Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 4: Rosaton czuje się podle

 Egzekucja Ludwika XVI

Wszyscy czuli się podle, albo i gorzej, i to go pocieszyło, że inni też cierpią. Była to satysfakcja udziału we wspólnocie cierpienia. Coś musiało łączyć wszystkich cierpiących. poszukiwał więc przyczyn złego samopoczucia. Okazało się, że było to morowe powietrze, którym wszyscy oddychali. Potwierdziła to telewizja. Wodę, którą każdy pić musi, wykluczono, bo wiele osób nic nie piło w ostatnim czasie. To był pierwszy sygnał, że zmienia się coś istotnego w otoczeniu.

Było to tak ważne, że codzienne, zwykłe sprawy straciły na znaczeniu. Ludzie jakby zapomnieli o partii i zebraniu wspominkowym z poprzedniego dnia, tym bardziej, że osobnik, który wywołał zamieszanie zjawił się zaraz po zakończeniu zebrania w knajpie, przechwalając się, że nawiązał skuteczny kontakt z przewodniczącym i odbył z nim udaną rozmowę o przepływie miodu i mleka przez kraj.

– To nie była fikcja – zaczął górnolotnie, bo nigdy wcześniej słowa „fikcja” nie używał. – Przewodniczący przekonał mnie, że kraj jest rzeczywiście miodem i mlekiem płynący, a ja po prostu tego nie zauważyłem.

Kiedy to mówił miał na sobie nieskazitelnie białą koszulę, krawat w zgrabne słoniki oraz elegancko uprasowany garnitur, bez najmniejszej zmarszczki, z jednym tylko kantem prawej nogawki zjeżdżającym nieco w prawo. Ludzie to spostrzegli i od razu mężczyzna wydał im się podejrzany niezależnie od tego, co mówił. Nie ufali mu.

Zatrute powietrze zapoczątkowało cały ciąg zmian. Wszystko się zmieniało. Ludzie wracali z zagranicy, emigranci i ci, którzy wyjechali na krótko, odmienieni, zakażeni pragnieniami zmian na lepsze, co najmniej na coś innego, pasjonującego i świeżego, czasami nawet nie wiedząc dokładnie, o co im chodzi.

– To nie ma znaczenia. Nie wiem dzisiaj, ale będę wiedzieć jutro albo pojutrze. Jest po prostu we mnie jakiś ferment, który musi znaleźć ujście. Coś musi zmienić się na lepsze w moim życiu i w życiu mojej rodziny – była to typowa odpowiedź na pytanie, w czym rzecz.

Niektórzy wspominali o miłości, lepszym zagospodarowaniu czasu, większym dostatku, nowych ubraniach a nawet ulicach i budynkach, w których będą się czuli równie swobodnie i radośnie jak w lesie lub nad rzeką.

Było to dziwne, a zarazem ożywcze, bo wkrótce, prawie natychmiast, pojawiły się dalsze spekulacje, w końcu inicjatywy. Naukowcy zaproponowali inne spojrzenie na rzeczywistość i przedstawili pomysły, które nadawały się do natychmiastowej realizacji,  różnego rodzaju odwadniacze, przepychacze, szybkotnące siekiery, gazety, które można przeczytać w ciągu minuty dysponując odpowiednimi okularami, przekazującymi sygnały elektroniczne do metalowych implantów zębowych, które oprócz podtrzymywania protez służyły jako nadajniki i odbiorniki do wymiany informacji z płatem pamięci mózgu. Były to rzeczy niekiedy dziwne, ale użyteczne, uprzyjemniające lub ułatwiające codzienną egzystencję i życie w ogóle.

Młodzi żądali wolności osobistej w skali przejmującej lękiem nauczycieli, rodziców i dziadków, a także osoby o patriotycznym nastawieniu. Ich wypowiedzi brzmiały surowo, wręcz rewolucyjnie.

– Kraj się nie liczy, rząd się nie liczy, liczy się jednostka. Człowiek się liczy. Każdy z nas, osoba wierząca czy nie wierząca, czarnoskóry czy tylko opalony, jest z natury rzeczy uprawniony dążyć do czegoś, i my sami dajemy sobie do tego prawo.

Były to bardzo mocne hasła, przekonujące, bo wszyscy wierzyli w człowieka, twór boży, aktywnie popierany także przez państwo i kościół. Przypominano ideały rewolucji francuskiej, wolność, równość, braterstwo, zapominając jakby o roli gilotyny w przywracaniu tych szlachetnych zasad społeczeństwu. Mimo atrakcyjności i siły haseł starsi ludzie zachowali trzeźwość umysłów.

– To niewyobrażalne, czego oni chcą. My nigdy czegoś takiego nie mieliśmy, to dlaczego oni mieliby to mieć? – Pytali się między sobą, bo nie widzieli możliwości oparcia się natarciu młodości nadchodzącym ze wszystkich stron. Na czoło żądań młodych ludzi wybijała się jednostka, wolność i egoizm. Szykowała się rewolucja, ale to był dopiero początek, zapowiedź dalszych zmian.

Pod presją młodych oraz trendów importowanych z zagranicy kraj zmieniał się w błyskawicznym tempie. Pojawiła się gorączka konsumpcyjna. Bawiono się, kupowano i konsumowano na potęgę wszystko, co się dało, wakacje, meble, smartfony, wykwintne jedzenie, nawet usługi seksualne. Szaleństwo konsumpcji udzieliło się w końcu także osobom starszym i dzieciom. Skutkiem było pojawienie się na obrzeżach miast, miasteczek i wsi niebotycznych gór śmieci, z którymi służby porządkowe nie mogły sobie poradzić mimo segregacji śmieci i coraz nowszego sprzętu. Obywatele jakby oślepli i ogłuchli, gdyż nikt wciąż nie domyślał się, co to zapowiada.

Recenzje wszystkich książek Michaela (Michała) Tequili są na górnym pasku menu na tej stronie. Zajrzyj!

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 3: Spotkanie partii z obywatelami

Spotkanie rządzącej Partii Konserwatywnej z obywatelami odbyło się wieczorem przy zasłoniętych oknach, w miejscowości, której nazwy nie podano do wiadomości, może nawet nie była ona oznaczona na mapie, z uwagi na bezpieczeństwo zebranych. Prowadził je Prokurat, stary jak świat aktywista partyjny, ważniak z kręgu gwardii przybocznej Mesjasza, szefa i właściciela partii.

Celem zebrania było umocnienie więzi z wyborcami i zapoznanie ich z bieżącą polityką rządu, przeciwstawiającego się naciskom ekologów i anarchistów. Te dwie grupy społeczne zgodnie żądały od państwa większej ochrony i pomocy dla koni, uznawanych przez nich za gatunek najbardziej użyteczny a zarazem najbardziej zagrożony postępem technicznym w transporcie i rolnictwie.

– Ich żądania zmierzają do ograniczenia naszego wpływu na przyrodę. Rząd nie zamierza ustępować, ponieważ traktujemy zasoby naturalne kraju jako źródło niekończących się pożytków dla społeczeństwa. Po naszej stronie stoi także Kościół Hierarchiczny, kierujący się zasadą, że to Bóg dał człowiekowi zwierzchnictwo nad przyrodą ożywioną – tak przedstawił stanowisko rządu przewodniczący zebrania.

Dziennikarz Rosaton przebieg zebrania starannie utrwalił w swej pamięci wspomaganej chipem bio zainstalowanym w mózgu dla ułatwienia przechowywania i przypominania sobie informacji. Od pewnego czasu obserwował Prokurata, zwanego niegdyś także Towarzyszem. Był to niemłody już osobnik, partyjna złota rączka, utalentowany, o twarzy porysowanej zmarszczkami doświadczeń więziennych. Złośliwcy mówili, on sam także to czynił w zaufanym gronie, że potrafi służyć dowolnemu panu, byle tylko dał mu trochę władzy i sypnął groszem, bez którego nawet asceta nie jest w stanie godnie przetrwać jednego dnia.

Z dokumentów Prokurata wynikało, że pracował kiedyś w administracji cyrku państwowego. Opozycja, ekolodzy i anarchiści wspierający ochronę natury zarzucały mu złe traktowanie zwierząt. Oskarżony nie przyznawał się do tego, tłumaczył się jak umiał, nie zawsze zrozumiale. Twierdził, że była to praca przypadkowa, że tylko pomagał trzymać konie na uwięzi, że to inni okładali je batem, i że on tylko obserwował niedźwiedzia, kiedy uczono go tańczyć boogie woogie na gorącej blasze. Upierał się też, że to nie on podgrzewał mu podłogę, a jedynie podkręcał kurek gazu i to tylko wtedy, kiedy go o to proszono.

Z czasów pracy w cyrku, prawdziwej czy domniemanej, Prokurat wyniósł umiejętność wykonywania sztuczki: potrafił napluć na dłoń tak, aby jego proste słowa wypowiedziane moment później urosły w wielkie kłamstwo. W domu podobno miał piec, w którym palił reszki godności – tak mówiła o nim opozycja, też nie zawsze tak święta, jak chciała być widziana.

– Nie dziw, że z takimi umiejętnościami Duży Pikuś uważa go za klejnot. Przecież on każdej prawdzie kark skręci – twierdzili przedstawiciele Opozycji, zwanej w skrócie Opo. Duży Pikuś była to pogardliwa nazwa partii rządzącej, która odpowiadała pięknym za nadobne nazywając opozycjonistów Małym Pikusiem.

– Umiecie tylko szczekać pod wiatr, a i to wam marnie wychodzi – Sytuację opozycji złośliwie kiedyś podsumował przewodniczący klubu parlamentarnego Konserwy.

Na spotkanie z obywatelami, które miało także charakter wspominkowy, przybyli nie tak znowu tłumnie wyborcy partii, jej namiętni miłośnicy oraz szczere przydupasy, dla który ważne było dać się sfotografować z kimś z zarządu Konserwy i przekazać życzenia jej szefowi i właścicielowi, Mesjaszowi, którego złoty wizerunek nosili na piersiach na wysokości serca.

Sala była uroczyście, choć niewykwintnie udekorowana. Na głównej ścianie wisiał obraz przedstawiający Mesjasza z ręką na sercu i promienną twarzą, stojącego na rydwanie symbolizującym partię, siłę przewodnią narodu. Mesjasz, wyprostowany jak struna, patrzył za siebie, w siną dal. Rydwan na obrazie pędził – zgodnie ze strategią wodza – w kierunku odwrotnym do rydwanów konkurencyjnych partii. Nie było to malarstwo najwyższego lotu, ale zupełnie udane; ważne było, że jego twórca, mający na koncie osiągnięć artystycznych także znaczące zasługi dla Partii Konserwatywnej, został uhonorowany.

Zza obrazu dochodziła niezbyt głośna muzyka, na tle której chór męsko-damski wykonywał patriotyczne i rewolucyjne pieśni oraz kąśliwe przyśpiewki „Nie rzucim”, „Wyklęty powstań”, „My z upodlonych”, „Podlece partyjni” i „Przykuty do pastwiska”. Mimo jednego czy dwóch drażniących tytułów miały one swój wydźwięk wspominkowo-propagandowy. Ostatecznie liczyła się skuteczność.

Przywódca partii wyglądał na obrazie tak realistycznie, że starsza kobieta, do której członkowie partii zwracali się z wielkim szacunkiem, chciała podejść i go uścisnąć a może nawet pocałować w przekonaniu, że jest to autentyczny i żywy człowiek, którego znała i podziwiała. Na szczęście w porę odwiedziono ją od tego zamiaru. 

Zebranie odbywało się według ustalonego rytuału. Najpierw było zagajenie. Wykonał je Prokurat stwierdzając, że kraj od czasu nowej władzy płynie już mlekiem i miodem, i to wyłącznie dzięki ogromnemu poświęceniu i wkładowi pracy Mesjasza, którego nazwał autentycznym wizjonerem. Wywołało to na sali wybuch entuzjazmu, w górę poleciały czapki, wzniosły się flagi i wzbiły okrzyki „Niech żyje”!

