Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 43: Kobieta, mężczyźni i nepotyzm

Sefardi zażartował kiedyś, nie pamiętał, w jakich to było okolicznościach, że uczyni Isabelę bohaterką swojej powieści. Rozgniewała się, uznając, że chce to zrobić, aby ją ośmieszyć i wydrwić. Starał się wytłumaczyć jej możliwości wykorzystania rzeczywistej osoby jako modelu postaci literackiej.

– Muszę panią uspokoić, Isabelo. Można zapożyczyć sobie jakąś cechę charakterystyczną, może nawet kilka, ale całego bohatera powieści nie sposób wziąć z życia. Przestałoby to być fikcją literacką, a stało się biografią. Pisarze tego nie robią, nie chcą, aby ich bohaterowie przypominali kogoś prawdziwego, kogo dobrze znają i kto ich zna. Ponadto ludzie mogliby nie życzyć sobie, aby ich opisywano.

Wyjaśnienie Sefardiego Isabela wzięła do serca. Zapamiętała jego słowa, lecz mimo to od czasu do czasu pytała niepewnie, czy czegoś już nie pisze o niej w swojej książce.

*****

Administracja państwowa stała się dla gubernatora narzędziem realizacji prywatnych celów. Obsadzał swoimi ludźmi najwyższe stanowiska i nadawał im szerokie uprawnienia. Nie żałował pieniędzy na podwyżki, bogacili się więc szybko, kupowali domy, samochody, ziemię, zakładali przedsiębiorstwa. Modne stały się farmy hodowli zwierząt, szczególnie lam sprowadzanych z Andów. Gubernatorowi podobały się lamy. Lubił rozmawiać na ich temat. Ich hodowla była jego marzeniem.

– Chętnie zająłbym się tym, ale nie mam czasu. Lamy mają w sobie godność. Wysoko noszą głowy, patrzą na inne zwierzęta z góry.

Lubił przyglądać się, jak samce plują na siebie walcząc o pozycję w stadzie. Rozumiał, że jest to forma ustalania hierarchii władzy. Plucie podobało mu się jako sport, nie wspominał o tym jednak nikomu. W szkole razem z kolegami praktykował plucie na odległość. Kto splunął najdalej, stawał się mistrzem i cieszył się szacunkiem kolegów i koleżanek. Każdego roku młodzież organizowała zawody o tytuł mistrza szkoły, choć dyrekcja i nauczyciele tego zakazywali. Barrasowi nigdy nie udało się uzyskać tego tytułu, zawsze był ktoś lepszy. Kiedy oglądał lamy, przypominał sobie wszystko.

*****

Na ścianie gabinetu Sefardiego Isabela zauważyła obraz przedstawiający kobietę o pełnych kształtach w tanecznym uścisku z mężczyzną podobnej postury. Była to replika obrazu „Tańczący” nieznanego autora. Isabela widziała obraz niejednokrotnie, ale dopiero teraz zwróciła na niego uwagę. Przyglądała mu się dłuższy czas, w zamyśleniu, przechylając głowę jak psiak, który dziwi się przedmiotowi wydającemu dziwne dźwięki.

Sefardi obserwował ją dyskretnie, udając, że jest zajęty pisaniem. Podeszła do ściany, uniosła obraz do góry, zdjęła z haczyka, obróciła tylną częścią do siebie i z uwagą studiowała napis na odwrocie płótna. Po zawieszeniu znowu przyglądała się tanecznej parze, obfitej kobiecie w czerwonej sukni, z uniesioną prawą nogą i tęgiemu mężczyźnie w czarnym garniturze, z oczami zamkniętymi w tanecznym zapomnieniu.

– Zawsze byłam miła dla mężczyzn – odezwała się nagle, przerywając milczenie. Miałam nie jednego, ale kilku, bez przesady. Nie byłam puszczalska jak ta, którą kiedyś poznałam, która … – Przerwała mówienie, jej twarz zmieniła się, cień przebiegł przez jej oblicze niby przelotna chmura zasłaniająca słońce.

– To jakaś tajemnica. – Pomyślał Sefardi, pochylając się odruchowo w kierunku gospodyni, aby lepiej słyszeć.

– Kiedy byłam młoda, łatwo się zakochiwałam. Mężczyźni bardzo mnie lubili. Podobałam się. Nie ściskałam cipy między nogami, zastanawiając się bardzo długo, jak to robią niektóre kobiety, czy oddać się mężczyźnie, sprawiając przyjemność jemu i sobie, czy go uszczęśliwić, czy w ogóle zaangażować się uczuciowo. Tego nigdy się nie dowiesz, dopóki nie prześpisz się z kochankiem. Nie musisz tego robić od razu, możesz dać sobie czas, aby go poznać, porozmawiać z nim, pójść na spacer albo razem pojeździć na rowerze, zobaczyć go w różnych sytuacjach. Ale nie możesz przeciągać sprawy w nieskończoność, trzymać go w niepewności, w oczekiwaniu. Mężczyzna inaczej widzi i czuje, ma prostsze potrzeby niż kobieta, to trzeba zrozumieć i docenić. Gotowy jest zrobić dla ciebie dużo, bardzo dużo, jeśli jesteś mu oddana. Oddana, znaczy się chętna rozłożyć nogi i cieszyć się miłością. – Isabela mówiła tak, jakby w pokoju nie było mężczyzny, tylko inna kobieta, młodsza, może nawet córka, z którą szczerze dzieli się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami.

Mistrz przyjrzał jej się uważnie, jakby widział ją po raz pierwszy. Miała raczej grube, pełne wargi, oczy w kolorze zielonkawym, nabierające w słonecznym świetle orzechowej głębi, mieniące się. Wyróżniała ją lekka nadwaga, wyraźne, choć niezbyt obfite biodra i wzrost poniżej średniego. Pomyślał o jej zachowaniu. Miała pogodny charakter, łatwo się z nią rozmawiało, choć czasami uciekała od tematu; zawsze była jednak ciekawa wszystkiego. Ciekawość była jej cechą szczególną. Wiedział, że za chwilę odejdzie jak aktorka, która skończyła swoją kwestię na scenie. Była w niej zarówno naturalność jak i teatralność, nie zawsze łatwe do odróżnienia.

Skrót recenzji powieści Michaela Tequili „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 42: Zbieranie dowodów zamożności

Na stacji benzynowej starszy, uśmiechnięty, przyzwoicie ubrany mężczyzna, nigdzie się niespieszący, wzbudzał zaufanie. Cavano podał się za poszukiwacza większego domu dla siebie i dla rodziny. Był przygotowany do rozmowy. Wcześniej zebrał niezbędne informacje o prezesie wielkiej firmy państwowej, którego nazwisko podał mu Sefardi Baroka. Interesujący go prezes okazał się właścicielem najwspanialszej posiadłości w okolicy. Cavano wspomniał mimochodem, że widział w pobliżu luksusowy samochód, określił jego markę i kolor. Sefardi dostarczył mu wcześniej zdjęcie pojazdu.

– Ile taki może palić? Myślę o kupieniu sobie takiego wozu, ale nie chciałbym wydatkować majątku na paliwo. On chyba żre jak smok.

Pracownik stacji znużony obsługą wiecznie spieszących się klientów chętnie podjął rozmowę. Najpierw udzielił mu instrukcji, jak skorzystać z nowego automatu do kawy, a następnie pomógł wyszukać tygodnik schowany za innymi czasopismami. Wkrótce detektyw wiedział, kto jest właścicielem samochodu, kiedy został zakupiony, ile takie cacko kosztuje, jaką ma pojemność i jak często właściciel je tankuje, a nawet jaką restaurację w miasteczku odwiedza najchętniej i jak często organizuje większe przyjęcia dla gości.

