Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 68: Śmierć burmistrza

– Burmistrz zmarł około północy pchnięty ostrym narzędziem w klatkę piersiową. Prawie bez śladów. Nie można wyobrazić sobie prostszej i doskonalszej zbrodni. – Lekarz sądowy sucho relacjonował wydarzenie. Ekipa dochodzeniowa była w szoku. Burmistrz był postacią znaną i lubianą. Niedawno wybrano go dużą przewagą głosów na trzecią kadencję.

– Jak do tego doszło? Kto to mógł zrobić i dlaczego? – Lekarz, mężczyzna czterdziestoletni, doświadczony fachowiec, nie mógł otrząsnąć się z przygnębienia.

– To musiał być ktoś, kogo ofiara znała. – Komendantka posterunku policji, Ewa Padano, dzieliła się swoimi przypuszczeniami. Była młoda i energiczna, bezwzględnie zdecydowana znaleźć zabójcę, aresztować go i postawić przed sądem. – Mogę sobie to wyobrazić. – Kontynuowała z przekonaniem. – Ktoś zapukał do drzwi i burmistrz zapytał: Kto tam? Odpowiedział mu znajomy głos. Burmistrz zdziwił się trochę, że ten ktoś przychodzi tak późno, ale otworzył drzwi. Wtedy morderca uderzył i odszedł. Żona burmistrza znalazła ciało nad ranem. Jest teraz pod opieką psychologa. Mówiła, że mąż nie był zdenerwowany ani niespokojny mimo fatalnej pogody. Prawdopodobnie był to ktoś, kogo on znał. – Policjantka powtórzyła swoje wcześniejsze przypuszczenie. – Nie znaleźliśmy odcisków palców ani żadnych innych znaków w domu ani na zewnątrz. Wilgoć rozmyła ślady na dworze. Robi się coraz ciemniej, ale od rana zaczynamy od nowa. Przyjedzie specjalista od daktyloskopii.

*****

Ksiądz Terrano poczuł nieprzyjemny ucisk w dołku, kiedy do parafii dotarła tragiczna wiadomość. Była na ustach wszystkich osób, które  znały burmistrza. Tajemnica śmierci powszechnie znanego człowieka okazała się studnią, w której utonęła prawda o mieszkańcach miasta, ich uczuciach i sumieniach. Dla policji była to trudna sprawa. Za dużo było możliwości. Zbrodni mógł dokonać każdy obywatel miasteczka lub ktoś z zewnątrz, zupełnie nieznany. Policja odkryła, był to jedyny pewny fakt, że ofierze zadano dwa śmiertelne ciosy ostrym narzędziem prosto w serce. Tylko czas mógł ujawnić prawdę. Wszyscy czekali na nią z niecierpliwością.

Sefardi i Amizgao nie kontaktowali się ze sobą przez kilka dni. Obydwaj byli w szoku. Myśleli o swoim spotkaniu, rozmowie i zabawie, o tym, czym one były. Zbiegiem niezwykłych okoliczności, nienormalnej pogody, szalonej wyobraźni czy kilku kieliszków wina? Obydwaj nie mieli żadnego alibi, ale to akurat było bez znaczenia. Nikt ich o nic nie pytał.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 67: Zabawa w morderstwo

Około godziny dwudziestej pierwszej niespodziewanie zadzwonił do niego ksiądz Terrano.

– Myślałem o tobie, Sefardi. To chyba dobra pora, aby zapytać cię o zdrowie i przekazać pozdrowienia. Jestem adoratorem twego talentu. Wyrazy uznania w taką noc mogą tylko przynieść ci pocieszenie. Oczywiście, moje słowa o uznaniu potraktuj jako żart w odróżnieniu od tych o pocieszeniu. Księża też potrafią kłamać. Bez tego nie byliby ludźmi, tylko sztucznymi tworami. Jestem pocieszycielem, Sefardi, przymawiającym się o odrobinę ciepła. Powiedz mi coś sympatycznego.

– Powinieneś pisać książki, a ja powinienem być duchownym. Zawsze podobało mi się księżowskie dolce vita. Teraz poważnie. Dziękuję za telefon. Noc jest straszna, lepka i śmierdząca, prawdziwe wysypisko gazów. Jedyna pozytywna rzecz, jaka nasuwa mi się na myśl, to wymordowanie wszystkich łajdaków, na oko dziesięć procent społeczeństwa.

– Mówisz okropne rzeczy. Z pogodą to prawda. Wracam na plebanię, jestem w twojej okolicy i widzę, co się tutaj dzieje. Ta dzielnica leży w niecce terenowej, stąd ta obrzydliwa mgła. Widoczność jest fatalna. Jest tak zła, że chyba będę musiał zatrzymać się. Prawie nic nie widać.

– Jeśli tak, to zapraszam cię do siebie. – Sefardi ucieszył się ze zbiegu okoliczności. – Twój przyjazd, Amizgao, uchroni mnie przed nieszczęściem. Jestem meteopatą, fatalnie odbieram taką pogodę.

– Wpływa ona źle na każdego. Sam czuję się nie najgorzej, tylko dziwnie, jakby ktoś obcy we mnie siedział. Sam nie wiem, o co chodzi.

*****

Kiedy światła reflektorów oświetliły przez okno wnętrze salonu, Sefardi wstał z fotela i otworzył drzwi. Sutanna księdza wyłaniała się z ciemności jak na filmie, powoli, ciągnąc za sobą mgłę wypełniającą ramy drzwi.

– Oto mroczna postać mordercy. – Wyobrażenie bezwiednie nasunęło się Mistrzowi. Myślał obrazami. – Witam księdza i zapraszam do środka.

Usiedli w gabinecie gospodarza, gdzie na stole znajdowała się już wędlina, chleb, sałatka warzywna i butelka wina, rekwizyty bezpretensjonalnej gościnności. Mistrz lubił teatr, czasami dla czystej przyjemności obmyślał scenariusze teatralne. Na stole, rekwizycie spektaklu jaki przyszedł mu do głowy, nie było żadnej wybujałości, perwersji szampana, wyszukanych dań z ryb mamiących wzrok bardziej niż zgrabna tancerka przy drążku.

Rozmowa przyjaciół przebiegała spokojnie do czasu, kiedy gospodarz zaproponował nagle: „Zamordujmy kogoś, Amizgao”. Jakby przewidując reakcję całkowitego zaskoczenia i zdziwienia rozmówcy, dodał z powagą: – Mówię szczerze.

Ksiądz żachnął się, zesztywniał i zaniemówił. Oczy mu się zaokrągliły ze zdziwienia, usta lekko otworzyły. Kiedy odzyskał głos, zaśmiał się głośno.

– Wiesz, Sefardi, ja naprawdę uwierzyłem w twoje słowa. Powiedziałeś to tak szczerze. To niesamowite. Jesteś urodzonym aktorem. Chyba alkohol rozwiązał ci język, dał nam obydwu więcej śmiałości.

– Mówię szczerze. – Powtórzył Mistrz poważnie, bez śladu uśmiechu. – Sposobność tworzy mordercę. Jest nią mgła i mrok, i wywołane przez nie złe samopoczucie. Sposobność żąda działania od mordercy, stwarza motywację, ubezwłasnowolnia go. W taką noc stajesz się psychopatą. Każdy. Ty, ja, wszyscy!

Ksiądz zrozumiał, że jest to gra, zabawa wyobraźnią. Dla przyjemności współuczestnictwa w tajemniczym misterium przyjął wyzwanie.

– Kogo zamordujemy? – Wpadł w rolę. – Jestem gotów. Omówmy to. Czekam na propozycje.

Sefardi popatrzył przeciągle i uśmiechnął się. Ucieszył się, że znalazł partnera do realizacji niezwykłego czynu.

– Burmistrza. Tego łajdaka. – Oświadczył bez wahania. Nie ma tu nic do wyjaśnienia. Ten kryminał pisze się sam. Burmistrz już dawno sobie na to zasłużył.

Z emocji ciarki przeszły księdzu po plecach. Był widzem a zarazem aktorem tajemniczego spektaklu i to było fascynujące. Patrzył na przyjaciela i że zdumieniem zdał sobie sprawę, że się z nim solidaryzuje. Po chwili przestał się dziwić. Pewność przyszła nagle i w naturalny sposób. Przypomniał sobie, że sam, raz lub dwa razy, myślał o zamordowaniu biskupa, swego zwierzchnika. Pomysł gospodarza spełniał jego podświadome marzenie dokonania czegoś nadzwyczajnego, bycia sobą, całkowitej wolności. Wiara mu w tym nie przeszkadzała. Biblia była pełna dramatycznych wydarzeń, wyroków i zabójstw. Bóg usankcjonował je jako naturę życia. W przyrodzie jedna istota zabija drugą, aby ją zjeść i przeżyć, albo w obronie własnej. Zabijamy przecież zwierzęta. – Zabójcze myśli przewijały się przez jego głowę pozostawiając zdumiewający spokój i akceptację. Odebrał to jako stan uniesienia wywołanego dobrym towarzystwem, jedzeniem i trunkiem.

Mężczyźni siedzieli przy stole i patrzyli sobie w oczy. Byli poważni i skoncentrowani. Jak na komendę wstali, uścisnęli sobie ręce, mocniej i dłużej niż zawsze. Byli spiskowcami. Wypili toast, jeden i drugi.

– Chcę wiedzieć dokładnie, dlaczego wybrałeś burmistrza? Wyjaśnij mi motyw wyroku.

Sefardi zauważył, że przyjaciel nie powiedział „zbrodni”, ale „wyroku”. To sankcjonowało legalność ich postępowania.

– On jest łajdakiem, Amizgao. Rujnuje nasze miasto. Ludzie go nienawidzą. Jak szalony wydaje publiczne pieniądze. Nasze pieniądze! W dodatku jest pedofilem, krzywdzi i deprawuje dzieci. Nikt tego nie udowodnił, ale wszyscy to wiedzą. To najgorszy typ człowieka! On niszczy nas wszystkich.

Po kolejnym kieliszku gość i gospodarz poczuli się w pełni usprawiedliwieni w roli wykonawców wyroku. Zaczęli omawiać szczegóły egzekucji. Krew krążyła im żywiej w żyłach, umysły się rozjaśniły. Zapomnieli o mgle i złym samopoczuciu. Delektowali się przeżyciem. Raz i drugi zaśmiali się w tym samym momencie. Na prośbę księdza Sefardi przyniósł mu gorącą herbatę z cytryną i jedną łyżeczką cukru; sam pił czerwone wino w kryształowym kieliszku. Popatrzył na nie pod światło jak na świeżą krew.

– Ja robię to codziennie. – Oświadczył duchowny. Znowu zaśmiali się.

Godzinę później żegnali się niechętnie. Żal im było rozstawać się.

– Sefardi, kochany, nigdy nie przeżywałem takiego spektaklu, takiego dramatu. Takiego, takiego … Ksiądz nie umiał skończyć myśli. Był podekscytowany.

– Amizgao, drogi przyjacielu, nie mów nic więcej. Jesteśmy wspólnikami. Wszystko jest ustalone. Spotykamy się w ustalonym miejscu i czasie.

Duchowny zaśmiał się. Jego śmiech zabrzmiał jakoś dziwnie, jakby złowieszczo. Na dworze mgła jeszcze bardziej zgęstniała, w powietrzu czuło się jej zawiesistość. Kropelki wilgoci wisiały w powietrzu, osiadały na gałązkach i liściach roślin tworząc cieniutki połyskliwy osad, przylegały do ziemi i czaiły się jak zwierzę czekające cierpliwie na ofiarę. Gałęzie drzew niechętnie ujawniały rozmokłe światła ulicznych latarń i okien budynków.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 66: Cud powrotu parlamentarzystów i fronty atmosferyczne

Przywrócenie parlamentarzystów społeczeństwu uznano za cud. Jego wytłumaczenie zajęło prezydentowi i jego gabinetowi sporo wysiłku.

– Co to za problem, kiedy ma się za sobą prasę, radio, telewizję i kontrolę nad dostawcami usług internetowych, aby zapewnić zgodną współpracę między panem prezydentem a rządem. – Oświadczył Blawatsky na spotkaniu swojego gabinetu, wybranego spośród najwierniejszych członków Partii Konserwatywnej. Była to grupa podziwiająca gubernatora, szczególnie jego zdolność zapewnienia im szybkich awansów w aparacie państwowym. Krytycy Barrasa twierdzili, że najbliższe otoczenie nazywa go „Słońcem Narodu” i wierzy, że w Nomadii gubernator stoi przed Bogiem.

Po przebudzeniu się z koszmaru zdarzeń parlamentarnych, Sefardi umył się, ogolił i zjadł śniadanie, po czym usiadł do biurka, aby spisać przeżycia. Czynił to w pośpiechu wystukując na klawiaturze wyrazy, co do których nie miał nawet pewności, czy piszą się przez „u” otwarte czy „ó” kreskowane, dużą czy małą literą. Rejestrując obserwacje pozostawiał tekst do późniejszego automatycznego sprawdzenia pisowni. Nie potrafił obyć się bez technologii wspomagającej zapis jego przeżyć.

*****

Doniesienia ośrodka meteorologicznego były tak niepokojące, że stacje radiowe i telewizyjne przerywały transmisje, aby dyżurny meteorolog mógł na bieżąco relacjonować to, co widzi z wieży obserwacyjnej, satelitów i sond pogodowych zawieszonych w kosmosie. Nad miastem pojawiły się dwa fronty atmosferyczne przypominające monstrualne wieloryby. Różniło je wszystko, temperatura, gęstość i wilgotność powietrza. Zderzenie tych frontów groziło eksplozją o mocy przekraczającej milion bomb wodorowych. Meteorolog był przerażony, a zarazem zachwycony niezwykłością zjawisk zachodzących w atmosferze.

Większy stwór wypełniony był gorącym powietrzem, jego przeciwnik, niewiele mu ustępujący rozmiarem, był zimny, bez serca i uczuć. Nie mogąc znieść się wzajemnie gotowe były do starcia. Agresorem okazał się front rozpalony powietrzem pustyń, które go zrodziły. Uniósł do góry wielki pysk i rzucił się na oszronionego przeciwnika. Natychmiast uległ ochłodzeniu, para buchnęła strumieniem z ogromnego łba skraplając się z wielkim sykiem i tworząc chmurę przykrywającą pół kontynentu.

W przedniej części układu atmosferycznego, na wysokości dziesięciu kilometrów nad ziemią, zgromadziły się chmury Cirrus, wysokie, pierzaste, przypominające delikatne włókna i pajęcze nici waty cukrowej, zbudowane z kryształków zmrożonego lodu.

Piętro niżej, chmury Altostratus stworzyły szaroniebieską powłokę przetykaną rudym pasem rażącym jak fałsz, przysłaniając niebo na wysokości kilku kilometrów.

Na samym dole panoszyły się Nimbostratusy, niskie, warstwowo-deszczowe, ciemnoszare chmury, wypełnione kropelkami wody i kryształkami lodu. Nasączona wodą gąbka polewała ziemię w pasie szerokości kilkudziesięciu kilometrów.

