństwa, indywidualizmu oraz buntu kobiet przeciw prokreacji. Były to wieści tak fragmentaryczne i niejasne, że wracający z przepustek używali często określeń podobno, prawdopodobnie, wydaje się, dla podkreślenia, że jest to prawda, ale może niecałkowita.

Wkrótce powróciły do Laboratorium dyscyplina i porządek. Laboranci skoncentrowali się na pracy, intensyfikując wysiłki wyprodukowania kolejnych, udoskonalonych okazów człowiekonia, już bez wadliwych genitaliów. Myślano też o stworzeniu pary człowiekoni, samca i samicy, podobnie jak Bóg stworzył Adama i Ewę. Był to pomysł Klechy, który jakby nawrócił się na wiarę w Boga, przeżywając okresy pogłębionej religijności, widzeń i wglądu w tajemnice życia, podobno także pośmiertnego. 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 164: Psychoterapeutyczne wyznania Josefa

Aby zrozumieć swoje problemy Josef podejmował różne starania. Najpierw podglądał nagich mężczyzn w łaźni i słuchał co opowiadali przy alkoholu o swoich przygodach seksualnych. Potem zapoznał się z opiniami fachowców na temat seksualnych problemów mężczyzn. Oglądał też pornografię, przeczytał kilka artykułów i obejrzał dokumentalny film o mieszkańcach Afryki, znanych z dużych rozmiarów penisa. Okazało się, że ich także przerósł, był od nich lepszy. Był po prostu nadmiarowy. Musiał to wyraźnie przyznać wobec siebie samego. To go zniszczyło.

– Taki to mój parszywy los: efekt nieudanej integracji organów seksualnych człowieka i konia. – Powtarzał sobie do znudzenia. Był to jedyny defekt, jaki w sobie odkrył.

Problem wielkości przyrodzenia nie pojawił się w jednej chwili, od razu. Jego członek powiększał się stopniowo, w miarę jak Josef koniał. Ciesząc się, że konieje, nie podejrzewał, jaką cenę przyjdzie mu za to zapłacić. Sytuacja go przerosła. Myślał nawet o samobójstwie.

– Dlaczego nam tego nie ujawniłeś? Może moglibyśmy ci pomóc? – Zapytał go psychoterapeuta.

– Sam nie wiem. Czułem niesamowity strach, przerażenie, bałem się okaleczenia. Myślałem, że zechcecie mnie wykastrować. Ostatecznie powstałem w Laboratorium, macie do mnie jakieś prawa.

Zenon postanowił nie negować absurdalności podejrzeń Josefa. Nie miało to sensu. Poprosił go natomiast o informacje, jak ludzie zachowywali się wobec niego w tym trudnym czasie. Chciał zrozumieć jego przeżycia.

Zapytany uczynił to chętnie, wszystko pamiętał bardzo dobrze. Najpierw pojawiły się złośliwe anonimy na temat rozmiarów jego przyrodzenia, niektóre ilustrowane prymitywnymi, inne prawie artystycznymi rysunkami, potem wielkie niezdarne rysunki członka na drzwiach wejściowych do jego mieszkania. Wyglądały, jakby rysował je wyrostek, co niedawno zauważył, że siusiak służy nie tylko do oddawania moczu. Rysunki na drzwiach szczególnie wyprowadzały Josefa z równowagi, ponieważ mogli je zobaczyć wszyscy przechodzący obok jego mieszkania. Pojawiały się one na szczęście nad samym ranem; wstając wcześnie Josef zawsze zdążył je zetrzeć lub zamalować, zanim ktokolwiek mógł je zauważyć.

– Dzieci też zaczepiały mnie na ulicy, krzycząc za mną różne bezwstydne słowa, których prawdopodobnie same nie rozumiały. – Opowiadając to Josef starał się wyraźnie pomniejszyć znaczenie zachowań dzieci, choć były one niewybredne, a nawet złośliwe. Zenon zastanawiał się, dlaczego Josef tak łagodnie traktował swoich małych bądź co bądź prześladowców.

– Nawet koledzy zaczęli mi dokuczać. – Kontynuował Josef. – Uważali to za żarty, chyba nie zdając sobie sprawy, że nie ma nic przyjemnego być przedmiotem takich dowcipów. Mój bliski przyjaciel powiedział mi, śmiejąc się serdecznie:

– Josefie, ty to masz szczęście w swoim nieszczęściu! Kiedy zaproszą cię na bal maskowy, nie musisz w ogóle się przebierać. Po prostu weźmiesz tę rurę na plecy i będziesz grać hydraulika.

Na początku Josef otrzymywał dużo telefonów, większość anonimowych, wkrótce potem zaczęły przychodzić emaile, w końcu zaczął otrzymywać listy. Jeden z nich pamiętał bardzo dobrze, bo był zupełnie szalony. Josef ożywił się podejmując ten wątek.

– Napisało do mnie Towarzystwo Popędliwych Kobiet. I to skąd? Z południa Nomadii. List, koperta i znaczek były jak najbardziej autentyczne. Sprawdziłem nawet, że istnieje urząd pocztowy uwidoczniony na pieczęci. Oczywiście domyśliłem się od razu, że to jakaś fikcja, że ktoś to robi dla kawału. W liście poinformowano mnie, że jedna z członkiń klubu jest zainteresowana przystąpieniem do mojej organizacji i proszono o przysłanie wniosku o członkostwo.

