O Michael Tequila

Z wykształcenia doktor nauk ekonomicznych. Kariera zawodowa: handel zagraniczny (m.in. praca na stanowisku attache handlowego i radcy handlowego w Polskiej Ambasadzie w Bogocie), bankowość (kierownik planowania strategicznego w banku australijskim) oraz nauczanie (wykładowca akademicki w zakresie marketingu, zarządzania strategicznego i etyki biznesu), tłumacz polsko-angielski akredytowany przez NAATI, Australia. Członek SA Writers Centre Inc. (Związek Pisarzy Południowej Australii). Hobby i zainteresowania: twórczość literacka, psychologia, pływanie, jazda na rowerze. Miejsca zamieszkania: Bogota, Ateny, Adelajda, Gdańsk.

Poezja. W nijaką zimową noc nastrojowa Australia

Nie mam dziś nic więcej do zaoferowania jak dwa australijskie wiersze. Sam bardzo je lubię, mam dobre wspomnienia.

Temat pierwszego to pelikany. Żyje ich w Australii bardzo dużo, są wszędzie, gdzie jest trochę więcej słodkiej wody. Zasięg ich skrzydeł jest imponujący; sięga nawet 3,4 m. Jak podają fachowe źródła, kości tych ptaków są niezwykle lekkie, szkielet stanowi około 10% wagi ciała. Stado pelikanów może przekroczyć nawet tysiąc sztuk.

Nad Jeziorem Alberta

Jezioro wiatr omiata, spóźniony i chłodny,
dzień chmurny, deszczowy, wydarzeń niegodny.
Ptaki o tym nie wiedzą, łączą się w gromady
i na przekór pogodzie odbywają parady.

Czy widziałeś kiedyś pelikanów sznury,
jak spływają w jezioro spod nawisu chmury
na białoczarnych skrzydłach rozwartych jak żagle,
co nie drgną, nawet, gdy wiatr uderzy je nagle?

Żeglują nad jeziorem powietrzne okręty,
wielki dziób odchylony, przód zgrabnie wygięty,
przypominając z oddali węzłowate sznury
przesuwane w przestworzu prawami natury.

Kiedy wiatr je unosi tuż, tuż nad falami,
bryzgi wody muskają białymi brzuchami.
Myślisz, wdzięk bezgłośny szybuje w bezruchu;
to oczy chłoną piękno nie angażując słuchu.

Nadrzeczna mgła

W okolicach Adelajdy (gdzie mieszkałem), mgła jest rzadkością. Gęstą mgłę zdarzyło mi się widzieć tylko raz w ciągu kilkunastu lat, na równinie w pobliżu rzeki Murray. Dzień był niezwykle spokojny, bez wiatru. To wtedy napisałem ten wiersz.  

Mgła błękitnoszara rozwleka nastroje,
mota je w lepkości rozmazane zwoje,
dumny wiatr klei do nagiej skóry drzewa;
milczy, w liściach nie szemrze, nie śpiewa.

Mglistość drobiny światła przyciąga i chłonie,
przesącza powoli poprzez lepkie dłonie
i rozmiękłe na krzewy zwilgotniałe kładzie
równo, nie w słońca kontrastów nieładzie.

Rośliny milczą w pejzaż mgły wtopione,
kwiat oczy przymyka smutkiem podkrążone.
W pustkowiu ciszy zwilgły ptak zakwili,
jedyna kropla dźwięku w nostalgicznej chwili.

0Shares

Wigilia Bożego Narodzenia. Poezje okolicznościowe.

Dwa wiersze,
wraz z najserdeczniejszymi życzeniami zdrowia, radości, miłości i szczęścia dla moich Czytelników i ich Rodzin z okazji Świąt Bożego Narodzenia,
Michael Tequila

 

 

Boże Narodzenie 2004, Rzeka Medellin w Medellin, Kolumbia

 

Ku Chrystusowi

Pola wybiegły prosto w słońce
i rozsypały w kolorów plamy;
zrzucam z piersi płomieni kagańce,
powstaję nagi, zbuntowany.

W zadumie kwiatów obmywam ręce,
w ziemię wsiąkają płatków rany,
promień nadziei składam w podzięce,
idę ku Tobie, oczekiwany.

Stoisz na wzgórzu, dłoni stygmaty,
szary len kształty bólu powiela,
lecz Twoich oczu jasne bławaty
niosą wino i radość wesela.

Ciepły dotyk łagodnej ręki
leczy, wyzwala od ziemskiej udręki.
Przestrzeń i cisza stają się zbawieniem,
modlę się oczami, zadumą, milczeniem.

Michael Tequila. Z tomu „Klęczy cisza niezmącona”, wyd. 2, 2019

Nie szukaj Boga 2019 12 24

Nie szukaj Boga, on jest wszędzie,
w Matki Teresy miłosiernym czynie
i w spadających wód obłędzie,
to, co jest wielkie, nie przeminie.

Patrzę w jasność, jak o chłodnym świcie
różanych kwiatów zapachy mnoży
i skrzące krople rozwiązuje skrycie;
milczę, mnie tylko godzi się ukorzyć.

Oczy zogromniałe w lazurowe niebo
błądzą po wzgórzach, gdzie lśni zamyślenie,
owad-czarodziej sieć misterną przędzie;
nie szukaj Boga, on jest wszędzie.

Michael Tequila. Z niepublikowanego zbioru „Oniemiałość”.

0Shares

Pies gończy słowa mówionego. Groteska.

Rano jadę tramwajem. Lubię jeździć tramwajem, bo mam wtedy czas dla siebie. Nikt do mnie nic nie mówi, ani ja nie odzywam się do nikogo.

W tramwaju pracuję, obserwując ludzi. Zachowuję się automatycznie; nikt na mnie nie zwraca uwagi, ponieważ wszyscy są już półautomatami; poruszają się jak ludzie, zachowują się jak automaty. W tramwaju mechaniczność moich ruchów i zachowania mniej rzuca się w oczy. Wyglądam bardziej ludzko, człowiekopodobnie, choć jest we mnie coraz mniej człowieczeństwa, indywidualności. Takie nastały czasy. Myślę o tym, co mnie łączy z innymi ludźmi i równocześnie co mnie odróżnia od nich. Tkwi w tym niełatwa do określenia złożoność. 

Jestem pracownikiem Portalu Pies Gończy Słowa Mówionego. Moim zadaniem jest śledzenie przejawów słowa mówionego. Jest go coraz mniej na świecie, z racji szybkiego upowszechniania się normy zachowań SPOD czyli Słowo Pisane, Obraz i Dźwięk. Chodzi o słowo pisane na smartfonie i podobnych urządzeniach. Ma ono znikomy związek ze słowem mówionym; widoczny jest on tylko wtedy, kiedy piszący na smartfonie porusza ustami i wydaje z siebie coś na podobieństwo głosu. Albo kiedy czytający słowo napisane na smartfonie porusza ustami z tym samym efektem.

Obserwuję współpasażerów. Wyglądają jednakowo. Ta sama poza, to samo wpatrzenie się w ekran smartfonu, czasem tabletu, podobne przekrzywienie głowy, pochylenie pleców, ten sam zastygły wzrok. Ślęcząc nad smartfonami, ludzie przebierają palcami, najczęściej kciukami obydwu dłoni. Siedzący obok mnie tęgawy mężczyzna w okularach o grubości i wyglądzie szkła pancernego utrzymuje twarz w odległości pięciu centymetrów od ekranu smartfonu. Widzę, że uczestniczy w jakiejś grze video.

– To człowiek niewidomy – myślę. – Ślepy – poprawiam się, uznając, że taki stopień niewidzenia to już ślepota. Właściwie to jestem pewien. – Ślepy automat – tak mi się to niezręcznie kojarzy. Chwilę później nachodzi mnie skojarzenie z kurami: „Ślepy jak kura ze szczęśliwie znalezionym ziarnem”. Biję sobie brawo, ale tylko w myśli, aby nie zakłócać atmosfery milczenia.

Odrywam się od tłuściocha, jego niepełnosprawności oraz skojarzenia z kurami, i ponownie ogarniam wzrokiem pasażerów. Nie wszyscy, ale większość, jest pogrążona w smartfonach. Ci, którzy nie mają telefonu lub tabletu przed sobą, mają wzrok wbity w przestrzeń. Siedzą nieruchomo jak mumie. To ostra obserwacja, ale chyba trafna. Nie ma nawet do kogo zagadać. Myślę, że żyją już w przyszłości, podobnie jak ja, choć ciałem tkwią jeszcze w teraźniejszości.

Na żadnej twarzy nie znać zamyślenia albo zadumy. Nie widzę, żeby ktoś czytał książkę, nad czymś się zastanawiał, patrzył na innych pasażerów lub choćby miał przytomny a nie zamglony wzrok; żeby wykazywał chęć nawiązania jakiegoś znaczącego kontaktu z bliźnim, zapytania o coś istotnego, porozmawiania o czymś więcej niż sprawy codzienne. Mam poczucie, że wysycha w nas człowieczeństwo; wrażliwość, zdolność znaczącej obserwacji, głębsze zainteresowanie otaczającym nas światem. 

*****

W ciągu dnia, kiedy jestem poza tramwajem i innymi środkami lokomocji, moich tradycyjnych miejsc pracy dla Platformy Psa Gończego Słowa Mówionego, biegam i obserwuję świat w ruchu. Dzięki temu widzę, jak wiele osób porusza się, po ulicach i miejscach odosobnionych, na własnych nogach lub na kółkach, z wózkami dziecięcymi lub bez, we wszystkich kierunkach. Ze wzrokiem wbitym w przestrzeń lub w przegub, gdzie mają zegarek lub krokomierz, ze słuchawkami na uszach, zachowują się jak półautomaty i automaty ludzkie, tym razem ruchome, ale również w jakiś sposób zagubione.

– To smutne – myślę sobie, choć nie jestem w innej sytuacji niż oni. Mogę powiedzieć, że bieganie wywołuje we mnie nostalgię.

*****

Wieczorem zamyślam się na temat czytania. Przypomina mi się wywiad.

– Czy pan coś czytał Olgi T, ostatniej noblistki? – pada pytanie w kierunku ministra kultury i sztuki. Nazwisko w pytaniu pozostaje w ukryciu, aby zmusić słuchacza do wysiłku.

Ten myśli długo, bo to ważny człowiek i ma tysiące spraw na głowie, w końcu marszczy czoło. Właściwie to czoło samo mu się marszczy jakby niezależnie od niego. Widać, że jest mu ciężko.

– Tak – odpowiada. – Pamiętam jedną jej książkę, była bardzo gruba. Przeczytałem przednią i tylną okładkę. To było męczące.

– Olga T napisała kilkadziesiąt książek – wyjaśnia dziennikarz. Może czyni to niepotrzebnie, bo wie o tym nawet wielu niepiśmiennych, rzecz można by powiedzieć bez znaczenia w tym kontekście. Ale dziennikarz to dziennikarz. Ma prawo błądzić.

– No proszę. Nie wiedziałem. Po co ludzie tyle piszą? – Wybucha minister.

Mam mu za złe, że jest to minister kultury, a wybucha. Kultura to kultura.

– Przecież pisanie książek musi być strasznie męczące – kontynuuje minister. I tak to nikomu nic nie pomoże. O Boże! Nie pomoże! – Minister wpada w rutynę, powtarza rymujące się słowa. – Ja rymuję! – wykrzykuje radośnie. – Czy to nie wspaniałe?

Samoadoracja ministra zniechęca mnie do niego i do władzy, którą reprezentuje. Myślę o sobie i o znaczeniu Olgi T. W konfrontacji z samotnością i zagubieniem pomaga mi ona w życiu. Pisze i mówi o tym, o czym sam często myślę. To mnie ociepla wewnętrznie, dodaje otuchy. Czuję się wtedy mniej automatem.