Fatalna mieszanka wilgoci, zmian ciśnienia i mrocznych wiadomości stały się źródłem nieszczęść: ludzie dusili się, reumatyczny ból wykręcał im stawy do granic możliwości, serca biły jakby samobójczo pędziły pod stromą górę. Szczęście mieli tylko ludzie w stanie upojenia alkoholowego; było im obojętne, co dzieje się na zewnątrz. Rosnące przygnębienie, niepokój i rozdrażnienie owocowały depresjami, samobójstwami i zabójstwami.

*****

– Meteorolog mówi jawne kłamstwa – twierdzili ludzie prości, nie rozumiejący, że podobnie jak poeta upojony narodzeniem się długo oczekiwanego potomka, potrafi on widzieć rzeczy istniejące w skromniejszym wymiarze lub nie istniejące w ogóle. Relacja meteorologiczna była tak przekonywująca, że kilku słuchaczy usiłowało popełnić samobójstwo. Gdyby nie fakt, że ich odratowano, meteorolog poniósłby okropne konsekwencje. Dyrektor ośrodka meteorologicznego, porywczy biurokrata, usiłował zepchnąć nieszczęśnika z wieży obserwacyjnej; powstrzymano go w ostatniej chwili.

Po południu z chmur opadła mgła i skondensowała się na zimnym podłożu i roślinach wydzielając z siebie mieszaninę spalin samochodowych, dymu z kominów i innych okropności cywilizacji. Sefardi wyszedł na ganek i poczuł nienawiść do gatunku ludzkiego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 65: Hibernacja klasy politycznej

Kolejny dzień zapoczątkował ciąg zdarzeń przypominających długi i dziwny sen. Wypadki następowały jak w kalejdoskopie, oszołamiały i dopiero drugiego lub trzeciego dnia ustabilizowały się na poziomie przyzwoitości. Przeżywając je na jawie jak we śnie, Sefardi rejestrował spostrzeżenia i zadawał pytania, na które nikt nie odpowiadał. Wydarzenia opóźniły jego własne plany, gdyż nie sposób było zrealizować cokolwiek w czasie naszpikowanym niepokojącymi napięciami. W pamięci Mistrza pozostały kapryśne wyobrażenia szaleństw losu, wywołując fale zimna na przemian z falami gorąca. Nawiedzały go nocą potęgując uczucie umierania. Była to próba generalna rozstawania się z życiem oferowana przez los, umierania, które kiedyś musiało nastąpić, a które serce Sefardiego oprotestowywało skowytem przerażenia w ciemnościach nocy.

*****

Pamiętnego dnia temperatura spadła nagle i niespodziewanie poniżej zera. Była wczesna jesień i nikt się nie spodziewał takiego obrotu spraw. W mroźny poranek, o godzinie ósmej zero sześć, radio podało niewiarygodną wiadomość: zginęła cała klasa polityczna, ocaleli jedynie prezydent i gubernator. Obydwie izby parlamentu, wyższa i niższa, uczestniczyły we wspólnym posiedzeniu, kiedy wskutek nagłej awarii systemu klimatyzacyjnego zamarzły na kość, ponieważ ktoś zablokował wszystkie drzwi wyjściowe. Prezydent był nieobecny z powodu choroby. Gubernator był w delegacji zagranicznej.

Wydarzenie było ciosem w serce narodu. Jeden z malarzy prymitywnych jeszcze tego samego dnia namalował wielki symboliczny obraz sztyletu rzucającego błyski rozdzierające budynek parlamentu Nomadii.

******

Prezydent, mimo choroby, bez wahania podjął decyzję, którą jego rzecznik określił jako jedyną i słuszną: budynek parlamentu otoczył natychmiast wojskiem, kazał wstawić dodatkowe sprężarki dla utrzymania niskiej temperatury, a następnie szczelnie zamknąć wszystkie pomieszczenia. Oznaczało to poddanie parlamentarzystów natychmiastowej hibernacji i przejściową zamianę parlamentu w mauzoleum.

– W ten sposób uratujemy ich do czasu, kiedy naukowcy wymyślą sposób skutecznego odmrażania hibernantów. – Oświadczył kategorycznie po konsultacji z naukowcami od niskich temperatur i krioterapii.

W ciągu dwóch dni ukazał się dekret, na podstawie którego prezydent przejął pełnię władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Otworzyło to możliwość natychmiastowego i skutecznego działania głowy państwa dla dobra kraju i obywateli. Wszyscy oczekiwali, że natychmiast ogłosi się despotą. Miał ku temu wszelkie warunki. Był wykształcony, co stwarzało szansę despotyzmu oświeconego, o jakim marzyli wszyscy obywatele wierzący, że mądrość rządzenia można pogodzić ze skutecznością i szybkością. Sefardi uważał osoby tak myślące za naiwniaków.

Następnym krokiem prezydenta było rozwiązanie wszystkich partii politycznych. W ich miejsce założył nową partię polityczną, którą postanowił kierować osobiście. Wyjaśnił to w orędziu do narodu.

– Partia, która jest nie jest niczym skompromitowana, oferuje nową jakość i daje pełną gwarancję sukcesu w dzisiejszym, wyjątkowo trudnym czasie.

Ten fragment jego wypowiedzi uspokoił obywateli, których znakomita większość udzieliła mu poparcia. Jedynie stale mu nieżyczliwa prasa opozycyjna, która nazywał brukową, pisała, że był szybki jak koń wyścigowy na narkotykach, przyznając jednak niechętnie, że istniały ku temu nadzwyczajne okoliczności.

Dalsze decyzje i działania prezydenta naród przyjmował bez słowa skargi, wielu obywateli nawet z dużym aplauzem. Jedynie zaprzysięgli przeciwnicy szeptali po kątach, że to niegodziwe. Nie wyrażali jednak swoich poglądów na głos z obawy, że odpowiedzią byłyby zsyłka w nieznanym kierunku. W tym czasie działała już cenzura wprowadzona trzecim dekretem prezydenta.

Prezydencka kampania ratowania kraju z opresji oznaczona była kryptonimem „Natychmiast” i była tajna. Środki masowego przekazu dowiedziały się jednak o niej wyjątkowo szybko. Jak zwykle w takich przypadkach, podzieliły się; jedne ganiły, inne chwaliły poczynania głowy państwa. Najbardziej krytyczna okazała się prasa popierająca Partię Liberalną, dotychczasowy sprzymierzeniec pałacu prezydenckiego, i wściekle atakowała prezydenta w imię prawdy i wolności. Prasa popierająca opozycję zachowała umiar licząc na to, że prezydent zmieni swoją orientację i będzie szukał porozumienia, aby odsunąć na bok gubernatora Barrasa i rządzić w sojuszu z liberałami.

Nic takiego nie nastąpiło. Prezydent, zachowujący się wcześniej wobec partii rządzącej jak idące na rzeź jagnię wobec swego oprawcy, pokazał lwi pazur. Dotychczas ustępliwy, usztywnił swoje stanowisko. Zmienił się także fizycznie. Przytłoczony masą nowych obowiązków zaniedbał się i przestał uprawiać jogging dla zdrowia, ćwiczenia utrzymujące go w dobrej kondycji. Dla komentatorów sportowych, którzy przekwalifikowali się szybko na sprawozdawców politycznych, ponieważ wobec głębokiego kryzysu sport przestał ludzi interesować, było to o tyle zrozumiałe, że Prezydent nigdy nie był typem sportowca, tylko molem książkowym stroniącym od wysiłku fizycznego. Uprawianie joggingu było mu potrzebne jedynie dla zachowania prestiżu. Jego pokojówka twierdziła, że tak bardzo nie znosił wysiłku fizycznego, że nawet wbicie gwoździa w ścianę dla zawieszenia obrazu stanowiło dla niego problem. Kiedy powtórzono mu tę opinię, nie zdenerwował się, tylko spokojnie wyjaśnił, że prezydent nie jest od wbijania gwoździ.

*****

Prawda o hibernacji parlamentarzystów i działaniach prezydenta ujawniała się stopniowo. Okazało się, że kilka miesięcy wcześniej komisja parlamentarna odkryła, że prezydent, będąc także naczelnym dowódcą sił zbrojnych, nadużył władzy udzielając firmie zagranicznej zlecenia na dostawę przestarzałego sprzętu lotniczego w zamian za ogromną łapówkę. Dochodzenie prowadziła Komisja Specjalna, która utajniła się do czasu zebrania dostatecznej informacji i przygotowania oskarżenia prezydenta do oceny parlamentu. Po zebraniu obciążający dowodów komisja miała przygotować procedurę zwolnienia prezydenta z urzędu.

Prezydent dowiedział się wszystkiego od swojego człowieka w komisji. To właśnie stało się podstawą decyzji wyłączenia klimatyzacji w parlamencie, w wyniku czego parlamentarzyści poddani zostali hibernacji z wyjątkiem Komisji Specjalnej. Prezydent trzymał członków komisji pod strażą, aby ustalić, jak daleko zaszli w śledztwie. Kiedy dowiedział się, że nikt poza komisją nie jest zorientowany w sprawie, zawarł porozumienie z „rebeliantami” jak określił aresztowanych, że odstąpi od hibernacji członków parlamentu, jeśli komisja odda mu całą dokumentację i zobowiąże się solenną przysięgą do zaniechania śledztwa. Powodem ich decyzji miała być „przedwczesna omyłkowa ocena stanu technicznego zakupionego sprzętu wojskowego”. Dla pewności prezydent zażądał od członków Komisji Specjalnej udzielenia mu indywidualnych gwarancji majątkowych, że nigdy nie upowszechnią posiadanych informacji ani nie podejmą nowej próby impeachmentu.

– Jestem naczelnym dowódcą sił zbrojnych i każdy problem rozwiążę siłą, jeśli wy sukinsyny, zechcecie pójść ze mną na udry. – Powiedział im wprost prezydent, zanim ostatecznie zawarto porozumienie.

Wspólne zdjęcie w Białym Domu

Prezydent Duda skomentował swoje zdjęcie z prezydentem Trumpem w Białym Domu. Cytuję: „Szyderstwa i napad lewackich mediów oraz niektórych polityków i komentatorów, o znanych poglądach, pokazują sukces wizyty Waszyngtonie. Gdyby tak nie było to by ją przemilczeli jako nieważną. Dziękuję za te wyrazy uznania!”.

Drugi jego wpis dotyczył tekstu zamieszczonego przez „Deutsche Welle”, której komentatorzy wskazywali na jego spryt. Cytuję: „W Niemczech piszą jednak też o „chłopskim sprycie Dudy”. Są więc i komplementy ;-)”.

W związku z dwuznacznymi i błędnymi interpretacjami szef kancelarii prezydenta Dudy opublikował oficjalną listę alternatywnych wyjaśnień do jego wspólnego zdjęcia z prezydentem Trumpem:

  • To tylko złudzenie, pic na wodę i lewacki fotomontaż. W istocie rzeczy pan prezydent Duda siedzi przy biurku i to bardzo wygodnie.
  • Pan prezydent siedzi, ale tego nie widać, bo zasłania go wielkie biurko. Niezwykły rozmiar mebla reprezentuje miarę potencjału gospodarczego i militarnego Stanów Zjednoczonych.
  • Pan prezydent stał tylko dlatego, że go o to poprosił gospodarz Białego Domu. Powiedział mu: „Andrew, wytykają mi, że się wynoszę, a o tobie mówią, że jesteś skromny. Stań obok mnie, abym choć przez chwilę pozostał w twoim cieniu”.
  • Pan prezydent otrzymał krzesło od prezydenta Trumpa, który powiedział: „Andrew, this chair is for you”. Pan prezydent Duda zrozumiał, że to upominek i od razu odesłał je kurierem do Polski.
  • Na takim krześle, na jakim siedział prezydent Trump, to nawet ubogi królik z Podkarpacia wstydziłby się siedzieć. Dlatego pan prezydent Duda wolał stać, aby zachować godność.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 64: Osobniki alfa i instruktor szkolenia.

Swoje leśne odkrycia Sefardi zdecydował się przedstawić na zebraniu przy krawężniku. Spodziewał się otwartej dyskusji. Było jasne, że partia rządząca ćwiczy nie tyle utrzymanie swojej pozycji, ile wydarcie resztek władzy i wpływów innym grupom partyjnym i społecznym.

 – To obozy pracy przymusowej, lżejsza wersja obozów koncentracyjnych. W lesie, w naturalnym środowisku, biologiczna natura polityki i przewodnictwa w stadzie ujawniła się w pełnym wymiarze i krasie. Przywództwo! To jest siła. – Powiedział to bardziej do siebie niż do towarzysza wyprawy, skoncentrowanego na wyciąganiu gumiaka z bagiennego podłoża.

– Na samej górze stada partyjnego znajdują się samce i samice alfa, rwące do przodu, dominujące nad pozostałymi członkami. Niżej stoją samce i samice beta, uległe wobec osobników alfa, lecz górujące nad osobnikami gamma. – Przedstawiając leśniczemu układ wszechwładzy biologicznej Sefardi liczył na jego zrozumienie, a może i akceptację własnego poglądu, że nie cywilizacja, ale ewolucyjnie ukształtowany popęd dominacji wciąż rządzi społeczeństwem.

Przed oczami wyrósł mu Barras, wróg osobisty numer jeden. Widział w nim wyraźnie samca alfa, podporządkowującego sobie partię i społeczeństwo. Czując, że nie pokona go w bezpośrednie walce doszedł do wniosku, że wystarczy zadać mu cios dostatecznie silny, aby dobili go rywale z własnej lub konkurencyjnej partii. Poczuł w żyłach gorący płomień nienawiści. Przyśpieszył kroku, nie oglądając się za przewodnikiem. W momencie prymitywnego uniesienia gotów był zostawić go za sobą, aby zgnił w bagnie.

– Bagienny las w tym miejscu wydziela wapory, które dodają człowiekowi energii i sprzyjają jasności myślenia. – Odezwał się niespodziewanie przewodnik. Jego głos rozmył się w wilgotnym powietrzu jaśniejącego porannego nieba. Sefardi popatrzył na zegarek. Była godzina piąta czterdzieści pięć. Biologiczny chronometr w mózgu bezdźwięcznym tykaniem przypomniał mu pozostałe do spełnienia obowiązki.

Przed rozstaniem się, przewodnik zaproponował, aby następnego dnia odwiedzić ostatni obiekt szkoleniowy. Sefardi zaakceptował, mimo iż nie miał zamiaru pozostawać dłużej w Casi. Wiedział już dostatecznie dużo, więcej niż się spodziewał.

*****

Ostatni obóz rządowy znajdował się w lesie głębiej niż dwa poprzednie. Instruktorem szkolenia był młody, wysportowany mężczyzna. Stał pośrodku drewnianej platformy w lekkim rozkroku, szopa ciemnoblond włosów zakrywała mu uszy. Wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Kształtna twarz, wyraźne usta i gładko wygolone policzki nadawałyby mu chłopięcy wygląd, gdyby nie szrama na policzku i zimne niebieskie oczy. Podłużny, wyrazisty nos i skąpy, poważny uśmiech, co raz to pojawiający się na twarzy, sugerowały bezwzględność a nawet okrucieństwo. Sefardi nie miał co do tego wątpliwości. Znał ten typ człowieka.