Po okrzykach nastąpiły sążniste oklaski. Klakierzy stali z boku tak ustawieni, aby nie rzucać się w oczy. Byli doskonale zorganizowani, chłop w chłopa, rumiane wiejskie i małomiasteczkowe twarze, ręce jak młoty. Kiedy walili w dłonie, ziemia się trzęsła, a popularność wodza i partii przez najbliższe dni rosła jak na drożdżach. Pokazywały to słupki, które zarząd partii studiował z ogromną uwagą.

Atmosfery zebrania o mało co nie zepsuł mężczyzna, prawdopodobnie niezrzeszony, albo i zrzeszony, ale mało świadomy, że do dobrego tonu nie należy zadawanie przewodniczącemu pytań co do jakości mleka i miodu płynących strumieniem obfitości, gdyż nawet podrostki w szkole wiedziały, że są najwyższego lotu. Nie dziw, że jego pytanie spotkało się z potępieniem w formie twierdzącej, pytającej i rozkazującej: „Zamknij pysk, bo dostaniesz w mordę”, „Koń by się uśmiał z takiego pytania”, „Po co taki się urodził?” i podobne. Kilka osób rzuciło się na intruza i zaczęło go szarpać, ochroniarz usiłował wyrwać mu rękę z barku, ktoś inny starał się dać mu zdrowego kopa. Zwracano się do niego bezpośrednio, przez „ty”, wieloma imionami, niektóre brzmiały raczej brutalnie. Ze wszystkich stron padały pytania: „Co tutaj robisz, pedale?”, „Po co się tak szarpiesz, gnojku?” oraz „Czemu jesteś taki nerwowy?”. Salę opanował amok nienawiści, w którym określenia typu „ty byku” szumiały łagodnie jak bryza znad wysp pacyficznych, gdzie małpy spokojnie grają sobie w kręgle na plecionej platformie zawieszonej u szczytu palmy kokosowej.

Kolejnym rytuałem, niewątpliwie najważniejszym, było przekazywanie podziękowań i życzeń. Najpierw wystąpiła kobieta wyrażając wdzięczność przywódcy partii za czujność i za to, że do kraju nie trafił żaden ciapaty. Po niej wystąpił mężczyzna w średnim wieku. Pierwszy raz w życiu składał życzenia komuś tak wysoko postawionemu; było widać, jak bardzo to przeżywał. Adresata swojego wzruszenia nazywał Wielebnym oraz Czcigodnym. Najpierw zakrztusił się ze wzruszenia, myśląc o tym, że on, prosty człowiek, albo i nie, bo przecież nie może być prostakiem ktoś, kto ma warsztat, małe przedsiębiorstwo i sto hektarów pod zasiewami, dostąpił zaszczytu składania życzeń przywódcy partii rządzącej całym krajem. Przerastało to jego lokalną, wiejską wyobraźnię. Potem poszło mu już całkiem zgrabnie. 

– Pragnę serdecznie, najserdeczniej, pozdrowić czcigodnego pana prezesa. Proszę mu powiedzieć, że my go tutaj, wszyscy jak jeden mąż i jedna żona, szanujemy i oby Bóg dał mu zdrowie od końca do końca. Pan prezes jest geniuszem. Jestem mu dozgonnie wdzięczny, że nas uwolnił od tych popaprańców, łajdaków, sukinsynów i złodziei, którzy promowali konie kosztem zwykłych obywateli. W momencie, kiedy mówcy skończyła się pamięć, wyjął kartkę z kieszeni, aby dokończyć … szabrowników i zboczeńców. Zebrani słuchali go z uwagą, rozumiejąc, że złożonej rzeczywistości nie da się opisać kilku prostymi słowami tak jak kółko, kwadrat czy trapez.

Rosaton bardziej wyczuł niż dostrzegł, że uczestnicy spotkania kierowali się głównie uczuciami. Nie było w nich niczego innego jak tylko nienawiść do ludzi wskazanych przez partię jako źródło niegodziwości, osobników stawiających zwierzęta na równi z ludźmi a nawet i wyżej.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 2: Zwierzęta i partia Duży Pikuś

Rosaton miał psa i kota. Były one wyimaginowane, to znaczy były wytworem jego wyobraźni, ale w sposób jak najbardziej rzeczywisty. Kiedy kot leżał na płaskiej poduszeczce ułożonej schludnie w rogu biurka, Rosaton wyciągał rękę, aby go pogłaskać. Robił to często, aby poczuć miękkość jego futerka, usłyszeć mruczenie dochodzące gdzieś z wewnątrz jego brzucha i widzieć, jak podnosi łebek i patrzy na niego. Zwierzak był jak najbardziej prawdziwy, wymagał jedzenia, wody i zabierania na spacer. Ludzi było już tyle na świecie, że nie sposób było mieć domek z ogródkiem, czy nawet zwykłe mieszkanie z wyjściem bezpośrednio do ogrodu, gdzie można by wypuścić zwierzęta dla relaksu.

Zwierzaki wychodziły na spacery razem, aby bawić się ze sobą; Rosatonowi sprawiało niezwykłą przyjemność obserwowanie ich figli. Co do psa, to była to jamniczka krótkowłosa, koloru brązowego, smukła mimo nóżek, o których wiadomo, że każdy jamnik musi je mieć, ale niekoniecznie się nimi chwalić, z klatką piersiową tak rozwiniętą i kształtną, że każda najlepiej zarabiająca modelka jej zazdrościła, bez grama tłuszczu. Jednym słowem cudo; taka też była opinia właściciela.

Bieżąca polityka nie interesowała Rosatona. Uważał się za człowieka racjonalnego, miłującego pokój i szanującego ludzi, lecz mimo to nie znosił polityków. Znaczyło to zapewne, że nie jest taki racjonalny, jak mu się wydawało, z czym zapewne mógłby się zgodzić, bo ostatecznie miał w sobie trochę racjonalności. Nieinteresowanie się polityką nie znaczyło, że nie miał rozeznania, co robi rząd, opozycja, lub co dzieje się w kraju. O, nie! Miał dostateczną wiedzę, gdyż uważał, że obowiązkiem każdego przyzwoitego człowieka, jest orientować się przynajmniej z grubsza co w trawie i poza trawą piszczy, aby nie dać się przydeptać intelektualnie byle mędrkowi, który akurat przeczytał ostatnią gazetę lub obejrzał ostatni dziennik telewizyjny. O politykach miał swoje zdanie; czasem bawił się nim długo dla urozmaicenia sobie bezsennej nocy.

– To jedyni ludzie, który mogą znacząco wpływać na twoje życie, ułatwić je, kiedy są pozytywni lub obrzydzić, kiedy są kretynami lub łajdakami, lub jednym i drugim, czyli degeneratami najpodlejszego sortu. Najgorsze, kiedy cała formacja rządząca skretynieje. Wtedy nie ma ratunku dla narodu.

Żyjąc w czasach automatów i robotów, rosnącej sztucznej inteligencji i odporności na krytyczną wiedzę jak i manipulacji genetycznej, uważał, że taki przypadek skretynienia jest mu znany i poniekąd bliski ze względów geograficznych, i nie dotyczy tylko jego, ale i całego narodu. Chodziło oczywiście o partię (nazwał ją „Duży Pikuś”, gdyż lubił szyfrowane tajemnice), która po dojściu do władzy doszła równocześnie do wniosku, że naród zamiast pędzić do przodu w wyścigu szczurów jak wszystkie inne kraje, powinien spokojnie wycofywać się, bez pośpiechu, za to w wielkim stylu, na czym się da, hulajnogach, rowerach, motocyklach z wózkiem bocznym, samochodami i autobusami, pamiętając o przodkach, wojnach, rewolucjach i różnych nieszczęściach, czyli o swojej wielkiej przeszłości.

Rosaton, dojrzały młodzieniec, jakim jest każdy trzydziestosiedmiolatek, obserwował Dużego Pikusia i notował sobie w głowie jego czyny i osiągnięcia. Popularności partii rządzącej, która dzielnie schodziła w dół, prawdopodobnie do miejsca oznaczonego na mapie politycznej świata jako Hibernacja, nie uważał za szczególny dopust boży. Problemem dla niego byli bardziej wielbiciele partii, zadurzeni w niej po uszy, którzy wiedzeni instynktem kulawego drwala zagubionego z samotną siekierą na wielkiej pustyni szli za nią z transparentami i sztandarami wielkości małego biurowca, śpiewając nabożne pieśni i bijąc w piersi, nie swoje, ale przeciwników. Dawało to nadzwyczajny efekt dudnienia, słyszany nawet w odległych krajach, zapewniając tanią reklamę, której potrzebuje każdy szanujący się kraj. Przyciągało to turystów nawet z Afryki, głównie ludność tubylczą, pragnącą zobaczyć i posłuchać tam-tamy, o jakich nawet ich dziadowie nie marzyli. Byli przekonani, że są one wykonane z ludzkiej skóry, jedynej, która umiejętnie uderzana wydaje niezwykłe dźwięki, przypominające nawet jęki i zawodzenia.

Książki Michaela (Michała) Tequili: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 1: Dziennikarz Rosaton

Na imię miał Rosaton. Sam je sobie nadał i zarejestrował we wszystkich państwowych i prywatnych bazach danych. Był szczupły, wysoki, miał trzydzieści siedem lat i wrodzoną wadę genetyczną, która i utrudniała i ułatwiała mu życie. Dowiedział się o niej kilka lat wcześniej. Fizycznie w niczym mu nie przeszkadzała, wiązała się tylko ze sposobem patrzenia na świat i przeżywania. Wszystko zależało od świadomości i programowania się jednostki. Teraz to już wiedział, choć nie na wiele mu się to zdało, bo w międzyczasie nabrał niedobrych nawyków.

Obudził się o godzinie 5.25 i włączył funkcję niższej świadomości. Miał kilka prostych czynności do wykonania: zdjąć piżamę, przebrać się w strój dzienny, pójść do toalety, posłać łóżko, zrobić sobie kawę. Takie sobie podstawowe rzeczy. Hulki, bambulki, jak je określał. Niższa świadomość pozwalała mu skoncentrować się właśnie na nich i nie rozpraszać uwagi i świadomości sprawami wyższego rzędu, myśleniem, fantazjowaniem, czynnościami wymagającymi skupienia, przede wszystkim zaś uczestnictwem w projekcie „No Name”, największym i najbardziej ambitnym projektem cywilizacji ludzkiej, Cywilizacji Śmieci, w którym uczestniczył razem z milionami innych ludzi. Był to projekt o takim zasięgu, złożoności i znaczeniu, że nie potrafiono ustalić dla niego żadnej rozsądnej nazwy. Zostawiono to na później. Za kilka dni miał wziąć udział w prelekcji i dyskusji na ten temat. Nie musiał o tym pamiętać, bo wyższa świadomość, kiedy już ją uruchomi, albo automatycznie uruchomi się sama, przypomni mu o tym na czas.

Mówiąc o czasie, były to lata wielkiej wygody, kiedy wszystko, prawie wszystko, mogło być zrobione przez roboty i automaty, kretynów zaprogramowanych przez człowieka, aby się same uczyły, co uznał za niebezpieczne w najwyższym stopniu. Nie był to zresztą jego pogląd. Zdaje się, że podobny wypowiedział genialny Einstein.

„Cywilizacja Śmieci” była to jego własna nazwa, nie tak znowu odległa od rzeczywistości. Przyszła mu do głowy, kiedy okazało się, że największym zagrożeniem życia są śmieci, a właściwie niezdolność ich bezpiecznego i sensownego zagospodarowania, spaliny samochodowe, dymy przemysłowe, odpady wszelkiego rodzaju, zwłaszcza plastik rozsypujący się na miliardy drobniutkich kawałeczków, smog magnetyczny, hałas, odpady z produkcji energii nuklearnej. W odróżnieniu od przyrody, człowiek nie tworzył niczego, co po zakończeniu swojej użyteczności ulegało samoistnej przemianie w nieprzerwanym procesie recyklingu wspomagającego życie.