0Shares

Spóźnione poezje wtorkowe

Dziś niewiele z siebie wykrzesałem. Nic nie napisałem, nic nie stworzyłem. Przeczytałem tylko duży fragment książki „Nie ma” autorstwa Mariusza Szczygła. Polecam.

W poczuciu winy przedstawiam dwa wiersze z mojego tomiku „Klęczy cisza niezmącona”. Pozdrawiam.

Michael T.

Obraz z górami Grampians

Za powiek zamkniętych gęstą zasłoną
słońca Australii wspomnieniami płoną,
ożywają równiny, przemawiają drzewa,
słyszę i czuję, jak magpie śpiewa.

 

 

 

 

 

 

 

W ściany zamknięty żyję po kryjomu,
wybiegam z chłodu ciasnoty domu,
przestrzeni szukam, wolności bez granic,
światła i ciszy….

Wszystko to na nic, bo ja tu jestem.
Lotem gołębia
myśl w pejzaż daleki rączą duszę wprzęga,
ręce unoszę i z serca krzyczę
… i znów przeżywam przestrzeń i ciszę.

Sopot, 3 października 1997

 

 

 

 

 

Odwieczne przemienienie

Słońce po dnia obchodzie zstępuje z zenitu,
ocean oczy razi pękami ogników
i tonie ogniste koło rzucając promienie:
majestatyczne, odwieczne, wieczorne przemienienie.

Kiedy jasność w sen cichy powoli zapada
i w chmur ciepłej pierzynie kryje się mew gromada,
woda tak dziwnie szemrze. Czy to senne marzenie?
To ocean rozmawia z Bogiem, to ciche rozmodlenie.

Australia, Morphett Vale, 1996

0Shares

Teatr Abstrakcji. Opowiadanie fantastyczne. Odc. 2: W nocy budzą mnie dzwony.

Przed przyjazdem do stolicy zebrałem informacje o Teatrze Abstrakcji, jego historii, organizacji, programie, ostatnio wystawianych sztukach. Ludzie piszą i mówią o teatrze różne rzeczy. O dyrektorze, że jest zamordystą. Nie wiem, co to znaczy. Dla jednego zamordysta, dla drugiego to człowiek twardą ręką prowadzący powierzoną mu organizację. Przestaję o tym myśleć, wracam do pokoju, kładę się do łóżka i staram się zasnąć.

W nocy budzi mnie dźwięk dzwonów. Wpadam w przerażenie. Nie wiem, o co chodzi, czy to sen czy rzeczywistość. Myślę, że to ktoś dzwoni na egzekucję mordercy albo dla odstraszenia potworów, jak to robili żeglarze w starożytności. Po chwili dudnienie dzwonów oddala się, odbija się echem o ścianę pokoju i zapada cisza. Przypomina mi się „Oda do młodości”, której uczyłem się na pamięć w szkole. Pamiętam dwie zwrotki, nucę je po cichu, czuję ich moc: Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał hydrze, ten młody zdusi centaury, piekłu ofiarę wydrze, do nieba pójdzie po laury. Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga, łam, czego rozum nie złamie! Młodości! Orla twych lotów potęga, jako piorun twe ramię!

Przychodzi mi na myśl, że w okolicy hotelu dzwony biją regularnie, bez względu na porę dnia, kiedy dzieje się coś ważnego. Kiedy kojarzę to sobie z Teatrem Abstrakcji, słyszę hałas za oknem. Wychodzę na balkon i rozglądam się z ciekawością. W dole widzę jasno oświetlone okna teatru. Odbywa się tam jakaś wielka feta, bo blask wylewa się na ulicę. Chodnik przy budynku pulsuje plamami światła, wygląda, jakby się poruszał. Stoi na nim kilka osób, wszystkie umundurowane, chyba strażnicy lub ochroniarze. Głośno rozmawiają między sobą, ale ich nie rozumiem. Znajdują się zbyt daleko ode mnie. Odrywam od nich wzrok i rozglądam się po okolicy. Mam wrażenie …nie … jestem przekonany, że byłem tu kiedyś, ale nie poznaję miejsca. W nocy wszystko jest inne, niesamowite. Czuję, jak ciarki przechodzą mi po plecach. To chyba od zimna.

W nocy śni mi się stado szalonych ptaków nad oceanem. Lecą z północy, końce ich skrzydeł płoną jak żagwie, przypominają mi strumień gorących kolorów neonu Teatru Abstrakcji.

Ptaki atakują okręt wojenny; ten broni się ostrzeliwując napastników z dział. Widzę ogień wydobywający się z luf, nie słyszę jednak huku. To mnie wyprowadza z równowagi. Denerwuję się, rzeczywistość wydaje mi się bezsensowna. Chciałbym coś zrobić, lecz czuję się bezwładny.

Rano budzę się wilgotny od potu. Myślę, że sen był zapowiedzią czegoś niedobrego, jakiegoś nieszczęścia. Jest w nim niezrozumiała symbolika. Te ptaki! Chyba były to bezzałogowe samoloty. Ciemny kolor oznacza, że mogły być pokryte specjalnym materiałem maskującym, przez co były niewidoczne dla radarów. Postanawiam rozgryźć tę tajemnicę. Nie jestem pewien, czy wystarczy mi cierpliwości i energii. Mam tyle rzeczy do zrobienia; męczy mnie Teatr Abstrakcji.

0Shares

Sen bez granic. Groteska. Wersja podstawowa + Komentarz + Dodatek 1.

To była najdziwniejsza kobieta, jaką znałem. Nazywała się Vardy lub Valdy, jakoś tak. Rok temu zasnęła i już się nie obudziła. Dziś jest rocznica jej zaśnięcia. Była ciepła, więc zostawiono ją w spokoju. Potem ktoś wpadł na pomysł, aby postawić ją jako pomnik niezłomności charakteru. Ustawiono ją w Forum w Gdańsku, gdzieś na uboczu. Gdzie dokładnie, nie wiadomo, bo każdy, kto jej dotknął, zasypiał i tracił pamięć. Tego dnia w Gdańsku straciło pamięć trzydzieści pięć osób, nie do ustalenia więc było, kto.

Znałem Vardy tylko pięć godzin, a i tak mi zaimponowała. Mam na to certyfikat. To wszystko.

PS 1. Dodam jeszcze tylko, że swoją niezłomnością Vardy przewróciła mi gruntownie w głowie. Nie wiem teraz, co myśleć. Czy senność jest dobra, czy zła? Czy jest błogosławieństwem, czy przekleństwem? To jest ten sam dylemat, który miał Szekspir: „Być, czy nie być?” Dla mnie brzmi on lepiej i współcześniej jako: „Spać, czy nie spać?”

PS 2: Oto jest pytanie.

Komentarz:

Kiedy już napisałem wersję podstawową groteski, pomyślałem, że potraktuję ją jako eksperyment. Po prostu będę dopisywać, zachowując dotychczas stworzoną treść, nowe odcinki, nie kierując się żadnymi wcześniejszymi założeniami. Ot, swobodna gra wyobraźni bez planu podobnie jak robią to politycy. Mam na myśli tych potworów, którzy trzymając w rękach władzę trzymają także siekierę, z którą nie wiemy, co zrobią. Ja siekiery nie mam, więc jestem bezpieczny. 

Bój się polityka; mnie możesz spokojnie przytulić do serca.

Sen bez granic. Groteska. Dodatek 1

Od czasu zniknięcia pomnika Vardy dręczył mnie dylemat „Spać czy nie spać?”. Marzyłem, aby być Szekspirem, umieć nie tylko zadać pytanie głębokie jak ocean, trafnością przyszpilające myślącego człowieka do ściany, ale i umieć na nie odpowiedzieć. Gdyby mi się to udało, moje imię zastąpiłoby imię Szekspira. Przynajmniej na niektórych tablicach, bo jest on powszechnie znany i wielbiony.

Aby znaleźć rozwiązanie, musiałbym najpierw porozmawiać z Vardy, poznać jej tajemnicę. Było to możliwe, skoro tylko spała; najpierw trzeba by jednak odnaleźć jej pomnik.

Podjęcie decyzji szukać – nie szukać zajęło mi dwie godziny. Moje myśli krążyły po głowie jak szarańcza na ostatnim polu kukurydzy. Potrzebny był dobry plan poszukiwań. Musiałem także przemyśleć, co zrobię, kiedy już ją odnajdę. Dotknąć jej byłoby niebezpiecznie, zasnąłbym i utraciłbym pamięć. Byłbym trzydziestą szóstą ofiarą na liście utracjuszy pamięci (tak ich nazwałem). Przedtem chciałbym oczywiście poznać, co dokładnie powodowało utratę pamięci, bo sam sen nie mógł być przyczyną takiego nieszczęścia.

Myślenie o wyzwaniu, jakie sobie rzuciłem, skołowało mnie jak rozkwiecona łąka wygłodzoną pszczołę. Zacząłem zastanawiać się, jakiego rodzaju utrata pamięci mogłaby mnie dotknąć i jakie byłyby tego konsekwencje.

Sporządziłem listę. Opcji było sporo: stan pomroczny jasny, zapominanie, przejściowa utrata pamięci, przed którą można ratować się stosując Mefedron, amnezja dysocjacyjna, amnezja organiczna, zespół Korsakowa, zaburzenie pamięci świeżej (występujące przykładowo przy alkoholowym zespole abstynencyjnym), zaniki pamięci, niepamięć następcza.

Nie sposób było w tych warunkach podjąć decyzji. Musiałem odłożyć to na później. Mogłem to sobie wybaczyć, bo sam sobie jestem żeglarzem, sterem i okrętem. 

0Shares

Teatr Abstrakcji. Opowiadanie fantastyczne. Odc. 1: Zobaczyć Teatr Abstrakcji (tekst uzupełniony dnia 14.12.2019 o godz. 22.48)

Od autora

Na początku zdało mi się (jak każdy zdrowy człowiek miewam przywidzenia), że historia, którą zaczynam, powinna nosić tytuł „Księga dżungli”, gdyż jest ona bogata w sceny życia na obszarze, gdzie splątany gąszcz ludzkich ambicji, uczuć i myśli zmaga się z pustynią bezmyślności, obojętności i ignorancji. Nie obowiązują tu żadne reguły, oprócz instynktu walki, ucieczki i przyczajenia, gdzie zabijanie i zjadanie świeżo upolowanej zdobyczy jest równie naturalne jak wśród dzikich zwierząt. Przedmiotem moich zainteresowań jest człowiek, szczególny gatunek zwierzęcia, wyłoniony drogą ewolucji, istota bardziej bezwzględna niż zwierzę. Człowiek (nie powtarzajcie tego nikomu), w odróżnieniu od zwierzęcia traktuje swoją ofiarę jak wroga lub przeszkodę do celu i potrafi przed jej unicestwieniem obdzierać ją ze skóry, posypując solą, aby pokazać kto tu naprawdę rządzi. Innym jego wymiarem, obcym zwierzętom, jest szaleństwo, perwersja i głupota prowadzące do niezrozumiałych, niekiedy dziwacznych zachowań.

W Teatrze Abstrakcji chcę zawrzeć wszystko, czego doświadczam sam jak i bohaterowie mojej twórczości na jawie i w marzeniach sennych, w fantazjach i urojeniach. Próbowałem tego podejścia wcześniej, ale bez większego powodzenia. Mam nadzieję, że tym razem uderzyłem we właściwą nutę i wydobędę z utworu dreszcz podniet, na jakie wszyscy zasługujemy, przede wszystkim zaś Czytelnicy. Mieści się tu tak wiele wątków, że sam nie wiem, czy nie urosną one do czegoś większego lub nie przerosną moich możliwości. Dlatego proszę Cię, Czytelniku, módl się równie szczerze jak ja, aby wystarczyło mi wyobraźni oraz energii, by doprowadzić to dzieło do końca.