– Nie jesteście prostakami wychowanymi do prowadzenia przeciętnego życia. Zostaliście powołani do spraw wielkich. Aby je realizować, musicie pamiętać, że rządzenie jest nieprzerwaną, bezwzględną walką o rząd dusz. Waszą świętą powinnością jest bić się o nie z determinacją dzikiego zwierzęcia walczącego o samicę, gotowego oddać własne życie.

– To jakaś mafijna indoktrynacja sprzed lat. – Półgębkiem wycedził Sefardi w kierunku przewodnika. – Ten typ mówi jak faszysta.

– Ludzie słuchają go jednak z uwagą i biorą poważnie. – Odpowiedział szeptem przewodnik. – Niech pan popatrzy. W tym, co mówi, jest wiele prawdy. Biologicznie rzecz biorąc jesteśmy zwierzętami, pan i ja również. Świat przyrody jest okrutny; wiem, jak zachowują się dzikie zwierzęta. Znam to z doświadczenia i obserwacji.

Sefardi nie słuchał go, starając się zapamiętać jak najwięcej ze słów trenera.

– Nie musicie być mięczakami, wsłuchującymi się we wszystkie życzenia społeczeństwa. Ci ludzie w większości nawet nie wiedzą, czego chcą. Są otumanieni przez opozycję albo własną głupotę. Każda grupa społeczna ciągnie w swoim kierunku chcąc uszczknąć dla siebie jak najwięcej pieniędzy, przywilejów i uwagi rządzących. Wasza opozycja to zakała społeczeństwa. Waszą rolą jest jej unicestwienie wszelkimi środkami. Nie dajcie się zwieść nikomu, nie dajcie się przekonać, że zwyczajny szary człowiek wie naprawdę, co jest dla niego najlepsze. Co może wiedzieć mieszkaniec wiochy zabitej deskami, zwykły robotnik czy nawet inteligent, w obliczu ciągłych zmian i zagrożeń cywilizacji, nowych technologii, powszechnego terroryzmu? Nic albo bardzo niewiele! – Mówca był bezwzględny, wyrafinowany, intelektualny. Kontrolował swoje słowa i gesty.

– On jest niesamowity! Sam chyba dałbym się przekonać. Skąd oni wytrzasnęli takiego fantastycznego trenera? – Zapytał przewodnik półgłosem, nie oczekując odpowiedzi.

Wśród zebranych na podwórku nastąpił ruch, ludzie zaczęli się niecierpliwić, ktoś krzyknął, aby zrobić przerwę.

– Zamilczcie i słuchacie. Za chwilę skończę. – Brutalnie przerwał trener podnosząc głos. Głosy zamilkły, ludzie uspokoili się. Zachowanie trenera nie podobało im się, podporządkowali się jednak bez szemrania.

– Na szczęście macie przywódcę, który ma wizję i odwagę, aby kierować partią, zdolną do narzucenia swojej woli narodowi, który zawsze, powtarzam to, zawsze, wymaga przywództwa. Żeby to się ziściło, wy, członkowie partii, musicie się zmienić. Wasze pojęcia o demokracji są miękkie jak psie gówno na deszczu. Wasze poglądy na rzeczywistość rozczulają mnie. Wybaczcie mi, że jestem brutalny, aby muszę przemówić do waszego poczucia bezwzględności i siły. Demokracja to ustrój, w którym władzę bierze najsilniejszy, nie najsprawiedliwszy. Tylko bezwzględny, charyzmatyczny przywódca wie, co jest dobre dla społeczeństwa, dla większości obywateli i tylko to ma znaczenie. Waszą rolą jest umocnić społeczeństwo w przekonaniu, że wasze działania są słuszne i konieczne. Instruktor spojrzał dyskretnie w kierunku siedzącego z boku mężczyzny, który niezauważalnie dla innych, skinął głową aprobująco.

– Moim zadaniem jest pomóc wam w przekształceniu się w twardych i nieustępliwych działaczy partii nowej generacji. To będzie wasza decyzja, ja tylko wam pomogę. Musicie stać się członkami godnymi nowoczesnej partii demokratycznej, partii niekwestionowanej władzy. Powiedźcie mi, co to dla was znaczy?

Zapadło milczenie. Jedni patrzyli po sobie, inni opuścili głowy, jeszcze inni intensywnie myśleli albo udawali, że to czynią. Po chwili wahania odezwały się głosy, padały propozycje i sugestie.

– Zgnieść opozycję, nie dopuścić jej do głosu! Opanować media, zniszczyć przeszkody instytucjonalne! Zreorganizować instytucje, które stoją nam na drodze!

– Tak! Doskonale! – Entuzjastycznie odpowiedział instruktor. – Waszym celem jest dyktatura, ale dyktatura demokratyczna, mądra, nie okrutna, ale podporządkowująca, bardziej kontrolująca niż eliminująca. Nie musicie usuwać przeciwników z gry, ale przekonać ich do siebie, do waszych racji, pokazać, co jest dla nich najlepsze, a jeśli trzeba, zgnieść ich opór, zniechęcić do własnych poglądów. Na końcu, jest to absolutnie konieczne, musicie zadbać o własne interesy. Dobra partia szczodrze wynagradza swoich członków, ich wierność, oddanie ideałom, bo są niezbędnymi narzędziami jej strategii. Należą się wam przywileje, stanowiska, wysokie uposażenia. Tylko w ten sposób partia rządząca jest w stanie zachować zwartość i siłę. Pamiętajcie o zasadzie: Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam! Czy są jakieś pytania?

Podniosło się kilka rąk. Sefardi liczył. Zgłosiły się trzy osoby.

– Proszę podać imię, nazwisko i przedstawić pytanie. Według regulaminu szkolenia, wypowiedź nie może trwać dłużej niż dwie minuty. To wystarcza na przedstawienie tematu. Mój chronometr będzie dzwonić po upływie dwóch minut. Proszę pierwszą osobę. Towarzyszka w szarym sweterku, ta po lewej stronie – instruktor wskazał ręką.

Kobieta zebrała się w sobie i wyraziła wątpliwości, co do treści i formy szkolenia. Dwie inne osoby, mężczyźni w średnim wieku, też wypowiedzieli się krytycznie o szkoleniu. Instruktor stał w lekkim rozkroku i uważnie słuchał. Nie komentował, nie wdawał się w dyskusję, nie udzielał odpowiedzi. Po każdej wypowiedzi dziękował i wskazywał następną osobę. Zachowywał się tak, jakby pamiętał wszystkie wypowiedzi. Po upływie sześciu minut podsumował krótko:

– Przeanalizujemy wasze wątpliwości i natychmiast udzielimy odpowiedzi. Znowu zerknął na Barrasa. Ten, niewidoczny dla innych osób, prawie nie poruszając głową, dał znać, aby kończyć.

Sefardi zafascynowany przebiegiem zebrania obserwował rozchodzący się tłum. Był ciekaw, czy zdarzy się jeszcze coś ważnego. Do kobiety i dwóch mężczyzn, którzy zadawali pytania, podchodził kolejno mężczyzna o twarzy rzezimieszka, szeptem zamieniał kilka słów i wyprowadzał ich na zewnątrz. Razem poszli w kierunku małego autobusu czekającego na parkingu. Sefardi skierował urządzenie nasłuchowe na te grupkę. Ochroniarz zachowywał się spokojnie. Przed wejściem do autobusu zakomunikował im:

– Zostaliście usunięci z partii. To jest ostateczna decyzja. Nie ma od niej odwołania. 

– Dlaczego? Co takiego zrobiliśmy? Będziemy się odwoływać! – Upierała się kobieta w szarym sweterku. Mężczyźni też coś szemrali.

– Róbcie, co chcecie. I tak nic nie wskóracie. Żarty się skończyły. Koniec, kropka. Nie pasujecie do nas. Taka jest decyzja partii, jedyna i ostateczna. Nawet Bóg wam nie pomoże!

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego (powieść) : https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 63: Skryte przelewy i cicha indoktrynacja.

W nagraniu z Barrasem Blawatsky’m w roli głównej znalazła się wzmianka o przysiędze. Odsłuchujący domyślili się, że płacący dziesięcinę przysięgali dozgonną wierność partii i zachowanie milczenia do końca swojego życia. Sprawa nie miała szans wyjść na jaw nawet w części. Konsekwencje wyłamania się z umowy były tak poważne, że nikt nie śmiałby tego zrobić w żadnych okolicznościach. Nikt nie miał zresztą obaw uczestnictwa w grze, ponieważ każdy obywatel miał prawo przekazywać pieniądze nas rzecz wybranej przez siebie organizacji bez obowiązku deklaracji darowizny. Tylko obdarowana organizacja mogła ponosić konsekwencje, jeśli nie ujawniła uzyskanych wpłat.

Przysłowiowy diabeł tkwił w jednym szczególe. Udowodnienie Konserwie, że wpłaty nastąpiły było praktycznie niemożliwe z uwagi na formę przekazu darowizn. Wszystko było starannie przemyślane. Wpłaty nie przechodziły przez żadne konta bankowe, nie wydawano ani nie przyjmowano pokwitowań, wszystko odbywało się na słowo i oparte było na zaufaniu do Barrasa. W szeregach swoich zwolenników cieszył się on nieskończonym zaufaniem, ponieważ nigdy ich nie zawiódł. Dla pewności stworzono zakaz rozmawiania o tych sprawach przez telefon, ponieważ rozmowy mogły być podsłuchiwane i nagrywane.

Wyniki obserwacji miejsca schadzek partyjnych tak rozochociły Sefardiego i przewodnika, że wracali jeszcze kilkakrotnie, aby obserwować dom i zebrać dalsze informacje. Liczyli na szczęście. Ich cierpliwość została nagrodzona, kiedy zobaczyli, jak trójka wysokich urzędników, obdarowanych wysokimi stołkami, reguluje swoje zobowiązania.

Był w tym pewien rytuał. Urzędnicy byli ubrani w garnitury w paski, koszule w paski oraz identyczne muszki. Ubiór był częścią ceremoniału, nadawał mu uroczysty charakter. Kobiety miały na sobie identyczne sukienki też w paski, wyróżniało je tylko obuwie, naszyjnik z szarych pereł lub broszka z wielką perłą w środku. Przekazujący i przyjmujący pieniądze robili to w białych rękawiczkach, aby nie zostawiać śladów. Płatnicy podchodzili kolejno do skarbnika, wysokiego mężczyzny o wyglądzie głodomora i wręczali mu płócienny worek. Odbiorca wysypywał jego zawartość do wyściełanej atłasem kuwety. Pieniądze wypadały szeleszcząc, ponieważ danina była przekazywana wyłącznie w banknotach powiązanych gumkami, w dokładnej kwocie należności. Kasa nie przyjmowała monet, nie było takiej potrzeby, należności zaokrąglano w górę do pełnych dziesiątek. Oprócz trójki wpłacających obecni byli tylko skarbnik i Barras, który z lubością przyglądał się czynnościom wsłuchując się w szelest wypadających paczek banknotów, sapanie skarbnika-kasjera, strzelanie zdejmowanej z paczek gumki oraz szum maszyny przeliczającej banknoty.

Sefardi i jego towarzysz z wielką uwagą i zainteresowaniem przyglądali się przepływowi pieniędzy pochodzących ze skarbu państwa do kasy Fundacji Powszechnej Dobroczynności, która przekazywała je dalej do Abenaki. Były one inwestowane w akcje firmy. Szczegóły znał tylko ścisły zarząd firmy oraz Barras.

– Partia i naród to jedno. – Wyrwało się leśniczemu. Przez moment czuł żal, drażniące szczypanie w sercu, że to nie on otrzymuje sążniste wynagrodzenie, z którego chętnie wpłacałby co miesiąc dwadzieścia procent do kasy dobroczynności.

*****

Następnego dnia przybysze zastali zmienioną scenerię obozową. Z lewej strony, przed wielką werandą zdobiącą front budynku, przypominającą oszklony boks, stała grupa ludzi, co najmniej kilkadziesiąt osób. Czekali na wejście na werandę. Zachowywali się swobodnie, rozmawiali i gestykulowali, śmieli się i żartowali, nie rozglądając się na boki ani nie wpatrując się w twarze rozmówców. Niektórzy nawet jedli kanapki. Sefardi rejestrował obserwacje, komentując po cichu krótkimi zdaniami to, co widzi przez lornetkę.

– To ludzie prości i dosyć prymitywni w zachowaniu. Mówią to, co myślą, witają się z innymi bez czołobitności, reagują bez skrępowania i emocji. Nie oglądają się na boki. Patrzą rozmówcom w oczy, spokojnie, nienachalnie. Zupełnie jak zwierzęta, które czując się bezpiecznie w swoim stadzie, zachowują się swobodnie, nic nie udają i nie pilnują się. Ogarnęła go fascynacja, zapomniał się i łamiąc swoje wcześniejsze postanowienie pełnej koncentracji na zdarzeniach, zwrócił się do leśniczego:

– Wie pan, ci ludzie nie kłamią, nie udają, nie pozorują. Zachowują się bardzo naturalnie.

Nie dostrzegając zainteresowania ze strony towarzysza, skoncentrował się ponownie na obserwacji. Po chwili wyjął z kieszeni spodni cienki notatnik z długopisem i zaczął zapisywać osoby wchodzące na werandę z jednej strony i wychodzące z drugiej strony. Był to rodzaj rejestru. Nie znając imion ani nazwisk identyfikował każdą osobę lakonicznie opisując sylwetkę, wzrost, posturę, fryzurę lub inną podobną cechę wyraźnie rzucającą się w oczy. Między wejściem każdej osoby a jej wyjściem upływała mniej więcej jedna godzina. Na tyle czasu ludzie znikali we wnętrzu werandy, po czym wynurzali się i dołączali go drugiej grupy.

Wychodzący zachowywali się zdecydowanie inaczej niż wchodzący: byli bardziej uważni, można by powiedzieć wyostrzeni, bardziej skoncentrowani, inaczej się poruszali, mówili i reagowali. Mniej się śmieli, za to serdeczniej się witali, niekiedy bardzo wylewnie; gratulując sobie coś nawzajem kiwali głowami z wielką powagą. Ich zachowanie zmieniło się najwyraźniej w stosunku do przełożonych, starszych stanowiskiem lub wiekiem. Kiedy przemawiał zwierzchnik lub ktoś wyższy rangą, ludzie chętniej wyrażali uznanie a często i podziw z powodu jego nawet prostej wypowiedzi. Starali się być także pomocni, podbiegali, aby pomóc nieść teczkę, kłaniali się głębiej. Ich twarze oblekały półuśmiechy bardziej niż uśmiechy, widać było w tym pewien wysiłek. Kiedy na sztywnych nogach podchodzili do osób znaczniejszych od siebie, pochylali z szacunkiem głowę, kobiety całowali dłużej w rękę, niektórzy wyciągali zza pleców kwiaty i obdarowywali je wychwalając ich urodę, doświadczenie lub biżuterię. Odwracając się spluwali czasem dyskretnie za plecami rozmówcy lub pokazywali palcem komuś znajomemu pukając się w czoło, sugerując niedwuznacznie, że coś jest nie w porządku ze wskazaną osobą.

*****

– To ludzie wysublimowani. – Uznał Sefardi. – Przeszli wyraźną przemianę, krótko mówiąc indoktrynację. Stali się posłuszni i służalczy, efekt nauczenia się karności. Stracili naturalność, nabrali zdolności udawania i kłamania. Mistrz przewrócił kilka kartek notatnika, aby upewnić się, że jego zapisy właściwie identyfikują osoby wchodzące i wychodzące.

