Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 226 (ostatnia): Rozmowa nad jeziorem

– Mnie bardziej intryguje twój pogrzeb i twoje zmartwychwstanie, Sefardi. To był majstersztyk: napisać powieść i tak pokierować wydarzeniami, aby zrobić książce i autorowi niesamowitą promocję. Nie na darmo wytypowano twoją powieść do udziału w międzynarodowym konkursie Debiut Literacki Roku. Udane połączenie dobrego dzieła literackiego z promocją autora to prawdziwa katapulta w sławę pisarską bez wcześniejszego dorobku. Zostałeś celebrytą w ciągu jednego dnia. O twoim pogrzebie i zmartwychwstaniu mówiło całe społeczeństwo. Oczywiście nie wszyscy byli zachwyceni. Mimo bezsensownych plotek i insynuacji oraz dziwacznych śledztw twój honor pozostał nienaruszony. Ludzi trzeźwo myślących napawają smutkiem postawy niechęci wobec nowości. Wszystko przecież nieprzerwanie się zmienia.

Popijając kawę spokojnie rozmawiali, na luzie i bez pośpiechu. Nad jeziorem pojawiła się chmura o pierzastych krawędziach. Chwilę wisiała w przestrzeni jakby zastanawiając się, co zrobić, po czym ruszyła ku brzegowi. Przesuwała się powoli nad powierzchnią wody, potem przyśpieszyła rosnąc w oczach. Zbliżając się do brzegu uformowała się w wielki, niemy lej tornado.

Eminencja obserwował niezwykłe zjawisko. Dziwnie się zachowywał. Jego wzrok stał się szklisty, pod lewym okiem pojawił się nerwowy trick; drobniutki nerw poruszał wewnętrzny kącik oka. Sefardi i Barras spojrzeli w kierunku wody zaintrygowani, co mogło go tak zahipnotyzować. Nad jeziorem panował spokój. Powietrze stało w miejscu, na powierzchni wody unosiło się tylko kilka żaglówek jakby malowanych delikatną kreską Alfreda Sissley’a. Biały kolor żagli odbijał się od granatowej powierzchni wody.

Wielki lej zbliżył się do brzegu i wciągnął w siebie Eminencję. Duchowny przypomniał sobie wszystko. Był znowu małym Zemanem, oglądał obrazy z dzieciństwa, snuł wspomnienia, słyszał dawno przebrzmiałe rozmowy. Rozciągnęła się przed nim wstęga życia, przywracając wyblakłe i zapomniane już obrazy, najbardziej skondensowaną formę pamięci. Przed jego oczami pojawili się ojciec i matka, pozdrawiali go, po chwili znikli w cieniu z podniesionymi do góry dłońmi. Potem zjawiali się ludzie, których znał i których nie znał, cały tłum, konie, przyroda, zamach na parlament, Świątynia Wiary i Prokreacji, palec boży, dwaj cudem odnalezieni bracia, kobiety niezależne oraz Babochłop, już świętej pamięci. W końcu Eminencja zobaczył Boga w postaci wielkiej ryby wyskakującej nad powierzchnię jeziora. Zawisła na kilkanaście sekund w niebieskawym powietrzu rozedrganym w słońcu. Duchowny zaniepokoił się; po chwili spłynęła na niego ulga jak błogosławieństwo.

– Przecież to symbol pierwszych chrześcijan – pomyślał.

Usiłował powiedzieć to na głos, lecz ten ugrzązł mu w gardle, patrzył więc tylko znieruchomiały, bojąc się zniszczyć to, co widzi. Bracia obserwowali go z niepokojem. Sprawiał wrażenie osoby oderwanej od rzeczywistości. Działo się z nim coś niedobrego. Na jego twarzy pojawiło się napięcie, wyraz niepewności i zaskoczenia. Po chwili niepokój zniknął i twarz opromienił uśmiech. Nie mieli pojęcia, skąd wzięła się ta nagła zmiana. Opowiedział im swoje przeżycie, cieszył się.

– Wyzwoliłem się z niepokojów przeszłości. Otrzymałem przebaczenie.

Wszyscy trzej poczuli się nagle głodni jak ludzie powracający do zdrowia po długiej rekonwalescencji. Uznali, że muszą zjeść coś solidnego. Mieli przed sobą długi dzień. Eminencja wstał, skoncentrował się, widać było, że ma coś ważnego do przekazania.

– Moi drodzy! Powiem wam, co myślę o naszym życiu i społeczeństwie. Co je trapi, na co cierpimy wszyscy. Otóż jest to strach przed zmianami, brak empatii dla zwierząt i przyrody, nietolerancja inności bliźniego oraz neurotyczne dociekanie prawdy o życiu i śmierci. Wielka szkoda, bo bez tych samoograniczeń życie byłoby o niebo lepsze i piękniejsze.

Koniec powieści

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 225 (przedostatnia): Babochłop i historia trzech braci

– A Babochłop? Co z nim? Przecież to on rządził i to zupełnie sprawnie, kiedy byłeś w letargu. Co się z nim stało? – Sefardi przechylił się do przodu, jakby chciał lepiej słyszeć.

Barras milczał z oczami wlepionymi w przestrzeń. Przez jego twarz przebiegały cienie, choć pozostawała cały czas w słońcu. Bracia cierpliwie czekali na odpowiedź. Wydawało się, że nic z tego nie będzie, kiedy Barras obejrzał się wokoło, jakby chciał upewnić się, że nikt ich nie słyszy, po czym odezwał się przytłumionym głosem.

– To jedyny człowiek, który został skazany na śmierć, a ja nie skorzystałem z prawa łaski, aby darować mu winę i uratować życie, choć zrobił tak wiele dobrego dla kraju w najtrudniejszym dla wszystkich okresie. Nikogo wcześniej ani później tak nie potraktowałem. Głos gubernatora był bezdźwięczny. – Nie mogłem inaczej. On jedyny mógł zniszczyć naszą reputację, moją i Ekscelencji, mógł zniweczyć nasze zasługi. Zbyt dużo wiedział i zbyt dużo mógł. Był niebezpiecznym konkurentem. Poza tym to popapraniec. Tacy ludzie zawsze byli mi obcy, nawet jeśli nie okazywałem tego publicznie.

Czarna Eminencja popatrzył na brata ze smutkiem i żalem.

– Tego jednego, takiej właśnie postawy, nigdy nie mogłem zrozumieć ani zaakceptować w tobie. To zaprzeczenie boskiej miłości. Teraz boli mnie to tym bardziej, kiedy wiem, że jesteśmy braćmi.

– I to bliźniakami. To niesamowite – Sefardi uznał, że powinien przerwać ciąg tragicznych wynurzeń i oskarżeń. – Najbardziej ciekawi mnie to, jak odkryłeś, że jesteśmy braćmi.

Czarna Eminencja poprawił fałdę na sutannie. Przypomniał sobie początek historii. Było to przypadkowe odkrycie. Przeglądał księgi rejestrowe parafii w miasteczku, gdzie spędził dzieciństwo w domu dziecka. Przyjechał tam, aby pomóc przyjacielowi odtworzyć drzewo genealogiczne i przypadkowo natknął się na zapis dotyczący urodzin trzech chłopców. Urodzili się tego samego roku, miesiąca i dnia. Zaintrygowało go to, bo była to także data jego urodzenia. Uznał, że dwaj pozostali bliźniacy musieli być jego braćmi. Nie miał pojęcia, że w ogóle miał rodzeństwo, nikt mu nigdy o tym nie mówił. Wychowywał się sam, był adoptowanym dzieckiem.

– Tajemnicę odkryłem idąc po nitce do kłębka, nie od razu. Najbardziej zdziwiłem się, kiedy dowiedziałem się, że to wy dwaj jesteście moimi braćmi. Trafiliśmy do różnych rodzin, mieliśmy różne nazwiska. Nurtowało mnie, dlaczego rodzice oddali nas pod opiekę osób trzecich. Okazało się, że to nie rodzice, tylko matka. Ojciec był przeciwny, ale chyba nie za bardzo, skoro tam trafiliśmy.

– Jak dowiedziałeś się tych wszystkich szczegółów z naszego dzieciństwa, o których nam mówisz, mając do dyspozycji tylko oficjalne dokumenty? – Sefardi zadał pytanie, wiedziony nie tylko chęcią poznania własnej historii, ale i instynktem pisarza, badacza ludzkich losów.

– Wytrwale szukałem informacji. Zajęło mi to dużo czasu, na szczęście miałem go dosyć. No i miałem zacięcie do zgłębiania przeszłości. Rozmawiałem z kierowniczką domu dziecka. Staruszka niewiele już pamiętała, ale to wydarzenie akurat zapadło jej w pamięć. Niektóre szczegóły dodatkowo potwierdziła i uzupełniła opiekunka dzieci, niewiele od niej młodsza. Chcielibyście na pewno wiedzieć, dlaczego matka oddała nas w obce ręce. Mogę się tylko domyślać, właściwie to mam prawie pewność. Nasza matka była kobietą samodzielną, wyzwoloną i ambitną. Tak jak inne wyzwolone kobiety, czy wściekłe baby, jak mówił o nich Babochłop, których antyprokreacyjne postawy zwalczaliśmy tak namiętnie. Być może zaszła w niechcianą ciążę albo uznała, że dzieci będą jej ciężarem w życiu i karierze zawodowej. To indywidualistka, która urodziła się kilkadziesiąt lat za wcześnie. Dzisiaj zapewne walczyłaby z państwem i kościołem, a nawet z Bogiem, o niezależność dla wszystkich kobiet. Dobrze, że nie skończyliśmy gorzej.

– Historia naszego dzieciństwa jest zbyt przytłaczająca. Nie jestem już w wieku sprzyjającym grzebaniu się w rodzicielskiej niepoczytalności. Porozmawiajmy o czymś innym. – Zaproponował Barras.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 224: Spotkanie w Szwajcarii

Spotkali się w górach, w Szwajcarii, nad jeziorem Otrata, parującym szarą mgiełką wilgoci. W dwóch zatokach ocienionych wysokim lasem utrzymywała się nad powierzchnią wody aż do południa. Pierwszy raz znaleźli się na innym kontynencie. Siedząc przy stoliku na tarasie kawiarni podziwiali niezwykły porządek panujący w miasteczku i zapamiętywali widoki. Budynek, gdzie mieściła się kawiarnia, wyglądał jak geometryczna bryła ustawiona przez olbrzyma na stromym zboczu wzgórza. Połyskujące w dole jezioro rozciągało się aż do podnóża skalistych gór.

Dopiero teraz, po kilku rozmowach, Barras, Sefardi i Eminencja widzieli, jak bardzo są do siebie podobni. Wszyscy byli leworęczni, co chętnie uznali za dowód wyjątkowych uzdolnień. Był to szczegół, odkryty zupełnie przypadkowo, jakby dla żartu, kiedy już wiedzieli ze stuprocentową pewnością, że są braćmi. To drobne świadectwo pokrewieństwa zachęciło ich do dalszych poszukiwań podobieństw i jak różnic. Niektóre z nich okazały się zabawne, jak to, że wszyscy trzej w dzieciństwie bawili się siusiakiem więcej niż inni chłopcy, co miało rokować szczególną wrażliwość uczuciową, jak twierdziła niania. Była siostrą przyrodnią gospodyni Czarnej Eminencji. To za jej pośrednictwem duchowny dowiedział się wielu szczegółów swego rodzinnego życia. Wszyscy trzej kochali dobre jedzenie, szczególnie owoce morza, wykazywali pewną skłonność do ascezy jak i jawne pragnienie dominacji i władzy. W końcu ich pokrewieństwo poświadczał także tik w lewym oku, pojawiający się tylko wtedy, kiedy byli bardzo zdenerwowani.

Byli sami na tarasie kawiarni. Było jeszcze zbyt wcześnie, aby pojawili się inni goście, przeważnie turyści, przyjeżdżający do Szwajcarii na rodzinny wypoczynek lub dla samotnych wypraw w wysokie partie gór. Bracia przyjechali tu, aby poznać się bliżej rozmawiając o koszmarze, jaki nawiedził ich pod koniec życia, o Wieży Babel, murze walących się książek oraz Świątyni Wiary i Prokreacji, o wszystkim tym, czego żaden z nich nigdy by się nie spodziewał. Byli już starsi i spokojniejsi, mieli czas i dużo wspomnień do snucia i wymiany. Pijąc powoli kawę spoglądali na siebie ukradkiem, udając, że przyglądają się jezioru, miasteczku i górom na horyzoncie.

Stojący w progu kelner obserwował ich kątem oka. Nie miał nic innego do roboty.

– To na pewno emeryci. Przyjechali tu dla wypoczynku i podratowania sobie zdrowia. Przychodzą najwcześniej, są zawsze pierwsi, chyba nie mogą spać – mruknął do kolegi zmieniającego obrus na stoliku. – Wyglądają nijako, jak bracia zakonni, żyjący razem przez tyle lat, że upodobnili się do siebie. Ta sama powolność w ruchach, to samo zamyślenie na twarzy.

*****

– Dzięki, Eminencjo, za zorganizowanie tego spotkania – Sefardi popatrzył na brata. Zastanawiał się nad czymś, chwilę błądził wzrokiem po jeziorze, zanim oprzytomniał. Zaśmiał się.

– Nawet nie wiem, jak masz na imię. Wszyscy zwracają się do ciebie Eminencjo, Wasza Wielebność albo Księże Arcybiskupie, ale ty przecież masz jakieś imię.

– Zawsze byłem Czarną Eminencją. Nigdy nie używałem imienia. Moje prawdziwe imię i nazwisko to Zeman Blara.

Bracia popatrzyli na niego z zainteresowaniem. Wyglądali tak, jakby widzieli go po raz pierwszy w życiu. Byli mu wdzięczni za to spotkanie. Nigdy wcześniej nie byli razem. Zaskoczył ich zaproszeniem, a jeszcze bardziej tym, co miał im do powiedzenia. Że są rodzonymi braćmi.

– To ty, Zemanie, przekonałeś Sefardiego i mnie, abyśmy sobie wybaczyli wzajemną niechęć. Dzięki ci za to. Pogodziłeś nas, to twoja zasługa. – Barras przerwał i wytężył wzrok.