Rosaton zatrzymał się na chwilę, aby rozjaśnić sobie to w głowie. Las, łąka, nieużytki, jakikolwiek kawałek żywej przyrody pozostawały zawsze czyste, niezależnie od tego, co w nich się zdarzyło. Martwe drzewa, zużyte przez czas kamienie, nawet gazy w nich zawarte rozpadały się, zamieniały w substancje użyteczne i znikały stopniowo w sposób niezauważalny dla oka, niczego nie psując ani nie naruszając. Dlatego patrzenie na przyrodę nigdy człowieka nie męczyło. Chyba, że ktoś urodził się w mieście i nie doświadczył niczego innego jak mury, metal, szkło, tworzywa sztuczne, zanieczyszczone powietrze i nie umiał rozpoznać nawet krowy, bo jej nigdy nie widział w rzeczywistości. To byli ci ludzie, którzy uczyli się biologii przez kilka lat, lecz nie potrafili odróżnić świerka od sosny. Odczuwał do nich niechęć, choć sam nie był ideałem.

Aby nie zapomnieć tego wszystkiego, co przeżywał, zapisywał to na komputerze, dyktując treść. Słowo „człowiek” wymówił niewyraźnie, prawdopodobnie „clowiek” bo komputer odczytał to jako „clown”, sugerując drugą wersję „klaun”. Zastanowiło go to.

– Bardzo trafne określenie – pomyślał. – Człowiek, istota rzekomo najwyższego rzędu, jest także klaunem.

Dawno już przestał wierzyć w wyższość człowieka nad innymi gatunkami. To było złudne myślenie. Ludzie nie mogli od niego uciec, ponieważ stanowiło szczególną cechę ich mózgu, tworzącego pojęcia i wyobrażenia przede wszystkim poprawiające jego samopoczucie.

Recenzje zbioru opowiadań Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. https://tinyurl.com/yd8rwkh2

Wakacyjno-patriotyczne uniesienia majowe. Drugi dzień wypoczynku

 

Przed domem był też bocian. Dorodny, stał na straży i patrzył. Zaklekotał kilka razy. Kiedy podszedłem bliżej, zamilkł. Okazało się, że pełnił rolę stracha na żaby i właśnie rozpoczął dyżur.

– Dziś jest trzeci maja – powiedział, dosyć niewyraźnie, bo głos miał dziobowy, przez nos. – Jestem patriotą. Obowiązek przede wszystkim – dodał. Potem usiłował nam wytłumaczyć, jaki to mamy fantastyczny rząd, ale ani ja ani nikt inny mu nie uwierzył, więc zamilkł.

Następnego dnia rano wstałem wcześnie, aby pobiegać. Pies chciał się ze mną lizać. Był bardzo pozytywnie usposobiony, ale odmówiłem. Nie całuję się przed śniadaniem. W istocie rzeczy była to suczka Gaja. Wiadomo, istoty żeńskie są bardziej uczuciowe.

Drugi pies, imieniem Gajusz, był bardziej wstrzemięźliwy. Zachowywał się poważnie. – Rano jest za wcześnie na amory – rzucił mimochodem. Byłem tej samej opinii.

Wyruszyliśmy. Najpierw szedł Gajusz, potem ja, w końcu Gaja.

– Ubi tu Gaius, ibi ego Gaia – odezwała się. Zrozumiałem, bo też uczyłem się łaciny, że chodzi o to, że gdzie jest Gajusz, tam też jest Gaja. 

Kiedy wyszyliśmy na drogę między polami, cisza była taka, że słyszałem własne milczenie. Zagubiłem się w tej ciszy. Poprosiłem psy, aby się odezwały. Przyjęły to entuzjastycznie. Biegaliśmy we trójkę, z tym, że ja chyba najwięcej. Gaja zrozumiała, że jest to bieg sztafetowy, bo nieprzerwanie usiłowała wręczyć mi kijek, znaczy się pałeczkę.

Po południu był obiad, posiłek obfitszy i wspanialszy niż słynne „wielkie żarcie” Marco Ferreri z Marcello Mastroiannim w roli głównej. Zabrakło mi tylko orgii poobiedniej. Wszyscy udawali, że niby są tak najedzeni, że nie mają chęci na figle. – Może innym razem – sugerowali.

Przypomniało mi to historię tureckiego baszy. Po sutym, bardzo obfitym jedzeniu, przyniesiono mu na jednej tacy piękną, półnagą hurysę z haremu, a na drugiej wielkie, czerwone, pachnące jabłko. Basza przenosił kilka razy wzrok z jednej tacy na drugą, w końcu powiedział:

– Nie. Dzisiaj poproszę jabłko.

Najbardziej zapamiętałem krem ze szparagów z lanymi kluskami. Smakiem przerastał ludzkie wyobrażenie. Krem był tak bajeczny, że myślałem, że umrę z rozkoszy. Jeśli tego nie uczyniłem, to tylko dlatego, że nie wypadało wpadać w agonię przy stole z gośćmi. Odłożyłem to na później, ponieważ otrzymałem przepis na krem.

Będę szczery. Wszystkim zalecam pobyt w gospodarstwie agroturystycznym w maju, w dobrym towarzystwie, z dużą ilością opowiadań przy ognisku i alkoholu.

In vino et in spiritu veritas.

 

Świat zezwierzęcony. Opowiadanie Józef konieje

Wieczorem Józef przyglądał się swojej twarzy w lustrze, dostrzegając powoli zachodzące przemiany. Była to jeszcze twarz ludzka, ale już z pierwszymi, niezbyt wyraźnymi, można by powiedzieć nieśmiałymi rysami końskiego pyska. Jego nos wyraźnie się powiększał jednocząc się z ustami, przechodzącymi stopniowo w chrapy końskie, wypełniając wspólnie coraz większą powierzchnię twarzopyska. Wyobraził sobie chrapy końskie, rozwinięte, wilgotne i obfite. Myślenie o nich wzruszało go, bo kojarzyły mu się z czułością i całowaniem; pragnął wtedy, aby proces zmian był jak najszybszy.

Któregoś razu, stojąc przed lustrem zauważył zęby, powoli żółciejące i powiększające się do końskich rozmiarów, coraz bardziej imponujące. Pomyślał o dojrzałym garniturze końskich zębów, takich, które pozwoliłyby mu chwycić w pysk całą wiązkę siana i żuć ją z rozkoszą.

Do głowy, o której coraz częściej myślał jako o łbie, przychodziły mu także inne pomysły. W dzieciństwie przyglądał się jak ojciec oprawiał króliki i ściągał z nich skórę, a potem rozciągał na drewnianą ramkę, aby ją dobrze oczyścić, podsuszyć i zakonserwować na futerko. Oczywiście cały ten proceder znęcania się nad innym zwierzęciem, w dodatku puszystym i miłym w dotyku, był obrzydliwy i wywoływał w nim odruch wymiotny. Teraz jednakże chodziło mu tylko o to, czy nie dałoby się poprzyczepiać końcówek warg na malutkich haczykach, czy choćby nawet na gwoździkach, do podobnej drewnianej ramki, aby przyspieszyć ich rozciągnięcie do wielkości normalnych chrapów końskich, jakie widział już u siebie oczami wyobraźni rozbuchanej pragnieniem.

Gwoździki i haczyki to nie był jego pomysł, tylko filipiński, związany z uroczystościami udręczania ciała dla upamiętnienia ludzkiej męki. Józef wracał do tej myśli, ponieważ zdawał sobie sprawę, że chodzi o zagadnienie, którym będzie musiał się kiedyś poważnie zająć, a mianowicie o duchowość zwierzęcą.

W miarę jak coraz bardziej koniał (używał teraz częściej wyrazów z końskiego słownika), Józef z radością a nawet z uniesieniem ćwiczył różne ihaha i inne formy rżenia, przybliżające go do końskiego gatunku. Nie było to łatwe; odzwyczajać się od ludzkich nawyków i zwyczajów, które wydawały mu się coraz bardzie nienaturalne, wręcz chamskie, i przechodzić na bardziej szlachetne, zwierzęce, w szczególności końskie.

Podobało mu się samo zezwierzęcenie. Dostrzegał w nim tyle zalet, że wprost nie mógł się nadziwić, jak w przeszłości mógł być człowiekiem, wprawdzie też zwierzęciem, ale podlejszego, prostackiego gatunku. W momentach gniewu nazywał go bestią, gadziną, co najwyżej ssakiem, bo było to mniej obraźliwe.

C.d. w przygotowaniu

Adres strony autorskiej z recenzjami opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Władimir Putin, piąta kadencja. Co dalej?

Moje motto: Każdy naród ponosi konsekwencje nierozumienia lub niepilnowania tego, co robi jego rząd. W skali kraju, w skali narodowej głupota lub naiwność są niewybaczalne.

 Alegoria państwa wg Alfreda Kubina

Uważnie obserwuję, co dzieje się w Rosji. Patrzę na ten kraj (przede wszystkim jako ekonomista, ale i pisarz/blogger, któremu nieobojętne jest to, co dzieje się wokół) i widzę, jak powoli stacza się w dół, a przynajmniej nie posuwa się naprzód. Rosja jest potęgą militarną, ale wydaje na zbrojenia osiem razy mniej rocznie niż USA. Zbrojenia oznaczają ogromne koszty. Płaci za to społeczeństwo, bynajmniej nie najbogatsze, w większości popierające Putina, lecz nie zdające sobie sprawy, jakie są tego konsekwencje.

Przytaczam niezbyt długi fragment artykułu, jaki ukazał się dzisiaj w elektronicznym wydaniu Wyborczej. Poniżej podaję źródło.

Źródło: http://wyborcza.pl/7,75399,23362494,wladimir-putin-rozpoczyna-swoja-piata-kadencje.html

Władimir Putin rozpoczyna swoją piątą kadencję, 7 maja 2018

I tym razem przeszła przez kraj fala protestów ulicznych. W sobotę demonstrowała cała Rosja, od Dalekiego Wschodu do zachodnich granic. Do wyjścia na ulice wezwał swych – przede wszystkim młodych – zwolenników Aleksiej Nawalny, apelując, by manifestowali pod hasłami „On nam nie car” i „Precz z carem”.

Opozycjonista dowodzi, że Putin nieczysto wygrał ostatnie wybory prezydenckie z 18 marca (otrzymał 76,69 proc. głosów przy 67,54-proc. frekwencji). Bo w rzeczywistości walczył z cieniem, nie dopuszczając do udziału w wyborach żadnego prawdziwego konkurenta.

Z gry przy pomocy snutej przez lata intrygi wyeliminował Nawalnego. Opozycjonista został skazany na podstawie sfabrykowanego oskarżenia. Choć Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał wyrok za niesprawiedliwy i nakazał powtórzenie procesu, sądy utrzymały werdykt. A kieszonkowy Sąd Konstytucyjny orzekł ostatecznie niedługo przed wyborami prezydenckimi, że Nawalny jako skazany udziału w nich brać nie może.

Ze zwolennikami opozycji, którzy zdecydowali się zaprotestować przeciw „carowi”, Kreml rozprawił się brutalnie. Prewencyjne zatrzymania organizatorów manifestacji w różnych miastach rozpoczęły się jeszcze w połowie ubiegłego tygodnia.

A w sobotę władza po raz pierwszy rzuciła przeciw swoim przeciwnikom bojówkarzy, których przez analogię do obrońców reżimu Wiktora Janukowycza należałoby nazwać tituszkami.