– Zgadza się – mruknął do siebie po chwili analizy. – Ten sam gruby, wysoki osobnik, ta sama chuda działaczka około czterdziestki w słomkowym kapeluszu, ten sam typ w zielonym garniturze w paski. Sefardi nie miał wątpliwości, że precyzyjnie identyfikował i opisywał członków Konserwy na wejściu i na wyjściu.

Nie miał też wątpliwości, że uczestnicy obozu szkoleniowego oduczali się dotychczasowych zachowań oraz nabywali nowych manier: niechęci wobec odmiennych opinii, zaprzeczania faktom, kłamania w żywe oczy. Nasuwał mu się tylko jeden wniosek: rządowy obóz szkoleniowy służył rozwojowi nowej osobowości, wytwarzając wśród członków partii poczucie oblężenia, gotowość obrony tylko własnych interesów oraz niechęć do kompromisu.

– To wyraźna indoktrynacja. Zamiast działać w interesie wszystkich obywateli, ludzie Konserwy będą teraz występować przeciwko innym obywatelom – wywnętrzył się przewodnikowi. Nie był pewien, czy został dobrze zrozumiany.

 

Prezydent Nafciarzy Zjazdowych. Opowiadanie absurdalne, ale niekoniecznie urojone.

Francisco Goya: Prostak.

Prezydent Nafciarzy Zjazdowych obudził się. Coś mu ciążyło. Nie był to kask na głowie, w którym lubił się pokazywać podczas jazdy w dół. Była to imaginacja. Musiała pojawić się w nocy, bo wcześniej jej nie zauważył. Na wszelki wypadek zajrzał do słownika, aby sprawdzić, że nie jest to nic chorobliwego ani niebezpiecznego. Okazało się, że imaginacja to to samo co wyobraźnia. Prezydent poczuł się lepiej.

Postanowił podzielić się swoim odkryciem z innymi. Nie był egoistą. Zorganizował publiczną manifestację. Przyszli klakierzy i prości obywatele, którzy lubili jego krzyki. Krzyczał bardzo donośnie. Podniecał się przy tym.

Po części oficjalnej poświęconej dyskusji, jaki to on jest mądry, pracowity i nieustraszony, zebrał się w sobie, zaróżowił na twarzy i lekko wzdął policzki. Robił to zawsze, to go wyróżniało. Potem przemówił. Mówił o wyimaginowanym wspólnym domu. Mieszkał razem z rodziną i znał wyraz „wspólny”.

– Wspólnego domu nie ma! To znaczy jest, ale jest wyimaginowany! Prawdziwy musimy dopiero stworzyć. Tu u nas. Będzie to dom okratowany, bezpieczny, po którym będę mógł jeździć bez ograniczeń na białym koniu. Wspólnego domu nie ma! – Powtórzył głośno, aby go dobrze zapamiętano.

Otaczający go klakierzy i dwaj prości obywatele uwierzyli mu. Inni nie. Ktoś zapytał go z głupia frant:

– A te sto miliardów waluty netto, jakie otrzymaliśmy od wyimaginowanego wspólnego domu na przestrzeni kilkunastu lat, to co? Skąd się wzięły? Spadły z nieba?

Prezydenta zamurowało. Nie miał pojęcia o żadnych pieniądzach, netto czy brutto. Był prostym człowiekiem, wykształconym, ale prostym. W szkole mówiono mu nawet, że jest prymitywny, ale nie wierzył.

Zamurowany na beton stał tam jeszcze wieczorem. Ludzie przychodzili i oglądali go. 

– Ożyje jak ci kamienni rycerze z gór, kiedy przypomni sobie, czy wspólny dom istnieje czy nie – pocieszali się znajomi, którzy przyszli zrobić sobie zdjęcia z zamurowanym prezydentem. Rozsyłali je potem do przyjaciół w kraju i za granicą.

Wkrótce cały świat usłyszał o prezydencie Nafciarzy Zjazdowych. Powtarzano jego słowa, komentowano, a nawet oprawiono w złotą ramkę. Ukazały się wraz z ramką w Księdze Ginesa, pod hasłem „Bełkot polityczny”.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 62: Konspiracja. Tajemnica komunikacji i przekazów.

Sefardi nie pytał, dokąd zmierzają, zdał się na przewodnika, jego wiedzę i intuicję. Po przekroczeniu leśnej drogi natknęli się na siatkę ogrodzenia zamocowaną na stalowych słupkach, starannie wykonaną i napiętą. Kiedy posuwali się wzdłuż siatki w poszukiwaniu bramy, furtki lub jakiegokolwiek innego otworu, pojawił się przed nimi zadbany dom, przypominający willę, a przed nim akcesoria świadczące, że może to być obóz szkoleniowy. Wewnątrz ogrodzenia było tak cicho, że na początku nie zauważyli ludzi, małą grupkę osób zatopionych w rozmowie. Ich głosy były przytłumione, jakby tylko poruszali ustami lub nosili niewidoczne opaski wyciszające. Przez kieszonkową lornetkę podsuniętą usłużnie przez leśniczego Sefardi rozpoznał kilku bliskich współpracowników Barrasa Blawatsky’ego i zaczął przyglądać im się z uwagą. Chwilę później rozeszli się na boki i wtedy zauważył pomnik Barrasa, a pod nim jego samego siedzącego na ogrodowym krześle.

Pomnik był naturalnej wielkości. Wyciosany z jednego pnia drzewa przedstawiał gubernatora w lekkim rozkroku, ze stopami zanurzonymi w metalowych misach z brązu. Jedna symbolizowała władzę, druga pieniądze. Symbole berła i dolara były zbyt czytelne, aby można było zinterpretować je inaczej. Nikt z otoczenia gubernatora nie patrzył na pomnik; oczy wszystkich skoncentrowane były na nim samym.

Po lewej stronie właściciela i przywódcy Konserwy stał dyrektor jego gabinetu, po prawej minister spraw wewnętrznych. Mistrz rozpoznał ich od razu. Pochyleni nad gubernatorem, słuchali go z uwagą. Wkrótce dołączyły do nich inne osoby i zaczęły ustawiać się w dwa równoległe szeregi, jeden przy dyrektorze, drugi przy ministrze. Byli to członkowie Partii Konserwatywnej. Gubernator podniósł rękę i dał sygnał. Coś mówił. Kiedy skończył, kiwnął głową i stojący przy nim funkcjonariusze rządu odwrócili się i zaczęli przekazywać uzyskane informacje osobom ustawionym w szeregach.

– Działają na zasadzie głuchego telefonu – pomyślał Sefardi, przypominając sobie dzieciństwo.

Czynności powtarzały się jak w automacie: Barras przekazuje informacje przybocznym, daje znak głową, przyboczni przekazują treść każdy swojemu szeregowi członków partii.

Po kilku próbach technikę zmieniono. Zamiast przekazu ustnego przyboczni przekazywali swoim szeregom informację zapisaną na kartkach, jakie obydwaj otrzymali od Barrasa. Na końcu każdego z dwóch łańcuchów ludzkich stał funkcjonariusz sprawdzający ostateczną treść przekazu. Obydwa szeregi ćwiczyły tak długo, aż treść odbierana przez ostatniego członka partii w jednej i drugiej kolejce była w pełni zgodna z treścią nadaną przez Barrasa.

Sefardi odetchnął z zadowoleniem. Wiedział już teraz dobrze, w jaki sposób Partia Konserwatywna osiąga całkowitą zgodność poglądów swoich członków. Podzielił się obserwacją z przewodnikiem, który doszedł do identycznego wniosku.

Wkrótce przed domem nastąpiła kolejna zmiana. Na plan dostarczono hełmofony, które ludzie w dwóch szeregach założyli sobie na głowy. Najpierw testowano głośniki wewnętrzne i mikrofony, po czym Barras nadawał wszystkim próbny przekaz elektroniczny. Metoda okazała się o wiele skuteczniejsza, widać to było po reakcjach uczestników szkolenia. Przekaz instrukcji wodza następował błyskawicznie i nie budził wątpliwości, co do dokładności odbioru.

*****

Sefardi i przewodnik wrócili na miejsce następnego dnia. Czekali cierpliwie, zanim ktokolwiek zjawił się na placyku przed domem. Obok Barrasa, który przybył pierwszy, pojawiło się kilku księży i zakonników ubranych w ciemne habity. Skupieni w grupkę wyglądali, jakby naradzali się ze sobą. Jeden z nich ukląkł na gołej ziemi, aby się modlić. Nie trwało to zbyt długo. Kiedy wstał, podszedł do towarzyszy i wszyscy podali sobie ręce przekazując znak pokoju.

Rozmowa duchownych wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Sefardi tracił resztki cierpliwości. Kiedy rozeszli się, na placu przed domem pozostał samotny Barras, patrzący w ziemie w zamyśleniu. Wkrótce dołączyła się niego gwardia osobista, jak nazywano członków jego gabinetu. Zaczęli naradzać się. Sefardi pomyślał, że niczego innego nie umieją. Barras mówił szeptem, mimo tego przewodnikowi udało się go nagrać słowa urządzeniem podsłuchowym. Mówili o budżecie; poruszyło to Sefardiego, skoncentrował się.

*****

Po powrocie do kwatery dwaj zwiadowcy, jak siebie określili, odtworzyli treść nagrania. Wśród wielu wątków Sefardi znalazł fragmenty odpowiedzi na dręczące go pytania. Odtworzenie z fragmentów całej treści wypowiedzi i jej uporządkowanie zajęło im sporo czasu.

Sefardi aż gwizdnął po cichu, kiedy zrozumiał mechanizm wzrostu zadłużenia państwa i rosnącej zasobności Abenaki. Rząd mianował setki i tysiące członków swojej partii, wybierając tych najwierniejszych, na wysokie stanowiska w urzędach i przedsiębiorstwach państwowych przyznając im niebotyczne uposażenia, odprawy i emerytury. Nie potrzebowali przypomnień, że mają zwracać do kasy części swoich dochodów, anonimowo i z pełnym przekonaniem. Była to forma dziesięciny, z tym, że wpłacana co miesiąc kwota wynosiła dwadzieścia a nie tradycyjne dziesięć procent dochodów. Przekazy nie wpływały na konto partyjne, tylko na konto Fundacji Powszechnej Dobroczynności, organizacji stworzonej i zarządzanej przez Partię Konserwatywną. W ten sposób partia była zwolniona z odpowiedzialności; sama fundacja stała się kanałem przepływu funduszy między państwem a firmą Abenaki, która podejmowała dziesiątki akcji dobroczynnych. Była tak wielkim darczyńcą, że wielu obywateli uważało, że została ona powołana wyłącznie dla celów charytatywnych, a działalność gospodarczą prowadzi jedynie dla zdobywania pieniędzy na pomoc społeczną. Sefardi domyślał się, że o wszystkim decyduje Barras.

Powieść. Laboratorium Szyfrowanych koni. Cz. 61: Leśny rządowy obóz przetrwania.

Po zejściu z wyasfaltowanej, dziwnie wąskiej drogi, posuwali się bez słowa przez iglasty las przetykany brzozami i porośnięty mchem tak bujnym, że gumowe buty zapadały się prawie do połowy. W powietrzu wisiała mgła i zduszona cisza. Sefardi ze zdziwieniem patrzył na drzewo, z którego zwisały niezrozumiałe kształty, jakby symbole, trudne do określenia, półprzezroczyste, ociekające kroplami wilgoci. Im głębiej wchodzili w las, tym więcej ich się pojawiało.

– Czy to pańskie lekarstwo nie zaburza mi wzroku? Czuję, jakbym miał przywidzenia. Na drzewach widzę jakieś symbole przypominające plamy wilgoci.

Przewodnik skrzywił usta w tajemniczym, dwuznacznym uśmiechu i odpowiedział uspokajająco, co tylko wzmogło niepokój Mistrza.

– Nie, nie zaburza wzroku. Widzi pan prawidłowo. Proszę zwrócić uwagę także na to, co stoi za ziemi i co lata w powietrzu. Jeśli pan to zauważy, to znaczy, że zbliżamy się do obozu przetrwania. Nie wiem, czyj to będzie obóz, bo oni ciągle zmieniają położenie.

Sefardi miał na ustach następne pytanie, kiedy otworzyła się przed nimi mała polanka, jakby celowo wycięta w środku lasu, a na niej, pod plastikowym zadaszeniem, obozowisko z namiotami, kuchnią i jakimiś urządzeniami. W głębi majaczył wielki hangar lotniczy. Na środku polanki, na postumencie z grubych desek, mógł to być parkiet, znajdowała się konstrukcja, doskonale znana Sefardiemu z telewizji. Była to sala posiedzeń rządu, a właściwie jej atrapa. Dobrze oświetlona, z wielkim prostokątnym stołem w kształcie litery „U” i krzesłami ustawionymi byle jak po obydwu stronach, jakimiś tablicami i dwoma skrzynkami wyglądała na zagraconą.

Coś zmieniało się w powietrzu, które wyraźnie gęstniało przypominając budyń rozpylony na miliony cząsteczek. Przewodnik wskazał palcem kierunek, skąd napływała lepka mgła. Był tam niewielki stawik śródleśny, otoczony roślinnością wodną, z kikutami szarych gałęzi sterczącymi nad powierzchnią. Znowu pojawiły się symbole różnego kształtu i wielkości; wyłaniając się z cienia sadzawki łączyły się na tle drzew. Z boku, przy brzegu zbiornika wodnego, stały przedmioty codziennego użytku: rower, taczka i narzędzia ogrodnicze. Mistrz kiwnął przewodnikowi głową na znak, że zrozumiał jego wcześniejszą zapowiedź, widzi to, o czym wspominał i rozpoznaje symbole.

– To jest obóz rządowy. Dokładniej, rządowy obóz szkoleniowy typu survival. – Szepnął przewodnik, starając się nie zakłócić nastroju miejsca. – Społeczeństwo, Mistrzu, podzieliło się na obozy. Każdy ciągnie w swoją stronę, szuka zwolenników, obiecuje im złote góry. Niektórzy ludzie w to wierzą, choć u nas nie ma złota. Ten tutaj to jeden z obozów obietnic nie do spełnienia.

*****

– Szkoleniowy obóz rządowy? Na takim odludziu? – zdziwił się Sefardi. – Co to za bzdura?

Ledwo to powiedział, kilkadziesiąt kroków przed nimi pojawiła się wicegubernatorka, w ciężkich sportowych butach, czarnej sukni do kostek i grubych okularach. Na twarzy wyglądała jak zapaśniczka. Stanęła przy stole ustawionym na murawie i przywołała ręką kilku mężczyzn i kobietę. Byli to członkowie jej gabinetu. Sefardi mógł ich wymienić z imienia i nazwiska. Nieco dalej, oparci o wielką sosnę, stali dwaj mężczyźni wpatrując się w milczeniu w przestrzeń nad głowami rozmawiających. W przyciemnionych okularach i kaszkietach z długimi daszkami wyglądali na ochroniarzy. Obydwaj trzymali w rękach wykrywacze metali.

– Co oni robią? – Sefardi nie mógł powstrzymać się od okrzyku zdumienia.