Josef określił otrzymaną korespondencję jako wulgarną i głupią. Mówiąc to, nie wyglądał jednak na zmartwionego. Zenonowi wydało się nawet, że ukrywa rozbawienie.

Potem nadszedł list lotniczy z Japonii z propozycją, aby objął patronat nad corocznymi obchodami Festiwalu Stalowego Fallusa. Josef pamiętał doskonale tę propozycję; była napisana na białoróżowym, czerpanym papierze, od stuleci produkowanym w Japonii tradycyjnymi metodami.

– Na początku nie wiedziałem, jak reagować na zaczepki, bo oprócz złośliwości często wyrażały podziw a nawet zazdrość z powodu mego bogatego przyrodzenia.

Na pytanie Zenona, czy może notować opisywane zdarzenia dla celów dokumentacji, Josef bez zastanowienia wyraził zgodę, jakby była to prośba o podanie adresu cukierni, gdzie sprzedają najlepsze pączki serowe i naturalnie lukrowane wegańskie czekoladki.

W trakcie opisu bolesnych przeżyć twarz Josefa pozostawała napięta i smutna, tylko raz czy dwa razy uśmiechnął się jakby boleśnie. Kiedy mówił o dużym członku – do tego tematu wracał chętnie i to kilkakrotnie – Zenon zaczął nabierać przekonania, że mówienie o nim sprawiało Josefowi przyjemność. Jego twarz rozjaśniała się w takich momentach, a on sam się ożywiał. Stopniowo w psychoterapeucie zaczęły krystalizować się podejrzenia, że coś się nie zgadza w relacjach Josefa. Zaczęły mu się nasuwać wątpliwości czy Josef mówi prawdę, czy jest we wszystkim szczery, czy przypadkiem nie wyraża czasem czegoś innego niż to co mówi. Miał wrażenie, że w historii przeżyć Josefa jest coś, co go męczy.

Trzej królowie i przyrzeczenia noworoczne

Iwan Iwanowicz jest u mnie pierwszy po Nostradamusie. Przewiduje przyszłość. Zaproponował mi, abym notował jego proroctwa. Na razie opisał mi tylko widzenie, jakie miał w noc sylwestrową.

– Kiedy inni tańczyli Sylwestra z butelką szampana w ręce i paczką tanich fajerwerków w kieszeni, mnie ukazali się trzej królowie. Przywiodła ich do mnie żarówka samodzielnie poruszająca się po niebie. Mówili niewyraźnie, jakby języki przymarzły im do brody. Jak zrozumiałem, był to jakiś prezydent, jakiś prezes i jakiś premier. Co najciekawsze, wszyscy trzej mówili ludzkim głosem i to tak wyraźnie, że mój kot i pies aż zaniemówiły i porozumiewały się na migi.

Królowie uklękli we trójkę przed Ojcem Ryzykiem (lata 2019 i dalsze) i składali zobowiązania noworoczne, kolorowe jak rajski ptak z kopalni złota i diamentów w Afryce Południowej. 

Premier obiecał, że nie będzie kłamać, a jeśli nawet, to tak udanie, że nikt się na tym nie pozna.

Prezydent, że przetrze sobie oczy, bo ostatnio widział rzeczy wyimaginowane, a nie jest to przecież jego ulubiony punkt widzenia.

Prezes obiecał, że nie będzie wyglądać jak z krzyża zdjęty, ale weźmie się za siebie i odświeży sportowo ćwicząc na świeżym powietrzu jak ten Rudobrody z Brukseli, którego nie znosi.

– Ja im dobrze życzę, znaczy się tym i innym królom, nawet życzę im doskonale, aby tylko pozostali w swoim Muzeum Samowładztwa i Zamordyzmu i nie wyciągali rąk zbyt daleko do polityki, bo jak ktoś niechcący włączy młockarnię sprawiedliwości dziejowej to mogą stracić palce, a wiadomo, że bez palców to jak bez rąk, do gęby nie można nic włożyć. I klepsydra gotowa – podsumował Iwan Iwanowicz z wyraźnym smutkiem.

Na zakończenie podyktował mi sentencję. Wziąłem ją sobie do serca i polecam równie serdecznie jak rożki czekoladowe od Sowy:

„Głosując w wyborach parlamentarnych nie głosuj na tych, którzy kłamią więcej niż potrzeba”.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 163: Rozterki i  tajemnice Josefa

Najbardziej nurtowała zarząd Laboratorium – jak się okazało także samego Josefa – sprawa jego seksualności i rozrodczości. Zajęło mu wiele czasu, zanim zdecydował ujawnić swoje problemy i rozterki.

– Seks to moja największa porażka. Przez długi czas nie rozumiałem, dlaczego nie układa mi się życie intymne. Była to dla mnie tajemnica, ponieważ nigdy nie udało mi się znaleźć zadowalającego wytłumaczenia moich niepowodzeń.