– Czy mi się wydaje, że jezioro powiększa się albo podnosi się do góry? Jego powierzchnia jest teraz znacznie wyżej niż godzinę temu. Widzę to po linii brzegowej.

Wszyscy patrzyli przez chwilę we wskazanym kierunku, ale nic nie zauważyli. Szybko stracili zainteresowanie. Spotkanie było dla nich ważniejsze. Przyglądali się sobie, odkrywając się nawzajem. Pierwszy odezwał się Barras.

– Pomyśleć, że byliśmy najbardziej znanymi obywatelami kraju. Mieliśmy władzę i wpływy. Byliśmy popularni: gubernator, arcybiskup, wynalazca i pisarz.

0Shares

Pierwszomajowe anatomiczne spojrzenie Iwana Iwanowicza na świat

Iwana Iwanowicza spotkałem jak zwykle przy chodniku. Stał zamyślony i gapił się przed siebie. Spojrzał na mnie spode łba i powiedział:

– Pierwszy maja zaczął mi się wrednie, choć niesamowicie. O godzinie szóstej piętnaście, jak w pysk strzelił, zrobiłem sobie kawy, cały kubek, i wyszedłem na balkon. Wstawał słoneczny dzień. Najpierw usłyszałem głosy ptaków, potem głośne szuflowanie lub zamiatanie chodnika szczotką wykonaną z żelaznych wiórów, następnie dzwony kościelne, a jak te umilkły, głośne krakanie znad rzeczki. Chwilę potem, jak wielka tęcza ukazała mi się na całej szerokości nieba ogromna, goła dupa.

W tym momencie zdałem sobie sprawę: takie jest życie! Jeśli tego głośno nie powiedziałem, to tylko z obawy, że mi ludzie nie uwierzą. Mogą oglądać gołe pośladki codziennie i to większej ilości, a starszemu, doświadczonemu człowiekowi nie uwierzą!

Dziś tylko mogę wierzyć samemu sobie i nielicznym innym osobnikom, interesującym się wszystkim, co ważne w życiu: astronomią, genetyką, sztuczną inteligencją, Kim Dzong Unem, który jednym naciśnięciem grubego palucha może postawić pod ścianą 10 milionów ludzi w Korei Południowej, literaturą kryminalną, filozofią, psychologią, polityką, sztuką, transhumanizmem, milionami ludzi umierających z głodu w Afryce czy choćby erotycznymi marzeniami I Prezesa.

Jeśli nie masz szerszych zainteresowań i wrażliwego sumienia, to jesteś zakuty łeb. I nawet o tym nie wiesz. To jest smutne!

Iwan Iwanowicz był wyraźnie rozdrażniony. Krytyczny i niedwuznaczny. Patrząc na mnie swymi zmęczonymi od niewyspania oczami, kontynuował tyradę:

– Na przykład czytelnictwo w naszym kraju. Czyta zaledwie 37 czy też 38 procent dorosłych osób. Co to jest za liczba!? To czysta nędza, jeśli weźmie się pod uwagę, że są to osoby, które przeczytały co najmniej jedną książkę w roku! Wyobraża pan sobie!? Jedną książkę w roku! Tych którzy przeczytali ponad dziesięć książek w roku jest tylko zaledwie dwanaście procent. A wie pan, jaka część społeczeństwa czyta w Czechach? Około dziewięćdziesięciu procent Jesteśmy w większości analfabetami i prymitywami a uważamy się za dumny i mądry naród, bo mamy osiągnięcia ekonomiczne, ładne domy i samochody. Okropność. To gorsze niż kret w sypialni, który powyrywał ci wszystkie klepki na podłodze.

Współczesność, drogi panie, parcieje na potęgę. Wokół widzi się ludzi zaślepionych obrazkami, jak nerwowo przebiegają palcami po smartfonie, oglądając zdjęcia swoje, swoich dzieci, przyjaciół i idoli. Narcystyczne samozapatrzenie!

Zupełne PRL tylko w nieco innym kierunku. Demokracja dała nam wszystko, a my co? Zamiast spojrzeć szerzej na świat, patrzymy samym sobie w oczy i zastanawiamy się: czy ja jestem OK, czy jestem ładna, czy jestem zgrabna, czy jestem mądry, dostatecznie bogaty, czy moje dziecko umie pływać, jeździć na koniu, na łyżwach i na rowerze, tańczyć w balecie, grać mistrzowsko w szachy i układać klocki Lego we wzory matematyczne! Orzą w te biedne dzieci, aby tylko zaspokoić swoje niezaspokojone ambicje. Albo czy zrobiłem sobie dostatecznie dużo zdjęć selfie?

– Wie pan co? – Iwan Iwanowicz spojrzał smutno na mnie. Wyglądał jak łotr z krzyża zdjęty.

To chyba dlatego powiedział:

– Czy mogę się dziwić, że w tych warunkach świat jawi mi się dzisiaj jak ogromna biała dupa? Absolutnie nie. I Sekretarza partyjnego zastąpił nam I Prezes, obydwaj uwielbiają władzę niezależną do ludzi, stanie na piedestale i wskazywanie kierunku marszu pod dyktando. Dzisiaj wszystko to kojarzy mi się anatomicznie.

Malkontent splunął na dłoń, uderzył kantem drugiej dłoni, i powiedział:

– Jeśli ślina poleci w prawo, to się powieszę, jeśli w lewo, to się utopię. Tak czy inaczej coś zrobię. Może nawet pójdę na marsz pierwszomajowy, aby przypomnieć sobie jak wyglądają czerwone flagi i lewica.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 223: Kolejne kataklizmy

Z pozytywnym oczekiwaniem, ale i pewnym niepokojem, Sefardi kroczył samotnie Ulicą Czterdziestą Drugą w kierunku skrzyżowania z Czternastą Aleją, gdzie firma wydawnicza Prensa Nacional zorganizowała wielką uliczną księgarnię. Na dwóch gigantycznych regałach sięgających trzeciego piętra stały obok siebie, jak karni żołnierze, tysiące egzemplarzy jego książki „Wniebowstąpienie oszusta”. Zbliżając się do skrzyżowania widział z daleka rozległą ścianę książek, w różnych oprawach i wersjach językowych. Przesuwając się powoli w różnobarwnym tłumie usłyszał nagle dzwony; biły jak szalone zapowiadając coś niezwykłego. Ludzi zatrzymywali się zaniepokojeni i patrzyli w górę w kierunku źródła dźwięków. Za chwilę na ścianie czarnego budynku zalśnił wielki ekran telebimu, aby ukazać dziesiątki dziwnych postaci, skaczących, stojących i biegnących. Przebijając głosy dzwonów i wielkiego miasta męski głos wyjaśnił, że w Nomadii pojawił się nowy gatunek biologiczny, człowiekoń, zapowiadający nową przyszłość człowieka, zwierząt i natury, całej planety.

Ludzki strumień płynący w kierunku skrzyżowania, gdzie miał za chwilę rozpocząć się wielki festyn sprzedaży najgłośniejszej książki świata, skurczył się, zwątlał, w końcu zamarł. Przytłoczeni głosem huczących dzwonów, ludzie zawracali w kierunku telebimu. Dzwony nagle zamilkły. Sefardi popatrzył na ścianę książek i zmartwiał. Na jego oczach najpierw jedna, a zaraz potem druga prostopadła do niej ściana książek, przechyliły się w kierunku jezdni. Słychać było łoskot metalowych półek przygniatających pojazdy i ludzi oraz rumor setek tomów padających na ziemię z trzepotem okładek i kartek.

Sefardi poczuł się niepewnie, nie na swoich nogach. Jego książki, jego wielka nadzieja, rozpadły się jak domek z kart; mężczyzna zasłabł i osunął się na chodnik. Nikt na niego nie patrzył. Przechodnie przyglądali się zszokowani chaotycznym stosom książek na jezdni, aby za chwilę skierować oczy na telebim transmitujący przekaz o niezwykłym gatunku człowiekoni.

– To koniec świata! – zawył brodacz w czarnym garniturze, wyglądający na kaznodzieję. – Módlmy się! – Zawołał. – Módlmy się! – Powtórzył i uklęknął z oczami wtopionymi w czarny asfalt.

*****

Świątynia Wiary i Prokreacji zanurzyła się w wielkiej chmurze płomieni i dymu. Zewsząd słychać było płacz i okrzyki przerażenia. Wszyscy jednako uczestniczyli w ponurym spektaklu: widzieli ten sam obraz klęski, słyszeli ten sam huk padających na ziemię konstrukcji, dotykał ich ten sam podmuch płomieni trawiących wnętrze świątyni. Płonęło wszystko, co było w niej najcenniejsze: monstrancje, szaty, obrazy. Pożar poprzedziła seria niezbyt głośnych wybuchów. Jedynie obecni w świątyni księża nie przestraszyli się, pożar odczytali jako ostrzeżenie przed jeszcze większym, nieokreślonym niebezpieczeństwem i podjęli ewakuację wiernych.

Tragiczna wiadomość dopadła Czarną Eminencję, kiedy zmęczony sposobił się do krótkiej sjesty. Natychmiast udał się na miejsce zdarzenia. W otoczeniu współpracowników oglądał obraz własnej klęski: na jego oczach rozpadała się Świątynia Wiary i Prokreacji, duma jego życia. Starszy, siwiejący ksiądz o twarzy zdegenerowanego alkoholika, w usmolonej i pomiętej sutannie, biegł w jego kierunku wołając z daleka, że straszny pożar to kara za grzechy. Eminencja, sam w szoku, uspokoił podwładnego, aby dowiedzieć się szczegółów zdarzenia. Ksiądz powtarzał wciąż to samo „kara za grzechy”. Po chwili przyszedł do siebie na tyle, żeby wyjaśnić, że krótko przed pożarem ze świątyni wybiegła duża grupa kobiet zdeprawowanych wygodami cywilizacji, ograniczonych przyziemnymi ambicjami, chciwością wygodnego życia i zubożałą wyobraźnią.

– Miały za nic Boga, kościół i państwo. Powiedziały mi, że nie jest to miejsce dla nich. Jeśli będą rodziły dzieci to tylko za pieniądze. – Wydusił z siebie zadyszany starzec, dławiąc się z oburzenia.

Nieskładną rozmowę dwóch mężów kościoła przerwało zawalenie się frontowej ściany budynku. Zanim dym i kurz wypełniły przestrzeń, Czarna Eminencja zdążył zauważyć palec boży, ów cudowny palec boży, jak gwałtownie kurczy się w ogniu i szarzeje sycząc i parując jak wilgotna gałąź wrzucona do ogniska. Widok symbolu władzy bożej był dla niego cierpieniem, dotykającym go bezpośrednio i osobiście. Arcybiskup poczuł ból w klatce piersiowej. Zanim ogarnęła go ciemność, usłyszał syrenę karetki pogotowia i zdążył pomyśleć, że nadeszła nowa Apokalipsa, straszniejsza od poprzedniej.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 222: Upadek świata gubernatora Blawatsky’ego

Partia Konserwatywna uznała, że gubernator powinien jak najszybciej wystąpić publicznie z orędziem, aby poinformować naród o cudownym powrocie do władzy i przedstawić wielkie osiągnięcie rządu – powrót do prokreacji jako siły napędowej społeczeństwa. Ustalono, że gubernator uczyni to stojąc jak zwykle na podwyższeniu. W tej pozycji najpełniej wyrażała się jego niezwykła osobowość, zdolność ogarnięcia wzrokiem szerokiego świata oraz wrodzona siła przekonywania. Naród to cenił, nawet jeśli nie zdawał sobie z tego sprawy. Jego najgorętsi zwolennicy nazywali to charyzmą.

Ważniejsze wystąpienia gubernatora konserwatyści określali mianem orędzia. Najlepsze z nich, zdolne wstrząsnąć społeczeństwem, uznawano za wydarzenia równie znaczące jak wybuch mniejszego wulkanu. Wielu obywatelom wydawało się to przesadą; współpracownicy Blawatsky’ego uważali to za normę.

Na wystąpienie wybrano Plac Dziękczynienia, miejsce najpełniej wyrażające wiarę narodu w Boga. Plac był rozległy jak słynne Pole Marsowe z czasów Republiki Rzymskiej, gdzie organizowano imprezy masowe, zaciągi do wojska, zebrania wyborcze oraz komicja centurialne, które wybierały wyższych urzędników, konsulów, pretorów i cenzorów oraz decydowały o wojnie i pokoju. Były to fakty potwierdzone przez historyków. Szukanie precedensów współczesności w historii, zwłaszcza starożytnej, stało się tradycją Partii Konserwatywnej.

Mównicę ustawiono wyżej niż zazwyczaj, aby orator był dobrze słyszany przez wszystkich uczestników zgromadzenia. Gubernator wstępował na mównicę dwa razy, gdyż nie sposób było wygłosić tak ważnego przemówienia za jednym zamachem. Wchodząc na podwyższenie za drugim razem Blawatsky zachwiał się. Opozycja natychmiast uznała, że jest chory. Zwolennicy Konserwy przekonani, że nawet najbardziej sprawnemu człowiekowi zdarza się potknąć, zachwycili się, jak łatwo ich przywódca powrócił do stanu równowagi. Natychmiast ujawnili się klakierzy, bijąc brawa i wznosząc okrzyki:

– Patrzcie! Niemłody już mężczyzna, a jaki sprawny mimo ciężkich przepraw ze zdrowiem!

Dla wzmocnienia przekazu na telebimie pokazano fragment przemówienia gubernatora z wcześniejszych lat; jego wigor i sprężystość rzucały się w oczy. Barras uspokoił nadgorliwych klakierów dyskretnym ruchem ręki. Znali ten znak; na placu zaległa cisza jakby spadła nań platforma wypełniona piaskiem milczenia.

Pod koniec przemówienia uczestników wiecu dobiegł niepojęty szum. Twarze wiecujących zwróciły się na zewnątrz w kierunku terenów parkowych obrzeżających Plac Dziękczynienia. Wydając przenikliwe dźwięki zza drzew i krzewów wybiegły setki młodziutkich istot, pełnych wigoru i radości.