– Proszę zachowywać się ciszej! – Poprosił przewodnik przytłumionym głosem. – Szukają środków wybuchowych lub podsłuchów. Chodzi o przewody ukryte w ziemi. Chyba niedawno założyli ten obóz. Inne urządzenia podsłuchowe z pewnością już usunęli.

Ledwie skończył mówić, przemówiła wicegubernatorka. Ton i tembr głosu nie pozostawiały złudzenia. To była ona we własnej osobie.

– Mieliście patriarchat, teraz macie matriarchat. Teraz ja tu rządzę, matka narodu, nie gubernator. On teraz zajmuje się budżetem, ja wypełniam bardziej przyziemne obowiązki. Moja rolą jest wychować naród dając mu przykłady, jak należy wypełniać obwiązki obywatelskie.

Jej słowa brzmiały twardo, nie pozostawiały wątpliwości, kto dzierży władzę. Słuchający milczeli. Rozbudzone macierzyńskie uczucia, jakimi darzyła podwładnych i naród, były znane nie tylko w jej najbliższym otoczeniu. Była osobą z charakterem i kiedy trzeba było, potrafiła przywalić pięścią w stół.

– Mama ma kopyto. – Skomentowała kiedyś jej córka, wspominając, że matka była w młodości aktywną członkinią klubu bokserskiego kobiet.

Na sukni, powyżej zdecydowanej w kształcie i rozmiarach lewej piersi kobiety, widoczna była dwujęzyczna przywieszka. Było na niej tylko pięć lakonicznych słów: „I am tough” i „Soy dura”. Sefardi nie musiał sprawdzać w elektronicznym słowniczku w smartfonie, co znaczy druga linijka, gdyż przewodnik pośpieszył z wyjaśnieniem.

*****

– Ten napis znaczy: „Jestem twarda”. W obydwu językach, angielskim i hiszpańskim. Coś mu to przypomniało. – Czy zna pan kawał o penisie i życiu? Czym różnią się od siebie? – Zapytał przewodnik ni z tego, ni z owego. Nie czekając na odpowiedź zaczął się głośno śmiać, bez najmniejszego skrępowania, jakby byli na bezludziu. Mistrz miał wrażenie, że jego towarzysz odreagowuje napięcie po silnej dawce wrażeń.

– Daj spokój, człowieku. Nie mamy czasu na żarty. – Upomniał go. W głowie zaszumiało mu, jakby miał tam komputer przetwarzający w pośpiechu bogactwo wzrokowych, słuchowych i zapachowych bodźców dotyczących miejsca, symboli, niezwykłej atmosfery obozu, sali posiedzeń rządu, wicegubernatorki i członków jej gabinetu oraz dwóch goryli z wykrywaczami metalu.

– Życie jest twardsze! – Przewodnik nie wytrzymał i gruchnął serdecznym śmiechem, który musiał dotrzeć do grupki ludzi, gdyż wicegubernatorka odwróciła głowę. Sefardi był pewien, że słyszała bardzo wyraźnie śmiech a może i słowa leśniczego. Obydwu ogarnął strach. Bez zastanowienia, przerażeni jak sztubacy przyłapani z papierosami w ustach, zanurkowali w głąb lasu, aby uniknąć ujęcia przez ochroniarzy rządu. Z tyłu dobiegł ich silny kobiecy głos: – Nie myślcie sobie, gnojki, że wam daruję! Dorwiemy was jeszcze! Nie martwcie się! Sekundę potem, bardziej domyślili się niż słyszeli, kobieta wydawała polecenia ochroniarzom.

Po obłąkańczym biegu przed siebie ślepo przez las, kiedy poczuli się w miarę bezpiecznie, ochłonęli z emocji i zatrzymali się. Mistrza ogarnęło uniesienie, poczucie triumfu, prawie szczęścia. Był wdzięczny przewodnikowi za lekarstwo i zaciągnięcie go do lasu. To, co widzieli i słyszeli, wzbogaciło jego pogląd na rzeczywistość i wzmogło determinację dalszych poszukiwań. Postanowił wrócić jeszcze do obozu rządowego, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Czuł, że kryją się tam ważne tajemnice.

Michael Tequila w księgarniachhttps://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 60: Kto okrada państwo? Sefardi wyrusza do Casi.

Informacja była poufna: Barras Blawatsky i jego najbliżsi współpracownicy spotykają się po cichu w prywatnym survivalowym ośrodku szkoleniowym ukrytym głęboko w lasach. Sefardi podjął natychmiastową decyzję wyjazdu. Poprzez zaufanego członka z lokalnego fan clubu wynajął przewodnika, byłego leśniczego. Ostrzeżono go, że bywa prostacki i wulgarny, ale jest skuteczny. W dodatku, ryzykując wiele, brał niewygórowaną opłatę za swoje usługi.

– Jest po naszej stronie. – Podkreślił człowiek z fan clubu, sugerując, że może warto byłoby zebrać więcej informacji o przewodniku.

Wulgaryści brutalnie sprowadzali zagadnienie do pytania, kto i jak okrada kraj. Oskarżano o to różne grupy nacisku, włącznie z organizacjami lobbingowymi, „dbającymi wyłącznie o interesy swoich zleceniodawców i okradających kraj poprzez zawyżanie kosztów, ukrywanie dochodów i unikanie podatków”. Najczęściej wymieniano jednak masonów, twierdząc, że wszędzie mają swoich przedstawicieli, nawet w toaletach publicznych, i są „niesamowicie wyrafinowali i wytrwali, ćwicząc do upadłego sprawność przemawiania, przekonywania i odpierania argumentów”. Sefardi ignorował takie bzdury i uproszczenia.

Sprawa wypłynęła jak zwykle na spotkaniu przy krawężniku. Dyskusja była chaotyczna. Krytykowano liberałów jak i rządzących konserwatystów. Tych ostatnich oskarżano, że udają patriotów, najchętniej pracują nocą, kiedy opozycja jest rozespana i nieuważna, mydlą oczy swoimi gadkami i rozwlekle przemawiają, aby nie dopuścić oponentów do głosu. Przy okazji rząd oskarżano o nepotyzm, zatrudnianie rodzin i przyjaciół na wysokich stanowiskach, przekupywanie posłów opozycji i kolesiostwo. Przewodniczący zebrania uznał dyskusję za nieproduktywną jałową i zaproponował jej zakończenie. Uczestnicy zgodzili się jedynie, że w rządzie istnieje utajniona grupa ludzi, którzy okradają państwo. Kim konkretnie byli ci ludzie i jakimi metodami działali, nie wyjaśniono.

W parlamencie Konserwa wyśmiewała stawiane jej zarzuty. W ostrej wymianie zdań, jej przedstawiciele szyderczo zaproponowali dopisanie do słownika parlamentarnego wyrażeń takich jak żłób, nieposkromiona chciwość władzy, szalbierstwo, stanowisko prezesa dla prostej sprzątaczki, mnożenie wiceprezesów i premie świąteczne.

*****

Cel wyjazdu Sefardiego do Casi był prosty: dowiedzieć się, co robią członkowie rządu w ukrytym na odludziu ośrodku survivalowym. Sefardi podejrzewał, że ich spotkania mają związek z powiększającą się dziurą budżetową. Był to gorący temat, drugim było bogacenie się Abenaki. Zaśmiał się, kiedy przyszło mu do głowy, że nazwa koncernu brzmi jak imię japońskiej kobiety. – Abenaki! – powtórzył kilka razy. Tkwił w sprawie po uszy.

Po przyjeździe do Casi Mistrz udał się śpiesznie do wynajętej prywatnie kwatery. Pilnował się, czy ktoś go nie śledzi. Na miejscu sprawdził tylko drzwi i okna, rozpakował walizkę i wziął prysznic. Potrzebował wypocząć. Z przewodnikiem zamierzał skontaktować się później, kiedy będzie w pełni sił. Wynajmujący mu pokój właściciele domu, małżeństwo z psem myśliwskim, u których się zatrzymał, nie znali jego tożsamości ani celu wizyty. Wiedzieli tylko tyle, ile im powiedział: przyjechał do Casi, aby wypocząć spacerując i napawając się urokami lasu.

Popołudnie przyniosło niespodziankę, uniemożliwiając Mistrzowi sjestę. Nieoczekiwanie zgłosił się przewodnik i zaczął go przekonywać, aby natychmiast udać się do lasu, gdzie dzieją się przedziwne rzeczy.

– Czas nam wyjątkowo sprzyja. Zbliża się wieczór i narasta mgła. Od czasu do czasu przechodzi mżawka. To ułatwia poruszanie się bez zwracania czyjejkolwiek uwagi. Zobaczy pan coś zaskakującego, czego nikt nie spodziewa się w lesie. Będzie mi pan za to dziękować. – Stwierdził usprawiedliwiająco zauważając grymas niechęci na twarzy gościa niechętnego zagłębić się natychmiast w mroczny las w czasie złej pogody.

Przewodnik okazał się młodym i szczupłym mężczyzną. Sefardi patrzył na niego z podejrzliwością, gdyż oczekiwał starszego i raczej tęgiego mężczyzny. Kiedy o tym wspomniał, przybysz potwierdził, że był dużo tęższy, lecz stracił na wadze dzięki intensywnym ćwiczeniom fizycznym i ograniczaniu posiłków. Dostrzegając na twarzy Sefardiego cień zwątpienia wyjaśnił, że rodzina jego byłej żony rozpowszechnia o nim podłe plotki i pogłoski.

– Tutaj ludzie chętnie kłamią, szczególnie alkoholicy i degeneraci, całe to potomstwo ubóstwa, ograniczeń i tępoty. – Mężczyzna uniósł się. – To dlatego tajne obozy survivalowe rozpanoszyły się po lasach. Mało kto o nich wie, bo okoliczni mieszkańcy ukrywają prawdę. Organizatorzy obozów i dostawcy zaopatrzenia zmuszają ich do tego. Pracownicy są wyrzucani z pracy lub szantażowani, jeśli coś wspomną na ten temat. Panuje powszechny strach. Kłamstwo dezorientuje wszystkich. Może pan mówić o sobie, że jest pan rewolucjonistą i tak panu nikt nie uwierzy.

Sefardi nie słuchał przewodnika. Uważał, że przesadza lub zmyśla, zastanawianie się nad jego wynurzeniami odłożył na później. Był trochę przeziębiony i rozmawiając kichał od czasu do czasu. Gość wyciągnął zza pazuchy piersiówkę i nalał z niej jakiś alkohol do dwóch metalowych kieliszków, stanowiących nasadkę. Niezrażony odmową natychmiastowego udania się do lasu, przekonywał Sefardi do zmiany planu. Kiedy ten kichnął, podał mu kieliszek wyjaśniając, że jest to lekarstwo.

– Nie jest mocne, choć jest na spirytusie. Kicha pan, to lepiej chronić się przed przeziębieniem i lub inną zarazą. Wilgoć na tym bagiennym terenie, zwłaszcza w lesie, bywa zabójcza dla ludzi z miasta.

Mistrz był nieufny. Chciał wiedzieć, co to za specyfik.

– Lekarstwo. Niech pan wypije. O razu poczuje się pan lepiej. To moja własna nalewka i to dobrego gatunku. – Wyjaśnił leśniczy, po czym duszkiem wychylił swój kieliszek i wstrząsnął głową.

– Gdybyś wiedział, człowieku, co to za piorunująca mieszanka, to nigdy nie wziąłbyś tego do ust. – Pomyślał niechętnie o Sefardim, gdyż nalewka zrobiona była z dzikich owoców leśnych z dodatkiem narkotyku podrzuconego mu przez znajomego celnika.

Mistrz poczuł się znacznie lepiej po wypiciu kieliszka. Wróciła mu wiara w siebie, animusz i chęć działania. Był gotów przyznać, że lekarstwo mu pomogło, gdyby nie perspektywa mrocznego, przesiąkniętego wilgocią lasu. Ostatecznie zdecydował się wyruszyć na wyprawę.

 

Poezja ducha i proza życia

 Generał Akashi Gidayu piszący poemat

Jest to drugi wpis w dniu dzisiejszym na blogu autorskim. To niepublikowana poezja.

Dedykuję ją zboczeńcom, szumowinom i dewiantom oraz bezbożnikom o zwichniętych poglądach na świat, którzy przedkładają zwykłą poezję nad radosną prozę partyjną, kufel zimnego piwa nad koryto miodem i mlekiem płynące, szarą przeszłość nad kolorową teraźniejszość, sądy przeciętne nad sądy sprawiedliwe, zmęczonego sędziego nad prężnego prokuratora, wspólnotę zwykłą nad wyimaginowaną oraz brudnego uchodźcę nad bezpieczne pranie mózgu.  

Nie szukaj Boga

Nie szukaj Boga, on jest wszędzie,
w Matki Teresy miłosiernym czynie
i w spadających wód obłędzie,
to, co jest wielkie, nie przeminie.

Patrzę w światło, jak o chłodnym świcie
różanych kwiatów zapachy mnoży
i skrzące krople rozwiązuje skrycie;
milczę, mnie tylko godzi się ukorzyć.

Oczy zogromniałe w lazurowe niebo
błądzą po wzgórzach, gdzie lśni zamyślenie,
owad-czarodziej sieć misterną przędzie;
nie szukaj Boga, on jest wszędzie.

Michael Tequila
Valley View
11 kwietnia 2005

Opinie o zbiorze poezji: Michael Tequila „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 59: Miłość i wolność na rozdrożu.

Spotkali się w biurze Anastazji Godano. Na ścianach wisiały wielkie kolorowe zdjęcia pogrzebów znanych osobistości i szarych ludzi.

– Mój zakład nie czyni różnicy między ludźmi, gdyż śmierć wszystkich traktuje jednakowo. Po prostu zrównuje – wyjaśniła właścicielka strzepując malutki kłaczek pajęczyny z ramy dużego kolorowego obrazu. Popatrzyła na Sefardiego gotowa wysłuchać, co ma do powiedzenia.

Opowiedział jej dziwaczne, nocne widzenie pogrzebu. Wysłuchała go z uwagą. Wolała, aby kolejny raz nie przekonywał jej do swoich racji. Poczuła zamęt w głowie i niepewność w kolanach, kiedy zdała sobie sprawę, że dla niej, kobiety doświadczonej boleścią setek pogrzebów jego plan był fanaberią, dziwacznym i niepotrzebnym pragnieniem wyrwania się ze społeczności, którą dobrze znał i która znała jego, i zburzeniem ich dobrego samopoczucia. Równocześnie była prawie pewna, że jego przykład utoruje drogę śmiałkom, że pojawią się oni wkrótce i pójdą w jego ślady. Jego plan nie naruszał dobrych zasad i wartości obywatelskich, obecnych od wieków, takich jak sprawiedliwość, wolność, uczciwość czy niezależność. Nikomu niczego nie odbierał, nikogo nie krzywdził swoją odmiennością. Zmieniał tylko formę pogrzebu, a nie jego istotę. Spojrzeli sobie w oczy i uśmiechnęli się równocześnie, łagodząc napięcie. Poczuli w sobie zdolność neutralizowania sytuacji, która każdej parze może wymknąć się spod kontroli.