Na pożegnanie powtórzę wcześniejsze ostrzeżenie: oglądając najbardziej bulwersujące sceny oczami swej niewinnej wyobraźni, strzeż się wściekłego psa własnych myśli, gotowego zaatakować cię w najbardziej nieoczekiwanym momencie, aby pogryźć rękę, która go karmi.

Odc. 1: Zobaczyć Teatr Abstrakcji

Do stolicy przyjechałem na kilka dni, aby odetchnąć atmosferą wielkiego miasta, zwiedzić Teatr Abstrakcji i obejrzeć którąś z aktualnie wystawianych sztuk. Nie nastawiałem się na żadne konkretne widowisko, chciałem po prostu zobaczyć coś z bieżącego repertuaru, bo dawno już nie byłem w teatrze, a w Teatrze Abstrakcji w ogóle. Wszystko w nim było dla mnie nowe i atrakcyjne.

Zamieszkałem na dziesiątym piętrze czterdziestopiętrowego hotelu Funda, położonego naprzeciwko Teatru Abstrakcji, celu mojej pielgrzymki. Nazwy hotelu nie byłem całkiem pewny, ponieważ ostatnio kilkakrotnie zmieniał on właściciela i nazwę.

Z balkonu apartamentu rozciągał się panoramiczny widok nie tylko na miasto, ale i na okolicę. Mówiono mi, że przy dobrej pogodzie można zobaczyć góry odległe o kilkadziesiąt kilometrów od stolicy. Miałem wrażenie, że znajduję się w Abu Dhabi. Był wieczór. Wokół widziałem wielkie wieżowce a za nimi czarną przestrzeń przypominającą otwartą pustynię. Spojrzałem w dół. Mój wzrok przykuły kolorowe litery neonu Teatr Abstrakcji w zmieniającym się strumieniu barw: granat przechodził w płomienistą czerwień, przecinaną pasami czerni i bieli, powracającymi znowu do intensywnego granatu. Wyglądało to jak zaproszenie do piekła.

W ciągu kilku lat Teatr Abstrakcji stał się jednym z najbardziej znanych miejsc w kraju, a nawet na kontynencie, promieniującym oryginalnością swojej kultury. Słyszałem, jak ktoś mówił w przejściu do sali odpraw, kiedy wylądowaliśmy na lotnisku:

– Teatr Abstrakcji spokojnym widzom odbiera sen, a swoim wrogom otwiera rzeźnicki nóż w kieszeni.

Atmosfera panująca wokół teatru intrygowała mnie od dłuższego czasu. Przyjechałem, aby poznać bliżej jego program i zagłębić się nastrój, jakim opromieniał kraj i zagranicę. Był czymś nieporównywalnie ważniejszym niż jakikolwiek inny teatr. Miał w sobie tajemniczą moc.

– To miejsce, skąd promieniuje nowa kultura, wykluwa się nowa władza nad umysłami ludzkimi. – Tak to określał folder turystyczny otrzymany w recepcji hotelu.

Moje książki w jednej księgarni: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Automat. Opowiadanie science-fiction

To kolejne, trzecie krótkie opowiadanie z dziedziny fantastyki. Myślę coraz częściej, że dzisiaj jest to science-fiction, niedługo jednak może okazać się jak najbardziej rzeczywistością.

W przestrzennej poczekalni kliniki uniwersyteckiej panował trudny do zdefiniowania zapach, przypominający mieszkankę palonych migdałów, eteru oraz płynu do dezynfekcji podłóg. Przeleciałem wzrokiem po twarzach oczekujących pacjentów, kobiet i mężczyzn; w większości były to starsze osoby. Siedzieli na krzesłach lub stali obok nich patrząc przed siebie, dwie pary rozmawiały ze sobą półgłosem. Byli niezwykle spokojni, niektórzy wręcz apatyczni, jakby przyjęli środki uspokajające. Po chwili przestali zwracać na mnie uwagę, z wyjątkiem jednego mężczyzny. Średniego wzrostu, ubrany w ciemnoszary garnitur z kolorową muszką, ze starannie wyczyszczonymi pantoflami na nogach, wyglądał dystyngowanie. Miał zaokrąglone kształty ciała; jego łagodnie uśmiechnięta twarz sugerowała dodatkowo, że lubi dobrze zjeść.

Na początku spokojny, mężczyzna ożywił się, jak tylko zauważył, że rozglądam się wokół z zamiarem znalezienia sobie miejsca. Usiadłem na krześle między gabinetem numer dwadzieścia trzy i dwadzieścia cztery, kilka kroków od niego. Po chwili wahania czy też zastanawiania się, podszedł do mnie. Domyśliłem się, że pragnie zapytać mnie o coś lub o czymś poinformować. Na serdecznym palcu lewej dłoni miał złoty sygnet z wygrawerowanym, nieokreślonym czarnym symbolem. Kiedy pochylił się w moim kierunku, zauważyłem tik pod lewym okiem a poniżej lekko opuszczony kącik ust. Zapytał mnie, czy może się przysiąść wskazując ręką stojące obok krzesło.

– Oczywiście. Bardzo proszę. Krzesło wydaje mi się wolne – odpowiedziałem starając się nie nadawać zachęty tonem mojego głosu.

Przedstawił się jako Człowiek Ex. Zważywszy jego wygląd i zachowanie nie zdziwiło mnie to specjalnie. Powiedział, że urodził się dosyć dawno, ale jest synem współczesności. Nic nie odpowiedziałem, skinąłem tylko głową potakująco przyjmując oświadczenie do wiadomości. Potem już tylko słuchałem. Mówił raczej szybko i krótkimi zdaniami. Opowiedział mi fragment swojego życia, właściwie to nawet dnia. Zaczął od pogody. Mówił w czasie teraźniejszym, jakby relacjonował to co się dzieje przed jego oczami.

– Jest grudzień dwa tysiące dziewiętnaście. Na dworze jest minus pięć stopni Celsjusza. W skali Fahrenheita to plus 23 stopnie. Nie! Więcej! Nie! Mniej! Sam już nie wiem – Człowiek Ex przerywa i patrzy w przestrzeń.

– Podsumuję się – zaczyna od nowa. – Jestem człowiekiem-automatem. Lub prawie automatem. Nie mam czasu ani własnej woli. Sterują mną budzik, telefon, radio, telewizor i komputer oraz sygnały, wiadomości i polecenia dochodzące z różnych stron. Zrób to! Zrób tamto! Nie rób tego! Lepiej mnie posłuchaj! Zainteresuj się! Zanotuj! Zapamiętaj! To okropne. Oprócz wymienionych urządzeń polecenia najczęściej wydaje mi rodzina. W nocy nie śpię, tylko czuwam, ale co to za czuwanie, skoro w dzień śpię, bo jestem zmęczony. Najgorsze jest to, że muszę robić kilka rzeczy na raz.

Mężczyzna zatrzymał się na moment, zbierając myśli. Przełykał ślinę, stwarzał wrażenie, jakby coś go męczyło. Po chwili zebrał się w sobie.

Czasem myślę, że oszaleję. Zły nastrój danej chwili szybko mi jednak przechodzi, bo rwą mi się myśli. To dobra rzecz. Zdałem sobie z tego wszystkiego sprawę, dopiero dzisiaj nad ranem, kiedy się obudziłem. Wołałem o pomoc, ale nikt nie przyszedł. Wiem, że potrzebuję silnego bodźca, aby przetrwać, idę więc do kuchni i wyjmuję słoik z kawą. Jest prawie pusty, na dnie jest tylko odrobina. To za mało. Stoję i myślę, co robić. Potrzebuję trochę czasu, bo jak wspomniałem, myśli rwą mi się na strzępy. Postanawiam zaparzyć sobie kawę po turecku, czyli zagotować na wolnym ogniu. Łupię ziarna nożem, staram się robić to jak najciszej, aby nie obudzić nikogo z domowników. A tu nagle słyszę głos z ciemności:

– Co ty tam wyprawiasz? Czy musisz hałasować?

Powstrzymuję się, aby nie wybuchnąć. To ja staram się zachowywać jak najciszej, a tu zwraca mi się głośno i w dodatku obcesowo uwagę! Tłumię w sobie gniew i nastawiam kalarepę na parze. To na śniadanie. Dietetyczka zaleciła mi jeść więcej warzyw. Potem wyjmuję garnek do kawy, wsypuję kawę ze słoiczka oraz pogniecione przeze mnie ziarna i włączam płytę elektryczną. Przerywam pilnowanie po minucie, bo natychmiast muszę iść do toalety. Kiedy wracam, aby dokończyć parzenie kawy, słyszę, jak buzuje woda w garnku z kalarepą. Odrywam się od garnka z kawą, podnoszę pokrywę i żgam kalarepę widelcem, aby sprawdzić, czy nie jest już miękka. Jak widelec trafił do mojej ręki, nie wiem. Kalarepa jest jeszcze twarda. Wracam do kawy. W trakcie pilnowania, czy się już nie gotuje, przypominam sobie, że w maselniczce jest mało masła. Idę do lodówki, wyjmuję kostkę masła i odłupuję kawałek nożem. Kilka skrawków pryska na bok. To mnie wkurza. Chciałbym dać sobie w pysk. W garnku dochodzi kalarepa. Odrywam się od masła, aby wyłączyć prąd pod garnkiem do gotowania na parze. Muszę zdążyć przed godziną dziewiątą, bo nie chcę być przy stole, kiedy pojawi się rodzina.

Człowiek Ex patrzy na mnie uważnie, studiuje moją twarz. Widzę, że mnie ocenia, taksuje mnie wzrokiem. Chyba wypadło to korzystnie, bo kontynuuje jakby uspokojony. Kładzie ręce na udach i wyprostowuje palce. Zauważam, że ma zadbane dłonie i długie palce.

– Co do nerwów, to wkurzam się automatycznie. Chyba dlatego, że mam w głowie różne implanty, kostkę pamięci neuronowej, fragment sztucznej pamięci. To wszystko zainstalowano mi tutaj, w klinice. Miałem problemy z padaczką. Czasem ta cała maszyneria rozmagnesowuje mi się lub coś podobnego. Lekarze nazywają to zapaścią zakłóceniowo-energetyczną. Trudno to wszystko spamiętać, a jeszcze trudniej uporządkować w myśli, bo nerwy mam napięte jak postronki. Nie mam do siebie pretensji, bo sam ich sobie nie napiąłem.

Patrzę na Człowieka Ex z uwagą, zastanawiając się kim on jest. Aktorem? Naukowcem? Muzykiem? Jego słowa przywracają mnie do przytomności.

– W międzyczasie przypominam sobie, że wcześniej w nocy chciałem skoczyć z balkonu. Nie zrobiłem tego wyłącznie z tego powodu, że mieszkam na trzecim piętrze. Spadając, choć ziemia jest twarda jak kamień, tylko bym się połamał, a nie zabił. Jaki jest sens, aby się tylko połamać? – Człowiek Ex zadaje pytanie patrząc mi w oczy.

W nocy nie śpię, bo bolą mnie plecy od długiego siedzenia przy komputerze, goni pęcherz, niepokoją myśli. W nocy często dzwoni do mnie kuzyn, to najbliższa rodzina, cierpi i płacze. Jest niesprawny od czasu, kiedy stracił nogę w wypadku samochodowym. Strasznie się męczy. Jak takiemu nie pomóc? Siedzę przy telefonie i pocieszam go, jak umiem.

– Jak pan sobie radzi, kiedy sam czuje się pan podle? – Pytam ze współczuciem. Pytanie jakby ożywiło mojego rozmówcę.

