Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 7: Sen okupacyjny

Dowódca straży parlamentarnej przeżywał najgorsze dni swojego życia. Kiedy społeczeństwo Nomadii przygotowywało się już do letniej kanikuły i zapanowało powszechne rozleniwienie, nastąpiło wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, a jego dotknęło osobiście i to bardzo boleśnie, ponieważ częściowo obarczał siebie winą. Tragiczne wydarzenie przyćmiło wszystkie inne, włącznie z gorącą debatą o inżynierii genetycznej, zmianami klimatu, rozpowszechnianiem broni nuklearnej i masowymi migracjami ludzi zagrażającymi czystości rasowej i wierze w jednego Boga. Myśląc o tym dowódca straży popadł w odrętwienie, które przeszło w dręczący sen.

Nad ranem, około godziny piątej trzydzieści, kiedy straż parlamentarna była jeszcze rozespana, na portierni pojawiły się dwie sprzątaczki. Strażnicy przepuścili je na podstawie przepustek, jakie okazały. Na korytarzu głównym, na pierwszym piętrze, rzekome sprzątaczki otworzyły okno, przez które niegdyś, jeszcze w czasach historycznych wciągano meble, i wyrzuciły na zewnątrz liny. Na dole czekał już oddział komandosów-kobiet; na teren parlamentu dostały się one podkopem. Oddział sprawnie opanował cały korytarz i zabarykadował się. Komandoski były uzbrojone w pistolety wojskowe, pałki, paralizatory i podobną broń podręczną. Po zabarykadowaniu się starannie ją ukryli, ale tak, by mieć ją pod ręką.

Odtwarzając nagrania z kamer przemysłowych strażnicy zauważyli, że komandoski miały ze sobą zakładników, osoby niepełnosprawne na wózkach inwalidzkich. Na niektórych siedziały same porywaczki pozorując inwalidztwo. Robiły to tak udanie, że kiedy poprosiły o rozmowę z przedstawicielem rządu, nikt jeszcze niczego nie podejrzewał. Twierdziły, że chcą tylko porozmawiać, że ich intencje są pozytywne, że pragną zwrócić uwagę na pewne negatywne zjawiska społeczne nie precyzując jakie. W końcu postawiły jasne żądanie: okup w postaci wysokich świadczeń dla niepełnosprawnych osób w zamian za ich zwolnienie.

Do rozmów przystąpiła grupa rządowa na czele z ministrem opieki społecznej, kobietą znaną z dobroci i kierowania organizacjami dobroczynnymi. Rozmawiano wiele godzin, na początku w tonie wskazującym na możliwość porozumienia. W końcu napastnicy wręczyli minister obszarpaną kartkę ze spisanymi odręcznie żądaniami. Minister obiecała zapoznanie się z nimi i ich uczciwe rozpatrzenie.

Była poruszona bezwzględnością oczekiwań i gróźb porywaczy. Kiedy w ciszy swojego gabinetu zdobnego obrazami największych patriotów kraju premier Cudny zapoznał się z żądaniami, też uznał, że są one ekstremalnie wysokie, po prostu niemożliwe do spełnienia.

Tajne służby państwowe sprawdziły w międzyczasie, kogo reprezentują zakładnicy i wtedy wybuchła bomba. Okazało się bowiem, że były to osoby zrzeszone w tajnej organizacji mafijnej, wymuszającej podstępem daniny od państwa.

Rozpoczęły się żmudne negocjacje rząd – porywacze. Ich przebieg był transmitowany na cały kraj. W pełnym zakresie robiły to państwowe stacje telewizyjne, pokazując obiektywnie i wyczerpująco przebieg rozmów, przedstawiając życiorysy porywaczy i zakładników, ich wcześniejsze dokonania, całą historię wymuszeń. Stacje telewizyjne podające się za rzekomo neutralne, takie jak TV Obiektywna, przedstawiały wypaczony obraz negocjacji, zgodny z poglądami opozycji i obywateli niechętnych rządowi, usiłując zdyskredytować jego i jego działania.

Ustępując przed przemocą, której zakończenie siłowe mogłoby przynieść fatalne skutki dla zakładników, parlamentu i całego kraju, rząd złożył szczodrą propozycję poprawy sytuacji osób niepełnosprawnych, zdając sobie sprawę, że są to osoby majętne i że ich żądania mogą być spełnione tylko kosztem całego społeczeństwa.

Minister finansów kolejny raz przeanalizował gruntownie cały budżet, wpływy i wydatki, i okazało się, że sytuacja jest beznadziejna: nie da się już bardziej okroić wydatków, zwłaszcza budowy w parkach ławek dla zmęczonych żołnierzy, gdyż zmniejszyłoby to drastycznie zdolność bojową armii, ani też ograniczyć zasiłków na dzieci dla rodziców o wysokich dochodach, ponieważ doprowadzi to do drastycznego ograniczenia kumulacji kapitału oraz spadku inwestycji niezbędnych dla rozwoju kraju.

Negocjacje trwały już kilka tygodni, kryzys nasilał się. W międzyczasie okupanci parlamentu jak i rzekomi niepełnosprawni stali się agresywni, utrudniali życie służbom porządkowym, szarpali ich bez przyczyny, żądali posiłków z najdroższych restauracji i cały czas trzymali w szachu groźbą użycia środków wybuchowych ukrytych pod wózkami inwalidzkimi. Dla dowódcy straży były to przeżycia tak koszmarne, że szczypał się bezwiednie po udach, aby upewnić się, czy czasem nie śni. Tym, którzy mu nie wierzyli, pokazywał potem sine ślady na ciele.

Rząd zachęcany przez większość społeczeństwa do zachowania twardej pozycji, w pewnym momencie przerwał negocjacje. Nic to jednak nie dało, tylko rozjuszyło rebeliantów i zaostrzyło ich wymagania.

Mimo ich żądań, w rozmowach nie mógł uczestniczyć Mesjasz, szef i właściciel Partii Konserwatywnej. Napad na parlament wywołał w nim taki szok, że stracił on władzę najpierw w jednej ręce, potem w drugiej, w końcu doznał paraliżu dolnej część twarzy w stopniu uniemożliwiającym mówienie. Właściwie to mógł mówić, tylko boleśnie cierpiał w trakcie poruszania ustami.

Mimo bólu zdecydował się spotkać z porywaczami, aby ostatecznie rozwiązać kryzysową sytuację, choć odradzał mu tego szczerze najbliższy krąg współpracowników oraz lekarze, w szczególności opiekujący się nim profesor medycyny wojskowej w randze generała, który osobiście dostarczał mu nowoczesne protezy rąk do domu.

Wskutek rozterki stan zdrowia Mesjasza tak się pogorszył, że zabrano go po raz drugi do szpitala, gdzie udało się go uratować sprowadzając najlepszych fachowców z zagranicy. W trakcie pobytu w separatce był on starannie strzeżony przez grupę antyterrorystyczną, obawiano się bowiem, że oddział okupujący parlament może być częścią większej organizacji przestępczej, która nie cofnie się przed niczym, aby wymusić okup na rządzie.

Kiedy Mesjasz wychodził ze szpitala, szczęśliwie już o własnych siłach, bardzo blady i wycieńczony, witały go delegacje ze wszystkich stron kraju. Ilość kwiatów, jakimi go obdarowano, była tak wielka, że uniemożliwiła wyjazd samochodu opancerzonego, którym miano go przewieźć do specjalnego bunkra, skąd mógł bezpiecznie kierować partią, udzielać wskazówek premierowi i konsultować się ze społeczeństwem.

Kiedy dowódca straży parlamentarnej ocknął się wreszcie z koszmarnego snu stwierdził z żalem, że sytuacja nie uległa poprawie. Nikt nie przewidywał szybkiego zakończenia okupacji parlamentu. Napastnicy byli jeszcze bardziej zdeterminowani uzyskać wysoki okup mimo tysięcy kartek otrzymanych od zwykłych ludzi, którzy błagali ich, aby ustąpili i nie szantażowali rządu i obywateli, którym przyjdzie złożyć się na okup wobec zapaści budżetowej.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 5: Szaleństwo śmieci i przełom myślowy

Xenon nie uległ szaleństwu konsumpcji, ale też nie wzdrygał się przed nią, ale tylko do czasu, kiedy wchodząc do lasu zauważył, że jest on umeblowany. Na polanie i między otaczającymi ją drzewami i krzewami stały fotele, szafy, stołki, małe etażerki i duże regały, stoły i krzesła, wszystko ustawione tak, jakby ktoś miał tam mieszkać. Nie był to normalny widok, dlatego mężczyzna pozostał tam chwilę, aby zrozumieć, co się dzieje. Rozejrzał się także po okolicy. Wszędzie, jak las długi i szeroki, stały na ziemi meble i urządzenia domowe, łóżka, tapczany, w kilku miejscach leżały na ziemi garnki i inne naczynia kuchenne oraz stały oparte o drzewa rowery, hulajnogi i jeden wózek dziecięcy z uszkodzonym kołem. W dalszej partii lasu zaimponował mu widok dobrze utrzymanych samochodów w różnym wieku, o lakierze połyskującym wszystkimi kolorami tęczy.

Jego mnemotechniczny umysł szybko wyciągnął wniosek, jedyny jaki znajdował uzasadnienie, że ludzie masowo wyrzucali całą zawartość swoich mieszkań, garaży i piwnic do lasu tylko dlatego, że brakowało już miejsca na śmietnikach i wysypiskach.

– To bardzo źle rokuje – pomyślał. – To wszystko musi się zawalić. Myśląc o „wszystkim”, nie sprecyzował, co to znaczy.

Pierwsze z serii nieszczęść nadeszło, kiedy wielka chmura deszczowa, przeogromny balon wypełniony wodą, zaczepiła o szczyt skał i rozpruła się wylewając z siebie całą zawartość. Meteorologowie nazwali to później oberwaniem się chmury. Woda zalała wielkie składowisko śmieci usytuowane w kamieniołomie, który kiedyś wydawał się przepastny jak ocean i runęła w dół falą śmierdzącego błota zatapiając doszczętnie wieś, pięćdziesiąt pięć domów i trzydzieści osiem budynków gospodarczych, i powodując śmierć dwustu trzydziestu osób i dziewięćdziesięciu ośmiu zwierząt hodowlanych i domowych. Statystyka była bardzo dokładna, bo w urzędzie powiatowym znaleziono listę wszystkich mieszkańców z imionami, nazwiskami i adresami oraz stanem inwentarza żywego i zwierząt domowych.

Na miejscu osuwiska oprócz ratowników pojawili się fotoreporterzy, telewizja, ciekawscy i ekolodzy. Wszyscy byli w najwyższym stopniu przygnębieni, lecz najbardziej wzburzeni byli ekolodzy. Krzyczeli. Nie wiadomo do kogo, prawdopodobnie do władz wszystkich szczebli, od lokalnego do państwowego. Ktoś z boku stwierdził, że oni krzyczą do ludzkich sumień, które skurczyły się jak porzucony na słońcu mokry worek ze szmatami.

– Ostrzegaliśmy przed tym nieszczęściem. Nie możecie więcej niszczyć środowiska, bo wszyscy zginiemy, nie tylko my ale i zwierzęta, cała ożywiona przyroda, oprócz roślin, które zawsze sobie poradzą, nawet gdybyście rzucili bombę atomową.

Masakra dużej wsi z ludźmi i zwierzętami wstrząsnęła społeczeństwem. Rząd ogłosił żałobę narodową oraz publiczną debatę na temat, co dalej.

Wnioski były jednoznaczne: problemem jest człowiek. Wszyscy nagle zrozumieli, że ludzie stanową śmiertelne zagrożenie nie tylko dla przyrody żywej, ale przede wszystkim dla siebie samych, dla własnego gatunku, że są samobójcami. Był to rodzaj wielkiego rozbłysku świadomości, że dłużej tak żyć się nie da.

To i podobne nieszczęścia, jakie wkrótce nawiedziły kraj, wyzwoliły w społeczeństwie myślenie o przełomie technologicznym zdolnym ocalić kraj a może nawet i ludzkość. Był to rodzaj refleksji filozoficznej na masową skalę, obejmującej całe społeczeństwo, a nie pojedynczego, zakopanego w głębokim fotelu, genialnego naukowca.