*****

Słysząc tysięczne uderzenia drobnych stóp o ziemię, dzwoneczki o wymyślnych dźwiękach oraz głosy ni to ludzkie, ni zwierzęce, pomieszane i trudne do zrozumienia, gubernator przerwał przemówienie. Wraz ze świtą udał się na punkt widokowy znajdujący się na krawędzi Placu Dziękczynienia, aby ogarnąć wzrokiem teren i zorientować się dokładnie, co się dzieje. Obraz, jaki ujrzał, poraził go paraliżując kończyny, wywołując ucisk w piersiach oraz szum w głowie. Przed nim, jak okiem sięgnąć, mieszały się ze sobą hałaśliwe, kolorowo ubrane stworzenia przypominające dzieci. Były młode, w wieku od jednego roku do dwóch lat. Zachowywały się swobodnie, figlując ze sobą i poruszając się głównie skokami jak niezdarne żabki. Kiedy podbiegły bliżej okazały się zdumiewająco podobne do siebie; różniły się tylko wzrostem, fryzurą i ubiorem. Były ubrane w zgrabne uniformy lub dresy. Przeważały kolory ochronne, szaroniebieski i zielony. Wyglądały jak armia urwisów zmierzających na plac zabaw.

Towarzystwo na punkcie widokowym zastygło ze zdumienia. Z tłumu na dole dobiegały niezrozumiałe zawołania: „Jedynki w dwuszeregu! „Dwojaczki, nie ociągajcie się, formułujcie kolumnę! Gubernator i jego świta zachodzili w głowę, co to mogło znaczyć.

– To klony! – wykrzyknął nagle asystent gubernatora. – To są klony człowiekonia i to dwóch generacji! – zawyrokował podnieconym głosem. Jego ciemna, równo przycięta broda poruszała się miarowo, kiedy przenosił wzrok z jednej grupki ludziokoni na drugą. – To fascynujące! – Wykrzyknął, dodając prawie natychmiast głosem pełnym niedowierzania: – To przerażające!

Nastrój asystenta udzielił się pozostałym osobom. Uważnie obserwowali rozbiegane klony. Człowiekoniki poruszały się niby żywe srebro; zdawało się, że są wszechobecne. Ich głód ruchu i wrażeń był widoczny gołym okiem; drobne postacie wyskakiwały zza każdego pnia drzewa i kryły się za każdym krzewem. Niektóre poruszały się tak energicznie, że po kilku minutach zmęczone kładły się na ziemię i zapadały w sen.

Ktoś zauważył dwa opancerzone samochody stojące na dwóch krańcach równiny. Zwrócono na to uwagę gubernatorowi i podano mu lornetkę. Gubernator szybko skojarzył, o co chodzi. Wszystko stało się jasne. Na równinie rozciągającej się przed jego oczami hałasowały dwa pokolenia człowiekoni, żołnierzy przyszłości, jednolitych i sprawnych.

– Tu leży pies pogrzebany. – Mruknął Barras do stojącego obok ministra. Zdał sobie nagle sprawę, że stracił kontrolę nad krajem. Obejrzał się wokół siebie. Nikt już nie zwracał na niego uwagi. Wszyscy patrzyli na równinę.

Gubernator zamyślił się. Patrzył niewidzącym wzrokiem w dal, kiedy na horyzoncie pojawiła się wieża Babel, wieża jego marzeń.

Pieter Bruegel the Elder: The Tower of Babel

Znał ją na pamięć, bo śniła mu się wielokrotnie, czasem nawet ukazywała się na jawie na tle kolorowej tęczy, wielopiętrowa, obudowana brunatną i czerwoną cegłą, cudowna jak na obrazku. Patrzył z przerażeniem, jak ukochana wieża wali się z wielkim hukiem, nierówno, fragmentami. Najpierw runął mur z lewej strony, potem koliście opadł wielki wewnętrzy krąg przypominający cembrowinę studni, obnażając rozległe przejścia i luki między piętrami.

Gubernator poczuł duszący swąd pożaru. Patrzył jak płomienie sycząc konają, każdy z osobna. Wraz z wieżą waliło się w gruzy jego pracowite życie. Zrozumiał, że było to piekło, jakie sam stworzył swoimi błędnymi decyzjami i zaniechaniami. Na jego oczach gasło zgodne i szczęśliwe społeczeństwo, rozmnażające się w poczuciu patriotycznej prokreacji.

Widok i łoskot upadającej wieży był tak przerażający, że nogi ugięły się pod nim i stracił przytomność. Jego ochrona osobista, ludzie przysięgający mu wierność aż po grób, pozostawili go samemu sobie. Zafascynowani upadającą wieżą obserwowali, jak wyrzuca z siebie krótkie zygzaki niebieskich spięć i długie warkocze białych wyładowań elektrycznych, na tle których rozpadały się w powietrzu wykoślawione żarem wielkie drabiny starożytności.

– Czegoś tak monstrualnego i przepięknego nie widziałem w całym moim życiu! – Były to ostatnie słowa, jakie usłyszał Blawatsky zapadając się w czarną czeluść nieświadomości

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 221: Bolesne doświadczenia gubernatora

Dzieci stały się produktem rynkowym. Z prawnego punktu widzenia sytuacja była wyjątkowo korzystna dla obywateli; państwo płaciło za dziecko nie żądając w zamian tytułu własności.

Potomstwo stało się pomysłem nie tylko na godziwe utrzymanie się, ale i na dostatnie, a nawet bogate życie. Na spotkaniu Krajowego Zrzeszenia Matek i Ojców z przedstawicielami rządu pewien ojciec wyraził to klarownie:

– My zapewniamy dzieci, ale państwo i kościół muszą nam za to płacić. Za wszystko. Za cały nasz trud i znój. Za urodzenie, utrzymanie i wychowanie każdego szczeniaka do osiemnastego roku życia. To chyba uczciwy układ? – Zapytał wyzywająco.

Postępowe kobiety coraz bardziej nurzały się w rozwydrzeniu. Ich mężom i partnerom to odpowiadało. Żądali kolejnych spotkań z przedstawicielami rządu, aby stawiać kolejne wymagania. Społeczeństwo zaczęło także zaglądać do kieszeni urzędnikom, nawet tym najbardziej upierścienionym. Role odwróciły się.

Po zwycięskich starciach z rządem, coraz szerszym kręgom obywateli udzielała się atmosfera chciwości. Rząd potwierdził dalszą rozbudowę i tak już rozdętego programu pomocy oraz podjął decyzję wprowadzenia marihuany do powszechnego użytku. Celem było rozluźnienie ostatnich barier wstrzemięźliwości seksualnej. Decyzja przyniosła niezwykłe skutki. Obywatele narkotyzowali się, mieli kolorowe widzenia seksualne i zachowywali się coraz bardziej wyuzdanie. Mężczyźni chodzili po ulicach Afary z obnażonymi przyrodzeniami, jak ich pan Bóg stworzył. Kobiety były niewiele bardziej wstrzemięźliwe; towarzyszyły mężczyznom ubrane w przezroczyste stringi zapinane na biodrze. Wszyscy byli przekonani, że są równie nagie jak Ewa z biblijnego raju.

Nie były to przypadkowe ekscesy lub urojenia. Sceny nagości i rozpasania rozgrywały się masowo w sypialniach domów i apartamentów, motelach i hotelach, na łonie przyrody, nad rzekami i jeziorami, w lasach i ogrodach, a nawet w samochodach stojących na uboczu, wszędzie, gdzie zaistniał choćby pozór intymności.

*****

Drugim szokiem okazała się dla gubernatora firma Abenaki. Rozwinęła ona własny program prokreacji, prowadząc na wielką skalę akcję charytatywną i inwestycyjną. Szło jej tak dobrze, że w końcu wchłonęła w siebie państwowy program prokreacji wykupując do niego prawa od skorumpowanej grupy urzędników państwowych. Oprócz danin regularnie płaconych przez nepotów gubernatora, firma zbierała pieniądze, gdzie tylko mogła, w kraju i za granicą, aby finansować własny program prokreacji i opieki nad dzieckiem. Później okazało się, Abenaki oferowała tanie usługi opieki nad dzieckiem pod szyldami różnych organizacji. Utrzymywano to w tajemnicy.

– Dlaczego ukrywali to przed społeczeństwem? – zadawał sobie pytanie gubernator. Nurtowało go to. Oświecił go Czarna Eminencja:

Abenaki, zachowując starą nazwę, powołała w tajemnicy nową firmę, o tej samej nazwie, tylko z końcówką „unlimited”. Na jej konto przelewała pieniądze otrzymywane od nepotów Blawatsky’ego oraz z innych źródeł, aby w tajemnicy budować szpitale położnicze oraz wyposażać je w sale porodowe, łóżka i inkubatory. Ponadto prowadziła badania, szkolenia prenatalne, budowała tysiące żłobków i przedszkoli, zaopatrywała je w pieluchy, zabawki i żywność oraz szkoliła opiekunki i przedszkolanki. Kto z tego dóbr korzystał i na jakich warunkach, nie było całkiem jasne.

Za usługi świadczone na rzecz matki i dziecka firma pobierała minimalne opłaty. Czyniła to tylko po to, aby ludzie docenili, co otrzymują, bo wiadomo, że to, co nic nie kosztuje szybko traci na wartości. Było to czyste wyrachowanie: potajemnie stworzyć sobie potężny rynek zbytu, przyzwyczajając ludzi do swoich praktyk, produktów, porad i pomieszczeń. Abenaki zamierzała kontynuować te praktyki tylko do czasu, kiedy zdecyduje się wycofać wszystkie dotacje i subwencje do usług i produktów. Niewiele ją to kosztowało, bo wydatkowane środki pochodziły z kasy państwowej, przekazywane potajemnie przez armię nepotów zatrudnianych przez rząd.

Gubernator był wściekły, bo to on powołał tę armię do życia, ale w innym celu, który znał tylko on sam, a mianowicie zdobycia nieograniczonej władzy. Armia nepotów rozrosła się niewyobrażalnie podczas jego letargicznej nieobecności i zmieniła swoją lojalność. 

Blawatsky był w szoku; nie mógł sobie wybaczyć, że był tak beznadziejnie ślepy i nie zauważył, co w trawie piszczy i nie docenił ludzkiej chciwości. Aby upewnić się do końca, że wszystko, co oglądał, jest prawdą, kazał się wozić po kraju. Odwiedzał sale porodowe, żłobki, przedszkola i szkoły, aby obejrzeć je na własne oczy i dotknąć.

– Przecież to wszystko dokumentnie mu wytłumaczyłem. Zachował się jak niewierny Tomasz – skarżył się podwładnym Czarna Eminencja zdegustowany brakiem zaufania świeżo odzyskanego partnera.

Kiedy gubernator zaspokoił już swoją ciekawość cudem przyśpieszonej prokreacji, przestał wierzyć w wyższe uczucia obywatelskie, patriotyzm i dobro wspólne. To go tak zmieniło, że codziennie przeglądał się w lustrze, aby upewnić się, czy jest to wciąż ten sam inteligentny człowiek, czy też ktoś zupełnie inny. Było to bardzo bolesne przebudzenie.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 220: Przebudzenie gubernatora z letargu

Rozdział IV: Epilog.

Po czternastu miesiącach i dziesięciu dniach gubernator Barras Blawatsky obudził się z letargicznej śpiączki.

Ozdrowienie gubernatora media skomentowały jako autentyczne zmartwychwstanie, licząc na to, że wiara w cuda przywróci mu wiarygodność utraconą wskutek niefortunnej choroby. Wielu obywateli kojarzyło ją z zaburzeniami umysłowymi i dziedziczną degeneracją.

Przebudzenie nastąpiło około godziny dziewiątej rano. Słońce stało już wysoko nad lasem otaczającym klinikę rządową. Przez otwarte okno gubernator usłyszał głosy dzieci i matek z wózkami zebranych na festynie inaugurującym nowy, wielki plac zabaw. Chwilę później usłyszał jęki ciężarnych kobiet dochodzące z klinik położniczych, a nawet, jak mu się wydawało, skrzypienie sprężyn w łóżkach towarzyszące duchowemu i cielesnemu zespalaniu organizmów. Wspomagały je okrzyki Och! Ach! Umieram z rozkoszy! Jeszcze raz, jeszcze raz! Wypnij się mocniej! i podobne wezwania towarzyszące aktom prokreacji.

Zdezorientowany różnorodnością głosów gubernator wsłuchał się uważniej. Po chwili doszło do niego coś, co zagłuszyło poprzednie doznania: gwar radości niezliczonej armii maluchów, osesków i niemowląt, przeplatany skrzypieniem wózków dziecięcych, brzękiem butelek z ciepłym mlekiem, dźwiękami grzechotek i zabawek, okrzykami radości, muzyką płynącą z miniaturowych radyjek. Wszystko to mieszało się z dziwnymi głosami, których nie był w stanie rozpoznać. Niezwykły rozgwar wstrząsnął nim i ostatecznie go otrzeźwił. Gubernator poczuł głód i poprosił o solidny posiłek.

Tego dnia tylko jadł, rozmawiał z personelem kliniki i wypoczywał. Następnego dnia z samego rana popędził do łazienki i po upływie pół godziny był już na nogach wykąpany, ogolony i odświeżony. Natychmiast skontaktował się z wicegubernatorem i otrzymał pierwsze wyjaśnienia na swoje pytania. Kilka godzin później spotkał się z Czarną Eminencją i kiedy ten powtórzył mu to samo, słowo w słowo, gubernator nie mógł wyjść z szoku.

Wszystko okazało się kłamstwem! Cała rzeczywistość, którą znał i w którą wierzył.

W ciągu kilku minut uświadomił sobie, co się stało: nastąpiła prawdziwa eksplozja demograficzna! Nie zaskoczył go fakt, że rodziło się coraz więcej dzieci, ale źródła i przyczyny tej eksplozji. Nie były to skutki działań rządu ani kościoła. Zainicjowany przez niego wspólnie z Czarną Eminencją program rozwoju prokreacji okazał się czystą fikcją i w dodatku całkowitą plajtą. Nic w nim nie zadziałało. Nadziewane gotówką karty bankowe okazały się nieskuteczne podobnie jak inne środki zachęty. Gubernatorowi trudno było w to uwierzyć. Korzyści płynące z posiadania bankowej karty debetowej były tak wielkie, że można było tylko oczekiwać, że po przezwyciężeniu strachu, który na początku ma zawsze wielkie oczy, Nomadyjczycy będą z nich nieprzerwanie korzystać. Gubernator spodziewał się nawet, że pewnego dnia ludzie zaczną szturmować urzędy zaopatrzenia prokreacyjnego i prosić o karty lub pisać podania, aby dostarczono je pocztą.