– To znany polityk. Nigdy pan o nim nie słyszał? – Było to jedyne pytanie, przy którym pracownik stacji spojrzał uważnie na gościa, zdziwiony, że można nie słyszeć o kimś, kto występuje w telewizji.

– Nie. Nawet jak słyszałem to puściłem mimo uszu. Polityka przestała mnie interesować. Kiedyś nią się pasjonowałem, ale mnie to zmęczyło. Mam sporą rodzinę i to mnie aż nadto absorbuje. Wie pan sam, jak to jest z rodziną.

Mężczyzna połknął haczyk i rozgadał się, opowiadając, ile ma dzieci i ile wymagają uwagi i pomocy z jego strony, ponieważ żona nie może sobie poradzić ze wszystkim. Gotów był kontynuować, gdyby nie klient czekający, aby zapłacić za paliwo.

Kilka dni później detektyw zjawił się w supermarkecie w miasteczku, gdzie co najmniej raz na dwa tygodnie „w niedzielę, zaraz po kościele”, interesujący go prezes zwykł robić zakupy razem z żoną. Aby nie przyjeżdżać na próżno Cavano zadzwonił wcześniej do sekretariatu prezesa, aby upewnić się, czy w poniedziałek będzie on w pracy. Znaczyło to, że prawdopodobnie nigdzie nie wyjechał. Oprócz zapewnienia sekretarki, że będzie, dowiedział się, że jeśli chce się spotkać z prezesem to musi podać swoje imię, nazwisko i numer telefonu, oraz cel spotkania lub sprawę, jaką chciałby omówić. Podziękował sekretarce informując, że w takich okolicznościach będzie chyba najlepiej, jeśli napisze do prezesa.

Po rozmowie odetchnął z ulgą, że poszło mu nieźle, dziękując Bogu za umiejętność kłamania. Nie myślał o tym poważnie, choć od czasu do czasu miał wyrzuty sumienia, że podszywa się pod rzeczywiste lub wymyślone osoby. Zrzucił to na karb zawodu, wymagającego elastyczności, intuicji i refleksu.

W supermarkecie Cavano dyskretnie towarzyszył prezesowi i jego żonie. Los mu sprzyjał. Przy stoisku mięsnym żona prezesa złożyła zamówienie na mięso i wędliny na zaplanowane przyjęcie. Z wymiany informacji między małżonkami wynikało, jakie to będzie przyjęcie i ile osób będzie w nim uczestniczyć. Na koniec żona pocieszyła męża, że nie powinien się martwić, bo przyjęcie nie będzie kosztować więcej niż dwadzieścia tysięcy.

Po upływie trzech tygodni, usprawiedliwiając się, że zajęło mu to więcej czasu niż planował, detektyw spotkał się z Sefardim.

– Urząd podatkowy nie zebrałby takiej ilości informacji o stanie posiadania i dochodach człowieka. – Mistrz był pod wrażeniem ilości uzyskanych danych. Wracając samochodem do domu pogwizdywał. Pomagało mu to w myśleniu.

 

Wakacyjna poezja ratunkowa

Podróżnym, pięknym kobietom i bogatym mężczyznom, wysokim czynnikom połączonym chomątem pożądania władzy, biedakom oczekującym cudu, bezdomnym lunatykom pracującym pod mostem nad pomysłem lepszego życia oraz wszystkim Czytelnikom zagubionym w upale lub w deszczu oferuję nastrojowy wiersz ze słonecznej Australii, latem wściekle gorącej, zimą chłodnej i wietrznej, a zawsze przestrzennej. Czy wiesz, że najniższa temperatura zanotowana w Australii to – 22 stopnie C, a najwyższa to + 55 stopni C. 

Od dzisiaj żłopię

Tekst napisany w nastroju kempingowym w spokojnej, nadmorskiej miejscowości Streaky Bay na półwyspie Eyre.

Od dzisiaj żłopię jak ten cham,
upijam się na umór,
wódę kuflami od piwa chlam,
utrwalam szklankami rumu.

Kiedym wstawiony, poezją łkam,
serdecznym wzruszeniem szlocham,
pięknieję w oczach wrażliwych dam;
za tę wrażliwość je kocham.

Potocznej mowy odrzucam szlam,
wykwintne dobieram słowa,
oprawiam w rymy złoconych ram;
artysty kieliszka to mowa.

A gdy w delirium ostatnim drgam
i mózg dopala wzruszenie,
na mowy plebejskość po prostu plwam;
ja wieszcza już jestem wcieleniem.

Streaky Bay, 14 października 1997

Link do opinii o zbiorze poezji Michael Tequila „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47 

Potrzebujemy ludzi prawych, mądrych i wrażliwych

Potrzebujemy ludzi prawych, mądrych i wrażliwych na potrzeby zwykłego człowieka. Przykładem jest posłanka Krystyna Pawłowicz z PiS. Jej słowa „Chamie, podejdź tu, dam ci w ryj!” to przykład patriotycznego zastosowania pięknego języka polskiego. PO nie umiało tak mówić do zwykłych ludzi, dlatego przegrało.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 41: Detektyw Cavano włącza się do akcji

Sefardi przemyślał sytuację i postanowił wziąć sprawę w swoje ręce, zaczynając nie od głowy, ale od ogona. W klubie miłośników wynalazczości wyszukał detektywa. Pamiętał go jeszcze z dawniejszych czasów, kiedy przedstawiał swoje poglądy na temat wynalazków w zegarmistrzostwie. Był to starszy mężczyzna, nieaktywny już zawodowo. Cieszył się dobrą reputacją i nazywał się Cavano.

Spotkali się w parku, na ławce przy stawie, gdzie pływały kolorowe kaczki krzyżówki. Poznał go z łatwością. Mężczyzna nie postarzał się wiele. Nadal miał obfitą czuprynę, krócej przystrzyżoną i więcej siwizny na skroniach. Wyglądał na zmęczonego, jego oczy straciły nieco blasku. W chwili, kiedy rozpoczęli rozmowę, powróciło mu dawne lśnienie oczu, zmarszczki złagodniały, a twarz odzyskała świeżość. Nudził się na emeryturze, do której namówiła go żona i chętnie zgodził się na spotkanie. Sefardi widział znowu tego samego człowieka, pełnego wigoru i chęci działania. Wyjaśnił mu, czego potrzebuje.

– Chodzi mi o ustalenie, jak Barras Blawatsky wynagradza swoich ludzi, jaki jest ich poziom dochodów i jakie mają majątki. Oficjalnie nie sposób uzyskać takich informacji, ponieważ oni ściśle przestrzegają zasad nieujawniania nikomu uposażeń.

– Jeżeli okaże się niemożliwe zdobycie info o dochodach, to może da się ustalić, ile wydają lub inwestują. To bywa łatwiejsze i też pokazuje w przybliżeniu poziom zamożności – zasugerował Cavano.

Słuchającemu dziwnie zabrzmiało określenie „info”. Detektyw użył je wymawiając jakby z lubością. Sefardi uznał to za drobne dziwactwo. – To dobre do poczty elektronicznej – pomyślał, nie zastanawiając się nad tym dłużej.

– Sądzi pan, że mogłoby to być łatwiejsze? Ludzie wydają pieniądze na tyle różnych rzeczy.

– Mam swoje sposoby. Nie chodzi zresztą o wszystkie wydatki tylko o te największe: zakup domu, ziemi, samochodu, wyjazd na dłuższy urlop lub wakacje. To daje pojęcie, czy ktoś wydaje pieniądze tak, jakby miał kopalnię złota, stanowisko prezesa firmy czy też dobrze uposażonego urzędnika.