Wniosek był jeden: Wymyśleć coś, co raz na zawsze ograniczy przyrost demograficzny, zmniejszy konsumpcję i jej napór na przyrodę.

– Przyroda to inaczej mówiąc środowisko naturalne, niezbędne nam wszystkim do życia – tłumaczyli ekolodzy dzieciom i mniej rozgarniętym osobom dorosłym.

Naukowcy zaczęli mówić otwarcie o konieczności zmiany orientacji z homocentrycznej na przyrodocentryczną. Wkrótce do parlamentu trafił ich wniosek, aby drogą legislacyjną zmienić ilościowe i jakościowe relacje „ludzie-zwierzęta” oraz „cywilizacja-przyroda”, na korzyść zwierząt i przyrody.

– Musimy zwolnić rozwój demograficzny człowieka i przyspieszyć rozwój demograficzny świata zwierzęcego. Zwierzęta nie kupują, nie konsumują i nie tworzą gór śmieci, jedzą tylko tyle, ile trzeba, ani grama więcej, dlatego nie naruszają przyrody. To jest jedyna szansa uratowania nas samych i planety.

Na uzyskanie odpowiedzi na pytanie, jak osiągnąć te zmiany, potrzeba było tylko dwóch dni. Zaskoczyło to obywateli, że tak szybko i łatwo można było dość do rewolucyjnego wniosku. Parlament jak jeden mąż uzgodnił, że jedynym rozwiązaniem jest inżynieria genetyczna. Był to moment, kiedy rządzący i opozycja zbratali się ze sobą podając sobie ręce życzliwie patrząc sobie w oczy.

Rząd pod presją wszystkich stron smaganych tym samym batem nieszczęść i ponurej perspektywy, ustanowił nowe, przełomowe, zasady prawne dotyczące inżynierii genetycznej.

– Krótko mówiąc, dajemy swobodę eksperymentowania nad rozwiązaniami genetycznymi, ale tylko takimi, które ograniczają rozwój człowieka i równocześnie przyspieszają rozwój populacji zwierząt.

W wywiadzie opublikowanym na łamach największego dziennika krajowego „Et cetera” dyrektor Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci, którego nazwę zmieniono na Laboratorium Minionych i Przyszłych Generacji wspomniał o projekcie integracji człowieka i konia.

– Z wyglądu będzie to istota prawie dokładnie taka sama, jako to sobie wyobrażali starożytni Grecy tworząc mit o Centaurze.

Wywołało to przerażenie.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 4: Xenon czuje się podle

 Egzekucja Ludwika XVI

Wszyscy czuli się podle, albo i gorzej, i to go pocieszyło, że inni też cierpią. Była to satysfakcja udziału we wspólnocie cierpienia. Coś musiało łączyć wszystkich cierpiących. poszukiwał więc przyczyn złego samopoczucia. Okazało się, że było to morowe powietrze, którym wszyscy oddychali. Potwierdziła to telewizja. Wodę, którą każdy pić musi, wykluczono, bo wiele osób nic nie piło w ostatnim czasie. To był pierwszy sygnał, że zmienia się coś istotnego w otoczeniu.

Było to tak ważne, że codzienne, zwykłe sprawy straciły na znaczeniu. Ludzie jakby zapomnieli o partii i zebraniu wspominkowym z poprzedniego dnia, tym bardziej, że osobnik, który wywołał zamieszanie zjawił się zaraz po zakończeniu zebrania w knajpie, przechwalając się, że nawiązał skuteczny kontakt z przewodniczącym i odbył z nim udaną rozmowę o przepływie miodu i mleka przez kraj.

– To nie była fikcja – zaczął górnolotnie, bo nigdy wcześniej słowa „fikcja” nie używał. – Przewodniczący przekonał mnie, że kraj jest rzeczywiście miodem i mlekiem płynący, a ja po prostu tego nie zauważyłem.

Kiedy to mówił miał na sobie nieskazitelnie białą koszulę, krawat w zgrabne słoniki oraz elegancko uprasowany garnitur, bez najmniejszej zmarszczki, z jednym tylko kantem prawej nogawki zjeżdżającym nieco w prawo. Ludzie to spostrzegli i od razu mężczyzna wydał im się podejrzany niezależnie od tego, co mówił. Nie ufali mu.

Zatrute powietrze zapoczątkowało cały ciąg zmian. Wszystko się zmieniało. Ludzie wracali z zagranicy, emigranci i ci, którzy wyjechali na krótko, odmienieni, zakażeni pragnieniami zmian na lepsze, co najmniej na coś innego, pasjonującego i świeżego, czasami nawet nie wiedząc dokładnie, o co im chodzi.

– To nie ma znaczenia. Nie wiem dzisiaj, ale będę wiedzieć jutro albo pojutrze. Jest po prostu we mnie jakiś ferment, który musi znaleźć ujście. Coś musi zmienić się na lepsze w moim życiu i w życiu mojej rodziny – była to typowa odpowiedź na pytanie, w czym rzecz.

Niektórzy wspominali o miłości, lepszym zagospodarowaniu czasu, większym dostatku, nowych ubraniach a nawet ulicach i budynkach, w których będą się czuli równie swobodnie i radośnie jak w lesie lub nad rzeką.

Było to dziwne, a zarazem ożywcze, bo wkrótce, prawie natychmiast, pojawiły się dalsze spekulacje, w końcu inicjatywy. Naukowcy zaproponowali inne spojrzenie na rzeczywistość i przedstawili pomysły, które nadawały się do natychmiastowej realizacji,  różnego rodzaju odwadniacze, przepychacze, szybkotnące siekiery, gazety, które można przeczytać w ciągu minuty dysponując odpowiednimi okularami, przekazującymi sygnały elektroniczne do metalowych implantów zębowych, które oprócz podtrzymywania protez służyły jako nadajniki i odbiorniki do wymiany informacji z płatem pamięci mózgu. Były to rzeczy niekiedy dziwne, ale użyteczne, uprzyjemniające lub ułatwiające codzienną egzystencję i życie w ogóle.

Młodzi żądali wolności osobistej w skali przejmującej lękiem nauczycieli, rodziców i dziadków, a także osoby o patriotycznym nastawieniu. Ich wypowiedzi brzmiały surowo, wręcz rewolucyjnie.

– Kraj się nie liczy, rząd się nie liczy, liczy się jednostka. Człowiek się liczy. Każdy z nas, osoba wierząca czy nie wierząca, czarnoskóry czy tylko opalony, jest z natury rzeczy uprawniony dążyć do czegoś, i my sami dajemy sobie do tego prawo.

Były to bardzo mocne hasła, przekonujące, bo wszyscy wierzyli w człowieka, twór boży, aktywnie popierany także przez państwo i kościół. Przypominano ideały rewolucji francuskiej, wolność, równość, braterstwo, zapominając jakby o roli gilotyny w przywracaniu tych szlachetnych zasad społeczeństwu. Mimo atrakcyjności i siły haseł starsi ludzie zachowali trzeźwość umysłów.

– To niewyobrażalne, czego oni chcą. My nigdy czegoś takiego nie mieliśmy, to dlaczego oni mieliby to mieć? – Pytali się między sobą, bo nie widzieli możliwości oparcia się natarciu młodości nadchodzącym ze wszystkich stron. Na czoło żądań młodych ludzi wybijała się jednostka, wolność i egoizm. Szykowała się rewolucja, ale to był dopiero początek, zapowiedź dalszych zmian.

Pod presją młodych oraz trendów importowanych z zagranicy kraj zmieniał się w błyskawicznym tempie. Pojawiła się gorączka konsumpcyjna. Bawiono się, kupowano i konsumowano na potęgę wszystko, co się dało, wakacje, meble, smartfony, wykwintne jedzenie, nawet usługi seksualne. Szaleństwo konsumpcji udzieliło się w końcu także osobom starszym i dzieciom. Skutkiem było pojawienie się na obrzeżach miast, miasteczek i wsi niebotycznych gór śmieci, z którymi służby porządkowe nie mogły sobie poradzić mimo segregacji śmieci i coraz nowszego sprzętu. Obywatele jakby oślepli i ogłuchli, gdyż nikt wciąż nie domyślał się, co to zapowiada.

Recenzje wszystkich książek Michaela (Michała) Tequili są na górnym pasku menu na tej stronie. Zajrzyj!

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 3: Zebranie motywacyjne

Zebranie motywacyjne partii rządzącej odbyło się wieczorem przy zasłoniętych oknach, w miejscowości, której nazwy nie podano do wiadomości, może nawet nie była ona oznaczona na mapie, z uwagi na bezpieczeństwo zebranych. Prowadził je Przeżytek, stary jak świat aktywista partyjny, ważniak z kręgu gwardii przybocznej Mesjasza, szefa i właściciela partii.

Xenon dobrze wszystko utrwalił w swej pamięci wspomaganej chipem bio zainstalowanym w mózgu dla ułatwienia zapamiętywania, przechowywania i przypominania sobie informacji. Od pewnego czasu obserwował Przeżytka, od zakończenia konspiracyjnej walki o władzę zwanego także Towarzyszem. Był to niemłody już osobnik, specjalista „od wszystkiego”, utalentowany, o twarzy porysowanej zmarszczkami głębokich doświadczeń więziennych. Złośliwcy, on sam także w zaufanym gronie, mówili, że potrafi służyć dowolnemu panu, byle tylko dał mu trochę władzy i sypnął groszem, bez którego nawet asceta nie jest w stanie przetrwać godnie jednego dnia.

Z dokumentów Przeżytka wynikało, że pracował kiedyś w administracji państwowego cyrku. On sam nie przyznawał się do tego, twierdził, że była to praca przypadkowa, że tylko pomagał trzymać konie na uwięzi, że to inni okładali je batem, i że on tylko obserwował niedźwiedzia, jak inni uczyli go tańczyć boogie woogie na gorącej blasze. Upierał się też, że to nie on podgrzewał mu podłogę, a jedynie podkręcał kurek gazu, i to tylko wtedy, kiedy go o to proszono.

Z czasów pracy w cyrku, prawdziwej czy domniemanej, Przeżytek wyniósł umiejętność wykonywania sztuczki: potrafił napluć na dłoń tak, aby jego proste słowa wypowiedziane moment później urosły w wielkie kłamstwo. W domu podobno miał piec, w którym palił reszki godności – tak mówiła o nim opozycja, też nie zawsze tak święta, jak chciała być widziana.

– Nie dziw, że z takimi umiejętnościami Duży Pikuś uważa go za klejnot partyjny. Przecież on każdej prawdzie kark skręci – twierdzili przedstawiciele Opozycji, zwanej w skrócie Opo.

Na spotkanie motywacyjne, niektórzy nazywali je wspominkowym, przybyli dosyć tłumnie wyborcy partii, jej namiętni miłośnicy oraz szczere przydupasy, dla który ważne było dać się sfotografować z kimś z zarządu partii i przekazać życzenia jej szefowi i właścicielowi, Mesjaszowi, którego złoty wizerunek nosili na piersiach na wysokości serca.

Sala była uroczyście, choć nie wykwintnie, udekorowana. Na głównej ścianie wisiał obraz przedstawiający Mesjasza z ręką na sercu i promienną twarzą, stojącego na rydwanie symbolizującym partię, siłę przewodnią narodu. Mesjasz, wyprostowany jak struna, patrzył za siebie, w siną dal. Rydwan na obrazie pędził – zgodnie ze strategią wodza – w kierunku odwrotnym do rydwanów konkurencyjnych partii. Nie było to malarstwo najwyższego lotu, ale zupełnie udane; ważne było, że jego twórca, mający na koncie osiągnięć artystycznych także znaczące zasługi dla partii, został uhonorowany.

Zza obrazu dochodziła niezbyt głośna muzyka, na tle której chór męsko-damski wykonywał patriotyczne i rewolucyjne pieśni „Nie rzucim”, „Wyklęty powstań”, „My z upodlonych”, „Złodzieje partyjni” i „Przykuty do żłobu”. Mimo jednego czy dwóch drażniących tytułów miały one swój wydźwięk wspominkowo-propagandowy. Ostatecznie liczyła się skuteczność.