– Strasznie przeklinam. Rzucam wulgarnymi słowami. Latają po pokoju jak krwawe ochłapy i tylko czekać, jak się psy zbiegną z całej okolicy. Ka mać! Dupa! Do groma! Krwawa Mary! Podaję panu przykłady tylko w miarę przyzwoitych i obyczajnych przekleństw. To nie jest dno, bo mam w mózgu implant, ogranicznik przekleństw. Od czasu do czasu do czasu poddają mnie też hipnozie.

Z gabinetu numer dwadzieścia cztery wychodzi pielęgniarka. Jest młoda, ale niezbyt ładna. Ma na sobie biały fartuch i czerwone lakierki na wysokich obcasach. Nic nie mówi tylko patrzy na mojego towarzysza swoimi sarnimi oczami i on wie, co ma robić. Człowiek Ex mówi:

– Nie mogę więcej z panem rozmawiać. Mam operację. Zaktualizują mi oprzyrządowanie mojej głowy. Profesor powiedział mi, że jest ono jak najnowsze science fiction, połączenie możliwego z niemożliwym. Wierzę mu. Jak wróci pan tutaj w środę, to opowiem resztę mojej historii. A jest czego słuchać.

Człowiek Ex wstaje z krzesła i wchodzi w jasną plamę światła słonecznego padającego z okna. Zauważam lekko połyskliwą, prawie przezroczystą skórę twarzy delikatnie porysowaną błękitnymi żyłkami i popstrzoną brązowymi plamkami, a kiedy odwraca się, aby wejść do gabinetu, także dwie wyraźne blizny po nacięciach skóry za lewym uchem.

0Shares

Galeria handlowa. Opowiadanie fantastyczne.

To drugie z serii krótkich opowiadań.

Wczoraj przeprowadziłem inwentarz folderu „Opowiadania” i okazało się, że mam sporo opowiadań w stanie „rozmamłania” czyli zaczętych i niedokończonych, w zarysie, w formie pomysłu, wstępnej fabuły itp. To mnie zdopingowało, aby skończyć i przedstawić kilka z nich do oceny Czytelników. Mam nadzieję, że przynajmniej niektóre podobają się Państwu.  

Galeria handlowa 

Najczęściej zdarza się to rano. Nagle ogarnia mnie smutek i marnieję. Idę na przykład szeroką aleją Galerii Handlowej Św. Nepomucena, patrona Bóg wie czego, i czuję, że coś jest ze mną nie tak. Odnoszę wrażenie, że klatka piersiowa mi się zapada, wdycham mniej powietrza, kurczę się. W oknie wystawowym widzę wyraźnie, że jestem mniejszy. Wchodzę do sklepu z ubraniami, pożyczam miarę krawiecką i mierzę się. Tak, to ewi. Sam fakt, że używam skrótu „ewi” zamiast „ewidentne” tylko potwierdza, że coś się we mnie psuje, zapada i kurczy. Proszę ekspedienta o pomoc, znowu się mierzę, tym razem wzrost. Mam metr sześćdziesiąt pięć, mój regularny wzrost to metr osiemdziesiąt.

Wiem to doskonale, bo kiedyś na lotnisku w Moskwie oficer paszportowy kazał mi stanąć przy ścianie, gdzie była miara. Długo mi się przyglądał, po czym odwrócił oczy w kierunku paszportu, odczytał tam mój wzrost i znowu patrzył na mnie. Stałem w niespokojnym oczekiwaniu, jaki zapadnie wyrok. Miałem szczęście, wzrost okazał się prawidłowy, ani centymetra więcej, ani mniej.

Niepewny wychodzę ze sklepu na korytarz galerii. Widzę, z naprzeciwka idzie w moim kierunku kobieta, niemłoda już, raczej brzydka i niekształtna. W miarę zbliżania się, pięknieje, staje się pełniejsza, promienieje urodą. Przecieram oczy ze zdumienia; fakt pozostaje faktem.

Dostrzegam szczegóły. Piersi wielkości małych zielonych melonów, tych brazylijskich, od rumby i samby; te lubię najbardziej. Usta ma koloru malin, dojrzałych na słońcu, jędrnych, nic tylko zachwycać się, całować lub jeść. Oczy ma jak migdały; czuję zapach kwitnącego drzewka migdałowego, słodki i zniewalający. Słyszę nawet, jakby w pobliżu brzęczała pszczoła zbierająca nektar. No i biodra kobiety, najprawdziwsza gruszka klapsa, dół obfitszy, zwężający się ku górze, kształty, że paluszki lizać. Myślę, że najlepiej to chyba te marki Lajkonik, dobrze wypieczone. Moja rodzina je lubi. W strumieniu przeżyć zapominam nawet czyje paluszki należałoby lizać, jej czy moje, tak jestem oszołomiony.

Patrzę na siebie ponownie, widzę to wyraźnie, rosnę, mam już ponad metr siedemdziesiąt; nawet nie mierzę, aby sprawdzić. Powiększam się na całym ciele, nie będę wyszczególniać. I tak wiesz o co chodzi, przecież też masz ciało i wrażliwość, a jeśli nie, to żałuj. Ważne jest, aby było młode, jędrne, gotowe dawać i brać miłość, namiętnie i bez zastanowienia.

Zjawiskowa piękna Helena już mnie minęła. Żałuję, że to się dokonało, że już nie mam jej w oczach, nie czuję jej zapachu, ale co robić, taki los, prawo przemijania piękna, nic na to nie poradzę.

Idę dalej. Znowu zaczynam się kurczyć, jestem niższy i węższy, ubranie wisi na mnie jak na strachu na wróble, czuję drżenie chudnących łydek. Zapadam się w sobie.

– To bardzo źle – myślę ze smutkiem. Ale nie załamuję się, bo oto, z naprzeciwka zbliża się inna kobieta. Na pierwszy rzut oka widać, że jest niezwykła, istnie niebiańskie kształty, może nawet piękniejsza od poprzedniej. Pieję z zachwytu. Głupio mi, bo słyszę głos koguta. Pocieszam się, nie jest to nadzwyczajne pocieszenie, że przynajmniej nie jest to głos kapłona. Rosnę i mężnieję, widzę: klata-sześciopak, bicepsy jak góry, łeb jak młot parowy. Czuję w sobie parę, dynamit, ogień, chciałbym komuś przywalić, tak mnie to rozpiera.

Mówię sobie:

– Uspokój się, chłopie, bo eksplodujesz z nadmiaru energii.

I tak jest przez cały dzień. W samotności schnę i marnieję ale na widok kobiety, pięknej kobiety, rosnę. To ciekawe ćwiczenie. Kurczenie się i ekspansja, malenie i wzrastanie, brzuch flaczeje, brzuch napina się. To moja codzienna gimnastyka. Dzięki niej utrzymuję się w doskonałej kondycji plus oczywiście zadowolenie. Żyję. I to jak! Każdemu z was tego życzę.

Mówię to ja, Alberto Cinci, obserwator życia, adorator kobiet i miłośnik galerii handlowych.

0Shares

Poezja katastroficzna. Czy daleka od prawdy?

To wiersz napisany jeszcze przed rokiem 2000, ale bardzo na czasie. Można by powiedzieć, że wybiega do przodu, zwłaszcza jeśli weźmiemy po uwagę potworne pożary niszczące obecnie ogromne połacie wschodniej Australii czy zachodniej części Stanów Zjednoczonych. Wiersz stanowi fragment niepublikowanego jeszcze zbioru „Oniemiałość”.

Człowiek i ptak

Upał. Ziemia płonie.
Popalone twarze, poparzone dłonie.
Uderzenia słońca. Kosmiczny wybuch gazu.
Puls żyły rozrywa. To z ognia nakazu.

Drzewo. Ptak zastygły. Dziób szeroko otwarty
żarem oddycha. Wzrok mgłą niezatarty.
Żyje. W cień spływa i szuka ochłody.
O, mądrości przyrody!

Plaża. Pełnia wolności. Nikt tu nie zapędza.
Przyjdziesz, twoja decyzja. Ignorancji nędza.
Być piękniejszym. Skóra koloru spragniona.
Plamki. Potem melanoma.

Znowu upał. Ziemia płonie i powietrze płonie.
Krew. Popalone twarze, poparzone dłonie.
Jakaś zabójcza zmiana. Jakaś przyczyna nowa.
To przestrzeni nowotwór – dziura ozonowa.

Klimat coraz gorętszy.
Czy to przeciw życiu słońce się sprzysięga?
To człowiek. Jego arogancja.
Atmosferyczny śmietnik. Pociągi dwutlenku węgla.

Ptak. Trwa. W cień spływa i szuka ochłody.
O, mądrości przyrody!
Człowiek. Ozonu destrukcja, słońca eksplozja
i rozpaczy rzeka. O, szaleństwo człowieka!

Wszystkie zdjęcia pokazują pożary buszu australijskiego. 

0Shares

Nienawiść organiczna. Opowiadanie.

Wybaczcie, Drodzy Czytelnicy, że znowu pobłądziłem i nie przygotowałem kolejnego fragmentu powieści „Piramida snów”.  W zastępstwie przedstawiam krótkie opowiadanie. To groteska, bicz na siebie samego. Sam ją napisałem i nie żałuję tego, choć jest ona bolesna jak każde przyznanie się do prawdy. 

Jeśli czytasz tę historię, to czynisz to na swoją odpowiedzialność. „Strzeż się wściekłego psa własnych myśli” – to jest moje ostrzeżenie dla ciebie, ponieważ opowiadanie kryje w sobie dramat.

Mój kolega szkolny, Józek Microsoft, mieszkaniec miasteczka Windows Dziesięć, wielki miłośnik dzikich zwierząt, napisał do mnie list. Był on tak krótki i pełen znaczących szczegółów, że zacytuję go w całości.

„Musisz wiedzieć, że żyrafy to najwyższe ze zwierząt lądowych. Są roślinożerne i żyją na wolności do dwudziestu pięciu lat. Obecnie jest ich najwięcej w Czerwonej Księdze Gatunków Narażonych na Wyginięcie. Dzięki półmetrowemu językowi z łatwością skubią liście z najwyższych drzew. Te smukłe zwierzęta mają bardzo długie języki”

Koniec cytatu.

Z listu zapamiętałem najbardziej przekaz o języku, jego znaczeniu dla ssaka, który musi się przecież odżywiać. To wspomnienie rozbudziło mnie nad ranem niczym kubeł zimnej wody, jaki zwykł fundować pewien kochający ojciec swemu synowi zmożonemu snem narkotycznym. Wstałem. Za oknem darły się koty. Była godzina czwarta czterdzieści pięć. Pokazał mi ją budzik dźwięcznie uderzając wskazówkami o metalową obudowę.

Nie mając nic lepszego do roboty udałem się do łazienki. W cichości kabiny prysznicowej, blatu z głębokim zlewem, spłuczki bielszej niż śnieg oraz nieco ciemniejszej deski klozetowej przyjrzałem się mojemu językowi. Wyglądał niespecjalnie; czerwony i ubożuchny jak koszula ściągnięta z nieboszczyka po dwóch miesiącach zmagania się z wiecznością.

Poczułem do siebie odrazę. Zacząłem nienawidzić własne ciało; nie całe, ale jednak. To było dziwne. Ja, istota intelektualna i wrażliwa, reprezentowana przez lotny umysł i wezbrane uczuciami serce, znienawidziłem moją fizyczność, przede wszystkim bebechy i warstwę tłuszczu na brzuchu, i to wszystko, co sobą reprezentują.

Aby lepiej zrozumieć nowe uczucie, rozebrałem się do naga i przyjrzałem się sobie dokładnie przed lustrem. Zobaczyłem obraz nędzy i rozpaczy.

To wzmocniło moją determinację doprowadzenia nienawiści do końca. Przyniosłem z biurka i rozłożyłem na blacie umywalki zdjęcia najbardziej wrednych przywódców politycznych, angielskich, polskich, rosyjskich, amerykańskich i północnokoreańskich, tych wszystkich zboczeńców i wyuzdańców, rozchełstanych Borysów, krzykliwych Nigelów Faragów, wychudłych Mateuszów, przedwcześnie postarzałych Jarosławów, tłustych Donaldów i zdziwaczałych Ding Dongów. Patrzyłem na ich pryszczate twarze w kontekście własnego znienawidzonego organizmu.