Zaczynając opowieść o sobie Josef siedział wygodnie na kanapie w gabinecie psychoterapii Laboratorium w towarzystwie przydzielonego mu osobistego psychoterapeuty, Zenona, oraz profesora Karego, któremu po wielu staraniach udało się doprowadzić do tego spotkania.

Była to najtrudniejsza sprawa związana z Josefem, chlubą Laboratorium. Zarząd wielokrotnie zastanawiał się razem ze specjalistami, jak mu pomóc w kłopocie, który z miesiąca na miesiąc stawał się coraz bardziej oczywisty. Domyślali się, że Josef napotyka silny opór wewnętrzny, aby wyjawić im swoje problemy.

Josef rzeczywiście nie był w stanie zdobyć się na szczere wyznanie. Najbardziej przeszkadzała mu świadomość, że będzie musiał wypowiadać się na temat bardzo osobistych przeżyć oraz przyznać się do swoich porażek. Zgodził się dopiero wtedy, kiedy Zenon zapewnił go, że nikt nie będzie na niego naciskać i powie tylko to, co chce powiedzieć.

Na początku spotkania przedstawiciele Laboratorium wyjaśnili, że w pełni zdają sobie sprawę, że Josef jest hybrydą i że jego natura ludzka jest spleciona z naturą zwierzęcą.

– W twojej seksualności, Josefie, ale nie tylko, tkwi konflikt człowieka i zwierzęcia. Może to ogromnie komplikować sprawę, ponieważ zwierzęta nie znają pojęcia intymności, są w pełni naturalne, kierują się popędami i instynktem, a wszystko, co czują, uzewnętrzniają, człowiek zaś potrafi tłumić w sobie wiele uczuć i myśli, jest pod tym względem bogatszy, ale to nie znaczy, że mądrzejszy. Musisz pogodzić ze sobą te dwie sprzeczności, abyśmy mogli wspólnie dotrzeć do sedna sprawy.

Na początku spotkania Josef nic nie mówił, tylko słuchał. W pewnym momencie jego wzrok ześliznął się po poręczy schodów prowadzących na półpiętro i zatrzymał na figurce nagiej postaci, ni to mężczyzny, ni to kobiety, zdobiącej słupek balustrady. Była to kopia rzeźby sumeryjskiej sprzed tysięcy lat, wyrażającej wieloznaczną naturę seksualności człowieka i zwierzęcia, skłaniającej się w jedną lub kilka stron pożądania. Kiedy Zenon dostrzegł w oczach Josefa błysk zrozumienia, był już pewien, że otworzy się przed nimi jak pustynny kwiat przed burzą w oczekiwaniu na życiodajny deszcz.

– Jeśli chodzi o moją tożsamość seksualną – zaczął Josef patrząc rozmówcom w oczy – to zawsze ciągnęło mnie równocześnie w kilku kierunkach. Na początku pragnąłem bardziej kobiet niż mężczyzn, potem to się zmieniło. Były też takie chwile, że czułem pożądanie w stosunku do klaczy, ta skłonność się umacniała, im bardziej koniałem.

Lakshmana Temple in Khajuraho, India

Zmieniając się zewnętrznie, upodabniając się coraz bardziej do konia, stawałem się też atrakcyjniejszy dla klaczy. Do niczego jednak nie doszło. Moje zahamowania wewnętrzne były tak silne, że nigdy nie zdobyłem się na nawiązanie bliższych relacji z kimkolwiek.

Josef posługiwał się bogatym językiem, swobodnie opisywał swoje stany psychiczne i przeżycia. Laboranci wiedzieli, że namiętnie studiował wszystko, co go nurtowało uczuciowo i intelektualnie, co było jego pasją. W nauce był nienasycony. Jego zwierzęca natura hamowała go przed ekscesami cywilizacji, ale nie przed wiedzą. Uczenie się okazało się najsilniejszą cechą człowiekonia.

Po dłuższej rozmowie, nie bez wahania, psychoterapeuta zdecydował się zadać nurtujące go od dawna pytanie.

– Josefie! Jesteś dojrzałym człowiekoniem. Uczciwie należałoby dodać, że także osobnikiem atrakcyjnym fizycznie. Skąd więc twoje problemy w znalezieniu sobie partnerki? My tutaj w Laboratorium podejrzewaliśmy, że będziesz miał ich aż nadto!

Josef westchnął głęboko i zamyślił się. Widać było po nim, że wraca do niemiłych wspomnień. Na jego czole pojawiły się zmarszczki, ramiona lekko opadły, w oczach uwidocznił się smutek. Nikt nie przerywał milczenia. Po chwili Josef otrząsnął się, rzucił głową w dziwny, koński sposób i zaczął opowiadać.

– Nie było to tak, że kobiety dostrzegały moją atrakcyjność i chętnie ze mną przebywały lub szukały mego towarzystwa, czy też w jakiś inny sposób ujawniały, że są mną zainteresowane. Tego nie zauważyłem ani nie odczułem. Musiało być we mnie coś zniechęcającego, może nawet odstręczającego. To mnie męczyło. Zapytałem kiedyś bibliotekarkę, z którą przyjaźniłem się, co sądzi o mnie jako o mężczyźnie, o mojej urodzie czy wyglądzie. Była to mężatka z dwojgiem dzieci, osoba neutralna i bezstronna. Odpowiedziała mi szczerze, ale niechętnie, jakby bała się mnie zranić.

