Kronika narodu wybranego. Odc 2: Iwan Iwanowicz niecierpliwi się

Iwan Iwanowicz zniecierpliwił się, a nawet wzburzył. Mógłby nawet powiedzieć, że ogarnęła go szewska pasja, gdyby tylko potrafił ocenić jej intensywność. Ten rodzaj pasji stawał się mu szczególnie bliski, kiedy przypominał sobie, że jego mateczny dziadek był szewcem. Krótko, ale był.

Wzburzenie dojrzewało w nim od dawna. Teraz czuł je w postaci dojmującego chłodu wypełniającego nogę do kostki, potem do kolana i pełznącego powoli w górę. Zdarzyło się to w najmniej stosownym momencie; Iwan Iwanowicz wracał pieszo do domu i na dworze panował siarczysty mróz. Kiedy zimno doszło do miejsca, które szanuje każdy mężczyzna a ceni, najwyżej po pieniądzach, każda szanująca się dojrzała niewiasta, Iwan Iwanowicz poczuł nieprzyjemne mrowienie. To mu przypomniało zimne lato i wchodzenie do morza.

– Najtrudniej jest zanurzyć termometr – zamruczał pod nosem – potem już idzie łatwo.

Przedmiotem jego nagłego niepokoju i zapamiętania była szalona sprzeczność, jaką od pewnego czasu dostrzegał w społeczeństwie Błądzących Nomadów, głęboko i boleśnie podzielonych. Jedna ich część entuzjazmowała się władzą, jej obietnicami i osiągnięciami i był gotowa w dowód uwielbienia obnosić ją na rękach, gdyby tylko było to możliwe. Druga część, opozycyjna, zadeptałby tę władzę razem z przywódcą, Czcigodnym Mężem, osobnikiem niezwykłej religijności, dopatrując się w nim źródła najgorszego zła.

Tego Iwan Iwanowicz nie mógł zrozumieć, a nie mogąc zrozumieć, nie mógł wybaczyć, a tym bardziej ścierpieć. Stąd jego szalony gniew.

Po godzinie, dłużącej się jak nigdy wcześniej, doszedł do siebie. Nie tylko dlatego, że wypił kawę dla uspokojenia rozkołatanego serca a potem kieliszeczek sherry, która wyjątkowo dobrze mu się kojarzyła z późnomłodzieńczymi latami, kiedy ludzie nie mieli pieniędzy i piło się malutkimi kieliszkami, a nie szklanicami i kielichami o pojemności dziecięcego nocnika. Skojarzenie z metalowym naczyniem wskrzesiło w nim moment dziecięctwa; przypomniał sobie, jak strofowała go ukochana niania, kiedy zamiast wypić mleko wlewał je w szparę między deskami podłogi, co nie uszło jej czujnemu oku.

– Dlaczego to robisz, skarbie? – zapytała, choć gniew palił jej usta bardziej niż wspomnienie gorącej czuszki.

– Enrique mi pokazał – odpowiedział z poczuciem słabnącej niewinnosci. Wydanie brata na pastwę rodziców zapamiętał jako pierwszą bolesną zdradę, długo uwierającą jego sumienie.

Po powrocie do świeżości umysłu, Iwan Iwanowicz podjął decyzję: wytłumaczy podzielonemu na fragmenty narodowi Błądzących Nomadów, jak dokonywać wyboru wodza, partii i władzy, i jak je oceniać, co przecież każdy musi czynić czy tego łaknie czy nie, gdyż być rządzonym jest losem każdego człowieka, choćby był żebrakiem, nędznym rabem kupionym na afrykańskim targu za marne centy czy robakiem zdatnym wyłącznie na rybią przynętę.

Tego dnia Iwan Iwanowicz zrobił niewiele, dużo jednak sobie obiecał. Potwierdził przede wszystkim kolejność myślenia: najpierw wódz, potem partia, w końcu władza. Nie był to wybór w rodzaju „kura czy jajo”. Obowiązała tu żelazna logika: zanim powstanie partia, musi zaistnieć czynnik organizujący, czyli przywódca. Władza pojawiała się dopiero w trzeciej kolejności jako efekt wygranych wyborów lub użycia siły bezwzględnego despotyzmu.

– To tak jak z Big Bangiem – pomyślał starzec i wyobraził sobie sekwencję zamierzchłych zdarzeń: najpierw zjawia się Wszechmocny Bóg, potem następuje kosmiczna eksplozja, w końcu nadchodzi ludzka władza.

Pozytywnie usposobiony dobrym początkiem, Iwan Iwanowicz spokojnie udał się spać. Tej nocy wyjątkowo nie miał snów.

Wszystkie książki autora w Księgarni Merlin:  https://tinyurl.com/y7cza5nc . Wszystkie recenzje na górnym pasku menu powyżej na tej stronie. 

 

Kronika narodu wybranego. Odc 1: Początki zbuntowanej rzeczywistości

Od dłuższego już czasu męczy mnie pisanie blogów. Trudno jest mi znaleźć dobry sposób narracji i nurt spraw, o których mógłbym pisać z zadowoleniem i przekonaniem. Pomyślałem więc o opowiadaniu eksperymentalnym, swobodnym w narracji, opartym na prawdzie jak i na zmyśleniach, nawiązujące do fantazji jak i rzeczywistości, o treści częściowo wydumanej, częściowo zasłyszanej, częściowo opartej na obserwacji, stwarzającej domysły, dlaczego jest, jak jest, a nie inaczej, i jak mogłaby się sytuacja rozwinąć, gdyby ją trochę zmienić, czyli zorganizować tak, aby jednym się żyło dużo lepiej, a innym jeszcze gorzej, krótko mówiąc na wzór i podobieństwo naszego życia.

Mam nadzieję, że klarownym wstępem zachęciłem Czytelników do czytania zniechęcając równocześnie siebie do pisania. A może na odwrót? Sam już nie wiem. Tak czy inaczej, jest to eksperyment. Rząd na nas eksperymentuje, to dlaczego ja miałbym odmówić sobie tej przyjemności, tym bardziej, że przepadam za polityką, oszołomami i Freudem.

Dzieje narodu wybranego.. Cz. 1: Początki zbuntowanej rzeczywistości

Powieść w odcinkach.

Od czasu, kiedy pan Bóg przeszedł na emeryturę, Błądzącymi Nomadami wytrwale rządził, bez dnia wypoczynku dla siebie, swoich służących oraz samych podwładnych, pewien świątobliwy mąż. Kiedyś nosił imię i nazwisko, ale zrezygnował z nich, kiedy wszyscy członkowie plemienia – z wyjątkiem niewidomych i pijanych – na pierwszy rzut oka rozpoznawali w nim Świątobliwego. Bardzo mu to odpowiadało. Rozpoznawanie nie było trudne, ponieważ był charakterystyczny. Kiedy siedział i patrzył nieruchomo w przestrzeń, co było jego zwyczajem, usta zaciskały mu się w ukośną kreseczkę a na twarzy pojawiał się wyraz zamyślenia. Czasem do tego obrazu dochodził tulący się u nóg kot w upiornym czarnym kolorze, którego Świątobliwy uwielbiał, oraz łysiejąca siwizna, kiedy zapomniał przykryć kaszkietem głowę o kształcie radosnego księżyca.

*****

Było to dwadzieścia lat wcześniej i mało kto już pamiętał dzień wycofania się Stwórcy z aktywnego życia. System emerytalny składał się wtedy z wielu filarów, które okazały się za słabe, aby przetrwać próbę czasu. Sama wiadomość o wycofaniu się Najwyższego z aktywnego życia ukazała się w prasie i w Internecie, w którym każdy mógł pisać i publikować, co chce, i dlatego mogła zostać niezauważona, lub po prostu zignorowana.