Kiedy opozycjoniści zaczęli się zbierać na placu Puszkinowskim w centrum Moskwy, okazało się, że miejsce jest zajęte przez agresywnych członków faszystowskiego Ruchu Narodowo-Wyzwoleńczego (NOD), organizacji założonej i kierowanej przez ultranacjonalistycznego posła do Dumy Jewgienija Fiodorowa. Byli tam też Kozacy, którzy nahajkami bili zarówno manifestantów, jak i przypadkowych przechodniów. NOD-owcy i wspierający ich członkowie Młodej Gwardii, założonej pod skrzydłami Kremla do walki z kolorowymi rewolucjami, pod okiem policji wszczynali awantury z manifestantami. Kiedy jednak liczba zgromadzonych opozycjonistów wzrosła do kilku tysięcy, odstąpili i tłum zaczęła rozpędzać policja.

W sumie w całej Rosji zatrzymano, jak podaje organizacja OWD Info, 1612 osób. To rekordowo dużo. Sześć lat temu po zamieszkach na placu Bołotnym liczba zatrzymanych była cztery razy mniejsza. Tym razem policjanci i funkcjonariusze stworzonej niedawno do tłumienia protestów ulicznych RosGwardii brali też masowo nieletnich. W Saratowie do aresztu trafił 12-letni chłopiec.

Sam Nawalny dotarł jakoś na miejsce zbiórki manifestantów. Ale był tam bardzo krótko. Zdążył tylko podziękować zgromadzonym, zanim funkcjonariusze, chwyciwszy go za ręce i nogi, zanieśli go do więźniarki. Wieczorem odzyskał jednak wolność.

Nie na długo. 11 maja, już po inauguracji Putina i defiladzie w rocznicę zwycięstwa nad Niemcami, stanie przed sądem, który skaże go co najmniej na miesiąc aresztu za organizację nielegalnej demonstracji i opór stawiany policjantom.

Dekrety Putina

Kiedy Putin sześć lat temu rozpoczynał swoją minioną już dziś kadencję, podpisał tak zwane majowe dekrety i zapowiedział, że do 2018 r. stworzy 20 mln „nowoczesnych” miejsc pracy. Zapewniał, że wydajność pracy w Rosji wzrośnie o 50 proc., a średnia realna zapłata – o 40-50 proc.

Nowego przemysłu nie ma. Wydajność pracy rosła przez ostatnie sześć lat w tempie 0,5 proc. rocznie. Realne dochody Rosjan spadły, przez ostatnie cztery lata nieprzerwanie się zmniejszają. Kraj zamiast obiecanego mu przez prezydenta piątego, zajmuje dziś 12. miejsce na liście światowych potęg gospodarczych. Pod względem wielkości PKB (liczonego w dolarach) na obywatela Rosja z 41. spadła przez sześć lat na 72. miejsce. Mocno trzyma się natomiast w czołówce najbardziej skorumpowanych państw świata.

Niedawno portal Republic.ru, podsumowując sześciolatkę putinowską, napisał, że Rosjanie otrzymali „więcej armat i więcej oleju palmowego”. Wzrosły bowiem wydatki tylko na armię i wojny, w które prezydent wplątał kraj. A Rosja obłożona sankcjami za Ukrainę, na które odpowiedziała, wstrzymując import żywności z Zachodu, sprowadza coraz więcej oleju palmowego, który służy do produkcji kiepskiej jakości zamienników masła czy sera.

Obserwatorzy moskiewscy stawiają jednak optymistyczne prognozy. Twierdzą, że Putin może teraz postawi na „rozwój kapitału ludzkiego”, czyli przeznaczy więcej pieniędzy na oświatę i służbę zdrowia, a zredukuje wydatki militarne.

Poprawie relacji ze światem, którą prezydent też ponoć planuje, ma służyć powierzenie jakiegoś poważnego stanowiska liberalnemu ekonomiście, niegdyś wicepremierowi i znakomitemu ministrowi finansów Aleksiejowi Kudrinowi. Mówiło się, że może nawet zostać premierem. Ale giełda moskiewska stawia teraz raczej na to, że szefem rządu pozostanie Dmitrij Miedwiediew, a szanowany na Zachodzie Kudrin stanie się zastępcą szefa administracji kremlowskiej odpowiedzialnym za gospodarcze stosunki z zagranicą.

Moje książki w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p 

Świat zezwierzęcony. Opowiadanie Eksperyment genetyczny

To opowiadanie jest krótsze niż świst bata służącego edukacji zdeformowanych łajdaków rządzących krajami na pograniczu Azji, Unii Kontynentalnej i Pobożności. Napisałem je w chwili upojenia, jakie nawiedza mnie od czasu do czasu, jako zapowiedź proroctw o przyszłym powszechnym zdrowiu umysłowym zwierząt, ludzi i krajów. 

***

Sprawy nie poszły tak, jak trzeba, tylko dużo lepiej, choć bardziej nieprzewidzianie. Eksperyment genetyczny prowadzony w Laboratorium im. Świętej Pamięci, którym rządził wyjęty z szafy, dobrze odkurzony prokurator o twarzy popękanej długotrwałą amnezją, miał na celu przyśpieszenie ewolucji zwierząt domowych, zwłaszcza koni.

– My poszliśmy do przodu, a one zostały z tyłu, za nami i to tak bardzo, że nawet nie potrafią znaleźć się, jak trzeba. Nie umieją zaśmiecać ulic i oceanów, ani przeklinać, ani donosić, ani mścić się, nie wspominając nawet o podłożeniu świni bliźniemu lub zbudowaniu średniej mocy bomby atomowej – była to wypowiedź pewnego duchownego, osoby uczuciowej, wielodzietnej, nad wyraz rozwiniętej moralnie i sięgającej wzrokiem nieba, gdzie za firankami z muślinu i tiulu mieszkali Bogowie. Było ich kilku, bo każda religia miała swojego, którego uznawała za jedynego i właściwego, niechętnie odnosząc się do pozostałych.

Eksperyment udał się nadzwyczajnie, a nawet jeszcze bardziej; jego efekty przekroczyły zamierzone cele. Dzięki zastosowaniu sztucznej inteligencji z dodatkiem specjalnego katalizatora importowanego z Chin, produkujących i eksportujących każdy towar w ilościach przekraczających ludzkie wyobrażenie, konie w laboratorium wyewoluowały znacznie szybciej niż przewidywano. Podejrzewano, że maczała w tym palce małpa zatrudniona w charakterze pomocnika laboranta do przenoszenia cięższych próbówek i kawy w plastykowych kubeczkach.

Tak czy inaczej stało się. Nowe konie były tak udane, że widmo zawisło nad człowiekiem. Było to widmo obawy, że podobnie jak on przeznacza świnie, indyki, krowy, barany i inne zwierzęta na ubój, tak konie mogą przeznaczyć człowieka na produkty żywnościowe z dodatkiem konserwantów, albumin i substancji smakowych. Wprawdzie dodatki były pewnym pocieszeniem, ponieważ pozwalały oszczędzać podstawowy surowiec, to jednak nie rekompensowały nawet dziesięciu procent obaw, co zwierzęta mogą zrobić z człowiekiem.

Sprawy rozwijały się błyskawicznie. Dwa dni później konie stanowiące własność furmana Józefa Kutwy zaprzęgły go do dorożki, wkładając mu chomąto na szyję i

munsztuk do pyska. 

Potem kierujący dorożką wałach chwycił w jedno kopyto mocne wodze a w drugie siarczysty bat.

– Ciągnij – ryknął, kiedy już ze swoją partnerką, kobyłą Karą, usadowili się na koźle.

Furman Józef nie zrozumiał polecenia, gdyż rzadko kiedy zwierzęta odzywały się do niego i nie miał możliwości nauczyć się szybkiego i sprawnego rozpoznawania ich głosów. Nie było to nadmiernie trudne, bo głos Wałacha brzmiał nieco chrapliwie, w głosie zaś Kobyły było więcej dyszkantu. 

– A dołóż człapakowi batem! – Szepnęła kobyła, tuląc się do wałacha, oboje z grzywami wzburzonymi wichurą sprawiedliwości dziejowej wspomaganej genetyką.

Ten, nie wahając się, ścisnął mocniej bat i przylał zdrowo furmanowi. Pociągowy poczuł ból i rosnącą pręgę na plecach. Już miał bluznąć „Wy wałachy syberyjskie”, w ostatniej chwili powstrzymał się jednak, kierowany błyskiem intuicji, jaką nabył w jednej chwili po uderzeniu bata. Pociągnął. Szło mu słabiutko, pocieszył się jednak, że początki są zawsze trudne. Ciągnąc dorożkę prosto przed siebie, jak mu wskazywała świeżo nabyta intuicja (Wałach nie dał mu jeszcze wskazówek), obserwował najbliższe otoczenie.

– Świat zmienił się nie do poznania – pomyślał. Przejeżdżając obok jeziorka widział jak kudłaty kundel imieniem Martuś rzuca w górę kijek i każe go raportować niemłodej już kobiecie ubranej w czerwoną bluzkę, obcisłe getry i sportowe obuwie. Ta bez wahania podskoczyła jak sarenka, popędziła za kijkiem i za chwilę przyniosła go w zębach. Szminka trochę jej się rozmazała przy niesieniu kijka, chciała ją poprawić, ale nie zdążyła, bo w drodze był już następny patyk. Chwyciwszy rzucony przedmiot popędziła jak mogła najszybciej do Martusia, aby zasłużyć na słodkie ciasteczko, jakim kiedyś go karmiła dla wyrobienia w nim nawyków pościgowo-myśliwskich.

Nieco dalej, za płotem farmy hodowlanej, Józef zauważył koziołka Ozona, męża sarny Tlenowej, jak uderzał rogami mężczyznę celując w najbardziej wrażliwe miejsca. Znał oboje z imienia, ponieważ kiedyś dla żartu nakarmił ich papierem zawiniętym w pęk trawy.

– Rusz się gnojku i podaj mi wodę – zabeczał kozioł do właściciela farmy, teraz jednego z jej obiektów hodowlanych,

Później przejeżdżali koło cyrku. Józef nigdy wcześniej go nie widział, nie zdziwił się jednak, zdając sobie sprawę, że patrzy z innej czasowej i geograficznej perspektywy. Przed wielkim namiotem niedźwiedź Misza brał się za bary z prezydentem Uti, znanym z wielkich umiejętności siłowo -sprawnościowych, o których rozpisywała się imperialna prasa. Uti zawsze wygrywał, dzięki czemu utrzymywał się nieprzerwanie w roli gieroja imperium, szczycąc się, że jest ono najmocniej osadzone na ziemi dzięki nowoczesnym gąsienicom i zdalnie sterowanym rurom typu woda-powietrze. Niedźwiedź przypomniał sobie, jak Uti dwukrotnie powalił go upokarzająco na matę w trakcie Mistrzostw Świata w Zapasach, i mściwie mruknął „Niedoczekanie twoje” i jednym ruchem wielkiej łapy rzucił na matę dysząc mu prosto w oczy: – Widzisz, sobaczy synu, jak to przyjemnie upadać wbrew swojej woli! Nawet narkotyki i odmładzający botoks ci nie pomogły.

Józef przestał obserwować cyrk. Było to dla niego zbyt bolesne. Pomyślał o przywódcy swojego kraju, że i jemu też przyjdzie boleśnie upaść na ziemię, kiedy rzucą się na niego zwierzęta, nad którymi się znęca. Przypomniał mu się Darwin, któremu pokręciło się, że ludzie są także zwierzętami. Józef miał teraz do nich znacznie lepszy stosunek, oparty na duecie bata i marchewki, niż przed eksperymentem laboratoryjnym. 

Jadąc dalej zobaczył chlew a obok świnie podkładające sobie nawzajem ludzi w celach wyrządzenia przykrości. Nie obserwował długo, gdyż musiał skupić się na drodze i pośpieszyć, bo znowu dosięgł go ostry bat i głośny okrzyk:

– Ruszaj się, łajzo, bo jak nie, to oddamy cię na wędliny.