– Koleżanki mi mówiły, sama zresztą czułam to samo, że brak ci jest czegoś, czego przez dłuższy czas nie umiały określić.

– Feromonów? – zapytałem dla żartu.

Bibliotekarka zaśmiała się, zanim twarz jej spoważniała.

– Po prostu uważały cię, Josefie, za homoseksualistę zainteresowanego mężczyznami, nie kobietami. – To była jej odpowiedź. W tym tkwił cały problem, bo była to prawda. Moje pragnienia seksualne błądziły gdzieś między kobietami a mężczyznami, sam nie wiedziałem, czego chcę. Byłem niezdecydowany i zagubiony. Co do kobiet – Josef kontynuował po momencie wahania – to muszę wyznać pewien sekret, który mnie męczy od zawsze. Josef zawiesił głos, zbierał się w sobie.

– Mam bardzo duże przyrodzenie. Nie takie jak koń, ale zdecydowanie za duże. Tylko raz zobaczyła je kobieta i to wystarczyło. To był koniec. Przeraziła się. Uciekła z krzykiem i zrobiła mi w dodatku fatalną reklamę. Uznano mnie za zboczeńca. Byłem dyskryminowany, okazywano mi wrogość. Z tego powodu musiałem zmienić miejsce zamieszkania. To doświadczenie mnie zmroziło; więcej nie szukałem już kontaktów z kobietami.

Populizm. Cytat i opinia z wywiadu M Nogasia z Robem Riemenem

Przedstawiam fragment opinii, ponieważ wydaje mi się ona wyjątkowo trafną diagnozą sytuacji w kilku krajach, także u nas.

Źródło: http://wyborcza.pl/7,75517,24314745,10-najwazniejszych-zdan-ktore-uslyszalem-od-pisarzy-w-2018.html

„Bycie odrobinę populistą to tak jak bycie odrobinę w ciąży. Nie ma czegoś takiego jak odrobina populizmu. Prędzej czy później – zwykle raczej prędzej – populizm prowadzi do faszyzmu”

− Rob Riemen, holenderski politolog i filozof cytujący peruwiańskiego noblistę Mario Vargasa Llosę

Zdaniem Riemena faszyzm powrócił do Europy, co więcej – rozgościł się również za Atlantykiem. Jak wyjaśnia w wywiadzie dla „Książek. Magazynu do Czytania”, żyjemy w świecie, w którym wielu politykom udało się zredukować naszą tożsamość do kwestii narodowości, tak byśmy uwierzyli, że o wszystkim decyduje miejsce urodzenia. Jego zdaniem to ślepa uliczka, bo rozbudzanie kwestii narodowościowych zawsze leży wyłącznie w interesie grupy, która chce zagarnąć władzę i zniszczyć obowiązujące reguły gry.

Czy tę sytuację można odwrócić? Riemen uważa, że jeszcze tak, że żyjemy dopiero w początkowym stadium powracającego faszyzmu, ale by podjąć walkę, znów musimy zacząć brać odpowiedzialność za wypowiadane publicznie słowa.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 162: Intymne wyzwania Josefa

Na zawody hippiczne Josef wybrał się z ciekawości. Intrygowała go bliskość fizyczna ludzi i koni, ich sportowa integracja. Zadawał sobie pytanie, czy w czasie morderczego pościgu za czasem jeźdźca i konia łączy coś bliższego. Josef był już wtedy znany jako pierwszy człowiekoń i ludzie oraz konie przyglądali mu się z ciekawością. Jak zwykle zwracał na siebie uwagę, nie przeszkadzało mu to jednak w niczym, był już przyzwyczajony do otwartych i skrytych spojrzeń.

Przechodząc koło stajni, skąd wyprowadzano konie wyścigowe, zauważył śliczną klacz, na której siedział młody mężczyzna. Josef i klacz, miała na imię Flora Sur, wzajemnie zwrócili na siebie uwagę. Było to mimowolne uczucie, bardzo nietypowe, choć znowu nie jakieś wzięte z księżyca. Poczuli do siebie natychmiastową sympatię; było to coś głębszego i niezrozumiałego.

Josef czuł przypływ podniecenia, powiększające się gorąco między udami. Przybrał paradną, wyniosłą pozycję. Jego głowa uniosła się do góry, słuch się wyostrzył, podobnie jak wzrok i węch, oczy nabrały blasku. Zachowywał się tak, jakby chciał się popisać przed rywalem lub przypodobać klaczy. Był gotów ruszyć do akcji. Na szczęście niczego nie można było po nim poznać, co mogłoby go narazić na śmieszność, miał bowiem na biodrach obszerne spodenki z grubego płótna. Stali obok siebie, on i Flora Sur, przez kilka minut, kiedy jeździec siedzący na niej z zainteresowaniem wypatrywał kogoś w tłumie.

Josef uświadomił sobie, że od początku swojego życia, a już bardzo wyraźnie od czasu, kiedy okrzepł i poczuł się w pełni człowiekoniem, odczuwał głęboką potrzebę intymności. Miał bogate sny, w których przeżywał niezliczone i śmiałe sytuacje intymne, lecz dopiero w chwili poznania Flory Sur zdał sobie w pełni sprawę z więzi erotycznych łączących go z tym gatunkiem. Słyszał o tym, że mężczyźni utrzymywali stosunki z klaczami, ale było to uznawane za zboczenie. Swój przypadek widział inaczej, naturalnie i pozytywnie, choć nie czuł się wolny od poczucia dziwności.