Przywódca partii wyglądał tak realistycznie, że starsza kobieta, do której członkowie partii zwracali się z wielkim szacunkiem, chciała podejść i go uścisnąć a może nawet pocałować w przekonaniu, że jest to autentyczny i żywy człowiek, którego znała i podziwiała. Na szczęście w porę odwiedziono ją od tego zamiaru.  

Zebranie odbywało się według ustalonego rytuału. Najpierw było zagajenie. Wykonał je Przeżytek stwierdzając, że kraj od czasu nowej władzy płynie już mlekiem i miodem, i to wyłącznie dzięki ogromnemu poświęceniu i wkładowi pracy Mesjasza, którego nazwał autentycznym Wizjonerem. Wywołało to na sali wybuch ogromnego entuzjazmu, w górę poleciały czapki, wzniosły się flagi i wzbiły okrzyki „Niech żyje”!

Po okrzykach nastąpiły sążniste oklaski. Klakierzy stali z boku, tak, aby nie rzucać się w oczy, byli doskonale zorganizowani, chłop w chłopa, rumiane wiejskie i małomiasteczkowe twarze, ręce jak młoty. Kiedy walili w dłonie, ziemia się trzęsła, a popularność wodza i partii przez najbliższe dni rosła jak na drożdżach. Pokazywały to słupki, które zarząd partii studiował z ogromną uwagą.

Atmosfery zebrania o mało co nie zepsuł mężczyzna, prawdopodobnie niezrzeszony, albo i zrzeszony, ale mało świadomy, że do dobrego tonu nie należy zadawanie przewodniczącemu pytań co do jakości mleka i miodu płynących strumieniem obfitości, gdyż nawet podrostki w szkole wiedziały, że są najwyższego lotu. Nie dziw, że jego pytanie spotkało się z potępieniem w formie twierdzącej, pytającej i rozkazującej: „Zamknij pysk, bo dostaniesz w mordę”, „Koń by się uśmiał z takiego pytania”, „Po co taki się urodził?” i podobne. Kilka osób rzuciło się na intruza i zaczęło go szarpać, ochroniarz usiłował wyrwać mu rękę z barku, ktoś inny starał się dać mu zdrowego kopa. Zwracano się do niego bezpośrednio, przez „ty”, wieloma imionami, niektóre brzmiały raczej brutalnie. Ze wszystkich stron padały pytania: „Co tutaj robisz, pedale?”, „Po co się tak szarpiesz, gnojku?” oraz „Czemu jesteś taki nerwowy?”. Salę opanował amok nienawiści, w którym określenia typu „ty byku” szumiały łagodnie jak bryza znad wysp pacyficznych, gdzie małpy spokojnie grają sobie w kręgle na plecionej platformie zawieszonej u szczytu palmy kokosowej.

Kolejnym rytuałem, niewątpliwie najważniejszym, było przekazywanie podziękowań i życzeń. Najpierw wystąpiła kobieta wyrażając wdzięczność przywódcy partii za czujność i za to, że do kraju nie trafił żaden ciapaty. Po niej wystąpił mężczyzna w średnim wieku. Pierwszy raz w życiu składał życzenia komuś tak wysoko postawionemu, było widać, jak bardzo to przeżywał. Adresata swojego wzruszenia nazywał Wielebnym oraz Czcigodnym. Najpierw zakrztusił się ze wzruszenia, myśląc o tym, że on, prosty człowiek, albo i nie, bo nie mógł być przecież prostakiem ktoś, kto miał warsztat albo małe przedsiębiorstwo, albo sto hektarów pod zasiewami, dostąpił zaszczytu składania życzeń przywódcy partii rządzącej całym krajem. Przerastało to jego lokalną, wiejską wyobraźnię. Potem poszło mu już całkiem zgrabnie.  

– Pragnę serdecznie, najserdeczniej, pozdrowić czcigodnego pana prezesa. Proszę mu powiedzieć, że my go tutaj, wszyscy jak jeden mąż i jedna żona, szanujemy i oby Bóg dał mu zdrowie od końca do końca. Pan prezes jest geniuszem. Jestem mu dozgonnie wdzięczny, że nas uwolnił od tych popaprańców, łajdaków, sukinsynów, złodziei…W momencie, kiedy skończyła mu się pamięć, wyjął kartkę z kieszeni i wymieniał dalej: … szabrowników, pedałów i chamów. Zebrani słuchali go z uwagą, rozumiejąc, że złożonej rzeczywistości nie da się opisać kilku prostymi słowami jak kółko, kwadrat czy nawet trapez.

Xenon bardziej wyczuł niż dostrzegł, że uczestnicy zebrania w swoim myśleniu i mowie kierowali się wyłącznie uczuciami; nie było w nich nic innego jak tylko nienawiść do ludzi wskazanych przez partię jako źródło niewyobrażalnych niegodziwości, którzy skradli i przejedli co najmniej połowę majątku narodowego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 2: Zwierzęta i partia Duży Pikuś

Xenon miał psa i kota. Były one wyimaginowane, to znaczy były wytworem jego wyobraźni, ale w sposób jak najbardziej rzeczywisty. Kiedy kot leżał na płaskiej poduszeczce ułożonej schludnie w rogu biurka, Xenon wyciągał rękę, aby go pogłaskać. Robił to często, aby poczuć miękkość jego futerka, usłyszeć mruczenie dochodzące gdzieś z wewnątrz jego brzucha i widzieć, jak podnosi łebek i patrzy na niego. Zwierzak był jak najbardziej prawdziwy, wymagał jedzenia, wody i zabierania na spacer. Ludzi było już tyle na świecie, że nie sposób było mieć domek z ogródkiem, czy nawet zwykłe mieszkanie z wyjściem bezpośrednio do ogrodu, gdzie można by wypuścić zwierzęta dla relaksu.

Zwierzaki wychodziły na spacery razem, aby bawić się ze sobą; Xenonowi sprawiało niezwykłą przyjemność obserwowanie ich figli. Co do psa, to była to jamniczka krótkowłosa, koloru brązowego, smukła mimo nóżek, o których wiadomo, że każdy jamnik musi je mieć, ale niekoniecznie się nimi chwalić, z klatką piersiową tak rozwiniętą i kształtną, że każda najlepiej zarabiająca modelka jej zazdrościła, bez grama tłuszczu. Jednym słowem cudo; taka też była opinia właściciela.

Bieżąca polityka nie interesowała Xenona. Uważał się za człowieka racjonalnego, miłującego pokój i szanującego ludzi, lecz mimo to nie znosił polityków. Znaczyło to zapewne, że nie jest taki racjonalny, jak mu się wydawało, z czym zapewne mógłby się zgodzić, bo ostatecznie miał w sobie trochę racjonalności. Nieinteresowanie się polityką nie znaczyło, że nie miał rozeznania, co robi rząd, opozycja, lub co dzieje się w kraju. O, nie! Miał dostateczną wiedzę, gdyż uważał, że obowiązkiem każdego przyzwoitego człowieka, jest orientować się przynajmniej z grubsza co w trawie i poza trawą piszczy, aby nie dać się przydeptać intelektualnie byle mędrkowi, który akurat przeczytał ostatnią gazetę lub obejrzał ostatni dziennik telewizyjny. O politykach miał swoje zdanie; czasem bawił się nim długo dla urozmaicenia sobie bezsennej nocy.

– To jedyni ludzie, który mogą znacząco wpływać na twoje życie, ułatwić je, kiedy są pozytywni lub obrzydzić, kiedy są kretynami lub łajdakami, lub jednym i drugim, czyli degeneratami najpodlejszego sortu. Najgorsze, kiedy cała formacja rządząca skretynieje. Wtedy nie ma ratunku dla narodu.

Żyjąc w czasach automatów i robotów, rosnącej sztucznej inteligencji i odporności na krytyczną wiedzę jak i manipulacji genetycznej, uważał, że taki przypadek skretynienia jest mu znany i poniekąd bliski ze względów geograficznych, i nie dotyczy tylko jego, ale i całego narodu. Chodziło oczywiście o partię (nazwał ją „Duży Pikuś”, gdyż lubił szyfrowane tajemnice), która po dojściu do władzy doszła równocześnie do wniosku, że naród zamiast pędzić do przodu w wyścigu szczurów jak wszystkie inne kraje, powinien spokojnie wycofywać się, bez pośpiechu, za to w wielkim stylu, na czym się da, hulajnogach, rowerach, motocyklach z wózkiem bocznym, samochodami i autobusami, pamiętając o przodkach, wojnach, rewolucjach i różnych nieszczęściach, czyli o swojej wielkiej przeszłości.

Xenon, dojrzały młodzieniec, jakim jest każdy trzydziestosiedmiolatek, obserwował Dużego Pikusia i notował sobie w głowie jego czyny i osiągnięcia. Popularności partii rządzącej, która dzielnie schodziła w dół, prawdopodobnie do miejsca oznaczonego na mapie politycznej świata jako Hibernacja, nie uważał za szczególny dopust boży. Problemem dla niego byli bardziej wielbiciele partii, zadurzeni w niej po uszy, którzy wiedzeni instynktem kulawego drwala zagubionego z samotną siekierą na wielkiej pustyni szli za nią z transparentami i sztandarami wielkości małego biurowca, śpiewając nabożne pieśni i bijąc w piersi, nie swoje, ale przeciwników. Dawało to nadzwyczajny efekt dudnienia, słyszany nawet w odległych krajach, zapewniając tanią reklamę, której potrzebuje każdy szanujący się kraj. Przyciągało to turystów nawet z Afryki, głównie ludność tubylczą, pragnącą zobaczyć i posłuchać tam-tamy, o jakich nawet ich dziadowie nie marzyli. Byli przekonani, że są one wykonane z ludzkiej skóry, jedynej, która umiejętnie uderzana wydaje niezwykłe dźwięki, przypominające nawet jęki i zawodzenia.

Książki Michaela (Michała) Tequili: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 1: Xenon

Na imię miał Xenon. Sam je sobie nadał i zarejestrował we wszystkich państwowych i prywatnych bazach danych. Był szczupły, wysoki, miał trzydzieści siedem lat i wrodzoną wadę genetyczną, która i utrudniała i ułatwiała mu życie. Dowiedział się o niej kilka lat wcześniej. Fizycznie w niczym mu nie przeszkadzała, wiązała się tylko ze sposobem patrzenia na świat i przeżywania. Wszystko zależało od świadomości i programowania się jednostki. Teraz to już wiedział, choć nie na wiele mu się to zdało, bo w międzyczasie nabrał niedobrych nawyków.

Obudził się o godzinie 5.25 i włączył funkcję niższej świadomości. Miał kilka prostych czynności do wykonania: zdjąć piżamę, przebrać się w strój dzienny, pójść do toalety, posłać łóżko, zrobić sobie kawę. Takie sobie podstawowe rzeczy. Hulki, bambulki, jak je określał. Niższa świadomość pozwalała mu skoncentrować się właśnie na nich i nie rozpraszać uwagi i świadomości sprawami wyższego rzędu, myśleniem, fantazjowaniem, czynnościami wymagającymi skupienia, przede wszystkim zaś uczestnictwem w projekcie „No Name”, największym i najbardziej ambitnym projektem cywilizacji ludzkiej, Cywilizacji Śmieci, w którym uczestniczył razem z milionami innych ludzi. Był to projekt o takim zasięgu, złożoności i znaczeniu, że nie potrafiono ustalić dla niego żadnej rozsądnej nazwy. Zostawiono to na później. Za kilka dni miał wziąć udział w prelekcji i dyskusji na ten temat. Nie musiał o tym pamiętać, bo wyższa świadomość, kiedy już ją uruchomi, albo automatycznie uruchomi się sama, przypomni mu o tym na czas.

Mówiąc o czasie, były to lata wielkiej wygody, kiedy wszystko, prawie wszystko, mogło być zrobione przez roboty i automaty, kretynów zaprogramowanych przez człowieka, aby się same uczyły, co uznał za niebezpieczne w najwyższym stopniu. Nie był to zresztą jego pogląd. Zdaje się, że podobny wypowiedział genialny Einstein.