Sefardi wymienił trzy nazwiska osób niedawno mianowanych na wysokie stanowiska. Wyjaśnił, dlaczego ci ludzie interesują go w szczególności. Nie ukrywał swych podejrzeń, uważając, że im więcej detektyw będzie wiedział, tym lepiej dla śledztwa. Cavano zadał jeszcze kilka pytań. Pytanie o swoje wynagrodzenie skwitował prosto.

– Zwróci mi pan poniesione wydatki. Może nawet nie wszystkie, ponieważ niektóre rzeczy robię dla przyjemności. Być może nie będę pana obciążać kosztami objazdu ciekawych posiadłości. Lubię takie przejażdżki. Jesteśmy zresztą po tej samej stronie barykady.

Oświadczenie detektywa Sefardi przyjął jako potwierdzenie bliskiej znajomości i solidarności. Przyjaciele, bliscy znajomi i miłośnicy jego wynalazków chętnie okazywali mu pomoc. Był to atut bycia znaną osobą.

Cavano ustalił adresy zamieszkania osób wskazanych przez Sefardiego. GPS bezbłędnie doprowadził go do pierwszej posiadłości. Z odległości, aby nie wzbudzać podejrzeń, obejrzał rezydencję przez lornetkę. Informację o jej wartości znalazł w oświadczeniu podatkowym właściciela, kiedy był jeszcze parlamentarzystą. Na szczęście nie pomyślał o jej usunięciu z rejestru. Dla pewności chciał sprawdzić transakcję zakupu posiadłości. Tej jednej nie znalazł, miał więcej szczęścia z dwiema pozostałymi posiadłościami. Wobec braku zapisu transakcji skontaktował się z agentem nieruchomości i umówił na spotkanie. Pozując na klienta zapytał, czy przypadkiem właściciel jej nie sprzedaje.

– Piękne miejsce, zadbany ładny dom, akurat coś dla mego syna. Przejeżdżałem tamtędy, podobało mi się. Może akurat właściciel zechce ją sprzedać, może ma jakieś plany. Jeśli nie teraz to może później. Pytam o to, bo a nuż mam szczęście – Cavano rozgadał się na temat syna, jak dobrze mu się powodzi i jak serdeczne są między nimi stosunki. Agent handlu nieruchomościami cen zakupu nie pamiętał, ale podał mu, ile mogły w przybliżeniu kosztować, po czym przeprosił, że nie może mu poświęcić więcej czasu z uwagi na spotkanie z następnym klientem. Cavano poprosił go o wizytówkę, dziękując mu z pomoc i wyrażając nadzieję, że syn zechce skontaktować się z nim, aby coś dla niego znalazł. Stojąc już przy samochodzie spojrzał przez wielkie okno biura. Mężczyzna rozmawiał z sekretarką, śmiał się. Cavano miał wrażenie, że mówi o nim, ponieważ dwa razy uniósł w górę rozłożone ręce w geście charakterystycznym dla niego, kiedy wyrażał zdziwienie lub niepewność. Przeszło mu przez myśl, że na pewno nazwał go starym gadułą. Nie zmartwiło go to; cieszył się, że dzięki spotkaniu uzyskał to, czego potrzebował.

W następnym dochodzeniu poszło mu gorzej. Pojechał na miejsce, obejrzał rezydencję z frontu i z boku, od strony młodego lasu sosnowego, po czym zapukał do sąsiada naprzeciwko, aby zapytać, czy ktoś nie sprzedaje domu w pobliżu. Przedstawił mu wypraktykowaną już historię syna poszukującego domu w okolicy. Sąsiad okazał się nieufny albo rzeczywiście nic nie wiedział. Odpowiadał niechętnie tłumacząc się, że mieszka pod tym adresem od niedawna, zerkając do drugiego pokoju, gdzie krzątała się żona, jakby od niej oczekiwał pomocy lub ratunku.

W pobliskim miasteczku Cavano również nie znalazł nikogo, kto mógłby mu pomóc. Dwaj lokalni agenci handlu nieruchomościami okazali się nieobecni. Prawdopodobnie niewiele by to pomogło, ponieważ na tym terenie bardziej aktywni byli pośrednicy z centrum kraju. Detektyw miał jeszcze kilka innych kontaktów, okazały się jednak nieprzydatne. Miał już zrezygnować i wrócić do domu, kiedy przyszedł mu do głowy inny pomysł. Nie było to nic nadzwyczajnego, miał już wcześniejsze doświadczenia. Jedynym jego mankamentem było to, że wymagał więcej czasu i cierpliwości.

Skrót recenzji powieści Michaela Tequili „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Skrót recenzji opowiadań Michaela Tequili „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”:http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 40: Podejrzenia o rabunek

Opozycja od dawna podejrzewała masowe rozkradanie środków publicznych. Pierwsze informacje o tym, że rząd okrada państwo, wywołały oburzenie, uznano je za podłe oszczerstwo. Kiedy pojawiły się dane liczbowe, ilustrujące jak szybko rosną wydatki i pokazano jakie luki są w statystyce, że dane pojawiają się z opóźnieniem i są niekompletne, a dziennikarzom utrudnia się dostęp do informacji publicznych, obywatele zaczęli wierzyć, że rząd ukrywa prawdę. Podejrzewano nadużycia na wielką skalę.

Rzecznik rządu zaprzeczał, gubernator również. Wychodził w obstawie tylnymi drzwiami z parlamentu. Pytany unikał odpowiedzi lub odpowiadał zdawkowo: – Bzdura. Nie wie pani, co pani mówi! Wkrótce ukazała się ustawa grożąca więzieniem za głoszenie poglądów antypaństwowych, a nawet za zadawanie pytań określanych jako oszczercze wobec państwa. Dziennikarze rezygnowali z pytań ze strachu przed więzieniem, napadem lub inną formą agresji. Zdarzyło się kilka pobić, policja nie była w stanie ustalić świadków ani znaleźć sprawców.

Sprawy nie stały jednak w miejscu. Najpierw pojawiły się informacje na portalu społecznościowym „Naga prawda”, o tym, ile zarabiają wysocy funkcjonariusze państwowi, po czym nastąpiły ataki na rząd w innych miejscach w sieci. Rząd uznał oskarżenia za bezzasadne, nazywając je jawnym absurdem i totalną głupotą. Opozycja żądała zwołania specjalnej komisji do zbadania sprawy, na co gubernator od razu się zgodził, zaskakując oponentów. Rozgorzała dyskusja na temat składu komisji. Mniejsze partie opozycyjne czuły się pokrzywdzone proponowaną liczbą swoich przedstawicieli w komisji. Najwięcej sprzeciwu wywołała kandydatura przewodniczącego komisji. Opozycja nie godziła się na przewodniczącego z partii rządzącej, ponieważ to partia rządząca była oskarżona o manipulacje przy budżecie. Gubernator wyjaśnił, że tematem pracy komisji nie będzie budżet, tylko bezpodstawne oskarżenia opozycji szkalujące państwo, a pośrednio wszystkich obywateli.

*****

Barras obudził się przed świtem. Nie śpieszył się, nie miał żadnych obowiązków. Była niedziela z dobrą prognozą pogody. Wyszedł na taras, z którego rozpościerał się widok na rzekę. Było to jego ulubione miejsce, teren należał do jego rodziny. Był przewidujący, wolał nie być właścicielem wszystkiego, co nabył. Nie gromadził majątku pod własnym nazwiskiem. To była jego zasada.