Zapytany o powód przejścia na emeryturę, Stwórca miał powiedzieć:

– Zmęczyło mnie ciągłe użeranie się z wszystkimi palantami na ziemi. Co to za ludzie, co rozstrzeliwują po szkołach dzieci i nauczycieli, wycierają sobie gębę moim imieniem przy każdym swoim łgarstwie, zbroją się na potęgę, obżerają do nieprzytomności, kiedy inni masowo głodują, zaśmiecają biedną planetę do nieprzyzwoitości i mordują wszystkie cudowne zwierzęta, które stworzyłem na wzór i podobieństwo, w końcu wypinają się na konstytucję, podstawowy akt prawny, którego zasady przedstawiłem w zarysie w Dziesięciu Przykazaniach. To tałatajstwo na ziemi co innego myśli, co innego mówi i co innego robi. Miałem już dosyć tego bigosu.

Reporter prowadzący wywiad ujawnił, że Stwórca był tak zdenerwowany, że dodał jeszcze kilka niecenzuralnych słów, których on, przedstawiciel mediów z porządnym kodeksem etycznym, nie był w stanie przekazać ze względu na przyzwoitość, a jeszcze bardziej z uwagi na żonę, która była szczególnie wrażliwa na punkcie nazw opasłych zwierząt domowych, czynności fizjologicznych oraz części ciała ludzkiego.

Informacje na temat swojego najwyższego zwierzchnika kościół albo dementował, albo milczał jak katedralna krypta zdając sobie sprawę, że cisza stłumi wszystkie medialne krzyki, ochy i achy, jeśli tylko dać jej na to trochę czasu.

– Cisza, spokój, dobre żarcie i pieniądze. Bardzo to sobie cenimy – kilka dni później wyjaśnił w chwili szczerości pewien hierarcha relaksujący się na ocienionej palmami plaży nad Morzem Karaibskim. Jego oświadczenie nie zostało zauważone przez media, co prawdopodobnie nie miało znaczenia dla sprawy.

Wszystkie książki autora w Księgarni Merlin:  https://tinyurl.com/y7cza5nc

 

Sytuacja folwarczna

Na Folwarku Zwierzęcym im George’a Orwella, wersja aktualizowana, wciąż coś się dzieje. Zwierzęcy rząd zaktywizował się i poruszył cały folwark. Iwan Iwanowicz relacjonował przy krawężniku:

– Jest ciekawie. Premier jest na świeczniku, a Ten, Który Jest Nad Nim, pozostaje w ukryciu. To bardzo oryginalna inscenizacja. Widziałem premiera w telewizji. Pięknie mówił, swobodnie, na siedząco i na stojąco, równocześnie kilkoma językami jak całe górne piętro wieży Babel – mówca nie skrywał zauroczenia szefem folwarcznego rządu.

– Premier jest cudowny: wysoki, postawny, uduchowiony. Boże, jak ja chciałbym mieć takie ciało! Każdego bym wtedy zauroczył – starszy pan westchnął tak głęboko, że ziemia zadrżała.

– O czym mówił premier? – pytania padały gęsto jak śnieg na Antarktydzie.

– O zwierzętach folwarcznych, dobrych i złych, i o dumie, i powodach do chwały. Chodziło o ich zachowanie w czasie tak dawnym, że mało kto już pamięta. Mało kto, ale on pamiętał i wyjaśniał:

– Będziemy ścigać tych, którzy źle o nas mówią, wszędzie, na pustyni, w puszczy, w Nowym Jorku i Timbuktu. Gdzie się da i jak się da. My byliśmy tak dobrzy, że chcemy teraz mieć własne drzewko, aby schować się pod nim w czasie męczących upałów.

Premier zaczął od jednego drzewka; im więcej mówił, tym głębiej wchodził w czarny las. Słuchacze zadawali pytania, byli ciekawi, co ma na myśli, co chciał powiedzieć, czy to się da wykonać, niektórzy nawet coś sugerowali, mówili o przyjaźni i sojuszach.

Premier nie zrażał się pytaniami.

– Będziemy wyjaśniać, intepretować, tłumaczyć, klarować, uzasadniać, naświetlać, aż wszystkie zwierzęta na świecie zrozumieją.

– Jak długo będziemy to robić? – zapytał niewinny zaskroniec, za którym kryła się wredna żmija.

– Aż do skutku. Świat jest taki oporny. Ludzie nic nie rozumieją – zasmucił się premier.

Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości

Iwan Iwanowicz wybrał się na spacer po Folwarku Przyszłości. Opowiedział mi całą historię.

– Im bardziej zagłębiałem się w teren, tym głośniejsze stawały się wybuchy. Coraz głośniej szczekały też psy, ale inaczej niż w okresie świątecznych petard, bardziej entuzjastycznie. W końcu okazało się, że wybuchy dochodziły z dużej przydrożnej knajpy, a były to wybuchy autentycznej radości. Wewnątrz było pełno ludzi, wszyscy trzeźwi, niektórzy na klęczkach jakby szukali czegoś na podłodze, większość jednak wyprostowana, patrząca śmiało przed siebie, oczy rześkie, piersi wypięte do przodu jak u pijanego łabędzia lądującego na lodzie. Widać było, że rozpierała ich duma. Wznosili okrzyki:

– Żyjemy w kraju powszechnej szczęśliwości. Wszystko jest nasze. Niech żyje wielebny pan prezes! Niech żyje pani prezes trybunalska, kobieta wolności, nasz ukochany ideał.

Iwan Iwanowicz, człowiek starszej już daty i trochę już niecierpliwy, zapytał:

– Kim wy jesteście i co jest wasze, o czym tak głośno wrzeszczycie?

Obściskano go za to dwuznacznie, że niby taki mądry, a pyta o rzeczy oczywiste.

 Jesteśmy kwiatem narodu. Wszystko jest nasze – entuzjazmowali się zgromadzeni. – Mu tu rządzimy. Minister Sprawiedliwości jest nasz. Sędziowie są nasi. Sprawiedliwość jest nasza. Prezes, Premier i Trybunał są nasze. Parlament jest nasz, nasz wierny Marszałek decyduje tam o wszystkim. Prezydent jest nasz. Media są nasze, przynajmniej te najważniejsze. Do nas należy też Kościół, matka nasza. Nawet czarna noc jest nasza, dlatego pracujemy tylko nocą. Czy jest jeszcze coś, co nie jest nasze?

– Co to za knajpa? – zapytał Iwan Iwanowicz.

– To Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości – odkrzyknęli gremialnie zebrani zdmuchując pianę z kufli piwa prosto w twarz Iwana Iwanowicza.

– Robili to dla żartu, oczywiście – wyjaśnił Iwan Iwanowicz. Kiedy to mówił, oczy mu ściemniały, nie wiadomo czy z gniewu, czy z przerażenia.  

Folwark zwierzęcy modernizuje się

Po objęciu władzy folwarcznej po Wieprzach, wraz z którymi odszedł znienawidzony przez wszystkich Napoleon i jego wielkie i groźne psy, Barany umacniały swoją władzę modernizując się i przemeblowując swoje twarde łby.

W pierwszej kolejności zmieniły nazwę Folwark Zwierzęcy na Folwark Nadziei. Nie używali dat, ale odrzucając nędzę przeszłych rządów zapowiadali cudowną przyszłość, coś w rodzaju nomen-omen dobrobytu dla każdego zwierzęcia łącznie z małą myszką i jeszcze mniejszym żukiem. Wszystkim podobało się użycie tajemniczego terminu „nomen-omen” przez Wielkiego Tryka. Uznali, że jest nadzwyczajne i niezwykle trafnie odzwierciedla także ich uczucia. Sporo pozafolwarcznych zwierząt też łapało się na to, zwłaszcza te, które nie chcąc męczyć własnego rozumu zdawały się na zwierzchnika Folwarku Nadziei. Zgodzić się z nim przychodziło im z łatwością, ponieważ żyli jego myślami, pragnieniami oraz odwagą. Swoją odwagę odrzucili dla dobra wszystkich zwierząt, przeszłych, teraźniejszych i przyszłych.