Pod wpływem widma dymu z wędzarni przypominającej dobrze utrzymany barak obozu ciężkiej pracy, Józef poczuł mdłości i nie odzywał się już nawet do siebie. Kiedy po zakończeniu roboty stanął przy żłobie, nie myślał o nim jako źródle szczęścia i dobrobytu, gdyż wewnątrz znalazł tandetne żarcie z supermarketu „Tania pasza dla zwierząt” a obok wiaderko zimnej wody.

Świat Kutwy zawalił się ostatecznie. Nie miał nic na swoją obronę. Ogromnie żałował, że nie zapisał się do żadnej partii politycznej, aby wejść do parlamentu i zyskać immunitet. Teraz by mu się naprawdę przydał. Było to bardzo bolesne przeżycie. Chciał jeszcze pomyśleć o czymś pozytywnym, a może nawet i pomarzyć, ale wędzidło tak bardzo uwierało go w pysk, że zapomniał, o co mu chodziło.

Następnego dnia Józef trafił na dawny targ koński, na którym teraz handlowano ludźmi. Między budkami z piwem, kioskami z prasą i sklepami z uprzężą, spacerowały konie poszukujące woźniców pociągowych. Józef został przywiązany do słupka niedaleko od bramy wejściowej, do szyi przyczepiono mu tabliczkę z promocyjną ceną i napisem „Sale”. Od samego rana podchodziły do niego konie, sprawdzały jego stan zdrowia, wiek i zadawały pytania. Nie wszystko w ich zachowaniu podobało mu się. Konie zaglądały mu w zęby odchylając górną i dolną wargę, sprawdzały pęciny i rozpinały koszulę, aby sprawdzić szerokość klatki piersiowej, a jedna kobyła nawet ściągnęła mu spodnie, aby sprawdzić zad. Pytano także, czy nie jest narowisty. Potencjalni nabywcy spluwali najczęściej z dezaprobatą, ganiąc Wałacha i Kobyłę, że wystawili na sprzedaż małowartościowy towar.

W miarę upływu czasu, Józef popadał w coraz gorszy nastrój. Mimo dwóch obniżek ceny, żaden koń nie wykazał zainteresowania jego kupnem. Słysząc szepty właścicieli, coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, co go czeka. Przed oczami stanęła mu rzeźnia, w której przerabiano takich jak on woźniców pociągowych na konserwy dla psów. Wyobraził sobie nędzę końcówki swego życia bez ostatniego papierosa i ostatniej szklaneczki bimbru. Zanim ostatecznie załamał się, podeszły do niego Wałach i Kobyła. Patrzyły mu długo w oczy, po czym zbadały puls. Po krótkiej wymianie spojrzeń między sobą Kobyła oświadczyła:

– Nie martw się, Józefie! Nie byłeś najlepszym furmanem, ale nas nie głodziłeś. Byłeś zwykłym łajdakiem jak każdy inny woźnica, którego poznałyśmy. Dlatego też postanowiłyśmy dać ci szansę. Nie oddamy cię na przemiał. Zajmiemy twój dom, a ty zamieszkasz w stajni i będziesz spokojnie żyć na naszym łaskawym chlebie. Jak będziesz się dobrze sprawować, podrzucimy ci świeże obierki, kilka jabłek lub pęk marchewki, może nawet wypuścimy na pastwisko. Będziemy o ciebie dbać; raz na dwa tygodnie zaprowadzimy cię do rzeki albo na miejscu umyjemy wodą ze szlaucha i wyczeszemy zgrzebłem. Za jakiś czas trzeba będzie cię podkuć.

– No i będziemy musieli cię wykastrować, abyś nie brykał za dużo. To byłoby niebezpieczne – dodał poważnie Wałach. Od czasu zapisania się na zawodowy kurs powożenia i higieny pracy transportowej na drogach publicznych czuł się odpowiedzialny za bezpieczeństwo pojazdu i pasażerów.

– Czy to znaczy, że przechodzę na emeryturę? – Józef nie mógł powstrzymać się od pytania.

– Niezupełnie. Będziesz wozić nas na targ i na zakupy do supermarketu, także do dentysty i do kina, tam gdzie będziemy potrzebować. Nie będzie ci źle. Musisz się tylko dobrze sprawować, aby udowodnić, że i człowiek potrafi być porządnym zwierzęciem.

Moje książki https://tinyurl.com/y895884p

Kronika narodu wybranego. Przegląd znaczących wydarzeń krajowych

W dniach wcześnowiosennych w Nomadii nie zabrakło wielkich wydarzeń. Prezydent republiki wziął udział w zawodach przeciągania liny z Mężem Świątobliwym o puchar Referendum. Ludzie entuzjazmowali się. Przyjmowano zakłady, kto wygra i komentowano.

– Obydwaj zawodnicy to znane osiłki. Prezio to prawdziwy zakapior, ale Czcigodnemu też niczego nie brakuje. Popatrz, jak mocno stoi na nogach!

Prezydent powiedział ważne słowa: – Ufam. Uczciwość, a nie cynizm i draństwo,  na co Czcigodny odpowiedział, że on nie wierzy w jego zwycięstwo bez względu na słowa.

– To imposybilizm – dodał. – Nie takich zawodników kładłem na łopatki. Prezio jest tylko mocny w pysku, zupełnie jak moja papuga.

Opozycja jak zwykle twierdziła swoje: – Prezydent brnie w pomysły.

Zwolennicy Czcigodnego byli tak pewni jego zwycięstwa, że z uśmiechem lekceważenia leniwie sączyli słowa: – Spoko! Zobaczymy! Nie zastanawiałem się! Nasz zawodnik jest twardy jak żelazna sztaba.

W tym samym czasie Minister Uczciwości, zwany Osobnikiem o Rumianym Obliczu, niezwykle ciekawie mówił o sędziach.

– Kradną, nie są transparentni, widać na wylot, co myślą i co kradną.

– A co myślą i co ukradli – zapytał dziennikarz.

– Myślą tylko o sobie, to egoiści korporacyjni, najgorszy sort. A co do kradzieży to były one bardzo poważne: nożyczki pneumatyczne, kiełbasa oraz para zielonych skarpetek sportowych.

W parlamencie, gdzie wtargnęły kobiety w potrzebie, też nie zabrakło dynamiki. Rząd udostępnił im korytarz na konsultacje w sprawie pięciuset złotych na rehabilitację dorosłych dzieci.

– Pięćset złotych to bym prosto z serca wyjął, nie jadłbym cały tydzień, aby tylko wam pomóc. Ale od lat nie widziałem takiej kupy pieniędzy – oświadczył Czcigodny, który zjawił się prawie natychmiast na miejscu wydarzeń. Obecni byli także minister ds. długich negocjacji, premier i jego cały gabinet. Tylko ex-premier była nieobecna, ponieważ wyjechała służbowo na światowy spływ kajakowy w niezwykle ważnych i nieciepiących zwłoki sprawach państwowych. Kobietom w potrzebie przysłała telegram: „Myślę o was nieprzerwanie. Stop. Spać nie mogę z troski. Stop. Komary tu takie, że jak mnie obsiadły, to pytały siebie nawzajem: Zjemy ją tu na miejscu czy zabierzemy do domu? Stop. Cierpię, a mimo to myślę o was. Stop. Wytrwajcie. Kocham Was! Stop”.

W mieście dwie patriotki i jeden patriota narodowy pobiły Gwinejczyka Diaro, krzycząc, że nie dopuszczą, aby zaśmiecał ulice i w ogóle cały kraj. Jak kobiety zeznały po dojściu do siebie, to on ich pobił a następnie całą trójkę zaciągnął do aresztu.

Rzecznik rządu oświadczył:

– Uczyniliśmy wszystko, aby takie akty brutalności nigdy nie miały miejsca. Nie życzymy też sobie, aby obcy sprawcy zaśmiecali nam ulice i w ogóle cały kraj.

Moje książki https://tinyurl.com/y895884p

 

Wiadomości poranne z serenadą i obrazami

Zbudził mnie pomysł opowiadania o świecie zezwierzęconym, jak to zwierzęta obracają się przeciwko człowiekowi. Chyba je napiszę. Takie szalone kawałki traktuje jak żart, krotochwilę, niewinny kawał, odstępstwo od rzeczywistości, która mnie czasem męczy poczuciem upływającego życia.

Wstałem tak wcześnie, że ptaki pobudziłem, choć to prawie niemożliwe. Jeden z zemsty zanieczyścił mi okno, czyniąc to dyskretnie i z zachowaniem umiaru. Lubię ptaki.

Poza tym zrobiłem sobie ziołowy okład na oczy zmęczone siedzeniem po nocy (wciąż kończę powieść). Tym razem na czas leżenia włączyłem sobie Marsz turecki Mozarta. Jeśli mężczyzna może prawdziwie kochać drugiego mężczyznę, to jest to właśnie mój przypadek, oczywiście miłość platoniczna na odległość rozdzieloną czasem, ale w złotych ramach.

Kocham także obrazy. Przypomniało mi je zaproszenie na wernisaż otrzymane z Galerii „Taki mój świat” z Gdańska -Wrzeszcza. Dziękując za zaproszenie, przedstawiam kilka ich obrazów.

Na zakończenie link do wspomnianego utworu Mozarta, to tylko 4,2 minuty:

https://www.youtube.com/watch?v=HMjQygwPI1c

Oddam cały obecny rząd polski (na zawsze) za jedną minutę tej muzyki! Panie, wysłuchaj mnie i znajdź mi chętnego!

Nawet we śnie oglądam rzeczywistość. Piramida cyrkowa.

Śnił mi się Jarosław Kaczyński, wyszedł zza pleców Augusta II Mocnego, jeszcze bardziej mocarny, trzymał na ramionach premiera Morawieckiego i ex-premier Szydło, obciążonych wielkimi premiami, a ci trzymali na ramionach marszałka Sejmu i kilku ministrów, w tym ministra Macierewicza obciążonego generałami i niezakupionymi helikopterami.

Zawiał wiatr, chyba historii, piramida zachwiała się, potem przyszedł huragan, w końcu rozległ się wielki łomot i coś zwaliło się na ziemię. Po chwili zrobiło się cicho i odczułem wielką ulgę. Nie wiem, co się dalej działo, bo obudziłem się postanawiając być prorokiem we własnym kraju.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sursum corda, Bracia i Siostry! Sursum Corda! C.d na  https://tinyurl.com/yc4bbpnd

 

Wycieczka do Egiptu Cz. 6 Przeprawa przez śluzę na Nilu

Statek nazywał się „A. Sara”.

 Statek pasażerski A Sara

W niiedzielę 25 marca późno w nocy przepływamy przez śluzę na Nilu z drodze z Luksoru (starożytne Teby) do Edfu (Idfu).

 Kolosy Memnona

Operacja trwa kilka godzin. Śluza jest tak wąska, że po obu burtach statku widocznego przed nami pozostaje nie więcej niż pół metra przestrzeni. Stoimy, kilku pasażerów, na górnym pokładzie na dziobie i czekamy na wejście do śluzy. Śluza mieści jednorazowo dwa statki. Różnica poziomu wody wynosi siedem metrów. Wieje chłodna bryza.

Pierwsze urozmaicenie: z pachołka na nabrzeżu spada gruba lina cumownicza, marynarze spieszą się, aby jak najszybciej ją zamocować. Nie trwa to długo. Wkrótce od strony lewej burty z dołu, z poziomu rzeki, słyszymy krzyki. W ciemnościach na wodzie ledwie widoczna jest mała łódka z dwiema osobami. Jeden mężczyzna nieprzerwanie wiosłuje, ponieważ rzeka spycha go w tył dosyć intensywnie, drugi wrzeszczy do osób stojących na pokładzie. To sprzedawca, Egipcjanin, zachęcający pasażerów na pokładzie do kupienia strojów egipskich: sukienek, galabiji, koszul wyglądających na nocne i podobne rzeczy. Mówi chyba wszystkimi językami, bo odpowiada na każde zawołanie w dowolnym języku.