Kiedy wzeszło słońce, promienie zabarwiły ścianę domu tak intensywną czerwienią, jakby ktoś wylał na nią wiadro krwi. Mężczyzna poczuł dreszcz. Następnego dnia, w miejscu naznaczonym czerwonymi promieniami, pojawił się napis „Okradacie państwo”. Wykonany byle jak, w pośpiechu, czarnym sprayem, był bardzo wyraźny. Podobne napisy pojawiły się na domach innych członków kierownictwa Partii Konserwatywnej. Nie mieli pojęcia, jak to się stało. Kamery pokazywały tylko niewyraźny cień przypominający ludzką sylwetkę zbliżającą się do ściany. Nie było widać żadnych szczegółów.

– To fachowa robota. Sprawca musiał mieć na sobie rodzaj peleryny rozpraszającej obraz w kamerze. Takie rzeczy może mieć tylko wojsko. Nie wiem nawet, czy my to mamy. – Opinia nie podobała się gubernatorowi. Sprawa była poważniejsza niż sądził. Odbył naradę z doradcami, politycznym i od spraw wizerunku. Trzeba było coś wymyśleć.

Kolejne posiedzenie parlamentu przyniosło zmianę stanowiska rządu. Zamiast zaprzeczać faktom, gubernator uzasadniał, dlaczego osobom na najwyższych stanowiskach należy płacić wysokie uposażenia.

– Chodzi o talenty. Członkowie rad nadzorczych, prezesi i dyrektorzy, zarabiają wielokrotnie więcej niż przeciętny obywatel, ponieważ kierowane przez nich jednostki przynoszą potężne zyski państwu. Odmówił wyjaśnień, ile dokładnie zarabiają i jakie są to zyski, zasłaniając się tajemnicą służbową. Opozycja stanęła w martwym punkcie. Pytania stawiane przez nich na sali obrad i dziennikarzy na korytarzach pozostawały bez odpowiedzi. Rządzący zasznurowali usta.

Skrót recenzji powieści Michaela Tequili „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Skrót recenzji opowiadań Michaela Tequili „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 39: Podejrzenia wobec rządu

Podejrzliwość Sefardiego wobec rządu miała swoje uzasadnienie. Wydatki budżetowe kraju od wielu miesięcy rosły w niebotycznym tempie. Nikt nie umiał przekonująco wytłumaczyć, dlaczego. Indagowany o to na korytarzu parlamentu gubernator odpowiadał lapidarnie:

– Proszę pytać ministra finansów.

Po kolejnym pytaniu, czy on sam nie potrafi tego wytłumaczyć, Blawatsky zatrzymywał się, patrzył wymownie na dziennikarkę i z uśmiechem politowania odpowiadał:

– Ja wiem wszystko, co dzieje się w kraju. Jeśli odsyłam panią do ministra finansów, to tylko dlatego, że jest on w stanie udzielić bardziej szczegółowej odpowiedzi. To jest jego działka. Zna budżet na wylot, z góry na dół i z dołu do góry, z lewej strony na prawą i z prawej na lewą.

Przedstawiciele mediów skarżyli się na utrudniony dostęp do danych statystycznych na stronie internetowej rządu. Informacje pojawiały się z opóźnieniem i były niekompletne. Rzecznicy rządu i ministra finansów dwoili się i troili, starając się wyjaśnić przyczyny trudności, wskazując awarie sieci komputerowej i sprzętu, pożary wywołane przez pracownika pominiętego w awansie, niedobór kwalifikowanych kadr, w końcu ograniczoną przepustowość systemu informatycznego.

– Ministerstwo już dwa razy zmieniało firmę wykonującą konserwację i naprawę systemu informacyjnego. To problem jeszcze z czasów poprzedniego rządu. Nie zrobili tego porządnie i teraz wszyscy cierpimy – tłumaczyła rzeczniczka rządu, postawna, niemłoda już kobieta, o oczach pozbawionych nawet cienia litości.

2 x o kobietach i 1 x o koniach

O posłance PiS, Krystynie Pawłowicz, z wielkim naukowym dorobkiem w dziedzinie praktycznych zastosowań języka furmańskiego i tytułem profesora doktora habilitowanego można śmiało powiedzieć, że jest wysoko utytłana.

Kiedy żona prosi męża, aby jej kupił pęsetę do rzęs, ma on prawo wpaść w szał. Mężczyzna zna się na pęsetach kosmetycznych jak koń na obcęgach. Czy ktoś prosi konia o kupowanie obcęgów? Czy mąż jest gorszy od konia?

 

O imieninach, generałach i życiu

Trwają uroczyste obchody 70-tej rocznicy urodzin Antoniego Macierewicza. Uczestniczy w nich także prezes Kaczyński. Publicznie chwali solenizanta: Niezwykle twardy człowiek wobec układu generalsko-pułkownikowskiego.

Przypomniał mi się żart opowiadany przez generałów odchodzących na przyśpieszoną emeryturę: 

Jaka jest różnica między członkiem męskim a życiem?

Życie jest twardsze!

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 38: Więź kościoła i państwa

Eminencja spotkał się ze współpracownikami. Miał wokół siebie tylko ludzi zaufanych, sam ich dobierał. Nosił się z pewnym zamysłem, pragnął podzielić się nim, potrzebował opinii. Chodziło o stosunki z państwem, o ich pogłębienie, nawiązanie cieplejszych kontaktów z rządem, zwłaszcza z gubernatorem. Idąc na spotkanie robił sobie podsumowanie. Gubernator Barras był osobą wierzącą, dobrej woli i co najważniejsze, był charyzmatycznym przywódcą. Arcybiskup był przekonany, że charyzma nie pochodzi znikąd, tylko od Boga. Od dawna z uznaniem obserwował postępowanie gubernatora. Był utalentowanym politykiem, miał osiągnięcia. Kiedyś trapiony wątpliwościami ontologicznymi, teraz dawał przykład głębokiej wiary. Regularnie uczęszczał na uroczystości kościelne, wyraźnie pragnął nadrobić zaległości.

– Moi drodzy! Co sądzicie o nim? – zadał pytanie po przedstawieniu sprawy. Starał się nadać swojemu głosowi ciepły ton. Eminencja był serdeczny szczególnie wobec młodych księży i kleryków. Dawał w ten sposób dobry przykład swoim potencjalnym następcom.

Zebrani życzliwie ocenili pomysł zwierzchnika.

– Tak, tak! Zgadzamy się z Eminencją w zupełności. Również popieramy – Padały głosy. Zgodność podwładnych ucieszyła Eminencję. Umocnił się w przekonaniu, że słusznie postępuje. Na przestrzeni lat rosło w nim przekonanie, że przyszłość kościoła jest związana z administracją państwa, z władzą. Pomyślał o udanych historycznych przypadkach kooperacji państwa i kościoła. 

Wieczorem, przed pójściem spać, Eminencję naszły myśli zalecające ostrożność. Nie wszyscy hierarchowie kościoła byli równie pozytywni jak on. Kościół miał swoją dynamikę. Przeważało jednak posłuszeństwo. Pomyślał jeszcze raz o Barrasie. Przypomniały mu się słowa kanonika Miguela, sekretarza osobistego.

– Eminencjo! Gubernator Blawatsky otoczył się ludźmi wierzącymi, jeden z nich jest podobno nawet mistykiem. Badam tę sprawę. Najważniejsze stanowiska w jego gabinecie zajmują ludzie wierzący i praktykujący. Są bardzo oddani gubernatorowi, podobnie jak panu Bogu. Razem przyjeżdżają na msze w niedzielę, przynajmniej dwa razy w miesiącu. Zapytałem ich, zachowując należną sprawie delikatność, dlaczego nie częściej. Tłumaczyli, że muszą wyjeżdżać w teren, aby umacniać wpływy partii i zwalczać tych diabłów z Partii Liberalnej, choć może nie wszyscy oni są takimi diabłami, jak ich malują, jak to się popularnie mówi, bo wielu należy do naszego kościoła. Co do ludzi gubernatora, to uważają, że jest on naznaczony przez Boga do poprowadzenia kraju ku wielkości. Aha! Coś sobie przypomniałem. To bardzo ważne. W doborze kadr gubernator kieruje się – oprócz religijności – także wysokimi walorami osobistymi: zdyscyplinowaniem, wiernością partii i lojalnością wobec gubernatora. Osobiście też uważam, że głównym źródłem jego natchnienia jest Stwórca.