Barany nie zdawały sobie sprawy, że mogą myśleć inaczej niż Wielki Tryk, ponieważ były jego klonami, wiernymi do upadłości. Nie analizowały tego, co mówi lub myśli, jego intencji ani efektów jego działań, tylko przyjmowały je na słowo i trwały w natchnionym pędzie ku cudom przyszłości, ponieważ tylko on wiedział w jakim kierunku mają ewoluować. Każdy z nich nosił na szyi, niektórzy nawet w sercu, jego wizerunek; był on dla nich talizmanem. 

Po wielu dyskusjach, czując, że ich światopogląd nie jest jeszcze całkiem jasny, chociażby dlatego, że składali obietnice nie zawsze nadające się do realizacji, Barany doszły do wniosku, że są modernistami. W związku z tym przygotowały wielki transparent o niezwykłe budującej treści: „Człowiek ma wrodzone tendencje do nadużywania swojej wiedzy i autorytetu, do czynienia siebie punktem odniesienia wszelkiej prawdy, do narzucania innym siłą i retoryką swego punktu widzenia”, pod którą dopisały: My, barany, myślimy tak samo.

Była to treść zaczerpnięta od przechodniego kaznodziei nurtu ewangelikalnego chrześcijaństwa, którego siłą były poglądy modernistyczne. Słuchając go Barany uznały, że mówi dokładnie tak, jakby zaglądał do czcigodnego łba ich przywódcy, niezwykle świątobliwego i wpływowego osobnika. Bardzo ich to cieszyło, ponieważ rzadko mogli znaleźć u innych istot potwierdzenie własnej prawdy wypowiedzianej z tak niezwykłą dokładnością.

Twórczość literacka Michaela Tequili: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania”. Najtaniej w księgarni https://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,86648,Niezwykla-decyzja-Abuelo-Caduco . Recenzja książki na górnym pasku menu. 

Drugi sen Iwana Iwanowicza, krótki i bolesny

– Znowu śnił mi się „Folwark zwierzęcy im George’a Orwella” – poskarżył się Iwan Iwanowicz na zebraniu przy krawężniku, gdzie w ramach lokalnej demokracji wzorowanej na starym zegarku szwajcarskim dyskutowano sprawy od Sasa do Lasa.

– Był to sen krótki i bolesny jak świst bata. Ale nie w powietrze, tylko na gołą skórę, w dodatku na moją własną. Nie mogłem zasnąć, liczyłem spokojnie barany, które rozbrykały się szalenie i zaczęły krzyczeć: nie damy się, nie będzie wróg ani przyjaciel pluć nam w twarz oskarżeniami i pomówieniami o niecne intencje. Mamy twarde łby i jesteśmy uparte, i to jest naszą cnotą.

Wtedy odezwały się głosy innych zwierząt:

– Wyświadczyliście niedźwiedzią przysługę całemu folwarkowi zwierzęcemu, bo teraz wszyscy będą doszukiwać się i liczyć, jaka w dawnych trudnych czasach była proporcja szlachetnych zwierząt do podłych, i nie daj Boże okaże się, że nie była ona 3 do 1, ale znacznie gorzej. Dotychczas byliśmy wyróżniani jako nacja dobrej woli, to teraz może wyjść na jaw, że podłych istot było znacznie więcej niż sądziliśmy, są na to dowody w postaci donosów, listów, relacji, zeznań i zapisów, i wszystkiemu można zaprzeczyć ale nie czarnym literom na białym papierze.

– Osiągnęliśmy skutek odwrotny do zamierzonego, my cnotliwe i szlachetne w intencjach istoty – odezwał się w gronie baranów głos równie samotny jak cnota w gronie przemiłych cichodajek.

Inne barany zaczęły ciskać w niego kamieniami z napisami ”idziemy w zaparte”, „hej, kto rodak na bagnety” oraz „nie będą obcy pluć nam w twarz”. Krzyczały także, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi, na co odezwały się inne zwierzęta folwarczne, że cnota jest prawdziwa dopiero wtedy, kiedy jest się cnotliwym od A do Z, a nie od A do L albo od L do Z, albo jeszcze inaczej. – Tak ostatecznie opowiedział resztkę krótkiego i bolesnego snu Iwan Iwanowicz, potomek dwóch narodów i trzech narodowości, co jest dzisiaj niepopularne zwłaszcza na folwarkach, gdzie preferuje się rasy czyste i jednoznaczne.

Barany pozostały dumnie uparte i szły za przewodnikiem stada do koryta niezaspokojonych pragnień, w którym woda robiła się coraz bardziej mętna, może dlatego, że zbliżała się wiosna i trawa uderzała baranom do głowy – ktoś skomentował, ale kto go tam chciał słuchać w ogólnej atmosferze niedźwiedziej przysługi.

Niezwykły sen Iwana Iwanowicza

Iwan Iwanowicz Iwanczyn miał tak niesamowity sen, że żadną miarą nie mógł się powstrzymać od podzielenia się nim z mieszkańcami osiedla.

– Rzecz się działa na folwarku zwierzęcym im. George’a Orwella. Śniło mi stado baranów, niezwykle mądrych i poważnych. Na jego czele stał przywódca, osobnik z podwójnie zakręconymi rogami. Jego marzeniem było doprowadzenie baranów i wszystkich innych zwierząt do stanu nieskończonej szczęśliwości. Cieszył się on tak ogromnym mirem, że kiedy mówił, wszystkie barany opuszczały łby i wsłuchiwały się nie tylko w jego słowa, ale także w to, co wokół niego w trawie piszczy. Ich miłość do przywódcy była tak wielka, że zapominali o jedzeniu, piciu a nawet o zwierzęcej godności granej przez dzwoneczki zawieszone na szyi.

Nocą, kiedy wszyscy spali, stado wydało dekret tak niezwykle udany i rozumny, że od samego rana ze wszystkich stron świata zaczęły napływać gratulacje. Był to dekret zaporowy, uniemożliwiający wyrządzenie jakiejkolwiek krzywdy – poprzez obmowę, pomówienie lub insynuację – zwierzętom żyjącym na całym folwarku.

– Będziemy ścigać oszczerców z całą bezwzględnością po całym świecie jak długi i szeroki – oświadczył rzecznik stada.

– W życiu baranów – promienne światło rozbłysło w oczach Iwana Iwanowicza, kiedy to wyjaśniał – nie jest ważna zielona trwa, świeża woda, wygodna podściółka w oborze, to owszem też, ale jakby na trzecim planie, ale właśnie sprawy ulotne, pełne delikatności i zadumy, których nikt inny nie dostrzega, jedynie oni poprzez swoją nadzwyczajną intuicję i wyczucie.

Iwan Iwanowicz chciał jeszcze opowiadać więcej o śnie, ale mu przerwano, uznając, że dekret wydany przez stado, jakie mu się śniło, jest jak najbardziej słuszny, taki, o jakim marzyły wszystkie barany, ich rodzice, dziadowie i pradziadowie, a nawet przodkowie, którzy w zamierzchłych wiekach schodzili z rajskich drzew, aby wspólnie śpiewać alleluja z tęsknoty za dobrym uczuciem i rozumem.

Twórczość literacka Michaela Tequili w księgarniach: powieść, poezja, opowiadania, najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

Ballada poetycka „Od dzisiaj żłopię”

Z okazji ostatnich wielkich osiągnięć prawno-dyplomatycznych naszej władzy (wychwalanej między innymi przez ONZ, BBC, Kongres i Departament Stanu USA, Izrael i Ukrainę), dołączam balladę ku pokrzepieniu serc.

Od dzisiaj żłopię

Tekst napisany w nastroju kempingowym w spokojnej, nadmorskiej miejscowości Streaky Bay na półwyspie Eyre w Australii.

Od dzisiaj żłopię jak ten cham,
upijam się na umór,
wódę kuflami od piwa chlam,
utrwalam szklankami rumu.