*****

Nową rzeczywistość potwierdziły kolejne odkrycia. Niespodziewanym objawieniem dla gubernatora było to, że kobiety rodziły dzieci, ponieważ im za to płacono. To była ich jedyna motywacja. Stały się diabolicznie chciwe i zdemoralizowane mimo ostrzeżeń Kościoła, coraz poważniejszych, że tak nie można, że Bóg ukarze je za niegodziwe postępowanie. Śmiały się z tych napomnień coraz bardziej szyderczo, bo nikt nie doświadczał żadnej kary, ani boskiej, ani ludzkiej. Otrzymując solidne zasiłki finansowe, nie musiały pracować. Niektóre matki niepracujące stać było na więcej niż kobiety pracujące. Małżeństwa stały się wygodne, nikt nie chciał mieć potomstwa i wychowywać je na własny koszt. Rząd stał się obiektem szantażu.

– No money, no children – mówiły petentki, a wtórowali im mężowie i partnerzy, popisując się znajomością języków obcych zdobytą za nieswoje pieniądze.

Rosnące wypłaty zasiłków na dzieci groziły ruiną budżetu państwa. Rząd ciął wszystkie inne wydatki na potęgę, do gołej skóry, aby nie dopuścić do bankructwa, nieprzerwanie aktualizując prognozy wpływów i wydatków. Przypominało to prewencyjny pożar lasu dla uratowania domu i zabudowań gospodarczych przed nieszczęściem.

*****

Fakty te długi czas ukrywane były przed społeczeństwem. Ujawnił je wysoki pracownik urzędu statystycznego. Rozwścieczony zwolnieniem z pracy ogłosił publicznie, że urząd regularnie fałszuje dane budżetowe. Trzymana w ukryciu bomba pomocy prokreacyjnej wybuchła, ujawniając skomplikowany system zapomóg, dodatków, nagród, dyplomów, medali i innych wyróżnień dla rodzin wielodzietnych oraz dla aktywistów ruchu prokreacyjnego. Nikt niczego nie robił bez zapłaty.

Wszystko zmieniło się, kiedy obywatele uświadomili sobie, że sprawa prokreacji jest prosta jak drut, że jest to zwykły układ popytu i podaży, w którym dziecko jest towarem, państwo reprezentuje popyt, a oni podaż. Nie wszyscy zrozumieli to od razu, a nawet jak zrozumieli, to wahali się, czy ich myślenie jest poprawne logicznie i zasadne moralnie. Proces edukacji nie stał jednak w miejscu. Obywatele lepiej wykształceni, absolwenci a nawet uczniowie szkół, którzy łyknęli choćby drobinę ekonomii, edukowali przyjaciół i znajomych, co znaczy rynek, popyt, podaż i cena. Byli też tacy, co nie chcieli za żadne skarby przyswoić sobie nowego sposobu myślenia. Ted, przyjaciel Sefardiego, nazywał ich odpornymi na wiedzę. Ci, którzy korzystali w pełni z dobrodziejstw popytu państwa na dzieci, nie krępowali się nazywać ich otwarcie głąbami.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 219: Cisza przed burzą

Rządowej zasady „cel uświęca środki” wielu pobożnych obywateli Nomadii nie kwestionowało, rozumiejąc, że jest to nieuniknione dla ocalenia społeczeństwa.

Zboczeńcy, cyberseksiści i kobiety wrogie prokreacji byli dla nich Sodomą i Gomorą, gniazdem rozpusty i siedliskiem zła.

– Użycie siły jest konieczne – twierdził Babochłop, szef tajnej policji – kiedy ma się do czynienia ze zgnilizną moralną groźną dla państwa i przeciwną nakazom boskim. Dla wsparcie swojej wypowiedzi i przekonań cytował Księgę Rodzaju, rozdział 13, werset 13 Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu: „Mieszkańcy Sodomy dopuszczali się ciężkich przewinień wobec Pana”.

Mówiono, że od czasu szczerej rozmowy z Czarną Eminencją pozostawał pod wpływem i urokiem jego wiedzy i mądrości, i w czasie wolnym od obowiązków oddawał się studiowaniu Biblii.

Kiedy pojawiły się doniesienia, że tajne szwadrony policji cywilizują przeciwników prokreacji, zrzucając ich na ziemię z helikoptera, obywatele – z pewnymi wyjątkami oczywiście – milcząco to akceptowali. Wierzyli, że dotyczy to wyłącznie nieprzejednanych wrogów prokreacji, stanowiących śmiertelne zagrożenie nie tylko dla kraju, ale także dla siebie samych. Krążyły pogłoski, że eliminowano ich, a ich szczątki doczesne rozdeptywano dla przestrogi w wydzielonym miejscu Placu Centralnego, aby każdy obywatel mógł je oglądać ku przestrodze aż do końca świata.

Zrzucanie ludzi z helikoptera zwolennicy silnych metod rządzenia nazywali terapią wstrząsową. Nawet lekarze uważali, że nie każda metoda leczenia jest bezpieczna.

–  Terapia wstrząsowa niesie ze sobą ryzyka. Podobnie jak jazda samochodem, o której możemy powiedzieć, że nigdy nie wiadomo, jak się skończy. Ja mogę zachowywać się na jezdni bardzo odpowiedzialnie, lecz kto mi zagwarantuje, że z przeciwnej strony nie wjedzie na mój pas dwudziestotonowa ciężarówka, której kierowca przysnął i nie zderzy się ze mną czołowo?

Czarna Eminencja, zdecydowanie przeciwny jakimkolwiek gwałtownym metodom, z bolącym sercem błagał Boga o wybaczenie tym, którzy czynią nieuniknione zło. Stanowcze traktowanie przeciwników państwa i kościoła uznawał za mniejszy dopust boży niż wielką powódź, tsunami czy wybuch wulkanu, ponieważ chodziło o ratowanie społeczeństwa. W pogłoski w rodzaju „Mondega spłynęła krwią” czy „Dokonano potwornej rzezi w miejscowości takiej to a takiej”, przestał wierzyć, ponieważ nikt nie zgłaszał napadów, zabójstw ani zaginięć osób. Babochłop wyjaśnił mu, że gdyby miało to miejsce, to policja natychmiast zawiadomiłaby o takim fakcie społeczeństwo na swoim internetowym serwisie informacyjnym, w prasie, w radio i w telewizji.

Potwierdzali to dziennikarze.

– Wiemy, że tak jest, bo warujemy na schodach komendy głównej policji i przed komendami regionalnymi, czekając na wiadomości o osobach zaginionych. Takie informacje do nas jeszcze nie dotarły.

W mediach pojawiły się pytania, a zaraz po nich interpelacje w parlamencie, czy w grę nie wchodzi jakaś podstępna manipulacja. Rząd zaprzeczył temu z uzasadnioną gwałtownością wściekłego psa. Uspokoiło to część obywateli, ale nie przeciwników prokreacji. Uważali oni, że za zaginięciami osób kryje się tak wielka tajemnica, że zwykły obywatel nie jest w stanie jej pojąć swoim rozumem, a tym bardziej rozwikłać.

– Podobnie jak ciemności egipskie i fatamorgana są to jedynie urojenia i złudy. – Skomentował Czarna Eminencja, który nie wierzył w złą wolę policji.

– Policja może popełniać błędy, bo nikt nie jest od nich wolny, ale z pewnością działa w dobrej wierze i w interesie państwa i społeczeństwa.

Wybaczająca postawa przywódcy kościoła nie wszystkim przypadła do gustu. Uważano, że istnieją granice wybaczenia, choć Biblia twierdziła inaczej. Oskarżenia pod adresem policji nie oznaczały, że Babochłop preferuje siłę fizyczną i przemoc jako metodę walki z gasnącą prokreacją. Od czasu, kiedy odkrył, że skuteczniejszą formą działania jest perswazja, korzystał z przemocy tylko wyjątkowo.

*****

Walka ze skutkami Apokalipsy okazała się błogosławieństwem dla Laboratorium. Nikt nie interesował się, co tam się dzieje. Nikt nie widział, jak wielkie ciężarówki przez kilka dni wjeżdżały jedna po drugiej na teren Laboratorium, zostawiając ładunki w podziemnych magazynach. Wzdłuż rozsuwanej bramy wjazdowej rosły bujne krzewy i drzewa. Wyglądało to jak ściana młodego lasu. Operacja była tak dobrze zamaskowana, że nawet z powietrza nie można było wypatrzeć pojazdów. Kilka dronów, jakie pojawiły się nad Laboratorium, Oddział Bezpieczeństwa zestrzelił. Nie wywołało to żadnych reperkusji.

Laboratorium intensywnie nad czymś pracowało. Pojawiły się pogłoski, że firma zawarła jakieś ważne porozumienie, nikt jednak nie wiedział z kim, ani w jakim celu. W powietrzu wisiało coś, co można by nazwać niedomówieniem lub wielkim znakiem zapytania.

Koniec części 3

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 218: Rząd, policja i narkotyki 

Gdyby nie tajna policja, w kraju zapanowałby stan prawdziwego bezhołowia. Mając za sobą poparcie dowódcy armii i w cichym porozumieniu z wicegubernatorem, władzę w Nomadii przejął Babochłop. Zachowano pozory legalności. Oficjalnie szefem rządu był nadal wicegubernator, w rzeczywistości za jego plecami stał Babochłop i dyktował mu krok po kroku, jak ma postępować. Była to sytuacja na tyle kłopotliwa dla obydwu, że wkrótce uzgodnili, że Babochłop będzie przygotowywać wszystkie decyzje na piśmie wraz z instrukcjami, co i jak należy rozumieć, a wicegubernator będzie tylko wprowadzać je w życie.

– O nic, chłopie, nie musisz się martwić, tylko podpisywać dokumenty i zapewniać, aby moje decyzje były realizowane. Gdyby ktoś stawał ci dęba i nie chciał cię słuchać, daj mi znać, a już następnego dnia ten nieszczęśnik będzie całować cię w rękę za to, że dajesz mu polecenia, wikt i opierunek – były to słowa Babochłopa, pewnego siebie i już bardzo wpływowego polityka.

Szef policji nabrał wkrótce takiej wprawy w rządzeniu, że załatwienie nawet najtrudniejszej sprawy przychodziło mu równie łatwo jak splunięcie. Z szacunku nazwano go Szarą Eminencją. Ludzie zbliżeni do kręgów władzy wiedzieli lub domyślali się, że to on kieruje państwem. Rząd zdalnie sterowany przez Babochłopa rozwinął skrzydła na skalę niespotykaną nawet za najlepszych lat gubernatora Blawatsky’ego. Jedną z tajemnic rządu było dysponowanie górami pieniędzy. Na początku nikt nie wiedział ani nawet się nie domyślał, jak bogaty jest rząd i skąd ma takie środki.

Był to okres szybkiego upowszechniania się na świecie najcięższych narkotyków, zwanych czarnymi, o sile działania zdolnej powalić konia. Narkomani chodzili w stanie takiego odurzenia, że bez cienia strachu o utratę równowagi a nawet życia potrafili zmienić na sobie ubranie krocząc po linie zawieszonej między dwoma wieżowcami.

Najsilniejszą odmianę czarnego narkotyku, z uznania dla arcybiskupa i szefa policji nazwano „Siwą Eminencją”. Jego zaletą była zdolność rozkojarzenia zmysłów aż do ekstazy. Osoba przyjmująca narkotyk doznawała tak rewelacyjnych wrażeń, że wystarczyło raz spróbować, aby popaść w uzależnienie, z którego nikt nie chciał się już wyzwalać. Środek był wyjątkowy dlatego, że w stanie upojenia jego użytkownik zachowywał pełną trzeźwość umysłu i zdolność koncentracji.

Rynek narkotyków owiany był tajemnicą. Tajemnicą poliszynela było, kto je w Nomadii produkował i dystrybuował, ale nikt nie wiedział, że producent-dystrybutor ma protektora, bez którego zgody nawet szczur nie byłby w stanie powąchać narkotyku. Powszechnie sądzono, że byli to lokalni mafiosi, prawda była jednak taka, że pieniądze trafiały do kasy tajnej policji. Było to praktycznie niewyczerpane źródło dochodów. Aby zdyskredytować policję i rząd przeciwnicy prokreacji puszczali w obieg pogłoski, że buduje się za nie złote pomniki, a nawet złoci naczynia kuchenne, uzasadniając to korzyściami zdrowotnymi.

Handel narkotykami odbywał się za cichym błogosławieństwem kościoła. Czarna Eminencja akceptował go w imię wyższego dobra, ponieważ dochody z niego płynące służyły dobru kraju.

– Pieniądze te są potrzebne społeczeństwu jak woda rybie. W czasie śmiertelnego zagrożenia państwo musi mieć środki na walkę z przeciwnikami prokreacji, a także na administrację, służbę zdrowia, renty i emerytury, zasiłki dla bezrobotnych, transport publiczny i setki innych potrzeb. – Eminencja był na tyle rozważny, aby swoich poglądów nie głosić publicznie, a jedynie wśród osób zdolnych zrozumieć złożoność spraw państwa w obliczu śmiertelnego zagrożenia.

Największym uznaniem ze wszystkich narkotyków cieszył się psychodelik Ayahuasca. Był rewelacyjny pod każdym względem: całkowicie naturalny i zdolny w wprowadzić człowieka w halucynacje i trans umożliwiające nawet jasnowidzenie. Badania laboratoryjne ujawniły, że Ayahuasca zapewnia także kontakt z głęboką pamięcią i rozumienie celu pobytu człowieka na ziemi oraz prawdziwej natury Wszechświata. Jego użytkownicy doznawali czystej miłości i mądrości, osiągali wgląd we własne wnętrze i utratę ego, a także uczyli się, jak być lepszym człowiekiem. Doznania te opisywano jako przebudzenie lub odrodzenie.