„Cywilizacja Śmieci” była to jego własna nazwa, nie tak znowu odległa od rzeczywistości. Przyszła mu do głowy, kiedy okazało się, że największym zagrożeniem życia są śmieci, a właściwie niezdolność ich bezpiecznego i sensownego zagospodarowania, spaliny samochodowe, dymy przemysłowe, odpady wszelkiego rodzaju, zwłaszcza plastik rozsypujący się na miliardy drobniutkich kawałeczków, smog magnetyczny, hałas, odpady z produkcji energii nuklearnej. W odróżnieniu od przyrody, człowiek nie tworzył niczego, co po zakończeniu swojej użyteczności ulegało samoistnej przemianie w nieprzerwanym procesie recyklingu wspomagającego życie.

Xenon zatrzymał się na chwilę, aby rozjaśnić sobie to w głowie. Las, łąka, nieużytki, jakikolwiek kawałek żywej przyrody pozostawały zawsze czyste, niezależnie od tego, co w nich się zdarzyło. Martwe drzewa, zużyte przez czas kamienie, nawet gazy w nich zawarte rozpadały się, zamieniały w substancje użyteczne i znikały stopniowo w sposób niezauważalny dla oka, niczego nie psując ani nie naruszając. Dlatego patrzenie na przyrodę nigdy człowieka nie męczyło. Chyba, że ktoś urodził się w mieście i nie doświadczył niczego innego jak mury, metal, szkło, tworzywa sztuczne, zanieczyszczone powietrze i nie umiał rozpoznać nawet krowy, bo jej nigdy nie widział w rzeczywistości. To byli ci ludzie, którzy uczyli się biologii przez kilka lat, lecz nie potrafili odróżnić świerka od sosny. Odczuwał do nich niechęć, choć sam nie był ideałem.

Aby nie zapomnieć tego wszystkiego, co przeżywał, zapisywał to na komputerze, dyktując treść. Słowo „człowiek” wymówił niewyraźnie, prawdopodobnie „clowiek” bo komputer odczytał to jako „clown”, sugerując drugą wersję „klaun”. Zastanowiło go to.

– Bardzo trafne określenie – pomyślał. – Człowiek, istota rzekomo najwyższego rzędu, jest także klaunem.

Dawno już przestał wierzyć w wyższość człowieka nad innymi gatunkami. To było złudne myślenie. Ludzie nie mogli od niego uciec, ponieważ stanowiło szczególną cechę ich mózgu, tworzącego pojęcia i wyobrażenia przede wszystkim poprawiające jego samopoczucie.

Recenzje zbioru opowiadań Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. https://tinyurl.com/yd8rwkh2

Władimir Putin, piąta kadencja. Co dalej?

Moje motto: Każdy naród ponosi konsekwencje nierozumienia lub niepilnowania tego, co robi jego rząd. W skali kraju, w skali narodowej głupota lub naiwność są niewybaczalne.

 Alegoria państwa wg Alfreda Kubina

Uważnie obserwuję, co dzieje się w Rosji. Patrzę na ten kraj (przede wszystkim jako ekonomista, ale i pisarz/blogger, któremu nieobojętne jest to, co dzieje się wokół) i widzę, jak powoli stacza się w dół, a przynajmniej nie posuwa się naprzód. Rosja jest potęgą militarną, ale wydaje na zbrojenia osiem razy mniej rocznie niż USA. Zbrojenia oznaczają ogromne koszty. Płaci za to społeczeństwo, bynajmniej nie najbogatsze, w większości popierające Putina, lecz nie zdające sobie sprawy, jakie są tego konsekwencje.

Przytaczam niezbyt długi fragment artykułu, jaki ukazał się dzisiaj w elektronicznym wydaniu Wyborczej. Poniżej podaję źródło.

Źródło: http://wyborcza.pl/7,75399,23362494,wladimir-putin-rozpoczyna-swoja-piata-kadencje.html

Władimir Putin rozpoczyna swoją piątą kadencję, 7 maja 2018

I tym razem przeszła przez kraj fala protestów ulicznych. W sobotę demonstrowała cała Rosja, od Dalekiego Wschodu do zachodnich granic. Do wyjścia na ulice wezwał swych – przede wszystkim młodych – zwolenników Aleksiej Nawalny, apelując, by manifestowali pod hasłami „On nam nie car” i „Precz z carem”.

Opozycjonista dowodzi, że Putin nieczysto wygrał ostatnie wybory prezydenckie z 18 marca (otrzymał 76,69 proc. głosów przy 67,54-proc. frekwencji). Bo w rzeczywistości walczył z cieniem, nie dopuszczając do udziału w wyborach żadnego prawdziwego konkurenta.

Z gry przy pomocy snutej przez lata intrygi wyeliminował Nawalnego. Opozycjonista został skazany na podstawie sfabrykowanego oskarżenia. Choć Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał wyrok za niesprawiedliwy i nakazał powtórzenie procesu, sądy utrzymały werdykt. A kieszonkowy Sąd Konstytucyjny orzekł ostatecznie niedługo przed wyborami prezydenckimi, że Nawalny jako skazany udziału w nich brać nie może.

Ze zwolennikami opozycji, którzy zdecydowali się zaprotestować przeciw „carowi”, Kreml rozprawił się brutalnie. Prewencyjne zatrzymania organizatorów manifestacji w różnych miastach rozpoczęły się jeszcze w połowie ubiegłego tygodnia.

A w sobotę władza po raz pierwszy rzuciła przeciw swoim przeciwnikom bojówkarzy, których przez analogię do obrońców reżimu Wiktora Janukowycza należałoby nazwać tituszkami.

Kiedy opozycjoniści zaczęli się zbierać na placu Puszkinowskim w centrum Moskwy, okazało się, że miejsce jest zajęte przez agresywnych członków faszystowskiego Ruchu Narodowo-Wyzwoleńczego (NOD), organizacji założonej i kierowanej przez ultranacjonalistycznego posła do Dumy Jewgienija Fiodorowa. Byli tam też Kozacy, którzy nahajkami bili zarówno manifestantów, jak i przypadkowych przechodniów. NOD-owcy i wspierający ich członkowie Młodej Gwardii, założonej pod skrzydłami Kremla do walki z kolorowymi rewolucjami, pod okiem policji wszczynali awantury z manifestantami. Kiedy jednak liczba zgromadzonych opozycjonistów wzrosła do kilku tysięcy, odstąpili i tłum zaczęła rozpędzać policja.

W sumie w całej Rosji zatrzymano, jak podaje organizacja OWD Info, 1612 osób. To rekordowo dużo. Sześć lat temu po zamieszkach na placu Bołotnym liczba zatrzymanych była cztery razy mniejsza. Tym razem policjanci i funkcjonariusze stworzonej niedawno do tłumienia protestów ulicznych RosGwardii brali też masowo nieletnich. W Saratowie do aresztu trafił 12-letni chłopiec.

Sam Nawalny dotarł jakoś na miejsce zbiórki manifestantów. Ale był tam bardzo krótko. Zdążył tylko podziękować zgromadzonym, zanim funkcjonariusze, chwyciwszy go za ręce i nogi, zanieśli go do więźniarki. Wieczorem odzyskał jednak wolność.

Nie na długo. 11 maja, już po inauguracji Putina i defiladzie w rocznicę zwycięstwa nad Niemcami, stanie przed sądem, który skaże go co najmniej na miesiąc aresztu za organizację nielegalnej demonstracji i opór stawiany policjantom.

Dekrety Putina

Kiedy Putin sześć lat temu rozpoczynał swoją minioną już dziś kadencję, podpisał tak zwane majowe dekrety i zapowiedział, że do 2018 r. stworzy 20 mln „nowoczesnych” miejsc pracy. Zapewniał, że wydajność pracy w Rosji wzrośnie o 50 proc., a średnia realna zapłata – o 40-50 proc.

Nowego przemysłu nie ma. Wydajność pracy rosła przez ostatnie sześć lat w tempie 0,5 proc. rocznie. Realne dochody Rosjan spadły, przez ostatnie cztery lata nieprzerwanie się zmniejszają. Kraj zamiast obiecanego mu przez prezydenta piątego, zajmuje dziś 12. miejsce na liście światowych potęg gospodarczych. Pod względem wielkości PKB (liczonego w dolarach) na obywatela Rosja z 41. spadła przez sześć lat na 72. miejsce. Mocno trzyma się natomiast w czołówce najbardziej skorumpowanych państw świata.

Niedawno portal Republic.ru, podsumowując sześciolatkę putinowską, napisał, że Rosjanie otrzymali „więcej armat i więcej oleju palmowego”. Wzrosły bowiem wydatki tylko na armię i wojny, w które prezydent wplątał kraj. A Rosja obłożona sankcjami za Ukrainę, na które odpowiedziała, wstrzymując import żywności z Zachodu, sprowadza coraz więcej oleju palmowego, który służy do produkcji kiepskiej jakości zamienników masła czy sera.

Obserwatorzy moskiewscy stawiają jednak optymistyczne prognozy. Twierdzą, że Putin może teraz postawi na „rozwój kapitału ludzkiego”, czyli przeznaczy więcej pieniędzy na oświatę i służbę zdrowia, a zredukuje wydatki militarne.

Poprawie relacji ze światem, którą prezydent też ponoć planuje, ma służyć powierzenie jakiegoś poważnego stanowiska liberalnemu ekonomiście, niegdyś wicepremierowi i znakomitemu ministrowi finansów Aleksiejowi Kudrinowi. Mówiło się, że może nawet zostać premierem. Ale giełda moskiewska stawia teraz raczej na to, że szefem rządu pozostanie Dmitrij Miedwiediew, a szanowany na Zachodzie Kudrin stanie się zastępcą szefa administracji kremlowskiej odpowiedzialnym za gospodarcze stosunki z zagranicą.

Moje książki w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p 

Świat zezwierzęcony. Opowiadanie porażająco-futurystyczne. Cz 1: Eksperyment genetyczny

To opowiadanie jest krótsze niż świst bata służącego edukacji zdeformowanych łajdaków rządzących krajami na pograniczu Azji, Unii Kontynentalnej i Pobożności. Napisałem je w chwili upojenia, jakie nawiedza mnie od czasu do czasu, jako zapowiedź proroctw o przyszłym powszechnym zdrowiu umysłowym zwierząt, ludzi i krajów. 

***

Sprawy nie poszły tak, jak trzeba, tylko dużo lepiej, choć bardziej nieprzewidzianie. Eksperyment genetyczny prowadzony w Laboratorium im. Świętej Pamięci, którym rządził wyjęty z szafy, dobrze odkurzony prokurator o twarzy popękanej długotrwałą amnezją, miał na celu przyśpieszenie ewolucji zwierząt domowych, zwłaszcza koni.

– My poszliśmy do przodu, a one zostały z tyłu, za nami i to tak bardzo, że nawet nie potrafią znaleźć się, jak trzeba. Nie umieją zaśmiecać ulic i oceanów, ani przeklinać, ani donosić, ani mścić się, nie wspominając nawet o podłożeniu świni bliźniemu lub zbudowaniu średniej mocy bomby atomowej – była to wypowiedź pewnego duchownego, osoby uczuciowej, wielodzietnej, nad wyraz rozwiniętej moralnie i sięgającej wzrokiem nieba, gdzie za firankami z muślinu i tiulu mieszkali Bogowie. Było ich kilku, bo każda religia miała swojego, którego uznawała za jedynego i właściwego, niechętnie odnosząc się do pozostałych.

Eksperyment udał się nadzwyczajnie, a nawet jeszcze bardziej; jego efekty przekroczyły zamierzone cele. Dzięki zastosowaniu sztucznej inteligencji z dodatkiem specjalnego katalizatora importowanego z Chin, produkujących i eksportujących każdy towar w ilościach przekraczających ludzkie wyobrażenie, konie w laboratorium wyewoluowały znacznie szybciej niż przewidywano. Podejrzewano, że maczała w tym palce małpa zatrudniona w charakterze pomocnika laboranta do przenoszenia cięższych próbówek i kawy w plastykowych kubeczkach.

Tak czy inaczej stało się. Nowe konie były tak udane, że widmo zawisło nad człowiekiem. Było to widmo obawy, że podobnie jak on przeznacza świnie, indyki, krowy, barany i inne zwierzęta na ubój, tak konie mogą przeznaczyć człowieka na produkty żywnościowe z dodatkiem konserwantów, albumin i substancji smakowych. Wprawdzie dodatki były pewnym pocieszeniem, ponieważ pozwalały oszczędzać podstawowy surowiec, to jednak nie rekompensowały nawet dziesięciu procent obaw, co zwierzęta mogą zrobić z człowiekiem.