Sefardi usiadł wygodniej na krześle. Chciał wytłumaczyć Anastazji i przekonać ją, że to tylko sprawa czasu, kiedy pogrzeby będą traktowane jak każda inna impreza rozrywkowa, mecz sportowy, koncert lub podobne widowisko. Tylko osoby, którym zmarły był bliski, będą traktować pogrzeb inaczej. Pozostali, dziesiątki, setki a nawet tysiące osób, będą oglądać go jak imprezę rozrywkową. Coraz więcej ludzi będzie to robić. Nie będą chcieli iść na pogrzeb, ponieważ będą mogli obejrzeć go w telewizji, na komputerze lub smartfonie. Chciał też jej powiedzieć, że on, Sefardi Baroka, ma szczególne prawa, ponieważ jest znanym wynalazcą i indywidualnością, tak jak rozumieją to Anglosasi, dla których jednostka wyróżniająca się z tłumu to ktoś niezwykły i ważny.

Pomyślał, że powinna zaakceptować jego plan właśnie dlatego, że przysługują mu specjalne przywileje, ludzie go szanują, wyróżniają, niektórzy nawet uwielbiają. Mógł pozwolić sobie na rzeczy, jakie innym nie uszłyby na sucho: być oryginałem, pozytywnym dziwakiem, podobnym do wybitnego malarza, który umieszczał nagie stopy w miednicy z wodą i siedział z kotletem na głowie w trakcie wykładu dla studentów. Akceptowano go, bo był geniuszem. Wprawdzie on, Sefardi, nie uważał siebie za geniusza, to jednak z pewnością był doskonałym zegarmistrzem i wynalazcą. Tego nikt nie mógł mu odmówić. Tyle razy go wyróżniano. Podsumował to głośno stwierdzając, że ma prawo zorganizować sobie pogrzeb, który będzie jak najlepsza powieść, po prostu fantastyczny.

Anastazja przyjrzała mu się uważnie. To, co mówił, miało ręce i nogi, było przekonywujące. Sama nie zrobiłaby tego, co planował, ale uznała jego prawo do ekstrawagancji.

– To nie wszystko – Sefardi poczuł w sobie siłę perswazji. – Bądźmy świadomi, że nastały czasy hedonizmu, życia dla przyjemności, choć nie wszyscy jeszcze przyswoili sobie ten pogląd. Wcześniej nie było to możliwe, bo ludzie byli zbyt ubodzy. Nie było ich stać na przyjemności. Dzisiaj jest inaczej i ja pragnę to wykorzystać.

– Co jeszcze wymyśliłeś, Sefardi? Dobrze to sobie poukładałeś w głowie, dorobiłeś ideologię. – Słowa kobiety brzmiały poważnie. Sefardi wyczuł w nich żal z odrobiną szyderstwa, delikatnego, mimo to zauważalnego.

– To nie jest ideologia, tylko obraz narastającej teraźniejszości. Wiesz, ilu na świecie jest miliarderów, tych, którzy mają ponad miliard dolarów? Nie milion dolarów, a miliard! Mnie wystarczy kilkaset tysięcy, aby zafundować społeczeństwu imprezę na cztery fajerki. To tylko kwestia wyobraźni i odwagi. Przez lata kochałem innych, choć oni mnie nie kochali, teraz pokochałem siebie. Czy to znaczy, że jestem egoistą? Absolutnie nie! Nie zaniedbuję rodziny. Zostawiam jej dużo, przede wszystkim prawa autorskie do moich wynalazków. I do sławy. Stoją za tym pieniądze, o których wiele osób mogłoby jedynie marzyć. Nie jestem egoistą, jestem najwyżej narcyzem. Kiedy przyglądam się sobie w lustrze, widzę buntownika, starzejącego się wesołka, zwariowany produkt współczesności. Taki właśnie jestem ja, Sefardi Baroka, i tak zamierzam pokazać się w telewizji, w prasie i w Internecie.

Sefardi zamilkł, czując, że za bardzo dał się ponieść uczuciom, przestraszył się, że wzleci jak nadęty balon. Wolał tego uniknąć, nigdy wcześniej tak się nie zachowywał, to nie był jego styl, nie leżało to w jego charakterze. Niepewny spojrzał na Anastazję. Jego oczy zdawały się pytać: – Co sądzisz o tym, kochanie?

Anastazja nie wyraziła żadnej opinii, zaakceptowała tylko to, co wyjaśnił. Wyglądała na przekonaną. Po chwili dodała niepewnie: – Mam tylko jedno pytanie. A co z tradycją? Zawsze podkreślałeś znaczenie tradycji. Chcesz teraz wyłamać się z niej?

– Nie! – odpowiedział. Jego oczy skierowały się w górę, jakby szukał tam pomocy lub kryjówki. Ręką oparł się mocniej o krzesło, przy który stał już od kilku minut. – Myślałem nad tym. Niektóre tradycje są dobre, inne są przegrane, skazane na stracenie. Nie niszczę żadnych tradycji, one same ulegają erozji pod presją czasu i zmian. Robię tylko wyłom w tradycjach pogrzebowych. To kwestia mojego, swobodnego wyboru. Mógłbym powiedzieć ludziom: Uznaliście mnie za celebrytę, więc teraz macie, co chcecie.

Niespodziewanie przerwał i zapytał ni z tego, ni z owego: – Co byś się napiła? Bo ja zafunduję sobie gin and tonic. Zaschło mi w gardle.

Anastazja nie wyglądała na zaskoczoną. Wybrała czerwone wino. Chwilę później doszły ją przekleństwa z kuchni, gdzie stała lodówka.

– Coś mu upadło lub wylało się – pomyślała, zastanawiając się, co to mogło być. Nie zdziwiło ją to, wiedziała, że nie znosił drobnych niepowodzeń, niezgrabności, jakie zdarzały mu się coraz częściej. Z rąk wypadały mu długopisy i sztućce kuchenne, wylewała się herbata z kubka, przewracał kieliszek z winem, on sam niespodziewanie uderzał ramieniem o framugę drzwi. Jego mózg prawdopodobnie źle oceniał odległość i zapominał, co miał zrobić lub czego nie robić. Sefardi wściekał się wtedy, wybuchał przekleństwami. Nie potrafił zaakceptować przejawów starzenia się. Rozumiał dobrze, że jest ono nieuniknione, ale nie mógł pogodzić się z nim także dlatego, że zawsze dbał o sprawność, chcąc zasłużyć sobie na łaskę dobrego samopoczucia, jakiej oczekiwał, a która nie nadeszła w rozsądnym wymiarze. Była to jedna z wielu przyczyn jego decyzji, pokazania sobie, ludziom i Bogu, że nie jest całkowitym nieudacznikiem, który się zjawia, kiedy dopada go depresja. Wrócił uśmiechnięty i wyraźnie zadowolony. Na tacy niósł dwa kieliszki.

– Z czego tak się cieszysz? – zapytała go Anastazja.

– Ze wszystkiego. Zaraz wypijemy za powodzenie, twoje i moje, jesteś przecież moją wspólniczką. Piję także za piękne udo, które obnażyło się spod sukienki.

– Ty bezwstydniku. Idź precz, szatanie! – Zaczęła śmiać się, radośnie, spontanicznie, jak dziecko. Jej radość, zupełnie nagle, bez ostrzeżenia, przeszła w szloch, bolesny spazm rozpaczy, kiedy zdała sobie sprawę, że stojący przed nią mężczyzna, który w krótkim okresie znajomości stał się jej niezwykle bliski, już wkrótce odejdzie na zawsze. Łzy pociekły jej po policzkach. Odwróciła się, aby ukryć rozpacz.

Sefardi widział jej ramiona wstrząsane płaczem, a chwilę potem żałosnym łkaniem. Chciał ją przytulić, pocieszyć, lecz powstrzymał się. Wytłumaczył sobie z niechęcią, że każdy musi przejść własną drogę krzyżową. Ta droga zawsze kojarzyła mu się z nieskończonym cierpieniem. I odkupieniem. Nie wiedział, czy miało to sens w przypadku kobiety, która go zrozumiała i zaakceptowała w chwili najtrudniejszej decyzji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 57: Maski i spór Barras-Sefardi.

Na Placu Centralnym Afary pojawiły się nowe lustra deformujące sylwetkę Sefardiego. W ciągu kilku dni jego nieobecności rządowa prasa nie pozostawiła na nim suchej nitki. Przypisano mu zgubny wpływ na młodych, niedoświadczonych ludzi, odwracanie swoimi wynalazkami uwagi od spraw dzieci i rodziny, a w dodatku zachęcanie ich do konsumpcji dóbr luksusowych.

Wynalazca postanowił nie pozostać dłużny gubernatorowi. Czekał na okazję. Kiedy otrzymał zaproszenie do zwiedzenia zakładu wyrobów gumowych i środków pirotechnicznych, nie miał jeszcze żadnego planu. Zaproszenie dostarczył goniec firmy, mężczyzna o skromnej posturze i twarzy tak nabrzmiałej czerwienią, jakby zaraz miała wybuchnąć. Zapraszającym był członek Fan Clubu Sefardiego, miłośnik jego twórczości, niejaki Asturias. Zachęcał Sefardiego do odwiedzenia swojego zakładu w dowolnym czasie obiecując niespodziankę. – Będzie dla mnie zaszczytem osobiście oprowadzić Pana po zakładzie i pokazać nasze osiągnięcia. Jestem pewien, że będzie Pan zadowolony – wykaligrafował odręcznie kończąc wyraźnym podpisem. Zaproszenie miało kształt i wygląd maski ludzkiej twarzy.

*****

Zakład mieścił się w budynkach dawnej manufaktury dywanów. Zaraz za bramą wjazdową, na której figurował wielki napis „Bania Spółka Rodzinna”, z niskiego fundamentu po lewej stronie drogi wewnętrznej wyrastał wielki komin; wyglądał, jakby zaraz miał zacząć dymić. Za nim rozciągał się długi budynek z przybrudzonej czerwonej cegły z frontową ścianą wypełnioną drobnymi oknami. Była to hala produkcyjna. Wewnątrz siedzieli w długim rzędzie pracownicy ubrani w białe fartuchy i sprawdzali gumowe maski przesuwające się przed nimi na taśmie. Dalsze pomieszczenie służyło za suszarnię. Rozwieszone na dolnym fragmencie ściany maski imitowały twarz Barrasa. Był to ten sam wizerunek, ale w wersjach demonstrujących różne uczucia: gniewu, zdziwienia, strachu, smutku i radości. Sefardi nie krył zaskoczenia.

Właściciel zakładu wyjaśnił, że maski cieszą się szczególną popularnością wśród młodzieży, ale nie tylko. Męski i żeński wizerunek twarzy gubernatora sprzedawał się równie dobrze. Ludzie używali masek na publicznych demonstracjach i wiecach, spotkaniach prywatnych, albo dla zabawy, albo dla demonstracji swych uczuć wobec gubernatora. Co dziwne – wyjaśnił Asturias – nabywały je dwie różne grupy obywateli: zwolennicy szefa rządu w celu okazania mu poparcia, przeciwnicy – w celu ośmieszania go. – Nie sposób to zrozumieć, ale tak jest. Sprawdziliśmy. Ta sama maska może być oceniana w różny sposób. Przez moment Sefardiemu wydawało się, że jego nazwisko brzmi Onegiras. Zwodniczość masek udzieliła się na moment jego własnej pamięci.

– Czy produkuje pan może podobizny głów zwierząt przypominające głowę człowieka? – Pytanie Sefardiego podobało się Asturiasowi. Zbliżała się pora obiadowa i właściciel firmy zaprosił gościa do pobliskiej restauracji dla przedyskutowania pomysłu.

Kilka dni później na ulicach pojawiły się „zwierzęce twarze gubernatora”. Były to egzemplarze próbne: dwa zwierzątka, żaba i lis, które po nadmuchaniu powiększały się do rozmiarów ludzkiej głowy. Doskonale przypominały twarz gubernatora w obszarze oczu, nosa i ust.

Zabawa z gumowymi zwierzątkami szalenie się podobała. Po kilku dniach we wszystkich zakątkach stolicy setki dzieci dmuchały ustnie, pompkami rowerowymi lub elektrycznymi, nowe, wciąż ulepszane wersje zwierząt z podobizną gubernatora, do której dodano wizerunki czołowych postaci jego gabinetu. Zwierzątka były poruszane małym urządzeniem na bateryjkę, skakały do przodu, niektóre wydawały ostre piski, rechot lub naśladowały śmiech Barrasa. Asturias wprowadził wkrótce innowacje; niektóre zwierzątka po zderzeniu ze ścianą przyklejały się do niej, inne wybuchały jak przekłute balony, jeszcze inne rozpadały się w powietrzu zostawiając niemiły zapach.

Produkty zostały zakwestionowane jako obrażające godność osobistą gubernatora. Rząd nie czekając na wyrok sądu uznał zabawki za pozbawione gustu, obrażające uczucia publiczne, a zabawę nimi za perwersyjną rozrywkę propagandową inspirowaną przez opozycję i wydał zakaz ich produkcji. Wkrótce produkcję i publiczne demonstrowanie także masek z podobizna gubernatora uznano za działalność antypaństwową.

Zakaz i nałożone kary wywołały sabotaż. Nieznani sprawcy wypuszczali w miejscach publicznych nowe, udoskonalone zwierzaki i eksplodowali je na odległość, kiedy zbliżał się policjant, strażnik miejski lub inny przedstawiciel władzy. Śledztwo okazało się trudne. Policji nie udało się udowodnić, kto zlecał, sponsorował lub opłacał produkcję lub dystrybucję. Wszyscy oskarżeni tłumaczyli się, że kupowali zabawki na bazarze, rynku lub lokalnym targu. Sprzedający natychmiast znikali ze sceny lub wymieniali się niepostrzeżenie po sprzedaży małej ilości egzemplarzy. 

Napięcie między Gubernatorem a Mistrzem stało się sprawą publiczną, kłopotliwą dla obydwu. Pojawili się mediatorzy, usiłujący załagodzić spór i zaproponowali, aby zainteresowani spotkali się i spróbowali dość do porozumienia. Nie była to inicjatywa ani Gubernatora, ani Mistrza, ale anonimowej wysokiej osobistości Kościoła Hierarchicznego, niemogącej pogodzić się z tym, że dwaj znani obywatele walczą ze sobą.

Wedle informacji prasowych, Mistrz oskarżał Barrasa o niszczenie sztuki i tradycji zegarmistrzostwa, zegara tradycyjnego oraz o wyrażanie krytycznych opinii o branży i o nim samym. Nie był to pogląd kompletny, gdyż spór był znacznie głębszy. Rzecznik rządu twierdził, że oskarżenia Sefardiego są całkowicie niesłuszne, ponieważ gubernator Barras nie jest przeciwnikiem sztuki zegarmistrzowskiej, rozumie i docenia osiągnięcia Mistrza Baroki, tylko inaczej widzi przyszłość zegarmistrzostwa w Nomadii; nie jako supernowoczesną technologię, lecz jako specjalizację zawodową opartą na tradycji. – Nasza tradycja zegarmistrzowska ma i będzie miała wielkie znaczenie także w przyszłości, ponieważ jest fundamentem tożsamości narodowej – kilkakrotnie powtarzał rzecznik gubernatora.