W miarę przyglądania się, czułem się coraz lepiej. Uczucie nienawiści, w odróżnieniu od tego co piszą naukowcy i inni niedorobieni członkowie społeczeństwa, dobrze mi zrobiło. Poszwendałem się jeszcze trochę po łazience, aby docenić szlachetny charakter tej klatki więziennej z prysznicem i toaletą bez okien, i uspokojony wróciłem do łóżka.

Jeśli miałem jeszcze sny, to z pewnością były one kolorowe, ponieważ rano obudziłem się śpiewny niby opity chmielem skowronek; moja głowa spoczywała na poduszce wysłanej tęczą promieni. Myślałem, że to tęcza LGBT, ale nie, to była tęcza promieni słonecznych filtrowanych przez firanki w oknach sypialni.

Była to moja najbardziej udana noc. Nie powiem, że całego życia, bo wszystko jest jeszcze przede mną.

Pozdrawiam serdecznie życząc wszystkiego. Więcej życzyć nie jestem w stanie.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 9: Sen czy rzeczywistość

Wieczorem zadzwonił Wiktor. Zaczął się właśnie dziennik telewizyjny i Sefardi z niechęcią odebrał telefon; zakłócał mu spokojne obejrzenie wiadomości.

– Chciałbym porozmawiać z tobą na temat ostatniego spotkania. Wytłumaczyć moje wcześniejsze opuszczenie waszego towarzystwa.

Sefardi nie miał chęci rozmawiać o tym, nie wypadało mu jednak odmówić, tym bardziej, że Wiktor nalegał. Słuchając go, Sefardi zamknął oczy, aby dla zabicia czasu wyobrażać sobie, jak wygląda rozmówca siedząc przy telefonie. Był w ciepłej kurtce wyjściowej z kapturem w kolorze stłumionej czerwieni, spod której wymykały się niesforne kosmyki siwych włosów. Broda i wąsy były jaśniejsze niż czupryna. Wiktor jedną ręką trzymał słuchawkę przy uchu, w drugiej wyciągniętej przed siebie trzymał metalowy kubek na datki pieniężne. Obydwie dłonie były ukryte w rękawiczkach bez palców.

Nie tylko wygląd Wiktora zaskoczył Sefardiego. Jeszcze bardziej słowa jego tyrady.

– Sprawy nie układają się pomyślnie. Tego głupka w ogóle nie obchodzi, co o nim mówią, byle mówiono głośno, bo publiczna dyskusja odwraca uwagę od jego przekrętów i machinacji. Ciągle wymyśla coś nowego, aby ludzie koncentrowali się na tematach zastępczych, a nie na rosnących cenach, bezrobociu czy służbie zdrowia. Media natychmiast podchwytują i wałkują podrzuconego im szczura, zamiast zajmować się krociowymi dochodami, jakie jego rodzina, przyjaciele i sojusznicy ciągną z lukratywnych stanowisk w urzędach, instytucjach państwowych, fundacjach czy ambasadach w stu pięćdziesięciu krajach. Ten typ wywołuje jedną aferę za drugą. Aby odwrócić od siebie uwagę mnoży zarzuty, oskarżenia i rzuca kalumnie na swoich przeciwników. To prawdziwy fenomen obłudy i kłamstwa. To tylko przykład, jak jest za granicą, bo u nas jest jeszcze gorzej. W jakim kraju my żyjemy!

Sefardi nie mógł wyjść ze zdumienia. Wiktor przemawiał jak wróg partii rządzącej, a przecież był jej gorącym zwolennikiem. Ta dwuznaczność go męczyła. Poczuł nagle, że ktoś szarpie go za ramię. Był to Wiktor. Wyglądał okropnie z zaczerwienioną ze złości twarzą i zwężonymi oczami. Chwilę później miał już ugrzeczniony, przyjazny wygląd. Robił Sefardiemu zarzuty, ale tak, jakby upominał rozbrykane dziecko. Popatrzył na niego uważnie, po czym wydusił z siebie:

– Wybacz. Zapraszasz mnie na kieliszek wina, a potem zasypiasz. Do kitu z takim zaproszeniem. Szarpię cię i szarpię, a ty śpisz jak zabity. Chyba cierpisz na bezsenność albo jesteś wariatem!

Sefardi poczuł znowu bezmierną senność, że coś jest nie w porządku, jakby podano mu środek usypiający. Usiłował sobie przypomnieć, co to było. Skopolamina? Z tym słowem na ustach osuwał się w nieznaną przepaść. Nie czuł strachu, tylko ogromne zdumienie. Slyszał Wiktora jak przez watę.

– Nie mogę dłużej uczestniczyć w tej pasjonującej dyskusji. Muszę już iść, mam jeszcze coś ważnego do załatwienia.

Sefardi nawet nie usiłował przekonać go, aby pozostał. Uznał, że spotkanie poszło w niewłaściwym kierunku, że przekroczył granicę przyzwoitości, choć nie miał tego zamiaru. Bronił się przed tym, lecz senność była silniejsza. Miał żal do Wiktora, że dosypał mu czegoś do kawy, aby wydobyć z niego jakąś tajemnicę, której nie znał. Przyszło mu do głowy, że jest to przyszłość, w której fikcja i rzeczywistość przenikają się nawzajem. Wszystko było pomieszane.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 8: Plac straceń.

Przed pójściem spać Sefardi wrócił pamięcią do spotkania z przyjaciółmi. Nie było zbyt udane. Usiłował bronić się przed tą myślą. Winił siebie za to, że za mało interesował się polityką i nie wiedział, jakie może wywołać emocje. Postanowił to zmienić, a przynajmniej zastanowić się nad tym. W świecie następowały wielkie zmiany, przede wszystkim technologia i poglądy. Czuł, że musi się podciągnąć, włączyć się w nurt przeobrażeń, bo przepadnie.

Była to ciężka noc. Zapadł w jakiś koszmar. Dusiła go własna piżama. Po chwili szarpania się z nią odleciał w miejsce otoczone drutem kolczastym. Był to plac straceń.

Na środku stała wielka gilotyna, wyglądała jak armata. Nad nią było rusztowanie. Miano wykonać wyrok. Odczytano imię i nazwisko skazańca. Słyszał je wyraźnie: Sefardi Baroka. Zadrżał. Ktoś podszedł do niego od tyłu i zaczął wykręcać mu ramiona. Sefardi szarpnął się energicznie. Wtedy zaczęto bić go po twarzy. Zobaczył oprawców; jednym z nich był Wiktor, drugim nieznany mężczyzna w przeciwsłonecznych okularach. Krzyczeli na niego.

– Wraz z zębami wybijemy ci nienawiść do władzy i przewodniczącego. Zrozumiesz, że jednostka jest niczym, władza jest wszystkim, bo pochodzi od Boga, podobnie jak przewodniczący. To nasza gwiazda zaranna i wieczorna. Zapamiętaj sobie te zasady!

Na placu ukazała się czarna tablica z czerwonymi napisami, ułożonymi jeden pod drugim. Wyglądały jak przykazania.

– Nie myśl źle o stosunkach rząd-społeczeństwo-jednostka. Bo i po co?
– Nie traktuj władzy jak zarazy zagrażającej wolności jednostki. To niesłuszne.
– Nie uważaj Przewodniczącego za opresora o dyktatorskich zapędach. To ci nic nie da.

Sefardi nie wiedział, co myśleć. Im bardziej chciał się wyswobodzić, kierowany strachem, co się z nim stanie, tym silniej dusili go strażnicy. Po chwili się uspokoił, bo zobaczył siebie wśród tłumu zgromadzonego na placu. Przemawiał stojąc w pierwszym szeregu. Wielkie drukowane litery wypływały mu z ust. Był to jego głos, co do tego nie miał wątpliwości. Przemawiał głośno i dobitnie.  

– Mówię do was wszystkich i do każdego z osobna. Obywatelu! Wraz z postępem technologii twój rząd coraz skuteczniej kontroluje ciebie i społeczeństwo.

Kiedy skończył, zauważył wysokiego mężczyznę o chłopięcym spojrzeniu. Był to Luka. Na piersiach miał tabliczkę „Właściciel małej firmy informatycznej”. Sefardi poznał go po wysokim wzroście, gniewnych oczach i kilkudniowej ciemnej szczecinie na twarzy.

– Już dziś wszystko jest regulowane przez rząd. Nie ma niczego, co nie podlegałoby kontroli państwa. Nawet drobiazgi, na jakie w ogóle nie zwracamy uwagi.

– Na przykład, co? Wyjaśnij, ty chamie! – Krzyknął zaczepnie Wiktor.

Sefardi przyjrzał mu się dokładnie. Wiktor miał ze sobą broń. Stał w rozkroku, w mundurze majora, z wielkim złotym orderem na piersi. Miał na uszach słuchawki i przypominał rzeźnika.

– Recepta. Mówię o recepcie lekarskiej. – Luka aż się zapienił. – To wy określacie jak ma ona wyglądać. Ja sobie tego nie życzę. Jestem biznesmenem, a nie konowałem, skrybą, bezdusznym urzędnikiem czy sługusem. – Mówca krzyczał i krzyczał. Nie chciał przestać. 

– Decydujecie o najmniejszym szczególne mojego życia, a kiedy chcę o tym mówić, to wy mi tłumaczycie, że tego nie wolno, że robię z tego politykę. Wszystko jest polityką. Decydujecie jak wygląda recepta lekarska, jaką ma treść, pieczątkę, podłużną czy okrągłą, jak długo jest ważna, na jakim papierze, jego rozmiar, czy podpis lekarza ma być zwykły czy też wyraźny z drukowanym imieniem i nazwiskiem. To wy ustalacie wszystko w najmniejszych szczegółach, prawa, przepisy, regulacje. Prowadzenie małej firmy, przepisy ruchu drogowego, transportu, handlu, telewizji publicznej i edukacji. W szkole robicie dzieciom wodę z mózgu. Powiem wam – w oczach Luki zapaliły się ognie – czasem myślę, że powinienem zostać anarchistą, bo jeśli my nie rozwalimy rządu, to on nas rozwali.

Po gwałtownym i nieoczekiwanym wystąpieniu Luki zapadła grobowa cisza. Zamilkła służba więzienna, strażnicy, kat, ludzie z tłumu, z gilotyny przestała kapać krew.

Sefardi obudził się zlany potem. Ręce miał związane na plecach rękawami piżamy jak pacjent szpitala psychiatrycznego. Z trudem się rozplątał. W głowie słyszał wciąż jedno zdanie, że wraz z postępem technologii rząd coraz skuteczniej kontroluje jednostkę i społeczeństwo. Był to fragment jego snu. Zrozumiał, że jest to także rzeczywistość.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 7: Teoria spiskowa

Pomieszanie snów z rzeczywistością obudziło w Sefardim czujność. Coś nieokreślonego zaczęło go niepokoić. Kiedy Izabela przyniosła mu kawę do gabinetu, powiedział jej o swoich odczuciach. Pomyślał, że ze swoją kobiecą trzeźwością, zrozumie go i pocieszy w jakiś sposób. Poprosiła go o bliższe wytłumaczenie, jak to się objawia.

– To trudne do określenia poczucie niebezpieczeństwa. Mam wrażenie, jakby wisiało w powietrzu. Nic konkretnego, co rzucałoby się w oczy podobnie jak filiżanka gorącej kawy na stoliku czy rozkrzyczany berbeć na ulicy. Odbieram to jako rodzaj sekretnych sygnałów atakujących świadomość, że zbliża się coś niepokojącego.