Wkrótce podjechał do nich na wierzchowcu szczupły siwiejący mężczyzna; był to prawdopodobnie mentor lub trener młodego jeźdźca. Przyjrzał się uważnie bez pośpiechu swojemu podopiecznemu i półżartem, półserio, przedstawił mu swoje uwagi.

– Flora Sur nie zrzuciła cię z siodła. To dobrze. Stopy masz nieźle ustawione w strzemionach, przesuń się tylko w siodle do przodu, a łydki cofnij trochę do tyłu. Wyprostuj też kręgosłup, bo wyglądasz jak garbaty dzwonnik z Notre Dame, ramiona i łokcie trzymaj luźniej, bo jesteś spięty jak kot egipski wystraszony przez krokodyla.

Po wymianie kilku uwag, jeźdźcy udali się w nieznanym kierunku. Josef pozostał sam. Zauważył, że ludzie przyglądają mu się uważnie, znacznie intensywniej niż zawsze. Zastanawiał się dlaczego, lecz nic nie przyszło mu do głowy. Odbyło się pięć gonitw, w których Flora Sur nie brała udziału, choć miał nadzieję, że zobaczy ją w pełnym biegu, jak napręża swoje ciało, jak pod jej skórą grają mięśnie a ona cała intensywnie drży z ogromnego wysiłku fizycznego.

*****

Po nawiązaniu szerszych kontaktów w świecie zewnętrznym, Josef odnalazł się bardzo szybko. Był szczęśliwy. Ujmował to prosto:

– Uważam siebie za bardzo udaną wersję człowiekonia, przedstawiciela nowego gatunku mającego uzdrowić stosunki między człowiekiem, koniem a przyrodą. Robię, co mogę, aby przyczynić się do tego zbożnego dzieła. Moje motto to: „Myślę jak człowiek, działam jak koń”. To mnie stabilizuje między dwoma gatunkami.

Josef dojrzewał bardzo szybko fizycznie, psychicznie i intelektualnie. Po kilku miesiącach samodzielnego życia stał się częstym gościem w Laboratorium. Zapraszano go w charakterze honorowego konsultanta na spotkania robocze i dyskusje naukowe. Chętnie odpowiadał na pytania i dzielił się doświadczeniami, przedstawiał też sugestie rozwoju człowiekonia. Słuchano go z wielką uwagą i referencją. Był pierwszą udaną hybrydą człowieka i konia, autorytetem w dziedzinie międzygatunkowości. To on umocnił w laborantach przekonanie, że określenie „hybryda” brzmi bardziej pozytywnie niż sądzili i dobrze się kojarzy. Ludzie chętnie nastawiali ucha, kiedy ktoś szepnął to słowo w pobliżu. W interpretacji Josefa „hybryda” oznaczała uniwersalność, niezawodność i elastyczność.

Laboratorium pracowało już wtedy nad nową, ulepszoną wersją człowiekonia, stąd pomoc Josefa była niezwykle cenna. Dyskutowano z nim każdy szczegół, począwszy od spraw fizjologii przez anatomię do filozofii i psychologii, wnikając szczególnie w kwestię, jak udoskonalić człowiekonia, czy pozostawić go w aktualnej postaci czy uszlachetnić, a jeśli tak, to w jaki sposób. Przeważało drugie stanowisko.

Przeprosiny i pośpieszne życzenia noworoczne

Przepraszam Państwa. Nie zdążyłem z opowiadaniem. Mam pierwszy fragment ale to za mało. Za dużo czasu ukradło mi spotkanie z Iwanem Iwanowiczem.

Spotkaliśmy się zupełnie przypadkowo w momencie pojawienia się na niebie pierwszej gwiazdki starorocznej. Wykorzystaliśmy ten moment do podzielenia się opłatkiem noworocznym. Wybaczyliśmy sobie urazy, prosiliśmy o wybaczenie i udzieliliśmy sobie wybaczenia. Opracowaliśmy też króciutką laurkę okraszoną życzeniami z związku z ostatnimi informacjami przekazywanymi przez TVP.

Życzymy obecnym Władzom Państwa i Prawa wszystkiego najlepszego, przede wszystkim szczęśliwego przywrócenia amputowanej pamięci oraz przyzwoitości jak również skutecznej pomocy psychologicznej w powrocie do zdrowia. Także otrząśnięcia się z wrażenia, że jesteśmy potrzebni w Unii Europejskiej, że Polexit jest nieszczęściem oraz że konstytucja nie jest przeżytkiem i że w ogóle naród potrzebuje jakiejkolwiek ceny za energię elektryczną.

Przy okazji wznieśliśmy toast za zdrowie Ministra Sprawiedliwości jako męża opatrznościowego, który doprowadzi nas do ziemi obiecanej, gdzie czekać będzie na najbardziej zasłużonych obywateli Trybunał Stanu oprawiony w pozłacane ramy oraz – w charakterze upominku – zgrabna gilotynka do przycinania paznokci u rąk i nóg.