Do spotkania długi czas nie dochodziło, ponieważ gubernator był niezwykle zajęty. W odpowiedzi na nieustępliwość Barrasa, Sefardi skonstruował zegarek prześmiewczy. Na jednej połowie cyferblatu pokazywał on czas uniwersalny, a na drugiej czas Barrasa. Przesunięcie daty o jeden dzień do przodu na skali zegarka uniwersalnego, powodowało cofnięcie daty o jeden dzień na drugiej skali. Jedna część cyferblatu wskazywała czas posuwający się do przodu, druga cofający się.

Spotkanie nie doprowadziło do porozumienia, ani nawet zbliżenia stanowisk. Mężczyźni rozstali się chłodno.

– Mamy dwa różne charaktery. – Wyjaśniał Sefardi w gronie przyjaciół. – Jego zegarek wskazuje przeszłość, mój teraźniejszość. Ja patrzę w przód, on ogląda się za siebie, do tyłu. Ja chciałbym, aby społeczeństwo było nowoczesne i postępowe, on, aby trwało w historii i tradycji. Nic na to nie poradzimy, mamy oczy z przeciwnej strony głowy i w związku z tym zupełnie inne wizje świata. Rzecznik rządu, do którego dotarła ta informacja, odpowiedział, że sytuacja jest dokładnie odwrotna.

Wojsko, nawiedzeni i pijacy

Aby mieć silną armię, nie potrzebujemy generałów, helikopterów bojowych, dronów ani okrętów wojennych. Wystarczą samoloty dla VIP-ów, Wojska Obrony Terytorialnej, minister Macierewicz i minister Błaszczak. Oraz zwierzchnik sił zbrojnych.

Pewien dostojny wojskowy moczymorda pod koniec życia zwariował, ubierał się w komżę i organizował spotkania modlitewne, błogosławiąc hipokrytów nawiedzonych manią nadzwyczajnego patriotyzmu. Uważał to za cnotę.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 53: Spowiedź Sefardiego.

Wnętrze kościoła zaskoczyło wchodzącego chłodną ciszą starych murów i światłem kandelabrów zawieszonych wysoko w górze dla przypomnienia wielkości Boga i małości człowieka. Sefardi poczuł niezmierną powagę marmurowych rzeźb, ozdobnych gzymsów, tablic pamiątkowych o złoconych krawędziach oraz obrazów stanowiących jedno wielkie „memento mori”. Zdał sobie sprawę, że powaga i skupienie są częścią aktu spowiedzi i skruchy. Sceneria była ważna, podobnie jak w powieści. Ukląkł przy konfesjonale i czekał rozmyślając o pisarstwie. Było dla niego tym samym, co spowiedź w kościele: wyznaniem sumienia i aktem wiary autora, dzieleniem się sobą.

– Witam cię, synu! – ksiądz Terrano zaskoczył Sefardiego niecodziennym powitaniem.

W trakcie spowiedzi ksiądz zwracał się do wiernych „synu” lub „córko”. Brzmiało to śmiesznie zwłaszcza wtedy, kiedy ten „syn” czy „córka” byli starsi od „ojca”. Każde kolejne pokolenie wiernych szybko przyzwyczajało się do archaicznej formy spoufalenia. Dla Sefardiego, wynalazcy i pisarza, była to sytuacja zabawna jak i drażniąca, pobudzała jego wyobraźnię. Czuł się petentem wyznającym grzechy przed bożym urzędnikiem, który zadaje pytania i poucza. Spowiedź była dla niego teatrem z dwoma aktorami, formą dramatu, opartego na konwencji religijnej. Przypominała mu minioną dyktaturę, mającą ambicję ukształtowania lepszego społeczeństwa.

– Drogi Amizgao, spowiedniku i przyjacielu! – Słowa Sefardiego zabrzmiały górnolotnie i fałszywie. Nie zamierzał ich powiedzieć. Nie był to udany prolog spowiedzi. Poczuł się sprowokowany. Była w tym i jego wina – chęć pokazania się w roli utalentowanego improwizatora.

– Drogi Amizgao! – Wrócił do naturalności. – Znasz mnie dobrze. Zwracam się do ciebie bezpośrednio, w sposób naturalny jak do przyjaciela, bo nie chcę, aby moja spowiedź była czymś prostacko zwyczajnym, jak to kościół praktykuje wobec maluczkich. Dla mnie taka spowiedź jest przeżytkiem, bo wierni dziś nie potrzebują wyliczania grzechów.

Ksiądz, w pierwszej chwili zaskoczony inwokacją, odzyskał pogodę ducha. Nie mógł powstrzymać się, aby nie odpowiedzieć w podobny sposób. Odwrócił twarz w kierunku kratki, zza której dochodził głos Sefardiego, lecz słowa skierował do Boga.

– Panie, modlę się do ciebie. Oto klęczy przede mną człowiek, którego obdarzyłeś talentem, a on na tym żyznym gruncie wyhodował tupet. Wybaczam mu pychę tutaj, na ziemi i proszę, abyś ty wybaczył mu w niebie. Wiem, że bardziej niż spowiedzi potrzebna jest mu rozmowa, refleksja nad jego zagubieniem, która przyniosłaby ulgę jego niespokojnej duszy.

Ksiądz przerwał, aby zwrócić się do przyjaciela. – Witam cię, Sefardi. Nie martw się o formę powitania. Nie mogłem potraktować ciebie lepiej niż innych, choć zaliczasz siebie do wybrańców. Powiedz, czy nie jest to prawdą?

– Tak, to prawda. – Westchnął mężczyzna. Ale jest to zarozumiałość umiarkowana, nie ma w niej nadmiernej przesady ani kłamstwa. Cieszę się, Amizgao, że to ty mnie spowiadasz, a nie kto inny. Dlatego od razu przyznaję się do winy. Pomyślałem niesłusznie, że zechcesz spowiadać mnie wedle tradycyjnego wzorca, słowami zapożyczonymi z Ewangelii, a nie wedle prostych zasad komunikacji myślącej części społeczeństwa.

– Sądzisz, że ta druga część społeczeństwa nie myśli?

– Tak. Tak właśnie myślę. Nie muszę kłamać.

– Może i masz rację. Dajmy spokój przekomarzaniom. Staram się nie pytać ludzi, kiedy, ile razy i jak zgrzeszyli. Nie jest to potrzebne ani mnie, ani im, ani Bogu. Ważniejsze niż przyznawanie się do czegokolwiek jest zrozumienie siebie samego, swoich wad i słabości. Kiedy człowiek wierzący to potrafi, nie musi iść do konfesjonału, może wyspowiadać się sam, sobie i Bogu, skorygować swoje zachowania i jeśli trzeba, także wyznaczyć sobie pokutę. I może sam ją odbyć w więzieniu własnego serca lub wyjść na wolność, zależnie od wyroku. Jestem pewny, że to rozumiesz, bo masz wyobraźnię.

Sefardi z życzliwością odbierał słowa przyjaciela. Amizgao był księdzem, lecz mówiono o nim, że bardziej jest psychologiem niż namiestnikiem pana Boga, o którym na dobrą sprawę nikt nie miał najmniejszego pojęcia, jaki naprawdę jest. Przypomniał sobie, że w młodości ksiądz miał podobne marzenia jak on sam. Chciał być artystą; aktorem lub reżyserem. Obydwaj znali się od lat i szanowali.

*****

Ksiądz wysłuchał informacji o zamiarze Sefardiego wcześniejszego zakończenia życia, planie czterdziestu dni. Zareagował żywiej niż zawsze.

– Człowieku! Chcesz skrócić sobie życie, ale naprawdę nie rozumiem, dlaczego. Dlatego, że masz wyrzuty sumienia? To nonsens, bo wszyscy ludzie musieliby się pozabijać, gdyby myśleli tak jak ty. Czy oczekujesz, że udzielę ci dyspensy? Oznaczałoby to, że uczestniczę w eutanazji.

– Mam pełne prawo do podejmowania takiej decyzji. Dając mi życie, Bóg dam mi prawo dysponowania moim ciałem. Jedni niszczą je paląc papierosy, nadużywając alkoholu lub zażywając narkotyki, ja wybrałem swoją drogę.

– A co z duszą?

– Popełniając samobójstwo, nie zabijam duszy. Dusza jest przecież nieśmiertelna.

– Jesteś trudnym dyskutantem. Pozwól, że przedstawię ci moją opinię. Nieoficjalną, taką od serca. Jesteś tyranem dla siebie, choć pragniesz być Matką Teresą z Kalkuty, serdeczną, ciepłą i stanowczą w czynieniu dobra. Jesteś znanym wynalazcą, pisarzem i marzycielem, który spełnił marzenia, lecz wciąż marzy o więcej. Ta zachłanność aż wylewa się z ciebie. Mówię to na podstawie uważnych obserwacji. Jesteś zachłanny i niespokojny jak dziecko z ADHD, nadpobudliwe psychicznie i ruchowo, niezdolne do koncentracji, zakłócające natrętnym tupaniem sen sąsiadów z niższego piętra o godzinie szóstej nad ranem, kiedy nawet korytarze śpią. Nie czujesz, że jesteś chory?

Sefardi nie czuł się chory, lecz zgodził się w duchu, że słowa księdza zawierają sporo prawdy, która go męczy i utrudnia mu życie. Ksiądz kontynuował: – Ludzkie życie wedle zamysłu bożego ma być aktywne i sensowne. Ale nie może być wypełnione po brzegi. Mam wrażenie, że zjada cię nadmiar pomysłów. Czujesz się niespełniony. Z trudem wykonujesz dłuższą pracę, przeskakujesz z pomysłu na pomysł, zaczynasz kolejną sprawę nie kończąc pierwszej. A teraz skokiem na taśmę chcesz zakończyć całe swoje życie w ciągu czterdziestu dni! Uważam to za objaw chorobliwej ambicji i braku umiejętności zwykłego odpoczynku.

Sefardi nie przyjął słów księdza do wiadomości. Zbagatelizował je, pomniejszył. – Moja żona też tak uważa. Przypomniała mi ostatnio, że kiedy jeździliśmy na urlop, to ona zabierała ze sobą jedną książkę do czytania, a ja cztery lub pięć. – I żadnej nie kończyłeś. – Tak mi powiedziała.

– Nie ma lepszej diagnozy niż opinia kobiety, która zna ciebie najlepiej. To musi być dla niej męczące; patrzeć na fanaberie męża, którego energia rozłazi się bezproduktywnie w pięciu różnych kierunkach. Wybacz mi twarde słowa.

– Szkodliwości fanaberii, jak ją nazwałeś, nie da się łatwo ocenić. – Sefardi usiłował bronić się. Miał wprawę w roztrząsaniu błahostek. – Przyznaję, że jest to rzecz z pozoru niewinna i śmieszna, w gruncie rzeczy dezorganizująca, niepokojąca i bezproduktywna.

– Jaka jest korzyść z pięciu książek w walizce, jeśli w praktyce nic z tego nie wynika? Dlaczego to robisz? – Ksiądz zadał pytanie oczekując nie odpowiedzi, ale refleksji słuchającego. Zapadło milczenie. – Może on zasnął? Ciężko pracuje, to i może być zmęczony- ksiądz zaniepokoił się. – Czy nie myślisz czasem o zamordowaniu kogoś, Sefardi? – zapytał ni z tego, ni z owego, aby ożywić rozmowę. Spodziewał się, że zakwestionuje sens jego postępowania.

– Mnie? Prawie codziennie. Skończyłem z wynalazczością, jestem teraz pisarzem. Uśmiercanie to prawie mój zawód. Rozmowa zeszła na eutanazję. Sefardi zarzucił księdzu, że ucieka od tego tematu. – Co o niej sądzisz? – tym razem zamierzał uzyskać odpowiedź.

– To męcząca i bardzo kontrowersyjna sprawa. Ludzie patrzą na eutanazję i jedni widzą w niej tylko zło, drudzy tylko dobro. Zbrodnia dla jednych, akt dobroczynności dla drugich – wyjaśnił Amizgao. Nie zamierzał unikać tego tematu. To trudne zagadnienie.

– Czy chciałbyś porozmawiać ze mną o tym?

– Bardzo chętnie, ale nie teraz. Nie mogę. W kolejce do spowiedzi są jeszcze inne owieczki, które uparły się, że będą jadły trawę tylko z mojej ręki.

– Czy to dlatego, że inni spowiednicy oferują im siano?

– Nie bądź zarozumiały, Sefardi. Zadzwoń do mnie któregoś dnia, to umówimy się na rozmowę o eutanazji. Na pewno chcesz mieć głębszy pogląd w tej sprawie. Pisarze mają misję do spełnienia: edukacyjna, moralną, społeczną.

– Czy pisarz jest wybrańcem Boga?

– Jedynie dobry pisarz. Marny jest tylko grafomanem.

– Czy Bóg pogardza grafomaństwem?

– Tego to nie wiem, ale będę się modlić, aby mnie oświecił. Ty chyba grasz ze mną w jakąś sztuczkę, Sefardi? Nie ciągnij mnie za język, bo muszę już kończyć.

– To ja zakończę pierwszy. Poproszę o pokutę.

– Sam sobie ją zadaj! Sięgnij do sumienia i pomyśl, czy w ogóle jej potrzebujesz, czy też wystarczy ci tylko otrzeźwienie i kilka dobrych uczynków. Masz przecież plan czterdziestu dni czynienia dobra.

– Dziękuję ci, Amizgao.

– Bóg z tobą, Sefardi. Następna osoba, proszę. – Ksiądz wychylił się z konfesjonału, aby go słyszano. W kolejce były tylko dwie osoby.

– Coraz mniej ludzi uważa, że błądzi i popełnia grzechy. – Pomyślał i westchnął. Nie odczuwał braku chętnych do spowiedzi; uważał jedynie, że mówienie o sobie było formą terapii coraz bardziej potrzebnej ludziom zagubionym w społeczeństwie dobrobytu.

Michael Tequila w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p

Kilka myśli dosadnych i krótkich jak pieszczota w locie ptaka

U młodych ludzi ślepota objawia się dzisiaj często niewidzeniem niczego poza ekranem smartfonu.

Litania do Najwyższego: Boże spraw, aby nasz ukochany kraj przestał płynąć mlekiem, miodem i banknotami pięćsetzłotowymi, a spłynął normalnością.

W kraju szybkich awansów wszystko jest możliwe. W ciągu jednego dnia doktor praw może stać się łajdakiem, skromny prezes – narodowym oszołomem, ogrodnik – ministrem, szlachetny rewolucjonista – szpiegiem, chirurg – marszałkiem, szef staży pożarnej – premierem z kokardą, ksiądz –pedofilem.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 51: Procesja na osiedlu Aura.

Raz w roku osiedle Aura organizowało uroczystą procesję dla uczczenia pamięci. Nie chodziło o zwykłą pamięć, ale o Pamięć Przeszłości, pisaną z dużej litery, jak w anglojęzycznych przewodnikach turystycznych. Co zawierała ta przeszłość, nikt nie pamiętał; jej najwcześniejsze wspomnienia zatarły się w ludzkich umysłach.

Gościem honorowym procesji był mężczyzna o cudzoziemskim nazwisku Christo Carrozza. Czy było ono prawdziwe, nikt tego nie wiedział. Mówiono o nim, że jest wielkim bogaczem i niezwykle utalentowanym przywódcą. Wśród zwolenników cieszył się niepoślednim uznaniem i zaufaniem; niejednokrotnie zwracali się do niego mówiąc: Wodzu, prowadź!