Opozycja parlamentarna nie ustępowała, oskarżając rząd i kościół o manipulację opinią publiczną w kwestii narkotyków.

– Wciskacie kit społeczeństwu – dobitnie podkreślił przewodniczący Libery, głównej partii opozycyjnej, przywodząc na twarz charakterystyczny uśmiech spłoszonego zajączka.

– Przysięgliśmy, że zrobimy wszystko, aby uratować kraj przed klęską demograficzną, korzystając ze wszystkich dostępnych środków i metod. Nic nas od tego nie powstrzyma – słowa te przypisywano Czarnej Eminencji. Zapytany o nie, odpowiedział salomonowo:

– Nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam. Powiem tylko tyle, że rząd Nomadii działa wyłącznie w dobrej wierze i w interesie całego społeczeństwa, bez względu na to, co kto o nim szczeka.

Od czasu podjęcia współpracy z rządem, Czarna Eminencja częściej używał języka wyrazistej, a nawet bezpardonowej, dyplomacji kierując się dobrem wszystkich obywateli, włącznie z niewierzącymi.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 217: Gubernator Blawatsky zapada na zdrowiu.

Gubernator od dłuższego czasu nie widział pozytywnych wyników wojny o prokreację. Opozycja także wytykała mu nieudolność. Niepowodzenia trwały już tak długo, że w końcu opanowało go przekonanie, że rozum go zawodzi. Coraz częściej nękały go natręctwa, wciąż powtarzające się sceny niepowodzeń. Pojawiały się, odchodziły i powracały. Rzeczywistość stawała się fikcją, a fikcja rzeczywistością.

Pracownicy nie poznawali go; gubernator, człowiek niezwykle uporządkowany, nagle, bez potrzeby, wstawał od biurka w czasie narady i wychodził z gabinetu, wzdychając i patrząc pod nogi albo w sufit, jakby tam znajdowało się rozwiązanie dręczącej go gorączki. Chodząc po gabinecie był tak niespokojny, że brakowało mu miejsca, zderzał się z przedmiotami, w związku z czym musiano stale przemeblowywać pomieszczenie.

Zaczęto podejrzewać go o rozstrój nerwowy. Okazało się to prawdą. Stwierdził to lekarz domowy, a wkrótce poświadczył profesor sprowadzony w pośpiechu z drugiego krańca kraju, gdzie walczył z plagą choroby zwanej gorączką błotną. W trakcie badania gubernator był nerwowy, miał zaburzenia mowy, głośno i niewyraźnie krzyczał albo szeptał bardzo wyraźnie, ale tak cicho, że nie można było go zrozumieć. W końcu jego stan pogorszył się do tego stopnia, że przed oczami jawiły mu się czerwone grochy rzucające się agresywnie na niego.

Profesor podejrzewał miazmę, osobliwy rozstrój nerwowy powodujący spadek siły witalnej. Po intensywnych konsultacjach z kolegami, co było nieuniknione, gdyż rzeczywistość była zbyt skomplikowana, aby najprostsza diagnoza była łatwa, uznał, że gubernatora przygniótł ogrom pracy i odpowiedzialności, a dobiła go gorączka błotna. Jak się okazało, gubernator dwukrotnie odwiedzał tereny, gdzie się panoszyła.

– Praca i gorączka uczyniły z niego kukłę miękką jak wata, pozbawioną wigoru, z którego był powszechnie znany – stwierdził z żalem Czarna Eminencja, często odwiedzający chorego, aby nieść mu pocieszenie i opiekę duchową. Po kilkunastu dniach duchowny zrezygnował całkowicie z wizyt uznając nie bez żalu, że lepiej poświęcić czas zdrowym ludziom w potrzebie niż jednemu pomyleńcowi, który sam napytał sobie biedy biorąc na siebie nadmierną odpowiedzialność.

– Sam Bóg, który jest przecież wszechmocny, nie wziąłby tyle na swoje barki. – Podsumował duchowny w obecności ministrów i rodziny gubernatora, którzy wobec beznadziejnego stanu jego zdrowia zaczęli poważnie martwić się o siebie.

Kiedy próbowano zdjąć z gubernatora choćby część odpowiedzialności, odmawiał, upierając się, że ten garb to jego droga krzyżowa, którą musi dźwigać do końca. Dopełniło to przeświadczenia Czarnej Eminencji, że gubernator nosi w sobie ogromne poczucie winy i niespełnienia. Jego przekonanie miało uzasadnienie historyczne. Kiedy społeczeństwo podzieliło się na dwa obozy, Pro i Anty, zwalczające się nawzajem, Gubernator winił siebie za ten podział, ponieważ dysponując pełnią władzy, nic wtedy nie zrobił, aby to ukrócić. Mówił tylko, że łeb trzeba urwać hydrze.

Z troski i zmęczenia gubernator w końcu skapcaniał. Pozostawiony pod opieką pielęgniarki, siostry zakonnej delegowanej przez Czarną Eminencję, popadł w marazm, a następnie w letarg przypominający stan hibernacji. Gdy ciepłota jego ciała spadła o dwa stopnie, przestał poruszać się. Mimo chybotliwej kondycji jego twarz zachowała zdrowy wygląd; rozjaśniał ją czasami tak delikatny uśmiech, że trzeba było skoncentrować się, aby go zauważyć.

– W takich momentach pan gubernator wraca do dzieciństwa i niech mu Bóg błogosławi – szeptała siostra zakonna zachęcając gości do pozostawienia pacjenta samemu sobie.

*****

Tajna policja miała ręce pełne roboty eksmitując z zajmowanych lokali kluby wyzwolonych kobiet, przenikając do ich kręgów kierowniczych, rekrutując donosicieli, prowadząc sabotaż produkcji i dystrybucji materiałów antyprokreacyjnych, rozpędzając akcje protestacyjne kobiet, manifestacje i kontrmanifestacje. Coraz częściej dokonywała też aresztowań aktywistek ruchu.

Czas pokazał, że trzy formy działania rządu były szczególnie skuteczne: eliminacja przywódczyń ruchu wyzwolenia kobiet, edukacja prokreacyjna oraz formowanie duchowe poprzez spowiedź, obrządki i nauczanie religii.

Kiedy gubernator opadł z sił i ostatecznie zanurzył się w letarg, w kraju nastał stan zamieszania i bezładu. Stanowisko premiera, szefa rządu, przejął po nim oficjalnie Czarna Eminencja, nie spełnił się jednak dobrze w tej roli. Duża część społeczeństwa go rozumiała; był przecież duchownym, a nie mężem stanu, który dysponuje giętkim umysłem politycznym i rękami silnymi jak chwytak mechaniczny, aby solidnie ująć ster władzy. Łaskawość obywateli nie cieszyła bynajmniej Eminencji, dlatego przekazał władzę wicegubernatorowi. Ten okazał się jeszcze słabszym zarządcą i gotów był zrezygnować z aspiracji samodzielnego rządzenia.

 

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 216: Rodzinne wspomnienia Iwana Iwanowicza

Josef Hafner: The Rudolf monument

O Iwanie Iwanowiczu mówiono, że jest pomnikiem przeszłości. Ubierał się staromodnie, jak to czyniono dziesiątki lat wcześniej. Jego strój starzał się razem z nim, zachowując zawsze ten sam dystans czterdziestoletniego opóźnienia w stosunku do aktualnego wieku właściciela.

Na zebraniu przy krawężniku Iwan Iwanowicz miał na sobie spodnie sztuczkowe z mankietami i odpowiednio dobraną marynarkę. Zgodnie z duchem współczesności, która pozwala łączyć solonego śledzia z ciastkiem tortowym i elektryczny rower ze zwykłą drabiną, eksperymentował z modą, twórczo integrując mody pozornie do siebie nie pasujące. Na spodniach i marynarce ze sztucznego materiału miał skórzaną kurtkę. Obowiązkowym elementem jego garderoby były również białe skarpetki.

– Można by powiedzieć, że żyję w rozkroku czasów i stylów, gdyby nie kojarzyło się to niewłaściwie z seksem, o którym można żartować, ale bardzo ostrożnie – niezmiennie wyjaśniał Iwan Iwanowicz.

Eroten als Brandstifter by Louis-Roland Trinquesse

Dzieci nie miał. Pytany o potomstwo odpowiadał niechętnie, że przeszło mu koło nosa, zanim się zorientował, że odchodzi, powymierało, rozbiegło się, zdematerializowało, znikło we mgle tępych spojrzeń, jakie go nawiedziły w dzieciństwie i nie opuściły już do końca życia.

– Oby to życie trwało wiecznie – żartował przy okazji, przypominając faraonów egipskich, po czym – aby odwrócić od siebie uwagę – twierdził, że stracił wiarę w życie wieczne, podobnie jak w rząd.

– Władza zawsze życzy ci wszystkiego najlepszego, ale wyrywa ci poduszkę spod głowy, którą sobie wygodnie wymościłeś po latach doświadczeń ze spaniem na lewym i prawym boku, na brzuchu i na plecach, oraz dwóch pozycjach ekwilibrystycznych szczególnie użytecznych w pociągach osobowych przepełnionych aż po ubikację.

Kiedy to mówił, a zdarzyło się to tylko raz, rozkleił się jak dykta zleżała na deszczu i mrozie. W jego słowach dawała się wyczuć prawdziwa tragedia; kwiaty cmentarne ukazywały się w oczach, raz w jednym, raz w drugim, aż do momentu, kiedy osuszył je chusteczką do nosa. Prześladowała go także teściowa i to także w nim pozostało.

– Nawet, kiedy już odeszła, nadal mnie nawiedzała. – Twierdził starzec z żalem rozlewającym się szeroko po opalonej twarzy.

Opowiadał o tym kiedyś Sefardiemu, z którym przyjaźnił się – jak żartowali sąsiedzi z osiedla Aura – z przerwami, proporcjonalnie do możliwości jego pamięci starzejącej się nieco szybciej niż ciało.

– Moja teściowa była kobietą z krwi i kości, niezwykle pracowitą, właściwie to pracoholiczką. Była to istna mrówka, aktywnie uprawiająca etos pracy. W domu wyrażało się to tym, że biegała za mną z szufeleczką i szczoteczką, zbierając każdy okruszek. Pilnowałem się jak skunks na warcie przed magazynem gęsich jaj, ale niewiele to pomagało. Zawsze, kiedy coś mi upadło na podłogę lub stół, dostrzegała to natychmiast. Nie było takiej drobiny, której by ona nie wypatrzyła. Widziała ją zza węgła lub wyczuwała czuła podświadomie. – Fantazjował Iwan Iwanowicz, ale tylko połowicznie.

– Iwanie Iwanowiczu – pytała mnie – czy zauważyłeś ten okruszek przy zlewie? Dlaczego nie założysz sobie okularów, a przedtem nie weźmiesz talerzyka do ręki? W końcu nie wiedziałem, czy był to głos teściowej, czy może anioła opiekuńczego, który postanowił rehabilitować mnie etycznie, na ile to było możliwe. Teściowa była tak serdeczna, że nawet gasiła za mną światło w łazience. Za nic nie mogłem zapamiętać, żeby gasić to cholerne światło, gdyż byłem zawsze myślałem o czymś innym. W końcu zapytałem ją, czy warto kruszyć kopie o okruszek lub dwa waty elektryczności, ale i tak nie przekonałem do siebie jej kobiecej natury, skoncentrowanej na szczegółach życia, choć wokół było tyle wielkości.

Osiągnąwszy apogeum przesady Iwan Iwanowicz podejmował próbę wybielenia się, twierdząc, że nie myśli tak źle o kobietach, że są szczodre, pracowite, siedemdziesiąt procent z nich zajmuje się finansami rodzinnymi, mają pamięć mocniejszą od mamuta, że gdyby nie ich słodycz i dobroć, to na świecie byłyby tylko zrzeszenia onanistów, co byłoby nie do zniesienia dla każdego rządu, który też lubi porządek i stale ma przed oczami wizję demograficznego rozwoju społeczeństwa.

Iwan Iwanowicz tak bardzo rozbiegał się w dywagacjach o teściowej, życiu i rządzie, że Sefardi musiał mu przerywać, przypominając o pilnych obowiązkach. Iwan Iwanowicz akceptował bez zastrzeżeń jego interwencje; obydwaj mężczyźni byli wyjątkowo zgodni.

Jeśli podoba ci się ten tekst, kup koniecznie https://www.taniaksiazka.pl/niezwykla-decyzja-abuelo-caduco-michael-tequila-p-1199197.html 

0Shares

Życzenia Wielkanocne 2019

Wielkanoc w Goodchildren Social Aid & Pleasure Club, New Orleans.

Wielkanoc w St Roch Tavern  2012 

Po wgłębieniu się w tradycję Świąt Wielkanocnych i wiosenną naturę ludzi, szczególnie kobiet oraz zwierząt, z uwzględnieniem mężczyzn, życzę od serca:

  • Prezydentowi, łaskawcy od ułaskawień – aby i on doznał słodyczy ułaskawienia ze stanu świątecznego przejedzenia;
  • Rządowi – dalszych sukcesów reformatorskich, ale bez przesady, bo – jak mówi przysłowie – co za dużo, to i świnia nie chce;
  • Członkom LGBT – kolorowych kokard i tęczowych pisanek oraz mniej kamieni obrazy ze strony społeczeństwa;
  • Ludziom ubogim, bezdomnym i nauczycielom – aby Ojciec Rydzyk, namiestnik Boga na ziemi, wziął ich w serdeczną opiekę;
  • Kobietom – spełnienia marzeń, aby ich mężowie, partnerzy i kochankowie okazali się wzorcami odpowiedzialności, zaradności i zasobności finansowej;
  • Dzieciom – nowych, lepszych i szybszych smartfonów, aby nie musiały marnotrawić czasu biegając po podwórku za piłką, bo to męczy;
  • Czarnym Łaniom z Wędliniarni oraz innym równie pracowitym i powabnym sprzedawczyniom – egzotycznych marzeń w chwilach wolnych od troski o klienta;
  • Kurom (także domowym) – więcej złotych jaj w koszyczku i więcej czasu na wolnym wybiegu;

  • Kogutom, wszystkim bez wyjątku – tego wszystkiego, o czym marzy każdy prawdziwy kogut.