Kiedym wstawiony, poezją łkam,
serdecznym wzruszeniem szlocham,
pięknieję w oczach wrażliwych dam;
za tę wrażliwość je kocham.

Potocznej mowy odrzucam szlam,
wykwintne dobieram słowa,
oprawiam w rymy złoconych ram;
artysty kieliszka to mowa.

A gdy w delirium ostatnim drgam
i mózg dopalam wzruszeniem,
na mowy plebejskość po prostu plwam,
bo wieszcza już jestem wcieleniem.

Streaky Bay, 14 października 1997

Poezja Michaela Tequili w księgarniach: "Klęczy cisza niezmącona". Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

Superksiężyc i Superchłop w zimowych butach

Całkiem ostatnio pojawiły się dwa nieziemskie zjawiska: superksiężyc oraz chłop w zimowych butach po pachy, postać publiczna, omalże mityczna, podobno niezwykle silna, zwany też Superchłopem.

Superksiężyc wedle opisu jest niezwykle krwawy, a zarazem niebieski, i wystąpi gościnnie tylko jeden raz, po czym usunie się w cień. Link do niego, włącznie z krwawym zdjęciem, prowadzi przez NASA.

Co do Superchłopa, to najpierw pojawiła się informacja, że strzelił sobie w stopę, potem że strzelił kilka razy, przy okazji manifestujących bab w czerni, potem wielkiej awantury z jakąś unią, która nas nie lubi, w końcu ustawy o totalnej niewinności i zasłudze.

Okazało się to nieprawdą, gdyż rzeczony Superchłop w istocie rzeczy przyjął ustawę tak niezwykle udaną, że zewsząd rozległy się okrzyki zachwytu, powszechny aplauz, pochwały a nawet wielkie jak stodoła całusy. Chwalił Superchłopa przede wszystkim Izrael, jednostka poniekąd mała, ale bardzo historyczna i boleśnie doświadczona, korzeniami sięgająca innych kontynentów, oraz jej liczne społeczności zwane diasporą.

Ze strony Superchłopa sytuację rozjaśnił młodzieniec, niezwykle udany, lat około czterdziestu, sądząc po mądrości to może i czterystu, czarną brodą przypominający Murzyna, zwanego teraz Afrykaninem, pseudonim partyzancki jaki taki czyli nienajgorszy. Siedząc w telewizji przy stole z ciasteczkami i opozycyjnym drobiazgiem, twierdził, że to on osobiście przygotował to niezwykle zręczne sformułowanie, głównie dzięki udanym i znaczącym ustom.

Sformułowanie jest mniej więcej o tym, że „my, zjednoczeni tradycją i patriotyzmem, chłopi tych ziem, sól z tej soli i gleba z tej gleby, będziemy bronić się prokuratorem, sędzią, więzieniem i karą pieniężną przed posądzeniem, że nie wszyscy byliśmy uczciwi i niewinni w czasach tragicznych wydarzeń wojennych, tak starych jak najstarsi ludzie”. 

Jego wypowiedź, uchwalona przez najwyższe gremium Superchłopów, wywołała powszechny zachwyt w szeregach pozostałych Superchłopów, których jest u nas niemało, i to niekoniecznie na wsi, ale także i w dużych miastach.

Ambasador Izraela w pierwszej kolejności nie mogła się nachwalić tej uchwały, mówiła niezwykle pochlebne rzeczy w rodzaju „jesteście wyjątkowo cacy, nic lepszego nie mogliście wymyśleć, jestem zachwycona, w ogóle to poprawiliście nasze stosunki wzajemne co najmniej o 180 stopni”.

Równocześnie wyraziła opinię, że teraz „ze szczególną radością będę myśleć o posadzeniu w moim ogródku drzewka wielkiej zasługi i pamięci, o które dopominał się, a może tylko przymawiał, dowódca straży przybocznej waszego ukochanego, jakże przez was czczonego wodza”. Więcej pochwał nie przeszło jej przez gardło, chyba dlatego, że była przeziębiona, bo mówiła dosyć niewyraźnie, choć z drugiej strony powiedziała to, co chciała.

Nie wiem, czy wszystko dobrze zanotowałem, bo i mnie czasem się myli, co jest czarne, a co białe, tylko dlatego, że jedno jest czarne, bo jest czarne, a drugie jest białe, bo jest białe, a inne to całkiem odwrotnie, jak to w polityce chadzającej w wielkich butach po bezdrożach wprost nieludzkiej wyobraźni.

 

Szalona abstrakcja ze zwierzętami w tle

Nazywano go Samotnikiem, ponieważ mieszkał sam, bez żony i bez dzieci. Zimą chodził nad jezioro w wielkich czarnych butach, które smarował tłuszczem Shoe Open Classic, aby ze skóry nie wychodziły białe plamy soli. W całej sytuacji było dużo tajemnic, ponieważ jezioro było tak małe, jak kot napłakał, buty były tak czarne, że pożal się Boże, a białe plamy okazały się fałszywe, ponieważ pojawiały się także wtedy, kiedy używano je wyłącznie do chodzenia po śniegu, gdzie o sól było bardzo trudno.

Pewnego styczniowego dnia, kiedy szedł nad zmarznięte jezioro, poczuł samotność nieporównywalnie głębszą niż zawsze. Przypisał to informacjom o tym, co dzieje się kraju, jakie przeczytał przed samym wyjściem z domu. Mając je w pamięci smutno popatrzył na jezioro, zaciągnięte nieświeżym już lodem, posłuchał wiatru chamsko hulającego na otwartej przestrzeni, przyjrzał drzewom zamazanym mgłą i zapragnął psa do towarzystwa.

Idąc dalej napotkał malarza, co było niewątpliwie objawem szczęścia. Był to tęgi mężczyzna ubrany w ciężki kożuch, buty walonki oraz czapę wielka jak łeb niedźwiedzia. Obok niego stały obrazy na sztalugach ustawionych na śniegu z wielką przywieszką „Wyprzedaż”. Zanim Samotnik obejrzał je, pokonwersował chwilę z artystą, który określił siebie jako „zwolennik silnej władzy, która potrafi nakarmić naród dobrym samopoczuciem i nadzieją wiecznego szczęścia”. Ostatni obraz, zatytułowany "Gospodarstwo agroturystyczne", był wielkich rozmiarów, w zdobnej szerokiej ramie i przedstawiał pejzaż z lasem, jeziorem i zwierzętami. Były one różnych ras i było ich całe mnóstwo. Samotnik poczuł sympatię do obrazu, ponieważ stał na końcu i wyglądał równie odosobniony jak on w czasie wędrówek nad jeziorem.

Po dłuższym oglądaniu obrazu „Gospodarstwo agroturystyczne”, niektórych fragmentów nawet przez lupę, którą zabrał ze sobą, Samotnik zdecydował się nabyć dwa psy z górnego prawego rogu obrazu. Były to okazy rasy Jack Russell o nazwach Jack i Russel.

Mężczyzna przywołał malarza skinieniem ręki i wyjaśnił:

– Chcę kupić te dwa psy. Potrzebuję ich do towarzystwa, kiedy spaceruję samotnie nad jeziorem. Ile kosztują?

– Jeśli przychodzi pan tutaj regularnie, to lepiej chyba je wypożyczyć. Odpada panu troska o zwierzęta, nie musi pan niczym się zajmować. – Sprzedawca mówił tak wielkimi skrótami, że trudno było go zrozumieć.

Samotnik od razu zaskoczył. Ujęła go rzeczowość języka artysty, gdyż sam od dawna o tym myślał, że byłoby dobrze nie robić z gęby cholewy mówiąc zbyt dużo i zbyt rozwlekle. Dobili targu, podróżny zdjął psy z obrazu i ruszył na spacer. Zwierzaki miały już smycze na sobie i były stęsknione za wolnością. Samotnik bawił się wyśmienicie, obserwując zwierzęta, zwłaszcza kiedy one bawiły się ze sobą. Była to czysta rozkosz, patrzeć, jak figlują, naskakują na siebie, czają się. Pomyślał, że są podobne do ludzi, jakich oglądał w telewizji.