Carrozza uczestniczył w procesji każdego roku, przybywał bardzo punktualnie i zawsze szedł w drugim szeregu. Krążyła pogłoska, że był to człowiek nieszczęśliwy, przyjeżdżający tylko dlatego, że na osiedlu mieszkała jego córka jedynaczka. Niektórzy mówili, że była to jego kochanka i że przyjeżdżał on po to, aby w ruinach przeżyć szukać śladów zagubionej miłości. Był małomówny, przeważnie milczał. Jeśli otwierał usta, to głównie ze zdumienia, kiedy zobaczył lub usłyszał coś dziwnego, albo po to, aby kichnąć, co zdarzało się raczej rzadko. Iwan Iwanowicz niezbyt uprzejmie twierdził, że Carrozza kichał, kiedy zapomniał języka w gębie.

Carrozza przyjeżdżał na procesję opancerzonym samochodem w obstawie wysportowanych, ubranych na czarno osiłków, trzymających prawą rękę za lewą pazuchą, w ciemnych okularach, przez które przebijał wzrok wyczuwający najmniejszy ruch w tłumie. Ochroniarze nosili marynarki z połami dyskretnie podpiętymi agrafkami. Kiedy samochód wjeżdżał na osiedle ziemia drżała, przeszywając czekających dreszczem ekscytacji i niepokoju; jedno skrzydło szlabanu dygotało nerwowo jakby doznając spazmów bólu lub rozkoszy. Stojący najbliżej ludzie słyszeli w tym dygotaniu kwilenie, przypominające płacz małego dziecka. Większość świadków wjazdu bogacza odrzucało takie wyjaśnienia, nawet jeśli coś słyszeli, uznając je za niezgodne z zasadami fizyki oraz fizjologii zdrowego samopoczucia.

W pierwszej kolejności witały bogacza dzieci, uwielbiające tajemnicze samochody, monstrualnie opancerzone, z piekielnie czarnymi szybami. O samochodzie wiedziały wszystko: znały jego markę, rok produkcji, wagę, pojemność silnika i szybkostrzelność karabinów maszynowych, choć takich nie było, ale one w nie wierzyły; kiedyś objawił im to kierowca samochodu, kiedy wyszedł na zewnątrz, aby przetrzeć szybę irchową szmatką. Zagadywany o to i owo przez dorosłych nie odpowiadał, pozostając – podobnie jak jego pasażer – milczący i uważny. Konwersował jedynie z dziećmi i to tylko wtedy, kiedy nikt tego nie widział, ponieważ nie chciał przynosić ujmy pryncypałowi, który nade wszystko cenił tajemnicę.

Carrozza ubrany był zawsze tak samo. Niektórzy domyślali się, że to z oszczędności, inni, że nie chce wyróżniać się w tłumie, jeszcze inni, że ma swój styl i charakter. Po wyjściu z pojazdu otrzepywał z lekka ramiona płaszcza lub marynarki, w zależności od tego, jaka była pogoda, po czym włączał się do procesji zajmując centralne miejsce w drugim szeregu. Szedł miarowym krokiem nie rozglądając się na boki, czasem tylko uśmiechając się zagadkowo, jakby dla pogłębienia swojej tajemniczości, która i tak była już niezmierna.

Procesja obchodziła wszystkie budynki na osiedlu. Stały przed nimi wielkie zdjęcia tajemniczego mężczyzny niezwykle podobnego do Carrozzy; ten zatrzymywał się przed nimi, wyraźnie wzruszony możliwością okazania szacunku a może i miłości osobie na zdjęciu. Procesji przewodził jeden lub kilku księży, raz nawet na czele szedł biskup, obficie błogosławiąc wszystkich stojących na drodze. Carrozza przyjmował obojętnie, kto przewodzi procesji, zadowalając się najwyraźniej centralnym miejscem w drugim szeregu.

Jego miejsce w procesji uznawano za przejaw skromności jak i głębokiej rozwagi. Było dostatecznie eksponowane, mężczyzna był dobrze widoczny z przodu i z boków, a równocześnie bezpieczny, gdyż ewentualny atak z zewnątrz raziłby pierwszy szereg wypełniony przez mężczyzn, kobiety i dzieci.

Szóstego maja procesji przyglądał się Sefardi z okna swojego gabinetu na drugim piętrze. Carrozza wydał się mu łudząco podobny do Barrasa, z twarzy i postury. Sefardi uznał to za omam wzrokowy, ponieważ mężczyzna miał inną fryzurę, bardziej w stylu afro niż lokalnym, miał też twarz bardziej pergaminową, suchą, lekko łuszczącą się, choć podobnie okrągłą. W pewnym momencie Mistrz uległ profesjonalnej dewiacji, porównując sylwetkę mężczyzny do szpindla zegarowego tylko dlatego, że zachwyciła go niewzruszona powaga maszerującego, jego nieruchomy wyraz twarzy, rozjaśniany w równych odstępach czasu uśmiechem, wybiegającym z kącików ust ku zewnętrznym krawędziom oczu.

W procesji uczestniczyła masa leciwych osób obu płci, z przewagą kobiet, żyjących dłużej i chętniej dobywających się z mroku mieszkań i apartamentów na światło dzienne. Była to nauka dla młodszych pokoleń, że starość jest niezniszczalna i potrafi zachować religijną świeżość raz zdolność gorącej manifestacji uczuć, niesłusznie przypisywaną tylko dzieciom i młodzieży. Dla osób spoza osiedla Aura procesja miała wymiar statystyczno-religijny, ujawniając rozmiary mas emerytalno-rentowych oraz ich przywiązanie do przywództwa, wiary i Boga.

Z biegiem czasu Carrozza zyskał miano męczennika. Zapytany, co o tym sądzi, odparł, że wcale go to nie dziwi, ponieważ rzeczywiście umartwia się stanem umysłowości narodu, który z jednej strony spełnia jego oczekiwania i pragnienia, z drugiej zaś gardzi nim odrzucając jego szlachetne intencje. Pytany o to, czy jego umartwianie się nie odzwierciedla filipińskiego zwyczaju cierpienia na wzór Jezusa, przez wbijanie sobie haków i kotwiczek w ciało, odparł, że jest to w istocie zwyczaj w pełni chrześcijański, godny upowszechnienia w innych krajach. W naśladowaniu wyznawców Jezusa widział głęboką symbolikę, co skłaniało ludzi do mniemania, że chodzi o świętość pochówku i mogiły, na co Carrozza reagował słowami:

– Nie! Nie! Tu chodzi o świętość zwykłego człowieka, obywatela, takiego jak pan i ja.

Niejasności związane ze Świętym Mężem, za jakiego uznawała go coraz większa rzesza rodaków, doczekały się niejednej dyskusji, także przy krawężniku. Zaczęło się to od oficjalnej rejestracji –”Klubu Wielbicieli Świętego Męża”, którego nazwę dla potrzeb obcokrajowców przetłumaczono jako „Saint Husband Fan Club”. Otwarcie klubu zainaugurował sam Carrozza, określając siebie jako podmiot i przedmiot miłości wszystkich zwolenników prawdy, wiary i tradycji. Słowa te wypowiedział – zauważyły to nawet niechętne mu media – w sposób żartobliwy, świadczący o tym, że będąc już prawie świętym nadal pozostawał człowiekiem z krwi kości, któremu powaga i dostojeństwo są równie bliskie jak humor i serdeczność.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 50: Wspomnienia miłosne i spotkanie w Katakumbach.

Do tematu miłości Isabela wracała niechętnie, może jeszcze raz albo dwa razy. Miała swoją teorię miłości, którą stopniowo dzieliła się z Sefardim. Słuchał jej chętnie, gdyż oprócz pewnej dziwaczności przemawiała przez nią odwieczna kobiecość, płodna i szczera.

– Teraz miłość już mnie mniej interesuje, nie tak, jak dawniej. Może w ogóle mnie nie interesuje? Chyba jestem za stara. – Kiedy to mówiła jej oczy błądziły gdzieś na zewnątrz, po pokoju albo za oknem, połyskując zielenią dalekich nadrzecznych łąk.

– Nie jest pani jeszcze stara, Isabelo. – Mistrz usiłował ją pocieszyć. – Ile pani ma lat? Czterdzieści pięć? Pięćdziesiąt?

Śmiała się, kiedy to mówił, lecz nie korygowała ocen swojego wieku.

Sefardi obserwował ją, jej zachowania i reakcje. Potrafiła go zaskakiwać. W rozmowach zachowywała się niekiedy tak, jakby czas istniał obok niej, nieistotny, bez znaczenia albo w ogóle przestał istnieć. Potrafiła nieoczekiwanie wyłączyć się z rozmowy i zamknąć się w sobie, innym razem głęboko zaangażować się w dyskusję, traktując ją jak wspaniałą zabawę, której oddawała się jak dziecko, szczerze i entuzjastycznie. Nic innego wówczas dla niej nie istniało. To była ona, dziecięco naturalna a zarazem dojrzała.

*****

Pod koniec maja Sefardi spotkał się przy krawężniku z Iwanem Iwanowiczem, Wiktorem i kilku innymi osobami, aby pogadać o wpływie fatalnej pogody na zachowanie się społeczeństwa i jednostki. W spotkaniach uczestniczył regularnie. Przywiązywał do nich wielką wagę, gdyż osiedle Aura reprezentowało miniaturę kraju, odzwierciedlając wszystko, co działo się na zewnątrz. Stały się już tradycją, odbywały się regularnie, raz w tygodniu, przy krawężniku drogi wewnętrznej osiedla, o ile tylko pogoda na to pozwalała. Kiedy padał deszcz organizowano je w podziemnym garażu budynku mieszkalnego o nazwie Katakumby, nawiązującej do spotkań pierwszych chrześcijan.

Tego dnia pogoda była nienośna, mroczne chmury zaciemniały horyzont. Przybywający witali się serdecznie, obejmowali się, całowali się w policzki i ściskali sobie dłonie. Nieliczni, bardziej szarmanccy całowali kobiety w rękę. Nie przyjmowały tego mile, ponieważ było to niehigieniczne, ponadto gubernator lubił całować kobiety w rękę, zwłaszcza leciwe. Mimo, że osiedle reprezentowało mieszankę demograficzną, przez co nazywano ich niekiedy zbieraniną, łączyła ich wspólnota przekonań. Byli zdeklarowanymi zwolennikami nieposkromionej wolności jednostki, krytycznymi wobec rządu, skłonnego ją ograniczać. Rekrutowali się spośród liberałów, wolnomularzy, anarchistów i innych grup społecznych zwanych szumowiną przez przedstawicieli rządu.

Pytany, dlaczego całuje kobiety w rękę, choć to niepraktyczne i niegodne z poziomem ich emancypacji, Gubernator odmawiał odpowiedzi. Kiedyś prywatnie miał wspomnieć, że jest to tradycja rodzinna, że tak od wieków postępowali jego przodkowie. Jego przywiązanie do historii było znamienne. Przeciwnicy polityczni mówili, że żyje w przeszłości, wielbi ją i kiedy tylko może wzoruje się na niej.

Na spotkanie kobiety przyniosły ciasta i herbatniki, mężczyźni zaś alkohol, przeważnie w małych buteleczkach zwanych szczeniaczkami, ewentualnie w piersiówkach, oraz soki. Panowała atmosfera komuny z pierwszych lat chrześcijaństwa, kiedy zebrani dzielili się wiarą w ocalenie mimo otaczającego ich bezprawia i okrucieństwa. Rząd Barrasa podejrzewano, że po cichu inwigiluje zbierających się aktywistów osiedlowych. Za rządów Partii Liberalnej atmosfera niepewności i zagrożenia nie była tak silna.

W czasie przeznaczonym na wolne wnioski głos zabrał Sefardi. Nowym uczestnikom zebrania przedstawił się jako zegarmistrz-wynalazca z aspiracjami pisarskimi, zbierający materiały do powieści obyczajowo-kryminalno-politycznej. Z trudem powstrzymał się od przedstawienia fabuły planowanego utworu. Prowadził w tej sprawie śledztwo dziennikarskie i nie był jeszcze pewien jego rezultatów. 

– Fabuła powieści jest poważna i rozwojowa – podsumował Sefardi, natychmiast żałując, że użył słowa „rozwojowa”, ponieważ był to termin używany przez kolejne rządy kraju do rozmydlania kłopotliwych tematów i wyzwań. „Rozwojowy” znaczyło mniej więcej tyle, że dochodzenie jest w rękach policji i prokuratury, że zakres śledztwa jest jeszcze niezbyt jasno określony, że będzie ono kontynuowane, ale nie wiadomo jak długo i co z niego wyniknie, że w ogóle nie jest jasne, czy warto je kontynuować i że społeczeństwo z całą pewnością będzie na bieżąco informowane o rozwoju dochodzenia. Minister Sprawiedliwości Castello opracował definicje terminów „sprawa rozwojowa” i „śledztwo rozwojowe” i zamierzał wprowadzić je do nowej ustawy o prawie karnym, cywilnym i administracyjnym, jednej z tysięcy, nad którymi pracował rząd.

W dyskusjach nie dało się uniknąć ostrych ocen Konserwy i opozycji, choć aktywiści starali się zachować umiar i rozwagę. Unikali zaciętych dyskusji o polityce, ponieważ wyzwalały one gniew i sprzeciwy wobec działań rządu, wywołując wzburzenie graniczące niekiedy z szaleństwem.

Kiedy ktoś zwrócił uwagę, że rząd manipuluje społeczeństwem bardziej niż poprzedni, Wiktor zdecydowanie zaprotestował. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że Wiktor jest wtyczką rządu interesującego się krytycznie myślącymi obywatelami.

Michael Tequila – dzieła literackie: : https://tinyurl.com/y7cza5nc

Aforyzmy i abstrakcje

W pewnej wsi na znak sprzeciwu krowa stanęła dęba. Kiedy lokalny ważniak usiłował ją wydoić, odwróciła się i zdzieliła go kopytem w coś okrągłego. Wtedy zdał sobie sprawę, że nie była to jego głowa, tylko łeb, a krowa nie była dojna, tylko zbuntowana.

Do uzdrowienia świata nie jest dziś konieczna bomba atomowa. Wystarczy Trump, Putin, Kaczyński, Orban, Le Pen i Kim Il Dzong. Los obdarzył szczęściem równo wszystkie kontynenty. Afrykę pominął, bo jest czarna i mało widoczna. Ale i tam też sobie radzą.

Pies oddał szesnaście strzałów do swojego właściciela. Sprawa trafiła do sądu, pies dostał dwa lata z zawieszeniem za marnotrawstwo naboi. Sąd uznał niską szkodliwość społeczną czynu. Sponsorem wyroku był Minister Powszechnej Sprawiedliwości.

Pewna zasłużona kobieta, która samotrzeć wygrała mecz 27 do 1, odwiedziła miejscowość, gdzie kiedyś gasiła pożary, bo znała się na pompach. Jej dobra znajoma zapytała ją publicznie: Co pani tu robi? Myślałam, że pani jest w stolicy. To gdzie właściwie jest pani miejsce, babo?