Nam wszystkim, abyśmy zdrowi byli jak rydze, silni jak tury, bogaci jak Krezus i odporni na władzę równie mocno, jak ona sama jest odporna na rozum, przyzwoitość i prawdę.

Alleluja Bracia i Siostry! Alleluja!

0Shares

Cz. 215: Osiedle Aura – miniatura kraju w wojnie o prokreację

Akcje rządu przeciwko odmieńcom i innym wrogom prokreacji wywoływały szok, ale nie powaliły ich na kolana. Wprost przeciwnie, zwarli oni swoje szeregi i podjęli akcje odwetowe. Na początku były to działania pokojowe. W parlamencie poseł ubrany w tęczowy strój oskarżył policję i rząd o rażące przekraczania prawa. Tego samego dnia, pod osłoną nocy na ścianach budynków rządowych i policji ktoś umieścił plakaty informujące o prześladowaniach obywateli, których postępowanie nie naruszało prawa. W Internecie pojawiły się oskarżenia członków rządu i partii rządzącej o oszustwa i malwersacje, informacje o zboczeńcach grasujących w Kościele Hierarchicznym, pedofilii i czynach lubieżnych. Ktoś sugerował nawet możliwość wybuchu wojny domowej z powodu rozpasania społeczeństwa.

Pomówienia i oskarżenia pojawiały się głównie w nocy. Sposób ich formułowania i styl sugerowały, że mogły być one tworzone przez trolle lub generowane automatycznie. Były one tak liczne i częste, że nie sposób było ustalić prawdziwości większości z nich. W końcu nikt nie był pewien, czy doniesienia są prawdziwe, czy nie, i kto ma rację, a kto łże jak podły kundel.

Sefardi czuł się na rozdrożu. Nie umiał określić, ile w doniesieniach jest faktów i prawdy, a ile kłamstwa, insynuacji i zmyśleń. Z jednej strony rozumiał i akceptował działania rządu przeciwko obywatelom, których prokreacyjną jałowość uznawał za niepatriotyczną i szkodliwą, z drugiej strony nienawidził agresji i terroru. Był pacyfistą w każdym calu. Oburzały go brutalne działania organizacji rządowych i prorządowych.

– Takie postępowanie nie zmieni osób o odmiennej orientacji seksualnej. Przemoc to akt bezsilności, który niesie tylko zło – mruknął do siebie pod nosem, po czym – zupełnie nieoczekiwanie – kopnął w biurko. Udzieliła mu się toksyczna atmosfera walki zwolenników i przeciwników prokreacji.

*****

Iwan Iwanowicz, przewodniczący zebrania przy krawężniku, nie tak planował przebieg spotkania. Przygotował prostą ankietę do wypełnienia przez uczestników. Zamierzał błyskawicznie opracować wyniki i natychmiast wykorzystać je, jeszcze na tym samym zebraniu, dla nadania dyskusji właściwego kierunku.

– W naszych dyskusjach jest za dużo galimatiasu. Wielu mówi, ale nie dochodzimy do żadnych wniosków. W końcu musimy wiedzieć, na czym stoimy. My, społeczność osiedlowa, a wraz z nami cały naród. Dziś chodzi tylko o to, co sądzimy o rządowo-kościelnym programie prokreacji. Czy to jest coś dobrego, czy też można go o kant d..y rozbić. – Tego dnia Iwan Iwanowicz był wyjątkowo wyrazisty w swoich poglądach. Dyktowało mu to obywatelskie sumienie, poszukujące konkretu, prawdy i decyzji.

Iwan Iwanowicz starał się zachować neutralność w dyskusjach, nie zawsze mu się to jednak udawało. Po cichu sprzyjał prokreacjonistom, od których zależało przeżycie społeczeństwa. Z informacji o programie rządowo-kościelnym wynikało, że prokreacjoniści przegrywali na całym froncie. Młodzi ludzie, a za młodych Iwan Iwanowicz uważał wszystkie osoby zdolne płodzić i rodzić dzieci, drastycznie się zmieniali. Przewodniczący nie miał co do tego wątpliwości. Ludzie wzięli sobie do serca okrucieństwa Apokalipsy, śmierć tysięcy niewinnych istot, zwłaszcza dzieci, dramatyczne efekty epidemiami i zatruć jedzeniem, mroczne poglądy katastrofistów na przyszłość, rozbuchaną wolność jednostki, upowszechnianie się chamstwa oraz chęć życia w bogactwie i wygodzie z tabletem i smartfonem w ręku.

– Nasze społeczeństwo abdykowało z przypisanej mu przez Boga roli kontynuatorów gatunku. I w dodatku nie wiemy, co robić. To jest po prostu koszmar!

Nikt nie kwestionował trafności ocen przewodniczącego. Faktem było, że państwo i kościół nie panowały nad sytuacją. Obywatele Nomadii, oddawali się rozkoszom życia. Wydawali pieniądze na wszystko z wyjątkiem potomstwa: narkotyki, dopalacze, alkohol, papierosy, luksusowe wycieczki do egzotycznych krajów. Każdy rozwijał jakieś szalone hobby. Nikt nie myślał o potomstwie i przyszłości. Nomadia przeżywała amok antyprokreacyjny. Przewodniczący zebrania bolał nad tym. Młodzi ludzie nie rozumieli go. Może dlatego, że mało o nim wiedzieli. Miał swoje tajemnice.

*****

Szczególny rozdział w życiu starca stanowiły żarty na temat wieku i długowieczności. Przerażała go myśl o śmierci, mimo że był w doskonałej kondycji. Niepokój zwalczał żartami.

– Mnie, Sefardi, na życiu nie zależy. Mogę żyć nawet i sto lat. Co będzie dalej, nie myślę, bo to za bardzo wyczerpujące. Czy zdajesz sobie sprawę, że długowieczność jest równie często dyskutowana przez filozofów jak przestrzeń i czas? – W chwilach niepokoju Iwan Iwanowicz zachowywał się jak filozof.

Zadając dziwne pytanie, Iwan Iwanowicz upodabniał się do Izabeli. Do takiego wniosku doszedł Sefardi. Zastanawiał się, dlaczego ta dwójka unikała siebie jak ognia i używała każdej wymówki, aby pożegnać się jak najszybciej. Była to jedna z tajemnic osiedla Aura. Jego społeczność stanowiła miniaturę kraju, gdyż zawierała w sobie rozmaitość zdarzeń równie ekstremalnych jak pustynia i puszcza, mądrość i głupota oraz wszystkie sprzeczności, jakie targały ludzkością. Nie było wątku, który nie pojawiłby się w życiu osiedla. Iwan Iwanowicz, Sefardi i Izabela nie byli wyjątkami.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 214: Zamach bombowy w kawiarni

Zwiedzając japońską kawiarnię Sefardi nie krył zaskoczenia. Nie pytał o szczegóły, domyślając się, że wnuk dzieli się z nim prawdopodobnie także swoimi doświadczeniami. Nie mieściło mu się w głowie, że Sato i jego partnerka preferowali kontakty wirtualne raczej niż bezpośrednie spotkania. Zapytał Enrique o to.

– Im to odpowiada. Oboje zaspokajają swoje pragnienia seksualne, podniecają się, przeżywają akty miłosne, snując marzenia i fantazje erotyczne. Co ważne, nie tracą czasu na dojazdy. Ich spotkania niewiele ich kosztują. To tylko koszt wynajmu sali i użytkowania komputera. Mają tu idealne warunki do intymnych spotkań. Niejednemu mężczyźnie nie przeszkadza nawet to, że za jego plecami stoi jeszcze ktoś inny. To kwestia poczucia bezpieczeństwa. Domyślam się, że ciebie to dziwi, bo jesteś osobą starszej generacji. Tutaj, w kawiarni, panuje współczesność. Sato i jego partnerki zachowują się całkowicie swobodnie, sami określają sobie reguły postępowania. Są wolnymi ludźmi, nie chcą wiązać się ze sobą, chcą żyć bez zobowiązań. Oni nawet uważają, że nie mogą tego zrobić, bo nie mają czasu ani możliwości. Nie mają chęci spotykać się ze sobą bezpośrednio. Mieszkają z dala od siebie, długo pracują, bardzo dobrze zarabiają, są zadowoleni z pracy, prowadzą bogate życie. Każde z nich ma swoich przyjaciół. To jest miłość w nowoczesnym wydaniu. Media nazywają to cyberseks, czyli seks online – wyjaśnił Enrique uprzedzając pytanie dziadka. – W moim środowisku i w moim pokoleniu nie jest to wstydem, ale zaletą. To znak czasu.

Drogę do drzwi wyjściowych z kawiarni mężczyźni przeszli w milczeniu. Sefardi potrzebował czasu na oswojenie się z czymś, czego nie znał ani nie rozumiał, co było jak najbardziej rzeczywistością i zdobywało coraz więcej zwolenników. W końcu pomyślał, że nowa forma relacji damsko-męskich daje ludziom znacznie więcej niezależności i że rząd czeka twardy orzech do zgryzienia, aby przekonać ich do prokreacji.

*****

Kilka dni później w kawiarni wybuchła bomba. Policja natychmiast podjęła śledztwo. Większą część zdarzenia odtworzono z monitoringu. Przy krawężniku na ulicy zatrzymała się furgonetka. Wysiadł z niej mężczyzna z brodą tak gęstą, że nie sposób było rozpoznać rysów twarzy, tym bardziej, że na głowie miał czapkę zasłaniającą uszy i nosił ciemne okulary. W prawej ręce trzymał paczkę. Przybysz rozejrzał się nieufnie na boki, podszedł do okna i przez chwilę przy nim majstrował. Chyba wcześniej coś tam zrobiono, ponieważ w ciągu kilkunastu sekund było już otwarte. W kawiarni zainstalowany był alarm, ale nie włączył się. Zamachowiec wszedł do środka przez okno. Po kilkudziesięciu sekundach wyszedł tą samą drogą, docisnął ramę okna do ściany, wsiadł do furgonetki i odjechał.

W momencie eksplozji bomby w kawiarni znajdowało się niewiele osób. Było krótko po dziesiątej rano. Wybuch rozerwał stojące w pobliżu meble na strzępy; ich szczątki leżały rozrzucone po wszystkich kątach. Widok był nie tyle straszny, ile dewastujący. Pierwsza myśl personelu była taka, że eksplodował kocioł centralnego ogrzewania piętro niżej.

Policjanci długo pracowali na miejscu zdarzenia. Kawiarnię zamknięto, budynek i przynależny do niego parking odgrodzono od ulicy. Przyjechali pirotechnicy, aby sprawdzić, czy nie ma jeszcze innego ładunku. W sobotę, następnego dnia po tragedii, w kawiarni zapanowało prawdziwe szaleństwo; przez cały dzień przychodzili ludzie, aby obejrzeć miejsce zamachu.

Śledztwo doprowadziło policję tylko do okna, przez które wniesiono ładunek wybuchowy. Oprócz sposobu wejścia złoczyńcy do kawiarni i zakresu szkód nic więcej nie udało się ustalić. Sprawca nie pozostawił za sobą śladów. Jego pojazd w momencie parkowania przed kawiarnią miał fałszywą tabliczkę rejestracyjną. Była to zwykła furgonetka, jakich tysiące porusza się po kraju. Sefardi domyślał się, że mogła to być akcja tajnej policji skierowana przeciwko tym, których rząd nazywał „odszczepieńcami”, „zboczeńcami” i „bezpośrednimi wrogami prokreacji”.

*****

Bomba zjednoczyła przeciwników prokreacji konsolidując wszystkie ich nurty, włącznie z homoseksualistami i cyberseksiarzami, oraz uruchomiła falę doniesień o nadużyciach władzy. Wkrótce nastąpiły dwa dalsze zamachy bombowe, ktoś podpalił także klub osób o odmiennych orientacjach seksualnych. Kiedy członkowie klubu w pośpiechu opuszczali budynek nieznani sprawcy napadli na nich i pobili.

Media donosiły o nadzwyczajnej aktywności policji, porwaniach, tajemniczych podpaleniach, akcjach szkalowania i dywersji, manifestacjach i kontrmanifestacjach. Na spotkaniach publicznych pojawili się prowokatorzy. Organizatorzy imprez oskarżali o to policję i rząd. Gubernator ignorował te głosy, szef policji, Babochłop, zaprzeczał oskarżeniom. W Internecie pojawiły się doniesienia, że to patriotycznie nastawieni obywatele i organizacje wrogie zboczeńcom dają znać o sobie.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 213: Niezwykła Maria, lustra i seks po japońsku

O Marii ludzie Babochłopa mówili otwarcie i z przekonaniem, że jest wściekła. Agent policji nagrał potajemnie jej wystąpienie. Maria miała ciepły, perfidnie przekonywujący głos.

– Związek kobiety i mężczyzny zawsze prowadzi do nieszczęścia. Są nim dzieci. W małżeństwie, które znałam przez wiele lat, oboje byli kalekami. Mężczyzna miał tak krótkie nogi, że nie sięgały podłogi, kiedy siedział na krześle, a kobieta nienormalnie długie. Miała za to bardzo krótki tors, wyglądała tak, jakby nie wystarczało jej miejsca na pachy. Mówię to z pewną przesadą, ale taki był problem. Ci ludzie pobrali się mimo sprzeciwu rodziców, którzy czuli, że potomstwo jakie spłodzą, przyniesie im nieszczęście. Wynik był inny niż można by się spodziewać, ponieważ dzieci okazały się normalne. Kiedy podrosły, nikt im jednak nie pomagał w opiece nad rodzicami, ani kościół, ani państwo, ani żadne towarzystwo dobroczynne. Nikt! To było dla nich nie do wytrzymania. Pragnęły mieć swoje własne życie, cieszyć się nim, jak wszyscy normalni ludzie. Najpierw znęcały się nad rodzicami fizycznie i moralnie, potem porzuciły je bez pardonu na pastwę losu. Straciłam ich wtedy z pola widzenia. Co się z nimi stało, nie mam pojęcia. Była to potworna nauczka, czym mogą stać się dzieci, kiedy zajdzie potrzeba pomocy rodzicom. Ja sama nigdy o dzieciach nie myślałam i jestem szczęśliwa.