– Głównym? Czy to znaczy, że są także inne źródła?

– Gubernator rozczytuje się w literaturze klasycznej poświęconej władzy i rządzeniu. Zrobiłem rozeznanie. Jego pomoc domowa spowiada się regularnie w naszym kościele parafialnym u jednego z wikariuszy. Sprawdziłem, kiedy przychodzi ona do spowiedzi i tak zorganizowałem obowiązki księdza, abym to ja był w konfesjonale, kiedy przyjdzie. Wasza Eminencja dobrze wie, że nigdy nie zdradziłbym tajemnicy spowiedzi, ale tutaj chodzi o sprawy wyższe. Nie jest zresztą grzechem ujawnić, co czyta gubernator, bo tajemnica nie dotyczy osoby spowiadającej się, tylko osoby trzeciej.

Eminencja był zachwycony dyplomatyczną rozwagą i zręcznością sekretarza. O dawna darzył go ciepłym uczuciem. Czasem miał wrażenie, że to bardzo ojcowskie uczucie. Pamiętał swego ojca i jego serdeczność, zwłaszcza, kiedy został księdzem. Rozmarzył się. Widział Miguela jako swojego następcę. Postanowił zastanowić się głębiej nad przyszłością sekretarza, kiedy już dojdzie do porozumienia z gubernatorem. 

– Razem przywrócimy wielkość ojczyźnie. – Myśl tę powtórzył z zadowoleniem kilka razy w ciszy sypialni, umacniając się w przekonaniu, że idą lepsze czasy.

PS. Produkuję się także (głównie aforyzmy) na www.twitter.com (wpisz w pasku wyszukiwarki na stronie: Michael Tequila)  

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 37: Dyskusja o emigracji i myśli o kościele.

Wieczorem Sefardi obejrzał nagranie rządowej dyskusji na temat sytuacji demograficznej kraju. Uczynił to dwukrotnie, aby zrozumieć, o co chodzi. Spotkanie wydało mu się przebiegać według groteskowego scenariusza. Zrobił sobie notatki z przebiegu dyskusji a potem odczytał je na głos.

– Ludzie uciekają z kraju. Na naszych oczach następuje wielki exodus z wykorzystaniem wszystkich środków lokomocji, nawet nocą, pieszo przez pustynię lub łodziami przez Morze Czerwone. Za mało mamy młodych ludzi, za dużo starych. Kto będzie zarabiał na ich emerytury? Kto ich zastąpi? Bezrobocie wprawdzie spada, ale wciąż jest wysokie, zwłaszcza wśród młodych, którzy otwarcie buntują się. Ludzie po studiach nie mogą znaleźć pracy i zadają drażliwe pytania:

– Po co nam takie studia? Po co nas oszukują?

Absolwenci uczelni uważali, że nikt im nie pomaga. Ani uczelnia, ani rząd, ani żadna inna instytucja. Pomoc ze strony urzędów pracy oceniali jako zdawkową, sprowadzającą się do informacji o wolnych stanowiskach i instrukcji, jak napisać życiorys.

– Przecież każdy głupek to wie, że ludzie tak mówią – podsumował obcesowo gubernator. Był rozdrażniony. Sefardi widział, jak cały czas spogląda spode łba w kierunku ministra i pomyślał, że ten szybko straci stanowisko. Zmienił jednak zdanie, kiedy kilka minut później gubernator serdecznie chwalił ministra wyrażając mu uznanie za trafne ujęcie zagadnienia. Sefardi wyobraził sobie, że uśmiechał się wówczas promiennie.

Dalsze szczegóły dyskusji przedstawiły gazety. Młodzi bezrobotni stanowili prawdziwą bombę dla kraju: grozili masową emigracją, manifestacjami na ulicach, rosnącą przestępczością oraz deprawacją młodzieży. Na dobitek złego, do rządu docierały informacje o przyśpieszonym rozwoju demograficznym krajów zamieszkałych przez innowierców, dla których stworzenie pięcioosobowej rodziny było równie łatwe jak wypicie trzech butelek piwa. Nadzwyczajne zdolności rozrodcze tych ludzi pogłębiały niepokój rządu.

*****

Wysłuchanie dyskusji nasunęło Sefardiemu pomysł powieści, w której widział bohaterów wzorowanych na ministrach gubernatora Blawatsky’ego. Na osiedlu Sefardi miał na oku dwie rodziny patologiczne; postanowił je obserwować, notować, co robią i co myślą. Zapalił się do tego pomysłu. Rodzący się w głowie scenariusz powieści podporządkował koncepcji idealnego zegarka. Cokolwiek nie czytał lub pisał, mimowolnie nasuwały mu się porównania z zegarkiem, idealnym wzorem rzeczywistości. Ciągłe myślenie o zegarku nie uszło uwadze Isabeli. Jak zwykle otwarcie przedstawiła swoje obserwacje.

– Zbyt długo był pan wynalazcą i zegarmistrzem, don Sefardi. To mogło panu paść na mózg. Mówię to ze szczerej troski o pana, bo znałam jedną kucharkę, która tak samo myślała o gotowaniu. Wydawało jej się, że jej babcia jest idealną kucharką i że wszystkie inne kucharki powinny być takie same jak ona. Musi pan wiedzieć …

Sefardi przerwał jej stwierdzając, że niepotrzebnie dramatyzuje i przesadza, choć nie był w stanie odrzucić całkowicie argumentu, że jego doświadczenia zawodowe mogły nadmiernie wpływać na ocenę rzeczywistości.

*****

– Kościół Hierarchiczny zasługuje na bardziej znaczącą pozycję w kraju trapionym poważnymi problemami. Jesteśmy bądź co bądź największą kongregacją osób wierzących w Nomadii – myśl o niedostatecznej roli kościoła prześladowała od pewnego czasu arcybiskupa, głowę kościoła, powszechnie zwanego Czarną Eminencją. Nazwano go tak, zanim jeszcze objął wysokie stanowisko. Bezpośredni zwierzchnik młodego wówczas duchownego potrafił docenić jego naturalny talent dyplomatyczny i łatwość wywierania wpływu na braci w wierze i otoczenie.

Arcybiskup lubił swoje imię, był za nie wdzięczny przełożonemu i Bogu. Tworzyło ono aurę mocy i tajemniczości, pomagając w sprawach bożych jak i przyziemnych, z którymi musi sobie radzić kapłan pragnący utrzymać się na powierzchni życia duchowego. Czarna Eminencja pragnął zawsze więcej niż tylko utrzymać się na powierzchni, pragnął uzyskać awans. Jego ambicją było stać się głową Kościoła Hierarchicznego, co w końcu się spełniło. Jego bieżące ambicje wynikały z potrzeb kraju i wiernych; arcybiskup był pewny, że Bóg mu sprzyja. Zawsze był dla niego wyrozumiały i życzliwy. I dyskretny.