Zainteresowanie wykazuje grupka Hiszpanów. Śledzę przebieg ich rozmów, znam hiszpański. Egipcjanin identyfikuje Carlosa, nazywa go Carlo. Rozmawiają krzycząc do siebie. Wkrótce sprzedawca nieproszony rzuca na pokład zawiniątko w plastiku. Trafia bez pudła, choć pokład jest na wysokości kilkunastu metrów nad wodą i jest bardzo ciemno. Potem rzuca po dalsze rzeczy, trafia bez problemów, do obejrzenia i przymierzenia. Rzuca i rzuca, łącznie osiem sztuk. Grupa Hiszpanów liczy chyba też osiem osób. Oglądają, przymierzają i konwersują. Nieprzerwanie trwają negocjacje. Widzę i słyszę to wszystko, jestem tuż obok w odległości kilku metrów. Szlafrok kosztuje 40 Euro, po dłuższych negocjacjach cena schodzi do 5 Euro. Egipcjanin spręża się, negocjuje tanio sprzedaż kilku sztuk pod razu. Carlos przekazuje decyzję zakupu w ręce żony, Marty.

– To ja decyduję o pieniądzach – krzyczy w dół Marta.

Sprzedawca coś jej odkrzykuje, nazywa ją Mardą. Kupuje nie tylko ona, ale i inni Hiszpanie. Wszyscy młodzi i szpuli, jakby niedożywieni, dziewczyny drobne. Ściągają bluzeczki i przymierzają. Potem widziałem, jak paradowali po korytarzu ubrani w długie białe stroje. Taki męski strój jest tradycyjny, sam myślałem, aby go sobie kupić, nazywa się galabija. Ma też inne podobne nazwy.

 Galabija

Do śluzy wpływamy nocą po zejściu z pokładu do kabin pasażerskich.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Wycieczka do Egiptu. Cz. 5: Moja grupa wycieczkowa

Grupa wycieczkowa, ponad 30 osób, okazała się sympatyczna i rzeczowa.

 Wycieczka łodzią po Nilu.

W gorącym klimacie ludzie otworzyli się jak kwiaty; każdy opowiadał o sobie, o swojej rodzinie, przeszłości i radościach, jakie będziemy wspólnie przeżywać w Egipcie. Ponieważ powietrze było bardzo suche, na twarzach nie było widać łez wzruszenia. Uczestnicy nawzajem pokazywali sobie paszporty, aby pochwalić się, ile kto ma lat, że jest starszy niż na to wygląda i nie taki mądry, jak to wynikałoby z fizjonomii i słów, jakimi serdecznie dzielili się z innymi. Każdy chciał pokazać swoją skromność.

Pragnienie, aby wypaść w jak najlepszym świetle i mnie się udzieliło, kiedy zauważyłem, że nie jestem już taki urodziwy, jak niegdyś. Patrząc na zdjęcie paszportowe sam się dziwiłem, jak bardzo się zmieniłem upodabniając się do dojrzałego, przystojnego sfinksa.

Myślałem tak jednak tylko do momentu, kiedy mi wytłumaczono, że była to fatamorgana.

O polityce nie dyskutowaliśmy. Wszyscy byli zgodni, że mamy cudowny rząd, jest wspaniale, będzie jeszcze lepiej, pod warunkiem, że rząd wprowadzi jeszcze więcej ograniczeń, aby ludzie się nie zbisurmanili, a minister sprawiedliwości zbuduje więcej więzień dla osób chodzących lewą stroną ulicy w czasie poważnych demonstracji śpiewanych. Przy temacie demonstracji ktoś zasugerował zwiedzenie choćby jednego więzienia egipskiego, na co przewodnik zaproponował zwiedzanie grobów faraonów, przekonując, że tam też jest ciasno, nie ma okien ani możliwości ucieczki.

– Spoko. Poczujecie się jak w więzieniu – zapewniał.

Tak bardzo to nas rozpaliło, że natychmiast chcieliśmy zwiedzać piramidy, świątynie i groby.

Po przybyciu na miejsce i zakwaterowaniu w hotelu, zjedliśmy wspólnie pierwszą kolację. Zwyczajem mieszkańców pustyni uczestnicy wycieczki wkładali sobie nawzajem do ust najsmaczniejsze kąski, gratulując udanych dzieci oraz życząc szczęśliwego przebiegu rozstroju żołądka, które hotel i cały kraj oferowali bezpłatnie każdemu turyście, i w ogóle wszystkiego najlepszego, w tym minimum dwudziestu centymetrów papieru toaletowego w najbliższej toalecie bez wody.

Przy ciasteczkach i słodyczach rozmawialiśmy o tym, czy nie warto byłoby przebrać się za Beduinów i wsiąść na wielbłądy. Mogło być też odwrotnie, ale nie pamiętam, bo piłem wtedy trzeci kieliszek spienionego białego wina, aby zabić nienawiść do samotności. Oprócz mnie były w grupie jeszcze tylko dwie samotne dziewczyny; też na pewno cierpiały tak, jak ja. Najgorsza była noc, kiedy zapadały egipskie ciemności:

 Ciemności egipskie.

mnie śniły się gołe egipskie niewiasty z zasłoniętymi twarzami, a dziewczynom nadzy Egipcjanie z czarnymi brodami, w tradycyjnych strojach egipskich galabiji, wznoszący do góry rękę i pytający:

Z jakiego kraju jesteś, dziewczynko? oraz: Czy chciałabyś za jednego dolara kupić wisiorek ode mnie?

 Beduini egipscy.

Miasta, jakie odwiedzaliśmy, okazały się niesamowicie czyste. Na ulicach nie było widać żadnych puszek po napojach, starych opakowań czy kolorowych zdjęć największego lokalnego amanta filmowego (którego widok wywoływał niezmiennie cierpnięcie ust dziewcząt dojrzałych i niedojrzałych), a w powietrzu nie latały żadne papiery, luźne odpadki ani nie unosił się kurz.

 Typowa ulica w Hurghada.

To, że brodziło się w pyle, okazało się nieprawdą. Nie wiem, kto szerzył takie wiadomości, ale nie był to miłośnik Egiptu i jego odwiecznych tajemnic.

Sprzedawcy uliczni okazali się niezwykle mili. Podchodzili do nas bardzo powściągliwie, z szacunkiem, bynajmniej nie zachwalając swojego towaru.

 Sprzedawca prażonych ziemniaków.

Oferowali od razu niezwykle atrakcyjną cenę, tylko jednego dolara i to za towar wart piętnaście dolarów wyjaśniając, że jest to zwykle barachło nie warte złamanego szeląga i oni chętnie jeszcze bardziej opuszczą cenę, a w ostateczności oddadzą łach za darmo, aby tylko zadowolić klienta. My, uczestnicy wycieczki, oczywiście nie negocjowaliśmy zbyt mocno, aby nie puścić sprzedawcy z torbami, pamiętając, że trzy dolary za ładną koszulkę z dobrej bawełny to cena tak szalenie wysoka, że biedny Egipcjanin mógłby się rozpić lub co najmniej rozpuścić jak dziadowski bicz. Ekonomiczna argumentacja stron owocowała radością rozstań oraz cichymi, lecz serdecznymi życzeniami: Niech cię Bóg błogosławi za twoją dobroć! Byłem pod wrażeniem, że pod tym względem Polacy i Egipcjanie to dwa bratanki, co mnie bardzo ucieszyło.

Wycieczka do Egiptu. Cz 4: Dwie opinie o tej samej wycieczce, przewodniku i hotelu

Pod adresem jak niżej (https://r.pl/egipt-potega-poludnia/zakwaterowanie-egi/opinie-4?f=118–egipt-potega-poludnia_118_56246_39331_1920x730&gclid=EAIaIQobChMIhYS3nf-p2gIVgquyCh3xQQAFEAEYAiABEgLMmfD_BwE Opinię dodał: Mirosław, 56-65 lat, ze znajomymi, termin pobytu: Marzec 2017. 138 z 169 osób uznało tą opinie za pomocną), znalazłem opinie sprzed roku odnoszącą się do identycznej wycieczki, jak ta w której ja uczestniczyłem. Cytuję:

„Podczas wycieczki objazdowej najważniejszy jest pilot, który ma decydujące znaczenie na jej ocenę. Nam trafił się Adel Zidan, który najpewniej wywodzi się z miejscowych biur organizujących wycieczki dla Polaków. Świadczy o tym jego komercyjne podejście do zawodu. Zanim dojechaliśmy z lotniska do hotelu zebrał od wszystkich obowiązkowe 145$ mimo, że o 20.00 wyznaczył spotkanie organizacyjne podczas którego można było to zrobić w sposób bardziej cywilizowany. Później było podobnie – przede wszystkim biznes, czyli sprzedaż wycieczek fakultatywnych, płyt DVD o historii Egiptu (własna działalność gospodarcza), agitowanie do zakupu kartuszy, wyrobów jubilerskich (od znajomych) czy wreszcie do zakupu wody od kierowcy w cenie 1$ za dwie półlitrówki (średnio w sklepie woda 1,5 l kosztuje 4-5 funtów). Zazwyczaj podczas takich wycieczek pilot mówi tak dużo, że czasami tęskni się za błogą ciszą, tutaj było odwrotnie – trzeba było czekać na informacje od pilota, ale tak już maja przewodnicy komercyjny. Tylko zapytany odpowiadał na pytania dotyczące zwyczajów, codziennego życia czy innych ciekawostek z życia Egipcjan.  Osobnym problemem była jego znajomość języka polskiego. Była wystarczająca w autokarze, gdzie było dobre nagłośnienie i można było się domyślić wyrazu którego się nie zrozumiało a było ich trochę. Pan Adel nie wymawia spółgłosek i podczas zwiedzania, gdzie nie zawsze można stanąć blisko przewodnika były duże problemy żeby zrozumieć co mówi. Wystarczyło zgubić jeden wyraz kolejnego nie zrozumieć i klops. Przykład – „podzim” oznacza „pod ziemią” ale wiem to dopiero teraz. Podczas sprawdzania obecności gdy okazało się że nie potrafi wymówić większości nazwisk sprawdzał nas numerami pokojów. W czasie przejazdu z Assuanu do Hurgady który trwał ok. 9 godzin nie odzywał się prawie wcale – dla niego było już po wycieczce więc po się wysilać. Rozdał ankiety i na tym zakończył działalność. Był to najgorszy pilot jakiego spotkałem dotychczas a ponieważ to moja pierwsza wycieczka z Rainbow nieprędko kupię tutaj następną. Program wycieczki: Program nastawiony przede wszystkim na wycieczki fakultatywne. Pilot: Opisałem wyżej – tragedia. Transport: Statek Sarah II niezły ale autokary to rozklekotane gruchoty. Jedyny plus to to że miały sprawna klimatyzację. Siedzenie same sie rozkładały nie pozwalając się normalnie oprzeć. Zakwaterowanie: Na statku OK ale w hotelu Three Corners Royal Star już gorzej. Okna na remontowany szpital, w pokoju ciemniej niż na korytarzu a w łazience przydałaby się latarka tak tam ciemno. Pierwszy raz spotkałem sie aby w czterogwiadkowym hotelu mięso było wydawane przez kucharza w ramach szwedzkiego stołu”.

Mój komentarz: Opinia jest w zasadniczej mierze nieprawdziwa, bo zbyt negatywna.  Odrzucam takie opinie. To dobra zasada: jeśli masz więcej opinii do zapoznania się, odrzuć te najbardziej krańcowe: najgorszą i najlepszą.