*****

Gubernator starał się nie pozostawać w tyle za Eminencją w promocji postaw reprodukcyjnych. Nie lubił wyrazu „reprodukcja”, kojarzył mu się za bardzo ze zwierzętami, ale posługiwał się nim, aby wyrazić istotę sprawy. Jego doradca, demograf, używał często tego terminu, mówiąc o reprodukcji prostej, rozszerzonej i zawężonej. Oczywiście celem rządu była reprodukcja rozszerzona. Obydwaj mężczyźni, gubernator i Eminencja, rywalizowali ze sobą, kto wykaże się większą inwencją w metodach przekonywania do reprodukcji.

Na lustrach w centrum miasta pojawił się jego specjalny program propagandowy. Przechodzące obok luster kobiety widziały na nich swój obraz. Był on pozytywny i miły dla oka, kiedy kobieta przysparzała krajowi dzieci, ale negatywny i mroczny, kiedy była niechętna prokreacji. Działo się to w ten sposób, że kamery skanowały twarze osób w zasięgu luster, obraz w ułamku sekundy był analizowany przez komputer w celu identyfikacji osoby. Rząd miał już wtedy teczki z dossier większości kobiet, tak że system był w stanie generować na lustrach obrazy kobiet uwzględniając ich stosunek do prokreacji. Najczęściej na lutrze ukazywał się palec boży wytykający kobiecie grzech nieprzestrzegania boskiego polecenia „Idźcie i rozmnażajcie się”. Niektóre kobiety ogarniał taki wstyd, że rzucały kamieniami w lustro. Było to nieskuteczne. Obraz nie znikał ani nie ulegał deformacji; lustra były odporne na tego rodzaju ataki.

Rząd utrzymywał w tajemnicy „Lustrzany program”. Jego powstanie gubernator uważał za krok milowy w walce o prokreację. Nie omieszkał wykorzystywać go także do walki z przeciwnikami politycznymi. Kiedy opozycja stawiała mu zarzuty łamania prawa, tłumaczył, że z uwagi na kryzys demograficzny parlament przyznał mu prawo stosowania środków perswazji przekraczających granice publicznej reklamy i promocji.

*****

Enrique opowiedział dziadkowi historię młodych, aktywnych zawodowo mężczyzn adoptujących japoński styl życia. Jedna trzecia z nich nie utrzymywała seksualnych kontaktów z kobietami. W Afarze organizowali oni sobie kluby i kawiarnie „only for men”. Pragnąc zrozumieć nową rzeczywistość, Sefardi poprosił wnuka o pokazanie mu takiego miejsca.

Kawiarnia nazywała się „Gwiazda przyszłości” i przypominała długą halę fabryczną, odnowioną i udekorowaną obrazami, rzeźbami i kwiatami w doniczkach. Wzdłuż ścian ustawione były dwa rzędy stolików. Siedzieli przy nich mężczyźni w różnym wieku, przeważnie młodzi, przed komputerami, laptopami, tabletami, a nawet smartfonami. Wszyscy mieli słuchawki na uszach i byli zatopieni w obrazach, rozmowach i muzyce. Nieco dalej znajdowały się pokoje przypominające małe gabinety, z wysokimi fotelami i wygodnymi kanapami, zapewniającymi poczucie intymności.

Nie pukając, Enrique otworzył drzwi jednego z gabinetów. Widać było, że czuje się w kawiarni jak u siebie w domu. Zajrzeli do środka. Sefardi dostrzegł starannie ostrzyżoną głowę mężczyzny i fragment stojącego przed nim ekranu komputera. Zaciekawiony zapytał wnuka, co mężczyzna tam robi.

– Jak to, co? – odpowiedział pytaniem Enrique. – To samo, co robi każdy mężczyzna, kiedy odczuwa potrzebę seksu, a jest sam.

Nie wdając się w dalsze wyjaśnienia wprowadził dziadka do gabinetu, popatrzył na ekran komputera, po czym bezceremonialnie przerwał sesję siedzącemu w fotelu mężczyźnie, aby przedstawić go dziadkowi. Był to przyjaciel Enrique. Nazywał się Sato Mitori i był japońskiego pochodzenia, choć nie wyglądał na Japończyka. Mówił bez naleciałości językowych podobnie jak obywatele Nomadii mieszkający tam od wieków. Sefardi zapamiętał tylko jego imię, twarz i niektóre fragmenty wypowiedzi. Do kawiarni Sato przychodził regularnie, wybierał zawsze ten sam pokój, jeśli tylko był wolny i spędzał tam wieczory.

Po zakończeniu spotkania Enrique opowiedział Sefardiemu pozostałą część historii. Sato oglądał pornografię, wchodził w słowny i wizualny kontakt z kobietami, aby prowadzić z nimi erotyczne konwersacje, podniecić się i przeżyć orgazm. Za opłatą, a często nawet bez niej, wirtualna kochanka po drugiej stronie ekranu rozbierała się i wykonywała wszystko to, o co ją prosił, zachowując się, jeśli trzeba, wyuzdanie dla zaspokojenia jego fantazji erotycznych.

– Nie jest to jednostronne, że ona robi to, o co prosi ją Sato. Ona sama też może poprosić go o obnażenie się, podniecanie jej, opowiedzenie frywolnej historyjki, jakiejś fantazji lub zachowanie się w inny sposób, tak jakby byli razem nadzy w jednym pomieszczeniu. Oni po prostu współżyją ze sobą. Znam ją i jego na tyle dobrze, aby wiedzieć, że to udana para. – Enrique zakończył wyjaśnienie w taki sposób, jakby wszyscy tak postępowali i byli z tego tytułu szczęśliwi.

0Shares

Powieść. Laboratorium Szyfrowanych Koni. Cz. 212: Sala Macierzyństwa i aktywistki Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet

Ostatnim pomieszczeniem świątyni była Sala Macierzyństwa poświęcona triadzie „kobieta-mężczyzna-dziecko”. Na ścianach wisiały obrazy kobiet w stanie błogosławionym, ich rodzin, mężów i opiekunów oraz patronek i patronów, tworząc atmosferę świętości kobiety i dziecka. W jednym z bocznych pomieszczeń umieszczono instalację artystyczną, uroczą ekspozycję wózków dziecięcych i akcesoriów związanych z macierzyństwem włącznie z kolorowymi zabawkami, mówiącymi misiami i kotkami, pachnącymi wyprawkami, lalkami otwierającymi niebieskie oczy oraz zdjęciami niemowląt tak słodkich, że niejednej kobiecie trudno było opuścić pomieszczenie. 

Obraz samej rodziny był rozmyty. Było to celowe.

Czarna Eminencja był świadomy, że coraz więcej kobiet żyło samotnie i pragnęło zajść w ciążę, ale niekoniecznie tworzyć rodzinę. Dla nich celem macierzyństwa było dziecko, niekoniecznie posiadanie męża. Kościół niechętnie uwzględniał to w swoich rachubach. Zwiedzając późnym wieczorem pustą już Świątynię Wiary i Prokreacji Eminencja przypomniał sobie słowa gubernatora:

– Zależy nam na dzieciach, drogi Eminencjo, nie na szczęśliwej rodzinie. Nie ma sensu narzucać sobie i innym ograniczeń.

*****

Przy wyjściu z Sali Macierzyństwa stały dzieci przebrane za aniołki, nadprzyrodzone istoty żyjące w bezpośredniej bliskości Boga i symbolizujące jego najważniejsze przymioty, miłości i dobroci. Niektóre tak słodko przypominały cherubinki, że wzruszone kobiety klękały przed nimi, tuliły je i całowały po buzi i po rączkach.

Za budynkiem świątyni rozciągało się obszerne, rozsłonecznione patio. Słońce w połączeniu z otwartą przestrzenią ożywiało ludzi. Kobiety tańczyły z radości, całowały się, klękały na ziemi lub siadały na ławkach, ustawionych pod drzewkami pomarańczowymi wydzielającymi słodki zapach. Patio wyposażono w kanały irygacyjne obficie nawadniające ziemię; rośliny były wiecznie zielone a kwiaty w pełni rozkwitu. Był to ogród botaniczny zwany Rajskim Ogrodem, z ptakami śpiewającymi w koronach drzew przykrytych rozległą siatką.

– To jest raj! – Zawołała Kristina zalewając się łzami radości.

Paradise by Lucas Kranach

Kobiety opuszczały Świątynię Wiary i Prokreacji wyzwolone w większości ze strachu przed prokreacją. Biuro Czarnej Eminencji prowadziło dokładną statystykę uzdrowień czy też nawróceń, jak je nazywano. Przekonanie do macierzyństwa niekoniecznie było trwałe, gdyż po oddaleniu się od murów świątyni kobiety wracały do rzeczywistości.

Na ulicy czekała je niespodzianka. Stanowiły ją emisariuszki i aktywistki Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet niezwykle chętne pomóc otrząsnąć się z przeżyć i decyzji podjętych w świątyni. Życzliwie uśmiechnięte podchodziły do wychodzących, aby wlać w nie nastrój otrzeźwienia. Wdawały się w przyjazną rozmowę, pytały o wrażenia i zadawały życzliwe pytania. Przypominając wyglądem i zachowaniem przedstawicielki organizacji religijnych, rozdawały święte obrazki oraz formularze zapisów na rekolekcje, a nawet na kursy świadomego macierzyństwa. Znakomicie pozorowały radość i uniesienie, tak jakby rzeczywiście same przeszły przemianę duchową. Spotkania prowadziły do słów szeptanych do ucha:

– Otrząśnij się, dziewczyno. Księża to mężczyźni. To, czego doznałaś w Świątyni Wiary i Prokreacji, to tylko sztuczka, aby skłonić cię do zajścia w ciążę i pozostawić bez pomocy. Czy zaoferowano ci żłobek, przedszkole albo niańkę, czy choćby zapomogę opieki na dzieckiem? – Pod koniec rozmowy aktywistka dawała skołowanej kobiecie wizytówkę i zaproszenie do klubu Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet położonego najbliżej miejsca jej pracy lub zamieszkania.

Najbardziej pomysłowa w zniechęcaniu kobiet do macierzyństwa była Maria, atrakcyjna i ładnie ubrana dziewczyna, witająca każdą kobietę ciepłym, niewymuszonym uśmiechem. Nikt nie znał jej nazwiska, wszyscy nazywali ją po prostu Marią. Była urodziwa i przekonywująca, ujmowała swoją wiarą i szczerością. Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zatrudniało ją na etacie. Przechodząc razem z tłumem przez wszystkie sale Maria obserwowała kobiety i zapamiętywała te, które wydawały się najsilniej ulegać atmosferze macierzyństwa. Po wyjściu na zewnątrz podchodziła do upatrzonej ofiary, przeprowadzała rozmowę, aby w końcu przedstawić propozycję:

– Przyjdź do nas, aby się odtruć. Rząd i kościół od wieków utrzymują nas w stanie niewolnictwa, stwarzając pozory przyzwoitości, a nawet miłości. Czas z tym skoczyć. Przyjdź, pomożemy ci, jest tylko wyrazisz takie życzenie. Nic na siłę. Sama o wszystkim zdecydujesz.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 211: Sala Spowiedzi i Sala Nieba Czyśćca i Piekła

Kamery w Sali Spowiedzi były miniaturowe i tak zręcznie ukryte, że nawet wprawne oko nie było w stanie ich zauważyć. Uspokajało to Eminencję, gdyż ujawnienie inwigilacji wiernych przez kościół byłoby równoznaczne z kompromitacją i koniecznością jego natychmiastowej rezygnacji ze stanowiska. Samą rezygnację Eminencja potrafiłby przeboleć, ale nie kompromitację, bo ta byłaby obrazą nie osoby, ale Kościoła i Boga. Byłoby to świętokradztwo. Eminencja przypomniał sobie działanie systemu.

Kamera najbliższa wejścia wychwytywała osobę wchodzącą na salę i natychmiast koncentrowała się na jej twarzy. W ułamku sekundy sprawdzała, czy jest to osoba zarejestrowana już w systemie, czy też nowa, wymagająca rejestracji. W drugim przypadku system automatycznie nadawał numer identyfikacyjny i zapisywał dane. Były one przetwarzane w czasie rzeczywistym. Jak tylko na ekranie ściennym wyświetlił się numer osoby czekającej w kolejce na spowiedź, ksiądz w konfesjonale widział już ją na swoim ekranie umieszczonym na wysokości oczu wraz z danymi personalnymi. Informacje o osobie zarejestrowanej już wcześniej obejmowały imię, nazwisko, wiek, wzrost, stan cywilny, wykształcenie i rodzaj wykonywanej pracy, jak również zainteresowania, hobby, a niekiedy także stosunek do macierzyństwa lub ojcostwa, w zależności od płci. Znakomita większość osób odwiedzających Świątynię Wiary i Prokreacji stanowiły kobiety.

Posiadanie wielu informacji o osobie spowiadanej niosło ryzyko dla kościoła. Spowiednik musiał pilnować się, aby przypadkiem nie ujawnić jakiegoś szczegółu biografii osoby, który mógłby wzbudzić w niej podejrzenie. Dzięki szkoleniom, księża nabrali takiej wprawy, że nawet jeśli powiedzieli coś nieodpowiedniego, to umieli to zakamuflować informacją sugerującą, że osoba spowiadająca się nie jest mu znana, a jego obserwacja była zupełnie przypadkowa.

Księża prowadzili spowiedź w taki sposób, aby wyczuwając wrażliwość, zainteresowania i motywację kobiet zachęcić je do macierzyństwa.

Informacje uzyskiwane w czasie spowiedzi były zapisywane w systemie. Eminencji przyszło na myśl, że sam Bóg nie wie więcej o człowieku więcej niż on sam. To go zmieszało tak bardzo, że spędził resztę wieczoru na modlitwie prosząc Najwyższego o wybaczenie.