Isabela zareagowała w sposób, jaki powinien był przewidzieć. Miał do siebie pretensję o naiwność.

– Pan to ma pomysły, don Sefardi. Najpierw starszy mnie pan zagrożeniem, wyglądającym równie poważnie jak wypadek na autostradzie z udziałem ciężarówki wpadającej czołowo na pana, potem robi pan porównanie z filiżanką gorącej kawy i dzieckiem, które w dodatku nazywa pan berbeciem, co obraża uczucia każdej matki. Może tym zagrożeniem jest ta gorąca kawa? Gdyby filiżanka przewróciła się, to uległ by pan poparzeniu!

Sefardi nazwał ją w duchu głupią babą i pomyślał, że coś ciężkiego upadło jej na głowę. Stracił nagle chęć rozmowy.

Dzisiaj, droga pani Izabelo, nie jest pani w sosie, nie mam wiec potrzeby kontynuować naszej rzeczowej dyskusji. Nie czekając, aż gosposia sama wyjdzie gabinetu, odwrócił się do niej plecami, pozostawiając ją w niemym zaskoczeniu.

Kiedy następnym razem Izabela przyniosła mu kawę, zagadała pojednawczo, że czasem człowiek czuje się nie najlepiej. Sefardi zrozumiał to jako propozycję ugody.

– Chyba ma pani rację. Dziękuję za kawę. Jest doskonała. Robi pani dobrą kawę, mocną, gorącą i aromatyczną. Mówiłem memu przyjacielowi Luce, że nikt nie jest w stanie wycisnąć z maszyny tak dobrej kawy jak pani.

– Dziękuję panu, don Sefardi. Jest pan przyzwoitym człowiekiem. Każdy się czasem wygłupi i chlapnie coś dziwnego. Podobnie jak panu mnie też to się zdarza.

Uśmiechnęli się do siebie. Izabela wyciągnęła z bocznej kieszeni fartucha kolorową szmatkę i zaczęła ścierać biurko z kurzu, który nie zdążył jeszcze pojawić się od poprzedniego sprzątania.

*****

Sygnały o nieokreślonym niebezpieczeństwie nie były wymysłem bujnej wyobraźni Sefardiego. Pierwszy pojawił się w trakcie spotkania towarzyskiego.

Z przyjaciółmi Sefardi spotykał się nie za często, ale dość regularnie, co najmniej kilka razy w roku. Przeważnie zapraszał ich do swojego domu. Miał do tego odpowiednie warunki: gabinet o ścianach w kolorze bordo stymulującym myślenie, pokój gościnny, gdzie w odosobnieniu można było spokojnie porozmawiać, duży słoneczny salon, w którym towarzystwo spotykało się najczęściej, w końcu cienisty ogród osłonięty od ulicy siatką metalową i żywopłotem. Spokojna dzielnica dawała dodatkowe poczucie prywatności i bezpieczeństwa.

Zaproszenie przyjęło dziesięć osób, sami mężczyźni, najbliżsi przyjaciele Sefardiego. Dwaj z nich, Luka Mancini i Ernesto Lampedusa, przyjechali z żonami. Rozmowa toczyła się o wszystkim i o niczym, o zbliżającym się długim weekendzie, pogodzie, rosnących cenach artykułów codziennego użytku, dzieciach i pracy. Zaczęło się od teorii spiskowej.

Ktoś użył tego określenia i podał przykład, ktoś potraktował to jako żart, nazwał teorię głupotą, dodając komentarz. Sefardi wybuchł śmiechem, podobnie jak i dwie inne osoby. Wywołało to reakcję. Wiktor, kierownik działu w urzędzie państwowym, serdeczny przyjaciel Sefardiego od dzieciństwa, zaprotestował.

– Teorie spiskowe to nie jest temat do żartów. Nigdy nie słyszeliście o żadnym spisku? Większość rewolucji była wynikiem spisku. Mogę podać przykłady.

Towarzystwo było po kilku kieliszkach, wywiązała się głośna sprzeczka. Pierwszy przeciwstawił się Wiktorowi Luka.

– Chyba robi to dlatego, że go nie lubi. Spotkali się u mnie po raz pierwszy w życiu i wyraźnie nie przypadli sobie do gustu. To dziwne, bo Luka to bardzo spokojny człowiek. Nigdy nie słyszałem, aby podniósł glos. – Sefardi nie miał czasu na dalsze myślenie; był gospodarzem i czuł się w obowiązku uspokoić towarzystwo.

Awantura została zażegnana, pozostawiając tylko niesmak. Był jednak i pozytywny efekt. Uczestnicy dyskusji zgodzili się, że sprawy władzy i zarządzania państwem należy brać poważnie, nawet jeśli jest w nich coś śmiesznego.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 6: Wieża Babel

Pogmatwane sny coraz bardziej męczyły Sefardiego. Odradzały się w piętrowym układzie, wrzuconym w tryby automatycznego mechanizmu powtórzeń. Był to właściwie jeden sen powielany wedle coraz bardziej skomplikowanego scenariusza, z coraz większą ilością niedopowiedzeń i dwuznaczności. Jego pałac miał teraz więcej pokoi, nowe wnętrza, wielkie łoże z baldachimem zmieniało kształt i miejsce położenia, Rolls Royce był jeszcze bardziej wyciszony, bardziej luksusowy i bogatszy w kolorze. Niezmieniony pozostał tylko wzór snu, składniki i kolejność zdarzeń. Znużony powtarzalnością i rosnącą komplikacją snu Sefardi zadawał sobie pytania:

– Po co ja śnię? Czemu to ma służyć?

W mocy snów tkwił jakiś absurd do kwadratu. Sefardi postanowił zmienić bieg wydarzeń; programował się w ciągu dnia powtarzając hasło, jakie sobie wymyślił.

Następnym razem, kiedy znalazł się w pałacu, nie dał się sprowokować uprzejmemu przypomnieniu szofera, że na podjeździe czeka na niego Rolls Royce, aby jak zwykle zabrać go na przejażdżkę. Odprawiwszy szofera, Sefardi podszedł do drabiny prowadzącej do nieba i zaczął się wspinać motywowany potrzebą zmiany scenariusza zdarzeń. Po niezbyt długiej wspinaczce drabina skończyła się; pojawiły się schody szerokie jak wiejska droga, pnące się ukośnie w górę przy ścianie nie znanej mu budowli wyglądającej jak masywna wieża.

Przypominałaby ona blok skalny, gdyby nie to, że wykonano ją z cegieł i małych bloków kamienia, zdobnych płytkimi reliefami przedstawiającymi drapieżne zwierzęta, głównie lwy, oraz konie. W ścianie pojawiały się co jakiś czas bramy; były to tylko atrapy, zamurowane lub zabudowane obciosanymi balami drewna. Sefardi nie miał czasu przyjrzeć im się bliżej; musiał uważać na mijających i wyprzedzających go ludzi pieszych, konnych i prowadzących wozy osadzone na wielkich skrzypiących kołach. Większość piechurów nosiła zmierzwione brody o barwie przybrudzonej miedzi oraz skołtunione włosy przypominające perukę gęsto poskręcanych loków. Ich ubiorem były gęsto tkane tuniki przypominające krótkie płaszcze, przylegające do ciała, wykonane z lejącej się materii. Gołe stopy mężczyzn chroniły solidne sandały, nad którymi widoczne były masywne łydki. Wszyscy poruszali się nie rozglądając się na boki, z zamglonym wzrokiem, jak automaty lub somnambulicy.

Kiedy Sefardi zastanawiał się nad niezwykłością wieży, ogarnęło go przeczucie, jakby kiedyś ją widział rozpadającą się w gruzy w ogniu piorunów. Było to tak mocne, że zaczął przyglądać się ceglano-kamiennej ścianie, szukając śladów ognia dla potwierdzenia, że wydarzenie naprawdę miało miejsce. Wobec braku dowodów uznał, że miał przywidzenie albo też wieżę zrekonstruowano.

Wkrótce dotarł do miejsca, gdzie w murze wykute było przejście do środka wieży. Po obydwu stronach wyłożono je niebieskimi płytkami z wizerunkami lwów o złowieszczo otwartych paszczach i groźnie uniesionych ogonach. Sefardi wszedł do środka i rozejrzał się. Rozpoznał ją natychmiast. Była to Wieża Babel, dobrze mu znana z obrazu Petera Breughla Starszego, tylko bardziej majestatyczna. Sefardi poczuł przyśpieszone bicie serca. Wieża była ostatnim, najwyższym piętrem jego piramidy. Wyżej był tylko bezmiar przezroczystego błękitu, przez który nawet w świetle słońca przebijały się odległe gwiazdy. 

Sefardi ruszył przed siebie, w wielki i zróżnicowany tłum dziwnych postaci. Nie miał chęci wracać; odzyskał wigor i chęci odkrywania świata. Postanowił pozostać tam tak długo, dopóki się nie znuży. Widział tak różne stroje, jakby pochodziły ze wszystkich stron świata i ze wszystkich epok historycznych, zupełnie jak w teatrze. Zatrzymywał się przy straganach z warzywami, owocami i wyrobami rzemieślniczymi, zadawał pytania, podchodził do grupek ludzi i włączał się w ich rozmowy, starając się jak najwięcej zobaczyć, usłyszeć i zapamiętać.

Nie od razu spostrzegł, że ich nie rozumie, ani oni jego. Poruszali się, gestykulowali, coś mówili; w istocie rzeczy otwierali tylko usta, przypominając somnambulików zatopionych w milczeniu. Sefardi zdał sobie sprawę, że żyje we współczesności, podczas gdy oni tkwili w przeszłości, w odległych czasach, stąd ich niezwykłe zachowanie i niemożliwość porozumienia się. Pomyślał, że ich ożywione twarze i sylwetki świadczą o używaniu narkotyków lub substancji halucynogennych.

Budząc się, Sefardi omalże nie spadł z łóżka. Stawiał nogę na ostatnim szczeblu drabiny, kiedy nagle zniknął mu z oczu. Resztki jego snu opadały na podłogę wiotkimi kłaczkami nie pozostawiając śladu po sobie. Sefardi pomyślał, że nie przeżył sugestywnego obrazu przeszłości, ale lustrzane odbicie przyszłości, rodzaj wizji, wyobrażenia nadchodzących zmian. Natychmiast zauważył podobieństwo między ludźmi z Wieży Babel i z otaczającej go teraźniejszości, z której wyłaniała się już przyszłość: ten sam zamglony wyraz twarzy, niewidzące spojrzenia, smartfony i tablety zastępujące amulety i talizmany, ten sam pośpiech i zagubienie w tłumie, mijanie się bez pozdrowienia, pęd ku nieokreślonemu celowi. Zdał sobie sprawę, jak wielu obywateli nie radzi sobie z rzeczywistością, z masowym przepływem informacji, niepewnością, niezdolnością oddzielenia prawdy od tysięcy drobnych kłamstw, jakimi wypełniona była sieć międzyludzkich kontaktów i powiązań. Atakowani przez dwuznaczne szczegóły, informacje i sygnały, ludzie bronili się zażywając leki, narkotyki, mówiąc dziwnym językiem, wtrącając obce słowa i przekleństwa, oraz zachowując się i ubierając się tak, aby zamaskować ucieczkę od rzeczywistości wymykającej się ich rozumieniu.