Życzymy Sobie i Wszystkim, obyśmy w Nowym Roku 2019 zdrowi byli na ciele i umyśle!

Myśli i aforyzmy sylwestrowe

Dorosłych i dzieci zbliża to do siebie, że na starość ludzie dziecinnieją.

Przejściowi potentaci, prezydenci, premierzy i wielcy prezesi, lubią szczycić się swoją głupotą. Nie ma co się dziwić, nic ich to nie kosztuje. Robią to na rachunek obywateli, których reprezentują.

Korzyść uzyskania większego wpływu kościoła na państwo uzasadnia użyczanie ambon nawet oszołomom politycznym.

Widziałem posła Stanisława Piotrowicza z wielkim różańcem w ręku na przyjęciu urodzinowym Radia Maryja jak błagał Ojca Rydzyka o błogosławieństwo i pomoc w organizacji międzynarodowego kongresu „Partie populistyczne wszystkich krajów łączcie się!”.

Kobieta z bezrobotnym mężem i trójką dzieci może śmiało powiedzieć, że ma czwórkę dzieci pod opieką. Mężczyźni są mniej macierzyńscy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 162: Hipologia

Hipologia stała się autentyczną pasją Josefa. Zapisał sobie i zapamiętał jej fachową definicję „nauka traktująca o koniu, jego budowie, fizjologii, filogenezie, hodowli i chowie”, aby nie stracić z pola widzenia nawet najmniejszej cząstki wiedzy także o sobie samym. Dzięki studiom poznał słynne konie starożytności, Bucefała, Incitatusa, współczesności, czempionkę Pianissimę, umiejącego porozumieć się z ludźmi Mądrego Hansa, długowiecznego Old Billy, w końcu konie przerastające literacką sławą wszelką wyobraźnię: mówiącego Bri, Jolly Jumpera zwanego Wesołkiem, Rosynanta sprawnego w walce z wiatrakami, ośmionogiego Sleipnira oraz szybkiego i mądrego Swadelfari’ego.

Josef sporządził sobie krótką listę zwycięzców najsłynniejszych zawodów rydwanów w starożytności oraz zwycięzców późniejszych zawodów hippicznych, notując, któremu ze słynnych koni postawiono pomniki. Co do Cefali, to sam wymyślił taką nazwę dla konia, którego cesarz Neron uczynił senatorem.

Studiowanie obrazów, opisów, historii i pomników koni pozwoliły Josefowi docenić ten niezwykły gatunek. Poznanie genetyki doprowadziło go z kolei do głębokiego przekonania, że koń i człowiek nie są sobie tak bardzo odlegli, jak myślą ludzie, ponieważ są one związane ze sobą nićmi ewolucji niby dwa pasma włosów w warkoczu. To mu ogromnie odpowiadało, gdyż zrozumiał, że nie powinien doszukiwać się wyższości konia nad człowiekiem lub odwrotnie. Nie potrzebował już tłumaczenia, który gatunek jest lepszy czy gorszy i dlaczego.

Tej nocy śniło mu się królestwo niebieskie, po którym biegali w jednym zaprzęgu człowiek i koń, obydwaj wspaniale umięśnieni. Potem między nimi pojawił się trzeci osobnik, Centaur, i tak już zostało do końca snu. Po przebudzeniu Josef żałował, że snów nie można nagrywać na taśmie filmowej lub zapisywać w jakikolwiek inny sposób.

Zbieranie i opracowywanie przysłów o koniach okazało się nowym, pasjonującym zajęciem, choć wcale nie łatwym. Josef spisał wszystkie przysłowia w jednym miejscu, wykonując iście encyklopedyczną pracę. W odróżnieniu od innych zajęć traktował tę pracę – nie wiadomo dlaczego – z lekkim przymrużeniem oka. Od razu pozwolił sobie na pewną manipulację. Przysłowie „Zrobić kogoś w konia” wykluczył, uznając, że niesłusznie degraduje ono konia do małości ludzkiego myślenia o innych istotach. Podobne zdanie miał o przysłowiu „Ma łeb wielki jak koń”. Łeb zaakceptował, ponieważ był to termin naukowy stosowany w weterynarii, ale samo porównanie uznał za niezgodne z zasadami poprawności politycznej.

Historia konia trojańskiego zaskoczyła Josefa nieporadnością interpretacji. W jego ocenie koń trojański nie był żadnym podstępem, ale pozytywnym aktem wyzwolenia Troi spod jarzma satrapy Priama. Sam koń był istotą wolną, bez krępującej ciało uprzęży, masywnie zbudowaną. W swoim wnętrzu miał dostatecznie dużo miejsca, aby wojownicy mogli czuć się wygodnie i nieskrępowanie, bawić się mieczami, być może nawet cicho grać na organkach taniec z mieczami.

*****

W miarę nabywania wiedzy Josef coraz mocniej odczuwał potrzebę dzielenia się z ludźmi i końmi swoją wiedzą i przemyśleniami. Podświadomie zdawał sobie sprawę, że były też inne przyczyny, mianowicie obecność zgrabnych klaczy, które ludzie nazywali oni kobyłami, co wydało mu się niestosowne. Wyobraził sobie, że jego nazywają wałachem i zimno mu się zrobiło. Wolał widzieć siebie pod postacią wysportowanego ogiera, sprawnego i imponującego samemu sobie, nie mówiąc o klaczach.