 Przewodnicy egipscy: Nagi (po lewej) i Ziedan (po prawej)

Ziedan (prawidłowa pisownia) był sensownym przewodnikiem. Jego język polski jak na Egipcjanina był przyzwoity, choć rzeczywiście przewodnik używał nieco orientalnych sformułowań typu „responilu” (rejs po Nilu) czy „bramidy” (piramidy). Określenia „podzim” nie słyszałem. Co do sprzedaży drobnych wyrobów egipskich w autobusie, uważałem to za błogosławieństwo. Były to drobiazgi wartości jednego lub dwóch dolarów USA (3,5 – 7 zł); w spokoju w autobusie można było kupić je nie będąc nagabywanym prze sprzedawców, którzy potrafili być natrętni. Wodę w autobusie sam kupowałem chętnie podobnie jak i inni uczestnicy wycieczki; butelki były przechowywane w lodówce a sam zakup był bardzo poręczny i tani: dwie lub trzy butelki półlitrowe za 1 dolara w kraju otoczonym pustyniami, to nie jest wygórowana cena.

 Widok z tarasu Royal Star na morze Widok z tarasu na hotel

Hotel Royal Star (patrz zdjęcia) bardzo sobie chwaliłem: przestrzenny, czysty, szerokie korytarze, wygodny pokój z małym balkonem, piękny taras przed hotelem z basenem, parasole, leżanki, dostęp do bezpłatnych ręczników kąpielowych. Jedzenie (duży wybór, trzy posiłki) było bardzo dobre, dużo lepsze niż w Hiszpanii, gdzie byłem rok wcześniej.

Dostęp do morza nie był nadzwyczajny (meduzy, kamienie), ale po dwóch dniach odkryłem, że są drabinki prowadzące od razu do głębokiej wody. Mało ludzi zresztą pływało. Większość opalała się. Towarzystwo międzynarodowe: Holendrzy, Belgowie, Norwedzy, Niemcy, Amerykanin mieszkający w Australii. Oprócz pracowniczki recepcji pani Magdy (Guest Relations) oraz pana Przemka (animator zespołu ABS Entertainment), spotkałem jeszcze tylko jedną Polkę, panią Elżbietę, zamieszkałą w Niemczech, która przyjechała na wypoczynek. Z wieloma osobami rozmawiałem.

Ja miałem inne problemy. Zlew mi się zatkał w łazience, zgłaszałem, nie naprawili przez dwa dni. W żaden sposób nie można było dodzwonić się do Polski. Łącza telefonicznie nie działały, nie było zasięgu, diabeł tasmański chyba mieszał palce w tej egipskiej niemocy.

W podsumowaniu: jak chce się psa uderzyć, to i kij się znajdzie. Najlepsze są wycieczki z idealnymi złotoustymi przewodnikami, autokarami wysłanymi perfumowaną trawą morską i pokojami typu „royal lounge” za drobne grosze. Może przesadzam, ale chyba nie.

 Kościół koptyjski w Hurghada.  Byłem tam na mszy (zupełnie przypadkiem). Przy wejściu siedział uzbrojony policjant, sprawdzano torby i plecaki, ulica był kompletnie zablokowana z obydwu stron. Wewnątrz mężczyźni siedzieli po lewej stronie, kobiety osobno po prawej.

 Wnętrze kościoła koptyjskiego w Hurghadzie (Orthodox Coptic Church).

Wycieczka do Egiptu. Cz 3: Starożytny Egipt, okresy historyczne i zdjęcia

Właściwa wycieczka zaczęła się w Luksorze, gdzie zamustrowaliśmy się  na statku, aby przez cztery noce i pięć dni podróżować Nilem w górę rzeki w kierunku Asuanu.

Nasi przewodnicy mówiący po polsku: Nagi (po lewej), wyznania koptyjskiego,  i Zienadine (po prawej), wyznania muzułmańskiego. Około 80 % Egipcjan to muzułmanie.

 Sklep tekstylny w Hurghada. Własność pana Gomaa. Kupowałem u niego szale z pashminy na upominki. Właściciel mieszka w Kairze, biznes prowadzi w Hurghadzie. Ma swoją stronę na Facebooku..

Grupa wycieczkowa, głównie Polacy, ale także jedna para z Litwy i jedna z Czechosłowacji.

Zadałem sobie niezbyt udany trud uporządkowania zdjęć świątyń i zabytków egipskich wedle okresów historycznych, w jakich powstały. Różne źródła nawet na samej Wikipedii podają niezbyt zgodne ze sobą dane. Wybrałem jedno z nich, wydawało mi się najbardziej uporządkowane i konsekwentne w prezentacji.

5500 – 3350 p.n.e. Okres predynastyczny

3350 – 3150 p.n.e. Okres protodynastyczny

3150 – 2886 p.n.e. Okres wczesnodynastyczny

2686 -2181 p.n.e. Stare Państwo

2181 – 2133 p.n.e. Pierwszy Okres Przejściowy

2133 – 1786 p.n.e. Średnie Państwo

1786 – 1567 p.n.e. Drugi Okres Przejściowy

1550 – 1085 p.n.e. Nowe Państwo

1085 – 664 p.n.e. Trzeci okres przejściowy

664 – 332 p.n.e. Okres późny

332 – 30 p.n.e. Epoka grecka – dynastia Lagidów

30 p.n.e.–395 n.e. Okres rzymski

Na górnym pokładzie zwanym słonecznym.

Na niektóre „pomniejsze” wycieczki, jak na przykład do wioski nubijskiej, wieziono nas łodzią motorową mieszczącą kilkanaście osób. .

Hotel Royal Star w Hurghadzie, w którym mieszkałem ostatnie cztery dni. Podobał mi się.

 

Zespół świątynny Abu Simbel. Pojechaliśmy tam autobusem, trzy godziny jazdy, wyruszając w drogę z Asuanu o godzinie czwartej rano.

Mniejsza świątynia Abu Simbel poświęcona bogini Hathor.

Główna część świątyni Abu Simbel poświęcona faraonowi Ramzesowi II oraz bogom Ra, Ptah i Amun.

Bugenwilla rosnąca przy drodze prowadzącej bezpośrednio do Świątyni Abu Simbel. To niezwykle piękny i popularny krzew w ciepłym klimacie. W moim ogrodzie w Australii rosła czerwona bugenwilla. To, co widać na krzewie, to nie kwiaty, ale liście które nabierają barwy i wyglądają jak kwiaty. Bugenwilla czyli kącicierń to roślina pnąca z rodziny nocnicowatych, gatunków roślin pnących i płożących wywodzących się z Ameryki Południowej.

Dodatkowym problemem były zdjęcia. Pomysł robienia zdjęć w Egipcie aparatem komórkowym nie był dobry, mimo że mam jeden z nowszych smartfonów (Lenovo K5) i wydawało mi się, że powinien robić w miarę dobre zdjęcia. Wyszła jedna wieka lipa. Dokonałem rzezi, dziesiątkując je. Byłem w tym nieporównywalnie mniej okrutny niż Egipcjanie, którzy wystrzelali kilkadziesiąt tysięcy krokodyli po zbudowaniu Wielkiej Tamy Asuańskiej! Moje zdjęcia zastąpiłem w większości bezpłatnymi zdjęciami wyszukanymi na Wikimedia Commons. Okazałem się być nie tylko zabójczym, ale i pracowitym facetem. Dałem sobie w duchu jednego lajka za ten heroicznie użyteczny czyn. Oto pierwsza seria 10 zdjęć.

Podróż do Egiptu Cz 2: Egipska historia RWPG

W trakcie wycieczki mieliśmy niezwykłe szczęście zwiedzić piramidę, nieoznaczoną na żadnej mapie i poznać tajemnicę, o której słyszałem już wcześniej z zaufanych ust. Niestety szczegółów nie mogę ujawnić, gdyż złożyliśmy uroczystą przysięgę milczenia. Jest to tak wielka tajemnica, że nie powierzyłem jej nawet sobie samemu. Powiem tylko, że wydarzenie miało miejsce w pobliżu wioski nubijskiej blisko Asuanu.

Przybyliśmy tam nocą w kompletnych ciemnościach (zwanych egipskimi) na wielbłądach z zawiązanymi oczami. W takiej sytuacji nie można ufać wielbłądom tym bardziej, że podejrzewaliśmy, że są pijane albo na narkotykach, bo miały nierówny chód.

Zwiedziliśmy piramidę sprzed czterech tysięcy lat o kształcie rogatego zwierzęcia, w której uczeni z krajów demokracji ludowej odkryli po II Wojnie Światowej niezwykłą izbę z dostępem świeżego powietrza. Przebywały w niej żywe zwierzęta. Był to wielki byk oraz pięć małych ptaszków. Pytaniem było, jak udało im się przeżyć w dobrym zdrowiu kilka tysięcy lat. Okazało się, że korzystały one z wilgoci skraplającej się na ścianach pomieszczenia, a jeśli chodzi o jedzenie, to ptaszki żywiły się tym, co pozostawił po sobie byk, a byk tym, co pozostawiały po sobie ptaszki. Dało to pomysł założenia RWPG, organizacji mającej na celu przyśpieszenie postępu technicznego, wzrost wydajności pracy i zwiększenie dobrobytu państw członkowskich. Ponieważ korzystałem z tego dobrobytu, piszę o tym wszystkim z wielkim wzruszeniem. Domyślam się, że ptaki odkryte w piramidzie były ibisami.

Dlatego na pamiątkę kupiłem sobie ibisa z onyksu. Zaoferował mi go z zaskoczenia za jednego dolara pewien Egipcjanin, po czym przekonał mnie, że rzeźba wart jest trzydzieści dolarów, co w końcu drogą wzajemnej łagodnej perswazji (niezwykle cywilizowanej, bo bez przekleństw), sprowadziliśmy do dziesięciu dolarów, czym uszczęśliwiliśmy siebie nawzajem. Korespondujemy teraz ze sobą, planując założyć Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Egipskiej im. Ptaka Ibisa.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Wycieczka do Egiptu. Cz 1: Wioska nubijska, wielbłąd i hodowla krokodyli.

Już w pociągu z Warszawy do Gdańska przystąpiłem do przygotowania opisu pierwszego fragmentu mojej dwutygodniowej wycieczki do Egiptu. Podjąłem to z energią wielbłąda, który usiłował zrzucić mnie na ziemię w wiosce nubijskiej, jaką zwiedzaliśmy w czasie podróży statkiem po Nilu. Mimo, że na imię miał Rambo, był dziewczyną, ciemniejszą niż inne wielbłądy i bardziej włochatą. Rambo miała rozmiar kopyta 66 i rzęsy dłuższe i bardziej zalotne niż najpiękniejsze kobiety, jakie śnią się mężczyznom w Egipcie po nocach. Była pieszczochą; zamiast patrzeć pod nogi, aby dowieźć mnie bezpiecznie do celu, kładła kudłaty łeb na kolana jadącej przede mną pani.

Siodło na wielbłądzicy było tak umieszczone, że przechylałem się nadmiernie do przodu, w związku z czym dla utrzymania równowagi wychylałem się do tyłu. Poganiacz wielbłądów zauważył widocznie moje cierpienie, gdyż podszedł i życzliwie sugerował mi przesunięcie się jeszcze bardziej do przodu. Ani z nim ani z wielbłądem nie doszedłem jednak do porozumienia. Na szczęście podróż karawany wkrótce skończyła się, gdyż przybyliśmy do wioski.

Szkoły figurującej w programie zwiedzania nie udało nam się obejrzeć; była zamknięta z powodu wyborów prezydenckich. Przez metalowy fragment bramy obejrzałem tylko duże zdjęcie obecnego prezydenta Egiptu w charakterze kandydata na nowego prezydenta. Podobał mi się, też głosowałbym na niego, zwłaszcza jak pomyślę o innym, lepiej mi znanym prezydencie, który nie wygląda tak poważnie jak ten egipski.