Po zakończeniu spaceru podniósł psy i zaczepił je ponowienie na obrazie. Natychmiast wtopiły się w tło i znieruchomiały. Znając ich ruchliwość, wiedział, ile ten spokój je kosztuje. Wyglądały jednak na szczęśliwe. Odchodząc przypomniał malarzowi, że ma abonament na dalsze ich wypożyczenia.

Latem, kiedy wokół było dużo trawy, Samotnik chętniej wypożyczał owcę, kozę lub krowę. Bardzo mu to odpowiadało, bo oprócz przyjemności obcowania z żywą istotą miał także mleko. Krowę nazwał Baśka, przypominając sobie sąsiada z czasów młodości, który miał krowę właśnie o tym imieniu. Kozie ani owcy nie nadawał imienia, wołał na nie po prostu: Kozo albo Owco. Rozumiały to doskonale, nie buntowały się, w końcu dały mu do zrozumienia, że jest im wszystko jedno.

– Tak samo jak ludzie – myślał wtedy.

Do kozy tak się przywiązał, że wypożyczył ją na kilka dni i zabrał do domu, aby sprawdzić żydowską przypowiastkę o człowieku, który skarżył się na ciasne mieszkanie. Wprawdzie on sam nie cierpiał na ograniczoność przestrzeni, ale bez kozy mieszkanie wydało mu się nieprównanie większe. Kiedy ją oddawał wieszając na obrazie, uznał, że było to wartościowe doświadczenie.

Któregoś dnia latem, był to wyjątkowo gorący dzień, żar buchał jak z Afryki, Samotnik wypożyczył żyrafę. Było to drogie przedsięwzięcie, ponieważ rząd niedawno wprowadził zakaz wypożyczania zwierząt powyżej trzech metrów wysokości, ale wartościowe w sensie poznawczym, ponieważ żyrafa zjadła wszystkie liście z wielkiego dębu, samotnika takiego jak on sam, rosnącego blisko jeziora. Oboje musieli salwować się ucieczką, gdyż nie wiadomo skąd pojawiły się dziki wściekle chrząkające, że dąb przestanie rodzić żołędzie, i rzuciły się na nich z zamiarem co najmniej pobicia. Dąb okazał się pod ochroną, miał pięćset lat, choć dziki upierały się, że może nawet i pięć tysięcy.

Wszystkie nadjeziorne doświadczenia ze zwierzętami, aczkolwiek użyteczne w sensie poznawczym, nie okazały się tak odkrywcze jak album z fotografiami i notatnikiem, który listonosz dostarczył Samotnikowi za pokwitowaniem, kiedy przeszedł na emeryturę.

Ze zdjęć i zapisów dowiedział się, że był prawdziwym świrem od dziecka, a może nawet i wcześniej, miał na imię Luna, skrót od Lunatyk (po angielsku Lunatic, co znaczy również wariat). Jego stan zdrowia rozpoznano dopiero wtedy, kiedy po przeczytaniu Winnetou uznał, że jest Old Shatterhandem i usiłował powalić konia dorożkarskiego jednym uderzeniem pięści. Kiedy właściciel konia i pojazdu naskoczył na jego rodziców, Luna usiłował wyperswadować mu niewłaściwą reakcję również jednym uderzeniem pięści, w czego wynikła wielka awantura.

Sprawa nie trafiła do sądu a on do więzienia, ponieważ uznano, że jest na tyle rozwinięty, że można go oddać do domu dziecka z zakratowanymi oknami i widokiem na wolność. Był to dom dla dzieci szybko dorastających. Luna przesiedział tam kilka tygodni, znudziło mu się to do tego stopnia, że wyrwał kraty, udowadniając ostatecznie, że imię Old Shatterhand pasuje do niego jak ulał.

Czasy były wtedy ciekawe, nikt nie widział w jego zachowaniu nic dziwnego, ponieważ był to okres gwałtownych zmian w kraju, kiedy wszystko uchodziło za właściwe i poprawne. Po osiągnięciu dojrzałości, co nie było trudne, bo większość ludzi to robi, pracował przez pewien czas jako psycholog, potem przekwalifikował się na psychiatrę, pożyczając dyplom od kolegi, z którym mieszkał razem w domu dziecka. Potem zapisał się do partii akurat rządzącej, zaprosił go do tego sam prezes, który posadził go na kolana i dłuższy czas tłumaczył przy szklance mleka z indyjskim imbirem, że są partią nawiedzoną pasją nawrócenia całego świata, ludzkiego, zwierzęcego i roślinnego, na ład i porządek.

W rządzie Luna pełnił różne funkcje z wielkim powodzeniem, przede wszystkim ministra rolnictwa, doradzając także prezesowi w sprawach nadzwyczajnych, z jakimi nikt na świecie nie mógł sobie poradzić. Jeździł także z prezesem lub premierem do większych organizacji międzynarodowych, w tym do ONZ, doradzając im, jak powinni się zmienić, aby ludziom żyło się lepiej. Wszyscy go cenili, otrzymał wiele medali, głównie z ręki prezydenta, który mówił o sobie, że lubi chodzić w trampkach po linie, aby oglądać świat ze wszystkich kierunków, z góry, z lewej strony, z prawej strony, a najbardziej od dołu. Twierdził wtedy, że od dołu świat jest najbardziej płaski, przez co on mógł być bardzo pozytywnie oceniany przez naród.

W końcu Luna przeszedł na emeryturę, aby ostatecznie oddać się pasji wypożyczania zwierząt, jaką – szczerze mówiąc – odkrył zupełnie przypadkowo, z wielką radością dla siebie i dla zwierząt. Kiedy o tym wszystkim myślał, dochodził nieodwracalnie do tego samego, bardzo filozoficznego wniosku, że każde dojrzałe społeczeństwo ma swoich geniuszy i idiotów, szczególnie zaś tych drugich, oraz dobre i złe czasy, i że nigdy na nic nie jest za późno. 

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

 

Sekretarz Stanu w Polsce

Sekretarz Stanu USA Rex Tillerson przyjechał i wyjechał. W międzyczasie rozmawiał z prezydentem, premierem, ministrem spraw zagranicznych, w końcu z prezesem Kaczyńskim. Przed spotkaniami przedstawił swój cel.

– Bardzo pragnę zobaczyć, poznać, uściskać pana Prezesa. To fantastyczny człowiek, wszyscy go lubimy w USA. Bardzo podobny do naszego prezydenta Trump. Całkowite podobieństwo. Na początku myślałem, że to bracia syjamscy.

– Jak podoba się panu w Polsce? – zapytała dziennikarka.

– Strasznie mi się podoba. Oddalacie się od Unii Europejskiej. I słusznie, bo my też ich nie lubimy. Nadęci zarozumialcy. Po co jakieś unie, jeśli możemy handlować ze sobą bezpośrednio? My i wy, idealny układ. Polak Amerykanin – dwa bratanki. To u nas bardzo popularne powiedzenie. Fajna była ta kara półtora miliona złotych nałożona na TVN. Cwaniacy! Chcieli być niezależni, a przecież telewizja musi być jedna. Cieszę się, że sądownictwo też zmieniacie. U nas jest też mnóstwo starych sędziów. Chciałbym, aby przyjechał do nas pan Ziobro, to by nas zreformował. Trzeba by oskarżyć kilku staruchów o udział w Wojnie Secesyjnej po stronie Południa. To takie nasze PRL – wyjaśnił.