Sprawy rozwijały się błyskawicznie. Dwa dni później konie stanowiące własność furmana Józefa Kutwy zaprzęgły go do dorożki, wkładając mu chomąto na szyję i

munsztuk do pyska. 

Potem kierujący dorożką wałach chwycił w jedno kopyto mocne wodze a w drugie siarczysty bat.

– Ciągnij – ryknął, kiedy już ze swoją partnerką, kobyłą Karą, usadowili się na koźle.

Furman Józef nie zrozumiał polecenia, gdyż rzadko kiedy zwierzęta odzywały się do niego i nie miał możliwości nauczyć się szybkiego i sprawnego rozpoznawania ich głosów. Nie było to nadmiernie trudne, bo głos Wałacha brzmiał nieco chrapliwie, w głosie zaś Kobyły było więcej dyszkantu. 

– A dołóż człapakowi batem! – Szepnęła kobyła, tuląc się do wałacha, oboje z grzywami wzburzonymi wichurą sprawiedliwości dziejowej wspomaganej genetyką.

Ten, nie wahając się, ścisnął mocniej bat i przylał zdrowo furmanowi. Pociągowy poczuł ból i rosnącą pręgę na plecach. Już miał bluznąć „Wy wałachy syberyjskie”, w ostatniej chwili powstrzymał się jednak, kierowany błyskiem intuicji, jaką nabył w jednej chwili po uderzeniu bata. Pociągnął. Szło mu słabiutko, pocieszył się jednak, że początki są zawsze trudne. Ciągnąc dorożkę prosto przed siebie, jak mu wskazywała świeżo nabyta intuicja (Wałach nie dał mu jeszcze wskazówek), obserwował najbliższe otoczenie.

– Świat zmienił się nie do poznania – pomyślał. Przejeżdżając obok jeziorka widział jak kudłaty kundel imieniem Martuś rzuca w górę kijek i każe go raportować niemłodej już kobiecie ubranej w czerwoną bluzkę, obcisłe getry i sportowe obuwie. Ta bez wahania podskoczyła jak sarenka, popędziła za kijkiem i za chwilę przyniosła go w zębach. Szminka trochę jej się rozmazała przy niesieniu kijka, chciała ją poprawić, ale nie zdążyła, bo w drodze był już następny patyk. Chwyciwszy rzucony przedmiot popędziła jak mogła najszybciej do Martusia, aby zasłużyć na słodkie ciasteczko, jakim kiedyś go karmiła dla wyrobienia w nim nawyków pościgowo-myśliwskich.

Nieco dalej, za płotem farmy hodowlanej, Józef zauważył koziołka Ozona, męża sarny Tlenowej, jak uderzał rogami mężczyznę celując w najbardziej wrażliwe miejsca. Znał oboje z imienia, ponieważ kiedyś dla żartu nakarmił ich papierem zawiniętym w pęk trawy.

– Rusz się gnojku i podaj mi wodę – zabeczał kozioł do właściciela farmy, teraz jednego z jej obiektów hodowlanych,

Później przejeżdżali koło cyrku. Józef nigdy wcześniej go nie widział, nie zdziwił się jednak, zdając sobie sprawę, że patrzy z innej czasowej i geograficznej perspektywy. Przed wielkim namiotem niedźwiedź Misza brał się za bary z prezydentem Uti, znanym z wielkich umiejętności siłowo -sprawnościowych, o których rozpisywała się imperialna prasa. Uti zawsze wygrywał, dzięki czemu utrzymywał się nieprzerwanie w roli gieroja imperium, szczycąc się, że jest ono najmocniej osadzone na ziemi dzięki nowoczesnym gąsienicom i zdalnie sterowanym rurom typu woda-powietrze. Niedźwiedź przypomniał sobie, jak Uti dwukrotnie powalił go upokarzająco na matę w trakcie Mistrzostw Świata w Zapasach, i mściwie mruknął „Niedoczekanie twoje” i jednym ruchem wielkiej łapy rzucił na matę dysząc mu prosto w oczy: – Widzisz, sobaczy synu, jak to przyjemnie upadać wbrew swojej woli! Nawet narkotyki i odmładzający botoks ci nie pomogły.

Józef przestał obserwować cyrk. Było to dla niego zbyt bolesne. Pomyślał o przywódcy swojego kraju, że i jemu też przyjdzie boleśnie upaść na ziemię, kiedy rzucą się na niego zwierzęta, nad którymi się znęca. Przypomniał mu się Darwin, któremu pokręciło się, że ludzie są także zwierzętami. Józef miał teraz do nich znacznie lepszy stosunek, oparty na duecie bata i marchewki, niż przed eksperymentem laboratoryjnym. 

Jadąc dalej zobaczył chlew a obok świnie podkładające sobie nawzajem ludzi w celach wyrządzenia przykrości. Nie obserwował długo, gdyż musiał skupić się na drodze i pośpieszyć, bo znowu dosięgł go ostry bat i głośny okrzyk:

– Ruszaj się, łajzo, bo jak nie, to oddamy cię na wędliny.

Pod wpływem widma dymu z wędzarni przypominającej dobrze utrzymany barak obozu ciężkiej pracy, Józef poczuł mdłości i nie odzywał się już nawet do siebie. Kiedy po zakończeniu roboty stanął przy żłobie, nie myślał o nim jako źródle szczęścia i dobrobytu, gdyż wewnątrz znalazł tandetne żarcie z supermarketu „Tania pasza dla zwierząt” a obok wiaderko zimnej wody.

Świat Kutwy zawalił się ostatecznie. Nie miał nic na swoją obronę. Ogromnie żałował, że nie zapisał się do żadnej partii politycznej, aby wejść do parlamentu i zyskać immunitet. Teraz by mu się naprawdę przydał. Było to bardzo bolesne przeżycie. Chciał jeszcze pomyśleć o czymś pozytywnym, a może nawet i pomarzyć, ale wędzidło tak bardzo uwierało go w pysk, że zapomniał, o co mu chodziło.

Następnego dnia Józef trafił na dawny targ koński, na którym teraz handlowano ludźmi. Między budkami z piwem, kioskami z prasą i sklepami z uprzężą, spacerowały konie poszukujące woźniców pociągowych. Józef został przywiązany do słupka niedaleko od bramy wejściowej, do szyi przyczepiono mu tabliczkę z promocyjną ceną i napisem „Sale”. Od samego rana podchodziły do niego konie, sprawdzały jego stan zdrowia, wiek i zadawały pytania. Nie wszystko w ich zachowaniu podobało mu się. Konie zaglądały mu w zęby odchylając górną i dolną wargę, sprawdzały pęciny i rozpinały koszulę, aby sprawdzić szerokość klatki piersiowej, a jedna kobyła nawet ściągnęła mu spodnie, aby sprawdzić zad. Pytano także, czy nie jest narowisty. Potencjalni nabywcy spluwali najczęściej z dezaprobatą, ganiąc Wałacha i Kobyłę, że wystawili na sprzedaż małowartościowy towar.

W miarę upływu czasu, Józef popadał w coraz gorszy nastrój. Mimo dwóch obniżek ceny, żaden koń nie wykazał zainteresowania jego kupnem. Słysząc szepty właścicieli, coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, co go czeka. Przed oczami stanęła mu rzeźnia, w której przerabiano takich jak on woźniców pociągowych na konserwy dla psów. Wyobraził sobie nędzę końcówki swego życia bez ostatniego papierosa i ostatniej szklaneczki bimbru. Zanim ostatecznie załamał się, podeszły do niego Wałach i Kobyła. Patrzyły mu długo w oczy, po czym zbadały puls. Po krótkiej wymianie spojrzeń między sobą Kobyła oświadczyła:

– Nie martw się, Józefie! Nie byłeś najlepszym furmanem, ale nas nie głodziłeś. Byłeś zwykłym łajdakiem jak każdy inny woźnica, którego poznałyśmy. Dlatego też postanowiłyśmy dać ci szansę. Nie oddamy cię na przemiał. Zajmiemy twój dom, a ty zamieszkasz w stajni i będziesz spokojnie żyć na naszym łaskawym chlebie. Jak będziesz się dobrze sprawować, podrzucimy ci świeże obierki, kilka jabłek lub pęk marchewki, może nawet wypuścimy na pastwisko. Będziemy o ciebie dbać; raz na dwa tygodnie zaprowadzimy cię do rzeki albo na miejscu umyjemy wodą ze szlaucha i wyczeszemy zgrzebłem. Za jakiś czas trzeba będzie cię podkuć.

– No i będziemy musieli cię wykastrować, abyś nie brykał za dużo. To byłoby niebezpieczne – dodał poważnie Wałach. Od czasu zapisania się na zawodowy kurs powożenia i higieny pracy transportowej na drogach publicznych czuł się odpowiedzialny za bezpieczeństwo pojazdu i pasażerów.

– Czy to znaczy, że przechodzę na emeryturę? – Józef nie mógł powstrzymać się od pytania.

– Niezupełnie. Będziesz wozić nas na targ i na zakupy do supermarketu, także do dentysty i do kina, tam gdzie będziemy potrzebować. Nie będzie ci źle. Musisz się tylko dobrze sprawować, aby udowodnić, że i człowiek potrafi być porządnym zwierzęciem.

Moje książki https://tinyurl.com/y895884p

Kronika narodu wybranego. Odc. 14: Przegląd znaczących wydarzeń krajowych

W dniach wcześnowiosennych w Nomadii nie zabrakło wielkich wydarzeń. Prezydent republiki wziął udział w zawodach przeciągania liny z Mężem Świątobliwym o puchar Referendum. Ludzie entuzjazmowali się. Przyjmowano zakłady, kto wygra i komentowano.

– Obydwaj zawodnicy to znane osiłki. Prezio to prawdziwy zakapior, ale Czcigodnemu też niczego nie brakuje. Popatrz, jak mocno stoi na nogach!

Prezydent powiedział ważne słowa: – Ufam. Uczciwość, a nie cynizm i draństwo,  na co Czcigodny odpowiedział, że on nie wierzy w jego zwycięstwo bez względu na słowa.

– To imposybilizm – dodał. – Nie takich zawodników kładłem na łopatki. Prezio jest tylko mocny w pysku, zupełnie jak moja papuga.

Opozycja jak zwykle twierdziła swoje: – Prezydent brnie w pomysły.

Zwolennicy Czcigodnego byli tak pewni jego zwycięstwa, że z uśmiechem lekceważenia leniwie sączyli słowa: – Spoko! Zobaczymy! Nie zastanawiałem się! Nasz zawodnik jest twardy jak żelazna sztaba.

W tym samym czasie Minister Uczciwości, zwany Osobnikiem o Rumianym Obliczu, niezwykle ciekawie mówił o sędziach.

– Kradną, nie są transparentni, widać na wylot, co myślą i co kradną.

– A co myślą i co ukradli – zapytał dziennikarz.

– Myślą tylko o sobie, to egoiści korporacyjni, najgorszy sort. A co do kradzieży to były one bardzo poważne: nożyczki pneumatyczne, kiełbasa oraz para zielonych skarpetek sportowych.

W parlamencie, gdzie wtargnęły kobiety w potrzebie, też nie zabrakło dynamiki. Rząd udostępnił im korytarz na konsultacje w sprawie pięciuset złotych na rehabilitację dorosłych dzieci.

– Pięćset złotych to bym prosto z serca wyjął, nie jadłbym cały tydzień, aby tylko wam pomóc. Ale od lat nie widziałem takiej kupy pieniędzy – oświadczył Czcigodny, który zjawił się prawie natychmiast na miejscu wydarzeń. Obecni byli także minister ds. długich negocjacji, premier i jego cały gabinet. Tylko ex-premier była nieobecna, ponieważ wyjechała służbowo na światowy spływ kajakowy w niezwykle ważnych i nieciepiących zwłoki sprawach państwowych. Kobietom w potrzebie przysłała telegram: „Myślę o was nieprzerwanie. Stop. Spać nie mogę z troski. Stop. Komary tu takie, że jak mnie obsiadły, to pytały siebie nawzajem: Zjemy ją tu na miejscu czy zabierzemy do domu? Stop. Cierpię, a mimo to myślę o was. Stop. Wytrwajcie. Kocham Was! Stop”.