W wiosce zwiedziliśmy typowy dom nubijski, powierzchnia na oko 300 m kwadratowych, pokoje elegancko wysypane drobnym żółtym piaskiem, ciepłe. Dach był z liści palmowych, pod nim obracał się wentylator. Na ścianie namalowany był wielki słoneczny obraz z wodą i drzewami. Na stole pojawiła się przekąska, był to chleb domowego wypieku, obok stały miseczki z miodem.

W programie wycieczki była też hodowla krokodyli. Miała ona postać jednego krokodyla, długości około 90 cm, umieszczonego wewnątrz domu w dużym zlewie. Krokodyl miał podwinięty ogon i wazową łyżkę wody przed pyskiem. Zwierzak nie ruszał się, ale żył. Poznałem to po tym, jak łypnął na mnie okiem; wydawało mi się, że porozumiewawczo. Nie wiem, czy go dobrze zrozumiałem. On milczał, to i ja milczałem. Na wszelki wypadek nie podałem mu ręki na powitanie, niepewny, czy właściwie zrozumiałby gest przyjaźni polsko-egipskiej.

Potem gospodyni wniosła drugiego krokodyla, właściwie krokodylka, miniaturkę długości 30 cm. Uczestnicy wycieczki podchodzili i brali go na ręce, zwłaszcza panie, które mają w dłoniach więcej pieszczot. Nawet córeczka gospodyni wzięła krokodylka na ręce. Dzieci mają w sobie tyle miłości.

Było gorąco, piaszczyście, w sumie bardzo fajnie. Wioska nubijska podobała mi się. Po raz pierwszy zapragnąłem być Egipcjaninem.

Pozdrawiam serdecznie uczestników wycieczki oraz osoby zainteresowane podróżą do Egiptu.

Kronika narodu wybranego. Niezwykłe oratorium Iwana Iwanowicza

Skutki ustawy o dumie narodowej i karach za jej tłumienie okazały się niezwykle pozytywne. Wzrosły uczucia patriotyczne. Mężczyźni poczuli się jędrniejsi i kupowali mniej viagry, kobietom powiększyły się piersi, a karmiącym matkom ilość zsiadłego mleka w lodówce. Były też inne korzyści zdrowotne: obywatele zgłaszali mniejsze ilości łupieżu na ramionach oraz gęstnienie włosów na piersiach. Pewien młodzieniec twierdził, że jego łysina nie tylko przestała się powiększać, ale cofnęła się całkowicie i wróciły mu włosy tak silne, że rodzina porównywała go z niedźwiedziem, uważając nie bez kozery, że gdyby tonął, to można by go z łatwością wywlec za kudły z wody. Ponieważ poszukiwał pracy, sugerowano mu, aby przyjął się do cyrku i podnosił stolik w zębach dla zademonstrowania potencji.

Z obrotu spraw niezadowolone pozostały tylko firmy produkujące suplementy i kosmetyki, ponieważ konsumenci zgłaszali ustępowanie opryszczki i poprawę jakości cery.

Informacje o efektach dumy narodowej przedstawiano w telewizji, pokazując na zdjęciach coraz lepszy stan zdrowia i samopoczucia narodu. Kiedy okazało się, że jednemu z posłów partii rządzącej „Tkliwość i Ska” nie tylko wzmocnił się głos, ale i poprawiło zdrowie psychiczne, rząd stworzył specjalny fundusz promocji dumy narodowej jako środka o właściwościach leczniczych.

Iwan Iwanowicz z uwagą obserwował rządową promocję dumy narodowej za granicą. Szczerze też podziwiał rząd, że samotrzeć wywołał kaskadę pozytywnych wzruszeń wśród obcokrajowców, którzy przecież nie zawsze życzyli narodowi Nomadów wszystkiego najlepszego.

Postanowił to uczcić. Następnego dnia, po nocy wypełnionej historycznymi snami, poinformował członków spotkania przy krawężniku, że będzie spisywać nieprawdopodobne osiągnięcia rządu. Zamysł ten dedykował premierowi, ministrom, wiceministrom i ich pomocnikom jako dodatek do skromnych uposażeń, jak również temu, co czuwa nad premierem.

Zebrani uznali jego tajemnicze odniesienie za niezwykle poetyckie i pełne uczuć

, domyślając się, że dotyczy ono Jego Czcigodności.

– Oby żył on wiecznie na wzór Ramzesów egipskich – wyraził się Iwan Iwanowicz i westchnął tak serdecznie, że aż żal było go słuchać, zwłaszcza kiedy zdano sobie sprawę, że jego postulat jest nie do spełnienia. Moment później przez uduchowioną twarz przewodniczącego zebrania przemknął jakby promyk nadziei, że a nuż zdarzy się cud i Jego Czcigodność okaże się nieśmiertelny, a co najmniej długowieczny jak biblijny Matuzalem.

Później w rozmowach Iwan Iwanowicz upierał się, że ludzie mogą żyć bardzo długo, jeśli tylko mają w sobie odpowiednią moc i pragnienie, ale nikt mu już nie wierzył.

 

Kronika narodu wybranego. Bolesny sen Iwana Iwanowicza

– Znowu śnił mi się Folwark zwierzęcy im George’a Orwella – poskarżył się Iwan Iwanowicz na zebraniu, gdzie w ramach demokracji wzorowanej na uczciwym zegarku szwajcarskim dyskutowano sprawy od Sasa do Lasa, w tym delikatną jak pajęczyna materię praworządności, w której ludzi i meble można przestawiać i zawieszać na kołku, oraz dumę narodową, przedmiot czułej troski rozkochanego w narodzie rządu.

– Był to sen krótki jak świst bata, lecz bolesny, bo nie w powietrze, tylko na gołą skórę, w dodatku na moją własną. Nie mogąc zasnąć liczyłem spokojnie barany, które rozbrykały się szalenie i zaczęły krzyczeć: nie damy się, nie będzie wróg pluć nam w twarz oskarżeniami i pomówieniami o niecne intencje. Wtedy odezwały się inne zwierzęta, o których władza folwarczna starała się zapomnieć, bo głośno gardłowały.

– Wyświadczyliście niedźwiedzią przysługę całemu folwarkowi, bo teraz wszyscy będą szukać dziur we wspaniale reformowanej praworządności i liczyć, jaka była proporcja szlachetnych zwierząt do podłych, i nie daj Boże okaże się, że nie była ona pięć do jednego, ale znacznie gorzej. Dotychczas byliśmy wyróżniani jako nacja dobrej woli, to teraz może wyjść na jaw, że nie było tak słodko, i że są na to dowody w postaci donosów, listów, zapisów i zeznań świadków, i że wszystkiemu można zaprzeczyć, ale nie czarnym literom na białym papierze.

– Osiągnęliśmy skutek odwrotny do zamierzonego, my cnotliwe i szlachetne w intencjach istoty – odezwał się samokrytycznie głos samotny jak cnota w gronie cichodajek.

Inne barany zaczęły ciskać w niego kamieniami z napisami ”Idziemy w zaparte”, „Hej, kto rodak na bagnety” oraz „Nie będą obcy pluć nam w twarz”. Krzyczały także, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi, na co odezwały się inne zwierzęta folwarczne, że cnota jest prawdziwa dopiero wtedy, kiedy jest się cnotliwym od A do Z, a nie od A do L albo od L do Z, albo jeszcze inaczej – tak dopowiedział resztkę krótkiego i bolesnego snu Iwan Iwanowicz, potomek dwóch narodów i trzech narodowości, co jest dzisiaj niepopularne zwłaszcza na folwarkach, gdzie preferuje się rasy czyste i jednoznaczne.

Barany pozostały dumnie uparte i szły dalej za przewodnikiem do koryta niezaspokojonych pragnień, w którym woda robiła się coraz bardziej mętna, może dlatego, że zbliżała się wiosna i trawa uderzała zwierzętom do głowy – ktoś to tak dziwnie skomentował, ale nikt go nie słuchał w żywej atmosferze niedźwiedziej przysługi.

Kronika narodu wybranego. Odc. 10: Nazywajmy rzeczy po imieniu

Historia naturalis palmarum

Słonecznym rankiem, kiedy fanfary przedwiośnia budziły ludzi radosną pobudką, Iwan Iwanowicz, wspomagany dodatkowo darem bezsenności, przedstawił tajemnicę nazywania rzeczy po imieniu. Stało się to przy krawężniku, miejscu objawień demokracji bezpośredniej. Przyszło mu to tym łatwiej, że był pijany, w stanie określanym przez mieszkańców tropików jako „muy embriagado”, czemu zawdzięczał upojne wizje i kolorowe przemyślenia. Zapytany, jak przeżywa stan uniesienia emocjonalnego i intelektualnego, skwitował krótko:

– Czuję się tak samo jak cały kraj.

Uspokoiwszy się, kontynuował.

– Nazywajmy rzeczy po imieniu – zaczął, wynosząc pod niebiosa Czcigodnego, przywódcę partii i narodu. Uznał za rzecz nadzwyczajną połączenie w jednym umyśle i sercu tych dwóch wielkich bytów. Z Czcigodnym, jak się okazało, łączyła go zażyłość historyczna.

– Bardzo dobrze go rozumiem, należymy do tej samej kategorii geriatrycznej, inaczej mówiąc jesteśmy synami ustroju robotniczo-chłopskiego wspomaganego przez inteligencję pracującą. Premier Cudny też jest wytworem tego samego ustroju rozłąki z rozumem, z tą różnicą, że nie jest on synem, ale jego wnukiem. Mądrość ustroju nabył on w sposób naturalny wraz z mlekiem matki i poglądami ojca wracającego tęsknotą do lat młodości, kiedy to naród stał nad prawem jak złota brama nad wjazdem do królewskiej rzeźni.

Z Mężem Czcigodnym łączy mnie historia, pobrane nauki, zwyczaje i nawyki. Rozumiem, co go dręczy, ponieważ dobrze pamiętam niespełnione pragnienie ówczesnej władzy uszczęśliwienia narodu. Czyż nie jest to piękne, że dobrobyt w ojczyźnie tworzony jest dzisiaj przez człowieka ukształtowanego przez naszą wspólną, histeryczną przeszłość, i jest to dobrobyt obowiązkowy? Gdzie indziej dobrobyt jest dobrowolny, chcesz to bierz, a nie chcesz, to nie bierz, ale nie u nas. Musisz go wziąć, bo rozumna władza wie najlepiej.

Po krótkiej czkawce, Iwan Iwanowicz pociągnął temat dalej.

– Czcigodny i pan premier stworzyli już ekonomiczny fundament dobrobytu. Aby nie rzucać słów na wiatr, przedstawię wyliczenie. Dzisiaj, na przedwiośniu, rzodkiewki z Włoch, pęczek zawierający 10 sztuk, były w warzywniaku po złotówce. W przeliczeniu na przeciętną premię w wysokości 75 000 zł, znaczy to 750 000 sztuk. Jeśli przeciętny obywatel będzie jeść z umiarem, powiedzmy 5 sztuk dziennie, to premia zapewni mu rzodkiewki przez 150.000 dni, co daje 410 lat zdrowego odżywiania. Tylko za jedną premię roczną!

Iwan Iwanowicz poruszał ustami, testując kubeczki smakowe, aż w końcu – wciąż myśląc o świeżych warzywach – poczuł smak włoskiej pizzy o kształcie pieroga, jaką kiedyś zachwycił się w Wenecji. Wspomnienia przeszłości przywróciły go na tory rozważań o Mężu Czcigodnym.

– Wszyscy go znamy i kochamy – podjął wątek. – Ciało lekko pulchne, łagodne zaburzenie kaszkietu wywołane kryjącą się pod nim siwizną. Dla wielu osób, które go ubóstwiają – nie to co ja, który go cenię, a nawet szanuję za pomysłowość i dobre intencje – pełni on wzór męża opatrznościowego.

Porównania wyczerpały mówcę. Machnął ręką, dając znak, że już skończył mowę pochwalną i nie zamierza więcej absorbować zebranych swoim zauroczeniem władzą. Powitano to mieszanymi oklaskami.