– Wieża Babel, jaką widziałem, to świat przyszłości, rodzący się na naszych oczach. Rzecz w tym, że w nawale spraw i zdarzeń nie zauważyliśmy tego jeszcze. Przyszłość jest naszym największym wyzwaniem. Nie to, co już złego się stało, z nami, z przyrodą, z atmosferą, ze zwierzętami, ale właśnie przyszłość. Czarno to widzę. – Zapisał w notatniku, dodając kilka szczegółów poczynionych obserwacji.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 5

Sefardi spróbował rozjaśnić swoje problemy w rozmowie z Wiktorem. Liczył na niego. Znał go od dzieciństwa i miał do niego zaufanie. Mieszkali w sąsiedztwie, razem bawili się, grali w piłkę, chodzili do kina i nad rzekę, do lasu na grzyby i jagody. Byli serdecznymi przyjaciółmi. Wiktor był młodszy od Sefardiego, ale rozumieli się doskonale. Przez kilka lat pracował w policji kryminalnej; wyniósł z tej pracy nietypowe nawyki. Stał się pasjonatem dociekania prawdy, zwłaszcza jeśli w zdarzeniach czy historii, jaką się zajmował, była dwuznaczność lub zagmatwanie. Lubił zagadki i tajemnice. Był dobrym obserwatorem, umiejącym wyłuskać ziarno prawdy z kilograma pozorów, oddzielić rzeczy istotne od nieistotnych.

Zaprosił Wiktora do siebie. Po wypiciu kawy wzmocnionej odrobiną brandy, wyłuszczył swoje niepokoje związane z dziwacznymi snami.

Wypowiedź Wiktora zaskoczyła Sefardiego.

– Ludzie jako gatunek to istoty niedorozwinięte mimo wysokiego poziomu indywidualnej inteligencji. Są mądrzejsi od małp, a równocześnie od nich głupsi. Albo, nie obrażając nikogo, bardziej prymitywni. Małpa nawet we śnie nie robi niczego, co nie ma natychmiastowej i znaczącej wartości.

Opinia wydała mu się czymś na wyrost, dziwacznym uogólnieniem tematu snów. Nie zraził się tym, wiedział, że przyjaciel ma dziwne sposoby dochodzenia do sedna sprawy.

Wywód trwał dłużej.

– Nadążasz za mną? – zapytał Wiktor po jakimś czasie.

Sefardi uznał to za niemiłą formę prowadzenia konwersacji. Kiedy przytaknął, że rozumie, Wiktor kontynuował.

– Księgowa musi szukać dwóch złotych, które nie zgadzają jej się w podsumowaniu kolumn i rzędów liczb. Robi to przez pół godziny, w końcu znajduje błąd. To działanie jest bez sensu, bo koszt jej pracy to osiemdziesiąt złotych dla firmy, a wartość błędu to tylko dwa złote. Która małpa, niby głupsze od nas zwierzę, usiłowałaby coś takiego zrobić?

– Zwykła czy człekokształtna? – spytał Sefardi rozdrażniony dziwacznym porównaniem. Wiktor popatrzył na niego niewidzącym wzrokiem i zignorował pytanie. 

Rozmowa nie kleiła im się. Sefardi nie dostrzegł w niej oczekiwanej pomocy, choćby nawet częściowo użytecznej sugestii, domniemania czy wskazówki. Zdecydował się przejąć inicjatywę. Podszedł do białej tablicy stojącej na sztaludze w rogu gabinetu i napisał dużymi literami „Moje dziwaczne sny pojawiają się jako odpowiedź na” a następnie wypunktował: „Jakąś ważną własną potrzebę, uświadomioną lub nie”. Ta teza najbardziej trzyma się kupy – dodał bez większego przekonania, po czym dopisał drugą sugestię „Cudzą potrzebę, którą mój umysł stara się zaspokoić przez sen”, dodając tytułem wyjaśnienia:

– To może mieć miejsce na przykład wtedy, kiedy ktoś ważny dla mnie ma problem, a ja chciałbym pomóc mu znajdując we śnie rozwiązanie. W tej sytuacji jego potrzeba staje się moją potrzebą.

Myślał jeszcze o innych opcjach, że ktoś manipuluje nim z zewnątrz, stosując hipnozę, że może cierpi na zaburzenia świadomości, w końcu, że ktoś ćwiczy na nim zaawansowaną technikę programowania ludzi, prowadząc niezrozumiały dla niego eksperyment. Nie podzielił się tymi myślami z Wiktorem; uznał to za niepotrzebne.

– Nie będę robić z siebie idioty – to milczące podsumowanie zakończyło jego wahania.

Spotkanie z Wiktorem nie przyniosło rozwiązania ani choćby podpowiedzi, w jakim iść kierunku. Sefardi postanowił zapisywać i analizować wszystkie swoje sny w oczekiwaniu, że w końcu znajdzie jakiś znak, odkryje jakąś prawidłowość, które mu wyjaśnią, co się z nim dzieje.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 4

Myśl o tym, że ktoś odwiedzał Irenę pod nieobecność jej męża, prześladowała Sefardiego. Był świadomy, że to, co powiedział w obecności jej męża, było kłamstwem od początku do końca, ponieważ kobieta, która otworzyła drzwi mężczyźnie, to nie była Irena.

– Dlaczego ja to zrobiłem? – Kiedy zadał sobie to pytanie po raz kolejny, zstąpiło na niego objawienie.

Podświadomie chciał jej rozwodu. Marzył, aby się rozwiodła, ponieważ jej pragnął. Zawsze mu się podobała; kiedykolwiek ją widział, żądza ogarniała jego duszę i paliła ciało.

Rozwód Ireny nastąpił po kilku miesiącach. Kiedy były mąż wyprowadził się z mieszkania, Sefardi dwa razy rozmawiał z nią. Rozmowy wydały mu się dziwne; mało interesujące, bez polotu, nie to, czego oczekiwał. Namiętne, skrywane uczucie do Ireny wyparowało, sam nie wiedział kiedy i jak. Nie czynił sobie z tego powodu wyrzutów, ani z powodu doprowadzenia do rozpadu jej małżeństwa; uznał, że kompletnie nie pasują do siebie.

*****

Po incydencie z rozwodem, Sefardi prowadził życie, które jemu samemu wydawało się coraz dziwniejsze. Mimo sprawności fizycznej, zdarzały mu się częściej chwile niepohamowanej senności. Prowadząc samochód, zasypiał nagle na środku drogi w największym nawet ruchu, kiedy uwaga jest najbardziej napięta. Na szczęście były to mikro sny, trwające kilka sekund, po których budził się w nagłym przerażeniu. Raz nieomal utonął w basenie kąpielowym; z trudem utrzymał głowę nad powierzchnią, płynąc do drabinki wyjściowej. Innym razem wjechał na betonowy słup podtrzymujący strop w podziemnym garażu.

Mimo jawnych niedomagań z trudem zdecydował się, aby udać się do lekarza. Poddał się wielu badaniom, nie przyniosły one jednak nic konkretnego. Mogło być wiele przyczyn jego problemów. Żadna z nich nie tłumaczyła przekonująco sytuacji.

Myślał wtedy, że organizm ludzki jest tworem najbardziej skomplikowanym na ziemi. Swoimi myślami i przypuszczeniami nie dzielił się z nikim. Wiedział, jaka będzie reakcja. Będą go dopingować i dawać rady.

– Napij się mocnej kawy!

– Weź się uczciwie do roboty, to ci przejdzie!

– Nie marudź! Myślisz tylko o sobie. Nie ty jeden masz problemy.

Były to zachęty najczęściej przyjazne, rzadko kiedy uszczypliwe, w sumie jednak głupie i bez polotu, bo większość proponowanych rozwiązań już wcześniej sprawdził.

Co go trapiło najbardziej, to poczucie, jakby ktoś nim manipulował, jakby jego sen nie należał do niego, był czymś obcym w jego głowie, szalejąc tam niby rozbrykany źrebak, który nie wie, co ze sobą zrobić. Będąc człowiekiem raczej zamkniętym, otwierał się tylko wtedy, kiedy napotkał kogoś intrygującego, kto mniej mówił, a więcej słuchał zadając mu od czasu do czasu jakieś niebanalne pytanie. To go uruchamiało.

Po nieudanych wizytach i badaniach zleconych przez specjalistów, sam zaczął dociekać, co mu dolega, notować fakty, analizować, dochodzić do wniosków. Po kilku tygodniach zauważył, że – mniej więcej od trzydziestego roku życia – jego senność pozostała taka sama, ale zmienił się przebieg i treść jego snów. Stały się dziksze, zaskakujące, bardziej intensywne, nieprzewidywalne. To była jego pierwsza obserwacja. Druga była taka, zjawiła się nieco później, że sny powtarzają się, jakby się zapętliły w pewnym wzorze.

0Shares

Prezentacja „Kreatywność w starszym wieku”

Dnia 19.11.2019 o godzinie 18.30 będę mieć prezentację na powyższy temat w Bibliotece Publicznej na Ulicy Wyrobka 5A (Biblioteka Morena) w dzielnicy Gdańsk Piecki-Migowo.

Prezentację tę planuję także w innych filiach biblioteki publicznej w Gdańsku. 

Cytat z  książki Antoniego Kępińskiego „Rytm życia”:

„Podobnie jak jesień może być najpiękniejszą porą roku, tak i starość może być najlepszym okresem życia, w którym osiąga się życiową mądrość i czuje prawdziwy smak życia, a to, co się w ciągu życia przeżyło, daje poczucie rzetelnego dzieła. Bywają jednak jesienie słotne i bezowocne i starość też jałowa, bolesna, a nawet tragiczna być może.

Jest to spotkanie na temat, jak być osobą aktywną kreatywną, twórczą, o udanym starzeniu się, uczestnictwie w tym, co nas rozwija, wzbogaca, zapewnia dobre samopoczucie, sprawia nam przyjemność, podnosi naszą wartość we własnych i cudzych oczach, pozwala zapomnieć o ograniczeniach i problemach, ułatwia ich pokonywanie.

Definicja: Kreatywność można określić jako zdolność tworzenia (i odtwarzania) oryginalnych, nowatorskich, użytecznych idei i rzeczy. Odnosi się nie tylko do działalności artystycznej, ale także do rozwiązywania problemów, adaptacji, samoekspresji. Kreatywność to zdolność myślenia i postępowania odmiennego od konwencjonalnego, typowego, zwyczajowego.

Obszary kreatywności: aktor, autor piosenek, choreograf, dyrygent, kompozytor, malarz, muzyk, piosenkarz, pisarz, poeta, producent telewizyjny, promotor kultury, reżyser filmowy, twórca programów tv, rzeźbiarz, tancerz, dziennikarz, wydawca książek.

Znaczenie kreatywności w życiu starszych ludzi:

  1. Ułatwia interakcję społeczną, kontakty z otoczeniem
  2. Zwiększa naszą zdolność poznawczą – pobudza intelektualnie, emocjonalnie
  3. Zwiększa poczucie własnej wartości
  4. Jest mechanizmem dostosowawczym. Ułatwia dostosowywanie się do zmian, radzenia sobie z wyzwaniami codziennego życia. 

Przykłady twórczej aktywności w starszym wieku

  • Leonardo da Vinci, obrazy: Mona Lisa 51 lat, Autoportret 60 lat, Jan Chrzciciel 61 lat, Bachus 63 lata, rzeźba koń i wojownik 67 lat. 7000 stron notatników z rysunkami, szkicami naukowymi i notatkami.
  • Michelangelo (Michał Anioł): malarstwo, rzeźba, poezja, architektura. Sąd Ostateczny (Kaplica Sykstyńska) 66 lat, rzeźby Pieta Rondanini 89 lat, Pieta Florencka 78 lat. 
  • Carmen Herrera, malarka, pierwszy obraz sprzedała w 81 lat, ostatnio wystawa w Whitney Museum of Art (wiek 101 lat).
  • Paul Cézanne, impresjonista, żył 67 lat, malował całe życie: Gracze w karty (57 lat), Wielkie kąpiące się (67 lat)
  • Grandma Moses, żyła 101 lat, poważnie zaczęła karierę malarską w wieku 78 lat.
0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 3

Kolejnego dnia, była to sobota z niebem zaciągniętym szarymi chmurami, Sefardi zjadł śniadanie wcześniej niż zazwyczaj. Był to skromny posiłek: sałatka z cienko krojonego pomidora z dodatkiem cebuli i pestek dyni, lekko posolona, plus dwie kromki chleba z masłem. Była to kara za późne i zbyt obfite jedzenie poprzedniego wieczora.