Bur Bury i Ifigenia, kiedy usłyszeli o jego przystąpieniu do Klubu Aktywistów Końskich i jego aktywności w Internecie, szczerze mu pogratulowali. W związku z nominacją na członka klubu Josef przeszedł chrzest bojowy; musiał przebiec półmaraton, w trakcie którego jurorzy oceniali jego sprawność, sylwetkę i maniery. Na szczęście nie patrzyli mu zęby, co go ucieszyło, bo nie znosił tego rodzaju inwazji w swoją prywatność. Członkostwo w klubie dało mu uprawnienie umieszczania flagi Republiki Koni na kantarze lub innej część ubioru końskiego. Od tej pory zawsze pamiętał, zwłaszcza w Dzień Ogiera i Wałacha, Dzień Klaczy i Kobyły, Światowy Dzień Konia i podobne święta, o fladze ze złotym wizerunkiem Centaura.

Angażując się społecznie, Josef mimo woli zaniedbał się osobiście; mniej ćwiczył, lecz dobrze się odżywiał, w związku z czym utył. W przeddzień jego urodzin Ifigenia i Bur Bury pamiętali, aby kupić mu w upominku figurę Centaura, porcelanową, z jego pyskiem. Był tym zachwycony, dawno już nie przeżywał takiej ekstazy, tym bardziej, że podejrzewał, że wciąż dawano mu środek uspokajający, co go wyciszało. W dzień urodzin chyba nic mu nie dodano do jedzenia, ponieważ był wesoły jak rozbiegany źrebak.

 

Dzisiaj jeszcze poezja jutro powieść plus opowiadanie kryminalne

 Uluru Wieka rafa koralowa 

Dwa światy

W eukalipta plamistym cieniu
ulegam dawnych dni wspomnieniu,
dąb pomnę, myślę, jak w mą dolę
wrosły dwa drzewa, dwa symbole.

Głęboko w sercu się rozrosły,
każdy z osobna potężny, wzniosły,
oba gościnne, bo w nich drzemie
starganej duszy tęskne pragnienie.

Przede mną płaszcz pól sfalowany,
te same kłosy, te same łany,
inna wszelako jest wiatru mowa,
nie taka swojska, nie te słowa.

Gdy tkwię tak w próżni, przepołowiony,
wielkiego świata nęcą dwie strony,
myśl uparta zakreśla koła,
duch Czarnolasu do mnie woła.

Australia, Merredin, 24 października 1996

Gdzie Gondwany

Gdzie Gondwany sprzed wieków
południowe ostały się zręby,
wnętrzności głębin rodzą
bezwolnej pary kłęby.

Nad lądem zapomnienia
wieczności słychać westchnienia,
gdy zjawy ogromne, krzywe,
wypełniają się białym tworzywem.

W objęcia się biorą i tańczą
w rozpierzchłym majestacie,
uchodzą w zakamarki pustyni,
kryją w bezcielesnej jej szacie.

Wiatr dziwami oniemiały,
obrazy ich klei do skały,
wlecze oddech wieloryba;
mitologiczna ożyła ryba.

Zamknięci w sobie patrzymy,
jak mnożą się wód symbole,
oceanu brzuchate olbrzymy
piętrzą się i pienią w dole.

Sopot, 27 września 1997

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 161: Samodoskonalenie się Josefa

Josef rozgadał się na temat ludzi, zauważając, że jego właścicielom, Ifigenii i Bur Burowi Wałach, opowiadanie o ludziach, jacy są niedoskonali, sprawiało przyjemność. Było w tym trochę zakłamania, przyznawał to w duchu, stojąc zwłaszcza wieczorem nad żłobem, kiedy pod dachem stajni popiskiwały jaskółki karmiące młode lub wydawały głos inne ptaki. Josef z żalem przyznawał, że najmniej je rozumie z całego świata ludzko-zwierzęcego.

Ifigenia odpowiedziała Josefowi, że nie widzi potrzeby kastracji, na co Bur Bury wtrącił „przynajmniej na razie, dopóki nie brykasz”, co Josefowi przypomniało, że dawali mu brom właśnie po to, aby zmniejszyć ryzyko takiej swawoli. Były to sprawy tak mocno się zazębiające, że po pewnym czasie przestał mieć wątpliwości, że tak właśnie było.

Współpracując z swoimi właścicielami Josef naprawiał wszystkie ludzkie niegodziwości, jakie ich spotkały ze strony ludzi i koni oraz wypaczenia w stosunkach między tymi gatunkami. Pewnej niedzieli, trzeba było od czegoś zacząć, wszczął rozmowę z Ifigenią i Bur Burym, coraz bardziej dla niego łaskawymi, w miarę jak koniał. Używał tego wyrazu dla uproszczenia języka, bo nie podobał mu się długachny zwrot „przemiana człowieka w konia”. Rozmawiał z nimi nie za długo, aby ich nie zmęczyć, bo nie byli przyzwyczajeni do myślenia tak bardzo jak on.