– Nigdy nie wypaplał nikomu moich tajemnic – mruknął do siebie w ciszy kościoła, klęcząc ze wzrokiem utkwionym we fresk na suficie, prezentujący scenę ocalenia Noego z potopu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 36: Demografia i podwójne imię kobiety

Kiedy liczba mieszkańców Nomadii przekroczyła dwadzieścia milionów, rząd ekspediował nadwyżkę obywateli do krajów radosnej nadziei. Tak nazywano kraje zatrudniające u siebie emigrantów z Nomadii. Kiedy liczba mieszkańców spadała poniżej dwudziestu milionów, rząd zwiększał imigrację z krajów czarnej rozpaczy. Tak nazywano kraje mające nadwyżki demograficzne.

Działania rządu oceniano wskaźnikami wrażliwości społeczno-ekonomicznej. Wskaźniki obliczano osobno dla każdej zmiany społecznej wywołanej przez bodziec finansowy zastosowany przez rząd. Zmiany mogły dotyczyć bezrobocia, urodzeń, emigracji, imigracji i podobnych spraw. Obliczeniom służył wielowariantowy model matematyczny reakcji społeczeństwa. 

Wszystkie sznurki działań rządu trzymał w ręku Barras. Nic nie działo się bez jego udziału lub akceptacji. Zwolennicy nazywali go „ojcem ojczyzny”. Odpowiadało mu to, kreowało go na bohatera.

– Zachowuje się jak mitologiczny Zeus – zżymał się Sefardi.

Po pewnym czasie, zauważając niekonsekwencje i zaskakujące zwroty polityki rządu, Sefardi doszedł do wniosku, że demografia jest tematem zastępczym, mającym na celu odciągnięcie uwagi obywateli od innych, bardziej drażliwych i kłopotliwych spraw.

Isabela, z którą nierozważnie podzielił się swoją obserwacją, zareagowała krótko:

– Ależ pan jest nieufny, don Sefardi! Jak kogut, który podejrzewa każdą kurę o zdradę z nieistniejącym rywalem.

Temat koguta nie schodził jej z ust, poruszała go wcześniej kilkakrotnie. Sefardi uznał, że gospodyni jest niewyżyta seksualnie.

Wieczorem rozmawiali o imionach. Sefardi wyjaśniał, jakie znaczenie ma staranny wybór imion i nazwisk bohaterów powieści. Przywiązywał do tego wielką wagę.

– Jeśli bohater jest lekkoduchem, niewłaściwe byłoby obdarzenie go imieniem cieszącym się szacunkiem i powagą. Każde imię ma odmienne pochodzenie, znaczenie, budzi różne skojarzenia, inaczej jest odbierane.

– Czy wie pan, don Sefardi, że ja mam dwa imiona? – Isabela wyskoczyła jak Filip z konopi przerywając mu wypowiedź. – Jedno to Isabela, drugie to Angelika. Lubię obydwa i nie wiem, dlaczego używa pan uparcie tylko mojego pierwszego imienia. Już mi się to znudziło. Niby taki wielki wynalazca i kandydat na pisarza, a ciągle powtarza pan ten sam lejtmotyw konwersacyjny? Dobrze powiedziałam? – Nie była pewna ostatnich słów.

– Dobrze pani powiedziała, ale nie wiem, jak mogę to zrobić. Czy w dni parzyste mam używać pani pierwszego imienia, a w nieparzyste zwracać się do pani Angeliko? – Sefardi potrafił być uszczypliwy, nawet niesympatyczny. W duchu usprawiedliwiał to drażniącą go bezmyślnością i naiwnością kobiety.

– Doskonały pomysł! Bardzo mi się podoba pańska sugestia. Wreszcie ruszył pan głową. – zachwyt Isabeli-Angeliki był szczery. Przyjęła propozycję Sefardiego na serio; pilnowała potem, aby przestrzegał zasady używania właściwego imienia każdego dnia. Ponieważ dni mu się wciąż myliły, szukał rozwiązania, które pozwoliłoby mu uniknąć ciągłych przypomnień, wobec których czuł się jak człowiek ubezwłasnowolniony. W końcu znalazł rozwiązanie; uznał je za żartobliwe.

– Skoro jedynka jest pierwszą liczbą systemu dziesiętnego, a Angelika zaczyna się od pierwszej litery alfabetu, będę używać imienia Angelika w dni nieparzyste, a Isabela w pozostałe dni, czyli parzyste.

Isabela wpadła w zachwyt, źrenice jej się powiększyły, kąciki ust podniosły w uśmiechu. Po chwili w jej oczach pojawił się figlarny błysk. Było w tym coś przewrotnego. Sefardi nie był pewien, czy kobieta nie pogrywa sobie z nim w kulki. Czasem nachodziło go nieodparte wrażenie, że jest znacznie inteligentniejsza, niż pokazywała to po sobie. Wydało mu się, że gra jakąś podstępną rolę, przekornie bawi się nim, rzucając mu wyzwania i obserwując jego reakcje. Tego wieczoru po raz pierwszy miał wrażenie, że to ona jest kotem, a on myszką, nie na odwrót. Okazała się zagadką, labiryntem, z którego nie zawsze udawało mu się wyjść bez uszczerbku. Postanowił bardziej się pilnować. 

Wypełnijcie serca radością, bracia i siostry

Reformowane przez ministra Ziobro sądy powszechne w Polsce działają obecnie wolniej niż trzy lata temu. To tylko dlatego, że szybciej, wnikliwiej i bardziej sprawiedliwie rozpatrują wszystkie sprawy. Wypełnijcie serca radością, Bracia coraz bardziej suwerenni i wy, Siostry nie mniej suwerenne!

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 34: Zabójcza demografia Nomadii

Co drugie posiedzenie rządu gubernatora Barrasa Blawatsky’ego poświęcone było demografii. Sefardi, uważnie śledzący jego poczynania, dwukrotnie zapoznał się ze stenogramem ostatniego posiedzenia gabinetu. Nie mogąc zrozumieć wszystkich zdarzeń, odczytał go po raz trzeci.

„Posiedzenie stenografowano, nagrano i autoryzowano. Zagaił gubernator. Chodził po gabinecie, machając najświeższym raportem urzędu statystycznego. Był wzburzony sytuacją demograficzną. Scharakteryzował ją jako piekielnie trudną, wielostronną i wieloraką. Dokonano analizy efektów działań naprawczych. Odbył się kongres demograficzny. Komitet Prognoz opracował prognozę 2100, zaraz potem 2200. Po gubernatorze głos zabrał minister ds. demografii. Mówił o prognozach i wskaźnikach. Stwierdził, że sytuację demograficzną należy przyjąć jako daną i że konieczna jest poprawa spójności społecznej. Podkreślił, że dwadzieścia milionów obywateli nie jest największym nieszczęściem, że można to nadrobić trochę jakością, trochę migracją, że zasadniczym problemem jest zwężanie się piramidy ludnościowej oraz sprawność wspólnotowa, dynamika intelektualna i inwencyjna. Uznał, że demografia kraju będzie przyczyną ostrych konfliktów, co wymaga pochylenia się nad tym, co robić dalej.

Na słowa ministra gubernator wściekł się i krzyknął, że nie będzie pochylać się nad demografią, bo robił to setki razy i nic to nie przyniosło i że teraz jest czas na twórcze działanie, nie na pochylanie się.

– Nie jestem żadną wańką-wstańką! – krzyknął gubernator, aż twarz mu się zaczerwieniła.

Po nieoczekiwanym wybuchu gubernatora nastąpiła nagła erupcja energii. Dyskusja ożywiła się i weszła na nowe tory. Uczestnicy ze swadą i łatwością przerzucali się określeniami naukowymi, nurzali w terminologii statystycznej i demograficznej.

Sefardi zastanowił się. Zapis dyskusji wyglądał na farsę, w której pełna frazesów gadanina kamuflowała niemoc rozwiązania problemu demograficznego. Czytał dalej. Przemawiał kolejny minister.