W mieście dwie patriotki i jeden patriota narodowy pobiły Gwinejczyka Diaro, krzycząc, że nie dopuszczą, aby zaśmiecał ulice i w ogóle cały kraj. Jak kobiety zeznały po dojściu do siebie, to on ich pobił a następnie całą trójkę zaciągnął do aresztu.

Rzecznik rządu oświadczył:

– Uczyniliśmy wszystko, aby takie akty brutalności nigdy nie miały miejsca. Nie życzymy też sobie, aby obcy sprawcy zaśmiecali nam ulice i w ogóle cały kraj.

Moje książki https://tinyurl.com/y895884p

 

Kronika narodu wybranego. Odc. 13: Pierwszy Baran Nomadii

Iwan Iwanowicz wpadł do mnie jak tornado.

– Słyszał pan? Słyszał pan? – krzyknął już w progu.

– O czym? – odpowiedziałem zmieszany, że coś ważnego uszło mojej uwadze.

Trybunał Kontynentalny ogłosił właśnie wynik międzynarodowego konkursu w dziedzinie „Szybkie Drwalstwo”. Spekulowano, że wygra je kraj, skąd pochodzi ten chudy facet, o którym pisano, że wyrąbał Puszczę Saharę uzyskując tytuł Drwala Uniwersum. Tym razem to nasz kraj został wyróżniony!

– To niesamowite! – entuzjazmował się starszy pan. Przyłączyłem się do niego. – Nomadia najlepsza na kontynencie!

– Folwark Zwierzęcy przeprowadził plebiscyt, komu przyznać ten tytuł. Najbardziej zasłużoną osobą okazał się Minister Wyrębów Zielonych. To on uzyskał tytuł „Pierwszego Barana Republiki”. Wywołało to przelotne nieporozumienie wśród członków Folwarku Zwierzęcego w sprawie numeracji. Padły pytania.

– Której republiki? – Zapytał członek komisji konkursowej.

– Jak to której? Tę, którą właśnie mamy.

– Ale ona nie ma numeru. A przecież wszystkie wersje naszych republik w historii, panie świeć nad jej duszą, mają jakiś numeracje.

Zaczęto liczyć i ustalono, że obecna jest Czwartą Republiką – podsumował Iwan Iwanowicz.

– Bardzo równy numer – zauważyłem.  Mój rozmówca zgodził się.

– Jak on to przyjął? – Zapytałem. – Mam na myśli tego Ministra Wyrębu Zielonych. Tego barana.

– Przyjął to bardzo dobrze. Podziękował i wygłosił krótkie przemówienie:

Zawsze byłem baranem choć na takiego nie wyglądam, bo włos mi się nie kręci. Nawet jak miałem wątpliwości, to pół narodu podtrzymywało mnie na duchu. Baran to dobre zwierzę. Ma pancerny łeb, odporny nawet na trzęsienie ziemi. Stawiają mu pomniki. Pewien duchowny, ojciec wielkiej rodziny, bardzo zamożny i wpływowy, uznał mnie prawie za swego syna. Uwierzył we mnie. On ma tak rozwinięte uczucia ojcowskie, że wierni go kochają bardziej niż pana Boga.

Uroczystość wręczenia tytułu Pierwszego Barana IV Republiki odbyła się na lotnisku – kontynuował Iwan Iwanowicz. Atmosfera była przemiła, ciągle czuć było tam jeszcze zapach róż wręczanych z okazji naszego zwycięstwa 27:1 nad Unią Kontynentalną.

– Mamy wspaniałe barany. Najlepsze na świecie – Stwierdził z dumą Iwan Iwanowicz przed odejściem.

– I to niejednego! Bardzo nam obrodziły w ostatnim czasie – dodałem, ciesząc się, że Folwark Zwierzęcy tak trafnie wybrał najlepszego z nich.

Nawet we śnie oglądam rzeczywistość. Piramida cyrkowa.

Śnił mi się Jarosław Kaczyński, wyszedł zza pleców Augusta II Mocnego, jeszcze bardziej mocarny, trzymał na ramionach premiera Morawieckiego i ex-premier Szydło, obciążonych wielkimi premiami, a ci trzymali na ramionach marszałka Sejmu i kilku ministrów, w tym ministra Macierewicza obciążonego generałami i niezakupionymi helikopterami.

Zawiał wiatr, chyba historii, piramida zachwiała się, potem przyszedł huragan, w końcu rozległ się wielki łomot i coś zwaliło się na ziemię. Po chwili zrobiło się cicho i odczułem wielką ulgę. Nie wiem, co się dalej działo, bo obudziłem się postanawiając być prorokiem we własnym kraju.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sursum corda, Bracia i Siostry! Sursum Corda! C.d na  https://tinyurl.com/yc4bbpnd

 

Kronika narodu wybranego. Odc.12: Niezwykłe oratorium Iwana Iwanowicza

Skutki ustawy o dumie narodowej i karach za jej tłumienie okazały się niezwykle pozytywne. Wzrosły uczucia patriotyczne. Mężczyźni poczuli się jędrniejsi i kupowali mniej viagry, kobietom powiększyły się piersi, a karmiącym matkom ilość zsiadłego mleka w lodówce. Były też inne korzyści zdrowotne: obywatele zgłaszali mniejsze ilości łupieżu na ramionach oraz gęstnienie włosów na piersiach. Pewien młodzieniec twierdził, że jego łysina nie tylko przestała się powiększać, ale cofnęła się całkowicie i wróciły mu włosy tak silne, że rodzina porównywała go z niedźwiedziem, uważając nie bez kozery, że gdyby tonął, to można by go z łatwością wywlec za kudły z wody. Ponieważ poszukiwał pracy, sugerowano mu, aby przyjął się do cyrku i podnosił stolik w zębach dla zademonstrowania potencji.

Z obrotu spraw niezadowolone pozostały tylko firmy produkujące suplementy i kosmetyki, ponieważ konsumenci zgłaszali ustępowanie opryszczki i poprawę jakości cery.

Informacje o efektach dumy narodowej przedstawiano w telewizji, pokazując na zdjęciach coraz lepszy stan zdrowia i samopoczucia narodu. Kiedy okazało się, że jednemu z posłów partii rządzącej „Tkliwość i Ska” nie tylko wzmocnił się głos, ale i poprawiło zdrowie psychiczne, rząd stworzył specjalny fundusz promocji dumy narodowej jako środka o właściwościach leczniczych.

Iwan Iwanowicz z uwagą obserwował rządową promocję dumy narodowej za granicą. Szczerze też podziwiał rząd, że samotrzeć wywołał kaskadę pozytywnych wzruszeń wśród obcokrajowców, którzy przecież nie zawsze życzyli narodowi Nomadów wszystkiego najlepszego.

Postanowił to uczcić. Następnego dnia, po nocy wypełnionej historycznymi snami, poinformował członków spotkania przy krawężniku, że będzie spisywać nieprawdopodobne osiągnięcia rządu. Zamysł ten dedykował premierowi, ministrom, wiceministrom i ich pomocnikom jako dodatek do skromnych uposażeń, jak również temu, co czuwa nad premierem.

Zebrani uznali jego tajemnicze odniesienie za niezwykle poetyckie i pełne uczuć

, domyślając się, że dotyczy ono Jego Czcigodności.

– Oby żył on wiecznie na wzór Ramzesów egipskich – wyraził się Iwan Iwanowicz i westchnął tak serdecznie, że aż żal było go słuchać, zwłaszcza kiedy zdano sobie sprawę, że jego postulat jest nie do spełnienia. Moment później przez uduchowioną twarz przewodniczącego zebrania przemknął jakby promyk nadziei, że a nuż zdarzy się cud i Jego Czcigodność okaże się nieśmiertelny, a co najmniej długowieczny jak biblijny Matuzalem.

Później w rozmowach Iwan Iwanowicz upierał się, że ludzie mogą żyć bardzo długo, jeśli tylko mają w sobie odpowiednią moc i pragnienie, ale nikt mu już nie wierzył.

 

Kronika narodu wybranego. Odc.11: Bolesny sen Iwana Iwanowicza

– Znowu śnił mi się Folwark zwierzęcy im George’a Orwella – poskarżył się Iwan Iwanowicz na zebraniu, gdzie w ramach demokracji wzorowanej na uczciwym zegarku szwajcarskim dyskutowano sprawy od Sasa do Lasa, w tym delikatną jak pajęczyna materię praworządności, w której ludzi i meble można przestawiać i zawieszać na kołku, oraz dumę narodową, przedmiot czułej troski rozkochanego w narodzie rządu.

– Był to sen krótki jak świst bata, lecz bolesny, bo nie w powietrze, tylko na gołą skórę, w dodatku na moją własną. Nie mogąc zasnąć liczyłem spokojnie barany, które rozbrykały się szalenie i zaczęły krzyczeć: nie damy się, nie będzie wróg pluć nam w twarz oskarżeniami i pomówieniami o niecne intencje. Wtedy odezwały się inne zwierzęta, o których władza folwarczna starała się zapomnieć, bo głośno gardłowały.

– Wyświadczyliście niedźwiedzią przysługę całemu folwarkowi, bo teraz wszyscy będą szukać dziur we wspaniale reformowanej praworządności i liczyć, jaka była proporcja szlachetnych zwierząt do podłych, i nie daj Boże okaże się, że nie była ona pięć do jednego, ale znacznie gorzej. Dotychczas byliśmy wyróżniani jako nacja dobrej woli, to teraz może wyjść na jaw, że nie było tak słodko, i że są na to dowody w postaci donosów, listów, zapisów i zeznań świadków, i że wszystkiemu można zaprzeczyć, ale nie czarnym literom na białym papierze.

– Osiągnęliśmy skutek odwrotny do zamierzonego, my cnotliwe i szlachetne w intencjach istoty – odezwał się samokrytycznie głos samotny jak cnota w gronie cichodajek.

Inne barany zaczęły ciskać w niego kamieniami z napisami ”Idziemy w zaparte”, „Hej, kto rodak na bagnety” oraz „Nie będą obcy pluć nam w twarz”. Krzyczały także, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi, na co odezwały się inne zwierzęta folwarczne, że cnota jest prawdziwa dopiero wtedy, kiedy jest się cnotliwym od A do Z, a nie od A do L albo od L do Z, albo jeszcze inaczej – tak dopowiedział resztkę krótkiego i bolesnego snu Iwan Iwanowicz, potomek dwóch narodów i trzech narodowości, co jest dzisiaj niepopularne zwłaszcza na folwarkach, gdzie preferuje się rasy czyste i jednoznaczne.

Barany pozostały dumnie uparte i szły dalej za przewodnikiem do koryta niezaspokojonych pragnień, w którym woda robiła się coraz bardziej mętna, może dlatego, że zbliżała się wiosna i trawa uderzała zwierzętom do głowy – ktoś to tak dziwnie skomentował, ale nikt go nie słuchał w żywej atmosferze niedźwiedziej przysługi.

Kronika narodu wybranego. Odc. 10: Nazywajmy rzeczy po imieniu

Historia naturalis palmarum

Słonecznym rankiem, kiedy fanfary przedwiośnia budziły ludzi radosną pobudką, Iwan Iwanowicz, wspomagany dodatkowo darem bezsenności, przedstawił tajemnicę nazywania rzeczy po imieniu. Stało się to przy krawężniku, miejscu objawień demokracji bezpośredniej. Przyszło mu to tym łatwiej, że był pijany, w stanie określanym przez mieszkańców tropików jako „muy embriagado”, czemu zawdzięczał upojne wizje i kolorowe przemyślenia. Zapytany, jak przeżywa stan uniesienia emocjonalnego i intelektualnego, skwitował krótko:

– Czuję się tak samo jak cały kraj.

Uspokoiwszy się, kontynuował.

– Nazywajmy rzeczy po imieniu – zaczął, wynosząc pod niebiosa Czcigodnego, przywódcę partii i narodu. Uznał za rzecz nadzwyczajną połączenie w jednym umyśle i sercu tych dwóch wielkich bytów. Z Czcigodnym, jak się okazało, łączyła go zażyłość historyczna.