Wkrótce poczuł nagłą senność. Nie bronił się przed nią; miał źle przespaną noc, po ciemku długo chodził po mieszkaniu. Zamknął uchylone okno i położył się na brzuchu na tapczanie. Spał wyjątkowo długo. Dopiero kiedy był już bliski przebudzenia, naszedł go sen. Śniło mu się, że spaceruje po ogrodzie swojej posiadłości w Oricono. Pierwszy raz słyszał tę nazwę; podobała mu się. Brzmiała egzotycznie, wzmacniała baśniową atmosferę, która otaczała ogród. Kiedy dotarł do jego krawędzi, drogę zamknął mu mur porośnięty pnącymi roślinami. Skojarzał mu się ze Ścianą Płaczu w Jerozolimie, prawdopodobnie dlatego, że było bardzo ciepło, a otwarty fragment muru przypominał kamienne bloki historycznej ściany.

Po prawej stronie Sefardi zauważył drabinę. Stała oparta o mur i wydawała się niezbyt wysoka. Nie było widać jak daleko sięga, ponieważ jej koniec zasłaniały liście i kwiaty pnącej się w górę rośliny. Kwiaty miały kształt dużych, niebieskich kielichów, postrzępionych na końcach. Sefardi zbliżył się i powąchał jeden z nich; zapach był wyczuwalny, półsłodki i duszący. Wciągnął powietrze w płuca kilka razy, aby go zapamiętać.

Nie zwlekając podjął wspinaczkę po drabinie, odkrywając wciąż nowe stopnie. W pewnym momencie poczuł strach, nie śmiał jednak spojrzeć w dół; bał się wysokości i nagłego zawrotu głowy. Kiedyś wchodził po stalowych prętach na szczyt wielkiego eukaliptusa, skąd obserwowano pożary lasów. Doszedł tylko do połowy drzewa i wrócił; pozostały mu niedobre wspomnienia.

Kiedy to sobie przypomniał, nie patrząc w dół zszedł na ziemię. Oddalił się kilka kroków od drabiny, aby ocenić, jak naprawdę jest ona długa. Widok zaskoczył go; po jej prawej stronie stało kilka innych drabin, wyglądały jakby były namalowane, przypominając szerokie słupy z nacięciami albo schody. Przyglądał im się, w końcu wybrał jedną z nich i podszedł bliżej. Był to obraz drabiny prowadzącej do nieba. Szczegóły podawała znajdująca się obok mosiężna tabliczka: „Ladder of Divine Ascent, Saint Catherine Monastery, Mount Sinai, Egypt, XII century. Obraz był kolorowy i bardzo sugestywny.

Kiedy Sefardi przeglądał się postaciom wspinającym się po drabinie, znikały po kolei jakby ustępując mu prawa pierwszeństwa do skorzystania z niej. Im wyżej wchodził, tym ciekawszy roztaczał się z niej widok. Na wysokości kilkunastu metrów – oceniał odległość spoglądając w dół – zobaczył budynek stojący przed oknami jego mieszkania na osiedlu Oaza, gdzie mieszkał od sześciu lat. Przed drzwiami do klatki schodowej stał mężczyzna. Po chwili drzwi się otworzyły i ukazała się szczupła i blada twarz kobiety, okolona czarnymi kręcącymi się włosami. Sefardi poznał ją od razu; była to sprzedawczyni sklepu obuwniczego z pobliskiego centrum handlowego. Znał dobrze z widzenia ją i jej męża. Wiedział nawet, jak ma na imię: Irena. Kobieta rozejrzała się na boki sprawdzając, czy nikt nie patrzy i wciągnęła mężczyznę do środka. Sefardi był przekonany, że byli kochankami, że zaprosiła gacha do siebie pod nieobecność męża. Był zdziwiony, bo małżeństwo wydawało mu się bardzo przykładne, mieli dwójkę dzieci i często razem wyjeżdżali rowerami na wycieczkę.

Kilka dni później zobaczył ją na osiedlu, razem z mężem i dziećmi. Wyszli na spacer. Zatrzymał się, aby ich pozdrowić i zamienić kilka słów. Sam nie wiedział dlaczego wyznał nagle, kłamiąc częściowo:

– Proszę sobie wyobrazić, że widziałem panią we śnie, w minioną sobotę, około godziny dziesiątej rano. Bylem na drabinie w ogrodzie mojego pałacu w Oricono i widziałem, jak otworzyła pani drzwi mężczyźnie. Widziałem go tylko z tyłu. Pomyślałem, że to pani mąż, że zapomniał lub zgubił klucz, i pani wyszła, aby otworzyć mu drzwi, bo prawdopodobnie nie było prądu i nie można było wejść używając kodu.

Kobieta zmieszała się, mąż popatrzył na nią zdezorientowany. Przyciszonym głosem wymienili kilka zdań ze sobą. Po chwili przeprosili Sefardiego, wymawiając się, że bardzo się spieszą.

Jakiś czas później doszła do Sefardiego wieść, że się rozwodzą. Pomyślał wtedy, był nawet pewny, że sen ukazał mu rzeczywistość, że był to sen proroczy, który w jakiś niesamowity sposób ubiegł zdarzenia z życia dwojga ludzi, których znał. To tylko potwierdziło jego wcześniejsze przypuszczenia, że czasem śniło mu się coś, o czym później dowiadywał się, że była to rzeczywistość a nie sen.

– To chyba działa w obydwie strony – pomyślał. – We śnie widzę to, co się dopiero zdarzy, albo coś, co się już zdarzyło, lecz potwierdza się dopiero później w rzeczywistości.

Drabina do nieba, która wedle Biblii śniła się Świętemu Jakubowi, utkwiła Sefardiemu w głowie niby gwóźdź wbity w twardą deskę. Szukał informacji o niej w kilku źródłach. Im więcej czytał, tym bardziej go niepokoiła. Postanowił zdać się na rozwój wydarzeń, zobaczyć, czy jego sny będą nadal się sprawdzać. Czuł się jak medium spirytystyczne; było mu z tym głupio. Lekarka domowa, która go odwiedziła w domu, kiedy się poważnie przeziębił, zasugerowała mu, że jego niezwykle sugestywny, kolorowy sen mógł być efektem farmaceutyków, jakie mu wcześniej zapisała. Nie uwierzył w to, bo nigdy go nie ostrzegała o takiej możliwości. Pomyślał tylko, że być może podziałał na niego zapach niebieskich kwiatów.

Przekraczanie granicy snu i rzeczywistości, jawy i snu, był dla niego zapowiedzią przyszłości, która zaczęła odkrywać swoje tajemnice. Myślał o kombinacji różnych zjawisk: ludzkich pragnień i namiętności, manipulacji społecznej, narastających zaburzeń psychicznych widocznych także u dzieci, stresu, postępów inżynierii genetycznej i sztucznej inteligencji oraz wpływu urządzeń elektronicznych na człowieka. Ten niezwykły świat wciągał go, niepokoił a zarazem intrygował.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 2

Obudziłem się z poczuciem niezwykłości wyobrażeń i przeżyć piramidy snów. Była to prawdziwa ekwilibrystyka. Czułem się wspaniale uczestnicząc w tańcu przechodzenia ze skromnej sypialni do arystokratycznego pałacu, a stamtąd do luksusowego Rolls-Royce’a, którym odbyłem podróż do British Museum w Londynie. Stałem przed tym monumentalnym pomnikiem przeszłości, zapomnianych bogów, wielkich zwycięstw i porażek, miłości jak i szczątków prehistorycznych zwierząt. Było to sanktuarium historii cywilizacji, pełne eksponatów nie z tej ziemi, o jakich marzy każdy wrażliwy naród.

Zanim przebudziłem się, zdążyłem jeszcze powiedzieć otaczającym mnie ludziom „Przekażmy sobie znak pokoju”. Ten przekaz i symbol uspokojenia był dla mnie ważniejszy niż nawet bogactwo salonów, mebli, obrazów, samochodów, pałaców i setek innych akcesoriów mojego bogactwa.

*****

Sny się powtarzały. Wciąż przeżywałem tę samą rzeczywistość, zmieniały się tylko szczegóły. Stawało się to coraz bardziej męczące. Nie dość, że leżałem bezczynnie pierwszą część nocy z otwartymi oczami, to ogarniające mnie potem sny przynosiły mi coraz mniej ulgi, nabierając niezwykłej intensywności, barw i mocy. Nadal prowadziłem życie szalonego, ekstrawaganckiego arystokraty. Mój pałac, a właściwie pałace, były coraz większe, posiadłości coraz rozleglejsze. Dysponowałem hordą psów myśliwskich, stadniną szlachetnych koni arabskich, obrazami wybitnych mistrzów malarstwa. Korzystałem też z rozkoszy stołu i łoża, przy których historie Kamasutry przypominają smutny, czarnobiały komiks. Pewnego razu, po całonocnym przyjęciu, wziąłem udział w polowaniu na lisa. Oprócz trzech lisów i niezliczonej ilości innej zwierzyny, zastrzeliłem jednego naganiacza i ciężko raniłem innego. Pamiętam krwawiącą ranę jego klatki piersiowej.

Były to czyny haniebne, pozostawiające na dnie duszy czarny, żrący osad, ale miałem takie pieniądze, że bez trudu wypłaciłem się rodzinom ofiar. W dodatku, mój ukochany Rolls Royce przybierał – nie wiem dlaczego – coraz bardziej jadowity kolor. Ja sam też stałem się chyba antypatyczny, ponieważ ludzie odwracali wzrok od samochodu i ode mnie; rujnowało to moje poczucie własnej wartości.

– Co mi z tego, że opływam w luksusie, jeśli nikt tego nie docenia – wyrzucałem sobie, coraz mniej ceniąc piękno otoczenia, delikatność bielizny osobistej, finezję sztuki, elegancję wnętrza Rolls Royce’a i uspokajający pomruk jego silnika. Jazda coraz mniej mnie upajała, nawet osobiste prowadzenie wozu, kiedy posadziwszy z boku szofera ujmowałem kierownicę w ręce. Jedyną przyjemnością, jaką wówczas odczuwałem, samobójczo pokonując zakręty, był widok jego przerażonej twarzy i ust rozpaczliwie chwytających powietrze. Sprawiało mi to perwersyjną przyjemność, typową dla ludzi obdarzonych niezmiernym bogactwem, wolnością i luzem bycia sobą, wiedzących, że płazem ujdą im największe ekstrawagancje.

Wkrótce nabyłem najnowszy zegarek Patka, niezwykle kosztowny rarytas, istne arcydzieło. Tylko nieliczni doświadczyli tego przywileju. Za królami, królowymi i wyższą arystokracją szli jedynie wielcy ludzie, Maria i Piotr Curie, genialny Albert Einstein, Niels Bohr, papieże Pius IX i Pius XII, okrutny Stalin i bezwzględny Josef Broz Tito, Piotr Czajkowski i Lew Tołstoj. Właścicieli tego zegarka Patka było nie więcej niż stu, i ja znajdowałem się w tej liczbie. Najbardziej imponowała mi jego wielofunkcyjność. Zegarek mierzył nie tylko czas, ale pokazywał ważne święta kościelne, kalendarz księżycowy a nawet kalendarz wieczny wskazujący dni tygodnia i miesiące, wybiegające kilkaset lat w przyszłość.

To narastające bogactwo, zamiast sprawiać mi przyjemność, coraz bardziej mnie dręczyło. Piękny sen stopniowo stawał się zmorą. Czułem się jak człowiek zagłębiający się w szaleństwo, z którego nieodwołalności zdaję sobie sprawę.

0Shares