– Bezrobocie wzrasta lawinowo. Jest coraz więcej ludzi niepracujących. To jest przerażające – Głos mówiącego był pełen niepokoju. – Młodzi, dobrze wykształceni ludzie uciekają za granicę w poszukiwaniu pracy, bo grozi im nędza. Oni nie wyjeżdżają, ale uciekają! Rozumiecie powagę sytuacji!? Kto będzie zarabiać pieniądze na utrzymania rosnącej liczby emerytów, rencistów, inwalidów, ludzi upośledzonych umysłowo, chorych? Siedzimy na bombie demograficznej!

Przekaz upowszechnił się błyskawicznie jakby rozmowę podsłuchiwano. Wszyscy obywatele mówili teraz o bombie. Eksperci wymieniali dworce lotnicze, kolejowe i autobusowe oraz wielkie ośrodki handlowe, stadiony, budynki publiczne i szkoły jako miejsca najbardziej zagrożone. Następnego dnia rzeczniczka gubernatora, kobieta z twarzą przestraszonego królika, określiła dyskusję rządową jako „niezwykle udaną” i zdementowała pogłoski o bombie. W rządzie zapanował popłoch; obawiano się wzrostu niepokoju społecznego i gwałtownego spadku notowań Partii Konserwatywnej.

Nic takiego nie nastąpiło. Gubernator odetchnął z ulgą i z radości kupił swojemu królikowi nową obróżkę, sztuczną marchew do gryzienia oraz kilka solidnych porcji świeżej koniczyny, które schował na zapas do lodówki. Obawiał się, że jeśli sytuacja polityczna pogorszy się, to jego ulubione zwierzęta domowe mogą ucierpieć.

*****

Kilka dni później znowu rozgorzała dyskusja o demografii. Doszło do niej spontanicznie, ponieważ program dnia nie przewidywał tego tematu. Ministrowie przekrzykiwali się, jakby się zmówili, że wywołają burdę. Nie chodziło o słowa, o to, co mieli do powiedzenia, ale o uczucia. Wszyscy byli poruszeni zagrożeniem, niepokój i wzburzenie parowały z nich. Atmosfera zgęstniała.

– To jakiś absurd! – Głos zazwyczaj opanowanego ministra infrastruktury wybił się nad inne. – To tak, jakby mieć potężną lokomotywę, ale nie mieć maszynisty do jej obsługi ani wagonów do przewozu ludzi i towarów.

– Oczywiście! Słusznie! – Przekrzykiwano się. Najskuteczniej komunikowali się najwyżsi wzrostem, osoby o doniosłym głosie oraz stojące najbliżej gubernatora. Tylko jego ucho się liczyło.

Gubernator podniósł do góry dłoń stanowczym gestem. Nie imponował wzrostem, lecz potrafił to zrekompensować. Wszyscy zauważyli jego gest, pilnowali się. Ci, którym zdarzyło się w przeszłości nie zauważyć najważniejszej ręki w kraju, udawali się wkrótce na wygnanie, jak określano dymisję.

– Podsumuję dyskusję. Nie musimy jej dalej prowadzić. Sytuacja nie jest wesoła, ale też nie jest najgorsza – gubernator mówił urywanymi zdaniami, chrapliwie, jego głos napotykał opór wydostając się z gardła.

– Co pan mówi, panie gubernatorze? – Odezwały się głosy. – Sytuacja jest zła. Jest tragiczna, wręcz przerażająca.

– Chcę podsumować. Proszę mi nie przerywać – szef rządu rozejrzał się po twarzach z wysokości fotela stojącego u końca stołu konferencyjnego. Fotel z boku miał dźwignię, podnoszącą go do góry. Gubernator jednym ruchem decydował, jak wysoko chce wywindować swoje ciało i autorytet. Poznał tę sztuczkę studiując historię starożytnego Egiptu, kiedy pierwszy raz zauważono, że wysokość usytuowania faraona a nie jego wzrost daje mu przewagę nad otoczeniem.

– Mamy za mało ludzi, społeczeństwo się kurczy, brak mu energii witalnej. Wszystko się wali – rozkrzyczeli się ministrowie. – To porażka.

– Za mało powiedziane. To nie porażka, to prawdziwa zapaść demograficzna. Zapaść to prawie zgon – podsumował z przekonaniem minister propagandy. Usłużnie mu przytaknięto.

Minister zdrowia poczuł skurcz serca, że sam nie wpadł wcześniej na równie zgrabne, medyczne podsumowanie debaty. Po chwili uznał, że jednak dobrze, że tak się nie stało, ponieważ gubernatorowi mogło się to nie podobać. Był szefem, najwyższą władzą. On sam był zwyczajnym konowałem z małomiasteczkowego szpitala i nie miał szansy, aby przebić się do szeregu osób najważniejszych w państwie. Zdawał sobie z tego sprawę. Cieszył się takimi przywilejami, o jakich nawet nie marzył. Był szczęśliwy, że gubernator, kolega z ławy szkolnej, zwrócił na niego uwagę, na jego nadzwyczajną lojalność, oddanie i podziw, jakim go darzył.

– Nikt w gabinecie nie jest bardziej lojalny ode mnie wobec ciebie – dawno już oświadczył swemu dobroczyńcy. Teraz, kiedy rozejrzał się wokół i zobaczył twarze pełne entuzjazmu i uwielbienia, stracił pewność. Uświadomił sobie, że żyje w kraju, gdzie lojalność wobec władzy dominuje nad rozumem i uczuciami. Do niedawna wierzył, że to Bóg jest najwyższą formą władzy. Z chwilą zostania ministrem zrozumiał, że gubernator zdetronizował Stwórcę. Był o tym całkowicie przekonany. Dałby się pociąć na kawałki dla gubernatora.

Po zapoznaniu się z najnowszym spisem ludności, rząd uznał, że dwadzieścia milionów to idealna liczba ludności dla rozwoju społeczno-gospodarczego Nomadii.

– Ani za dużo, ani za mało, w sam raz – prawie wykrzyknął minister gospodarki. Polubił tę liczbę. Była łatwa do analizy statystycznej, prezentacji i dyskusji.

Parlament przyjął ustawę demograficzną. Dwadzieścia milionów mieszkańców uznano za optimum społeczno-gospodarcze. Rząd miał utrzymywać ten poziom regulując skalę emigracji i imigracji. Część opozycji w głosowaniu poparła projekt. Posłowie tłumaczyli się potem stanem zaciemnienia umysłowego, ostatecznie przypisując winę partii rządzącej. Obarczanie jej winą za wszystkie nieszczęścia, niską wydajność krów mlecznych, ubóstwo umysłowe części społeczeństwa czy marną pogodę było stałą strategią opozycji.

 

Historyjka dwóch szczytów

Za czasów PRL szczytem bezczelności było wywiercić dziurę w Rurociągu Przyjaźni i sprawdzić, w którą stronę płynie ropa. W IV Rzeczpospolitej jest nim wygłaszanie przemówień w obronie demokracji przez posła Piotrowicza oraz w obronie przyrody przez profesora Szyszko.

Wieczorna bajka o referendum

Rzecz działa się w czasach nowożytnych, nie tak znowu odległych, może na rzut kamieniem, a może pałką z paralizatorem, nikt tego dokładnie nie wie, bo czas i miejsce bywają elastyczne. Wiadomo natomiast na pewno, że zdarzenie to miało miejsce w kraju, gdzie wszystko jest dobre, rząd, kierunek wiatru, zmiany pogody i humorów, władcy w osobach pana prezesa, premiera i prezydenta, a nawet trzydzieści sekund ciszy, którymi opozycja dobrego rządu czci szczodrobliwość dobrych panów marszałków.