– Bardzo dobrze go rozumiem, należymy do tej samej kategorii geriatrycznej, inaczej mówiąc jesteśmy synami ustroju robotniczo-chłopskiego wspomaganego przez inteligencję pracującą. Premier Cudny też jest wytworem tego samego ustroju rozłąki z rozumem, z tą różnicą, że nie jest on synem, ale jego wnukiem. Mądrość ustroju nabył on w sposób naturalny wraz z mlekiem matki i poglądami ojca wracającego tęsknotą do lat młodości, kiedy to naród stał nad prawem jak złota brama nad wjazdem do królewskiej rzeźni.

Z Mężem Czcigodnym łączy mnie historia, pobrane nauki, zwyczaje i nawyki. Rozumiem, co go dręczy, ponieważ dobrze pamiętam niespełnione pragnienie ówczesnej władzy uszczęśliwienia narodu. Czyż nie jest to piękne, że dobrobyt w ojczyźnie tworzony jest dzisiaj przez człowieka ukształtowanego przez naszą wspólną, histeryczną przeszłość, i jest to dobrobyt obowiązkowy? Gdzie indziej dobrobyt jest dobrowolny, chcesz to bierz, a nie chcesz, to nie bierz, ale nie u nas. Musisz go wziąć, bo rozumna władza wie najlepiej.

Po krótkiej czkawce, Iwan Iwanowicz pociągnął temat dalej.

– Czcigodny i pan premier stworzyli już ekonomiczny fundament dobrobytu. Aby nie rzucać słów na wiatr, przedstawię wyliczenie. Dzisiaj, na przedwiośniu, rzodkiewki z Włoch, pęczek zawierający 10 sztuk, były w warzywniaku po złotówce. W przeliczeniu na przeciętną premię w wysokości 75 000 zł, znaczy to 750 000 sztuk. Jeśli przeciętny obywatel będzie jeść z umiarem, powiedzmy 5 sztuk dziennie, to premia zapewni mu rzodkiewki przez 150.000 dni, co daje 410 lat zdrowego odżywiania. Tylko za jedną premię roczną!

Iwan Iwanowicz poruszał ustami, testując kubeczki smakowe, aż w końcu – wciąż myśląc o świeżych warzywach – poczuł smak włoskiej pizzy o kształcie pieroga, jaką kiedyś zachwycił się w Wenecji. Wspomnienia przeszłości przywróciły go na tory rozważań o Mężu Czcigodnym.

– Wszyscy go znamy i kochamy – podjął wątek. – Ciało lekko pulchne, łagodne zaburzenie kaszkietu wywołane kryjącą się pod nim siwizną. Dla wielu osób, które go ubóstwiają – nie to co ja, który go cenię, a nawet szanuję za pomysłowość i dobre intencje – pełni on wzór męża opatrznościowego.

Porównania wyczerpały mówcę. Machnął ręką, dając znak, że już skończył mowę pochwalną i nie zamierza więcej absorbować zebranych swoim zauroczeniem władzą. Powitano to mieszanymi oklaskami.

Kronika narodu wybranego. Odc. 9: Sen na jawie, słowa i ich interpretacja

 CharmLG by Louis-Garden

Na pytanie dziennikarki o przemówienie Prezydenta, jego rzecznik, osobnik pucołowaty, w czarnym kusym paletku na pulchnym organizmie, odpowiedział uśmiechając się różowawo na twarzy, bo było bardzo zimno:

– Pan Prezydent tego w ogóle nie powiedział w pełni świadomości. Jemu to się śniło i on to mówił przez sen.

– W pełni dnia, na świeżym powietrzu, w obecności setek ludzi?

– Właśnie. Dokładnie tak. Wszyscy to widzieli. Śni się również na jawie! To pani tego nie wiedziała? To niezwykłe. Niby taka znana dziennikarka, a nie wie podstawowych rzeczy! – nie mógł się nadziwić rzecznik

– Czy oni wszyscy muszą być tacy pulchni i pucołowaci – zadała sobie pytanie dziennikarka, przemilczała jednak odpowiedź jak każda rozważna kobieta unikająca publicznego komentowania męskich przypadłości.

– Wyjaśnię pani z całą wyrazistością – kontynuował rzecznik – cytując fragmenty wypowiedzi pana prezydenta: co tam nasz kraj, najważniejsza jest Unia Kontynentalna, że bywają takie głosy, że ponad sto lat zaborów, że kraj taki wielki zniknął z mapy, a może to lepiej, bo wreszcie swary się skończyły i rozkosze, wszystkie insurekcje, wojny, awantury, konferencje, nie mamy już na to żadnego wpływu, bo jesteśmy małymi dziećmi, bo gdzie indziej decyduje się o naszych sprawach, zabiera nam się kieszonkowe, które zaoszczędziliśmy z wielkim trudem i pracujemy jak niewolnicy na innych, i nic nie czujemy. Ja przynajmniej nic wtedy nie czuję, kiedy mówię, jak niewolnik pracując na kogoś, kogo nawet poważam, bo mu dużo zawdzięczam, ale tak nie buduje się rzeczywistości – zakończył rzecznik na ostatnim oddechu przytaczając słowa prezydenta, po czym znowu podjął.

– Pan prezydent, owszem, tak powiedział, ale przez sen i to nie całkiem własny, przez to nie miał na myśli tego, co powiedział, ale zupełnie coś innego. Jego słowa nie odnosiły się do Unii Kontynentalnej, którą szanuje i doskonale zna, bo przecież dłuższy czas tam terminował, brał nie takież to znowu nadzwyczajne pieniądze, wykonywał różne znaczące prace, czytał i oznaczał ważne akta prawne, a raz nawet redagował fragment ustawy o hodowli rasowych królików, które muszą być jednowymiarowe, czemu on się sprzeciwił i to zostało dobrze przyjęte i uznane przez Unię. Pisała o tym potem cała prasa. Co do imienia i nazwiska, to Prezydent jest tylko pseudonimem literackim, teraz właściwy jest tytuł Najwyższy Urzędnik Państwa, zwany Głową albo Duą, co jest naturalne, bo wszyscy jakoś się nazywamy i jest to już tradycja i historia, która kiedyś bez wątpienia też doczeka się pomnika.

Co do pseudonimu, że niby taki literacki, to pan prezydent umie pisać, czytać i mówić, i na tej podstawie twierdzi z pełnym przekonaniem, i ja mu wierzę, że wie co czyta, pisze i mówi, nawet kiedy nie mówi od siebie tylko przemawia w czyimś imieniu, kogoś bardzo ważnego. Jest to rzecz zupełnie zrozumiała w naszych warunkach klimatycznych, kiedy jest tak zimno, że człowiekowi osobiście nie chce się gęby otworzyć, zwłaszcza kiedy jest bardzo ważną osobą – podsumował rzecznik.

– Pan Dua znany jest podobno z szybkiej i niechybotliwej jazdy na nartach? Czy to prawda? – zapytał jeszcze dziennikarka, aby oryginalną informacją nadać dodatkowej świeżości wywiadowi.

– Tak, to prawda, z tym, że nie to jest najsilniejszą cechą Duy, używajmy tego skrótu, to ogromnie upraszcza porozumiewanie się, co jest ważne dla naszego ukochanego kraju, przez nas uczciwych urzędników państwowych zwanych ojczyzną, a nie wiadomo jak zwanych przez opozycję, ulicę i zagranicę – rzecznikiem wstrząsnęło, kiedy wymawiał trzy ostatnie słowa; o mało co nie uwięzły mu one w gardle ze zgrozy i niepokoju, co stałoby się, gdyby wymienione elementy mogły o czymkolwiek decydować.

Dziennikarka pomyślała, że to wszystko to bełkotliwa interpretacja wypowiedzi wszystkich krajowych najwyższych urzędników państwowych, ale nie była pewna, czy tak szeroka definicja ma ręce i nogi, podobnie jak je mają wszyscy normalni ludzie w Nomadii.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Kronika narodu wybranego Odc. 8: Premier wygłasza przemówienie o wypędzonych

Gaius Marius na wygnaniu

W pięćdziesiątą rocznicę wypędzenia premier Cudny wygłosił przemówienie na uczelni wyższej.

– Nie takiej znowu wyższej, skoro zdołał się tam dostać – drwiła opozycja, jak zwykle niechętna rządowi i wszystkiemu, co go otacza.

Premier mówił z pamięci, ale czytał z kartki. Robił to dyskretnie, z dystynkcją, z której był znany. Wszyscy cenili go także za powab osobisty i mówienie językami, bo spośród członków rządu tylko on robił to udanie i z wdziękiem. Premierowi chodziło w tym wypadku jednak o dokładność, a nie o wywarcie wrażenia.

– Z wypędzonymi to było tak, że ich wypędzono, ale to nie byliśmy my, tylko obce mocarstwo, które u nas rządziło i opętało umysły ówczesnej władzy, która nie była nasza, choć mówiła naszym językiem. Naszego państwa, ukochanej Nomadii, jeszcze nie było. I tę prawdę trzeba odnaleźć. 

– A kiedy i gdzie pan się urodził, panie premierze? – Zadał pytanie dziennikarz, na którego wszyscy sykali z niezadowoleniem, bo taką datę to zna każdy porządny obywatel. – Przecież pan się urodził w roku wypędzenia. Czy to znaczy, że pan nie urodził się w Nomadii, tylko za granicą?

Premier zamyślił się głęboko, aby przypomnieć sobie szczegóły, co nie przyszło mu łatwo, bo soczewki okularów zaszły mu mgłą wzruszenia i słabiej widział rzeczywistość.

Świadkowie wypędzenia mieli inne wyobrażenia, jak to było, ale i tak to nic nie zmieniło, bo nazwa „świadek” źle się kojarzyła z religią, w której wyznawcy zapominają leczyć swoje dzieci, kiedy w grę wchodzi transfuzja krwi. Sprawa ta miała trochę wspólnego z wypędzonymi, bo oni też byli odmiennej religii, co nie wszystkim się podobało.

Po namyśle Premier powiedział:

– Pytanie jest dobre, nie powiem, nawet o tym kiedyś myślałem, ale umknęło mi to z pamięci. Jak państwo wiecie, jestem patriotą i zawsze chciałbym, aby wszyscy rodzili się w naszym kraju, co nie zawsze jest możliwe.

Po tym wyjaśnieniu premier jeszcze raz się zamyślił i wyjaśnił:

– Co do roku i miejsca mojego urodzenia, to nie mogę się wypowiedzieć. Byłem wtedy za mały, aby to pamiętać. Mogę państwu powiedzieć, jaki był kolor moich pieluch, ale nic więcej nie pamiętam. Potem to już zajmowałem się sprawami poważniejszymi i karierą zawodową, która udała mi się nadzwyczajnie dzięki przewodnictwu naszego ukochanego Męża Czcigodnego.

W dowód uznania dla premiera za słowa serdecznej podzięki i szacunku dla starszych zebrani wstali i wyrazili swój szacunek minutą milczenia. Wcześniej wyszedł z sali naukowiec też starszej daty, który dobrze pamiętał wypędzenie i wypędzonych. Tłumaczył się dolegliwościami wewnętrznymi.

– Kiedy wzrusza mnie przemówienie, zawsze boli mnie brzuch. To jakieś uczulenie. Cholernie tego nie lubię – wyjaśnił z żalem.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 7: Pokutnicy

Na wieczorne posiedzenie parlamentu premier Cudny przybył wraz z całym gabinetem. Był to poruszający widok; mężczyźni mieli na sobie grube, czarne włosienice, kobiety podobne, lecz w jaśniejszym kolorze z delikatniejszej tkaniny. Wchodząc zawodzili z wielkim żalem i posypywali sobie głowy popiołem.

– Przyszliśmy tutaj – wzruszony premier ogarnął wzrokiem stadko najbliższych współpracowników – aby się pokajać i prosić o przebaczenie. Wzięliśmy pieniądze, które nie były nasze, prawdziwe srebrniki, które nam wciśnięto, ale to była nasza wina, że nie domyśliliśmy się, że nie wypada ich brać.

Słaniając się po brzemieniem winy premier poprosił ministrów o zwrot pieniędzy.