–  Podobał mi się też pan Macierewicz. Szkoda, że już go nie ma. Chciał od nas kupić Patrioty tak drogo, że mu odmówiliśmy. To fantastyczny człowiek.W ogóle jest bardzo dobrze. Słusznie izolujecie się od innych, bo was obronimy. Zresztą z waszym pospolitym ruszeniem sami przykryjecie Rosjan czapkami. Przypomną sobie wojnę polsko-bolszewicką, kiedy daliście im łupnia. Kiedyś mieliście Piłsudskiego, a teraz macie nowego naczelnika i to dużo lepszego.

Ech! Ech! Jak ja wam zazdroszczę tej nowoczesności, oderwania od rzeczywistości, luzu, swobody! Czuję, że rzucę się na prezesa Kaczyńskiego i będę go ściskać. Wszyscy byli wzruszeni. 

Eksperymentu ciąg dalszy tym razem dokończony

Eksperymentując czerpię natchnienie z pobożności, broń Boże własnej, płynącej z samotnego odwiedzania kościoła, choć i tam bywam, i wiem jak wygląd osobnik duchowny, ile z oglądania ważnych osób chodzących do kościoła gromadnie, tych ze świecznika a może nawet i spod kandelabra, różnych prezydentów, premierów, ministrów, prezesów, sekretarzy różnych stanów, senatorów i marszałków, posłów i innych ważniaków

– „Eh, jest tego do groma” – chciałoby się powiedzieć, jak mawiał słynny malarz hiszpański Francisco José de Goya y Lucientes, który też się zachwycał nienormalnością, różnymi inkwizycjami, przekształcając je pędzlem w psy, parasolki, wisielców, chimery oraz czarownice ucztujące na piekielnym sabacie.

Widzę ich często, te osobistości spod świecznika i kandelabra, w kościele, jak patrzą poważnie do przodu, sztywni, w garniturach z kantami, stoją razem, klękają razem, razem otwierają usta, razem wchodzą i razem wychodzą, ocierając się o siebie aż iskrzy. Coś z tego chyba wynika.

Ostatnio gryząc orzechy rozgryzłem, że to coś, to wątpliwe korzyści dla kraju, tego, tutaj, który był znany w Europie i na świecie, a teraz jest jeszcze bardziej znany, tylko w odwrotnym kierunku, kiedy obcy wskazują na nas palcami, a na ich wargach pojawia się wielki znak zapytania, jak to się stało, lub przerażenia, że można zajść tak daleko, tak szybko i tak beznadziejnie głupio.

Pobożne Naczalstwo spod urządzeń oświetleniowych, bo tak można by ich nazwać, jest tematem wielkiego obrazu, większego niż Panorama Racławicka, który maluję zbieranymi każdego dnia fragmentami, do czasu do czasu chlapiąc na płótno złotem orderów, czerwienią wstydu, bielą niepewności oraz lazurem nadziei.

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Jeśli blogi ci się podobają, kup coś, dla siebie albo na upominek, albo tak w ogóle. Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

 

Eksperymentowanie ze świętościami

Dużo się teraz u nas eksperymentuje, ze wszystkim co wpadnie pod rękę, a nawet ze świętościami, przykładowo ludnością cywilną, kobietami w bieli i w czerni, generałami, obiektami strzelająco-latającymi, reputacją, histerią, zabawkami i bohaterami, ulicami i placami, uczuciami, nieskończoną dumą i wzniosłym honorem, przeszłością i przyszłością, która może być także durna i chmurna, w końcu także tanią mądrością i kosztowną głupotą. Jest to piękne i dobre, ponieważ eksperymentowanie jest czynnikiem twórczym, pcha nas do przodu, chyba, że akurat pcha nas do tyłu albo w dół, co jest niewykluczone, kiedy eksperymentator zapatrzy się w cel tak rozmazany, że zaciera się mu w umyśle i wabi na manowce jak Scylla i Charybda od Odysei i Homera. Czasem eksperymentator widzi chimerę, tak szaloną i słodką jak odrestaurowany całkowicie naród, dużo mądrzejszy i lepszy niż obecny, rozkoszny jak dobrze najedzony bobas, i chce ją doścignąć, tymczasem ona śmieje się z niego, że aż zęby bolą, aby tylko je mieć.

Postanowiłem i ja poeksperymentować. Tak jakoś to mnie naszło, chyba z tęsknoty na sławą, a może za normalnością, taką zwyczajną jak mysz pod miotłą.

Nie będę się odgrażać, ale jeszcze tu wrócę, aby dokończyć ten eksperyment.  

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Jeśli blogi ci się podobają, kup coś, dla siebie albo na upominek, albo tak w ogóle. Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

Czas rwie naprzód jak koń trojański. Ciąg dalszy wariacji.

– Czas jest po naszej stronie – ogłosiła Partia Wciąż Zwycięska czyli PWZ. Czytam właśnie „Rok 1984” Orwella i domyślam się o jaką partię chodzi. Jest ich kilka, ale tylko ta jest na przodzie. Te w opozycji trudno nazwać partiami, bo się jednoczą, ale wciąż pozostają w rozsypce. Jedna ma nawet w godle mężczyznę o uśmiechu zajączka, którego ludzie chcą zwolnić obowiązków. Ludzie stali się nachalni, mają roszczenia. Drugi przywódca chyba sam się zwolnił. Każdy ma prawo zmęczyć się i wypocząć.

Przyjmuję do wiadomości, że czas jest po naszej stronie i wiem nawet dlaczego. Jeśli jest po naszej, to jest – tak myśli suweren.

– Jeśli Suweren myśli bez zahamowań, to dlaczego ja miałbym się hamować. Nikt nie lubi być hamowany, być hamem, ani hamulcowym.

Nieprzerwane zmiany. A to pogoda, a to gabinet. Podobno już tylko czas jest niezmienny. Przeszły, teraźniejszy i przeszły. Zastanawiam się. Przeszłego już nie ma, bo już minął, teraźniejszy właśnie mija, przyszły dopiero będzie. Krótko mówiąc, czasu też nie ma.

– Co więc jest? – Słyszę pytanie. Chyba z kosmosu.

– Są zmiany – pada odpowiedź, z wnętrza kraju. Głównie z kościoła. Są nowe interpretacje. Kiedy słyszysz: „Chwalcie Pana” nie znaczy to już "Najwyższego", ale "Prezesa". Tak to interpretuje Partia Wciąż Zwycięska pełnymi ustami rzecznika i sekretarki w randze ministrów. Wreszcie jest równość – myślę. Marks by się cieszył. Lenin chyba też. Stalin? Nie wiem, mało go znałem.

Mamy nowe relacje z Zachodem. Jest on jakby mniej opryskliwy, nie tak niechętny. Dotychczas to my do niego z chlebem prawdy, a on do nas z pałką oskarżeń. Teraz nawet uśmiecha się, zwłaszcza twarzą dużego faceta, z nową brodą, tego ważniaka, zdaje się wiceprzewodniczącego, Holendra.

– To dobrze – tak wszyscy mówią. Wreszcie Zachód zrozumiał, że był niedoinformowany i w końcu wyprowadził się z błędu.

– Nie wiem, czy to dobrze. Bo co mi z tego? Stałem się egoistą, zhardziałem i chciałbym, aby ktoś na nas nakrzyczał. Nie na PWZ, ale na nas, na naród, że sobie nie radzimy. Broń Boże na Kościół, który teraz głowę wychyla zza węgła i zachęca, raz nawet purpurowymi ustami, aby przyjmować uchodźców.

Kończę, bo mam jeszcze buty do pomalowania tłuszczem przeciwśniegowym. Też ważne, bo człowiek przebywa albo w butach, albo w łóżku. Rzadko boso, bo wtedy najchętniej fika, a tego w czasach poważnej polityki wobec Zachodu nie wypada czynić.

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq. Kupuj, póki nie za późno. Cenzura nie śpi. Czarna lista wciąż w obiegu. 