Kiedy wskutek nieuwagi marszałkowskiej obu izb parlamentu spadło z pulpitu na ziemię niezwykle ważne referendum, pan prezydent ogromnie się zmartwił. Wracał do domu zrozpaczony, a jeśli nawet nie zrozpaczony, to bardzo smutny, kiedy naprzeciw wybiegła mu cała świta pałacowa, dworzanie i służba, ministrowie, sekretarze i sekretarki, podsekretarze, pokojowe i sprzątaczki, nawet ogrodnik. Pan prezydent ucieszył się niepomiernie, bo wszyscy wiwatowali na jego cześć, rzucali w górę czapki i inne części garderoby i to w takim uniesieniu, że zabronił im rozbierać się bardziej niż do spodniej bielizny.

– Lubię popatrzeć na piękne ciała wiwatujące w służbie narodu – mruknął niezbyt głośno, aby nie przesadzić ze skromnością cechującą go zwłaszcza w obliczu autorytetu pana prezesa, ojca ojczyzny.

– Panie prezydencie – krzyczeli jeden przez drugiego dworzanie. –  Osiągnął pan wielki sukces. Upadek referendum wywołał wielce pozytywny szok w narodzie, wszyscy przejrzeli na oczy, teraz każdy obywatel kraju, staruszek i dziecko, wie o co chodzi. Nie trzeba zadawania pytań, czy chcesz nowej konstytucji, czy też nie chcesz, w jakiej mierze i w jakiej postaci, zwyczajnej czy oprawnej w złoto, warunkowo czy bezwarunkowo, bezwzględnie czy też tak sobie.

Następnego dnia dołączyła do nich prasa, ale tylko prawicowa, bo tylko oni umieli poprawnie zinterpretować nadzwyczajne zdarzenie państwowe.

Radość pana prezydenta podchwycił naród i wyległ na ulice i place, aby wiwatować na jego cześć, a przy okazji również panów marszałków, którzy niechcący zrzucili z pulpitu projekt referendum, oraz na cześć pana premiera i pana prezesa, ojca ojczyzny, który serdecznie projekt popierał, aby dać narodowi szansę wyrażenia poparcia dla nowej konstytucji mającej zastąpić starą, bardzo już zużytą, mimo że jest całkiem nowa i świeża.

W marketingu nazywa się to „in-built obsolescence” i oznacza „wbudowane starzenie się” – wyjaśnił wieczorem w telewizji pewien pobożny teolog, który znał się na marketingu, na polityce i na wierze w szlachetność.

Michael Tequila w księgarniach: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Aforyzmy polityczne. Ukochane dziecko prezesa.

Rysiu Czarnecki, ukochane dziecko prezesa Kaczyńskiego, używa cudownie okrągłych słów, aby głosić słodkie prawdy mocarnej rzeczywistości i zwalczać nikczemne kłamstwa opozycji, oraz okrągłej twarzy, aby wyrazić zdziwienie z powodu jej istnienia.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 32: Nowe metody zarządzania państwem

Wyzwania stojące przed Barrasem Blawatsky’m, właścicielem partii, premierem i gubernatorem w jednej osobie, były przeogromne. Potrzebny był nowy model zarządzania państwem, gospodarką, sprawami społecznymi, zdrowiem, wszystkim. Złożoność spraw wymagała nowoczesnego narzędzia zarządzania państwem. Wyzwanie to rozwiązano metodą kolejnych przybliżeń.

Na polecenie gubernatora opracowano najpierw cyfrowy model redukcji rzeczywistości do możliwości jednoosobowego zarządzania. Ważna była nazwa, przekonywująca i łatwa do zapamiętania. Pierwsza nazwa, ReduPrak, nie została dobrze przyjęta; niechętni jej byli lekarze, prawnicy i inni profesjonaliści. Źle się kojarzyła. Myślano nad inną.

Nowy system zarządzania państwem miał kształt piramidy. U podstawy znajdowały się komputery, do których tysiące urzędników wprowadzało dane, u góry był wąski lejek, przez który informacje płynęły prosto do premiera w formie krótkich papierowych notatek. On sam nie używał komputera; ceniono to, uważając, że premier ma ważniejsze sprawy do realizacji niż gapienie się w monitor komputera i stukanie w klawisze.

System stworzono w imponująco krótkim czasie. Okazał się tak prosty i skuteczny, że do kraju zaczęły przyjeżdżać delegacje z zagranicy, aby poznać jego działanie. Rząd wkrótce ograniczył dostęp do informacji o systemie z uwagi na niebezpieczeństwo wykorzystania go przez wrogów kraju. W szczególności obawiano się terrorystów.

W trosce o przyszłe pokolenia, uproszczono nauczanie. Zrezygnowano z większości przedmiotów ścisłych, zupełnie bezużytecznych w gospodarce obsługiwanej przez roboty, zwiększano natomiast ilość lekcji wychowania moralnego, religijnego i obywatelskiego. Przywrócono też stare hasło: Bóg-Honor-Ojczyzna. Na polecenie gubernatora instytut medyczny stworzył dodatek do wszystkich szczepionek dla dzieci, uzupełniający niedobór elementów patriotyczno-religijnych we krwi.

Pracę rządu utrudniała opozycja, reprezentująca elementy wolnomularskie, osobników o zachwianej orientacji seksualnej, jednostki aspołeczne, nie wierzące w Boga ani w Trójcę Świętą. Wyzwań przybywało, gdyż opozycja złośliwie zachęcała obywateli do pozostawania w kraju, zamiast udać się na emigrację, gdzie mogliby podnieść swoje kwalifikacje i odciążyć budżet państwa. Najbardziej podatni na jej argumenty byli młodzi ludzie, nieustabilizowani materialnie i poglądowo, pozostający w kraju i zwiększający bezrobocie. Stali się oni szczególną troską rządu. Natychmiast zaoferowano im pomoc w postaci nauki szybkiego pisania CV i podań o prace, poradnictwa, jak ubierać się na interview, oraz wsparcia duchowego.

Największym wyzwaniem dla gubernatora była demografia: nadwyżki siły roboczej w okresach słabego rozwoju gospodarki, które gubernator nazywał bessą, oraz niedostatku siły roboczej w okresach ożywienia gospodarczego, które nazywał hossą, choć czasem myliła mu się z bessą. Obywatele bardzo cenili używanie obcych terminów, mając w pamięci jego poprzednika, nieuka i zarozumialca. Gardzono nim, ponieważ był tylko premierem, w dodatku marnym.

– Ten łajdak nie zasłużył sobie na żadną godność. Nie to co nasz obecny premier, gubernator i właściciel partii – tak standardowo wypowiadał się naród na wiecach, w rozmowach prywatnych i w lożach zaproszonych gości. Wypowiedzi narodu cytowała patriotyczna prasa konserwatywna.

Szczodrze wyposażony w zaufanie społeczne i godność osobistą gubernator ujął sprawy mocno w ręce jak furman bat, aby osobiście kierować losem narodu. Pozycja furmana dobrze mu się kojarzyła; jego odlegli przodkowie byli furmanami.

– To ludzie siedzący blisko ziemi, umiejący opanować każdego, nawet zdeprawowanego, konia. Mówiąc o deprawacji gubernator miał na myśli opozycję.

Naród w swojej masie cenił proste i bezpośrednie wypowiedzi i metody działania premiera. Był mężem opatrznościowym. Niektórzy widzieli w nim także zbawcę; wyobrażali go sobie w postaci rycerza na białym koniu, z wielkim mieczem w prawej dłoni, walczącego z plagami bezrobocia, lewactwa, dysydentów i odrażających obcokrajowców.