Miał kilka pomysłów, które im przedstawił i które im się spodobały i to do tego stopnia, że przyznawali mu od tej pory dodatkowe dawki siana, obroku, jabłek i marchewki, w zależności od tego, co obrodziło danego roku. Była to forma podziękowania jak i zachęty do dalszego samodoskonalenia się. W trakcie rozmowy zaskoczyli go porównaniem, że jest to sytuacja win/win, w której obydwie strony, to znaczy on i oni, wygrywają równocześnie. Obie strony potępiły opcje win/lose, jeden wygrywa, drugi przegrywa, jako typowe dla ludzkiego gatunku, wykorzystującego każdą możliwość do osiągnięcia dominacji nad inną istotą lub nawet całym gatunkiem.

Z warzyw fundowanych mu przez właścicieli Josef najbardziej lubił rzodkiewkę, chrupiącą, jędrną, pokrojoną w plasterki i ułożoną na grubej pajdzie chleba.

Potem trochę mu przeszła chętka na takie jedzenie, bo przypominało mu to ludzki zwyczaj objadania się, ale dobry smak pozostał. Filozofując, doszedł do wniosku, że smak jest wartością uniwersalną i dlatego człowiek i koń mogą go odczuwać równie intensywnie, choć w inny sposób. To łączyło obydwa gatunki i ta świadomość przynosiła mu radość.

*****

Wczesnym latem na Josefa spłynęła fala doskonalenia się. Zdając już sobie w pełni sprawę z podwójnej osobowości, postanowił silniej ją zintegrować. Najłatwiej i najprościej było zacząć od wzmocnienia kondycji, chociażby ćwicząc zwykły chód obydwu gatunków. Obserwował poruszanie się ludzi i koni, w różnych miejscach, na wyścigach konnych, stadionach sportowych, ulicach, pastwiskach, w ujeżdżalniach, na dworcach kolejowych, a nawet w cyrku. Obydwa gatunki miały odrębny styl poruszania się.

Walcząc o umocnienie swej odrębności gatunkowej Josef ćwiczył nowe rodzaje chodu. Myślał o rezygnacji ze spacerów, joggingu i chodu sportowego na korzyść czegoś nowego. W końcu uznał, że dobrze byłoby zachować jogging, ale rozwinąć go w wersji bardziej końskiej, bardziej rytmicznej, wymagającej płynniejszych ruchów i większej szybkości. Nie szło mu to za dobrze, ponieważ w odróżnieniu od konia poruszał się na dwóch nogach. Zastanawiał się, czy w trakcie swojego poprzedniego życia, częściowo końskiego, częściowo ludzkiego, nie rozwinął w sobie – może nawet nieświadomie – cech lub zachowań utrudniających mu bycie człowiekoniem. Znał już cztery rodzaje chodu końskiego, przećwiczył je wszystkie o tyle, o ile było to możliwe dla istoty dwunożnej a nie czteronożnej.

Był to proces powolny i niełatwy. Tak bardzo go to nurtowało, że któregoś dnia potruchtał do biblioteki naukowej, aby przestudiować ewolucję konia i człowieka jako odrębnych gatunków ssaka. Na szczęście sala biblioteczna mieściła się w bardzo starym budynku i była wyjątkowo wysoka, tak że Josef nie bał się zaczepić głową o sufit, a przynajmniej nie mieć uczucia, że sufit wisi mu nad głową.

Źródła o ewolucji, jakie znalazł, poraziły go niekompletnością. W pismach Darwina nie było nic o koniach, jakby w ogóle nie istniały. Pisali za to inni autorzy, silący się na naukowców. Josef doszedł do takiego wniosku, ponieważ pochodzenie koni wywodzili oni od pradawnego, dziwacznego kucyka, który nie wiadomo czy w swoim rozwoju też nie zszedł z drzewa na jakimś etapie ewolucji.

Słabością doskwierającą Josefowi okazała się jego wciąż ograniczona wiedza na temat koni, ich życia i zwyczajów. Im więcej o nich wiedział, tym bardziej było to oczywiste. Postanowił to zmienić, uczyć się i studiować konie, zaczynając od ich maści. W bibliotece publicznej zrobił sobie pełen opis konia, wykorzystując przede wszystkim przymiotniki, po czym zapisał kolory sierści, określając je prawidłowo maścią. Słowo „maść” niedobrze mu się kojarzyło, oznaczając miksturę często o niemiłym zapachu używaną przez ludzi w celach leczniczych.

Koń stał się dla Josefa prawie bożyszczem. Josef zbliżał się do niego coraz bardziej i upodabniał, celowo rozciągając pysk przed lustrem i wydłużając chrapy. W końcu poddał się operacji plastycznej, zrobił sobie większe to i owo, aby móc imponować sobie i otoczeniu. Zmienił się też jego język. Josef nie używał już określenia twarz, ale twarzopysk, a potem konsekwentnie już tylko pysk, tak jak mówi się o koniu.

Wszystkie zachodzące w sobie zmiany Josef oceniał pozytywnie; ograniczał w sobie cechy ludzkie, cywilizacyjne na korzyść cech zwierzęcych, przyrodniczych. Zwiększało to jego poczucie wartości osobistej i gatunkowej