*****

W Sali Nieba, Czyśćca i Piekła wszystko było pomieszane, panował prawdziwy nieporządek. Na ścianach wisiały obrazy imponujące swoimi rozmiarami i kolorami, nad głowami zwiedzających unosiły się znaki i wyobrażenia cierpienia i radości. Nad wszystkim górowało wielkie oko w trójkącie. Piekło znajdowało się między mglistą oazą czyśćca a świetlistym królestwem nieba. Na pierwszym planie piekła stał ogromny, dymiący gar smoły. Przez jej swąd przebijała się słodka woń kwiatów nasturcji o liściach wielkości trzech ludzkich dłoni.

Zatrwożone niewiasty oglądały niezwykłe widoki i słyszały dziwne głosy: syk węża oferującego jabłko, podszepty szatana zachęcającego do grzechu, śpiew chóru anielskiego i łagodny szum rajskiego drzewa, nad którym brzęczały pszczoły. Była to przemyślna aranżacja. Kobiety miały zdać sobie sprawę z pogmatwania swojego życia i potrzeby odmiany, dokonania lepszego wyboru. W sali nie było istot niewinnych, każda miała coś na sumieniu. Jeśli nic jej nie ciążyło na sercu lub w pamięci, natychmiast ogarniał ją niepokój i budził wątpliwości. Kristinie przypomniało to, że ma sumienie, tylko niepewne siebie, i musi coś z tym zrobić.

Zmierzające ku wyjściu kobiety porządkowały swoje myśli i uczucia; większość z nich dokonywała wyboru z łatwością, decydując się na prokreację, której towarzyszyła nagroda. Odrzucając ten wybór, godziły się na karę. Po drodze wszystko się porządkowało, sceny i akcesoria piekła przesuwały się do tyłu, z przodu pojawiało się coraz więcej obrazów i akcesoriów nieba. U końca drogi stały drzwi wielkości solidnej bramy prowadzące do Sali Pokuty i Rozgrzeszenia, gdzie kobiety, które wybrały prokreację, samoistnie uzyskiwały rozgrzeszenie z popełnionych nieprawości. Ogarniała je wielka ulga, uczucie kamienia spadającego z serca. Przed pozostałymi niewiastami zjawiała się wizja piekła; niektóre z nich akceptowały ją równie łatwo jak propozycję pójścia latem na spacer do cienistego parku.

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 210: Technologia w Świątyni Wiary i Prokreacji

Kristina nie zauważyła nawet, kiedy znalazła się w Sali Spowiedzi. Była ona wzorowana na sali Convento Santa Maria delle Grazie, miała kształt długiej i jasnej nawy kościelnej. Zdobiły ją potężne organy wmontowane w ścianę wejściową oraz ustawione po bokach konfesjonały.

Siedzący w nich spowiednicy rekrutowali się spośród najbardziej uduchowionych księży, znawców ludzkiej duszy. Byli to mężczyźni poważni, postawni, o miłym głosie i usposobieniu, umiejący zjednywać sobie ludzi. Eminencja osobiście poznał każdego z nich, ocenił i zaakceptował.

U wejścia do Sali Spowiedzi znajdował się automat wydający bilety z numerami. Skracało to oczekiwanie w kolejce. Obok wyświetlanego na ekranie numeru biletu widoczny był także numer konfesjonału, do którego należało podejść. To nietypowe dla kościoła rozwiązanie podobało się wiernym ceniącym czas i wygodę. Eminencja wyraził na nie zgodę, uznając, że Kościół Hierarchiczny musi akceptować nowoczesność, aby przyciągać wiernych. Podwładnym wyjaśniał to krótko. Milkli wobec jego argumentacji.

– Nawet Bóg nie jest w stanie działać w próżni. Próżnia to nicość. A nicość to niebyt.

Sala kryła w sobie sekret, o którym nie wiedział nikt poza Eminencją i kilku specjalistami. Po długiej rozterce, Eminencja zgodził się pójść na współpracę z tajną policją, ponieważ tylko oni dysponowali technologią i gwarantowali zachowanie tajemnicy. Nie podobało mu się to, czuł się kolaborantem. Już samo to określenie źle mu się kojarzyło. Uspokoił go ksiądz-językoznawca tłumacząc, że w innych językach wyraz kolaboracja oznacza współpracę i ma pozytywne znaczenie.

Arcybiskup ufał swoim podwładnym, ale nie w sposób tak bezwzględny, jak tajnej policji. Przekonał go do tego Babochłop, z którym rozmawiał kilka razy w warunkach pełnej dyskrecji, czyli przy konfesjonale. Obydwaj byli pewni, że nie ma w nim urządzeń podsłuchowych, sprawdzili to zaufani ludzie obydwu stron. Spotkanie umówił gubernator, kiedy był jeszcze przy pełni zmysłów, bo było z nim coraz gorzej, tak boleśnie przeżywał zagrożenie demograficzne. Babochłop przekonał Eminencję rzeczowym oświadczeniem.

– Drogi Księże Eminencjo! Nie jesteśmy potworami. Część z nas to ludzie wierzący. Ale musimy być niezwykle skuteczni i przewidujący. Po prostu eliminujemy każdego sukinsyna, który nas zdradził. Dlatego tajna policja nie ma problemów z brakiem zaufania. Każdy u nas wie, co to jest zaufanie.

Po nietypowym wyznaniu Babochłop przeprosił Eminencję, że użył wulgaryzmu w kościele, instytucji nieporównanie bardziej etycznej niż jakakolwiek, nawet najbardziej przyzwoita, policja na świecie. Wywiązała się z tego dyskusja, w której Eminencja myśląc o ładzie i porządku wskazał postać Anioła Stróża, obrońcy biednych i uciśnionych, pojawiającą się w Pięcioksięgu i w psalmach.

– Nasz Anioł Stróż jest biblijnym odpowiednikiem policjanta, o którym zresztą mówi się często, że jest stróżem porządku. Oczywiście nie nalegam, że jest to prawda oczywista dla każdego, ale chyba coś w tym jest, ta bliskość pojęć anioła stróża i stróża porządku.

Jego wyjaśnienia zaintrygowały Babochłopa tak bardzo, że Eminencja poczuł się zobowiązany przedstawić mu słowa Księgi Wyjścia opisujące drogę Izraelitów wiodącą przez pustynię do ziemi obiecanej, w której towarzyszył im anioł pełniący rolę stróża. Nie omieszkał popisać się przy okazji pamięcią, cytując obszerny fragment:

– „Za dnia szedł na czele, wskazując cel, a w nocy przesuwał się na tyły, osłaniając lud przed wrogiem. Lud, mając takiego patrona i obrońcę, powinien mu być wierny i posłuszny oraz otaczać go szacunkiem. Oto ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się mu w niczym”.

Szefowi tajnej policji ogromnie przypadła do gustu opowieść Eminencji, jego wiara i narracja. Po raz pierwszy w życiu dostrzegł w wierze w Boga ludzką motywację, wewnętrzne pragnienie podporządkowania się, oddania się pod opiekę siły wyższej, którą sam w naturalny sposób kojarzył z policją.

Eminencja podobnie życzliwie ocenił policjanta. Ujęła go jego otwartość i zainteresowania, nawet jeśli nie do końca był pewien jego szczerości. Rozmowa sprawiła mu przyjemność, bo był to wyjątkowy trudny okres, kiedy męczyła go sprzeczność między sumieniem a interesem publicznym, wręcz żądającym stosowania przymusu, aby ratować społeczeństwo przed zagładą.

Książki Michael Tequili: https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 209: Kristina odwiedza Świątynię Wiary i Prokreacji

Świątynia Wiary i Prokreacji w zamyśle Czarnej Eminencji miała być genialną machiną konwersji przeciwniczek prokreacji w jej gorące zwolenniczki. Był to jego pomysł. Kiedy myślał o nim, czuł nad sobą ożywczy oddech Stwórcy. W przekonaniu Eminencji świątynia ucieleśniała ideał zawarty w biblijnej myśli „młyny boże mielą wolno, ale dokładnie i na miałko”.

Pragnieniem Eminencji było przywrócenie społeczeństwu, oczywiście również Bogu, wierzących kobiet, które straciły orientację i zeszły z drogi prawdy. Myśląc o tym Eminencja posługiwał się czasem terminem naukowym „indoktrynacja”, ale podwładnym zakazał używać go, ponieważ zalatywał on czymś nieczystym, nawet diabelskim.

Z chwilą rozpoczęcia budowy świątyni, o szczegółach projektu, jego celu i mechanizmach działania, oprócz Eminencji i gubernatora wiedziała tylko nieliczna grupka wtajemniczonych: Babochłop, dwóch ekspertów rządowych prześwietlonych przez gubernatora, poza tym księża oddelegowani do nadzorowania prac świątynnych, oddani sprawie wiary i ojczyzny, gotowi oddać za nią życie. Wytyczne Eminencji, głowy Kościoła Hierarchicznego, były dla nich świętością.

*****

Kobieta, miała na imię Kristina, niepewnie przekroczyła próg Świątyni Wiary i Prokreacji. Wiele o niej słyszała, że jest piękna, ogromna i niezwykle urokliwa. Rozglądając się dookoła, posuwała się powoli razem z innymi kobietami w kierunku wskazywanym przez strzałki. Nie spieszyła się, miała dużo czasu, nie miała zresztą do czego wracać. W skupieniu czytała wszystkie tabliczki, ogłoszenia i wskazówki. Przyszła tu szukając pocieszenia po nieudanej miłości. Marzyła o małżeństwie, domku, ogródku i rodzinie. Kiedy jej marzenia rozpadły się, straciła chęć na wszystko.

Pierwszym pomieszczeniem była Sala Grzechu. Wypełniały ją znaki i symbole grzechu pierworodnego, z którego kościół wywodził także sprzeniewierzanie się boskiemu poleceniu „idźcie i rozmnażajcie się”. Ten grzech upowszechnił się i rozprzestrzenił po całej Nomadii. Wszyscy o nim mówili, stał się wyzwaniem dla narodu.

Symbole grzechu figurowały wszędzie, były wszechobecne. Kristina widziała je na piedestałach pomników, tablicach ogłoszeniowych, na stacji autobusowej, w piekarni, na ścianach i chodnikach, skwerach, placach, w małych parkach, a nawet w książce, którą czytała. Wiele wiedziała o grzechu. Mówiła jej o tym matka, tym głośniej i więcej, im bardziej ojciec popadał w pijaństwo. Grzech był ważny, ponieważ sięgał do zarania historii i służył odróżnieniu dobra od zła. Także zrozumieniu, czym jest dobro, jak jest ważne i dlaczego należy do niego dążyć.

Kobieta oderwała się od myśli i skoncentrowała. Ściany Sali Grzechu ozdobione były wielkimi obrazami i reliefami w złoconych i czarnych ramach, w zależności od treści, jakie zawierały. Obraz grzeszników spadających do piekła miał ramy czarne jak czeluść zapomnienia lub czerwone jak ogień piekielny. Na obrazie „Ucieczka od grzechu” kolory były jaśniejsze, coraz żywsze w miarę przesuwania wzroku ze strony lewej do prawej, w kierunku galerii nadziei.

Kristina nie zauważyła, kiedy zjawił się nad nią paznokieć. Wyglądał jak żywy. Wszystkie kobiety go dostrzegły. Działał na ich wyobraźnię, wyobraźnię osób dbających o ręce, marzących o gabinecie kosmetycznym i porządnym pedicure. Niektóre z nich śniły nawet o zawodzie kosmetyczki. Unoszący się w powietrzu paznokieć rozbudzał wyobraźnię, nawiązywał do ideału dłoni kobieciej, wydawał się pytać, czy powinien być takiego samego wzoru i koloru na każdym palcu, czy też odmienny, motywowany fantazją. Kobietom o żywszej wyobraźni i temperamencie przypominał, że miłosnemu zbliżeniu z mężczyzną pomagają piękne dłonie, podobnie jak przezroczysta koszulka w pikantne wzorki w brzoskwiniowym kolorze. Takie i podobne myśli przenikały umysły kobiet, coraz bardziej marzących o spotkaniu z mężczyzną i macierzyństwie, i o zdjęciach z maleństwem z dumą pokazywanych rodzinie i przyjaciołom. Obecne w świątyni kobiety zaczynały zdawać sobie sprawę, jak bardzo kochają dzieci, ich niezdarne ruchy i drobną buzię, która może nie jest jeszcze wyraziście piękna, ale już anielska.

Wkrótce paznokieć zniknął i pojawił się palec boży, aby stale już towarzyszyć w drodze przez świątynię przesuwając się po ścianie lub w powietrzu. Każdą z kobiet kierował inny palec; był on jak anioł stróż, czuwający nad bezpieczeństwem i wskazujący drogę w gąszczu obrazów, wyobrażeń i przepowiedni. Był to idealny przewodnik, niczego nie narzucający, tylko sugerujący i podpowiadający, w jakim kierunku uczynić następny krok.

Kristina widziała go z bliska, tuż, tuż przed sobą. Była pod jego wrażeniem. Był jak żywy, mogła go prawie dotknąć. Gdyby jej powiedziano, że był to obraz tworzony przez promienie lasera, kolorowy, połyskliwy hologram, pokazujący każdą żyłkę, najdrobniejszą nawet skazę, to by nie uwierzyła. Nie dziwiło jej nic, co działo się w tym świętym miejscu. Podobnie jak inne kobiety szeptała do siebie:

– To palec boży wskazujący prawdę miłości. To palec Stwórcy, jedynego wzoru godnego naśladowania.

Poruszający się palec przekonywał i uwodził Kristinę obrazami i cicho szeptanymi słowami. Pozytywne wrażenia wzmacniała nieziemska muzyka płynąca ze wszystkich stron. Zapowiedź macierzyństwa spływała na Kristinę niewidocznymi nitkami z sufitu, dotykała jej włosów, ciała i ubioru.

Im bardziej kobiety poddawały się uczuciom miłości, tym radośniejsze stawały się obrazy a muzyka bardziej promienna. Były to utwory muzyki liturgicznej, sakralnej i kościelnej, kompozytorów głoszących chwałę bożą, Jana Sebastiana Bacha, Ludwika von Beethovena, Georga Haendla i Amadeusza Mozarta. Najpiękniej brzmiały w uszach Kristiny pasje, msze, oratoria i kantaty Jana Sebastiana Bacha, twórcy natchnionego nie przez aniołów czy świętych, ale samego Pana Boga.

0Shares