Wariacje na temat podmienionej rzeczywistości

W krajowym gabinecie figur woskowych dokonano znaczących zmian. Świat wirtualny podmieniono na inny świat wirtualny, inaczej mówiąc – zrobiono go w wersji light, podobnie jak to się robi z jogurtami. Nowa wersja jest znacznie słodsza, w kolorze bardziej różowym, łatwiej przyciągającym zwolenników nektaru. Zmian dokonał ukrywający się pod pseudonimem właściciel gabinetu, mężczyzna średniego wzrostu, z pokaźnym brzuchem, siwiejący. Będąc właścicielem udaje, nie wysilając się zresztą, że jest tylko księgowym. Może i tak jest w istocie, ponieważ nic nie stoi na przeszkodzie, aby księgowy był właścicielem dużej firmy, nawet jeśli jest ona na kółkach i nie wiadomo w jakim jedzie kierunku.

Pierwsze efekty zmian oceniono dobrze. Ponieważ gabinet miał kształt ula, przybywało coraz więcej owadów, między innymi motyle, ociężały trzmiel z nową brodą, podobno zmianami zainteresowała się nawet pewna królowa pszczół.

Jak wyjaśniają entomolodzy o zmianie w ulu zadecydował nektar wartości milionów a może nawet i miliardów w twardej walucie, niezależnie od tego, jaka by to była waluta, włącznie z węgierską, której 100 HUF-ów jest warte mniej niż 1,4 PLN.

W sumie podmiana figur w ulu okazała się niezłą grą, zwłaszcza kiedy jeden gruby owad o głowie bardziej okrągłej niż wypełniony po brzegi księżyc, powiedział coś szpetnego o koleżance z ula, nazywając ją także wredną ścierką. Wywołało to wielki szum i wystąpienie do wyższych władz o usunięcie go z dochodowego stanowiska, na którym  nektar płynie strumieniem. Jest to znany osobnik, paradujący czasem w ciasnym ubranku na rowerze, aby pokazać, że nie tylko umie latać, ale i poruszać się na dwóch kółkach upowszechniając poglądy wypasionej kucharki z folwarku zwierzęcego.

– Sytuacja rozwija się dynamicznie, czekamy na kolejną odsłonę, to niezły teatr – krzyczały i cieszyły się owady.

Twórczość autora blogu w księgarniach: Sędzia od Świętego Jerzego (powieść), Klęczy cisza niezmącona (poezje), Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania). Dzisiaj w www.znak.com.pl z rabatami nawet 41%!

Michael Tequila, próbki poezji, zbiór: „Klęczy cisza niezmącona”

Wiersz „Bunyeroo Gorge”: Bloki kamienia pną się ostrym skosem, wulkaniczny powalił je cios; nie ma ucieczki przez wszechmocnym losem, co skały łamie jak wiatr zboża kłos.

Wiersz „Ballada o bohaterze”: Myśl rwie na strzępy paroksyzm strachu, cień się otula czarniejszym cieniem i w dół go spycha z potwornego dachu, dręczy złowrogim, kamiennym tchnieniem.

Wiersz tytułowy „Klęczy cisza niezmącona”: Klęczy cisza niezmącona, czerwonych wzgórz cierpliwa żona, pełna pokory, lecz bez lęku, karmi się każdą kroplą dźwięku./Klęczy samotna i bez końca, wzrusza cieniami wstającego słońca, czasem zapomni się w przestworzu i pieści wiatrem wydartym morzu.

Dziś najtaniej w:  www.znak.com.pl 

 

Idziemy do przodu. Wojsko, obora i szampan.

Idziemy do przodu. Wojsko, obora i szampan.

Rząd pędzi do przodu, a my razem z nim. Tylko opozycja odstaje. Coś jej się pomyliło z projektami ustaw o aborcji, zdaje się, że zapomnieli o kobietach.

– To letarg zimowy – wyjaśniali. Aby nie dać się zagonić w kozi róg, wymyślili szybko hasło „byle do wiosny” jako środek leczniczy przed kolejnym atakiem zimowej depresji.

Naród wciąż żyje zmianami w rządzie. Nie ma już Antoniego Macierewicza, co mnie zasmuciło, bo znikła szansa Polski na sławę jako oszczędnościowej potęgi militarnej, bez generałów i helikopterów. Sam były minister spoważniał, nosi teraz bardziej zdecydowane oblicze i bardziej zmierzwioną brodę. Chętnie odpowiedział na pytanie reportera TV co do swej przyszłości:

– Jest pan niezwykle uprzejmy. Jestem wdzięczny za pytanie, ale bardzo się spieszę. Niech Bóg pana błogosławi.

Najbardziej odejściem ministra Macierewicza zmartwili się wojskowi; generałowie chodzili ze zwieszonymi głowami, we wszystkich koszarach pojawiło się serdeczne, żołnierskie hasło: „Wojsko bez Macierewicza, to jak baba bez cyca”. Żołnierze umieją wyrazić głębokie uczucia tęsknoty.

Pan premier też nie zasypiał gruszek w popiele. Odwiedził Fabrykę Proszków Mlecznych oraz wzorowe gospodarstwo hodowlane. W oborze premier wyróżnił Krasulę głaskając ją po łbie, po czym wyjawił: „Byłem kiedyś wprawny w fachu dojenia krówek”. Mówił chyba o krówkach mlecznych, bo zaraz potem wzniósł toast mlekiem. Towarzyszący mu minister, mężczyzna o dobrze odżywionej twarzy, która widziała w życiu niejedno morze alkoholu, zapowiedział, że Polska będzie produkować szampan mleczny, unikalny w skali Unii Europejskiej. Oświadczył krótko:

– Jesteśmy bardzo nowocześni, a będziemy jeszcze bardziej. Znowu pozytywnie zaskoczymy Unię Europejską.

W drodze powrotnej premier zastanawiał się, jakby umiejętnie wykorzystać umiejętność dojenia w celu zasilenia gospodarki w fundusze niezbędne do realizacji wielkich celów: lotnisk, kopalń i fabryk, oraz jakie źródła dochodów budżetu można by uznać za dojne krowy. Wprawdzie rozwiązania nie znalazł, cieszył się jednak, że ma w głowie dwa pomysły godne uwagi.

Nic narodu tak nie cieszy jak pomysłowy rząd oraz dobre pomysły na przyszłość – pomyślał premier, wysiadając z samochodu.

Michael Tequila w księgarniach: "Sędzia od Świętego Jerzego", "Klęczy cisza niezmącona", "Niezwykła decyzja Abuelo Caduco". Recenzje książek na górym pasku menu na tej stronie.

Komisja Wenecka jest po naszej stronie

W opublikowanej we wtorek opinii Komisja Wenecka poinformowała, że przeprowadzona w marcu 2016 roku zmiana w systemie sprawiedliwości w Polsce to tylko nic nie znaczące przywrócenie unii personalnej ministra sprawiedliwości i szefa prokuratury.

– To był tylko drobiazg, rzecz zupełnie bez znaczenia. Cieszymy się ogromnie i gratulujemy. Przeszliśmy na waszą stronę. Macie absolutną rację. Po informacjach przekazanych UE przez Premiera Morawieckiego zrozumieliśmy nasze błędy, za które serdecznie przepraszamy. Byliśmy niedoinformowani, nieuważni, jest nam wstyd za brak obiektywności. Ustaliliśmy, że Polski parlament nie jest fasadowy, prezydent nie jest marionetką, a sędziowie i sądy nie zależą od woli jednego człowieka. Mówimy to publicznie, tak myślimy i serdecznie wam gratulujemy. – Przewodniczący Komisji rozpływał się z radości. Zrobił sobie nawet selfie smartfonem, aby zachować radosny wyraz twarzy. – Nigdy się tak nie cieszyłem – powiedział. – Co więcej, prokuratorowi generalnemu nie zwiększono w ogóle uprawnień i nie przyznano możliwości interweniowania i wpływania na bieg indywidualnych spraw, np. przez wydawanie wiążących poleceń podwładnym. – Uważamy to za wyraz wspaniałej wstrzemięźliwości – podkreślił.