– Co kto może! – zachęcał. Śmiało! – wołał.

Ministrowie oddawali pieniądze z płaczem radości. Niektórzy bili się w piersi i krzyczeli przejmująco: Mea culpa! Mea culpa! Mea culpa! Na początku pieniądze rzucano na tacę stojącą przed ławą jego Czcigodności, który patronował akcji pokajania błogosławiąc podchodzących, potem do wielkiego kosza, w końcu na stos na środku sali. Wkrótce urosła tak wielka góra pieniędzy, że trzeba było przesunąć ławy parlamentarne, aby zrobić miejsce.

Posłów opozycji, cyników z natury i przekonania, serdecznie poruszyły żal i szczerość intencji członków rządu. Nastąpiło wielkie rozrzewnienie; rząd i opozycja padali sobie w ramiona, wybaczając sobie nawzajem przewinienia.

Potem nastąpiła druga część uroczystości. Na wniosek premiera ustawili się w kolejce ministrowie, wiceministrowie i sekretarze stanu pragnący złożyć rezygnacje ze stanowisk. Marszałek zaczął ich liczyć, lecz musiał przerwać, ponieważ wciąż dochodzili nowi. Pierwsze liczenie dało wynik 17, drugie 46, trzecie 92. Tłum gęstniał, zrobiło się duszno, otworzono okna. W tym momencie marszałek przerwał uroczystość, oświadczając głośno: – Nie mogę pozwolić na dalsze rezygnacje, bo nikt nie zostanie rządzie. Uczciwość rządu przerosła moją wyobraźnię.

Po wygłoszeniu tego oświadczenia marszałek poprosił wszystkich posłów o powstanie i uczczenie uczciwości rządu minutą milczenia. Całą uroczystość transmitowała telewizja publiczna.

Kronika narodu wybranego. Odc. 6: Nadzwyczajna rola tasaka

  Tasak Parang.

W parlamencie nastał sądny dzień. Premiera Cudnego oskarżono o niewyobrażalne czyny i skłonności; jeśli nie sadystyczne, to co najmniej rzeźnickie. Przeczuwał to, gdyż idąc na salę obrad, zaplątał się we własne nogi i mało nie upadł. Uratowała go tylko świadomość, że służy słusznej sprawie i głosi prawdę z wysokości tych właśnie nóg.  

– Nie taki on cudny, skoro tasakiem posiekał ogromny majątek na drobne kawałeczki jak zwykłego kurczaka i rozdzielił je między rodzinę i biednych ludzi – krzyczała opozycja.

Dla rozjaśnienia sprawy zaczęto liczyć obdarowanych: krewnych, kuzynów, pociotków oraz wszystkich uszczęśliwionych biedaków. Okazało się, że premier jest bogatszy w rodzinę i ubogich znajomych niż w pieniądze, gdyż niewiele zostało mu z podziału. Ta przejściowa konkluzja zdezorientowała audytorium. Niektórzy posłowie wręcz pogubili się i wyciągali smartfony, aby się odnaleźć korzystając z GPS.

Premier bronił się stosując różne taktyki. A to milczał, a to odwracał się plecami do pytających; w końcu zwrócił się frontem do kolegów i koleżanek tej samej orientacji majątkowej, którzy dla dodania mu otuchy trzymali nad głowami wielki portret Czcigodnego Męża .

Nie wszyscy posłowie ocenili premiera negatywnie. Byli i tacy, co dostrzegli jego nadzwyczajne umiejętności żonglerskie, użyteczne w polityce, zwłaszcza międzynarodowej, kiedy ma się do czynienia z ludźmi innej kultury i obyczajów, chętnie oglądających sztuczki, jakich jeszcze nie widzieli.

Oprócz zarzutów, było także dużo pytań. Pytano przede wszystkim, czego premier się wstydzi i czy jest wstydem zarabianie dużych pieniędzy. Było to niepotrzebne, bo i tak wszyscy znali odpowiedzi.

Koledzy i koleżanki premiera wspierali go przysłowiami: „dobrym pomysłem i zręczną pracą nawet bogacze się bogacą”, „bogatemu to i byk się ocieli”, „pieczone gołąbki nie lecą same do gąbki”, „bez pracy nie ma kołaczy” oraz „nie wstyd jest zarobić godziwe pieniądze, nawet całą górę”.

Po ostatnim porzekadle padło rzeczowe pytanie: – Komu szkodzą góry pieniędzy, zwłaszcza zimą, kiedy tysiące ludzi jeździ na nartach, kiedy nawet sama głowa państwa lubi sobie szusnąć w dół w kolorowym czerwonozłotym kasku? Było to pytanie merytoryczne, bo nikt nie usiłował nawet na nie odpowiedzieć.  .

Skąpany w deszczu okrzyków premier nie załamał się, wręcz przeciwnie, dał pokaz przytomności umysłu: pochylił się, wyciągnął składany parasol i rozpiął go, aby przeczekać burzę. Tak go potem pokazywano w telewizji, twardego jak skała, opanowanego, z dumnie podniesionymi okularami ze szczerego złota, czekającego na uspokojenie umysłów wzburzonych siekaniem dużych pieniędzy na kawałki jak kurczaka.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 5: Koniec procesu ewolucji

Od autora. Wciąż eksperymentuję. Czytelnicy przedstawili mi uwagi, które wykorzystuję, aby znaleźć najlepszą formułę powieści. Zmieniam tytuł i nazwiska niektórych bohaterów. Dokonam odpowiednich zmian wstecz, w poprzednich odcinkach.

Cz. 5: Koniec procesu ewolucji.

Późnym popołudniem w sobotę Komitet Polityczny premiera Pięknego, zwanego też Chudym, podsumował:

– Dotarliśmy do końca łańcucha ewolucji. To szczyt rozwoju. Dalej już nie pójdziemy, nie ma sensu ani potrzeby, bo tylko możemy spaść.

Na czele komitetu stał mężczyzna słusznego wniosku, o wydatnych wargach i zniewalającym uśmiechu. Występował często w telewizji, wygłaszając teorie na temat polityki międzynarodowej. Był tak lubiany, że widzowie robili sobie z nim selfie. Był też idolem dzieci, kobiet i sfer intelektualnych, u których miał kredyt zaufania wielkości szafy. Była to masywna dawka. Na polityce znał się jak mało kto. Pracował kiedyś w teatrze i nakładał maseczki kosmetyczne na twarze aktorów, pod którymi ukrywali swoje prawdziwe twarze, aby ujawnić oblicza wielkich postaci historycznych. W ten sposób dyrektor komitetu politycznego ocierał się wybitnych mężów stanu Talleyranda, Lenina, Gandhiego, Mao Zedonga, Churchilla. Ich wiedza polityczna spływała na niego.

Delegacja komitetu udała się po akceptację wniosku o osiągnięciu szczytu rozwoju do Męża Świątobliwego, przez obcych zwanego Samotnikiem, przez swoich Czcigodnym, przez współpracowników Szefem. Był dobrze strzeżony; delegacja posuwała się naprzód raz po raz sprawdzana przez straż. Idąc spekulowali, że może znajdzie dla nich chwilę wolnego czasu, może czyści sobie buty albo w zamyśleniu bawi się smartfonem. Kiedy weszli do jego gabinetu, gładził ręką czarną skórę, sprowadzoną z Egiptu. Wyglądała jak żywa, sypały się z niej skry. Gospodarza wyraźnie to bawiło, gościom też podobała się zabawa. Domyślili się, że jest to forma miłości okazywana przez niego istotom żywym.

Świątobliwy wniosek zaakceptował, po czym uprzejmie skinął ręką, aby sobie poszli i więcej mu nie przeszkadzali. Odchodząc, zapewnili go jeszcze raz, że naprawdę osiągnęli koniec łańcucha ewolucji, poza którym nie ma już dalszego rozwoju.

– Wiedziałem to od dawna – odpowiedział z powagą, na jaką zasługiwały jego słowa.

Następny dzień, była to niedziela, dla dobra społeczeństwa zamknięto wszystko na klucz łącznie z toaletami publicznymi. Panowała cisza, idealne warunki do kontynuacji obrad parlamentu.

Rześko ruszyli z debatą nad pozostałymi reformami. Opozycja prawie nie zabierała głosu, ewolucyjnie mniej rozwinięta nie wiedziała, jak się zachować. Kiedy wreszcie otworzyła usta i wydobyła z siebie niezdarne słowa, dyskusja tak się ożywiła, że w powietrzu latały przekleństwa i wyzwiska, a jej uczestnicy nazywali siebie małpami.

Wieczorem komitet polityczny, była już godzina dwudziesta druga albo i później, osiągnął porozumienie. Ujął to słownie przewodniczący komitetu:

– Doszliśmy do końca łańcucha ewolucji, do szczytu rozwoju, ale na innym, wyższym poziomie. Wizyta u szefa bardzo nam pomogła. Teraz już jesteśmy pewni, że nie jesteśmy wyłącznie istotami człekokształtnymi, tylko neandertalczykami. Dalej już nie pójdziemy; nie ma sensu ani potrzeby. Dokończymy jedynie reformy uszczęśliwienia narodu. Zostało nam już mało czasu.

Deklaracja przewodniczącego została przyjęta tak gorącym aplauzem, że trzeba było otworzyć okna, aby schłodzić atmosferę.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Najserdeczniejsze życzenia z okazji Dnia Kobiet

W dniu, co tu dużo gadać, niezwykle kobiecym, z okazji Międzynarodowego Dnia Powszechnej Radości,
wszystkim Paniom, małym, średnim i dużym,
babciom, mamom, córkom i wnuczkom,
mężatkom oraz dziewczynom marzącym o schwytaniu małżeńskiego szczęścia za owłosione nogi,


a także – aby nie dyskryminować – córom Koryntu, gejszom i przedstawicielkom innych organizacji pogotowia ratunkowego dla mężczyzn,
a nawet mężczyznom, którzy psychicznie i cieleśnie przeszli na kobiecość,
życzę Wszystkiego Najlepszego, a konkretnie:

  • zasobnego jak niemiecki portfela,
  • australijskiej pogody w domu i w sercu jak rok długi i szeroki,
  • egzotycznych wycieczek do krajów, gdzie na złocistej plaży słońce nie zachodzi,
  • szalonej miłości, która się dobrze kończy,
  • wyśmienitego samopoczucia w każdej chwili cyklu,
  • mniej złego a więcej dobrego cholesterolu,
  • więcej dietetycznych owoców i warzyw, i to w ekologicznym wydaniu,
  • mniej zanieczyszczeń, a więcej powietrza w tym, co nas otacza,
  • dużo zdrowego ruchu na łonie przyrody,
  • psa, który wyprowadza na spacer bez względu na pogodę, zdolnego boleśnie pogryźć prezesa, który tylko koty rozpieszcza,
  • większych piersi, jeśli obecne są za małe i (rozsądnie) mniejszych, jeśli są za duże,
  • kosmetyków przywracających wiek maturalny w niepełne dwa tygodnie,
  • cudownie chybotliwych pośladków na wysokich obcasach, które wprawdzie naciągają ścięgna, ale jakżeż serdecznie kojarzą się mężczyznom,
  • lekkiej pracy za duże pieniądze,
  • więcej ciała, jeśli obecne jest zbyt skąpe lub mniej, jeśli zbytnio rozciąga sukienkę,
  • dzieci nieskończenie urodziwych, rozumnych, grzecznych i pomocnych,
  • męża, który byłby ozdobą i chwałą rodziny finansowo wypasioną jak szejk arabski,

  • cierpliwości wobec władzy, która nawet jeśli jest dana od Boga, to nie jest nieśmiertelna,
  • życiowej mądrości, aby nam błędów nie wytykano.

W końcu i przede wszystkim, pełni zdrowia, szczęścia i pomyślności.

Michael Tequila

P.S. Drobny upominek ze zbioru poezji „Klęczy cisza niezmącona":

Rozwierasz dłonie

Rozwierasz dłonie kwiatami pachnące
– ja je całuję,
otwierasz serce miłością tętniące
– ja je miłuję,

płaczesz ze smutku, z nieznanej przyczyny
– ja z Tobą szlocham,
śmiejesz się warg rozchylając karminy
– taką Cię kocham.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin: https://tinyurl.com/y7cza5nc