– Prokuratorzy nie są też szykanowani postępowaniami dyscyplinarnymi i karnymi z powodu krytycznych uwag wobec zmian wprowadzanych przez ministra Ziobrę.

– Cieszą nas ogromnie nagrody przyznawane im przez pana ministra. – Zbig Ziobro, he is wonderful. – Zachwycał się przewodniczący podając, że od listopada 2016 do kwietnia 2017 wyróżniono premiami 30 śledczych z Prokuratury Krajowej, w tym samego Prokuratora Generalnego Święczkowskiego i jego zastępców. Kwota nagród dla prokuratorów w ostatnim półroczu 2017 wyniosła około 941.000 zł, a najwyższa nagroda 15.000 zł.

Przewodniczący cytował też słowa prokuratora Święczkowskiego z wystąpienia w telewizji www.wPolsce.pl w październiku 2016 roku: „W czasach, gdy była tzw. niezależna Prokuratura Generalna, nie było (…) w prokuraturze systemu nagradzania. Wyróżniający się prokuratorzy w żaden sposób nie byli promowani. Teraz mamy system nagród, system awansów, który pozwala nam wybierać tych najlepszych prokuratorów, najbardziej zaangażowanych, i ich nagradzać. Bo nie może być tylko metoda kija. Musi być też marchewka”.

– Kluczowi śledczy z zespołu smoleńskiego nie dostali żadnych awansów. Absolutnie żadnych! Wręcz przeciwnie, obniżono ich pensje. Nie awansował szef grupy Marek Kuczyński ani jego zastępca Krzysztof Schwartz. Awansu nie dostali także Robert Bednarczyk i Jerzy Gajewski. – Przewodniczący Komisji Weneckiej przedstawiał nazwiska usprawiedliwiając się: – I am sorry, the Polish language is so wonderful, but the names are so difficult!

W końcu przewodniczący podsumował: – W Polsce – wbrew pogłoskom – nie dzieje się nic niedobrego, praworządność jest umacniana, róbcie tak dalej, a osiągnięcie wielki sukces. Prokuratura nie musi być apolityczna. Dobrze, że jest polityczna. To standard, który za waszym przykładem rekomendujemy teraz wszystkim krajom Unii Europejskiej. Boże jacy wy jesteście cudowni! Popiera was teraz 27 krajów Unii Europejskiej, no może z wyjątkiem Węgier, ale oni wynegocjują wam z Rosją tanią ropę naftową, gaz ziemny i nową elektrownię atomową.

Przewodniczący i sędziowie Komisji Weneckiej byli tak wzruszeni, że klękali przed świętymi obrazami i dziękowali w imieniu wolnego świata, że w całej Unii Europejskiej tylko w Polsce sytuacja rozwija się korzystnie.

O czym tu pisać jak nie o przysłowiowej babie, rozmowach i polityce?

Przyszedłem do Sowy, tego od ciast, tortów i gorącej czekolady, wszystkiego, co rujnuje ludzie zdrowie, bo takiej koncentracji rafinowanego cukru i przetworzonego tłuszczu nie ma nigdzie indziej, czyli w przyrodzie, która jest długa i szeroka. Zastałem kolejkę, a na jej końcu kobietę, wiek rzędu 35 lat, z dwiema ciężkimi torbami. Kolejka przesuwała się do przodu, chciałem pomóc. Powiedziałem, pomogę pani, i schwyciłem jedną z toreb, aby przesunąć ją do przodu.

Kobieta obruszyła się. Nie podobała jej się chęć pomocy z mojej strony. Rozpocząłem konwersację wyjaśniającą.

– Trzeba najpierw zapytać – taka była jej odpowiedź.

Wyraziłem opinię, że chyba nie podejrzewa mnie o to, że chciałem jej ukraść torbę.

– To nigdy nie wiadomo.

Ciarki przeszły mi po plecach jak batalion uzbrojonych, pijanych mrówek. Usiłowałem wyjaśnić, że zamierzałem tylko wyświadczyć drobną uprzejmość. Nie doszliśmy do porozumienia. Po chwili dotarło do mnie, że mogło to być trudne. Kobieta zapytała ekspedientkę:

– Na ile jest to ciasto?

Ekspedientka też miała pytanie:

– Ma pani na myśli, ile ono waży?

– Nie. Na jaką jest cenę.

Mówiąc tym samym językiem mówiliśmy różnymi językami. Taka sobie współczesna wieża Babel. Zupełnie jak w wielkiej polityce. Wszyscy chcą dobrze, a tu ciągłe kolizje.

W ostatniej sprawie zrobiliśmy modernizację. Rząd się zmodernizował, inaczej mówiąc nowy premier przemeblował sobie gabinet, choć niektórzy twierdzą, że gabinet został mu umeblowany przez czynnik wyższy, czyli dysponenta opinii czterdziestu procent społeczeństwa.

Zobaczymy, jak to wypadnie w Unii Europejskiej. Moim zdaniem dla UE jest to bez znaczenia, jeśli okaże się, że za zmienioną fasadą gabinetu stoją te same poglądy i postawy.

Konwersacja może przebiegać podobnie, mniej więcej, nie tak znowu odmiennie, z grubsza rzecz biorąc, jak u Sowy.

– Na ile jest akceptacja odstępstw od konstytucji, wymiany sędziów złych na jeszcze lepszych, układnego prezydenta, nowiutkiego trybunału konstytucyjnego?

– Ma pan na myśli, czy jesteśmy w stanie zgodzić się z tym, że w organizacji, która liczy 28 członków możecie ustalać sobie własne reguły gry?

– Nie. Moje pytanie jest: Na jaką cenę jest ta akceptacja?

Mocarz czyli fenomen fenomenologiczny

W trakcie dziennika telewizyjnego na ekranie telewizora skoncentrowały się głosy fachowców, różnych profesorów od zdrowia i siedmiu boleści, ekspertów, spin doktorów, a także – dla równowagi – ludzi bez wykształcenia, których nadzwyczajną siłą jest ślepa wiara w cuda i przywódców. Mówiono o Antonim Macierewiczu.

I wtedy stało się coś nadzwyczajnego. Pojawił się sam zainteresowany i zaczął wypełniać ekran, przytłaczając inne postacie: pana prezesa, który zesznurował usta tak mocno, że widać było tylko błyszczące sznuróweczki, i pana prezydenta, który skarżył się bardzo boleśnie, że mu chowają do szafy ulubionego generała i on nie wie co robić, i społeczeństwo podzielone na pół, jedna połowa z ustami wypełnionymi bogobojnymi pochwałami i zachwytami, a druga z zębami zaciśniętymi, do których przykleiły się przekleństwa.

Kiedy ekran wypełnił się całkowicie postacią mocarza i zaczął on wychodzić na zewnątrz, przeraziłem się i wyłączyłem telewizor, i dopiero wtedy, pod wpływem szoku, zdałem sobie sprawę, że jest to fenomen fenomenologiczny, taki, który potrafi wybić medal ulubionemu Misiowi i spokojnie skopać tyłki dziewięćdziesięciu generałom, i lekką ręką pokerzysty odrzucić helikoptery francuskie potrzebne chyba na złom, bo obronność mamy mocną jak stal a może i jeszcze mocniejszą.

Tak to sobie napisałem w ramach oszczędności miejsca w głowie, która jest mi potrzebna na inne myśli i bajkę o normalności, jaka śni mi się po nocach od długiego już czasu.

Dzisiaj dowiedziałem się, że dla dobra sprawy mocarz dobrowolnie zrezygnował z przewodniczenia siłom lądowym, morskim, lotniczym i leśnym, które pożegnał bardzo długim i serdecznym przemówieniem o patriotyzmie, umocnieniu, wzroście, poprawie, szczęściu i bezpieczeństwie, którego ja akurat nie zauważyłem, ale ucieszyłem się, że on je widzi i żegna.